Niniejsza nowela E. Orzeszkowej oparta jest na
rzeczywistości, aż nadto dobrze pamiętnej starszemu pokoleniu
ludności polskiej w b. zaborze rosyjskim. Sprawa Joanny Lipskiej,
obwinionej i skazanej na karę za nauczanie małych dzieci,
przypomina nam niedawne jeszcze czasy, kiedy nigdzie na ziemiach
polskich, zagarniętych przez Rosję, nie wolno było uczyć po polsku,
nawet abecadła, ci zaś, co uczyli, podlegali prześladowaniu i
surowym karom.
* * *
W jednem z większych miast wielkiego państwa Joanna Lipska
codziennie przechodziła około gmachu, którego front teraz właśnie
rozszerzano i przyozdabiano, najlżejszej uwagi na niego nie
zwracając. Wielkie było państwo i wielki zbudowany przez nie gmach
sądowy; cóż ona z potężnemi wielkościami temi mieć mogła wspólnego?
Wiedziała, że w tych obszernych ścianach, porzniętych szeregami
jasnych okien, rozstrzygają się losy tych, którzy wiodą majątkowe
spory lub popełniają występki i zbrodnie. Majątkowych sporów ona
mieć nie mogła, nie mając żadnego wcale majątku; gdyby zaś
kiedykolwiek nasunęła się jej myśl, że może być obwiniona o
popełnienie zbrodni, wprost parsknęłaby śmiechem. Ale myśl ta nie
nasunęła się jej nigdy, i nigdy gmach sądowy nie zwrócił na siebie
szczególnej jej uwagi. Była ona tak mała ze swem skromnem
nazwiskiem, ze swem zupełnem ubóstwem i ze swą szczupłą dziewiczą
kibicią!
Nosiła zawsze czarną wełnianą suknię i czarny kapelusz,
ani ozdobny, ani modny, lecz z pod którego widać było gęstwinę
ślicznych włosów, tak prawie jasnych, jak len, gładkich i lśniących
nad czołem, w prosty, ciężki warkocz zwiniętych ztyłu głowy. Cerę
twarzy miała bladawą i często zmęczoną, różowe usta i szare oczy,
które kryształową swą przezroczystością przypominały czasem oczy
dziecięce. Młoda była i niewątpliwie ładna, lecz każdy znawca ludzi
poznałby w niej odrazu jedno z tych dziewcząt, w każdem mieście
licznych, które nie bawią się i nie stroją nigdy, jadają niewiele,
oddychają powietrzem wąskich ulic i ciasnych izdebek. Taki sposób
życia tamuje rozwój wdzięków i zarazem ukrywa je przed ludźmi. Nie
pielęgnowane i nie uwydatniane, kwitną one blado i więdną
niepostrzeżone, jak kwiaty, które spłowiały w cieniu; zaćmiewa je i
zasłania często łopuch byle jaki, lecz wygodnie i pysznie
rozrastający się w blasku słońca. Blada i przywiędła, z ulicznym
gminem zmieszana, w swojej wiecznej czarnej sukience, szła Joanna
zawsze ulicami miasta śpiesznie, z kibicią trochę naprzód podaną, z
czołem trochę pochylonem, a drobne i kształtne jej stopy w grubem
obuwiu prędko, prędko stąpały po nierównych kamieniach chodnika.
Teraz codziennie zeskakiwać musiała z chodnika i okrążać mularskie
rusztowanie, wzniesione u ściany sądowego gmachu. Raz tylko
podniosła głowę, popatrzyła na robotników, pracujących u szczytu
rusztowania, i pobiegła dalej. Pomiędzy nią a tym gmachem wielkim i
napełnionym posępnemi dźwiękami sporów i zbrodni cóż wspólnego być
mogło?
Nikt a nikt nie zwrócił był na to uwagi, ale to pewna, że
przed niedawnym czasem wyraz jej twarzy bywał bardzo smutny i
stroskany, a czarna suknia oszyta u dołu białą taśmą. Nosiła żałobę
po ojcu i ciągle myślała o tem, że powinna koniecznie znaleźć sobie
sposób zarabiania na życie, aby nie obciążać sobą ciężkiego życia
brata. Była to myśl pozioma i prozaiczna, niemniej rysująca często
głęboką zmarszczkę na jej młodziutkiem czole. Cierpiała wtedy i
dużo myślała, nietylko nad sobą, ale czasem nad całym światem i
różnemi jego urządzeniami. Czasem także wyglądała tak, jakby
wstydziła się czegoś, i wtedy jej oczy zdawały się pokornie
przemawiać do ludzi:
- Przebaczcie mi, że istnieję!
Chodziła po świecie z nieustanną myślą:
- Na co ja komukolwiek lub czemukolwiek przydać się mogę?
Często bywała głodna i miewała podarte obuwie, myśląc zaś
o kawałku chleba, czy bułki, albo o całych trzewikach, myślała
zarazem:
- Wszakże biedny Mieczek sam nie ma zawsze kawałka mięsa,
i koszule jego drą się już w kawałki... A tu jeszcze siedzę mu na
karku!
Miała znajome i rówieśnice, które w takiem samem jak jej
położeniu żyły sobie zupełnie spokojnie, a niekiedy nawet i wesoło.
Zręcznie i chciwie chwytały drobne przyjemności życia, karmiły się
niemi, oczekiwały lepszej przyszłości, nie rozglądały się po
świecie i nie oglądały się na nikogo; było im dość dobrze.
Ona tak nie mogła. Dlaczego? Może sama natura stworzyła ją
nieco inaczej, może naturze dopomogły w tem rozmowy usłyszane,
książki przeczytane, widoki tych i owych istnień sąsiednich, trochę
wiedzy, przelanej w jej głowę z ust ojca, który niewiele przed
wydaleniem się swem z tego świata wydalony został z posady
nauczyciela miejscowej szkoły męskiej. Gdyby był dłużej posadę tę
zachował... A! wcale inaczej działoby się teraz z dwojgiem jego
dzieci. Ale zachować jej nie mógł. Dlaczego? Daleka przyszłość
zdumiewać się nad tem będzie: był Polakiem. W sile wieku usłyszał,
że nie ma prawa pracować tak, jak chciał i umiał, ani pożywać
owoców swej pracy. Na miejskim cmentarzu nie otworzy się już
mogiła, i nie wyjrzy z niej przedwcześnie osiwiała głowa pedagoga,
z zaczerwienionemi od pracy oczyma i wielką chmurą zmarszczek,
którą na czole jego złożyły nie lata, lecz jedna chwila, ta, w
której mu w ścianach szkoły powiedziano: "Idź stąd precz, ponieważ
tuś się urodził; miejsce twe zajmie ten, kto ziemi tej ani jej
dzieci dotąd nie znał i nie widział". Pedagog, nieco już pracą
sterany, usłuchał odrazu i poszedł precz ze świata.
Dość długo Joanna biła się z różnemi myślami i zamiarami,
aż dnia pewnego wbiegła do małej swojej kuchenki widocznie
wzruszona. W ręku trzymała kosz z bielizną, którą do maglowania
nosiła. Pomimo, iż był dość ciężki, prędko wbiegła po wąskich i
stromych wschodkach i z łatwością postawiła go na stole. Szczupła,
blada, miała jednak siłę organizacyj nerwowych i czynnych.
Postawiwszy kosz na stole, pozostała nieruchoma i zamyśliła się.
Stała na podłodze z desek grubych i sterczących czarnemi głowami
gwoździ; nad nią zwisał sufit niski, ciemny od pyłu i dymu; pod
czteremi ścianami, oklejonemi lichem obiciem, stało parę stołów i
ław drewnianych, szafka z kuchennem naczyniem, łóżko, zasłane
szczupłą i białą pościelą. Tu sypiała; pokoik przyległy służył za
sypialnię i pracownię jej bratu, i było to już całe ich mieszkanie,
znajdujące się na tak zwanej "salce", czyli górnem piąterku domu,
który wyglądał zupełnie tak, jakby wzór jego dokonany został przez
pięcioletniego architekta zapomocą ustawienia z siedmiu kart dwóch
trójkątów u dołu, a jednego w górze. Takie górne trójkąty domków
miejskich zawierają w sobie najtańsze mieszkania; dlatego Lipscy
zajęli je po śmierci ojca. Na dole znajdował się szynk ze
sklepikiem od ulicy; dziedziniec roił się od mieszkańców różnej
płci i wieku.
Promień zachodzącego słońca, wnikający przez małe okno,
oblewał złotem głowę dziewczyny, a na czarnej jej sukni
nielitościwie odkrywał starannie zacerowane rozdarcia. Splecione
ręce zwiesiła na suknię, powieki miała spuszczone i na ustach
marzący uśmiech. O czem z taką rozkoszą marzyła?
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.