ROZDZIAŁ 1
BLAIR
DWA MIESIĄCE PÓŹNIEJW OKOLICY YELLOWKNIFETERYTORIA PÓŁNOCNO-ZACHODNIE, KANADA
Być może to nie był mój najmądrzejszy pomysł, żeby w środku zimy wspinać się na dach - ale nie żałowałam go ani przez sekundę. A już na pewno nie wtedy, kiedy w końcu dotarłam na górę, odgarnęłam trochę śniegu, rzuciłam na to miejsce koc termiczny i usiadłam. Zaciągnęłam zamek mojej kurtki aż do podbródka, wsunęłam dłonie do kieszeni i zadarłam głowę.
Był bezchmurny wieczór i księżyc świecił tak jasno, że jego światło odbijało się w zamarzniętym jeziorze za domem i roziskrzało śnieg. Panowała trzecia z kolei lodowata zima. Z każdym rokiem zimne dni zdawały się coraz mroźniejsze, a lata - coraz krótsze. Także w ten listopadowy wieczór każdy mój oddech wzbijał się w powietrze w formie małej, białej chmurki, którą odganiał wiatr. Zimna, niemal lodowata bryza zagarnęła moje ciemnobrązowe włosy na twarz i spowodowała, że już kilka minut później nie czułam własnych policzków. Podobnie jak czubka nosa. Być może byłoby lepiej wrócić do środka, do ciepła, ale ja wciąż jeszcze nie miałam dość.
Całe moje ciało napięło się w oczekiwaniu. Niebo wciąż było ciemne, ale miałam nadzieję, że dziś będę mieć szczęście i zobaczę spektakl.
Wiatr przestał wiać i dookoła zapadła cudowna cisza. Znajdowaliśmy się kilka mil od najbliższego miasta i wkoło nas nie było właściwie nikogo. Nasi najbliżsi sąsiedzi mieszkali niemal tak samo daleko. A jednak mimowolnie się uśmiechnęłam, kiedy w pobliżu usłyszałam dźwięk silnika. Chwilę później dźwięk zamarł i zastąpiło go skrzypienie śniegu, kiedy ktoś brnął przez zaspy w kierunku domu.
Moja mama i siostra były w trakcie wieczornego treningu, więc nie usłyszałyby ani dzwonka, ani pukania do drzwi. Na szczęście nie musiały go słyszeć, bo drzwi nie były zamknięte. W myślach policzyłam kroki, które trzeba było wykonać, żeby wejść do domu i wspiąć się po schodach. Z każdą sekundą, która mijała, serce w mojej piersi łomotało coraz szybciej. Kiedy usłyszałam skrzypnięcie okna za plecami, znów mimowolnie się uśmiechnęłam.
Kroki zbliżały się, a potem usłyszałam głęboki i znajomy głos.
- Dlaczego nie jestem zaskoczony?
Mój uśmiech zmienił się w mały skrzywienie ust. Jak widać, moja obecność tutaj nie była dla niego zaskoczeniem, tak samo jak dla mnie to, że przyjechał. Ryan od zawsze traktował ten dom jak własny, więc swobodnie do niego wchodził i z niego wychodził. Podobnie ja robiłam u niego w domu. Nasze matki od lat były przyjaciółkami i zawsze kiedy mama wyjeżdżała - co oficjalnie nazywało się podróżą służbową lub wizytą rodzinną - matka Ryana opiekowała się Fenją i mną. Od kiedy Ryan i ja mieliśmy prawo jazdy, częściej kursowaliśmy w tę i z powrotem, by dowieźć sobie świeżo upieczone babeczki, kawałek lasagne, zwrócić wypożyczoną książkę lub wiosną podzielić się sadzonkami. Nasze rodziny były nie tylko zaprzyjaźnione - stanowiliśmy zgraną wspólnotę.
- Co tu porabiasz, Blair? - zapytał Ryan i stanął obok. Był wyższy ode mnie, znacznie nade mną górował.
Zamiast mu odpowiedzieć, skinęłam głową w kierunku dołu. Potem posunęłam się na kocu, by zrobić mu miejsce.
Z sapnięciem opadł obok mnie i mimo zimna wyciągnął się jak długi. Kiedy mówił, także jego oddech tworzył małe obłoczki.
- Czekasz na spadające gwiazdy? A może na zorzę polarną?
Uśmiechnęłam się do niego ponad ramieniem.
- Naprawdę oczekujesz odpowiedzi?
Przecież znaliśmy się od pierwszego dnia w szkole. Wiedział doskonale, jak bardzo kocham zorzę polarną i że skorzystam z każdej okazji, żeby ją zobaczyć. Nawet jeśli oznaczało to siedzenie zimowymi wieczorami na dachu lub wstawanie rano przed wschodem słońca. Ten spektakl natury miał w sobie coś po prostu magicznego - i to nie tylko dlatego, że w przeciwieństwie do innych ludzi wiedziałam, kto i co jest za niego odpowiedzialne.
Ta wiedza nie odbierała jednak widowisku jego fascynującego charakteru. Mogłam spędzać godziny na przyglądaniu się grze kolorów na niebie. Czasem zorza polarna najpierw była lśniąco zielona, a potem bardziej turkusowa, innej nocy raczej liliowa, a nawet różowa. Niekiedy, jeśli naprawdę miało się szczęście, na niebie pojawiały się wszystkie te kolory - niczym tęcza w najgłębszej ciemności.
- Zaziębisz się na śmierć - mruknął Ryan, ale nie zrobił nic, by mnie zachęcić do wstania.
- Ty też - odparowałam i ponownie spojrzałam w jego stronę.
Złotobrązowe włosy Ryana były potargane. W przeciwieństwie do mnie nie miał na głowie czapki, która chroniłaby go przed zimnem. Mimo pełnych wyrzutu słów, w jego szaroniebieskich oczach widać było entuzjastyczne błyski. Te same błyski, które z dużym prawdopodobieństwem i on widział w moich oczach. Tak samo jak ja cieszył się na to naturalne przedstawienie.
- Przywiozłem coś. - Bez dalszych wyjaśnień usiadł, więc nasze ramiona nieuchronnie się dotknęły. Uniósł termos z dwoma kubkami, którego dotychczas nie zauważyłam. Następnie nalał dla nas obojga trochę parującego płynu.
- I właśnie dlatego jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. - Zacisnęłam palce wokół kubka, ostrożnie wzięłam pierwszy łyk mocnej, zielonej herbaty i próbowałam nie myśleć o tym, jak blisko mnie siedzi.
- Nie, jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, bo każdej chwili możesz podrzucić mi wszystko na temat mapy gwiazd i zorzy polarnej, a w zamian wysłuchujesz mojego gadania o apkach i softwarze. I dlatego, że znam cię najlepiej na świecie - dodał i mrugnął do mnie, co wywołało nietypowe trzepotanie w okolicach mojego żołądka.
- Zgadza się. - Odchrząknęłam. - Ponieważ siedzisz tu ze mną w zimnie, zamiast robić coś innego, znacznie ciekawszego. Na przykład - zamiast pracować nad twoją aplikacją. Wiesz, którą - tą na stypendium na studia.
Nie odpowiedział, ale udało mi się jeszcze dojrzeć jego uśmiech, zanim zniknął za krawędzią kubka. Ten uśmiech miał na mnie taki sam wpływ, jak wcześniejsze mrugnięcie okiem. Trzepotania nasiliło się, podobnie jak silne dudnienie mojego pulsu. Cieszyłam się, że siedzieliśmy tu, na zewnątrz, bo w związku z tym czerwień, która napłynęła na moje policzki, nie tak bardzo rzucała się w oczy. A jeśli nawet, zawsze mogłam ją zrzucić na mroźną temperaturę, a nie na chłopaka, który siedział obok mnie.
Trwało to chwilę, zanim zdołałam się sama przed sobą do tego przyznać, ale teraz już wiedziałam, co oznaczają te cielesne reakcje i nietypowe odczucia. W ostatnich tygodniach jakimś cudem zakochałam się w Ryanie, choć nawet tego nie zauważyłam. Doskonale jednak wiedziałam, że nigdy nie będę dla niego nikim więcej niż najlepszą przyjaciółką. Młodszą siostrą, której nigdy nie miał, ponieważ jego rodzice rozwiedli się, kiedy był mały, a jego mama nie wyszła ponownie za mąż. Ryan miał wprawdzie przybranego brata o imieniu Hektor, którego niemal nie znał i który był częścią nowej rodziny jego ojca, ale nikogo poza tym. A ja... od pierwszego dnia byłam dla niego kimś w rodzaju zastępczej siostry.
O wiele łatwiej byłoby mi się z tego powodu złościć lub zżymać, ale ja byłam zbyt wdzięczna za to, że w ogóle był w moim życiu.
Ryan zawsze stał po mojej stronie. Pierwszego dnia szkoły, kiedy inne dzieci śmiały się z moich ciuchów, które były mi o wiele za duże, ponieważ należały do mojej siostry Fenji, zanim z nich wyrosła. Kiedy zawaliłam swój pierwszy sprawdzian i tak bardzo walczyłam ze sobą, żeby nie rozpłakać się przed całą klasą. Na wszystkich moich urodzinach i podczas innych świąt. W czasie nocnego spaceru z naszymi mamami i Fenją, który należał do moich najpiękniejszych wspomnień, ponieważ wtedy pierwszy raz zobaczyłam zorzę polarną. Ryan był przy mnie również wtedy, kiedy dopadła mnie grypa stulecia. Godzinami oglądał ze mną filmy, regularnie przypominał mi o tym, bym piła wodę i zażywała leki. Oczywiście przy okazji zaraził się ode mnie - więc potem to ja zajęłam się nim tak samo, jak on zajmował się mną. A kiedy ten facet, Brian Pember z drużyny hokejowej, pierwszy raz złamał mi serce, to właśnie Ryan mnie pocieszał. I to on jednoznacznie dał Brianowi do zrozumienia, co myśli o tej sprawie.
Prawda była taka, że bez tego kolesia nie umiałam sobie wyobrazić życia. I nie zamierzałam wystawiać naszej przyjaźni na próbę z powodu jakichś głupich uczuć. Niezależnie od tego, jak bardzo bolało mnie to, że on nigdy nie będzie na mnie patrzył tak, jak ja na niego, i że zawsze pozostanę dla niego w pewnym sensie niewidzialna. Dla niego wciąż byłam małą dziewczynką z tamtych czasów. Chociaż przecież ta dziewczynka zdążyła już skończyć osiemnaście lat i w przyszłym roku - tak samo jak on - zamierzała zacząć studia na uniwersytecie w Toronto.
Otaczającą nas ciszę na krótką chwilę przerwał głośny szczęk dobiegający z domu. Dokładniej rzecz ujmując - z piwnicznej siłowni. Skrzywiłam się, chociaż po chwili, kiedy drzwi pod nami ponownie się zamknęły, znów zapanowała cisza.
Ryan rzucił mi z ukosa zdzwione spojrzenie.
- Twoja mama i siostra wciąż trenują?
Wzruszyłam ramionami, co w grubej kurtce mogło pozostać niezauważone.
- Przecież je znasz - wymamrotałam w głąb kubka i wypiłam duży łyk herbaty. Rozgrzewała mnie od wewnątrz. Pomagała nam wytrzymać na dachu do pojawienia się zorzy polarnej bez zamarzania w sople lodu.
Ryan nic nie odpowiedział, ale czułam na sobie jego spojrzenie przez o wiele za długą chwilę. A potem znów spojrzał w niebo.
Musiało mu się to wydawać dziwne, że mama i Fenja tak intensywnie uprawiają swoje hobby. Nietypowe było też to, że moja starsza siostra po skończeniu szkoły wciąż mieszkała w domu i pod okiem mamy trenowała różne style walki, zamiast iść na studia albo przeprowadzić się do sąsiedniego miasta, znaleźć pracę i zacząć budować swoje życie. Ale ja znałam prawdziwe powody jej decyzji.
Moja matka była walkirią. Jedną z legendarnych Dziewięciu, które od początku czasu żyły na świecie i zbierały dusze poległych bohaterów, by przygotować ich do ostatniej bitwy - do Ragnaroku. Teraz jednak była już gotowa, by przekazać tę odpowiedzialność i swoją moc. Swojej najstarszej córce. Fenji. To, co dla mnie było tylko opowieściami, dla niej wkrótce miało się stać rzeczywistością. Dlatego moja mama od lat tak intensywnie ją trenowała, podczas gdy ja tylko od czasu do czasu się do nich przyłączałam. I dlatego za kilka dni wybierały się do Edmonton, by tam wsiąść do pociągu i wyruszyć w długą drogę do Vancouver, gdzie Fenja miała w tajnej ceremonii zostać przyjęta do grona walkirii. A potem na początek planowała zostać w Walhalli. Moja matka miała wtedy wrócić do domu, już nie jako walkiria, ale jako śmiertelnica. Jako normalny człowiek. Taki sam jak ja.
Ale o tym nie mogłam opowiedzieć Ryanowi. Już jako małej dziewczynce mama surowo zabroniła mi rozmawiać z kimkolwiek na ten temat i tego się trzymałam. Poza tym nie była to przecież jedyna tajemnica, jaką miałam przed moim najlepszym przyjacielem. Mogłam tylko mieć nadzieję, że nigdy nie dowie się prawdy. Ani o mojej rodzinie, ani o moich uczuciach. To mogło przecież oznaczać koniec naszej przyjaźni.
- Tam! - Ryan wskazał na niebo. - Blair, zaczyna się!
Natychmiast udzielił mi się zachwyt w jego głosie. Otworzyłam szeroko oczy, wpatrzyłam się w punkt, który wskazał, i też ją zobaczyłam. Niebo się rozjaśniło. Niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiały się na nim polarne ognie i zieloną poświatą odpędzały ciemność.
Moje serce zaczęło walić jak młotem - nie tylko dlatego, że przypomniałam sobie, że w tym momencie walkiria używała mocy zorzy polarnej, by przedostać się z jednego do drugiego miejsca na świecie. By znaleźć bohatera i przechwycić jego duszę.
Bo chociaż znałam prawdę, nie mogłam przestać marzyć o tym, by zabrała i mnie. Żeby i mnie tam przeniosła. Do miejsca, do którego tęskniłam, zanim jeszcze o nim wiedziałam. Do miejsca, którego miałam nigdy nie zobaczyć na własne oczy, ponieważ nie byłam walkirią.
Walhalla.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki