8% z niczego - Etgar Keret

-
Proszę czekać

Tłuścioszek

Zaskoczony? Pewnie, że byłem zaskoczony. Chodzisz z dziewczyną. Jedna cola, druga cola, tu knajpa, tam kino, zawsze tylko w dzień. Zaczynacie spać ze sobą, dupczonko super, potem pojawia się też uczucie. Aż któregoś dnia ona przychodzi do ciebie zapłakana, ty ją przytulasz i mówisz, żeby się uspokoiła, że wszystko jest w porządku, a ona odpowiada, że dłużej nie może, że ma tajemnicę, nie taką sobie zwykłą, ale coś mrocznego, przekleństwo, coś, co chciała ci wyznać przez cały ten czas, tylko nie miała odwagi. Ta sprawa siedzi na niej jak jakieś dwie tony cegieł. I musi powiedzieć, po prostu musi, ale też wie, że w momencie, w którym to wyjawi - porzucisz ją, i słusznie. I zaraz znowu zaczyna płakać. "Nie zostawię cię - mówisz - nie, ja cię kocham". Wyglądasz może na lekko przejętego, ale nie jesteś, a nawet jeśli tak, to jej płaczem, a nie tajemnicą. Doświadczenie już cię nauczyło, że te tajemnice, które za każdym razem sprawiają, że kobiety rozpadają się na kawałki, w większości wypadków sprowadzają się do czegoś w rodzaju seksu ze zwierzęciem lub członkiem rodziny albo z kimś, kto zapłacił za to pieniądze. "Jestem kurwą" - mówią zawsze na koniec - a ty je przytulasz i mówisz "nie jesteś, nie jesteś" albo "ćiiiii", jeśli nie przestają płakać. "To naprawdę coś strasznego" - upiera się, jakby zauważyła ten twój spokój, który tak starałeś się ukryć. "W twoim brzuchu to może brzmi strasznie - mówisz jej - ale to z powodu akustyki. Zobaczysz, że kiedy to wyciągniesz na zewnątrz, nagle w sekundę będzie wyglądało dużo mniej". Ona prawie już wierzy, waha się chwilę i nagle mówi: "Gdybym ci powiedziała, że w nocy zamieniam się w owłosionego kurdupla, bez szyi i ze złotym sygnetem na małym palcu, to i wtedy będziesz mnie dalej kochał?". A ty mówisz, że pewnie. No, bo co jej powiesz, że nie? Ona chce tylko sprawdzić, czy kochasz ją bez żadnych warunków, a ty przecież w sprawdzianach zawsze byłeś świetny. I doprawdy, kiedy tylko jej to powiedziałeś, rozluźnia się i zaczynacie się kochać, tak jak stoicie, w salonie. Potem pozostajecie jeszcze objęci i ona płacze, bo jej ulżyło, i ty także płaczesz, cholera wie czemu. I inaczej niż zwykle - ona nie wstaje i nie wychodzi. Zostaje i śpi u ciebie. A ty leżysz i nie śpisz, patrzysz na jej piękne ciało, na zachodzące na zewnątrz słońce, na księżyc, który nagle - jakby znikąd - się pojawia, na srebrzyste światło, co gładzi jej skórę i pieści włosy na jej plecach. I w ciągu niespełna pięciu minut znajdujesz w łóżku obok siebie faceta - tłuścioszka niewielkiego wzrostu. Facet wstaje, uśmiecha się do ciebie i ubiera lekko zawstydzony. Wychodzi z pokoju, a ty, zahipnotyzowany, za nim. Teraz jest już w salonie, wciska guziki pilota swoimi tłustymi paluchami, ogląda sport w telewizji. Mistrzostwa pierwszej ligi w piłce nożnej. Klnie przy faulach, przy golach wstaje i wiwatuje. Po meczu skarży się, jak mu sucho w ustach i pusto w brzuchu. Miałby ochotę na coś z drobiu, kurczaka - jeśli można, ale wołowina też by go urządziła. Więc wsiadasz z nim do auta i wieziesz do jakiejś znanej mu restauracji w okolicy. Nowa sytuacja niepokoi cię, mocno cię niepokoi, ale nie za bardzo wiesz, co robić, twoje ośrodki decyzyjne są sparaliżowane. Ręka jak automat zmienia biegi, podczas kiedy zjeżdżacie na Ayalon, a on na siedzeniu obok postukuje złotym sygnetem na małym palcu, a na światłach przy skrzyżowaniu Beit Dagan opuszcza sobie automatycznie szybę, mruga do ciebie i krzyczy do jakiejś żołnierki usiłującej złapać okazję: "Laleczko, chcesz, żeby cię załadować na tył jak owcę?". Potem, gdzieś w pobliżu, objadacie się mięsem aż do pęknięcia brzuchów, on z uciechą przyjmuje każdą dokładkę i śmieje się jak niemowlę. I przez cały ten czas mówisz sobie, że to tylko sen, dziwny sen - to prawda, ale taki, z którego zaraz się obudzisz.

W drodze powrotnej pytasz, gdzie chce wysiąść, a on zachowuje się, jakby nie słyszał, ale wygląda na bardzo zaniepokojonego. A na koniec lądujecie z powrotem u ciebie w domu. Godzina jest już prawie trzecia. "Pójdę już teraz spać" - mówisz, a on macha ci z kanapy na pożegnanie i ogląda dalej kanał z modą. Rano budzisz się zmęczony, z bolącym lekko żołądkiem. A ona w salonie jeszcze drzemie. Ale wstaje, zanim zdążysz się umyć. Obejmuje cię w poczuciu winy, a ty jesteś zbyt zażenowany, żeby coś powiedzieć. Czas mija i nadal jesteście razem. Seks staje się tylko coraz lepszy, ona nie jest już młoda, ty też nie i nagle okazuje się, że zaczynasz mówić o dziecku. A w nocy ty i tłuścioszek bawicie się, jak nigdy się nie bawiłeś. Zabiera cię do restauracji i klubów, których wcześniej nie znałeś nawet z nazwy, tańczycie razem na stołach, tłuczecie talerze - jakby nigdy nie miało być jutra. Tłuścioszek jest bardzo miły, troszkę wulgarny, zwłaszcza wobec kobiet. Czasem ma takie odzywki, że nie wiesz, gdzie się schować. Ale poza tym naprawdę fajnie z nim być. Kiedy się poznaliście, niespecjalnie interesowałeś się piłką nożną, ale teraz znasz już wszystkie drużyny. I za każdym razem, kiedy drużyna, której kibicujecie, wygrywa, czujesz się tak, jakbyś wyraził życzenie i ono się spełniło, co jest poczuciem cholernie rzadkim, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ty, co najczęściej nie wie, czego chce. I tak co noc zasypiasz z nim zmęczony przy rozgrywkach ligi argentyńskiej, a rano znów budzisz się u boku pięknej i wyrozumiałej kobiety, którą też aż do bólu kochasz.

Strzelają do Tuwii

Szmulikowi

Tuwię dostałem w prezencie na dziewiąte urodziny od Szmulika Rewiji, który był chyba najbardziej skąpym dzieckiem w klasie, bo dokładnie w dzień mojego urodzinowego przyjęcia jego suka się oszczeniła. Miała jakieś cztery szczeniaki i jego wujek poszedł wszystkie wrzucić do wody z mostu na Ayalon, i wtedy Szmulik, który myślał tylko, jak zaoszczędzić pieniądze na prezent, na który składały się wszystkie dzieci z klasy, wziął jednego szczeniaka i mi przyniósł. Był strasznie mały i kiedy szczekał, wychodził mu taki pisk, ale kiedy ktoś go zdenerwował, potrafił nagle zawarczeć i na chwilę głos mu się robił taki głęboki, niski, zupełnie nie szczeniaka, i to było śmieszne, jakby udawał innego psa. Dlatego nazwałem go Tuwia, na cześć Tuwii Tzafira, co też był parodystą. Mój tata nie cierpiał go od pierwszej chwili, a i Tuwia tatę niespecjalnie lubił. Tak naprawdę to Tuwia poza mną nikogo specjalnie nie lubił. Na początku, kiedy był szczeniakiem, szczekał na wszystkich, a kiedy trochę podrósł, próbował gryźć każdego, kto się nawinął. I nawet Sahar, który nie ma zwyczaju tak bez powodu kogoś obsmarowywać, powiedział, że to pies sukinsyn. Mnie w życiu nie zrobił nic złego, ciągle tylko skakał na mnie i lizał, i za każdym razem, kiedy tylko od niego odszedłem, zaczynał płakać. Sahar powiedział, że to nic nadzwyczajnego, bo to ja go karmię. Ale spotkałem wiele psów, co szczekały również na tych, którzy je karmili, i wiedziałem, że sprawa między mną a Tuwią to nie sprawa jedzenia i że lubił mnie naprawdę. Tak po prostu, bez powodu, weź zrozum, co się dzieje w psiej głowie, ale to było wyraźne. I faktem jest, że Bat-Szewa, moja siostra, też dawała mu jeść, a on zawzięcie jej nienawidził.

Rano, jak szedłem do szkoły, zawsze chciał iść ze mną, ale specjalnie go zostawiałem, bo bałem się, że narozrabia. Podwórze mieliśmy ogrodzone siatką i czasem, kiedy wracałem do domu, zdążyłem jeszcze zobaczyć, jak Tuwia obszczekuje jakiegoś nieszczęśnika, który ośmielał się przejść naszą ulicą, biegał wtedy i rzucał się na siatkę jak oszalały. Ale kiedy tylko mnie zobaczył, przestawał i od razu zaczynał pełzać po ziemi, machać ogonem i opowiadać mi, poszczekując, o tych wszystkich ofermach przechodzących ulicą i doprowadzających go do ostateczności i o tym, jak w końcu cudem się z tego wywijali. Już wtedy pogryzł ze dwóch i miałem szczęście, że się nie poskarżyli, bo i bez tego tata był na niego wnerwiony i tylko czekał na pretekst.

W końcu stało się. Tuwia pogryzł Bat-Szewę i pogotowie ją zabrało na założenie szwów. Jak wróciła, tata wziął Tuwię do samochodu. Od razu zrozumiałem, co się szykuje, i zacząłem płakać.

- Szaul, zostaw go, naprawdę - powiedziała mama do taty. - To pies dzieciaka, zobacz, jak on płacze.

Ale tata nic nie odpowiedział, tylko poprosił mojego starszego brata, żeby z nim poszedł.

- Ja też go potrzebuję - próbowała mama - to pies obronny, na złodziei.

Tata zatrzymał się na chwilę, zanim wsiadł do samochodu i zapytał:

- Po co ci potrzebny pies obronny? Czy w tej dzielnicy ktoś się kiedy gdzieś włamał? A w ogóle jest u nas co kraść?

Tuwię wrzucili z mostu do Ayalonu, a potem patrzyli, jak porywa go prąd. Wiem, bo brat mi opowiedział. Nie rozmawiałem o tym z nikim i wcale nie płakałem, poza pierwszą nocą, kiedy go zabrali.

Po trzech dniach Tuwia przyszedł do szkoły. Usłyszałem, jak szczeka na dole. Był brudny i strasznie śmierdział, ale poza tym dokładnie taki sam. Byłem dumny, że wrócił, i to też dowodzi, że wszystko, co wygadywał Sahar o tym, że on nie naprawdę mnie lubi, to były zwykłe głupoty. Bo gdyby z Tuwią to była tylko sprawa jedzenia, nie przyszedłby specjalnie do mnie. Mądry też był ten Tuwia, że przyszedł do szkoły. Bo gdyby znalazł się w domu beze mnie, nie wiem, co tata by mu zrobił. I tak, kiedy tam z nim dotarłem, od razu chciał się go pozbyć. Ale mama powiedziała, że może Tuwia miał teraz nauczkę i będzie już dobrym psem. Umyłem go potem szlauchem na podwórku, a tata powiedział, że od dzisiaj będzie przez cały czas przywiązany i jeśli jeszcze raz coś zrobi, to koniec z nim. Prawda jest taka, że z tego, co się wydarzyło, Tuwia niczego się nie nauczył, tylko stał się trochę bardziej zwariowany i codziennie, gdy wracałem ze szkoły, widziałem, jak szczeka szaleńczo na każdego przechodzącego, aż któregoś dnia wróciłem i go nie było, i taty też nie. Mama powiedziała, że przyjechali ze straży granicznej, bo słyszeli, że to taki ostry pies, i poprosili, że chcą go zatrudnić, tak jak zatrudnili Azę, sukę spadochroniarkę, i teraz Tuwia jest psem tropicielem, i gryzie terrorystów próbujących się przedostać przez północną granicę. Udałem, że wierzę, a wieczorem wrócił tata samochodem i mama coś mu poszeptała na boku, a on pokręcił przecząco głową. Tym razem tata przejechał sto kilometrów, aż za Gaderę, i tam Tuwię wyrzucił. Wiem, bo brat mi opowiedział. Powiedział mi też, że to dlatego, bo w południe udało mu się zerwać i pogryzł urzędnika z magistratu.

Sto kilometrów to dużo nawet samochodem, a na piechotę - tysiąc razy tyle, szczególnie dla psa, dla którego każdy krok to góra ćwierć kroku człowieka, ale po trzech tygodniach Tuwia wrócił. Czekał na mnie koło bramy szkoły, nawet nie szczekał, bo nie miał siły się ruszyć, tylko merdał ogonem, nie wstając. Przyniosłem mu wodę i wypił może z dziesięć miseczek. Tata zdębiał, kiedy go zobaczył.

- Ten pies jest jak przekleństwo - powiedział do mamy, która od razu przyniosła z kuchni kości dla Tuwii.

W nocy pozwoliłem mu spać w moim łóżku. Zasnął pierwszy i przez całą noc tylko skamlał i warczał przez sen, próbując ugryźć wszystkich, co przychodzili go w snach denerwować.

Na koniec ze wszystkich ludzi musiał wpakować się akurat na babcię. Nawet jej nie ugryzł, skoczył tylko i przewrócił ją na plecy. Uderzyła się porządnie w głowę i wszyscy pomagaliśmy jej wstać. Mama posłała mnie do kuchni po szklankę wody, a kiedy wróciłem, widziałem już, jak tata wściekły ciągnie Tuwię do samochodu. Nie próbowałem nic zrobić, mama też nie. Wiedziałem, że zasłużył. Tata jeszcze raz poprosił brata, żeby z nim pojechał, tyle że tym razem polecił mu też zabrać karabin. Mój brat był zwykłym dekownikiem, ale ponieważ służył w odległej jednostce, na przepustki wychodził z bronią. I kiedy tata powiedział mu, żeby wziął karabin, w pierwszej chwili nie zrozumiał i spytał po co, a tata odpowiedział, że po to, żeby Tuwia przestał wracać.

Zabrali go na wysypisko i strzelili mu w głowę. Brat powiedział, że Tuwia w ogóle nie rozumiał, co będzie. Był w dobrym nastroju i cieszył się wszystkim, co znalazł w śmieciach. Od tego czasu - trzask! Od kiedy brat mi to opowiedział, prawie o nim nie myślałem. Poprzednio za każdym razem stale o nim pamiętałem, próbowałem sobie wyobrazić, gdzie jest i co robi. Ale teraz nie było już co sobie wyobrażać, więc starałem się jak najmniej o nim myśleć.

Po pół roku wrócił. Czekał na mnie na boisku pod szkołą. Powłóczył łapą, jedno oko miał zamknięte, a szczęka wyglądała na zupełnie sparaliżowaną. Ale jak mnie zobaczył, bardzo się ucieszył, jakby nigdy nic. Kiedy przyprowadziłem go do domu, tata nie wrócił jeszcze z pracy i mamy także nie było, ale jak już przyszli, też nic nie powiedzieli. I tyle. Od tej pory Tuwia został, dwanaście lat, aż w końcu umarł ze starości. Już więcej nikogo nie pogryzł. Raz na jakiś czas, kiedy ktoś przejeżdżał na zewnątrz na motorze albo po prostu hałasował, można było zobaczyć, jak trafia go szlag i próbuje rzucać się na siatkę, ale jakoś zawsze w końcu opuszczały go siły.