Przedmowa
Przedmowa
W książce tej pragnę opisać, szerzej i głębiej niż w poprzednich pracach, najważniejsze czynniki, od których
zależy poczucie własnej wartości. Jeżeli uznać, że wysoka
samoocena1 świadczy o zdrowiu umysłowym, to niewiele
czynników ma równie istotne znaczenie.
Zawirowania naszych czasów wymagają od ludzi wyraźnego poczucia
tożsamości, kompetencji i własnej wartości. Załamanie się stałych reguł
kulturowych, brak wartościowych modeli postępowania, niewiele
inspirujących społecznych ideałów, dezorientujące, gwałtowne zmiany,
które stały się trwałą cechą naszego życia -?wszystko to składa się na
zbyt skomplikowany obraz sytuacji, by w jej obliczu móc nie wiedzieć,
kim jesteśmy, lub by sobie nie ufać. Skoro nie możemy odnaleźć
stabilności w świecie, musimy stworzyć ją w nas samych. Życie z niską
samooceną to narażanie się na wielkie straty. Takie właśnie rozważania
skłoniły mnie do napisania tej książki.
Ogólnie rzecz ujmując, książka stanowi odpowiedź na cztery pytania: Czym
jest samoocena? Dlaczego jest ważna? Co można zrobić, by podnieść jej
poziom? Jaką rolę pełnią w jej kształtowaniu inni ludzie wokół nas?
Samoocenę kształtują czynniki zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne.
Mówiąc "wewnętrzne", mam na myśli te, które tkwią w człowieku lub są
przez niego stworzone, jak na przykład system przekonań czy sposoby
zachowania. Mówiąc "zewnętrzne", mam na myśli czynniki środowiskowe,
takie jak informacje przekazywane w sposób werbalny lub niewerbalny,
doświadczenia nabywane w kontaktach z rodzicami, nauczycielami, innymi
osobami oraz organizacjami i kulturą. Badam samoocenę z zewnątrz i od
środka. Jaki udział w jej kształtowaniu ma sam człowiek, a jaki inni
ludzie. O ile wiem, nie prowadzono wcześniej na ten temat żadnych badań.
Kiedy w roku 1969 wydałem Psychology of Self-Esteem, sądziłem, że na
ten temat powiedziałem już wszystko. Jednak w 1970 roku uznałem, że chcę
poruszyć jeszcze pewne zagadnienia, i napisałem Breaking Free. W 1972
roku, by zapełnić niektóre luki, napisałem The Disowned Self.
Stwierdziłem, że to już absolutnie wszystko, co można powiedzieć o samoocenie, i zająłem się innymi tematami. Minęło około dziesięciu lat.
Zacząłem myśleć o tym, czego doświadczyłem i jak wiele nauczyłem się o poczuciu własnej wartości od czasu powstania pierwszej książki. Tak
zdecydowałem się napisać jeszcze jedną, "tę ostatnią". Praca Honoring
the Self ukazała się w 1983 roku. Kilka lat później uznałem, że warto
będzie napisać coś dla ludzi, którzy chcą sami pracować nad samooceną -
powstał podręcznik How to Raise YourSelf-Esteem, wydany w 1986 roku. Z pewnością wyczerpałem temat, powiedziałem sobie. W tym samym czasie
zagadnienie samooceny stało się bardzo modne, wszyscy o nim mówili,
pisano książki, prowadzono wykłady, organizowano konferencje, ale nie
byłem zachwycony jakością tego, co prezentowano. Prowadziłem z kolegami
zagorzałe dyskusje, bo choć niektóre prace były naprawdę wspaniałe, to -
niestety -?nie wszystkie. Zdałem sobie sprawę, jak wielu tematów nie
poruszyłem do tej pory i jak wiele z tego, o czym wiem, jeszcze nie
wypowiedziałem. Nade wszystko dostrzegłem konieczność szerszego opisania
czynników, które podtrzymują wysoką czy zdrową samoocenę (słów "wysoka"
i "zdrowa" używam zamiennie). Po raz kolejny odczułem przymus zgłębienia
tego niewyczerpanie bogatego tematu i dotarcia do najtajniejszych
pokładów obszaru, który jest dla mnie najważniejszym zagadnieniem
psychologicznym. Zrozumiałem, że to, co wiele lat temu rozpoczęło się
jako zainteresowanie czy fascynacja, teraz stało się moją misją.
Kiedy zastanawiam się nad korzeniami tej pasji, sięgam pamięcią do
czasów, gdy byłem nastolatkiem, a moja rodząca się potrzeba autonomii
stanęła w kolizji z naciskami otoczenia, by się podporządkować. Trudno
obiektywnie opisać tamten czas i nie chcę być posądzony o wyniosłość,
której nie odczuwałem i nie odczuwam. Prawdą jednak jest, że w okresie
dorastania miałem niewypowiedziane, ale głębokie poczucie swojej misji
życiowej. Byłem przekonany, że nie ma nic ważniejszego niż umiejętność
patrzenia na świat własnymi oczami. Myślałem, że tak powinni odczuwać
wszyscy. I to przekonanie nigdy się nie zmieniło. Byłem świadom nacisku
otoczenia, bym przyjmował i wchłaniał wartości grupy -?rodziny,
wspólnoty, kultury. Wydawało mi się, że jestem zmuszany do rezygnacji z własnych sądów oraz z przekonania, iż najważniejszą rzeczą jest moje
życie i to, co z nim zrobię. Widziałem, jak rówieśnicy poddawali się,
tracili zapał, i w swoim, czasami bolesnym, samotnym zakłopotaniu
chciałem zrozumieć dlaczego. Dlaczego dorastanie oznacza poddawanie się?
Tak jak jednym wielkim pragnieniem od czasu mojej młodości było
rozumienie świata, tak drugim, nie mniej silnym, chociaż może nie w pełni świadomym, była potrzeba komunikowania swoich przemyśleń, a nade
wszystko, własnej wizji życia. Upłynęło wiele lat, zanim zrozumiałem, że
jestem nauczycielem -?nauczycielem wartości. Mottem całej mojej pracy,
naczelną zasadą, którą pragnąłem przekazać, jest stwierdzenie: Twoje
życie jest ważne. Szanuj je. Walcz o to, co dla ciebie najlepsze.
Sam też walczyłem o własne poczucie wartości i opisuję te zmagania w niniejszej książce. Pełen ich obraz znaleźć można w moich wspomnieniach
Judgement Day. Nie będę udawał, że wszystko, co wiem o poczuciu
wartości, pochodzi od moich pacjentów z sesji terapeutycznych.
Niektórych najważniejszych rzeczy nauczyłem się na własnych błędach, w sytuacjach, w których zawyżałem lub zaniżałem swoją samoocenę. Chwilami
piszę jak nauczyciel dla siebie samego.
Naiwne byłoby twierdzenie, że oto wypowiadam ostatnie słowo na temat
psychologii samooceny, niemniej książka ta stanowi zwieńczenie całej
wcześniejszej pracy. Pierwsze wykłady na temat poczucia własnej wartości
i jego wpływu na miłość, pracę i szczęście wygłaszałem pod koniec lat
pięćdziesiątych, a pierwsze artykuły na ten temat opublikowałem w latach
sześćdziesiątych. Wielkim wyzwaniem było wówczas uświadomienie ludziom
wagi tej problematyki.
"Samoocena" nie była terminem powszechnie używanym. Dzisiaj z kolei
niebezpieczeństwo tkwi w powszechnej modzie na posługiwanie się tym
pojęciem. Wszyscy go używają, co nie znaczy, że rozumieją. Jeśli nie do
końca rozumiemy znaczenie pojęcia "samoocena" i czynników wpływających
na jej kształtowanie, jeśli myślimy nieprecyzyjnie, stosujemy nadmierne
uproszczenia lub "przesłodzenia" typowe dla psychologii jarmarcznej -
wyrządzamy większą szkodę, niż gdybyśmy tematu nie poruszali w ogóle.
Dlatego też w rozdziale pierwszym, dotyczącym badania źródeł samooceny,
rozpoczniemy od określenia, czym ona jest, a czym nie jest.
Czterdzieści lat temu, kiedy zaczynałem się zmagać z pytaniami z zakresu
samooceny, uświadomiłem sobie, że stanowi ona klucz do zrozumienia
motywacji. Był rok 1954. Miałem 24 lata, studiowałem psychologię na
Uniwersytecie Nowojorskim i miałem bardzo niewielkie doświadczenie
terapeutyczne. W historiach opowiadanych przez moich pacjentów
próbowałem odnaleźć wspólny mianownik. Zaskoczyło mnie, że niezależnie
od poruszanych przez nich tematów, zawsze pojawiały się pewne wspólne
elementy: poczucie winy, nieadekwatności, wstydu, niższości, wyraźny
brak samoakceptacji, wiary w siebie i miłości. Innymi słowy, problem z poczuciem własnej wartości.
W swoich wczesnych pracach Zygmunt Freud sugerował, że symptomy
neurotyczne można rozumieć jako bezpośredni wyraz lęku lub mechanizmy
obrony przed nim, co wydaje mi się hipotezą o wielkim znaczeniu.
Zacząłem zastanawiać się, czy symptomy i skargi, z którymi się
spotykałem, można rozumieć jako bezpośredni wyraz niewłaściwej samooceny
(na przykład poczucie bezwartościowości, ekstremalna bierność, poczucie
nieskuteczności) lub mechanizm obronny przed niewłaściwą samooceną (na
przykład nadmierne przechwalanie się i pyszałkowatość, kompulsywne
odreagowywanie seksualne, nadmiernie kontrolne zachowania społeczne).
Nadal uważam ten pogląd za bardzo atrakcyjny. Podczas gdy Freud myślał w kategoriach mechanizmów obronnych ego, strategii służących obronie ego
przed zachwianiem równowagi spowodowanej lękiem, ja myślę w kategoriach
mechanizmów obronnych samooceny, strategii służących obronie samooceny
przed zagrożeniami wewnętrznymi lub zewnętrznymi (lub ich
wyobrażeniami). Innymi słowy, wszystkie znane mechanizmy obronne, które
opisał Freud, można uznać za próbę obrony samooceny.
Kiedy udałem się do biblioteki po materiały z zakresu samooceny, nie
znalazłem prawie niczego. Indeks rzeczowy nie zawierał takiego hasła. W końcu trafiłem na krótkie wzmianki u Williama Jamesa, jednak nic nie
wydało mi się dostatecznie wyczerpujące ani nie dawało odpowiedzi,
których szukałem. Freud sugerował, że mały szacunek do siebie wynika z odkrycia przez dziecko, iż nie może odbywać stosunków seksualnych z matką lub ojcem, co miało wywoływać poczucie bezradności ("nie mogę
niczego"). To wyjaśnienie nie wydało mi się przekonujące. Alfred Adler
sugerował, że poczucie niższości jest początkowo obecne u każdego
człowieka, po pierwsze dlatego, że przychodzi na świat jako istota
słabsza fizycznie, po drugie z racji faktu, iż wszyscy inni (dorośli i starsze rodzeństwo) są więksi albo silniejsi. Inaczej mówiąc, nasz pech
polega na tym, że nie rodzimy się jako doskonali dorośli. Również to
wyjaśnienie nie wydało mi się pomocne.
Problem samooceny opisywali także inni psychoanalitycy, jednak w kategoriach, które były tak odległe od mojego rozumienia zagadnienia, że
wydawało się, iż mówimy o zupełnie innych sprawach (dopiero znacznie
później dostrzegłem pewne związki między tamtymi pracami a moją). Aby
wyjaśnić i lepiej zrozumieć zagadnienie, opierałem się więc głównie na
własnych refleksjach, które pojawiały się podczas pracy z ludźmi. Kiedy
temat stał się dla mnie bardziej klarowny, dostrzegłem, że poczucie
własnej wartości stanowi wielką i ważną potrzebę człowieka, niezbędną do
zdrowej adaptacji, to znaczy do optymalnego funkcjonowania i samorealizacji. Do tego stopnia, że jeśli ta potrzeba nie zostaje
zaspokojona, człowiek cierpi, jego rozwój zostaje zahamowany.
Poza zaburzeniami, które mają podłoże biologiczne, nie przychodzi mi do
głowy żaden problem psychologiczny -?zaczynając od lęku i depresji,
poprzez niepowodzenia szkolne i zawodowe, lęk przed intymnością,
szczęściem lub powodzeniem, problemy z alkoholem i narkotykami, przemoc
w rodzinie, molestowanie dzieci, współuzależnienie, zaburzenia
seksualne, bierność i chroniczne poczucie bezcelowości, na samobójstwach
i przestępstwach kończąc -?który nie wiązałby się, przynajmniej po
części, z problemem zaniżonej samooceny. Ze wszystkich sądów, które
formułujemy w życiu, żaden nie jest tak ważny jak sąd o sobie samym.
Pamiętam dyskusje prowadzone z kolegami w latach sześćdziesiątych. Nikt
nie kwestionował wagi tematu. Nikt nie zaprzeczał, że znalezienie
sposobów podniesienia poziomu samooceny pociągnęłoby za sobą wiele
pozytywnych skutków. "Ale jak podnieść poczucie własnej wartości u osoby
dorosłej?". To zadawane z nutą sceptycyzmu pytanie słyszałem nieraz.
Zarówno temat ten, jak i wyzwanie, były w dużym stopniu ignorowane, o czym świadczyła ówczesna literatura.
Pionierka w zakresie terapii rodzinnej, Virginia Satir, doceniała wagę
problemu samooceny, ale nie prowadziła na ten temat rozważań
teoretycznych i niewiele mówiła o dynamice zagadnienia poza wąskim
kręgiem rodzinnym. Carl Rogers, kolejny wielki pionier psychoterapii,
koncentrował się zasadniczo na jednym aspekcie samooceny -?na
samoakceptacji. Chociaż wiadomo, że te dwa pojęcia są blisko ze sobą
związane, to jednak ich znaczenie nie jest tożsame.
Jednak świadomość rangi zagadnienia rosła. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w profesjonalnych czasopismach ukazało się wiele
artykułów dotyczących głównie korelacji pomiędzy samooceną a niektórymi
aspektami zachowania. Jednakże nie istniała jedna ogólna teoria
samooceny, ani nawet wspólnie uzgodniona definicja. Różni autorzy różnie
rozumieli pojęcie "samoocena". W konsekwencji badali rozmaite zjawiska.
Czasami pewne odkrycia podważały inne. Istna wieża Babel. Nawet dzisiaj
nie ma jednej powszechnie obowiązującej definicji.
W latach osiemdziesiątych nastąpiła eksplozja. Po okresie powolnego
wzrostu pojawiło się gwałtowne zainteresowanie psychologią well-being
[dobrostan, zadowolenie z siebie i ze swojego życia -?przyp. tł.].
Zwłaszcza nauczyciele zaczęli zastanawiać się nad znaczeniem związku
samooceny ze szkolnymi sukcesami i porażkami. W Stanach Zjednoczonych
powstała Krajowa Rada do spraw Samooceny (National Council for
Self-Esteem), której oddziały otwierane są w kolejnych miastach. Prawie
co tydzień gdzieś w USA odbywa się konferencja, na której dyskusja na
temat samooceny zawsze zajmuje znaczące miejsce.
Zainteresowanie samooceną nie ogranicza się tylko do Stanów
Zjednoczonych -?ogarnia cały świat. Latem 1990 roku w Norwegii miałem
zaszczyt wygłosić wykład inauguracyjny na I Międzynarodowej Konferencji
poświęconej problemom samooceny. Przybyli na nią nauczyciele,
psychologowie i psychoterapeuci z USA, Wielkiej Brytanii, wielu krajów
europejskich i Związku Radzieckiego, by uczestniczyć w wykładach,
seminariach i warsztatach poświęconych zastosowaniu psychologii
samooceny w stymulowaniu rozwoju osobistego w szkolnictwie, instytucjach
społecznych i w biznesie. Pomimo różnic pochodzenia, kultury,
zainteresowań, rozumienia pojęcia "samoocena", atmosfera była nasycona
entuzjazmem i przekonaniem, że nadszedł historyczny moment. Efektem
konferencji w Oslo jest utworzenie Międzynarodowej Rady do spraw
Samooceny (International Council on Self-Esteem), w której skład wchodzi
coraz więcej państw.
W krajach dawnego Związku Radzieckiego jest na razie nieliczna, ale
rosnąca grupa ludzi świadomych, jak ważną rolę w przemianach odgrywa
samoocena. Komentując potrzebę edukacji w tej dziedzinie, obecny na
konferencji rosyjski naukowiec powiedział: "Nasz naród nie tylko nie ma
tradycji w dziedzinie przedsiębiorczości, lecz także nasi menedżerowie
nie mają pojęcia o osobistej odpowiedzialności i obowiązkowości, co dla
Amerykanów jest sprawą oczywistą. Ile tu bierności i zawiści.
Psychologiczne zmiany, jakich potrzebujemy, mogą okazać się jeszcze
ważniejsze niż zmiany polityczne i gospodarcze".
Cały świat uświadamia sobie, że podobnie jak jednostka bez zdrowej
samooceny nie ma szans na realizację własnych możliwości, tak i szans
tych nie ma społeczeństwo, o ile jego członkowie nie szanują siebie
samych, swej osobowości i nie ufają własnemu rozsądkowi. Nadal jednak,
mimo tych znaczących kroków naprzód, kwestia, czym naprawdę samoocena
jest i od czego zależy -?pozostaje pytaniem otwartym.
Kiedy na jednej konferencji stwierdziłem, że dla zdrowej samooceny ważne
jest życie świadome, pewna uczestniczka zareagowała ze złością:
"Dlaczego próbuje pan narzucić reszcie świata system wartości klasy
średniej białych?". (Zastanowiło mnie, cóż to za klasa, dla której
świadome życie nie jest ważne dla dobrego samopoczucia psychicznego).
Kiedy powiedziałem, że osobista uczciwość jest niezbędna do ochrony
pozytywnej samooceny, a rezygnacja z niej jest psychologicznie
szkodliwa, nikt nie chciał wziąć udziału w dyskusji ani włączyć tej
myśli do sprawozdania. Uczestnicy woleli skupić się na tym, jaki może
być wpływ otoczenia na obniżenie poczucia własnej wartości, a nie na
tym, jak sami krzywdzimy siebie. Jest to typowa postawa dla tych, którzy
uznają, że poziom samooceny zależy jest od ocen pochodzących z zewnątrz.
Nie ukrywam, że właśnie takie sytuacje oraz wzbudzane przez nie emocje
dodatkowo motywowały mnie do napisania tej książki.
W pracy nad samooceną musimy być świadomi dwóch zagrożeń. Pierwszym jest
nadmierne upraszczanie zagadnienia po to, by dostarczać ludziom szybkich
technik i rozwiązań niewymagających wysiłku. Drugim jest uleganie
fatalizmowi czy determinizmowi, według którego ludzie "albo mają dobrą
samoocenę, albo nie", a los człowieka jest zdeterminowany (na zawsze?)
doświadczeniami wczesnego dzieciństwa i nic nie da się z tym zrobić
(poza, być może, wieloletnią psychoterapią). Obydwa podejścia prowadzą
do bierności. Obydwa przesłaniają wizję tego, co można osiągnąć.
Z mojego doświadczenia wynika, że większość ludzi nie docenia własnych
sił do przeprowadzania zmian i rozwijania się. Są przekonani, że schemat
z wczoraj trzeba powtórzyć jutro. Nie dostrzegają możliwości wyboru,
która obiektywnie istnieje. Rzadko uświadamiają sobie, jak wiele mogą
dla siebie uczynić, jeżeli za cel postawią sobie prawdziwy rozwój i wysoką samoocenę oraz jeżeli będą skłonni wziąć odpowiedzialność za
własne życie. Takie przekonanie o bezradności staje się zaś
samospełniającym się proroctwem.
Książka ta jest wezwaniem do działania. Jest wezwaniem do walki,
przełożonym na język psychologii: moje "ja" musi być doceniane i realizowane, a nie odrzucane i zaniedbywane. Książka ta adresowana jest
do wszystkich kobiet i mężczyzn, którzy pragną aktywnie uczestniczyć w procesie własnej ewolucji, a także do psychologów, rodziców, nauczycieli
i liderów odpowiedzialnych za modele funkcjonowania zbiorowości. Jest to
książka o tym, co może być.
Rozdział 1. Samoocena: system obronny świadomości
1.
Samoocena: system obronny świadomości
Są rzeczy, przed którymi nie ma ucieczki.
Jedną z nich jest rola poczucia własnej wartości.
Wobec oceny samego siebie nigdy nie pozostajemy obojętni. Czasem jej
unikamy, jeżeli jest niewygodna. Lekceważymy ją, mówiąc, że interesują
nas tylko sprawy "praktyczne", i wsadzamy nos w telewizor, oddajemy się
szałowi zakupów albo seksualnych lub alkoholowych przygód.
Poczucie własnej wartości stanowi podstawową ludzką potrzebę. Jej
oddziaływanie nie wymaga ani naszego zrozumienia, ani zgody. Czyni
swoje, czy o tym wiemy, czy nie. Od nas zależy, czy spróbujemy odkryć
dynamikę samooceny, czy też pozostaniemy jej nieświadomi, ale to drugie
sprawi, że będziemy zagadką dla samych siebie, i pociągnie za sobą
negatywne konsekwencje.
Przyjrzyjmy się zatem roli samooceny w naszym życiu.
Definicja wstępna
Wysoka samoocena oznacza dla mnie znacznie więcej niż wewnętrzne
poczucie własnej wartości, które podobno jest naszym wrodzonym prawem -
iskierką, którą psychologowie i nauczyciele próbują rozniecić u swoich
podopiecznych. Iskierka ta jest jedynie wstępem do samooceny.
W pełni zrealizowana samoocena jest przekonaniem, że dorastamy do życia
i jego wymagań. Dokładniej mówiąc, jest:
poczuciem pewności, że potrafimy myśleć, umiemy stawiać czoło
podstawowym życiowym wyzwaniom;
przekonaniem, że mamy prawo do szczęścia i powodzenia; że jesteśmy
wartościowi oraz zasługujemy na zaspokojenie swoich potrzeb czy
pragnień, osiąganie tego, co dla nas ważne, a także na cieszenie się
owocami swoich wysiłków.
Później podam bardziej szczegółową i zwartą definicję.
Nie podzielam przekonania, że wysoka samoocena jest darem, o który mamy
się tylko upominać (na przykład recytując afirmacje). Wręcz przeciwnie,
ciągłe utrzymywanie jej jest wielkim osiągnięciem. Celem tej książki
jest zbadanie natury i korzeni tego sukcesu.
Podstawowy schemat
Istotą wysokiej samooceny jest zaufanie do własnego umysłu oraz
przekonanie, że zasługujemy na szczęście. Potęga takiego zdania o sobie
polega na tym, że jest ono czymś więcej niż osądem czy odczuciem. Jest
czynnikiem motywacyjnym. Inspiruje do określonego postępowania.
Jednocześnie zależy od tego, jak postępujemy. Zależność ta jest
dwukierunkowa. Działanie i samoocena pozostają w układzie sprzężenia
zwrotnego. Poziom samooceny wpływa na to, jak postępujemy, a postępowanie wpływa na poziom samooceny.
Istotą wysokiej samooceny jest zaufanie do własnego umysłu oraz
przekonanie, że zasługujemy na szczęście.
Jeżeli ufam swojemu umysłowi i ocenom, działam jak istota myśląca.
Jeżeli wykorzystuję zdolność myślenia i zdaję sobie sprawę z własnych
działań, moje życie jest lepsze. Umacnia to zaufanie do umysłu. Jeżeli
nie ufam mu, jestem umysłowo bierny, mniej świadomy własnych działań,
mniej wytrwały w pokonywaniu trudności. Wówczas moje działania prowadzą
do rozczarowujących i bolesnych rezultatów, a ja sam czuję się
uprawniony, by nie ufać swojemu rozumowi.
Mając wysoką samoocenę, jestem bardziej wytrwały w pokonywaniu
trudności. Mając niską samoocenę, poddaję się lub podejmuję próby, nie
dając z siebie wszystkiego. Badania udowodniły, że osoby o wysokiej
samoocenie wykazują znacznie większą wytrwałość podczas realizacji zadań
niż osoby z samooceną niską2. Jeżeli będę wytrwały,
prawdopodobnie częściej odniosę sukces, niż doznam porażki. Jeżeli nie,
prawdopodobnie częściej doznam porażki, niż odniosę sukces. Tak czy
owak, mój obraz samego siebie zostanie umocniony.
Jeżeli szanuję siebie samego i wymagam, by odnoszono się do mnie z szacunkiem, wtedy wysyłam sygnały i zachowuję się w sposób zwiększający
prawdopodobieństwo, że inni będą reagować podobnie. Wówczas moje
pierwotne przekonanie potwierdza się i umacnia. Jeżeli zaś siebie nie
szanuję i toleruję brak grzeczności, a wyrządzanie mi krzywdy i wykorzystywanie mnie przez innych traktuję jako rzecz oczywistą -
sygnalizuję to w nieświadomy sposób i niektórzy ludzie traktują mnie
zgodnie z tym, co o sobie myślę. Kiedy tak się dzieje, poddaję się, a moja ocena własna obniża się jeszcze bardziej. Wartość wysokiej
samooceny nie polega wyłącznie na tym, że pozwala nam czuć się lepiej,
ale że pozwala też lepiej żyć -?z większą zaradnością, i skuteczniej
reagować na wyzwania oraz możliwości.
Wpływ samooceny -?obserwacje ogólne
Poziom samooceny ma wielki wpływ na wszystkie obszary naszego
funkcjonowania: to, jak zachowujemy się w miejscu pracy, jak
kształtujemy relacje z ludźmi, jak wysoko możemy zajść, ile potrafimy
osiągnąć; a w obszarze osobistym: w kim się zakochujemy, jak odnosimy
się do współmałżonka, dzieci, przyjaciół, czy jesteśmy szczęśliwi.
Pomiędzy zdrowym poczuciem własnej wartości a innymi cechami osobowości
występują pozytywne korelacje, które bezpośrednio determinują poziom
sukcesu i szczęścia. Zdrowa samoocena koreluje z racjonalizmem,
realizmem, intuicją, twórczością, niezależnością, elastycznością,
zdolnością do radzenia sobie ze zmianą, chęcią do przyznawania się do
błędów, życzliwością i gotowością do współpracy. Niska samoocena
koreluje z irracjonalizmem, niedostrzeganiem rzeczywistości,
sztywnością, lękiem przed nowym i nieznanym, z konformizmem lub
niewłaściwym buntem, defensywnością, przesadną uległością lub
zachowaniami nadmiernie kontrolującymi, lękiem lub wrogością wobec
innych. Zobaczymy, że w korelacjach tych jest logika. Ich wpływ na
możliwości adaptacji, przetrwania i osobistego spełnienia jest
oczywisty. Wysoka samoocena wspiera życie i podnosi jego jakość.
Wysoka samoocena poszukuje wyzwań i bodźców w postaci wartościowych
oraz ambitnych celów. Ich realizacja ją utrwala. Niska samoocena
poszukuje bezpieczeństwa tego, co znane i mało wymagające. Ograniczanie
się do tego powoduje dalsze jej obniżanie.
Im pewniejsze poczucie własnej wartości, tym lepiej jesteśmy
przygotowani, by radzić sobie z problemami, które pojawiają się w życiu prywatnym i zawodowym; tym szybciej podnosimy się po upadku; tym
więcej mamy energii, by zacząć od nowa. Bardzo wielu przedsiębiorców,
którzy odnieśli sukces, wcześniej kilkakrotnie bankrutowało, ale porażki
ich nie powstrzymały.
Im wyższa samoocena, tym bardziej jesteśmy ambitni, niekoniecznie w sensie zawodowym czy finansowym, ale w kategoriach tego, czego mamy
nadzieję w życiu doznać -?pod względem emocjonalnym, intelektualnym,
twórczym i duchowym. Im niższa samoocena, tym niższe są nasze aspiracje
i tym mniej osiągamy. W obydwu przypadkach występuje tendencja do
wzmacniania i utrwalania własnych postaw.
Im wyższa samoocena, tym większa potrzeba autoekspresji, ujawnienia
wewnętrznego bogactwa. Im niższa, tym bardziej paląca potrzeba
"potwierdzania" siebie albo zapominania o sobie, wyrażająca się w mechanicznym i nieświadomym życiu.
Im wyższa samoocena, tym bardziej otwarcie, uczciwie i adekwatnie
komunikujemy się. Ponieważ jesteśmy przekonani, że nasze myśli są
wartościowe, pragniemy jasności w komunikacji, a nie boimy się jej. Im
niższa samoocena, tym bardziej mglista, wykrętna i niewłaściwa jest
komunikacja, ponieważ jesteśmy niepewni własnych myśli i uczuć oraz
(albo) boimy się reakcji rozmówcy.
Im wyższa samoocena, tym lepiej jesteśmy przygotowani do tworzenia
życiodajnych, a nie wyniszczających związków. Dzieje się tak
dlatego, że podobne przyciąga podobne, to, co zdrowe, przyciąga zdrowe.
Dla osób o wysokiej samoocenie witalność i ekspansywność są w naturalny
sposób bardziej atrakcyjne u innych niż pustka i uzależnienie. W myśl
ważnej zasady obowiązującej w relacjach międzyludzkich najlepiej i najbardziej komfortowo czujemy się z tymi osobami, których poczucie
własnej wartości przypomina nasze. Przeciwieństwa mogą przyciągać się w pewnych obszarach, ale nie w tym. Ludzie o wysokiej samoocenie
przyciągają innych ludzi o podobnej ocenie siebie. Pomiędzy osobami z przeciwnych krańców skali nie pojawi się gorące uczucie, podobnie jak
nie będzie miłości pomiędzy inteligencją i głupotą (nie mówię, że nigdy
nie pojawiają się przelotne znajomości, ale to inna sprawa. Proszę
zwrócić uwagę, że mówię o gorącej miłości, a nie o krótkotrwałym
zauroczeniu czy seksualnej przygodzie, które podlegają innym regułom).
Ludzie o umiarkowanym poczuciu własnej wartości zazwyczaj przyciągają
innych o umiarkowanym poczuciu własnej wartości. Niska samoocena
przyciąga niską samoocenę -?oczywiście nie w sposób świadomy, ale
zgodnie z wewnętrzną logiką, która sprawia, że czujemy, iż napotkaliśmy
bratnią duszę. Najbardziej rujnujące są zaś związki pomiędzy ludźmi,
którzy mają o sobie bardzo niskie mniemanie; z dwóch przepaści nie
stworzy się wzniesienia.
Najlepiej i najbardziej komfortowo czujemy się z tymi osobami, których
poczucie własnej wartości przypomina nasze.
Im zdrowsza samoocena, tym większy szacunek, życzliwość, dobra wola
i uczciwość wobec innych -?ponieważ nie postrzegamy ich jako
zagrożenia i ponieważ szacunek wobec siebie jest podstawą szacunku wobec
drugiego człowieka. Mając zdrową samoocenę, nie spieszymy się z wydawaniem wyroków, nie mówimy o drugim jak o przeciwniku ani nie
posądzamy go o złą wolę. Nie podchodzimy do nowych znajomości z automatycznym oczekiwaniem odrzucenia, upokorzenia, intrygi czy zdrady.
W przeciwieństwie do przekonania, że indywidualizm prowadzi do zachowań
antyspołecznych, badania wykazują, że dobrze rozwinięte poczucie własnej
wartości i autonomii w znacznym stopniu koreluje z uprzejmością,
hojnością, kooperacją i poczuciem wspólnego celu, co potwierdza na
przykład A. S. Waterman w przeglądzie badań The Psychology of
Individualism.
I na koniec, wyniki badań ujawniają fakt, że wysoka samoocena stanowi
jedną z najlepszych zapowiedzi osobistego szczęścia, o czym pisze
D.G. Meyer w swojej pracy Pursuit of Happiness. Logiczne więc jest, że
niska samoocena koreluje z brakiem poczucia szczęścia.
Miłość
Nietrudno dostrzec, jak ważna jest samoocena dla odniesienia sukcesu w sferze związków uczuciowych. Nie ma większej przeszkody dla szczęścia
niż lęk, że nie zasługuję na miłość i że moim przeznaczeniem jest to, iż
zostanę zraniony. Takie obawy rodzą samospełniające się przepowiednie.
Jeżeli cieszę się fundamentalnym poczuciem skuteczności własnych działań
i własnej wartości, jeśli uważam, że zasługuję na miłość, wówczas mam
podstawy do doceniania i kochania innych. Związek pełen miłości uznaję
za naturalny. Za naturalne uznaję życzliwość i troskę. Mam coś do
zaofiarowania. Nie jestem zniewolony poczuciem, że czegoś mi brakuje.
Jest we mnie emocjonalna "nadwyżka", którą mogę podzielić się, kochając.
Szczęście mnie nie niepokoi. Przekonanie o własnej kompetencji i wartości -?a także o umiejętności dostrzegania i doceniania ich przez
partnera -?również rodzi samospełniające się przepowiednie.
Nie ma większej przeszkody dla szczęścia niż lęk, że nie zasługuję na
miłość i że moim przeznaczeniem jest cierpienie.
Jeżeli natomiast nie szanuję siebie i nie odczuwam radości z tego, kim
jestem, mam bardzo mało do zaoferowania -?z wyjątkiem swoich
niezaspokojonych potrzeb. W swoim zubożeniu emocjonalnym postrzegam
ludzi głównie jako źródło akceptacji bądź odrzucenia. Nie doceniam ich
takimi, jakimi są. Widzę jedynie, co mogą dla mnie uczynić, a czego nie.
Nie poszukuję ludzi, których mógłbym podziwiać i z którymi mógłbym
dzielić zachwyt i przygodę życia. Poszukuję ludzi, którzy nie będą mnie
potępiać i których zachwyci mój image -?twarz, którą pokazuję światu.
Zdolność do miłości pozostaje we mnie nierozwinięta. Jest to jedna z przyczyn, dla których próby stworzenia związku tak często kończą się
niepowodzeniem -?nie dlatego, że wizja romantycznej i namiętnej miłości
jest z gruntu nieracjonalna, ale dlatego, że brakuje nam poczucia
własnej wartości, by ją wspierać.
Wszyscy słyszeliśmy zdanie: "Kto nie kocha siebie samego, nie potrafi
pokochać innych". Znacznie słabiej rozumiemy drugą stronę medalu. Jeżeli
nie czuję, że zasługuję na miłość, jest mi bardzo trudno uwierzyć, iż
ktoś inny mnie pokocha. Jeżeli nie akceptuję siebie, jak mogę
zaakceptować miłość pochodzącą od ciebie? Twoje ciepło i oddanie
wprowadzają mnie w zakłopotanie -?pozostają w sprzeczności z moim
obrazem siebie, ponieważ "wiem", że nie zasługuję na miłość. Twoje
uczucia wobec mnie nie mogą być prawdziwe, godne zaufania, trwałe.
Jeżeli nie czuję się godny miłości, twoja miłość do mnie będzie jak
napełnianie sita -?i w końcu poczujesz się wyczerpany wysiłkiem. Nawet
gdy świadomie zaprzeczam przekonaniu, że nie zasługuję na miłość, i deklaruję, że jestem wspaniały, to jednak złe mniemanie o sobie nadal
tkwi głęboko i udaremnia próby wchodzenia w związki uczuciowe. Niechcący
podkopuję miłość.
Staram się kochać, ale brakuje mi poczucia wewnętrznego bezpieczeństwa.
Jest we mnie natomiast tajemniczy lęk, że moim jedynym przeznaczeniem
jest ból. Toteż znajduję kogoś, kto nieuchronnie mnie odrzuci lub opuści
(z początku udaję, że tego nie wiem, aby przedstawienie mogło się
toczyć). Jeśli nawet znajdę kogoś, z kim szczęście jest możliwe, niszczę
związek, oczekując nieustannych zapewnień, okazując irracjonalną
zaborczość, robiąc dramaty z błahych powodów albo próbując wszystko
kontrolować, odwołując się do uległości lub dominacji, szukając sposobów
aby odrzucić partnera, zanim on odrzuci mnie.
Oto kilka przykładów, które ukazują, jak niska samoocena ujawnia się w sferze osobistej:
"Dlaczego zawsze zakochuję się w panu Niewłaściwym?" -?pyta pacjentka
podczas terapii. Kiedy miała dziesięć lat, ojciec porzucił rodzinę i matka nieraz krzyczała: "Gdybyś nie sprawiała tylu kłopotów, może ojciec
by nie odszedł!". W dorosłym życiu "wie" teraz, że jej przeznaczeniem
jest być porzucaną. "Wie", że nie zasługuje na miłość. A jednak pragnie
bliskiego związku z mężczyzną. Konflikt ten rozwiązuje, wybierając
mężczyzn -?często żonatych -?którzy nie troszczą się o nią w taki
sposób, który zatrzymałby ją u ich boku na dłuższy czas. Udowadnia, że
jej przekonanie o tragicznym losie jest słuszne.
Kiedy "wiemy", że ciąży nad nami klątwa, zachowujemy się tak, by tę
"wiedzę" potwierdzić. Dysonans między "wiedzą" a postrzeganymi faktami
wywołuje lęk. Ponieważ "wiedzy" nie należy kwestionować ani w nią
wątpić, trzeba zmienić fakty -?stąd sabotaż.
Mężczyzna zakochuje się. Kobieta odwzajemnia jego uczucia. Biorą ślub.
Ale cokolwiek ona zrobi, zawsze okazuje się to za mało, by poczuł się
kochany dłużej niż przez chwilę; jest nienasycony. Jednak ona jest tak
zaangażowana uczuciowo, że próbuje nadal. Kiedy w końcu przekonuje go o swojej miłości, on zaczyna zastanawiać się, czy nie postawił poprzeczki
zbyt nisko. Zastanawia się, czy ona jest rzeczywiście dla niego
wystarczająco dobra. Wreszcie ją zostawia, zakochuje się ponownie i taniec rozpoczyna się od początku.
Każdy zna słynne powiedzenie Groucho Marksa, że nigdy nie wstąpiłby on
do klubu, który przyjąłby go na członka. Dokładnie według tego wzoru
postępują w swoim życiu uczuciowym ludzie o niskiej samoocenie. Jeżeli
mnie kochasz, to z pewnością nie jesteś dla mnie wystarczająco dobry.
Tylko ktoś, kto mnie odrzuca, jest godny mojego oddania.
Żona odczuwa przymus mówienia swojemu mężowi, który ją uwielbia, o tym,
że inne są lepsze od niej pod wieloma względami. Kiedy on zaprzecza,
wyśmiewa go. Im bardziej on ją adoruje, z tym większym okrucieństwem ona
go upokarza. W końcu, wyczerpany, odchodzi. Ona czuje się zraniona i zaskoczona. Jak mogła tak mylić się co do niego? -?zastanawia się.
Później mówi sobie: "Zawsze wiedziałam, że nikt mnie naprawdę nie
pokocha". Zawsze czuła się niegodna miłości i teraz ma tego dowody.
Tragedia wielu ludzi polega na tym, że kiedy stają przed możliwością
wyboru pomiędzy "mieć rację" a "być szczęśliwym", niezmiennie wybierają
to pierwsze. To jedyna satysfakcja, na jaką sobie pozwalają.
Mężczyzna "wie", że szczęście nie jest jego przeznaczeniem. Czuje, że
nie zasługuje na nie (jego szczęście mogłoby zranić jego rodziców,
którzy sami nigdy go nie zaznali). Ale kiedy poznaje kobietę, którą
uwielbia i która bardzo go pociąga, a ona odwzajemnia te uczucia, jest
szczęśliwy. Na chwilę zapomina, że to romantyczne spełnienie nie pasuje
do jego "historii", do "scenariusza" jego życia. Ulegając radości, na
jakiś czas zapomina, że kłóci się ono z jego obrazem samego siebie, co
sprawia, że zaczyna odczuwać brak kontaktu z rzeczywistością. W końcu
jednak radość wyzwala lęk -?typowy dla ludzi, którzy czują, że jest
inaczej, niż być powinno. By zredukować lęk, musi zredukować radość.
Nieświadomie, powodowany najgłębszą logiką obrazu samego siebie, zaczyna
niszczyć związek.
Po raz kolejny obserwujemy zasadniczy schemat autodestrukcji: jeżeli
"wiem", że moim przeznaczeniem jest bycie nieszczęśliwym, nie mogę
pozwolić, by rzeczywistość wprowadzała mnie w zakłopotanie z powodu
szczęścia. To nie ja muszę dopasować się do rzeczywistości, to
rzeczywistość musi dopasować się do mnie i mojej "wiedzy" o tym, jak
wygląda (powinien wyglądać) świat.
Nie zawsze trzeba zniszczyć związek całkowicie, jak pokazują powyższe
przykłady. Czasem wystarcza, że trwa on nadal, pod warunkiem, że
jestem nieszczęśliwy. Mogę zaangażować się w proces pod tytułem walka
o szczęście albo praca nad naszym związkiem. Mogę czytać na ten
temat, uczestniczyć w seminariach, chodzić na wykłady lub rozpocząć
psychoterapię, ogłosiwszy, że moim celem jest bycie szczęśliwym w przyszłości. Ale nie teraz, nie dzisiaj. Możliwość osiągnięcia
szczęścia w chwili obecnej jest zbyt przerażająca.
Od wielu z nas oczekuje się -?chociaż może zabrzmi to paradoksalnie -
odwagi, byśmy tolerowali szczęście, nie sabotując siebie samych.
Lęk przed szczęściem jest powszechny. Szczęście może budzić wewnętrzne
głosy, mówiące: nie zasługuję na nie; nigdy nie trwa ono długo, zmierzam
ku porażce; zabijam matkę lub ojca, będąc szczęśliwszym niż oni
kiedykolwiek; życie tak nie wygląda; ludzie będą mi zazdrościć i znienawidzą mnie; szczęście jest tylko iluzją; inni są nieszczęśliwi,
dlaczego ja miałbym być szczęśliwy?
Od wielu z nas oczekuje się, chociaż może brzmi to paradoksalnie,
odwagi, byśmy tolerowali szczęście, nie sabotując siebie samych, tak
długo, aż przestaniemy się go bać i uświadomimy sobie, że nas nie
zniszczy (i nie musi zniknąć). Od czasu do czasu mówię swoim pacjentom:
spróbuj przeżyć dzień, nie robiąc niczego, co mogłoby podkopać lub
zniszczyć twoje dobre samopoczucie -?a jeżeli "wypadniesz z toru", nie
rozpaczaj, wróć do punktu wyjścia i ponownie oddaj się szczęściu. Taki
upór buduje samoocenę.
Następnie musimy stawić czoło destrukcyjnym głosom, a nie od nich
uciekać. Musimy nawiązać z nimi wewnętrzny dialog, zmusić, by podały
swoje powody. Cierpliwie odpowiadać i obalać ich nonsensy -?radzić sobie
z nimi tak jak z ludźmi. I odróżniać je od głosów swojego dojrzałego
"ja".
Praca
Rozpatrzmy teraz przykłady zachowania w pracy spowodowanego niską
samooceną.
Mężczyzna dostaje awans i wpada w panikę, bo myśli, że nie potrafi
sprostać nowym wyzwaniom i obowiązkom. "Jestem uzurpatorem! To nie jest
moje miejsce!" -?mówi do siebie. Przeczuwając z góry, że jest skazany na
niepowodzenie, nie ma motywacji, by dać z siebie wszystko. W nieświadomy
sposób rozpoczyna proces autosabotażu: na zebrania przychodzi
nieprzygotowany, do pracowników odnosi się w jednej chwili ostro, a w drugiej troskliwie i przymilnie, żartuje w niewłaściwych momentach,
ignoruje sygnały niezadowolenia szefa. Zgodnie z przewidywaniem, zostaje
zwolniony. "Wiedziałem, że było to zbyt piękne, by mogło być prawdziwe"
-?mówi sobie.
Jeżeli ginę z własnej ręki, przynajmniej sprawuję nad tym kontrolę,
oszczędzam sobie lęku czekania na katastrofę płynącą z nieznanego
źródła. Strach przed poczuciem utraty kontroli jest nie do zniesienia.
Muszę znaleźć sposób, aby go przerwać.
Kierownik przegląda wspaniały plan, który zaproponował podwładny.
Odczuwa upokorzenie, że to nie on wpadł na ten pomysł. Wyobraża sobie,
że pracownik przejmie jego stanowisko. Zaczyna więc snuć intrygę, by
obalić przedłożony projekt.
Taka destrukcyjna złość jest produktem zubożonego poczucia "ja". Twoje
sukcesy grożą ujawnieniem mojej pustki. Świat zobaczy -?a co gorsza, ja
zobaczę -?jak mało znaczę. Przychylna reakcja na sukcesy innych jest
świadectwem wysokiej samooceny.
Mężczyzna poznaje swojego nowego szefa -?jest przerażony i rozzłoszczony, bo szef jest kobietą. Jego poczucie męskości zostało
zranione i osłabione. Snuje fantazje seksualnego poniżenia, żeby "dać
jej nauczkę". Jego poczucie zagrożenia ujawnia się w formie gburowatości
i niechęci do współpracy.
Trudno znaleźć bardziej znaczący symptom niskiej samooceny niż potrzeba
postrzegania jakiejś grupy jako gorszej. Mężczyzna, u którego pojęcie
"władzy" zatrzymuje się na poziomie "dominacji płci", jest człowiekiem,
którego przerażają kobiety, przeraża umiejętność bycia pewnym siebie,
przeraża życie.
Trudno znaleźć bardziej znaczący symptom niskiej samooceny niż potrzeba
postrzegania jakiejś grupy jako gorszej.
Szef laboratorium został poinformowany, że firma zatrudniła wspaniałego
naukowca z innego przedsiębiorstwa. Natychmiast tłumaczy sobie, że
zwierzchnicy są niezadowoleni z jego pracy, chociaż dowody świadczą o czymś zupełnie przeciwnym. Wyobraża sobie, jak spada jego autorytet i pozycja. Sądzi, że nowy pracownik zajmie w końcu stanowisko szefa
wydziału. W napadzie ślepego buntu obniża jakość swojej pracy. Kiedy
delikatnie mówi się o jego błędach, wybucha we własnej obronie -?i odchodzi.
Jeżeli mamy wysokie mniemanie o sobie tylko dlatego, że nie stawiliśmy
czoła wyzwaniom, jeżeli brak poczucia bezpieczeństwa znajduje
potwierdzenie w wyimaginowanym odrzuceniu, eksplozja wewnętrznej bomby
jest tylko kwestią czasu. Wybuch ten przyjmuje formę zachowań
autodestrukcyjnych -?a fakt, że ktoś obdarzony jest nadzwyczajną
inteligencją, nie stanowi żadnego zabezpieczenia. Każdego dnia
błyskotliwi ludzie o niskiej samoocenie postępują wbrew własnym
interesom.
Rewident z niezależnej firmy rachunkowej ma spotkanie z dyrektorem
generalnym przedsiębiorstwa klienta. Wie, że musi przekazać mu
informacje, których tamten nie będzie chciał usłyszeć. Podświadomie
zaczyna wyobrażać sobie, że znajduje się w obecności onieśmielającego go
ojca -?zacina się, jąka i nie przekazuje nawet trzeciej części tego, co
ma do powiedzenia.
Jego potrzeba akceptacji przez dyrektora albo pragnienie, by nie zostać
odrzuconym, dominuje nad wymogami profesjonalizmu. Później, po złożeniu
pisemnego raportu, w którym przedstawił wszystko, co powinien był
powiedzieć osobiście, gdy można jeszcze podjąć działania służące
naprawie sytuacji, siedzi w swoim biurze, trzęsąc się ze strachu i przewidując reakcję dyrektora.
Kiedy działamy pod wpływem lęku, prędzej czy później przywołujemy
nieszczęście, które nas przeraża. Obawiając się potępienia, zachowujemy
się w taki sposób, który w końcu rzeczywiście je spowoduje. Jeżeli
obawiamy się złości, w końcu uda się nam ludzi rozzłościć.
Kobieta, która od niedawna pracuje w dziale marketingu, wpada na
doskonały w jej przekonaniu pomysł. Wyobraża sobie, jak przelewa go na
papier, przytacza argumenty przemawiające za jej projektem, opracowuje
plan przedłożenia ich osobie odpowiedzialnej za realizację. Wówczas
jednak jej wewnętrzny głos zaczyna szeptać: "A kim ty jesteś, żeby mieć
dobre pomysły? Nie ściągaj na siebie wzroku. Chcesz, by ludzie cię
wyśmiali?". Wyobraża sobie rozzłoszczoną twarz matki, która zawsze
zazdrościła jej inteligencji, i zranioną twarz ojca, którego przerażała.
Kilka dni później ledwie pamięta o swoim pomyśle.
Jeżeli wątpimy we własny rozum, lekceważymy jego wytwory. Jeżeli
obawiamy się intelektualnej asertywności (prawdopodobnie kojarząc ją z utratą miłości), kneblujemy swoją inteligencję. Obawiamy się, że ktoś
nas dostrzeże, więc znikamy wszystkim z oczu, a potem cierpimy, że nikt
nas nie zauważa.
Jest szefem, który zawsze musi mieć rację. Sprawia mu przyjemność
podkreślanie swojej wyższości. Podczas zebrań z pracownikami nie może
przyjąć żadnej propozycji, nie "ulepszając" jej, tak aby móc się pod nią
podpisać. "Dlaczego ludzie są tak mało pomysłowi? -?powtarza. -?Dlaczego
nie mogą być bardziej twórczy?". Ale również lubi mówić: "W dżungli jest
jeden król", a w chwilach większego napięcia: "Ktoś musi przecież
rządzić firmą". Udając żal, czasem stwierdza: "Nic na to nie poradzę -
mam silne ego". Prawda jest taka, że ma słabe, ale całą energię
inwestuje w to, aby nigdy się o tym nie dowiedzieć.
Po raz kolejny widzimy, że niska samoocena może ujawnić się brakiem
otwartości na wkład innych lub strachem przed ich kompetencjami, a w przypadku kierowników czy liderów -?brakiem umiejętności wydobywania z pracowników całego ich potencjału.
Przytaczanie tych historii nie ma oczywiście na celu potępiania czy
wyśmiewania ludzi, którzy cierpią na niskie poczucie własnej wartości,
ale uświadomienie, jak wielki wpływ na nasze reakcje ma samoocena.
Wszystkie problemy, które opisałem, można rozwiązać. Ale pierwszym
krokiem jest uświadomienie sobie kierujących nimi mechanizmów.
Samospełniające się przepowiednie
Samoocena tworzy zestaw ukrytych oczekiwań na temat tego, co jest dla
nas odpowiednie i realne. Oczekiwania te generują zachowania, które
zamieniają je w rzeczywistość. A rzeczywistość potwierdza i umacnia
pierwotne przekonania. Samoocena -?wysoka czy niska -?jest generatorem
samospełniających się przepowiedni.
Oczekiwania takie mogą istnieć w umyśle w formie podświadomych lub
półświadomych wizji przyszłości. Psycholog szkolny E. Paul Torrance,
komentując naukowe świadectwa, że wewnętrzne przekonania o przyszłości
mają potężny wpływ na motywację, pisze: "Wyobrażenie przyszłości może
być dla człowieka lepszym obrazem przyszłych osiągnięć niż działania z przeszłości"3. To, czego staramy się nauczyć, i to, co
osiągamy, zależy, przynajmniej w części, od tego, co uznajemy za możliwe
i odpowiednie dla nas.
Samoocena -?wysoka lub niska -?jest generatorem samospełniających się
przepowiedni.
Chociaż nieodpowiednia samoocena może w poważnym stopniu ograniczać
poziom aspiracji i osiągnięć, to jednak jej konsekwencje nie muszą być
tak wyraziste. Czasami ujawniają się w sposób bardziej pośredni. Bomba
zegarowa niskiej samooceny cicho tyka przez całe lata, podczas gdy
człowiek ogarnięty żądzą sukcesu poszerza zakres swoich umiejętności i pnie się po szczeblach kariery. Po jakimś czasie jednak, bez widocznej
potrzeby, zaczyna "chodzić na skróty" pod względem moralnym lub prawnym,
aby jeszcze bardziej demonstrować swoje mistrzostwo. Popełnia coraz
więcej wykroczeń, powtarzając sobie, że stoi ponad prawem, jakby
wyzywając los, by zrzucił go z piedestału. Dopiero na samym końcu, kiedy
jego życie i kariera legną w gruzach, ujrzymy, że przez wiele lat
zmierzał nieuchronnie do tego ostatecznego aktu nieświadomego
scenariusza, który zaczął pisać być może w trzecim roku życia. Nietrudno
pokazać przykłady dobrze znanych osób, które pasują do tego opisu.
Obraz siebie jest przeznaczeniem. Czy ściślej -?bywa. Przez obraz
siebie rozumiem to, co świadomie i nieświadomie myślimy o sobie -?nasze
fizyczne i psychiczne cechy, nasze aktywa i pasywa, możliwości i ograniczenia, silne i słabe punkty. Zawiera w sobie poziom samooceny,
ale jest bardziej ogólny. Nie można zrozumieć zachowania człowieka, nie
wiedząc, jaki ma obraz siebie. W sposób mniej spektakularny niż w powyższym przykładzie ludzie często sabotują siebie u szczytu sukcesu.
Dzieje się tak, gdy sukces koliduje z ukrytym przekonaniem o tym, co do
nich pasuje. Przerażające jest zostać wyrzuconym poza granice
przekonania o tym, kim jestem. Jeżeli do obrazu siebie nie można
inkorporować poziomu osiągniętego sukcesu, jeżeli obraz ten nie może
ulec zmianie, da się przewidzieć, że człowiek znajdzie sposób
autosabotażu. Oto przykłady z mojej praktyki terapeutycznej:
Byłem blisko uzyskania największego zlecenia w mojej karierze -?mówi
architekt -?a mój lęk przekroczył wszelkie granice, ponieważ ten projekt
przyniósłby sławę, z którą nie potrafiłbym sobie poradzić. Nie miałem
alkoholu w ustach od trzech lat. Więc pomyślałem sobie, że mogę wypić
jednego drinka -?dla uczczenia okazji. Upiłem się, poobrażałem ludzi,
którzy mieli dać mi zlecenie. Oczywiście straciłem je, a mój wspólnik
był na mnie tak wściekły, że rozstał się ze mną. Byłem załamany, ale
znowu na "bezpiecznym gruncie", walcząc, by się podnieść, a nie
szybować. Jest mi tu wygodnie.
Zdecydowałam -?mówi właścicielka małej sieci butików -?że nie powstrzyma
mnie ani mój mąż, ani nikt inny. Nie obwiniałam go za to, że zarabia
mniej ode mnie, i nie pozwalałam, by obwiniał mnie, że ja zarabiam
więcej. Ale mój wewnętrzny głos mówił, że nie powinnam odnosić takich
sukcesów -?kobieta nie powinna. Nie zasługiwałam na nie -?żadna kobieta
nie zasługuje. Stałam się beztroska. Lekceważyłam ważne telefony.
Złościłam się na pracowników i klientów. I byłam coraz bardziej zła na
mojego męża, nie wspominając, jaki był prawdziwy powód. Kiedyś, po
szczególnie ostrej kłótni z nim, jadłam lunch z jedną z naszych
współpracowniczek. Powiedziała coś, co mnie zdenerwowało, i zrobiłam
scenę w środku restauracji. Straciłam kontrakt. Zaczęłam popełniać
niewybaczalne błędy... Teraz, po upływie trzech lat i po wielu nocnych
koszmarach, próbuję znowu postawić interes na nogi.
Byłem następny w kolejce po awans, którego pragnąłem od dłuższego czasu
-?mówi pracownik na kierowniczym stanowisku -?Moje życie było w idealnym
porządku. Udane małżeństwo, zdrowe, dobrze uczące się dzieci. I od wielu
lat nie spotykałem się z inną kobietą. Jedynym problemem, jaki miałem,
było to, że chciałem więcej pieniędzy, i wszystko wskazywało na to, że
tak się stanie. To lęk mnie pokonał. Obudziłem się w nocy, myśląc, że
mam zawał serca, ale lekarz powiedział, że to tylko lęk. Kto wie,
dlaczego nadszedł. Czasami czuję, że nie mogę być zbyt szczęśliwy. Że to
coś złego. Nigdy chyba nie czułem, że zasługuję na szczęście. Cokolwiek
było przyczyną, lęk się wzmagał, a pewnego dnia na przyjęciu zacząłem
przystawiać się do żony jednego z moich szefów -?głupio i nietaktownie.
To cud, że mnie nie wylał, kiedy mu to powiedziała, chociaż spodziewałem
się, że tak się stanie. Nie dostałem awansu, a poziom lęku opadł.
Co wspólnego mają te wszystkie historie? Lęk przed szczęściem, lęk przed
powodzeniem. Przerażenie i dezorientacja, których doznaje człowiek z niską samooceną, kiedy życie układa się tak dobrze, że staje to w konflikcie z najgłębszym przekonaniem o sobie. Niezależnie od kontekstu,
w jakim ujawnia się autodestrukcyjne zachowanie lub jaką przybiera
postać, motorem takiego działania zawsze jest to samo: niska samoocena.
To niska samoocena kreuje u nas wrogi stosunek do tego, co dla nas
dobre.
Wysoka samoocena jako podstawowa potrzeba
Siła samooceny wypływa stąd, że stanowi ona głęboką potrzebę, czym
jednak dokładnie jest potrzeba?
Potrzeba jest tym, co niezbędne do efektywnego funkcjonowania. Nie tylko
chcemy pokarmu i wody, potrzebujemy ich; bez nich umrzemy. Są jednak
też inne potrzeby żywieniowe, których wpływ jest mniej bezpośredni i nie
tak dramatyczny. W niektórych rejonach Meksyku gleba jest pozbawiona
wapnia; mieszkańcy tamtych terenów nie umierają od razu z tego powodu.
Ich rozwój jednak jest spowolniony, są ogólnie osłabieni i łatwiej
zapadają na wiele chorób wywołanych brakiem tego pierwiastka. Ogranicza
to ich możliwość funkcjonowania.
Potrzeba wysokiej samooceny przypomina bardziej zapotrzebowanie na wapń
niż na pokarm czy wodę. Jej brak nie musi oznaczać, że zaraz umrzemy,
ale ogranicza możliwość naszego funkcjonowania.
Stwierdzenie, że wysoka samoocena jest potrzebą, oznacza, iż:
Wnosi ona znaczny wkład w proces życia.
Jest niezbędna do normalnego i zdrowego rozwoju.
Jest wartością służącą przetrwaniu.
Powinniśmy jednak zwrócić uwagę, że niska samoocena powoduje czasem
śmierć w dosłownym sensie -?na przykład w wyniku przedawkowania
narkotyków, prowokująco nierozważnej jazdy samochodem, pozostawania z małżonkiem stosującym przemoc fizyczną, uczestnictwa w wojnach gangów
lub samobójstwa. Jednakże dla większości z nas konsekwencje niskiej
samooceny są bardziej subtelne, mniej bezpośrednie, bardziej
zawoalowane. Będziemy musieli dobrze się zastanowić i poznać siebie, by
dostrzec, jak najgłębsze przekonanie o nas samych ujawnia się w tysiącach wyborów, które wpływają na nasze losy.
Nieadekwatna samoocena może ujawnić się w złym wyborze małżonka; w małżeństwie, które przynosi jedynie frustrację; w pracy zawodowej, która
prowadzi donikąd; w aspiracjach, które są zawsze w jakiś sposób
sabotowane; w obiecujących pomysłach, które umierają, zanim zostaną
zrealizowane; w tajemniczej niemożności cieszenia się z sukcesów; w niszczących nawykach żywieniowych i życiowych; w marzeniach, które nigdy
się nie spełniają; w chronicznym lęku lub depresji; w uporczywej niskiej
odporności na choroby; w uzależnieniu od leków; w niezaspokojonej
potrzebie miłości i aprobaty. Mogą o niej świadczyć dzieci, które nie
dowiadują się niczego o szacunku do siebie i radości istnienia. Krótko
mówiąc, samoocena taka przejawia się w życiu, które wygląda jak długie
pasmo porażek, a jedynym pocieszeniem, być może, jest ta smutna mantra:
"Czy ktokolwiek jest szczęśliwy?".
Jeżeli samoocena jest niska, zmniejsza się nasza elastyczność w pokonywaniu trudności. Załamują nas przeciwności, które osoba ze
zdrowszą samooceną mogłaby pokonać. Znacznie łatwiej drętwiejemy w poczuciu tragizmu swojej egzystencji i postawie bezradności. Bardziej
kieruje nami pragnienie unikania bólu niż doznawania radości. Większy
wpływ ma na nas to, co negatywne, niż pozytywne. Jeżeli nie mamy wiary w siebie -?ani w swoją skuteczność i dobroć -?świat staje się
przerażający.
Ludzie o wysokiej samoocenie też mogą upadać pod ciężarem problemów, ale
szybciej się podnoszą.
Z tego powodu zacząłem myśleć o wysokiej samoocenie jak o układzie
odpornościowym świadomości, który dostarcza sił obronnych i możliwości
regeneracji. System immunologiczny nie stanowi gwarancji, że człowiek
nigdy nie zachoruje, ale sprawia, iż jest on mniej podatny na choroby i lepiej wyposażony, by je pokonać. Podobnie wysoka samoocena nie
gwarantuje, że ktoś nigdy nie przeżyje lęku czy depresji z powodu
życiowych trudności, ale sprawia, że będzie na nie mniej wrażliwy,
lepiej wyposażony do radzenia sobie z nimi i pokonania ich. Ludzie o wysokiej samoocenie też mogą upadać pod ciężarem problemów, ale prędzej
się podnoszą.
Należy podkreślić, że wysoka samoocena ma więcej wspólnego z elastycznością niż z impregnowaniem na cierpienie. Przypominam sobie
pewne doświadczenie sprzed paru lat, kiedy pisałem Honoring the Self.
Z powodów, których przytaczanie tutaj jest zbędne, miałem wielkie
trudności w pisaniu tej książki. Choć jestem zadowolony z ostatecznego
efektu, nie było łatwo. Zwłaszcza jeden tydzień był trudny. Nic, co
wyprodukował mój umysł, nie było dobre. Po południu odwiedził mnie
wydawca. Czułem się zmęczony, przygnębiony i zdenerwowany. Siadając
naprzeciw niego w swoim pokoju, powiedziałem: "To jeden z tych dni,
kiedy zadaję sobie pytanie, jak mogę myśleć, że potrafię napisać
książkę? Jak mogę myśleć, że wiem cokolwiek o samoocenie? Jak mogę
myśleć, że mogę mieć jakiś wkład w psychologię?" -?dokładnie to, czego
wydawca nie chce usłyszeć od swojego autora. Ponieważ do tamtego czasu
napisałem sześć książek o samoocenie i przez wiele lat prowadziłem na
ten temat wykłady, zrozumiała była jego konsternacja. "Co? -?krzyknął -
Nathaniel Branden ma takie myśli?". Jego twarz, wyrażająca dezorientację
i zaskoczenie, wyglądała tak komicznie, że wybuchnąłem śmiechem. "Cóż,
oczywiście, jedyne, co mnie różni od innych, to fakt, że potrafię się z tego śmiać. I wiem, że te odczucia miną. I niezależnie od tego, co
myślę, mówię czy czuję w tym tygodniu, wiem, że książka będzie dobra".
Zbyt wysoka samoocena?
Czasami pojawia się pytanie: "Czy można mieć zbyt wysoką samoocenę?".
Nie, nie można. Tak jak nie można być zbyt zdrowym lub mieć zbyt dobry
system immunologiczny. Czasami jednak wysoka samoocena mylona jest z przechwalaniem się, chełpieniem lub arogancją. Cechy te nie świadczą o zbyt wysokiej samoocenie, ale o zbyt niskiej. Osoba o wysokiej
samoocenie nie potrzebuje wywyższać się; nie musi udowadniać swojej
wartości poprzez porównywanie się. Radość daje jej to, kim jest, a nie
to, że jest lepsza od innych. Przypominam sobie, jak pewnego dnia
myślałem o tym, obserwując mojego psa bawiącego się na podwórku. Biegał,
wąchał kwiaty, gonił wiewiórki, skakał do góry, okazując wielką radość z faktu, że żyje (według mojej antropomorficznej interpretacji). Nie
myślał (jestem pewien), że jest bardziej zadowolony z życia niż pies
sąsiadów. Po prostu zachwycał się swoim istnieniem. Ten obraz ukazuje
bardzo wyraźnie, jak rozumiem doznania związane z wysoką samooceną.
Ludzie z zaburzoną samooceną często źle się czują w obecności tych,
którzy mają wysoką samoocenę. Złoszczą się na nich i twierdzą: "Oni zbyt
wysoko się oceniają". Ale to, co mówią, świadczy o nich samych.
Niepewny siebie mężczyzna czuje się jeszcze bardziej zagubiony w obecności pewnej siebie kobiety. Ludzie o niskiej samoocenie często
odczuwają irytację w kontakcie z tymi, którzy z entuzjazmem podchodzą do
życia. Jeżeli jeden z małżonków, którego poziom samooceny obniża się,
widzi, że samoocena drugiego wzrasta, czasami reaguje lękiem i próbą
sabotażu tego rozwoju.
Smutna prawda brzmi, że kto odnosi sukces w świecie, naraża się na
ryzyko, iż stanie się celem ataków. Ludzie, którzy osiągają niewiele,
często zazdroszczą i odrzucają tych, którzy osiągają dużo. Ci, którzy są
nieszczęśliwi, często zazdroszczą szczęśliwym i odrzucają ich. A ci,
którzy mają niską samoocenę, czasami lubią mówić o niebezpieczeństwie
posiadania "zbyt wysokiej samooceny".
Kiedy nic nie wystarcza
Jak wspomniałem wcześniej, niska samoocena niekoniecznie przesądza o tym, że nie potrafimy osiągać wartościowych celów. Niektórzy z nas mają
talent, energię i motywację, by wiele osiągnąć, mimo poczucia
nieadekwatności i bezwartościowości -?na przykład wysoce produktywny
pracoholik, który musi udowodnić swoją wartość ojcu, przepowiadającemu,
że syn będzie nikim. Ale niska samoocena oznacza, że będziemy mniej
efektywni i mniej twórczy, niż byśmy mogli, i mniej zdolni, by cieszyć
się z własnych osiągnięć. Nic, co robimy, nigdy nam nie wystarczy.
Jeżeli celem jest udowodnienie, że jestem "wystarczająco dobry", praca
nie ma końca -?bitwa została przegrana w dniu, w którym zgodziłem się,
że ta kwestia podlega dyskusji.
Chociaż niska samoocena często podważa możliwość osiągnięcia prawdziwego
sukcesu nawet wśród osób najbardziej utalentowanych, to jednak
niekoniecznie musi tak być. Bardziej pewne jest to, że podkopie
możliwość odczuwania satysfakcji. Ta bolesna prawda znana jest wielu
ludziom sukcesu. "Dlaczego -?zapytał mnie biznesmen odnoszący wspaniałe
sukcesy -?ból porażek jest bardziej intensywny i długotrwały niż radość
z osiągnięć, mimo że sukcesów było o wiele więcej niż porażek? Dlaczego
szczęście jest tak ulotne, a wstyd tak trwały?". Kilka minut później
dodał: "Mam przed oczami obraz ojca, który kpi ze mnie". Nieuświadomioną
misją jego życia nie było wyrażenie tego, kim jest, ale wykazanie ojcu
(nieżyjącemu od ponad dziesięciu lat), że może coś osiągnąć.
Kiedy samoocena nie jest zaburzona, radość, a nie lęk, stanowi motor do
działania. Pragniemy doznawać szczęścia, a nie unikać cierpienia. Celem
jest wyrażanie, a nie unikanie czy ocenianie siebie. Motywem nie jest
udowadnianie własnej wartości, ale spożytkowanie własnych możliwości.
Jeżeli celem jest udowodnienie, że jestem "wystarczająco dobry", praca
nie ma końca -?bitwa została przegrana w dniu, w którym zgodziłem się,
że ta kwestia podlega dyskusji. Zawsze pozostaje przed nami jeszcze
jedno zwycięstwo -?jeszcze jeden awans, jeszcze jedna zdobycz seksualna,
jeszcze jedna firma, jeszcze jedna sztuka biżuterii, większy dom,
droższy samochód, kolejna nagroda -?a wewnętrzna pustka pozostaje
niezapełniona.
W dzisiejszej kulturze niektórzy sfrustrowani ludzie, którzy znaleźli
się w tym impasie, ogłaszają, że zdecydowali się wkroczyć na ścieżkę
duchową i wyrzec się swojego ego. Lecz ego, w dojrzałym i zdrowym
sensie, jest dokładnie tym, czego nie udało się im wypracować. Marzą o oddaniu tego, czego nie mają. Nikt nie może w zdrowy sposób ominąć
potrzeby wysokiej samooceny.
Słowo ostrzeżenia
Jeżeli jednym błędem jest zaprzeczanie, jak ważna jest samoocena,
kolejnym są zbyt duże oczekiwania z nią związane. Niektórzy autorzy w swoim entuzjazmie sugerują, że zdrowe poczucie własnej wartości jest
wszystkim, czego nam potrzeba, by zapewnić sobie szczęście i sukces.
Sprawa jest bardziej złożona. Wysoka samoocena nie jest panaceum. Oprócz
okoliczności i możliwości zewnętrznych, wyraźny wpływ może mieć wiele
czynników wewnętrznych -?jak na przykład poziom energii, inteligencja i potrzeba osiągnięć. (W przeciwieństwie do tego, co czasami słyszymy, ta
ostatnia nie wiąże się z poziomem samooceny w prosty czy bezpośredni
sposób. Taka potrzeba może być napędzana zarówno motywacją pozytywną,
jak i negatywną, kiedy na przykład kogoś aktywizuje lęk przed utratą
miłości lub statusu społecznego, a nie radość płynąca z wyrażania
siebie). Dobrze rozwinięte poczucie własnego "ja" stanowi niezbędny, ale
niewystarczający warunek dobrego samopoczucia. Jego obecność nie
gwarantuje spełnienia, choć jego brak gwarantuje pewien poziom lęku,
frustracji lub rozpaczy4.
Samoocena nie zastąpi dachu nad głową ani pokarmu w żołądku, ale
zwiększy prawdopodobieństwo znalezienia sposobów, by te potrzeby
zaspokoić. Samoocena nie jest substytutem wiedzy i umiejętności
potrzebnych do skutecznego działania w świecie, ale zwiększa
prawdopodobieństwo ich uzyskania.
Abraham Maslow w swojej słynnej hierarchii potrzeb lokuje poczucie
własnej wartości ponad (to znaczy jako pojawiające się później)
podstawowymi potrzebami gwarantującymi przetrwanie, takimi jak potrzeba
pożywienia i wody. Pod jednym oczywistym względem jest to prawda.
Jednocześnie stanowi nadmierne uproszczenie. Ludzie czasami poświęcają
życie w imię spraw niezmiernie istotnych dla poczucia własnej wartości.
Można również podważyć przekonanie tego autora, że potrzeba akceptacji
jest bardziej podstawowa niż potrzeba podtrzymania własnej
wartości5.
Samoocena nie zastąpi dachu nad głową ani pokarmu w żołądku, ale
zwiększy prawdopodobieństwo znalezienia sposobów, by te potrzeby
zaspokoić.
Faktem pozostaje, że wysoka samoocena jest naglącą potrzebą. Jawi się
jako taka, ponieważ jej brak uszkadza naszą zdolność do funkcjonowania.
Dlatego mówimy, że jest potrzebą służącą przetrwaniu.
Wyzwania współczesnego świata
Znaczenie wysokiej samooceny dla trwania życia jest widoczne zwłaszcza
dzisiaj. Doszliśmy do momentu w historii, w którym wysoka samoocena,
zawsze będąca ważną potrzebą psychiczną, stała się również istotną
potrzebą ekonomiczną -?cechą niezbędną w adaptacji do coraz bardziej
złożonego, pełnego wyzwań i konkurencji świata.
W ostatnich dwudziestu czy trzydziestu latach w gospodarce amerykańskiej
i światowej nastąpił nadzwyczajny rozwój. Stany Zjednoczone
przekształciły się ze społeczeństwa przemysłowego w społeczeństwo
informatyczne. Śledziliśmy przechodzenie od pracy fizycznej do umysłowej
jako głównej działalności pracownika. Obecnie żyjemy w czasach
gospodarki globalnej, którą charakteryzują gwałtowne zmiany,
przyspieszone przełomy w nauce i technologii oraz niespotykana
dotychczas konkurencja. Rozwój ten oznacza zapotrzebowanie na wyższy
poziom edukacji i wyszkolenia, niż był potrzebny poprzednim pokoleniom.
Wie o tym każdy, kto zna się na biznesie. Nie każdy jednak rozumie fakt,
że rozwój ten wytworzył nowe oczekiwania w sferze psychologicznej.
Oczekuje się zwłaszcza większej innowacyjności, samoorganizacji,
osobistej odpowiedzialności i umiejętności wyznaczania sobie kierunku
działania. Dotyczy to nie tylko osób na wysokich stanowiskach, lecz
także każdego poziomu firmy, od kierowników, przez nadzór, aż do
personelu szczebla podstawowego.
Przykład głębokich zmian w świecie podaje czasopismo "Fortune", opisując
zadania pracownika na stanowisku operatora produkcji na poziomie
podstawowym w firmie Motorola: "Analiza raportu komputerowego oraz
identyfikacja problemu przez proces kontroli eksperymentalnej i analizy
statystycznej. Informowanie kierownictwa o parametrach produkcji oraz
zrozumienie konkurencyjnej pozycji firmy"6.
Nie można dziś prowadzić przedsiębiorstwa, mając kilkoro ludzi od
myślenia i wielu od robienia tego, co im się powie (tradycyjny wojskowy
model rozkazu i kontroli). Obecnie organizacja pracy wymaga nie tylko
niezwykle wysokiego poziomu wiedzy i kwalifikacji, lecz także
niezależności, wiary w siebie i umiejętności podejmowania inicjatywy -
jednym słowem, wysokiej samooceny. Oznacza to, że w gospodarce potrzeba
teraz wielu ludzi z wysoką samooceną. Z historycznego punktu widzenia
jest to zjawisko nowe.
Wyzwanie wykracza poza sferę biznesu. Mamy więcej niż poprzednie
pokolenia swobody w wyborze religii, filozofii, systemu moralnego, stylu
życia, kryteriów określających, co jest dla nas dobre. Nie obowiązuje
już niekwestionowana ufność w tradycję. Nie wierzymy już, że rząd,
Kościół, związki zawodowe czy jakakolwiek duża organizacja poprowadzi
nas do zbawienia. Nikt nie zjawi się, w jakimkolwiek obszarze życia, aby
nas wybawić. Jesteśmy zdani sami na siebie.
Mamy w tym zakresie więcej opcji wyboru niż kiedykolwiek. Gdziekolwiek
spojrzymy, widzimy nieograniczone możliwości. Aby dostosować się do tych
warunków oraz właściwie na nie reagować, potrzeba większej autonomii
osobistej -?ponieważ nie istnieje ogólnie przyjęty zbiór zasad i rytuałów, które zwolniłyby nas z konieczności podejmowania
indywidualnych decyzji. Musimy wiedzieć, kim jesteśmy, i być spójni w sobie. Musimy wiedzieć, co dla nas jest ważne. W przeciwnym razie łatwo
damy się zwieść obcym dla nas wartościom, podążając za celami, które nie
wspierają tego, kim naprawdę jesteśmy. Musimy nauczyć się myśleć
samodzielnie o tym, jak pielęgnować swój potencjał, brać
odpowiedzialność za wybory, wartości i działania, które kształtują nasze
życie. Potrzebujemy zaufania do siebie i samodzielności, które mają
oparcie w realiach.
Doszliśmy do punktu w historii, w którym wysoka samoocena, zawsze będąca
ważną potrzebą psychiczną, stała się również istotną potrzebą
ekonomiczną.
Im więcej wyborów i decyzji musimy podejmować na poziomie świadomym, tym
większa jest potrzeba wysokiej samooceny.
W efekcie rozwoju ekonomicznego i kulturowego, który nastąpił w kilku
ostatnich dziesięcioleciach, jesteśmy świadkami ponownego rozbudzenia
wśród Amerykanów tradycji samopomocy, zwiększania się liczby grup
wzajemnego wsparcia, rozwoju sieci prywatnych kontaktów służących
zaspokajaniu wielorakich celów i potrzeb, upowszechniania idei uczenia
się jako sposobu życia, promowania wiary w siebie, co wyraża się na
przykład w większej odpowiedzialności za zdrowie i wzrastającej
tendencji do kwestionowania autorytetów.
Jeżeli brakuje nam adekwatnej samooceny, liczba wyborów, wobec których
dzisiaj stajemy, może być przerażająca.
Duch przedsiębiorczości stymulowany jest nie tylko w biznesie, lecz
także w sferze życia prywatnego. Stoi przed nami intelektualne wyzwanie
bycia przedsiębiorcami -?wytwarzania nowych wartości i znaczeń. Jesteśmy
wrzuceni, jak to nazwał T. George Harris, w "erę świadomego
wyboru"7. Wyboru tej lub tamtej, lub żadnej religii. Małżeństwa
lub po prostu wspólnego życia. Posiadania dzieci lub nie. Pracy w firmie
lub na własny rachunek. Wykonywania jednego z tysięcy nowych zawodów,
które kilkadziesiąt lat temu w ogóle nie istniały. Mieszkania w mieście,
na przedmieściach lub na wsi -?a nawet za granicą. Na niższym poziomie
mamy niespotykaną wcześniej możliwość wyboru stylu ubierania się,
jedzenia, samochodu, wszelkiego rodzaju nowych produktów -?a wszystko to
wymaga od nas podejmowania decyzji.
Jeżeli brakuje nam adekwatnej samooceny, liczba wyborów, która jest
dzisiaj oferowana, może być przerażająca, jak przerażony był pewien
Rosjanin, który w czasach Związku Radzieckiego wszedł do amerykańskiego
supermarketu. Podobnie jak niektórzy zagraniczni goście wybrali powrót
do "bezpieczeństwa" dyktatury, tak niektórzy z nas poszukują drogi
ucieczki w "bezpieczne" kulty albo religijny fundamentalizm, "właściwe"
podgrupy polityczne, społeczne czy kulturowe albo niszczące mózg
substancje. Ani system wychowawczy, ani edukacyjny nie przygotował nas
odpowiednio do świata, w którym jest tak wiele opcji i wyzwań. Oto
dlaczego problem samooceny jest tak ważny.