88 Lat - Jerzy Witold Solecki

Reflow text when sidebars are open.
Napisałem, że śmierć ojca przeżyłem bardziej niż śmierć brata. To nie całkiem tak. Po prostu po śmierci ojca zacząłem się bać; zrozumiałem, że teraz kolej na mnie. Śmierć brata oznaczała, że oto ja zostałem, mam żyć jakby za nas obu. Ale przecież i on żył całych dwadzieścia lat, o których trzeba opowiedzieć. Przede wszystkim to, co znaczył dla mnie.
Pierworodny, o dwa lata starszy ode mnie, pełen wdzięku, talentów i uroku - był ukochany przez bogów, miał być artystą, intelektualistą, miał studiować. Ja miałem być kupcem, choć do gimnazjum mnie przecież przed wojną posłano, ale już w czasie okupacji on robił gimnazjum na kompletach, ja pracowałem u Meinla... Miał wielkie zdolności plastyczne, łatwość uczenia się w ogóle, a szczególnie języków obcych, wspaniałą pamięć i rozległe zainteresowania. Gdyby żył, ja żyłbym w jego cieniu, choć był bardzo dobrym bratem. To dzięki niemu nasze dzieciństwo, tak przecież materialnie ubogie, było kolorowe i owiane tchnieniem Sztuki. Starożytny Egipt i "papirusy" na brzozowej korze, Japonia, Wyspiański i Eos Różanopalca, Skoczylas i miłość do drzeworytu, fantastyczny świat Juliusza Verne'a, Odyseja i Iliada, Historia żółtej ciżemki i Wspomnienia niebieskiego mundurka, wyspy skarbów, wspaniałe armady żaglowców budowanych z łupin włoskich orzechów (kiedyś usiadłem na jednym z takich żaglowców, kiedy armada żeglowała po tapczanie), Indianie, ich wigwamy i pióropusze - to wszystko był świat kreowany przez niego. Był wodzem Indian o dumnym imieniu "El Sol". Pamiętam zdumione rozbawienie naszej matki, kiedy jakiś skrzat znad Wisły wpadł zadyszany, pytając: "Czy jest El Sol?" (dziś czasami odbieram telefony do mego syna: "Czy jest Solo?"). Cóż ja - z moją zaprogramowaną przez rodziców przyszłością kupca - mogłem przeciwstawić temu genialnemu połączeniu hiszpańskiego słońca z trzonem naszego nazwiska? W pudełku od butów poukładałem kłębki pięknego, miedzianego drutu, które dostałem od kolegi matki z centrali telefonicznej, a nad wejściem do tej "fabryki" umieściłem wykonany z tegoż drutu napis podświetlony żaróweczką czerpiącą prąd z bateryjki: "SOLDRUT".
Od dziecka nosił okulary, ale nawet one dodawały mu wdzięku. Wszędzie i zawsze był duszą towarzystwa, był zapraszany, rozrywany i podziwiany. Miał dziewczynę na ulicy Krasińskiego, której imienia już nie pamiętam, zachowali się oboje roześmiani na zdjęciu z przedpowstaniowej zimy.
Pożegnalnym przesłaniem stał się dla mnie niecodzienny prezent, jaki zrobił mi parę tygodni przed śmiercią. Byłem wtedy zakochany w Niusi Szpechtównie, córce bardzo zamożnego właściciela sklepu z kryształami, a zarazem po uszy tkwiłem w przedpowstańczej krzątaninie, był to bowiem koniec lipca 1944 roku. Przyznałem mu się, że nie mam ani forsy, ani pomysłu, ani czasu na szukanie prezentu. Następnego dnia, po nocy spędzonej nad moim prezentem, wręczył mi zwój jakby papirusu pokrytego pięknie wykaligrafowanymi strofami Miłości wiecznej Juliana Ejsmonda, ozdobiony jeszcze piękniejszymi, niezwykle subtelnymi rysunkami wykonanymi kolorowym tuszem, ilustrującymi - niby pastisze z epoki - owe strofy o wiecznej miłości, która idzie przez wieki, wciąż ta sama i wciąż nowa... Z imieninowego przyjęcia Niusi zapamiętałem widok na Wisłę z okien i bogato zastawiony stół, przybrany kolorowymi bukiecikami pachnącego groszku upiętymi na obrusie i rozrzuconymi wokół talerzy i półmisków. Mój prezent wprawił w zachwyt i solenizantkę, i - widać wrażliwych na piękno - imieninowych gości. Nikt nie miał wątpliwości, że ma w ręku dzieło sztuki, i to nie kupione w sklepie, ale narysowane i zadedykowane w moim imieniu solenizantce. Tłumaczyłem, że brat, że od dziecka... A był już wtedy przyjęty do konspiracyjnej Akademii Sztuk Pięknych, zaś sam profesor Półtawski wróżył mu wspaniałą przyszłość. Tego popołudnia chodziłem w blasku jego sławy. We wrześniu młodego artysty już nie było wśród żywych, mieszkanie Niusi wraz z poematem Ejsmonda leżało w gruzach, a jej sympatyczny ojciec zaraz po "wyzwoleniu" został zabrany z ulicy przez pierwszy sowiecki patrol.
Jaki byłby mój brat, gdyby żył, jaki byłbym ja przy nim, jak byśmy weszli w ten świat, który nastał na miejsce świata naszego dzieciństwa? Nikt nigdy nie odpowie na te pytania, ale kiedy będę opowiadał o sobie wchodzącym w ten nowy świat, to pytanie będzie obecne i zapewne pomocne w sformułowaniu najbliższej prawdy odpowiedzi.
Sławek ilustrował jakieś wydawnictwo podziemne. Jego szkolni koledzy mieli ciągoty skrajnie prawicowe. Pamiętam głodną Gwiazdkę na Zgierskiej, chyba w 1941 roku, kiedy w kilku chłopaków jedliśmy przy choince gliniasty chleb z chudym, kwaśnym twarożkiem i niewiele słodszą marmoladą z brukwi, chyba pod jakąś wódkę, i podnosząc ręce, śpiewaliśmy czy skandowaliśmy: "My, polscy faszyści...", co zresztą żadnego praktycznego skutku nie miało. Wydaje mi się jednak, że jego kontakty pozostały w tych kręgach i że gazetka, w której zamieszczał rysunki podpisane pseudonimem "Oset", była też prawicowa (to znaczy - na prawo od AK). Idąc do powstania, zwinąłem egzemplarz z jego rysunkiem w rulonik i ukryłem w mosiężnym karniszu. Kiedy wróciłem do spalonego mieszkania na Opaczewskiej, karnisz był tak samo spopielony jak wszystko inne; wytrzymał próbę ognia jedynie lichtarzyk zrobiony przez niego z żelaznej taśmówki. Po wojnie ciągle myślałem o konieczności odszukania tej gazetki, ale nigdy tego nie zrobiłem. W konspiracji wojskowej nie uczestniczył i kiedy w ostatnich dniach przed powstaniem przechowywałem w domu parę sztuk broni, pokazywałem mu elementarne zasady obsługi kb, Stena, pistoletu, granatów. Powstanie zastało go, podobnie jak matkę, w drapaczu chmur. Nie wypytałem matki o te pierwsze dni, kiedy byli razem, ani w ogóle o jej losy w powstaniu. Kołacze się po głowie informacja, że uczestniczył w zdobywaniu PAST-y i że za Aleje przeszli właśnie na odpoczynek po tej akcji. Zupełnie niedawno, szukając w książce Stachiewicza Parasol śladów jakichś pododdziałów "Garłucha", które walczyły w szeregach tego batalionu, natrafiłem przypadkiem na jego nazwisko w wykazie poległych żołnierzy z informacją, że wszedł w szeregi na Woli. Wynikałoby z tego, że zaciągnął się gdzieś w okolicy placu Napoleona, jego oddział skierowany został na Wolę, być może wrócili do punktu wyjścia i walczyli o PAST-ę, a potem poszli za Aleje. Zginął w kinie Urania przy ulicy Hożej 29 jako żołnierz Kompanii Ochrony Kwatery Głównej, Grupy Narocz ppor. "Damazego". Jego oddział pełnił służbę wartowniczą w obozie jenieckim dla Niemców, urządzonym w lokalu kina. Bomba lotnicza wpadła w sam środek widowni, grzebiąc zarówno jeńców, jak i znajdujących się na balkonie powstańców. Władysław Bartoszewski w książce 1895 dni Warszawy tak odnotowuje to wydarzenie: "Bomby niemieckie trafiają też w siedzibę obozu jeńców w lokalu kina Hollywood przy ul Hożej. Ginie tam około 100 Niemców, a wraz z nimi część polskiej załogi". Ja także z okresu okupacji pamiętam nazwę kina (czy kabaretu) Hollywood, jednakże akt śmierci wyraźnie wymienia nazwę Urania.
O śmierci Sławka i o miejscu pochówku dowiedzieliśmy się jeszcze przed powrotem do Warszawy, w Pruszkowie. Podówczas dojeżdżało się koleją do Szczęśliwic, dalej pieszo do miejsca, skąd zaczynały kursować konne platformy (sprzed hotelu "Polonia"). Kto miał na to środki, podróżował dalej jak panisko platformą ("Jeszcze dwie damy i odjeżdżamy!"), przez Wisłę zaś za kolejną opłatą przeprawiał się piaskarską krypą i dalej znów piechotą. Pierwsza więc moja podróż do Warszawy wiodła najpierw na Hożą, a dopiero potem na Grochów, gdzie ocalało nasze dawne mieszkanie na Zgierskiej. W czasie kiedy front stał na Wiśle, mieszkali w nim żołnierze kościuszkowcy, którzy spalili w piecach wszystko, co dało się spalić. Ocalała w piwnicy maszyna do szycia Singer, którą wyniosłem na targ i sprzedałem na koszty ekshumacji. Jak się wkrótce okazało, pieniędzy starczyło jedynie na transport zwłok platformą na Cmentarz Wojskowy i zbicie trumny, a samą ekshumację musiałem wykonać własnymi rękami.
Zaopatrzony w siekierę i piłę udałem się na gruzy kina Urania. Na widowni walały się piszczele sterczące ze skarpetek, a niklowy budzik firmy Junghans zaczął dzwonić w dosłownie śmiertelnej ciszy owego cmentarzyska. Z desek wyciągniętych z gruzów zbiłem nie jedną, lecz dwie skrzynie, ustaliliśmy bowiem, że po jednego z pochowanych we wspólnym grobie towarzyszy broni mojego brata nikt się nie zgłosił, jego pochówek pozostał więc naszym wspólnym obowiązkiem. Ja zrobiłem trumnę, wszyscy złożyliśmy się na koszt transportu. Obie skrzynie zgodzili się przechować właściciele warzywnego sklepu mieszczącego się nieopodal w suterenie. W dniu ekshumacji, a była to późna wiosna 1945 roku, wprawieni w tym jakże wówczas popularnym fachu grabarze odkopali wierzchnią warstwę ziemi, zdjęli płat blachy przykrywającej pierwszą warstwę zwłok i wydobywali je kolejno według wskazówek zgromadzonych wokół otwartego grobu rodzin, rozpoznających swych bliskich. Akty zgonu znajdowały się w butelkach ułożonych między stopami. Kiedy grabarze doszli do zwłok mego brata, bez słowa wyszli z grobu i stanęli obok; za wyjęcie tych zwłok nie otrzymali przecież zapłaty.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Oboje rodzice mojej matki urodzili się w powstańczym 1863 roku, oboje zmarli po przeżyciu głodnej i chłodnej pierwszej okupacyjnej zimy w roku 1940. Kiedy dziadek, Stanisław Markiewicz, potomek starego rodu młynarzy z Pyzdrów w Poznańskiem, zamieszkawszy w Warszawie i zająwszy się krawiectwem, dorobił się na dostawach dla carskiego wojska w czasie wojny rosyjsko-japońskiej 1905 roku, odezwała się w nim młynarska żyłka. Nabył niewielką posiadłość z młynem w miejscowości Kunin nad rzeką Orz, gdzie gospodarzył i polował przez lat kilka. Na starych, sepiowych zdjęciach wtajemniczone oko rozpozna obok dziadków progeniturę: Wacława, który zmarł na gruźlicę, dożywszy wieku męskiego, Czesławę, Jadwigę - moją matkę, mego przyszłego chrzestnego ojca - Mieczysława i najmłodszą Zofię. Babka moja wydała na świat dwanaścioro dzieci, siedmioro z nich - stan podówczas normalny - zmarło na choroby wieku dziecięcego. Kunin wróci na karty książki za sprawą męża Zofii - Władysława Brejdyganta, który w kampanii 1939 roku wojował nad Orzem, a także przez bliskość młynarskiej osady Kabat, która w moim dzieciństwie odegrała istotną rolę.
Jeszcze przed pierwszą wojną światową dziadek sprzedał Kunin, kupił letniskową willę w Wołominie i zamieszkał z rodziną ponownie w Warszawie. Wołomińska willa sprzedana została jeszcze przed moim przyjściem na świat, a kiedy w czasie wielkiego kryzysu lat 30. rodzice moi zmuszeni byli zamieszkać z dziadkami, byli to już ludzie pod siedemdziesiątkę. Ona - drobniutka, cichutka i zasuszona staruszka, krążąca wokół męża, podająca jesionkę przed wyjściem na spacer, nasłuchująca jego chrząkania na schodach, aby uprzedzając pukanie, otworzyć mu drzwi i zdjąć z niego jesionkę, stojąca z ręcznikiem na ręku, kiedy mył się, prychając nad zlewem w kuchni, słowem - służka cicha i pokorna. On - starzec mrukliwy i despotyczny, który poza tym, że wciąż jeszcze polował, zapisał mi się w pamięci dzięki wielkim, odstającym uszom i temu, że czytając gazetę, co chwila wykrzykiwał: "Co to toto wszystko znaczy!? Same łobuzy!". A chodziło na przykład o tak niecodzienne i godne zażartej dyskusji prasowe wydarzenie jak przebicie ulicy Miodowej pod gmachem bodaj sądów na Długiej, co połączyło oddzielony rozległą dzielnicą żydowską Żoliborz ze Śródmieściem... Była jeszcze siostra babki Maria, stara panna prowadząca dom jakimś zamożnym ludziom, której prawie nie znałem.
O dziadkach Andrzeju i Wacławie Soleckich powiedzieć mogę jeszcze mniej, odkąd bowiem pamięcią sięgnąć, rodziny nasze podzielone były sporami między teściami a synową na tle oceny postępowania w małżeństwie mojego ojca. Dziadek był tokarzem, toczył w drewnie piękne puzderka z czeczotki, chętnie zaglądał do kieliszka, ale kiedy kurzyło mu się z czupryny, zaczynał całymi rozdziałami z pamięci recytować fragmenty Trylogii, dzięki czemu scenę porwania księcia Bogusława poznałem, nim nauczyłem się czytać. Opowiadało się o nim, że kiedy nie miał kompana do kieliszka (a samotnie pić nie miał w zwyczaju), stawiał na stole lusterko do golenia i wznosił toast: "W twoje ręce, Andrzeju!". To z nim również kojarzę rodzinną opowiastkę o tym, jak to przyciśnięty bezrobociem wyrzeźbił frasobliwego Chrystusika, postawił go przed sobą i rzekł: "O, Panie mój, jam sługa twój, tyś mnie stworzył, jam cię zrobił, a teraz cię sprzedać muszę...".
Dziadek Andrzej Solecki był lubiany i ceniony w towarzystwie. Musiał więc mieć ten sam co mój ojciec dar zjednywania ludzi i budzenia sympatii. Niewiele z tego daru spłynęło na nas. Jedno z pierwszych bolesnych wspomnień z dzieciństwa wiąże się z tym, że dziadek, kiedy odwiedzałem go w Legionowie, gdzie dziadkowie mieszkali ze względu na niższe komorne, miał zwyczaj dawać mi drobne pieniążki. Kiedy powiedziałem o tym matce, przykazała mi (może licząc na to, że nie posłucham) powiedzieć, żeby sobie oczy tymi pieniążkami popodbijał. Ja zaś posłusznie powiedziałem, nie wiedząc, że robię świństwo. Matkę tłumaczy to, że żyliśmy wtedy w autentycznej nędzy, że jej małżeństwo się rozpadało, a dziadkowie trzymali stronę ojca, akceptując chyba jakąś inną kobietę. Mnie nie tłumaczyło nic poza tym, że miałem wtedy grubo poniżej dziesięciu lat. Pod koniec życia, kiedy nie widywaliśmy się już zupełnie, dziadek tracił wzrok. Ostatni raz widziałem go któregoś okupacyjnego wieczoru na schodach pod wiaduktem Poniatowskiego. Nie poznał mnie, a ja go nie zatrzymałem, choć wydało mi się, że się jakby z zażenowaniem uśmiecha. Zmarł w 1942 r.
Babka Wacława z Ostrowskich (ojciec zwykł mawiać, że to z tych, co pod Wiedniem walczyli, i rzeczywiście - na ścianie kaplicy na Kahlenbergu figuruje nazwisko jakiegoś Ostrowskiego) była krawcową. Zamieszkaliśmy u niej na ulicy Opaczewskiej pod koniec 1943 roku, co znalazło swój nieoczekiwany skutek w mojej przygodzie powstańczej i co znajdzie jeszcze swoje odbicie na tych kartach. Mieszkała po wojnie z nami na Zgierskiej i zmarła na raka w roku 1947 czy 1948. Z żadnym z moich dziadków i babć nie zbliżyłem się i nie mam cieplejszych o nich wspomnień. Podobnie jak z resztą rodziny.
Pokolenie moich rodziców dostarczy przykładów postaci barwnych, choć w stratyfikacji społecznej nie wychodzimy poza przedziały: chłopi, rzemieślnicy, drobni urzędnicy, podoficerowie, z rzadka oficerowie, zresztą bez błyskotliwych karier w wojsku, inteligenci w pierwszym pokoleniu. Takie to album będzie: zwyczajne, nieco siermiężne i niezbyt wysokich lotów, a jednak to właśnie masy takich rodzin sprawiły, że Polska jest, jaka jest.
Matka - najbliższy, najbardziej kochany człowiek. W latach Kunina uczęszczała na pensję w Pułtusku i na niej zakończyła edukację, bardzo wiele jednak czytając i do końca zachowując światły i otwarty umysł. Po nauczycielskim epizodzie w Opolu Lubelskim pracowała jako telefonistka w Warszawie w instytucjach wojskowych, aż do wyjazdu do Torunia. W latach bezrobocia zatrudniła się w fabryce korków na Tamce jako liczarka, zarabiając złotówkę dziennie, co stanowiło podstawę naszego utrzymania. Dodatkiem do tej pensji była wujeczna zapomoga i dorywcze zarobki ojca; ona też pierwsza zdobyła stałą pracę jako telefonistka w dyrekcji Elektrowni Pruszkowskiej, dającą nie tylko jaką taką pensję, ale i przydział bezpłatnego prądu, co sprawiło, że w mieszkaniu na Tamce elektryczne oświetlenie zastąpiło naftowe lampy.
Chwilami wesoła, pogodna, z darem opowiadania, miłym głosem, z którego chętnie czyniła użytek, bez reszty oddana dzieciom i zapracowana ponad siły. Jednak nie te cechy zdominowały jej życie. Zatruł je najpierw ojciec przez swoją lekkomyślność i lekkoduchostwo, potem wojna, a na koniec choroba. Już przed wojną cierpiała na ciężkie dolegliwości: depresje, nerwice, lęki (to po niej odziedziczyłem moje inklinacje w tym kierunku), a chwile, kiedy żebrała u ojca zrozumienia, pomocy i po prostu pozostania w domu, należą do wspomnień najstraszniejszych. W czasie wojny i bezpośrednio po jej zakończeniu przeszła dwa wylewy krwi do mózgu, z których drugi pozostawił ją na zawsze półinwalidką, choć może przyniósł dar odrobinę otępiałego pogodzenia z losem. Tamte lata to nieustanny lęk o nas, łagodzony nieco przez fakt mojej pracy u Meinla i zatrudnienie Sławka w tej samej co matka centrali telefonicznej. Po aresztowaniu wuja Brejdyganta zdecydowała się opuścić mieszkanie na Grochowie, by zamieszkać u nielubianej przecież teściowej, w naiwnym nieco przekonaniu, że jeśli Niemcy przyjdą śladami wuja, to nas nie znajdą, a dalej szukać nie będą.
Powstanie zastało ją, podobnie jak Sławka, na placu Napoleona. Najpierw dotarła do niej wiadomość o mojej rzekomej śmierci na Okęciu, potem straciła kontakt ze Sławkiem, by o jego zgonie dowiedzieć się już po powrocie do Warszawy z tułaczki. Zasypana w piwnicy gruzami, pędzona do Pruszkowa piechotą dotarła do mieszkania brata, gdzie następnego dnia i ja się zjawiłem, by zostawić o sobie wiadomość. Od tej chwili już się niemal nie rozstawaliśmy. Uzyskałem od pani Morawskiej zgodę na nasz pobyt w Łęczeszycach, potem dotarliśmy do Krakowa, szukając oparcia u znajomych rodziców jeszcze z Torunia, państwa Rożenów. Jednak na dłużej nie mogliśmy się tam zatrzymać. Po uzyskaniu skierowania do drużyny BCH w Krzyszkowicach zawiadomiłem matkę o moim miejscu pobytu i któregoś dnia znalazłem ją siedzącą i płaczącą na środku wiejskiej drogi, z nogami zatopionymi w błocie, z którego nie miała siły ich wyciągnąć. Od tego czasu do wejścia Rosjan przebywała we wsi jako "pani Mała". Po powrocie do Warszawy znalazła zatrudnienie w Ministerstwie Aprowizacji, znów jako telefonistka, ale kolejny wylew uniemożliwił jej pracę już na zawsze. Niemal nie opuszczała już ulicy Zgierskiej, poza pobytami w szpitalu. Jedyny dłuższy pobyt u mnie na Dantyszka miał miejsce właśnie wtedy, gdy w szpitalu usłyszeliśmy: "Proszę zabrać mamę do domu, niech sobie spokojnie umrze". Byłem wtedy samotny, rozwiedziony, dostałem nowe mieszkanie, zaangażowałem dziewczynę do opieki nad nią, mogłem jej zapewnić lepsze warunki niż ojciec. Doszła do zdrowia, siedząc w wiosennym słońcu na balkonie wychodzącym na park, który wtedy był jeszcze oazą spokoju. W pierwszych dniach pobytu na ścianie domu po przeciwnej stronie zwidywały się jej sceny z Żydami. Przeżyła jeszcze długich dziesięć lat, prawie do osiemdziesiątki. Ostatnie jej słowa, kiedy poprawiałem jej kołdrę przed zaśnięciem w czasie ostatniego pobytu w szpitalu, brzmiały: "Czy Sławek i Jerzyk już śpią?". Kiedy potwierdziłem, odrzekła: "To dobrze" i zasnęła. Z tego snu już się nie obudziła.
Ojciec mój był postacią w swojej skali nieprzeciętną, choć bynajmniej nie jednoznacznie pozytywną. Jako mąż i ojciec rodziny, przynajmniej początkowo, zasłużył na surową krytykę. Typ bon vivanta, ulubieniec towarzystwa, a szczególnie dam, o pewnych zainteresowaniach intelektualnych, które czyniły go nie tyle partnerem do pogłębionych rozważań, co dodawały mu polotu i wdzięku, głównie jednak kochający się w jadle i napitkach (choć nigdy nie widziałem go naprawdę pijanego, miał przysłowiową "mocną głowę"). Lubował się też w kartach, wyścigach i nocnych eskapadach. Niepoprawny optymista, bezgranicznie lekkomyślny, obdarzony dużym poczuciem humoru, ładnym głosem, umiejętnością gry na mandolinie, szaławiła, utracjusz i przyjaciel całego świata. Przy tym człowiek wrażliwy, obdarzony dobrym sercem i gotowością pomocy, beznadziejnie jednak zaniedbujący żonę i rodzinę.
Rodzice poznali się pod koniec pierwszej wojny w Opolu Lubelskim, gdzie matka była nauczycielką w wiejskiej szkółce, co było zarówno ratunkiem przed okupacyjnym głodem w Warszawie, jak i spełnieniem obywatelskiego obowiązku budzenia w wiejskich dzieciach polskości (niczym w "Przepióreczce"). Ojciec był zaś austriackim poborcą podatkowym. Opowiedział mi kiedyś anegdotę o tym, jak to uciąwszy sobie romans z żoną miejscowego zawiadowcy stacji, został przyłapany in flagranti i salwował się ucieczką przez parterowe okno, zostawiwszy na krześle marynarkę z grubym zwitkiem "kazionnych" pieniędzy w kieszeni. Po pewnym czasie marynarka wyfrunęła za nim, wyrzucona przez żonę zawiadowcy przekonaną, że pechowy poborca czeka na swoją własność w krzakach pod oknem. Z kolei matka opowiadała, jak to jadąc z jakiejś potańcówki wojskową furką powożoną przez austriackiego żołnierza czeskiego pochodzenia, zaśmiewały się wraz z koleżanką do łez, kiedy ten, forsując karkołomne wąwozy, jakich pełno było w okolicy, zapewniał: "Boim se o wasze żywoty!". Panienkom owe "żywoty" kojarzyły się nie z życiem, ale - po staropolsku - z brzuchami! Z tego też zapewne czasu pochodzi rodzinne porzekadło, niby niewinne, a rzucające nieco światła na stereotypy myślowe tamtych czasów: "Być Czechem nie jest grzechem, ale rzecz nieprzyzwoita". Nie jest to wprawdzie tak wstrętne jak cytowane przez Jerzego Stempowskiego gazetowe hasełko któregoś z endeckich dziennikarzy z czasu zajmowania Zaolzia: "Każdego Czecha kolbą w zęby! Za co? Za humanitaryzm!", ale dostatecznie niemądre.
Po ślubie rodzice przenieśli się do Torunia, gdzie ojciec został magistrackim urzędnikiem. W czasie wielkiego kryzysu, około 1930 roku, został zredukowany (był to dla niego początek trwającego pięć lat bezrobocia), zgodnie jednak ze swoim charakterem, kierując się szwejkowską zasadą "jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było", nie przyznał się matce do utraty posady. Co rano brał kanapki i wychodził z domu, spędzając ponoć czas na poszukiwaniu nowego zajęcia, każdego zaś pierwszego przynosząc (co prawda coraz skromniejsze) środki "na życie" pochodzące z zaciąganych pożyczek. Kiedy źródła pożyczek ostatecznie wyschły, sprzedano wszystko, co się dało, pozostawiając z całego "majątku" dwa trójdzielne materace, na których przez lata mieliśmy spać, rozkładając je na noc na podłodze przejściowego pokoju w mieszkaniu dziadków Markiewiczów na Tamce. Toruńskie długi, spłacane do czasu wybuchu wojny, nigdy nie zostały do końca spłacone.
W Warszawie chwytał się ojciec wszelkich możliwych zajęć. Sprzedawał jako domokrążca faliste grzebienie, które miały zapewniać układanie się włosów w fale, prowadził okresowo (dzięki protekcji wuja Brejdyganta) księgi w kasynie oficerskim, również jako księgowy wyjechał na budowę linii telefonicznej na Huculszczyznę, skąd nam, chłopcom, przysłał w pudełku po zapałkach zarodniki mchu z maleńkimi, czerwonymi czapeczkami (jako krasnoludki), a matce - beczułkę huculskiego masła. Wszystko to stanowiło kroplę w morzu potrzeb; żyliśmy z bardzo skromnych zarobków matki, w najcięższym okresie dobry wuj Władysław Brejdygant, podówczas już kapitan wojsk łączności, dawał moim rodzicom 50 złotych miesięcznej zapomogi. Sytuacja zmieniła się, kiedy ojciec uzyskał stałą posadę w administracji domu akademickiego na placu Narutowicza. Do jego obowiązków należało między innymi ściąganie czesnego od mieszkańców, co zresztą robił także zgodnie ze swoim stylem i z czym wiąże się jedna z dziwniejszych moich okupacyjnych przygód.
Kiedy po Powstaniu znalazłem się w Kieleckiem, uparcie szukając kontaktu z leśnym wojskiem, dotarłem któregoś listopadowego wieczoru, zmarznięty i przemoczony, do majątku Topola w okolicach Kazimierzy Wielkiej. Poratowany w dworskiej kuchni ciepłą strawą poprosiłem którąś z służących, aby udała się "na górę" spytać, czy mogę zostać na noc. Wróciła po chwili z odpowiedzią, że pani hrabina Komorowska nie może się zgodzić, ponieważ w majątku stacjonują Niemcy i każdy złapany obcy naraziłby siebie i ją na nieobliczalne konsekwencje. Na myśl o wyjściu w noc, śnieg i deszcz puściły mi nerwy i powiedziałem głośno: "Jestem powstańcem z Warszawy, uciekłem z transportu i nigdzie dalej nie pójdę!". Kuchenne dziewki zatkało, ale w trakcie tej sceny wszedł do kuchni młody mężczyzna o inteligenckim wyglądzie. Wywołał mnie na zewnątrz w ów śnieg i deszcz i zażądał okazania kennkarty. Zaczynałem już żałować swego wybuchu, kiedy mężczyzna, studiując dokument w padającym z kuchennego okna świetle, spytał:
- Co robił pański ojciec przed wojną?
Zatkało mnie, pomyślałem jednak, że prawda nie może mi już zaszkodzić.
- Pracował w domu akademickim.
- W którym?
- Na placu Narutowicza.
- No to chodź pan do mnie!
W jego izbie nastąpiła prezentacja. Nazywał się Mieczysław Sajlor, w majątku pracował jako agronom-praktykant. Powiedział mi, że przez kilka lat przed wojną jako student SGGW mieszkał w domu akademickim na placu Narutowicza.
- Któregoś razu wezwał mnie pański ojciec i zażądał uregulowania zaległego czesnego. Nie widząc innego wyjścia, oświadczyłem, że jestem goły i nie mam żadnych nadziei na dopływ gotówki, po czym spytałem: "Czy nie mógłby pan przekładać mojego nakazu eksmisji co miesiąc na spód kupki?". Pański ojciec roześmiał się i powiedział: "Nie ma wyraźnego zakazu w sprawie przekładania!". Z placu Narutowicza wygnała mnie dopiero wojna.
Bliższą znajomość zawarliśmy przy szklance bimbru. Następnego dnia mój nowy znajomy okazał się "adiutantem" szefa sztabu III Obwodu BCH, a zarazem oficerem AK por. "Podkową".
Ojciec mój został zmobilizowany w wieku 40 lat. W ostatnich dniach sierpnia 1939 roku widziałem go raz czy dwa razy w podoficerskim mundurze, a w pierwszych dniach września został wraz ze swą jednostką służb intendenckich wysłany z Warszawy na południowy wschód i przekroczył granicę węgierską w tym samym mniej więcej czasie co i wódz naczelny, rozpoczynając długą tułaczkę wojenną, która zawiodła go w najgłośniejsze polskie epizody tej wojny. Nie było w niej chyba nic z bohaterstwa, w końcu cały czas służył w rachubie, będącej cząstką intendentury, gdzie o bohaterskie czyny niełatwo, ale spełnił do końca obowiązek, nawet jeśli uznać, że służba poza granicami okupowanego kraju była komfortową wersją spełnienia tego obowiązku.
Pierwszą wiadomość o ojcu otrzymaliśmy bardzo szybko - pod koniec 1939 roku. Nie działały jeszcze wodociągi, poszliśmy ze Sławkiem przynieść kocioł wody ze studni na Dynasach, kiedy przybiegła do nas nieoceniona, a tak bardzo niedoceniona ciotka Cecha i śmiesznym, niby to żydowskim żargonem, mającym pokryć wzruszenie, przekazała radosny komunikat:
- A tatełe, a list!
Na Węgrzech internowany był w obozie Dregelypalank. Ze strzępów zachowanej korespondencji wynika, że rozważał możliwość powrotu do kraju, wybrał jednak drogę do... Afryki. Po paru ucieczkach z obozu i próbach przekroczenia jugosłowiańskiej granicy dopiął wreszcie swego i przepłynąwszy morze na statku "Warszawa", zameldował się w Iraku w Brygadzie Strzelców Karpackich, z którą wędrował przez Palestynę, Tobruk, Egipt, Bari i Monte Cassino aż do demobilizacji na Wyspach Brytyjskich i powrotu w 1947 roku. Z wojny wrócił znacznie bardziej "światowy", bardzo anglofilski, zostawiwszy za granicą wielu wiernych mu do śmierci przyjaciół z wojska, a przywiózłszy wiele prawdziwie wzruszających zdjęć i pamiątek. Pobyty w Afryce, we Włoszech i w Anglii bardzo rozwinęły go intelektualnie i poszerzyły jego horyzonty, choć języka angielskiego nie opanował. Niemal przez całą wojnę i długo po jej zakończeniu chorował na owrzodzenie dwunastnicy, co musiało mu bardzo zatruć służbę w nienajłatwiejszych warunkach. Z wojennych przygód opowiadał tylko o takich, które opowiedzieć mógłby także tak przezeń lubiany dobry wojak Szwejk. A to jak kompanijny goniec Miecio Buczek, siedząc na golasa na harleyu, ganiał arabskich partyzantów, którzy walcząc z angielskimi kolonizatorami, niepokoili przy okazji polskie oddziały. A to jak w oblężonym Tobruku rżnęli w namiocie w brydża, przy czym wychodzący smażył placki z kartofli w proszku, a kiedy wypadło na niego, z naftowej czy benzynowej maszynki zaczęło wylewać się paliwo. Z zimną krwią ściągnął koc z najbliższego łóżka, owinął weń maszynkę, wyniósł poza namiot i cisnął w kierunku pustyni tłumok, który już w locie eksplodował. Gracze potraktowali to jako kolejny wybuch artyleryjskiego granatu i dopiero po braku maszynki do smażenia placków zorientowali się, że to przytomność umysłu i zimna krew Stasia zapobiegły zmniejszeniu stanu Brygady o kilku dzielnych brydżystów. Dawał się lubić.
W 1947 roku zdecydował się na powrót z Wysp Brytyjskich do kraju. Powrót Odysa wymaga osobnego ustępu. Bardzo tęskniłem za ojcem. Na przyjazd statku "Queen Elisabeth" pojechałem do Gdańska. Dostałem się do portu, bez trudu wyśledziłem, że przybysze przewożeni są pociągiem ze statku do miejsca odprawy celnej i sanitarnej (w jej trakcie wyłapywano na podstawie wytatuowanych pod pachą numerów byłych esesmanów mówiących po polsku, którzy dostawszy się do polskiej niewoli, ukrywali swą przeszłość, podawali się za Polaków przymusowo wcielonych do Wehrmachtu i trafiali w szeregi naszego wojska). Biegłem więc wzdłuż torów i do mijających mnie towarowych wagonów wiozących repatriantów w mundurach z naszywkami "Poland" wołałem, że szukam człowieka o moim nazwisku. I znalazłem igłę w stogu siana, wskoczyłem w biegu do wagonu i po chwili ściskałem się z jakimś obcym panem w mundurze. Powitania nie trwały długo, ojciec bowiem wcisnął mi w rękę walizkę i powiedział:
- Zabieraj to i zmykaj, ale uważaj, bo tam jest pistolet. Spotkamy się u stryja Romana.
Wyszedłem z portu tak, jak i wszedłem - przez dziurę w płocie. W walizce znajdował się istotnie piękny pistolet kalibru 7 mm. Stryj mój rzeczywiście mieszkał wtedy we Wrzeszczu, a pod jego mieszkanie po niedługim czasie podjechała taksówka, z której wysiadł mój zmęczony morską podróżą i wzruszony powrotem ojciec. Nigdy, do końca życia, nie zapytałem go, czy pomyślał o tym, co by się stało w razie kontroli bagaży, gdybym nie odnalazł go wtedy wśród paru tysięcy żołnierzy-tułaczy i nie uwolnił od kłopotliwej pamiątki. Nietrudno sobie wyobrazić: aresztowanie, za rok lub dwa podłączenie pod któryś z procesów wojskowych i - "czapa".
Życie w PRL- u upłynęło mu szaro, ale bez wstrząsów. Być może dzięki mojej pozycji uniknął szykan, jakie spotykały andersowców, pracował jako księgowy w Pagedzie, a potem, aż do emerytury, jako korektor w kilku gazetach. Do końca słuchał Radia Wolna Europa, początkowo wierzył w trzecią wojnę, był nastawiony bojowo, antykomunistycznie, potem jego poglądy łagodniały w ramach "małej stabilizacji". Do końca bardzo opiekował się matką.
W połowie lat 60. bardzo się zbliżyliśmy, miałem w nim oparcie psychiczne, nieraz wyjeżdżaliśmy razem, czasami nawet na ryby. Był niewyczerpanym źródłem anegdot, kawałów nie zawsze w dobrym smaku, nie pozbawionych autoironii opowiastek, jak ta o synu, który przekonywał ojca, że ludzie pochodzą od małp, na co usłyszał ripostę: "Może ty, bo ja to na pewno nie..." i szwejkowsko-filozoficznych sentencji typu: "Każdy jest inaczej głupi", "Gorzej było, a chwalili, aż pluli", które w jego ustach - trzeba przyznać - brzmiały przekonująco.
Po śmierci matki zamieszkał ze mną w Wiedniu. Zmarł na wylew krwi do mózgu po ataku, jakiemu uległ na ulicy w przeddzień wyjazdu do kraju. Nie potrafiłem być przy nim nieprzytomnym na ogólnej sali w Lainzerspital. Tłumaczyłem się przed sobą, że muszę być z żoną, źle znoszącą drugą ciążę i trudy opieki nad paromiesięczną Olą. Była to na pewno prawda, ale... Do końca będę pamiętał uścisk jego rozpalonej gorączką dłoni, kiedy wziąłem ją w swoją, zresztą z myślą o "zabezpieczeniu" sygnetu, który kupił w Egipcie. Ale przecież i tak każdy umiera w samotności. Jego śmierć była dla mnie większym wstrząsem niż śmierć Sławka i matki. Od tego czasu uczę się żyć z myślą o śmierci.
Drogi Czytelniku!
Opowieść, którą przeczytasz na kolejnych stronach, jest opisem wydarzeń z życia pojedynczego człowieka. Pomyślisz pewnie, że przecież każdy z ludzi posiada swoją własną, niepowtarzalną historię, jednak jest ona przeznaczona dla jego rodziny, potomnych i prawdopodobnie nie ma nic wspólnego z Tobą. Pozwolę sobie nie zgodzić się z tą myślą, co zaraz postaram się wyjaśnić i zachęcić Cię do przeczytania tej książki.
Kiedy na początku starałem się pomóc Autorowi w publikacji tego materiału, czołowe wydawnictwa wyraziły dosyć szybko swoje zainteresowanie. Niestety, warunkiem było dokonanie zmian i dostarczenie nowych fragmentów, co okazało się już niemożliwe.
Znając książkę od podszewki, znając również podejście Autora, uznałem, że byłaby to swego rodzaju sekcja na żywym pacjencie. "88 lat" jest monolitem i każda ingerencja edytorska, a tym bardziej usunięcie wydarzeń, które miały wpływ na dalsze losy człowieka, pozbawiłyby ją tej aury i przekazu, jaki ze sobą niesie. W moim przypadku podjąłem się wyzwania trochę z przekory, a trochę z fascynacji. Żeby ta książka powstała, powstało również wydawnictwo Zielona Litera. Jestem chyba najlepszym przykładem, że losy jednego człowieka, chociaż tylko ubrane w słowa, wiążą się jednak z drugim.
"88 lat" to opowieść o jednym z tych ludzi, których za moment już nie będzie. Ludzi, którzy walczyli, a potem znaleźli się w powojennej, trudnej rzeczywistości. Jest to obraz świata, jakiego nie znamy. Jest to głos, który mówi nam prawdę, chociaż ta prawda może zaburzyć naszą dotychczasową wiedzę.
Drogi Czytelniku, być może właśnie trzymasz w ręku jeden z egzemplarzy i zastanawiasz się, dlaczego warto go mieć na półce w swojej biblioteczce. Być może ktoś z Twojej rodziny brał udział w powstaniu warszawskim i słyszałeś o dramatycznych walkach na Okęciu. A może chciałbyś zrozumieć, jakie dylematy moralne mieli ludzie, którzy przeszli przez wojenną machinę i kiedy już wydawało się, że mogą zacząć życie od początku, kolejny cios spadał na nich bez ostrzeżenia?
Dla mnie, jako wydawcy, jest to szczególna pozycja. Pogłębiłem swoją wiedzę o tym, jak skomplikowane i trudne były sprawy, które dzisiaj dla nas są banalne i nawet ich nie zauważamy. Zatrzymałem się na chwilę przy zupełnie obcym człowieku i zafascynował mnie jego świat. Dotknąłem jego życia, co pozwoliło mi również pochylić się nad swoim z większym zrozumieniem.
Takich refleksji po lekturze gorąco Ci życzę, drogi Czytelniku.
Paweł Michał Szymański - Zielona Litera
Od autora
Wspomnienia "88 lat" obejmują okres od roku 1926 do 2014. Dla świata, dla otoczenia nie były to lata zwyczajne - nie ma takich okresów historii. Zawsze wydarza się coś doniosłego, przełomowego, zmieniającego oblicze świata. Ale jednostka żyje na tle tych wydarzeń, a nawet w ich wnętrzu, swoim indywidualnym, zwyczajnym życiem. Są dwa wyróżniki, które jednostkom przyznają nieco szczególną rolę w historii, a właściwie - w jej opowiadaniu: po pierwsze - miejsce, jakie zostało danej jednostce wyznaczone w toku omawianych wydarzeń; po drugie - długość wieku, jaki przeznaczono jej do przeżycia. Im to miejsce jest ciekawsze, a wiek dłuższy - tym większa jest szansa, że Świadek Wydarzeń będzie miał swoim współczesnym coś ciekawego do powiedzenia. Jeszcze niezbędni są słuchacze i - chyba najważniejszy - ktoś, kto te słowa "uskrzydli", przekaże innym, doprowadzi do spotkania nadawcy z odbiorcą. Wtedy teksty zaczynają żyć.
Dzieciństwo spędziłem w Toruniu, który pozostał dla mnie symbolem piękna, spokoju, czystości i obecności historii. Reszta mojego życia przebiegła w Warszawie, z dłuższymi wyjazdami za granicę, aż do lat ostatnich (2011), kiedy wraz z rodziną przeniosłem się na Ziemię Lubuską.
Cezurą mojego życia, jak i całego pokolenia, do którego należę, była wojna, upadek II Rzeczypospolitej, a potem niepełna niepodległość i ograniczona samodzielność państwowa. Wojna przyniosła niewiarygodne zniszczenie mojego miasta i śmierć brata, najbliższego mi człowieka. W latach 1943-1945 uczestniczyłem w AK-owskiej konspiracji, ukończyłem szkołę podoficerską w 7. p.p. "Garłuch" i zameldowałem się do powstania na Okęciu. W ocenie decyzji o powstaniu łączę się z jej najsurowszymi krytykami, jako zrywu, który przyniósł Polsce największe z możliwych straty.
Całe powojenne życie spędziłem jako dziennikarz, wydawca, działacz polityczny w zakresie informacji i propagandy. Głównym przedmiotem moich zainteresowań były stosunki polsko-niemieckie. Pracę magisterską na ten temat obroniłem w 1966 roku w Wyższej Szkole Nauk Społecznych. Poza prasą krajową współpracowałem z paryską "Kulturą" i "Zeszytami Historycznymi" Jerzego Giedroycia.
Powstanie III Rzeczpospolitej było spełnieniem moich myśli i dążeń. Nigdy nie wątpiłem w powrót polskiej demokracji.
Jerzy Witold Solecki