Lipiec 1944
Rozpoczęta w czerwcu 1944 r. ofensywa Armii Czerwonej doprowadziła do
rozbicia całego środkowego frontu niemieckiego na Białorusi i Ukrainie.
Wojska 1 i 2 Frontu Białoruskiego po sukcesach pod Witebskiem i Bobrujskiem rozwinęły natarcie na Mińsk. Zadając znaczne straty
niemieckiej Grupie Armii "Środek", zniszczyły około 30 dywizji
nieprzyjaciela i utworzyły w jego froncie 400-kilometrową wyrwę.
Działające na kierunku warszawskim wojska 1 Frontu Białoruskiego
marszałka Rokossowskiego osiągnęły duże tempo pościgu (25 do 30 km na
dobę) i 20 lipca sforsowały środkowy Bug. Równocześnie 1 Front Ukraiński
marszałka Koniewa 13 lipca uderzył na niemiecką Grupę Armii "Północna
Ukraina", tu również przerwał front i przekroczył Bug 18 lipca. W wyłom
wprowadzono jednostki pancerne i oddziały szybkie. 2 Armia Pancerna gen.
Bogdanowa 23 lipca zajęła Lublin, w dwa dni później osiągnęła Wisłę pod
Dęblinem, po czym - dokonawszy zwrotu na północ - 28 lipca opanowała
podwarszawskie miejscowości: Miłosnę i Międzylesie. W obliczu tego
zagrożenia dowódca Grupy Armii "Środek", feldmarszałek Model, przerzucił
na przedpole Pragi większość swych odwodowych sił pancernych w liczbie
kilku dywizji i w ten sposób zatrzymał gen. Bogdanowa oraz udaremnił
jego zamiar opanowania z marszu Pragi i uchwycenia mostów na Wiśle. Gen.
Bogdanow podjął próbę obejścia obrony niemieckiej przez Okuniew i Radzymin, ale i tam uwikłał się w zacięte walki.
1 Front Białoruski sforsował Wisłę pod Magnuszewem, tworząc przyczółek w widłach Wisły i Pilicy, który dawał możliwość uderzenia na Warszawę z południa i zachodu. Na przyczółku tym walczyła słynna z walk o Stalingrad 8 Armia Gwardii, dowodzona przez wybitnego znawcę walk
ulicznych gen. Czujkowa.
Tymczasem na południu wojska 1 Frontu Ukraińskiego 28 lipca zajęły
Przemyśl i Jarosław, podsunęły się ku Wiśle i 30 lipca uchwyciły z marszu obszerny przyczółek pod Baranowem.
We Francji wojska angielskie i amerykańskie, które 6 czerwca wylądowały
w Normandii, po krwawych walkach utrzymały przyczółek i rozwijały
działania zaczepne w kierunku Półwyspu Bretońskiego.
We Włoszech, po przełamaniu oporu niemieckiego pod Monte Cassino i po
wyzwoleniu Rzymu, wojska sprzymierzonych posunęły się na północ i zajęły
Ankonę (2 Korpus Polski) i Livorno (Amerykanie).
22 lipca został ogłoszony w Chełmie Lubelskim Manifest PKWN (Polski
Komitet Wyzwolenia Narodowego - samozwańczy, marionetkowy, tymczasowy
organ władzy wykonawczej w Rzeczypospolitej Polskiej, działający od 21
lipca do 31 grudnia 1944, na obszarze zajmowanym przez Armię Czerwoną
(przyp. red.).
20 lipca miał miejsce nieudany zamach bombowy na Hitlera w jego głównej
kwaterze w Kętrzynie.
Beczka pełna prochu
Gorący i duszny był lipiec 1944 roku. Powietrze drgało od upału, a nagrzane słońcem asfalty uginały się pod stopami. Zakurzone drzewa nie
wydawały najmniejszego szelestu. Po chodnikach przelewały się tłumy,
przed sklepami żywnościowymi stały cierpliwe kolejki. Tylko młodzi
chłopcy w obcisłych zielonych wiatrówkach stukali podkutymi butami,
maszerując spiesznie w im tylko wiadomych sprawach.
Wszyscy wiedzieli, że do Warszawy zbliżał się front. Zbliżał się jakiś
moment przełomowy, decydujący. Lipcowy upał potęgował tę atmosferę
napiętego oczekiwania.
Leżałem chory na anginę. W takim czasie! Każdego dnia jakaś nowina,
każdego dnia ulicą Krasińskiego walą kolumny wojska, jakiego nigdy w życiu nie widziałem. Niedawno jeszcze na sygnał "idą" biegliśmy do
mieszkania Kryśki1 i z jej okna, jak z teatralnej loży,
patrzyliśmy na żołnierzy, działa, tabory.
Jednego dnia ktoś krzyknął: "Prowadzą jeńców sowieckich!". I wnet gdzieś
całkiem blisko zatrzepotała seria pistoletu maszynowego.
- Nie wychodzić na ulicę! Strzelają! - wołano na podwórku.
Uchyliliśmy firankę w oknie Kryśki. Ulicą ciągnął pochód ludzi w zniszczonych, porozrywanych mundurach, o popielatych twarzach.
Wynędzniali i wyczerpani z trudem stawiali kroki. Po obu stronach
kolumny szli żandarmi z bronią gotową do strzału. Wrzaskami i biciem
przynaglali jeńców do szybszego marszu, a jednocześnie rozglądali się po
oknach domów i raz po raz strzelali.
Chwyciliśmy bochenek chleba, jaki był pod ręką, kilka paczek papierosów.
Zawijaliśmy kromki chleba i papierosy w papier. Ukryci za firanką
rzucaliśmy te paczki. Niektórzy jeńcy chwytali je zręcznie i natychmiast
chowali. Jeden schylił się po paczkę, która upadła na bruk, lecz
natychmiast dopadł go żandarm i uderzył po głowie kolbą pistoletu.
Żołnierz upadł. Żandarm odskoczył dwa kroki i skierował ku leżącemu lufę
swej broni. Wtem wybiegło z szeregów dwóch jeńców. Podnieśli leżącego i trzymając go pod ręce wmieszali się w maszerującą kolumnę.
Żandarm zwrócił wtedy pistolet w kierunku naszego okna. Ledwie
zdążyliśmy skryć się za parapetem, trzasnęły strzały i posypały się z brzękiem szyby.
Zacisnęliśmy pięści w bezsilnej grozie.
Ale za kilka dni ulica inny przedstawiała widok.
W tym samym kierunku ciągnęli teraz żołnierze niemieccy! Jakże
niepodobne było to wojsko do butnych oddziałów, które niedawno jeszcze
maszerowały tędy na wschód. Żołnierze różnych rodzajów broni wlekli się
bezładnymi grupami. Mundury spłowiałe, podarte, twarze wychudłe, pokryte
szczeciną dawno niegolonego zarostu. Niektórzy byli bez broni.
Za gromadkami piechurów toczyły się chłopskie wozy, zaprzężone w maleńkie koniki. Między drabinkami leżały kupy tornistrów i wcale
niewojskowych tobołów. Na nich drzemali wojacy, których przebyte
kilometry wytrąciły z szeregów. Kiwali zwisającymi ku ziemi nogami, w butach lub bez butów, obojętni na wszystko, nawet na pokrzykiwania
żandarmów, jak czujne psy przejeżdżających wzdłuż jezdni na motocyklach.
"Motoryzacja", którą chełpiła się niemiecka machina wojenna, pojawiała
się dość rzadko. Najczęściej były to na głucho zamknięte sanitarki,
które pobekiwaniem klaksonów spędzały wlokące się gromady na prawą
stronę ulicy.
Upiorny pochód rozbitków wielkiej armii trwał dwa dni i dwie noce.
Lipcowe słońce prażyło, zmrok nie przynosił ochłody. Na chodnikach stały
grupki ludzi, spoglądających na siebie w milczeniu. Więc już nie ma
Wehrmachtu? "Niezwyciężonego" Wehrmachtu? A tam w Głównej Kwaterze bombę
podłożyli Hitlerowi. Ten zamach się nie udał, ale może jutro zrobią to
lepiej?
I wtedy dostałem anginy. Leżałem w łóżku, zdany tylko na opowiadania
kolegów, którzy wpadali na chwilkę, wiecznie spieszący się, tajemniczo
uśmiechnięci. Podejrzewałem, że nie mówią mi wszystkiego.
Ot, wpadł Mietek2. Przysiadł na taborecie i zamiast powiedzieć,
"co słychać", zaczął utyskiwać, że akurat jestem chory. Okazało się, że
ma interes: potrzebuje zaraz pół litra wódki w dwóch ćwiartkach.
- Oszalałeś? W takiej chwili wódka ci w głowie?
- Bo ty nic nie wiesz. Właśnie idą Węgrzy i po drodze wszystko
sprzedają. Pistolet z amunicją kosztuje pół litra, ale oddadzą i za
ćwierć! Domyślasz się, jak nam teraz potrzebna broń.
Wstałem z łóżka i oddałem Mietkowi cały domowy zapas alkoholu.
27 lipca niemieckie szczekaczki3 ogłosiły zarządzenie
gubernatora Fischera, nakazujące mężczyznom i kobietom w wieku od 17 do
65 lat stawić się nazajutrz rano z łopatami w wyznaczonych punktach do
kopania okopów nad Wisłą.
Wybuch
Wstałem z tremą, jak przed egzaminem. Z kuchni dolatywały odgłosy
codziennej krzątaniny matki. Przyrządzała śniadanie.
Ubrałem się po cichu. Z kryjówki za książkami wyciągnąłem płócienną
torbę po masce przeciwgazowej; chciałem do niej spakować wszystko, co
wydawało mi się najniezbędniejsze. Rozkaz otrzymany wczoraj wieczorem,
podający godzinę "W", mówił przecież wyraźnie: "Nie obciążać się
zbędnymi przedmiotami, żywności na jeden dzień".
Jako pierwsza poszła do torby mała lornetka teatralna i plan Warszawy.
Potem pół bochenka chleba i mój stary harcerski nóż. Po namyśle dodałem
jeszcze parę skarpetek, dwie chusteczki do nosa, bandaż. Zapięta na
rzemyk torba powędrowała za szafę, gdzie leżały już buty z cholewami,
tzw. saperki, i "wytrzaśnięty" kilka dni temu prawdziwy polski hełm.
Przygotowania ukończyłem w samą porę. Właśnie do pokoju weszła matka,
niosąc dymiące kubki i świeże pieczywo. Twarz miała zatroskaną.
- Pij, Stasiu, bo ci ostygnie.
Po śniadaniu długo medytowałem - powiedzieć matce, że idę do powstania,
czy wyjść nie żegnając się. Powiedzieć - a może będzie chciała mnie
zatrzymać? Nie powiedzieć - też jakoś głupio. Matka nie ma nikogo poza
mną...
Czas leciał szybko. Ani się spostrzegłem, gdy wybiła druga, a ja nic nie
zdecydowałem.
Długich butów i wiszącego w szafie munduru nie wziąłem. Mógł mi utrudnić
dostanie się na miejsce zbiórki. Nie wziąłem też hełmu. Wyciągnąłem zza
szafy spakowaną torbę, przewiesiłem przez ramię i poprosiłem mamę, by
przyszła na chwilę z kuchni. Gdy weszła do pokoju, pocałowałem ją w rękę
i powiedziałem, jak mogłem najspokojniej:
- Idę.
- Dokąd? - wykrzyknęła matka, ale przyjrzawszy się mnie i mojej torbie,
nie pytała więcej. Gdy jednak usłyszałem jej szloch, zapytałem:
- Więc mam nie iść?
- Idź.
Zajrzała do mojej torby i w pośpiechu wcisnęła niewielki słoik konfitur.
Potem pobiegła do kuchni, jak gdyby szukając czegoś, a po chwili wróciła
w żakiecie i w kapeluszu. Zdecydowała się odprowadzić mnie.
Na ulicach, ruchliwych zwykle o tej porze, było dziwnie pusto. To tu, to
tam przemykali nieliczni przechodnie. Na placu Wilsona złapaliśmy
tramwaj idący w stronę Śródmieścia. Gdy wsiedliśmy, doleciały nas
odgłosy strzelaniny. Pasażerowie, skupiający się głównie na pomostach,
wymieniali porozumiewawcze spojrzenia. Chciałem, by matka wysiadła na
placu Inwalidów, ale na tym przystanku tramwaj się nie zatrzymał. Przy
ulicy Zajączka znów usłyszeliśmy strzały. Na wiadukcie nad Dworcem
Gdańskim środek jezdni zatarasowany był przez Panterę, której spadła
gąsienica. Załoga nie naprawiała jednak uszkodzenia, tkwiąc nieruchomo
na stanowiskach bojowych. Lufa czołgu skierowana była w stronę Starego
Miasta.
Tramwaj zatrzymał się dopiero na placu Krasińskich. Wysiedliśmy. Ulicą
Długą do Starego Rynku nie było daleko. Pozostała mi jeszcze prawie
godzina czasu. Skierowaliśmy się do katedry. Można było wejść tylko do
kruchty, gdyż nawę główną odgradzała żelazna krata. Cisza i chłód bijący
spod starych łuków gotyckiego sklepienia przywróciły mi spokój.
Zauważyłem wtedy mojego przyjaciela Mietka Teisseyre'a z matką.
Ucieszyłem się, że i on ma przydział na Starówkę.
Jeszcze matczyny ostatni pocałunek i ruszyliśmy w stronę Kanonii, gdzie
wyznaczono nam punkt zborny. Gdy skręcaliśmy pod dzwonnicę, obejrzałem
się. Obie matki szły szybkim krokiem ku Rynkowi.
Dom na Kanonii był cichy, porośnięty czerwieniejącymi pędami dzikiego
wina. Nic nie wskazywało na to, że właśnie stąd ma się zacząć nasz
"szlak bojowy". Drzwi były zamknięte. Zapukałem. Po wymianie hasła i odzewu wpuszczono nas do mrocznej sieni. Krętymi schodami zeszliśmy na
dół do niewielkiej izdebki zasnutej dymem z papierosów. Była to jakaś
nieczynna kuchnia czy pralnia. Zastaliśmy już ze dwudziestu młodych
ludzi. Kilku znałem z widzenia.
Każdy odgłos kroków na schodach i otwarcie drzwi witano chwilą
głębokiego milczenia. Niektórzy z przybyłych mieli ze sobą broń -
przeważnie małokalibrowe pistolety z kilkoma najwyżej nabojami. Ci
budzili ogólną zazdrość. Wreszcie zjawił się mężczyzna w długich butach
i wojskowym mundurze bez odznak. Oznajmił, że lada chwila przywiozą broń
i staniemy do walki. Mówił niezbyt składnie. Widać było, że jest
zdenerwowany. Nagle drzwi się otwarły i ktoś zawołał, że wszyscy mają
opuścić lokal, gdyż grozi niebezpieczeństwo dekonspiracji. Pakunki
osobiste zostawić, powrócić za godzinę, wtedy nastąpi odmarsz.
Chyłkiem pod murami kamienic pobiegliśmy Jezuicką, a potem Celną do
Brzozowej. Oparci o podcienia starej kamieniczki nasłuchiwaliśmy. Było
spokojnie, z daleka tylko dolatywały odgłosy strzelaniny. Mietek zrobił
dość głupią minę, która miała wyrażać, że nasi organizatorzy tym razem
nawalili. Stać bezczynnie na ulicy nie miało najmniejszego sensu.
Należało szybko zadecydować, co robić dalej.
- Musimy się przedostać na Kościelną - postanowiłem.
Znajdował się tam lokal konspiracyjny, a w nim skrytka, gdzie
przechowywano broń i amunicję. Przychodziliśmy tu nieraz, aby czyścić
jakąś większą partię odkopanych naboi. Może coś z tego arsenału jest
jeszcze na miejscu. Okazało się, że broń została zabrana. Po dokładnym
zbadaniu skrytki znaleźliśmy tylko 400 sztuk naboi do dziewiątki.
Zapakowawszy ten skarb w tekturowe pudełko, wróciliśmy na miejsce
zbiórki.
Dom na Kanonii przywitał nas rozwalonymi drzwiami wejściowymi. Z wnętrza
dochodziły odgłosy strzałów pistoletu maszynowego. Młody człowiek
spotkany na parterze dygotał cały i bełkotał coś niezrozumiale. Schody
zasypane były tynkiem i gruzem.
Nagle z wnętrza usłyszeliśmy: - Uwaga, lewa ściana pod ogniem.
Przylgnąłem do muru. Teraz dopiero spostrzegłem człowieka czającego się
u framugi okienka na półpiętrze. Strzelał z pistoletu maszynowego w stronę krzaków na skarpie nad dawnymi koszarami batalionu stołecznego.
Co jakiś czas ze ściany na wprost zbitego okna sypały się kawałki
cegieł. Niemieckie pociski trafiały ciągle w ten sam punkt i wyżłobiły
już spore wgłębienie w murze. Mietek pokiwał głową i gwizdnął przez
zęby.
Strzelec przy oknie nic nie wiedział o ludziach, których szukaliśmy. Był
pochłonięty walką. Na berecie miał orła, na rękawie biało-czerwoną
opaskę.
Pobiegliśmy na dół. Izba była pusta. Naszych paczek ani śladu. Co
gorsza, nie wiedzieliśmy nawet, jak nazywał się oddział, który tu miał
zbiórkę. Właśnie mijała godzina wyznaczona jako termin odmarszu.
Wyszliśmy na ulicę. Teraz naprawdę nie wiedziałem, co robić.
- Niech ich cholera! - zaklął Mietek.
Trudno było przyjacielowi odmówić słuszności. Nasze paczki diabli
wzięli, ktoś teraz opychał się moimi konfiturami. Mietek stwierdził, że
jest głodny i przypomniał sobie, że na Brzozowej, koło Kamiennych
Schodków, ma znajomego, u którego można się zamelinować.
Nazajutrz dowiedzieliśmy się, że cała Starówka jest już wolna...
Ruszyliśmy więc na miasto.
Na Rynku mimo rzęsistego deszczu panował ożywiony ruch. Zrywano
niemieckie napisy, domy po raz pierwszy od tylu lat przystrojone
flagami. Kobiety i mężczyźni znosili przeróżne sprzęty. Łopatami i kilofami wyrywali płyty z chodników i brukowce. Na rogu Świętojańskiej
rosła barykada. Budową nikt nie kierował. Pół godziny temu był tu jakiś
powstaniec i kazał budować barykadę - to wszystko.
Przywołując na pomoc wiedzę zdobytą w tajnej podchorążówce,
zdecydowaliśmy, że barykada musi być oparta o ściany domów, że trzeba w niej zostawić przejście, przez które nie mogłyby jednak przelatywać
pociski. Mietek wdrapał się na stertę rupieci i zaczął kierować akcją.
Pilnowaliśmy, by wszystko szło według naszego planu, który spotkał się
zresztą z ogólnym uznaniem. Po chwili jakiś starszy mężczyzna poprosił
mnie o zajęcie się rozdziałem przyniesionych łopat i łomów. Zaczęto do
mnie mówić "panie dowódco". Kobiety przyniosły wodę z sokiem i papierosy: nas częstowano przed innymi i wtykano w ręce całe setki
"junaków".
Barykada rosła szybko. Oprócz kamieni, płyt chodnika i ziemi znoszono
różne sprzęty. Gdy w końcu wśród usypiska legła wielka szafa, wypełniona
kamieniami i obsypana ziemią, Mietek orzekł, że dzieło jest gotowe.
Usiedliśmy zmęczeni na mokrych od deszczu schodkach starej kamieniczki.
Jakaś dziewczyna włożyła nam na ręce biało-czerwone opaski. Starsza
kobieta ze łzami w oczach opowiadała o swym mężu, który w trzydziestym
dziewiątym roku poszedł na wojnę i już nie wrócił. Została po nim w domu
pamiątka: furażerka z orłem. Teraz, gdy znów bijemy Niemców, postanowiła
dać ją pierwszemu polskiemu żołnierzowi, którego spotka. Los zdarzył, że
byłem tym pierwszym powstańcem. Gdy nałożyłem furażerkę, ucałowała mnie
w czoło, jak matka.