7 Dni. Świat Andrzeja Turskiego - Anna Morawska, Urszula Chincz

-
Proszę czekać

 

 

 

 

Ta książka miała wyglądać zupełnie inaczej. To Andrzej miał opowiedzieć o swojej pracy, miłości i swoich pasjach, nie jego przyjaciele. Życie napisało jednak inny scenariusz.

W którąś październikową sobotę 2013 roku przyszłam do pracy w "Panoramie" i od progu usłyszałam głos wydawcy Waldemara Chudziaka:

- Aniu, do roboty, trzeba napisać książkę o naszym Andrzeju.

Andrzej siedział obok niego i tylko się uśmiechał. Zaskoczyła mnie ta propozycja, ale odpowiedziałam natychmiast:

- Z największą przyjemnością, jeśli tylko Andrzej się na to zgodzi.

Początkowo nie był entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu.

- Stary jestem - powiedział - nie ma o czym pisać.

Oponowałam wspólnie z wydawcą:

- Dla nas jesteś kopalnią wiedzy. Słuchamy z zapartym tchem twoich anegdot. Myślę, że inni też chętnie je poznają.

Widziałam błysk w jego oku, bo lubił, kiedy go chwaliliśmy. Lecz tego dnia bronił się bardzo.

Andrzej prowadził "Panoramę" w weekendy. Następnego dnia, w niedzielę, porozmawiałam z nim raz jeszcze.

- Andrzej, powiedz, ale tak szczerze, co myślisz o tej książce? Ludzie cię uwielbiają i na pewno chętnie posłuchają twoich opowieści.

Uśmiechnął się.

- Może to i niegłupi pomysł - powiedział - ale mam teraz tyle obowiązków. Prowadzę "7 dni świat" i "Panoramę". Chyba nie dam rady zaangażować się jeszcze w to.

- Ja też mam w tej chwili sporo na głowie - odrzekłam - ale ty jesteś dla mnie ważniejszy, więc jeśli tylko zechcesz, odłożę wszystko na bok i napiszemy tę książkę.

Był wyraźnie zadowolony. I w końcu dał się przekonać. Zaproponował, że w czerwcu 2014 roku pojedziemy na dwa tygodnie na ryby na Mazury i tam spiszemy jego opowieści. Ten termin bardzo mi odpowiadał.

* * *

Minął ponad miesiąc. Andrzej zapadł w śpiączkę. Trzydziestego pierwszego grudnia 2013 roku zmarł. Przyszłam do pracy w sylwestra w dobrym nastroju i nagle dowiedziałam się, że Andrzej nie żyje... Nie mogłam w to uwierzyć. Byłam w szoku, podobnie jak wszyscy moi redakcyjni koledzy i koleżanki. Tego dnia wydawczyni Anna Lisowska poprosiła mnie o przygotowanie felietonu wspomnieniowego o Andrzeju do głównego wydania "Panoramy". To było wyjątkowo trudne zadanie. Bo zawodowo zawdzięczam Andrzejowi bardzo wiele. W 2006 roku zaprosił mnie na praktyki do "Panoramy", gdzie pracuję do dziś. I nagle się okazało, że tylko tym felietonem mogę mu podziękować i tylko tak go pożegnać.

Podczas pogrzebu Andrzeja poznałam jego córkę Ulę Chincz. Niewiele byłam w stanie jej powiedzieć.

- Wyrazy najgłębszego współczucia... Bez twojego taty nie byłoby mnie tu, gdzie jestem.

- Mnie też by nie było - odpowiedziała. - Widzisz, coś nas łączy.

Uśmiechnęłyśmy się do siebie przez łzy.

Tego dnia pomyślałam, że muszę zadbać o to, by pamięć po moim, naszym mistrzu pozostała na zawsze. Zaczęłam od namówienia szefa "Panoramy", by nazwać nasz newsroom imieniem Andrzeja Turskiego. I tak się stało. Dopiero później przypomniałam sobie o książce, którą wspólnie z Andrzejem mieliśmy napisać. Ulę spotkałam ponownie w radiowej Trójce podczas nadania imienia Andrzeja Turskiego tamtejszemu studiu emisyjnemu. Dałam jej konspekt książki 7 dni. Świat Andrzeja Turskiego. Kilka dni później spotkałyśmy się i zabrałyśmy do pisania. Tak, Andrzej rzeczywiście nas połączył.

Anna Morawska

 

PONIEDZIAŁEK

Dzieciństwo i młodość

Urszula Chincz

Szczupły, chudy wręcz chłopiec z krótką czupryną, piegowaty i z odstającymi uszami. Andrzej Turski - przyszła gwiazda dziennikarstwa. Urodził się 25 stycznia 1943 roku jako drugie z trojga dzieci Emilii i Władysława. Siostra Teresa była od niego o trzy lata starsza, Elżbieta, zwana przez wszystkich Dzidką - o cztery lata młodsza. Emilia z domu Mackiewicz, moja babcia, pochodziła z Dokszyc - to dzisiejsza Białoruś. Jej ojciec był szewcem, mama zmarła, kiedy mała Emilia miała zaledwie trzy lata. Moja babcia miała trójkę starszego rodzeństwa, młodszego brata Józia oraz dwoje przyrodniego rodzeństwa z drugiego małżeństwa swojego ojca. Macochy nie wspominała dobrze - nie lubiły się. To dlatego najstarsza z sióstr, zwana przez całą rodzinę ciotką Glazerową, o dziesięć lat starsza od mojej babci, ściągnęła ją do Warszawy, gdy ta miała naście lat.

Po tej przeprowadzce babcia pracowała jako opiekunka. Zajmowała się dwójką dzieci pewnego lekarza. Miał na nazwisko Mickiewicz. I tak któregoś dnia na spacerze z dziećmi doktora, jeszcze przed wybuchem wojny, poznała mojego dziadka, który był akurat na przepustce w Warszawie. Można powiedzieć, że poderwała go na te dzieci. Szli ulicą i on, mijając gromadkę, powiedział:

- O, taka młoda pani, a już ma dwoje dzieci!

Kiedy przystojny brunet z wąsem zwrócił na nią uwagę, babcia kompletnie straciła głowę...

O rodzinie babci w sumie wiem niewiele, ale historia rodziny Turskich z Braciejowic jest znacznie lepiej udokumentowana. Moja prababcia Wiktoria przyjechała do Braciejowic, żeby pomóc swojemu bratu, który wcześnie owdowiał i został na gospodarstwie sam z dwojgiem dzieci. Janowi młoda panna Glistówna, siostra sąsiada, od razu wpadła w oko. Była drobna, bardzo ładna, z ciemnymi włosami. Znakomicie radziła sobie też w gospodarstwie i przy dzieciach. Była niesłychanie pracowita i świetnie zorganizowana. Wkrótce się pobrali. Urodziło im się pięcioro dzieci. Wszystkie szczęśliwie i zdrowo przeżyły dzieciństwo, co w tamtych czasach - dziadek Władysław urodził się w 1913 roku - wcale nie było takie oczywiste. Władysław był oczkiem w głowie swojej mamy.

Cała piątka po ukończeniu szkoły podstawowej w Braciejowicach poszła do gimnazjum w oddalonym o jakieś dwadzieścia kilometrów Solcu. Dziadek Władysław marzył, by zostać pilotem. Żeby dalej się kształcić, poszedł do Szkoły Orląt w Dęblinie. Z dala od domu musiał się jakoś utrzymać - rodzinna legenda głosi, że matka w tajemnicy wyprzedawała z domu różne co wartościowsze przedmioty, aby przesyłać synowi pieniądze. Ostatecznie Władysław został mechanikiem samolotowym, instruktorem Szkoły Lotniczej w Krośnie. No i w końcu mógł chodzić w mundurze lotnika; to ten mundur właśnie kompletnie zawrócił w głowie babci Emilii. Chodziła z dziadkiem pod rękę, dumna, a po każdym takim spacerze biegła do kościoła Świętej Teresy na Tamce i tam modliła się, żeby Władysław jej się oświadczył. Tak też się stało. A pierwsza córka dziadków, starsza siostra mojego taty, otrzymała imię po patronce tego kościoła i tego związku... Dziadek i babcia pobrali się w 1941 roku w kościółku na Żbikowie koło Pruszkowa, bo właśnie w tych okolicach babcia mieszkała wtedy ze swoją najstarszą siostrą, ciotką Glazerową.

O wojennych losach dziadka Władysława wiem niewiele. Podobno został zmobilizowany na początku września, ale tuż po wkroczeniu Sowietów dostał się do niewoli i znalazł się w transporcie jadącym na Syberię. Jakimś cudem udało mu się z tego transportu uciec i dotrzeć do Braciejowic, gdzie zaczął działać w partyzantce - nawet trzymał w domu broń, podobno zamocowaną pod kołyską małego Andrzejka. W 1944 roku szedł na Berlin - jako mechanik odpowiadał za transport sprzętu. Przed wyruszeniem wszyscy zostali skoszarowani w Lublinie. Dzidka tak opowiada o tamtych czasach:

Mama jakimś cudem dowiedziała się, że ojciec jest w tym obozie. Zostawiła Andrzeja z babcią, a sama poszła na piechotę z Braciejowic do Lublina, żeby ojca odnaleźć. Miała wielkie szczęście. Mnie się w głowie nie mieści, bo to był taki tchórz, że młoda trzydziestoparoletnia kobieta miała odwagę tak sama do tego Lublina... I w końcu udało jej się dotrzeć przed bramę, a tam tysiące ludzi, bo to na terenach Majdanka ich skoszarowali. Wartownik do niej, że co tak stoi, to mama mówi, że szuka męża, no i traf chciał, że wartownik znał Władysława Turskiego. I tak mama ojca odnalazła. Stamtąd ojciec poszedł na Berlin. I doszedł do tego Berlina. Przypuszczam, że miejsce, w którym ojciec po wojnie pracował, Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, było bezpośrednią kontynuacją tej drogi [...]. Po pierwsze, był sprawdzony, po drugie, znał się na samochodach, no to się tam zaczepił. Mama nam o tych czasach niewiele opowiadała. O tej drodze do Lublina opowiedziała mi dopiero po latach.

Mój tata, podobnie jak jego starsza siostra, urodził się w Braciejowicach, chociaż wszystkie dokumenty potwierdzają, że w Warszawie. Tak naprawdę fakt jego narodzin został oficjalnie odnotowany dopiero po wojnie. To wtedy dziadkowie zamieszkali na ulicy Sandomierskiej w Warszawie, w budynku, w którym teraz mieści się przychodnia. Mieszkanie znajdowało się na parterze i miało dużą, przeszkloną werandę. Dziadek pracował w bazie samochodowej Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, tuż obok, na rogu Madalińskiego. Już w Warszawie urodziła się Dzidka.

Tata zachował niewiele wspomnień związanych ze swoim ojcem Władysławem - zginął, kiedy syn miał zaledwie siedem lat. Nigdy nie zajmował się jakoś szczególnie swoimi dziećmi, trochę się z nimi bawił, ale cały ciężar obowiązków spadał na babcię. Mój tata zresztą nieszczególnie się zapowiadał... Nie mówił prawie wcale do trzeciego roku życia i ponoć dziadek nawet niepokoił się, że być może dzieciak jest lekko upośledzony. To nawet zabawne, biorąc pod uwagę, że chodzi o kogoś, kto później został Mistrzem Mowy Polskiej...

Dziadek był dla mojego ojca podobno bardzo surowy. Dzidka wspomina, że kiedyś tata znalazł w domu śrut do strzelby dziadka, rozsypał go na kafelkach w łazience i ślizgał się na nim. Pamięta też, że za ten wyczyn dostał niezłe lanie. Mnie tata nigdy o tym incydencie nie mówił, ale jego przyjaciel z czasów szkoły podstawowej, Adam Milewski, opowiadał mi o tym samym zdarzeniu, dodając, że tata był nawet dumny, że aż tak oberwał.

Dziadek był bardzo przystojnym mężczyzną, atrakcyjnym i pogodnym - kobiety za nim szalały. Pracował w męskim gronie, które miało swoje męskie rozrywki. Często jeździł na polowania, dostarczając tym babci dodatkowych zmartwień. Bo nie dość, że babcia miała na głowie cały dom i troje dzieci, to nagle pojawiał się dziadek i przywoził z polowania... dzika. I tego dzika trzeba było jakoś sprawić, a ona tego nie umiała. Co roku przed świętami za oknem kruszały zające. Podobno babcia źle znosiła tę łowiecką pasję, ale w żaden sposób nie była w stanie wpłynąć na dziadka, aby zaprzestał eskapad z kolegami.

Dziadek miał sporą fantazję i dobrze się czuł w towarzystwie. Tata wspominał, że zdarzało się, iż wracał do domu nad ranem, wstawiony, ze śladami szminki na kołnierzyku.

- Emka - mówił do babci - lej po mordzie, ale wybacz.

Dzidka z kolei opowiadała:

Kiedyś mama dowiedziała się, że ojciec udał się do klubu oficerskiego na jakiś wieczór w towarzystwie obcych pań i chociaż to do niej niepodobne, zawiozła mnie, Andrzeja i Teresę gdzieś na koniec świata, na Pelcowiznę, do jakiejś dalekiej rodziny czy przyszywanej ciotki. Zostawiła nas tam, odpicowała się i poszła do tego klubu. Tam było jakieś wejście za przepustkami, a ona przepustki oczywiście nie miała. Ale była młoda, to ją wpuścili. Nie podeszła do stolika, przy którym siedział ojciec z całym towarzystwem. Poszła tylko sprawdzić, gdzie się włóczy. A tu nagle poprosił ją do tańca jakiś lotnik i mama wyszła z nim na parkiet. Traf chciał, że tata ją zauważył. Podszedł do nich w trakcie tańca i rzekł:

- Ja pana bardzo przepraszam, ale pan tańczy z moją żoną.

No i oczywiście mama już tam została, ale ja bym jej nigdy nie podejrzewała o coś takiego. Ojciec był zabawowy. Matka lekko nie miała, siedziała w domu i nas wychowywała, a on na te polowania latał, na motocykl.

Dziadek rzeczywiście pasjonował się motocyklami, ścigał się w różnego rodzaju zawodach i odnosił spore sukcesy. Niestety, w 1950 roku w Gdyni zginął w wypadku motocyklowym. Na temat tego wypadku krążą w rodzinie różne legendy. Jedna z nich głosi, że to wcale nie był wypadek, ale zbyt mało wiem na ten temat, by pozwolić sobie na spekulacje. W każdym razie dziadek wybrał się do Gdyni z kolegą, żeby odebrać z portu jakieś brytyjskie motocykle, które zostały właśnie dostarczone. W drodze powrotnej uderzył w ciężarówkę, która zajechała mu drogę. Zginął na miejscu.

Pogrzeb odbył się ze wszystkimi honorami, podobno ówczesny premier Józef Cyrankiewicz, dla którego dziadek przygotowywał samochody do podróży po Polsce, osobiście wydał polecenie, aby wysłać do Braciejowic samochód po moją prababcię Wiktorię. W kondukcie - ze względu na pracę dziadka - jechało mnóstwo eleganckich aut. A trzeba pamiętać, że samochód to wtedy była rzadkość, więc taka kawalkada wzbudzała sensację. Dziadek miał wielu znajomych, współpracowników - na pogrzebie było mnóstwo ludzi. Został pochowany na Powązkach Wojskowych. Dziś w tym samym grobie spoczywa także babcia i ich najstarsza córka Teresa. Matka darzyła Władysława szczególną miłością i wiązała z nim wielkie nadzieje. Bardzo przeżyła jego śmierć. I tę miłość przelała potem na mojego tatę.

Dla babci Emilii śmierć męża była olbrzymim ciosem. Miała zaledwie trzydzieści pięć lat, troje dzieci, no i nie pracowała. Mimo hulanek dziadka i tego, że w domu wszystkim musiała się zajmować sama, bardzo go kochała i nie wyobrażała sobie życia bez niego. Starsza siostra taty, Teresa, opowiadała mi kiedyś, że gdy było już po pogrzebie i wszyscy siedzieli w domu, siedmioletni wtedy Andrzej podszedł do swojej mamy i zapytał:

- Mamo, czy to koniec świata?

- Tak, synku - odpowiedziała - to koniec świata.

Później zwierzyła się swoim dzieciom, kiedy były już dorosłe, że miała momenty zwątpienia, czy w ogóle da sobie radę. W domu było pełno broni po dziadku i któregoś dnia w desperacji pomyślała nawet o samobójstwie. Do pokoju wpadły jednak w tym momencie dzieciaki, kłócąc się o coś, i babcia natychmiast się opamiętała. Jeszcze tego samego dnia poszła do dziadka pracy i poprosiła jednego z jego kolegów, żeby przyszedł i całą tę broń zabrał. Bała się, że chwila słabości może się powtórzyć i że wtedy nic już jej nie powstrzyma.

Dzidka tak wspomina swoją matkę z tego okresu:

To była kobieta, którą życie przerażało. Nie żadna odważna, przebojowa, niezależna babka. Ona się potwornie bała. A ojciec był młodym, silnym mężczyzną, zaradnym, pełnym energii, pełnym życia. Był dla niej oparciem, dawał jej gwarancję przetrwania w tym "przerażającym" życiu. Dla niej najdrobniejsza nieprzewidywalna rzecz, na przykład, jak któreś z nas nagle zachorowało, to była katastrofa. Bo mama miała ustalony rytm i porządek życiowy, dzienny i kiedy pojawiał się dodatkowy problem, zupełnie wytrącało ją to z równowagi.

Babcia Emilia miała wykształcenie podstawowe i nigdy nie pracowała. Z pomocą przyszedł jednak zakład pracy dziadka - babcia została pracownikiem administracyjnym w Urzędzie Bezpieczeństwa. Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak w tamtym czasie dawała sobie radę. Na pewno tata i jego siostry nie byli wychowywani tak, jak dzisiaj wychowuje się dzieci. Babcia była w stanie zadbać o ich podstawowe potrzeby, ale nie miała zbyt wiele czasu, by dopilnować lekcji czy zapewnić jakiekolwiek zajęcia dodatkowe. Mimo że żyło się wtedy skromnie, wręcz biednie, wszyscy troje zawsze wspominali te czasy z sentymentem.

Babcia okazywała miłość swoim dzieciom, karmiąc je. Nieważne, że jedzenie było proste, ale zawsze pyszne, bo gotowała znakomicie. Jej sposobem na powiedzenie "kocham cię" było "co zjesz?". I dzieci zawsze miały podany ciepły obiad, nawet jeśli to były tylko kopytka czy pierogi ruskie. Bo najważniejszym zadaniem babci było wykarmienie dzieci - tak to widziała. Co więcej, koledzy mojego ojca wspominają, że z dużą wyrozumiałością odnosiła się do ich przedłużających się wizyt i zawsze znalazła coś do jedzenia dla wszystkich gości.

W 1952 roku przeprowadziła się z dziećmi na Kazimierzowską, do dwupokojowego mieszkania, bo w budynku na Sandomierskiej urządzano właśnie przychodnię. Miała do wyboru albo dwa pokoje na Kazimierzowskiej, albo trzy na Czerniakowie. Wybrała... Kazimierzowską - "żeby dzieci miały bliżej do szkoły". Ciotki i tata zawsze jej mówili, że nie mogą uwierzyć, jaka była nieżyciowa, bo przecież każdy wybrałby większe mieszkanie. Natomiast ona uznała, że takie całkiem jej wystarczy, chociaż później, kiedy dzieci się pożeniły i mieszkanie zaczęło pękać w szwach, pewnie żałowała swej decyzji. Ale tak, faktycznie, z Kazimierzowskiej cała trójka miała dosłownie dwa kroki do szkoły na Narbutta.

Mimo że w domu było biednie, babcia starała się, aby jej dzieci zawsze dostawały jakieś prezenty na Gwiazdkę. Były to rzeczy bardzo praktyczne: coś do ubrania albo przybory szkolne. Któregoś roku tata pod choinką znalazł kapcie. I pewnie wszystko byłoby dobrze, gdyby nie były to kapcie w kwiatki... Ojciec - wówczas kilkuletni chłopak - strasznie się wtedy rozpłakał, a "kapcie w kwiatki" stały się rodzinną legendą. Przez lata się z tego śmialiśmy, ale teraz, kiedy lepiej poznaję dzieje mojej rodziny, myślę, że to było dla ojca bardzo smutne wspomnienie.

Babcia stale utrzymywała kontakty ze swoim bratem - mistrzem w domowej produkcji szalenie ostrego chrzanu - oraz z najstarszą siostrą, ciotką Glazerową. Z ciotki Glazerowej był zresztą kawał cholery - nie miałam okazji poznać jej osobiście, ale mój ojciec szczerze jej nienawidził. Ciotka żyła podobno w głębokim przekonaniu, że jest lepsza od reszty rodziny, i obnosiła się z tym poczuciem wyższości. Była nauczycielką - jako jedyna spośród rodzeństwa miała wykształcenie. Tata opowiadał kiedyś, jak ciotka przyszła do nich na obiad, gdy on był już na studiach. Babcia przygotowała jakieś wykwintne dania i tata pomagał przenosić na stół wszystkie półmiski z kuchni. Tak "obsługiwana", w pewnym momencie ciotka wyparowała:

- Po coś ty kończył drugi fakultet, jak tak pięknie do stołu podajesz! Nie wiem, doprawdy, Emilio, po co ty go jeszcze kształcisz. Przecież on byłby znakomitym kelnerem!

To zadziwiające, bo mimo trudnego charakteru ciotki babcia Turska bardzo wiele jej wybaczała i cierpliwie znosiła jej docinki - w końcu to ciotce Glazerowej zawdzięczała "awans" do stolicy. Wiele lat później ciotka często gościła u siebie także swoją starszą siostrzenicę Teresę.

Niechęć ciotki Glazerowej do ojca miała swoje źródło w dawniejszych latach. Ciotka wyszła za mąż za agronoma, który zarządzał wielkim majątkiem w Otrębusach. Tata z siostrami często jeździł tam w odwiedziny. Ulubionym dzieckiem ciotki Glazerowej była właśnie Teresa - zawsze uczesana, grzeczna, nigdy, nawet w gospodarstwie, się nie brudziła. Ciotka była trochę "ę-ą", jak mawia Dzidka, i Teresa pasowała do jej wyobrażeń o grzecznej dziewczynce. Mój tata z kolei był dość upartym urwisem. Kiedyś babcia z całą swoją trójką przyjechali do ciotki w odwiedziny, jak zwykle wystrojeni, bo babci bardzo zależało, żeby starszej siostrze pokazać swoje pociechy z jak najlepszej strony. Tata, wówczas siedmioletni, miał na sobie czerwony beret. W trakcie wizyty wyszedł na chwilę na podwórko, żeby się pobawić, a wtedy zaatakował go kogut - wskoczył na ten czerwony beret i zaczął ojca bardzo dotkliwie dziobać po głowie i twarzy. Kogut naprawdę napędził mu stracha. Mimo że dość spokojny, mały Andrzejek był pamiętliwy i postanowił się zemścić. Przy kolejnej wizycie zakradł się do kurnika, gdzie przy żarówce wygrzewały się małe pisklęta, i wszystkie je powybijał... Twierdził, że ogłuszał je obcasem, Dzidka - że udusił. Tak czy siak, nie przetrwało żadne. Domyślam się, że po takim incydencie ciotka Glazerowa musiała uznać, że z mojego ojca nic dobrego nie wyrośnie...

- Ona nie tylko go już nigdy nie zaprosiła - wspomina młodsza siostra taty - ale powiedziała, że jest jakimś psychopatą, bo kto to widział, by dziecko zabiło takie małe, żółte pisklątka.

Każdy, kto znał mojego tatę, wie, że to historia zupełnie do niego niepodobna - cóż to musiały być za emocje!

Cały rozdział w dzieciństwie taty stanowią Braciejowice. To nieduża wieś w okolicach Kazimierza Dolnego, której dzieje sięgają XII wieku. Tata co roku przez całe dzieciństwo jeździł tam na wakacje i zostawał dwa miesiące: od ostatnich dni czerwca do końca sierpnia. O tym, jak bardzo kochał to miejsce, najlepiej świadczy scena, jeszcze z Sandomierskiej, czyli pewnie z czasów pierwszych lat szkoły podstawowej, gdy 1 września rano tata budzi się w Warszawie i zaczyna płakać, że nie chce tu być, bo tu nie ma koni, krów i chodzenia na ryby. W jego opowieściach wakacje w Braciejowicach były istną sielanką: drewniany dom babci Wiktorii, nad którym stała wielka, stara lipa, podwórko pełne zwierząt i koledzy, z którymi mógł chodzić na ryby nad starorzecze Wisły.

Po latach w jednym z wywiadów tata tak to wspominał:

[Moje miejsce na ziemi] to jest rodzinna wieś mojego ojca, w której spędzałem wszystkie wakacje, gdzieś tak mniej więcej do szesnastego roku życia. Położona jest niedaleko Wisły [...] i nazywa się Braciejowice. Pamiętam ją jako raj na ziemi. To były czasy, kiedy uprawiano tam wszystko, co rodziła matka ziemia, bo w sklepie kupowało się wtedy tylko zapałki i papierosy. Cała reszta potrzebna do życia powstawała na miejscu. Więc proszę sobie wyobrazić pola, na których rosło żyto, pszenica, jęczmień, owies, gryka, koniczyna, buraki zwykłe i cukrowe, ziemniaki, kukurydza, chmiel, wszystkie warzywa i co tam jeszcze. Wszystko przetykane kwiatami polnego maku i chabrami. Widok był niezwykły [...]. Podobnie ze zwierzętami hodowlanymi, od królików po buhaje [...]. Do tego sady, łąki, łachy i starorzecza, w których nauczyłem się łowić ryby na wędkę, co mi zostało na całe życie. Łowiłem zawsze w towarzystwie kaczek, rybitw, jaskółek i bocianów. Zresztą moja babcia Wiktoria miała na dachu krytej słomą stodoły gniazdo bocianów. Budziło mnie ich klekotanie albo muczenie krów pędzonych raniutko na wielkie pastwisko nad dawnym korytem Wisły, zwanym Wisełką.

Chłopcy oczywiście nie mieli profesjonalnego sprzętu wędkarskiego - za wędki służyły im leszczynowe kijki z zawiązanym kawałkiem żyłki i kutym haczykiem. O kołowrotkach nikt nie marzył. Spławiki strugali sobie sami z kawałka kory, a na przynętę wykopywali z żyznej w tych okolicach ziemi wielkie, tłuste gąsienice. Te większe kroiło się na kawałki. Panowie mieli sporo zapału, bo na ryby wstawali jeszcze przed świtem, o czwartej czy piątej rano. Wisełka położona niedaleko Braciejowic dosłownie kotłowała się od ryb: linów, okoni, płoci, wzdręg, więc nawet tak prymitywny sprzęt był niezwykle skuteczny. Wiele lat później rozmarzaliśmy się z tatą, jak by to było pójść nad tamtą Wisełkę z naszym nowoczesnym sprzętem... Istne wędkarskie szaleństwo!

Ale tamte dni były pełne nie tylko wędkarskich wrażeń. Do wakacyjnych obowiązków taty należało też wyprowadzanie na pastwisko kobyły Baśki. To był niezły spacer, bo pastwisko znajdowało się nad samą Wisłą. I któregoś dnia, kiedy tata miał osiem lat, poszedł po Baśkę, a wracając, stwierdził, że nie będzie tak bez sensu chodził, tylko sobie na kobyłę wsiądzie. Podprowadził ją pod niską, pochyłą wierzbę i z tej wierzby wdrapał się na jej grzbiet. Złapał się grzywy i ruszyli. Szło jak z płatka, Baśka spokojnie weszła na wał przeciwpowodziowy i pewnie wszystko dobrze by się skończyło, gdyby nie to, że z wału postanowiła zbiec kłusem, po czym... stanęła jak wryta. Tego dla młodego jeźdźca było niestety za wiele. Ojciec przeleciał Baśce nad łbem i wylądował... w krowim placku. Wściekły, odprowadził klacz do stajni i nigdy więcej nie wsiadł już na konia. Co więcej, zachował do koni duży dystans, bo kiedy jako nastolatka zaczęłam jeździć konno, nigdy nie dał się namówić, żeby podejść i choćby poklepać mojego ukochanego konia. Swoją drogą Baśka była bardzo mądrą kobyłą...

Równie mądra była kobyła, która ciągnęła wóz wiozący do Braciejowic pocztę. Droga liczyła kilkanaście kilometrów w jedną stronę, z tym że można było jechać na dwa sposoby: pierwsza trasa była znacznie krótsza, ale gorzej utwardzona i po obfitych deszczach stawała się bardzo błotnista; druga miała lepszą nawierzchnię, za to była dłuższa. I ta kobyła zawsze wiedziała, jak sobie skrócić drogę! Trzeba pamiętać, że były to czasy, kiedy do Braciejowic nie prowadziła żadna szosa, a przez wieś przejeżdżał jeden samochód dziennie, a czasem nawet i to nie. We wsi nie było prądu, a wodę wyciągało się ze studni wiadrami.

Wakacje oznaczały dla taty także specjalny jadłospis - ukochane ziemniaki i ogórki "z iśtaną", czyli mizeria. Rano ciepłe mleko prosto od krowy. Pod koniec lata pierwsze śliwki, jabłka i gruszki jedzone prosto z drzewa - opowiadał, że gruszki były bardzo dojrzałe i słodkie i jedząc je, trzeba było uważać, aby nie natknąć się na osy, które na nich ucztowały. No a w niedzielę rosół, z wielkimi okami pływającymi na powierzchni - to był jedyny dzień, kiedy jadało się mięso.

Towarzyszem zabaw ojca w Braciejowicach był kilka lat starszy od niego syn sąsiadów. Tata miał w czasie tych wakacji pełną swobodę - musiał tylko być w domu przed zmrokiem, poza tym mógł cały dzień hasać po łąkach. A kiedy we wsi organizowano odpust z wieczorną zabawą, dostawał od babci parę złotych na oranżadę i kapiszony.

Podczas wakacji czasem towarzyszyła tacie Dzidka, natomiast Teresa, która nie lubiła wsi, lato spędzała raczej u ciotki Glazerowej - w Braciejowicach była tylko raz. Dzidka wspomina:

Myśmy tam pomagali przy żniwach, a później trzeba było zwozić snopki. Jechaliśmy furą wyładowaną tymi snopkami: moja siostra Teresa w czyściutkiej spódniczce, bo to były czasy, kiedy dziewczyny jeszcze w spodniach nie chodziły, mój brat umorusany i ja, najmłodsza z nich. Fura była tak załadowana, że kiedyś na jakiejś dziurze się wywaliła i te snopki pospadały. No i Teresa w tej spódniczce, pod tymi snopami przywalona... Ale Andrzej to uwielbiał.

Dzidka wspominała, że kiedy tata wracał z Braciejowic do Warszawy, babcia wkładała go do wanny i szorowała szczotą ryżową - woda po takiej kąpieli była po prostu czarna. Bo w Braciejowicach ojciec biegał boso, kąpał się w Wisełce z chłopakami i higieną nieszczególnie się przejmował.

Już sama podróż do Braciejowic była przygodą. Tata wspominał, że przez wiele lat, już jako starszy chłopiec, jeździł tam sam: najpierw tramwajem na dworzec, potem pociągiem do Puław, a stamtąd małym stateczkiem po Wiśle. Resztę już piechotą, chyba że udało się złapać jakąś furmankę, która jechała akurat w kierunku Braciejowic. Dzidka wspomina z kolei, jak wyprawili się na wieś całą czwórką, babcia z trójką małych jeszcze dzieci, i wiozący ich statek utknął na mieliźnie. Jakąś mniejszą łódką dotransportowano wszystkich na brzeg, a potem wałem przeciwpowodziowym szli dalej piechotą. Kiedy zaczęło się ściemniać, musieli się zatrzymać na noc u ciotki w Zakrzowie i do Braciejowic dotarli dopiero następnego dnia.

Tata o tych wakacjach opowiadał mi mnóstwo razy. Sprawiał wtedy wrażenie, jakby przenosił się w tamte czasy, i to dosłownie. A ja miałam w głowie obraz uśmiechniętego, piegowatego chudziaka z odstającymi uszami, z czupryną zmierzwionych włosów wyblakłych od słońca, który boso biega po wsi. Wielokrotnie wracał do Braciejowic - miał do tego miejsca wielki sentyment. Przez lata wieś bardzo się zmieniła, ale widok na łąki, sady i Wisłę był ciągle ten sam. Tata wspominał, że któregoś razu, kiedy wracali z mamą z jakiejś wizyty w rodzinnych stronach, jechali nocą przez sady trabantem, a reflektory oświetlały zwieszające się nisko gałęzie drzew uginających się od owoców. W Braciejowicach do dziś mieszka wielu Turskich, którzy zawsze bardzo ciepło nas goszczą. Tata uwielbiał wracać w tamte strony, chociaż z czasem częściej jeździł do Kazimierza, nawet na jeden dzień, żeby zjeść obiad w Zielonej Tawernie, wypić herbatę U Dziwisza i przejść się po rynku.

Ważnym elementem domowego życia w Warszawie był pies Filuś, pupilek mojego ojca, znajda przyniesiony do domu przez Teresę. Filuś kochał najmocniej na świecie babcię Turską, ale to tata zabierał go na wielogodzinne spacery. Pojawił się w domu w latach sześćdziesiątych. Tata wspominał, że to właśnie pies najlepiej pocieszał babcię po tym, jak w 1967 roku straciła pracę. Do tego jeszcze ciotka Teresa wyjechała na wycieczkę, z której już nie wróciła, osiadając na stałe w Kanadzie. Babcia bardzo przeżyła tę rozłąkę, a potem utratę pracy, i tylko Filuś mógł ją wówczas zmobilizować do jakiejkolwiek aktywności.

Drugim szalenie ważnym mieszkańcem na Kazimierzowskiej był kot Feliks. Też znajda. Miał swoje ukochane miejsce na metalowej półce nad wysokim kaloryferem w kuchni, skąd doskonale widział wszystko, co się w pomieszczeniu działo, i skąd mógł polować na pozostawione przez babcię bez opieki kawałki mięsa albo ryby. Przez dwa lata żył w domu grzecznie, bez wychodzenia. Któregoś dnia jednak poczuł zew natury i czmychnął na klatkę schodową, a stamtąd na podwórko. Cała rodzina szukała Feliksa, a gdy już wszyscy stracili nadzieję, po kilku tygodniach kot wrócił: wychudzony, z poszarpanym uchem, sączącymi się ranami na całym ciele, ubytkami w futrze. Obraz nędzy i rozpaczy. Usadowił się na swoim ulubionym miejscu nad kuchennym kaloryferem i lizał rany. Jak tylko wydobrzał i trochę się odkarmił, znów zaczął szukać okazji do ucieczki. Po jakimś czasie wracał, ponownie kurował się parę dni i kolejny raz uciekał. Niestety, po jednej z takich eskapad już się nie odnalazł.

Tata chodził do szkoły im. Benito Juareza na Narbutta, a po lekcjach łobuzował z chłopakami. Nie miał większych potrzeb i rzadko o coś prosił, ale jeśli już prosił, to w swoich pragnieniach był bardzo konsekwentny. Kiedyś zamarzył o rowerze i po wielu miesiącach babcia w końcu ten rower dla niego zdobyła. Jeździł wtedy godzinami po skwerze na Narbutta, wokół kina Stolica. Robił także dłuższe wycieczki, nawet w okolice Wilanowa czy Konstancina. Ta rowerowa pasja odżyła w nim wiele lat później.

Większość kolegów z tamtych czasów ojciec poznał właśnie w szkole - mieszkali blisko, spędzali ze sobą czas w szkole i po zajęciach. Ponieważ mieszkanie dziadków miało przeszkloną werandę, z kolegami mieszkającymi dookoła tata był umówiony na znaki świetlne - jeśli włączał i wyłączał na werandzie światło, znaczyło to, że mogą do niego przyjść. Ale w tamtych czasach wszystkie domy kolegów były otwarte, więc odwiedzali się bez przerwy. Sporo czasu spędzali też w harcówce, która mieściła się w szkolnych podziemiach. W tym czasie tata grywał na skrzypcach, choć szczerze tego nienawidził. I właśnie tymi skrzypcami pewnego dnia chłopcy postanowili zagrać w harcówce w ping-ponga. Instrument jednak nie wytrzymał, a tata tylko na tym skorzystał - nie musiał już chodzić na znienawidzone zajęcia. Dopiero potem zainteresował się gitarą.

W każdą niedzielę babcia wysyłała dzieci na poranne nabożeństwo, chociaż sama do kościoła nie chodziła. Ojciec rzadko tam docierał - skrzykiwali się z kolegami i pod pretekstem wyjścia na mszę spotykali się w zupełnie innych celach. Trochę później, pod koniec szkoły podstawowej i w czasach licealnych, jednym z tych celów było picie wina marki Wino. Aby nikt nie złapał ich na gorącym uczynku, panowie zamykali się w łazience na Kazimierzowskiej i po cichutku delektowali się trunkiem. Żeby nie wzbudzać podejrzeń, znaleźli sprytny sposób na pozbycie się wszelkich śladów - butelki wkładali mianowicie w otwór wentylacyjny, chowając je za kratką. Legenda głosi, że kilka lat później robotnicy przebudowujący instalację znaleźli tam niezły składzik...

Chłopcy wyskakiwali też na papierosa. A palić zaczęli bardzo wcześnie - tata jeszcze pod koniec szkoły podstawowej, a później było już tylko gorzej, bo szybko doszedł do dwóch paczek dziennie. Taki stan utrzymywał się przez wiele lat. Papierosy śmierdziały okropnie, ale dodawały chłopakom męskiego uroku, więc każdy palił jak smok! Wtedy nikt sobie nie zawracał głowy szkodliwością nikotyny.

W tych wszystkich męskich zajęciach bardzo często towarzyszyła im młodsza od ojca o cztery lata Dzidka - opiekowanie się siostrą na podwórku należało bowiem do jego obowiązków. Teresa, starsza od niej o siedem lat, już wówczas miała swoje sprawy, więc Dzidka całymi dniami włóczyła się z bratem i jego kolegami. Chłopcy biegali po dachach, piwnicach i ruinach - okolica nie była jeszcze odbudowana ze zniszczeń wojennych - a tata stale z ogonem. Dzidka nie była jednak łatwym kompanem. Sama nawet tak to wspomina:

Straszliwie go męczyłam. Zawsze starałam się postawić na swoim i uzyskać od niego to, co chciałam. A jak on się na coś nie zgadzał, to go kopałam po piszczelach tymi białymi sznurowanymi bucikami za kostkę, na sztywnej ponadcentymetrowej podeszwie. Bo kiedyś takie buciki były. Jak coś chciałam lub byłam zła, to szybko go tym butem, a on, taki biedny... No i któregoś dnia poszedł do mamy, podciągnął spodnie i pokazał posiniaczone nogi. Pamiętam jak dziś, że wtedy mama podeszła do mnie i mnie uszczypnęła, bo nie biła nas w ogóle. W każdym razie z jej zachowania wynikało, że żarty się już skończyły.

- Jak jeszcze raz mu coś takiego zrobisz... - powiedziała.

Wtedy przestałam.

Czas rewanżu przyszedł później. Kiedy tata był na studiach, Dzidka dostawała od babci szczegółowe instrukcje: jak tylko Andrzej wróci z uczelni, zaraz ma mu podać obiad. Na nic się zdały tłumaczenia, że przecież sam sobie może odgrzać. Obiad miał być gotowy i podany, bo ciężko się uczący Andrzejek musiał porządnie zjeść.

Tata nigdy Dzidki nie uderzył i cierpliwie znosił jej wybryki. Zwykle był grzeczny i swoim zachowaniem starał się nie dokładać babci trosk. Nie był też przyczyną żadnych konfliktów między rodzeństwem - ogólnie był dość ugodowy. Chociaż oczywiście z kolegami szalał jak na chłopaka w tym wieku przystało.

- Andrzej - babcia wołała na niego z balkonu - nie biegaj tak, bo się spocisz i dostaniesz zapalenia płuc!

No i za którymś razem ojciec oczywiście tego zapalenia dostał. Sprawa była poważna i wylądował w szpitalu na wiele dni. Miał wtedy dwanaście lat. Babcia chodziła go odwiedzać, a Dzidkę zostawiała pod oknami szpitala, bo nie mogła z nią wejść na oddział. I kiedy tata po kilku dniach poczuł się lepiej, wyjrzał przez okno, żeby choć pomachać młodszej siostrze. Dzidka wspomina, że ze względu na różnicę wieku mój tata był jej bliższy niż siostra.

Już wtedy objawiła się pewna cecha taty, zauważana przez wszystkich, którzy trochę lepiej go znali: miał swój świat. Wyłączał się kompletnie, do tego stopnia, że choć obecny ciałem, nie miał świadomości tego, co się dzieje dookoła. Jego koledzy z dzieciństwa wspominali, że potrafił "zniknąć" pochłonięty lekturą. Umiał czytać na balkonie od strony podwórka i kompletnie nie reagować, kiedy oni z dołu wołali, żeby do nich wyszedł. Po prostu ich nie słyszał. Podobnie było, gdy już pracował. Czasem trzeba było podejść do niego i dotknąć jego ramienia - dopiero wtedy się "przebudzał". W naszym mieszkaniu na Łowickiej kuchnia była połączona z miejscem, gdzie tata miał swoje biurko. I pamiętam jak dziś pewną scenę.

- Andrzej, chcesz herbaty? - spytała mama z kuchni.

Odpowiedziała jej cisza, nic, i tak przez dziesięć minut zupełnie się nie odzywał, po czym nagle, jakby się właśnie przebudził, odparł:

- Co? A... Piętnaście po piątej.

Miałyśmy z mamą niezły ubaw z liczenia czasu, po jakim nastąpi jakakolwiek reakcja, chociaż najczęściej nie następowała wcale. W każdym razie jeśli chciało się tacie coś ważnego przekazać, trzeba się było najpierw upewnić, że w ogóle słyszy.

Już w szkole podstawowej wykazywał talent polonistyczny. Być może dlatego, że tak dużo czytał - często pod kołdrą, przy latarce, żeby nie budzić swojej mamy i sióstr. Jego szkolny kolega, Adam Milewski, wspominał lekcję polskiego podczas wizytacji z kuratorium:

W piątej czy szóstej klasie Andrzej napisał wypracowanie o Matejce - zapisał cały szesnastokartkowy zeszyt. Akurat była wizytacja i namówiliśmy go, żeby to wypracowanie przeczytał. Andrzej stanął, przeczytał, i tak przeszła cała lekcja. A pani z kuratorium zabrała ten zeszyt i powiedziała, że to się nadaje do opublikowania. Miał same piątki z polskiego i historii. My mieliśmy w głowie wszystko, ale naukę to na końcu. Andrzej odwrotnie. Był dość solidny - dopóki czegoś nie zrobił, to się nie ruszał. Nawet na wuefie czytał, nie lubił tych ruchowych rzeczy.

Mimo że pisanie przychodziło mu z dużą łatwością, nie mógł pomagać w lekcjach kolegom, bo jego charakterystyczny styl był zbyt łatwy do rozpoznania przez nauczycieli.

Ale faktycznie, za aktywnością fizyczną nie przepadał. Tylko na rowerze uwielbiał jeździć. Podobnie jak jego koledzy, miał rower Bałtyk. Na Narbutta, wokół kina Stolica, jeszcze wśród ruin, była wyasfaltowana ulica, na której urządzali sobie wyścigi. Razem zapisali się nawet do sekcji kolarskiej Gwardii, ale ponieważ ich rowery nie przypominały kolarskich, trudno im było nadążyć za innymi.

Samo kino Stolica też było okoliczną atrakcją. Chodzili na wszystkie filmy, na które mogli wejść legalnie. Na niektóre seanse dla dorosłych również: robili zrzutkę dla pani, która pilnowała wejścia, a ona wpuszczała ich już po rozpoczęciu filmu, bocznym wejściem. W ten sposób obejrzeli na przykład Casablankę.

Ukochaną książką na całe życie był dla taty Potop, który po raz pierwszy przeczytał jako dziewięciolatek. Miał ogromny sentyment do tej lektury. Już jako dorosły raz w roku czytał całą Trylogię. Obszerne fragmenty znał nawet na pamięć. Oglądanie z nim filmów Hoffmana było katorgą, bo zawsze o parę sekund wyprzedzał dialogi bohaterów.

Pod koniec podstawówki, w dwóch ostatnich klasach, pojawiła się w szkole młoda polonistka, która widziała w ojcu wielki potencjał. To ona przekonała babcię, że syn powinien się dalej uczyć, choć babcia wiązała z nim zupełnie inne plany: chciała, żeby szybko zdobył zawód, zaczął pracę, miał dochody, no i żeby nie myślał o głupotach. Po testach w poradni zawodowej zasugerowano, że ojciec powinien zostać ślusarzem i że to w tym kierunku ma się kształcić. Każdy, kto choć trochę znał mojego ojca, wie, że on kompletnie nie miał zdolności manualnych i jego ślusarka skończyłaby się najpewniej obciętymi palcami. Babcia była uparta, jednak po rozmowie z nauczycielką zgodziła się, żeby tata poszedł do liceum pedagogicznego przy Stawki. I choć nie była zachwycona - liceum było pięcioletnie, co o kolejny rok odsuwało możliwość rozpoczęcia pracy - uspokoiło ją damskie towarzystwo, w całej klasie bowiem było tylko dwóch chłopaków. Tak oto ojciec zaczął się kształcić na nauczyciela.

W ramach praktyk na ostatnim roku szkoły pedagogicznej tata jeździł na obozy jako wychowawca. Pewnego razu opowiadał mi o jednym z takich wyjazdów, kiedy to pod opiekę dostał grupę chłopców z poprawczaka. Już drugiego dnia obozu podopieczni wypuścili się na wycieczkę do pobliskiego sadu, gdzie objedli i zniszczyli kilka drzew czereśni. Sadownik przyszedł się poskarżyć, szef obozu wypłacił oczywiście jakieś zadośćuczynienie, a tata zabrał swoich chłopaków na pogadankę.

- Jeśli chcecie czereśnie - tłumaczył im - to powiedzcie. Nie ma problemu, kupimy wam te czereśnie. Ale nie zachowujcie się w ten sposób!

I na drugi dzień kupił każdemu z nich po dwa kilogramy czereśni i kazał zjeść. Chłopcy najedli się tak, że chorowali potem przez dwa dni, ale dzięki tej historii ojciec miał potem z nimi spokój do końca obozu.

Przez liceum tata przeszedł dość sprawnie, bez większych kłopotów, no może z wyjątkiem matematyki, z którą zawsze miał problemy i z której na maturze został przeciągnięty za uszy. Po egzaminie maturalnym babcia już, już liczyła na to, że ojciec w końcu zacznie pracować, ale znów wezwana do szkoły przez nauczycielkę musiała zmienić zdanie. Polonistka z liceum tłumaczyła, że to będzie marnowanie talentu, jeśli ojciec nie pójdzie na studia, i w ten sposób w zasadzie wymusiła na babci zgodę na jego dalszą edukację.

I tak w 1961 roku ojciec dostał się na polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Studenckie czasy były dla niego bardzo intensywne - już wtedy grał w zasadzie co weekend, dzięki czemu zarabiał, i to niemało, więc był w stanie choć trochę odciążyć babcię. Studia chyba nieco go rozczarowały - był wściekły, że musi tyle wkuwać, na przykład gramatykę staro-cerkiewno-słowiańską. Pierwsze dwa lata wspominał jako mordercze - kilkadziesiąt stron lektury dziennie, godziny spędzane w bibliotece. Później zajęć było już trochę mniej i znów miał czas na granie.

Pracy magisterskiej tata nie napisał, tylko ją... podyktował. Dzidka umiała sprawnie pisać na maszynie, więc na dwa dni zamknęli się w pokoju i pracowali - dzień i noc. Całą pracę miał poukładaną w głowie i chodząc po pokoju tam i z powrotem, płynnie ją dyktował. Do notatek sięgał tylko wtedy, kiedy musiał powołać się na jakieś źródło. Wiele lat później, gdy byłam w ostatnich klasach podstawówki, a tata pracował do wieczora w Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, sama się przekonałam, że faktycznie potrafił podyktować wiele stron z głowy. Dzwoniłam do niego i mówiłam: "Tato, pomóż. Muszę napisać rozprawkę na taki i taki temat" albo "Tato, ratuj. Wypracowanie na podstawie takiej i takiej lektury". I on cierpliwie mi to wypracowanie dyktował, i to tak szybko, że czasem nie nadążałam pisać. W liceum już nie musiałam robić takich numerów, bo po dwóch latach "przepisywania" od ojca przejęłam odrobinę jego stylu i umiałam poradzić sobie sama. Dzidka miała mniej szczęścia - kiedy była w liceum, a tata już na polonistyce, odmawiał pisania jej wypracowań. W punktach podawał tezy, ale pisać musiała sama.

W dniu obrony pracy magisterskiej tata wraz z kolegami, którzy bronili się tego samego dnia, umówił się, że uczczą magisterkę w pobliskiej restauracji na Krakowskim Przedmieściu i zabiorą ze sobą wszystkich znajomych, których spotkają w drodze z siedziby wydziału do knajpy. Zebrała się całkiem spora gromada, więc i obchody były huczne. Wracając, tata pamiętał oczywiście, żeby kupić ogromny bukiet, który wręczył swojej mamie, całując ją w ręce i dziękując za lata wsparcia, po czym... padł na łóżko w garniturze, chociaż było dopiero późne popołudnie.

Studia się skończyły. Tata jednak nie miał jeszcze jasnej wizji swojej dalszej kariery zawodowej. Nie chciał ani poświęcić się pracy naukowej na uczelni, ani pracować w szkole. Wybrał więc dopiero co utworzone studium dziennikarskie. Babcia nie oponowała - chyba zdążyła już przywyknąć do kolejnych edukacyjnych pomysłów swego syna.