8000 zimą. Walka o najwyższe szczyty świata w najokrutniejszej porze roku - Bernadette McDonald


Reflow text when sidebars are open.
Niesamowite światło o poranku w dniu udanego ataku szczytowego. 2 lutego 2011 r. Denis Urubko, Simone Moro i Cory Richards weszli jako pierwsi na szczyt Gaszerbrumu II zimą.
Prawda, że istnieją ludzie, którzy za zbliżaniem się wielkiego bólu słyszą właśnie rozkaz przeciwny i którzy nigdy nie spoglądają dumniej, waleczniej, szczęśliwiej niż wówczas, gdy burza nadciąga; a nawet ból sam daje im najwyższe chwile! To ludzie heroiczni.
FRYDERYK NIETZSCHE, Wiedza radosna, przeł. Leopold Staff[*1]
Od razu się wyróżniał. Był wyższy niż wielu najlepszych himalaistów na świecie, którzy teraz go otaczali. Andrzej Zawada tego wieczoru brylował. Jego dobrze skrojona tweedowa marynarka i prosty czarny golf doskonale współgrały z przyprószonymi siwizną włosami. Okulary w czarnych oprawkach, sprawiające wrażenie bardzo "zasadniczych", i szczupła, wręcz koścista sylwetka nadawały mu niemal władczy wygląd.
Zawada był wśród swoich, w gronie wspinaczy zgromadzonych w siedzibie Klubu Wysokogórskiego Katowice, świętujących zakończenie Festiwalu Filmów Górskich w 1994 roku. Nad zimowym miastem wisiała gruba warstwa smogu. Chociaż budynek wymagał remontu, a szyby w oknach pociemniały od sadzy z pobliskich kominów, wnętrze było ciepłe i pełne światła, nie brakowało też alkoholu i... opowieści, niesamowitych historii o eksponowanych trawersach, wysokogórskich burzach, rozpaczliwych biwakach i zwycięskich wejściach na szczyty.
Pomogłam zorganizować ten festiwal i doskonale znałam dorobek wielu otaczających mnie wspinaczy, prawdziwych celebrytów wspinania wysokogórskiego, zarówno w jego letnim, jak i zimowym wydaniu. Po raz pierwszy jednak spotkałam Andrzeja Zawadę, legendarnego specjalistę od himalajskiej zimy.
Spytałam go:
- Panie Zawada, dlaczego woli pan wspinać się w zimie, skoro lato jest o wiele bardziej przyjazne?
Spojrzał na mnie znad długiego arystokratycznego nosa i odpowiedział po angielsku, z wyraźnym polskim akcentem:
- Ponieważ Himalaje w lecie są dla bab!
Spostrzegłam błysk w jego oku, gdy rozejrzał się, by sprawdzić, jak inni zareagowali na te oburzające słowa. Zaśmiałam się, podobnie jak wszyscy na sali.
Nie ulegało wątpliwości, że Zawada cieszył się ogromnym szacunkiem, zainspirował całe pokolenie wspinaczy do realizowania wysokogórskich celów w najbardziej okrutnej porze roku. Pomysł na zimowe wspinanie w Himalajach i Karakorum narodził się w Polsce, tutaj znalazło ono wyznawców i na wiele lat stało się domeną wspinaczy z tego kraju. Niemal dwieście zimowych wypraw z kilkudziesięciu państw obrało za cel szczyty w Nepalu, Pakistanie i Tybecie, jednak to Polakom pod kierownictwem Andrzeja Zawady udało się zdobyć pierwszy ośmiotysięczny szczyt podczas bezlitosnej zimy.
Wiele lat później Artur Hajzer, jeden z czołowych himalaistów zimowych, napisał: "Nasza dominacja w zimie to wina Stalina i Bieruta, bo zamknęli nas w klatce. Kiedy inni dokonywali pierwszych wejść na ośmiotysięczniki, my tkwiliśmy za żelazną kurtyną. Kiedy się podniosła, wyskoczyliśmy z klatki. Byliśmy bardzo głodni"[1].
To prawda, że po zakończeniu drugiej wojny światowej polscy wspinacze nie brali udziału w wielkim powrocie w Himalaje. Uciemiężeni przez sowiecki reżim mogli się tylko przyglądać, jak himalaiści z całego świata zdobywają wszystkie czternaście ośmiotysięczników. Na pierwszy z nich weszli Francuzi w 1950 roku, a dzieło zakończyli Chińczycy, zdobywając Sziszapangmę w roku 1964. Żadna z tych wypraw nie działała jednak zimą. Zima wciąż była trofeum.
Jeśli zastanowić się nad warunkami zimowej wspinaczki na szczyty ośmiotysięczne, ogrom tego wyzwania wydaje się wręcz przytłaczający. Walka o każdy haust rozrzedzonego powietrza, potworne bóle głowy, wywracające się na drugą stronę żołądki - takie cierpienia towarzyszą działaniom na dużych wysokościach w każdej porze roku, zima jednak je potęguje. Specjalista z zakresu medycyny wysokogórskiej, doktor Peter Hackett, wyjaśnia: "Ciśnienie atmosferyczne na dużych wysokościach jest o wiele niższe niż latem, różnica jest tak duża, że wręcz zauważalna klinicznie". Niższe ciśnienie oznacza mniej tlenu, który pozwala utrzymać ciepło i daje możliwość poruszania się, co i tak nie jest łatwe z powodu przejmującego zimna.
Temperaturę, jaka panuje zimą na ośmiotysięcznikach, trudno ogarnąć umysłem. Jest tak zimno, że wydaje się, iż przy każdym oddechu płuca płoną. Rzęsy pokrywają się szrenią i sklejają. Każdy odsłonięty skrawek skóry zamarza po kilku minutach. Kończyny poddawane są ciężkiej próbie, a jeśli pozostają nieruchome lub w jakikolwiek sposób skrępowane, mogą zamarznąć na kamień. Palce u rąk i stóp obumierają, czernieją i nadają się tylko do amputacji. Podobnie rzecz ma się ze sprzętem. Kuchenki gazowe zawodzą. Metal pęka. Takie zimno jest brutalne i bezlitosne. Najpierw otacza człowieka z zewnątrz, potem opanowuje umysł i zaczyna powoli, lecz nieubłaganie zaciskać szpony. Jest przerażające.
Na takich wysokościach wściekle wiejące wiatry rzadko cichną. Całymi tygodniami szczyty pozostają we władzy atmosferycznych prądów strumieniowych - jet streamu. Nie są to zwykłe zawieruchy ani nawet wichury, te wiatry mają moc huraganów. Potrafią oderwać dorosłego człowieka od ziemi i rzucić nim niczym lalką. Niszczą namioty, zrywają odciągi, strącają beczki ze sprzętem setki metrów w dół i polerują lodowcowy lód, aż staje się gładki niczym marmur. Potrafią przenieść ogromne masy śniegu, tworząc z nich śmiertelnie niebezpieczne deski, zaspy i nawisy, które przy najmniejszym obciążeniu mogą runąć lawiną. Ich ryki, dudnienie i trzaski sprawiają, że nawet najbardziej zrównoważeni wspinacze mają wrażenie, że odchodzą od zmysłów.
Trudno opisać, jak bardzo osamotniony jest człowiek w zimowych Himalajach. Niedostępny teren i zmienne warunki lotnicze sprawiają, że nawet najbardziej błahy wypadek staje się poważnym zagrożeniem życia. Himalaista Darek Załuski wyjaśnia: "Wśród ośmiotysięczników trudno jest odnaleźć samotność - z wyjątkiem zimy. Zimą jest się tam na końcu świata".
Góry wysokie zimą są niemal pozbawione barw, dominują odcienie bieli, szarości i najczarniejsza czerń. Różnice w odcieniach bieli niosą informację o jakości śniegu, zagrożeniu lawinowym i wielu innych szczegółach, od których zależy życie. Czarny to kolor twardego jak skała lodu. Błyszczy niczym szkło, odbija się od niego ostrze czekana, opiera się zębom raków. Szarość - od jasnej, przez popielatą, do siwej - napływa na niebo wraz z każdą burzą. Zasłona chmur rzadko się rozwiewa, lecz gdy to się stanie, niespodziewany błękit jest tak czysty, że można w nim utonąć. Kusi wspinaczy, mobilizuje do działania, dając im obietnicę dnia lub dwóch dobrej pogody. Kilka chwil później szarość powraca.
Zima to mrok. Krótkie dni i wydające się nie mieć końca noce. W namiocie na siedmiu tysiącach metrów noce są nie tylko długie, lecz także naznaczone samotnością i niepewnością. Podczas biwaku pod gołym niebem na ośmiu tysiącach niekończący się mrok budzi emocje, nad którymi nie sposób zapanować: lęk, paranoję, a nawet złość.
Tak więc wszystko sprowadza się do cierpienia. Wspinanie się zimą na ośmiotysięcznikach jest z nim nierozerwalnie związane lub, jak powiedział Wojtek Kurtyka, zimowe wspinanie w Himalajach to sztuka cierpienia. Mimo to są tacy, których życiową pasją, a nawet obsesją, jest zdobywanie ośmiotysięczników w tej najzimniejszej porze roku. Świadomie poszukują samotności, która drąży umysł. Osiągają mistrzostwo w tańcu na twardym jak skała lodzie, poruszają się lekko w niepewnym terenie, wydeptują tysiące stopni w śniegu sięgającym do kolan i wyżej. Swój górski ekwipunek znają tak doskonale, że staje się przedłużeniem ich ciał. Poruszają się szybko i skutecznie, nawet gdy ubrani są w puchowe kombinezony krępujące ruchy i gdy noszą ogromne łapawice, które sprawiają, że stają się niezdarni jak dzieci. W lot rozpoznają czyhające zagrożenia i na nie reagują, choć patrzą na świat przez powleczone lodem gogle. Rozumieją, czym jest cierpliwość: to zdolność do siedzenia całymi dniami, tygodniami, a nawet miesiącami w bazie i czekania na poprawę pogody, na przebłysk błękitu, choćby tylko dwudniowy. Zmuszają swoje ciała do przekraczania granic, a gdy je przekroczą, oceniają, czy aby przeżyć choć jeden dzień więcej, trzeba się wycofać. W ich t?te-a-t?te z cierpieniem i śmiercią pomagają im instynkt przetrwania, głęboka górska mądrość i niesamowita wola życia. Oto prawdziwi Lodowi Wojownicy.
Rzadko spotyka się wizjonera, człowieka wyróżniającego się spośród innych. Obserwowałam Andrzeja Zawadę otoczonego wspinaczami, widziałam, jak bardzo go szanują, jak go słuchają, gotowi się poświęcić, by wchodzić na najwyższe i najokrutniejsze szczyty Ziemi. To wzbudziło moją ciekawość.
Gdy zagłębiałam się w historię zimowego wspinania, zaskoczyło mnie bogactwo materiału: wysokogórska zima przez ponad cztery dziesięciolecia przyciągnęła blisko dwieście wypraw i ponad tysiąc pięciuset alpinistów z Polski, Włoch, Japonii, Rosji i wielu innych krajów. Materiał był zbyt obszerny, by zmieścić go w jednym tomie, decyzja, o kim napisać, a o kim nie, była trudna, a jeszcze trudniejsze - precyzyjne ustalenie kolejności. Dla większej jasności postanowiłam opisać historię zdobywania ośmiotysięczników zimą chronologicznie. A tak się złożyło, że wszystko zaczęło się od Everestu, nie najtrudniejszego, lecz najwyższego z nich.
Spisywanie tej historii w samym środku zimy - w moim rodzinnym Banff była to najsroższa zima od stu trzydziestu jeden lat - wydawało się jak najbardziej na miejscu. Skulona za biurkiem koło pokrytego szronem okna, zawinięta w puch, całymi godzinami stukałam w klawiaturę i tylko koło południa wymykałam się na krótką narciarską przebieżkę w nadziei, że promyk słońca stopi szron na moich rzęsach. Podczas tych mroźnych wypadów miałam dość czasu, by wyobrazić sobie takie mrozy sześć kilometrów wyżej - i pomyśleć o tym, jakim hartem ducha musieli wykazać się ludzie działający w takich warunkach.
Znam, a w wielu przypadkach znałam, wielu spośród tych wspinaczy. Znajomość z nimi oraz z ich rodzinami sprawiła, że pisanie niektórych rozdziałów tej książki było naprawdę trudnym doświadczeniem. Kiedy jednak przypominałam sobie długie rozmowy, które doprowadziły do powstania tego tekstu, pierwsze spotkanie z ojcem założycielem zimowego wspinania w górach wysokich, Andrzejem Zawadą, gdy myślałam o tym, jak głębokie przyjaźnie narodziły się po drodze - nagle stało się dla mnie jasne, że muszę opisać ich historie. Książka ta jest świadectwem cierpienia tych ludzi, ich trudu, zwycięstw i porażek.
Żyliśmy, czując się doskonale wolni, fizycznie i umysłowo w najlepszej możliwej kondycji. Nie pragnęliśmy niczego[*2].
ERIC SHIPTON, Upon that Mountain
Na Ziemi może istnieć tylko jeden najwyższy szczyt i jako taki Everest zawsze stanowił pożądany cel. Dla Andrzeja Zawady był jednak niczym cierń. Do końca lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku odnotowano sporą liczbę wypraw na Everest. Nowozelandczyk Edmund Hillary i Szerpa Tenzing Norgay osiągnęli wierzchołek o wysokości 8848 metrów n.p.m. jako pierwsi, w 1953 roku, idąc przez Przełęcz Południową. W 1975 roku na szczycie jako pierwsza kobieta stanęła japońska himalaistka Junko Tabei. Jesienią tego samego roku Brytyjczycy pokonali ścianę południowo-zachodnią. Trzy lata później, 8 maja 1978 roku, Reinhold Messner z Tyrolu Południowego i Austriak Peter Habeler dokonali niemożliwego, wchodząc na Everest bez tlenu z butli.
Jugosłowianie, Szwajcarzy, Chińczycy, Nepalczycy i Tybetańczycy - wszyscy zostawili na Evereście swój ślad, niektórzy z nich dokonując imponujących przejść. Na szczycie jednak nie stanął żaden Polak, co było nie tylko zmartwieniem, ale wręcz policzkiem dla polskich wspinaczy.
16 października 1978 roku impas przełamała Wanda Rutkiewicz. Była trzecią kobietą w historii, która zdobyła ten wierzchołek, pierwszą Europejką i pierwszą Polką. Ta czołowa polska alpinistka miała wszystkie atrybuty górskiej gwiazdy: była wysportowana, ambitna, o legendarnej wręcz urodzie. W jej biografii ważny był także pewien zbieg okoliczności: dzień, w którym zdobyła szczyt, był dniem, w którym Karol Wojtyła został papieżem. Obie te wiadomości wywołały w Polsce falę entuzjazmu porównywalną do tej w Anglii w 1953 roku, kiedy to koronacja królowej Elżbiety II zbiegła się w czasie z sukcesem Edmunda Hillary'ego na Evereście.
Zawada poczuł ulgę, choć dla niektórych mogło to być zaskoczeniem. Oto bowiem Wanda, zupełnie nieświadomie, rozwiązała jego problem. Aż do jej wejścia na Everest Polski Związek Alpinizmu naciskał na niego, by zorganizował wiosenną wyprawę na ten szczyt. Wyjazd wiosną miał znacznie większe szanse powodzenia niż proponowana przez niego wyprawa zimowa. Zawada argumentował, że skoro Everest został już zdobyty wiosną i jesienią przez niemal setkę wspinaczy, to jeszcze jedno wejście, nawet polskie, nie będzie szczególnie znaczące. Po sukcesie Wandy PZA zaczął przychylać się do planu Zawady. A dokładniej mówiąc, do dwóch planów. Jednym było zdobycie Everestu zimą, drugim - wytyczenie wiosną nowej drogi na tej górze.
Nie było osoby bardziej odpowiedniej, by poprowadzić tak ambitne projekty, niż Andrzej Zawada. Był wspinaczem, lecz przede wszystkim liderem, który potrafił zainspirować swój zespół. Był także dyplomatą, który wiedział, jak otworzyć zamknięte drzwi.
Jego przodek, poeta Antoni Malczewski, prekursor romantyzmu, który przez niektórych uznawany jest za pierwszego polskiego alpinistę, w 1818 roku wszedł na Mont Blanc. Zawada co prawda nie miał szlacheckich korzeni, znał jednak dobrze niezwykłą historię swojej rodziny. Jego ojciec Filip zrobił doktorat z prawa międzynarodowego, a matka Eleonora była lingwistką, tłumaczyła z rosyjskiego i niemieckiego. W nagrodę za sukces w negocjacjach nad problematyczną granicą polsko-niemiecką w 1918 roku Filip Zawada otrzymał stanowisko konsula.
Życie rodziny na zagranicznych placówkach dyplomatycznych skończyło się, gdy Filip zapadł na gruźlicę. Mimo leczenia, na które pojechał do Davos w Szwajcarii, w 1931 roku zmarł. Andrzej miał wówczas zaledwie trzy lata. Eleonora z dwójką dzieci w 1939 roku wróciła do kraju i zamieszkała niedaleko Tatr, w Rabce, w niewielkim góralskim domu.
Wybór miejsca zamieszkania okazał się szczęśliwy: okolice Rabki zostały względnie oszczędzone przez wojenną pożogę, która wkrótce ogarnęła cały kraj. Eleonora łatała domowy budżet, pracując jako tłumaczka w szpitalu, dokąd trafiały setki rannych żołnierzy. Chociaż w okolicy pełno było żołnierzy niemieckich, a potem radzieckich, działały tam również niewielkie oddziały partyzanckie. Nocami partyzanci spotykali się w domu pani Zawadowej, by planować kolejne akcje. Andrzej wkrótce zaczął się przyłączać do chłopców z lasu. Zdarzało mu się chować karabin w szkolnym biurku, a granaty pod łóżkiem. Gdy miał siedemnaście lat, spędził miesiąc w więzieniu.
Kiedy wyszedł, matka zabrała go w bardziej bezpieczną okolicę.
Po skończeniu szkoły średniej zaczął studiować fizykę we Wrocławiu, naukę kontynuował w Warszawie na wydziale geofizyki. Dobrze czuł się w wielkomiejskim gwarze, tęsknił jednak za górami, więc zapisał się do stołecznego Klubu Wysokogórskiego, zaczął się szkolić i wspinać.
Zwykle grał według zasad ustalonych przez Klub Wysokogórski[*3], wspinając się na przykład z bardziej doświadczonymi od siebie, póki nie zdobył odpowiednich umiejętności, ale zdarzało mu się te zasady złamać. Głuchy na zakazy Zawada nie mógł się oprzeć i dokonał zimowego przejścia Wielkiej Grani Tatr: to siedemdziesiąt pięć kilometrów granią i niemal siedem tysięcy metrów przewyższenia w trudnym, eksponowanym i niebezpiecznym terenie. Dla niego był to ważny test zimowych górskich kwalifikacji, dla KW - rażące naruszenie zasad. W tamtych czasach polscy wspinacze byli uzależnieni od tej organizacji, za jej pośrednictwem można było dostać paszport i wyjechać za granicę. Nie było więc zaskoczeniem, gdy Klub ukarał Zawadę pozbawieniem go możliwości wyjazdu na wyprawę na Rakaposhi w pakistańskim Karakorum.
Jako że alpinizm był w Polsce Ludowej sportem oficjalnie uznanym, funkcjonował złożony system kwalifikacji alpinistów na wyjazdy zagraniczne. Zaakceptowany przez KW projekt wyprawy otrzymywał wsparcie finansowe, jednak nie obejmowało ono sprzętu. Wspinacze musieli wykazywać się kreatywnością, szukając krawcowych, szewców i rzemieślników, którzy mogliby wykonać dla nich ekwipunek niezbędny do przetrwania zimą w górach wysokich.
Andrzej okazał się w tej kwestii bezkonkurencyjny. Znany był z tego, że doskonale radził sobie z piętrzącymi się trudnościami, już wcześniej kierował wyprawami geofizyków, na których zajmował się logistyką i zdobywaniem sprzętu. Sporo podróżował, nauczył się rozmawiać z biurokratami i potrafił kierować grupą ludzi w sytuacjach zagrożenia. Gromadził doświadczenie, w tym organizacyjne, co przygotowywało go do roli idealnego lidera wypraw wysokogórskich.
W 1971 roku stanął na czele wyprawy, która dokonała przełomowego pierwszego wejścia na mający 7852 metry Kunyang Chhish[*4], szczyt w zachodnim Karakorum na terenie Pakistanu. Zachęcony tym sukcesem i zimowymi doświadczeniami w Tatrach uznał, że polscy wspinacze gotowi są zawalczyć w nowej konkurencji w wysokogórskim świecie - zdobywaniu szczytów zimą. Pierwszym celem miał być najwyższy szczyt Afganistanu Noszak (7492 m).
Plan Zawady w oczach afgańskich urzędników był na tyle niezwykły, że nim wydali stosowne zezwolenie, zażądali od Klubu Wysokogórskiego dokumentu, który by stwierdzał, że Polacy rozumieją, czym jest podejmowane przez nich zimowe wyzwanie, i że Klub bierze całkowitą odpowiedzialność za ich działania. Nie bez problemów Zawada takie zaświadczenie uzyskał.
29 grudnia 1972 roku uczestnicy wyprawy zebrali się na warszawskim dworcu kolejowym, mieli ze sobą trzy tony ekwipunku. Choć na pozór pewny siebie, Zawada jechał z duszą na ramieniu, bojąc się, że cel okaże się zbyt ambitny - przecież nikt wcześniej nie wyruszał w góry wysokie zimą. Gdy pociąg mknął ze stukotem kół, on wpatrywał się w bezkresne zaśnieżone połacie, dręczony wizjami burz śnieżnych, huczących lawin i odmrożonych stóp.
Kiedy wreszcie dotarli pod Noszak, Zawada z ulgą stwierdził, że śniegu jest niewiele, było jednak przeraźliwie zimno. Temperatury w ciągu dnia oscylowały wokół minus dwudziestu pięciu stopni Celsjusza, nocą były o dziesięć stopni niższe. Słońce świeciło przez marne kilka godzin. Wspinaczy atakowały regularne burze śnieżne, po których większość z nich wracała do bazy, by wygoić spękane usta i ogrzać przemarznięte kończyny.
Tuż przed połową lutego Andrzej Zawada i Tadeusz Piotrowski, legendarny twardziel wśród polskich alpinistów (słynący między innymi z hartowania się dzięki pływaniu w lodowatej rzece), znaleźli się osiemset metrów od wierzchołka. Tam musieli zmierzyć się nie tylko z jeszcze większym zimnem niż dotychczas, ale też z wyjącą wichurą. W nocy 12 lutego Zawadę coś obudziło: ich namiotem w cudowny sposób przestał szarpać wiatr. Gdy wyjrzał na zewnątrz, ujrzał zadziwiająco spokojną noc. Czarne niebo usiane było milionem gwiazd. Zrozumieli, że właśnie dostali szansę na zdobycie szczytu.
Wyruszyli wcześnie rano. Późnym popołudniem zatrzymali się na odpoczynek i by ugotować herbatę. Wkrótce zapadła noc i księżyc skąpał całą górę w nierealnym blasku. Szczyt wydawał się blisko, przekazali więc przez radio informację do bazy, że idą dalej. Gdy jednak dobrze po dwudziestej pierwszej stanęli na wierzchołku, spotkało ich potężne rozczarowanie: ten właściwy wznosił się ponad kilometr dalej. Była prawie północ, gdy z twarzami zdrętwiałymi od lodowatego wiatru dotarli na szczyt. O czwartej trzydzieści, po siedemnastu godzinach niemal nieprzerwanego wysiłku, wreszcie wpełzli do namiotu. Andrzej czuł się dobrze, jednak palce stóp Tadeusza były bryłami lodu.
Mimo wysokiej ceny, jaką musieli zapłacić, ci dwaj wspinacze dokonali czegoś wielkiego: byli pierwszymi ludźmi, którzy zdobyli siedmiotysięcznik zimą. A Zawada już planował następne wyprawy. Gdy odpoczywał w bazie, przez jego głowę przemykały różne możliwości. Napisał później:
Zaczęliśmy myśleć o naszej kolejnej zimowej wyprawie: tym razem na szczyt ośmiotysięczny [...]. Rozpoczęcie sezonów zimowych w Himalajach otworzyłoby przed alpinizmem nowe horyzonty [...]. Wykazując, że cel jest możliwy do osiągnięcia w dowolnych warunkach i w dowolnej porze roku, wyłonimy też najlepszych spośród wspinaczy. Takie osiągnięcie przyniosłoby największą satysfakcję[1].
Po powrocie do domu zaczął planować następną wyprawę zimową. Jego pierwszym pomysłem był Everest, lecz KW uparcie odrzucał ten plan, więc na sezon 1974-1975 musiał przystać na sąsiadującą z Everestem Lhotse (8501 m), czwartą pod względem wysokości górę na świecie. W późniejszych latach wiele osób przychylało się do sklasyfikowania tej wyprawy jako jesiennej, ponieważ Polacy przybyli do bazy pod Lhotse pod koniec października. Co więcej, chociaż podjęli ważną próbę (opisaną w rozdziale siódmym tej książki), nie odnieśli spodziewanego zwycięstwa. Plan Zawady, by wybrać się zimą na Everest, udało się zrealizować dopiero pięć lat później, lecz przez cały ten czas ani na chwilę nie tracił z oczu celu. Chciał sprawdzić granice ludzkich możliwości w górach, a polscy himalaiści byli na to więcej niż gotowi.
Jakkolwiek absurdalnie mógł wyglądać plan zaatakowania najwyższego szczytu świata zimą, Polakom wcale absurdalny się nie wydawał. W Tatrach wspinanie się w zimie było co najmniej tak popularne jak latem. Zawada ujął to kiedyś tak: "W Tatrach nie ma lodowców, więc by móc doświadczyć prawdziwie alpejskich warunków, musimy wspinać się zimą"[2].
Zimowe drogi w Tatrach to w większości drogi mikstowe, wymagające umiejętności sprawnego wspinania się zarówno w skale, jak i w lodzie. Nie mniej ważne są umiejętności asekurowania się: znajdowania szczelin, w których można umieścić przelot lub założyć stanowisko. Tatrzańskie ściany, złożone w zmiennych proporcjach z granitu, zamarzniętych kęp trawy i nitek lodu, są wymagające zarówno pod względem umiejętności technicznych, jak i wytrzymałości psychicznej, co czyni je doskonałym poligonem przed zimową działalnością w górach wysokich.
Kolejną cenną umiejętnością, jakiej Polacy nabywali w Tatrach, było biwakowanie w zimie, czyli spędzanie nocy w górach przy minimum środków, czy to zaplanowane, czy też gdy zmusiły ich do tego okoliczności. W latach siedemdziesiątych XX wieku biwakowanie stało się wśród polskich wspinaczy na tyle popularne, że zaczęli w tej dziedzinie rywalizować, ustalili więc szczegółowe reguły: noc przespana w namiocie się nie liczyła, za spanie w płachcie biwakowej traciło się punkt, najwyżej oceniana była noc pod gołym niebem z nogami w plecaku. Liderem w tych biwakowych szrankach był Zygmunt "Zyga" Heinrich, kolejny niezłomny himalaista, który miał na koncie setki biwaków i który jak najbardziej spodziewanie został wybrany do drużyny mającej zdobywać Everest zimą.
Andrzej Zawada, mimo iż jako kierownik wypraw cieszył się znakomitą opinią, był alpinistą amatorem, który wspinał się w czasie wolnym od pracy. Godził jednak jakoś wyprawy z obowiązkami służbowymi i udało mu się wprowadzić profesjonalne podejście we wszystkich aspektach organizacji wyjazdów wspinaczkowych, co dotyczyło również ekwipunku.
W tamtych czasach nie można było tak po prostu wybrać się do sklepu z kartą kredytową w ręku. W komunistycznej Polsce nie istniały sklepy ze sprzętem wspinaczkowym ani tym bardziej przyjazne formy płatności. Zawada mobilizował więc każdego, kto mógł zorganizować lub wykonać specjalistyczny sprzęt potrzebny na wyprawę, przekonując, że tacy ludzie są pełnoprawnymi członkami zespołu, ważnymi trybami w machinie, która ma zaprowadzić Polaków na szczyt Everestu w sezonie zimowym.
Przy próbie uzyskania zezwolenia na szczyt pojawiły się poważne problemy. Gdy Zawadzie udało się pokonać opór Polskiego Związku Alpinizmu, próbował swojej argumentacji w rozmowach z władzami Nepalu. Bez skutku. "Zdobyte w sezonach przed- i pomonsunowych najwyższe szczyty stałyby się ponownie dziewicze dla wypraw zimowych, tak jak kiedyś stało się to w Alpach, Kaukazie czy Hindukuszu - pisał w liście do nich. - Wyprawy zimowe w Himalaje będą historyczną konsekwencją rozwoju sportu wysokogórskiego"[3].
Strona nepalska kazała mu czekać do 1979 roku. Kiedy zezwolenie wreszcie dotarło, było ważne od początku grudnia do końca lutego, z założeniem, że zespół Zawady zakończy wspinanie 15 lutego i dwa pozostałe tygodnie poświęci na zejście z góry i zabranie z niej sprzętu. Niestety, ten tak ważny kawałek papieru dotarł do Polski dopiero 22 listopada, dziewięć dni przed planowanym wyjazdem. Zawada zamierzał dotrzeć do Nepalu drogą lądową, ciężarówką, lecz stało się to niemożliwe - zostało zbyt mało czasu. Jedynym rozwiązaniem był lot samolotem, jednak na to potrzebował większych funduszy. Niespodziewanie PZA przystał na tę opcję.
Zawada miał już gotową drużynę - ludzi gór chętnych, by podjąć to wyzwanie, nie brakowało. W 1979 roku w Polsce było dwa tysiące czterystu aktywnych wspinaczy, większość z nich gotowa wziąć udział w każdym projekcie firmowanym przez Zawadę. Zbieranie ekipy Andrzej zaczął od przygotowania listy czterdziestu najlepszych alpinistów w kraju. Następnie stworzył kwestionariusz, w którym opisywali oni, jakie mają doświadczenie i preferencje: czy wolą wziąć udział w wyprawie zimowej, czy w wiosennej, która miała się odbyć tuż po zimowej, również na Everest. Nad tymi kwestionariuszami spędził wiele godzin, przesuwając kandydatów tam i z powrotem, wpisując i skreślając ich nazwiska z listy, wysyłając ich w Himalaje to zimą, to wiosną.
Krzysztof Wielicki, ambitny i rezolutny wspinacz z Wrocławia, znalazł się wśród tych, którzy mieli brać udział w wyprawie wiosennej. Kiedy jednak trzech wspinaczy z zimy wycofało się z powodów osobistych, Krzysztof został przesunięty na listę zimową.
Urodzony w 1950 roku Wielicki wychował się z dala od gór. Doskonale czuł się na łonie przyrody, był zapalonym harcerzem. Każdego roku dwa miesiące wakacji spędzał, ciesząc się naturą i ucząc cennych umiejętności, takich jak orientacja w terenie, obozowanie, łowienie ryb i radzenie sobie w grupie ludzi skazanych na swoje towarzystwo. Dopiero kiedy rozpoczął studia we Wrocławiu (elektronika), zapisał się do tamtejszego Klubu Wysokogórskiego, gdzie nauczył się wspinać i poznał sztukę biwakowania w górach: "Jak idioci - bo inni siedzieli przy ognisku, my całą noc trzęśliśmy się jak galareta w ławeczkach"[4]. Okazał się wspinaczem śmiałym, a nawet zuchwałym. Już podczas pierwszego sezonu w górach ten delikatny z pozoru człowiek z okazałym wąsem złamał w wypadku wspinaczkowym trzy kręgi lędźwiowe.
Nie było to jedyne niefortunne zdarzenie. Trzy lata później podczas wspinaczki we włoskich Dolomitach spadający kamień roztrzaskał mu kask. Wielicki na parę chwil stracił przytomność, po czym, zalany krwią, spędził noc na nieplanowanym, nieco makabrycznym biwaku tuż pod szczytem. Następnego dnia lekarz zszył jego rany i zalecił rekonwalescencję. Zamiast tego Wielicki pojechał w afgański Hindukusz i poprowadził nową drogę w stylu alpejskim na górze Szachaur (7084 m) na pograniczu afgańsko-pakistańskim. Zawada uważnie śledził jego karierę i był pewny, że Krzysztof doskonale uzupełni skład zimowej wyprawy na Everest.
Na kolejnego uczestnika wyprawy Zawada wybrał Leszka Cichego. Ten szczupły, jasnowłosy alpinista z Warszawy był o rok młodszy od Wielickiego. Wykładał na politechnice, miał imponujący życiorys wspinaczkowy, na który składała się na przykład nowa droga na Gaszerbrumie II i zaawansowana próba na K2, gdzie dotarł na wysokość 8230 metrów. Mimo że Krzysztof i Leszek byli młodzi i silni, żaden z nich nie był jednak kandydatem do zespołu mającego wejść na szczyt Everestu. W ekipie liczącej dwadzieścia osób znajdowali się o wiele bardziej doświadczeni wspinacze niż oni[5]. Był wśród nich Zyga Heinrich, który w tym samym roku zdobył Lhotse, a ponadto, wspinając się na tę górę zimą, wraz z Zawadą dotarł na wysokość 8250 metrów. Ich partnerstwo zostało ostatecznie przypieczętowane wejściem na Kunyang Chhish latem 1971 roku. Zyga dokonał też pierwszego wejścia na jeden z wierzchołków Kanczendzongi, Kanczendzongę Środkową (8482 m), czym potwierdził swoją reputację wybitnego wspinacza wysokogórskiego, zdolnego działać powyżej ośmiu tysięcy metrów niezależnie od pory roku.
Za sprawą opóźnienia w dostarczeniu zezwolenia ostatnie partie ekwipunku Polaków dotarły do Katmandu 20 grudnia 1979 roku i baza pod południową ścianą Everestu powstała dopiero 4 stycznia. Mimo to w ciągu dziesięciu pracowitych dni założone zostały trzy obozy, a Zawada zastanawiał się, dlaczego nikt przed nimi nie próbował wspinać się w Himalajach w taki sposób.
Niestety, wieści z obozu III nie były optymistyczne. Ponad miejscem, w którym rozbito namioty, wznosiła się ściana Lhotse pokryta niemal w całości twardym lodem, podczas gdy Polacy liczyli na to, że zastaną tam śnieg, po którym łatwiej się poruszać. Tymczasem zimowe wiatry obnażyły ścianę do jej lodowego rdzenia, co oznaczało o wiele bardziej wymagającą technicznie wspinaczkę. Gdy w styczniu lodowate wiatry się nasiliły, a temperatura spadła, morale ekipy zaczęło szwankować. Wspinacze wycofali się do bazy, gdzie wiatromierz wskazywał często, iż wiatr wieje z prędkością stu trzydziestu kilometrów na godzinę, a nocą temperatura spada do minus czterdziestu stopni. Powoli zaczynali rozumieć, dlaczego w górach nie ma nikogo oprócz nich.
By osłodzić kolegom zmagania z bezwzględną pogodą, Zawada zaskoczył ich i sprezentował im plastikową wannę przywiezioną z Warszawy. Gdy plastik popękał na mrozie, zastąpił ją aluminiową miednicą kupioną w Katmandu. Stale płonący w namiocie kuchennym ogień zapewniał gorącą wodę do kąpieli, z której utrudzeni himalaiści chętnie korzystali, by się zrelaksować.
Kolejnym ważnym elementem wyposażenia bazy, choć nie tak popularnym jak wanna, były dwie dwudziestometrowe aluminiowe anteny radiowe, dzieło Bogdana Jankowskiego, wspinacza z Wrocławia. Bogdan odpowiadał nie tylko za anteny, lecz także za trzy nadajniki fal długich, osiem radiotelefonów, magnetofony używane do rejestracji rozmów między obozami, agregat i akumulatory. Codziennie wysyłał komunikaty do Polski, aby rodacy mogli śledzić poczynania himalaistów na Evereście, oni natomiast dzięki informacjom przysyłanym z kraju wiedzieli, co słychać u ich bliskich. Zajmowała się tym Hanna Wiktorowska, sekretarz generalna PZA, a komunikaty brzmiały na przykład tak: "Zosia ma jeden ząb u góry, jeden na dole". "Pamiętasz, żeby nosić ciepłe skarpety?".
Bogdan Jankowski w bazie głównej polskiej zimowej wyprawy na Everest 1979-80 w czasie rozmowy radiowej z ambasadorem Andrzejem Wawrzyniakiem z polskiej ambasady w Katmandu.
Całymi tygodniami wspinacze borykali się z wichurami, które nadwątlały ich siły i wolę. Odległość od obozu III do Przełęczy Południowej wynosiła zaledwie osiemset pięćdziesiąt metrów, jednak w takich warunkach pokonanie ich zajęło prawie miesiąc. Wielu członków zespołu było już wtedy zbyt wyczerpanych, by działać, inni byli kontuzjowani. Wiatr przewrócił Krzysztofa Żurka, który stoczył się około dwudziestu metrów, nim najbliższy hak wyłapał jego lot. Zdołał dotrzeć do obozu III, lecz gdy z niego schodził, wpadł - i to dwa razy - do szczeliny. Heinrich i Aleksander Lwow mieli odmrożone ręce. Wielu z powodu zimna i suchego powietrza cierpiało na zapalenie gardła, namioty były ustawicznie niszczone przez huraganowe wiatry. Lekarz Robert Janik miał pełne ręce roboty.
10 lutego zaledwie garstka wspinaczy miała dość sił, by nadal działać w nieludzkich zimowych warunkach. Byli to Walenty Fiut, niezniszczalny Zyga Heinrich i dwóch młodszych członków wyprawy: Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy. Zawada przesuwał ich niczym pionki na szachownicy, próbując wymyślić magiczne ustawienie, które zaprowadzi ich na Przełęcz Południową. "Że była to już tylko psychiczna bariera, nie miałem od pewnego momentu żadnych wątpliwości", mówił[6].
11 lutego Leszek, Walenty, Krzysztof i Jan Holnicki wyruszyli z obozu III. Każdy wspinał się sam, w swoim tempie, pogrążony w myślach. Dotarli do Żółtej Wstęgi, osiągnęli Żebro Genewczyków i rozpoczęli długi, eksponowany, ukośny trawers. W pewnej chwili Holnicki się wycofał, a pozostali o czwartej nad ranem dotarli na Przełęcz Południową. Nastąpił przełom. Na przełęczy wiatr bardzo dawał się we znaki, więc Leszek szybko zszedł do trójki. Walenty i Krzysztof usiłowali rozbić całoroczny amerykański namiot, lecz wiatr im to uniemożliwił. Musieli zadowolić się małym, niewygodnym namiotem biwakowym. Udało im się przetrwać noc, lecz przez cały czas trzymali maszt. Termometr w namiocie pokazywał minus czterdzieści stopni.
Ich koledzy w bazie byli zaniepokojeni. Przez całą noc utrzymywali z nimi łączność radiową, podtrzymując ich na duchu i próbując uspokoić. Baza łączyła się też z innymi obozami. Leszek, który nocował względnie wygodnie w obozie III, zasugerował, że Walenty i Krzysztof powinni iść w stronę wierzchołka, ponieważ są już blisko, lecz spotkało się to z krzykami protestu reszty ekipy. Następnego ranka dwójka, która była najwyżej, zaczęła schodzić. Krzysztof, skarżący się na odmrożenia stóp, zatrzymał się w obozie II, a Walenty wrócił do bazy.
Zawada zdawał sobie sprawę, że to krytyczne chwile, wyraźnie dało się odczuć zmianę nastawienia drużyny. "Jak bezsilny jest kierownik w takich momentach - pisał. - Jeśli nie chciałem jeszcze przegrać, mogłem zrobić tylko jedno: pójść sam na Przełęcz Południową"[7]. Do tej pory nie był nawet w trójce, a teraz zamierzał iść do góry. I choć pomysł był niedorzeczny, po dwóch dniach on i Ryszard Szafirski znaleźli się na Przełęczy Południowej.
Lider wiedział, że jego szanse na działanie wyżej są mizerne, ponieważ nie jest dobrze zaaklimatyzowany, lecz jego wysiłek miał na celu podniesienie morale kolegów. Udało się. Niemal natychmiast wstąpiła w nich nowa energia. Niebawem wniesiono butle z tlenem na wysokość 8100 metrów, by mógł z nich skorzystać zespół atakujący szczyt. Wielicki i Cichy byli w obozie III, a Heinrich i Szerpa Pasang Norbu w czwórce na Przełęczy Południowej. Czuli się dobrze i byli gotowi zawalczyć o wierzchołek.
Nadszedł już jednak 14 lutego i stanęli przed problemem natury biurokratycznej, który wydawał się nie do rozwiązania. Termin zezwolenia mijał, a polecenia z Katmandu były jednoznaczne: po 15 lutego o wspinaczce nie ma mowy. Po tej dacie jedyne, co wolno było Polakom zrobić, to zwinąć obozy i zejść. Zawada wątpił, czy w tym terminie uda im się zdobyć szczyt, wysłał więc jednego z tragarzy do Ministerstwa Turystyki z prośbą o przedłużenie zezwolenia. A ten pomieszał im szyki: miał dość wyprawy i bardzo chciał wrócić do domu, więc żeby mieć problem z głowy, powiedział w ministerstwie, że Polacy proszą o przedłużenie zezwolenia tylko o dwa dni. Tak więc wyprawa mogła trwać zaledwie dwa dni dłużej.
Wspinając się bez dodatkowego tlenu, Zyga i Pasang 15 lutego ruszyli w stronę szczytu. Wiatr ustał, zaczął jednak sypać śnieg. Heinrich znany był z ostrożności i przez radio mówił Zawadzie, że coraz większa ilość śniegu go niepokoi. Osiągnęli wysokość 8350 metrów i zawrócili. Nie była to łatwa decyzja, lecz i tak pobili rekord: do tej pory żaden człowiek nie wszedł zimą na taką wysokość.
W grze pozostało dwóch wspinaczy: Leszek i Krzysztof. Mieli w zapasie tylko dwa dni, więc gdy rankiem 16 lutego wychodzili z trójki, napięcie było ogromne. Szli w stronę Przełęczy Południowej.
W nocy temperatura spadła do minus czterdziestu dwóch stopni, wiatr nie ustępował. "[...] byliśmy w transie - tak Wielicki wspominał ostatni dzień ich legalnej działalności na górze. - Kiedy wyruszyliśmy w kierunku szczytu z przełęczy, mieliśmy już klapki na oczach. Liczył się tylko szczyt [...]. Kiedy czujesz bliskość wierzchołka, zdajesz sobie sprawę, że zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki, bardzo łatwo stracić czujność. Przestać mierzyć siły na zamiary. A kiedy przegapisz pewną granicę, to decyduje już szczęście - czy wyjdziesz z tego cało, czy też nie"[8]. Zrozumieli, że nie mają wyboru. Są Polakami, a Everest jest tylko jeden. Muszą na niego wejść.
Odciążyli się, jak tylko mogli, biorąc tylko po jednej butli z tlenem na głowę. Krzysztof nie czuł stóp, jednak parł naprzód. Szli bez liny, zmieniali się na torowaniu. Rzadko się do siebie odzywali. Nie czuli takiej potrzeby. Gdy weszli wyżej, uderzył w nich silny podmuch. Wielicki wspominał Stopień Hillary'ego, najtrudniejsze miejsce górnej części drogi, który okazał się zaskakująco łatwy, całkowicie zasypany śniegiem. Wpiął się do lin poręczowych pozostawionych przez poprzednie ekspedycje i po paru chwilach zobaczył Leszka unoszącego triumfalnie ręce. Był na szczycie. Krzysztof dołączył do niego i jak przez mgłę pamięta, że się uściskali.
Reszta ekipy trwała w oczekiwaniu. "Napięcie na wyprawie osiągnęło swój zenit - pisał Zawada, wspominając te chwile bliskości, jakie dzieliła grupa mężczyzn połączona wspólną troską o kolegów. - Nadzieje i zwątpienia przeplatały się nawzajem, a z upływem czasu, gdy przez tyle godzin nie było najmniejszego sygnału w radiotelefonie, niepokój coraz bardziej opanowywał nasze myśli"[9].
O czternastej dwadzieścia pięć w głośniku rozległ się głos Leszka:
- Halo, baza! Halo, dwójka! Czy nas słyszycie? Odbiór [...].
- Halo, halo, Leszek, Leszek, Krzysztof! Odbiór!
- Czy nas słyszycie? Czy nas słyszycie? Odbiór!
- Nie słyszę, powtórz, nie słyszę. Gdzie jesteście!
- Na szczycie Everestu! Na szczycie! Zimą! Zimą, Polacy!
Uczestnicy polskiej zimowej wyprawy na Everest 1979-1980 w bazie, nasłuchują wiadomości od rodzin i bliskich.
Baza wprost eksplodowała radością, lecz Zawada uniósł ręce, by uspokoić swoich ludzi. Musiał mieć pewność, że naprawdę są na wierzchołku. "Czy trianguł chiński jest?" - spytał przez radio. Wspinacze z Tybetu i Chin, którzy zdobyli szczyt w 1975 roku, zostawili tam metalowy trójnóg. Leszek zapewnił go, że stoją tuż przy nim, dodał, że zostawi na nim termometr mierzący maksymalne i minimalne temperatury, mały krzyżyk i różaniec. Polacy zamierzali zabrać te przedmioty następnej wiosny, lecz ubiegli ich Baskowie. Niestety, nie wiedzieli, co miał mierzyć polski termometr, strzepnęli go i tym samym zniweczyli pomiar temperatury na szczycie.
Zawada wywołał przez radio Hannę Wiktorowską, która od wielu godzin czekała na wieści:
- Dzisiaj, 17 lutego, o godzinie czternastej trzydzieści polska flaga pojawiła się na najwyższym szczycie świata. Tym samym polski zespół ustanowił rekord w zimowym himalaizmie. Najlepsze życzenia od wszystkich uczestników wyprawy. Zawada. Odbiór!
Zarówno Leszek, jak i Krzysztof przyznali później, że jeśli celem nie byłby zimowy Everest, odpuściliby walkę o wiele wcześniej, jednak zarówno cel, jak i kierownictwo Andrzeja Zawady zmotywowały ich, by dać z siebie wszystko.
Leszek, zanim zaczął schodzić, zabrał z wierzchołka kilka kamyków, a Krzysztof pobrał próbkę śniegu dla NASA.
Jak w przypadku każdej wspinaczki, osiągnięcie szczytu nie oznacza końca zmagań. Gdy dotarli do Przełęczy Południowej, ich butle z tlenem były puste, dotkliwe zimno zaatakowało ze zdwojoną mocą, okulary spawalnicze, których używali z braku specjalnych, lodowcowych, w śnieżnej zamieci okazały się bezużyteczne. Wkrótce wyczerpały się baterie w czołówkach i z najwyższej góry świata musieli schodzić w całkowitych ciemnościach.
Krzysztof zaczął zostawać z tyłu, ból stóp sprawiał, że od pewnego momentu poruszał się bardzo wolno. "Wiedziałem, że będą jaja, ale wydawało mi się, że już o wiele gorzej nie będzie - wspominał. - Zazwyczaj do dużych odmrożeń dochodzi, kiedy wydarzy się wypadek albo gdy trzeba przeczekać noc bez ruchu - wtedy postępują bardzo szybko. Kiedy działasz non stop, możesz się przemrozić, ale nie na tyle, żeby groziło to poważnymi amputacjami"[10].
Kiedy Wielicki dotarł do Przełęczy Południowej, nie mógł znaleźć namiotu. "Człowiek głupieje w takich sytuacjach i łatwo o nieracjonalne decyzje - opowiadał. - Uznałem, że skoro schodzę i nie ma namiotu, to muszę iść w lewo. Zaraz przyszła refleksja: zaraz, zaraz, przecież tu jest Tybet, więc muszę kierować się w prawo [...]. Ale kiedy niepewność się przedłuża, to zamiast trzymać się jednej zasady, zaczynasz wątpić. I tak było ze mną: lewa - prawa, lewa - prawa. W końcu prawie wlazłem na ten namiot. A można było nie trafić [...]. Każdy z nas schodził samodzielnie. Oczywiście świadomość, że partner jest w pobliżu i być może czeka w namiocie, stanowi psychiczną kotwicę, ale samą walkę o życie każdy z nas musiał stoczyć sam"[11].
Krzysztof Wielicki na szczycie Everestu, pierwsze zimowe wejście.
Kiedy wreszcie schronił się w namiocie, nawiązali łączność z bazą. Wcześniej obiecali, że odezwą się z Wierzchołka Południowego, uznali jednak, że nie ma na to czasu. "Co moglibyśmy zresztą powiedzieć: że jest coraz ciężej i nie wiadomo, czy damy radę zejść? - pytał retorycznie Wielicki. - W pewnym momencie ten element solidarności z czekającymi na dole, ewentualne słowa otuchy przestają mieć znaczenie. Całą swoją wolę skupiasz na tym, żeby przeżyć"[12].
Krzysztof spędził noc, ogrzewając stopy nad płomieniem palnika, rozpaczliwie próbując uratować palce. Ostatecznie, po kilku dobach schodzenia, dwóm zdobywcom udało się dotrzeć do bazy, gdzie przywitano ich jak bohaterów. Krzysztof wspominał później chwilę, gdy dotarli do bazy i witający ich mieli łzy w oczach, jako najwspanialsze doświadczenie w swojej górskiej karierze.
Mieliśmy przeświadczenie, że jesteśmy trybem wyprawy i w dużej mierze dzięki szczęściu, a po części dzięki naszej klasie wspinaczkowej, akurat nam przypadło wejście na szczyt [...]. Zwykle na wyprawach występują jakieś elementy zazdrości - czemu on, a nie ja. Na zimowym Evereście tego nie było: gołym okiem było widać autentyczną radość każdego z uczestników, że nam wszystkim się udało. W tak czystej formie nigdy się to już w moim życiu nie powtórzyło[13].
Miał to być początek jego przygody z ośmiotysięcznikami.
"Początkowo sądziłem, że Everest nie ma wielkiego znaczenia dla mojej górskiej kariery - powiedział później. - Ale patrząc z dystansu, emocjonalnie i pod względem budowania samoświadomości alpinistycznej, był to dla mnie bardzo ważny moment. Skoro zdobyłem najwyższy szczyt zimą, miałem prawo sądzić, że na innych też pójdzie mi nieźle [...]. Każdy sukces buduje człowieka, wzmacnia wiarę w siebie i Everest tak się zapisał w moim życiu"[14].
Krzysztof Wielicki witany jak bohater, po tym jak wraz z Leszkiem Cichym dokonał pierwszego zimowego wejścia na Everest.
Po powrocie do kraju Krzysztof i Leszek stali się bohaterami narodowymi, a Zawadę okrzyknięto wybitnym kierownikiem. Zrobili krok w nieznane i odnieśli sukces. W środowisku wspinaczkowym pojawiły się jednak głosy krytyki. Przez kolejne dwa lata Reinhold Messner utrzymywał, że Polacy nie zdobyli Everestu zimą, ponieważ nepalscy urzędnicy tuż przed ich wejściem skrócili sezon zimowy do 31 stycznia.
Messner w swojej argumentacji dotyka ważnej kwestii, jaką są ramy czasowe zimy w górach wysokich. Choć z pozoru wydaje się ona trywialna, określenie, od którego do którego dnia trwa zima w Himalajach i Karakorum, wzbudza duże emocje. Właściwie nie ma zimowego wspinacza, który nie miałby wyrobionego zdania na ten temat. Zima kalendarzowa zaczyna się 21 grudnia, a kończy 21 marca. Zima w ujęciu meteorologicznym zaczyna się 1 grudnia i kończy 28 lutego (lub 29 w latach przestępnych).
Karl Gabl, badacz klimatu i autor cenionych prognoz pogody dla wielu wypraw w Himalaje i Karakorum, twierdzi: - Wspinaczkowa zima zaczyna się 21 grudnia i kończy 21 marca. Zarówno przed, jak i po tych datach mogą zdarzyć się sytuacje pogodowe, w których temperatura jest niższa, a wiatr silniejszy niż podczas astronomicznej (kalendarzowej) zimy, lecz nie ma to znaczenia.
Obecnie zimowy sezon wspinaczkowy w Nepalu trwa od 1 grudnia do 15 lutego, co wyraźnie kontrastuje z przyjętą na półkuli północnej definicją zimy kalendarzowej: 21 grudnia - 21 marca. Większość alpinistów, a szczególnie aktywni himalaiści zimowi, nie zgadza się z nepalskim ujęciem tej kwestii. Historyk alpinizmu Eberhard Jurgalski uznaje w swoich sprawozdaniach zarówno "pierwsze wejścia w meteorologicznej zimie" - czyli między 1 grudnia a końcem lutego - jak i "pierwsze wejścia w zimie kalendarzowej" - między 21 grudnia a 21 marca.
Messner, który w momencie wejścia Cichego i Wielickiego na Everest był w trakcie przygotowań do wyprawy zimowej na Czo Oju w następnym roku, przez jakiś czas dyskredytował wejście Polaków. Jego zdaniem ostateczną opinię na ten temat powinny wydać władze kraju, na którego terytorium wznosi się szczyt. Mieszkająca w Katmandu kronikarka wspinania w Himalajach, Elizabeth Hawley, wzięła stronę wyprawy polskiej, mówiąc: "Nie zgadzam się z malkontentami". Messner przyznał w końcu, że ekipa Zawady zdobyła Everest, zaznaczył jednak, że stało się to "nielegalnie". Kiedy jednak nepalskie Ministerstwo Turystyki wystawiło certyfikat stwierdzający, że Polacy zdobyli szczyt podczas "oficjalnej" zimy, Messner ustąpił. "W porządku, poddaję się. Faktycznie zdobyli tę górę zimą", powiedział.
W odróżnieniu od Messnera Jan Paweł II nie miał wątpliwości co do zimowego zwycięstwa Polaków. Wysłał do nich list datowany na 17 lutego 1980 roku:
Cieszę się i gratuluję sukcesu moim Rodakom, pierwszym zdobywcom najwyższego szczytu świata w historii zimowego himalaizmu. Życzę Panu Andrzejowi Zawadzie i wszystkim uczestnikom dalszych sukcesów w tym wspaniałym sporcie, który tak bardzo ujawnia królewskość człowieka, jego zdolność poznawczą i wolę panowania nad światem stworzonym. Niech ten sport, wymagający tak wielkiej siły ducha, stanie się wspaniałą szkołą życia, rozwijającą w Was wszystkie wartości ludzkie i otwierającą pełne horyzonty powołania człowieka. Na każdą wspinaczkę, także tę codzienną, z serca Wam błogosławię.
Po ogromnym sukcesie polskiej wyprawy w sezonie 1979-1980 następnej zimy na Everest ruszyły dwie kolejne ekspedycje, każda z osobna pragnęła napisać nowy rozdział w historii zimowego himalaizmu.
Sześciu japońskich wspinaczy i pięciu naukowców pod kierownictwem Naomiego Uemury, który już wcześniej wszedł na Everest wiosną, nie marnowało czasu. Obóz III założyli już 26 grudnia 1980 roku, jednak 12 stycznia uczestnik wyprawy, Noboru Takenaka, odpadł od poręczówki i poniósł śmierć. Pod koniec lutego jeden z Japończyków wspiął się na Przełęcz Południową, lecz silne wiatry udaremniły ich próby i wyprawa zakończyła się bez zdobycia szczytu.
Niedaleko bazy japońskiej obozował mały zespół brytyjski. Choć wyprawa ta została zorganizowana z inicjatywy Alana Rouse'a i Briana Halla, nazwanie któregokolwiek z nich kierownikiem byłoby niewłaściwe. Zdecydowali, że zastosują w pełni demokratyczne podejście do wspinania i każdy wspinacz będzie podejmował najlepsze jego zdaniem decyzje zależnie od sytuacji, w jakiej się znajdzie.
Alan Rouse słynął wśród wspinaczy z Wielkiej Brytanii z odwagi. Drobny, o regularnych rysach twarzy, noszący duże okulary w drucianych oprawkach, z niesforną czupryną, wyglądał jak ucieleśnienie stereotypu matematyka z Cambridge, którym zresztą był. Brian Hall to natomiast jego przeciwieństwo: miał krępą sylwetkę i przenikliwe spojrzenie, które współgrało z jego pewnością siebie i zdolnością do zjednywania sobie ludzi. Uzupełnieniem składu byli efektowni bracia Adrian i Alan Burgessowie, identyczni bliźniacy, wysocy, jasnowłosi, o zadziornym uroku, wiodący dość niekonwencjonalny żywot. Mieli wieloletnie doświadczenie we wspinaniu się w górach wysokich i umiejętność przetrwania w nieprzyjaznych górskich warunkach. John Porter także wnosił doświadczenie, które w dużej mierze zdobył, wspinając się z Polakami w Hindukuszu i Indiach. Joe Tasker cieszył się statusem gwiazdora brytyjskiego wspinania, na co zasłużył, działając w Indiach, Himalajach i Karakorum. Paul Nunn i Pete Thexton dopełniali składu tyleż silnego, co pełnego wyrazistych osobowości i... niemającego lidera.
Joe Tasker tak tłumaczył założenia wyprawy: "Wydawało się najoczywistszą rzeczą na świecie, że powinniśmy i my zdobyć Everest zimą, lecz najtrudniejszą drogą, i to bez użycia tlenu"[15]. Miał na myśli zachodnią grań i Kuluar Hornbeina, po raz pierwszy pokonane w 1963 roku przez Amerykanów Toma Hornbeina i Willego Unsoelda. W odróżnieniu od Polaków Brytyjczycy nie zamierzali korzystać z tlenu z butli ani moczyć się w bazie w wannie z gorącą wodą. Ich wyprawa miała być minimalistyczna, z bardzo szczupłym budżetem, co być może przyczyniło się ostatecznie do ich porażki.
Już na początku mieli problem ze zwerbowaniem tragarzy, którzy zanieśliby ich ekwipunek do bazy. Większość parających się tym zajęciem mężczyzn z doliny Khumbu była już zaangażowana przez znacznie większą i bardziej majętną wyprawę japońską. Problem stanowiła również higiena - zatrucia pokarmowe powalały wspinaczy jednego po drugim - lecz największa przeszkoda była od nich całkowicie niezależna: pogoda. Burze przetaczały się przez masyw nieprzerwanie od 1 stycznia, wiatr, nawet na wysokości bazy, wył i wściekał się niczym wypuszczona z klatki bestia.
Brytyjczycy chcieli wejść na Everest przed 31 stycznia, zamierzali bowiem zastosować się do zasad dyktowanych przez nepalski rząd - wtedy kończyło się ich zezwolenie. Z tego samego powodu Tasker podważał wartość polskiego wejścia, twierdząc, że "według oficjalnych zasad Everest wciąż pozostaje niezdobyty zimą"[16]. Nie wiedział jednak, że władze nepalskie wejście Polaków uznały.
Pierwszym wyzwaniem było poprowadzenie drogi z bazy na przełęcz Lho La leżącą pod zachodnią granią oddzielającą Nepal od Tybetu. Brytyjczycy musieli przedrzeć się przez sześćsetmetrową ścianę pełną skalnych filarów, szerokich żlebów obfitujących w niestabilne kamienie i, na koniec, pokonać strome zacięcie przechodzące w rampę biegnącą aż do Lho La. Kiedy wiosną 1979 roku wspinali się tą drogą Jugosłowianie, skonstruowali ręczną wyciągarkę, która pomogła im przerzucić na przełęcz sześć ton sprzętu. Gdy pojawili się tam Brytyjczycy, maszyneria była doszczętnie zniszczona przez spadające kamienie i lawiny, musieli więc nieść wszystko na własnych plecach, korzystając z poręczówek, które rozciągnęli na trudniejszych fragmentach drogi.
Po powrocie do bazy nie mogli liczyć na relaks w komfortowych warunkach, jedyne, co oferował im mały wspólny namiot kuchenny, to niewielka ilość ciepła pochodząca z mizernego parafinowego palnika stojącego na stole. Kiedy pewnego dnia Japończycy zaprosili ich do swojej bazy na kolację, Brytyjczycy zobaczyli, jak funkcjonuje duża wyprawa. Dzięki pracującemu na zewnątrz generatorowi obszerny namiot-mesa otulał ciepłem niczym kokon, dodatkowo pełny był smakołyków, nie brakowało w nim też sake. Brytyjczycy wracali więc do bazy nie tylko przygnębieni, lecz także chwiejnym krokiem.
Z trudnościami w ścianie zmagali się przez cały grudzień, próbując dostać się na przełęcz Lho. Joe Tasker tak opisywał ich działanie na górze: "Słowa nie oddadzą powolności ruchów, odrętwienia, jakie staje się udziałem na tej wysokości. Pamięć oszukuje i pomija puste chwile pomiędzy zdarzeniami. Zakładanie przez pół godziny butów, a następnie raków brzmi jak żart, ale jest tutaj rzeczą zupełnie normalną. Życie na tej górze przebiegało w potężnie zwolnionym tempie"[17].
Gdy osiągnęli wreszcie właściwe Zachodnie Ramię i zobaczyli przed sobą niesamowitą panoramę Everestu, Lhotse i Nuptse, wejście na wierzchołek wydało im się możliwe. Niestety, był już 23 stycznia, do wygaśnięcia zezwolenia pozostało osiem dni. Zrezygnowali więc z ideału "oficjalnego" wejścia zimowego i wynegocjowali dodatkowe dwa tygodnie. A tu jak na złość popsuła się pogoda. John utknął w trójce na trzy dni, osamotniony w środku burzy. "Zimno przenikało mnie do kości - wspominał. - Nie dało się spać. Gdy zapadałem w drzemkę, mój oddech stawał się rwany i nieregularny". Jego droga powrotna do bazy przypominała koszmar - dręczony zatruciem pokarmowym, bliski omdlenia z wyczerpania, błądził w ciemności. Kiedy wreszcie dowlókł się do namiotów bazy, "jasne światła i ciepło uderzyło go niczym wspomnienie zaginionego świata"[18].
Wyprawa zaczęła się rozsypywać. Rankiem 31 stycznia w nieśmiałym świetle brzasku Paul Nunn wetknął głowę do namiotu Johna Portera, wpuszczając podmuch lodowatego, mającego minus trzydzieści pięć stopni powietrza. "Wiesz, zastanawiałem się nad tym wszystkim - zaczął. - Powinniśmy schodzić. Jeśli nie zejdziemy, któryś z nas zginie". Porter przyznał mu rację i podsumował to później tak: "Każdy z nas na tej wyprawie przynajmniej raz o mało nie zginął, być może z wyjątkiem Joego". O dziesiątej rano byli już w drodze na dół.
Zespół brytyjski stracił rozpęd. Tylko Adrian Burgess i Joe Tasker działali wyżej, żaden z pozostałych członków wyprawy nie był w na tyle dobrej formie, by podejść do nich i ich wesprzeć. Kiedy zeszli w końcu do bazy, Adrian nie potrafił opanować wściekłości, że pozostawiono ich samym sobie. "Ktoś mógł wykopać jamę na obóz czwarty, inni mogli przynieść liny. Nikt jednak nie przyszedł. Tak się nieszczęśliwie składa, że umysł włada ciałem i kiedy umysł się podda, ciało przestaje działać". Alan uznał, że cel był możliwy do osiągnięcia, lecz nie przez nich. I nie w tamtym roku. Joe się z nim nie zgodził: "Za mało się staraliśmy"[19].
Wyprawa dobiegła końca.
Zastanawiając się później nad tamtymi doświadczeniami, Adrian przyznał, że wypowiedział te słowa pochopnie. Jego pojmowanie zależności między ciałem a umysłem się zmieniło. "Nie pomyślałem o tym, że ciało wpływa na decyzje umysłu [...]. Między zapędzeniem się na skraj wycieńczenia a słuchaniem swojego ciała poddanego ciężkiej próbie braku tlenu, jedzenia i ciepła przebiega cienka granica"[20].
Niemal każda chwila spędzona na tej górze była dla nich ciężką próbą. W koszmarnych warunkach przetrwali dwa miesiące. Nie dali się ponieść ambicji i uniknęli nadmiernego ryzyka. Wrócili spod Everestu w komplecie, bez większych perypetii. Dla porównania: uczucie, które opisał Krzysztof Wielicki - w chwili, gdy on i Leszek Cichy wychodzili z obozu IV, kierując się w stronę szczytu - przypominało "bycie w transie". Polacy zalicytowali i im się udało, choć od tragedii dzieliło ich niewiele. Brytyjczycy świadomie wybrali życie, odrzuciwszy grę w rosyjską ruletkę.
Joe Tasker pisał później: "Ból idzie w zapomnienie, marzenie pozostaje"[21].
Joe, Al i Pete zapłacili za to marzenie najwyższą cenę: Joe zginął na Evereście, Al na K2, a Pete na Broad Peaku.
Zimowe próby zdobycia Everestu powtarzały się rok po roku. Ekspedycje wysyłali Japończycy, Koreańczycy, Francuzi, Belgowie, Hiszpanie i Amerykanie. Niektóre były tłumne i hałaśliwe, inne kameralne. Atakowali z każdej strony: od Przełęczy Południowej, południowo-zachodnią ścianą, północno-wschodnią granią... i tak bez końca.
W historii zapisały się również próby indywidualne: Hiszpana Fernanda Garrido w sezonie zimowym 1992-1993 czy baskijskiego gwiazdora himalaizmu Alexa Txikona w 2018 roku, obie ze wsparciem Szerpów. Japończyk Yasuo Kato zdołał dotrzeć samotnie na wierzchołek zimą 1982-1983, zginął jednak podczas zejścia. Zdarzyła się nawet próba podjęta przez małżeństwo: mąż miał atakować górę z jednej strony, żona z drugiej, by spotkać się na wierzchołku. Sukces odniosły zespoły japoński i południowokoreański. Gdy jednak uzmysłowimy sobie, że w latach 1979-2018 o zimowy Everest walczyło trzydzieści wypraw i tylko pięć osiągnęło cel, widać, jak poważne jest to wyzwanie. Być może wszyscy ci wspinacze sądzili, że nie będzie aż tak trudno. Przecież Polacy weszli już przy pierwszej próbie...
Tytuł oryginału: Winter 8000. Climbing the World's Highest Mountains in the Coldest Season
Redakcja: Jacek Świąder
Korekta: Agata Nastula
Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska
Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska
Redaktor prowadząca: Magdalena Kosińska
Fotoedycja: Marta Błażejowska
Przygotowanie zdjęć do druku: Mariusz Rosa
Zdjęcia (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): (okładka) ? Cory Richards; (środek) Cory Richards str. 6, 184, 189, 191, 196; Bogdan Jankowski str. 24, 128; Ryszard Szafirski str. 28; Leszek Cichy str. 30; Archiwum Krzysztofa Wielickiego str. 32, 94, 98, 103, 134, 157, 307; Archiwum Macieja Berbeki str. 43, 45, 260; Lech Korniszewski str. 47; Ryszard Gajewski str. 48; Élisabeth Revol str. 56, 282, 285; Marek Pronobis str. 59; Adam Bilczewski str. 67; Andrzej Zawada str. 80; Maciej Pawlikowski str. 81; Janusz Kurczab str. 83; Archiwum Marianne Chapuisat str. 88; Archiwum Artura Hajzera str. 110; Artur Hajzer str. 114; Archiwum Anatolija Bukriejewa str. 122; J. Barcz str. 125; Mirek Wiśniewski str. 131; Dariusz Załuski str. 145, 213, 220, 315; Piotr Morawski str. 152; Simone Moro str. 169; Denis Urubko str. 173; Louis Rousseau str. 202, 205; Archiwum Adama Bieleckiego str. 226; Archiwum rodziny Göschlów str. 230; Aleksander Lwow str. 240; Adam Bielecki str. 246, 251, 294; Artur Małek str. 248; Archiwum Tamary Lunger str. 272, 276; Archiwum Simonego Moro str. 278; Archiwum Anny Solskiej-Mackiewicz str. 297; Archiwum Élisabeth Revol str. 330.
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
Copyright ? Agora SA, 2021
Copyright ? 2021 by Bernadette McDonald
Copyright ? for Polish translation by Andrzej Górka
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2021
ISBN: 978-83-268-3420-2
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej