A gdy obejrzysz się za siebie - Juan Gabriel Vásquez

-
Proszę czekać

VII

"Zobaczmy", powiedział Sergio, kartkując książkę, "czy uda mi się odnaleźć stronę".

Siedzieli w restauracji Filmoteki tak pełnej ludzi - kobiet i mężczyzn, którzy prawdopodobnie kilka minut później uczestniczyć będą w otwarciu retrospektywy - że z trudem dało się rozmawiać. Miejsce było równie zatłoczone, co przyjemne, i unosił się nad nim duch Marilyn Monroe, której wystylizowany wizerunek spoglądał na klientów z menu. Po niskich sufitach biegło pięć rur pomalowanych w kolorowe obręcze, upodabniające je - pomyślał Sergio, który znał się na rzeczy - do węża koralowego. Sergio i jego syn Raúl siedzieli na aluminiowych krzesłach przy długim drewnianym blacie przypominającym bardziej kontuar niż stół, ale nie mieli przed sobą baru, tylko duże okno wychodzące na nocny Raval: ulewa zaczęła właśnie przycichać i nieliczni przechodnie szli ostrożnie, żeby się nie poślizgnąć. Raúl był zaczytany w książce, którą Sergio podarował mu w księgarni Filmoteki. "Wybierz sobie, co chcesz", powiedział mu i Raúl ominął książki o sztuce, chociaż go interesowały, i te traktujące o historii kina, chociaż dorastał wśród rozmów o kinie, i wybrał powieść graficzną Fight Club Chucka Palahniuka; na jej okładce w sposób niepokojący otwarte oczy patrzyły znad zamkniętych. Sergio z kolei znalazł na półkach egzemplarz Mitologii Barthesa, książki, którą przeczytał z entuzjazmem w młodości, i natychmiast, jak między zasłonami dymnymi, stanął mu w pamięci pewien fragment. Według Barthesa, tak zapamiętał, świat komunistyczny nie był światem wrogim, lecz światem innym, różnym i przede wszystkim zupełnie niezrozumiałym. I chciał się tym podzielić z Raúlem.

"Powinien gdzieś tu być", mruknął, przewracając strony.

Spojrzał na syna, żeby spróbować się domyślić, czytając z twarzy zamkniętego w sobie nastolatka, czy książka mu się podoba. Jednak Raúl, w wieku swoich osiemnastu lat, już nie był nastolatkiem; a kiedy Sergio patrzył na niego, siedząc pół godziny na twardych krzesłach La Monroe, poczuł tak intensywne szczęście, że aż sam się tym zdziwił: szczęście z tego powodu, że był tu z nim, teraz, w Barcelonie, po prawie dwóch latach niewidzenia, a także dlatego, że syn stał się przystojnym facetem wyższym od niego o głowę, o mocnym głosie i szczerym spojrzeniu, mającym własne zdanie o wszystkim, co było i będzie. Wprawdzie opinie Raúla były trochę bardziej prawicowe, niżby życzył sobie tego Sergio, ale pragnienie, żeby syn myślał dokładnie to samo co ojciec, wydało mu się jedną z możliwych definicji konserwatyzmu.

Raúl wylądował na miejscu o 16.40, w środku ulewy, która zaciemniła niebo Barcelony i powodowała korki przy wjeździe na Gran Vía. Pracownicy Filmoteki przywieźli go z lotniska i pokazali hotel, podczas gdy Sergio udzielał wywiadu w studiu telewizyjnym, więc Raúl siedział sam w hallu, popijając coca-colę, kiedy zjawił się jego ojciec z rękawami marynarki poczerniałymi od deszczu i siwymi włosami tak mokrymi, jakby wyszedł właśnie spod prysznica. Ledwie miał czas, by się odświeżyć i przebrać się w suche ubranie, żeby zdążyć na otwarcie retrospektywy, więc poprosił Raúla, żeby tam na niego zaczekał. Ale zanim syn zapewnił, że oczywiście, żaden problem, że pogra chwilę na komórce, powiedział:

"Bardzo mi przykro, tato. Przykro mi z powodu Dziadzia".

Fausto nie miał nigdy intensywnej relacji z Raúlem, bo nie widywali się często, ale kochał go szczerze i zawsze radował się na myśl o tym, że jego wnuk mógł cieszyć się życiem w Hiszpanii, którego jemu odmówiono. Kiedy się spotykali, Fausto wspominał zawsze, nieważne, w czyim znajdowali się towarzystwie - rodziny, przyjaciół czy kompletnych nieznajomych - to, co zdarzyło się Sergiowi i Raúlowi w Dolinie Poległych. "Opowiem wam, co kiedyś nabroiło tych dwóch", mawiał, Raúl przewracał oczami, a Sergio uzupełniał informacje i szczegóły w opowieści ojca, który mówił tak, jakby sam był przy tym obecny. Bohaterami tej historii byli Sergio, Lilí - najstarsza z jego trzech córek - i Raúl, który miał skończyć dziewięć lat. Sergio rozstał się już z matką Raúla, ale wciąż jeszcze mieszkał w Hiszpanii, syn przyjeżdżał do niego dość często z wizytą na weekend - nic prostszego wsiąść do pociągu relacji Malaga - Madryt. W ten weekend akurat postanowili wyjechać na łódkę, na jednym z tych zalewów, które madrytczycy nazywają mokradłami. Z autostrady Raúl zobaczył olbrzymi krzyż Doliny Poległych i zapytał, co to za miejsce i czy mogą je odwiedzić.

"Nie", odparł Sergio". "Tam jest pochowany Franco".

"I jaki w tym problem?"

"Jaki w tym problem?", zapytał Sergio. "Wszystko, co wycierpiała nasza rodzina, właśnie taki. Franco ponosi winę za to, że musieliśmy wyjechać z Hiszpanii. Wszystko, co wycierpiał Dziadzio, wuj Felipe, to wina Franco. Nasza rodzina rozpadła się z winy Franco. Nie, Raúl, nie pojedziemy tam".

Podczas dnia nad zalewem nie wspomniano ani słowem na ten temat, Raúl musiał wyczuć coś w głosie ojca. Ale w podróży powrotnej, widząc z daleka krzyż na górze, chłopiec zaczął się upierać, że chce jednak odwiedzić to miejsce. Zanim Sergio zdążył zareagować kolejnym kazaniem o rozbitej rodzinie i wojnie domowej, Lilí powiedziała:

"Tato, daj spokój, co ci zależy. Obejrzymy sobie miejsce w dwie minuty, Raúl przestanie nudzić i wrócimy do Madrytu. Nie ma w tym nic złego. Możesz mu nawet wytłumaczyć kilka rzeczy".

Parę chwil później byli na miejscu: pierwszy raz w swojej historii rodzina Cabrerów odwiedzała grób Franco. Miejsce robiło ogromne wrażenie i Sergio musiał przywołać rodzinne wspomnienia - komendanta Felipe Díaza Sandina, dziadka Dominga, swojego własnego ojca - żeby ustawić emocje w odpowiedniej perspektywie; z drugiej strony wchodził tu z przekonaniem, że zdradza pamięć rodziny, i choć bardzo się starał, nie udało mu się otrząsnąć z tego wrażenia. Grób dyktatora był białym prostokątem na posadzce z szarego kamienia, na środku leżały trzy bukiety kwiatów i wstęga z flagą Hiszpanii. Sergio przeszedł obok, kierując się do schodków prowadzących do ołtarza, pokonał trzy pierwsze i zapatrzył się na Chrystusa na tylnej ścianie, starając się sobie przypomnieć ostatni raz, kiedy wszedł do kościoła. Wówczas usłyszał za plecami hałas, coś jak skandalicznie głośne tupanie, i kiedy się odwrócił, gotowy, żeby skarcić winnego spojrzeniem, zobaczył postać syna depczącego biały prostokąt i plującego zawzięcie na płytę.

Sergio wziął go pod ramię i odsunął na bok. "Co cię napadło?"

"To skurwiel", krzyknął Raúl. "To wszystko jego wina. Przez niego musieliśmy wyjechać z Hiszpanii. Przez niego rozpadła się moja rodzina!"

I wszystko to relacjonował Fausto z najdrobniejszymi szczegółami, w jego opowieści Raúl pluł na grób i miotał przekleństwami, które niewątpliwie nie były przekleństwami dziewięciolatka, lecz elokwentnego dziewięćdziesięciolatka: obelgami, którymi Fausto obrzuciłby Franco, gdyby zobaczył go w swoim dalekim dzieciństwie. Jedynym, co mógł dodać Sergio, była opowieść, raczej pozbawiona fajerwerków, o tym, co zdarzyło się potem. Jak wziął Raúla na ręce i wyniósł go z kościoła, zanim ktokolwiek zauważył, co się dzieje, jak nie rozmawiali o tym w drodze powrotnej do Madrytu, jak dowiedzieli się później, że Raúl chętnie dzielił się anegdotką z hiszpańską rodziną, bo rozśmieszyła go reakcja ojca. Sergio odbierał potem telefon od jakiejś dalekiej ciotki, zaniepokojonej złymi obyczajami, jakie przekazuje synowi, brakiem szacunku do świętości, nietolerancją dla cudzych poglądów. Sergio pomyślał, z własnego doświadczenia, że frankizm miał niewiele wspólnego ze świętością. Ale nie powiedział tego głośno.

Wychodząc z hotelu do Filmoteki, pod naporem ulewy szalejącej nad Rambla del Raval, chciał zapytać Raúla, czy pamiętał tę anegdotę tak lubianą przez Dziadzia, a przynajmniej czy potem odwiedził jeszcze Dolinę Poległych, ale intuicja podpowiedziała mu, że śmieszna anegdota przestała być dla Raúla śmieszna już dawno temu. Potem skupili się na buszowaniu w książkach i znalezieniu wolnego miejsca w pękającej w szwach La Monroe i wszystko, o czym myśleli wcześniej, przestało być pilne. Chcieli się czegoś napić, żeby skrócić sobie oczekiwanie, organizatorzy zaproponowali, by przeszli do części biurowej, ale Raúl wolał zostać tutaj, z ludźmi, a Sergio wolał zostać z nim. A teraz, w La Monroe, Sergio szukał fragmentu Mitologii i zaczął już podejrzewać, że nie istnieje.

"Ach", powiedział. "Wreszcie. Posłuchaj tego".

MARSJANIE

Tajemnica latających spodków miała najpierw całkiem ziemski rodowód: przypuszczano, że spodek przybywa ze Związku Radzieckiego, ze świata nieznanego, o zamiarach tak nieokreślonych, jakby chodziło o jakąś inną planetę. Ale już ta postać mitu zawierała w zarodku swój planetarny ciąg dalszy; spodek radziecki tak łatwo zmienił się w wynalazek Marsjan dlatego, że mitologia Zachodu przypisuje światu komunistycznemu odmienność innej planety: ZSRR jest światem, który leży gdzieś między Ziemią a Marsem.

"Tym właśnie były wtedy Chiny", powiedział Sergio. "Znaczy dla nas. Mitologia Zachodu przypisuje światu komunistycznemu odmienność innej planety... Dobrze powiedziane, co? Miałem mniej więcej dwadzieścia lat, kiedy odkryłem tę książkę. I pomyślałem, że tak, tak właśnie było. Tak wyglądało w tamtych czasach mieszkanie w Chinach".

"Sami Marsjanie", powiedział Raúl.

"Trochę tak".

"Miałem zupełnie inne wrażenie", powiedział Raúl. "Wcześniej inaczej o tym opowiadałeś".

"Inaczej?"

"Sam nie wiem. Opowiadałeś mi o Chinach, jakby to był twój kraj".

"Na początku nie", rzekł Sergio. "Zresztą nieważne".

"Ale że Mars...", powiedział Raúl. "Oczywiście, że to ważne, tato. Mars. Naprawdę jestem w szoku".

Jak miał w zwyczaju, Sergio usiadł w sali kinowej w ostatnim rzędzie. Robił tak zawsze, nie tylko po to, żeby potem móc wyjść niepostrzeżenie, ale po to, by przyglądać się reakcjom publiczności, a także patrzeć, kto wymyka się przed końcem. Todos se van, film otwierający retrospektywę, rozgrywał się na ekranie z tą dziwną autonomią charakterystyczną dla kina obojętnego na widzów i świadków. Teraz, kiedy ukradkiem obserwował reakcje Raúla - jego śmiechy, zainteresowanie czy znudzenie - Sergiowi zdarzyło się to, co zdarzało mu się za każdym razem: wszystko, co działo się na ekranie Filmoteki Katalońskiej, przestało być filmem jego autorstwa, który wyreżyserował, a dialogi napisał sam albo zaakceptował, i zmieniło się w niezbadaną tajemnicę. Na ekranie ukazywały się obrazy, słychać było dialogi takie same dla wszystkich, ale Sergio był pewien, że później, kiedy film się skończy, nie będzie na widowni dwóch osób, które zobaczyły to samo. Nawet Sergio nie zawsze oglądał ten sam film; czasem był metaforą pewnego kraju, czasem domową tragedią, czasem analizą sposobu, w jaki walec historii miażdży skrupulatnie mężczyzn i kobiety, w tym przypadku chodziło o historię kubańską, choć historia kubańska nigdy nie była jedynie historią Kuby, ale również historią Stanów Zjednoczonych, historią Związku Radzieckiego, historią wojny, którą nazywamy zimną, mimo że roznieciła pożary rozsiane po całym kontynencie: na Kubie i w Nikaragui, w Gwatemali i Chile, a także w Kolumbii. I w pewnym sensie oczywiście rozniecała je nadal. Nie, historia w Ameryce Łacińskiej nie była walcem, była miotaczem płomieni i nadal podpalała kontynent, jakby jego właściciel oszalał, a nikt nie miał odwagi go powstrzymać.

Todos se van był adaptacją, nieobiektywną i kapryśną, pięknej i smutnej powieści Wendy Guerry. Akcja toczyła się w latach osiemdziesiątych, w chwili, gdy rewolucja kubańska przechodziła kolejny kryzys. Nieve była córką rozwiedzionych rodziców: ojca, rewolucjonisty z przekonania, który mógłby zostać dobrym aktorem teatralnym, ale sprzedał się propagandzie, i sceptycznej matki mieszkającej teraz ze Szwedem i tęskniącej za czasami, kiedy rewolucja miała w sobie więcej wolności, a mniej autorytaryzmu. Na tle Kuby, która nie bardzo wie, jaka chce być, rodzice Nieve prowadzą walkę o pieczę rodzicielską, ale wkrótce staje się jasne, że w ich starciu dominują argumenty ideologiczne, a nie rodzinne, a kiedy wszystko się kończy, zostaje tylko pęczek przegranych żyć i rozdzierający obraz: twarz ojca, zagubiona pomiędzy setkami Kubańczyków, którzy wyruszają do Stanów Zjednoczonych z portu Mariel.

Film od początku budził kontrowersje. Sergio doskonale pamiętał premierę w Hawanie, w grudniu 2014 roku. Czy premiera w jakimkolwiek innym mieście spowodowałaby podobne oburzenie? W chwili gdy podejmował decyzję, Sergio powiedziałby z pewnością, że jest ciekaw, jak na tę nieoczywistą historię zareaguje publiczność, wciąż jeszcze rewolucyjna czy też taka, wśród której znajdą się na pewno rewolucjoniści z przekonania. Próbował nakręcić film na Kubie, ale władze, być może ze względu na to, że miała być to ekranizacja powieści, która niezbyt przypadła im do gustu, a być może na krytyczne raporty o tym, w jaki sposób sportretowano w powieści życie rewolucyjne, nabrały wody w usta, gdy Sergio próbował uzyskać wszystkie konieczne zgody; jego ekipa musiała więc wprawić w ruch całą magię kina, żeby przekonać widzów, że sceny kręcone w rzeczywistości w jednej z dzielnic Santa Marta na kolumbijskim wybrzeżu albo w jakimś zagubionym miejscu w Andach dzieją się w Hawanie albo w kubańskich górach.

Ten obraz pogruchotanych egzystencji nie spodobał się wielu widzom podczas premiery w kubańskiej stolicy. Ze swojego rzędu foteli, jak zwykle z tyłu widowni, Sergio słyszał reakcje publiczności, bo w Hawanie z jakiegoś powodu widzowie w sali kinowej zachowują się tak jak publiczność teatralna w dawnych wiekach: dodają animuszu postaciom, przeklinają je, ostrzegają bohatera, że złoczyńca czyha na niego za rogiem. Tak więc Sergio słyszał śmiechy i pochwały, ale też pojedyncze protesty czy też bezwstydne buczenie zagłuszające dialogi; a nawet w półmroku widział jakąś oburzoną postać, która wstała i gestykulując energicznie z kapeluszem czy złożoną gazetą w ręku, odchodziła korytarzem, pomrukując i stukając obcasami, mając na plecach światło wycinające ją na białym tle. Przed wyjściem jedna z takich postaci krzyknęła tak, że usłyszała to cała sala:

"Kurwa! To imperialistyczna propaganda!"

Kiedy film się skończył i w sali zapaliły się światła, Silvia spojrzała na Sergia, otwierając szeroko swoje wielkie oczy. "Trudna publiczność, co?" Sergio poświęcił chwilę na rozmowę z ludźmi, którzy do niego podchodzili. Podpisał wszystkie filmy przyniesione przez fanów (na plastikowym opakowaniu albo płycie rzucającej tęczowe błyski światła); uśmiechał się nieśmiało, słysząc pochwały, ściskał każdą dłoń wyłaniającą się z ludzkiej masy, by się przywitać, zawsze z tą kurtuazją, jakby przepraszał za to, że jego filmy nie istnieją same z siebie. Wtedy przypomniał sobie, że ta premiera, dziwna już przez historię opowiedzianą w filmie i jej związek z miastem, w którym się znaleźli, była wyjątkowa także z innego powodu: w projekcji Todos se van uczestniczyli, rozsiani po odległych miejscach na widowni, mężczyźni i kobiety, którzy przez ostatnie lata właśnie tam, w Hawanie, pod auspicjami kubańskiego rządu i uważnym spojrzeniem całego świata, próbowali wynegocjować zakończenie trwającej od pół wieku wojny w Kolumbii. Na widowni siedzieli więc szefowie partyzantki, a przynajmniej część z nich, oraz negocjatorzy ze strony rządowej; pod jednym dachem obejrzeli historię opowiadającą językiem fikcji i jej środkami wyrazu o rzeczywistości ludzkiej, która dotykała w sposób pośredni rzeczywistości ich rozmów i starć, i niemożliwych do złagodzenia nieporozumień. A teraz partyzanci podeszli do Sergia, żeby się z nim przywitać, i było niemal komiczne przyglądanie się temu, jak szukają słów, żeby pochwalić film, chociaż było oczywiste, że wcale im się nie spodobał: że wydał się niesprawiedliwy albo kłamliwy, albo kontrrewolucyjny.

Widzieli się po raz pierwszy poprzedniego dnia. Komendanci partyzantki na wieść, że Sergio Cabrera przebywa w mieście, zapragnęli go poznać. Zaczęło się od błahej rozmowy, podczas której wyznali, że uwielbiają jego filmy, że oglądają je w obozach, ale dysponują tylko pirackimi kopiami. Rozmawiali o Golpe de estadio, komedii opowiadającej o wyimaginowanym zawieszeniu broni pomiędzy wojskiem a partyzantką, mającym konkretny cel - obejrzenie meczu reprezentacji Kolumbii - a któryś z komendantów żartem oprotestował przedstawiony w niej portret guerrilli. "To zabawa w partyzantkę", powiedział. I spotkanie mogłoby przebiec właśnie tak, w przyjemnej atmosferze, gdyby nie zapytano Sergia, co sądzi o rozmowach pokojowych. Sergio uznał, że byłoby nieodpowiedzialnie spotkać osobiście komendantów i nie wygarnąć im całej prawdy, więc to zrobił. Powiedział, że się pomylili, że w oczach ludu, za który rzekomo walczyli, ich wizerunek nie może być gorszy, że powinni zrobić wszystko, by zwykli Kolumbijczycy nie płacili za tę wojnę własnym cierpieniem.

"Wyrządziliście mnóstwo krzywd", powiedział któremuś z komendantów. "Ludzie chcą tylko jednego: zobaczyć was w więzieniu".

"Możemy iść do więzienia", odparł tamten. "Pod warunkiem, że pójdziemy tam wszyscy. Bo do wojny potrzebne są dwie strony".

Sergio oczywiście o tym wiedział, wiedział też, jak trudno to wytłumaczyć komuś, kto doświadczył przemocy tylko jednej ze stron. Tak czy siak, dziwnie było przedstawiać swój film o skazanym na porażkę socjalizmie właśnie tam, w Hawanie, gdzie toczyły się rozmowy pokojowe. Tam także ukazały się duchy zimnej wojny; także w tym kinie, gdzie odbywała się premiera Todos se van, obecne były nienawiść, żal, ból i pamięć o lękach całego kraju, bo ci partyzanci oglądający film kilka foteli dalej od negocjatorów, nie znaleźliby się tu, gdyby historia potoczyła się inaczej (gdyby Fidel Castro nie zwyciężył 1 stycznia 1959 roku), i nie byłoby tu też jego, Sergia Cabrery, którego życie zostało naznaczone przez karaibską rewolucję. Duchy, ciągle duchy. Dla Kolumbijczyków, którzy przeżyli pół wieku tej wojny, dorastali wśród jej okropności, chowając swoich zmarłych albo obejmując kogoś, kto ich chował, a czasem życząc śmierci drugiemu, kto sam zabił albo wyśmiewał się z zabitych, dla Kolumbijczyków, którzy nie przeszli bezkarnie przez płomienie miotane przez historię, duchy pojawiały się wszędzie: nie było sposobu, by się przed nimi ukryć. Nawet tu dotarły: do sali kinowej w sercu Karaibów w roku 2014. Jakże uparta jest historia, pomyślał Sergio: pojawia się, kiedy najmniej się jej spodziewamy, jakby się z nami bawiła.

Oficjalna premiera Todos se van odbyła się w następnym roku w Bogocie pewnej deszczowej nocy. W czterech salach kinowych w centrum handlowym przy alei Chile wyświetlono film równocześnie, ze wszystkich wychodzili widzowie komentujący to, co zobaczyli, i Sergio czekał na nich w holu kinowym, pomiędzy hot dogami i maszynami do napojów gazowanych, ściskano mu dłonie, całowano w policzki, musiał też odpowiedzieć na kilka pytań w oślepiającym świetle przed kamerą telewizyjną. Żadna z witających się osób ani rozmawiający z nim dziennikarze nie mogli sobie wyobrazić, jak wiele wysiłku kosztowało go to wszystko, bo myślami był zupełnie gdzie indziej. Minęło jedynie sześć miesięcy od pobytu w Hawanie, ale tamta podróż wydawała się epizodem z innego życia, życia, w którym Sergio czuł się dobrze. Kiedy to się zmieniło?

Z upływem tygodni, gdy Todos se van zaczął schodzić z afiszy w Kolumbii, jak ustępujący kac, Sergio zaczął wycofywać się z własnego życia. Silvia sądziła, że to zwykła melancholia, która dopadała go po ukończeniu ważnego projektu, pogłębiona przyjęciem filmu przez kolumbijskich widzów. Ale to nie była prawda. I kiedy pytała go, gdzie jest problem i czy może mu jakoś pomóc, odpowiadał z bólem, że nie może mu pomóc, bo nawet on sam nie wie, w czym tkwi problem, jakie duchy czy demony zżerają go od środka.

Któregoś dnia poszedł w odwiedziny do ojca. Być może dlatego, że nie odwiedził go od jego dziewięćdziesiątych urodzin, które świętowano, gdy Sergio przygotowywał się do wyjazdu do Hawany, a może dlatego, że nie poświęcił mu wystarczająco dużo uwagi, ojciec wydał mu się zmęczony i oschły. Spotkanie przerodziło się w litanię pretensji. Fausto skarżył się, że Marianella go nie odwiedza, od lat tego nie robi. "Zaczęła się ode mnie oddalać, kiedy umarła twoja matka", powiedział Fausto. "Jakby mnie to nie zabolało. Kurwa, jakby mnie za to winiła. Nie wiem, co jej zrobiłem". Sergia zawsze zdumiewał talent ojca do niedostrzegania tego, czego nie chciał zobaczyć, pewnie w innym czasie zbyłby tę uwagę milczeniem, ale wtedy nie potrafił powstrzymać się od komentarza:

"Zastanów się", powiedział. "Na pewno coś ci przyjdzie do głowy".

Kiedy popołudnie dobiegało końca, a Fausto wciąż narzekał, że własne dzieci traktują go jak wroga, Sergio, próbując rozpaczliwie zmienić temat, żeby zakończyć wizytę jakimś miłym akcentem, zaczął opowiadać, co działo się wokół Todos se van. Film nie utrzymał się wprawdzie zbyt długo w kinach, ale miał swoich wielbicieli od czasu pokazu przedpremierowego w Hawanie. "To dobrze", oznajmił Fausto. "Pewnie dlatego, że ja w nim nie grałem". Powiedział to niby żartem, ale Sergio wyczuł w tonie jego głosu żal, być może ukrytą skargę. Fausta nigdy nie opuszczała myśl, że w swoich filmach syn nie obsadza go w rolach, w których powinien. "Nigdy nie mówisz o mnie w wywiadach", żalił się czasem, a Sergio próbował mu wytłumaczyć, że to nieprawda, że często o nim mówi, ale dziennikarze wybierają inne rzeczy: "To nie ja redaguję te wywiady, tato". Fausto spojrzał na Sergia ze spokojem gorszym od otwartej wrogości i swoim postarzałym głosem, którym nie recytował już wierszy (gdyż zawodziła go pamięć i nie mógł ich sobie przypomnieć), powiedział:

"Gratuluję, ale ty znasz prawdę".

"Jaką prawdę, tato?"

"Że ten twój film jest zdradą wszystkiego, w co wierzyliśmy", odparł Fausto. "To policzek, Sergio Fausto. Wymierzony we wszystko, co ty i ja zrobiliśmy w życiu".

Kiedy Sergio opowiadał Silvii o tej rozmowie, potrafił jedynie stwierdzić: "Mój ojciec bardzo się posunął". I można było przypuszczać, że to właśnie stwierdzenie budziło w nim smutek, to powolne więdnięcie człowieka, którego przez tak wiele czasu podziwiał i dzięki któremu przeżył rzeczy, o jakich wielu mogło tylko pomarzyć. Ale Fausto ujął w słowa coś, co inni stwierdzili, gdy scenariusz filmu zaczął krążyć z rąk do rąk tych samych co zawsze osób: przyjaciół, bratnich dusz, producentów, tych należących do trzech kategorii naraz. Jednym z nich był Juan, lekarz; towarzyszył mu w wielu poprzednich bitwach i któregoś dnia, po konsultacji, oświadczył Sergiowi, dlaczego tym razem będzie inaczej. "Wydaje mi się", rzekł, "że tego filmu nie należy robić", powiedział: "Twoi przyjaciele nie zrozumieją, dlaczego go nakręciłeś, bo wyda im się za bardzo krytyczny, twoi wrogowie też go nie zrozumieją, bo wyda im się zbyt łagodny. Jednym słowem: masz przesrane". Zakończył zdecydowaną konkluzją: "Brudy należy prać we własnym domu". Sergio słyszał to zdanie już wiele razy wcześniej, kilka razy sam je wypowiedział. Teraz jednak coś się w nim zagotowało i musiał zapytać:

"A co, jeśli w domu nie ma umywalki?"

Odbył więcej podobnych rozmów. Sergio starał się w nich przekonać, że Todos se van nie jest donosem, nie miał nawet niczego kwestionować, ale historia dziewczynki imieniem Nieve, której życie wykoleja się przez ingerencję wścibskiego państwa w losy obywateli, przypominała mu na tyle jego własne przeżycia, że nie mógł jej nie zekranizować. Nieve na Kubie była tym samym co on w Chinach: dzieckiem na łasce... Ale czego? Nie potrafił tego wyjaśnić, po części dlatego, że jedynym sposobem na oddanie sprawiedliwości jego chińskim wspomnieniom było wyreżyserowanie filmu, po części zaś dlatego, że jedynym sposobem na zrozumienie filmu było dogłębne poznanie jego życia, jak nie znał go nikt: ani jego przyjaciele, ani dzieci, ani żona.

Opinia lekarza Juana nie przestała go jednak uwierać. Sergio zdał sobie sprawę, że te nieporozumienia ze światem nie miałyby tak wielkiego znaczenia albo były łatwiejsze do zniesienia, gdyby pracował nad jakimś projektem. Ale nawet jego praca, w której zawsze wydawało mu się, że siada za sterami, zdawała się teraz spiskować przeciw niemu. Po skończeniu zdjęć do Todos de van na początku 2014 roku zaczął robić to, co zawsze pomiędzy filmami: serial telewizyjny. Była to historia niesławnego doktora Maty, adwokata, który w latach czterdziestych popełnił dwadzieścia osiem bezkarnych zabójstw, a po kolejnym został skazany. Ale telenowela kosztowała więcej, niż przewidywał budżet, i stacja telewizyjna obwiniła reżysera za jego przekroczenie, a reżyser obwiniał kanał, i ta dyskusja, czasem zbyt ostra, spowodowała tylko ochłodzenie stosunków. Sergio przestał więc otrzymywać nowe zlecenia, a duma nie pozwalała mu prosić o nie lub wręcz ich się domagać. Czuł się jak umarły za życia.

Dni zaczęły tracić swój porządek. Zamiast wstawać o siódmej rano, żeby zająć się Amalią, jak to zwykle robił, Sergio spał do późna, odsypiał noce spędzone na oglądaniu filmów w saloniku z kanapami, w części mieszkania odległej od sypialni. Wmawiał sobie, że obejrzenie raz jeszcze całego Bertolucciego, na przykład, pozwoli mu otworzyć kanały kreatywności, ale w głębi serca wiedział, że brakuje mu pomysłów. Silvia natomiast odprowadzała do przedszkola uśmiechniętą Amalię i szła do pracy w ambasadzie portugalskiej, a czasem, kiedy wracała do domu po południu, razem z Amalią (ciągle uśmiechniętą, z niewyjaśnionych przyczyn zadowoloną), odkrywała, że Sergio nie rozsunął nawet zasłon w sypialni. Zaczęli żyć równoległym życiem, on nie spał, kiedy ona spała, i na odwrót; podczas bezsennych nocy on oglądał filmy albo czytał książki należące kiedyś do jego matki, albo zaglądał do Amalii i siadał na krzesełku w krzykliwych kolorach, obok łóżeczka z barierką, i patrzył, jak śpi, przekonany, że mógłby tak spędzić resztę swoich dni. Pewnego popołudnia, przeżywszy kilka miesięcy w dziwnej samotności tego zwichniętego rytmu dobowego, czymś w rodzaju jet lagu w swoim własnym domu, usłyszał od Silvii:

"Myślę, że powinniśmy z kimś o tym porozmawiać".

Silvia, socjolożka z wykształcenia, po przyjeździe do Kolumbii zaczęła studiować psychologię. Nie było to zainteresowanie przelotne: odkryła terapię Gestalt o wiele wcześniej, niż poznała Sergia, ale dopiero życie w Bogocie dało jej czas, którego wymagały studia. Jej mentor czy też przewodnik, terapeuta Jorge Llano, zaprzyjaźnił się szybko z obojgiem, dlatego Silvia zaproponowała, żeby Sergio z nim pogadał. Sergio nie rozumiał, czemu miało to służyć, ale Silvia wyłożyła kawę na ławę: to nie musi być Llano, wyjaśniła, to może być ktokolwiek, nie trzeba znać Wertheimera, żeby zobaczyć, że Sergio przechodzi podręcznikową depresję.

"Poszukajmy kogoś", nalegała. "Sam wybierz. Ale trzeba coś z tym zrobić, kochanie. Nie jest z tobą dobrze".

"Wiem, że nie jest ze mną dobrze", odparł Sergio. "Nie muszę nikomu płacić, żeby to usłyszeć".

"Ja wiem, że ty o tym wiesz. Ale nie wiesz dlaczego. A może tak? Może wiesz, dlaczego źle się czujesz?"

"Nie", przyznał Sergio.

"No właśnie. A ja wierzę, że ktoś może nam pomóc to zrozumieć".

Tymczasem dni mijały, a Sergio nie zdobył się na telefon ani nie umówił na spotkanie, ani nie zrobił kroku w kierunku, który wspólnie ustalili. Nastały kolejne noce pomylone z dniami i wprawdzie wczesnym popołudniem znajdowali wspólny czas, by zjeść obiad, Silvia z przyjemnością słuchała o chińskich filmach, które Sergio obejrzał w nocy - "kiedy tam mieszkałem, nie kręcili takich rzeczy", mówił - ale te strefy spotkań w połowie dnia były rzadkie i szybko się kończyły, a potem Silvia wracała do swojej pracowitej rutyny: pracy, studiów, opieki nad trzyletnią córką, i zdawało się jej, że mieszka w swoim kraju, a nie w Kolumbii, będąc samotną matką, a nie mężatką. Dni zrobiły się długie i, co gorsza, wszystkie do siebie podobne. Silvia zaczęła powoli uginać się pod ciężarem smutku, w końcu nie wiedziała już, gdzie kończy się smutek Sergia, a zaczyna jej własny. Powiedziała mu to pewnej nocy, po kolacji z przyjaciółmi, w ich mieszkaniu. Wszyscy już sobie poszli, Sergio zmywał naczynia, nieobecny, jakby całkowicie pochłaniały go refleksy światła w pianie na rękach. Silvia weszła do kuchni, niosąc na tacy puste butelki i resztki jedzenia, zobaczyła go i doznała dziwnego wrażenia, że mąż gdzieś zniknął. Kilka minut później, kiedy leżeli w łóżku, którego tego dnia nawet nie posłano, powiedziała, że myśli o tym od dawna i że chyba lepiej będzie, jeśli wyjedzie do Lizbony.

"Tak będzie lepiej dla małej, kochanie", powiedziała. "Ale też lepiej dla nas".

Sergiowi wydało się, że jej argumenty są tak trafne, a jej przemilczany smutek tak elokwentny, że nawet nie próbował protestować.

"Na jak długo?", zapytał.

Spojrzała na niego z nieskończoną czułością, ale jej spojrzenie - i grymas ust, który można by uznać za prześmiewczy, gdyby nie wyrażał bólu - mówiły: nic nie rozumiesz.

"Nie chodzi o czas", powiedziała. "Ja wrócę do Lizbony, a potem zobaczymy, kiedy będziesz mógł spotykać się z córką. Kocham cię, Sergio, i wiem, że ty mnie kochasz, ale tak nie możemy żyć dalej. Ja nie mogę tak dalej żyć". I na koniec dodała: "To nie byłoby dobre dla nikogo z nas".

Był to przyjacielski układ, bardziej podobny do traktatu dyplomatycznego niż do małżeńskiego rozstania. Przez kolejne tygodnie żyli tak, jakby wyjeżdżali razem, żegnali się z przyjaciółmi, przygotowywali do przeprowadzki małą Amalię i być może Sergio zdążył nawet pomyśleć, że w czasie tego oczekiwania zdarzy się cud. Tak się nie stało; dzień wyjazdu w końcu nadszedł. Sergio pomógł Silvii spakować walizki. Składając rzeczy Amalii, zdziwił się znowu, że spodnie mogą być takie maleńkie, że całe ciało może zmieścić się w podkoszulce z różową wstążeczką na piersi. Odwiózł je na lotnisko, nie spuszczał z nich oka, kiedy nadawały na bagaż zbyt wiele walizek, a podczas godziny, którą spędzili w kawiarni Juan Valdez, gdzie Amalia umorusała sobie buzię ogromną muffinką, wciąż je dotykał, jakby tylko w ten sposób, będąc w ciągłym kontakcie z dwoma ciałami, które wyjeżdżały daleko, mógł uwierzyć, że to nie na zawsze.

Piątkowy poranek w Barcelonie wstał promienny. Wiatr rozgonił chmury i oczyścił powietrze, ale był tak silny, że gdy wyszli z hotelu, oślepieni światłem dnia, musieli przystanąć na Rambla del Raval w cieniu palmy, żeby włożyć kurtki. Sergio zrozumiał, że był ostatnio okropnie roztargniony, bo dopiero w tej chwili zwrócił uwagę na rzeźbę Fernanda Botera, ozdabiającą środek Rambli jak totem: był to ogromny kot z brązu, który jakimś cudem miał równocześnie puste oczy i cwane spojrzenie. Sergio wskazał go ręką.

"Był przyjacielem twojego dziadka", powiedział.

"Kot?", zapytał Raúl.

Sergio uśmiechnął się. "Kiedy byli młodzi, robili razem różne rzeczy".

Opowiedział mu o programie telewizyjnym Obraz i wiersz, w którym Fausto recytował wiersze, a młody Botero zmieniał je w szkice węglem. Dzieła zostały u Fausta, a właściwie to Botero zostawiał je w studiach telewizyjnych i nigdy nie zatroszczył się o to, by je odebrać. Pewnego dnia, już w nowym stuleciu, kiedy Sergio zapytał ojca, gdzie podziały się młodzieńcze prace człowieka, który jest teraz najdroższym żyjącym artystą na świecie, Fausto odparł, że sprzedał je wiele lat temu, bo Partia Komunistyczna potrzebowała funduszy. I kiedy wspominali te chwile, a raczej kiedy wspominał je Sergio, ruszyli z synem w kierunku stacji metra. Wcześniej przy śniadaniu zapytał go, co chce robić w Barcelonie. Był bardzo świadomy tego, że pytanie jest wyrazem jego dezorientacji: Raúl nie był już tą samą osobą co dwa lata temu, kiedy widzieli się po raz ostatni, trzeba było uwzględnić i zaakceptować jego niezależność, nie zachowywać się jak niezdarny ojciec, który popsuje cały weekend.

"Co masz na myśli?", zapytał Raúl.

"Jesteś tu pierwszy raz", odparł Sergio. "Masz przed sobą całe dwa dni. Możesz zwiedzić miasto, na pewno ktoś mógłby ci je pokazać".

"Przyjechałem tu, żeby pobyć z tobą", powiedział Raúl. "To właśnie chcę robić. Może pokaż mi swoją Barcelonę".

"Moją?", zdziwił się Sergio. "Nie wiem, czy coś takiego istnieje".

Był w mieście wiele razy, ale zawsze z powodów zawodowych; w jego przypadku oznaczało to przemieszczanie się z hotelu do sali kinowej i z sali kinowej do restauracji. Nigdy nie przyjechał tu jako turysta, to znaczy od lata 1975 roku. To wtedy wracał do Kolumbii: po trudnej epoce, o której nie chciał myśleć, po tym jak musiał uciekać ze swojego kraju niczym przestępca. Podróżował z Londynu, statek zacumował w barcelońskim porcie przed przepłynięciem Atlantyku, a Sergiem targał konflikt: chciał zobaczyć miasto, ale obiecał sobie, przez wzgląd na pamięć rodziny, że jego noga nie postanie na hiszpańskiej ziemi, dopóki żyje Franco. W końcu postanowił zejść ze statku i obejrzeć przynajmniej słynną Sagradę Familię, o której opowiadał mu ojciec. I nigdy, podczas wszystkich tych lat, gdy odwiedzał Barcelonę zawodowo, nie wracał do tego wspomnienia z młodości.

"Doskonale", zgodził się Raúl. "Zacznijmy więc od tego".

VIII

W Pekinie prowadzili podwójne życie; szkoła była piekłem, hotel był niebem. W szkole brali prysznic tylko w środy, w pozostałe dni myli się byle jak ręcznikami zmoczonymi w misce z wodą. Luz Elenie udało się wyprosić, żeby Sergio i Marianella mogli pić codziennie szklankę mleka, ale przez to musieli znosić drwiny kolegów, którzy patrzyli na nich z nieskrywanym obrzydzeniem i pytali: "A wy w ogóle wiecie, skąd bierze się to, co pijecie?". Sergio przeżywał te początki z prawdziwym przerażeniem, jakby sytuacja z ulicy Wangfujing zmieniła się w naturalny porządek rzeczy; koledzy ze szkoły patrzyli na niego ze zdziwieniem, a nawet z niechęcią (partyjna propaganda przedstawiała ludzi Zachodu jako wrogów), ale też świetnie się bawili, czyniąc go obiektem drwin. "Żabie oczka", przezywali go. Sergio siadał więc w tylnych ławkach, kuląc się we własnej samotności, i czytał powieści. Uwielbiał Georges'a Simenona i któregoś dnia był tak zaabsorbowany Maigretem i człowiekiem z ławki, że otworzył podczas lekcji książkę i chowając ją pod zeszytem, zaczął czytać. Po chwili wokół zapadła podejrzana cisza. Sergio podniósł głowę i zobaczył, że cała klasa patrzy na niego z dezaprobatą: nauczyciel wyszedł, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Kolega z ławki odezwał się do niego: "Powiedział, że jeśli chcesz uczestniczyć w lekcji, lekcji dla nas, musisz pójść go przeprosić". Nauczyciel kazał mu złożyć przeprosiny na piśmie i uwzględnić w nich zniewagę, jakiej dopuścił się wobec kolegów, których wykształcenie stanęło pod znakiem zapytania przez jego egoistyczny gest.

Chong Wen była w pewnym sensie szkołą dla elity, założoną dla chińskich dzieci nieobecnych rodziców, na przykład prominentów Partii Komunistycznej, ale też zasymilowanych cudzoziemców, którzy piastowali wysokie stanowiska. Mniej więcej dwadzieścioro uczniów mieszkało w hotelu Przyjaźń, ale tylko oni dwoje spali w internacie: pozostali po południu wracali do hotelu i korzystali z jego trzech restauracji, luksusowych pokoi i towarzystwa rodziców. Marianella otwarcie im zazdrościła. "Co zrobiliśmy źle?", pytała Sergia. "Dlaczego nie możemy być z rodzicami? Za co nas ukarali?". Sergio tymczasem zbratał się z innymi mieszkańcami internatu, uważał ich jednocześnie za towarzyszy niedoli i politycznych sojuszników: oni byli prawdziwymi proletariuszami, ci, którzy wracali do domu, godnymi pogardy burżujami. Magia polegała na tym, że Sergio stał się łącznikiem między tymi dwoma światami i bardzo szybko zrozumiał, jakie to niesie korzyści. Kiedy któryś z chińskich przyjaciół chciał kupić eleganckie buty, Sergio mógł to zrobić w sklepach hotelu Przyjaźń; jeden z uczniów ostatniej klasy podszedł do niego pewnego dnia na przerwie i zapytał po cichu, czy to prawda, że może zdobyć Maotai. Był to najbardziej pożądany chiński likier produkowany w niewielkich ilościach, a może po prostu w ilościach zbyt małych na tak wielki kraj, i nigdy niedostępny na rynku (mówiono, że partyjni liderzy wypijali wszystko), ale chłopak o żabich oczkach mógł go kupić. Było to jak znaleźć się z powrotem w Germán Pe?a i rozdawać lucky strike'i.

W weekendy, kiedy Sergio i Marianella mogli opuszczać internat, Luz Elena zabierała ich na spacery po mieście. Lubili razem odwiedzać sklepy z antykami przy ulicy Liulichang, gdzie stare burżuazyjne rody zmiażdżone przez rewolucję zostawiały swoje skarby, oznaki przepychu, który przeminął. Każdy sklep był inwentarzem innych czasów i melancholijnym świadectwem równości narzuconej przez rewolucję. Luz Elena patrzyła na witryny ze smutkiem, bo wystarczało jej wyobraźni, by myśleć o tych rozbitych rodzinach, ale nie chciała zaprzeczać przekazowi, który Fausto budował przy każdej nadarzającej się okazji: czyż świat, w którym wszyscy są równi, nie jest wspaniały? Czyż nie jest cudowny świat, w którym, idąc po ulicy, nie da się odróżnić bogacza od nędzarza, bo wszyscy ubrani są tak samo?

"Może tak samo, ale brzydko", stwierdziła Marianella pewna, że ojciec jej nie usłyszy. "Więc nie wiem, czym tu się zachwycać".

Miała jednak rację: tam, na ulicy sklepów z antykami, wszyscy - mężczyźni, kobiety i dzieci, i staruszkowie - ubrani byli w ten sam mundurek ufarbowany na ten sam odcień niebieskiego. Nie sposób było się domyślić, czy w innych czasach byli bogaci, czy zawsze tak biedni jak w tej chwili, a dawnych arystokratów demaskowały tylko drobne sygnały: nienaganna elegancja kroków, tembr głosu, kiedy o coś prosili, jakiś komentarz zdradzający podejrzany kosmopolityzm. Któregoś dnia przeżyli bliskie spotkanie z tym zaginionym światem i Sergio miał je zapamiętać na całe życie. W każdą niedzielę Biuro ds. Specjalistów, organizacja mająca za zadanie opiekę nad gośćmi hotelu Przyjaźń, organizowało im wycieczkę po mieście. Dla Sergia i Marianelli, którzy spędzali tygodnie w niewygodach internatu Chong Wen, te kilka godzin, podczas których znów zmieniali się w zachodnich turystów, było jak balsam na ich duszę. Sergio wiedział, że te chwile burżuazyjnej kontaminacji stanowiły oczywiste ryzyko dla umysłu młodego rewolucjonisty, ale zarzucał na ramiona wełniany sweter i wsiadał do autobusu dla trzydziestu pasażerów, i jechał oglądać Wielki Mur albo Zakazane Miasto, albo Pałac Letni, i wówczas, obejmując matkę, pozując do zdjęcia razem z ojcem, widząc ich znów razem i z dala od widma rozstania, nie potrafił uniknąć godnego pogardy wrażenia szczęścia.

Jednej z tych budzących poczucie winy burżuazyjnych niedzieli zwiedzili ogród botaniczny. Tego ranka Luz Elena powiedziała do dzieci: "Dziś poznacie kogoś wyjątkowego". I opowiedziała im o Pu Yi, ostatnim cesarzu Chin. Sergio, którego ekscytowała myśl, że pozna człowieka niegdyś potężniejszego niż król, miał w ogrodzie szeroko otwarte oczy. W głównej sali przyjął ich urzędnik podobny do innych, w tym samym niebieskim mundurku, z tymi samymi uprzejmymi manierami, tylko poruszał się, unosząc wysoko głowę, jakby wypatrywał czegoś na horyzoncie. Miał okrągłe okulary, a na jego twarzy malowało się coś, co można było nazwać tylko dumą, chociaż wydawał się niezwykle niezdarny (nieraz podczas tych krótkich minut potknął się, zrobił też ręką gest, którym strącił sobie z nosa okulary). Opowiadał im o miejscu i jego cudach, i Sergio zrozumiał, że to nie byle jaki urzędnik, ale osoba odpowiedzialna za ogród. I zrozumiał też co innego: mężczyzna, mimo swojego mundurka i stanowiska, nie był zwykłym ogrodnikiem. Był to Pu Yi.

Dawny cesarz nie wspomniał ani słowem o swojej przeszłości i nikt o nią nie zapytał, mimo że wszyscy wiedzieli, kim był i jak wyglądało jego dawne życie: ta sesja turystyki i ogrodnictwa stanowiła coś w rodzaju paktu milczenia wokół wstydliwej przeszłości. Sergio poczuł niewytłumaczalną chęć zobaczenia go jeszcze raz, więc odłączył się od grupy i pobiegł do miejsca, gdzie się pożegnali. I zobaczył go, schylonego nad kwiatami, z sekatorem w prawej ręce. W drugiej ręce trzymał okulary i Sergio domyślił się, że zdjął je, żeby wytrzeć sobie twarz. Widział go z profilu i z daleka, więc nie mógł być pewien, ale wydawało mu się, że dawny cesarz płacze. Następnego dnia, kiedy wrócił do szkoły, opowiedział o wizycie jednemu z nauczycieli. Ten skrzywił się z obrzydzeniem.

"To zdrajca", powiedział. "Ale się zreedukował, zreedukowała go rewolucja. Przyznał się do swoich zbrodni, przyznał, że jego dawne życie nie miało żadnej wartości, i pożałował tego, że je prowadził. I Mao go przyjął, bo Mao jest wielkoduszny".

Podczas gdy Marianella w szkole ciągle waliła głową w mur - buntowała się przeciw wychowawczyni, wciąż otrzymując od niej surowe nagany, odmawiała stanowczo uczenia się tej pogmatwanej matematyki - Sergio został wzorowym uczniem. Pod koniec roku, gdy nadszedł czas egzaminów, znał życiorysy bohaterów, tak jakby obserwował z bliska ich życie, i potrafił powtarzać rewolucyjne hasła; robił to z dumą, chociaż żadna z tych umiejętności nie miała mu się przydać, bo egzaminowano tylko z matematyki i chińskiego. Sergio zdał egzamin z matematyki dość dobrze, ale nikt się nie spodziewał, że dorówna koleżankom i kolegom na egzaminie z języka. Wiedział, że jako cudzoziemiec może liczyć na ułatwienia - na przykład mógł korzystać ze słownika - a potem dowiedział się, że egzamin składa się z jednej tylko części: wypracowania, mieli w dwie godziny napisać pracę na temat zapisany przez nauczyciela na tablicy. Był to egzamin państwowy, więc dla miliona Chińczyków sprawdzian wyglądał tak samo. Nauczyciel podszedł do tablicy z kredą w ręku, zapytał, czy wszyscy są gotowi, a potem zaczął pisać. Sergio podniósł głowę i przeczytał:

Urodziłem się pod czerwonym sztandarem z pięcioma złotymi gwiazdami.

Pierwszą reakcją była myśl: to niesprawiedliwe. Ja nie urodziłem się tutaj, urodziłem się gdzie indziej, nie mogą tego ode mnie wymagać. Pomyślał, że zaprotestuje, poskarży się, poprosi o litość. A potem ujrzał dla siebie szansę.

Poprawił tytuł: NIE urodziłem się pod czerwonym sztandarem z pięcioma złotymi gwiazdami. I napisał: "Nie, ja nie urodziłem się pod czerwonym sztandarem z pięcioma gwiazdami, ale on teraz przytulił mnie i uważam go za swój, tak samo jak mój własny...". A potem napisał, że urodził się pod żółto-niebiesko-czerwonym sztandarem; sztandarem dalekiego kraju zwanego Kolumbią. Wyjaśnił powody swojego przyjazdu do Chin, które przyjęły go z miłością i pozwoliły kontynuować edukację w takiej szkole jak Chong Wen.

Wypracowanie, młodzieżowa wersja tego, czym był dla Sergia "proletariacki internacjonalizm", dostało najwyższą szkolną ocenę. Nauczyciel przeczytał je całej klasie, "Dziennik Ludowy" opublikował razem z wypracowaniami innych uczniów wybranych z całych Chin, w Radiu Narodowym przeczytano je w całości. W szkole Chong Wen, gdzie był już i tak popularny z racji handlu pożądanymi przedmiotami, Sergio zmienił się teraz w coś w rodzaju cennego nabytku. Spojrzenie innych, uczniów i nauczycieli, nie było już takie samo. Nie przezywano go już żabimi oczkami, bo przyjechał tu budować socjalizm. I już nikt go nie pytał, czy w nocy nawija sobie włosy na wałki, żeby mieć loczki. Już nikt nie pytał go też, jakiego koloru świat widzi swoimi zielonymi oczyma, bo oczywiste było, że jego świat ma kolor rewolucji.

Po sierpniowych incydentach, kiedy dwa statki Stanów Zjednoczonych zostały zaatakowane w zatoce Tonkin, prezydent Johnson zapowiedział nasilenie działań wojennych w Wietnamie. Bombardowania rozpoczęły się po ataku na Camp Holloway, bazę helikopterów wybudowaną przez Amerykanów w pobliżu Pleiku, i miały podwójny cel: sprawić, żeby Wietnam Północny przestał popierać Wietkong, oraz podreperować niskie morale Wietnamu Południowego. Tak zaczął się nowy etap wojny. Bombardowania wywołały wiele dyskusji w szkole Chong Wen, organizowano mityngi i manifestacje wsparcia dla Wietnamu Północnego, szkoła wypełniła się plakatami piętnującymi imperialistyczną agresję albo wzywającymi uczniów do solidarności z towarzyszami, ofiarami wojsk kapitalistów. Sergio podzielał oburzenie kolegów. Kiedy tylko w szkole powstał Młodzieżowy Batalion Wsparcia dla Wietnamu, zapisał się do niego, a potem uczestniczył w pierwszej misji batalionu: dotarciu pieszo do Hanoi. Był to oczywiście akt symboliczny, młodzież miała wydeptać drogę dzielącą Pekin od Hanoi, ale robiła to na szkolnej bieżni: sześć kilometrów dziennie, policzyli, wystarczy, by dotrzeć do mety w trzynaście miesięcy.

Przez ten rok życie codzienne w szkole zmieniło się. Klasa Sergia - uczniowie mniej więcej piętnastoletni - zaczęła odbywać szkolenia wojskowe. Dwa razy w tygodniu Sergio przechodził wymagający trening używania broni palnej i granatów, uczył się walki wręcz i noszenia bagnetu. Ćwiczył strzelanie do celu na pobliskim poligonie, gdzie, w zależności od atmosfery, jaką oddychało się w mieście i w szkole, tarcze były groteskowymi karykaturami albo powiększonymi fotografiami Lyndona Johnsona, Breżniewa albo Czang Kaj-szeka. Przez ten rok - długiego marszu z Pekinu do Hanoi - Sergia porwał taki zapał, jakiego nie czuł nigdy wcześniej. Czy był jednym z nich? Tak, stał się wzorowym uczniem i spędzał długie godziny na studiowaniu gramatyki i kaligrafii swojego nowego języka, analizując jego sekrety, badając historię, ale też historię kultury, która go przyjęła i powoli przestawała być nieprzenikniona. Tak, to wszystko było prawdą, ale Sergio zdawał sobie sprawę, że nauka i manewry, gramatyka i poligon są tylko środkami do czegoś innego. W tych dniach napisał w swoich osobistych notatkach: Przyszłość jest namacalna. Oddychamy nią, marzymy o niej, nadajemy jej imię. Przyszłość należy do wszystkich i razem ją urządzimy. Przyszłość zaczyna się dzisiaj.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

I

Sergio Cabrera, jak sam mi opowiedział, był od trzech dni w Lizbonie, kiedy dowiedział się o wypadku ojca. Telefon zaskoczył go naprzeciwko ogrodu na Plaça do Império, parku o szerokich brukowanych ścieżkach, gdzie jego córka Amalia, wówczas pięcioletnia, próbowała ujarzmić nieposłuszny rower, który właśnie dostała w prezencie. Sergio siedział obok Silvii na kamiennej ławce, ale w tym momencie musiał oddalić się w kierunku wejścia do parku, jakby bliskość innej osoby nie pozwalała mu się skoncentrować na szczegółach tego, co się stało. Usłyszał, że Fausto Cabrera czytał gazetę na kanapie w swoim mieszkaniu w Bogocie i przyszło mu do głowy, że drzwi nie są zabezpieczone zasuwką, i kiedy gwałtownie wstał, zrobiło mu się słabo. Nayibe, jego druga żona, która poszła za nim, żeby powiedzieć mu, by usiadł na krześle i o nic się nie martwił, bo drzwi są zamknięte, złapała go w ramiona i tylko dzięki temu nie upadł na podłogę. Potem zadzwoniła do ich córki Liny, która była na kilkudniowym wyjeździe w Madrycie, i to ona właśnie przekazywała teraz wiadomość Sergiowi.

"Zaraz przyjedzie karetka", powiedziała. "Co robimy?"

"Czekamy", powiedział Sergio. "Wszystko będzie dobrze".

Ale tak naprawdę w to nie wierzył. Chociaż Fausto zawsze się cieszył godnym pozazdroszczenia zdrowiem i siłą fizyczną kogoś młodszego o dwie dekady, prawdą było, że skończył właśnie dziewięćdziesiąt dwa intensywnie przeżyte lata, a w tym wieku wszystko staje się poważne: choroby są groźniejsze, wypadki bardziej niebezpieczne. Wciąż wstawał o piątej nad ranem na sesje tai-chi chuan, ale miał coraz mniej energii i pozwalał sobie na coraz większe ustępstwa wobec zmęczonego ciała. Jako że nie stracił ani krzty ze swojej przytomności umysłu, niesamowicie go to irytowało. Dzielenie z nim życia, Sergio wiedział o tym tylko z opowieści, stało się pełne napięć i trudne, dlatego nikt nie oponował, kiedy ogłosił, że wybiera się w podróż do Pekinu i Szanghaju. Przez trzy miesiące odwiedzał miejsca, w których zawsze był szczęśliwy i gdzie jego dawni uczniowie z Instytutu Języków Obcych zorganizowali kilka uroczystości na jego cześć: czy coś mogło pójść nie tak? Owszem, równie długa podróż w tak zaawansowanym wieku nie wydawała się najrozsądniejsza, ale nikt nigdy nie zdołał przekonać Fausta Cabrery, by nie robił czegoś, co wbił sobie do głowy. Pojechał więc do Chin, wysłuchał pochwalnych słów i wrócił do Kolumbii gotów świętować swoje urodziny. A teraz, kilka tygodni po powrocie z drugiego końca świata, uległ wypadkowi w domu, w przestrzeni oddzielącej kanapę od drzwi wejściowych, i starał się kurczowo uczepić życia.

Trzeba podkreślić, że było to nie byle jakie życie. Fausto Cabrera był postacią, o której ludzie teatru (ale także telewizji i kina) mówili z szacunkiem, jaki budzą pionierzy, mimo że zawsze należał do osób kontrowersyjnych i miał tyluż przyjaciół, co wrogów. Jako pierwszy zaczął stosować metodę Stanisławskiego, deklamując wiersze, a nie tylko do budowania postaci dramatu; założył szkoły teatru eksperymentalnego w Medellín i Bogocie, a raz odważył się nawet wystawić sztukę Moliera na arenie walki byków Santamaría. Pod koniec lat czterdziestych był autorem audycji radiowych, które zmieniły sposób, w jaki słuchacze postrzegali poezję, a potem, kiedy do Kolumbii zawitała telewizja, był jednym z pierwszych reżyserów teatru telewizji i jednym z jego najbardziej rozpoznawalnych aktorów. Później, gdy czasy zrobiły się niespokojne, korzystał ze swojej reputacji artysty scenicznego jako fasady pozwalającej mu działać w komunistycznym podziemiu, czym zapracował sobie na nienawiść wielu trwającą dopóty, dopóki owe czasy nie odeszły w zapomnienie. Młodsze pokolenia pamiętały go szczególnie za rolę w Strategii ślimaka, najbardziej znanym filmie Sergia i być może tym, który przyniósł mu największą satysfakcję; Fausto zagrał w nim Jacinta, hiszpańskiego anarchistę przewodzącego małej rewolucji ludowej w samym sercu Bogoty. Wcielił się w niego z taką naturalnością i widać było od razu, że czuje się tak znakomicie w skórze swojego bohatera, że Sergio, mówiąc o filmie, z upodobaniem podkreślał:

"Po prostu zagrał samego siebie".

Teraz, po wyjściu z ogrodów, idąc razem z Sylvią między klasztorem Hieronimitów a wodami Tagu i śledząc uważnie Amalię, która z przodu walczyła z kierownicą rowerka, Sergio zastanawiał się, czy nie mógł odwiedzać go częściej w ostatnich dniach. Nie byłoby to jednak łatwe, gdyż w jego własnym życiu wydarzyły się dwie rzeczy pochłaniające czas i uwagę, i nie pozostawiały miejsca na inne zmartwienia. Z jednej strony serial telewizyjny, z drugiej próba ratowania małżeństwa. Serial opowiadał o życiu Jaimego Garzóna, przyjaciela i kolegi z pracy, którego błyskotliwa kariera satyryka politycznego zakończyła się w 1999 roku, kiedy zginął podziurawiony kulami skrajnie prawicowych sicarios, czekając w swojej furgonetce na zielone światło. Małżeństwo natomiast wykolejało się z przyczyn niejasnych tak dla Sergia, jak dla jego żony. Silvia była Portugalką dwadzieścia sześć lat od niego młodszą. Poznali się w 2007 roku w Madrycie i przez wiele lat żyli szczęśliwie w Bogocie, aż do czasu, gdy coś przestało działać tak, jak powinno. Ale co to było? Chociaż nie udało im się poznać przyczyny, separacja wydała się najlepszym rozwiązaniem, a może najmniej bolesnym, i Silvia wyjechała do Lizbony, ale nie tak, jakby wracała do swojego kraju i języka, tylko jakby przyjechała z wizytą, uciekając przed burzą.

Sergio starał się znosić nieobecność jej i córki, ale miał pewność, że ta separacja sprawiała mu większy ból, niż był skłonny przyznać. Wówczas pojawiła się okazja, na którą czekał, sam o tym nie wiedząc: Filmoteka Katalońska zorganizowała retrospektywę jego filmów, a organizatorzy wydarzenia zaprosili go na długi weekend od czwartku, 13 października, do niedzieli. Najpierw miało się odbyć uroczyste otwarcie, jedna z tych ceremonii z kieliszkiem cavy i muzyką na żywo, pełna uścisków dłoni i szczodrych pochwał, tak niepasujących do jego wrodzonej nieśmiałości.Sergio nigdy nie odrzucał jednak zaproszeń na podobne imprezy, bo uważał, że nawet wielka nieśmiałość nie upoważnia do bycia niewdzięcznym. A potem przez trzy dni Sergio miał uczestniczyć w pokazach swoich filmów i rozmawiać o nich z zainteresowaną i obeznaną z kinem publicznością. Okazja była doskonała. Zdecydował natychmiast, że skorzysta z zaproszenia do Barcelony, żeby spędzić też kilka dni w Lizbonie, w towarzystwie żony i córki, i spróbować scalić rodzinę, która się rozpadła, albo przynajmniej zrozumieć przyczyny tego rozpadu. Filmoteka kupiła mu bilety tak, by mógł zrealizować swój plan.

Kiedy więc Sergio przyjechał na lotnisko w Bogocie 6 października, miał już zarezerwowane połączenie do Lizbony na następny dzień. Z poczekalni zadzwonił do ojca, nigdy w życiu nie wyjechał z kraju, nie pożegnawszy się z nim przez telefon. "Kiedy wracasz?", zapytał Fausto. "Za piętnaście dni, tato", odrzekł Sergio. "No dobrze", powiedział Fausto. "Zobaczymy się, jak wrócisz". "Tak, do zobaczenia po powrocie", odparł Sergio, myśląc, że powtarzają te same zdania, które mówili sobie tysiące razy, i że te proste słowa nie były już tym, czym były kiedyś: straciły wartość, jak monety wycofane z obiegu. Na lotnisku Prat czekał na niego jeden z organizatorów retrospektywy, Sergio zgodził się bowiem przywieźć w bagażu podręcznym wszystkie potrzebne materiały: twarde dyski, na których zachowano oczywiście filmy, ale także fotosy z planu, a nawet oryginalne scenariusze, które Filmoteka miała wystawić w swoich witrynach. Organizator był szczupłym brodaczem w okularach w grubych oprawkach z czarnego plastiku i w koszuli więźnia z karykatury, wziął od niego walizkę i z wyrazem niezmąconego spokoju i zapytał Sergia o osobę towarzyszącą. "Żeby zarezerwować pokój dwuosobowy", wyjaśnił. "Jeśli to potrzebne".

"Przyjedzie mój syn", odparł Sergio. "Ma na imię Raúl. Ale w Filmotece już o tym wiedzą".

Sergio podjął decyzję kilka dni temu. Silvia nie mogłaby mu towarzyszyć, nawet gdyby wszystko się między nimi układało, i to nie tylko z powodu swojej pracy, z której nie mogła się zwolnić, ale także dlatego, że Amalia miała właśnie pójść do nowej szkoły. Najnaturalniejszą rzeczą na świecie wydało się więc Sergiowi zaproszenie Raúla, jedynego syna z poprzedniego małżeństwa, który zaczął ostatnią klasę szkoły średniej i w każdym mejlu pytał, kiedy się znowu zobaczą. Nie widzieli się od dwóch lat, bo Raúl mieszkał z matką w Marbelli, a Sergiowi nie było to po drodze. Syn miał wsiąść w samolot o czwartej po południu, kiedy skończy lekcje, i przylecieć do Barcelony, tak żeby zdążyć na ceremonię inauguracji i spędzić prawie trzy dni z ojcem, oglądając filmy, których jeszcze nie widział, i przypominając sobie te znane, ale tym razem na dużym ekranie. Jakby powodów było mało, Raúl nigdy dotąd nie był w Barcelonie i Sergiowi wydała się kusząca myśl, że pokaże synowi miasto i jednocześnie swoje filmy. O tym myślał Sergio, gdy lądował w Lizbonie przed dziewiątą wieczór, a kiedy przy wyjściu zobaczył twarz Silvii i jej promienny uśmiech, ogarnęło go złudzenie, że nie przyjechał z wizytą, tylko wrócił do domu. Wtedy zauważył, że Amalia też wyszła mu na powitanie, i chociaż dla niej było już późno, miała dość siły, żeby rozłożyć ramiona i uwiesić mu się na szyi, a Sergio zrozumiał, że warto było tu przyjechać.

Spotkanie było tak piękne, że nawet nie przejęli się zagubieniem walizki przez linie lotnicze. Z trzech, które Sergio oddał na bagaż w Bogocie, tylko jedna dotarła nieuszkodzona do celu, a kobieta za żółtą ladą powiedziała, że muszą wrócić na lotnisko w poniedziałek rano. Ale żaden problem ani niedogodność nie mogły zmącić Sergiowi szczęścia z powodu wizyty u rodziny. W sobotę, o wiele wcześniej niż sugerowałaby to różnica czasu, pozwolił, by Amalia wzięła go za rękę i pokazała mu dzielnicę Benfica, która ograniczała się dla niej do ulicy Manuela Ferreiry de Andrade i jej najważniejszego lokalu: cukierni Califa. Kupił jej ulubione ciastka, zaprowadził na urodziny przyjaciółki, wysłuchał, jak śpiewa portugalskie piosenki, i próbował śpiewać razem z nią; potem spędził niedzielę z córką i z Silvią. W nocy powiedział Silvii: "Jestem bardzo zadowolony, że przyjechałem". I była to najszczersza prawda.

Po telefonie od przyrodniej siostry Liny poczuł się tak, jakby oberwał w twarz od bezczelnej rzeczywistości. Tego ranka odebrali z Silvią z lotniska zagubione walizki, a wracając, kupili Amalii zbyt różowy rower, ze światełkiem na baterie na kierownicy i fotelikiem dla lalki z tyłu, i jeszcze kask pod kolor roweru; a potem poszli do ogrodu na Praça do Império naprzeciwko klasztoru Hieronimitów, by go wypróbować, i tam właśnie zastała ich wiadomość. Tego dnia niebo było przejrzyste, wody Tagu połyskiwały bielą, a kamienny bruk lśnił tak bardzo, że Sergia rozbolały oczy i musiał włożyć ciemne okulary, żeby dojść tam, gdzie zaparkowali samochód Silvii.

Była siódma wieczorem, gdy dotarli na ulicę Manuela Ferreiry de Andrade. Pod numerem dziewiętnastym Sergio wyjął z bagażnika dwie ciężkie walizki i pociągnął je do korytarza, a Silvia szukała miejsca do zaparkowania. I wtedy znów zawibrował jego telefon w kieszeni, a na ekranie ukazał się ten sam numer co wcześniej. Odbierając, Sergio wiedział już, co powie mu głos Liny, domyślił się wszystkich słów, bo nie ma ich zbyt wielu, by wyrazić to, co miała powiedzieć. Kiedy dołączyły do niego żona i córka, wciąż stał w korytarzu na marmurowej posadzce, pomiędzy kolumnami wyłożonymi zielonymi płytkami, zastygły w bezruchu, chociaż przeciąg smagał go po twarzy, ze smutnymi walizkami czekającymi obok jak kanapowe pieski; czuł jednak, że mimo wszystko los okazał się łaskawy, bo nie chciałby usłyszeć tej wiadomości w żadnym innym miejscu na świecie, w żadnym innym towarzystwie. Wziął Silvię za rękę, patrząc, jak Amalia odjeżdża na rowerze, i powiedział:

"Przed chwilą umarł".

Pierwsze, co zrobił, kiedy znaleźli się już w mieszkaniu, to zamknął się w pokoju Silvii, żeby zadzwonić do siostry Marianelli. Przez długie telefoniczne sekundy płakali razem, nie mając potrzeby mówienia czegokolwiek, jedynie dzieląc przerażające poczucie, że całe życie - nie tylko życie Fausta Cabrery - właśnie się zamknęło. Marianella była od Sergia dwa lata młodsza, ale z powodów, których nigdy nie próbowali wyjaśnić, ta różnica miała w sobie zawsze coś nierealnego albo arbitralnego, być może dlatego, że kompensowały ją cechy osobowości - młodsza siostra była zawsze odważniejsza, bardziej zbuntowana, pyskata, a starszy brat urodził się obdarzony wadą niepewności i skłonnością do wahania się. Ale przeżyli razem tyle rzeczy, tak różnych od tych, które powinni byli przeżyć, że od wczesnej młodości byli wobec siebie w szczególny sposób lojalni, jak osoby wiedzące, że ich życie pozostanie niezrozumiałe dla innych i jedynym sposobem, by być szczęśliwym, to pokornie przyjąć to do wiadomości. Sergio próbował z daleka złagodzić smutek siostry i nie przyszło mu do głowy nic lepszego, niż opowiedzieć jej wszystko, co wiedział o śmierci ojca. Opowiedział o kanapie, na której czytał gazetę, o uporze, z jakim wstał, by zamknąć na zasuwkę zamknięte wcześniej drzwi, jak osunął się w ramiona żony. Opowiedział, że Fausto nawet nie zdążył trafić do karetki, bo kiedy dotarli ratownicy, jego czynności życiowe ustały. Akt zgonu wypisano na miejscu, a teraz czekano na pracowników zakładu pogrzebowego. Tego wszystkiego dowiedział się od Liny, która zakończyła zdaniem nieco tajemniczym i pompatycznym:

"Umarł, stojąc, Sergio. Tak jak żył".

Był poniedziałek 10 lipca 2016 roku. Ceremonia inauguracji w Filmotece miała się odbyć 13, w czwartek o wpół do ósmej wieczorem. Sergio skończył rozmawiać z Marianellą i zaczął kalkulować w głowie, sumować czas lotu i przesiadek, porównując przed komputerem możliwe rozkłady połączeń pomiędzy Hiszpanią a Kolumbią. Chociaż różnica czasu mu nie sprzyjała, zrozumiał, że nie było to niemożliwe. O ile by się pospieszył, mógł polecieć do Bogoty, zobaczyć po raz ostatni twarz swojego ojca, złożyć kondolencje Naibe i uściskać Marianellę, i dotrzeć do Barcelony z jednodniowym opóźnieniem, żeby wziąć udział w reszcie pokazów, obejrzeć filmy i odpowiedzieć na pytania publiczności. Ale w nocy, po kolacji z Silvią i Amalią, Sergio położył się na szarej kanapie przed wyłączonym telewizorem i nie wiedział, w której dokładnie chwili zaczął czuć coś, czego nie czuł nigdy wcześniej. To tu, w obcym mieszkaniu o drewnianych podłogach, była jego rodzina, rodzina, która już raz mu uciekła; jakby tego było mało, w Barcelonie miał czekać na niego Raúl i nagle ta podróż nabrała dla niego posmaku ponownego spotkania. Być może Sergio myślał właśnie o tym, kiedy podjął decyzję, która nie wydała mu się wówczas tak dziwna, jak wyda mu się później.

"Nie pojadę", powiedział Silvii.

Nie pojedzie do Bogoty, nie pójdzie na pogrzeb ojca. Zobowiązania, jakie miał wobec Filmoteki, wyjaśni tym, którzy zażądają wyjaśnień, nie dawały mu czasu na to, by pojechać i wrócić, a nie chciał przecież wzgardzić pracą i pieniędzmi, które organizatorzy poświęcili, by przygotować retrospektywę jego twórczości. Tak, to było właściwe rozwiązanie. "Bardzo mi przykro", powie żonie ojca, i mówiąc to, nie skłamie. Utrzymywał z nią dobre stosunki, ale nigdy, przez tyle lat, nie stali się sobie naprawdę bliscy. Ona nie zatęskni za obecnością Sergia, on, z powodów, których nie umiał ująć we właściwe słowa, nie poczułby się do końca serdecznie witany w Bogocie.

"Jesteś pewien?", zapytała Silvia.

"Najzupełniej", odparł Sergio. "Długo się nad tym zastanawiałem. I moje miejsce jest wśród żywych, nie wśród zmarłych".

Wszystkie media w Kolumbii poinformowały o śmierci Fausta Cabrery. Kiedy Sergio dotarł do Barcelony, zasnuty ołowianymi chmurami poranek chylił się ku końcowi, a poranną prasę kolumbijską zdążyły już zalać wspominki o życiu ojca. Czytając wiadomości z tych dni, ma się wrażenie, że nie było w całym kraju aktora, który nie chodziłby razem z nim na zajęcia do mistrza Sekiego Sano, ani teatromana nieobecnego na arenie walki z bykami podczas spektaklu Chory z urojenia, ani kolegi, który nie zadzwoniłby z gratulacjami, kiedy dostał nagrodę od Ministerstwa Kultury za całokształt twórczości. Rozgłośnie radiowe sięgnęły po stare audycje, w których Fausto Cabrera recytował wiersze Josego Asuncióna Silvy albo Leona de Greiffa, a w jakimś zakątku internetu wypłynął ponownie artykuł napisany przez Sergia wiele lat wcześniej dla madryckiego "ABC". "Prawdziwym nacjonalistą - napisał wówczas - nie jest ten, kto przez całe życie usiłuje udowodnić, że jego kraj jest najlepszy, jest nim ten, kto próbuje uczynić lepszym kraj, który go przyjął, gdyż to najwspanialszy sposób uczczenia tego, w którym przyszedł na świat". A portale społecznościowe zareagowały jak zwykle, z ich szamba wychynęły postacie o dumnie brzmiących pseudonimach - Patriota, Obrońca Flagi, Wielki Kolumbijczyk - które przypomniały działalność komunistyczną Fausta Cabrery, jego związki z maoistyczną partyzantką, i obwieszczały, że dobry komunista to martwy komunista. Telefon Sergia ciągle dzwonił, wyświetlając ukryte albo nieznajome numery, a jego WhatsApp wypełnił się prośbami i pytaniami, na które usiłował nie odpowiadać z całą kurtuazją, na jaką było go stać. Wiedział, że nie może ukrywać się w nieskończoność, ale przez kilka godzin, im dłużej, tym lepiej, chciał zachować dla siebie pamięć o ojcu, wspomnienia - te dobre i te inne - które już zaczynały go prześladować.

Filmoteka Katalońska ulokowała go w luksusowym hotelu przy Rambli del Raval, w jednym z tych miejsc, gdzie wszystkie ściany są oknami, a wszystkie światła są kolorowe, ale nie miał czasu, żeby nacieszyć się pokojem; organizatorzy zabrali go od razu na powitalny lunch do pobliskiej restauracji. Chociaż nikt nie mówił o tym głośno, Sergio zorientował się natychmiast, że wszyscy wiedzieli już o tym, co się stało, ich twarze zdradzały napięcie, jakby próbowali wybadać, na ile sympatii mogą sobie pozwolić i czy serdeczny uśmiech będzie przekroczeniem granicy. Zanim podano deser, dyrektor programowy, miły człowiek o dużych oczach i w okularach bez oprawek, którego brwi unosiły się niemal z czułością, kiedy mówił o kinie, przerwał rozmowę, żeby podziękować Sergiowi za jego obecność, oświadczył dobitnie, że bardzo się cieszą z jego przyjazdu do Barcelony, ale nie obrażą się ani trochę, jeśli uzna, że wolałby jednak pojechać do Kolumbii; retrospektywa została zaplanowana, filmy znalazły się w Filmotece, wystawa była gotowa, ale jeśli Sergio chciałby jednak zrezygnować z udziału w uroczystościach, żeby towarzyszyć rodzinie i pochować ojca, doskonale to zrozumieją. Sergio zdążył już go ocenić: Octavi Martí zrobił wiele filmów dla kina i telewizji i mówił o wielkich reżyserach w sposób tak osobisty, jak potrafią tylko ci, którzy naprawdę ich zrozumieli. Czasem wydawało się, że obejrzał wszystkie filmy świata, a czasem, że jako krytyk wszystkie je zrecenzował. Sergio polubił go natychmiast, ale nie tylko z tego powodu odpowiedział, jak odpowiedział:

"Nie, zostanę", odparł.

"Jeśli chcesz, mógłbyś pojechać i wrócić na zamknięcie. Podamy kieliszek wina na zakończenie, porozmawiasz z widzami i już".

"Dziękuję", powiedział Sergio. "Ale lubię dotrzymywać obietnic".

Kiedy lunch dobiegał końca, na krześle na prawo od Sergia, które opustoszało w tajemniczy sposób, kiedy przyszła kolej na kawę, usiadła młoda dziewczyna z teczką i jej zawartość - kilka stron starannie uporządkowanych informacji - wyjaśniała mu monotonnym głosem nauczycielki. Wymieniła każdy wywiad, którego miał udzielić w najbliższych dniach, długa lista dziennikarzy prasowych i radiowych, i telewizyjnych na bieli kartki wydała się rwącą rzeką, którą Sergio będzie musiał przepłynąć, jakby znalazł się z powrotem w innych czasach, na szkoleniu wojskowym. Z teczki wyłonił się też program retrospektywy.

Dzień 13. Todos se van (2015). Rozmowa z reżyserem i pytania od publiczności.

Dzień 14. Golpe de estadio (1998). Rozmowa z reżyserem i pytania od publiczności.

Dzień 15. Strategia ślimaka (1992). Rozmowa z reżyserem i pytania od publiczności.

Dzień 16-19. Sztuka przegrywania (2004), Ilona llega con la lluvia (1996), Pojedynek (1989) i Águilas no cazan moscas (1994). Projekcje bez udziału Sergia Cabrery.

Sergio pomyślał, że mógłby dodać jeszcze: Projekcje na świecie, na którym nie ma już mojego ojca. Pomysł przeraził go, bo duch Fausta Cabrery był obecny w każdym z tych filmów, a w wielu z nich nie był to duch, ale obecność z krwi i kości: hiszpański anarchista, portier w hotelu dla marynarzy, ksiądz odprawiający ceremonie pogrzebowe. Nigdy, od swojego pierwszego krótkiego metrażu - opowiadającego o epizodzie z podróży Alexandra von Humboldta przez Kolumbię - nie zakończył filmu, nie zastanowiwszy się najpierw, czy spodobałby się on ojcu, nigdy nie zastanawiał się też, jak to będzie oglądać jego filmy w tym nowym, osieroconym świecie ani czy filmy mogą się zmienić, gdy świat zewnętrzny, ten świat niesfilmowany, zmienił się w tak gwałtowny sposób; czy ujęcia i dialogi stają się inne, kiedy znika osoba, bez której na wiele sposobów nie mogłyby powstać. Teraz, kiedy rozmawiał o programie z młodą dziewczyną, podszedł do niego Octavi Martí i chciał go o coś zapytać. Zauważył, że trzy pierwsze filmy, te, które miały zostać wyświetlone w obecności Sergia, ułożono w kolejności odwrotnej do chronologicznej, od najmłodszego do najstarszego. Czy to było celowe?

"Nie, ale tak jest dobrze", powiedział Sergio z uśmiechem. "Mieliśmy spojrzeć wstecz, prawda? W końcu okazało się, że będzie to prawdziwa retrospektywa".

Po wyjściu z restauracji poszedł od razu do swojego pokoju. To barcelońskie popołudnie było kolumbijskim porankiem: porankiem, kiedy miało odbyć się czuwanie przy zmarłym. Chciał porozmawiać z Marianellą, która przechodziła trudny moment. W ostatnim czasie, po serii niemożliwych do rozstrzygnięcia kłótni, kontakty z ojcem popsuły się, a w końcu zupełnie urwały. Dlatego kiedy odebrała telefon, w jej płaczu pobrzmiewała wściekłość, bo teraz, po tym bolesnym oddaleniu, też chciałaby uczestniczyć w śmierci ojca. Ale nikt nie uprzedził jej w porę, choćby tylko po to, by miała prawo się martwić, nie zaproszono jej też do domu ojca, żeby towarzyszyła mu w rytuałach pożegnania. "Nie powiadomili mnie", skarżyła się Marianella. "Mówią, że opuściłam tatę w jego ostatnich latach, że na starość zostawiłam go samego... Nie rozumieją, Sergio, nic nie wiedzą i nic nie rozumieją". Ukryte albo nigdy niewyrażone urazy, istniejące w każdej rodzinie, nieporozumienia, słowa, których się nie mówi albo które się wypowiada w złym momencie, fałszywe wyobrażenie o tym, co dzieje się w duszy albo w głowie drugiej osoby, ta skomplikowana sieć przemilczeń działała teraz na niekorzyść spokojnego dialogu i pogrążona w swoim smutku Marianella mówiła Sergiowi, że ona też nie pójdzie na pogrzeb.

"Nie, nie możesz tego zrobić", uznał Sergio. "Ty jesteś na miejscu, musisz iść".

"A ty?", zapytała. "Dlaczego ciebie tu nie ma?"

Sergio nie potrafił odpowiedzieć. Tłumaczył się mętnie, nalegał, w końcu udało mu się przekonać siostrę, że teraz, gdy ich matka nie żyła od dziewięciu lat, a Sergio przebywał za granicą, ona była rodziną, musiała reprezentować rodzinę.

Tego popołudnia w hallu hotelowym udzielił pierwszego wywiadu. Dziennikarka wyjaśniła, że ukaże się on w specjalnym miejscu - na tylnej okładce "La Vanguardii" - a format zmuszał ją do rozpoczęcia od krótkiego inwentarza danych biograficznych, tak więc Sergio poczuł się, jakby wypełniano jego policyjną kartotekę: miał sześćdziesiąt sześć lat, był trzykrotnie żonaty, miał czworo dzieci, urodził się w Medellín, mieszkał kiedyś w Chinach, pracował w Hiszpanii; był ateistą. Nie zaskoczyło go, że pierwsza kwestia, jaka padła po tym przesłuchaniu, nie była pytaniem, ale kondolencjami: "Współczuję z powodu ojca". Jego własna odpowiedź natomiast go zdziwiła, nie tylko dlatego, że sam jej nie oczekiwał, ale dlatego, że doznał nagle przykrego wrażenia, że powiedział za dużo, że kogoś zdradził.

"Dziękuję", odparł. "Dzisiaj umarł, a ja nie będę na jego pogrzebie".

Było to oczywiście kłamstwo, jakby umyślnie chciał zgubić dwadzieścia cztery godziny, i nie miało znaczenia tutaj, na jaskrawej kanapie w hallu, mało prawdopodobne, by dziennikarka zwróciła na to uwagę, a jeśli nawet by zwróciła, przypisałaby to pewnie zagubieniu spowodowanemu przez ból, dezorientację kogoś, kto właśnie stracił ukochaną osobę. Ale dlaczego? Dlaczego właściwie skłamał? Zastanawiał się, czy to możliwe, że zawstydził się poniewczasie swojej decyzji, by nie jechać na pogrzeb, jakby wstyd był towarzyszem podróży, który wyruszył z opóźnieniem, ale w końcu nas dopada. Dziennikarka chciała dowiedzieć się więcej o jego ojcu pochodzącym z rodziny wojskowych, którzy nie poparli zamachu stanu Franco, republikańskim emigrancie w Kolumbii, a Sergio odpowiadał rozsądnie na pytania, chociaż to, że zdradził się z własnych emocji, wciąż go uwierało.

"Ach, więc mieszkał tutaj?", zapytała dziennikarka. "W samej Barcelonie?"

"Niedługo, ale tak", odparł Sergio.

"A gdzie dokładnie?"

"Tego nie wiem", wyjaśnił Sergio. "Nigdy mi nie mówił. Nie sądzę, by pamiętał".

Udzielił jeszcze dwóch wywiadów, a potem przeprosił Filmotekę; był zmęczony, chciał sam zjeść kolację i pójść spać. "Jasne, tak będzie lepiej", powiedzieli, "jutro czeka nas sporo roboty". Wszedł do pokoju, w którym grube szyby w oknach tłumiły wrzawę grupek pijących pod palmami, chciał się położyć, zamknąć oczy i chwilę odpocząć. Ale mu się nie udało. Myślał o pytaniach, które mu zadano, i o tym, jak z nich wybrnął, nieodmiennie przekonany, że rozmowa o kinie to jedna z najtrudniejszych rzeczy na świecie, bo słowa wszystko komplikują i prowadzą wyłącznie do nieporozumień. Teraz jednak był wdzięczny za ten obowiązek, który odrywał go od bólu i utrzymywał na dystans smutek. Wychwalał zekranizowaną przez siebie powieść Wendy Guerry, opowiedział też o filmie Golpe de estadio, komedii, w której partyzanci i żołnierze ogłaszają zawieszenie broni, by obejrzeć mecz piłki nożnej, a także o Sztuce przegrywania i o swojej przyjaźni z powieściopisarzem Ernestem Gamboą; i tysiąc razy, odpowiadając na pytania o Strategię ślimaka, musiał wspominać pokrótce o swoim ojcu, który przeżył wojnę domową właśnie tu, w Barcelonie, zanim wyruszył na wygnanie, czy też zaczął się błąkać, by w końcu trafić do Kolumbii. Ale gdzie, w jakiej części miasta mieszkał? Ojciec nigdy o tym nie mówił, a może to Sergio zapomniał.

Nie udało mu się zasnąć, zmęczenie, jeśli kiedykolwiek naprawdę istniało, jakby wyparowało mu z oczu. Być może chodziło o zmianę czasu, bo nie minęło nawet pięć dni od wyjazdu z Kolumbii, a może o elektryczność płynącą po jego bezsennym ciele, tak czy siak, Sergio nie zdołał wytrzymać w łóżku. Włożył marynarkę, bo temperatura gwałtowanie spadła, obejrzał znalezione w pokoju ulotki, jedno ze zdjęć reklamowych mu się spodobało, i kilka minut później wchodził już na taras hotelu, szukał wolnego miejsca i siadał, żeby popatrzeć na świeżą noc, na noc starego miasta, rozciągającą się stamtąd aż do morza. Niebo rozchmurzyło się, a bryza marszczyła serwetki. Siedział przy szklanym stoliku na wysokim krześle, które sprawiało wrażenie, jakby miało zaraz spaść na ulicę. Nie miał pojęcia, co pojawiło się wcześniej: kieliszek czerwonego wina przyniesiony przez kelnerkę czy też niewygodne pytanie, które jednak znów go dręczyło: co by na nie odpowiedział, dlaczego zdecydował, że nie pojedzie do Bogoty, nie zobaczy twarzy ojca po raz ostatni? Że chciał być z Silvią i Amalią, to oczywiste, że chciał się spotkać tu, w Barcelonie, z synem Raúlem. Dobrze, ale czy to już wszystko? Czy było coś jeszcze?

W dole błyszczały zaczynające się zapalać okoliczne światła, linia latarni przy Ramblach przyciągała wzrok i prowadziła go do portu, ku niewidocznemu pomnikowi Kolumba. Na niebie widać było światła samolotów zniżających się nad lotnisko Prat. Wyjął telefon - białe światło rozdarło wygodny półmrok baru i zwróciło uwagę sąsiadów - i sprawdził WhatsApp. Zdążył naliczyć dwadzieścia siedem wiadomości z kondolencjami, zanim dotarł do linijki od Silvii: Jak się masz? Odpisał: Dobrze. Nie będę przed Tobą ukrywał, że myślę o Tobie. Chciałbym, żeby między nami się ułożyło. Ona: Teraz najważniejsze, żebyś myślał o tacie. Myślisz o nim? On: Tak, przypominają mi się różne rzeczy. Ale były to wspomnienia zniekształcone, nie można było zobaczyć ich wyraźnie albo nie chciały się pokazać, nieprzyjemne wspomnienia wypływające połowicznie pośród spokojnej nocy, w samotności, która już jutro, gdy przyjedzie Raúl, będzie nie do odzyskania. Tyle konfliktów, napisał Sergio. Zrobiliśmy razem tyle rzeczy, w Chinach, w partyzantce, w kinie, w telewizji, a jednak zbiór wspomnień, mimo że staram się je osłodzić, wcale nie jest pozytywny. Uniósł wzrok, zobaczył kolejny samolot, tym razem musiał być niżej, bo hałas dał się słyszeć już z daleka. A mimo wszystko wiem i powtarzam to, kiedy tylko mogę, że jestem uczniem swojego ojca. Nigdy nie mógłbym robić tego, co robiłem, gdybym nie dorastał w jego świecie. Odłożył telefon i spojrzał w górę, bo samolot wciąż sunął po głębokim niebie, lecąc na południe, na lotnisko albo tam, gdzie Sergio wyobrażał sobie lotnisko. W tym momencie aparat zawibrował (pewnie odpowiedziała mu Silvia), ale nie spojrzał na ekran, bo jego wzrok, utkwiony wcześniej w samolocie albo jego maleńkich światłach, objął potem miasto o niskiej zabudowie, a teraz natrafił na coś innego: na sylwetkę góry spoczywającej na horyzoncie jak śpiące zwierzę, a na sylwetce na błysk świateł zamku. Poczuł, że coś szarpie go w piersi, był bowiem pewny, że nie był nigdy na tym tarasie ani na żadnym podobnym w Barcelonie, ale musiał istnieć jakiś powód dla tego niespodziewanego uczucia, które ogarnęło go w tym momencie, kiedy zrozumiał, że stamtąd, z hotelowego tarasu, widać było Montjuic.

II

Z tarasu widać było Montjuic. Fausto, wówczas trzynastoletni, lubił wychodzić na niego razem z bratem Maurem, żeby patrzeć na niebo i na odległe morze, a na niebie na samoloty Franco przelatujące nad stawiającym opór miastem. Wojna domowa oznaczała wiele rzeczy: księdza, który z dzwonnicy pobliskiego kościoła strzela do bezbronnego tłumu, ale również pomruk przypominający kotkę w rui, wydawany przez bombę, zanim dotknie ziemi, a także wstrząs wybuchu odczuwany w żołądku jak poważna niestrawność. Dla obu braci wojna była chowaniem się pod stołem w jadalni, kiedy niebieskie niebo przecinała sylwetka nieprzyjacielskiego junkersa. Potem nauczyli się biec do schronu, gdy tylko rozlegały się syreny, ale kiedy wycie syren stało się rutyną, szybko porzucili ten zwyczaj, w pewnym momencie tylko Pilón, ich wilczur, schodził do schronu. Fausto słuchał bomb, które spadały gdzie indziej - bliżej lub dalej, ale wciąż gdzie indziej - a potem od dorosłych dowiadywał się, że samoloty przylatywały z Balearów, które już należały do Franco, ale zaraz słyszał też uspokajającą wiadomość, że Barcelona nigdy nie wpadnie w ręce faszystów. Czemu nie? Bo tak mówił ojciec.

Nazywał się Domingo Cabrera. Kiedy wybuchła wojna, mógł pochwalić się atletycznym ciałem, w dodatku był poetą amatorem i gitarzystą o twarzy filmowego amanta, obdarzonym dobrym głosem. Lubił przygody; mając szesnaście lat, spakował swój niewielki dobytek, zmęczony prowincjonalnym życiem na Wyspach Kanaryjskich, i wsiadł na pierwszy lepszy statek płynący do Ameryki. Ledwo udało mu się zgromadzić dość pieniędzy, by pozwolono mu wejść na pokład, resztę spłacił własnym wysiłkiem i potem, co w tym wypadku nie było wcale przenośnią, bo ku oburzeniu i zachwytowi pasażerów umówił się z kolegą na urządzanie pokazów lucha libre. Podczas tej awanturniczej podróży odwiedził Kubę, pracował na polu w Argentynie i zarządzał hacjendą w Gwatemali, kilka kilometrów od Antigui. Tam poznał hiszpańskiego pułkownika Antonia Díaza Benza, któremu sam król we własnej osobie powierzył zadanie utworzenia szkoły wojskowej. I to zmieniło mu życie.

Był bohaterem wojny na Kubie, na jego galowym mundurze nie mieściły się wszystkie medale. Nikt nie mógł przewidzieć tego, co się stało - Domingo, awanturniczy młokos, zakochał się w Julii, córce żołnierza; co gorsza, córka żołnierza również zakochała się w awanturniczym młokosie. Julia Díaz Sandino była madrycką arystokratką, zaprzysięgłą monarchistką; ten związek mógłby się wydawać czymś najbardziej nieprawdopodobnym na świecie, póki nie dowiemy się, że monarchistka była także wyrobioną czytelniczką hiszpańskiej poezji i recytowała Lopego, pod warunkiem, że wiersz nie był obsceniczny, i opowiadała Gwatemalczykom o Rubenie Daríu, jakby ten ostatni był madrytczykiem. Nowożeńcy wrócili do Las Palmas. Tam, w domu przy ulicy Triana, z którego rozciągał się widok na ocean, w pokoju, z którego okien pod wpływem soli łuszczyła się farba, urodziły się ich dzieci - Olga, Mauro i Fausto, i tam mieszkaliby pewnie do końca życia, gdyby życie bez uprzedzenia nie zmieniło kursu.

Pewnej nocy, gdy położyła już spać małego Fausta, Julia po raz pierwszy poskarżyła się na ból gardła. Przypisali to nadejściu jesieni - pewnie coś złapała, powiedzieli - ale z upływem dni ból stawał się coraz silniejszy, aż w końcu był nie do zniesienia. Kilka tygodni później lekarz rozpoznał bardzo agresywnego raka i całkiem uczciwie poradził, by pojechali do stolicy, tam bowiem wynaleziono nową terapię.

"A co to właściwie za terapia?", zapytał Domingo.

Lekarz odpowiedział dość enigmatycznie.

"Kuracja nerwu trójdzielnego", rzekł. "Nawet nazwa ładnie brzmi".

Dotarli do Madrytu w trudnym czasie. Panowaniu Alfonsa XIII już od wielu miesięcy zagrażały duchy republiki i chociaż udało mu się je odstraszyć, to dla wszystkich było jasne, że w Hiszpanii coś się zmienia. Do?a Julia cierpiała podobnie jak jej król, bo nad jej rodziną ciążył cień bohaterskiego pułkownika, broniącego podczas wojny kubańskiej terytoriów Korony, a cierpiała podwójnie z powodu tego, co działo się z jej bratem. Felipe Díaz Sandino, wspaniały pilot hiszpański, komendant Lotnictwa Sił Powietrznych Katalonii, był jedną z tych osób, które wydają się mieć herb rodu wytatuowany na piersi, a na herbie tej rodziny wypisano jedenaście górnolotnych słów: Życie swe przeżyj szczęśliwie, by nawet w śmierci było żywe. Julia byłaby z niego dumna i przekazałaby tę dumę swojej rodzinie, gdyby wuj Felipe, który odwiedzał dom Cabrerów co drugi dzień, nie miał trzech wad: po pierwsze, był z przekonania republikaninem, po drugie, nie spiskował, żeby obalić króla; po trzecie, nie przekonał Dominga, by dołączył do spiskowców.

Pewnego wieczoru 1930 roku Domingo, który zazwyczaj wracał wcześnie, żeby zająć się chorą na raka żoną, nie zjawił się w domu. Nikt nie wiedział, gdzie się podział, nikt nie widział go w ciągu dnia, nikt nie słyszał, by przytrafiło mu się coś niezwykłego. W Madrycie przewrót wisiał w powietrzu, a w takim mieście mogły bez niczyjej wiedzy wydarzyć się poważne rzeczy. Położyli się więc do łóżek - i Fausto będzie wspominał później, że byli doskonale świadomi tego, iż rodzice ich okłamują, mówiąc, że nie, nic takiego się nie dzieje, że to sprawy dorosłych - i przespali może dwie godziny, kiedy obudziło ich łomotanie do drzwi kolbami karabinów. Byli to trzej agenci bezpieczeństwa, którzy nie zdjęli kapeluszy ani nie schowali broni, wkroczyli do środka siłą, jak wkracza się do domu przestępcy, i zapytali o Felipe Díaza Sandina, otwierając drzwi do pokoi kopniakami i zaglądając pod łóżka. Kiedy przekonali się, że wuja Felipe tam nie ma, zapytali o gospodarza domu. Julia otaksowała wzrokiem każdego z nich.

"Jego też nie ma", powiedziała do?a Julia. "I nie mam pojęcia, gdzie jest. Ale nawet gdybym wiedziała, nie powiedziałabym wam i tak".

"Proszę mu w takim razie powiedzieć, kiedy tylko pani go zobaczy", powiedział jeden z agentów, "że czekamy na niego w komisariacie".

"A jeśli go nie zobaczę?"

"Oczywiście, że pani go zobaczy", zapewnił. "Oczywiście, że tak".

Zobaczyła go nad ranem. Domingo wszedł tak cicho, że mały Fausto zdał sobie sprawę z jego obecności dopiero wtedy, gdy usłyszał szloch matki. Wiadomości nie były dobre: policjanci ich śledzili, Dominga i wuja Felipe, i mimo że próbowali ich zgubić, klucząc przez długie godziny po domach i kawiarniach, w końcu ich dopadli. Domingowi udało się wymknąć, ale wuj Felipe został aresztowany, oskarżony o spiskowanie przeciwko królowi Alfonsowi XIII i osadzony w wojskowym więzieniu.

"Dobrze, więc pójdziemy go odwiedzić", oświadczyła do?a Julia.

"O czym ty mówisz?", zaprotestował Domingo. "Przecież jesteś chora".

"Nie tak bardzo", odparła. "Idziemy natychmiast. Wszyscy".

Fausto miał sześć lat, kiedy po raz pierwszy zobaczył więzienie. Dla Olgi i Maura było to tylko miejsce ciemne i brzydkie, dla Fausta natomiast okazało się przerażające, niebezpieczne, w nim wuj Felipe cierpiał za to, że był sprawiedliwy czy też walczył z niesprawiedliwością. To mijało się z prawdą: miejsce nie okazało się wcale przerażające, a korytarze nie były klaustrofobiczne, wuja Felipe zaś nie torturowano ani nawet nie traktowano źle. Więzienia wojskowe, zwłaszcza przeznaczone dla wojskowych z zasłużonych rodzin, z piersią obwieszoną medalami, należały do miejsc wygodnych. Ale nic z tego nie obchodziło Fausta, dni spędzone w więzieniu zrobiły z wuja Felipe jego bohatera. Rodzina odwiedzała go przez wszystkie tygodnie aresztu, a Fausto obejmował Felipe tak, jakby wuj właśnie wrócił z wojny. Julia błagała brata: "Powiedz mu, że wszystko będzie dobrze, dzieciak nie może oka zmrużyć. Powiedz mu, że nie torturują cię, że dobrze cię traktują i niedługo wyjdziesz". Wuj Felipe na tym nie poprzestał: "Wyjdę już niedługo, Fausto, a kiedy wyjdę, Hiszpania będzie republiką".

Fausto przypomniał sobie tę rozmowę później, kiedy zobaczył, jak ludzie wychodzą na ulice świętować. Wuj Felipe niósł go na barana ulicami Madrytu, trzymając jedną ręką za nogę, a drugą powiewając trójkolorową flagą i wykrzykując słowa hymnu Riego, podczas gdy do?a Julia płakała w pokoju i mówiła, że świat się kończy. Na całe miesiące rozmowy przy stole w jadalni stały się nie do wytrzymania, Julia była bowiem święcie przekonana, że rodzinę czeka piekło; potwierdzał to ksiądz, którego zapraszała, kiedy tylko mogła. Tymczasem Domingo i wuj Felipe stworzyli sojusz przypominający wręcz mafię. Dzięki Felipe Domingo znalazł pracę na pół etatu w delegaturze rządu, ale nocami stawał się zupełnie kimś innym, tajnym agentem Urzędu Bezpieczeństwa. Faustowi i jego rodzeństwu przykazano nie wspominać o tym słowem, bo jak im powiedziano, ściany mają uszy.

Tego dnia, kiedy ojciec przyszedł, by przekazać mu wiadomość, Fausto spędził cały dzień sam w domu, snuł się po pokojach i w którymś momencie stanął przed szafą z rzeczami Dominga. Jakimś cudem nie zamknięto jej na klucz. Fausto nie mógł przepuścić takiej okazji: znalazł blachę detektywa, znalazł broń bez magazynka i wyjął ją z kabury, i właśnie gładził, wyobrażając sobie niebezpieczne sceny pełne przemocy, kiedy ojciec gwałtownie otworzył drzwi. Jego twarz pełna była emocji i głosem, którego Fausto nigdy wcześniej nie słyszał, wydał polecenie zdające się raczej błaganiem: "Chodź się pożegnać". Zaprowadził go do innego pokoju. Fausto zobaczył ciało leżące na łóżku i twarz przykrytą białą tkaniną, która pozwalała dostrzec tylko zamknięte oczy. Ucałował materiał; potem miał myśleć, że to, iż nie dotknął ustami zimnej twarzy matki, nie było żadnym pocieszeniem, lecz utraconą okazją, której zawsze będzie żałować.

Śmierć matki była zapowiedzią kolejnych nieszczęść. Kilka lat później, kiedy wybuchła wojna, Fausto nie mógł się zdecydować, czy to lepiej, że matka tego nie dożyła, miał natomiast smutną pewność, że wojna byłaby dla niego inna, mniej przerażająca i mniej samotna, gdyby mógł liczyć na matczyną obecność. W tym okresie zaczął już szukać pocieszenia w książkach, które po sobie zostawiła, jedne były tak zaczytane, że się rozpadały, inne z kolei nie miały nawet porozcinanych kartek. Tak odkrył Bécquera (rozpadał się) i Pedra Salinasa (nietkniętego), Garcíę Lorcę (nietkniętego) i Manuela Reinę (rozpadał się). Domingo nie sprzeciwiał się temu, sam wręcz zaczął mu wręczać od czasu do czasu nowe egzemplarze, każdy sposób wydawał mu się bowiem dobry, by złagodzić odczuwany przez syna ból. Tak Fausto poznał tomik wierszy Las islas invitadas, w którym Manuel Altolaguirre dedykuje wiersz zmarłej matce. W tych wersach, które mogły wydawać się alarmujące, znalazł jednak coś podobnego do spokoju.

Wolałbym być

Sierotą w śmierci

Żeby tęsknić za tobą

Tam, wśród tajemnic

Nie tu, wśród tego, co znane.

Tymczasem członkowie rodziny Cabrerów zaczęli się zaliczać do osób non grata. Wuj Felipe, który poznał Franco, który walczył razem z nim w Afryce i otrzymywał odznaczenia, który w Afryce zasłynął tym, że, jak powiadano, wyszedł z okopów, nie zważając na kule nieprzyjaciela, teraz pozostał wierny Republice, o którą niegdyś walczył. W owych dniach, kiedy lwia część wojska przeszła na stronę buntowników, ta wierność mogła okazać się samobójstwem. "Twój wuj jest odważny", powtarzał Faustowi ojciec. "Naprawdę trzeba być odważnym, żeby nie zrobić czegoś, co wszyscy wybaczyliby po jakimś czasie". Ale życie rodziny w Madrycie robiło się coraz trudniejsze. Po śmierci Julii, której sama obecność wystarczała, by złagodzić wrogość monarchistów, dom Cabrerów był już tylko gniazdem wywrotowców i wojskowi lojalni wobec króla i popierający bunt Franco zaczęli ich prześladować bez żadnych skrupułów. Sytuacja szybko stała się nieznośna. Pewnego wieczoru, kiedy Domingo jadł w domu kolację z dziećmi, niespodziewanie zjawił się wuj Felipe i oświadczył:

"Wyjeżdżamy. Dla bezpieczeństwa wszystkich".

"Dokąd?", zapytał Domingo.

"Do Barcelony, mam tam przyjaciół", odparł Felipe. "A potem zobaczymy".

Tydzień później Fausto pierwszy raz w życiu wsiadał do samolotu. Był to junkers G24 lotnictwa Republiki, za którego sterami zasiadł Felipe Díaz Sandino - jego ukochany wuj, odważny wuj, ich wybawiciel - i na którego dziewięciu siedzeniach zmieściła się bez problemu cała rodzina. Wuj Felipe wiedział, że ciąży na nim wyrok, bo wojskowi odwracający się od Franco trafiali od razu na czarną listę i byli prześladowani z większą zaciętością niż komuniści, postanowił więc zadbać o bezpieczeństwo bliskich, by potem walczyć dalej w swojej wojnie. Domingo został awansowany na szefa jego ochrony; bezpieczeństwo wuja Felipe, który stał się niewygodną postacią dla zbuntowanych, nie mogło znaleźć się w lepszych rękach. Na pytanie Olgi, czym zajmuje się jej ojciec, Felipe wyjaśnił: "Czuwa nad tym, by mnie nie zabili".

"A jeśli to jego zabiją?", zapytała.

Wuj nie wiedział, co odpowiedzieć.

Cabrerowie ulokowali się w domu z widokiem na morze, z ogromnymi oknami od podłogi do sufitu, z tarasu rozpościerał się widok na Montjuic. Rodzina starała się normalnie żyć w bombardowanej Barcelonie: Fausto chodził do szkoły i odkrywał, że lubi lekcje, ale odkrywał też frustrację, bo nie mógł pochwalić się tym, że jest siostrzeńcem Felipe Díaza Sandina, republikańskiego bohatera, który zarządził bombardowanie frankistowskich koszarów w Saragossie. Wiele lat później Fausto miał się dowiedzieć, co działo się w tych dniach: wuj Felipe pokłócił się ze swoimi politycznymi zwierzchnikami, poszło o strategie prowadzenia kampanii (trudno się dziwić w przypadku kampanii tak nieszczęsnej jak ta, gdy czasem najgorszymi wrogami republikanów byli sami republikanie); konflikt stał się na tyle zażarty, że jedynym sposobem na ostudzenie go stały się posunięcia polityczne, a wuj Felipe zgodził się objąć stanowisko dyplomatyczne w Paryżu, mając nadzieję, że zdobędzie poparcie innych krajów europejskich dla sprawy Republiki. Z okazji tej nominacji robotnicze związki zawodowe zrobiły mu niespodziewany prezent, hispano-suizę T56, wyprodukowaną w dzielnicy La Sagrera, mogącą pomieścić pięciu pasażerów i o mocy silnika 46 koni mechanicznych. Kiedy przyjechał pokazać go w domu Cabrerów, powiedział, że to marnotrawstwo mieć tyle koni; żeby dotrzeć do Paryża, potrzebował tylko trzech.

W ten sposób Fausto dowiedział się, że wuj Felipe zabierze ze sobą w podróż jego i brata Maura, reszta rodziny zaś zostanie w Barcelonie. Nigdy nie powiedziano mu, kto tak zadecydował ani czy podróż zaplanowano z pomocą ojca czy też tylko za jego zgodą, ale później, kiedy przekraczali Pireneje hispano-suizą, Fausto zauważył, z jakim szacunkiem żandarm ogląda papiery dyplomaty Republiki, i przez resztę podróży czuł się tak bezpiecznie jak nigdy wcześniej. Wydawało się, że przed wujem Felipe cały świat stoi otworem. Podczas pierwszych dni w Paryżu zabierał ich do najlepszych restauracji, żeby Fausto i jego brat skosztowali wszystkiego, czego nie pozwoliła im jeść wojna, a potem załatwił, by przyjęto ich do liceum Pothier, szkoły z internatem dla dobrze sytuowanych rodzin w Orleanie. Dla Fausta, już nastolatka, były to dni szokującego zderzenia z Francuzami, którzy nie wiedzieć czemu patrzyli na niego spode łba; dni odkrywania seksu czy raczej fantazjowania o seksie z piętnastolatkami odwiedzającymi go w nocy, by uczyć się hiszpańskiego. Fausto wsłuchiwał się w recytowane przez nie wiersze Paula Géraldy'ego i odwdzięczał się całymi wierszami Bécquera, których nauczył się na pamięć, sięgając do biblioteczki matki, wersami obdarzonymi zaraźliwą muzyką, w których wszystkie oczy były niesamowicie zielone i wszyscy kochankowie zastanawiali się, co oddaliby za jeden pocałunek. Tymczasem Felipe Díaz Sandino w wywiadach dla francuskiej prasy przyznawał, że jego strona także dopuszczała się nadużyć, ale wielkim moralnym błędem było porównywanie ich do nadużyć strony zbuntowanej, na przykład do nazistowskich samolotów, które siały spustoszenie w bezbronnych wioskach, podczas gdy demokratyczne państwa odwracały wzrok, nieświadome tego, że klęska Republiki okaże się w dłuższej perspektywie ich własną klęską.

Misja dyplomatyczna szybko się skończyła. Z Hiszpanii dochodziły przygnębiające wieści, a francuski rząd, pogrążony w rozwiązywaniu poważnego kryzysu gospodarczego i pod presją nacjonalistów z La Cagoule, którzy zabijali związkowców i planowali zamach stanu, nie miał czasu ani cierpliwości, by wysłuchiwać żądań wuja Felipe. Lepiej było walczyć w Hiszpanii. Kiedy wrócili do Barcelony, wuj Felipe odkrył, że frankistowskie gazety podały wiadomość o jego ucieczce i pojmaniu. Doświadczył czegoś, co było udziałem bardzo niewielu: zobaczył w prasie swojego kraju zdjęcie swojego trupa i przeczytał wiadomość o tym, że został rozstrzelany. Patrząc na zdjęcia własnej egzekucji na placu Catalu?a, odrzucony jako zdrajca i jako czerwony, wuj Felipe po raz pierwszy doświadczył pewności, że przegrają tę wojnę.

Fausto i Mauro też zastali nową sytuację: Domingo poznał nową kobietę. Pewnego wieczoru oświadczył swoim trojgu dzieciom, że zamierza się ożenić. Josefina Bosch była o wiele młodszą od niego Katalonką, która pochylała się zbytnio nad jego dziećmi, jakby myślała, że nie rozumieją jej lokalnego akcentu, słów pełnych dźwięcznych "l" i wydawała się czuć swobodniej w towarzystwie psów. Miała tak trudny charakter, że Fausto zaczął żałować, że nie mógł zostać we Francji, i po raz pierwszy poczuł złość na wuja Felipe, nie fair było zrobić coś takiego chłopakowi budzącemu się do życia, nie fair było przywozić go z powrotem do ogarniętego wojną kraju, do miasta bombardowanego przez samoloty, które nawet nie były hiszpańskie, do rodziny posklejanej jak rozbita porcelana.

Po ślubie Dominga i Josefiny Cabrerowie przenieśli się do dużego domu niedaleko placu Catalu?a. Syreny wyły kilka razy dziennie, ale w nowym domu nie dało się wyjść na taras, żeby popatrzeć na samoloty. Miasto żyło w strachu, Fausto widział go na twarzy Josefiny i rozmawiał o nim z rodzeństwem, i wyczuwał go w powietrzu za każdym razem, kiedy ojciec zabierał ich do domu ciotki Teresy. Nie upłynął tydzień od przeprowadzki, kiedy syreny zawyły tak samo jak zwykle, teraz jednak rodzina, która przy stole jadła obiad, nie miała czasu, by się ukryć. Wybuch zatrząsł domem i wybił jedną z szyb, był tak mocny, że zupa wytrysnęła z talerzy, a Fausto spadł z krzesła. "Pod stół!", krzyknął Domingo. Mimo że był to bezużyteczny środek ostrożności, wszyscy usłuchali. Olga uczepiła się ramienia ojca, a Josefina, która przeżuwała jeszcze kawałek chleba, objęła Fausta i Maura krzyczących z przerażenia. "Zobacz, czy nie są ranni", powiedział Domingo do Josefiny, a ona uniosła ich ubranie, pomacała po brzuchach, piersi i plecach, to samo zrobił Domingo z Olgą. "Dobrze, już dobrze", próbował ich uspokoić Domingo. "Zostańcie tutaj, ja zaraz wrócę". I kilka minut później przyniósł wiadomości: przeleciały nad nimi włoskie samoloty, które wyładowały swą furię na Barcelonie, a jedna z bomb spadła przypadkowo na ciężarówkę wyładowaną dynamitem, zaparkowaną za rogiem. Josefina wysłuchała tego cierpliwie, potem wygramoliła się spod stołu, otrzepując sukienkę.

"No dobrze, to już wszystko wiemy", powiedziała. "Skończmy więc obiad, zostało jeszcze trochę zupy".

Kilka dni później rodzina zebrała się, aby omówić sytuację. Wszystko wskazywało na to, że wojna zostanie przegrana, a Barcelona była ulubionym celem faszystów. Włosi na pokładach bombowców Savoia nie przestaną rujnować miasta. Wuj Felipe podjął decyzję za wszystkich: "Najwyższy czas, byście wyjechali z Hiszpanii. Tu nie będę mógł was chronić". Spakowali więc swoje manatki do hispano-suizy i pewnego ranka wyruszyli w kierunku granicy francuskiej. W czasie podróży Fausto ściśnięty ze swoim rodzeństwem w samochodzie zaprojektowanym dla mniejszej liczby pasażerów myślał o wielu sprawach; o zmarłej matce, o wierszach Bécquera i Géraldy'ego, piętnastoletnich Francuzkach, ale też o ojcu, który został w Barcelonie, żeby chronić wuja Felipe. Głównie jednak myślał o wuju, pułkowniku Felipe Díazie Sandinie, republikaninie, spiskowcu i bohaterze wojennym. Od tej chwili Fausto, patrząc na swego wuja, myślał pewnie: ja też będę taki jak on. Myślał pewnie: chcę być taki, kiedy dorosnę. Myślał pewnie: Życie swe przeżyj szczęśliwie, by nawet w śmierci było żywe.

Scena przypominała scenografię jakiejś złej sztuki teatralnej: szosa, kilka drzew, słońce nadające rzeczom białego połysku. W takiej oto przeciętnej dekoracji znaleźli się Josefina i Cabrerowie, w hispano-suizie, pięć kilometrów od granicy francuskiej, pośród niczego. Ale nie byli sami, oprócz nich wielu innych pasażerów innych samochodów i inni mężczyźni i kobiety, którzy dotarli tu pieszo, dźwigając na ramionach kufry, wszyscy czekali na to samo. Uciekali od wojny; zostawili za sobą swoje domy, a przede wszystkim zostawili za sobą swoich zmarłych, z tą odwagą albo desperacją, które pozwalają nawet najbardziej tchórzliwym rzucić się w niepewność wygnania. Granica była zamknięta i nie mieli innego wyjścia, jak czekać, ale gdy tak czekali, próbując jakoś zabić czas pierwszego dnia, a potem drugiego, zaczęło im się kończyć jedzenie, a kobiety robiły się coraz bardziej zdenerwowane, może zdawały sobie sprawę z czegoś, o czym nie wiedziały ich dzieci. Czekanie bywa straszne, kiedy nie ma przewidywalnego końca, kiedy nie widzą go władze zdolne położyć mu kres albo zrobić coś, co wreszcie wprawi świat w ruch: na przykład żeby władze - ale kim one są, gdzie one są? - wydały rozkaz otwarcia granicy. I właśnie to próbowali ustalić Fausto i jego brat Mauro, zastanawiali się, kto mógłby wydać taki rozkaz i dlaczego do tej pory tego nie zrobił, kiedy w powietrzu rozległ się pomruk, który potem zmienił się w ryk, i zanim rodzina zdała sobie z tego sprawę, nad jej głowami leciał już myśliwiec, strzelając z karabinów maszynowych.

"Schowajcie się", krzyknął ktoś.

Ale nie było gdzie. Fausto schronił się za hispano-suizą, ale zaraz po przelocie samolotu przeczuł, że atak się nie skończył, i zdał sobie sprawę, że to, co jest tyłem samochodu, kiedy samolot leci w jedną stronę, będzie jego przodem, kiedy samolot nadleci z przeciwka. I tak się właśnie stało: samolot zawrócił w powietrzu. Fausto schował się wówczas pod hispano-suizę i tam, z czołem przyciśniętym do ziemi, czując na twarzy kamienie, znów usłyszał huk karabinów maszynowych, a także krzyk Josefiny, krzyk strachu i wściekłości: "Skurwysyny!", a potem znów zapadła cisza. Podczas ataku nikt nie zginął, ale wokół pełno było przerażonych twarzy, płaczących kobiet, dzieci leżących pod kołami samochodów, dziur po kulach - czarnych oczu, które na nas patrzą - w niektórych karoseriach. Ale nie było zabitych. Ani rannych. To zdawało się nieprawdopodobne.

"Ale przecież nic nie zrobiliśmy", powiedział Fausto. "Dlaczego do nas strzelają?"

Josefina odparła: "Bo to faszyści".

Tej nocy usnęli w strachu przed kolejnym atakiem. Fausto najzwyczajniej się bał, chociaż był to inny strach, bo znajdowali się pod gołym niebem. Następnego dnia zdecydowali, że najgorszą decyzją jest bezczynność, pojechali więc wzdłuż granicy, od jednej budki strażników do kolejnej, aż w końcu zauważyli ruch w tłumie, ten charakterystyczny ruch będący przeciwieństwem rozpaczy i klęski: bo widać w nim uparte dążenie, by dalej żyć. Ktoś z rodziny zapytał, co się dzieje, i usłyszeli odpowiedź, którą mieli nadzieję usłyszeć:

"Właśnie otworzyli granicę".

"Otworzyli granicę", powtórzył Fausto.

"Tak, otworzyli", przytaknęła Josefina.

I wtedy zobaczyli, z jakim problemem przyjdzie im się zmierzyć. Żandarmi otworzyli, owszem, przejście, ale oddzielali mężczyzn od kobiet i dzieci.

"Co się dzieje?", zapytał Fausto. "Dokąd ich zabierają?"

"Do obozów koncentracyjnych", odrzekła Josefina. "Pieprzone żabojady".

Poprosiła wówczas Fausta, żeby do niej podszedł. Mówiła, patrząc w powietrze i unosząc brwi, a Fausto zrozumiał, że nie powinien spoglądać jej w oczy, ale na jej ręce, ręce, które wręczały mu portfel, jakby powierzały jakiś sekret.

"Spróbuj z nimi porozmawiać", powiedziała.

"Z kim?"

"Z żandarmami. Mówisz po francusku, prawda? No więc do dzieła".

Fausto i Mauro przecisnęli się przez tłum i znaleźli wejście do biur straży granicznej. Próbowali tam się dostać, myśląc słusznie, że po drugiej stronie drzwi udziela się zezwoleń, których potrzebowali, ale żandarmi obcesowo ich wyrzucili. "Traktują nas jak trędowatych", powiedział Mauro. "Skurwiele". Fausto zauważył wówczas eleganckiego mężczyznę, który przechadzał się z kapeluszem w ręku, a sposób, w jaki go trzymał, wskazywał na to, że ma władzę. Fausto wziął brata za ramię i ruszyli za mężczyzną w kapeluszu, bardzo blisko jego butów, tak że prawie deptali mu po piętach. Dwóch żandarmów próbowało ich zatrzymać. "Dokąd się wybieracie?" Fausto odpowiedział nienaganną francuszczyzną:

"Jak to dokąd? Tam, gdzie mój wuj".

Zmieszany żandarm popatrzył na kolegę.

"Jeśli są razem z monsieur...", powiedział ten drugi.

Fausto przyspieszył w stronę mężczyzny w kapeluszu, ale nie przejął się tym, że stracili go z oczu, kiedy już pokonali przeszkodę. "I co teraz?", zapytał Mauro. "Teraz poszukamy jakiegoś biura", odparł Fausto. Nie było to trudne: ludzki gwar, ruchy ciał falujących w głębi budynku. Jedno miało mundur: był to korpulentny mężczyzna z białymi włosami i wąsami mniej białymi niż włosy, i to do niego zwrócił się Fausto: "Powiedziano nam", zapewnił tonem tak poważnym, na jaki było stać jego nastoletni głos, "żebyśmy z panem porozmawiali ". Opowiedział mu swój przypadek.

Opowiedział o wuju, bohaterze antyfrankistowskiego oporu. Opowiedział o swojej republikańskiej rodzinie desperacko próbującej uciec z kraju, w którym faszyści bombardują kobiety i dzieci. Opowiedział, że uczył się w Paryżu i wartości Republiki są jego wartościami. "Nie możemy robić wyjątków", odparł oficer. Po tych słowach, których jedynym efektem były wejście do jakiegoś gabinetu i króciutka rozmowa z urzędnikiem, Fausto wyjął z kieszeni portfel Josefiny, a z portfela plik banknotów. Położył go na wyciągniętej dłoni. Oficer spojrzał na urzędnika.

"Zrobimy wyjątek", powiedział.

Fausto wręczył pieniądze i w zamian otrzymał pozwolenie na przejście na stację kolejową. Po kilku minutach wszyscy stali już przy kasie, pytając z uśmiechem, dokąd odchodzi następny pociąg. Josefina zapłaciła za bilety.

"Dokąd jedziemy?", zapytał Josefinę Fausto. "Dokąd jedzie ten pociąg?"

"Dla mnie może jechać nawet na Syberię", odrzekła.

Ale nie jechał na Syberię, tylko do Perpignan. Fausto nie zachowa żadnego wspomnienia z tego miasta, gdyż tam dni upłynęły im na ukrywaniu się w podłym hotelu i oczekiwaniu z niepokojem na wieści od Dominga i wuja Felipe. Nie mogli zrobić nic więcej, jak przekazać wiadomość o swoim miejscu pobytu. Umówili się wcześniej, że użyją adresu z Orleanu, domu rodziny, którą poznali, kiedy Fausto uczył się w liceum Pothier, jako adresu do korespondencji. Wiele dni później nadeszły wieści: mężczyźni zostali uwięzieni w obozie koncentracyjnym Arg?les-sur-Mer, ale wuj Felipe, wykorzystując kontakty z czasów, kiedy był attaché wojskowym w Paryżu, zdołał ich uwolnić. W liście wuj Felipe dawał bliskim wskazówki co do spotkania w Bordeaux. Tam połączone dwie rodziny miały podjąć decyzję, co dalej.

I zrobili to, co wszyscy, którzy mogli sobie na to pozwolić: uciekli z Europy. Tym razem nie była to decyzja Felipe, bo on wierzył niezłomnie, że Hitler przegra wojnę, i miał nadzieję, że Franco prędzej czy później upadnie. Pozostali nie zgadzali się z nim, może byli pesymistami, a może większymi realistami albo po prostu bardziej się bali. Nieważne dlaczego, ale tym razem się uparli. I w ten sposób Fausto znów był razem z ojcem, po miesiącach, które zdawały się całymi wiekami, a rodzina ohydnych czerwonych zaczęła krążyć po ulicach Bordeaux w poszukiwaniu państwa, które ich przyjmie. Odwiedzili wszystkie latynoamerykańskie konsulaty i znieśli odmowę za odmową, aż w końcu kraj, o którym wiedzieli mało, otworzył przed nimi drzwi i kilka dni później zjawili się w porcie na estuarium i pozowali do zdjęcia z tłumkiem nieznajomych pasażerów pokładowemu fotografowi, niziutkiemu wąsatemu człowieczkowi, który sprzeda im zdjęcie przed końcem rejsu. Z przodu, bliżej kamery, stoją kobiety i dzieci, ale też uśmiechnięty ksiądz i mężczyzna w mundurze. Z tyłu, w ostatnich rzędach, w zapiętej sztruksowej marynarce, opierając rękę na statku, pozuje Fausto Cabrera, zadowolony z tego, że znalazł się wśród mężczyzn, wielu z nich, podobnie jak on, to Hiszpanie żegnający swój kraj z nadzieją na rychły powrót, dyskutujący o wiadomościach z Europy, w której za chwilę rozszaleje się wojenna zawierucha, dziękujący losowi za to, że uniknęli śmierci, i zastanawiający się w dzień i w nocy, w kajutach i na pokładzie, jak będzie wyglądać życie, nowe życie w Republice Dominikany.

III

Wszystko było dziwne w Ciudad Trujillo, tak brzmiała nowa nazwa starego Santo Domingo. Fausto był białym Hiszpanem ubranym w sukienne bermudy, a pracownicy portowi, patrząc, jak schodzi ze statku, zaczęli krzyczeć w jego kierunku: "Żyd! Żyd!". Dziwne też było, że oni, czerwoni prześladowani przez Franco, uciekinierzy z obozów koncentracyjnych Francji kolaborującej z faszystami, zostali przyjęci przez dyktaturę wojskową. Nie wiedzieli tego w tamtej chwili, ale Franklin Delano Roosevelt poprosił o przysługę generała Rafaela Leonidasa Trujilla: miał on przyjąć uchodźców, których w tamtym czasie europejska wojna produkowała na pęczki. I Trujillo tak właśnie zrobił, dla jego reżimu, przynajmniej w tamtej chwili, życzenia Stanów Zjednoczonych były rozkazem. Domingo czuł zadowolenie, podejrzewał bowiem, że dobrze przybyć do kraju z nieustalonymi jeszcze regułami gry. Miał rację. Wuj Felipe, zbadawszy dokładnie miasto, poznał galisyjskiego rybaka, który zaproponował mu spółkę, i kilka tygodni później zaczął rozkręcać interes.

Spółka nazywała się Sklepy Rybne Karaiby. Żaglówka, sieci olśniewająco białe na początku, które przybrudziły się z czasem, pikap załadowany połyskującymi rybami i lokal na starym mieście: za pomocą tych właśnie narzędzi wuj Felipe zamierzał zapewnić byt rodzinie. Fausto wstawał codziennie przed świtem, młodzieniec bez koszulki wiózł go pikapem do wioski rybackiej, tam, na nabrzeżu, czekała na niego należąca do rodziny łódź i Fausto ciężką taczką ładował towar do samochodu, a potem w drodze powrotnej zatrzymywali się w każdej wiosce, reklamując połów. Fausto docierał do Ciudad Trujillo ze zmęczonymi ramionami i srebrnymi łuskami oblepiającymi skórę, ale kiedy kąpał się w morzu, kiedy patrzył z fal na nabrzeże i wyobrażał sobie znajdujący się dalej park Ramfis, a za nim duży dom, w którym mieszkali, robił to z satysfakcją osoby przyczyniającej się do wyjścia całej rodziny na prostą. I przez jakiś czas wydawało się, że im się uda, że rodzina wygnańców znalazła swoje miejsce na świecie.

Pewnego ranka w sklepie rybnym zjawił się mężczyzna w jasnym garniturze, pod krawatem, z jedwabną poszetką w brustaszy, i oświadczył, że chciałby się widzieć z Felipem Díazem Sandinem. Polecono mu przekazać propozycję generała Arismendy'ego Trujilla, brata dyktatora, który chciał zostać wspólnikiem Hiszpanów; jego wsparcie i nazwisko gwarantowałoby sukces Sklepów Rybnych Karaiby. Wuj Felipe odprawił go z całą kurtuazją, zapewniając, że spółka nie potrzebuje nowych wspólników. Ale już wtedy był pewien, że sprawa na tym się nie skończy, i opowiedział o tym rodzinie. Po kilku dniach elegancki mężczyzna wrócił, napompowany nowymi argumentami, z jego ust płynęły zapewnienia o tym, że nowa spółka przyniesie zyski sklepowi rybnemu i całemu krajowi, wyrecytował też korzyści, które przybysz z zagranicy mógłby czerpać, prowadząc wspólny interes z najważniejszą rodziną Republiki Dominikany. Wuj Felipe znowu odmówił. Następne spotkanie miało się odbyć w gabinecie generała Trujilla.

"Powiedziano mi, że jest pan wojskowym", zaczął Trujillo.

"Tak jest, zawodowym", odparł wuj Felipe. "Mam stopień pułkownika".

Generał Trujillo uśmiechnął się: "Taki zawód, pułkowniku, często przynosi zawód".

Potem powiedział, że chce mu pomóc, że lubi wojskowych i potrafi się z nimi dogadać, że rybołówstwo to przyszłość republiki i że Sklepy Rybne Karaiby są najbardziej obiecującą firmą w branży. Od tej chwili, obwieścił generał Trujillo, będziemy wspólnikami. Obwieścił to z uśmiechem i lekko pochylając ciało nad biurkiem z litego drewna, a wuj Felipe zrozumiał, że jego ponowny sprzeciw nie tylko nie ma sensu, ale jest też niebezpieczny. Podczas spotkania nie rozmawiano o warunkach umowy spółki, bo nie było to konieczne. Okazały się bardzo proste: Karaiby miały miesięcznie płacić generałowi Trujillo szczodrą sumę, a generał Trujillo nie oferował niczego w zamian. W ciągu kilku następnych miesięcy rodzina dyktatora przejęła Sklepy Rybne Karaiby. Wuj Felipe przedstawił sytuację w czterech słowach, których Fausto zdążył już nauczyć się na pamięć: "Ratuj się, kto może".

Kilka dni później wuj Felipe oświadczył, że wyjeżdża do Wenezueli. Olga, która nie znalazła pracy w Ciudad Trujillo, postanowiła wyjechać z nim, Fausto zaś zdecydował, że on zostanie z ojcem i z Maurem, wuj Felipe stał się nagle człowiekiem pokonanym. Tak, kiedyś był bohaterem, ale teraz wydawało się, że życie przejechało po nim walcem. Wyjeżdżał z wyspy bez żadnego dobytku, nie miał pieniędzy ani pomysłów, ani nadziei. Felipe Díaz Sandino był człowiekiem, którego zniszczyło wygnanie, los wygnańca. Fausto, tak bardzo podziwiający wuja jako dziecko, poczuł, że traci go na zawsze. Nie miał jednak czasu, żeby naprawdę za nim zatęsknić, gdyż Cabrerowie zanurkowali w nowe przedsięwzięcie, które miało zapewnić im utrzymanie na emigracji. Domingo oświadczył rodzinie:

"Będziemy uprawiać orzechy ziemne".

Teren znajdował się w pobliżu granicy z Haiti: gęsta i wilgotna selwa, gdzie upał nigdy nie słabł, a nad każdą kałużą unosiła się gęsta chmura komarów. Dwadzieścia rodzin hiszpańskich uchodźców uprawiało ziemie, na których rząd dominikański chciał produkować własny olej, i każda z tych rodzin otrzymywała szczodrą dotację z Ministerstwa Rolnictwa: pług, dwa woły, muła i dwupokojowy dom, jeśli te szufladki przedzielone drewnianymi płytami, które groziły zawaleniem przy pierwszym silniejszym wietrze, można nazwać pokojami. Cabrerowie musieli zbudować swoje własne latryny. Fausto miał się potem szczycić satysfakcją, jaką przynosi każdemu widok odpowiednio skanalizowanego własnego gówna.

Towarzystwo innych Hiszpanów było pocieszeniem. Jednym z nich był Pablo, Asturyjczyk. Opuścił Hiszpanię w tym samym berecie, w którym Fausto widywał go na co dzień, i utrzymywał, że nie zdejmie go, dopóki ten skurwiel Franco nie upadnie. Razem z nim w niedzielne poranki zwoływali innych na mityngi i często śpiewali El Ejército del Ebro. To był jedyny moment, kiedy Pablo zdejmował beret. Rzucał go w powietrze i krzyczał:

"Śmierć Franco!"

I wszyscy, szczególnie Fausto, odpowiadali:

"Śmierć Franco!"

To razem z nim albo na jego prośbę Fausto zaczął recytować wiersze. Lubił to od dziecka, czytał poezję z tomików matki i słyszał z ust ojca, ale przypadek zmienił tę rozrywkę w prawdziwe powołanie. Na statku, którym przypłynęli z Hiszpanii, w kajutach pierwszej klasy podróżował Alberto Paz y Mateos, jeden z najbardziej uznanych aktorów swoich czasów; wprowadził on w hiszpańskich szkołach teatralnych metodę Stanisławskiego i wywrócił do góry nogami panujące w kraju przekonania dotyczące interpretacji dramatycznej. Podczas rejsu Fausto prawie się z nim nie rozstawał. Szukał go, żeby rozmawiać o Lorce, którego wiersze znał na pamięć, i o Czechowie, którego nazwisko słyszał po raz pierwszy, a potem w Ciudad Trujillo widywali się od czasu do czasu. Dzięki radom Paza y Mateosa Fausto zaczął eksperymentować z głosem i gestami, żeby wykorzystać metodę Stanisławskiego na potrzeby poezji. Kolonia wygnańców w selwie, nieustannie chorująca na malarię, nie wydawała się najlepszym miejscem na wprowadzanie w życie tych umiejętności, ale Fausto się nie uląkł. Popołudniami, kiedy czarni z sąsiednich wiosek spotykali się, by śpiewać swoje piosenki, lubił wykorzystywać sporadyczne chwile ciszy i tam, przy ognisku, którego dym odstraszał komary, nie zważając na śmiertelne znudzenie innych, deklamował cały wiersz Machada albo Miguela Hernandeza. Na przykład piosenkę żonatego żołnierza:

Dla syna będzie pokój, który chcę zbudować

i w końcu w nieuniknionym kości oceanie

moje serce i twoje utoną

kobieta i mężczyzna zmęczeni pocałunkami.

Pablowi, Asturyjczykowi, podobała się Matka Hiszpania:

Kiedy mówię matka, myślę o ziemi, która mnie urodziła,

mówię do zmarłych: bracia, powstańcie.

Deklamację tych właśnie wersów ćwiczył Fausto rankiem w dniu wypadku. Przyzwyczaił się do recytowania podczas zbioru orzeszków ziemnych, miał wtedy iluzoryczne poczucie, że dobrze wykorzystuje czas, i tego popołudnia, kiedy chodził po polu, a słońce ciążyło mu na szyi, recytował w myślach: Ziemia, ziemia w ustach, w duszy, wszędzie. Później, kiedy opowiadał o tym dorosłym, okazało się, że jego nieszczęście po prostu ich śmieszyło, bo te słowa nie mogły być właściwsze. Tylko okrutny bóg żartowniś mógł wpaść na pomysł, by w chwili, gdy je wypowiadał, a także kolejny wers: Ziemia, którą jem powoli, a ona w końcu mnie połknie - zagapił się i wdepnął w ogromne mrowisko. Były to, jak dowiedział się później, mrówki karaibskie i wszyscy uznali, że Fausto miał szczęście: zażarte ukąszenia i intensywna trucizna sprawiły, że stracił przytomność, ale pamiętano przypadki ludzi, którzy nie przeżyli. Późno w nocy, kiedy z gorączką ocknął się z omdlenia, oświadczył natychmiast ojcu i swojemu bratu Maurowi, że chce stąd wiać.

"Musimy zaczekać", powiedział ojciec.

"Jak długo?", zapytał Fausto. "Jak długo jeszcze mam czekać? Zmarnuję sobie życie w tej selwie. Sądzisz, że chcę tu zostać na zawsze?"

"A czego w takim razie chcesz?"

Cichym głosem, wciąż mając dreszcze z gorączki, Fausto odparł: "Być aktorem. I tu nie widzę dla siebie przyszłości".

Powiedział to po raz pierwszy. Zamiast wyśmiewać się z niego albo wymyślać fałszywe pocieszenia, ojciec podał mu ręcznik zmoczony w zimnej wodzie i powiedział:

"Jeszcze dwa zbiory. Potem wyjeżdżamy".

Nawet nie doczekali drugiego. Zima - to, co Dominikańczycy nazywają zimą - przyszła bez uprzedzenia ze swoimi ulewami i zmiennymi temperaturami i pewnej nocy Mauro obudził się w pościeli mokrej od potu i z płonącą twarzą. Chinina, którą zaczęli brać kilka tygodni wcześniej, nie okazała się wystarczająco skuteczna, a gorączka podskoczyła tak bardzo, że Mauro przestał rozpoznawać członków rodziny. Kiedy wyzdrowiał, Domingo wrócił pewnego wieczoru do domu, a jego młodszy syn pomylił go z magiem Madrakiem i zrozumieli, że muszą wracać do Ciudad Trujillo. Sprzedali tanio ostatnie zbiory i ścisnęli się wszyscy w pierwszej ciężarówce, która mogła wywieźć ich z dżungli, rozklekotanej bestii z drewnianymi barierkami na pace. Tak podróżował Fausto, leżąc na swoim dobytku i obserwując wyłaniające się na tle białych chmur chmary komarów roznoszących malarię.

Przez kolejne miesiące spędzone w Ciudad Trujillo Fausto ciągle zmieniał pracę - najpierw zatrudnił się jako robotnik w drukarni, potem windziarz, a w końcu jako pomocnik w aptece - żeby jakoś przeżyć. Tymczasem, w skradzionych chwilach, odwiedzał Hiszpańskie Centrum Republikańskie. Podobne miejsca powstawały w całej Ameryce Łacińskiej, od Meksyku po Buenos Aires, co przyprawiało wielu o refleksję, że prawdziwymi zwycięzcami hiszpańskiej wojny domowej byli Latynosi; setki wojennych uchodźców - artystów i dziennikarzy, aktorów, wydawców i powieściopisarzy - przywiozło ze sobą swój talent i kontynent już nigdy nie miał być taki sam. W Centrum Republikańskim w Ciudad Trujillo Fausto spotkał ponownie Paza y Mateosa i tam, podczas wykładów i recitali, dyskusji o możliwym powrocie Republiki i czytaniu Poemas Humanos niejakiego Cesara Valleja, Fausto rozpoczął swe aktorskie studia, a może kontynuował proces, który zaczął bezwiednie sam. Pod opieką wygnańców odkrył nieznanych wcześniej poetów i nauczył się recytować ich wiersze w taki sposób, że słuchacze stwierdzali ze zdumieniem, że oni również odkrywają je na nowo. Nikt nie deklamował Lorki lepiej niż Fausto, chociaż deklamacja to zbyt słabe określenie na to, co działo się podczas tych sesji; Paz y Mateos zdał sobie sprawę, że Fausto, obdarzony pięknym barytonem i umięśnionym ciałem, wykorzystując kilka sztuczek przyswojonych podczas sobotnich warsztatów, był zdolny zmienić najbardziej pokojowy wers w wezwanie do buntu. Nazwisko Fausta Cabrery zaczęło pojawiać się coraz częściej na afiszach Centrum i po jednym z takich recitali ojciec Fausta podszedł przywitać się z Pazem y Mateosem i usłyszał, jak mówi:

"O tym chłopaku jeszcze będzie głośno".

Fantazjowanie o karierze aktorskiej zajmowało w głowie Fausta coraz więcej miejsca. Praca w aptece, od świtu do nocy, stawała się kulą u nogi. Musiał sprzątać w środku, co mu nie przeszkadzało, ale musiał też myć witrynę, a to już niespecjalnie lubił; kiedy stał w roboczym ubraniu z wiadrem mydlin w jednej ręce i ścierką w drugiej i akurat przechodziły dziewczyny z pobliskiej szkoły, czuł się publicznie upokorzony. Zauważył, że nie przypadł do gustu kierownikowi, zgorzkniałemu Dominikańczykowi, przedwcześnie wyłysiałemu, z wielkim brzuchem, bo młody Hiszpan był dla niego największym zagrożeniem. Niestety zauważył to zbyt późno, kiedy już dał mu pretekst do wyrzucenia go z pracy.

Popełniał swoje przestępstwo na raty. W głębi apteki stał szklany pojemnik po brzegi pełen przezroczystych kapsułek z tranem. Fausto zaczął podbierać jedną kapsułkę za każdym razem, kiedy przechodził obok. Przyniosło to natychmiastowy efekt: poczuł się ożywiony, bardziej skoncentrowany. W tych kapsułkach, pomyślał, tkwi rozwiązanie dla całej rodziny. Było bowiem prawdą, że Cabrerowie, po miesiącach wyrzeczeń i ciężkiej pracy na plantacji orzeszków ziemnych, przybyli do Ciudad Trujillo o kilka kilogramów chudsi, z przekonaniem, że są niedożywieni. Po wielu dniach bezkarnego podbierania po kapsułce wziął sporą garść i schował w kieszeni spodni. "Dali mi je w prezencie w aptece", powiedział ojcu.

"Świetnie", odparł, biorąc bursztynową kapsułkę w dwa palce. "Bardzo nam się przydadzą. Kiedy będziesz mógł, przynieś więcej".

"Jasne", obiecał Fausto. "Kiedy tylko będę mógł".

Ale nie mógł. Wkładał sobie właśnie sporą porcję kapsułek do kieszeni, nie martwiąc się nawet o to, że jedna spadła pod stół, kiedy uświadomił sobie, że administrator widział całą operację, stojąc za ladą przed klientką, która czekała na paczkę żyletek firmy Gillette. Mężczyzna pokazał Faustowi, jak podrzyna mu palcem gardło, ale zaczekał, aż klientka wyjdzie, i dopiero wtedy oznajmił Faustowi, że jest zwolniony. Fausto wstydził się tak bardzo, że nie miał nawet odwagi stawić się u właściciela. Tego samego wieczoru oświadczył przy kolacji: "Już nie pracuję w tej aptece".

"Ach, nie?", zdziwił się ojciec. "A czym się zajmiesz?"

"Nie wiem", powiedział Fausto. "Już dłużej nie mogę, tato. Chcę czegoś innego". Nagle twarz mu pojaśniała. "Chcę pojechać do Wenezueli", powiedział. "Jak zrobił to Mateos. Podobno świetnie mu się powodzi".

Paz y Mateos wyjechał jakiś czas wcześniej do Caracas. Zostawił Centrum Republikańskie w rękach innego aktora, ale bez niego nie było już takie samo.

"I co tam byś robił?", zapytał Domingo.

"To, co lubię", odparł Fausto. "Poświęciłbym się aktorstwu, poświęcił tak naprawdę. Nie chcę więcej tracić czasu. Skoro inni Hiszpanie wyjechali, czemu ja nie mogę?"

"Bo nie masz forsy", odpowiedział ojciec. "Jeśli ją zdobędziesz, droga wolna. Nie wiem, jak to zrobisz bez pracy, ale to twój problem.

Fausto znalazł więc pracę, w recepcji pewnego dominikańskiego lekarza, ale zgodziłby się na każdą inną. Kiedy już zdecydował, że zostanie aktorem, nikt nie mógł mu tego wybić z głowy. Raz w tygodniu szedł do rozgłośni radiowej Ciudad Trujillo i nagrywał program o poezji, robił to za darmo, ale słuchanie swojego głosu na antenie, tak zmienionego, że nie wydawał się jego własnym głosem, i komplementy od tych kilku osób, które rozpoznawały w nim spikera z radia, były same w sobie satysfakcją; nie tłumaczył jej nikomu, bo nikt by go nie zrozumiał. Jego brat Mauro, pracujący jako chłopak na posyłki w sklepie pewnego Hiszpana, pomagał mu, wynosząc z pracy garście soczewicy i butelki mleka, a Fausto, opierając się na swojej niewielkiej sławie, zaczął umawiać się na spotkania z bogatymi Hiszpanami, by prosić o pomoc. Czasem go rozpoznawali, choć najczęściej nigdy wcześniej nie słyszeli jego głosu ani nazwiska. Mimo wszystko po kilku miesiącach zgromadził potrzebną sumę. Kiedy próbował kupić bilet, dowiedział się o zmianie połączeń: zlikwidowano bezpośredni lot z Ciudad Trujillo do Caracas, teraz trzeba było przesiąść się w Curazao. To oczywiście sprawiło, że bilet był droższy. Już nie miał wystarczającej kwoty.

Tej nocy, rozmawiając z ojcem, rozpłakał się tak, jak nie płakał od dziecka. "Nigdy stąd nie wyjadę", mówił. "Wszyscy tu zgnijemy". Wówczas ojciec rozpiął pasek. Miał w nim schowane ciemne i zwilgotniałe banknoty.

"Oszczędności z plantacji", powiedział. "Ile ci brakuje do tego biletu?"

"To pieniądze na czarną godzinę", odrzekł Fausto.

"Sam zdecyduję, na co wydać te pieniądze", oznajmił ojciec. "A w tej chwili ty ich potrzebujesz".

Okazało się, że jemu zdarzyło się coś podobnego. Kiedy chciał wyjechać z Wysp Kanaryjskich, mając dziewiętnaście lat, dobry przyjaciel pożyczył mu brakujące pesety.

"A teraz", powiedział Faustowi ojciec "ja chcę być takim przyjacielem dla ciebie.

O wiele później, z perspektywy czasu, Fausto miał zrozumieć, że Wenezuela nigdy nie była jego celem podróży, a jedynie miejscem przesiadki. Podczas kolejnych miesięcy, gdy dzielił swój czas między absurdalną pracę - pakował tkaniny w magazynie El Gallo de Oro - i poszukiwania, zawsze frustrujące, życia kulturalnego w Caracas, jego ojciec i brat docierali do Kolumbii, gdzie już osiedlił się wuj Felipe. Kiedy Olga postanowiła dołączyć do pozostałych, Fausto został w Caracas sam, nawiązując kontakty ze stowarzyszeniami teozofów i czytając Khalila Gibrana, i otrzymując wiadomości, które wywoływały w nim ni to nostalgię, ni to zazdrość. "Wszyscy pracujemy", informował go w listach ojciec. "Olga jest sekretarką w biurze hiszpańskiego uchodźcy. Mauro agentem do spraw sprzedaży - elegancki tytuł - w fabryce perfum. A poza tym mogę przekazać wiadomość, która Ci się spodoba: jest tu z nami także wuj Felipe. Wprawdzie nie w Bogocie, jak my, ale w Medellín. To drugie co do wielkości miasto w kraju. Pewien Ekwadorczyk założył tam laboratoria farmaceutyczne, a Felipe nimi zarządza. Ja z kolei zarządzam hotelem w centrum Bogoty. Kraj dobrze się z nami obchodzi. Brakuje tylko Ciebie".

Brakuje tylko mnie, myślał Fausto. Ale myślał też o życiu streszczonym w tym liście. Życiu osób, które straciły swój kraj, których szczęście było kulawe: żałosna pensja za pracę, której nie wykonywałyby u siebie. Fausto obiecał sobie, że jego to nie spotka: zrobi to, co pragnie zrobić, albo zginie, próbując dopiąć swego. W kolejnych miesiącach deklamował wiersze, mnóstwo wierszy i za sprawą fantastycznego głosu i talentu zaczął zyskiwać sobie sławę, ale zaczął też korzystać z innej broni. W salonie sztuki Pegaso zorganizował samodzielnie recital Garcíi Lorki świadom tego, że sukces zawdzięczał po części swojej mitomanii; opowiadał bowiem wszystkim, że był uczniem poety. Prawda wyglądała inaczej: gdy Fausto był mały, jego kuzyn Ángel przyprowadził Lorcę z wizytą do ich rodzinnego domu w Madrycie. "Federico, to mój kuzyn Fausto", przedstawił go Ángel. "Bardzo lubi recytować". Federico przywitał się z nim, położył mu na głowie ciężką dłoń i ucałował czoło. Nie stało się nic więcej, ale teraz, po latach od zabójstwa Lorki, nie wydawało mu się nadużyciem utorować sobie drogę, sięgając po tę wyolbrzymioną anegdotę. Nie, nie był uczniem Lorki, ale łączyło ich coś większego i głębszego. I miał zamiar za wszelką cenę to wykorzystać.

Fausto miał dwadzieścia lat, kiedy przybył do Bogoty, przekroczywszy granicę z Wenezuelą i przejechawszy piętnaście godzin szosą, ale czuł, że jego dusza przeżyła już kilka żyć. Był lipiec 1945 roku; Hitler popełnił samobójstwo w swoim bunkrze kilka tygodni wcześniej, dwa dni po tym, jak Włosi powiesili Mussoliniego, ale Franco nadal był żywy, nad wyraz żywy, i nic nie wskazywało na to, że Hiszpania mogłaby na powrót stać się republiką. Rodzina mieszkała w domu przy 17 ulicy, kilka kroków od parku Santander. Mieszkanie nie należało do najmniejszych, ale wszystkie pokoje zostały już zajęte i żeby przyjąć Fausta, trzeba było jakimś cudem znaleźć miejsce w spiżarni - wynieść z niej pudła z jedzeniem, przesunąć drewniane taborety - rozłożyć w nim wojskową pryczę, na której ktoś wyższy od Fausta albo bardziej korpulentny nie przespałby ani jednej nocy. W spiżarni panował schizofreniczny klimat, w dzień, kiedy palono pod kuchnią, było tu cieplej niż w pozostałych częściach domu, ale w nocy gaszono palenisko i podmuchy wiatru wdzierały się do środka od strony podwórka, i zimno przyklejało się do ścian wyłożonych kafelkami, a Fausto kładł się do łóżka z przekonaniem, że jakiś złośliwiec polał mu pościel zimną wodą. Po Caracas i Ciudad Trujillo wydawało mu się nie do uwierzenia, że któryś z jego rodaków zdecydował się założyć miasto pod tym ołowianym niebem, pośród tej niekończącej się zimy, gdzie padało co dzień bez wyjątku i gdzie mężczyźni przemykali się po ulicach w rękawiczkach i pod parasolami, marszcząc brwi, a kobiety w ogóle rzadko wychodziły z domu, zwykle po to, by kupić coś do jedzenia i uchwycić rzadkie promienie słońca, jak zbłąkane koty.

Zaczął krążyć po mieście z albumem w ręku, pokazując go każdemu, kto chciał rzucić okiem. Były w nim wycinki prasowe opowiadające jego historię początkującego aktora, jakieś poboczne wzmianki, czasem towarzyszyły im marnej jakości zdjęcia z gazet w Wenezueli albo w Republice Dominikany; Fausto występował na nich w histrionicznych pozach przed mikrofonem albo na czarnym tle ubrany w ekstrawagancki strój. Podpisy pod zdjęciami często były żałosne, a teksty protekcjonalne, ale liczył się sam przekaz i teraz, w Bogocie, Fausto nie był synem wygnańców uprawiających orzeszki ziemne w przygranicznej selwie ani pracownikiem magazynu, który pakuje tkaniny, a w wolnych chwilach recytuje wiersze, lecz młodym hiszpańskim aktorem, który przeżył europejski kataklizm i przybywa uświetnić swoim talentem życie kulturalne miasta. Być może, myślał, tu znajdzie wreszcie szansę, żeby stać się kimś innym, zostawić za sobą to, kim był wcześniej, przyjechał tu z niewielkim bagażem, bez obezwładniającego ciężaru swojej niedawnej przeszłości. Uciekł z życia tej poprzedniej postaci i chciał tu wymyślić się od nowa, a kiedy los do niego się uśmiechnął, uznał, że to nic dziwnego, wszak szczęście sprzyja odważnym.

Pewnego dnia, spacerując po centrum bez sprecyzowanych planów, natknął się na kamienną tablicę, na której widniał napis: Ministerstwo Edukacji. Sam niezmiernie się zdziwił, gdy niejaki Darío Achury Valenzuela, dyrektor tak zwanego Departamentu Rozwoju Kultury, przyjął go na poczekaniu. Fausto podejrzewał, że pomylił go z kimś innym, ale to podejrzenie szybko się rozwiało: Achury był człowiekiem o nieposkromionej ciekawości i to prawda, tego dnia nie miał zbyt wiele pracy, ale rozmowy o poezji należały do najulubieńszych rzeczy na świecie. Chociaż miał około czterdziestu lat, cechowały go dykcja i maniery właściwe osobom starszym, ubrany był w trzyczęściowy garnitur, a jego kapelusz i parasol wisiały na wieszaku za biurkiem. Fausto nigdy wcześniej nikogo podobnego nie spotkał, poczuł się tak, jakby jakiegoś jesiennego poranka przyszło mu rozmawiać z Ortegą y Gassetem. Achury cytował Schillera po niemiecku, potrafił z pamięci wyrecytować całe strony Don Kichota i przez pełny kwadrans wygłaszał monolog wymierzony w krytyków, którzy nazwali Cervantesa genialnym ignorantem. Nie zadrżał mu głos, kiedy rozprawiał się z Unamunem i Azorinem ani kiedy nazwał Ganiveta niekompetentnym, a Vareli zarzucił brak oczytania.

"To oni byli ignorantami", powiedział.

Rozmowa toczyła się przez ponad dwie godziny. Dotyczyła poetów hiszpańskich i latynoamerykańskich, Achury wspomniał o Hernandzie de Bengoechei, kolumbijskim poecie, który zginął, walcząc we francuskich szeregach w Wielkiej Wojnie, a potem przeszli do wojny domowej i do śmierci Machada. Kiedy dotarli - co było oczywiste - do Garcíi Lorki, Fausto wykorzystał okazję.

"Ach tak, Federico", powiedział. "Znałem go, wie pan. Wciąż pamiętam, jak ucałował mnie w czoło".

Wyszedł z ministerstwa z obietnicą recitalu w teatrze Colón. Był nieznanym dwudziestoletnim aktorem, ale obiecano mu występ w najważniejszym teatrze w kraju. Nie mógłby wymarzyć sobie lepszego startu. Widownia nie zapełniła się w dniu spektaklu, ale publiczność zgromadziła się w pierwszych rzędach, więc parter nie świecił pustkami. Fausto nigdy wcześniej nie wystąpił w miejscu z fotelami przymocowanymi do podłogi, w dodatku obitymi czerwonym aksamitem, pod kryształami lamp w kolorze krwi na piasku. Zaczął występ od czegoś prostego: uwodzicielska melodia i nieszkodliwa medytacja, żeby rozgrzać publiczność:

Nie ścigałem późnej sławy,

ani nie chciałem zostawić

w ludzkiej pamięci mej pieśni.

Były to Przysłowia i przyśpiewy Antonia Machada i na scenie Fausto zmieniał się w niego, i był naraz człowiekiem, który kocha te światy subtelne, wdzięczne i lekkie niezmiernie obłoki mydlanej piany, i prześladowanym poetą, który umarł na francuskiej granicy, niedaleko od miejsca, gdzie on, Fausto, mógł zginąć podczas faszystowskiego bombardowania.

Idąc, wydeptujesz drogę

a gdy obejrzysz się za siebie

ujrzysz ścieżkę, która już nigdy

donikąd cię nie powiedzie.

Publiczność na parterze wyraziła uznanie, a nieliczne twarze na balkonach, wszystkie na tych najniższych, wychyliły się nieco ponad barierkę, jasne plamy wyłaniające się z mroku. Balkon rządowy świecił pustkami, co w sposób absurdalny rozczarowało Fausta. Nie spodziewał się, by jakiś dygnitarz pojawił się na występie, ale pomyślał, że mógłby przynajmniej odstąpić miejsce rodzinie albo przyjaciołom. Uważne twarze wciąż trwały w napięciu, po oklaskach docierających z różnych stron, jak mająca się rozszaleć ulewa, Fausto rozpoczął recytację kolejnego nieżyjącego poety:

Cebula przymróz

w ciemnym zamknięciu

przymróz dni twoich

i moich nocy

głód i cebula

noc i ogromna

zimna cebula.

Ale nie był to wiersz o cebuli, zrozumiała publiczność na fotelach z czerwonego aksamitu, ale o dziecku, o głodnym dziecku, synu śniadej kobiety, ssącym z jej piersi krew cebuli.

Skowronku w chacie,

śmiejże się, synu

śmiech w twoich oczach

to światło świata,

śmiejże się tyle,

by moja dusza

słuchając ciebie

wzniosła się w górę.

I teraz Fausto był poetą Miguelem, piszącym z więzienia wersy dla swojego dziecka; poetą Miguelem, człowiekiem ze wsi, tak jak wcześniej on, uwięzionym przez faszystów, jak niegdyś wuj Felipe. Fausto był wujem Felipe, ale też sześcioletnim chłopcem, który odwiedził go w więzieniu, smutnym i przerażonym, i był głodnym młodzieńcem, który kradł kapsułki tranu z apteki w Ciudad Trujillo. Stłumiony hałas dotarł do niego z pierwszego rzędu, a kiedy Fausto skończył recytować (z rękami przyklejonymi do ciała i potężną wibracją głosu), uświadomił sobie, że ktoś płacze. Nie była to jedna kobieta, lecz wiele: dwie, cztery, dziesięć; obite aksamitem fotele szlochały. Potem rozległy się brawa.

IV

Triumf w teatrze Colón był równocześnie skromny i niezwykły i umieścił Fausta na teatralnej mapie Bogoty. Ludzie zaczęli mówić o nowo przybyłym aktorze hiszpańskim - uczniu Garcíi Lorki, tak, krewnym bohaterów republikańskich - i powstające wówczas teatry się nim zainteresowały. Gdy wrócił z krótkiego tournée pełnego sewilskich patio i dzieci, i cebul, czekało na niego zaproszenie: miał wystąpić w Teatro Municipal. Był to teatr inny niż wszystkie. W tamtym czasie lider liberałów Jorge Eliécer Gaitán, polityk ubogiego pochodzenia, budzący lęk przywódca mas, postrzegany przez elity jako namacalne zagrożenie, wygłaszał tam pod koniec każdego tygodnia - podczas Kulturalnych Piątków, jak sam je nazywał - swoje przemówienia, absolutne oratorskie perełki, a jego wystąpienia gromadziły więcej ludzi, niż Fausto widział kiedykolwiek w jednym miejscu, radio zaś transmitowało na cały kraj, zafascynowany lewicowymi ideami i mussolińską retoryką tego mężczyzny o indiańskich rysach i włosach grubo wypomadowanych brylantyną. Fausto zaczął próby od swojego dotychczasowego repertuaru - Machada, Lorki, Hernandeza - i pewnego piątku, kiedy zauważył, że Gaitán został po swoim przemówieniu, żeby wysłuchać wierszy, podszedł do niego i zaczęli rozmawiać. Gaitán znał się na poezji kolumbijskiej, cytował Silvę i Julia Floreza, i zasugerował Faustowi, by włączył do repertuaru Nerudę. Kiedy się żegnali, Fausto usłyszał, jak ktoś z obecnych mówi:

"Oczywiście, że się dogadają, ci dwaj to komuniści. Z takimi ludźmi ten kraj musi upaść".

To nie była prawda, Gaitán nie był komunistą, Fausto tym bardziej. Do tej pory nie miał nawet czasu się nad tym zastanowić, wciąż borykał się z poważniejszymi kwestiami: jak na przykład istnienie Boga. Podczas krótkiego pobytu w Caracas nawiązał kontakty z grupami okultystycznymi, żeby coś w końcu zrozumieć, i zbliżył się do teozofii Madame Bławatskiej, potem został różokrzyżowcem, a w końcu masonem. Udało mu się uzyskać stopień ucznia w świątyni, pierwszy znaczący stopień masonerii, ale powoli rozczarowywał się wszystkim: masonerią, różokrzyżowcami, teozofią. Nie poszukiwaniami: one nie ustały, gdyż nikt nie potrafił udzielić mu odpowiedzi, których potrzebował. Gaitán zapytał, czy nie myślał nigdy o tym, żeby przepasać sobie brzuch, jak robił to on sam, bo ucisk przepony sprawia, że głos staje się donośniejszy. Fausto wiedział, że ten mężczyzna, niespecjalnie postawny, potrafił przemawiać na placu Bolivara bez mikrofonu, i nie pogardził żadną z jego rad. Zrobiło na nim przede wszystkim wrażenie to, co Gaitánowi spodobało się w deklamowanych wersach. Oczywiście nie ich jakość ani emocje, tylko siła przekonywania.

"Pan nienawidzi tyranów", tłumaczył Faustowi. "Tutaj pan i ja mówimy jednym głosem. Godzinę drogi stąd, dwie godziny, zabijają wieśniaków, a my recytujemy poezję. I ja mówię panu, młody człowieku, że jeśli te wiersze nie służą temu, by zagrzewać do walki, to prawdopodobnie nie nadają się do niczego".

Gaitán opowiadał mu o bardzo odległej rzeczywistości. Ze wsi i z gór docierały do Bogoty wieści o przerażających scenach z mężczyznami ginącymi od maczet i kobietami gwałconymi na oczach swoich dzieci; Fausta Cabrerę, recytatora martwych poetów zza Atlantyku, dręczyły dotychczas inne kwestie, ale rozmowy z Gaitánem otworzyły mu oczy. Być może to nie przypadek, że w tamtym okresie zaczął uczęszczać do Hiszpańskiego Ateneum Republikańskiego, miejsca spotkań artystów i pisarzy, w którym życzono Franco śmierci i pomagano najbardziej przymierającym głodem republikanom, ale rozmawiano także ściszonym głosem o Partii Komunistycznej i partyzantkach w Llanos Orientales. W Ateneum nie było miejsca na teozofie ani okultyzmy; tam - odkrył Fausto - rzeczywistość stawała się bardziej rzeczywista niż kiedykolwiek wcześniej. Dyskusje toczyły się wokół Związku Radzieckiego i wzniecania rewolucji, chociaż ci sami, którzy walili pięściami w stół, przechodzili potem, ni z tego, ni z owego, do recytowania wierszy. Jeden z częstych bywalców, Kolumbijczyk o śpiewnym akcencie, Pedro León Arboleda wspomniał Faustowi o poetach, o których ten nigdy wcześniej nie słyszał, jak: Porfirio Barba Jacob i León de Greiff, i wyjaśnił mu, że byli wspaniałymi poetami i, nade wszystko, pochodzili z Antiochii.

"Traci pan tu czas, Cabrera", powtarzał Arboleda. "W Kolumbii poetów należy szukać w Medellín".

Możliwe, że niedługo potem, gdy Fausto zdecydował się na podróż do tego miasta, zaważyła na tej decyzji nie tylko chęć odwiedzenia rodziny, ale też słowa Arboledy. Fausto zamierzał zostać tam chwilę, liczył na recital, a także na spędzenie trochę czasu z wujem Felipe, dyrektorem administracyjnym Ekwadorskich Laboratoriów Farmaceutycznych. Medellín leżało w pięknych górach, a jego klimat pieścił skórę, więc nie było nic dziwnego w wyborze wuja Felipe. Kiedy Fausto go zobaczył, od razu zrozumiał, że ma do czynienia z mężczyzną, który uparcie pozostawał sobą. Wuj ani na jotę nie stracił swojego półwyspiarskiego akcentu, wciąż szczycił się hiszpańską dumą, która skłoniła go do odrzucenia zasiłku, zaoferowanego zbyt późno przez rząd republikański na uchodźstwie w Meksyku. Wspomnienie Hiszpanii albo własnej przeszłości w Hiszpanii bolało go, jakby przed chwilą został z niej wygnany. Utracona ojczyzna była dla niego stałym punktem odniesienia. Pewnego wieczoru po kolacji pokazał mu świeży numer czasopisma "Semana" otwarty na stronie o trzech kolumnach z nagłówkiem Naród. "Przeczytaj", powiedział. I Fausto przeczytał.

Czy, jak pisze się o tym w dziennikach, naprawdę możemy mówić o fali przemocy? Czy ktoś porównał stosunek krwawych zbrodni i aktów przestępczych naszej epoki do zwyczajnych czasów? Nie. Ale bez wątpienia cudzoziemiec, który chciałby dowiedzieć się o aktualnej sytuacji w Kolumbii, przeglądając naszą prasę, uznałby kraj za znajdujący się na skraju katastrofy albo u progu rewolucji. My, Kolumbijczycy, natomiast nie wydajemy się zaniepokojeni. Dlaczego? Czyżby było nam obojętne, że co 24 godziny na tle politycznym dochodzi do przelewu krwi? Nie. Niemożliwe, byśmy osiągnęli podobny stopień niewrażliwości. Coś jednak musi się dziać, że my, starzy chrześcijanie, nie przykładamy należytej wagi do podobnej sytuacji. I chodzi o to, że nie przyjmujemy do wiadomości faktów, które są nam przedstawiane. Ani konserwatyści mordowani przez liberałów, ani liberałowie mordowani przez konserwatystów nie wzbudzają w nas niepokoju i oburzenia, gdyż od początku podważamy wiarygodność wszelkich podobnych wiadomości. Zaczekajmy, mówią ludzie, aż dowiemy się, jak było naprawdę. A tego - jak było naprawdę - nie dowiadujemy się nigdy.

"Jesteś jeszcze za młody, żeby to pamiętać", powiedział wuj Felipe. "Ale tak było. Dokładnie tak samo".

"Co masz na myśli?"

"Hiszpanię", odparł wuj. "Hiszpanię w tamtych latach".

"Przed wojną", powiedział Fausto.

"To wszystko jest zbyt podobne, zrozum. Coś wisi w powietrzu. Tu wydarzy się coś poważnego".

Fausto wystąpił w Medellín pięć razy, ale najważniejszy okazał się cudzy występ, w którym uczestniczył jako słuchacz. Odbył się w Instytucie Filologicznym: jakiś poeta czytał swoje utwory i wydawały się one ciągnąć w nieskończoność; kiedy występ dobiegł wreszcie tak wyczekiwanego końca, jasnowłosa kobieta o wielkich oczach, z łabędzią szyją elegancko wychylającą się z sukienki w kwiaty, podeszła do niego w towarzystwie matki i siostry, obowiązkowo, podała mu cienki zeszyt, trzymany oburącz: "Słuchałam pana kilka dni temu, panie Cabrera. Czy mogę prosić o autograf?". Fausto miał na tyle przytomności umysłu, żeby pomyśleć: jeśli zgodzi się natychmiast, już nigdy jej nie zobaczy; odparł więc, że musi dobrze przemyśleć dedykację, że nie chce napisać jej byle czego, że zadzwoni do niej wkrótce, by umówić się w jakiejś wolniejszej chwili. I tak zrobił: odwiedził ją, raz, drugi i trzeci, w domu w alei La Playa, zawsze w obecności jednej z jej sióstr, a czasem też innych poetów, ale nigdy nie przyniósł jej autografu; i musiał zrobić coś lepiej niż inni odwiedzający, bo kilka miesięcy później dziewczyna zaczęła zapraszać już tylko jego.

Miała na imię Luz Elena. Była jedną z czterech córek don Emilia Cardenasa, pochodzącego z Antiochii z majętnej rodziny, który zbił majątek, zakładając bez niczyjej pomocy laboratorium farmaceutyczne ECAR, konkurencyjne dla firmy wuja Felipe. Luz Elena okazała się o wiele mniej przewidywalna, niż mogły to sugerować jej sukienki w kwiaty, wszechobecne przyzwoitki i burżuazyjna rodzina. Fausto nigdy nie zdołał zrozumieć, kiedy zdążyła tak wiele przeczytać, ale ta panienka opowiadała mu z bezczelną pewnością siebie o siostrze Juanie Inés de la Cruz i Rubenie Daríu, a w rodzinie słynna była anegdota o tym, jak zaproponowano jej, by zrobiła maturę wcześniej i przestała ośmieszać nauczycieli podczas lekcji. Inés Amelia, najmłodsza z jej sióstr, opowiadała z kolei, że kiedy nauczycielka hiszpańskiego zachorowała na chwilę przed lekcją, Luz Elena poprowadziła zajęcia o Romancero Viejo, ani razu nie spoglądając w notatki. Don Emilio był z niej tak dumny, że nie przeszkadzały mu jej reprymendy, kiedy ją chwalił. Fausto zauważył to pierwszy raz pewnej niedzieli, po długich pogawędkach poobiednich, kiedy został posadzony na krześle, na którym równie dobrze mogło być wypisane wołami "Absztyfikant". W chwili ciszy, zupełnie bez związku z niczym, don Emilio powiedział:

"Pan się na tym zna, młody Cabrera, czy słyszał pan kiedyś, jak deklamuje moja córka? Kochana, mogłabyś wyrecytować twojemu gościowi wiersz o żołnierzyku?"

"Nie teraz, tato".

"To mój ulubiony", oświadczył Faustowi don Emilio. "Nie daj się prosić, Luz Eleno, to niegrzeczne".

Ustąpiła, ale nie po to, żeby zrobić przyjemność ojcu, ale po to, by poczuć na sobie spojrzenie tego Hiszpana znającego się na poezji i tak doskonale ją interpretującego. Wstała, przygładziła sukienkę i wyrecytowała z dobrą dykcją:

Żołnierzu, żołnierzu miły, skąd wracasz, skąd idziesz, skąd?

Z wojny wracam, ma panienko, wojenny mój trud i los.

Na tę wojnę, mój żołnierzu, zaciągnął się również mój mąż,

Może mój miły żołnierzu wojenny cię zetknął z nim los?

Nie spotkałem twego męża po czym miałbym poznać go?

Jasnowłosy jest mój miły, mój miły jest rosły jak dąb.

Aragończyk jakich mało. Haftowaną chusteczkę mą,

Ma przy szpadzie przywiązaną, sama wyhaftowałam ją.

Gdym była małą dziewczynką, cały haftowałam rok.

I teraz nową chusteczkę haftuję mu w dzień i w noc.

I haftować będę potąd, dopokąd nie powróci on.

Nie masz co się pani łudzić, śmierć spotkał w bitwie pani mąż.

Na marach do Zaragozy w jeneralski niosą dom.

Siedem już lat nań czekałam, siedem będę czekać go.

Jeśli po latach czternastu nie wróci do domu mój mąż,

W klasztorny zaszyję się kąt.

Porzuć te myśli, kochanie, to ja, z dawna czekany gość.

Tyś mą żoną ukochaną, a jam ukochany twój mąż.

Przy stole rozległy się brawa, a Luz Elena, bacznie taksowana spojrzeniem przez Fausta, usiadła z powrotem.

"Uwielbiam go", powiedział don Emilio. "Mąż udaje, że to nie on, żeby wypróbować miłość żony. Naprawdę ładne, co?"

"Wiersz, owszem, ładny", przyznała Luz Elena. "Ale ja uważam, że takich rzeczy nie robi się żonie".

Niewiele miesięcy później już byli zaręczeni, a po jeszcze kilku planowali ślub, jakby ponaglała ich przyczyna non sancta. Zgodzili się, że w dniu ślubu nie chcą ceremonii pełnej obcych ludzi i fotografów z kronik towarzyskich, tak więc Luz Elena wybrała kościół Sagrado Corazón, który miał nad innymi jedną przewagę: w Medellín były dwa kościoły pod tym wezwaniem. Jeden znajdował się w willowej dzielnicy o czystych ulicach zamieszkanej przez zamożne rodziny, podczas gdy narzeczeni biorący ślub niemal ukradkiem zrobili to w drugim, ciemniejszym i skromniejszym, stojącym w biedniejszej dzielnicy miasta. Kiedy Fausto złożył podpis w rejestrze małżeństw, Luz Elena spojrzała na niego ironicznie:

"Nareszcie", powiedziała. "Nigdy nie musiałam się tak natrudzić, by zdobyć czyjś autograf".

Był grudzień 1947 roku. W ciągu następnych lat, kiedy Kolumbia tonęła we krwi z powodu politycznych zamieszek, nowożeńcy podróżowali po Ameryce Łacińskiej w ramach tournée poetyckich recitali, potraktowali je jak miodowy miesiąc, na który inaczej nigdy nie mogliby sobie pozwolić. Docierały do nich nieliczne i spóźnione wiadomości z kraju, ale Fausto nigdy nie zapomniał, gdzie dowiedział się o zabójstwie Gaitána. Był 9 kwietnia 1948 roku i właśnie skończył recytować w Quito wiersz Lorki. Według wiadomości Juan Roa Sierra, młody różokrzyżowiec, bezrobotny i cierpiący na urojenia, czekał na Jorgego Eliécera Gaitána przed wejściem do jego kancelarii na skrzyżowaniu Siódmej Alei z aleją Jimeneza i wpakował w niego trzy kule, które nie tylko zabiły przyszłego prezydenta Kolumbii, ale też stały się sygnałem startowym do wojny, która w niedługim czasie ogarnęła cały kraj. Fausto powiedział do Luz Eleny:

"Wuj dokładnie to przewidział".

Fausto nie zobaczył Bogoty płonącej podczas ludowych protestów ani snajperów rozmieszczonych na dachach Siódmej Alei, ani księży, którzy też strzelali z balkonów kolegium San Bartolomé, ani złodziei tłukących witryny sklepowe, by zabrać lampy albo lodówki, albo kasy, ani przewróconych tramwajów w płomieniach naprzeciwko katedry, ani tysięcy zabitych, których ciała przeniesiono w podcienia budynków, podczas gdy nikt z bliskich nie mógł nawet wyjść na ulicę, by ich zidentyfikować. Centrum Bogoty zostało zrujnowane i dopiero ulewny deszcz zdołał ugasić płomienie, które zdążyły pochłonąć już całe budynki, i zdawało się, że te płomienie podpaliły lonty przemocy w całym zbuntowanym kraju. Kiedy Fausto i Luz Elena podróżowali po Peru i Boliwii, oddziały konserwatywnej policji weszły do osady Ceilán w Dolinie Cauki i zostawiły po sobie sto pięćdziesiąt trupów, w tym wiele spopielonych. Kiedy zaś podróżowali z Chile do Argentyny, w Casa Liberal w Cali dwudziestu dwóch uczestników konferencji politycznej zostało zamordowanych przez konserwatystów bez munduru, a pierwsze komitety ochotników, uzbrojonych chłopów chcących się bronić, zaczęły powstawać na odległej prowincji. Nastąpiły gwałtowne represje, również w Antiochii, jak donoszono w listach, które doganiały ich podczas tournée. Dlatego Faustowi wydało się dziwne, że Luz Elena pewnego dnia w Buenos Aires oświadczyła, że czas wracać do Kolumbii. Ale miała poważny powód: była w ciąży.

Sergio Fausto urodził się 20 kwietnia 1950 roku, w zenicie stulecia, w szpitalu San Vicente de Paúl; dwa lata później przyszła na świat Marianella. Fausto pierwszy raz w życiu cieszył się czymś w rodzaju bezpieczeństwa finansowego, pracował w radiu La Voz de Antioquia, prowadził audycję radiową Harmonia i marzenie, której wszyscy słuchali, i znalazł jeszcze dość czasu, by założyć teatr eksperymentalny w mieście, w którym mało kto w ogóle o czymś takim słyszał. Nie miał znajomych, otaczał się tylko prawdziwymi przyjaciółmi. Byli to lekarz Héctor Abad Gómez, dziennikarz Alberto Aguirre, malarz Fernando Botero i poeta Gonzalo Arango. Wszyscy mieli po dwadzieścia lat i ochotę, by dokonać czegoś ważnego. Spotykali się, żeby pić aguardiente, rozmawiać o polityce i recytować wiersze, a zarabiali na życie, imając się rozmaitych zajęć. Wykorzystując talent swojej żony, Emilio Cárdenas, jego teść, zorganizował w domowej kuchni produkcję makaronów, która była działalnością niemal hobbystyczną, a Fausto dorabiał kilka pesos, dowożąc tagliatelle rozklekotaną furgonetką i inkasując zapłatę. W ten sposób zebrał niezbędną kwotę, żeby zakupić jeden z pierwszych w Kolumbii przenośnych magnetofonów z opcją nagrywania. Gonzalo ochrzcił go trzema kroplami aguardiente: "Nadaję ci imię Głos Bogów, magnetofonie", oświadczył uroczyście. Przyjaciele byli zafascynowani urządzeniem. "To naprawdę mój głos", mówił Alberto, odsłuchując swoje nagranie. "To coś zmieni świat". Pierwszy raz użyli go do nagrania wierszy Miguela Hernandeza, Franco nałożył na niego tak żelazną cenzurę, że jego wiersze nie były recytowane nigdzie na świecie, i to wystarczyło, by urządzenie stało się totemem paczki przyjaciół.

Kiedy nie prowadził furgonetki pełnej makaronu, Fausto deklamował wiersze dla niewielkich grup słuchaczy, Luz Elena zawsze siedziała wśród nich, w pierwszym rzędzie, i poruszała ustami, gdy Fausto mówił, że Idąc, wydeptujesz drogę a gdy obejrzysz się za siebie ujrzysz ścieżkę, która już nigdy donikąd cię nie powiedzie. Poświęcał swój czas także na zakładanie grup teatralnych, wystawiających klasyczne sztuki. I mimo że mało kto o tych grupach słyszał, zaczęły zyskiwać sobie wiernych i zainteresowanych widzów. Tymczasem masakry pochłaniały zbyt wiele ofiar, by wolno było pisać o nich w gazetach. Fausto myślał o prasowym artykule pokazanym mu przez wuja Felipe i zastanawiał się, czy przypadkiem nie jest wspomnianym w nim cudzoziemcem, który przygląda się kolumbijskiej rzeczywistości, a potem zastanawiał się też, dlaczego nikogo nie obchodzi to, co się dzieje. A może przejmowali się tym tylko mieszkańcy wsi; mieszkańcom miast te wszystkie ofiary wydawały się zbyt dalekie. Sytuacja była na tyle poważna i trwała tak długo, że wreszcie stało się to, na co wszyscy czekali. W maju 1953 roku podpułkownik Gustavo Rojas Pinilla przeprowadził zamach stanu, proklamując jako oczywisty cel zaprzestanie wykrwawiania się ojczyzny.

"To musiało się stać", powiedział wuj Felipe. "Moje życie upłynie pomiędzy dyktaturą a dyktaturą".

Kilka tygodni później oznajmił, że wyjeżdża do Chile. Nikt nie rozumiał tej decyzji, wuj Felipe ożenił się z mieszkanką Medellín, nadal pracował tam, gdzie wcześniej, i lubił miasto; po co miał wyjeżdżać? Również rodzice Luz Eleny, którzy go polubili, pytali, co takiego zgubił w Chile. Jedynie Fausto go rozumiał, chociaż nie potrafiłby tego wyjaśnić; wuj Felipe zakażony był wirusem wygnania, popędem przemieszczania się, bo życie nie pozwoliło mu zostać na własnej ziemi. Tak jak przeprowadził się z Ciudad Trujillo do Bogoty, a z Bogoty do Medellín, teraz, osiedliwszy się tu na dobre, mając u boku kochającą go i dbającą o niego kobietę, wyjeżdżał do Chile. "Jeśli mi się powiedzie, zostanę tam", mówił, "a jeśli nie, wrócę. Jak mawia moja żona: "najgorszy ruch to ten, którego postanawiamy nie robić"". W następnym roku, kiedy pojawiły się rządowe ulotki, już go w Kolumbii nie było.

Ulotki mówiły o wielkich uroczystościach organizowanych przez dyktaturę, by uczcić swoje pierwsze urodziny. Nikt nie wiedział, na czym miały polegać, ale w Fauście nie budziły ani krzty zaufania. "Wszystkie dyktatury świata są takie same", powtarzał. "Kiedy zaczynają organizować wydarzenia rocznicowe, oznacza to, że cała sprawa zapowiada się na długie lata". Ale nie potrafił sobie wyobrazić natury tych uroczystości: Rojas Pinilla ogłosił pojawienie się w Kolumbii telewizji. W długich radiowych odezwach wyjaśnił, że odkrył ją w Berlinie pod koniec lat trzydziestych i zawsze pamiętał o tym, że wynalazek powinien zawitać w jego ojczyźnie. Tłumaczył, że nie było to łatwe, bo w tym górzystym kraju sygnał napotyka wiele przeszkód, ale rozkazał zrealizować projekt bez względu na koszty. Bardzo doświadczony zespół przyjechał ze Stanów Zjednoczonych, żeby zbadać sprawę, zakupić sprzęt i sprowadzić technologię. Rojas wydał polecenie zainstalowania trzydziestometrowej anteny w Szpitalu Wojskowym, jednym z najwyżej położonych miejsc w Bogocie, kolejnej w Nevado del Ruiz, a trzeciej w Páramo de la Rusia, w Boyacá. W ten sposób nowa technologia miała objąć swym zasięgiem cały kraj, dla dobra ojczyzny. Nie powiedział natomiast czegoś, co wyszło na jaw z upływem czasu, mianowicie że kiedy anteny prężyły się już na masztach i urządzenia w stacjach nadawczych czekały gotowe, okazało się, że nie ma w Kolumbii nikogo, kto potrafiłby je uruchomić. Nie było nawet wiadomo, jakie obrazy mają być transmitowane ani kto ma je odbierać; Kolumbijczycy nie mieli w domach telewizorów, bo odbiornik kosztował trzykrotność minimalnej pensji. Rząd w zaledwie kilka tygodni sprowadził z Kuby dwudziestu pięciu techników kanału, który ogłosił właśnie bankructwo, i wymyślił korzystne kredyty, żeby Kolumbijczycy kupili tysiąc pięćset telewizorów marki Siemens, i wypełnił nimi witryny magazynów, żeby nikt, nawet osoba, która nie mogła sobie na niego pozwolić, nie pozostał obojętny na magię wynalazku.

Trzynastego czerwca 1954 roku, kiedy mijał rok od przejęcia władzy, dyktator wychynął z tej świecącej skrzynki, która patrzyła na ludzi, i powiedział, że przemawia do nich z pałacu San Carlos, w samym centrum Bogoty, i wygłosił płomienne przemówienie inaugurujące kolumbijską telewizję. Gdy rozbrzmiał hymn państwowy, Kolumbijczycy zrozumieli, że nic nie jest takie jak przedtem, bo teraz mogli zobaczyć Kolumbijską Orkiestrę Symfoniczną w tym samym momencie, w którym grała: widzieli ją, nie będąc tam, gdzie muzycy. Pierwsza emisja trwała trzy godziny i czterdzieści pięć minut i Fausto, który zafascynowany oglądał ją w Medellín, zrozumiał, że świat tym razem naprawdę zmienił się na zawsze, i pomyślał, że być może w tym świecie będzie dla niego miejsce. Potem, kiedy usłyszał, że niejaki Fernando Gómez Agudelo, ten sam, który przywiózł urządzenia ze Stanów Zjednoczonych i ekipę techników z Kuby, poszukuje utalentowanych ludzi teatru, żeby wybrali historie do obejrzenia przez telewidzów, nie wahał się ani chwili. Powiedział sobie, że wuj Felipe wyjechał do Chile, a Fernando Botero, przyjaciel malarz, wyjechał do Bogoty. W stolicy mieszkał także Domingo, ojciec Fausta, który zarządzał hotelem w centrum - nazywał się El Roca - i prowadził takie życie, jakby urodził się w Kolumbii.

"Czemu i my nie wyjedziemy?", zapytał żonę Fausto.

"Dobrze", odpowiedziała. "Nie bądźmy jedynymi, którzy zostaną w Medellín.

Rodzina Cabrerów Cárdenasów zamieszkała w dwupoziomowym mieszkaniu przy 45 ulicy, mieszkaniu o wąskich, ale wygodnych pokojach, gdzie świetlisty ekran zajmował środek salonu, a na nim poruszali się czarno-biali ludzie, którzy zapadali się w otwór światła na zaśnieżonym ekranie, kiedy się wyłączało odbiornik. W tamtych dniach niski mężczyzna powłóczący nogą często odwiedzał dom Cabrerów. Fausto wytłumaczył dzieciom, że nazywa się Seki Seno, jest Japończykiem, który przyjechał z Meksyku, zatrudniony przez rząd kolumbijski, by pokazać aktorom i reżyserom, jak pracuje się w telewizji. Miał szerokie czoło i nosił okulary w grubej oprawie przysłaniające mu oczy, i zawsze trzymał w ręku fajkę, którą wkładał do ust, nawet niezapaloną. Stracił władzę w nodze przez gruźlicę kości, na którą zachorował jako dziecko, ale ktoś opowiedział jakąś historię wojenną, sam Seki zaś nie kwapił się, żeby to wyjaśnić. Musiał wyemigrować z Japonii przed grożącymi mu prześladowaniami, uzyskał azyl w Związku Radzieckim, ale stamtąd wygnali go staliniści, tak samo jak wygnali Trockiego. Teraz przyjechał do Kolumbii, żeby zastosować metodę Stanisławskiego w teatrze telewizji; spośród reżyserów teatralnych w Bogocie Fausto wiedział najlepiej, o czym mówi Japończyk, wspominając o Stanisławskim, mieli też wspólne gusta, które łatwo można by pomylić z sympatiami politycznymi, więc w sposób naturalny Fausto został jego ulubionym uczniem.

Były to miesiące odkryć. Podczas gdy operatorzy uczyli się nowych sposobów wykorzystywania swojego sprzętu (nowe kadry, nowe ujęcia), a rząd uczył się możliwości nowego medium, żeby za jego pomocą transmitować wiadomości przychylne dyktaturze i siłom zbrojnym, Seki Sano zaczął wychowywać całe pokolenie ludzi teatru. Nie miał za grosz litości dla przeciętniaków, był do bólu rygorystyczny i nie akceptował u swoich uczniów poświęcenia czy entuzjazmu mniejszego niż jego własne. Łatwo wpadał w szał, kiedy uczniowie nie spełniali jego oczekiwań; niejeden raz zdarzyło mu się rzucić im w głowy fajką, czasem w towarzystwie zapalniczki, kiedyś nawet wziął za kołnierz koszuli aktora pozbawionego talentu i sprowadził go ze sceny, krzycząc poniżające obelgi. Jego znajomość z Faustem się zacieśniła. W każdy weekend jadł obiad w domu Cabrerów i cierpliwie znosił to, że Sergio i Marianella gramolili się na jego sztuczną nogę, żeby bawić się w jazdę na koniku. W wolnych chwilach zapraszał Fausta na wspólne oglądanie spektakli wystawianych przez innych reżyserów, ale najczęściej zaczynał prychać już po pierwszych scenach, a w połowie przedstawienia jego cierpliwość się wyczerpywała.

"Idziemy stąd, Carbrera", mówił, nie bacząc na to, że słyszeli go nawet aktorzy. "Nie wytrzymam dłużej tego partactwa".

Pod okiem Sano Fausto torował sobie drogę w dżungli świata telewizji jak odkrywca z maczetą u pasa; adaptował stare powieści i klasyków teatru, jego przedstawienia były filmowane na żywo i transmitowane na żywo, a on musiał wysłuchiwać skarg aktorów, którzy nie potrafili wyobrazić sobie niewidzialnej publiczności. Telewizja wymagała nowego spektaklu co tydzień, ale dla reżysera było niemal cudem przygotowanie czegoś przyzwoitego w piętnaście dni, więc zorganizowali zespół i Fausto dzielił się zadaniami z innymi reżyserami, mającymi więcej doświadczenia niż on sam, figurami tak ważnymi dla życia kulturalnego miasta, że nikt nie posądziłby ich o to, że mogli się czuć onieśmieleni. Ale obecność Sekiego Sano przeszkadzała im, może chodziło o reputację Japończyka, a może krytyczne, czasem zaś sarkastyczne opinie, których mistrz nie obawiał się wyrażać o dziełach kolumbijskich świętych krów; więc stał się problemem, prawdziwym zagrożeniem dla autorytetu i uprzywilejowanej pozycji, jakimi cieszyli się inni.

I w ten oto sposób reżim otrzymał pewnego pięknego dnia donos, że japoński reżyser uprawia prozelityzm. Seki Sano był uchodźcą w Związku Radzieckim, a potem w Meksyku, tym mateczniku lewicy, i nie wyglądało to najlepiej w stolicy kraju, który wysłał już swój batalion na wojnę w Korei, żeby włączyć się w międzynarodową walkę z komunizmem. Miał marksistowskie przekonania, a w jego metodach, ku wielkiemu oburzeniu wielu, dochodziła do głosu materialistyczna wizja świata, ale prawda była taka, że Sano nigdy nie angażował się politycznie. Mały Sergio nie rozumiał, dlaczego pewnego dnia Sano przestał przychodzić na obiady, ale pamięta wysiłki ojca próbującego mu to wytłumaczyć: Seki Sano nie wyjechał dlatego, że chciał, ale dlatego, że dyktator Rojas Pinilla wyrzucił go z Kolumbii, wyrzucił go ze względu na donosy grupy artystów, taką przynajmniej teorię miał Fausto. "Przez spisek zawistników", powiedział. W oficjalnym zawiadomieniu dano Sano czterdzieści sześć godzin na opuszczenie kraju, a tym, co zasmuciło go najbardziej, było to, że nie zdążył zrealizować spektaklu Otello w przekładzie hiszpańskiego poety Leona Felipe.

Coś się działo, atmosfera w Kolumbii się zmieniła. Weterani wojny w Korei przywieźli ze sobą przerażające historie o komunistach i ich praktykach, o towarzyszach okrutnie torturowanych w głębokich jaskiniach albo porzuconych w śniegach, żeby umarli z wyziębienia; jeśli mieli szczęście, amputowano im tylko palce stóp. Ze Stanów Zjednoczonych docierały wieści o człowieku o nazwisku McCarthy, który samodzielnie stawiał czoło czerwonej zarazie. Wydalenie Sekiego Sano było bez wątpienia pokłosiem tego wszystkiego, ale Fausto nie miał całościowego obrazu, bez wątpienia dlatego, że sam tkwił w środku; tak, działy się takie rzeczy, ale jemu nie powodziło się źle. Jakby jego własny los biegł równoległym torem do losu Kolumbii, bo teraz przemoc się uspokajała i dwie partie, które od dekady zabijały się nawzajem, skłonne były nawet usiąść do rozmów, jakby ich liderzy w Bogocie zmęczyli się zabawą w wojnę najemnymi żołnierzami. Tymczasem temperatura w świecie teatru rosła i długo znoszone nadużycia zaczęły wychodzić na światło dzienne. Fausto wziął na siebie rolę rzecznika. Ludzie teatru, mówił, nie mają w Kolumbii praw; dla prawodawców teatr jest miejscem obiboków i cyganerii. Za radą Luz Eleny dołączył osobną skargę ze strony aktorek, bo kobieta, która chciała grać, musiała uzyskać zgodę ojca albo męża. W kilka tygodni, mimo czujnego oka władz, narodziło się Kolumbijskie Stowarzyszenie Artystów, a kilka tygodni później zorganizowało pierwszy strajk.

Aktorzy zaczęli okupować studia telewizyjne, emisje zawieszono na tydzień. Ludzie włączali swoje pudełko i nie było w nim nic, Kolumbijczycy odkryli zupełnie nową emocję: lęk przed telewizyjną próżnią. Ale wówczas rząd zareagował i Rojas Pinilla wysłał policję do siedziby telewizji z rozkazem zdobycia wozu transmisyjnego i przewiezienia go w dowolne miejsce, żeby nakręcić tam byle jaki program; chciał przerwać strajk za pomocą prostego środka polegającego na zapełnieniu ekranów czymkolwiek. Fausto zorganizował strajkujących aktorów i pewnego popołudnia umówili się przed garażem telewizji, i stworzyli ludzki łańcuch, żeby uniemożliwić wyprowadzenie wozu transmisyjnego. Luz Elena, która od początku uczestniczyła w strajku, znalazła się w pierwszym rzędzie i to właśnie ona usłyszała najwyraźniej słowa, które kapitan wojska, wezwany, żeby zapanować nad sytuacją, wrzasnął na całe gardło. Rozkazywał kierowcy wrzucić wsteczny i nie zwracać uwagi na aktorów.

"Jeśli nie wstaną", krzyknął, "przejedziemy po nich".

W pierwszym rzędzie łańcucha znalazły się kobiety. Luz Elena miała później opowiadać, jak poczuła nagle na ramieniu parzący ukrop rury wydechowej w tej samej chwili, kiedy Fausto i pozostali wstawali, żeby się poddać. Ale nie poddali się; kiedy oddział próbował ich aresztować, zaczęli bronić się pięściami, a Fausto wykorzystał chwilę zamieszania, żeby schować się razem z Luz Eleną w jakimś pobliskim przedsionku. Na zawsze zapamięta, jak w półmroku kryjówki twarz jego żony, podekscytowanej zajściem, wydawała się lśnić własnym światłem.

Fausto cieszył się w telewizji coraz większym autorytetem. Nikt nie rozumiał, jak stawiał na swoim, realizując tak ryzykowne projekty. Jednym z nich był Obraz i wiersz: program polegał na tym, że Fausto deklamował na wizji i na żywo jakiś wiersz ze swojego bezbrzeżnego repertuaru, a jednocześnie malarz Fernando Botero z wprawą ilustrował go na papierze. W innym transmitowano pojedynki szachowe pomiędzy bardzo sprawnymi amatorami a prawdziwymi mistrzami: ta propozycja wyszła od dyktatora Rojasa Pinilli, który był wyrobionym graczem, i oczywiście nikt nie mógł mu odmówić. Wbrew oczekiwaniom program odniósł sukces. Być może to właśnie wtedy wuj Felipe wrócił z Chile. Przywiózł złe wieści; był chory. Rak zmusił go do poddania się operacji i wszystko wskazywało na to, że zdrowieje, ale choroba nadgryzła mu duszę. Zamieszkał w hotelu w centrum Bogoty razem z żoną i suczką pekińczyka i tak spędzał całe dnie, wspominając swoje najlepsze lata - o ile znalazł kogoś, kto chciał go słuchać - skarżąc się na bogotańskie zimno i zarzekając, że przy pierwszej sposobności wróci do Medellín. Ale proces leczenia nie pozwoliłby mu na to, nawet gdyby miał pieniądze. Za każdym razem, kiedy Fausto go odwiedzał, co tydzień - sam narzucił sobie ten rytm, mimo że nikt go o to nie prosił - zastawał wuja bardziej przygarbionego i mniej elokwentnego, ale wciąż z resztką dumy w spojrzeniu, jakby był pewny, że inni, widząc go, wciąż postrzegają go jako bohatera wojennego.

"Co tam, chłopcze?", pytał. "Co nowego w teatrze?"

"Wszystko świetnie, wuju", odpowiadał co tydzień Fausto. "Naprawdę świetnie".

Któregoś dnia Fausto zobaczył wuja Felipe zmęczonego i smutnego; siedział na bujanym trzcinowym fotelu, pochylony nad wycinkami z gazet. Rozmowa nie kleiła się, chociaż wuj Felipe zapytał, co działo się w Kolumbii teraz, kiedy zdawało się, że nastały czasy pokoju, ale Fausto zobaczył tylko mężczyznę przepełnionego bólem, i to nie tylko bólem ciała, ale też niemal fizyczną melancholią, która odmalowywała się na jego twarzy. Fausto dowiedział się później, że wuj Felipe poprosił, żeby podano mu kolację do sypialni, bo nie miał ochoty widzieć się z nikim, zjadł smażone plasterki bananów, ryż i mięso mielone. Potem poprosił, by zabrano tacę, wyjął wycinki prasowe z teczek i rozłożył na kapie łóżka. Była tam wiadomość o jego aresztowaniu i uwięzieniu za spiskowanie przeciw królowi; fałszywa wiadomość o jego śmierci, rozpowszechniona przez faszystów w czasie wojny, z jego zdjęciem i doskonale rozpoznawalnym nazwiskiem. Jeden z wycinków był bardziej pożółkły niż inne, w nim pojawiał się jego ojciec Antonio Díaz Benzo w swoim galowym mundurze, z czasów, gdy wysłano go do Gwatemali. Potem nadeszły bóle. Zabrano go do szpitala na ostry dyżur i pewnie zoperowano by go jeszcze raz - trzeci lub czwarty, zawsze z wiarą, że ten właśnie zabieg się powiedzie - gdyby dla chirurgów nie było oczywiste, że temu człowiekowi zdobycze chirurgii już nie pomogą.

Felipe Díaz Sandino umarł w środku nocy, ze świadomością wyciszoną lekami i z uśpioną dłonią w dłoniach swojej kolumbijskiej żony. Fausto odprowadził karawan z trumną, idąc obok swojego brata Maura, i stał nad grobem na Cmentarzu Centralnym nawet wtedy, kiedy nieliczni uczestnicy ceremonii już sobie poszli. Potem wrócił do domu. Sergio usłyszał, jak wraca i zamyka się w garażu. Zszedł po jakimś rozsądnym czasie, przynajmniej tak to Sergio pamięta - zawsze miał powtarzać, że tam po raz pierwszy ujrzał go nie tyle płaczącego, ile zdruzgotanego.

V

Świat wydawał się zmieniać z dnia na dzień. Sergio miał zachować w pamięci te popołudnia, kiedy ojciec wracał wcześnie do domu, żeby posłuchać wiadomości radiowych, rzadka rzecz w domu Cabrerów, gdyż radia - jednego z tych gigantycznych urządzeń, które zawierały jednocześnie radioodbiornik i gramofon i były jak kolejny duży mebel - używano zwykle do słuchania muzyki. Fausto był podekscytowany i starał się przekazać ten entuzjazm dzieciom. "Szkoda tylko, że wuj Felipe tego nie dożył", mówił. Luz Elena się z nim zgadzała. Chodził po domu szybkim krokiem, opowiadając o brodatych mężczyznach, jakby znał ich osobiście, i czekając, aż coś podobnego wydarzy się w pozostałych częściach kontynentu. Bo pierwszego stycznia, kiedy Fidel Castro wkroczył do Santiago de Cuba, a Drugi Front Narodowy do Hawany, wydawało się, że historia zaczęła się od nowa.

Fausto nie mógł uwierzyć w to, co się działo. Osiemdziesięciu dwóch kubańskich rewolucjonistów, wygnanych ze swojego kraju przez dyktaturę, wróciło na swoją wyspę na jachcie Granma; podgrzewani żarliwym antyimperializmem bojownicy, chociaż stracili dwie trzecie swoich ludzi, przeszli przez Sierra Maestra; stawili czoło oddziałom liczącym osiemdziesiąt pięć tysięcy żołnierzy pod rozkazami krwawego dyktatora Batisty, a teraz przejęli władzę i uznał ją cały świat, włącznie z "New York Timesem", zdołali przy tym przekonać całe pokolenie Latynosów, że nowy człowiek przybył i wcale nie zamierza odejść. Rewolucja kubańska miała zażartych zwolenników w Kolumbii, gdzie ruchy chłopskie z połowy wieku, nawet te, które przekształciły się w krwawe oddziały partyzanckie, doczekały się oczyszczenia wizerunku i gdzie cała generacja studentów zaczęła zbierać się w tajnych grupkach czytających Marksa i Lenina i dyskutować, jak wprowadzić tu to, co już wydarzyło się gdzie indziej. Wszystkiego tego, co działo się w Ameryce Łacińskiej, pragnął Fausto dla swojej republikańskiej Hiszpanii, swojej Hiszpanii pokonanych, Hiszpanii, która nie potrafiła zrobić Franco tego, co Castro i Guevara zrobili Batiście. Fausto poczuł, po raz pierwszy od czasu, kiedy nazwano go Żydem w porcie w Ciudad Trujillo, że jego życie na uchodźstwie nie jest przegrane, że ta historia ostatecznie może mieć jednak jakiś sens i cel. Wichry ludu mnie wiodą, recytował po cichu, wichry ludu mnie porwą. I miał wielką, naprawdę wielką ochotę dać im się porwać.

Pewnego popołudnia Luz Elena poprosiła dzieci, by przyszły do jej sypialni, i bez ogródek powiedziała im, że ciotka Inés Amelia ma raka żołądka. Sergio, który śledził z daleka umieranie wuja Felipe, nie potrzebował więcej informacji, ale Marianella chciała się dowiedzieć, co to jest rak, dlaczego ciocia zachorowała i co będzie dalej. Inés Amelia miała dopiero dwadzieścia dwa lata. Była dziewczyną niezamężną i szczęśliwą, o żywej inteligencji i niezwykle czułą. Przez ostatnie lata Sergio i jego siostra bardzo ją pokochali, odwiedzali ją w Medellín i traktowali jak drugą matkę, i nikomu nie przyszło do głowy, że mogłaby zachorować na tę samą chorobę starych ludzi, która zabiła wuja Felipe. Z twarzy Luz Eleny, która obserwowała siostrę i towarzyszyła jej w chorobie, wyczytać można było ogromny niepokój, a właściwie czytał go Sergio, który zrobiłby wiele, by ulżyć matce w cierpieniu. Ale w przypadku cioci Inés Amelii, podobnie jak z wujem Felipe, lekarze byli bezradni.

Luz Elena wyjechała do Medellín, żeby być przy niej w ostatnich dniach, a kiedy wróciła do Bogoty, zdruzgotana smutkiem, przywiozła dla każdego z dzieci prezent. "To jak spadek", powiedziała. To, co dostał Sergio, nie było właściwie prezentem, ale przepustką do nowego życia: aparat fotograficzny Kodak Brownie Fiesta, który ciotka nosiła ze sobą wszędzie przez ostatnie kilka miesięcy. Aparaty stanowiły domenę dorosłych, bo były drogie, i filmy też, podobnie jak wywoływanie zdjęć, i wszystko było tak nowe, że Kodak instruował swoich klientów, żeby nie wydawali pieniędzy na nieudane zdjęcia. Każda rolka miała ich dwanaście, wizyta w zakładzie była przygodą, bo nikt nie mógł przewidzieć, co wyjdzie na odbitkach, ani zgadnąć, ile zdjęć zepsuł brak doświadczenia fotografa. Ulotki były więc precyzyjne, powtarzało się w nich to samo zdanie co w reklamach radiowych, gazetach i czasopismach: Dwa albo trzy kroki odstępu od ukochanej osoby, słońce za plecami fotografa i pstryk.

Ale Sergio się z tym nie zgadzał; nikt, ani instrukcja obsługi, ani reklamy w czasopiśmie, nie mógł mu dyktować, jak ma robić zdjęcia. Zaczął fotografować, mając słońce z jednej strony, potem z drugiej, pod światło, a nawet w nocy, a Luz Elena przyglądała się temu z ciekawością i nie tylko nie denerwowała się, kiedy fotografie miały przezroczyste smugi - były prześwietlone albo całkiem niedoświetlone - ale też sama sugerowała mu nowe sposoby na łamanie świętych zasad. Być może ze względu na miłość do syna, a być może dlatego, że aparat był pamiątką po zmarłej siostrze, Luz Elena zniosła te eksperymenty ze światłem, odwołując się do swojej pedagogicznej cierpliwości, i czasami wydawało się, że oczekiwanie - ten tydzień upływający między oddaniem zdjęć do wywołania a odbiorem odbitek - przeżywała jeszcze bardziej niż syn. "Tydzień!", mówiła. "To dla dziecka strasznie długo". Podczas tych dni czekania Sergio modlił się: modlił się, by zdjęcia wyszły tak, jak to sobie wyobraził, i notował rozczarowanie w tym samym zeszycie, w którym dotąd notował skrupulatnie swoje lektury, swoje wyważone opinie o Dumasie, Juliuszu Vernie i Emiliu Salgarim. Marianella w oknie nie wyszła dobrze. Álvaro i Gloria tak. Brama osiedla wyszła źle. Czarny kot wyszedł czarny.

Któregoś popołudnia nudził się, więc włączył telewizor, chociaż nie pozwalano mu na to, kiedy był sam, i zobaczył matkę i ojca grających razem w teatrze telewizji. Zrobił zdjęcie, czując, jakby kradł cudzą chwilę, mając nadzieję, że mama nie zauważy, kiedy odda film do wywołania.

Nie miał szczęścia, Luz Elena wróciła z zakładu i zawołała go, żeby razem obejrzeli odbitki, i chyba nie widziała ich wcześniej, bo kiedy dotarła do zdjęcia ekranu, rozpłakała się.

"Co się stało, mamo?", zapytał Sergio.

"Nic, nic", odpowiedziała. "Wszystko jest w porządku".

"O co chodzi?"

"Że to zdjęcie świetnie ci wyszło". A potem: "Nic się nie stało, nie martw się".

Wtedy po raz pierwszy poczuł, że coś się psuje w świecie dorosłych. Ale potem poszedł z rodzicami do studia telewizyjnego i wszystko wróciło na swoje dawne tory. Akurat pracowali razem nad przedstawieniem Aucassin i Nicolette, komedią o miłości dworskiej, którą Fausto zaadaptował w sposób dość swobodny, a Sergio, kiedy obserwował ich oboje podczas prób, w strojach kochanków ze średniowiecznej Francji, patrzących na siebie, pomyślał, że się pomylił: wszystko było w porządku.

Tymczasem kraj zanurkował z impetem w zimną wojnę. W powietrzu wisiał strach przed czerwoną zarazą, w świecie polityki kolor niebieski Partii Konserwatywnej wydawał się już nie tyle tendencją, ile antidotum na najgorsze zło. Wtedy stało się też coś ważnego: Sergio zaczął grać na poważnie, granie stało się dla niego przestrzenią namacalnego szczęścia, bo wcielanie się w rolę, pod komendą Fausta, było jak zyskiwanie tożsamości, materialności, które nie istniały poza sceną, oznaczało także skupianie na sobie wyłącznej uwagi ojca. Przed kamerami w podziemiach Biblioteki Narodowej, gdzie urządzono pierwsze studia, a potem w nowych budynkach telewizji Sergio zaczął odbierać pierwsze nauki o zaletach metody Stanisławskiego i stosował je w ważnych produkcjach. Luz Elena wolałaby, żeby sztuk nie było aż tak wiele i tak wymagających, bo chłopiec był już kiepskim uczniem, zanim znalazł się pretekst telewizji, a teraz próby jeszcze nasiliły problem. Wymagały rygoru, jakiego Sergio nigdy dotąd nie poznał, bo przedstawienia teatralne były transmitowane na żywo i drobny błąd przed kamerami mógł okazać się katastrofalny. Pierwsze próby odbywały się w pustym studiu, którego czarna podłoga zapełniała się znakami i wskazówkami pomagającymi aktorom, a dzień przed emisją - już przed kamerami i kompletną scenografią, meblami na swoich miejscach - była próba generalna: powietrze wypełniało się elektrycznością, a w monologach każdy aktor ryzykował życie. Wbrew przewidywaniom Sergiowi udawało się sprostać tym wyzwaniom. I w ten sposób dostał pierwszą poważną rolę: chłopca w dramacie Szpicel Bertolda Brechta.

Reżyserował go Santiago García, który z architekta zmienił się w człowieka teatru. Uczył się fachu u Sekiego Sano (jak Fausto) i był (jak Fausto) jednym z niewielu, na których mistrz spoglądał z szacunkiem. Był człowiekiem otwartym, który wydawał się żyć dla teatru, jakby na świecie nie istniało nic innego, i miał rzadki dar nieudawanej skromności: potrafił opowiedzieć na przykład, że wrócił właśnie z Paryża, z premiery Czekając na Godota, na której obecny był sam Beckett, i nawet wtedy nie budził zawiści ani nie brzmiał tak, jakby się przechwalał. Lubił aguardiente i dobrą kuchnię, lubił też, gdy ludzie opowiadali mu o swoim życiu, nie tylko o tym, o którym sami chcieliby opowiedzieć, ale też o tym, co ukrywali. Rozumieli się z Faustem dobrze od samego początku i po kilku tygodniach zaczęli pracować nad wspólnymi spektaklami teatru telewizji. Po miesiącach współpracy, odkrywania, że podziwiają tych samych dramatopisarzy i mają te same idee na temat tego, czym powinien być teatr telewizji, wystawienie Brechta wydawało się posunięciem oczywistym. Luz Elena zgodziła się dopiero po dyskusji ciągnącej się przez całą kolację, o Hitlerze, nazizmie i swastyce, którą Sergio miał nosić na ramieniu. W sztuce rodzice Sergia, para z problemami, wpadają w panikę, widząc, że ich syn zniknął, być może poszedł złożyć na nich doniesienie. Syn zjawia się później z torbą słodyczy, ale spokój fikcyjnych rodziców wcale nie udzielił się Sergiowi, który nie rozumiał, dlaczego dziecko może zrobić coś takiego, dlaczego chciałoby zadenuncjować własnych rodziców władzom jakiegoś kraju. Luz Elena powiedziała:

"Są na świecie takie miejsca".

Nie przewidzieli jednak reakcji prasy. "Telewizja kolumbijska wpadła w ręce buntowników", pisał pod pseudonimem jakiś felietonista w "El Tiempo". "Brecht jest komunistą, tutaj i wszędzie, i jest nim, mimo że przemyca swój marksizm pod przykrywką protestu przeciwko czemu innemu. Czy my, Kolumbijczycy, zgodzimy się na zatruwanie umysłów naszego niedouczonego ludu rewolucyjnymi tezami, które niszczą wartości chrześcijańskie w innych częściach świata? Gdzie są odpowiedzialni za tę szkodliwą propagandę i dlaczego władze pozwalają im robić to, co robią, za środki należące do nas wszystkich?" Fausto miał wrażenie, że kraj, ten sam kraj, który przyjął go tak serdecznie siedemnaście lat wcześniej, stał się wrogim miejscem. Dostał już obywatelstwo - papier podpisany osobiście przez prezydenta, pełen znaków wodnych, który wzruszył go w swoim czasie do łez - ale Kolumbia wydawała się jedną ręką zamykać przed nim drzwi, które otworzyła drugą. W Telewizji Narodowej, w której Fausto stanął na czele strajku, a Luz Elena gotowa była dać się rozjechać wozowi transmisyjnemu, zwołano teraz kolejny strajk w obronie czegoś, co Fausto nazywał "pasmem kulturalnym". W tamtym czasie agencje reklamowe zaczęły wywierać nacisk na ministerstwo, chciały reklamować więcej produktów i mieć więcej czasu antenowego, ale nie zamierzały inwestować pieniędzy w programy, które nikogo nie interesowały. Kto ogląda aktora recytującego wiersz, którego nikt nie rozumie, podczas gdy jakiś malarz kreśli swoje niepodobne do niczego bohomazy? Kto chciałby patrzeć na jakichś nieznanych ludzi, w dodatku obcokrajowców, grających przez godzinę w szachy? Nie, nie, telewizja kolumbijska powinna się unowocześnić, skomercjalizować, wyjść z niszy intelektualistów przemawiających do innych intelektualistów. Telewizja kolumbijska powinna zacząć żyć życiem prawdziwych ludzi, ludzi z ulicy.

Naciski te szybko przyniosły zamierzony efekt i wkrótce z ramówki zaczęły wypadać, jak ofiary postrzału snajperów, programy, które Fausto wymyślił i których jako uczeń Sekiego Sano bronił. Pewnego dnia Fausto obudził się z myślą, że już nic mu nie pozostało, praca, którą dotąd wykonywał, zniknęła bez śladu. W telewizji zaproponowano mu inne programy, bardziej komercyjne, skierowane do szerszej publiczności, a w szczególności melodramaty. "Czemu nie zrobi pan czegoś Corín Tellado?", zapytał ktoś. "Wszyscy reżyserują teraz takie rzeczy. Wie pan dlaczego? To bardzo proste, dlatego właśnie, że takie rzeczy podobają się wszystkim". Nigdy nie czuł się w Kolumbii tak bardzo nie na miejscu, ale teraz odkrywał, że zawsze musi być pierwszy raz. Fausto miał później mówić, że podejmując decyzję, myślał tylko o jednej osobie, o wuju Felipe. Czy wuj Felipe zgodziłby się na ustępstwa? Wojna domowa to nie to samo co bitwa o kulturę, ale zasady pozostają zasadami. Fausto odrzucał propozycję zdaniem powtarzanym potem w rodzinie.

"Wytrzymamy, jak długo się da", mówił. "Ale ja chłamu robić nie będę".

W połowie 1961 roku Sergio miał jedenaście lat i wydawał się zagubiony w przedwczesnym okresie dojrzewania, ignorował świat polityki, obiło mu się o uszy, że amerykański astronauta po raz pierwszy został umieszczony na orbicie. Cabrerowie przeprowadzili się do domu na skrzyżowaniu 85 ulicy z Piętnastą Aleją. Było to zamknięte osiedle dla dobrze sytuowanych rodzin, ich sąsiedzi rekrutowali się z wykształconej burżuazji znającej się na włoskich winach i historii średniowiecznej, a ich dzieci chodziły razem z dziećmi Cabrerów do znajdującej się w odległości kilku przecznic szkoły: liceum francuskiego. Nie była to najoczywistsza z opcji dla jego rodziców, ale Sergio miał później zrozumieć, że na decyzji zaważyły wspomnienia Fausta z liceum Pothiers, w latach trzydziestych, kiedy wuj Felipe był dyplomatą w Paryżu. Także w tym był obecny jego duch, który wydawał się teraz żywszy niż kiedykolwiek wcześniej.

Sergio nie czuł się w swoim świecie dobrze. Zaczął wspinać się na mury szkoły, by nawiać z lekcji, zdarzało mu się też odłączyć od grupy, zanim jeszcze dotarł do liceum, i zapuścić się w dzielnicę, by coś przeskrobać. Odkrył emocje towarzyszące złym postępkom, to zwierzę, które pojawiało się u wlotu żołądka przed tym i po tym, jak Sergio rozbijał kamieniami szyby w oknach sąsiadów i szyby najniżej położonych mieszkań nowych budynków. Przyjaciele z liceum nauczyli go palić. Sergio zaczął kupować papierosy dla siebie, mówiąc sklepikarzowi, że kupuje je dla rodziców, i zjawiał się na szkolnym podwórku, chętnie częstując kolegów. Popularność nigdy nie była tak tania. Chłopcy wychodzili z nim zapalić na rogu i w tym momencie nie liczyło się, że pozostali są o głowę wyżsi, ani to, że już przeszli mutację, podczas gdy głos Sergia wciąż pozostawał dziecinny. Z paczką lucky strike'ów w dłoni Sergio był jednym z nich, był jak oni. I pewnego popołudnia palił sobie beztrosko na rogu, kiedy zauważyli go rodzice. Matka rzuciła najgorszą groźbę, jaka przyszła jej do głowy.

"Jak tak dalej pójdzie, nici z telewizji".

To zdanie, które tyle dzieci miało usłyszeć w następnych latach, w jego przypadku znaczyło co innego: że nie wystąpi więcej przed kamerami. Sergio nie mógł wyobrazić sobie dotkliwszej kary. Była to ostatnia deska ratunku dla zdesperowanych rodziców, ale mieli powody do niepokoju: poza podlegającymi ścisłym rygorom studiami telewizyjnymi Sergio zaczął się wykolejać. Nosił w kieszeni ukradziony ojcu śrubokręt i tak uzbrojony włóczył się po ulicach bogatego osiedla, zdejmując emblematy marek z luksusowych samochodów. I któregoś pięknego dnia zdejmował właśnie piąty emblemat mercedesa (marki rzadko w tamtych latach spotykanej na bogotańskich ulicach i dlatego bardzo cennego dla początkującego kolekcjonera), kiedy nakrył go właściciel auta. "Wsiadaj", powiedział mężczyzna, "zobaczymy, co o tym myśli twój ojciec". I zawiózł go do domu. Fausto był zdania, że to absolutnie karygodne, i obsztorcował Sergia tak, że właściciel samochodu wyszedł z poczuciem, że sprawiedliwości stało się zadość; Sergio był jednak przekonany, że nawet te akty wandalizmu nie bardzo obchodzą ojca, miał na głowie gorsze zmartwienia. Kiedy wściekły właściciel sobie poszedł, Fausto kazał Sergiowi pokazać wszystko, co dotąd ukradł. Nie wyobrażał sobie, że zobaczy prawdziwy paserski skarb pełen emblematów: volkswagen, renault, bmw, jakieś bezwartościowe chevrolety i cenne mercedesy. Sergio zauważył rozczarowanie na twarzy Fausta, ale nie spodziewał się gwałtowanego uderzenia w twarz. Mając oczy wciąż zamglone od łez i policzek gorący od ciosu, usłyszał, jak ojciec mówi:

"Zapłacisz za to ze swoich pieniędzy".

Nie musiał pytać, co ma na myśli. Ojciec przeprowadził go przez dzielnicę, jakby ciągnął za ucho, odwiedzili po kolei wszystkie ofiary małego wandala, Sergio wszystkie je przeprosił, wszystkim obiecał, że to się więcej nie powtórzy, i w następnych dniach opłacił wszystkim poniesione straty z gaży za rolę chłopca donosiciela w sztuce Brechta. Były to całkiem pokaźne kwoty, które Sergio trzymał na książeczce oszczędnościowej i korzystał z nich, kiedy musiał wywołać swoje eksperymentalne zdjęcia. Na książeczce nie zostało prawie nic. Wiadomość o tym, co zaszło, tak zmartwiła Luz Elenę, że pewnego popołudnia złapała Sergia przy wyjściu ze szkoły i oświadczyła, że idą z wizytą do psycholożki.

W tamtych czasach nie była to praktyka zbyt powszechna, ale Luz Elena zrozumiała, że ich syn potrzebuje pomocy, której ani ona, ani jej mąż nie potrafią mu udzielić. Dlatego trzy razy w tygodniu lądował na wygodnym fotelu naprzeciwko kobiety w okularach w rogowej oprawie, ubranej w spódnicę w szkocką kratkę i buty na obcasie; opowiadał jej o wybijanych kamieniami szybach i o skradzionych emblematach, a potem dostał pudełko kredek i kartkę z bloku. "Narysuj mi ptaka", poprosiła psycholożka. Sergio w jakiś magiczny sposób przeczuł, że czeka na kruki i sępy, narysował więc wróble i gołębie, i nieszkodliwe jaskółki i został wypuszczony z sesji przed jej końcem. Któregoś dnia doznał olśnienia: "To jak rozmowa z księdzem", powiedział matce. I była to prawda, nikt nie przypominał psycholożki bardziej niż ojciec Federico, który prowadził katechezę dla całej klasy ze dwa lata wcześniej, wtedy gdy Sergio powinien był przystąpić do pierwszej komunii. Uczniów trzeciej klasy poinformowano, że mają przejść przez coś, co nazywało się przygotowaniem do komunii, serię procedur poprzedzających ceremonię, i że pierwszym krokiem ma być sporządzenie listy, jak najbardziej szczegółowej, wszystkich grzechów popełnionych aż do dnia spowiedzi. "Od kiedy?", zapytał Sergio. "Odkąd stałeś się świadomy swoich czynów", odparł ksiądz. I uprzedził, że lista ma być bardzo skrupulatna i zawierać wszystkie grzechy, od tych najcięższych po najbardziej nieznaczące, bo Bóg nie lubi kłamstw.

"Wiesz, co się stanie, jeśli ukryjesz swoje grzechy przed Najwyższym?", zapytał ojciec Federico. "Hostia, kiedy będziesz chciał wziąć ją do ust, zmieni się w krew. Na oczach wszystkich. Chcesz, żeby ci się to przytrafiło?"

Sergio, który już wtedy uważał siebie za beznadziejny przypadek grzesznika, z długą listą grzechów i wstydliwych przewinień, poczuł, że znalazł się w pułapce. Wyobraził sobie, jak ubrany w nowy garnitur na niedzielną mszę staje grzecznie w kolejce do komunii i jak czuje, że hostia, którą położył mu na wargach ojciec Federico, zmienia się w ciecz, a usta wypełniają się metalicznym posmakiem i w tej samej chwili pierwsza kropla krwi spływa mu po brodzie. Wyobraził sobie przerażone twarze kolegów i zadowoloną minę ojca Federica; sami widzicie, co się dzieje, kiedy okłamujemy Naszego Pana. Sergio wrócił więc do domu i oświadczył:

"Nie chcę".

"Czego?", zapytał Fausto.

"Nie chcę iść do komunii. Nie zrobię tego". I dodał: "Chyba że mnie zmusicie".

Ale nikt go nie zmuszał, nikt nie udzielał reprymend i nie wymyślał kar, jedynie ambiwalentne wyjaśnienia, które wydawały się dotyczyć zupełnie innego tematu. Ojciec wytłumaczył mu, że słowo "ateista" według greckiego źródłosłowu nie oznacza tych, którzy nie wierzą w Boga, lecz tych, którzy zostali przez bogów opuszczeni. Czy on należał do tych, których to właśnie spotkało? Powoli Sergio przyjmował do wiadomości, że nie ma innego wyjaśnienia: jego Bóg, Bóg, do którego modlił się, żeby wyszły dobrze odbitki niewychodzące dobrze prawie nigdy, opuścił go. Sergio stał się dla niego zawadą, myślał, albo Bóg znalazł rzeczy ważniejsze i pilniejsze, żeby się nimi zająć.

Rodzina przechodziła okres krytyczny. Być może źródłem wszystkiego były problemy zawodowe Fausta, drzwi, które zamknęły się przed nim w ostatnich latach, ale było też oczywistą prawdą, że coś popsuło się w jego relacji z Luz Eleną. Tak przynajmniej czuł Sergio, chociaż na początku nikt mu tego nie potwierdził; zbyt często słyszał zażarte kłótnie rodziców do późna w nocy i miał wrażenie, że znalazł się znów na planie Szpicla. Jego siostra Marianella była za mała, by cokolwiek zauważyć, Sergio jednak wiedział, że coś jest nie tak. Zaczął to podejrzewać pewnego popołudnia, po długim dniu prób w telewizji, kiedy razem z ojcem odwozili do domu jedną z aktorek. Sergio dostrzegł, że żegnają się w sposób zbyt czuły, i zwrócił uwagę na papierosa, którego aktorka zgasiła w popielniczce samochodu. W tym papierosie - niedopałku umazanym karminową szminką nienależącą do jego matki - Sergio zobaczył zagrożenie. I przez następne tygodnie schodził do garażu rankami, zanim wstali inni, żeby opróżnić popielniczkę plymoutha ze śmierdzących niedopałków. Te niewierności, a raczej troskliwe ich ukrywanie, stały się dla Sergia częścią jego domowych obowiązków, i dopiero po długim czasie zdał sobie sprawę, że wszystko na nic, bo jedyną rzeczą bardziej upartą od zdrad ojca był talent matki, by je demaskować. Któregoś ranka Sergio zszedł za późno albo Luz Elena wstała wcześniej niż zwykle, i schodził do garażu, kiedy wojna zdążyła już się rozpętać. Ale Sergio nigdy nie wyobrażał sobie, nawet w najgorszych koszmarach, że któregoś dnia wróci do domu i zostanie poinformowany, że matki nie ma.

"Pojechała do Medellín", wyjaśnił Fausto. "Zamieszka z dziadkami. Ale będziesz ją odwiedzał, nie martw się. Co jakiś czas".

"Jak często?", zapytał.

"Powiedzmy, że co pół roku", odparł ojciec. "Podróż do Medellín nie jest tania".

"A moja siostra?"

"Marianella też wyjechała", powiedział Fausto. "Tak będzie lepiej dla wszystkich".

Sergio nie zrozumiał, że ta brutalna zmiana w rodzinie oznaczać będzie zmianę jego życia, ale tak się stało; po wielu różnych decyzjach podjętych w sekrecie przez rodziców, bez uczestnictwa dzieci nawet jako publiczność, Sergio musiał z dnia na dzień opuścić swój dom i liceum francuskie i zostać uczniem szkoły z internatem imienia Germana Pe?i, oddalonej o pięć przecznic od ich domu. To jednak nie przynosiło ulgi, było natomiast powodem do niepokoju: dlaczego ojciec nie chciał, by mieszkali razem? Dlaczego, jeśli relacja między rodzicami przechodziła kryzys, woleli rozedrzeć na strzępy całą rodzinę, zamiast pozwolić synowi zamieszkać z jednym z nich? Czy to możliwe, że Sergio im przeszkadzał? Czy po tym, jak opuścił go Bóg, zrobi to też jego własna rodzina? Panorama była smutna. Wuj Mauro, który został akwizytorem firmy farmaceutycznej Schering, ciągle podróżował; dziadek Domingo postanowił zamknąć hotel Roca i przeprowadzić się do Cali, ciotka Olga, która niedawno poślubiła właściciela przetwórni kawy, rzadko bywała w Bogocie. Klan się rozpadał.

Uczniowie szkoły z internatem imienia Germana Pe?i byli wszyscy starsi od Sergia, chłopcy z Wybrzeża Karaibskiego - z Monteríi, Sahagún, Valledupar - przyjeżdżali do stolicy, żeby zdać maturę. Uznali Sergia za dziwny okaz nie tylko dlatego, że był synem sławnego ojca. W nocy, przed zaśnięciem, współlokatorzy z pokoju zadawali mu pytanie, które on sam stawiał sobie od pierwszego dnia: dlaczego rodzice wysłali go do internatu, skoro jego dom znajduje się pięć przecznic od szkoły? A może zrobił coś strasznego i nie pozwalano mu wracać? Sergio musiał zaprosić ich do domu i przedstawić ojca, żeby w końcu mu uwierzyli. Te wyjścia stały się zwyczajem; kilka razy w tygodniu, w porze podwieczorku, Sergio wymykał się z internatu ze swoją paczką, palił lucky strike'i na rogach ulic w drodze do domu, a potem wchodził kuchennym wejściem i plądrował lodówkę. W tych chwilach, gdy jego przyjaciele z internatu zjadali wszystko, co znaleźli, Sergio wchodził do swojego pokoju - pustego pokoju, w którym nie było siostry - i kładł się na kilka minut na swoim łóżku, kartkował swoje książki i przytulał głowę do poduszki, pachnącej tak samo jak zawsze, żeby przypomnieć sobie przez chwilę radość zwykłej codzienności.

Ta sytuacja ciągnęła się miesiącami. Później, tak nagle, jak wyjechały do Medellín, matka i siostra wróciły do Bogoty. Sergio zastał je tam w weekend, kiedy przyszedł do domu podczas jednej z zaplanowanych wizyt, siedziały w salonie jak gdyby nigdy nic. Sergio przekonał się wtedy ostatecznie o tym, że rodzice debatowali o swoim kryzysie potajemnie i za plecami dzieci. Tak, matka wróciła, ale nie było sposobu, by się dowiedzieć, jakie tajemnicze potwory pływały pod powierzchnią, ani żadnej pewności, że wszystko znów z hukiem nie rozpadnie się na kawałki. Sergio nie miał też gwarancji, że któregoś dnia, gdy wyjdzie z internatu, nie zastanie domu zamkniętego na cztery spusty, bo wszyscy wyjechali. W tamtych chwilach chciałby liczyć na oparcie w Bogu, nie wiedział bowiem, co się dzieje, miał jednak pewność, że wszystko się wali, a on nie może nic na to poradzić.

I wtedy, z dnia na dzień, nowy temat rozmów pojawił się przy stole w jadalni. Chiny. Zupełnie niespodziewanie zaczęto rozmawiać przy obiedzie o buddyzmie, Wielkim Murze, Mao Zedongu i tai-chi chuan. Sergio i Marianella dowiedzieli się, że Chiny oznaczają "Państwo Środka", a Pekin "stolicę północną". Dowiedzieli się, że w tym kraju, w którym mówi się w siedemdziesięciu językach, wszyscy mogą się porozumieć dzięki pismu, bo ideogramy działają podobnie jak nasze liczby. Prawda, dzieci, że możecie zrozumieć cyfry z "Le Monde", chociaż byście nie mówiły słowa po francusku? Tak, tato. Sergio nie mógł wtedy o tym wiedzieć, ale wszystko miało swój ukryty cel. Przyszedł z Pekinu pewien list, który miał wywrócić ich życie do góry nogami.

Nadawca nazywał się Mario Arancibia. Fausto i Luz Elena poznali go przed wielu laty w Santiago, podczas podróży poślubnej zmienionej w recytatorskie tournée (albo na odwrót). Arancibia był chilijskim śpiewakiem (barytonem) o wielu talentach i przekonaniach lewicowych, około 1956 roku przyjechał do Kolumbii razem z żoną, aktorką Marują Orrequią, żeby dać kilka koncertów, które nie cieszyły się wielkim powodzeniem, a potem napisał dla Fausta Cabrery kilka librett. Telewizja nie była jego naturalnym środowiskiem, ale talent pisarski otworzył przed nim nowe możliwości, a potem nowe horyzonty. Zaprzyjaźnił się bardzo z technikami, których Rojas Pinilla sprowadził z Kuby, żeby uruchomić telewizję kolumbijską, i spędziwszy parę miesięcy w Kolumbii, Arancibia i Maruja Orrequia pojechali do Hawany. On zaczął pracować w Radio Habana, ona też znalazła pracę jako aktorka i spikerka. Mieszkali w stolicy Kuby, kiedy brodaci rewolucjoniści wkroczyli do miast. Postanowili zostać, żeby na własne oczy oglądać rewolucję będącą najniezwyklejszym wydarzeniem, jakie dotąd widzieli, ale nie zdążyli zobaczyć dużo, gdyż kilka tygodni później skontaktował się z nimi attaché kulturalny ambasady Chińskiej Republiki Ludowej.

Mężczyźnie powierzono dość egzotyczną misję: miał zrekrutować nauczycieli hiszpańskiego do Instytutu Języków Obcych w Pekinie. Poszukiwania te były częścią wielkiego wysiłku chińskich władz, by zrozumieć resztę świata, a może by przedstawić reszcie świata swoją propagandę albo swoje przesłanie, ale dotąd nauczycielami byli Hiszpanie, którzy udali się na emigrację po wojnie domowej i spędziwszy jakiś czas w Związku Radzieckim, zostali przez Rosjan wysłani do Chin, jako część przedsięwzięcia budowy nowego socjalizmu. Teraz jednak wyłonił się pewien problem: kilka lat wcześniej relacje pomiędzy Chinami a Związkiem Radzieckim ochłodziły się; jedną z wielu konsekwencji tej sytuacji było stopniowe opuszczanie Chin przez nauczycieli hiszpańskiego. Zmartwione władze spoglądały w kierunku Ameryki Łacińskiej. Ale nie na wszystkie kraje. Bez cienia zażenowania attaché kulturalny wyjaśniał, że chociaż mieszka na Kubie, nie chce Kubańczyków, bo wszyscy mówią, że akcent tej wyspy nie jest najlepszy dla uczniów. Jedynym powodem, dla którego realizował tę misję w Hawanie, było to, że tylko Kuba miała stosunki dyplomatyczne z komunistycznymi Chinami. Dotarł do studia Radia Habana w poszukiwaniu chilijskiego barytona, żeby zaproponować mu pracę lektora języka hiszpańskiego, i zaoferował tak dobre warunki, że Mario bez wahania je zaakceptował. Po ponad roku, kiedy chińskie władze poprosiły go, żeby polecił jeszcze kogoś (najlepiej Kolumbijczyka, bo uważano normę kolumbijską za najlepszą), do głowy przyszło mu tylko jedno nazwisko: Fausto Cabrera. Był z urodzenia Hiszpanem, ale nie został skażony sowieckimi przesądami i, co najważniejsze, posługiwał się hiszpańskim tak, że klękajcie narody, przeczytał wielką literaturę swojego stulecia i potrafił zarażać entuzjazmem. Był kandydatem doskonałym.

Wszystko to wyjaśniał Mario Arancibia w liście. Fausto przypomniał sobie poprzedni, w którym Arancibia pisał na ten sam temat, ale tylko pobieżnie w kilku linijkach; tamten list dotarł do Bogoty przed drugim strajkiem w telewizji, kiedy wydawało się, że wszystko można jeszcze naprawić, więc Fausto nie zaprzątał sobie głowy tym fragmentem. Teraz sytuacja się zmieniła. Fausto odpowiedział natychmiast, oczywiście, był zainteresowany, i to bardzo. Musiał jeszcze porozmawiać z rodziną, ale był pewien, że i ona się zgodzi. Dał jednak Arancibii jasno do zrozumienia, by zaczynał działać. Kilka tygodni później do domu przy 85 ulicy przyszedł list z wieloma pieczątkami i kolorowymi ideogramami.

Dla mężczyzny przeżywającego trudne chwile jak Fausto Cabrera oficjalne zaproszenie było nie tyle kołem ratunkowym, ile listem miłosnym. Rząd chiński proponował mu hojną pensję w dewizach, zwrot kosztów podróży dla całej rodziny i luksusowe zakwaterowanie; oferował poza tym Faustowi i Luz Elenie, ale już nie dzieciom, podróż do Kolumbii co dwa lata. Warunki wydawały się znakomite. Faustowi pomysł wydobycia rodziny z kryzysu, w którym się pogrążyła, obietnica zmiany klimatu mogącej odnowić związek z Luz Eleną była nie mniej kusząca niż podwójna obietnica poznania chińskiego teatru i przyjrzenia się z bliska rewolucji Mao Zedonga. Wuj Felipe opowiadał mu o Mao, kiedyś, w dawnej epoce hiszpańskiej wojny domowej, i mówił o nim z podziwem, a jeśli chodzi o teatr, to nie wuj Felipe, lecz artykuł Bertolda Brechta wbił mu do głowy, że tradycyjny dramat chiński jest niekończącą się lekcją, której zrozumienie stanowi część zrozumienia teatru w ogóle - a także jego politycznych możliwości, które jak dotąd nie zostały wykorzystane w Ameryce Łacińskiej.

Tak więc pewnego czerwcowego wieczoru Fausto zwołał rodzinne zebranie w salonie i uroczystym tonem wyjaśnił, co się stało. Dostał list; zapraszano ich do Chin, na drugi koniec świata, do tego egzotycznego i fascynującego miejsca, o którym rozmawiali w ciągu ostatnich tygodni. Przedstawił, jakby sam nie miał w niej żadnego interesu, podkręcając wyobraźnię swoich dzieci zdaniami, które były zaproszeniem do przygody, mówiąc, że to jak podróż dookoła świata, jakby zaciągnęły się do załogi Kapitana Nemo. Ale rodzina wcale nie musiała się na to zgadzać, mogła oczywiście odrzucić tę wspaniałą szansę, choć nikt w Kolumbii jej nie dostał, a oni, Sergio i Marianella, mieli pełne prawo odmówić tego, o czym ich rówieśnicy nie mogli śnić nawet w najśmielszych snach. Wszyscy mamy prawo do zaprzepaszczenia wyjątkowych okazji, niestety tak, a on, Fausto, nie zamierzał nikogo do niczego zmuszać. Po kolacji Sergio i Marianella błagali ojca, żeby przyjął ofertę, żeby z niej nie rezygnował, wszyscy pojadą na drugi koniec świata. A Fausto, jakby dzieci właśnie go przekonały albo jakby robił to tylko dlatego, żeby sprawić im przyjemność, wziął za rękę Luz Elenę i oznajmił uroczystym głosem kogoś, kto ułaskawia złodzieja:

"No dobrze. Pojedziemy do Chin".

Niedługo przed wyjazdem Cabrerowie udali się do Medellín, żeby pożegnać się z dziadkami. Wszyscy tam byli zgodni, że upadli na głowę, czego właściwie szukali w Chinach? Fausto z kolei udzielił im wskazówek, że najważniejsze, by nikomu i pod żadnym pozorem nie mówili, że rodzina wyjechała do komunistycznego kraju. "A jeśli ktoś zapyta?", upierała się babcia. "Powiecie, że jesteśmy w Europie", odparł Fausto. "No właśnie, powiecie, że zatrudnili mnie jako nauczyciela hiszpańskiego we Francji". Potem wyjął z walizki lśniący nowością paszport i pokazał go teściom. Zajmująca pół strony adnotacja informowała o tym, że dokument jest ważny na wszystkie państwa świata z wyjątkiem krajów socjalistycznych. "W tym paszporcie czegoś brakuje", powiedział Fausto. "Wiecie czego? Wizy. Nie ma w nim chińskiej wizy. A wiecie dlaczego? Bo Kolumbia nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych z Chinami. To właśnie musicie zrozumieć. Nie jedziemy na drugi koniec świata; jedziemy do świata zakazanego. Chiny są krajem wrogim we wszystkich znaczeniach tego słowa".

VI

Rodzina Cabrerów poleciała z Bogoty do Santo Domingo, stamtąd do Lizbony i dalej do Paryża. Dla Sergia i jego siostry nastał czas wielkich odkryć, każda nowa przesiadka była przygodą: nigdy nie wyjeżdżali z Kolumbii, a teraz w ciągu kilku dni musieli wyobrazić sobie - pomogły im w tym rysunki - przekroczenie oceanu i przystanki w trzech różnych krajach. Instrukcje, które przysłano Faustowi, były jasne: w Paryżu miał się stawić w siedzibie Xinhua, chińskiej agencji prasowej, w której otrzyma informacje, jak dostać się do Pekinu. Przez dwa dni chodzili po Paryżu jak turyści, chociaż wiedzieli, że nimi nie są. Dla Sergia było to jak ponowne spotkania z książkami przeczytanymi w liceum francuskim, ale tajność misji dodawała tym turystycznym wycieczkom dodatkowego smaczku. Rodzina żyła jakby nowym życiem. Luz Elena była inną kobietą tu, z dala od Bogoty i wszystkiego, co zagrażało jej małżeństwu. Fausto z powodzeniem porozumiewał się po francusku i opowiadał anegdoty z lat trzydziestych, a Sergio odkrywał, że on też potrafi się porozumieć, wolny od tego, kim był wcześniej. Tu przestał być tym zagubionym chłopakiem, fatalnym uczniem rozczarowującym rodziców złym zachowaniem. Tu mógł być kimś innym.

Agencja Xinhua mieściła się w niewielkim biurze niedaleko Pól Elizejskich. Korespondent, który ich przyjął, człowiek o nienagannych manierach, mówiący doskonale po francusku, zaprosił ich, by usiedli wokół niskiego stolika, i zaproponował im zieloną herbatę. Zrobił to z całym ceremoniałem: podał herbatę w czajniku, podgrzał filiżanki wodą, którą później wylał, i podawał napar dwiema rękami, wszystko skrupulatnie i w milczeniu. Tymczasem Sergio pstrykał zdjęcia. Ojciec zostawił aparat w Bogocie, więc on ze swoim plastikowym kodakiem brownie fiesta czuł się w obowiązku dokumentować podróż. Sfotografował już wieżę Eiffla i Łuk Tryumfalny, tam, za podpowiedzią matki, zrobił zdjęcie nazwisku Francisca de Mirandy, Wenezuelczyka, który walczył o niepodległość Stanów Zjednoczonych, potem swojego kraju, a między tymi dwiema wojnami miał jednak czas oddać swe usługi rewolucji francuskiej. Sergio utrwalił słynne nazwisko, a teraz dokumentował ceremonię parzenia herbaty. Korespondent był typem człowieka, którego nauczy się później rozpoznawać: chiński mieszczanin, wychowany w Paryżu, komunista, który nigdy nie traci swoich drobnomieszczańskich zwyczajów, wrażliwości, sztuki prowadzenia rozmowy.

"To jak W poszukiwaniu straconego czasu", powiedziała Luz Elena. "Ale po chińsku".

Mężczyzna wyjaśnił im, że pojadą do Genewy, tam znajduje się bowiem najbliższa ambasada Chin i tam dostaną wizy (na oddzielnych blankietach, żeby nie było śladu w paszportach), przepustki do Pekinu. Podróż, poinformował, odbędzie się przez Moskwę. Aerofłot lata niestety tylko dwa razy w tygodniu, więc będą musieli zaczekać trzy dni w Moskwie. Mam nadzieję, że to żaden problem. Mam nadzieję, że to nie będzie dla państwa kłopot.

Żeby dotrzeć do Moskwy, musieli polecieć do Pragi, a tam złapać samolot Aeorofłotu, który miał zabrać ich do innego świata, świata marsjańskiego. Marianella spędziła cały lot z nosem przyklejonym do okienka, przyglądając się chmurom, bo usłyszała, że rodzice mówią o przekroczeniu żelaznej kurtyny, a ona nie chciała stracić podobnej przygody. ("Ale ona nie istnieje", powiedziała Luz Elena. "Tak tylko się mówi". "Nieprawda", zaprotestował Sergio, "oczywiście, że istnieje. Mur berliński istnieje, mur chiński istnieje. Sam widziałem na zdjęciach. Nie rozumiem, dlaczego żelazna kurtyna miałaby nie istnieć. To przecież logiczne". "Sergio, nie oszukuj siostry". "Mamo", odezwała się Marianella, "to nie są kłamstwa. Wierzę, że mój brat ma rację"). W pewnej chwili kapitan pozdrowił pasażerów przez głośnik i powiedział coś po rosyjsku, a Sergio zobaczył, jak wszyscy odpinają pasy bezpieczeństwa i wstają. Niektórzy unosili pięści, inni kładli prawą rękę na sercu i na dźwięk muzyki zniekształconej trzaskami i szumami zaczęli śpiewać. Fausto spojrzał na swoje dzieci.

"To Międzynarodówka", powiedział. "Wszyscy wstajemy!"

"Ach, Fausto, nie wygłupiaj się", powiedziała Luz Elena. "Dzieci, nie róbcie tego. Ojciec czasem zachowuje się jak wariat".

Fausto był wzruszony, ale nie dołączył do chóru pasażerów. Sowieci byli jego bohaterami podczas wojny domowej i zawsze wierzył, że to, co opowiadano - interwencje stalinowskie, intrygi przeciw marksistowskim rywalom z POUM, zabicie Andreu Nina przez NKWD - było tylko kalumnią starannie przygotowaną przez propagandę nieprzyjaciela; chociaż nie chciał nigdy zapisać się do kolumbijskiej Partii Komunistycznej, był zaprzyjaźniony z wieloma jej członkami i zazdrościł im odpowiedzialności za współtowarzyszy i poczucia misji. Teraz miał zobaczyć plac Czerwony, zobaczyć Kreml; korespondent Xinhua zapewnił ich, że władze dadzą pozwolenie na tranzyt i wizytę w mieście, a Fausto miał zamiar z tego skorzystać.

Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. Stosunki między Chinami a Związkiem Radzieckim stawały się coraz bardziej napięte i międzynarodowy ruch komunistyczny, w chwili gdy Fausto z rodziną przybył do Moskwy, był wyraźnie osłabiony. Mao i jego zwolennicy bronili czystości marksizmu-leninizmu, podczas gdy Sowieci postanowili opuścić gardę i poszukać czegoś, co sami nazywali pokojowym współistnieniem, Fausto zaś uważał, że to po prostu subtelne zbliżenie do kapitalistycznego świata. W niedługim czasie rzeczownik "rewizjonista" stał się najgorszym wyzwiskiem. I choć Fausto, lądując w Moskwie, miał świadomość tych napięć, a nawet zaczął uważać się za zwolennika Mao, nie mógł sobie wyobrazić, jak intensywna wrogość panuje między dwoma krajami. Zrozumiał to, wychodząc z lotniska w Moskwie, kiedy funkcjonariusze zaprowadzili rodzinę do znajdującego się nieopodal hotelu, który bardziej przypominał obóz dla internowanych, i poinformowali ją, że tam, zamknięta w paskudnym pokoju - kłódka jak z obory nie pozwalała otworzyć drzwi - spędzi trzy dni, czekając na przesiadkę. Nie mieli sowieckich wiz, a bez nich nie wolno im było wychodzić z hotelu. Tak po prostu.

"Ale dlaczego?", dopytywał Sergio.

"Bo podróżujemy do Chin", odparł Fausto. "I to im się nie podoba".

"A l e d l a c z e g o?", nie ustępował Sergio. "Przecież też są komunistami".

"Tak", przyznał Fausto. "Ale to inni komuniści".

Były to trzy niekończące się dni przymusowego uwięzienia. Jedyną rozrywką okazało się czekanie na wózek z jedzeniem, popychany przez towarzyszy w mundurach wojskowych, i wychodzenie na balkon, by przyjrzeć się sowieckim budynkom. Pod koniec drugiego dnia przywieziona z Kolumbii rezerwa papierosów Pielroja skończyła się i Fausto musiał błagać strażników, by przynieśli mu coś do palenia. Ostatniej nocy, gdy wszyscy już usnęli, Sergio ukradł jeden z tych papierosów i wymknął się, by wypalić go po kryjomu na hotelowym tarasie, w hałasie startujących samolotów, patrząc na moskiewską noc oczami zaczerwienionymi od dymu.

"Rewizjoniści", powiedział sam do siebie.

Zgasił papierosa i wyrzucił niedopałek na ulicę. A potem poszedł spać.

Dotarli do Pekinu po południu; wilgotny upał przyklejał się do ubrań i skóry. Sergio był u kresu sił. Lot odbył się z międzylądowaniem w Omsku i Irkucku, gdzie z powodu bliżej niewyjaśnionej usterki technicznej musieli spędzić długą i zimną noc. Załoga Aerofłotu kazała im opuścić samolot, każdy z pasażerów dostał przy wyjściu płaszcz i kozacką czapkę, a potem schodził po drabince i stawał w kolejce do baraku, w którym lodowaty wiatr hulał w najlepsze nad setką łóżek polowych. Setka pasażerów tego upiornego lotu miała do dyspozycji dwie łazienki: kiedy tylko doczekał się na swoją kolej, Sergio zamknął się w jednej z nich, tym razem nie po to, żeby wypalić radzieckiego papierosa, ale po to, by po doświadczeniu rosyjskiego tytoniu, koszmarnego hotelu i lodowatego baraku, w którym mieli spędzić noc, zastanowić się nad prawdziwymi zaletami sowieckiego socjalizmu.

Spał przez cały lot do Pekinu. Nie wiedział, że ta senność w dziwnych godzinach, od której ciążyły mu powieki, nazywa się jet lag, ale czuł się jak naćpany. Obudził się w porę, by zobaczyć przez okienko pola pszenicy ciągnące się aż po horyzont. Poza ich samolotem na płycie lotniska stał tylko jeden. W terminalu, nie większym niż internat szkoły Germana Pe?i, wszyscy patrzyli na nich, jakby należeli do jakiegoś egzotycznego gatunku. Przy schodkach samolotu czekała na nich grupka uprzejmych, uśmiechniętych ludzi. Jedna z kobiet zrobiła krok naprzód i przedstawiła się po hiszpańsku: nazywa się Chu Lan, powiedziała, jest tłumaczką, która ma im towarzyszyć przez następne dni. Pozostali byli pracownikami Instytutu Języków Obcych, wyjaśniła Chu Lan, i przyszli tu, żeby serdecznie przywitać rodzinę specjalisty. (Specjalista, tak właśnie nazywało się oficjalnie stanowisko Fausta, to magiczne słowo pojawiało się w jego umowie i otwierało wszystkie drzwi). Wtedy zauważyli, że Arancibiowie również wyszli na ich powitanie. To zmieniło wszystko.

Maruja podeszła pierwsza, wręczyła Luz Elenie bukiet pachnących kwiatów owiniętych w celofan i poprosiła Chu Lan, żeby zrobiła im zdjęcie aparatem Sergia. Potem, nie czekając, aż wszyscy zdążą się przywitać, powiedziała:

"Dobrze, teraz pojedziemy do hotelu. Padniecie na jego widok i chcę, żebyście zobaczyli go w dzień".

Miała rację. Po pół godzinie jazdy prostą szosą bez skrzyżowań, flankowaną po obu stronach monotonnym krajobrazem pszenicznych pól, ich oczom ukazało się bez ostrzeżenia miasto i w końcu, kiedy zobaczyli dachy z zielonej porcelany hotelu Przyjaźń, Sergio zrozumiał, że przybył do miejsca rodem z baśni. Hotel miał dwa wejścia, oba chronione przez uzbrojonych strażników, których obecność nie miała zbyt wielkiego sensu. Na kompleks składał się jeden duży budynek i piętnaście mniejszych, niewidocznych z ulicy, ale mimo że rozmiarem przypominał niewielką cytadelę, mieszkało w nim tylko sześciuset cudzoziemców. Było ich wprawdzie o wiele więcej w lepszych czasach, bo hotel zbudowano w latach pięćdziesiątych, by ulokować w nim rosyjskich podwykonawców - inżynierów, architektów - którzy przyjechali, by zmienić oblicze kraju maoistycznej rewolucji. Po ochłodzeniu stosunków pomiędzy Mao a Chruszczowem dwa tysiące pięciuset rosyjskich wysłanników wróciło do swojego kraju tak szybko, jak się pojawiło, zostawiając za sobą wykonane w połowie prace i opustoszałe fabryki, a hotel Przyjaźń z dnia na dzień przyjął nowych gości.

Wyjaśnienie było bardzo proste. Rząd nie pozwalał cudzoziemcom posiadać własnego domu, więc ci, którzy przyjeżdżali do Pekinu jako oficjalnie zatrudnieni, lądowali natychmiast tutaj. Jedynymi cudzoziemcami, którzy mieszkali poza hotelem Przyjaźń, byli dyplomaci i ci, którzy przyjechali do Pekinu już po rewolucji i wzięli ślub z obywatelami Chin, i urządzili sobie życie tam, w tym świecie biedniejszym i pełnym trudności, zaczynającym się za bramą hotelu: świecie bez basenu olimpijskiego, kortów tenisowych i uprzejmych boyów obdarzonych darem bilokacji, bez taksówek czekających tylko, żeby zawieźć gości dokądkolwiek sobie zażyczą. To wszystko przydawało hotelowi atmosfery nierzeczywistości, którą Luz Elena, podobnie jak już wielokrotnie się zdarzało, wyczuła wcześniej niż inni.

"To jak odwrotność getta", powiedziała. "Nikt nie chce stąd wychodzić, wszyscy chcą wejść do środka".

I rzeczywiście, poza hotelem, w prawdziwym Pekinie, świat okazywał się wrogi. Wielki skok naprzód, zakrojona na wielką skalę kampania gospodarcza, podczas której Mao Zedong rozpoczął przekształcenie dawnego rolnictwa w system komun ludowych, postawiła chłopom tak nierealne wymagania, zmusiła ich do tak szalonych wysiłków i oczekiwała tak niemożliwych wyników, że miliony z nich umarły z głodu, podczas gdy partyjni dygnitarze obwiniali za tę klęskę złą pogodę. Mao nakazał skolektywizować zbiory, zakazał prywatnej inicjatywy, a wszystkich, którzy jej próbowali, piętnował najgorszym z zarzutów: kontrrewolucji. Rezultaty były katastrofalne. Tysiące posiadaczy ziemskich, którzy zbuntowali się przeciw tym nierozsądnym zarządzeniom, zostało bez mrugnięcia okiem zgładzonych, setki tysięcy Chińczyków umarło w obozach pracy przymusowej. Kiedy Cabrerowie wylądowali w Pekinie, Chiny wciąż odczuwały skutki jednej z najbardziej zabójczych klęsk głodowych w historii, a Marianella poczuła konsekwencje od razu: podczas śniadania drugiego dnia w Pekinie ośmieliła się powiedzieć, że nie smakują jej jajka, a wtedy ojciec wykrzyczał jej w twarz:

"Takie oferuje nam ten kraj i masz je zjeść, nawet jeśli ci nie smakują", ryknął. "Zjesz wszystko, co nałożą ci na talerz, zrobili już wystarczająco dużo, przyjmując cię tutaj".

Marianella nie potrafiła pojąć, dlaczego ten kraj ohydnego jedzenia i niezrozumiałych ludzi był dla jej ojca rajem. Sergio natomiast zadziwiająco szybko przyswoił nowe reguły. Nauczył się na przykład, że aby kupić cokolwiek: mąkę, bawełnę, olej, paliwo, potrzebne były kartki. Choćbyś miał pieniądze, bez kartek były niewiele warte: koszula, dajmy na to, kosztowała pięć juanów i cztery kupony z kartki na bawełnę. Pięć juanów stanowiło równowartość trzech dni wyżywienia w hotelu, co pozwoliło zrozumieć, ile zarabiali jego rodzice: sześćset juanów miesięcznie było kwotą imponującą. "Zarabiacie tyle co Mao", powiedział Faustowi pewnego dnia partyjny dygnitarz, którego poznali podczas bankietu powitalnego, a niemający powodu wątpić w jego słowa Fausto wolał przemilczeć to, że jego rodzina nie zarabiała jednej pensji, lecz dwie, bo towarzysz z Instytutu Języków Obcych, kiedy tylko poznał Luz Elenę, zaprosił ją na rozmowę o pracę, a po tej rozmowie natychmiast zaproponował jej trzysta pięćdziesiąt juanów i ją zatrudnił. Kiedy więc Fausto prowadził zajęcia dla studentów, Luz Elena w Instytucie Języków Obcych przygotowywała do matury dzieci partyjnych szych. Oboje zjawiali się w Instytucie, okropnym budynku pełnym obskurnych sal, żegnali się na podwórku, próbując się nie dotykać, a potem spotykali w tym samym miejscu po lekcjach, śledzeni uważnymi spojrzeniami setek par oczu.

W Kolumbii nigdy nie zasmakowali podobnych luksusów. Instytut zakwaterował ich w dwóch apartamentach połączonych salonem: w jednym spali rodzice i Marianella, w drugim Sergio, popołudniami rodzina spotykała się w salonie, żeby opowiedzieć sobie, jak im minął dzień. W apartamencie rodziców znajdowała się niewielka kuchnia, ale rzadko z niej korzystano, bo w hotelu były trzy restauracje - z kuchnią orientalną, zachodnią i muzułmańską, ta ostatnia z niewyjaśnionych powodów nie mieściła się w ramach dwóch pierwszych - i nie było powodu, żeby gotować. Sergio spędził swoje pierwsze dni, zanim rozpoczął się rok szkolny, grając z Marianellą w ping-ponga w hotelowym klubie, ucząc się samodzielnie podstaw bilardu i spotykając się z nowo poznanymi kolegami - dziećmi nauczycieli z Argentyny albo Boliwii lub urugwajskich poetów przechadzających się zawsze ze swoim tomikiem pod pachą, peruwiańskich intelektualistów, którzy trafili tu przez przypadek, a teraz za nic nie chcieli wyjechać - razem grali w szachy albo w wei-chi, a czasem kopali piłkę na boisku. Szybko musieli przestać pływać, bo z oficjalnym końcem lata hotel zamknął basen. Sergio się tym nie przejmował. Czasami, po wyczerpującym dniu w tym bajkowym miejscu, miał wrażenie, że nie starcza mu czasu, by zrobić wszystko, na co miał ochotę.

Niedługo po przyjeździe cała czwórka wyruszyła na swoją pierwszą wizytę do centrum. Stary polski samochód zawiózł ich na ulicę Wangfujing; mężczyzna, który tam na nich czekał, kolega Fausta z Instytutu Języków Obcych, już na wstępie przeprosił za niedogodności, których mieli doświadczyć. "O czym dokładnie pan mówi?", zapytał Fausto. "Dużo tu ludzi", odparł tamten. Jego hiszpański był precyzyjny, ale trudno było zrozumieć wymowę. "Proszę, żeby się państwo nie zatrzymywali. W witrynach nie ma nic do oglądania. Jeśli będą się państwo zatrzymywać, powstanie zator. Trzeba iść, iść naprzód, nie przystawać". Ale nie przeszli jeszcze dwóch przecznic, gdy Sergio, który nie zrozumiał wskazówek, a może wolał puścić je mimo uszu, zapatrzył się na uliczne widowisko. Było to coś w rodzaju obwoźnego cyrku, ubogiego i opartego na podstawowych sztuczkach; umięśniony mężczyzna żonglował, studząc ustami stalowe obręcze, podczas gdy towarzysząca mu kobieta śpiewała świdrującą uszy piosenkę. Podszedłszy kilka kroków bliżej, Sergio zauważył, że mężczyzna miał zęby w metalowych osłonach. Podzielił się wrażeniami z rodzicami, którzy mimo przestróg tłumacza też przystanęli, by przyjrzeć się spektaklowi. Potem Fausto powiedział:

"No dobrze, wystarczy. Idziemy dalej".

Ale okazało się to niemożliwe. W ciągu kilku sekund otoczył ich tłum stworzony z dwustu osób, które nie przyglądały się wcale żonglerom, lecz rodzinie Cabrerów. Chociaż ludzie ci byli blisko, Sergio nie potrafił odczytać wyrazu ich twarzy; niektórzy wyciągali nieśmiało rękę, próbując ich dotknąć, jeden nawet położyłby dłoń na policzku Sergia, gdyby ten zdecydowanie go nie odepchnął. "Co się dzieje, mamo?", spytała przestraszona Marianella. Tłumacz gestykulował zawzięcie przed tłumem ciekawskich, jego gesty miały chyba nakazywać spokój, w każdym razie okazały się skuteczne, bo powoli w tłumie utworzył się korytarz, przez który Cabrerowie zdołali przejść. Grupka dzieciaków, wskazując palcami Sergia, wykrzykiwała niezrozumiałe słowa. Jakaś mała dziewczynka zaczęła płakać na ękach matki. To była ostatnia rzecz, jaką zobaczył Sergio, zanim zdołali wreszcie zostawić za sobą tłum.

"Co oni mówili?", zapytał tłumacza Sergio.

"Kto?"

"Dzieci", wyjaśnił Sergio. "Chcę wiedzieć, co do mnie krzyczały".

Mężczyzna wahał się chwilę z odpowiedzią.

"Demon z zagranicy", wyjaśnił. "Bardzo mi przykro. Tego ich uczą".

Później, gdy wracali już do samochodu mającego ich odwieźć do hotelu, przeszli obok długiej kolejki, która zakręcała za róg ulicy. Z czasem Sergio przyzwyczaił się do życia, w którym wszyscy stali w ogonkach po wszystko, ale tamtego dnia szczerze się zdziwił, dowiedziawszy się, na co czekają. Mieli w ręku krótkie bambusowe kijki, Sergio zapytał, o co chodzi, a tłumacz wyjaśnił: "To szczoteczki do zębów. Naprawiają je. Wiele rzeczy nie dociera do nas z powodu blokady. Na przykład szczoteczki do zębów". Były tak zużyte, że odpadło z nich włosie; ludzie czekali w kolejce, by zastąpiono je nowym. Sergio przechodził tak blisko, że poczuł zapach ich wilgotnych ubrań. Nagle zdał sobie sprawę, że wszyscy na niego patrzą. W spojrzeniach malowało się zaciekawienie, ale też coś nieprzyjaznego. Ktoś powiedział coś w dialekcie mandaryńskim, ktoś inny odpowiedział. Sergio spuścił swoje wielkie zielone oczy, jakby zrozumiał, że tu nie pasuje, i odszedł w milczeniu, przepraszając w duchu za tę wyimaginowaną impertynencję. A kiedy dotarli wreszcie do hotelu Przyjaźń i pokazali swoje przepustki w drzwiach, i weszli do chronionego świata, Marianella powiedziała:

"Teraz rozumiem, dlaczego ludzie nie chcą stąd wychodzić. Chiny są okropne".

"To też są Chiny", odparł Sergio.

"W takim razie te Chiny na zewnątrz", rzekła Marianella. "Nie wiem, dlaczego nie może być tam tak jak u nas".

Potem Marianella spotkała się z synem Arancibiów i poprosiła: "Naucz mnie wszystkich brzydkich słów". Kilka dni później potrafiła już obrzucić nierozumiejącego nic ojca wieloma obelgami. Konflikt z Faustem trwał nieustannie, bo świat według specjalisty wyglądał zupełnie inaczej: Chiny z zewnątrz były modelem - "rajem", twierdził uparcie - a hotel tylko erzacem, simulacrum albo jeszcze gorzej: hipokryzją. Faustowi nie brakowało racji. W hotelu znaleźli się ludzie różnych narodowości, ras, wyznań i w różnym wieku, ale przede wszystkim różnych ideologii. Niektórzy byli wysłannikami swoich rządów i nie przejawiali najmniejszego zainteresowania krajem ani jego kulturą, ale inni, wielu z nich, byli komunistami rozmaitych ideologicznych orientacji. W hotelu mieszkali maoiści z komunistami o orientacji prosowieckiej, ci wspierający Kubę, z tymi, co wspierali Albanię, a wszyscy oni współistnieli z cudzoziemcami antychińskimi, jak nazywano każdego, kto krytykował rząd republiki ludowej. Oczywiście mieszkali tu też antykomuniści; i wreszcie ci najgorsi, jakaś mroczna mieszanka antychińskich antykomunistów. Rzecz jasna na tym się nie kończyło, gdyż przybyli tu także hiszpańscy anarchiści, włoscy trockiści, kilku totalnych szaleńców i niemało oportunistów, którzy przyjechali tu dla pieniędzy. Wszystkich zatrudnił chiński rząd, by nauczali języków obcych, niektórzy jednak skończyli jako tłumacze książek i czasopism, dubbingując filmy czy programy radiowe w językach obcych. Wszyscy pracowali w swoim własnym języku. Nikt, albo prawie nikt, nie mówił po chińsku. Nikt albo prawie nikt nie chciał się go nauczyć. I Fausto powtarzał:

"To nie są Chiny".

W połowie września rozpoczęły się lekcje indywidualne. Jeden z salonów hotelu Przyjaźń zmieniono w salę wykładową: ktoś powiesił tablicę dla dwóch nauczycieli, kobiety i mężczyzny, którzy na zmianę udzielali prywatnych lekcji dwojgu kolumbijskim dzieciom. Miejsce było nieprzyjemne, światło za bardzo białe, a przestrzeń zbyt duża; Sergio i Marianella poczuli się maleńcy i samotni, jeszcze bardziej samotni niż do tej pory, póki nie zaczęli napływać nowi uczniowie i grupka zmieniła się w końcu w małą klasę, liczącą mniej niż dwanaścioro uczniów. Tak teraz upływały im całe dnie: lekcje odbywały się pomiędzy dziewiątą a dwunastą, a potem między drugą a piątą, sześć bitych godzin zajęć w języku, z którego ani Sergio, ani jego siostra nie rozumieli ani słowa. Sześć godzin słuchania niezrozumiałych dźwięków, daremnych prób dopasowywania tych dźwięków do obrazków, które mężczyzna rysował na tablicy: tak wyglądały teraz ich dni, często kończące się bólem głowy, protestami i próbami buntu.

"Nie wiem, po co przyjechaliśmy do Chin", powiedziała kiedyś Marianella. "Nie można ich zrozumieć. Oni nie rozumieją nas".

"Musisz być cierpliwa", uspokajała ją Luz Elena.

"Ja chcę wracać do Kolumbii", oświadczyła Marianella.

"Ja też", poparł ją Sergio.

Ojciec popatrzył na niego, potem na jego siostrę i na twarzy zapłonęła mu nagle wściekłość.

"Nikt nigdzie się stąd nie ruszy", powiedział. "Zostaniemy tu na całe lata, lepiej się z tym pogódźcie. A więc to bardzo proste: albo się nauczycie, albo będziecie mieć przesrane".

Dla Fausta wyjazd był sukcesem. Jego relacja z Luz Eleną wydawała się zaczynać od nowa, a przynajmniej zostawili za sobą balast i kłótnie, które ciążyły nad nimi w Kolumbii. Po lekcjach w Instytucie Języków Obcych opowiadali sobie na ulicy to, co przeżyli, jakby składali raport: odważny lud, który znosił przeciwności z godnością i nigdy nie pozwolił, żeby bieda pozbawiła go dumy, kraj, w którym rewolucja zaspokoiła najpilniejsze potrzeby ludności. Tutaj wszyscy mieli co jeść, wszyscy mieli dach nad głową, wszyscy mieli codziennie w co się ubrać. Czy to nie usprawiedliwiało każdego rewolucyjnego czynu, czy nie dowodziło, że każde poświęcenie na drodze do socjalizmu było tego warte? Należało tylko zobaczyć długą drogę, jaką przebył kraj od pierwszych lat, kiedy ludzie umierali z głodu i nikt nie mógł temu zapobiec. Tak wielki skok naprzód nie był pozbawiony błędów, napotkał nieprzewidziane problemy i sabotaż prawicowej opozycji, która istnieje we wszystkich rewolucyjnych krajach świata, ale jego cele były o wiele bardziej dalekosiężne. Co do tego zgadzali się Fausto i Luz Elena: to była niezwykle cenna lekcja. Dla nich, rzecz oczywista, ale także dla ich dzieci.

Rozmowy - przy stole w restauracji przy obiedzie, a także wieczorami, gdy hotelowa orkiestra grała absurdalne bolera, które fascynowały Luz Elenę - wypełniły się dydaktyką. Fausto opowiadał dzieciom o swojej niedawnej wizycie na kursie ekspresji ciała w Instytucie Dramatu Nowoczesnego; opowiadał, jak próbował rozpoznać reżysera spektaklu, ale bez skutku, bo podczas prób wszyscy pracowali równie ciężko, i dopiero po długim czasie udało mu się stwierdzić, że reżyserem jest mężczyzna naprawiający reflektor, ubrany w taki sam kombinezon jak wszyscy. Każde rodzinne spotkanie obfitowało w takie opowieści. Fausto odkupił czechosłowacki motocykl od specjalisty, który wyjeżdżał z Chin; któregoś dnia, gdy wracał z peryferii Pekinu, motocykl się popsuł. W ciągu kilku sekund otoczyło go mnóstwo Chińczyków, gotowych zrobić wszystko, żeby tylko naprawić motor, a kiedy im się nie udało, zatrzymali ciężarówkę, wpakowali do niej pojazd i jego właściciela i odwieźli do hotelu. Następnego dnia Fausto naprawił motocykl w pobliskim warsztacie. Nigdy nie udało mu się zapłacić, bo od cudzoziemca, zwłaszcza od takiego, który przyjechał budować socjalizm, nie wypadało brać pieniędzy.

"Tak wygląda solidarne społeczeństwo", mówił Fausto. "Prawda, że to piękne?"

Wszystkie wykonywane prace otwierały mu oczy na nowe aspekty sztuki. W Instytucie Dramatu poczuł, jakby czytał Brechta po raz pierwszy, jakby dotąd w ogóle go nie rozumiał, i powoli zaczęło wydawać mu się niemożliwe, że ktokolwiek może jeszcze robić teatr kameralny; kiedy wróci do Kolumbii, myślał, jego teatr będzie robiony przez lud i dla ludu. Teraz rozumiał, co czuł Brecht, gdy odkrył aktora Mei Lanfanga. Poznał go w Moskwie w połowie lat trzydziestych i natychmiast poczuł się uwiedziony możliwościami, które stwarzał ten sposób rozumienia sceny: ujawnienie sztucznych mechanizmów teatru, postacie, które przedstawiają same siebie, a nawet przebierają się na oczach publiczności, wysiłek aktora, żeby widz, zamiast identyfikować się z postacią, zachował do niej dystans... Każdy gest był aktem Brechtowskiego budowania dystansu, a teraz Fausto odkrywał, skąd się to wszystko wzięło. Czuł się jak ogniwo w łańcuchu tradycji teatralnej: Chaplin opowiedział o Mei Lanfangu Sergiuszowi Eisensteinowi, a Eisenstein opowiedział o Mei Lanfangu Brechtowi, a teraz Brecht opowiadał o Mei Lanfangu Faustowi Cabrerze.

Doby miały za mało godzin. Poza swoją pracą jako nauczyciel hiszpańskiego, poza wizytami w chińskim teatrze, gdzie uczył się więcej, niż sam mógł nauczyć, Fausto przyjął stanowisko kierownika ds. dubbingu w Instytucie Kinematografii w Pekinie. Spędzał całe godziny w studiu nagrań, a po drugiej stronie szyby przed mikrofonami aktorzy wypełniali hiszpańskimi słowami usta grających na ekranie Chińczyków. Fausto nigdy wcześniej nie pracował przy dubbingach, ale nic nie było dla niego nowe: potrafił prowadzić aktora, nauczyć go dykcji i elokucji i zdradzić tajemnicę, jak nie zostać bez tchu, zanim skończy się zdanie, niejeden raz wziął pod swoje skrzydła przeciętnego aktora i podczas jednej realizacji zmienił go w nowy głos, który potrafił wygłosić przemówienie w czasach wojny.

Jednym z filmów, które przetłumaczono w owym czasie, był Dzwoneczek, chińska produkcja, której bohaterem był chłopiec. Fausto nie miał wątpliwości: Sergio nadawał się do tej roli. Przez dwanaście dni pracowali razem w studiu, razem do niego wchodzili i razem wracali do domu, i przez te dni Sergio poczuł znów na sobie dumne spojrzenie ojca i jak pod tym spojrzeniem odżywa, podobnie jak działo się to w studiach telewizyjnych w Bogocie. Były to długie dni, pełne nudnych przerw i wyczerpujących powtórzeń, ale Sergio w mig pojął, na czym polega ta magiczna sztuczka, zrozumiał, że musi grać całym ciałem, mimo że jego sylwetka nigdy nie będzie widoczna na ekranie, i coś w tym procesie harmonizowało z jego nieśmiałością: granie w momencie, kiedy nikt na niego nie patrzy, wydało mu się sytuacją wręcz idealną.

Pewnego dnia zauważył, że w studiu panuje większe poruszenie niż zazwyczaj. Sergio próbował się dowiedzieć, o co chodzi, gdy nagle stojący w progu studia ojciec przywołał go gestem dłoni, położył mu ręce na ramionach i powiedział po francusku: "To mój syn". Towarzyszący mu mężczyzna przedstawił się jako Franco Zeffirelli. Był Włochem, ale płynnie mówił po francusku; dzięki uprzejmości Partii Komunistycznej zaproszono go na tournée po Chinach. Kilka dni wcześniej poznał Fausta i obaj przypadli sobie do gustu, byli w tym samym wieku, pochodzili z krajów o faszystowskich epizodach w historii i, co najważniejsze, byli ludźmi teatru. Zeffirelli zainteresował się odmianą hiszpańszczyzny z Ameryki Łacińskiej, wybrzmiewającą w dubbingach filmów maoistowskich Chin, nalegał, żeby poszli razem na kolację, podczas której opowiadał anegdoty o swojej pracy tłumacza dla angielskich żołnierzy w czasie wojny, a Sergio z przyjemnością pochwalił się, że grał rolę chłopca w Szpiclu Brechta, sprawiło mu też przyjemność, że Włoch zapytał, czy zamierza zostać aktorem filmowym. Być może, odpowiedział Sergio, ale chętnie zostałbym też reżyserem, jak ojciec. Zeffirelli roześmiał się głośno, ale Sergio zdał sobie sprawę, że udało mu się ubrać w słowa coś, co czuł już wcześniej. W świecie filmu wszystko zdawało mu się dobrze znane: przypominał dom, w którym się urodził i nigdy go nie opuścił. Gdyby został reżyserem, na pewno ojciec byłby z niego dumny. Czy mógł istnieć lepszy powód, by się na to zdecydować?

Sergio nie zauważył, kiedy zaczął rozumieć to, co mówią Chińczycy, ale doświadczenie było podobne do wynurzenia się z dna basenu. W restauracjach nie musiał już pokazywać obrazków w menu; kiedy wyświetlano film w sali projekcyjnej hotelu Przyjaźń, mógł czytać napisy pod reklamami w wersji chińskiej; w dniu, w którym gazety poinformowały o śmierci Kennedy'ego, jedynie Sergio mógł opowiedzieć wyczekującym wieści rodzicom, co właściwie stało się w Dallas, a w następnych dniach streszczał im wszystkie doniesienia na temat zabójcy i jego powiązań ze Związkiem Radzieckim. Informacje docierały późno, ale docierały, i w rękach Sergia (a może w zasięgu jego głosu) było wyłuskanie ich z "Dziennika Ludowego". Opowiedział im więc, że nowy prezydent, Lyndon Johnson, oświadczył, że będzie bronił Wietnamu Południowego. Dla chińskiej prasy każde jego słowo stanowiło agresję i groźbę.

Marianella dokonywała podobnych odkryć. Tak dobrze odnalazła się w nowym języku, a może jej usta potrafiły tak dobrze się odnaleźć pośród wymagań niemożliwych do wymówienia spółgłosek i śpiewnych samogłosek, że zanim zdała sobie z tego sprawę, mówiła swobodniej po chińsku niż w swojej ubogiej hiszpańszczyźnie. Przy stole, kiedy jedli razem kolację, wyjmowała swoją kartę hotelową i czytała litery tylko po to, by smakować językiem ich brzmienie. (Jeśli chodzi o litery zapisane cyrylicą, pozostałość po innej politycznej epoce, była bezradna). Wkrótce przestała reagować na swoje imię, bo Chińczycy, którym łamał się język, kiedy próbowali je wymówić, ochrzcili ją innym: Lilí. Spodobało jej się to nowe imię, zaczęła nawet podpisywać nim listy do dziadków w Kolumbii i tak się przedstawiała, kiedy poznawała nową koleżankę albo rodziców dzieci mieszkających w hotelu Przyjaźń: "Lilí Cabrera", mówiła, "bardzo mi miło". Sergio tymczasem poznał synów innego Cabrery, urugwajskiego poety, którzy wkrótce zostali jego przyjaciółmi i towarzyszami zabaw. Ojciec szanował poetę, co samo w sobie było sukcesem, nie sposób jednak było dociec, czy ten szacunek wynikał ze zbieżnych poglądów, czy tylko ze zbieżności nazwisk. Chłopcy mieli na imię Dayman i Yanduy; byli od Sergia wyżsi o pół głowy, ale nie mówili tak dobrze po chińsku i nigdy nie mieli nauczyć się tego języka. Czwórka Cabrerów świętowała Boże Narodzenie z pozostałymi uczniami, razem z nimi przywitała nowy rok, mając świadomość, że wszystko to ma sens tylko tu, w tym osobnym świecie - świecie równoległym - jakim był hotel Przyjaźń.

Na początku 1964 roku zaczęło to przeszkadzać Faustowi. Nauczyciele powiedzieli, że Sergio i Marianella są już gotowi na pójście do szkoły, jednak Fausto miał nieodparte wrażenie, że życie w hotelu, nierzeczywiste i sztuczne, zmienia jego dzieci w burżujów. To zbyt wygodne życie mogło zaburzyć ich czystość ideologiczną, a on za żadne skarby nie mógł na to pozwolić. Zaczął więc rozmawiać z nimi o tych niebezpieczeństwach, stworzył przerażający obraz tego, jak hotel Przyjaźń przypomina kapitalistyczny świat; w końcu pewnego popołudnia zapytał Sergia i Marianellę, czy widząc niebezpieczeństwa czyhające na nich w hotelu, nie woleliby przypadkiem pójść do szkoły z internatem Chong Wen. Tam otrzymaliby prawdziwe wykształcenie, jak reszta chińskich dzieci, a nie tę zniekształconą namiastkę rzeczywistości, jaką dostają dzieci uczęszczające do szkół dla przyjezdnych z Zachodu. Sergio, który na własnej skórze poznał już, jak wygląda mieszkanie w internacie, i przeżył raz myśl, że jest zawadą dla własnej rodziny, pomyślał, że zaprotestuje, ale tego nie zrobił. Zrozumiał, że Fausto przekonał już Luz Elenę do swoich racji, a kiedy oboje się zgadzali, nie było szansy na ratunek. Marianella jednak próbowała się zbuntować, ale kłótnia, która rozpętała się z tego powodu, była tak dzika, że kilka dni później, kiedy spadł pierwszy śnieg i cała rodzina szła na zewnątrz, żeby zobaczyć go po raz pierwszy, Fausto powiedział córce:

"Ty nie idziesz. Musisz posprzątać w pokoju. Nie przyjechaliśmy tutaj, żeby żyć jak świnie".

W tamtej chwili Marianella pragnęła tylko, żeby ojciec ją uderzył, jak czasem brata, zamiast kary wolałaby policzek, siarczysty policzek i wyjście na śnieg. Wolałaby tysiąc razy.

Pewnego popołudnia, niedługo przed rozpoczęciem szkoły, do Sergia przyszedł Yanduy, urugwajski kolega, żeby zaproponować mu polowanie na wróble. W każdej dłoni trzymał wiatrówkę. Na zewnątrz było minus trzy stopnie Celsjusza, ale Sergio wiedział już, że wróble to plaga: zjadały nasiona pszenicy i ryżu należące do ludu. Słyszał, że kilka lat wcześniej, jakoś w 1959 roku, plaga okazała się tak dotkliwa, że ludzie zwoływali się, żeby wychodzić razem punkt dwunasta i robić koszmarny hałas. Puszczali petardy, obracali terkotkami, uderzali w gongi i dzwonki, i udało im się robić takie zamieszanie przez tak długi czas, że wróble zaczęły umierać na zawał, wycieńczone niemożliwością odpoczynku. Tego roku zbiory były bezpieczne od wróbli, ale za to gąsienice (którymi żywiły się ptaki) zaatakowały rośliny i je zniszczyły, więc wieśniacy musieli wrócić do starego sposobu wystawiania strachów na wróble. Teraz, w bambusowym zagajniku, czając się nieopodal ludowych plantacji, Sergio zabijał wróble pewnymi strzałami. Zdjął rękawiczki, by strzelać celniej, i od zimna bolały go ręce, ale poczuł, że wypełnia rewolucyjną misję. Tam, nieopodal oszronionych pastwisk, trenował, przygotowując się do trudniejszej przyszłości, a kiedy wracał do hotelu i jakiś nieznajomy Anglik zaczął ciskać w niego kamieniami, nazywając go mordercą i krzycząc, żeby zostawił ptaki w spokoju, poczuł to znowu, a jego pierś wypełniła się czymś, co przypominało dumę.