66 powodów do szczęścia - Teresa Godlewska, Filip Chajzer

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (34,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od redakcji

OD REDAK­CJI

Louis-Fer­di­nand Céline powie­dział: "Histo­rie znaj­duje się na ulicy". Słowa fran­cu­skiego pisa­rza pasują do pew­nej opo­wie­ści.

Wcze­sna jesień, plac Kon­sty­tu­cji w War­sza­wie.

Filip Chaj­zer koń­czy nagra­nie jed­nego ze swo­ich pro­gra­mów, gdy zauważa, a może bar­dziej prze­czuwa - bio­rąc pod uwagę nie­wy­tłu­ma­czalny dzien­ni­kar­ski instynkt - że ma do czy­nie­nia ze zja­wi­skiem nie­zwy­kłym. Odpo­wiada na ten zew i zwraca się do mija­ją­cej go wła­śnie, jak sam to póź­niej okre­śli, "dziew­czyny". Zaczyna się roz­mowa.

Dziew­czyną tą jest Teresa Maria Godlew­ska, rocz­nik 1931, czyli w chwili spo­tka­nia mająca dzie­więć­dzie­siąt jeden lat. Zie­mianka uro­dzona w Dru­skien­ni­kach, córka wła­ści­cieli pen­sjo­natu Świ­te­zianka, w dzie­ciń­stwie ulu­bie­nica mar­szałka Józefa Pił­sud­skiego. Dzięki sta­ra­niom bel­gij­skiej guwer­nantki w wieku sze­ściu lat bie­gle posłu­guje się języ­kami fran­cu­skim, nie­miec­kim, angiel­skim oraz oczy­wi­ście pol­skim. W wieku sie­dem­na­stu lat wycho­dzi za mąż, rodzi syna, następ­nie się roz­wo­dzi. W 1968 roku wyru­sza w świat. Odwie­dza sześć­dzie­siąt sześć państw. W libań­skim Bej­ru­cie omal nie tra­fia do haremu, w Jor­da­nii pra­cuje w The Ame­ri­can Cul­tu­ral Cen­ter, w Suda­nie na plan­ta­cji bawełny, w Etio­pii na plan­ta­cji kawy, choć ma rów­nież epi­zod opieki nad dwu­dzie­stoma pudlami sio­strzeńca cesa­rza Hajle Sel­la­sjego. Na Cyprze jest zawo­dową tan­cerką, w Iraku pra­wie wycho­dzi za mąż za fran­cu­skiego ary­sto­kratę, w Tur­cji pra­cuje dla domu mody Bey­men, a następ­nie prze­nosi się do Zjed­no­czo­nych Emi­ra­tów Arab­skich i w Dubaju pro­wa­dzi sklepy oraz gale­rię sztuki. Ban­kru­tuje. Po czter­dzie­stu ośmiu latach wraca do Pol­ski i... tra­fia do war­szaw­skiego schro­ni­ska dla bez­dom­nych. Ale to nie koniec, bo jak mawia boha­terka tej opo­wie­ści: "Zawsze się jakoś otrzą­snę i idę dalej". I tak się składa, że prze­cho­dzi obok Filipa Chaj­zera.

To nie jest opo­wieść histo­rio­gra­ficzna, a jej nad­rzędną zasadą nie jest chro­no­lo­gia, tylko rytm życia. Kon­struk­cja ludz­kich wspo­mnień nie hoł­duje zasa­dom kom­po­zy­cji lite­rac­kiej czy wymo­gom dra­ma­tur­gicz­nym, wymyka się porząd­kom narzu­ca­nym przez czas i miej­sca. Jest raczej stru­mie­niem obra­zów, serią nastę­pu­ją­cych po sobie prze­zro­czy, łączą­cych się ze sobą w pełen impre­sji kolaż. I w tej pale­cie barw - kolo­ro­wych i jasnych, choć nie­kiedy blak­ną­cych czy ciem­nie­ją­cych, a jesz­cze kiedy indziej zatar­tych i pokry­tych sepią - odkrywa się opo­wieść doty­cząca fak­tów, myśli, wyobra­żeń, emo­cji, zda­rzeń loso­wych i histo­rycz­nych, indy­wi­du­al­nych i zbio­ro­wych. Życie. I jego 66 powo­dów do szczę­ścia.

Wstęp

Pen­sjo­nat Świ­te­zianka w Dru­skien­ni­kach, wła­sność rodziny Godlew­skich, lata trzy­dzie­ste XX wieku

WSTĘP

Gdy­nia, moja uko­chana Gdy­nia. Mia­sto mojego dzie­ciń­stwa, traum wojen­nych, wyzwo­le­nia, mło­do­ści, pierw­szych miło­ści, mał­żeń­stwa, macie­rzyń­stwa, roz­wodu. Moje uko­chane mia­sto, które opu­ści­łam w roku 1952, aby wró­cić choć na chwilę po sześć­dzie­się­ciu latach.

Więk­szość tych wspo­mnień spi­sa­łam, mając osiem­dzie­siąt cztery lata. Teraz mam dzie­więć­dzie­siąt trzy. Ludzie są zwy­kle zasko­czeni, gdy dowia­dują się, w jakim jestem wieku, i szcze­rze mówiąc, mnie też to zaska­kuje. Ale fak­tem jest, że mimo nie­ko­rzy­sta­nia z wszel­kich mod­nych środ­ków odmła­dza­ją­cych czuję się w zimie mego życia, jakby to wciąż była wio­sna. Może to zasługa mojego czter­dzie­sto­pię­cio­let­niego pobytu pod błę­kit­nym nie­bem i w pie­ką­cym słońcu Bli­skiego Wschodu, a także dłu­gich lat wśród plan­ta­cji bawełny i kawy w Afryce. To, że wciąż czuję się młoda i silna, może wyda­wać się dziwne. Byłam świad­kiem nie­zwy­kłych wyda­rzeń w róż­nych cza­sach i miej­scach. Może te doświad­cze­nia nie pozwo­liły mi się zesta­rzeć? Życie ni­gdy nie było nudne. Jak więk­szość z nas, nie wyobra­ża­łam sobie, że będę żyć tak długo, tak daleko od domu rodzin­nego i ojczy­zny, doświad­czać tak wielu sytu­acji nie­spo­ty­ka­nych, nie­bez­piecz­nych, nie­by­wa­łych.

Jed­nak gdy myślę o moim dzie­ciń­stwie i mło­do­ści, to zdaję sobie sprawę, że uro­dzi­łam się w cza­sach nie­zwy­kłych, w tej czę­ści świata, gdzie wyda­rze­nia poli­tyczne kształ­to­wały histo­rię ludz­ko­ści. Pocho­dzę z uprzy­wi­le­jo­wa­nej wileń­skiej rodziny zie­miań­skiej, dla nas dale­kie podróże były na porządku dzien­nym i pew­nie to obu­dziło we mnie żyłkę glob­tro­terki - nie­stety nie w luk­su­so­wych prze­dzia­łach Orient Expressu.

Pocho­dze­nie z bar­dzo uprzy­wi­le­jo­wa­nych śro­do­wisk w tak burz­li­wych cza­sach posta­wiło mnie na ścieżce, któ­rej biegu nikt nie mógł prze­wi­dzieć, a która zapro­wa­dziła mnie w bar­dzo wiele zakąt­ków świata. Widzia­łam sporą część naszej pla­nety i pomimo zna­ko­mi­tego początku moja podróż poka­zała mi rów­nież naj­ciem­niej­sze głę­biny stra­chu i nędzy.

Życie nie zawsze było łatwe - to trudny świat - ale pomimo wszel­kich napo­tka­nych trud­no­ści ni­gdy nie było nudne.

Jestem za to szcze­rze wdzięczna.

Rozdział 1

Przed­szkole, Teresa sie­dzi pierw­sza z lewej, Gdy­nia, 1934 rok

ROZ­DZIAŁ 1

Na kola­nach luk­susu

Sie­dząc mu na kola­nach, spoj­rza­łam na surową twarz Pre­zy­denta RP Józefa Pił­sud­skiego i zauwa­ży­łam, jak bar­dzo krza­cza­ste są jego brwi. Przy­naj­mniej tak to dziś pamię­tam. Ogromne, cięż­kie kępki wło­sów opa­dały na głę­boko osa­dzone oczy. Pre­zy­dent to wła­ści­wie nie­pre­cy­zyjny tytuł - był Naczel­ni­kiem Pań­stwa, sze­rzej zna­nym jako Pierw­szy Mar­sza­łek, a następ­nie dwu­krot­nie sta­wał na czele rządu II Rze­czy­po­spo­li­tej. Był woj­sko­wym i gdzie­kol­wiek się poja­wił, ota­czali go męż­czyźni w mun­du­rach. Nasza rezy­den­cja, pen­sjo­nat Świ­te­zianka, znaj­do­wała się obok jego domu let­ni­sko­wego Znicz, czyli mia­łam zaszczyt być sąsiadką Mar­szałka - fakt, że bar­dzo małą, ale jed­nak. Zaczy­nał się już sta­rzeć, lecz na­dal był przy­stojny. Wciąż widzę jego twarz patrzącą na mnie z góry. Fakt, część tych histo­rii znam z opo­wie­ści mamy, ale wydaje mi się, że pamię­tam, że cza­sami wyglą­dał cał­kiem poważ­nie, i pamię­tam, jak się śmiał, kiedy pozwo­lił mi się­gnąć i łapać się za wąsy. Bar­dzo podo­bało mi się pod­krę­ca­nie tych wąsów, a jemu to nie prze­szka­dzało. Była to świetna zabawa. Ile­kroć po latach opo­wia­da­łam ludziom, że sia­dy­wa­łam na kola­nach Pierw­szego Mar­szałka i bawi­łam się jego wąsami, czę­sto mnie wyśmie­wali - był uwa­żany za wielką oso­bo­wość, dość suro­wego i bar­dzo poważ­nego czło­wieka. Był wielką posta­cią na euro­pej­skiej sce­nie poli­tycz­nej, przy­czy­nił się do odzy­ska­nia przez Pol­skę nie­pod­le­gło­ści w 1918 roku. A ja zawsze powta­rza­łam ludziom, że w moich dzie­cię­cych oczach wyglą­dał ina­czej - był po pro­stu cudow­nym czło­wie­kiem i lubił mnie. Cie­szy­li­śmy się swoim towa­rzy­stwem i cho­ciaż przy­znaję, że nie byłam jesz­cze w sta­nie mówić, wie­dzia­łam, że świet­nie się doga­dy­wa­li­śmy. Być może wyczuł, że pół­to­ra­roczna dziew­czynka w jego ramio­nach - dziecko uro­dzone w bogac­twie i moż­li­wo­ściach - może pew­nego dnia wieść nie­zwy­kłe życie? Lubię tak myśleć...

Świ­te­zianka była trzy­dzie­sto­po­ko­jową rezy­den­cją moich rodzi­ców w pięk­nym uzdro­wi­sku Dru­skien­niki - wtedy w Pol­sce, obec­nie na tere­nie Litwy - które do dziś zachwyca i przy­ciąga wielu tury­stów. Nasza rodzina stra­ciła wszyst­kie dobra w Wil­nie i Dru­skien­ni­kach w 1945 roku, kiedy ta część Pol­ski została wchło­nięta przez ZSRR.

Rozdział 2

Gdy­nia, 1936 rok

ROZ­DZIAŁ 2

Gdy­nia

Nie pamię­tam śmierci mojego ojca, zmarł chyba na zawał. Wła­ści­wie nic o Fran­ciszku Godlew­skim nie wiem - mia­łam wtedy zale­d­wie dwa lata. Ojciec to dla mnie terra inco­gnita. Pamię­tam wszyst­kie osoby, całą służbę, ale taty w ogóle. Nie wiem, czy się z nim bawi­łam, czy on w ogóle się mną zaj­mo­wał... Dobrze zapa­mię­ta­łam jed­nak wstrząs, który nastą­pił póź­niej. Matka posta­no­wiła sprze­dać połowę majątku sio­strze mojego ojca, ciotce Jadwi­dze, która miesz­kała w pobliżu. Bar­dzo się nie lubiły. Ni­gdy nie wie­dzia­łam dla­czego, bo cio­cia wyda­wała mi się słodką i miłą starą panną - miała czter­dzie­ści pięć lat, więc w oczach małej dziew­czynki wyglą­dała na bar­dzo, bar­dzo starą. Po śmierci taty sprawy poto­czyły się bar­dzo szybko. Nie mam poję­cia dla­czego, ale jak tylko odszedł mój ojciec, natych­miast opu­ści­ły­śmy Dru­skien­niki i prze­nio­sły­śmy się pięć­set kilo­me­trów na zachód - na wybrzeże Bał­tyku, do Gdyni.

Pamię­tam ele­ganc­kie śnia­da­nia. Obiady poda­wane, jak tylko wra­ca­łam z baletu czy ryt­miki. W domu była służba: pani Red­kowa - major­do­mus, Niemka - kucharka - i jej córka, która była poko­jówką. Do tego szo­fer Fran­ci­szek. Mia­łam też bel­gij­ską guwer­nantkę. Pamię­tam, że przy­cho­dził do mnie szewc, żeby wziąć miarę na nowe butki. Wio­dły­śmy z mamą luk­su­sowe życie. Byłam typo­wym dziec­kiem nie bur­żu­azji, ale ary­sto­kra­cji.

Szcze­rze mówiąc, Gdy­nia nie wyglą­dała zbyt atrak­cyj­nie. Powstała jako dość brzydki nie­duży port, a potem rząd posta­no­wił zbu­do­wać wokół niego mia­sto. Powinni dostać nagrodę za naj­brzyd­szą zabu­dowę nad­mor­ską w histo­rii. Zamiast two­rzyć ładne gzymsy czy pro­me­nadę, posta­no­wili zbu­do­wać drogi, sta­cję kole­jową z torami bie­gną­cymi wzdłuż wybrzeża i sze­reg szcze­gól­nie brzyd­kich budyn­ków. Ale samo natu­ralne wybrzeże było piękne, a my były­śmy bli­sko uro­czego nad­mor­skiego uzdro­wi­ska Sopot. Chyba jed­nak ludzie musieli się tam nudzić, ponie­waż posta­no­wili zbu­do­wać naj­dłuż­sze drew­niane molo w Euro­pie - naprawdę cud, ponad pół kilo­me­tra drewna cią­gną­cego się w głąb morza. Nie byli jed­nak na tyle znu­dzeni, aby cokol­wiek na tym molo zbu­do­wać. Żad­nych atrak­cji w stylu Bri­gh­ton, żad­nych weso­łych mia­ste­czek ani restau­ra­cji. Tylko puste drew­niane molo. Przy­znaję - dosko­nałe na spa­cery.

Mama wyna­jęła nie­ru­cho­mość przy jed­nej z głów­nych ulic Gdyni - Świę­to­jań­skiej. Szybko zaczę­łam uczęsz­czać do przed­szkola i na lek­cje baletu. Mia­łam trzy lata i pamię­tam moje pierw­sze zaję­cia z baletu - zako­cha­łam się w nim bez pamięci. I to jest miłość, która została ze mną na całe życie. Zawsze, zawsze kocha­łam taniec i już w wieku trzech lat byłam zde­ter­mi­no­wana, by zostać super­gwiazdą baletu.

Ja pla­no­wa­łam swoją przy­szłość jako balet­nica, a mama dostała pracę. Zatrud­niono ją na pełny etat do pro­mo­cji urzą­dzeń elek­trycz­nych. Nie była to typowa sprze­daż - jeź­dziła po Pol­sce, demon­stru­jąc, jak ich uży­wać. Chyba uznała, że musi zacząć zara­biać, choć nie­ko­niecz­nie musiała - przy­naj­mniej nie od razu. Mia­ły­śmy pie­nią­dze ze sprze­daży nie­ru­cho­mo­ści i wła­śnie wpro­wa­dzi­ły­śmy się do miesz­ka­nia z ośmioma sypial­niami w ele­ganc­kiej czę­ści mia­sta. Kiedy mama podró­żo­wała po kraju, demon­stru­jąc, jak uży­wać odku­rza­czy, mną opie­ko­wały się nia­nie i wspa­niała, ciem­no­włosa, dłu­go­noga bel­gij­ska guwer­nantka, która zde­cy­do­wała, że trzy­latka będzie wie­lo­ję­zyczna. Roz­ma­wiano ze mną wyłącz­nie w trzech języ­kach - angiel­skim, nie­miec­kim i fran­cu­skim. Udało się - już w wieku sze­ściu lat umia­łam mówić czte­rema, bo oczy­wi­ście nie zapo­mnia­łam pol­skiego. Guwer­nantka była dla mnie jak gwiazda fil­mowa. Praw­dziwa dama, bar­dzo kobieca, zawsze nosiła perły. Przy­po­mi­nała mi Wal­lis Simp­son, kochankę księ­cia, a potem króla Edwarda VIII. Była abso­lut­nie piękna i bar­dzo chcia­łam być taka jak ona. Pyta­łam mamę, dla­czego ona nie może być taka wysoka, szczu­pła i piękna jak guwer­nantka. Dzieci potra­fią być okrutne, zwy­kle nie­świa­do­mie. W rze­czy­wi­sto­ści moja mama była bar­dzo piękna.

Uwiel­bia­łam guwer­nantkę i nia­nię, ale dziw­nie było miesz­kać w mie­ście - w miesz­ka­niu - po tym jak pierw­sze lata życia spę­dzi­łam w wiej­skiej posia­dło­ści z jezio­rami, sadami i polami. Nasze wło­ści wyko­rzy­sty­wano do uprawy roli, rybo­łów­stwa, a owoce były wszę­dzie: sady gru­szowe, jabłka i leśne jagody. Przy­ja­ciele taty przy­jeż­dżali jesie­nią na polo­wa­nia w week­endy. Moja mama i ja nie­na­wi­dzi­ły­śmy tego pseu­do­sportu. Biedne zwie­rzęta.

Kli­mat wspa­niały, cztery praw­dziwe pory roku - cie­płe lata, bar­dzo mroźne zimy, kiedy to konie cią­gnęły sanie, a my podró­żo­wa­ły­śmy otu­lone futrami. Dużo słońca i dużo desz­czu - ide­alne warunki dla rol­nic­twa. Dla­tego szcze­rze mówiąc, prze­pro­wadzka do dużo mniej­szego miesz­ka­nia w małym nad­mor­skim mia­steczku z łodziami rybac­kimi była tro­chę trudna. Dom w majątku w Dru­skien­ni­kach był ogromny. Pamię­tam, że było tam pełno komin­ków. W każ­dym pokoju musiał znaj­do­wać się komi­nek. Pamię­tam, jak sta­łam na końcu kuchni i podzi­wia­łam ogromny pie­kar­nik wbu­do­wany w masywną ścianę wyło­żoną kafel­kami. Wokół krę­cili się ludzie: bar­dzo ruchliwa kuch­nia, gospo­dar­stwo domowe tęt­niące życiem i aktyw­no­ścią. Zawsze miało się wra­że­nie, że dzieje się coś szcze­gól­nego, jakaś wielka oka­zja. W Gdyni było ina­czej, ośmio­po­ko­jowe miesz­ka­nie wyda­wało mi się wręcz cia­sne. Poczu­cie zamknię­cia w małej prze­strzeni i małym mia­steczku zbu­do­wało we mnie na tyle silną fru­stra­cję, że zde­cy­do­wa­łam się uciec. Czu­łam potrzebę wyrwa­nia się na zewnątrz, pozna­nia oto­cze­nia - potrze­bo­wa­łam wol­no­ści. Kto może mnie winić? Mia­łam trzy lata i nudzi­łam się. Przed­szkole było nudne, dom był nudny, a codzienna wędrówka z domu do przed­szkola i z powro­tem nie­wiele cie­kaw­sza. Zwłasz­cza z nia­nią u boku. Zro­bi­łam to, co zro­biłby każdy sza­nu­jący się trzy­la­tek - zapla­no­wa­łam ucieczkę.

Mijał kolejny nudny dzień w przed­szkolu. Nie było tam wystar­cza­jąco dużo bodź­ców, żeby czymś mnie zająć, zain­te­re­so­wać, pod­eks­cy­to­wać. Jak zwy­kle przy­szła po mnie nia­nia. Było piękne popo­łu­dnie i upie­ra­łam się, że powin­ny­śmy wybrać się na miły spa­cer przez cen­trum mia­sta. Powie­dzia­łam niani, że szkoda takiego dnia, żeby po pro­stu iść do domu i pałę­tać się po miesz­ka­niu. To był pierw­szy etap mojego planu - reali­za­cja szła spraw­nie. Moja kochana nia­nia była prak­tycz­nie przy­kle­jona do mojego boku, więc wymy­śli­łam, że namó­wię ją, by poszła do sklepu po sło­dy­cze, a ja grzecz­nie zacze­kam na nią na zewnątrz. Z rado­ścią się zgo­dziła (cóż za nie­roz­trop­ność z jej strony!), a ja zosta­łam przy drzwiach - gdy tylko znik­nęła w skle­pie, ucie­kłam, moje małe nóżki nio­sły mnie tak szybko, jak to moż­liwe, moja mała torba prze­wie­szona przez ramię leciała za mną i obi­jała mi się o pas. Gdy­nia wresz­cie była moja, ucie­kłam od nudy, która wisiała nade mną jak czarna chmura. Poczu­cie wol­no­ści, pod­nie­ce­nie - mogę wszystko! - było odu­rza­jące. Czy byłam prze­stra­szona? Ani przez sekundę. Uśmie­cha­łam się jak zwy­cięzca lote­rii, bie­gnąc uli­cami, podzi­wia­jąc widoki i dźwięki wszyst­kich nowych miejsc - praw­dziwa przy­goda. Nie było to duże mia­sto i instynk­tow­nie rozu­mia­łam, że jeśli będę potrze­bo­wać pomocy lub się zgu­bię, to gdzieś w pobliżu będzie poli­cja. Nie czu­łam nie­po­koju. Spę­dzi­łam dłu­gie godziny, oglą­da­jąc witryny skle­powe, włó­czy­łam się bez celu, cały czas z poczu­ciem eks­plo­ra­cji i przy­gody w sercu. Nawet w tak nie­wia­ry­god­nie mło­dym wieku pra­gnie­nie wędrówki, które miało ukształ­to­wać moje życie i wszyst­kie jego wzloty i upadki, było potężne, pło­nęło we mnie, pchało mnie do przodu. Nie­ustra­sze­nie, bez spo­glą­da­nia za sie­bie, potrze­bo­wa­łam widzieć i widzieć, i widzieć. Chło­nąć nowe widoki i dźwięki, doświad­czyć wszyst­kiego, co było w tym dziw­nym, ale eks­cy­tu­ją­cym świe­cie. Trudno opi­sać to natu­ralne, dzie­cinne poczu­cie wol­no­ści, które więk­szość z nas traci, gdy doro­śnie. To taki rodzaj wol­no­ści, poczu­cia wiary w sie­bie i wła­sne siły, który pozwala wielu ludziom podej­mo­wać ryzyko - zakła­dać wła­sne firmy, prze­pro­wa­dzać się do obcych kra­jów, poślu­biać nie­wła­ści­wego męż­czy­znę... Nagle natknę­łam się na poli­cjanta, który - co zro­zu­miałe - zapy­tał mnie, gdzie jest moja matka. Był bar­dzo miły, ale nale­gał, abym podała mu swój adres, by mógł mnie odwieźć do domu. Wizja natychmia­stowego uwię­zie­nia, czy­ha­ją­cej na mnie potwor­nej nie­spra­wie­dli­wo­ści napeł­niła mnie zło­ścią i iry­ta­cją. Za nic na bożym świe­cie nie zamie­rza­łam łatwo się pod­dać, zre­zy­gno­wać z wol­no­ści, więc odmó­wi­łam, nie powie­dzia­łam, gdzie miesz­kam. Abso­lut­nie nie - w końcu byłam wolna i nie było mowy, żebym zmar­no­wała tę jedyną szansę na spę­dze­nie całej nocy poza tym nud­nym miesz­ka­niem z nia­nią i pod­ręcz­ni­kami - dzi­siej­szy wie­czór będzie wolny od nauki nie­miec­kiego. Poli­cjant spy­tał, gdzie w takim razie mam zamiar spać, jeśli odmó­wię powrotu do domu. Powie­dzia­łam mu, że musi mi coś zna­leźć. To pro­ste - każde miej­sce się nada, nie byłam wybredna. Spę­dzi­łam więc noc w poli­cyj­nej celi, pod­czas gdy żołą­dek mojej niani skrę­cał się z para­li­żu­ją­cego stra­chu, że zosta­łam porwana lub wyda­rzyło się coś jesz­cze gor­szego. Biedna kobieta całymi godzi­nami bie­gała po uli­cach Gdyni, szu­ka­jąc mnie. Zebrała ekipę poszu­ki­waw­czą skła­da­jącą się z dozorcy z mojej kamie­nicy, jego rodziny i przy­ja­ciół oraz wszyst­kich innych, któ­rzy mogli pomóc. Dzieci dozorcy były fan­ta­stycz­nymi kom­pa­nami do zabawy - jed­nak ni­gdy nie pozwo­lono mi się z nimi bawić, bo miały wszy. Kie­dyś zresztą dosta­łam wsza­wicy i mama bez lito­ści ogo­liła mnie na kolano. Nie zra­ziło mnie to wcale do wspól­nych zabaw. Kiedy pomy­ślę o smaku dzie­ciń­stwa, wspo­mi­nam ulu­bioną prze­gryzkę z tam­tych cza­sów - była nią pajda chleba polana wodą i posy­pana cukrem. Mało ary­sto­kra­tyczna. Lubi­łam pro­ste smaki. Ciotka Helena, sio­stra mamy, miała mają­tek w Lesz­nie. Kiedy ją odwie­dza­ły­śmy, bie­gałam w te pędy do czwo­ra­ków na zale­wajkę, a potem naszej kucharce doga­dy­wa­łam, że jej zupa do tej pro­stej, wiej­skiej się nie umywa.

Wra­ca­jąc do mojej ucieczki. Po wielu godzi­nach poszu­ki­wań nia­nia w końcu udała się na komi­sa­riat poli­cji po dru­giej stro­nie mia­sta i zgło­siła zagi­nię­cie, bez wąt­pie­nia zale­wa­jąc się łzami. Nia­nia była osobą bar­dzo wraż­liwą i opie­kuń­czą. Wtedy - w cza­sach bez kom­pu­te­rów czy tele­fo­nów komór­ko­wych - poste­runki poli­cji nie komu­ni­ko­wały się ze sobą zbyt dobrze. Pechowo dla niani byłam w komi­sa­ria­cie po prze­ciw­nej stro­nie mia­sta. Biedna kobieta - sza­lała ze zmar­twie­nia. Cóż, następ­nego ranka, po słabo prze­spa­nej nocy i utra­cie poczu­cia przy­gody, powie­dzia­łam poli­cji, gdzie miesz­kam, i natych­miast zosta­łam dostar­czona w ramiona mojej mamy. Oczy­wi­ście dała mi klapsa, co uzna­łam wtedy za słuszną karę. Nale­ga­łam jed­nak, żeby oszczę­dziła nia­nię - to nie była jej wina i nie chcia­łam, żeby mama miała jej za złe, że mnie nie upil­no­wała. Wytłu­ma­czy­łam, że to był wcze­śniej uło­żony plan i że skło­ni­łam nia­nię do pozo­sta­wie­nia mnie przed skle­pem ze sło­dy­czami. Na szczę­ście nia­nia została oszczę­dzona i utrzy­mała posadę.

Po tym incy­den­cie zaczę­łam, choć nie­chęt­nie, adap­to­wać się do życia w Gdyni. Moim prze­zna­cze­niem było prze­żyć w tym mie­ście wiele prze­mian - okres dzie­więt­na­stu lat, pod­czas któ­rych mój kraj bar­dzo ucier­piał. Czas, kiedy było mi dane poznać także tę naj­bar­dziej bru­talną, prze­ra­ża­jącą i obrzy­dliwą stronę czło­wie­czeń­stwa - doświad­cze­nia, które prze­śla­dują mnie do dziś.

Minęło wiele lat, zanim znów zazna­łam tego poczu­cia wol­no­ści, zanim mogłam w końcu roz­wi­nąć skrzy­dła i odle­cieć do życia, o któ­rym marzy­łam.

Rozdział 3

Maria i Teresa Godlew­skie, 1938 rok

ROZ­DZIAŁ 3

Tata wujek

Wkrótce po śmierci mojego ojca Hitler został wybrany na przy­wódcę Naro­dowo-Socja­li­stycz­nej Nie­miec­kiej Par­tii Robot­ni­czej - par­tii nazi­stow­skiej. Został kanc­le­rzem w 1933 roku. Polacy dostrze­gali nie­bez­pie­czeń­stwo zwią­zane z doj­ściem do wła­dzy Hitlera i w ciągu następ­nych pię­ciu lat Pol­ska sta­wała się coraz bar­dziej zmi­li­ta­ry­zo­wana, przy­go­to­wu­jąc się na to, czego się oba­wiała. Byłam bystrym dziec­kiem, ale przy­znam, że wtedy nie mia­łam poję­cia, co się dzieje w geo­po­li­tyce Europy Środ­ko­wej, Wschod­niej i Pół­noc­nej - zna­łam cztery języki, w tym nie­miecki, który póź­niej oka­zał się bar­dzo przy­datny, ale jesz­cze nie poj­mo­wa­łam, że mój kraj znaj­duje się w tak nie­pew­nej sytu­acji poli­tycz­nej.

Zauwa­ży­łam, że ile­kroć brat mojego taty odwie­dzał moją mamę, bar­dzo popra­wiał się jej nastrój. Brat sta­cjo­no­wał w obo­zie woj­sko­wym na pół­nocy kraju, nie­da­leko Gdyni i był sta­łym gościem w naszym miesz­ka­niu. Moja matka go uwiel­biała. Był bar­dzo podobny do mojego ojca i widok tej zna­jo­mej twa­rzy naj­wy­raź­niej ją pocie­szał. Do tego stop­nia, że zabrała wujka do swo­jej sypialni. Wiem to, bo pew­nego ranka w 1936 roku wsta­łam i idąc kory­ta­rzem, zoba­czy­łam, jak wycho­dził z pokoju mojej mamy. Oczy­wi­ście wydało mi się dziwne, że nie spał w pokoju gościn­nym, więc zapy­ta­łam mamę dla­czego - nawet w tak mło­dym wieku doma­ga­nie się odpo­wie­dzi leżało w mojej docie­kli­wej natu­rze. Odsu­nęła oskar­że­nie na bok w bar­dzo swo­bodny spo­sób. "Nie, nie, nie, on po pro­stu przy­szedł powie­dzieć dzień dobry". I to był koniec roz­mowy. Ale nie byłam głu­pia. Coś mi się tutaj nie skła­dało.

Dzieci są spo­strze­gaw­cze - ja byłam szcze­gól­nie. Nie umknęło mi to, że ni­gdzie w domu nie było zdjęć mojego ojca, nawet ze ślubu czy z wesela, a foto­gra­fii wujka było dużo. Ni­gdy - prze­nigdy - nie widzia­łam zdję­cia ze ślubu moich rodzi­ców. I w tych latach mię­dzy śmier­cią mojego ojca a począt­kiem dru­giej wojny świa­to­wej wujek Godlew­ski zaczął zastę­po­wać mi tatę, a także stał się panem domu. Był cudowny. Łagodny, opie­kuń­czy, czuły, zabawny - taki, jaki powi­nien być wujek. Lub ojciec.

Nie mam wąt­pli­wo­ści, czy był w pełni świa­domy, że jestem jego rodzoną córką - jestem abso­lut­nie pewna, że wie­dział. Moi rodzice pobrali się, gdy moja mama miała szes­na­ście lat, a mimo to ni­gdy nie zaszła z mężem w ciążę. Nie mam poję­cia, jak bujne było ich życie sek­su­alne, ale być może ta nie­zdol­ność do poczę­cia wyni­kała z faktu, że mój ojciec zdra­dzał moją matkę. Spo­ty­kał się z innymi kobie­tami kilka lat przed pozna­niem mamy. Myślę, że to nie do pomy­śle­nia, żeby moja mama nie wie­działa o jego roman­sach - był dobrze znany, a miesz­kali w małym mia­steczku. Czę­sto zadaję sobie pyta­nie, dla­czego w ogóle wyszła za mojego ojca, i cho­ciaż ni­gdy już tego się nie dowiem, podej­rze­wam, że słowa "tytuł" i "pie­nią­dze" mogły ją sil­nie pocią­gać. Moja matka pocho­dziła z rodziny wła­ści­cieli ziem­skich, ale nie tak wspa­nia­łej jak rodzina mojego ojca, a poczu­cie bez­pie­czeń­stwa wyni­ka­jące z poślu­bie­nia boga­tego męż­czy­zny było bar­dzo kuszące, mimo że był od niej star­szy i miał skłon­no­ści do roman­sów. Może to całe flir­to­wa­nie odzie­dzi­czy­łam po ojcu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki