...A Bondem nie zostałem - Andrzej Wiktor Urbańczyk

Reflow text when sidebars are open.
ANDRZEJ WIKTOR URBAŃCZYK
? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2014
? Copyright by Andrzej Wiktor Urbańczyk, 2014
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.
Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek, Magdalena Muszyńska
Redakcja: Bogusława Otfinowska
Korekta: Klaudia Dróżdż, Bożena Dembińska, Dorota Sideropulu
Skład: Wojciech Ławski
Konwersja do EPUB/MOBI - InkPad
Książka wydana
w Systemie Wydawniczym Fortunet?
www.fortunet.eu
ISBN: 978-83-63506-51-3
Wydawnictwo Poligraf
ul. Młyńska 38
55-093 Brzezia Łąka
tel./fax (71) 344-56-35
www.WydawnictwoPoligraf.pl
To naprawdę jest dylemat, jak zacząć swoje wspomnienia. Chyba należy go rozstrzygnąć w sposób najprostszy, to znaczy – zacząć od początku. Początku oczywiście nie pamiętam, ale znam dokładnie z relacji uczestników i świadków, a nastąpił on w piątek 12 maja 1932 roku o godzinie 23.45. W tym momencie pojawiłem się na świecie, co sprawiło wyraźną ulgę mojej mamie i wywołało grymas zdumienia na twarzy akuszerki – pani Sadowskiej, bo oto ta mała kruszynka okazała się całkiem spora, największa w jej dotychczasowej praktyce – ważyła aż pięć kilogramów i dwadzieścia pięć dekagramów. Wszyscy się zastanawiali, co z tego dzidziusia wyrośnie i jakie to będzie duże, bo tatuś był wzrostu raczej niepozornego, za to dziadek, Piotr Urbańczyk, mimo że miał już wtedy sześćdziesiąt dziewięć lat, wyglądał niezwykle okazale, był wysoki, tęgi i z sumiastymi wąsami.
Dziadek Urbańczyk ze mną
Młoda mama
Młody tata
Dziadek Urbańczyk z synami
Dziadek Piotr Urbańczyk
Ale jak mi się wydaje, o tym, co z tego wyrosło, zdecydował nie ciężar niemowlaka, ale późniejsze wydarzenia. I tak na przykład już w wieku pięciu miesięcy, zamiast garnąć się do mamusinej piersi, wyciągałem rączki do kubka z herbatą i nawet podobno udawało mi się tę herbatę wypić.
Kolejne zdarzenie to nagłe zniknięcie z ogromnego łoża rodziców, i to nad ranem, w wieku kilku miesięcy. W sposób oczywisty ukształtowało to moje przyszłe upodobanie do wczesnego wstawania i niechęci do wylegiwania się w piernatach. A wówczas, kiedy to zniknąłem po raz pierwszy, okazało się, że spadłem na podłogę i bez wyraźnej przyczyny wczołgałem się pod łóżko i to tak głęboko, że rodzice wpadli na mój trop dopiero po przeszukaniu całego, dość dużego mieszkania, spowodowanym zresztą emocjonalnym zaburzeniem logicznego myślenia, bo niby jak kilkumiesięczne dziecko mogłoby się tak daleko przemieścić. Nie dziwiły więc późniejsze wielokrotnie słyszane od otoczenia uwagi, że pewnie upadłem na głowę, kiedy na przykład w wieku ośmiu lat próbowałem skonstruować samolot, w wieku dziewięciu lat zmuszałem swego młodszego kuzyna do turlania się ze sporej góry wprost do bajorka, zresztą najpierw dając mu własny przykład, w wieku trzynastu lat strzelałem sobie z pistoletu w nogę dla sprawdzenia, czy to naprawdę boli, czy wreszcie prowadząc motocykl z przyczepą wraz z sześcioma pasażerami w wieku czternastu lat. Przykłady mógłbym mnożyć bez końca, ale skoro upadłem na głowę, to przecież nie wszystkie muszę pamiętać...
Inicjację erotyczno-seksualną rozpocząłem też dość wcześnie i z pewnością to jej zawdzięczam swój nieustanny zachwyt kobietami, i to niezależnie od ich wieku, profesji i intelektu. No, może czasami przeszkadza mi jedynie brak urody, ale zwalczałem to w sobie i zwalczam nieustannie. A co do tej inicjacji, to przede wszystkim chcę siebie i wszystkich uspokoić, że do tematu erotyczno-seksualnego w przyszłości nie zamierzam powracać (chyba że coś mnie podkusi), no ale ad rem. Kiedy miałem trzy latka, rodzice zdecydowali, że moja dotychczasowa niania, ulubiona przez wszystkich pani Julia, już odegrała swoją rolę, i do pomocy w domu zaangażowali młodą, sprawną i fertyczną Wiesię.
Ja w latach pacholęcych
Co prawda Wiesia jako kucharka nie wykazywała specjalnych talentów, ale sprzątała rewelacyjnie – a nie była to taka prosta sprawa, bo mieszkanie duże, cztery wielkie pokoje z kuchnią, do tego piece kaflowe i brak łazienki, tylko toaleta i kilka umywalek. Rewelacyjnie również opiekowała się mną, opowiadając mi wieczorami naprawdę interesujące bajeczki. Ale kiedy się zadomowiła już na dobre, to powolutku jej opieka stała się bardziej wyrafinowana. Jak powiedziałem, upadek na głowę zakłócił nieco moją pamięć, tak więc nie wszystko sobie przypominam, ale utkwiło mi w głowie, jak to przedpołudniami, kiedy rodziców nie było w domu, siadała na kanapie, zdejmowała stanik, brała mnie na kolana i namawiała, zresztą bez moich protestów, do ssania i całowania swoich cycusiów, jak je wtedy nazywała. Z perspektywy czasu wspomnienie to nie budzi mojego obrzydzenia ani niechęci, ale nie powoduje również nadmiernej ekscytacji. Nawet nie wiem, czy według dzisiejszych standardów i poprawności polityczno-obyczajowej należałoby to nazwać molestowaniem czy pedofilią, ale z pewnością nie spodobało się to moim rodzicom, bo kiedy mama któregoś dnia zastała nas w tej pozycji, natychmiast pozbyła się Wiesi, wypłacając jej jednak wynagrodzenie, i to dodatkowo za następne dwa tygodnie. Pamiętam ten moment, bo jeszcze słyszę słowa mamy: "Wiesiu, nie popisałaś się, nadużyłaś mojego zaufania, ale obiecajmy sobie wzajemnie, że o tym zapomnimy i nikomu nic nie powiemy". I wtedy właśnie po raz pierwszy w życiu zadałem sobie filozoficzne pytanie: jak to można sobie nakazać, żeby o czymś zapomnieć, kiedy zawsze słyszę od mamy i taty – pamiętaj o tym, pamiętaj o tamtym, pamiętaj, że...
Kolejne ważne momenty w moim życiu, które pewnie też miały wpływ na dorosłe życie, to manifestacje urażonej ambicji. Może zresztą to nie one wywarły wpływ, a jedynie pokazały, że moja ambicja i wtedy, i potem, i nawet dzisiaj przerosła moje możliwości i czasami zamiast siłą sprawczą, staje się hamulcem, zamiast być bodźcem, może okazać się przeszkodą w osiągnięciu celu. Kiedyś jesiennym wieczorem, siedząc przy stole wraz z rodzicami, ciocią i wujkiem oraz ich córkami mieszkającymi piętro niżej, bawiliśmy się toczeniem obrączki od jednej do kolejnej osoby, nagle zdałem sobie sprawę, że jestem w tej zabawie pomijany. Niewiele myśląc, wstałem od stołu i wróciłem do naszego mieszkania, gdzie postanowiłem już nigdy nie zasiąść do tej zabawy, przypominając sobie i wymyślając inne zabawy, w których moja obecność byłaby niezbędna, a ja i tak bym do nich nie przystąpił, robiąc na złość tym, którzy mnie pomijali. I naprawdę przez kilka dni się boczyłem – pomimo przeprosin, głaskania po głowie i częstowania ulubioną przeze mnie gorzką czekoladą.
Jeszcze gorzej mnie ubodło, a byłem już wtedy prawie dorosły, bo miałem sześć lat, kiedy rówieśnicy nie zaprosili mnie do udziału w organizowanym przez siebie przedstawieniu bajki. Przez kilka dni im to wypominałem, a nawet konfabulowałem, że mogłem sprowadzić tłum widzów, gdybym tylko występował, co było oczywistą nieprawdą, ale miałem nadzieję, że zrozumieją, jaki popełnili błąd, i uznają moją potencjalną wartość. Tak, tak, jakikolwiek przejaw obojętności albo, co gorsza, lekceważenia wywoływał u mnie chęć odwetu lub co najmniej udawanej, nieprzyjaznej obojętności.
Na szczęście poza wybujałą ambicją miałem również inne, lepsze uczucia, które pozwalały mi zapominać i przebaczać, a poczucie humoru dawało szansę na późniejsze wyszukiwanie śmiesznych stron zdarzeń, które mnie złościły. W wypadku braku zaproszenia do udziału w przedstawieniu pocieszyłem się jeszcze szybciej, bo właśnie zapałałem świeżutkim uczuciem do ślicznej sześcioletniej Celinki, sąsiadki z tego samego podwórka, córki zamożnych Żydów, państwa Neubaumów. Do dziś pamiętam jej piękną czarną grzywkę, oczka jak węgliki i to, że kilkakrotnie mi się śniła. Wtedy właśnie zapytałem swoją mamę, co to znaczy, jeżeli ktoś się śni. Dostałem odpowiedź naprawdę pytyjską i dlatego pamiętam ją do dziś. To musi być ktoś, kogo bardzo lubisz albo bardzo nie lubisz, z kim chciałbyś być albo od niego uciec. No i oczywiście potwierdziło się, że Celinę bardzo lubię. Przez pewien czas, gdy tylko wychodziliśmy na podwórze, stawaliśmy się nierozłączni jak dwie papużki. W tym też czasie rozstrzygałem inne dylematy, które nie dawały mi spokoju. Dlaczego na przykład znajomi rodziców, którzy przychodzili na przyjęcia z okazji imienin tatusia, przynosili prezent również dla mnie, dlaczego mama się denerwowała, kiedy tatuś mówił, że idzie grać w karty, skoro to mu sprawiało przyjemność, a jej nie przynosiło szkody.
A tymczasem życie się toczyło i wszystko było interesujące i zabawne. I Haskiel Szmelcer, który mieszkał w głębi podwórka i codziennie wyjeżdżał jednokonną platformą, wołając już od samego wyjazdu: "Żelazo, stare szmaty kupuję!", i który natychmiast płacił za przyniesione mu przedmioty. I pani Ostrowiecka, miła opiekuńcza Żydówka, której trzej synowie studiowali, a ona nieustannie, od rana do nocy, sprzedawała w swoim sklepie spożywczym na parterze naszego budynku. Wszyscy, a zwłaszcza dzieci, lubili tam przychodzić, bo do każdego przyjaźnie zagadała, dzieci częstowała cukierkami, chyba nikomu, kto był w potrzebie, nie odmówiła kredytu. Umiała też nadzwyczajnie zachwalać swój towar, czasami nawet w sposób niezbyt konwencjonalny, na przykład wtedy, kiedy moja mama, nachylając się nad leżącą na ladzie górą masła, zapytała, czy to masło jest naprawdę świeże, bo jakoś dziwnie pachnie, ona bez chwili namysłu odpowiedziała: "Pani Wiktoria, to nie masło śmierdzi, to ja śmierdzę". I pan Wacław, który co tydzień przychodził na podwórko, pchając przed sobą maszynę do ostrzenia, uderzał młotkiem w dzwoniącą płytkę i wołał: "Nooooże ostrzę, nooożyczki i inne narzędzia!". A kiedy już zaczynał ostrzyć, to wyglądało to jak cudowne misterium ze snopami iskier otaczającymi koło ostrzałki. I tylko nie mogłem nijak zrozumieć, dlaczego iskry z zimnych ogni palonych na choince nie parzą, a te nie tylko parzą, ale i zostawiają przykre bąble. I pan Wojciech, stróż, bo wtedy nikomu do głowy nie przyszłoby nazywać go dozorcą, a tym bardziej gospodarzem domu, który od rana do wieczora kręcił się po podwórzu, zamiatał, mył schody, wieczorem zamykał bramę, a rano ją otwierał i robił sto innych czynności, sprawiając wrażenie, że jest w tym wielkim domu najważniejszą postacią. I pan Mittelman, który wraz z żoną mieszkał na drugim piętrze środkowej klatki schodowej, zawsze nienagannie ubrany, ale toczony jakąś dziwną chorobą. Powodowała ona, że obsesyjnie bał się skaleczenia, dlatego nie tolerował wokół siebie ludzi, a zwłaszcza dzieci, które miały w rękach jakikolwiek szklany przedmiot. I moi dwaj bracia stryjeczni, synowie wujka Stacha, właściciela wielkiej cegielni w nieodległym Zagórzu; jeden z nich, w mundurze podchorążego, budził mój podziw i szacunek, a drugi, w mundurze licealisty z czerwonymi wyłogami, był obiektem mojej nieustającej zazdrości i którego, przy jego nieukrywanej niechęci do odpowiadania, nieustannie zasypywałem pytaniami o wszystko, a zwłaszcza o szkołę i przyjemności związane z byciem tak pięknie ubranym licealistą. Do tej pory pamiętam niektóre odpowiedzi, jak na przykład że najważniejszym przedmiotem jest historia, a zwłaszcza historia Polski, bo jak mówił jego nauczyciel, pozwala na uczucie dumy z przynależności do narodu, który przy tylu nieszczęściach i przeciwnościach losu potrafił osiągnąć niepodległość i doprowadzić do wolności.
I choć dziś wydaje się to prawie niemożliwe, to pamiętam, że jako siedmiolatek w święto 3 maja 1939 roku szedłem z tatusiem z chorągiewką biało-czerwoną w ręku i zaczepiałem nieznajomych, mówiąc: "To jest mój tata, legionista, który wywalczył niepodległość, której nigdy nie oddamy".
Dąbrowa Górnicza – na spacerze z rodzicami
W czasie corocznych wyjazdów na wywczasy do Zakopanego dojrzewała moja fascynacja górami i góralskim otoczeniem, a wspomnienia cisną się same pod pióro. Zaczynało się zawsze od wielkiej podróży. Wielkiej nie ze względu na odległość, bo w końcu z Dąbrowy Górniczej do Zakopanego nie było ani bardzo daleko, ani zbyt długo się nie jechało, ale z powodu ogromnej ilości bagażu. Trzy ogromne kosze wiklinowe towarzyszyły nam w wagonie towarowym (bo w owym czasie takie wagony były doczepiane do składów osobowych), a następnie już w Zakopanem ładowane przez bagażowych do oddzielnej dorożki i wiezione do pensjonatu. Do koszy zapobiegliwa mama ładowała całą garderobę, ale najwięcej miejsca zajmowały dwa komplety pościeli z pierzynami, na wypadek gdyby się niespodziewanie ochłodziło, a wszystko dlatego, że według ówcześnie panującej opinii Zakopane było mekką chorujących na suchoty, a miejscowa pościel mogła być siedliskiem zarazków. W Zakopanem nasze pobyty trwały od dwóch do trzech miesięcy, a atrakcji nie brakowało, i to najróżniejszego rodzaju. Tutaj połknąłem bakcyla motoryzacji, kiedy pan inżynier Grzanka pozwolił mi dosiadać swojego wspaniałego i budzącego powszechne zainteresowanie motocykla marki DKW.
Pierwsze jazdy motocyklowe
Ciągle mam w pamięci pytania zadawane panu Grzance, dlaczego typ nazywa się SB 500, skoro ma piętnaście, a nie pięćset koni mechanicznych, i gdzie te konie się mieszczą. Dziś, gdy wspominam kolejne motocykle, którymi jeździłem, osiągające moc stu pięćdziesięciu koni mechanicznych, myślę z podziwem o konstruktorach, którzy w niewiele większych motocyklach uzyskali dziesięciokrotnie większą moc. To tu paradowałem w pełnym stroju góralskim, który mi tak przypadł do gustu, że nawet w domu, w Dąbrowie Górniczej, chciałem koniecznie go nosić, a co więcej, wymusiłem na rodzicach, że w takim stroju wystąpię w przedstawieniu w przedszkolu.
W Zakopanem też, w pensjonacie Leśne Ustronie jego właścicielka, czytając mi piękne opowieści Na Skalnym Podhalu Kazimierza Przerwy Tetmajera czy wiersze Jana Kasprowicza, ugruntowała moją sympatię do gór i do góralszczyzny, a zachwyt wzbudziły wiersze z tomiku Mój świat, w którym wymieniony był mój idol, zakopiański kobziarz Stanisław Mróz, obok którego wielokrotnie siadałem, by przysłuchiwać się jego muzyce.
W Zakopanem z kobziarzem Stanisławem Mrozem
Do dziś wspominam tego grajka i bajarza i do dziś nie wiem, dlaczego nazywano go kobziarzem, skoro grał na dudach, które do kobzy są tak podobne jak kogut do karpia.
Pamiętam również, kiedy to podczas jednych wakacji kręcono w Zakopanem sceny do filmu Halka opartego na operze Moniuszki. Rolę Jontka w tym filmie grał Władysław Kiepura, brat słynnego Jana Kiepury, kolegi szkolnego mojego tatusia. Właśnie przyjechał Jan i zaprosił mojego tatę na spotkanie z bratem na planie filmu w Dolinie Chochołowskiej. Tata zabrał mnie ze sobą, a ja, widząc na planie ucharakteryzowaną aktorkę grającą rolę Halki, panią Lilianę Zielińską, zacząłem wołać: "Tatusiu, tatusiu, dlaczego ta ładna pani jest umalowana na głupią sztuczną lalkę?". Do dziś się wstydzę tego przymiotnika "głupia" i chociaż nie przepadam za zabawą lalkami, to nie miałem i nie mam nic przeciwko umalowanym paniom.
Kiedy w styczniu 1939 roku byłem z mamą w Zakopanem, mieszkaliśmy w pięknym pensjonacie Sienkiewiczówka, w którym przebywały głównie rodziny oficerów. Wszystkie posiłki jadane były przy wspólnym stole, a rozmowy dotyczyły głównie polityki i groźby wojny. Aż dziwne, że rozmowy te bardzo mnie interesowały, i wielokrotnie pytałem pułkownika Czerwińskiego, najstarszego stopniem oficera w pensjonacie, jak ta wojna będzie wyglądać, a on z anielską wręcz cierpliwością tłumaczył mi, że sam w wojnę nie wierzy, bo Niemcy nigdy nie zdecydują się na wojnę z Polską, wiedzą bowiem, że Polsce natychmiast pomogą Francja i Anglia, a z takimi potęgami muszą przegrać w ciągu kilku tygodni, zwłaszcza że armia polska jest przygotowana do wojny, silna, zwarta i gotowa.
Już jednak w lecie, kiedy odwiedziliśmy w Warszawie mojego ojca chrzestnego, Antoniego Pączka, wybitnego polityka, posła na sejm, podczas podsłuchanej przeze mnie kolacji, wszyscy z wyraźną obawą potwierdzali, że wojna jest nieuchronna i chociaż wierzyli w zwycięstwo, to nie byli optymistami w sprawie jej przebiegu. I właśnie wtedy rozpłakałem się, do rana nie mogłem zasnąć i chyba zrozumiałem, że zbliżają się ciężkie czasy.
Sam początek wojny nie okazał się tak dramatyczny. Co prawda na tydzień przed jej rozpoczęciem wszystkie szyby zostały pozaklejane paskami papieru, co nadawało kamienicom dość groteskowy wygląd i było chyba wyrazem braku wiedzy i wyobraźni o konsekwencji bombardowań, ale dawało złudne poczucie bezpieczeństwa. Sam moment rozpoczęcia wojny ja i moi rodzice przeoczyliśmy. Dopiero stojący w bramie dozorca Wojciech informował wszystkich wychodzących na podwórze lokatorów o tym, co się stało. Ale była to informacja dość optymistyczna. Bo przecież chociaż pancernik Schleswig-Holstein ostrzelał Westerplatte, a Wehrmacht przekroczył granice Śląska, to podobno w innych miejscach polskie wojska wyparły Niemców i przekroczyły granicę, a Anglia i Francja wypowiedziały wojnę Niemcom, co było zwiastunem ich pewnej, natychmiastowej i nieuchronnej klęski.
Późniejsze relacje radiowe nie potwierdziły tej informacji i jakkolwiek nie było paniki, to jednak już w południe odbyła się narada rodzinna, w której uczestniczyli: dziadek, wujek Czesiek z rodziną, wujek Stach z rodziną i oczywiście moi rodzice. No i podjęto decyzję. W przypadku moich rodziców była ona związana z faktem, że tatuś dostał wezwanie do wojska i miał się stawić 4 września w Wojskowej Komendzie Uzupełnień. Niestety, komendę ewakuowano i tatuś postanowił ją dogonić, a jako że informacja – zresztą niezbyt pewna – mówiła, że ewakuowano ją do Miechowa, postanowiono, że tatuś, mama i ja pojedziemy razem do Miechowa. Powóz wraz z końmi i woźnicą dostaliśmy od wujka Stacha i ruszyliśmy w drogę. Ale już kilka kilometrów za Dąbrową okazało się, że szosą porusza się cały sznur pojazdów, obok nich tłumy ludzi z tobołkami, a od czasu do czasu mijają nas grupy wojska. Czasami zmotoryzowane, czasami konno, a nawet w zwartych kolumnach pieszych. Robiło to dość krzepiące wrażenie, bo odbywało się w kierunku przeciwnym niż ewakuowana Komenda Uzupełnień. A więc nie uciekali, lecz szli walczyć.
Tymczasem zupełnie przypadkiem obok naszego powozu znalazła się bryczka z przyjaciółką mamy i jej synkiem Jureczkiem, moim kolegą z przedszkola. Wyglądało to jak wyjazd na piknik, bo pogoda była przepiękna, tyle że w ogromnej kolumnie, poruszającej się dość niemrawo. Co pewien czas na niebie pojawiały się samoloty, a ponieważ wśród nas nie było takich, którzy potrafiliby rozpoznać, czy to nasze, czy niemieckie, za każdym razem wyskakiwaliśmy z powozu i wraz z innymi ludźmi uciekaliśmy na boki, w pole czy w las. Po kilku takich ucieczkach większość ludzi zaczęła uważać to za niepotrzebny wysiłek, bo przecież dlaczego Niemcy mieliby strzelać do bezbronnych cywilów. Ale szybko zmienili zdanie. Otóż kiedy pojawiły się kolejne samoloty, a było to w okolicy miejscowości Tunel, to już nie odleciały, tylko lecąc lotem koszącym tuż nad naszymi głowami, rozpoczęły strzelanie i zrzucanie bomb odłamkowych – i to dość systematycznie, bo kiedy już przeleciały, to zawracały i kontynuowały śmiercionośną zabawę. Po niej na szosie i w polu zostało kilkaset osób rannych i zabitych, w tym również naszych bliskich. Bo oto leżąca w kartoflisku tuż obok moich rodziców i mnie przyjaciółka mojej mamy dla bezpieczeństwa przykryła sobą swojego synka. Niestety, kiedy wstała, to okazało się, że synek leży nadal i się nie rusza. Mały odłamek bomby znalazł sobie drogę do niego i trafił go prosto w serce. Nigdy nie zapomnę jej obłąkańczo zrozpaczonego wzroku, biegania w kółko z martwym ciałem synka na ręku i błagania o pomoc. Zajął się nią wprawdzie leżący w pobliżu, niedaleko swojego oddziału, sanitariusz wojskowy, ale jak się później dowiedzieliśmy, już nigdy nie wróciła do psychicznej równowagi.
A ja podniosłem wtedy drugi odłamek bomby leżący nieopodal – zresztą przechowywałem go przez wiele lat, aż kiedyś zniknął przy kolejnej przeprowadzce – wyglądał jak ostry, nieregularny, błyszczący kawałek skorupy jajka. Dowiedziałem się wówczas, jak wygląda odłamek, i zrozumiałem, że tak niewielki kawałek metalu może pozbawić życia, że mój anioł stróż umiał mnie ochronić, że warto na niego liczyć i że nie można liczyć na litość Niemców. Wtedy to, mimo że miałem dopiero siedem lat, stałem się dorosły, a dramat ten wpłynął bardzo źle na moją psychikę, bo zapałałem bezgraniczną nienawiścią do hitlerowców, Niemców i wojny. I tak naprawdę nienawiść ta przez wiele lat zatruwała mnie i moje spojrzenie na świat.
Po ustaniu nalotów pojechaliśmy dalej. Dojechaliśmy do Miechowa, zatrzymaliśmy się u kuzynostwa mamy, ale okazało się, że Wojskowa Komenda Uzupełnień odjechała w nieznanym kierunku, tatuś nie ma gdzie się zameldować, a w radiu mówią, że Niemcy się zbliżają. I rzeczywiście. Stoję w oknie i widzę, jak kilkunastu polskich żołnierzy biegnie w naszym kierunku, co chwila zatrzymują się, odwracają, strzelają i biegną dalej. A za nimi masa niemieckich żołnierzy i kilka motocykli z przyczepami. Jeden z polskich żołnierzy dobiega do metalowego płotu okalającego znajdujący się naprzeciw mieszkania szpital, wdrapuje się na zamkniętą bramę. W tym momencie dojeżdża motocykl z dwójką żołnierzy niemieckich, jeden z nich zeskakuje i woła: "O! Pole", następnie dobiega do wiszącego na bramie polskiego żołnierza i wielokrotnie uderza go bagnetem. Do dzisiaj brzmi mi w uszach ten okrzyk i zawsze mi się przypomina, kiedy słyszę nazwę miasta Opole – O! Pole – a później ten nie do określenia dźwięk bagnetu przebijającego mundur i ludzkie ciało. I tak oto skończył się normalny świat, a zaczęło pięcioletnie piekło.
Gdy wracaliśmy do Dąbrowy Górniczej tym samym powozem, na drogach nie widzieliśmy jeszcze panoszących się Niemców. W jakiejś cudem czynnej piekarni udało się mamie kupić dziesięć bochenków chleba, który zresztą później zsechł się i zapleśniał, i taki musieliśmy jeść, panował już bowiem wyraźny strach przed jutrem. A było czego się bać, bo już 7 listopada wpadła do nas policja i wyprowadziła tatę. Okazało się, że ktoś doniósł, iż z kilkoma przyjaciółmi przygotowywali ulotki do rozrzucenia w Święto Niepodległości, czyli 11 listopada. Niewątpliwie była to naiwna akcja, zwłaszcza że Dąbrowa Górnicza została już ogłoszona częścią Reichu, ale wówczas chociaż jeszcze nikt nie zdawał sobie sprawy, czym jest okupacja niemiecka, to już u większości ujawnił się duch oporu.
Na szczęście, po sześciu tygodniach tatę wypuszczono i zdążył na Wigilię, podczas której cała rodzina płakała ze szczęścia, że wrócił, a sam tata z wrodzonym sobie poczuciem humoru opowiadał o swoich wrażeniach z więzienia. A było co opowiadać, zwłaszcza że w tym okresie wszyscy więźniowie – i ci polityczni, i kryminalni – wykazywali wyjątkową solidarność i patriotycznego ducha. Na przykład jeden z nich, notabene znany przedwojenny włamywacz Cioch, który został wypuszczony kilka dni przed tatą, nie dość że przyniósł gryps od niego, to po paru dniach przemycił swoimi kanałami paczkę dla taty, a inny złodziej kieszonkowy (również wcześniej wypuszczony) zaofiarował pomoc mamie i mnie, gdyby taka była potrzebna. Poza tym podczas tej wieczerzy, jak zresztą wszystkich kolejnych w czasie okupacji, wszyscy jak jeden mąż wyrażali niezachwiane przekonanie, że to ostatnia Wigilia pod okupacją niemiecką, ba, że najbliższa Wielkanoc będzie już obchodzona w wolnej Polsce, używając przeróżnych argumentów nie do obalenia, a to że przystąpiła do wojny Francja, a to Anglia itp., itd. Jak wiemy, rzeczywistość nie była taka optymistyczna, a okupacja trwała i trwała, zbrodnie i nieszczęścia ciągle się nasilały, życie jednak toczyło się dalej.
Mnie w tym czasie zafascynowała idea lotnictwa. Kilka przeczytanych książek, kilka zasłyszanych opowieści i uznałem, że jak tylko wojna się skończy, zostanę pilotem, a może nawet pilotem i konstruktorem samolotów. No i oczywiście zaraz zacząłem swoje marzenie wcielać w czyn. Razem z kolegą z podwórka, Gienkiem, wpadliśmy na pomysł zbudowania samolotu z napędem rowerowym. Nie mając pewności, czy taki samolot potrafi się wznieść, postanowiliśmy ułatwić start, budując go na dachu komórek, które to komórki były budowlą jednopiętrową z dość płaskim dachem. Przez trzy miesiące trwała budowa, a zużyliśmy do niej wszystko, co było pod ręką – deski, gwoździe, papier, mechanizm napędu roweru, a nawet udało nam się zrobić wcale ładne śmigło, z którego byliśmy niezwykle dumni, bo było podobne do tego znanego nam z fotografii RWD6. Kiedy wszystko było gotowe, wsiadłem do otwartej kabiny, Gienek mnie popchnął, ale niestety, z niezrozumiałych wtedy dla nas powodów samolot nie poleciał. Zsunął się na ziemię razem ze mną w środku. Los jednak był łaskawy, bo połamał się tylko samolot, ja wyszedłem cało i, co ważniejsze, nie straciłem zamiłowania do lotnictwa. Na budowę następnego samolotu nie było już czasu, bo właśnie zaczął się rok szkolny.
Była to już druga klasa i rok zapowiadał się ciekawie, tyle że rodzice doszli do wniosku, że trzeba się zabezpieczyć, bo właśnie rozpoczęło się wysiedlanie niektórych rodzin, a tata jako już zarejestrowany więzień hitlerowski mógł się łatwo znaleźć na liście do wysiedlenia. Tak więc w pierwszym rzędzie postanowiono wysłać mnie z Dąbrowy do tak zwanego Generalnego Gubernatorstwa, a mianowicie do Suchedniowa, gdzie mój wujek prowadził tartak.
Dziadek Fochtman
Zanim jednak do tego doszło, Niemcy aresztowali mojego dziadka Franciszka Fochtmana. Mimo że aresztowania następowały często bez żadnego powodu, to jednak w tym wypadku powód był jasno określony. Otóż dziadek odmówił podpisania tak zwanej Reichslisty, to znaczy deklaracji, że jest Niemcem, mimo że naprawdę był synem rodowitych Niemców, którzy osiedlili się we Lwowie. A odmówił, ponieważ czuł się Polakiem, był prawdziwym polskim patriotą, ojcem i dziadkiem polskich dzieci i wnucząt. Dziadka natychmiast po aresztowaniu przewieziono do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, w którym był jednym z pierwszych więźniów. Ani nasza rodzina, ani nikt inny nie zdawał sobie wówczas jeszcze sprawy, co to takiego i czym to grozi. Wydawało się, że to tylko czasowe miejsce odosobnienia, ot taki sobie półsanatoryjny obóz pracy. I dlatego po otrzymaniu oficjalnej informacji (pod tym względem Niemcy byli skrupulatni), że dziadek tam się znajduje, mama postanowiła pojechać do Oświęcimia, żeby dostarczyć paczkę z jedzeniem i ciepłymi rzeczami. O święta naiwności! Dziś wydaje się to czystą głupotą, ale wtedy nikt się temu nie dziwił. Mama więc zabrała paczkę, ale także mnie, sądząc, że kobiecie z kilkuletnim dzieckiem łatwiej będzie tam się dostać i może nawet zobaczyć z ojcem. Po wyjściu ze stacji kolejowej w Oświęcimiu i prawie godzinnym marszu dotarliśmy do wartowni, do której udało się nam wejść. A tam esesman, który na szczęście okazał się Słowakiem, i to w miarę przyzwoitym, krzyknął na mamę – łamaną polszczyzną: "Ty idiotko, ty głupia idiotko, czy ty wiesz, gdzie przyszłaś? Zabieraj dziecko i sp... biegiem, bo jak cię ktoś zobaczy, to już nigdy stąd nie wyjdziesz!". Tak się skończyła nasza wizyta u dziadka. Niestety, nie zobaczyliśmy go już nigdy, bo po pół roku przyszło zawiadomienie, że dziadek zmarł. Wiele lat później zdarzyła się zupełnie nieprawdopodobna historia, kiedy to w 1950 roku byłem wraz z rodzicami w muzeum obozu oświęcimskiego, gdzie w charakterze eksponatów leżały góry okularów, lasek, protez i fotografii, i okazało się, że na samym wierzchu, na wysokości naszych oczu leży fotografia naszego dziadka, widocznie odklejona od kenkarty – okupacyjnego dowodu osobistego. Fotografię muzeum nam zwróciło, stanowi dla nas najdroższą pamiątkę.
Jeszcze przed śmiercią dziadka rodzice wysłali mnie, jak już wspomniałem, do Suchedniowa, gdzie w pięknym drewnianym domku na stoku wzgórza, wśród pachnącego lasu mieszkali moi wujostwo. Tu naprawdę można było zapomnieć, że jest wojna. Niemców się prawie nie widziało, tylko od czasu do czasu, głównie wieczorem, pojawiali się młodzi uzbrojeni mężczyźni przemykający się w stronę lasu, a niekiedy wpadający do domu po jakieś wiktuały. Jak się później okazało, należeli do oddziału Armii Krajowej nazwanego "Jędrusiami", od pseudonimu dowódcy – stąd też budzili moją szczególną sympatię, bo tak na mnie wołali zarówno rodzice, jak cała rodzina. Jednego z "Jędrusiów" szczególnie zapamiętałem, bo poprosił mnie, żebym z apteki, która znajdowała się około jednego kilometra od naszego domu, przyniósł dużą paczkę plastrów i kilka listków aspiryny. Okazało się, że jest już za późno i apteka jest zamknięta. Poszedłem więc do domu aptekarza i nieudolnie skłamałem, że ciocia się poparzyła gorącą wodą (bo niby po co poparzonej cioci aspiryna). Aptekarz chyba domyślił się, o co naprawdę chodzi, otworzył aptekę, sprzedał mi, co trzeba, a "Jędruś" w nagrodę pokazał mi, jak się rozładowuje i załadowuje pistolet. Prawdziwy pistolet – Parabellum. Tak to nastąpił mój pierwszy kontakt z partyzantką, która wówczas, w sielskim otoczeniu okolic Suchedniowa, robiła na mnie bardziej wrażenie harcerskiej zabawy niż groźnej dla wroga formacji zbrojnej.
Podczas mojego pobytu w Suchedniowie nastąpiło faktyczne wysiedlenie rodziców z Dąbrowy Górniczej. I na nic się zdała świadomość, że do tego dojdzie, bo kiedy policja weszła do mieszkania, ta znienawidzona Schutzpolizei w czapkach w kształcie szkopków (stąd zresztą pogardliwa nazwa okupujących Niemców – szkopy) i na spakowanie się dała piętnaście minut, rodzice byli tak zestresowani, że tata, zamiast zapakować do walizki jakieś ważne rzeczy, włożył pięćdziesiąt sztywnych kołnierzyków – tych noszonych przed wojną przez eleganckich mężczyzn, co przez wiele lat było przedmiotem żartów mojej mamy i nieustających rumieńców wstydu u taty. Wysiedlenie, mimo że było traumatycznym przeżyciem i utratą całego dorobku, nie stanowiło jednak końca świata. Rodzice na parę tygodni przyjechali do Suchedniowa, a później wraz ze mną pojechali do Częstochowy, gdzie koleżanka mamy, pani Marysia, zgodziła się nas przyjąć, a po paru dniach znalazła nam mieszkanie. Małe mieszkanko z dwoma pokojami w amfiladzie, z kuchnią, bez łazienki, ale jednak z ustępem, w domu przy ulicy Katedralnej 15.
W Częstochowie zdarzyło się tyle rzeczy, że utalentowanemu pisarzowi starczyłoby pewnie tematów na kilka książek, ja jednak ograniczę się do paru charakterystycznych epizodów opisujących jako tako ówczesną rzeczywistość widzianą oczami kilku- lub kilkunastoletniego chłopca. To tutaj już w pierwszych dniach pobytu rozpoczęła się moja przyjaźń z dwoma kolegami – Olgierdem i Zbyszkiem, z których pierwszy wyjaśnił mi obrazowo na przykładzie koni, w jaki sposób ludzie zabierają się do robienia dzieci i co w tym jest przyjemnego, a Zbyszek pokazał mi, jak się robi zdjęcia, ba, nawet nauczył mnie fotografować. Tutaj poznałem dwóch innych kolegów – Mirka i Irka. Jeden – syn kierowcy ciężarówki, drugi – syn szewca, z których pierwszy utkwił mi w pamięci, kiedy próbując wyprostować zgniecioną manierkę, napełnił ją wodą, zakręcił, wrzucił do pieca – i już po paru minutach nie tylko rozerwało manierkę, ale i piec, i pół ściany. To wydarzenie zresztą potwierdziło i wbiło mi w pamięć, że prawa fizyki są nieubłagane. Z Irkiem natomiast łączyło nas wspólne zainteresowanie i rywalizacja w kręceniu na trzepaku młynków. I pewnie po wielodniowych ćwiczeniach doścignąłbym Irka, ale niestety, ktoś posmarował drążek trzepaka stearyną, a ja jak z katapulty wyleciałem w powietrze i wylądowałem na kocich łbach. Poza siniakami nic mi się na szczęście nie stało, ale od tej pory poczułem wyraźną niechęć do ćwiczeń gimnastycznych na drążku.
Z Irkiem zresztą miałem jeszcze inną przygodę, która już wtedy uzmysłowiła mi, że moja samokontrola łatwo ulega krótkotrwałej anihilacji. Otóż któregoś dnia Irkowi nie spodobało się, że mój piesek, cocker-spaniel Cora, zaczął na niego szczekać, i mocno go kopnął, aż pies zaskowyczał z bólu. Tak się wtedy wściekłem, a naprawdę niebieska mgła zasłoniła mi oczy (niestety, zdarzyło mi się to jeszcze kilka razy w życiu i bardzo się tego wstydzę), że złapałem Irka, przewróciłem i zacząłem okładać pięściami po głowie. Musiało to wyglądać dość groźnie i pewnie było groźne, bo z mieszkania wyleciał ojciec Irka, szewc, i pocięglem zaczął mnie walić z całej siły. Pewnie tego nawet nie poczułem, bo dopiero gdy doleciała do nas moja mama, wspólnie udało im się wyrwać Irka z moich rąk. Był to jedyny raz, kiedy mama mnie ukarała, nakazując klęknąć w kącie pokoju, modlić się i prosić o wybaczenie.
Natomiast z Olgierdem mieliśmy dość groźne zdarzenie, kiedy to jadąc rowerami przez tak zwaną I Aleję zaczęliśmy popisywać się przed sobą znajomością słów w różnych językach. W pewnym momencie zacząłem recytować całe zdania w jidysz, a znałem je, bo w wieku przedszkolnym często się bawiłem z dziećmi Żydów mieszkających w tej samej kamienicy co ja. Nagle pojawił się obok nas jadący na rowerze żandarm niemiecki, który chyba nabrał jakichś podejrzeń, bo zatrzymał mnie, dziesięcioletniego chłopca, i zaczął wypytywać, kim jestem, gdzie mieszkam, co robią moi rodzice. Wtedy też okazało się, że doświadczenie okupacyjne nawet tak małego chłopca podpowiedziało mi, że nie mogę ujawnić ani adresu, ani nazwiska, bo rodziców mogą aresztować, zacząłem bowiem opowiadać, że mieszkam pod płotem na Jasnej Górze, a żywię się odpadkami ze śmietników. Totalna głupota, ale nic innego mi do głowy nie przyszło. Żandarm, który zresztą świetnie mówił po polsku, bo jak się później okazało, był synem osadników niemieckich z Kamienicy Polskiej, doprowadził mnie do komendantury żandarmerii, tam już inny umundurowany osobnik trzasnął mnie kilka razy w twarz, parę razy kopnął i ciągle pytali o moich rodziców. A ja nadal podtrzymywałem swoją głupią wersję i byłem tak zawzięty, że nie zamieniłbym jej chyba, nawet gdyby mnie tłuczono do rana. Na szczęście Olgierd, którego nie aresztowano, nacisnął pedały i poinformował o wszystkim moich rodziców, którzy natychmiast wsiedli w dorożkę (taksówek wtedy nie było, nikomu nawet się nie śniło, że mogłyby być) i przyjechali na posterunek. Trwało to pewnie razem godzinę, ale co ważniejsze, żandarmi zachowali się w sposób zupełnie nietypowy, bo nie spełniły się żadne z obaw, bardzo w owym czasie realnych. Nie aresztowali rodziców, nie zatrzymali mnie, jedynie powiedzieli, żeby rodzice sprali mi tyłek, bo kłamię i, co gorsza, kłamię uporczywie. Oczywiście żadnego lania nie dostałem, ale emocje spowodowały, że dostałem gorączki i przeleżałem w łóżku dwa dni.
Nie wszystkie historie były jednak dramatyczne. Były i romantyczne. Oto przyjechała do sąsiadów ich kilkunastoletnia kuzynka. Miała na imię Ingeborga i była córką volksdeutschów. Dziewczynka śliczna jak obrazek, zalotna jak najlepsza tancerka kabaretowa, usidliła mnie natychmiast i jakiekolwiek zabawy z kolegami przestały mnie interesować – wszystko obracało się wokół Ingi. Jej przynosiłem drugie śniadania, z nią wychodziłem na dach, żeby oglądać gwiazdy, jej opowiadałem o swoich pasjach lotniczych. Z drugiej strony, kiedy byłem z dala od niej, ciągle mnie męczyły myśli, że przecież nie mogę się przyjaźnić z volksdeutschką. I kiedy wreszcie zapytałem o to rodziców, uspokoili mnie, że przecież to nie ona, lecz jej rodzice o tym zdecydowali. Ona może być całkiem przyzwoitym człowiekiem. Ulżyło mi jednak, gdy Inga nagle wyjechała; już jej nigdy nie zobaczyłem.
Dom, w którym mieszkaliśmy, stał na granicy getta żydowskiego. Tuż obok naszego domu znajdował się szlaban, przez który w pierwszym okresie mogli przechodzić Polacy, a Żydzi oczywiście nie. Wtedy to od czasu do czasu wchodziliśmy do getta z kolegami i widzieliśmy tę straszliwą nędzę, głodujących ludzi, umierające z głodu dzieci. Któregoś dnia, idąc z Irkiem i Mirkiem, zobaczyliśmy butnego, pewnie dziesięcio-, a może dwunastoletniego chłopca w mundurze Hitlerjugend, który naśmiewał się z obdartego żydowskiego chłopca sprzedającego pestki słonecznika, i w pewnym momencie uderzył go i rozsypał te pestki. Chłopiec stał jak skamieniały, a nas ogarnęła zwierzęca wściekłość. Mirek, najwyższy z nas, kopnął Niemca, ja i Irek wytarzaliśmy mu twarz w tych pestkach i kurzu ulicznym i natychmiast uciekliśmy co sił w nogach. Nie było to najmądrzejsze, bo mogło kosztować i nas, i żydowskiego chłopca życie, ale złość i nienawiść były silniejsze od rozsądku.
W pamięci mam również kolumny wynędzniałych Żydów prowadzonych przez żandarmów do pracy w Hasagu – firmie zatrudniającej żydowskich niewolników. Czasami jakiś przyzwoitszy żandarm pozwolił się zatrzymać kolumnie i wtedy kto mógł, starał się dać im coś do jedzenia. Wzruszająca była gruba właścicielka kiosku spożywczego naprzeciw dworca kolejowego, która kiedyś w mojej obecności dała żandarmowi butelkę wódki, żeby ten pozwolił kilku Żydom z kolumny dać po kawałku chleba, kilka cebul i słoniny. I pamiętam, jak zapytana przeze mnie, dlaczego daje słoninę, skoro Żydzi nie jedzą wieprzowiny, odpowiedziała: "Żydowski Bóg jest mądry i im wybaczy, bo już przecierpieli za wszystkie grzechy. Przeszłe i przyszłe".
Zdarzył się też przypadek, kiedy nagle ni stąd, ni zowąd zjawił się na naszym podwórku kilkunastoletni żydowski chłopiec w łachmanach błagający o coś do jedzenia. Moja mama wypchała mu siatkę wszystkim, co było w domu, przede wszystkim kilkunastoma puszkami sardynek kupionymi wcześniej na czarnym rynku. Problemem jednak okazał się powrót chłopca do getta, bo mur, przez który dostał się na nasze podwórko, mógł być tym razem obserwowany, a poza tym pełna siatka była dodatkowym obciążeniem. I wtedy wpadliśmy na pomysł, który później był jeszcze parę razy wykorzystywany. Otóż po przeciwnej stronie ulicy mieściło się biuro firmy spedycyjnej Rennert, w której mój tata udawał, że pracuje. Okna biura wychodziły również na getto, a jako że były oknami biura volksdeutscha, a może nawet reichsdeutscha, nie były zamurowane. I tam właśnie tata zaprowadził wieczorem chłopca, który przez okno dostał się do getta.
Myślę, że nawet bez dłuższego zastanowienia się przypomniałbym sobie inne historie związane z gettem, ale chcę opisać zdarzenie, którego reperkusje trwają do dziś i było zarówno opisane przez pisarzy, jak i stanowiło temat kilku filmów dokumentalnych. Otóż na początku 1942 roku polskie podziemie szeroko rozpropagowało akcję adoptowania dzieci z Zamojszczyzny. Były to dzieci osierocone przez rodziców zamordowanych przez hitlerowców w czasie akcji przesiedleń na Zamojszczyźnie. Moi rodzice, niewiele się zastanawiając, postanowili adoptować takie dziecko. Któregoś dnia zabrali mnie ze sobą do sierocińca przy ulicy Jasnogórskiej, prowadzonego przez siostry zakonne. Tam nie oglądali wielu dzieci, bo już pierwsza, niespełna dwuletnia blondyneczka uśmiechnęła się do nas i zarówno rodzice, jak i ja (a muszę dodać, że już wtedy liczyli się z moim zdaniem i nie mieli przede mną żadnych tajemnic) poczuliśmy do niej ogromną sympatię. Następnego dnia mama pożyczyła od znajomych wózek i jakiś czarny płaszczyk i pojechaliśmy po dziewczynkę. Formalności wtedy nie trzeba było załatwiać żadnych, tylko siostra zakonna powiedziała nam, że dziecko nie ma rodziców, brakuje dokumentów chrztu, a przyjechało z Zamościa i chyba ma na imię Elżunia, bo na takie imię najlepiej reaguje. I stało się. Do domu wróciliśmy już z Elżunią, a najbliżsi sąsiedzi – rodzice Irka i Mirka – zostali powiadomieni, że to córka niedawno zmarłej siostry ciotecznej mojej mamy. Mama, która zawsze chciała mieć córeczkę, radowała się tak ogromnie, jakby odnalazła swoje własne dziecko. Tata był szczęśliwy, a ja się cieszyłem, że mam siostrzyczkę.
Elżunia z lalką
Mama z Elżunią
Sielanka trwałaby bez końca, gdyby po kilku dniach nie okazało się, że blondyneczce Elżuni odrastają ciemne włosy. I stało się jasne, że ta śliczna dziewczynka z Zamojszczyzny to dziecko żydowskie, w jakiś sposób wyprowadzone z getta. I tu zaczął się problem. Dylemat dzisiaj być może niezrozumiały, ale wówczas śmiertelnie realny – życie albo śmierć. Bo jeśli dziewczynka jest rzeczywiście dzieckiem żydowskim i Niemcy to odkryją, to niechybna śmierć grozi nie tylko naszej rodzinie, ale być może wszystkim mieszkańcom domu. Przed podjęciem jakichkolwiek decyzji rodzice pojechali do sierocińca, aby upewnić się co do swoich podejrzeń i niestety, siostra przełożona szczerze potwierdziła, że Elżunia najprawdopodobniej jest dzieckiem żydowskim i została przywieziona do sierocińca przez polskiego lekarza, który co prawda nie mówił o szczegółach, ale uprzedził, że dla bezpieczeństwa ma utlenione włosy.
Najbliższych kilka dni było chyba jednymi z najtrudniejszych, jakie przeżyli moi rodzice. Przede wszystkim postanowili owinąć dziecku główkę chusteczką, aby odrastające włoski były niewidoczne. Następnie przez kilka dni i bezsennych nocy próbowali znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. Kolejne warianty: oddanie z powrotem dziecka do sierocińca, wysłanie dziecka gdzieś na wieś i zapłacenie komuś za przechowanie, zostały w końcu odrzucone i rodzice (zresztą w porozumieniu ze mną) zdecydowali, że Elżunia zostaje u nas, podejmujemy ryzyko z tym związane i niech się dzieje co chce. Niejednokrotnie strach nas ściskał za gardło, a kiedy jakiś żandarm niemiecki na ulicy zatrzymał nas, zbliżył się do Elżuni, pogłaskał po główce i powiedział: "Jaka ładna dziewczynka i jaka śliczna kokarda", prawie byliśmy pewni, że za chwilę wyjmie pistolet i nas rozstrzela, a on tymczasem odszedł i jeszcze pomachał ręką. Podobnie, kiedy byliśmy na proszonym obiedzie w ogrodzie u dyrektora browaru, znajomego rodziców, i wpadło dwóch granatowych policjantów, którzy zaczęli pytać, czy nie przebiegał tędy Żyd, który uciekł z transportu, czy wtedy gdy przyszło do nas dwóch szmalcowników (szantażystów zarabiających na denuncjacji ukrywających się Żydów), którzy poinformowali rodziców, że wiedzą, że dziewczynka jest żydowskim dzieckiem, i żądają dwudziestu tysięcy złotych za utrzymanie tego w tajemnicy.
W tym przypadku rozwój wydarzeń był nie tylko dramatyczny, ale wręcz sensacyjny. Do tej pory tylko słyszeliśmy o takich perfidnych zbrodniarzach, a teraz sami ich spotkaliśmy. Tata jednak nie stracił głowy, próbował negocjować wysokość kwoty, ale bezskutecznie, udało mu się jednak przedłużyć termin wpłaty, a płatność miała nastąpić u nas w domu za dwa tygodnie. I przyszli. I dostali pieniądze, tyle że cieszyli się nimi zaledwie kilka minut, gdyż natychmiast po wyjściu z naszego mieszkania, w odległości kilkudziesięciu metrów od domu zostali zastrzeleni na podstawie wyroku wydanego przez władze Armii Krajowej. A stało się tak dlatego, że tata, który był kwatermistrzem okręgu AK, o szantażu poinformował natychmiast dowództwo okręgu, a tam były już wcześniejsze zgłoszenia o zbrodniczej działalności tych zbirów. Tak to w zaplanowanym dniu zapłaty na ulicy pojawiło się kilku młodych mężczyzn, którzy tylko czekali na wyjście od nas szantażystów, i kiedy ci oddalili się od naszego domu na tyle, żeby nie wiązać ani ich, ani ich śmierci z naszym domem, oddali do nich kilka strzałów i się rozbiegli. Faktem jest zresztą, że mimo upływu czasu strach o Elżunię i jej dekonspirację nie ustępował i każde przypadkowe pojawienie się policji w okolicy naszego domu przyprawiało nas o gwałtowne bicie serca.
Kolejnym dramatycznym momentem było aresztowanie mojego taty. Było ono wynikiem nie tylko usilnych starań hitlerowców, ale również zbiegiem głupich okoliczności. Otóż tata przez wiele miesięcy ukrywał się, wiadomo już było bowiem, że informacje o jego konspiracyjnej działalności dotarły do Niemców, i posługiwał się podrobionymi dokumentami na nazwisko Rycharski, bardzo rzadko przebywając w domu. W dniu aresztowania właśnie przyszedł, bo czekał na jakieś spotkanie. Było wcześnie rano, bawiłem się na podwórku z psem, gdy nagle podeszło do mnie dwóch panów i zapytało znakomitą polszczyzną, gdzie mieszkają państwo Urbańczykowie. Jako grzeczny chłopiec, wiedząc zresztą, że tata oczekuje kogoś, wskazałem na okna naszego mieszkania. I natychmiast zapaliło mi się czerwone światełko – bo przecież miała być jedna osoba, a nie dwie, a poza tym konspiratorzy AK-owcy nie pytaliby tak jawnie o interesującą ich osobę. Ale było już za późno. Pobiegłem na drugą stronę domu, gdzie były okna od sypialni, żeby krzykiem ostrzec tatę, ale hitlerowcy weszli już do mieszkania. Nie ma co opisywać szczegółów, w każdym razie rodzice w pierwszej chwili wystraszyli się, że chodzi o Elżunię. Ten mówiący po polsku, volksdeutsch z Łodzi, udawał nawet dobrodusznego, bo kiedy tata się ubierał, to bawił się z Elżunią, mówiąc, że jego córeczka jest w Łodzi, przemianowanej przez Niemców na Lizmanstadt.
Konsekwencje tego aresztowania mogły być tragiczne, gdyż tatę przewieziono do Krakowa, gdzie niemiecki sąd skazał go na karę śmierci. Prawdę powiedziawszy, do dziś nie rozumiem, dlaczego mojego tatę sądzono i skazano, podczas gdy setki tysięcy innych rozstrzeliwano, wysyłano do obozów koncentracyjnych, po prostu zabijano bez żadnych formalności i ceregieli. Być może dlatego, że w procesie współoskarżonym był Niemiec, który za pieniądze dostarczał jakichś informacji komendanturze AK. W każdym razie w przypadku mojego taty stworzyło to szansę ratunku. I szansę tę wykorzystano.
Organizacja, mama, znajomi zorganizowali znaczną sumę pieniędzy, za które udało się przekupić strażników, a ci pozwolili ojcu uciec z oddziału więzienia Świętego Michała przy ul. Wielickiej w Krakowie. Transport tych pieniędzy był też dość interesujący. Ponieważ jedynym sposobem dotarcia pociągiem z Częstochowy do Krakowa był przejazd tak zwany tranzytowy przez terytorium ziem przyłączonych do Reichu, to jadący tym pociągiem pasażerowie musieli się spodziewać rewizji na granicy pomiędzy stacjami Poraj i Korwinów. W tej sytuacji uznano, że najbezpieczniej będzie, gdy pieniądze przewiezie moja mama, a ja, jedenastoletni chłopiec, będę dobrym kamuflażem. Pojechaliśmy więc razem, tyle że przed granicą mamę dopadły rozterki, jak je ukryć. W rezultacie wybrała chyba najbardziej ryzykowny sposób, bo po prostu paczkę z pieniędzmi położyła w kącie górnej półki, zasłaniając ją walizką. I miała sporo szczęścia, bo dwaj grenzschutze, którzy weszli do przedziału, okazali się wzrostu na tyle niepozornego, że po zdjęciu walizki nie zauważyli tej paczki. Mama, ja i paczka dojechaliśmy do Krakowa, a tam już w przekazaniu pieniędzy nie uczestniczyłem, ale rzeczywiście, po dwóch dniach zjawił się tata. Tym razem przesiedział trzy miesiące, a po wyjściu był już innym człowiekiem, bo miał nowe papiery na nowe nazwisko.
W czasie tego pobytu w Krakowie utkwił mi w pamięci również inny incydent. Kiedy szliśmy z mamą ulicą Grodzką, zobaczyliśmy idącą jezdnią kilkudziesięcioosobową kolumnę Żydów, eskortowaną przez kilku niemieckich żandarmów. I nagle idący chodnikiem, nienależący do eskorty esesman w czarnym mundurze z trupią główką na czapce krzyknął w stronę kolumny, żeby podeszła do niego młoda kobieta z kilkuletnią dziewczynką. Kobieta podeszła, on powiedział kilka zdań, których nie usłyszeliśmy, i jakby pogłaskał dziewczynkę po głowie, po czym kobieta z dziewczynką odwróciły się i poszły szybkim krokiem w kierunku kolumny, a on tymczasem wyciągnął pistolet i strzelił dziewczynce w tył głowy. Było to tak straszne, a przy tym tak absurdalnie tragiczne, że wydawało się sceną z filmu. Ale nie był to, niestety, film. Była to straszna okupacyjna rzeczywistość. Matka wzięła dziewczynkę, a właściwie jej zwłoki na ręce, zaniosła się prawie bezgłośnym szlochem i dołączyła do kolumny, a oprawca odszedł w drugą stronę. To, o czym piszę, wydaje się zdarzeniem wymyślonym i niewyobrażalnym, a przecież tak było, to się zdarzyło naprawdę i po wielu latach pozostaje w mojej pamięci, stanowiąc dowód, że nie istnieją takie okrucieństwa, których nie mógłby się dopuścić człowiek, jeśli zostanie odpowiednio zmanipulowany.
Były i inne zdarzenia charakteryzujące ten okres, które dotyczyły mnie bezpośrednio. W połowie 1944 roku na ulicach Częstochowy pojawiało się coraz więcej żołnierzy niemieckich z tak zwanego Volkssturmu, to jest wiekowych emerytów i nieopierzonych nastolatków. Pojawili się również żołnierze ukraińscy z dywizji Własowa, tak zwani własowcy, i członkowie formacji SS Galizien. Ci pierwsi często w strojach kozackich, ci drudzy w czarnych mundurach SS z opaskami SS Galizien. Podążając ulicą Dworcową, zauważyłem idącego kilkadziesiąt metrów przede mną żołnierza niemieckiego, właśnie takiego podstarzałego, mocno pijanego. I nagle trzech nastolatków, kolegów z sąsiedniego podwórka, podbiegło do niego, zabrali mu karabin i biegiem uciekli w pobliską ulicę Katedralną, a tam wpadli na jakieś podwórko. Niestety, całe to zdarzenie widział ukraiński esesman idący kilkanaście metrów za mną. Dobiegł do mnie i po ukraińsko-niemiecku, trzymając mnie za kołnierz, zapytał, dokąd uciekli chłopcy, bo co prawda widział, jak skręcili w boczną ulicę, ale już nie zdążył zobaczyć, w jakie podwórko. Oczywiście odmówiłem odpowiedzi, bo hitlerowcom nie denuncjowało się kolegów, a on, trzymając mnie ciągle za kołnierz, doprowadził do najbliższego domu, notabene, w którym mieszkałem, wyciągnął pistolet i zagroził, że mnie natychmiast zastrzeli, jeżeli nie powiem, gdzie są i kim są ci chłopcy. Jakkolwiek nie łudziłem się, że uda mi się uratować, to nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że mógłbym tych kolegów wydać. I właśnie wtedy dotarło do mnie, że nie ma się co dziwić dorosłym, partyzantom, konspiratorom, że nie uginają się nawet pod groźbą śmierci. Ja po prostu ziałem wściekłością i nienawiścią i cały czas myślałem nie o zagrożeniu, ale o chęci zrobienia na złość temu bydlakowi. Nie bałem się o los kolegów, ale nie mogłem dopuścić, żeby ta kreatura miała jakąkolwiek satysfakcję. I nagle zdarzył się cud. Mnie i wymachującego pistoletem esesmana zobaczył wyglądający przez okno mój tata. Nie tracąc zimnej krwi, wyskoczył z mieszkania, dobiegł do nas, trzasnął w pysk mojego prześladowcę i zawołał po niemiecku: "Ty ukraińska świnio, jakim prawem grozisz niemieckiemu dziecku!". To wystarczyło. Esesman odwrócił się na pięcie, coś wymamrotał i odszedł. Gdyby zażądał dokumentów, to pewnie zastrzeliłby i mnie, i tatę.
Jeżeli z każdego nadzwyczajnego wydarzenia można wyciągnąć jakąś naukę, to w tym przypadku tych nauk pojawiło się całkiem sporo – po pierwsze, nie ma sytuacji beznadziejnych i zawsze jest jakaś szansa, po drugie, każde, nawet najbardziej ryzykowne działanie jest lepsze od bezczynności, po trzecie, w większości przypadków to, co dla osób postronnych wydaje się bohaterstwem, jest tylko manifestacją wściekłości, która całkowicie wyklucza strach. Umiejętność podejmowania szybkich decyzji uratowała zresztą kiedyś, w zupełnie innych okolicznościach, bo już po wojnie, życie i mnie, i tacie. Byliśmy na wycieczce w Mirowie nad rzeką. Razem z moimi rodzicami i ze mną była też Amelcia, nasza ukochana niania, pomoc domowa i prawie członek rodziny. Pracowała u rodziców jeszcze przed wojną, a po wysiedleniu dołączyła do nas w Częstochowie, traktując moich rodziców z większym sentymentem niż wszystkich swoich bliskich. Kąpiąc się w tymże Mirowie, wpadłem w wir, który wciągnął mnie pod wodę. Natychmiast na ratunek wskoczył mój tata, ale wir i jego zaczął wciągać. I wtedy Amelcia bez chwili zastanowienia chwyciła pasek od spodni, złapała się konaru drzewa i podrzuciła pasek tacie, który jedną ręką złapał się go, a drugą wyciągnął mnie z wiru, bo właśnie otarłem się o jego nogi. No i się udało! Aż mi się wierzyć nie chce, że ktoś w ciągu kilku sekund może podjąć tak ważną decyzję i ją bezbłędnie zrealizować.
A wracając do odwetu i wściekłości, to muszę wspomnieć o okropnym zdarzeniu, kiedy to idąc ulicą Świętej Jadwigi w pobliżu cmentarza, nagle wraz z innymi przechodniami zostałem wciągnięty przez żandarmów na plac przed cmentarzem, gdzie właśnie przygotowywano egzekucję dziesięciu zakładników. Jak zwykle w takich przypadkach Niemcy dla spotęgowania uczucia zagrożenia i terroru gromadzili mieszkańców, żeby byli świadkami egzekucji. Dziesięciu związanych mężczyzn wprowadzono na przygotowany szafot, postawiono na prowizorycznych stołkach i zarzucono im pętle na szyję. Żaden ze skazanych nie prosił o litość, nie płakał, natomiast kilku z nich krzyknęło: "Niech żyje Polska!", kiedy żandarmi wykopywali spod ich nóg stołki. I znowu u mnie – dwunastoletniego chłopca – dojmującym uczuciem nie był żal, ale wściekłość i chęć zemsty. Do dzisiaj dziwię się, że te okropne rzeczy robione przez niemieckich okupantów nie wypaczyły mojego charakteru i dziś, po latach, umiem oddzielić te historyczne zbrodnie od teraźniejszych zupełnie poprawnych, a nawet dobrych relacji z zachodnimi sąsiadami.
Myślę, że dość rozpamiętywania losów i nieszczęść okupacyjnych, przejdę więc do późniejszego okresu. A jego początkiem był dzień wyzwolenia Częstochowy przez wojsko sowieckie i żołnierzy polskich.