A Fate Darker than Love. Ostatnia Bogini tom 1 - Bianca Iosivoni

Kup ebooka

38.00 zł
29.64 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

BLAIR

DWA MIE­SIĄCE PÓŹ­NIEJW OKO­LICY YEL­LOWK­NIFETE­RY­TO­RIA PÓŁ­NOCNO-ZA­CHOD­NIE, KA­NADA

Być może to nie był mój naj­mą­drzej­szy po­mysł, żeby w środku zimy wspi­nać się na dach - ale nie ża­ło­wa­łam go ani przez se­kundę. A już na pewno nie wtedy, kiedy w końcu do­tar­łam na górę, od­gar­nę­łam tro­chę śniegu, rzu­ci­łam na to miej­sce koc ter­miczny i usia­dłam. Za­cią­gnę­łam za­mek mo­jej kurtki aż do pod­bródka, wsu­nę­łam dło­nie do kie­szeni i za­dar­łam głowę.

Był bez­chmurny wie­czór i księ­życ świe­cił tak ja­sno, że jego świa­tło od­bi­jało się w za­mar­z­nię­tym je­zio­rze za do­mem i roz­iskrzało śnieg. Pa­no­wała trze­cia z ko­lei lo­do­wata zima. Z każ­dym ro­kiem zimne dni zda­wały się co­raz mroź­niej­sze, a lata - co­raz krót­sze. Także w ten li­sto­pa­dowy wie­czór każdy mój od­dech wzbi­jał się w po­wie­trze w for­mie ma­łej, bia­łej chmurki, którą od­ga­niał wiatr. Zimna, nie­mal lo­do­wata bryza za­gar­nęła moje ciem­no­brą­zowe włosy na twarz i spo­wo­do­wała, że już kilka mi­nut póź­niej nie czu­łam wła­snych po­licz­ków. Po­dob­nie jak czubka nosa. Być może by­łoby le­piej wró­cić do środka, do cie­pła, ale ja wciąż jesz­cze nie mia­łam dość.

Całe moje ciało na­pięło się w ocze­ki­wa­niu. Niebo wciąż było ciemne, ale mia­łam na­dzieję, że dziś będę mieć szczę­ście i zo­ba­czę spek­takl.

Wiatr prze­stał wiać i do­okoła za­pa­dła cu­do­wna ci­sza. Znaj­do­wa­li­śmy się kilka mil od naj­bliż­szego mia­sta i wkoło nas nie było wła­ści­wie ni­kogo. Nasi naj­bliżsi są­sie­dzi miesz­kali nie­mal tak samo da­leko. A jed­nak mi­mo­wol­nie się uśmiech­nę­łam, kiedy w po­bliżu usły­sza­łam dźwięk sil­nika. Chwilę póź­niej dźwięk za­marł i za­stą­piło go skrzy­pie­nie śniegu, kiedy ktoś brnął przez za­spy w kie­runku domu.

Moja mama i sio­stra były w trak­cie wie­czor­nego tre­ningu, więc nie usły­sza­łyby ani dzwonka, ani pu­ka­nia do drzwi. Na szczę­ście nie mu­siały go sły­szeć, bo drzwi nie były za­mknięte. W my­ślach po­li­czy­łam kroki, które trzeba było wy­ko­nać, żeby wejść do domu i wspiąć się po scho­dach. Z każdą se­kundą, która mi­jała, serce w mo­jej piersi ło­mo­tało co­raz szyb­ciej. Kiedy usły­sza­łam skrzyp­nię­cie okna za ple­cami, znów mi­mo­wol­nie się uśmiech­nę­łam.

Kroki zbli­żały się, a po­tem usły­sza­łam głę­boki i zna­jomy głos.

- Dla­czego nie je­stem za­sko­czony?

Mój uśmiech zmie­nił się w mały skrzy­wie­nie ust. Jak wi­dać, moja obec­ność tu­taj nie była dla niego za­sko­cze­niem, tak samo jak dla mnie to, że przy­je­chał. Ryan od za­wsze trak­to­wał ten dom jak wła­sny, więc swo­bod­nie do niego wcho­dził i z niego wy­cho­dził. Po­dob­nie ja ro­bi­łam u niego w domu. Na­sze matki od lat były przy­ja­ciół­kami i za­wsze kiedy mama wy­jeż­dżała - co ofi­cjal­nie na­zy­wało się po­dróżą służ­bową lub wi­zytą ro­dzinną - matka Ry­ana opie­ko­wała się Fenją i mną. Od kiedy Ryan i ja mie­li­śmy prawo jazdy, czę­ściej kur­so­wa­li­śmy w tę i z po­wro­tem, by do­wieźć so­bie świeżo upie­czone ba­beczki, ka­wa­łek la­sa­gne, zwró­cić wy­po­ży­czoną książkę lub wio­sną po­dzie­lić się sa­dzon­kami. Na­sze ro­dziny były nie tylko za­przy­jaź­nione - sta­no­wi­li­śmy zgraną wspól­notę.

- Co tu po­ra­biasz, Blair? - za­py­tał Ryan i sta­nął obok. Był wyż­szy ode mnie, znacz­nie nade mną gó­ro­wał.

Za­miast mu od­po­wie­dzieć, ski­nę­łam głową w kie­runku dołu. Po­tem po­su­nę­łam się na kocu, by zro­bić mu miej­sce.

Z sap­nię­ciem opadł obok mnie i mimo zimna wy­cią­gnął się jak długi. Kiedy mó­wił, także jego od­dech two­rzył małe ob­łoczki.

- Cze­kasz na spa­da­jące gwiazdy? A może na zo­rzę po­larną?

Uśmiech­nę­łam się do niego po­nad ra­mie­niem.

- Na­prawdę ocze­ku­jesz od­po­wie­dzi?

Prze­cież zna­li­śmy się od pierw­szego dnia w szkole. Wie­dział do­sko­nale, jak bar­dzo ko­cham zo­rzę po­larną i że sko­rzy­stam z każ­dej oka­zji, żeby ją zo­ba­czyć. Na­wet je­śli ozna­czało to sie­dze­nie zi­mo­wymi wie­czo­rami na da­chu lub wsta­wa­nie rano przed wscho­dem słońca. Ten spek­takl na­tury miał w so­bie coś po pro­stu ma­gicz­nego - i to nie tylko dla­tego, że w prze­ci­wień­stwie do in­nych lu­dzi wie­dzia­łam, kto i co jest za niego od­po­wie­dzialne.

Ta wie­dza nie od­bie­rała jed­nak wi­do­wi­sku jego fa­scy­nu­ją­cego cha­rak­teru. Mo­głam spę­dzać go­dziny na przy­glą­da­niu się grze ko­lo­rów na nie­bie. Cza­sem zo­rza po­larna naj­pierw była lśniąco zie­lona, a po­tem bar­dziej tur­ku­sowa, in­nej nocy ra­czej li­liowa, a na­wet ró­żowa. Nie­kiedy, je­śli na­prawdę miało się szczę­ście, na nie­bie po­ja­wiały się wszyst­kie te ko­lory - ni­czym tę­cza w naj­głęb­szej ciem­no­ści.

- Za­zię­bisz się na śmierć - mruk­nął Ryan, ale nie zro­bił nic, by mnie za­chę­cić do wsta­nia.

- Ty też - od­pa­ro­wa­łam i po­now­nie spoj­rza­łam w jego stronę.

Zło­to­brą­zowe włosy Ry­ana były po­tar­gane. W prze­ci­wień­stwie do mnie nie miał na gło­wie czapki, która chro­ni­łaby go przed zim­nem. Mimo peł­nych wy­rzutu słów, w jego sza­ro­nie­bie­skich oczach wi­dać było en­tu­zja­styczne bły­ski. Te same bły­ski, które z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem i on wi­dział w mo­ich oczach. Tak samo jak ja cie­szył się na to na­tu­ralne przed­sta­wie­nie.

- Przy­wio­złem coś. - Bez dal­szych wy­ja­śnień usiadł, więc na­sze ra­miona nie­uchron­nie się do­tknęły. Uniósł ter­mos z dwoma kub­kami, któ­rego do­tych­czas nie za­uwa­ży­łam. Na­stęp­nie na­lał dla nas obojga tro­chę pa­ru­ją­cego płynu.

- I wła­śnie dla­tego je­ste­śmy naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi. - Za­ci­snę­łam palce wo­kół kubka, ostroż­nie wzię­łam pierw­szy łyk moc­nej, zie­lo­nej her­baty i pró­bo­wa­łam nie my­śleć o tym, jak bli­sko mnie sie­dzi.

- Nie, je­ste­śmy naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi, bo każ­dej chwili mo­żesz pod­rzu­cić mi wszystko na te­mat mapy gwiazd i zo­rzy po­lar­nej, a w za­mian wy­słu­chu­jesz mo­jego ga­da­nia o ap­kach i so­ftwa­rze. I dla­tego, że znam cię naj­le­piej na świe­cie - do­dał i mru­gnął do mnie, co wy­wo­łało nie­ty­powe trze­po­ta­nie w oko­li­cach mo­jego żo­łądka.

- Zga­dza się. - Od­chrząk­nę­łam. - Po­nie­waż sie­dzisz tu ze mną w zim­nie, za­miast ro­bić coś in­nego, znacz­nie cie­kaw­szego. Na przy­kład - za­miast pra­co­wać nad twoją apli­ka­cją. Wiesz, którą - tą na sty­pen­dium na stu­dia.

Nie od­po­wie­dział, ale udało mi się jesz­cze doj­rzeć jego uśmiech, za­nim znik­nął za kra­wę­dzią kubka. Ten uśmiech miał na mnie taki sam wpływ, jak wcze­śniej­sze mru­gnię­cie okiem. Trze­po­ta­nia na­si­liło się, po­dob­nie jak silne dud­nie­nie mo­jego pulsu. Cie­szy­łam się, że sie­dzie­li­śmy tu, na ze­wnątrz, bo w związku z tym czer­wień, która na­pły­nęła na moje po­liczki, nie tak bar­dzo rzu­cała się w oczy. A je­śli na­wet, za­wsze mo­głam ją zrzu­cić na mroźną tem­pe­ra­turę, a nie na chło­paka, który sie­dział obok mnie.

Trwało to chwilę, za­nim zdo­ła­łam się sama przed sobą do tego przy­znać, ale te­raz już wie­dzia­łam, co ozna­czają te cie­le­sne re­ak­cje i nie­ty­powe od­czu­cia. W ostat­nich ty­go­dniach ja­kimś cu­dem za­ko­cha­łam się w Ry­anie, choć na­wet tego nie za­uwa­ży­łam. Do­sko­nale jed­nak wie­dzia­łam, że ni­gdy nie będę dla niego ni­kim wię­cej niż naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Młod­szą sio­strą, któ­rej ni­gdy nie miał, po­nie­waż jego ro­dzice roz­wie­dli się, kiedy był mały, a jego mama nie wy­szła po­now­nie za mąż. Ryan miał wpraw­dzie przy­bra­nego brata o imie­niu Hek­tor, któ­rego nie­mal nie znał i który był czę­ścią no­wej ro­dziny jego ojca, ale ni­kogo poza tym. A ja... od pierw­szego dnia by­łam dla niego kimś w ro­dzaju za­stęp­czej sio­stry.

O wiele ła­twiej by­łoby mi się z tego po­wodu zło­ścić lub zży­mać, ale ja by­łam zbyt wdzięczna za to, że w ogóle był w moim ży­ciu.

Ryan za­wsze stał po mo­jej stro­nie. Pierw­szego dnia szkoły, kiedy inne dzieci śmiały się z mo­ich ciu­chów, które były mi o wiele za duże, po­nie­waż na­le­żały do mo­jej sio­stry Fenji, za­nim z nich wy­ro­sła. Kiedy za­wa­li­łam swój pierw­szy spraw­dzian i tak bar­dzo wal­czy­łam ze sobą, żeby nie roz­pła­kać się przed całą klasą. Na wszyst­kich mo­ich uro­dzi­nach i pod­czas in­nych świąt. W cza­sie noc­nego spa­ceru z na­szymi ma­mami i Fenją, który na­le­żał do mo­ich naj­pięk­niej­szych wspo­mnień, po­nie­waż wtedy pierw­szy raz zo­ba­czy­łam zo­rzę po­larną. Ryan był przy mnie rów­nież wtedy, kiedy do­pa­dła mnie grypa stu­le­cia. Go­dzi­nami oglą­dał ze mną filmy, re­gu­lar­nie przy­po­mi­nał mi o tym, bym piła wodę i za­ży­wała leki. Oczy­wi­ście przy oka­zji za­ra­ził się ode mnie - więc po­tem to ja za­ję­łam się nim tak samo, jak on zaj­mo­wał się mną. A kiedy ten fa­cet, Brian Pem­ber z dru­żyny ho­ke­jo­wej, pierw­szy raz zła­mał mi serce, to wła­śnie Ryan mnie po­cie­szał. I to on jed­no­znacz­nie dał Bria­nowi do zro­zu­mie­nia, co my­śli o tej spra­wie.

Prawda była taka, że bez tego ko­le­sia nie umia­łam so­bie wy­obra­zić ży­cia. I nie za­mie­rza­łam wy­sta­wiać na­szej przy­jaźni na próbę z po­wodu ja­kichś głu­pich uczuć. Nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo bo­lało mnie to, że on ni­gdy nie bę­dzie na mnie pa­trzył tak, jak ja na niego, i że za­wsze po­zo­stanę dla niego w pew­nym sen­sie nie­wi­dzialna. Dla niego wciąż by­łam małą dziew­czynką z tam­tych cza­sów. Cho­ciaż prze­cież ta dziew­czynka zdą­żyła już skoń­czyć osiem­na­ście lat i w przy­szłym roku - tak samo jak on - za­mie­rzała za­cząć stu­dia na uni­wer­sy­te­cie w To­ronto.

Ota­cza­jącą nas ci­szę na krótką chwilę prze­rwał gło­śny szczęk do­bie­ga­jący z domu. Do­kład­niej rzecz uj­mu­jąc - z piw­nicz­nej si­łowni. Skrzy­wi­łam się, cho­ciaż po chwili, kiedy drzwi pod nami po­now­nie się za­mknęły, znów za­pa­no­wała ci­sza.

Ryan rzu­cił mi z ukosa zdzwione spoj­rze­nie.

- Twoja mama i sio­stra wciąż tre­nują?

Wzru­szy­łam ra­mio­nami, co w gru­bej kurtce mo­gło po­zo­stać nie­zau­wa­żone.

- Prze­cież je znasz - wy­mam­ro­ta­łam w głąb kubka i wy­pi­łam duży łyk her­baty. Roz­grze­wała mnie od we­wnątrz. Po­ma­gała nam wy­trzy­mać na da­chu do po­ja­wie­nia się zo­rzy po­lar­nej bez za­ma­rza­nia w so­ple lodu.

Ryan nic nie od­po­wie­dział, ale czu­łam na so­bie jego spoj­rze­nie przez o wiele za długą chwilę. A po­tem znów spoj­rzał w niebo.

Mu­siało mu się to wy­da­wać dziwne, że mama i Fenja tak in­ten­syw­nie upra­wiają swoje hobby. Nie­ty­powe było też to, że moja star­sza sio­stra po skoń­cze­niu szkoły wciąż miesz­kała w domu i pod okiem mamy tre­no­wała różne style walki, za­miast iść na stu­dia albo prze­pro­wa­dzić się do są­sied­niego mia­sta, zna­leźć pracę i za­cząć bu­do­wać swoje ży­cie. Ale ja zna­łam praw­dziwe po­wody jej de­cy­zji.

Moja matka była wal­ki­rią. Jedną z le­gen­dar­nych Dzie­wię­ciu, które od po­czątku czasu żyły na świe­cie i zbie­rały du­sze po­le­głych bo­ha­te­rów, by przy­go­to­wać ich do ostat­niej bi­twy - do Ra­gna­roku. Te­raz jed­nak była już go­towa, by prze­ka­zać tę od­po­wie­dzial­ność i swoją moc. Swo­jej naj­star­szej córce. Fenji. To, co dla mnie było tylko opo­wie­ściami, dla niej wkrótce miało się stać rze­czy­wi­sto­ścią. Dla­tego moja mama od lat tak in­ten­syw­nie ją tre­no­wała, pod­czas gdy ja tylko od czasu do czasu się do nich przy­łą­cza­łam. I dla­tego za kilka dni wy­bie­rały się do Ed­mon­ton, by tam wsiąść do po­ciągu i wy­ru­szyć w długą drogę do Van­co­uver, gdzie Fenja miała w taj­nej ce­re­mo­nii zo­stać przy­jęta do grona wal­ki­rii. A po­tem na po­czą­tek pla­no­wała zo­stać w Wal­halli. Moja matka miała wtedy wró­cić do domu, już nie jako wal­ki­ria, ale jako śmier­tel­nica. Jako nor­malny czło­wiek. Taki sam jak ja.

Ale o tym nie mo­głam opo­wie­dzieć Ry­anowi. Już jako ma­łej dziew­czynce mama su­rowo za­bro­niła mi roz­ma­wiać z kim­kol­wiek na ten te­mat i tego się trzy­ma­łam. Poza tym nie była to prze­cież je­dyna ta­jem­nica, jaką mia­łam przed moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Mo­głam tylko mieć na­dzieję, że ni­gdy nie do­wie się prawdy. Ani o mo­jej ro­dzi­nie, ani o mo­ich uczu­ciach. To mo­gło prze­cież ozna­czać ko­niec na­szej przy­jaźni.

- Tam! - Ryan wska­zał na niebo. - Blair, za­czyna się!

Na­tych­miast udzie­lił mi się za­chwyt w jego gło­sie. Otwo­rzy­łam sze­roko oczy, wpa­trzy­łam się w punkt, który wska­zał, i też ją zo­ba­czy­łam. Niebo się roz­ja­śniło. Ni­czym za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki po­ja­wiały się na nim po­larne ognie i zie­loną po­światą od­pę­dzały ciem­ność.

Moje serce za­częło wa­lić jak mło­tem - nie tylko dla­tego, że przy­po­mnia­łam so­bie, że w tym mo­men­cie wal­ki­ria uży­wała mocy zo­rzy po­lar­nej, by prze­do­stać się z jed­nego do dru­giego miej­sca na świe­cie. By zna­leźć bo­ha­tera i prze­chwy­cić jego du­szę.

Bo cho­ciaż zna­łam prawdę, nie mo­głam prze­stać ma­rzyć o tym, by za­brała i mnie. Żeby i mnie tam prze­nio­sła. Do miej­sca, do któ­rego tę­sk­ni­łam, za­nim jesz­cze o nim wie­dzia­łam. Do miej­sca, któ­rego mia­łam ni­gdy nie zo­ba­czyć na wła­sne oczy, po­nie­waż nie by­łam wal­ki­rią.

Wal­halla.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

AM­STER­DAM, HO­LAN­DIA

Każde ży­cie ma swój ko­niec. I cho­ciaż wie­dzą o tym wszy­scy, więk­szość lu­dzi mimo to żyje tak, jakby była nie­śmier­telna. Jak gdyby nie cze­kał ich kres. A prze­cież po ta­kim cza­sie po­winni już to wie­dzieć.

Lu­dzie...

Vir­gi­nia, przez nie­licz­nych przy­ja­ciół na­zy­wana po pro­stu Vi, par­sk­nęła ci­cho i do­tknęła war­gami por­ce­la­no­wej fi­li­żanki. Przy­naj­mniej kawa sma­ko­wała do­brze.

Tego sło­necz­nego po­po­łu­dnia na ta­ra­sie ka­wiarni ota­czało ją wiele osób. Grupa ma­tek z wóz­kami dzie­cię­cymi, wy­mie­nia­ją­cych się in­for­ma­cjami o swo­jej co­dzien­no­ści. Stu­denci pil­nie stu­ka­jący w swoje lap­topy. Biz­nes­meni i przed­się­bior­czy­nie z no­te­bo­okami, ta­ble­tami i ko­mór­kami, a także tu­ry­ści z ple­ca­kami i apa­ra­tami fo­to­gra­ficz­nymi do uwiecz­nia­nia naj­pięk­niej­szych za­byt­ków. W wą­skich, wy­tar­tych dżin­sach, brą­zo­wej, skó­rza­nej kurtce i na wy­so­kich ob­ca­sach Vir­gi­nia nie od­róż­niała się od tłumu.

Po­nad roz­mo­wami snuła się przy­zwo­ita mu­zyka, która do­bie­gała z wnę­trza ka­wiarni i mie­szała się z od­gło­sami na­prze­ciw­le­głego skrzy­żo­wa­nia. Prze­jeż­dża­jące sa­mo­chody. Trą­bie­nie. Prze­my­ka­jący w mgnie­niu oka ro­we­rzy­ści. Prze­chod­nie głę­boko po­grą­żeni w roz­mo­wach albo ze słu­chaw­kami na uszach.

Ża­den z nich nie wie­dział, kiedy na­dej­dzie jego ko­niec. Ża­den nie prze­czu­wał, że może się to zda­rzyć w każ­dej chwili - i być może tak było le­piej. Być może przy­jem­niej było wieść ży­cie w ab­so­lut­nej nie­pew­no­ści. Nie za­uwa­żyć mo­mentu, kiedy śmierć się­gnie po jego du­szę. Albo zrobi to wal­ki­ria.

Już od dwóch dni Vir­gi­nia czuła nad­cho­dzącą śmierć tej bo­ha­ter­skiej du­szy. To prze­czu­cie za­gnało ją do Am­ster­damu. A te­raz... te­raz mu­siała jesz­cze tylko po­cze­kać, aż na­dej­dzie ta chwila. Kiedy los się do­pełni.

Trą­bie­nie stało się gło­śniej­sze. Wście­kłe. Świa­tła zmie­niły się. Kie­rowca chciał prze­je­chać przez skrzy­żo­wa­nie na żół­tym świe­tle i nie do­strzegł nad­jeż­dża­ją­cej cię­ża­rówki. Huk. Roz­sy­pało się szkło, za­ję­czał gnący się me­tal.

Krzyki. Lu­dzie z są­sied­nich sto­li­ków ze­rwali się na równe nogi. Nie­któ­rzy ner­wowo szu­kali swo­ich ko­mó­rek, by we­zwać po­moc, a inni w cał­ko­wi­tym szoku sie­dzieli jak przy­kuci do krze­seł.

Vi z cał­ko­wi­tym spo­ko­jem do­piła kawę i od­sta­wiła fi­li­żankę na ta­le­rzyk. Sym­pa­tyczna kel­nerka stała jak za­mu­ro­wana z ta­ble­tem w dłoni i prze­ra­żona wpa­try­wała się w to, co roz­gry­wało się za­le­d­wie kilka me­trów od niej.

W od­dali roz­le­gły się pierw­sze sy­reny. Kie­rowcy za­ha­mo­wali z pi­skiem opon, wy­sie­dli z sa­mo­cho­dów i ru­szyli na miej­sce wy­padku, by udzie­lić pierw­szej po­mocy.

Vi rzu­ciła prze­lotne spoj­rze­nie na fi­li­gra­nowy, złoty ze­ga­rek na nad­garstku i wstała. Zo­sta­wiła na stole kilka mo­net i nie­zau­wa­że­nie opu­ściła ta­ras ka­wiarni. Wszy­scy byli zbyt za­jęci wy­da­rze­niami na ulicy. Nikt nie zwró­cił na nią uwagi. Ona też pa­trzyła tylko na jed­nego czło­wieka. Na mło­dego le­ka­rza sta­ży­stę, który na­tych­miast ru­szył z prze­ciw­nej strony ulicy, by po­móc ran­nemu.

Na­wet z od­dali Vi czuła, że jego du­sza była czy­sta. Że był bo­ha­te­rem. Bez­in­te­re­sow­nym. Od­waż­nym. Go­to­wym do po­mocy. A już za kilka se­kund - mar­twym.

Po­now­nie spoj­rzała na ze­ga­rek. Sły­chać było dźwięk ko­lej­nego nad­jeż­dża­ją­cego sa­mo­chodu. Po­mruk sil­nika z se­kundy na se­kundę sta­wał się co­raz gło­śniej­szy, a po­tem sa­mo­chód skrę­cił za róg i zmiótł le­ka­rza z ulicy.

Znów roz­le­gły się krzyki i pisk opon. Sy­reny wciąż się zbli­żały. Wśród zgro­ma­dzo­nego tłumu wy­bu­chła pa­nika.

Vi prze­szła przez ulicę, nie an­ga­żu­jąc się w pa­nu­jący wo­kół chaos. Po kilku kro­kach sta­nęła obok le­żą­cego na ulicy, krwa­wią­cego mło­dego czło­wieka, który spoj­rzał na nią sza­rymi oczami wy­peł­nio­nymi stra­chem.

- Wszystko jest w po­rządku - wy­szep­tała. I cho­ciaż nie na­chy­liła się nad nim, wie­działa, że usły­szał jej słowa tak wy­raź­nie, jak gdyby jej wargi znaj­do­wały się tuż przy jego uchu. - Je­steś praw­dzi­wym bo­ha­te­rem, Au­gu­ście. Przy­pad­nie ci wielki za­szczyt. Chodź ze mną, a bę­dziesz mógł spę­dzić wiecz­ność w Wal­halli, ra­zem z wo­jow­ni­kami, któ­rzy tra­fili tam przed tobą.

Jego klatka pier­siowa z tru­dem uno­siła się i opa­dała. Oczy sta­wały się co­raz bar­dziej ma­towe, kiedy ży­cie ucho­dziło z jego ciała. Mimo to do­strze­gła mi­ni­malne ge­sty, nie­wiel­kie drga­nie pal­ców w jej kie­runku. A kiedy wziął ostatni od­dech, jego du­sza uwol­niła się ze śmier­tel­nego ciała i tuż obok sta­nęła prze­zro­czy­sta po­stać.

Pierw­szy raz tego dnia na twa­rzy Vir­gi­nii po­ja­wił się uśmiech. Wy­cią­gnęła dłoń do so­bo­wtóra Au­gu­sta.

- Pod­ją­łeś wła­ściwą de­cy­zję.

Spra­wiał wra­że­nie oszo­ło­mio­nego, a jed­nak spoj­rzał na nią od­waż­nie i po krót­kim wa­ha­niu po­dał jej dłoń. W tym sa­mym cza­sie za­raz obok nich sa­ni­ta­riu­sze pró­bo­wali przy­wo­łać do ży­cia jego le­żące na ziemi zwłoki. Ale na to było już za późno. Wy­biła go­dzina Au­gu­sta. Nic i nikt nie mógł tego zmie­nić.

Vi czuła, jak wzbiera w niej moc, która dana była tylko wal­ki­riom. Moc po­zwa­la­jąca jej stwo­rzyć por­tal z zo­rzy po­lar­nej, który z do­wol­nego miej­sca na świe­cie mógł ją prze­nieść z po­wro­tem do Wal­halli. Niebo zmie­niło ko­lor i po­ja­wiły się na nim barwy, które tego sło­necz­nego po­po­łu­dnia wi­dzieli tylko oni. To była droga po­wrotna do domu.

- Nie tak szybko.

Vi zdrę­twiała, po­dob­nie jak bo­ha­ter u jej boku. Świa­tła na nie­bie na­tych­miast znik­nęły.

Od­wró­ciła się po­woli.

- Ty... - wy­krztu­siła.

Nie­wiele mo­gło ją zdzi­wić. W mi­nio­nych stu­le­ciach sporo się na­oglą­dała. Za wiele prze­żyła. Ale po­ja­wie­nie się tej osoby na­prawdę ją za­sko­czyło.

Głę­boki, nie­mal ochry­pły głos na­le­żał do istoty, która żyła na tym świe­cie do­kład­nie tak samo długo jak ona. O ile nie dłu­żej. Cy­rus umiał się upodob­nić do czło­wieka. Z krót­kimi, czar­nymi wło­sami, z po­dob­nie ciem­nymi oczami i długą bli­zną na po­liczku był na­wet na swój spo­sób przy­stojny, ale Vi nie dała się zwieść. Nie był czło­wie­kiem, choć w jego ży­łach pły­nęła krew. Był po­two­rem. Sługą nisz­czy­ciel­skiej mocy wszyst­kich świa­tów: Cha­osu. I nie miał tu nic do ro­boty.

- Mar­nu­jesz swój czas - wy­sy­czała. - Au­gust pod­jął de­cy­zję. Trafi do grona bo­ha­te­rów w Wal­ha­lii.

Ką­ciki ust Cy­rusa po­wę­dro­wały w górę, a jego zna­czona bli­zną twarz zmie­niła się w gry­mas.

- Na­prawdę? - Wy­cią­gnął dłoń w kie­runku Au­gu­sta i po­woli zwi­jał palce, aż zmie­niła się w pięść.

W tej sa­mej chwili sto­jący obok Vi Au­gust osu­nął się na zie­mię. Jego szu­ka­jące po­mocy spoj­rze­nie spo­częło na niej, ale za­nim zdą­żyła za­dzia­łać, du­sza roz­wiała się przed jej oczami.

- On na­leży te­raz do mnie. - Uśmiech Cy­rusa stał się jesz­cze wy­raź­niej­szy. Jesz­cze bar­dziej dia­bo­liczny.

Vi ga­piła się na niego z otwar­tymi ustami i po­krę­ciła głową.

- To nie­moż­liwe. Nie masz mocy...

- Ależ mam. - W tej se­kun­dzie jesz­cze stał przed nią, za­le­d­wie kilka me­trów da­lej, z dłu­gim płasz­czem ło­po­czą­cym po­mię­dzy no­gami, ale w na­stęp­nej chwili po­czuła go za ple­cami. Jej ciało prze­szył gwał­towny ból. - I mam też moc, by cię za­bić, mała wal­ki­rio.

To było nie­moż­liwe. To nie mo­gło się stać. Nikt nie mógł za­bić wal­ki­rii. Były po­tom­ki­niami naj­po­tęż­niej­szych nor­dyc­kich bo­gów. Ist­niały od za­wsze. Dzie­więć wal­ki­rii, które prze­ka­zy­wały swoje zdol­no­ści cór­kom, cór­kom swo­ich có­rek, sio­strze­ni­com i cór­kom sio­strze­nic i wszyst­kim ko­lej­nym po­ko­le­niom ko­biet. Ni­gdy do­tąd żadna z nich nie umarła. Ni­gdy do­tąd żadna z nich nie zo­stała za­mor­do­wana.

A jed­nak Vir­gi­nia czuła, jak ży­cie stop­niowo ucho­dzi z jej ciała. Ten sam pro­ces ob­ser­wo­wała przed chwilą u Au­gu­sta. Jej członki ro­biły się co­raz cięż­sze, a ko­lana gro­ziły za­ła­ma­niem. Serce wa­liło w klatce pier­sio­wej, jakby chciało wal­czyć z nie­unik­nio­nym. Było już jed­nak za późno. Walka zo­stała prze­grana.

"Ja­kie to dziwne" - po­my­ślała Vi, kiedy osu­nęła się na zie­mię i twardo ude­rzyła o as­falt. Wszy­scy lu­dzie, któ­rzy wie­dzieli, że pew­nego dnia umrą, żyli tak, jak gdyby byli nie­śmier­telni. A ona, wal­ki­ria, uwa­żała się za nie­śmier­telną, a ani jed­nego dnia nie prze­żyła tak na­prawdę.

Padł na nią cień. Za­uwa­żyła nóż, do któ­rego kle­iła się krew.

- Nie martw się, mała wal­ki­rio - wy­sy­czał Cy­rus i przy­kuc­nął nad nią. - Ko­le­żanki z Wal­halli pójdą w twoje ślady. Jedna po dru­giej, aż nie zo­sta­nie żadna z was. A po­tem ten świat bę­dzie na­le­żał do nas.

Chciała za­pro­te­sto­wać, krzyk­nąć i rzu­cić na niego naj­strasz­liw­sze za­klę­cia. Chciała go prze­kląć i obie­cać mu, że ze­msta jej sióstr bę­dzie straszna. Nie zdo­łała jed­nak wy­krztu­sić ani słowa. W tym sa­mym mo­men­cie jej umysł ogar­nęła ciem­ność, a ciało osta­tecz­nie za­rzu­ciło walkę o prze­trwa­nie.