6 filarów poczucia własnej wartości - Nathaniel Branden

Kup ebooka

54.90 zł
42.82 zł (42,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa do polskiego wydania

Przed­mowa do pol­skiego wyda­nia

Z praw­dziwą przy­jem­no­ścią pre­zen­tu­jemy Pań­stwu Sześć fila­rów poczu­cia wła­snej war­to­ści dr. Natha­niela Bran­dena (8.04.1930 -?3.12.2014).

Świat, w któ­rym żyjemy, możemy pozna­wać i rozu­mieć w trzech zasad­ni­czych aspek­tach: mate­rii, życia i ducha. Mate­rią zaj­muje się fizyka, zja­wi­skiem życia -?bio­lo­gia, duchem -?do nie­dawna wyłącz­nie reli­gia. W dwu­dzie­stym wieku postęp wie­dzy w każ­dej z tych dzie­dzin był osza­ła­mia­jący. Nie­sie wręcz rewo­lu­cyjne kon­se­kwen­cje. W fizyce odkry­cie budowy atomu, teo­ria względ­no­ści Ein­ste­ina i mecha­nika kwan­towa umoż­li­wiły powsta­nie takich wyna­laz­ków, jak kom­pu­tery i lasery, z dru­giej zaś strony zagro­ziły ludz­ko­ści wizją zagłady. Bio­lo­gia mole­ku­larna, gene­tyka, udane eks­pe­ry­menty z klo­no­wa­niem ssa­ków rzu­cają zupeł­nie nowe, nie­kiedy szo­ku­jące świa­tło na zja­wi­sko życia.

Ale postęp doko­nał się także w trze­ciej dzie­dzi­nie -?ducha. Przy­szedł z dwóch kie­run­ków, pozor­nie nie­ma­ją­cych z sobą nic wspól­nego: infor­ma­tyki i psy­cho­lo­gii. Roz­wój kom­pu­te­rów zapo­cząt­ko­wał lub istot­nie zak­ty­wi­zo­wał bada­nia nad pro­ce­sami ucze­nia się, sztuczną inte­li­gen­cją, świa­do­mo­ścią. Pro­fe­sor Richard Daw­kins powo­łał do ist­nie­nia meme­tykę, naukę o "życiu" infor­ma­cji.

Z dru­giej strony psy­cho­lo­gia prze­stała zaj­mo­wać się wyłącz­nie pato­lo­giami. Zaczęła sta­wiać pyta­nie: "Co to zna­czy być czło­wie­kiem?". Zajęła się umy­słem, świa­do­mo­ścią, emo­cjami, moty­wa­cją. Prze­szła w ten spo­sób do kon­kret­nych badań nad taj­ni­kami ludz­kiej psy­chiki, eli­mi­nu­jąc potrzebę zabo­bon­nej wiary w gniew­nych bogów, ciska­ją­cych gromy na bez­wol­nych Zie­mian. Pewne jej odłamy skon­cen­tro­wały się na klu­czo­wej roli poczu­cia wła­snej war­to­ści oraz na roz­woju oso­bo­wo­ści.

Natha­niel Bran­den już w 1954 roku roz­po­czął bada­nia nad zja­wi­skiem poczu­cia wła­snej war­to­ści. Oparta na wie­lo­let­niej pracy kon­cep­cja sze­ściu fila­rów jest nie­sły­cha­nie logiczną, zwartą i genial­nie pro­stą teo­rią moty­wa­cji.

Wie­dza, którą zdo­by­wamy na temat funk­cjo­no­wa­nia mate­rii, za pośred­nic­twem doko­nań tech­niki przy­czy­nia się do wygod­niej­szego życia. Rewe­la­cyjne odkry­cia w bio­lo­gii i medy­cy­nie mają wpływ na kolejne poko­le­nia i kie­dyś dopro­wa­dzą do powsta­nia świata dziś trudno wyobra­żal­nego. Jed­nak z punktu widze­nia prze­cięt­nego czło­wieka wła­śnie ta trze­cia rewo­lu­cja dwu­dzie­stego wieku, rewo­lu­cja życia ducho­wego, jest naj­waż­niej­sza. To wła­śnie odkry­cie praw, jakim pod­lega nasza psy­chika, zro­zu­mie­nie, jak radzić sobie z emo­cjami, pano­wać nad prze­ciw­no­ściami losu, wyzna­czać sobie cele, znaj­do­wać moty­wa­cję do dzia­ła­nia, kochać i być kocha­nym, świa­do­mie brać udział w cudow­nej przy­go­dzie, jaką jest życie -?zasad­ni­czo decy­duje o suk­ce­sie czło­wieka w dzi­siej­szym świe­cie. Dr Natha­niel Bran­den śmiało może być nazwany Ein­ste­inem psy­cho­lo­gii dwu­dzie­stego wieku, a jego teo­ria sze­ściu fila­rów zasłu­guje na Nagrodę Nobla. Jak to zwy­kle z wiel­kimi odkryw­cami bywa, dr Bran­den był czło­wie­kiem nie­sły­cha­nie skrom­nym, nie zabie­gał o popu­lar­ność.

Tade­usz Niwiń­ski

Van­co­uver, Kanada, kwie­cień 1998

Przedmowa

Przed­mowa

W książce tej pra­gnę opi­sać, sze­rzej i głę­biej niż w poprzed­nich pra­cach, naj­waż­niej­sze czyn­niki, od któ­rych zależy poczu­cie wła­snej war­to­ści. Jeżeli uznać, że wysoka samo­ocena1 świad­czy o zdro­wiu umy­sło­wym, to nie­wiele czyn­ni­ków ma rów­nie istotne zna­cze­nie.

Zawi­ro­wa­nia naszych cza­sów wyma­gają od ludzi wyraź­nego poczu­cia toż­sa­mo­ści, kom­pe­ten­cji i wła­snej war­to­ści. Zała­ma­nie się sta­łych reguł kul­tu­ro­wych, brak war­to­ściowych modeli postę­po­wa­nia, nie­wiele inspi­ru­ją­cych spo­łecz­nych ide­ałów, dez­orien­tu­jące, gwał­towne zmiany, które stały się trwałą cechą naszego życia -?wszystko to składa się na zbyt skom­pli­ko­wany obraz sytu­acji, by w jej obli­czu móc nie wie­dzieć, kim jeste­śmy, lub by sobie nie ufać. Skoro nie możemy odna­leźć sta­bil­no­ści w świe­cie, musimy stwo­rzyć ją w nas samych. Życie z niską samo­oceną to nara­ża­nie się na wiel­kie straty. Takie wła­śnie roz­wa­ża­nia skło­niły mnie do napi­sa­nia tej książki.

Ogól­nie rzecz ujmu­jąc, książka sta­nowi odpo­wiedź na cztery pyta­nia: Czym jest samo­ocena? Dla­czego jest ważna? Co można zro­bić, by pod­nieść jej poziom? Jaką rolę peł­nią w jej kształ­to­wa­niu inni ludzie wokół nas?

Samo­ocenę kształ­tują czyn­niki zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Mówiąc "wewnętrzne", mam na myśli te, które tkwią w czło­wieku lub są przez niego stwo­rzone, jak na przy­kład sys­tem prze­ko­nań czy spo­soby zacho­wa­nia. Mówiąc "zewnętrzne", mam na myśli czyn­niki śro­do­wi­skowe, takie jak infor­ma­cje prze­ka­zy­wane w spo­sób wer­balny lub niewer­balny, doświad­cze­nia naby­wane w kon­tak­tach z rodzi­cami, nauczy­cie­lami, innymi oso­bami oraz orga­ni­za­cjami i kul­turą. Badam samo­ocenę z zewnątrz i od środka. Jaki udział w jej kształ­to­wa­niu ma sam czło­wiek, a jaki inni ludzie. O ile wiem, nie pro­wa­dzono wcze­śniej na ten temat żad­nych badań.

Kiedy w roku 1969 wyda­łem Psy­cho­logy of Self-Esteem, sądzi­łem, że na ten temat powie­dzia­łem już wszystko. Jed­nak w 1970 roku uzna­łem, że chcę poru­szyć jesz­cze pewne zagad­nie­nia, i napi­sa­łem Bre­aking Free. W 1972 roku, by zapeł­nić nie­które luki, napi­sa­łem The Disow­ned Self. Stwier­dzi­łem, że to już abso­lut­nie wszystko, co można powie­dzieć o samo­oce­nie, i zają­łem się innymi tema­tami. Minęło około dzie­się­ciu lat. Zaczą­łem myśleć o tym, czego doświad­czy­łem i jak wiele nauczy­łem się o poczu­ciu wła­snej war­to­ści od czasu powsta­nia pierw­szej książki. Tak zde­cy­do­wa­łem się napi­sać jesz­cze jedną, "tę ostat­nią". Praca Hono­ring the Self uka­zała się w 1983 roku. Kilka lat póź­niej uzna­łem, że warto będzie napi­sać coś dla ludzi, któ­rzy chcą sami pra­co­wać nad samo­oceną - powstał pod­ręcz­nik How to Raise Your­Self-Esteem, wydany w 1986 roku. Z pew­no­ścią wyczer­pa­łem temat, powie­dzia­łem sobie. W tym samym cza­sie zagad­nie­nie samo­oceny stało się bar­dzo modne, wszy­scy o nim mówili, pisano książki, pro­wa­dzono wykłady, orga­ni­zo­wano kon­fe­ren­cje, ale nie byłem zachwy­cony jako­ścią tego, co pre­zen­to­wano. Pro­wa­dzi­łem z kole­gami zago­rzałe dys­ku­sje, bo choć nie­które prace były naprawdę wspa­niałe, to - nie­stety -?nie wszyst­kie. Zda­łem sobie sprawę, jak wielu tema­tów nie poru­szy­łem do tej pory i jak wiele z tego, o czym wiem, jesz­cze nie wypowie­dzia­łem. Nade wszystko dostrze­głem koniecz­ność szer­szego opi­sa­nia czyn­ni­ków, które pod­trzy­mują wysoką czy zdrową samo­ocenę (słów "wysoka" i "zdrowa" uży­wam zamien­nie). Po raz kolejny odczu­łem przy­mus zgłę­bie­nia tego nie­wy­czer­pa­nie boga­tego tematu i dotar­cia do naj­taj­niej­szych pokła­dów obszaru, który jest dla mnie naj­waż­niej­szym zagad­nie­niem psy­cho­lo­gicz­nym. Zro­zu­mia­łem, że to, co wiele lat temu roz­po­częło się jako zain­te­re­so­wa­nie czy fascy­na­cja, teraz stało się moją misją.

Kiedy zasta­na­wiam się nad korze­niami tej pasji, się­gam pamię­cią do cza­sów, gdy byłem nasto­lat­kiem, a moja rodząca się potrzeba auto­no­mii sta­nęła w koli­zji z naci­skami oto­cze­nia, by się pod­po­rząd­ko­wać. Trudno obiek­tyw­nie opi­sać tam­ten czas i nie chcę być posą­dzony o wynio­słość, któ­rej nie odczu­wa­łem i nie odczu­wam. Prawdą jed­nak jest, że w okre­sie dora­sta­nia mia­łem nie­wy­po­wie­dziane, ale głę­bo­kie poczu­cie swo­jej misji życio­wej. Byłem prze­ko­nany, że nie ma nic waż­niej­szego niż umie­jęt­ność patrze­nia na świat wła­snymi oczami. Myśla­łem, że tak powinni odczu­wać wszy­scy. I to prze­ko­na­nie ni­gdy się nie zmie­niło. Byłem świa­dom naci­sku oto­cze­nia, bym przyj­mo­wał i wchła­niał war­to­ści grupy -?rodziny, wspól­noty, kul­tury. Wyda­wało mi się, że jestem zmu­szany do rezy­gna­cji z wła­snych sądów oraz z prze­ko­na­nia, iż naj­waż­niej­szą rze­czą jest moje życie i to, co z nim zro­bię. Widzia­łem, jak rówie­śnicy pod­da­wali się, tra­cili zapał, i w swoim, cza­sami bole­snym, samot­nym zakło­po­ta­niu chcia­łem zro­zu­mieć dla­czego. Dla­czego dora­sta­nie ozna­cza pod­da­wa­nie się? Tak jak jed­nym wiel­kim pra­gnie­niem od czasu mojej mło­do­ści było rozu­mie­nie świata, tak dru­gim, nie mniej sil­nym, cho­ciaż może nie w pełni świa­domym, była potrzeba komu­ni­ko­wa­nia swo­ich prze­my­śleń, a nade wszystko, wła­snej wizji życia. Upły­nęło wiele lat, zanim zrozumia­łem, że jestem nauczy­cie­lem -?nauczy­cie­lem war­to­ści. Mot­tem całej mojej pracy, naczelną zasadą, którą pra­gną­łem prze­ka­zać, jest stwier­dze­nie: Twoje życie jest ważne. Sza­nuj je. Walcz o to, co dla cie­bie naj­lep­sze.

Sam też wal­czy­łem o wła­sne poczu­cie war­to­ści i opi­suję te zma­ga­nia w niniej­szej książce. Pełen ich obraz zna­leźć można w moich wspo­mnie­niach Jud­ge­ment Day. Nie będę uda­wał, że wszystko, co wiem o poczu­ciu war­to­ści, pocho­dzi od moich pacjen­tów z sesji tera­peu­tycz­nych. Nie­któ­rych naj­waż­niej­szych rze­czy nauczy­łem się na wła­snych błę­dach, w sytu­acjach, w któ­rych zawy­ża­łem lub zani­ża­łem swoją samo­ocenę. Chwi­lami piszę jak nauczy­ciel dla sie­bie samego.

Naiwne byłoby twier­dze­nie, że oto wypo­wia­dam ostat­nie słowo na temat psy­cho­lo­gii samo­oceny, nie­mniej książka ta sta­nowi zwień­cze­nie całej wcze­śniej­szej pracy. Pierw­sze wykłady na temat poczu­cia wła­snej war­to­ści i jego wpływu na miłość, pracę i szczę­ście wygła­sza­łem pod koniec lat pięć­dzie­sią­tych, a pierw­sze arty­kuły na ten temat opu­bli­ko­wa­łem w latach sześć­dzie­sią­tych. Wiel­kim wyzwa­niem było wów­czas uświa­do­mie­nie ludziom wagi tej pro­ble­ma­tyki.

"Samo­ocena" nie była ter­mi­nem powszech­nie uży­wa­nym. Dzi­siaj z kolei nie­bez­pie­czeń­stwo tkwi w powszech­nej modzie na posłu­gi­wa­nie się tym poję­ciem. Wszy­scy go uży­wają, co nie zna­czy, że rozu­mieją. Jeśli nie do końca rozu­miemy zna­cze­nie poję­cia "samo­ocena" i czyn­ni­ków wpły­wa­ją­cych na jej kształ­to­wa­nie, jeśli myślimy nie­pre­cy­zyj­nie, sto­su­jemy nad­mierne uprosz­cze­nia lub "prze­sło­dze­nia" typowe dla psy­cho­lo­gii jar­marcz­nej - wyrzą­dzamy więk­szą szkodę, niż gdy­by­śmy tematu nie poru­szali w ogóle. Dla­tego też w roz­dziale pierw­szym, doty­czą­cym bada­nia źró­deł samo­oceny, roz­pocz­niemy od okre­śle­nia, czym ona jest, a czym nie jest.

Czter­dzie­ści lat temu, kiedy zaczy­na­łem się zma­gać z pyta­niami z zakresu samo­oceny, uświa­do­mi­łem sobie, że sta­nowi ona klucz do zro­zu­mie­nia moty­wa­cji. Był rok 1954. Mia­łem 24 lata, stu­dio­wa­łem psy­cho­lo­gię na Uni­wer­sy­te­cie Nowo­jor­skim i mia­łem bar­dzo nie­wiel­kie doświad­cze­nie tera­peu­tyczne. W histo­riach opo­wia­da­nych przez moich pacjen­tów pró­bo­wa­łem odna­leźć wspólny mia­now­nik. Zasko­czyło mnie, że nie­za­leż­nie od poru­sza­nych przez nich tema­tów, zawsze poja­wiały się pewne wspólne ele­menty: poczu­cie winy, nie­ade­kwat­no­ści, wstydu, niż­szo­ści, wyraźny brak samo­ak­cep­ta­cji, wiary w sie­bie i miło­ści. Innymi słowy, pro­blem z poczu­ciem wła­snej war­to­ści.

W swo­ich wcze­snych pra­cach Zyg­munt Freud suge­ro­wał, że symp­tomy neu­ro­tyczne można rozu­mieć jako bez­po­średni wyraz lęku lub mecha­ni­zmy obrony przed nim, co wydaje mi się hipo­tezą o wiel­kim zna­cze­niu. Zaczą­łem zasta­na­wiać się, czy symp­tomy i skargi, z któ­rymi się spo­ty­ka­łem, można rozu­mieć jako bez­po­średni wyraz nie­wła­ści­wej samo­oceny (na przy­kład poczu­cie bez­war­to­ścio­wo­ści, eks­tre­malna bier­ność, poczu­cie nie­sku­tecz­no­ści) lub mecha­nizm obronny przed nie­wła­ściwą samo­oceną (na przy­kład nad­mierne prze­chwa­la­nie się i pyszał­ko­wa­tość, kom­pul­sywne odre­ago­wy­wa­nie sek­su­alne, nad­mier­nie kon­tro­lne zacho­wa­nia spo­łeczne). Na­dal uwa­żam ten pogląd za bar­dzo atrak­cyjny. Pod­czas gdy Freud myślał w kate­go­riach mecha­ni­zmów obron­nych ego, stra­te­gii słu­żą­cych obro­nie ego przed zachwia­niem rów­no­wagi spo­wo­do­wa­nej lękiem, ja myślę w kate­go­riach mecha­ni­zmów obron­nych samo­oceny, stra­te­gii słu­żą­cych obro­nie samo­oceny przed zagro­że­niami wewnętrz­nymi lub zewnętrz­nymi (lub ich wyobra­że­niami). Innymi słowy, wszyst­kie znane mecha­ni­zmy obronne, które opi­sał Freud, można uznać za próbę obrony samo­oceny.

Kiedy uda­łem się do biblio­teki po mate­riały z zakresu samo­oceny, nie zna­la­złem pra­wie niczego. Indeks rze­czowy nie zawie­rał takiego hasła. W końcu tra­fi­łem na krót­kie wzmianki u Wil­liama Jamesa, jed­nak nic nie wydało mi się dosta­tecz­nie wyczer­pu­jące ani nie dawało odpo­wie­dzi, któ­rych szu­ka­łem. Freud suge­ro­wał, że mały sza­cu­nek do sie­bie wynika z odkry­cia przez dziecko, iż nie może odby­wać sto­sun­ków sek­su­al­nych z matką lub ojcem, co miało wywo­ły­wać poczu­cie bez­rad­no­ści ("nie mogę niczego"). To wyja­śnie­nie nie wydało mi się prze­ko­nu­jące. Alfred Adler suge­ro­wał, że poczu­cie niż­szo­ści jest począt­kowo obecne u każ­dego czło­wieka, po pierw­sze dla­tego, że przy­cho­dzi na świat jako istota słab­sza fizycz­nie, po dru­gie z racji faktu, iż wszy­scy inni (doro­śli i star­sze rodzeń­stwo) są więksi albo sil­niejsi. Ina­czej mówiąc, nasz pech polega na tym, że nie rodzimy się jako dosko­nali doro­śli. Rów­nież to wyja­śnie­nie nie wydało mi się pomocne.

Pro­blem samo­oceny opi­sy­wali także inni psy­cho­ana­li­tycy, jed­nak w kate­go­riach, które były tak odle­głe od mojego rozu­mie­nia zagad­nie­nia, że wyda­wało się, iż mówimy o zupeł­nie innych spra­wach (dopiero znacz­nie póź­niej dostrze­głem pewne związki mię­dzy tam­tymi pra­cami a moją). Aby wyja­śnić i lepiej zro­zu­mieć zagad­nie­nie, opie­ra­łem się więc głów­nie na wła­snych reflek­sjach, które poja­wiały się pod­czas pracy z ludźmi. Kiedy temat stał się dla mnie bar­dziej kla­rowny, dostrze­głem, że poczu­cie wła­snej war­to­ści sta­nowi wielką i ważną potrzebę czło­wieka, nie­zbędną do zdro­wej adap­ta­cji, to zna­czy do opty­mal­nego funk­cjo­no­wa­nia i samo­re­ali­za­cji. Do tego stop­nia, że jeśli ta potrzeba nie zostaje zaspo­ko­jona, czło­wiek cierpi, jego roz­wój zostaje zaha­mo­wany.

Poza zabu­rze­niami, które mają pod­łoże bio­lo­giczne, nie przy­cho­dzi mi do głowy żaden pro­blem psy­cho­lo­giczny -?zaczy­na­jąc od lęku i depre­sji, poprzez nie­po­wo­dze­nia szkolne i zawo­dowe, lęk przed intym­no­ścią, szczę­ściem lub powo­dze­niem, pro­blemy z alko­ho­lem i nar­ko­ty­kami, prze­moc w rodzi­nie, mole­sto­wa­nie dzieci, współ­uza­leż­nie­nie, zabu­rze­nia sek­su­alne, bier­ność i chro­niczne poczu­cie bez­ce­lo­wo­ści, na samo­bój­stwach i prze­stęp­stwach koń­cząc -?który nie wią­załby się, przy­naj­mniej po czę­ści, z pro­blemem zani­żo­nej samo­oceny. Ze wszyst­kich sądów, które for­mu­łu­jemy w życiu, żaden nie jest tak ważny jak sąd o sobie samym.

Pamię­tam dys­ku­sje pro­wa­dzone z kole­gami w latach sześć­dzie­sią­tych. Nikt nie kwe­stio­no­wał wagi tematu. Nikt nie zaprze­czał, że zna­le­zie­nie spo­so­bów pod­nie­sie­nia poziomu samo­oceny pocią­gnę­łoby za sobą wiele pozy­tyw­nych skut­ków. "Ale jak pod­nieść poczu­cie wła­snej war­to­ści u osoby doro­słej?". To zada­wane z nutą scep­ty­cy­zmu pyta­nie sły­sza­łem nie­raz. Zarówno temat ten, jak i wyzwa­nie, były w dużym stop­niu igno­ro­wane, o czym świad­czyła ówcze­sna lite­ra­tura.

Pio­nierka w zakre­sie tera­pii rodzin­nej, Vir­gi­nia Satir, doce­niała wagę pro­blemu samo­oceny, ale nie pro­wa­dziła na ten temat roz­wa­żań teo­re­tycz­nych i nie­wiele mówiła o dyna­mice zagad­nie­nia poza wąskim krę­giem rodzin­nym. Carl Rogers, kolejny wielki pio­nier psychotera­pii, kon­cen­tro­wał się zasad­ni­czo na jed­nym aspek­cie samo­oceny -?na samo­ak­cep­ta­cji. Cho­ciaż wia­domo, że te dwa poję­cia są bli­sko ze sobą zwią­zane, to jed­nak ich zna­cze­nie nie jest toż­same.

Jed­nak świa­do­mość rangi zagad­nie­nia rosła. W latach sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych w pro­fe­sjo­nal­nych cza­so­pi­smach uka­zało się wiele arty­ku­łów doty­czą­cych głów­nie kore­la­cji pomię­dzy samo­oceną a nie­któ­rymi aspek­tami zacho­wa­nia. Jed­nakże nie ist­niała jedna ogólna teo­ria samo­oceny, ani nawet wspól­nie uzgod­niona defi­ni­cja. Różni auto­rzy róż­nie rozu­mieli poję­cie "samo­ocena". W kon­se­kwen­cji badali roz­ma­ite zja­wi­ska. Cza­sami pewne odkry­cia pod­wa­żały inne. Istna wieża Babel. Nawet dzi­siaj nie ma jed­nej powszech­nie obo­wią­zu­ją­cej defi­ni­cji.

W latach osiem­dzie­sią­tych nastą­piła eks­plo­zja. Po okre­sie powol­nego wzro­stu poja­wiło się gwał­towne zain­te­re­so­wa­nie psy­cho­lo­gią well-being [dobro­stan, zado­wo­le­nie z sie­bie i ze swo­jego życia -?przyp. tł.]. Zwłasz­cza nauczy­ciele zaczęli zasta­na­wiać się nad zna­cze­niem związku samo­oceny ze szkol­nymi suk­ce­sami i poraż­kami. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych powstała Kra­jowa Rada do spraw Samo­oceny (Natio­nal Coun­cil for Self-Esteem), któ­rej oddziały otwie­rane są w kolej­nych mia­stach. Pra­wie co tydzień gdzieś w USA odbywa się kon­fe­ren­cja, na któ­rej dys­ku­sja na temat samo­oceny zawsze zaj­muje zna­czące miej­sce.

Zain­te­re­so­wa­nie samo­oceną nie ogra­ni­cza się tylko do Sta­nów Zjed­no­czo­nych -?ogar­nia cały świat. Latem 1990 roku w Nor­we­gii mia­łem zaszczyt wygło­sić wykład inau­gu­ra­cyjny na I Mię­dzy­na­ro­do­wej Kon­fe­ren­cji poświę­co­nej pro­ble­mom samo­oceny. Przy­byli na nią nauczy­ciele, psy­cho­lo­go­wie i psy­cho­te­ra­peuci z USA, Wiel­kiej Bry­ta­nii, wielu kra­jów euro­pej­skich i Związku Radziec­kiego, by uczest­ni­czyć w wykła­dach, semi­na­riach i warsz­ta­tach poświę­co­nych zasto­so­wa­niu psy­cho­lo­gii samo­oceny w sty­mu­lo­wa­niu roz­woju oso­bi­stego w szkol­nic­twie, insty­tu­cjach spo­łecz­nych i w biz­ne­sie. Pomimo róż­nic pocho­dze­nia, kul­tury, zain­te­re­so­wań, rozu­mie­nia poję­cia "samo­ocena", atmos­fera była nasy­cona entu­zja­zmem i prze­ko­na­niem, że nad­szedł histo­ryczny moment. Efek­tem kon­fe­ren­cji w Oslo jest utwo­rze­nie Mię­dzy­na­ro­do­wej Rady do spraw Samo­oceny (Inter­na­tio­nal Coun­cil on Self-Esteem), w któ­rej skład wcho­dzi coraz wię­cej państw.

W kra­jach daw­nego Związku Radziec­kiego jest na razie nie­liczna, ale rosnąca grupa ludzi świa­do­mych, jak ważną rolę w prze­mia­nach odgrywa samo­ocena. Komen­tu­jąc potrzebę edu­ka­cji w tej dzie­dzi­nie, obecny na kon­fe­ren­cji rosyj­ski nauko­wiec powie­dział: "Nasz naród nie tylko nie ma tra­dy­cji w dzie­dzi­nie przed­się­bior­czo­ści, lecz także nasi mene­dże­ro­wie nie mają poję­cia o oso­bi­stej odpo­wie­dzial­no­ści i obo­wiąz­ko­wo­ści, co dla Ame­ry­ka­nów jest sprawą oczy­wi­stą. Ile tu bier­no­ści i zawi­ści. Psy­cho­lo­giczne zmiany, jakich potrze­bu­jemy, mogą oka­zać się jesz­cze waż­niej­sze niż zmiany poli­tyczne i gospo­dar­cze".

Cały świat uświa­da­mia sobie, że podob­nie jak jed­nostka bez zdro­wej samo­oceny nie ma szans na reali­za­cję wła­snych moż­li­wo­ści, tak i szans tych nie ma spo­łe­czeń­stwo, o ile jego człon­ko­wie nie sza­nują sie­bie samych, swej oso­bo­wo­ści i nie ufają wła­snemu roz­sąd­kowi. Na­dal jed­nak, mimo tych zna­czą­cych kro­ków naprzód, kwe­stia, czym naprawdę samo­ocena jest i od czego zależy -?pozo­staje pyta­niem otwar­tym.

Kiedy na jed­nej kon­fe­ren­cji stwier­dzi­łem, że dla zdro­wej samo­oceny ważne jest życie świa­dome, pewna uczest­niczka zare­ago­wała ze zło­ścią: "Dla­czego pró­buje pan narzu­cić resz­cie świata sys­tem war­to­ści klasy śred­niej bia­łych?". (Zasta­no­wiło mnie, cóż to za klasa, dla któ­rej świa­dome życie nie jest ważne dla dobrego samo­po­czu­cia psy­chicz­nego). Kiedy powie­dzia­łem, że oso­bi­sta uczci­wość jest nie­zbędna do ochrony pozy­tyw­nej samo­oceny, a rezy­gna­cja z niej jest psy­cho­lo­gicz­nie szko­dliwa, nikt nie chciał wziąć udziału w dys­ku­sji ani włą­czyć tej myśli do spra­woz­da­nia. Uczest­nicy woleli sku­pić się na tym, jaki może być wpływ oto­cze­nia na obni­że­nie poczu­cia wła­snej war­to­ści, a nie na tym, jak sami krzyw­dzimy sie­bie. Jest to typowa postawa dla tych, któ­rzy uznają, że poziom samo­oceny zależy jest od ocen pocho­dzą­cych z zewnątrz. Nie ukry­wam, że wła­śnie takie sytu­acje oraz wzbu­dzane przez nie emo­cje dodat­kowo moty­wo­wały mnie do napi­sa­nia tej książki.

W pracy nad samo­oceną musimy być świa­domi dwóch zagro­żeń. Pierw­szym jest nad­mierne uprasz­cza­nie zagad­nie­nia po to, by dostar­czać ludziom szyb­kich tech­nik i roz­wią­zań nie­wy­ma­ga­ją­cych wysiłku. Dru­gim jest ule­ga­nie fata­li­zmowi czy deter­mi­ni­zmowi, według któ­rego ludzie "albo mają dobrą samo­ocenę, albo nie", a los czło­wieka jest zde­ter­mi­no­wany (na zawsze?) doświad­cze­niami wcze­snego dzie­ciń­stwa i nic nie da się z tym zro­bić (poza, być może, wie­lo­let­nią psy­cho­te­ra­pią). Oby­dwa podej­ścia pro­wa­dzą do bier­no­ści. Oby­dwa prze­sła­niają wizję tego, co można osią­gnąć.

Z mojego doświad­cze­nia wynika, że więk­szość ludzi nie doce­nia wła­snych sił do prze­pro­wa­dza­nia zmian i roz­wi­ja­nia się. Są prze­ko­nani, że sche­mat z wczo­raj trzeba powtó­rzyć jutro. Nie dostrze­gają moż­li­wo­ści wyboru, która obiek­tyw­nie ist­nieje. Rzadko uświa­da­miają sobie, jak wiele mogą dla sie­bie uczy­nić, jeżeli za cel posta­wią sobie praw­dziwy roz­wój i wysoką samo­ocenę oraz jeżeli będą skłonni wziąć odpo­wie­dzial­ność za wła­sne życie. Takie prze­ko­nanie o bez­rad­no­ści staje się zaś samo­speł­nia­ją­cym się pro­roc­twem.

Książka ta jest wezwa­niem do dzia­ła­nia. Jest wezwa­niem do walki, prze­ło­żo­nym na język psy­cho­lo­gii: moje "ja" musi być doce­niane i reali­zo­wane, a nie odrzu­cane i zanie­dby­wane. Książka ta adre­so­wana jest do wszyst­kich kobiet i męż­czyzn, któ­rzy pra­gną aktyw­nie uczest­ni­czyć w pro­ce­sie wła­snej ewo­lu­cji, a także do psy­cho­lo­gów, rodzi­ców, nauczy­cieli i lide­rów odpo­wie­dzial­nych za modele funk­cjo­no­wa­nia zbio­ro­wo­ści. Jest to książka o tym, co może być.

Rozdział 1. Samoocena: system obronny świadomości

1.

Samo­ocena: sys­tem obronny świa­do­mo­ści

Są rze­czy, przed któ­rymi nie ma ucieczki. Jedną z nich jest rola poczu­cia wła­snej war­to­ści.

Wobec oceny samego sie­bie ni­gdy nie pozo­sta­jemy obo­jętni. Cza­sem jej uni­kamy, jeżeli jest nie­wy­godna. Lek­ce­wa­żymy ją, mówiąc, że inte­re­sują nas tylko sprawy "prak­tyczne", i wsa­dzamy nos w tele­wi­zor, odda­jemy się sza­łowi zaku­pów albo sek­su­al­nych lub alko­ho­lo­wych przy­gód.

Poczu­cie wła­snej war­to­ści sta­nowi pod­sta­wową ludzką potrzebę. Jej oddzia­ły­wa­nie nie wymaga ani naszego zro­zu­mie­nia, ani zgody. Czyni swoje, czy o tym wiemy, czy nie. Od nas zależy, czy spró­bu­jemy odkryć dyna­mikę samo­oceny, czy też pozo­sta­niemy jej nie­świa­domi, ale to dru­gie sprawi, że będziemy zagadką dla samych sie­bie, i pocią­gnie za sobą nega­tywne kon­se­kwen­cje.

Przyj­rzyjmy się zatem roli samo­oceny w naszym życiu.

Definicja wstępna

Wysoka samo­ocena ozna­cza dla mnie znacz­nie wię­cej niż wewnętrzne poczu­cie wła­snej war­to­ści, które podobno jest naszym wro­dzo­nym pra­wem - iskierką, którą psy­cho­lo­go­wie i nauczy­ciele pró­bują roz­nie­cić u swo­ich pod­opiecz­nych. Iskierka ta jest jedy­nie wstę­pem do samo­oceny.

W pełni zre­ali­zo­wana samo­ocena jest prze­ko­na­niem, że dora­stamy do życia i jego wyma­gań. Dokład­niej mówiąc, jest:

poczu­ciem pew­no­ści, że potra­fimy myśleć, umiemy sta­wiać czoło pod­sta­wo­wym życio­wym wyzwa­niom; prze­ko­na­niem, że mamy prawo do szczę­ścia i powo­dze­nia; że jeste­śmy war­to­ściowi oraz zasłu­gu­jemy na zaspo­ko­je­nie swo­ich potrzeb czy pra­gnień, osią­ga­nie tego, co dla nas ważne, a także na cie­sze­nie się owo­cami swo­ich wysił­ków.

Póź­niej podam bar­dziej szcze­gó­łową i zwartą defi­ni­cję.

Nie podzie­lam prze­ko­na­nia, że wysoka samo­ocena jest darem, o który mamy się tylko upo­mi­nać (na przy­kład recy­tu­jąc afir­ma­cje). Wręcz prze­ciw­nie, cią­głe utrzy­my­wa­nie jej jest wiel­kim osią­gnię­ciem. Celem tej książki jest zba­da­nie natury i korzeni tego suk­cesu.

Podstawowy schemat

Istotą wyso­kiej samo­oceny jest zaufa­nie do wła­snego umy­słu oraz prze­ko­na­nie, że zasłu­gu­jemy na szczę­ście. Potęga takiego zda­nia o sobie polega na tym, że jest ono czymś wię­cej niż osą­dem czy odczu­ciem. Jest czyn­ni­kiem moty­wa­cyj­nym. Inspi­ruje do okre­ślo­nego postę­po­wa­nia. Jed­no­cze­śnie zależy od tego, jak postę­pu­jemy. Zależ­ność ta jest dwu­kie­run­kowa. Dzia­ła­nie i samo­ocena pozo­stają w ukła­dzie sprzę­że­nia zwrot­nego. Poziom samo­oceny wpływa na to, jak postę­pu­jemy, a postę­po­wa­nie wpływa na poziom samo­oceny.

Istotą wyso­kiej samo­oceny jest zaufa­nie do wła­snego umy­słu oraz prze­ko­na­nie, że zasłu­gu­jemy na szczę­ście.

Jeżeli ufam swo­jemu umy­słowi i oce­nom, dzia­łam jak istota myśląca. Jeżeli wyko­rzy­stuję zdol­ność myśle­nia i zdaję sobie sprawę z wła­snych dzia­łań, moje życie jest lep­sze. Umac­nia to zaufa­nie do umy­słu. Jeżeli nie ufam mu, jestem umy­słowo bierny, mniej świa­domy wła­snych dzia­łań, mniej wytrwały w poko­ny­wa­niu trud­no­ści. Wów­czas moje dzia­ła­nia pro­wa­dzą do roz­cza­ro­wu­ją­cych i bole­snych rezul­ta­tów, a ja sam czuję się upraw­niony, by nie ufać swo­jemu rozu­mowi.

Mając wysoką samo­ocenę, jestem bar­dziej wytrwały w poko­ny­wa­niu trud­no­ści. Mając niską samo­ocenę, pod­daję się lub podej­muję próby, nie dając z sie­bie wszyst­kiego. Bada­nia udo­wod­niły, że osoby o wyso­kiej samo­oce­nie wyka­zują znacz­nie więk­szą wytrwa­łość pod­czas reali­za­cji zadań niż osoby z samo­oceną niską2. Jeżeli będę wytrwały, praw­do­po­dob­nie czę­ściej odniosę suk­ces, niż doznam porażki. Jeżeli nie, praw­do­po­dob­nie czę­ściej doznam porażki, niż odniosę suk­ces. Tak czy owak, mój obraz samego sie­bie zosta­nie umoc­niony.

Jeżeli sza­nuję sie­bie samego i wyma­gam, by odno­szono się do mnie z sza­cun­kiem, wtedy wysy­łam sygnały i zacho­wuję się w spo­sób zwięk­sza­jący praw­do­po­do­bień­stwo, że inni będą reago­wać podob­nie. Wów­czas moje pier­wotne prze­ko­na­nie potwier­dza się i umac­nia. Jeżeli zaś sie­bie nie sza­nuję i tole­ruję brak grzecz­no­ści, a wyrzą­dza­nie mi krzywdy i wyko­rzy­sty­wa­nie mnie przez innych trak­tuję jako rzecz oczy­wi­stą - sygna­li­zuję to w nie­świa­domy spo­sób i nie­któ­rzy ludzie trak­tują mnie zgod­nie z tym, co o sobie myślę. Kiedy tak się dzieje, pod­daję się, a moja ocena wła­sna obniża się jesz­cze bar­dziej. War­tość wyso­kiej samo­oceny nie polega wyłącz­nie na tym, że pozwala nam czuć się lepiej, ale że pozwala też lepiej żyć -?z więk­szą zarad­no­ścią, i sku­tecz­niej reago­wać na wyzwa­nia oraz moż­li­wo­ści.

Wpływ samooceny -?obserwacje ogólne

Poziom samo­oceny ma wielki wpływ na wszyst­kie obszary naszego funk­cjo­no­wa­nia: to, jak zacho­wu­jemy się w miej­scu pracy, jak kształ­tu­jemy rela­cje z ludźmi, jak wysoko możemy zajść, ile potra­fimy osią­gnąć; a w obsza­rze oso­bi­stym: w kim się zako­chu­jemy, jak odno­simy się do współ­mał­żonka, dzieci, przy­ja­ciół, czy jeste­śmy szczę­śliwi.

Pomię­dzy zdro­wym poczu­ciem wła­snej war­to­ści a innymi cechami oso­bo­wo­ści wystę­pują pozy­tywne kore­la­cje, które bez­po­śred­nio deter­mi­nują poziom suk­cesu i szczę­ścia. Zdrowa samo­ocena kore­luje z racjo­na­li­zmem, reali­zmem, intu­icją, twór­czo­ścią, nie­za­leż­no­ścią, ela­stycz­no­ścią, zdol­no­ścią do radze­nia sobie ze zmianą, chę­cią do przy­zna­wa­nia się do błę­dów, życz­li­wo­ścią i goto­wo­ścią do współ­pracy. Niska samo­ocena kore­luje z irracjo­na­li­zmem, nie­do­strze­ga­niem rze­czy­wi­sto­ści, sztyw­no­ścią, lękiem przed nowym i nie­zna­nym, z kon­for­mi­zmem lub nie­wła­ści­wym bun­tem, defen­syw­no­ścią, prze­sadną ule­gło­ścią lub zacho­wa­niami nad­mier­nie kon­tro­lu­ją­cymi, lękiem lub wro­go­ścią wobec innych. Zoba­czymy, że w kore­la­cjach tych jest logika. Ich wpływ na moż­li­wo­ści adap­ta­cji, prze­trwa­nia i oso­bi­stego speł­nie­nia jest oczy­wi­sty. Wysoka samo­ocena wspiera życie i pod­nosi jego jakość.

Wysoka samo­ocena poszu­kuje wyzwań i bodź­ców w postaci war­to­ścio­wych oraz ambit­nych celów. Ich reali­za­cja ją utrwala. Niska samo­ocena poszu­kuje bez­pie­czeń­stwa tego, co znane i mało wyma­ga­jące. Ogra­ni­cza­nie się do tego powo­duje dal­sze jej obni­ża­nie.

Im pew­niej­sze poczu­cie wła­snej war­to­ści, tym lepiej jeste­śmy przy­go­to­wani, by radzić sobie z pro­ble­mami, które poja­wiają się w życiu pry­wat­nym i zawo­do­wym; tym szyb­ciej pod­no­simy się po upadku; tym wię­cej mamy ener­gii, by zacząć od nowa. Bar­dzo wielu przed­się­bior­ców, któ­rzy odnie­śli suk­ces, wcze­śniej kil­ka­krot­nie ban­kru­to­wało, ale porażki ich nie powstrzy­mały.

Im wyż­sza samo­ocena, tym bar­dziej jeste­śmy ambitni, nie­ko­niecz­nie w sen­sie zawo­do­wym czy finan­so­wym, ale w kate­go­riach tego, czego mamy nadzieję w życiu doznać -?pod wzglę­dem emo­cjo­nal­nym, inte­lek­tu­al­nym, twór­czym i ducho­wym. Im niż­sza samo­ocena, tym niż­sze są nasze aspi­ra­cje i tym mniej osią­gamy. W oby­dwu przy­pad­kach wystę­puje ten­den­cja do wzmac­nia­nia i utrwa­la­nia wła­snych postaw.

Im wyż­sza samo­ocena, tym więk­sza potrzeba auto­ek­spre­sji, ujaw­nie­nia wewnętrz­nego bogac­twa. Im niż­sza, tym bar­dziej paląca potrzeba "potwier­dza­nia" sie­bie albo zapo­mi­na­nia o sobie, wyra­ża­jąca się w mecha­nicz­nym i nie­świa­do­mym życiu.

Im wyż­sza samo­ocena, tym bar­dziej otwar­cie, uczci­wie i ade­kwat­nie komu­ni­ku­jemy się. Ponie­waż jeste­śmy prze­ko­nani, że nasze myśli są war­to­ściowe, pra­gniemy jasno­ści w komu­ni­ka­cji, a nie boimy się jej. Im niż­sza samo­ocena, tym bar­dziej mgli­sta, wykrętna i nie­wła­ściwa jest komu­ni­ka­cja, ponie­waż jeste­śmy nie­pewni wła­snych myśli i uczuć oraz (albo) boimy się reak­cji roz­mówcy.

Im wyż­sza samo­ocena, tym lepiej jeste­śmy przy­go­to­wani do two­rze­nia życio­daj­nych, a nie wynisz­cza­ją­cych związ­ków. Dzieje się tak dla­tego, że podobne przy­ciąga podobne, to, co zdrowe, przy­ciąga zdrowe. Dla osób o wyso­kiej samo­oce­nie wital­ność i eks­pan­syw­ność są w natu­ralny spo­sób bar­dziej atrak­cyjne u innych niż pustka i uza­leż­nie­nie. W myśl waż­nej zasady obo­wią­zu­ją­cej w rela­cjach mię­dzy­ludz­kich naj­le­piej i najbar­dziej kom­for­towo czu­jemy się z tymi oso­bami, któ­rych poczu­cie wła­snej war­to­ści przy­po­mina nasze. Prze­ci­wień­stwa mogą przy­ciągać się w pew­nych obsza­rach, ale nie w tym. Ludzie o wyso­kiej samo­oce­nie przy­ciągają innych ludzi o podob­nej oce­nie sie­bie. Pomię­dzy oso­bami z prze­ciw­nych krań­ców skali nie pojawi się gorące uczu­cie, podob­nie jak nie będzie miło­ści pomię­dzy inte­li­gen­cją i głu­potą (nie mówię, że ni­gdy nie poja­wiają się prze­lotne zna­jo­mo­ści, ale to inna sprawa. Pro­szę zwró­cić uwagę, że mówię o gorą­cej miło­ści, a nie o krót­ko­trwa­łym zauro­cze­niu czy sek­su­al­nej przy­go­dzie, które pod­le­gają innym regu­łom). Ludzie o umiar­ko­wa­nym poczu­ciu wła­snej war­to­ści zazwy­czaj przy­ciągają innych o umiar­ko­wa­nym poczu­ciu wła­snej war­to­ści. Niska samo­ocena przy­ciąga niską samo­ocenę -?oczy­wi­ście nie w spo­sób świa­domy, ale zgod­nie z wewnętrzną logiką, która spra­wia, że czu­jemy, iż napo­tka­li­śmy brat­nią duszę. Najbar­dziej ruj­nu­jące są zaś związki pomię­dzy ludźmi, któ­rzy mają o sobie bar­dzo niskie mnie­ma­nie; z dwóch prze­pa­ści nie stwo­rzy się wznie­sie­nia.

Naj­le­piej i naj­bar­dziej kom­for­towo czu­jemy się z tymi oso­bami, któ­rych poczu­cie wła­snej war­to­ści przy­po­mina nasze.

Im zdrow­sza samo­ocena, tym więk­szy sza­cu­nek, życz­li­wość, dobra wola i uczci­wość wobec innych -?ponie­waż nie postrze­gamy ich jako zagro­że­nia i ponie­waż sza­cu­nek wobec sie­bie jest pod­stawą sza­cunku wobec dru­giego czło­wieka. Mając zdrową samo­ocenę, nie spie­szymy się z wyda­wa­niem wyro­ków, nie mówimy o dru­gim jak o prze­ciw­niku ani nie posą­dzamy go o złą wolę. Nie pod­cho­dzimy do nowych zna­jo­mo­ści z auto­ma­tycz­nym ocze­ki­wa­niem odrzu­ce­nia, upo­ko­rze­nia, intrygi czy zdrady. W prze­ci­wień­stwie do prze­ko­na­nia, że indy­wi­du­alizm pro­wa­dzi do zacho­wań anty­spo­łecz­nych, bada­nia wyka­zują, że dobrze roz­wi­nięte poczu­cie wła­snej war­to­ści i auto­no­mii w znacz­nym stop­niu kore­luje z uprzej­mo­ścią, hoj­no­ścią, koope­ra­cją i poczu­ciem wspól­nego celu, co potwier­dza na przy­kład A. S. Water­man w prze­glą­dzie badań The Psy­cho­logy of Indi­vi­du­alism.

I na koniec, wyniki badań ujaw­niają fakt, że wysoka samo­ocena sta­nowi jedną z naj­lep­szych zapo­wie­dzi oso­bi­stego szczę­ścia, o czym pisze D.G. Meyer w swo­jej pracy Pur­suit of Hap­pi­ness. Logiczne więc jest, że niska samo­ocena kore­luje z bra­kiem poczu­cia szczę­ścia.

Miłość

Nie­trudno dostrzec, jak ważna jest samo­ocena dla odnie­sie­nia suk­cesu w sfe­rze związ­ków uczu­cio­wych. Nie ma więk­szej prze­szkody dla szczę­ścia niż lęk, że nie zasłu­guję na miłość i że moim prze­zna­cze­niem jest to, iż zostanę zra­niony. Takie obawy rodzą samo­speł­nia­jące się prze­po­wied­nie.

Jeżeli cie­szę się fun­da­men­tal­nym poczu­ciem sku­tecz­no­ści wła­snych dzia­łań i wła­snej war­to­ści, jeśli uwa­żam, że zasłu­guję na miłość, wów­czas mam pod­stawy do doce­nia­nia i kocha­nia innych. Zwią­zek pełen miło­ści uznaję za natu­ralny. Za natu­ralne uznaję życz­li­wość i tro­skę. Mam coś do zaofia­ro­wa­nia. Nie jestem znie­wo­lony poczu­ciem, że cze­goś mi bra­kuje. Jest we mnie emo­cjo­nalna "nad­wyżka", którą mogę podzie­lić się, kocha­jąc. Szczę­ście mnie nie nie­po­koi. Prze­ko­na­nie o wła­snej kom­pe­ten­cji i war­to­ści -?a także o umie­jęt­no­ści dostrze­ga­nia i doce­nia­nia ich przez part­nera -?rów­nież rodzi samo­speł­nia­jące się prze­po­wied­nie.

Nie ma więk­szej prze­szkody dla szczę­ścia niż lęk, że nie zasłu­guję na miłość i że moim prze­zna­cze­niem jest cier­pie­nie.

Jeżeli nato­miast nie sza­nuję sie­bie i nie odczu­wam rado­ści z tego, kim jestem, mam bar­dzo mało do zaofe­ro­wa­nia -?z wyjąt­kiem swo­ich nie­za­spo­ko­jo­nych potrzeb. W swoim zubo­że­niu emo­cjo­nal­nym postrze­gam ludzi głów­nie jako źró­dło akcep­ta­cji bądź odrzu­ce­nia. Nie doce­niam ich takimi, jakimi są. Widzę jedy­nie, co mogą dla mnie uczy­nić, a czego nie. Nie poszu­kuję ludzi, któ­rych mógł­bym podzi­wiać i z któ­rymi mógł­bym dzie­lić zachwyt i przy­godę życia. Poszu­kuję ludzi, któ­rzy nie będą mnie potę­piać i któ­rych zachwyci mój image -?twarz, którą poka­zuję światu. Zdol­ność do miło­ści pozo­staje we mnie nie­roz­wi­nięta. Jest to jedna z przy­czyn, dla któ­rych próby stwo­rze­nia związku tak czę­sto koń­czą się nie­po­wo­dze­niem -?nie dla­tego, że wizja roman­tycz­nej i namięt­nej miło­ści jest z gruntu nie­ra­cjo­nalna, ale dla­tego, że bra­kuje nam poczu­cia wła­snej war­to­ści, by ją wspie­rać.

Wszy­scy sły­sze­li­śmy zda­nie: "Kto nie kocha sie­bie samego, nie potrafi poko­chać innych". Znacz­nie sła­biej rozu­miemy drugą stronę medalu. Jeżeli nie czuję, że zasłu­guję na miłość, jest mi bar­dzo trudno uwie­rzyć, iż ktoś inny mnie poko­cha. Jeżeli nie akcep­tuję sie­bie, jak mogę zaak­cep­to­wać miłość pocho­dzącą od cie­bie? Twoje cie­pło i odda­nie wpro­wa­dzają mnie w zakło­po­ta­nie -?pozo­stają w sprzecz­no­ści z moim obra­zem sie­bie, ponie­waż "wiem", że nie zasłu­guję na miłość. Twoje uczu­cia wobec mnie nie mogą być praw­dziwe, godne zaufa­nia, trwałe. Jeżeli nie czuję się godny miło­ści, twoja miłość do mnie będzie jak napeł­nia­nie sita -?i w końcu poczu­jesz się wyczer­pany wysił­kiem. Nawet gdy świa­do­mie zaprze­czam prze­ko­na­niu, że nie zasłu­guję na miłość, i dekla­ruję, że jestem wspa­niały, to jed­nak złe mnie­ma­nie o sobie na­dal tkwi głę­boko i uda­rem­nia próby wcho­dze­nia w związki uczu­ciowe. Nie­chcący pod­ko­puję miłość.

Sta­ram się kochać, ale bra­kuje mi poczu­cia wewnętrz­nego bez­pie­czeń­stwa. Jest we mnie nato­miast tajem­ni­czy lęk, że moim jedy­nym prze­zna­cze­niem jest ból. Toteż znaj­duję kogoś, kto nie­uchron­nie mnie odrzuci lub opu­ści (z początku udaję, że tego nie wiem, aby przed­sta­wie­nie mogło się toczyć). Jeśli nawet znajdę kogoś, z kim szczę­ście jest moż­liwe, nisz­czę zwią­zek, ocze­ku­jąc nie­ustan­nych zapew­nień, oka­zu­jąc irra­cjo­nalną zabor­czość, robiąc dra­maty z bła­hych powo­dów albo pró­bu­jąc wszystko kon­tro­lo­wać, odwo­łu­jąc się do ule­gło­ści lub domi­na­cji, szu­ka­jąc spo­so­bów aby odrzu­cić part­nera, zanim on odrzuci mnie.

Oto kilka przy­kła­dów, które uka­zują, jak niska samo­ocena ujaw­nia się w sfe­rze oso­bi­stej:

"Dla­czego zawsze zako­chuję się w panu Nie­wła­ści­wym?" -?pyta pacjentka pod­czas tera­pii. Kiedy miała dzie­sięć lat, ojciec porzu­cił rodzinę i matka nie­raz krzy­czała: "Gdy­byś nie spra­wiała tylu kło­po­tów, może ojciec by nie odszedł!". W doro­słym życiu "wie" teraz, że jej prze­zna­cze­niem jest być porzu­caną. "Wie", że nie zasłu­guje na miłość. A jed­nak pra­gnie bli­skiego związku z męż­czy­zną. Kon­flikt ten roz­wią­zuje, wybie­ra­jąc męż­czyzn -?czę­sto żona­tych -?któ­rzy nie trosz­czą się o nią w taki spo­sób, który zatrzy­małby ją u ich boku na dłuż­szy czas. Udo­wad­nia, że jej prze­ko­na­nie o tra­gicz­nym losie jest słuszne.

Kiedy "wiemy", że ciąży nad nami klą­twa, zacho­wu­jemy się tak, by tę "wie­dzę" potwier­dzić. Dyso­nans mię­dzy "wie­dzą" a postrze­ga­nymi fak­tami wywo­łuje lęk. Ponie­waż "wie­dzy" nie należy kwe­stio­no­wać ani w nią wąt­pić, trzeba zmie­nić fakty -?stąd sabo­taż.

Męż­czy­zna zako­chuje się. Kobieta odwza­jem­nia jego uczu­cia. Biorą ślub. Ale cokol­wiek ona zrobi, zawsze oka­zuje się to za mało, by poczuł się kochany dłu­żej niż przez chwilę; jest nie­na­sy­cony. Jed­nak ona jest tak zaan­ga­żo­wana uczu­ciowo, że pró­buje na­dal. Kiedy w końcu prze­ko­nuje go o swo­jej miło­ści, on zaczyna zasta­na­wiać się, czy nie posta­wił poprzeczki zbyt nisko. Zasta­na­wia się, czy ona jest rze­czy­wi­ście dla niego wystar­cza­jąco dobra. Wresz­cie ją zosta­wia, zako­chuje się ponow­nie i taniec roz­po­czyna się od początku.

Każdy zna słynne powie­dze­nie Gro­ucho Marksa, że ni­gdy nie wstą­piłby on do klubu, który przy­jąłby go na członka. Dokład­nie według tego wzoru postę­pują w swoim życiu uczu­cio­wym ludzie o niskiej samo­oce­nie. Jeżeli mnie kochasz, to z pew­no­ścią nie jesteś dla mnie wystar­cza­jąco dobry. Tylko ktoś, kto mnie odrzuca, jest godny mojego odda­nia.

Żona odczuwa przy­mus mówie­nia swo­jemu mężowi, który ją uwiel­bia, o tym, że inne są lep­sze od niej pod wie­loma wzglę­dami. Kiedy on zaprze­cza, wyśmiewa go. Im bar­dziej on ją ado­ruje, z tym więk­szym okru­cień­stwem ona go upo­ka­rza. W końcu, wyczer­pany, odcho­dzi. Ona czuje się zra­niona i zasko­czona. Jak mogła tak mylić się co do niego? -?zasta­na­wia się. Póź­niej mówi sobie: "Zawsze wie­dzia­łam, że nikt mnie naprawdę nie poko­cha". Zawsze czuła się nie­godna miło­ści i teraz ma tego dowody.

Tra­ge­dia wielu ludzi polega na tym, że kiedy stają przed moż­li­wo­ścią wyboru pomię­dzy "mieć rację" a "być szczę­śli­wym", nie­zmien­nie wybie­rają to pierw­sze. To jedyna satys­fak­cja, na jaką sobie pozwa­lają.

Męż­czy­zna "wie", że szczę­ście nie jest jego prze­zna­cze­niem. Czuje, że nie zasłu­guje na nie (jego szczę­ście mogłoby zra­nić jego rodzi­ców, któ­rzy sami ni­gdy go nie zaznali). Ale kiedy poznaje kobietę, którą uwiel­bia i która bar­dzo go pociąga, a ona odwza­jem­nia te uczu­cia, jest szczę­śliwy. Na chwilę zapo­mina, że to roman­tyczne speł­nie­nie nie pasuje do jego "histo­rii", do "sce­na­riu­sza" jego życia. Ule­ga­jąc rado­ści, na jakiś czas zapo­mina, że kłóci się ono z jego obra­zem samego sie­bie, co spra­wia, że zaczyna odczu­wać brak kon­taktu z rze­czy­wi­sto­ścią. W końcu jed­nak radość wyzwala lęk -?typowy dla ludzi, któ­rzy czują, że jest ina­czej, niż być powinno. By zre­du­ko­wać lęk, musi zre­du­ko­wać radość. Nie­świa­do­mie, powo­do­wany naj­głęb­szą logiką obrazu samego sie­bie, zaczyna nisz­czyć zwią­zek.

Po raz kolejny obser­wu­jemy zasad­ni­czy sche­mat auto­de­struk­cji: jeżeli "wiem", że moim prze­zna­cze­niem jest bycie nie­szczę­śli­wym, nie mogę pozwo­lić, by rze­czy­wi­stość wpro­wa­dzała mnie w zakło­po­ta­nie z powodu szczę­ścia. To nie ja muszę dopa­so­wać się do rze­czy­wi­sto­ści, to rze­czy­wi­stość musi dopa­so­wać się do mnie i mojej "wie­dzy" o tym, jak wygląda (powi­nien wyglą­dać) świat.

Nie zawsze trzeba znisz­czyć zwią­zek cał­ko­wi­cie, jak poka­zują powyż­sze przy­kłady. Cza­sem wystar­cza, że trwa on na­dal, pod warun­kiem, że jestem nie­szczę­śliwy. Mogę zaan­ga­żo­wać się w pro­ces pod tytu­łem walka o szczę­ście albo praca nad naszym związ­kiem. Mogę czy­tać na ten temat, uczest­ni­czyć w semi­na­riach, cho­dzić na wykłady lub roz­po­cząć psy­cho­te­ra­pię, ogło­siw­szy, że moim celem jest bycie szczę­śli­wym w przy­szło­ści. Ale nie teraz, nie dzi­siaj. Moż­li­wość osią­gnię­cia szczę­ścia w chwili obec­nej jest zbyt prze­ra­ża­jąca.

Od wielu z nas ocze­kuje się -?cho­ciaż może zabrzmi to para­dok­sal­nie - odwagi, byśmy tole­ro­wali szczę­ście, nie sabo­tu­jąc sie­bie samych.

Lęk przed szczę­ściem jest powszechny. Szczę­ście może budzić wewnętrzne głosy, mówiące: nie zasłu­guję na nie; ni­gdy nie trwa ono długo, zmie­rzam ku porażce; zabi­jam matkę lub ojca, będąc szczę­śliw­szym niż oni kie­dy­kol­wiek; życie tak nie wygląda; ludzie będą mi zazdro­ścić i znie­na­wi­dzą mnie; szczę­ście jest tylko ilu­zją; inni są nie­szczę­śliwi, dla­czego ja miał­bym być szczę­śliwy?

Od wielu z nas ocze­kuje się, cho­ciaż może brzmi to para­dok­sal­nie, odwagi, byśmy tole­ro­wali szczę­ście, nie sabo­tu­jąc sie­bie samych, tak długo, aż prze­sta­niemy się go bać i uświa­do­mimy sobie, że nas nie znisz­czy (i nie musi znik­nąć). Od czasu do czasu mówię swoim pacjen­tom: spró­buj prze­żyć dzień, nie robiąc niczego, co mogłoby pod­ko­pać lub znisz­czyć twoje dobre samo­po­czu­cie -?a jeżeli "wypad­niesz z toru", nie roz­pa­czaj, wróć do punktu wyj­ścia i ponow­nie oddaj się szczę­ściu. Taki upór buduje samo­ocenę.

Następ­nie musimy sta­wić czoło destruk­cyj­nym gło­som, a nie od nich ucie­kać. Musimy nawią­zać z nimi wewnętrzny dia­log, zmu­sić, by podały swoje powody. Cier­pli­wie odpo­wia­dać i oba­lać ich non­sensy -?radzić sobie z nimi tak jak z ludźmi. I odróż­niać je od gło­sów swo­jego doj­rza­łego "ja".

Praca

Roz­pa­trzmy teraz przy­kłady zacho­wa­nia w pracy spo­wo­do­wa­nego niską samo­oceną.

Męż­czy­zna dostaje awans i wpada w panikę, bo myśli, że nie potrafi spro­stać nowym wyzwa­niom i obo­wiąz­kom. "Jestem uzur­pa­to­rem! To nie jest moje miej­sce!" -?mówi do sie­bie. Prze­czu­wa­jąc z góry, że jest ska­zany na nie­po­wo­dze­nie, nie ma moty­wa­cji, by dać z sie­bie wszystko. W nie­świa­domy spo­sób roz­po­czyna pro­ces auto­sa­bo­tażu: na zebra­nia przy­cho­dzi nie­przy­go­to­wany, do pra­cow­ni­ków odnosi się w jed­nej chwili ostro, a w dru­giej tro­skli­wie i przy­mil­nie, żar­tuje w nie­wła­ści­wych momen­tach, igno­ruje sygnały nie­za­do­wo­le­nia szefa. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niem, zostaje zwol­niony. "Wie­dzia­łem, że było to zbyt piękne, by mogło być praw­dziwe" -?mówi sobie.

Jeżeli ginę z wła­snej ręki, przy­naj­mniej spra­wuję nad tym kon­trolę, oszczę­dzam sobie lęku cze­ka­nia na kata­strofę pły­nącą z nie­zna­nego źró­dła. Strach przed poczu­ciem utraty kon­troli jest nie do znie­sie­nia. Muszę zna­leźć spo­sób, aby go prze­rwać.

Kie­row­nik prze­gląda wspa­niały plan, który zapro­po­no­wał pod­władny. Odczuwa upo­ko­rze­nie, że to nie on wpadł na ten pomysł. Wyobraża sobie, że pra­cow­nik przej­mie jego sta­no­wi­sko. Zaczyna więc snuć intrygę, by oba­lić przed­ło­żony pro­jekt.

Taka destruk­cyjna złość jest pro­duk­tem zubo­żo­nego poczu­cia "ja". Twoje suk­cesy grożą ujaw­nie­niem mojej pustki. Świat zoba­czy -?a co gor­sza, ja zoba­czę -?jak mało zna­czę. Przy­chylna reak­cja na suk­cesy innych jest świa­dec­twem wyso­kiej samo­oceny.

Męż­czy­zna poznaje swo­jego nowego szefa -?jest prze­ra­żony i roz­złosz­czony, bo szef jest kobietą. Jego poczu­cie męsko­ści zostało zra­nione i osła­bione. Snuje fan­ta­zje sek­su­al­nego poni­że­nia, żeby "dać jej nauczkę". Jego poczu­cie zagro­że­nia ujaw­nia się w for­mie gbu­ro­wa­to­ści i nie­chęci do współ­pracy.

Trudno zna­leźć bar­dziej zna­czący symp­tom niskiej samo­oceny niż potrzeba postrze­ga­nia jakiejś grupy jako gor­szej. Męż­czy­zna, u któ­rego poję­cie "wła­dzy" zatrzy­muje się na pozio­mie "domi­na­cji płci", jest czło­wie­kiem, któ­rego prze­ra­żają kobiety, prze­raża umie­jęt­ność bycia pew­nym sie­bie, prze­raża życie.

Trudno zna­leźć bar­dziej zna­czący symp­tom niskiej samo­oceny niż potrzeba postrze­ga­nia jakiejś grupy jako gor­szej.

Szef labo­ra­to­rium został poin­for­mo­wany, że firma zatrud­niła wspa­nia­łego naukowca z innego przed­się­bior­stwa. Natych­miast tłu­ma­czy sobie, że zwierzch­nicy są nie­za­do­wo­leni z jego pracy, cho­ciaż dowody świad­czą o czymś zupeł­nie prze­ciw­nym. Wyobraża sobie, jak spada jego auto­ry­tet i pozy­cja. Sądzi, że nowy pra­cow­nik zaj­mie w końcu sta­no­wi­sko szefa wydziału. W napa­dzie śle­pego buntu obniża jakość swo­jej pracy. Kiedy deli­kat­nie mówi się o jego błę­dach, wybu­cha we wła­snej obro­nie -?i odcho­dzi.

Jeżeli mamy wyso­kie mnie­ma­nie o sobie tylko dla­tego, że nie sta­wi­li­śmy czoła wyzwa­niom, jeżeli brak poczu­cia bez­pie­czeń­stwa znaj­duje potwier­dze­nie w wyima­gi­no­wa­nym odrzu­ce­niu, eks­plo­zja wewnętrz­nej bomby jest tylko kwe­stią czasu. Wybuch ten przyj­muje formę zacho­wań auto­de­struk­cyj­nych -?a fakt, że ktoś obda­rzony jest nad­zwy­czajną inte­li­gen­cją, nie sta­nowi żad­nego zabez­pie­cze­nia. Każ­dego dnia bły­sko­tliwi ludzie o niskiej samo­oce­nie postę­pują wbrew wła­snym inte­re­som.

Rewi­dent z nie­za­leż­nej firmy rachun­ko­wej ma spo­tka­nie z dyrek­to­rem gene­ral­nym przed­się­bior­stwa klienta. Wie, że musi prze­ka­zać mu infor­ma­cje, któ­rych tam­ten nie będzie chciał usły­szeć. Pod­świa­do­mie zaczyna wyobra­żać sobie, że znaj­duje się w obec­no­ści onie­śmie­la­ją­cego go ojca -?zacina się, jąka i nie prze­ka­zuje nawet trze­ciej czę­ści tego, co ma do powie­dze­nia.

Jego potrzeba akcep­ta­cji przez dyrek­tora albo pra­gnie­nie, by nie zostać odrzu­co­nym, domi­nuje nad wymo­gami pro­fe­sjo­na­li­zmu. Póź­niej, po zło­że­niu pisem­nego raportu, w któ­rym przed­sta­wił wszystko, co powi­nien był powie­dzieć oso­bi­ście, gdy można jesz­cze pod­jąć dzia­ła­nia słu­żące napra­wie sytu­acji, sie­dzi w swoim biu­rze, trzę­sąc się ze stra­chu i prze­wi­du­jąc reak­cję dyrek­tora.

Kiedy dzia­łamy pod wpły­wem lęku, prę­dzej czy póź­niej przy­wo­łu­jemy nie­szczę­ście, które nas prze­raża. Oba­wia­jąc się potę­pie­nia, zacho­wu­jemy się w taki spo­sób, który w końcu rze­czy­wi­ście je spo­wo­duje. Jeżeli oba­wiamy się zło­ści, w końcu uda się nam ludzi rozzło­ścić.

Kobieta, która od nie­dawna pra­cuje w dziale mar­ke­tingu, wpada na dosko­nały w jej prze­ko­na­niu pomysł. Wyobraża sobie, jak prze­lewa go na papier, przy­ta­cza argu­menty prze­ma­wia­jące za jej pro­jek­tem, opra­co­wuje plan przed­ło­że­nia ich oso­bie odpo­wie­dzial­nej za reali­za­cję. Wów­czas jed­nak jej wewnętrzny głos zaczyna szep­tać: "A kim ty jesteś, żeby mieć dobre pomy­sły? Nie ścią­gaj na sie­bie wzroku. Chcesz, by ludzie cię wyśmiali?". Wyobraża sobie roz­złosz­czoną twarz matki, która zawsze zazdro­ściła jej inte­li­gen­cji, i zra­nioną twarz ojca, któ­rego prze­ra­żała. Kilka dni póź­niej led­wie pamięta o swoim pomy­śle.

Jeżeli wąt­pimy we wła­sny rozum, lek­ce­wa­żymy jego wytwory. Jeżeli oba­wiamy się inte­lek­tu­al­nej aser­tyw­no­ści (praw­do­po­dob­nie koja­rząc ją z utratą miło­ści), kne­blu­jemy swoją inte­li­gen­cję. Oba­wiamy się, że ktoś nas dostrzeże, więc zni­kamy wszyst­kim z oczu, a potem cier­pimy, że nikt nas nie zauważa.

Jest sze­fem, który zawsze musi mieć rację. Spra­wia mu przy­jem­ność pod­kre­śla­nie swo­jej wyż­szo­ści. Pod­czas zebrań z pra­cow­ni­kami nie może przy­jąć żad­nej pro­po­zy­cji, nie "ulep­sza­jąc" jej, tak aby móc się pod nią pod­pi­sać. "Dla­czego ludzie są tak mało pomy­słowi? -?powta­rza. -?Dla­czego nie mogą być bar­dziej twór­czy?". Ale rów­nież lubi mówić: "W dżun­gli jest jeden król", a w chwi­lach więk­szego napię­cia: "Ktoś musi prze­cież rzą­dzić firmą". Uda­jąc żal, cza­sem stwier­dza: "Nic na to nie pora­dzę - mam silne ego". Prawda jest taka, że ma słabe, ale całą ener­gię inwe­stuje w to, aby ni­gdy się o tym nie dowie­dzieć.

Po raz kolejny widzimy, że niska samo­ocena może ujaw­nić się bra­kiem otwar­to­ści na wkład innych lub stra­chem przed ich kom­pe­ten­cjami, a w przy­padku kie­row­ni­ków czy lide­rów -?bra­kiem umie­jęt­no­ści wydo­by­wa­nia z pra­cow­ni­ków całego ich poten­cjału.

Przy­ta­cza­nie tych histo­rii nie ma oczy­wi­ście na celu potę­pia­nia czy wyśmie­wa­nia ludzi, któ­rzy cier­pią na niskie poczu­cie wła­snej war­to­ści, ale uświa­do­mie­nie, jak wielki wpływ na nasze reak­cje ma samo­ocena. Wszyst­kie pro­blemy, które opi­sa­łem, można roz­wią­zać. Ale pierw­szym kro­kiem jest uświa­do­mie­nie sobie kie­ru­ją­cych nimi mecha­ni­zmów.

Samospełniające się przepowiednie

Samo­ocena two­rzy zestaw ukry­tych ocze­ki­wań na temat tego, co jest dla nas odpo­wied­nie i realne. Ocze­ki­wa­nia te gene­rują zacho­wa­nia, które zamie­niają je w rze­czy­wi­stość. A rze­czy­wi­stość potwier­dza i umac­nia pier­wotne prze­ko­na­nia. Samo­ocena -?wysoka czy niska -?jest gene­ra­to­rem samo­speł­nia­ją­cych się prze­po­wiedni.

Ocze­ki­wa­nia takie mogą ist­nieć w umy­śle w for­mie pod­świa­do­mych lub pół­świa­do­mych wizji przy­szło­ści. Psy­cho­log szkolny E. Paul Tor­rance, komen­tu­jąc naukowe świa­dec­twa, że wewnętrzne prze­ko­na­nia o przy­szło­ści mają potężny wpływ na moty­wa­cję, pisze: "Wyobra­że­nie przy­szło­ści może być dla czło­wieka lep­szym obra­zem przy­szłych osią­gnięć niż dzia­ła­nia z prze­szło­ści"3. To, czego sta­ramy się nauczyć, i to, co osią­gamy, zależy, przy­naj­mniej w czę­ści, od tego, co uzna­jemy za moż­liwe i odpo­wied­nie dla nas.

Samo­ocena -?wysoka lub niska -?jest gene­ra­to­rem samo­speł­nia­ją­cych się prze­po­wiedni.

Cho­ciaż nie­od­po­wied­nia samo­ocena może w poważ­nym stop­niu ogra­ni­czać poziom aspi­ra­cji i osią­gnięć, to jed­nak jej kon­se­kwen­cje nie muszą być tak wyra­zi­ste. Cza­sami ujaw­niają się w spo­sób bar­dziej pośredni. Bomba zega­rowa niskiej samo­oceny cicho tyka przez całe lata, pod­czas gdy czło­wiek ogar­nięty żądzą suk­cesu posze­rza zakres swo­ich umie­jęt­no­ści i pnie się po szcze­blach kariery. Po jakimś cza­sie jed­nak, bez widocz­nej potrzeby, zaczyna "cho­dzić na skróty" pod wzglę­dem moral­nym lub praw­nym, aby jesz­cze bar­dziej demon­stro­wać swoje mistrzo­stwo. Popeł­nia coraz wię­cej wykro­czeń, powta­rza­jąc sobie, że stoi ponad pra­wem, jakby wyzy­wa­jąc los, by zrzu­cił go z pie­de­stału. Dopiero na samym końcu, kiedy jego życie i kariera legną w gru­zach, ujrzymy, że przez wiele lat zmie­rzał nie­uchron­nie do tego osta­tecz­nego aktu nie­świa­do­mego sce­na­riu­sza, który zaczął pisać być może w trze­cim roku życia. Nie­trudno poka­zać przy­kłady dobrze zna­nych osób, które pasują do tego opisu.

Obraz sie­bie jest prze­zna­cze­niem. Czy ści­ślej -?bywa. Przez obraz sie­bie rozu­miem to, co świa­do­mie i nieświa­do­mie myślimy o sobie -?nasze fizyczne i psy­chiczne cechy, nasze aktywa i pasywa, moż­li­wo­ści i ogra­ni­cze­nia, silne i słabe punkty. Zawiera w sobie poziom samo­oceny, ale jest bar­dziej ogólny. Nie można zro­zu­mieć zacho­wa­nia czło­wieka, nie wie­dząc, jaki ma obraz sie­bie. W spo­sób mniej spek­ta­ku­larny niż w powyż­szym przy­kła­dzie ludzie czę­sto sabo­tują sie­bie u szczytu suk­cesu. Dzieje się tak, gdy suk­ces koli­duje z ukry­tym prze­ko­na­niem o tym, co do nich pasuje. Prze­ra­ża­jące jest zostać wyrzu­co­nym poza gra­nice prze­ko­na­nia o tym, kim jestem. Jeżeli do obrazu sie­bie nie można inkor­po­ro­wać poziomu osią­gnię­tego suk­cesu, jeżeli obraz ten nie może ulec zmia­nie, da się prze­wi­dzieć, że czło­wiek znaj­dzie spo­sób auto­sa­bo­tażu. Oto przy­kłady z mojej prak­tyki tera­peu­tycz­nej:

Byłem bli­sko uzy­ska­nia naj­więk­szego zle­ce­nia w mojej karie­rze -?mówi archi­tekt -?a mój lęk prze­kro­czył wszel­kie gra­nice, ponie­waż ten pro­jekt przy­niósłby sławę, z którą nie potra­fił­bym sobie pora­dzić. Nie mia­łem alko­holu w ustach od trzech lat. Więc pomy­śla­łem sobie, że mogę wypić jed­nego drinka -?dla uczcze­nia oka­zji. Upi­łem się, poobra­ża­łem ludzi, któ­rzy mieli dać mi zle­ce­nie. Oczy­wi­ście stra­ci­łem je, a mój wspól­nik był na mnie tak wście­kły, że roz­stał się ze mną. Byłem zała­many, ale znowu na "bez­piecz­nym grun­cie", wal­cząc, by się pod­nieść, a nie szy­bo­wać. Jest mi tu wygod­nie.

Zde­cy­do­wa­łam -?mówi wła­ści­cielka małej sieci buti­ków -?że nie powstrzyma mnie ani mój mąż, ani nikt inny. Nie obwi­nia­łam go za to, że zara­bia mniej ode mnie, i nie pozwa­la­łam, by obwi­niał mnie, że ja zara­biam wię­cej. Ale mój wewnętrzny głos mówił, że nie powin­nam odno­sić takich suk­ce­sów -?kobieta nie powinna. Nie zasłu­gi­wa­łam na nie -?żadna kobieta nie zasłu­guje. Sta­łam się bez­tro­ska. Lek­ce­wa­ży­łam ważne tele­fony. Zło­ści­łam się na pra­cow­ni­ków i klien­tów. I byłam coraz bar­dziej zła na mojego męża, nie wspo­mi­na­jąc, jaki był praw­dziwy powód. Kie­dyś, po szcze­gól­nie ostrej kłótni z nim, jadłam lunch z jedną z naszych współ­pra­cow­ni­czek. Powie­działa coś, co mnie zde­ner­wo­wało, i zro­bi­łam scenę w środku restau­ra­cji. Stra­ci­łam kon­trakt. Zaczę­łam popeł­niać nie­wy­ba­czalne błędy... Teraz, po upły­wie trzech lat i po wielu noc­nych kosz­ma­rach, pró­buję znowu posta­wić inte­res na nogi.

Byłem następny w kolejce po awans, któ­rego pra­gną­łem od dłuż­szego czasu -?mówi pra­cow­nik na kie­row­ni­czym sta­no­wi­sku -?Moje życie było w ide­al­nym porządku. Udane mał­żeń­stwo, zdrowe, dobrze uczące się dzieci. I od wielu lat nie spo­ty­ka­łem się z inną kobietą. Jedy­nym pro­ble­mem, jaki mia­łem, było to, że chcia­łem wię­cej pie­nię­dzy, i wszystko wska­zy­wało na to, że tak się sta­nie. To lęk mnie poko­nał. Obu­dzi­łem się w nocy, myśląc, że mam zawał serca, ale lekarz powie­dział, że to tylko lęk. Kto wie, dla­czego nad­szedł. Cza­sami czuję, że nie mogę być zbyt szczę­śliwy. Że to coś złego. Ni­gdy chyba nie czu­łem, że zasłu­guję na szczę­ście. Cokol­wiek było przy­czyną, lęk się wzma­gał, a pew­nego dnia na przy­ję­ciu zaczą­łem przy­sta­wiać się do żony jed­nego z moich sze­fów -?głu­pio i nie­tak­tow­nie. To cud, że mnie nie wylał, kiedy mu to powie­działa, cho­ciaż spo­dzie­wa­łem się, że tak się sta­nie. Nie dosta­łem awansu, a poziom lęku opadł.

Co wspól­nego mają te wszyst­kie histo­rie? Lęk przed szczę­ściem, lęk przed powo­dze­niem. Prze­ra­że­nie i dez­orien­ta­cja, któ­rych doznaje czło­wiek z niską samo­oceną, kiedy życie układa się tak dobrze, że staje to w kon­flik­cie z naj­głęb­szym prze­ko­na­niem o sobie. Nie­za­leż­nie od kon­tek­stu, w jakim ujaw­nia się auto­de­struk­cyjne zacho­wa­nie lub jaką przy­biera postać, moto­rem takiego dzia­ła­nia zawsze jest to samo: niska samo­ocena. To niska samo­ocena kreuje u nas wrogi sto­su­nek do tego, co dla nas dobre.

Wysoka samoocena jako podstawowa potrzeba

Siła samo­oceny wypływa stąd, że sta­nowi ona głę­boką potrzebę, czym jed­nak dokład­nie jest potrzeba?

Potrzeba jest tym, co nie­zbędne do efek­tyw­nego funk­cjo­no­wa­nia. Nie tylko chcemy pokarmu i wody, potrze­bu­jemy ich; bez nich umrzemy. Są jed­nak też inne potrzeby żywie­niowe, któ­rych wpływ jest mniej bez­po­średni i nie tak dra­ma­tyczny. W niektó­rych rejo­nach Mek­syku gleba jest pozba­wiona wap­nia; miesz­kańcy tam­tych tere­nów nie umie­rają od razu z tego powodu. Ich roz­wój jed­nak jest spo­wol­niony, są ogól­nie osła­bieni i łatwiej zapa­dają na wiele cho­rób wywo­ła­nych bra­kiem tego pier­wiastka. Ogra­ni­cza to ich moż­li­wość funk­cjo­no­wa­nia.

Potrzeba wyso­kiej samo­oceny przy­po­mina bar­dziej zapo­trze­bo­wa­nie na wapń niż na pokarm czy wodę. Jej brak nie musi ozna­czać, że zaraz umrzemy, ale ogra­ni­cza moż­li­wość naszego funk­cjo­no­wa­nia.

Stwier­dze­nie, że wysoka samo­ocena jest potrzebą, ozna­cza, iż:

Wnosi ona znaczny wkład w pro­ces życia. Jest nie­zbędna do nor­mal­nego i zdro­wego roz­woju. Jest war­to­ścią słu­żącą prze­trwa­niu.

Powin­ni­śmy jed­nak zwró­cić uwagę, że niska samo­ocena powo­duje cza­sem śmierć w dosłow­nym sen­sie -?na przy­kład w wyniku przedaw­ko­wa­nia nar­ko­ty­ków, pro­wo­ku­jąco nie­roz­waż­nej jazdy samo­cho­dem, pozo­sta­wa­nia z mał­żon­kiem sto­su­ją­cym prze­moc fizyczną, uczest­nic­twa w woj­nach gan­gów lub samo­bój­stwa. Jed­nakże dla więk­szo­ści z nas kon­se­kwen­cje niskiej samo­oceny są bar­dziej sub­telne, mniej bez­po­śred­nie, bar­dziej zawo­alo­wane. Będziemy musieli dobrze się zasta­no­wić i poznać sie­bie, by dostrzec, jak naj­głęb­sze prze­ko­na­nie o nas samych ujaw­nia się w tysią­cach wybo­rów, które wpły­wają na nasze losy.

Nie­ade­kwatna samo­ocena może ujaw­nić się w złym wybo­rze mał­żonka; w mał­żeń­stwie, które przy­nosi jedy­nie fru­stra­cję; w pracy zawo­do­wej, która pro­wa­dzi doni­kąd; w aspi­ra­cjach, które są zawsze w jakiś spo­sób sabo­to­wane; w obie­cu­ją­cych pomy­słach, które umie­rają, zanim zostaną zre­ali­zo­wane; w tajem­ni­czej nie­moż­no­ści cie­sze­nia się z suk­ce­sów; w nisz­czą­cych nawy­kach żywie­nio­wych i życio­wych; w marze­niach, które ni­gdy się nie speł­niają; w chro­nicz­nym lęku lub depre­sji; w upo­rczy­wej niskiej odpor­no­ści na cho­roby; w uza­leż­nie­niu od leków; w nie­za­spo­ko­jo­nej potrze­bie miło­ści i apro­baty. Mogą o niej świad­czyć dzieci, które nie dowia­dują się niczego o sza­cunku do sie­bie i rado­ści ist­nie­nia. Krótko mówiąc, samo­ocena taka prze­ja­wia się w życiu, które wygląda jak dłu­gie pasmo pora­żek, a jedy­nym pocie­sze­niem, być może, jest ta smutna man­tra: "Czy kto­kol­wiek jest szczę­śliwy?".

Jeżeli samo­ocena jest niska, zmniej­sza się nasza ela­stycz­ność w poko­ny­wa­niu trud­no­ści. Zała­mują nas prze­ciw­no­ści, które osoba ze zdrow­szą samo­oceną mogłaby poko­nać. Znacz­nie łatwiej drę­twie­jemy w poczu­ciu tra­gi­zmu swo­jej egzy­sten­cji i posta­wie bez­rad­no­ści. Bar­dziej kie­ruje nami pra­gnie­nie uni­ka­nia bólu niż dozna­wa­nia rado­ści. Więk­szy wpływ ma na nas to, co nega­tywne, niż pozy­tywne. Jeżeli nie mamy wiary w sie­bie -?ani w swoją sku­tecz­ność i dobroć -?świat staje się prze­ra­ża­jący.

Ludzie o wyso­kiej samo­oce­nie też mogą upa­dać pod cię­ża­rem pro­ble­mów, ale szyb­ciej się pod­no­szą.

Z tego powodu zaczą­łem myśleć o wyso­kiej samo­oce­nie jak o ukła­dzie odpor­no­ścio­wym świa­do­mo­ści, który dostar­cza sił obron­nych i moż­li­wo­ści rege­ne­ra­cji. Sys­tem immu­no­lo­giczny nie sta­nowi gwa­ran­cji, że czło­wiek ni­gdy nie zacho­ruje, ale spra­wia, iż jest on mniej podatny na cho­roby i lepiej wypo­sa­żony, by je poko­nać. Podob­nie wysoka samo­ocena nie gwa­ran­tuje, że ktoś ni­gdy nie prze­żyje lęku czy depre­sji z powodu życio­wych trud­no­ści, ale spra­wia, że będzie na nie mniej wraż­liwy, lepiej wypo­sa­żony do radze­nia sobie z nimi i poko­na­nia ich. Ludzie o wyso­kiej samo­oce­nie też mogą upa­dać pod cię­ża­rem pro­ble­mów, ale prę­dzej się pod­no­szą.

Należy pod­kre­ślić, że wysoka samo­ocena ma wię­cej wspól­nego z ela­stycz­no­ścią niż z impre­gno­wa­niem na cier­pie­nie. Przy­po­mi­nam sobie pewne doświad­cze­nie sprzed paru lat, kiedy pisa­łem Hono­ring the Self. Z powo­dów, któ­rych przy­ta­cza­nie tutaj jest zbędne, mia­łem wiel­kie trud­no­ści w pisa­niu tej książki. Choć jestem zado­wo­lony z osta­tecz­nego efektu, nie było łatwo. Zwłasz­cza jeden tydzień był trudny. Nic, co wypro­du­ko­wał mój umysł, nie było dobre. Po połu­dniu odwie­dził mnie wydawca. Czu­łem się zmę­czony, przy­gnę­biony i zde­ner­wo­wany. Sia­da­jąc naprze­ciw niego w swoim pokoju, powie­dzia­łem: "To jeden z tych dni, kiedy zadaję sobie pyta­nie, jak mogę myśleć, że potra­fię napi­sać książkę? Jak mogę myśleć, że wiem cokol­wiek o samo­oce­nie? Jak mogę myśleć, że mogę mieć jakiś wkład w psy­cho­lo­gię?" -?dokład­nie to, czego wydawca nie chce usły­szeć od swo­jego autora. Ponie­waż do tam­tego czasu napi­sa­łem sześć ksią­żek o samo­oce­nie i przez wiele lat pro­wa­dzi­łem na ten temat wykłady, zro­zu­miała była jego kon­ster­na­cja. "Co? -?krzyk­nął - Natha­niel Bran­den ma takie myśli?". Jego twarz, wyra­ża­jąca dez­orien­ta­cję i zasko­cze­nie, wyglą­dała tak komicz­nie, że wybuch­ną­łem śmie­chem. "Cóż, oczy­wi­ście, jedyne, co mnie różni od innych, to fakt, że potra­fię się z tego śmiać. I wiem, że te odczu­cia miną. I nie­za­leż­nie od tego, co myślę, mówię czy czuję w tym tygo­dniu, wiem, że książka będzie dobra".

Zbyt wysoka samoocena?

Cza­sami poja­wia się pyta­nie: "Czy można mieć zbyt wysoką samo­ocenę?". Nie, nie można. Tak jak nie można być zbyt zdro­wym lub mieć zbyt dobry sys­tem immu­no­lo­giczny. Cza­sami jed­nak wysoka samo­ocena mylona jest z prze­chwa­la­niem się, cheł­pie­niem lub aro­gan­cją. Cechy te nie świad­czą o zbyt wyso­kiej samo­oce­nie, ale o zbyt niskiej. Osoba o wyso­kiej samo­oce­nie nie potrze­buje wywyż­szać się; nie musi udo­wad­niać swo­jej war­to­ści poprzez porów­ny­wa­nie się. Radość daje jej to, kim jest, a nie to, że jest lep­sza od innych. Przy­po­mi­nam sobie, jak pew­nego dnia myśla­łem o tym, obser­wu­jąc mojego psa bawią­cego się na podwórku. Bie­gał, wąchał kwiaty, gonił wie­wiórki, ska­kał do góry, oka­zu­jąc wielką radość z faktu, że żyje (według mojej antro­po­mor­ficz­nej inter­pre­ta­cji). Nie myślał (jestem pewien), że jest bar­dziej zado­wo­lony z życia niż pies sąsia­dów. Po pro­stu zachwy­cał się swoim ist­nie­niem. Ten obraz uka­zuje bar­dzo wyraź­nie, jak rozu­miem dozna­nia zwią­zane z wysoką samo­oceną. Ludzie z zabu­rzoną samo­oceną czę­sto źle się czują w obec­no­ści tych, któ­rzy mają wysoką samo­ocenę. Złosz­czą się na nich i twier­dzą: "Oni zbyt wysoko się oce­niają". Ale to, co mówią, świad­czy o nich samych.

Nie­pewny sie­bie męż­czy­zna czuje się jesz­cze bar­dziej zagu­biony w obec­no­ści pew­nej sie­bie kobiety. Ludzie o niskiej samo­oce­nie czę­sto odczu­wają iry­ta­cję w kon­tak­cie z tymi, któ­rzy z entu­zja­zmem pod­cho­dzą do życia. Jeżeli jeden z mał­żon­ków, któ­rego poziom samo­oceny obniża się, widzi, że samo­ocena dru­giego wzra­sta, cza­sami reaguje lękiem i próbą sabo­tażu tego roz­woju.

Smutna prawda brzmi, że kto odnosi suk­ces w świe­cie, naraża się na ryzyko, iż sta­nie się celem ata­ków. Ludzie, któ­rzy osią­gają nie­wiele, czę­sto zazdrosz­czą i odrzu­cają tych, któ­rzy osią­gają dużo. Ci, któ­rzy są nie­szczę­śliwi, czę­sto zazdrosz­czą szczę­śli­wym i odrzu­cają ich. A ci, któ­rzy mają niską samo­ocenę, cza­sami lubią mówić o nie­bez­pie­czeń­stwie posia­da­nia "zbyt wyso­kiej samo­oceny".

Kiedy nic nie wystarcza

Jak wspo­mnia­łem wcze­śniej, niska samo­ocena nie­ko­niecz­nie prze­są­dza o tym, że nie potra­fimy osią­gać war­to­ścio­wych celów. Nie­któ­rzy z nas mają talent, ener­gię i moty­wa­cję, by wiele osią­gnąć, mimo poczu­cia nie­ade­kwat­no­ści i bez­war­to­ścio­wo­ści -?na przy­kład wysoce pro­duk­tywny pra­co­ho­lik, który musi udo­wod­nić swoją war­tość ojcu, prze­po­wia­da­ją­cemu, że syn będzie nikim. Ale niska samo­ocena ozna­cza, że będziemy mniej efek­tywni i mniej twór­czy, niż byśmy mogli, i mniej zdolni, by cie­szyć się z wła­snych osią­gnięć. Nic, co robimy, ni­gdy nam nie wystar­czy.

Jeżeli celem jest udo­wod­nie­nie, że jestem "wystar­cza­jąco dobry", praca nie ma końca -?bitwa została prze­grana w dniu, w któ­rym zgo­dzi­łem się, że ta kwe­stia pod­lega dys­ku­sji.

Cho­ciaż niska samo­ocena czę­sto pod­waża moż­li­wość osią­gnię­cia praw­dzi­wego suk­cesu nawet wśród osób naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nych, to jed­nak nie­ko­niecz­nie musi tak być. Bar­dziej pewne jest to, że pod­ko­pie moż­li­wość odczu­wa­nia satys­fak­cji. Ta bole­sna prawda znana jest wielu ludziom suk­cesu. "Dla­czego -?zapy­tał mnie biz­nes­men odno­szący wspa­niałe suk­cesy -?ból pora­żek jest bar­dziej inten­sywny i dłu­go­trwały niż radość z osią­gnięć, mimo że suk­ce­sów było o wiele wię­cej niż pora­żek? Dla­czego szczę­ście jest tak ulotne, a wstyd tak trwały?". Kilka minut póź­niej dodał: "Mam przed oczami obraz ojca, który kpi ze mnie". Nie­uświa­do­mioną misją jego życia nie było wyra­że­nie tego, kim jest, ale wyka­za­nie ojcu (nie­ży­ją­cemu od ponad dzie­się­ciu lat), że może coś osią­gnąć.

Kiedy samo­ocena nie jest zabu­rzona, radość, a nie lęk, sta­nowi motor do dzia­ła­nia. Pra­gniemy dozna­wać szczę­ścia, a nie uni­kać cier­pie­nia. Celem jest wyra­ża­nie, a nie uni­ka­nie czy oce­nia­nie sie­bie. Moty­wem nie jest udo­wad­nia­nie wła­snej war­to­ści, ale spo­żyt­ko­wa­nie wła­snych moż­li­wo­ści.

Jeżeli celem jest udo­wod­nie­nie, że jestem "wystar­cza­jąco dobry", praca nie ma końca -?bitwa została prze­grana w dniu, w któ­rym zgo­dzi­łem się, że ta kwe­stia pod­lega dys­ku­sji. Zawsze pozo­staje przed nami jesz­cze jedno zwy­cię­stwo -?jesz­cze jeden awans, jesz­cze jedna zdo­bycz sek­su­alna, jesz­cze jedna firma, jesz­cze jedna sztuka biżu­te­rii, więk­szy dom, droż­szy samo­chód, kolejna nagroda -?a wewnętrzna pustka pozo­staje nie­za­peł­niona.

W dzi­siej­szej kul­tu­rze nie­któ­rzy sfru­stro­wani ludzie, któ­rzy zna­leźli się w tym impa­sie, ogła­szają, że zde­cy­do­wali się wkro­czyć na ścieżkę duchową i wyrzec się swo­jego ego. Lecz ego, w doj­rza­łym i zdro­wym sen­sie, jest dokład­nie tym, czego nie udało się im wypra­co­wać. Marzą o odda­niu tego, czego nie mają. Nikt nie może w zdrowy spo­sób omi­nąć potrzeby wyso­kiej samo­oceny.

Słowo ostrzeżenia

Jeżeli jed­nym błę­dem jest zaprze­cza­nie, jak ważna jest samo­ocena, kolej­nym są zbyt duże ocze­ki­wa­nia z nią zwią­zane. Nie­któ­rzy auto­rzy w swoim entu­zja­zmie suge­rują, że zdrowe poczu­cie wła­snej war­to­ści jest wszyst­kim, czego nam potrzeba, by zapew­nić sobie szczę­ście i suk­ces. Sprawa jest bar­dziej zło­żona. Wysoka samo­ocena nie jest pana­ceum. Oprócz oko­licz­no­ści i moż­li­wo­ści zewnętrz­nych, wyraźny wpływ może mieć wiele czyn­ni­ków wewnętrz­nych -?jak na przy­kład poziom ener­gii, inte­li­gen­cja i potrzeba osią­gnięć. (W prze­ci­wień­stwie do tego, co cza­sami sły­szymy, ta ostat­nia nie wiąże się z pozio­mem samo­oceny w pro­sty czy bez­po­średni spo­sób. Taka potrzeba może być napę­dzana zarówno moty­wa­cją pozy­tywną, jak i nega­tywną, kiedy na przy­kład kogoś akty­wi­zuje lęk przed utratą miło­ści lub sta­tusu spo­łecz­nego, a nie radość pły­nąca z wyra­ża­nia sie­bie). Dobrze roz­wi­nięte poczu­cie wła­snego "ja" sta­nowi nie­zbędny, ale nie­wy­star­cza­jący waru­nek dobrego samo­po­czu­cia. Jego obec­ność nie gwa­ran­tuje speł­nie­nia, choć jego brak gwa­ran­tuje pewien poziom lęku, fru­stra­cji lub roz­pa­czy4.

Samo­ocena nie zastąpi dachu nad głową ani pokarmu w żołądku, ale zwięk­szy praw­do­po­do­bień­stwo zna­le­zie­nia spo­so­bów, by te potrzeby zaspo­koić. Samo­ocena nie jest sub­sty­tu­tem wie­dzy i umie­jęt­no­ści potrzeb­nych do sku­tecz­nego dzia­ła­nia w świe­cie, ale zwięk­sza praw­do­po­do­bień­stwo ich uzy­ska­nia.

Abra­ham Maslow w swo­jej słyn­nej hie­rar­chii potrzeb lokuje poczu­cie wła­snej war­to­ści ponad (to zna­czy jako poja­wia­jące się póź­niej) pod­sta­wo­wymi potrze­bami gwa­ran­tu­ją­cymi prze­trwa­nie, takimi jak potrzeba poży­wie­nia i wody. Pod jed­nym oczy­wi­stym wzglę­dem jest to prawda. Jed­no­cze­śnie sta­nowi nad­mierne uprosz­cze­nie. Ludzie cza­sami poświę­cają życie w imię spraw nie­zmier­nie istot­nych dla poczu­cia wła­snej war­to­ści. Można rów­nież pod­wa­żyć prze­ko­na­nie tego autora, że potrzeba akcep­ta­cji jest bar­dziej pod­sta­wowa niż potrzeba pod­trzy­ma­nia wła­snej war­to­ści5.

Samo­ocena nie zastąpi dachu nad głową ani pokarmu w żołądku, ale zwięk­szy praw­do­po­do­bień­stwo zna­le­zie­nia spo­so­bów, by te potrzeby zaspo­koić.

Fak­tem pozo­staje, że wysoka samo­ocena jest naglącą potrzebą. Jawi się jako taka, ponie­waż jej brak uszka­dza naszą zdol­ność do funk­cjo­no­wa­nia. Dla­tego mówimy, że jest potrzebą słu­żącą prze­trwa­niu.

Wyzwania współczesnego świata

Zna­cze­nie wyso­kiej samo­oceny dla trwa­nia życia jest widoczne zwłasz­cza dzi­siaj. Doszli­śmy do momentu w histo­rii, w któ­rym wysoka samo­ocena, zawsze będąca ważną potrzebą psy­chiczną, stała się rów­nież istotną potrzebą eko­no­miczną -?cechą nie­zbędną w adap­ta­cji do coraz bar­dziej zło­żo­nego, peł­nego wyzwań i kon­ku­ren­cji świata.

W ostat­nich dwu­dzie­stu czy trzy­dzie­stu latach w gospo­darce ame­ry­kań­skiej i świa­to­wej nastą­pił nad­zwy­czajny roz­wój. Stany Zjed­no­czone prze­kształ­ciły się ze spo­łe­czeń­stwa prze­my­sło­wego w spo­łe­czeń­stwo infor­ma­tyczne. Śle­dzi­li­śmy prze­cho­dze­nie od pracy fizycz­nej do umy­sło­wej jako głów­nej dzia­łal­no­ści pra­cow­nika. Obec­nie żyjemy w cza­sach gospo­darki glo­bal­nej, którą cha­rak­te­ry­zują gwał­towne zmiany, przy­spie­szone prze­łomy w nauce i tech­no­lo­gii oraz nie­spo­ty­kana dotych­czas kon­ku­ren­cja. Roz­wój ten ozna­cza zapo­trze­bo­wa­nie na wyż­szy poziom edu­ka­cji i wyszko­le­nia, niż był potrzebny poprzed­nim poko­le­niom. Wie o tym każdy, kto zna się na biz­ne­sie. Nie każdy jed­nak rozu­mie fakt, że roz­wój ten wytwo­rzył nowe ocze­ki­wa­nia w sfe­rze psy­cho­lo­gicz­nej. Ocze­kuje się zwłasz­cza więk­szej inno­wa­cyj­no­ści, samo­or­ga­ni­za­cji, oso­bi­stej odpo­wie­dzial­no­ści i umie­jęt­no­ści wyzna­cza­nia sobie kie­runku dzia­ła­nia. Doty­czy to nie tylko osób na wyso­kich sta­no­wi­skach, lecz także każ­dego poziomu firmy, od kie­row­ni­ków, przez nad­zór, aż do per­so­nelu szcze­bla pod­sta­wo­wego.

Przy­kład głę­bo­kich zmian w świe­cie podaje cza­so­pi­smo "For­tune", opi­su­jąc zada­nia pra­cow­nika na sta­no­wi­sku ope­ra­tora pro­duk­cji na pozio­mie pod­sta­wo­wym w fir­mie Moto­rola: "Ana­liza raportu kom­pu­te­ro­wego oraz iden­ty­fi­ka­cja pro­blemu przez pro­ces kon­troli eks­pe­ry­men­tal­nej i ana­lizy sta­ty­stycz­nej. Infor­mo­wa­nie kie­row­nic­twa o para­me­trach pro­duk­cji oraz zro­zu­mie­nie kon­ku­ren­cyj­nej pozy­cji firmy"6.

Nie można dziś pro­wa­dzić przed­się­bior­stwa, mając kil­koro ludzi od myśle­nia i wielu od robie­nia tego, co im się powie (tra­dy­cyjny woj­skowy model roz­kazu i kon­troli). Obec­nie orga­ni­za­cja pracy wymaga nie tylko nie­zwy­kle wyso­kiego poziomu wie­dzy i kwa­li­fi­ka­cji, lecz także nie­za­leż­no­ści, wiary w sie­bie i umie­jęt­no­ści podej­mo­wa­nia ini­cja­tywy - jed­nym sło­wem, wyso­kiej samo­oceny. Ozna­cza to, że w gospo­darce potrzeba teraz wielu ludzi z wysoką samo­oceną. Z histo­rycz­nego punktu widze­nia jest to zja­wi­sko nowe.

Wyzwa­nie wykra­cza poza sferę biz­nesu. Mamy wię­cej niż poprzed­nie poko­le­nia swo­body w wybo­rze reli­gii, filo­zo­fii, sys­temu moral­nego, stylu życia, kry­te­riów okre­śla­ją­cych, co jest dla nas dobre. Nie obo­wią­zuje już nie­kwe­stio­no­wana ufność w tra­dy­cję. Nie wie­rzymy już, że rząd, Kościół, związki zawo­dowe czy jaka­kol­wiek duża orga­ni­za­cja popro­wa­dzi nas do zba­wie­nia. Nikt nie zjawi się, w jakim­kol­wiek obsza­rze życia, aby nas wyba­wić. Jeste­śmy zdani sami na sie­bie.

Mamy w tym zakre­sie wię­cej opcji wyboru niż kie­dy­kol­wiek. Gdzie­kol­wiek spoj­rzymy, widzimy nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści. Aby dosto­so­wać się do tych warun­ków oraz wła­ści­wie na nie reago­wać, potrzeba więk­szej auto­no­mii oso­bi­stej -?ponie­waż nie ist­nieje ogól­nie przy­jęty zbiór zasad i rytu­ałów, które zwol­ni­łyby nas z koniecz­no­ści podej­mo­wa­nia indy­wi­du­al­nych decy­zji. Musimy wie­dzieć, kim jeste­śmy, i być spójni w sobie. Musimy wie­dzieć, co dla nas jest ważne. W prze­ciw­nym razie łatwo damy się zwieść obcym dla nas war­to­ściom, podą­ża­jąc za celami, które nie wspie­rają tego, kim naprawdę jeste­śmy. Musimy nauczyć się myśleć samo­dziel­nie o tym, jak pie­lę­gno­wać swój poten­cjał, brać odpo­wie­dzial­ność za wybory, war­to­ści i dzia­ła­nia, które kształ­tują nasze życie. Potrze­bu­jemy zaufa­nia do sie­bie i samo­dziel­no­ści, które mają opar­cie w realiach.

Doszli­śmy do punktu w histo­rii, w któ­rym wysoka samo­ocena, zawsze będąca ważną potrzebą psy­chiczną, stała się rów­nież istotną potrzebą eko­no­miczną.

Im wię­cej wybo­rów i decy­zji musimy podej­mo­wać na pozio­mie świa­do­mym, tym więk­sza jest potrzeba wyso­kiej samo­oceny.

W efek­cie roz­woju eko­no­micz­nego i kul­tu­ro­wego, który nastą­pił w kilku ostat­nich dzie­się­cio­le­ciach, jeste­śmy świad­kami ponow­nego roz­bu­dze­nia wśród Ame­ry­ka­nów tra­dy­cji samo­po­mocy, zwięk­sza­nia się liczby grup wza­jem­nego wspar­cia, roz­woju sieci pry­wat­nych kon­tak­tów słu­żą­cych zaspo­ka­ja­niu wie­lo­ra­kich celów i potrzeb, upo­wszech­nia­nia idei ucze­nia się jako spo­sobu życia, pro­mo­wa­nia wiary w sie­bie, co wyraża się na przy­kład w więk­szej odpo­wie­dzial­no­ści za zdro­wie i wzra­sta­ją­cej ten­den­cji do kwe­stio­no­wa­nia auto­ry­te­tów.

Jeżeli bra­kuje nam ade­kwat­nej samo­oceny, liczba wybo­rów, wobec któ­rych dzi­siaj sta­jemy, może być prze­ra­ża­jąca.

Duch przed­się­bior­czo­ści sty­mu­lo­wany jest nie tylko w biz­ne­sie, lecz także w sfe­rze życia pry­wat­nego. Stoi przed nami inte­lek­tu­alne wyzwa­nie bycia przed­się­bior­cami -?wytwa­rza­nia nowych war­to­ści i zna­czeń. Jeste­śmy wrzu­ceni, jak to nazwał T. Geo­rge Har­ris, w "erę świa­do­mego wyboru"7. Wyboru tej lub tam­tej, lub żad­nej reli­gii. Mał­żeń­stwa lub po pro­stu wspól­nego życia. Posia­da­nia dzieci lub nie. Pracy w fir­mie lub na wła­sny rachu­nek. Wyko­ny­wa­nia jed­nego z tysięcy nowych zawo­dów, które kil­ka­dzie­siąt lat temu w ogóle nie ist­niały. Miesz­ka­nia w mie­ście, na przed­mie­ściach lub na wsi -?a nawet za gra­nicą. Na niż­szym pozio­mie mamy nie­spo­ty­kaną wcze­śniej moż­li­wość wyboru stylu ubie­ra­nia się, jedze­nia, samo­chodu, wszel­kiego rodzaju nowych pro­duk­tów -?a wszystko to wymaga od nas podej­mo­wa­nia decy­zji.

Jeżeli bra­kuje nam ade­kwat­nej samo­oceny, liczba wybo­rów, która jest dzi­siaj ofe­ro­wana, może być prze­ra­ża­jąca, jak prze­ra­żony był pewien Rosja­nin, który w cza­sach Związku Radziec­kiego wszedł do ame­ry­kań­skiego super­mar­ketu. Podob­nie jak nie­któ­rzy zagra­niczni goście wybrali powrót do "bez­pie­czeń­stwa" dyk­ta­tury, tak nie­któ­rzy z nas poszu­kują drogi ucieczki w "bez­pieczne" kulty albo reli­gijny fun­da­men­ta­lizm, "wła­ściwe" pod­grupy poli­tyczne, spo­łeczne czy kul­tu­rowe albo nisz­czące mózg sub­stan­cje. Ani sys­tem wycho­waw­czy, ani edu­ka­cyjny nie przy­go­to­wał nas odpo­wied­nio do świata, w któ­rym jest tak wiele opcji i wyzwań. Oto dla­czego pro­blem samo­oceny jest tak ważny.

Rozdział 2. Znaczenie poczucia własnej wartości

2.

Zna­cze­nie poczu­cia wła­snej war­to­ści

Samo­ocena składa się z dwóch współ­za­leż­nych czyn­ni­ków. Pierw­szym jest pod­sta­wowe poczu­cie pew­no­ści w kon­tak­cie z wyzwa­niami, które nie­sie życie: wiara we wła­sną sku­tecz­ność. Dru­gim jest poczu­cie, że zasłu­guje się na szczę­ście: sza­cu­nek do sie­bie. Nie chcę powie­dzieć, że osoba o wyso­kiej czy zdro­wej samo­oce­nie świa­do­mie myśli w kate­go­riach tych dwóch czyn­ni­ków. Cho­dzi mi o to, że jeżeli bli­żej przyj­rzymy się dozna­wa­niu wyso­kiej samo­oceny, nie­uchron­nie je odnaj­dziemy.

Wiara we wła­sną sku­tecz­ność ozna­cza zaufa­nie do wła­snego umy­słu -?do umie­jęt­no­ści myśle­nia, ucze­nia się, doko­ny­wa­nia wybo­rów, podej­mo­wa­nia decy­zji. Ozna­cza prze­ko­na­nie, że potra­fimy zro­zu­mieć fakty rze­czy­wi­sto­ści, które wcho­dzą w zakres naszych zain­te­re­so­wań i potrzeb; ozna­cza wiarę w sie­bie, pole­ga­nie na sobie. Sza­cu­nek do sie­bie ozna­cza zaś ochronę wła­snych war­to­ści, afir­ma­cję wła­snego prawa do życia i bycia szczę­śli­wym, poczu­cie kom­fortu w pro­ce­sie obrony swo­ich prze­ko­nań, chęci i potrzeb, poczu­cie, że radość i speł­nie­nie sta­no­wią natu­ralne, przy­ro­dzone prawo.

Będziemy musieli omó­wić te dwa zagad­nie­nia w spo­sób bar­dziej szcze­gó­łowy, ale przez chwilę roz­ważmy nastę­pu­jącą kwe­stię. Jeżeli czło­wiek czuje się nie­przy­sto­so­wany do wyzwań, które nie­sie życie, jeżeli bra­kuje mu ele­men­tar­nego zaufa­nia do sie­bie i wła­snego umy­słu, to roz­po­znamy u niego brak poczu­cia wła­snej war­to­ści nie­za­leż­nie od tego, jakie inne walory posiada. Jeżeli bra­kuje mu fun­da­men­tal­nego sza­cunku do sie­bie, jeżeli czuje, że jest bezwar­to­ściowy, że nie zasłu­guje na miłość i sza­cu­nek ze strony innych, że jest nie­upraw­niony do szczę­ścia, oba­wia się bro­nić swo­ich prze­ko­nań, chęci i potrzeb -?roz­po­znamy brak poczu­cia wła­snej war­to­ści nie­za­leż­nie od tego, jakie inne pozy­tywne cechy ujaw­nia.

Wiara we wła­sną sku­tecz­ność i sza­cu­nek do sie­bie sta­no­wią dwa filary zdro­wej samo­oceny; gdy bra­kuje któ­re­goś z nich, samo­ocena jest nad­wą­tlona. Są one jej nie­zbęd­nymi cechami cha­rak­te­ry­stycz­nymi. Sta­no­wią istotę, a nie pochodny czy wtórny sens wyso­kiej samo­oceny. Wiara we wła­sną sku­tecz­ność gene­ruje poczu­cie kon­troli nad swoim życiem, które koja­rzymy ze sta­nem psy­chicz­nego kom­fortu, poczu­ciem, że jest się w samym cen­trum wła­snej egzy­sten­cji -?w prze­ci­wień­stwie do bycia bier­nym obser­wa­to­rem i ofiarą wyda­rzeń.

Sza­cu­nek do sie­bie umoż­li­wia życz­liwe, nie­neu­ro­tyczne poczu­cie wspól­noty z innymi ludźmi, kole­żeń­stwo oparte na nie­za­leż­no­ści i wza­jem­nym sza­cunku, w prze­ci­wień­stwie do alie­na­cji od ludzi albo -?z dru­giej strony -?bez­myśl­nego wto­pie­nia się w jakąś grupę spo­łeczną.

Podob­nie jak w przy­padku innych sta­nów psy­chicz­nych, u czło­wieka można zauwa­żyć stałą fluk­tu­ację poziomu samo­oceny. Należy więc myśleć w kate­go­riach śred­niego poziomu samo­oceny. Cho­ciaż cza­sami mówimy o samo­oce­nie jak o mnie­ma­niu o sobie, to jed­nak bar­dziej dokładna będzie inter­pre­ta­cja tego poję­cia jako dys­po­zy­cji do doświad­cza­nia sie­bie w okre­ślony spo­sób. W jaki spo­sób?

Sumu­jąc w for­malną defi­ni­cję: wysoka samo­ocena sta­nowi dys­po­zy­cję do doświad­cza­nia sie­bie jako osoby kom­pe­tent­nej w radze­niu sobie z pod­sta­wo­wymi wyma­ga­niami, jakie sta­wia życie, i zasłu­gu­ją­cej na dozna­wa­nie szczę­ścia.

Pro­szę zwró­cić uwagę, że defi­ni­cja nie okre­śla czyn­ni­ków śro­do­wi­sko­wych w okre­sie dzie­ciń­stwa, które wspie­rają zdrową samo­ocenę (jak bez­pie­czeń­stwo fizyczne, zdrowe odży­wia­nie itd.), póź­niej­szych gene­ra­to­rów wewnętrz­nych (prak­tyka świa­do­mego życia, samo­ak­cep­ta­cji, odpo­wie­dzial­no­ści itp.) ani kon­se­kwen­cji emo­cjo­nal­nych czy beha­wio­ral­nych (współ­czu­cia, pra­gnie­nia, by być god­nym zaufa­nia, otwar­to­ści na nowe doświad­cze­nia itp.). Okre­śla jedy­nie, czego doty­czy i z czego się składa ocena sie­bie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Ter­miny "poczu­cie wła­snej war­to­ści" i "samo­ocena" są trak­to­wane w prze­kła­dzie tej książki jako syno­nimy (przyp. red. pol.). [wróć]

2. L. E. San­de­lands, J. Brock­ner i M. A. Glynn (1988), I fat first you don't suc­ced, try again: Effects of Per­si­stence-per­for­mance con­tin­gen­cies, eg invo­lve­ment, and self-esteem on task-per­for­mance, "Jour­nal of Applied Psy­cho­logy", nr 73, ss. 208-216. [wróć]

3. E. Paul Tor­rance, "The Cre­ative Child and Adult Quar­terly", VIII, 1983. [wróć]

4. Trud­ność w bada­niach nad wpły­wem samo­oceny, jak już powie­dzia­łem w Przed­mo­wie, polega na tym, że różni bada­cze uży­wają róż­nych defi­ni­cji tego słowa i nie­ko­niecz­nie mie­rzą i opi­sują to samo zagad­nie­nie. Osob­nym pro­ble­mem jest fakt, że samo­ocena nie działa w próżni. Trudno badać ją w izo­la­cji, gdyż współ­wy­stę­puje z innymi siłami oso­bo­wo­ści. [wróć]

5. Abra­ham Maslow, Toward a Psy­cho­logy of Being, New York, Van Nostrand Rein­hold, 1968. [wróć]

6. "For­tune", 17 grud­nia 1990. [wróć]

7. T. Geo­rge Har­ris, The Era of Con­scious Cho­ice, Encyc­lo­pe­dia Bri­tan­nica Book of the Year, 1973. [wróć]