Przedmowa
Od dwudziestu pięciu lat odwiedzamy różne miejsca na całym świecie - w Azji, Europie i obu Amerykach - ucząc zasad i pojęć przedstawionych w książce 7 nawyków szczęśliwej rodziny. Jak można się domyślać, wiele
zadawanych nam pytań dotyczy zwłaszcza tego dynamicznego i w równym
stopniu satysfakcjonującego jak frustrującego związku dwojga dorosłych
ludzi nie zawsze będących formalnie małżeństwem, który nazywają rodziną.
Dlatego chcielibyśmy podzielić się z wami tym, czego się nauczyliśmy.
Przede wszystkim chcemy wyznać, że nie umiemy zdefiniować dokładnie,
czym jest rodzina lub małżeństwo. Czasami ludzie zawierają formalne
małżeństwo, czasami nie, ale i w jednym, i w drugim wypadku zależy im na
powodzeniu ich związku. I dlatego nie jest istotne, jakim terminem go
opisujemy. Najważniejsze jest powodzenie i szczęście osób, które kochasz
i które otaczają cię na co dzień. Nieistotne, jaką konkretną
konfigurację tworzą wasz związek i rodzina. Najważniejsze, abyście byli
zgodni - ty i druga osoba - co do tego, że jest to mariaż dwóch umysłów
i dwóch serc złączonych miłością, wzajemnym oddaniem i wspólną wizją
udanego życia rodzinnego.
Z naszych podróży dowiedzieliśmy się także, że w każdej kulturze rodzina
to coś więcej niż grupa osób mieszkających pod jednym dachem. Rodzina to
coś świętego, niezależnie od jej formy i wielkości. A ponieważ rodzina
to rzecz święta, jesteśmy przekonani, że jako dorośli i dojrzali
partnerzy powinniśmy robić wszystko, co w naszej mocy, by nasze życie
rodzinne było szczęśliwe, udane i zdrowe. Szczęśliwe relacje rodzinne to
niezbędny warunek naszego osobistego dobrostanu, a także dobrostanu
społeczeństwa i jego pomyślnej przyszłości.
Możemy zadać pytanie, co sprawia, że niektórzy partnerzy są bardziej, a inni mniej skuteczni, jeśli chodzi o budowę udanego związku. Czy
istnieją jakieś zasady dotyczące ludzkiej skuteczności i odnoszące się
do wszystkich ludzi? Oczywiście! Nawyki skutecznego działania
przedstawione w tej książce sprawdzają się i będą sprawdzać we
wszystkim, co robisz, niezależnie od okoliczności.
Kilka lat temu opublikowano poważną pracę naukową, wynik badań
najtęższych umysłów w dziedzinie relacji międzyludzkich, zatytułowaną
"Zaprogramowani biologicznie na tworzenie związków". Wyjaśnia ona,
dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, i czego potrzebujemy jako ludzie,
by w pełni rozkwitnąć emocjonalnie. Jej podstawowe przesłanie brzmi:
"Ludzie mają wrodzoną potrzebę tworzenia więzi". To najbardziej
nieodparta z naszych potrzeb, zaraz po potrzebie fizycznego przetrwania.
Co więcej, dowiedziono, że ludzie wchodzący w trwałe związki żyją dłużej
i są szczęśliwsi.
Problemy w związku i w rodzinie nie znikają same z siebie. Przeciwnie,
im dłużej trwają, tym bardziej się komplikują. Dlatego kluczem do
sukcesu nie jest radzenie sobie z problemami jako takimi, lecz to, jak
ty sobie z nimi radzisz. Tu kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego
niektóre związki są szczęśliwe, a inne nie. My, autorzy tej książki,
często porównujemy związek do samolotu. Piloci zawsze dokładnie wiedzą,
dokąd lecą, mają plan lotu i wszystko, czego potrzebują, by utrzymać się
na kursie. Podobnie jest ze związkami między ludźmi. Jeśli spełnione są
powyższe trzy warunki, twój związek na pewno będzie udany. Siedem
nawyków, które tu przedstawiamy, to twój plan lotu, a jego celem jest
trwały i satysfakcjonujący związek.
Na samym początku przyglądamy się bliżej ponadczasowej zasadzie
tworzenia związków międzyludzkich, a potem, już na wyższym poziomie,
pokazujemy, co zrobić, żeby taki związek był szczęśliwy. Całą książkę
wypełnia mądrość oddanych sobie nawzajem osób żyjących w trwałych
związkach. Zasady skutecznego działania pomogą tobie i twojemu
partnerowi lub partnerce rozkwitnąć jako ludziom, niezależnie od tego,
gdzie mieszkacie i jakie są wasze okoliczności życiowe.
Ta wspaniała książka pokazuje, jak Stephen i Sandra Covey, ich dzieci
oraz inne rodziny starają się żyć siedmioma nawykami. Ja, John, znam
Stephena od dziecka, bo to mój starszy brat. Ja, Jane, widziałam, jaki
wpływ ma Stephen na życie mojego męża, Johna, a także jak Stephen i Sandra tworzyli szczęśliwy związek oddanych sobie nawzajem ludzi, który
wpłynął na całe pokolenia. Jestem im również wdzięczna za to, jak
wpłynęli na moje życie i małżeństwo. Mogę zaświadczyć, że zawsze
stanowili wspaniały przykład udanego, szczęśliwego i opartego na
zasadach prawdziwego partnerstwa.
Niech ta książka da wam dużo zadowolenia i radości, ponieważ została
napisana dla ciebie i bliskiej ci osoby.
dr John Covey i Jane Covey
Wstęp
STEPHEN R. COVEY
Zapraszam was do lektury nowej książki pokazującej, jak stosować 7
nawyków skutecznego działania w życiu domowym, małżeństwie i rodzinie.
Jestem głęboko przekonany, że zdrowe małżeństwo i rodzina stanowią
najważniejszy fundament cywilizacji oraz budulec społeczeństwa i że
najwięcej radości i satysfakcji możemy znaleźć w naszych domach i rodzinach. Uważam także, że najważniejsze w naszym życiu jest to, co
robimy w domu.
Pięknie to ujęła pierwsza dama Barbara Bush w swoim przemówieniu do
absolwentów Wellesley College:
Wszystkie wasze przyszłe zobowiązania jako lekarzy, prawników czy
liderów biznesu są oczywiście ważne, ale każdy i każda z was jest przede
wszystkim człowiekiem i właśnie międzyludzkie więzi ze współmałżonkiem,
z dziećmi, z przyjaciółmi będą dla was najważniejszą życiową inwestycją.
U kresu życia nikt z was nie będzie żałował, że nie zdał jednego
egzaminu więcej, że nie wygrał jeszcze jednej sprawy w sądzie albo nie
wynegocjował jeszcze jednej świetnej umowy. Będziecie za to żałować
czasu, którego nie spędziliście z mężem lub żoną, z dzieckiem, z przyjaciółką lub przyjacielem albo z rodzicami. Nasz sukces jako
społeczeństwa nie zależy od tego, co się dzieje w Białym Domu, lecz od
tego, co się dzieje w waszym domu.
Jestem przekonany, że jeśli jako społeczeństwo będziemy pilnie i sumiennie doglądać wszystkich dziedzin życia społecznego, zaniedbując
przy tym nasze najważniejsze relacje z innymi, naszych partnerów i rodziny, będzie to tak, jakbyśmy rozkładali leżaki na pokładzie
Titanica. Dag Hammarskjöld, sekretarz generalny ONZ, tak to wyraził:
"Szlachetniej jest poświęcić się całkowicie jednemu człowiekowi, niż
pracować sumiennie nad zbawieniem całych rzesz". Moja żona lubi
przypominać mi od czasu do czasu te słowa...
Wszyscy ludzie mają takie same potrzeby. Chcą czuć się bezpiecznie, być
doceniani, kochani i słyszeć słowa otuchy. Te potrzeby najwspanialej
można zaspokoić przez więzi łączące kochające się osoby - męża i żonę,
dziecko i rodziców. Dlatego wielkim smutkiem napawa sytuacja, gdy
członkowie rodziny ich nie zaspokajają. Istnieją też pewne podstawowe
zasady rządzące wszystkimi relacjami międzyludzkimi, a trzymanie się
tych zasad, czy też naturalnych praw, to niezbędny warunek domowego
szczęścia. Od ponad pół wieku obserwuję, jak dramatycznie zmieniła się
rzeczywistość życia rodzinnego i małżeńskiego.
Przypatrzmy się statystykom:
liczba dzieci przychodzących na świat w niepełnych rodzinach wzrosła
czterokrotnie;
liczba niepełnych rodzin wzrosła trzykrotnie;
ponaddwukrotnie wzrosła liczba rozwodów;
ponadtrzykrotnie wzrosła liczba samobójstw wśród nastolatków;
równocześnie z 66,7 do 16,9 procent zmniejszył się odsetek rodzin, w których jedno z rodziców sprawuje w ciągu dnia opiekę nad dziećmi w domu.
Gdy się pomyśli, co stało się z rodziną w ciągu ostatnich pięćdziesięciu
lat, odczuwamy zgrozę i zdumienie. Wybitny historyk Arnold Toynbee
powtarzał, że całą historię ludzkości można streścić jednym zdaniem:
"Nic nie jest bardziej zawodne niż sukces". Innymi słowy, kiedy nasze
działanie jest adekwatne do wyzwania lub trudności, mówimy o sukcesie.
Kiedy jednak wyzwanie się zmienia, wówczas gwarantujące wcześniej sukces
działania już się nie sprawdzają. Zmieniło się wyzwanie stojące przed
naszym społeczeństwem, dotyczące naszych rodzin i związków, dlatego
musimy wypracować działania, które mu sprostają.
Dzisiaj już nie wystarczy samo pragnienie stworzenia silnej rodziny
opartej na więziach partnerskich. Potrzebujemy nowego sposobu myślenia,
nowego zestawu umiejętności, nowych narzędzi, by uporać się z tą zmianą.
Mamy do czynienia z całkowicie nową sytuacją i jeśli mamy być skuteczni,
musimy działać w równie nowatorski sposób.
7 nawyków skutecznego działania to właśnie taki nowy sposób myślenia i nowy zbiór umiejętności, wiele par i rodzin korzysta z nich, by wzrastać
i nie zbaczać z kursu.
Moja wspaniała żona Sandra, z którą przeżyłem już pięćdziesiąt lat, mój
brat John i jego żona Jane przedstawiają w tej książce odczucia i osobiste doświadczenia dotyczące stosowania tych sprawdzonych zasad w naszym życiu. Mamy nadzieję, że znajdziecie w niej słowa, które trafią
wam do serca i pomogą wprowadzić te zasady w waszym związku i rodzinie,
tak byście odnieśli z nich korzyść, podobnie jak przynoszą korzyść nam i naszym rodzinom.
CZĘŚĆ PIERWSZA
WPROWADZENIE W 7 NAWYKÓW SZCZĘŚLIWEGO MAŁŻEŃSTWA
Sandra: Świetna sprawa, ponieważ będziemy mówić o relacji między
dwojgiem ludzi, dwiema dorosłymi osobami, w obrębie rodziny. W przekonaniu wielu z nas oznacza to formalne pod względem prawnym
małżeństwo, ale nie zawsze musi tak być. Możemy mieć też do czynienia z sytuacją, w której dwoje ludzi za obopólną zgodą i porozumieniem
postanawia po prostu żyć razem, tworząc rodzinę, z dziećmi lub bez
dzieci. Kiedy o tym pomyśleć, zdumiewa, jak często to się udaje, jeśli
wziąć pod uwagę, że oboje pochodzą z zupełnie różnych rodzin i z całkowicie odmiennych środowisk, gdzie inaczej patrzyło się na świat i robiło wiele rzeczy, inaczej rozwiązywało problemy, komunikowało się z innymi, gospodarowało pieniędzmi i wychowywało dzieci. To niesamowite.
Jedno mogę powiedzieć: w moim małżeństwie ze Stephenem nigdy nie wiało i nie wieje nudą. On zawsze robi mnóstwo zabawnych i ekscytujących rzeczy.
Pamiętam, jak moja mama i tato szli, trzymając się za ręce, do
lodziarni, kupowali lody, wracali do domu, siadali na werandzie, jedli
sobie spokojnie lody i rozmawiali z sąsiadami. Stephen i ja nigdy nie
robiliśmy czegoś takiego. Stale go pytałam: "Co się stało z naszą
piękną, dawną przeszłością, kiedy miałeś więcej czasu i nie byłeś wciąż
pod taką presją?".
Tak czy owak, mam cudowne życie i wspaniale jest uczyć się od siebie
nawzajem i widzieć, jak dzieci dorastają, usamodzielniają się i też mają
ekscytujące życie. Dlatego uważam, że małżeństwo to dobra rzecz. Sądzę
też, że wszyscy musimy pracować nad powodzeniem związku, cały czas się
uczymy, cały czas wyzbywamy się egoizmu i coraz więcej jest w nas
miłości i gotowości dawania. To wspaniała droga postępu w małżeństwie.
RÓŻNE RODZINY, RÓŻNE STYLE
Pamiętam, że najtrudniejszą rzeczą na początku małżeństwa było to, że
miałam wrażenie, jakbym była nielojalna wobec mojej dawnej rodziny,
ilekroć dochodziłam do wniosku, że taki czy inny sposób postępowania
wyniesiony z mojego domu niekoniecznie musi być jedyny. Potrzebowałam
kilku lat, by zrozumieć, że w każdej rodzinie wiele rzeczy robi się
inaczej i człowiek uczy się, dorasta i decyduje, jak robić coś wspólnie
z mężem lub żoną, zamiast powtarzać coś, co robili jego rodzice.
Krótko po ślubie przeprowadziliśmy się do Bostonu. Stephen studiował,
tam urodziło się nam dziecko i po roku wróciliśmy do naszego rodzinnego
miasta. Nie minął tydzień, a tu telefonuje do mnie mama Stephena i mówi:
"Och, Sandra, strasznie się cieszę, że wróciliście. Dzwonię, żeby ci
powiedzieć, że Stephen, jak był mały, to dostawał mleko dla niemowląt
firmy Arden. Aha, no i zawsze kupowaliśmy dziennik "Deseret News"". "O,
dzięki za te informacje!" - odpowiadam. A potem telefonuje moja mama i mówi: "Sandra, jak byłaś mała, dostawałaś mleko firmy Winder Dairy, no i pamiętasz chyba, że u nas w domu zawsze się czytało "The Salt Lake
Tribune"". Dlatego musieliśmy pójść na kompromis i nasze dziecko piło
mleko firmy Clover Leaf i kupowaliśmy "Daily Herald".
I to jest wspaniałe, dlatego zawsze powtarzam wszystkim moim dzieciom,
które mają teraz własne rodziny: "Weźcie to, co najlepsze z waszych
dawnych rodzin. Nie musicie robić tego, co wasi rodzice, róbcie wszystko
tak, żeby było wam z tym dobrze".
Moja rodzina była bardzo otwarta, wszyscy byli wylewni i okazywali sobie
publicznie uczucia, całowali się i przytulali. Nikt nie miał żadnych
tajemnic, wszyscy wiedzieli o sobie nawzajem wszystko. I jak ktoś był na
ciebie wściekły, to wcale się z tym nie krył. Rodzina Stephena była
bardziej zamknięta w sobie i człowiek nigdy nie wiedział, czy szwagier
lub szwagierka ma do ciebie jakieś pretensje, i ogólnie nie afiszowali
się z emocjami. Dlatego był to ciekawy kontrast. Stephen zawsze się
starał, żebym mówiła mniej, a ja zawsze się starałam, żeby on mówił
więcej.
WYKORZYSTAĆ SIŁĘ INNYCH
Stephen był bardzo odważny i lubił rzeczy ekstremalne. Polował,
żeglował, jeździł na nartach wodnych, skakał o północy na główkę do
jeziora, jeździł na quadach i motocyklach - tego rodzaju rzeczy. Przez
kilka pierwszych lat małżeństwa, a nawet teraz, wciąż musiałam i muszę
pokonywać w głowie głos mojej mamy, która mówi: "Jak popłyniesz tą
żaglówką, to się utopisz; jak wdrapiesz się na to drzewo, to
spadniesz!". Żeby pozwolić każdemu z nas być sobą i zarazem działać jako
zespół, musieliśmy dojść do porozumienia. Musicie pozwolić jedno
drugiemu zadbać o to, co najlepsze dla waszych dzieci, i wspierać sposób
działania męża lub żony.
Kocham sztukę, teatr, balet, operę oraz podobne rzeczy, więc to ja
zawsze kupowałam bilety na przedstawienia, za to Stephen wolał mecze
koszykówki albo futbolu i wybierał sporty, które uprawiały nasze dzieci.
To wszystko trzeba wypracować. Pamiętam, jak nasi chłopcy weszli w wiek
nastoletni; wcześniej musiałam ich ciągnąć na koncerty muzyki poważnej,
ale jak już byli nastolatkami i zaczęli się umawiać z dziewczynami,
doszli do wniosku, że mogą im zaimponować zaproszeniem do teatru lub
filharmonii, a dziewczyny też czuły się wyróżnione, gdy zapraszali je na
spektakl baletowy albo przedstawienie, i doszło do tego, że kłócili się
o bilety, i to naprawdę było fajne.
Jak wspomniałam, każda rodzina ma własny sposób na życie. Powinniśmy
sobie uświadomić, że mamy prawo wyboru. Nie musimy robić tego, co robili
nasi rodzice, kiedy nas wychowywali; możemy wybrać, co chcemy, możemy
się do siebie nawzajem dostosować i dowiedzieć się, co jest ważne dla
drugiej osoby.
KLUCZ DO SUKCESU TO EMPATYCZNA KOMUNIKACJA
Najważniejsze to komunikować się i rozmawiać. Stephen dzwoni do mnie
kilka razy dziennie, nieważne, gdzie jest. Niedawno był w Chinach,
Singapurze i Hongkongu, wtedy dzwonił i pytał: "Co robisz, kochanie?", a ja mu odpowiadałam: "Nie wiem, czy wiesz, ale u nas jest trzecia w nocy"
lub coś w tym rodzaju.
Jest jedna rzecz, którą lubimy robić od lat: przejażdżki motocyklem.
Mamy taką małą hondę i codziennie robimy sobie krótką przejażdżkę. Wtedy
nie ma telefonów, nie ma dzieci, tylko my dwoje, mamy czas dla siebie i na rozmowę. Jeździmy sobie po okolicy. W zimie można się przesiąść na
skuter śnieżny albo nie wiem... iść na spacer. Ważne, żebyście mieli czas
tylko dla was dwojga, żeby móc porozmawiać.
Gdy mieszkaliśmy na Hawajach, chodziliśmy na plażę, spacerowaliśmy i rozmawialiśmy godzinami. I nieważne, jak wielkie są twoje problemy,
jeśli możesz o nich porozmawiać i podzielić się swoimi troskami z ukochaną osobą, wtedy od razu czujesz się lepiej. Stephen zawsze mi
przypomina, że wszystkie uczucia, które tłumimy w sobie, wcale nie
znikają, tylko wracają w bardziej paskudnej postaci. To prawda, zarówno
w odniesieniu do życia małżeńskiego, jak i rodzinnego. Małżonkowie muszą
nauczyć się komunikować swoje troski oraz problemy i mieć pewność, że
mogą to robić bezpiecznie.
Stephen bardzo dużo podróżuje i często nie może uczestniczyć w życiu
rodzinnym, więc kiedy jest poza domem, dzwoni nawet kilka razy dziennie.
Gdy dzieci były jeszcze małe, telefonował co wieczór, rozmawiał z każdym
z nich i pytał: "Co robisz? Jak ci minął dzień? Powiedz, co u ciebie
słychać". Czasami dzwonił za pięć dziesiąta, wszyscy oglądaliśmy
telewizję, a tu telefon. "No nie, znowu tata", mówiliśmy, a potem ktoś
dodawał: "Idź i odbierz"; "Nie, ty odbierz, ja wczoraj z nim
rozmawiałem". Ale trzeba powiedzieć, że dzięki temu była komunikacja,
nie czułam się samotna, będąc sama z dziećmi, i nie miałam wrażenia, że
wychowuję je bez pomocy Stephena.
Pamiętam, że gdy słynny przywódca religijny i wychowawca, David O.
McKay, i jego żona mieli za sobą sześćdziesiąt lat pożycia małżeńskiego,
któregoś razu dziennikarz spytał panią McKay: "Macie państwo takie
cudowne małżeństwo, wciąż się kochacie i trzymacie za ręce. Naprawdę
nigdy nie myśleliście o rozwodzie?". A ona odpowiedziała: "O rozwodzie
nigdy, o morderstwie często".
Wydaje mi się, że wszystkim nam przechodzi czasami przez głowę taka
myśl, gdy jesteśmy sfrustrowani, zmęczeni albo gdy szwankuje wzajemna
komunikacja.
DOCENIAJ RÓŻNICE
Być mężem lub żoną kogoś całkiem innego niż ty to wspaniała sprawa, bo
dzięki temu oboje dojrzewacie i uczycie się od siebie nawzajem. Mamy
taki sposób, który dobrze się sprawdza, a który polega na tym, że gdy
mamy odmienne pragnienia, na przykład ja chcę iść na przedstawienie
baletowe, a on na mecz albo jakieś wydarzenie sportowe, wtedy mówimy
sobie coś takiego: "No dobrze, ale powiedz mi tak naprawdę szczerze, w skali od jednego do dziesięciu, jak ważne jest to dla ciebie".
Umawialiśmy się przy tym, że nie będziemy kłamać, i ja na przykład
mówiłam: "Dla mnie to pięć", a on mówił: "Dla mnie to jeden, więc możemy
pójść na balet". To taki prosty przykład wzajemnej komunikacji, który
wciąż bardzo nam pomaga. No i nie wolno udawać. Mam w łazience taki
napis: "Dzisiaj kocham cię bardziej niż wczoraj. Wczoraj miałam cię
serdecznie dość".
OTWÓRZ SERCE
Prawcie sobie nawzajem komplementy. Dobrze wiecie, że dzieci raczej nie
słyną z wypowiedzi w rodzaju: "Jesteś wspaniałą mamą, tak doskonale
sprzątasz dom i pierzesz nasze ubrania, no i gotujesz świetne obiady".
Nie usłyszymy zbyt często takich słów z ust naszych pociech. Jednak u nas w domu, ilekroć przygotowałam wyjątkowo pyszne danie lub zrobiłam
coś wykraczającego choć tylko trochę poza codzienną rutynę, Stephen
mówił: "No, kochani, owacja na stojąco dla mamy!" - po czym wstawał
razem z dziećmi i klaskali mi, dziękując za obiad lub coś innego. Poza
tym nasze dzieci, gdy ktoś w rodzinie zrobił coś ekstra, wołały na cześć
tej osoby "Hip, hip, hura". Bardzo mi się podoba ta nasza rodzinna
tradycja.
Rozmawiajcie. Kobietom łatwiej przychodzi mówienie o uczuciach i wiadomo: zawsze chcemy, żeby mężowie powiedzieli dokładnie to, co chcemy
usłyszeć. Mamy przyjaciół, Trumana i Ann Madsenów. Ann powiedziała mi
kiedyś: "Któregoś wieczoru mówię do Trumana: "Kochanie, jesteś cudowny,
jesteś najlepszym mężem na świecie. Jestem taka szczęśliwa, że jestem
twoją żoną. Nie potrafię sobie wyobrazić kogoś cudowniejszego i bardziej
zatroskanego o mnie niż ty". Naprawdę tak myślałam i chciałam, żeby mi
powiedział to samo, a on odparł krótko: "Ja też"". Czasami to jedyna
odpowiedź, jaką usłyszymy, i dlatego musimy szukać "słów" męża
wyrażonych w innej postaci.
DEMONSTRUJ SWOJE SZCZĘŚCIE I MIŁOŚĆ
Nasz inny rodzinny zwyczaj to wylewne powitania i pożegnania. Gdy któreś
z nas wraca do domu, rzucamy wszystko i idziemy się przywitać. Nieważne,
czy chodziło o nas, czy o któreś z dzieci, zawsze staraliśmy się
zademonstrować naszą radość z przybycia tej osoby: "O, jesteś!
Opowiadaj, jak minął ci dzień!". Ważne było dla nas, żeby to robić bez
udawania, żeby druga osoba wiedziała, że naprawdę cieszymy się z jej
powrotu. Podobnie było, gdy ktoś wychodził z domu. Zawsze były całusy,
przytulenia na pożegnanie i słowa: "Wracaj jak najprędzej". Uważam, że
takie wylewne okazywanie uczuć, gdy ktoś wraca do domu lub wychodzi, to
dobra sprawa, ponieważ wtedy mąż lub żona chcą z tobą być, a każdy w rodzinie czuje się kochany i wyróżniony.
Pamiętam, że gdy byłam dzieckiem, mama przed powrotem taty z pracy
przebierała się w lepszą sukienkę, czesała i robiła makijaż. Często ją
pytałam: "Po co to robisz?" a ona odpowiadała: "Bo tata wraca do domu".
Wiem, że to brzmi strasznie staroświecko, a dla niektórych może nawet
trąci seksizmem, ale moja mama starała się w ten sposób pokazać tacie,
że cieszy się z jego powrotu, i chciała ładnie wyglądać. Widziałam
wyraźnie, że tata, po całym dniu pracy, gdy ludzie niekoniecznie byli
dla niego mili i kiedy może nie udało mu się niczego sprzedać, był
szczęśliwy, że jest w domu, gdzie jest kochany i doceniany.
Inna rzecz, którą zawsze robimy w naszym domu, to huczne świętowanie
urodzin. Gdy przychodzi ten ważny dzień dla każdego z nas, to kiedy
jubilat wstaje z łóżka, już czekają na niego balony, napisy i laurki.
Urodziny to zawsze szczególny dzień połączony z urodzinową kolacją. Moi
zięciowie i moje synowe zawsze powtarzają: "Te urodziny u was są nie do
wytrzymania! Jesteśmy po nich strasznie wymęczeni! To nie urodziny, a jubileusz!".
Pewnego razu jeden z zięciów powiedział mi: "Wiesz, mamo, na początku
trudno mi się było przyzwyczaić do tego, że tak się nawzajem chwalicie i dopieszczacie, i uważałem, że jesteście wspaniali i w ogóle, ale robicie
wokół tego za dużo hałasu". Zamilkł na chwilę, po czym wyrzucił z siebie: "Ale teraz zaczyna mi się to podobać".
Z POCZUCIEM HUMORU ZAJEDZIECIE BARDZO DALEKO
Małżeństwo to wspaniała sprawa. To więcej, niż człowiek może się
spodziewać, że utarguje od życia, a zarazem coś o wiele trudniejszego,
niż nam się początkowo wydaje. Jeśli chodzi o mojego Stephena, uważam,
że to najwspanialszy mąż na świecie, uwielbiam z nim być i jestem
szczęśliwa, że wyszłam za niego.
Mamy swoje ulubione miejsce w Montanie, dokąd jeździmy każdego lata, a w zimie na narty. Któregoś razu wybraliśmy się tam wczesną jesienią, kiedy
dni były już chłodne. Powrót wypadł w niedzielę, więc wstaliśmy wcześnie
rano i w odświętnych ubraniach poszliśmy do kościoła, a potem ruszyliśmy
w sześciogodzinną drogę do domu.
Po jakimś czasie za kierownicą Stephen mówi do mnie: "Trochę się
zmęczyłem, poprowadzisz za mnie?". "Jasne" - odparłam. Położył się na
tylnym siedzeniu, żeby się zdrzemnąć, a ja prowadziłam, ale potem też mi
się oczy zaczęły kleić, obudziłam go i mówię: "Wiesz co, teraz ty znowu
poprowadź, a ja położę się z tyłu, bo widzę, że zrobiłeś tam takie fajne
posłanie".
"Nie ma sprawy" - powiedział. Zjechałam na parking, wysiadłam, on też
wysiadł i usiadł za kierownicą. Podeszłam do bagażnika, otworzyłam go,
wrzuciłam moje eleganckie szpilki, bo nie będę przecież spać w szpilkach, i zatrzasnęłam go z powrotem.
Kiedy Stephen usłyszał odgłos zamykanego bagażnika, pomyślał, że
zamknęłam tylne drzwi i jestem już w środku, więc ruszył. Zrobił mi już
kiedyś dla żartu taki numer, bo myślał, że to jest śmieszne, i musiałam
biec za samochodem. Uznałam więc, że teraz robi to samo, ale nie, widzę,
że wyjeżdża z parkingu i próbuje włączyć się do ruchu na autostradzie.
"Dobra - pomyślałam - i tak zaraz go dogonię".
Ale patrzę, a on dodaje gazu i po chwili znika mi z oczu, a ja stoję jak
sierota na poboczu w eleganckiej sukience, rajstopach, bez butów i jest
mi, nie powiem, trochę zimno... I myślę sobie: "No pięknie. Ciekawe, kiedy
się zorientuje i wróci?". Czekam, czekam, czekam, a on nie wraca... Wciąż
mijają mnie pędzące samochody, w końcu któryś kierowca, widząc kobietę
bez butów, zadzwonił chyba na policję i powiedział: "Właśnie jakiś facet
wyrzucił z samochodu żonę, która stoi teraz boso na autostradzie".
Pewnie tak było, bo dwadzieścia minut później zatrzymuje się przy mnie
radiowóz i policjant pyta:
- Jakaś kłótnia rodzinna?
- Ależ skąd! - odpowiadam. - Mąż odjechał, bo myślał, że jestem już w samochodzie.
- No, to trochę dziwne - mówi policjant. - Nie zauważył, że nie ma pani
obok niego na przednim siedzeniu?
- Nie, nie! Miałam usiąść z tyłu, bo chciałam się położyć i trochę
przespać.
- Aha, rozumiem - odpowiada policjant bez przekonania, a potem dodaje: -
No dobrze, proszę wsiadać, poszukamy pani męża.
Wsiedliśmy do wozu i policjant pyta:
- Czy mąż ma przy sobie komórkę? - Odpowiadam, że ma, więc na to on: -
Dobrze, zadzwonię do niego. - Wybiera numer i pyta: - Czy pan Covey?
- Przy telefonie.
- Z tej strony policja autostradowa. Może pan powiedzieć, gdzie pan się
teraz znajduje?
A mój Stephen na to:
- Nie wiem. Prowadziła żona, a ja spałem. Teraz ja prowadzę i nie wiem
dokładnie, gdzie jestem. Może w Wyomingu, a może już w Utah. Chwileczkę,
zapytam żonę, śpi z tyłu. - I słyszę w słuchawce, jak woła: "Sandra!
Sandra, obudź się! Gdzie jesteśmy?".
Tu odzywa się policjant:
- Halo, panie Covey! Żona pana nie usłyszy, bo siedzi obok mnie w radiowozie....
W końcu go dogoniliśmy. Widzę, jak wysiada z samochodu, i myślę sobie,
że na pewno musiał się tam na parkingu odwrócić i zobaczyć, że mnie nie
ma, ale on mówi, że w ogóle się nie odwrócił, bo pomyślał, że zaraz go
poproszę, żeby się znowu zatrzymał przy toalecie, więc wolał jechać i być jak najszybciej w domu, bez zbędnych postojów. "I dlatego nawet się
nie obejrzałem, bo zakładałem, że jesteś w samochodzie".
Stoimy przez chwilę, policjant dalej nie może uwierzyć w całą tę
historię, a Stephen mówi:
- Ale będę miał co opowiadać!
Na to policjant:
- Pan?! A co ja opowiem kolegom na komisariacie! Stephen Covey pokłócił
się z żoną i zostawił ją na autostradzie.
I taki właśnie jest mój mąż, który zostawia mnie na autostradach. Z poczuciem humoru zajedziecie daleko. Zarówno w życiu, jak i w małżeństwie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki