Od redakcji
OD REDAKCJI
Louis-Ferdinand Céline powiedział: "Historie znajduje się na ulicy".
Słowa francuskiego pisarza pasują do pewnej opowieści.
Wczesna jesień, plac Konstytucji w Warszawie.
Filip Chajzer kończy
nagranie jednego ze swoich programów, gdy zauważa, a może bardziej
przeczuwa - biorąc pod uwagę niewytłumaczalny dziennikarski instynkt -
że ma do czynienia ze zjawiskiem niezwykłym. Odpowiada na ten zew i zwraca się do mijającej go właśnie, jak sam to później określi,
"dziewczyny". Zaczyna się rozmowa.
Dziewczyną tą jest Teresa Maria Godlewska, rocznik 1931, czyli w chwili
spotkania mająca dziewięćdziesiąt jeden lat. Ziemianka urodzona w Druskiennikach, córka właścicieli pensjonatu Świtezianka, w dzieciństwie
ulubienica marszałka Józefa Piłsudskiego. Dzięki staraniom belgijskiej
guwernantki w wieku sześciu lat biegle posługuje się językami
francuskim, niemieckim, angielskim oraz oczywiście polskim. W wieku
siedemnastu lat wychodzi za mąż, rodzi syna, następnie się rozwodzi. W 1968 roku wyrusza w świat. Odwiedza sześćdziesiąt sześć państw. W libańskim Bejrucie omal nie trafia do haremu, w Jordanii pracuje w The
American Cultural Center, w Sudanie na plantacji bawełny, w Etiopii na
plantacji kawy, choć ma również epizod opieki nad dwudziestoma pudlami
siostrzeńca cesarza Hajle Sellasjego. Na Cyprze jest zawodową tancerką,
w Iraku prawie wychodzi za mąż za francuskiego arystokratę, w Turcji
pracuje dla domu mody Beymen, a następnie przenosi się do Zjednoczonych
Emiratów Arabskich i w Dubaju prowadzi sklepy oraz galerię sztuki.
Bankrutuje. Po czterdziestu ośmiu latach wraca do Polski i... trafia do
warszawskiego schroniska dla bezdomnych. Ale to nie koniec, bo jak mawia
bohaterka tej opowieści: "Zawsze się jakoś otrząsnę i idę dalej". I tak
się składa, że przechodzi obok Filipa Chajzera.
To nie jest opowieść historiograficzna, a jej nadrzędną zasadą nie jest
chronologia, tylko rytm życia. Konstrukcja ludzkich wspomnień nie
hołduje zasadom kompozycji literackiej czy wymogom dramaturgicznym,
wymyka się porządkom narzucanym przez czas i miejsca. Jest raczej
strumieniem obrazów, serią następujących po sobie przezroczy, łączących
się ze sobą w pełen impresji kolaż. I w tej palecie barw - kolorowych i jasnych, choć niekiedy blaknących czy ciemniejących, a jeszcze kiedy
indziej zatartych i pokrytych sepią - odkrywa się opowieść dotycząca
faktów, myśli, wyobrażeń, emocji, zdarzeń losowych i historycznych,
indywidualnych i zbiorowych. Życie. I jego 66 powodów do szczęścia.
Wstęp
Pensjonat Świtezianka w Druskiennikach, własność rodziny Godlewskich,
lata trzydzieste XX wieku
WSTĘP
Gdynia, moja ukochana Gdynia. Miasto mojego dzieciństwa, traum
wojennych, wyzwolenia, młodości, pierwszych miłości, małżeństwa,
macierzyństwa, rozwodu. Moje ukochane miasto, które opuściłam w roku
1952, aby wrócić choć na chwilę po sześćdziesięciu latach.
Większość tych wspomnień spisałam, mając osiemdziesiąt cztery lata.
Teraz mam dziewięćdziesiąt trzy. Ludzie są zwykle zaskoczeni, gdy
dowiadują się, w jakim jestem wieku, i szczerze mówiąc, mnie też to
zaskakuje. Ale faktem jest, że mimo niekorzystania z wszelkich modnych
środków odmładzających czuję się w zimie mego życia, jakby to wciąż była
wiosna. Może to zasługa mojego czterdziestopięcioletniego pobytu pod
błękitnym niebem i w piekącym słońcu Bliskiego Wschodu, a także długich
lat wśród plantacji bawełny i kawy w Afryce. To, że wciąż czuję się
młoda i silna, może wydawać się dziwne. Byłam świadkiem niezwykłych
wydarzeń w różnych czasach i miejscach. Może te doświadczenia nie
pozwoliły mi się zestarzeć? Życie nigdy nie było nudne. Jak większość z nas, nie wyobrażałam sobie, że będę żyć tak długo, tak daleko od domu
rodzinnego i ojczyzny, doświadczać tak wielu sytuacji niespotykanych,
niebezpiecznych, niebywałych.
Jednak gdy myślę o moim dzieciństwie i młodości, to zdaję sobie sprawę,
że urodziłam się w czasach niezwykłych, w tej części świata, gdzie
wydarzenia polityczne kształtowały historię ludzkości. Pochodzę z uprzywilejowanej wileńskiej rodziny ziemiańskiej, dla nas dalekie
podróże były na porządku dziennym i pewnie to obudziło we mnie żyłkę
globtroterki - niestety nie w luksusowych przedziałach Orient Expressu.
Pochodzenie z bardzo uprzywilejowanych środowisk w tak burzliwych
czasach postawiło mnie na ścieżce, której biegu nikt nie mógł
przewidzieć, a która zaprowadziła mnie w bardzo wiele zakątków świata.
Widziałam sporą część naszej planety i pomimo znakomitego początku moja
podróż pokazała mi również najciemniejsze głębiny strachu i nędzy.
Życie nie zawsze było łatwe - to trudny świat - ale pomimo wszelkich
napotkanych trudności nigdy nie było nudne.
Jestem za to szczerze wdzięczna.
Rozdział 1
Przedszkole, Teresa siedzi pierwsza z lewej, Gdynia, 1934 rok
ROZDZIAŁ 1
Na kolanach luksusu
Siedząc mu na kolanach, spojrzałam na surową twarz Prezydenta RP Józefa
Piłsudskiego i zauważyłam, jak bardzo krzaczaste są jego brwi.
Przynajmniej tak to dziś pamiętam. Ogromne, ciężkie kępki włosów opadały
na głęboko osadzone oczy. Prezydent to właściwie nieprecyzyjny tytuł -
był Naczelnikiem Państwa, szerzej znanym jako Pierwszy Marszałek, a następnie dwukrotnie stawał na czele rządu II Rzeczypospolitej. Był
wojskowym i gdziekolwiek się pojawił, otaczali go mężczyźni w mundurach.
Nasza rezydencja, pensjonat Świtezianka, znajdowała się obok jego domu
letniskowego Znicz, czyli miałam zaszczyt być sąsiadką Marszałka - fakt,
że bardzo małą, ale jednak. Zaczynał się już starzeć, lecz nadal był
przystojny. Wciąż widzę jego twarz patrzącą na mnie z góry. Fakt, część
tych historii znam z opowieści mamy, ale wydaje mi się, że pamiętam, że
czasami wyglądał całkiem poważnie, i pamiętam, jak się śmiał, kiedy
pozwolił mi sięgnąć i łapać się za wąsy. Bardzo podobało mi się
podkręcanie tych wąsów, a jemu to nie przeszkadzało. Była to świetna
zabawa. Ilekroć po latach opowiadałam ludziom, że siadywałam na kolanach
Pierwszego Marszałka i bawiłam się jego wąsami, często mnie wyśmiewali -
był uważany za wielką osobowość, dość surowego i bardzo poważnego
człowieka. Był wielką postacią na europejskiej scenie politycznej,
przyczynił się do odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku. A ja zawsze powtarzałam ludziom, że w moich dziecięcych oczach wyglądał
inaczej - był po prostu cudownym człowiekiem i lubił mnie. Cieszyliśmy
się swoim towarzystwem i chociaż przyznaję, że nie byłam jeszcze w stanie mówić, wiedziałam, że świetnie się dogadywaliśmy. Być może
wyczuł, że półtoraroczna dziewczynka w jego ramionach - dziecko urodzone
w bogactwie i możliwościach - może pewnego dnia wieść niezwykłe życie?
Lubię tak myśleć...
Świtezianka była trzydziestopokojową rezydencją moich rodziców w pięknym
uzdrowisku Druskienniki - wtedy w Polsce, obecnie na terenie Litwy -
które do dziś zachwyca i przyciąga wielu turystów. Nasza rodzina
straciła wszystkie dobra w Wilnie i Druskiennikach w 1945 roku, kiedy ta
część Polski została wchłonięta przez ZSRR.
Rozdział 2
Gdynia, 1936 rok
ROZDZIAŁ 2
Gdynia
Nie pamiętam śmierci mojego ojca, zmarł chyba na zawał. Właściwie nic o Franciszku Godlewskim nie wiem - miałam wtedy zaledwie dwa lata. Ojciec
to dla mnie terra incognita. Pamiętam wszystkie osoby, całą służbę,
ale taty w ogóle. Nie wiem, czy się z nim bawiłam, czy on w ogóle się
mną zajmował... Dobrze zapamiętałam jednak wstrząs, który nastąpił
później. Matka postanowiła sprzedać połowę majątku siostrze mojego ojca,
ciotce Jadwidze, która mieszkała w pobliżu. Bardzo się nie lubiły. Nigdy
nie wiedziałam dlaczego, bo ciocia wydawała mi się słodką i miłą starą
panną - miała czterdzieści pięć lat, więc w oczach małej dziewczynki
wyglądała na bardzo, bardzo starą. Po śmierci taty sprawy potoczyły się
bardzo szybko. Nie mam pojęcia dlaczego, ale jak tylko odszedł mój
ojciec, natychmiast opuściłyśmy Druskienniki i przeniosłyśmy się pięćset
kilometrów na zachód - na wybrzeże Bałtyku, do Gdyni.
Pamiętam eleganckie śniadania. Obiady podawane, jak tylko wracałam z baletu czy rytmiki. W domu była służba: pani Redkowa - majordomus,
Niemka - kucharka - i jej córka, która była pokojówką. Do tego szofer
Franciszek. Miałam też belgijską guwernantkę. Pamiętam, że przychodził
do mnie szewc, żeby wziąć miarę na nowe butki. Wiodłyśmy z mamą
luksusowe życie. Byłam typowym dzieckiem nie burżuazji, ale
arystokracji.
Szczerze mówiąc, Gdynia nie wyglądała zbyt atrakcyjnie. Powstała jako
dość brzydki nieduży port, a potem rząd postanowił zbudować wokół niego
miasto. Powinni dostać nagrodę za najbrzydszą zabudowę nadmorską w historii. Zamiast tworzyć ładne gzymsy czy promenadę, postanowili
zbudować drogi, stację kolejową z torami biegnącymi wzdłuż wybrzeża i szereg szczególnie brzydkich budynków. Ale samo naturalne wybrzeże było
piękne, a my byłyśmy blisko uroczego nadmorskiego uzdrowiska Sopot.
Chyba jednak ludzie musieli się tam nudzić, ponieważ postanowili
zbudować najdłuższe drewniane molo w Europie - naprawdę cud, ponad pół
kilometra drewna ciągnącego się w głąb morza. Nie byli jednak na tyle
znudzeni, aby cokolwiek na tym molo zbudować. Żadnych atrakcji w stylu
Brighton, żadnych wesołych miasteczek ani restauracji. Tylko puste
drewniane molo. Przyznaję - doskonałe na spacery.
Mama wynajęła nieruchomość przy jednej z głównych ulic Gdyni -
Świętojańskiej. Szybko zaczęłam uczęszczać do przedszkola i na lekcje
baletu. Miałam trzy lata i pamiętam moje pierwsze zajęcia z baletu -
zakochałam się w nim bez pamięci. I to jest miłość, która została ze mną
na całe życie. Zawsze, zawsze kochałam taniec i już w wieku trzech lat
byłam zdeterminowana, by zostać supergwiazdą baletu.
Ja planowałam swoją przyszłość jako baletnica, a mama dostała pracę.
Zatrudniono ją na pełny etat do promocji urządzeń elektrycznych. Nie
była to typowa sprzedaż - jeździła po Polsce, demonstrując, jak ich
używać. Chyba uznała, że musi zacząć zarabiać, choć niekoniecznie
musiała - przynajmniej nie od razu. Miałyśmy pieniądze ze sprzedaży
nieruchomości i właśnie wprowadziłyśmy się do mieszkania z ośmioma
sypialniami w eleganckiej części miasta. Kiedy mama podróżowała po
kraju, demonstrując, jak używać odkurzaczy, mną opiekowały się nianie i wspaniała, ciemnowłosa, długonoga belgijska guwernantka, która
zdecydowała, że trzylatka będzie wielojęzyczna. Rozmawiano ze mną
wyłącznie w trzech językach - angielskim, niemieckim i francuskim. Udało
się - już w wieku sześciu lat umiałam mówić czterema, bo oczywiście nie
zapomniałam polskiego. Guwernantka była dla mnie jak gwiazda filmowa.
Prawdziwa dama, bardzo kobieca, zawsze nosiła perły. Przypominała mi
Wallis Simpson, kochankę księcia, a potem króla Edwarda VIII. Była
absolutnie piękna i bardzo chciałam być taka jak ona. Pytałam mamę,
dlaczego ona nie może być taka wysoka, szczupła i piękna jak
guwernantka. Dzieci potrafią być okrutne, zwykle nieświadomie. W rzeczywistości moja mama była bardzo piękna.
Uwielbiałam guwernantkę i nianię, ale dziwnie było mieszkać w mieście -
w mieszkaniu - po tym jak pierwsze lata życia spędziłam w wiejskiej
posiadłości z jeziorami, sadami i polami. Nasze włości wykorzystywano do
uprawy roli, rybołówstwa, a owoce były wszędzie: sady gruszowe, jabłka i leśne jagody. Przyjaciele taty przyjeżdżali jesienią na polowania w weekendy. Moja mama i ja nienawidziłyśmy tego pseudosportu. Biedne
zwierzęta.
Klimat wspaniały, cztery prawdziwe pory roku - ciepłe lata, bardzo
mroźne zimy, kiedy to konie ciągnęły sanie, a my podróżowałyśmy otulone
futrami. Dużo słońca i dużo deszczu - idealne warunki dla rolnictwa.
Dlatego szczerze mówiąc, przeprowadzka do dużo mniejszego mieszkania w małym nadmorskim miasteczku z łodziami rybackimi była trochę trudna. Dom
w majątku w Druskiennikach był ogromny. Pamiętam, że było tam pełno
kominków. W każdym pokoju musiał znajdować się kominek. Pamiętam, jak
stałam na końcu kuchni i podziwiałam ogromny piekarnik wbudowany w masywną ścianę wyłożoną kafelkami. Wokół kręcili się ludzie: bardzo
ruchliwa kuchnia, gospodarstwo domowe tętniące życiem i aktywnością.
Zawsze miało się wrażenie, że dzieje się coś szczególnego, jakaś wielka
okazja. W Gdyni było inaczej, ośmiopokojowe mieszkanie wydawało mi się
wręcz ciasne. Poczucie zamknięcia w małej przestrzeni i małym miasteczku
zbudowało we mnie na tyle silną frustrację, że zdecydowałam się uciec.
Czułam potrzebę wyrwania się na zewnątrz, poznania otoczenia -
potrzebowałam wolności. Kto może mnie winić? Miałam trzy lata i nudziłam
się. Przedszkole było nudne, dom był nudny, a codzienna wędrówka z domu
do przedszkola i z powrotem niewiele ciekawsza. Zwłaszcza z nianią u boku. Zrobiłam to, co zrobiłby każdy szanujący się trzylatek -
zaplanowałam ucieczkę.
Mijał kolejny nudny dzień w przedszkolu. Nie było tam wystarczająco dużo
bodźców, żeby czymś mnie zająć, zainteresować, podekscytować. Jak zwykle
przyszła po mnie niania. Było piękne popołudnie i upierałam się, że
powinnyśmy wybrać się na miły spacer przez centrum miasta. Powiedziałam
niani, że szkoda takiego dnia, żeby po prostu iść do domu i pałętać się
po mieszkaniu. To był pierwszy etap mojego planu - realizacja szła
sprawnie. Moja kochana niania była praktycznie przyklejona do mojego
boku, więc wymyśliłam, że namówię ją, by poszła do sklepu po słodycze, a ja grzecznie zaczekam na nią na zewnątrz. Z radością się zgodziła (cóż
za nieroztropność z jej strony!), a ja zostałam przy drzwiach - gdy
tylko zniknęła w sklepie, uciekłam, moje małe nóżki niosły mnie tak
szybko, jak to możliwe, moja mała torba przewieszona przez ramię leciała
za mną i obijała mi się o pas. Gdynia wreszcie była moja, uciekłam od
nudy, która wisiała nade mną jak czarna chmura. Poczucie wolności,
podniecenie - mogę wszystko! - było odurzające. Czy byłam przestraszona?
Ani przez sekundę. Uśmiechałam się jak zwycięzca loterii, biegnąc
ulicami, podziwiając widoki i dźwięki wszystkich nowych miejsc -
prawdziwa przygoda. Nie było to duże miasto i instynktownie rozumiałam,
że jeśli będę potrzebować pomocy lub się zgubię, to gdzieś w pobliżu
będzie policja. Nie czułam niepokoju. Spędziłam długie godziny,
oglądając witryny sklepowe, włóczyłam się bez celu, cały czas z poczuciem eksploracji i przygody w sercu. Nawet w tak niewiarygodnie
młodym wieku pragnienie wędrówki, które miało ukształtować moje życie i wszystkie jego wzloty i upadki, było potężne, płonęło we mnie, pchało
mnie do przodu. Nieustraszenie, bez spoglądania za siebie, potrzebowałam
widzieć i widzieć, i widzieć. Chłonąć nowe widoki i dźwięki, doświadczyć
wszystkiego, co było w tym dziwnym, ale ekscytującym świecie. Trudno
opisać to naturalne, dziecinne poczucie wolności, które większość z nas
traci, gdy dorośnie. To taki rodzaj wolności, poczucia wiary w siebie i własne siły, który pozwala wielu ludziom podejmować ryzyko - zakładać
własne firmy, przeprowadzać się do obcych krajów, poślubiać
niewłaściwego mężczyznę... Nagle natknęłam się na policjanta, który - co
zrozumiałe - zapytał mnie, gdzie jest moja matka. Był bardzo miły, ale
nalegał, abym podała mu swój adres, by mógł mnie odwieźć do domu. Wizja
natychmiastowego uwięzienia, czyhającej na mnie potwornej
niesprawiedliwości napełniła mnie złością i irytacją. Za nic na bożym
świecie nie zamierzałam łatwo się poddać, zrezygnować z wolności, więc
odmówiłam, nie powiedziałam, gdzie mieszkam. Absolutnie nie - w końcu
byłam wolna i nie było mowy, żebym zmarnowała tę jedyną szansę na
spędzenie całej nocy poza tym nudnym mieszkaniem z nianią i podręcznikami - dzisiejszy wieczór będzie wolny od nauki niemieckiego.
Policjant spytał, gdzie w takim razie mam zamiar spać, jeśli odmówię
powrotu do domu. Powiedziałam mu, że musi mi coś znaleźć. To proste -
każde miejsce się nada, nie byłam wybredna. Spędziłam więc noc w policyjnej celi, podczas gdy żołądek mojej niani skręcał się z paraliżującego strachu, że zostałam porwana lub wydarzyło się coś
jeszcze gorszego. Biedna kobieta całymi godzinami biegała po ulicach
Gdyni, szukając mnie. Zebrała ekipę poszukiwawczą składającą się z dozorcy z mojej kamienicy, jego rodziny i przyjaciół oraz wszystkich
innych, którzy mogli pomóc. Dzieci dozorcy były fantastycznymi kompanami
do zabawy - jednak nigdy nie pozwolono mi się z nimi bawić, bo miały
wszy. Kiedyś zresztą dostałam wszawicy i mama bez litości ogoliła mnie
na kolano. Nie zraziło mnie to wcale do wspólnych zabaw. Kiedy pomyślę o smaku dzieciństwa, wspominam ulubioną przegryzkę z tamtych czasów - była
nią pajda chleba polana wodą i posypana cukrem. Mało arystokratyczna.
Lubiłam proste smaki. Ciotka Helena, siostra mamy, miała majątek w Lesznie. Kiedy ją odwiedzałyśmy, biegałam w te pędy do czworaków na
zalewajkę, a potem naszej kucharce dogadywałam, że jej zupa do tej
prostej, wiejskiej się nie umywa.
Wracając do mojej ucieczki. Po wielu godzinach poszukiwań niania w końcu
udała się na komisariat policji po drugiej stronie miasta i zgłosiła
zaginięcie, bez wątpienia zalewając się łzami. Niania była osobą bardzo
wrażliwą i opiekuńczą. Wtedy - w czasach bez komputerów czy telefonów
komórkowych - posterunki policji nie komunikowały się ze sobą zbyt
dobrze. Pechowo dla niani byłam w komisariacie po przeciwnej stronie
miasta. Biedna kobieta - szalała ze zmartwienia. Cóż, następnego ranka,
po słabo przespanej nocy i utracie poczucia przygody, powiedziałam
policji, gdzie mieszkam, i natychmiast zostałam dostarczona w ramiona
mojej mamy. Oczywiście dała mi klapsa, co uznałam wtedy za słuszną karę.
Nalegałam jednak, żeby oszczędziła nianię - to nie była jej wina i nie
chciałam, żeby mama miała jej za złe, że mnie nie upilnowała.
Wytłumaczyłam, że to był wcześniej ułożony plan i że skłoniłam nianię do
pozostawienia mnie przed sklepem ze słodyczami. Na szczęście niania
została oszczędzona i utrzymała posadę.
Po tym incydencie zaczęłam, choć niechętnie, adaptować się do życia w Gdyni. Moim przeznaczeniem było przeżyć w tym mieście wiele przemian -
okres dziewiętnastu lat, podczas których mój kraj bardzo ucierpiał.
Czas, kiedy było mi dane poznać także tę najbardziej brutalną,
przerażającą i obrzydliwą stronę człowieczeństwa - doświadczenia, które
prześladują mnie do dziś.
Minęło wiele lat, zanim znów zaznałam tego poczucia wolności, zanim
mogłam w końcu rozwinąć skrzydła i odlecieć do życia, o którym marzyłam.
Rozdział 3
Maria i Teresa Godlewskie, 1938 rok
ROZDZIAŁ 3
Tata wujek
Wkrótce po śmierci mojego ojca Hitler został wybrany na przywódcę
Narodowo-Socjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej - partii
nazistowskiej. Został kanclerzem w 1933 roku. Polacy dostrzegali
niebezpieczeństwo związane z dojściem do władzy Hitlera i w ciągu
następnych pięciu lat Polska stawała się coraz bardziej zmilitaryzowana,
przygotowując się na to, czego się obawiała. Byłam bystrym dzieckiem,
ale przyznam, że wtedy nie miałam pojęcia, co się dzieje w geopolityce
Europy Środkowej, Wschodniej i Północnej - znałam cztery języki, w tym
niemiecki, który później okazał się bardzo przydatny, ale jeszcze nie
pojmowałam, że mój kraj znajduje się w tak niepewnej sytuacji
politycznej.
Zauważyłam, że ilekroć brat mojego taty odwiedzał moją mamę, bardzo
poprawiał się jej nastrój. Brat stacjonował w obozie wojskowym na
północy kraju, niedaleko Gdyni i był stałym gościem w naszym mieszkaniu.
Moja matka go uwielbiała. Był bardzo podobny do mojego ojca i widok tej
znajomej twarzy najwyraźniej ją pocieszał. Do tego stopnia, że zabrała
wujka do swojej sypialni. Wiem to, bo pewnego ranka w 1936 roku wstałam
i idąc korytarzem, zobaczyłam, jak wychodził z pokoju mojej mamy.
Oczywiście wydało mi się dziwne, że nie spał w pokoju gościnnym, więc
zapytałam mamę dlaczego - nawet w tak młodym wieku domaganie się
odpowiedzi leżało w mojej dociekliwej naturze. Odsunęła oskarżenie na
bok w bardzo swobodny sposób. "Nie, nie, nie, on po prostu przyszedł
powiedzieć dzień dobry". I to był koniec rozmowy. Ale nie byłam głupia.
Coś mi się tutaj nie składało.
Dzieci są spostrzegawcze - ja byłam szczególnie. Nie umknęło mi to, że
nigdzie w domu nie było zdjęć mojego ojca, nawet ze ślubu czy z wesela,
a fotografii wujka było dużo. Nigdy - przenigdy - nie widziałam zdjęcia
ze ślubu moich rodziców. I w tych latach między śmiercią mojego ojca a początkiem drugiej wojny światowej wujek Godlewski zaczął zastępować mi
tatę, a także stał się panem domu. Był cudowny. Łagodny, opiekuńczy,
czuły, zabawny - taki, jaki powinien być wujek. Lub ojciec.
Nie mam wątpliwości, czy był w pełni świadomy, że jestem jego rodzoną
córką - jestem absolutnie pewna, że wiedział. Moi rodzice pobrali się,
gdy moja mama miała szesnaście lat, a mimo to nigdy nie zaszła z mężem w ciążę. Nie mam pojęcia, jak bujne było ich życie seksualne, ale być może
ta niezdolność do poczęcia wynikała z faktu, że mój ojciec zdradzał moją
matkę. Spotykał się z innymi kobietami kilka lat przed poznaniem mamy.
Myślę, że to nie do pomyślenia, żeby moja mama nie wiedziała o jego
romansach - był dobrze znany, a mieszkali w małym miasteczku. Często
zadaję sobie pytanie, dlaczego w ogóle wyszła za mojego ojca, i chociaż
nigdy już tego się nie dowiem, podejrzewam, że słowa "tytuł" i "pieniądze" mogły ją silnie pociągać. Moja matka pochodziła z rodziny
właścicieli ziemskich, ale nie tak wspaniałej jak rodzina mojego ojca, a poczucie bezpieczeństwa wynikające z poślubienia bogatego mężczyzny było
bardzo kuszące, mimo że był od niej starszy i miał skłonności do
romansów. Może to całe flirtowanie odziedziczyłam po ojcu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki