Sprawa nr 1. Dlaczego Zuzia nie przyszła na urodziny?
Tego dnia miałam urodziny i pojechaliśmy całą grupą do parku trampolin. Koleżanki i koledzy podskakiwali tam jak popcorn w mikrofali. Michał robił fikołki, a Julka udawała wróżkę i machała rękami - ale według mnie wyglądała bardziej jak ptak kiwi, który bardzo chciałby latać, lecz zupełnie mu to nie wychodzi.
Ja też skakałam i śmiałam się tak, że aż rozbolały mnie policzki. I co chwilę zerkałam w stronę wejścia, bo Zuzi wciąż nie było, choć ją zaprosiłam. I w dodatku bardzo się postarałam! Napisałam jej imię złotą kredką na zaproszeniu i dorysowałam serduszko. Wyszło trochę jak ziemniak, ale to był serduszkowy ziemniak. A mimo to Zuzia nie przyszła.
W brzuchu poczułam coś ciężkiego, jakby ktoś wrzucił tam kulę do kręgli. "Może już mnie nie lubi" - pomyślałam. I to była myśl, która bolała bardziej niż uderzenie się łokciem o stół.
Potem było zdmuchiwanie świeczek na torcie (zdmuchnęłam wszystkie sześć i nikt mi nie pomógł, bo jestem bardzo profesjonalna). Po świeczkach przyszła pora na otwieranie prezentów. Od rodziców dostałam walizeczkę z napisem "Zestaw Małego Detektywa". W środku były: lupa, notes, długopis, latarka i lornetka.
- Bo detektyw zawsze szuka prawdy - powiedziała mama.
Jak ona wpadła na to, że akurat takiego prezentu potrzebuję najbardziej? Mamy są niesamowite! Czasami wydaje mi się, że czytają w myślach.
Wiedziałam już, którą sprawę rozwiążę jako pierwszą, i następnego dnia zabrałam walizeczkę do przedszkola.
"SPRAWA ZUZI", napisałam drukowanymi literami w notesie, bo nie wiem, czy wiecie, że potrafię już trochę pisać (tylko czasem moje litery mają brzuszki nie po tej stronie co trzeba).
Kiedy wyszliśmy do przedszkolnego ogródka, podchodziłam po kolei do moich wczorajszych gości. Pytałam, co pamiętają z urodzin, i spisywałam zeznania (jak prawdziwa detektywka z filmu) .
- Skakałem jak kangur! - chwalił się Michał.
- A ja zjadłam dwa kawałki tortu - dodała Hania i upewniła się, czy zanotowałam liczbę dwa.
- Dla mnie było za głośno - mruknął Witek. - Dobrze, że miałem zatyczki do uszu.
Spojrzałam na ogrodową drewnianą ciuchcię. W środku na ławeczce siedziała Zuzia i patrzyła przez okno, jak Michał próbuje na trawniku tresować mrówki. Nie szło mu za dobrze bo mrówki wcale nie chciały go słuchać.
Podeszłam do Zuzi z moim notesem.
- Czy ty mnie jeszcze lubisz? - zapytałam prosto z mostu, a ona zrobiła taką minę, jakbym spytała, czy jest dinozaurem, więc szybko dodałam: - Jeśli tak, to czemu nie przyszłaś na moje urodziny?
Zuzia spuściła głowę.
- Bałam się - powiedziała cicho. - W parku trampolin zawsze za dużo się dzieje. Wszyscy biegają, skaczą i krzyczą... Przez to zaczyna boleć mnie brzuch i chce mi się płakać.
- Czyli to nie dlatego nie przyszłaś, że mnie nie lubisz? - upewniłam się, bo to było najważniejsze na świecie.
- Nie! - zawołała szybko. - Ciebie bardzo lubię. Nie lubię takich hałaśliwych miejsc.
I wtedy poczułam, jak wczorajsza kula do kręgli w moim brzuchu robi się malutka, prawie jak okruszek ciastka.
- Mam coś dla ciebie - szepnęła Zuzia i wyciągnęła z plecaczka, który zabrała ze sobą do ogródka, zestaw wąsów na patyku. Jedne były zakręcone, drugie - proste, a trzecie wyglądały jak u kota.
- Żebyś mogła się wtapiać w tłum jak prawdziwa detektywka - powiedziała.
Przyłożyłam do twarzy zakręcone wąsy i od razu zaczęłam wyglądać jak tajna agentka. Zuzi podałam te kocie i obie wybuchnęłyśmy śmiechem.
W tej samej chwili do ciuchci wskoczył Karol.
- Po co wam wąsy?! - zapytał zdziwiony.
- Bo jesteśmy tajnymi agentkami - odpowiedziałam.
- To ja też chcę być tajny! - krzyknął, wychylił się z ciuchci, a po chwili odwrócił się w naszą stronę, trzymając pod nosem kępkę trawy.
Wszyscy zaśmiewaliśmy się do rozpuku - mogłabym przysiąc, że nawet mrówki Michała. A potem wyjęłam z kieszeni długopis i udałam, że nagrywam na niego wiadomość (bo widziałam w jednej bajce, że tak robił tajny detektyw): Nie każda nieobecność oznacza: nie lubię cię. Czasem znaczy: nie lubię hałasu i tłumu.