5000 lat temu i inne pradawne aktualności - Tomasz Schinesghe

-
Proszę czekać

5 tysięcy lat temu

Józef Wolski, autor "Historii Powszechnej Starożytności" ( PWN 2002 ), wskazuje, że górną granicą dla chronologii epoki i cywilizacji orientalnych stanowią lata bliskie ok. 3.000 r. p. n. e. Ten specjalista, mając świadomość kolejnych procesów odkrywczych w nauce, uważa, że te lata są dość dobrze uzasadnione poprzez pisane i "wykopane" ślady.

Około roku 3000 p. n. e. zaczęły się tworzyć pierwsze państwa sumeryjskie. W tym też czasie powstało państwo egipskie. Autor datuje na ten czas także powstanie cywilizacji Indii, Chin (s.41) a także Krety, Myken i Hetytów. (s.113). Właśnie około roku 3000 p. n. e. wielki rozkwit przeżywa proto - chińska kultura Yangshao, w Sumerze powstaje pismo, brąz wchodzi do użytku w basenie Morza Egejskiego, Menes w Egipcie zakłada I dynastię, a także powstają hieroglify i kalendarz egipski. Można by rzec, że w tym czasie nastąpił znaczny, jakościowy i nagły, skok cywilizacyjny w tych miejscach.

Lionel Casson, w książce pt. "Podróże w starożytnym świecie", zauważa ponadto, że po roku 3000 p. n. e. ogromnie zwiększyły się możliwości ludzi w zakresie bezpiecznej żeglugi po otwartych wodach ( s.12 ). Dodaje, że latach 3200-3100 p. n. e. na ziemie Grecji, Krety, Egiptu, Hetytów i Mezopotamii dotarły tzw. ludy morza. Jak dodaje: były to ludy... nieznanego pochodzenia. ( s.28 ).

Datą początkową tzw. Długiej Rachuby czyli kalendarza Majów jest dzień 4 Ahau 8 Cumhu. W Wikipedii przeczytałem, że badacze tej kultury najczęściej bazują na wyliczeniach tzw. korelacji Goodmana-Martineza-Thompsona z roku 1935. Wedle tych obliczeń dzień startowy tego kalendarza przypada na sierpień roku 3114 lub 3113 p. n. e. ( wg kalendarza juliańskiego 6.09, a gregoriańskiego 11.08 ).

W 1861 r. August Schleicher dokonał pierwszej rekonstrukcji języka praindoeuropejskiego, która wykazuje wielkie podobieństwo tego języka do sanskrytu. Badania wskazują, że protoplasta języków indoeuropejskich odszedł w zapomnienie gdzieś około 3000 r. p. n. e. Wygląda zatem na to, że i w tym zakresie okres ten znacząco wpłynął na przyszłe zmiany językowe na świecie.

Genetycy ustalili ponadto, że w tym też, mniej więcej, czasie doszło do dość gwałtownej wymiany populacji w Europie. Około 5 - 4,5 tys. lat temu Stary Kontynent zdominowali przybysze ze Wschodu Europy i kompletnie odmienili jej krajobraz genetyczny.

Można chyba zrozumieć, że około 5 tys. lat temu doszło do jakiegoś bardzo doniosłego wydarzenia. Bez pytania i odpowiedzi, co takiego się wówczas stało, nie zrozumiemy przebiegu istotnych wątków naszej historii. Proponowane do tej pory hipotezy sugerują, że koczownicy i ludy pasterskie, nomadowie czy jacyś "post-jaskiniowcy" w powolnym, długotrwałym procesie życia dotarli do punktu, w którym stwierdzili, że teraz będą budować gigantyczne obiekty, piramidy, zikkuraty, posągi, łodzie morskie, stosować nowe odmiany roślin, kuć żelazo itd... I wpadli na takie same lub bardzo podobne kulturowo pomysły techniczne, religijne, społeczne, a nawet prawne. I pomimo tego, że oddaleni byli od siebie oceanem lub wielkimi odległościami kontynentalnymi. Przyznajmy - to nielogiczne.

Wydarzenia sprzed około 5 tys. lat, jakkolwiek je nazwiemy, były początkiem końca pewnej epoki. Epoki, w której na Ziemi dominowała duża, wysoko rozwinięta cywilizacja. Być może nawet o zasięgu globalnym. Upadek jej centrum dał początek lub znacznie rozwinął jej terytoria zależne, które można by nazwać jej koloniami lub pewnego rodzaju gniazdami. Z czasem to one właśnie stały się kolebkami nowych cywilizacji, które do dziś nas intrygują. Uznanie logiki wydarzeń, która wskazuje iż wyłoniły się one z cywilizacji jeszcze starszej, ułatwia ułożenie puzzli naszej prehistorii. Taka hipoteza jest o wiele bardziej prawdopodobna niż hipotezy lansowane w podręcznikach, które uparcie ignorują zapisy biblijne oraz zbieżne z nimi i bardzo często do siebie podobne antyczne opowieści o wielkim wydarzeniu o znaczeniu geograficznym, cywilizacyjnym i kulturowym.

Dzisiaj dysponujemy techniką, która może zbadać ruchy planet i komet w dalekiej przeszłości, mamy sonary oceaniczne, badaczy i znawców pradawnych kultur, języków i map. A jednak uparcie odmawiamy miejsca... prawdzie bez przymiotników. I choć sam Norman Davies przypomina, że "mit o Atlantydzie nigdy się od nas zbytnio nie oddala" (we wstępie do "Zaginionych Królestw"), za uprawnioną przyjmuje się jedynie teorię, w której nie ma miejsca na poprzedniczkę odkrytych już antycznych cywilizacji.

Badanie tego zagadnienia przypomina proces poszlakowy. Analiza zapisów do tej pory odkrytych, a także kamienne pomniki historii prowadzą do wniosku, że istnienie dużej, światowej cywilizacji jeszcze przed rozkwitem tych już znanych, było faktem. Zmitologizowane opisy niektórych postaci i wydarzeń, po ich "odczarowaniu", wykazują wyraźną zbieżność. Badania językowe, antropologiczne, kulturowe oddalonych od siebie krain i państw okresu antycznego także potwierdzają istnienie niegdyś dawnego, dziś zapomnianego, świata.

Żadna ziemska cywilizacja nie jest wieczna. Ale chyba każda tak o sobie myśli. Demoniczna "Tysiącletnia Rzesza" dokonała żywota po 12 latach szaleństwa, okrutny ZSRR skonał po 70 latach, Rzeczpospolita Obojga Narodów czy Austro-Węgry zniknęły z mapy Europy i podobnie jak potężne Cesarstwo Rzymskie czy Bizancjum doczekały zmierzchu swych dziejów. Inne przykłady chyba nie są potrzebne.

Nie inaczej było z ową zaginioną pra - cywilizacją. Biblia wspomina o niej krótko i niejako "między wierszami", akcentując moralny upadek i degenerację ówczesnych obyczajów i stosunków. Podobnie mówi o niej Platon, który opisał pokrótce pogrążanie się tej cywilizacji - najpierw w deprawacji, a później dosłowne... w wodach oceanu.

Nie inaczej może być z nami. Obecna kultura mieniąca się kulturą "naukową" przypomina roślinę, która nie tylko uważa, że nie są jej potrzebne korzenie, ale i nawet nawadnianie. Niczym strumień, który twierdzi, że... nie ma źródła. Globalne proporcje dzisiejszej cywilizacji ludzkiej, pomimo wielu świetnych i twórczych rozwiązań, rokują różne scenariusze wydarzeń, ale na szczęście to nie my jesteśmy Reżyserem Dziejów, chociaż wielu tak bardzo o tym marzy. Gdy zapytano Jezusa Chrystusa o czasy końca, odparł, że będą one podobne do... czasów Noego.

Najprostszym sposobem by ludzie nie wyciągali wniosków z historii jest... zaprzestanie jej nauczania, a tym bardziej wnioskowania z niej. Zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i zbiorowym. Kiedyś "badacze" postanowili, że nie będą o Biblii mówili, z niej korzystali, czy jej zapisom wierzyli. I tak oto wielu uczonych wręcz boi się dziś przyznawać, że z niej korzysta. Ich strata...

Powróćmy zatem do dawnych czasów. Rzućmy okiem na kilka zagadnień, które choć trochę mogą rozruszać naszą wyobraźnię i skłonić do zastanowienia.

1. Biały, brodaty mężczyzna

Niemal każdy z ludów amerykańskich za najważniejszą postać w religii i historii uważał białego, brodatego mężczyznę, o jasnych oczach i włosach. Majowie nazywali go Kukulkan, Quiche - Votan, Aztekowie - Quetzalcoatl, Indianie z Brazylii - Tupi lub Same, z Kolumbii - Zuhe, z Argentyny - Tamandare, z Gwatemali - Condoy, a z Wenezueli - Tsuma.

Przybył on zza morza, od wschodu, wraz z innymi cudzoziemcami. Nauczył ich rzemiosła, rolnictwa, astronomii, medycyny, kalendarza, sztuki itd. Starał się odwieść ich od składania ofiar z ludzi. Odpłynął potem do swej ojczyzny - na "czerwony i czarny ląd, gdzie wschodzi słońce". Zapowiedział także, że albo on albo któryś z jego potomków powrócą tu, by władać tą ziemią.

W pradawnym Egipcie jednym z bóstw był Amon - brodaty mężczyzna z piórami. Zaszczytnym tytułem u Majów był tytuł Ahmen - Ten Który Wie, zastrzegany lekarzom, czarownikom i astronomom. Aztecki Quetzalcoatl, czczony był także jako Ten Który Dzieli Wody i Wynalazca Trójzębu. Nosił więc także imię Imimitl czyli Harpun. Platon trójzęba umieszcza w dłoni Posejdona, twórcy Atlantydy, zaś w Egipcie przybyszów z Zachodu zapamiętano jako ... harpunników. Inny bohater Majów to Itzamna. "Itza" oznacza białych ludzi. Stele Majów przedstawiają ich jako brodatych ludzi o wąskich, długich nosach i europejskich rysach twarzy.

Zarówno w Ameryce, jak i w Grecji (i nie tylko) twórców cywilizacji wskazywano jako tych, którzy przybyli po wielkim potopie. Nie dziwią więc reakcje XVI-wiecznych Amerykanów na przybycie białych ludzi. Na przykład Cortesa nazywali mitycznym imieniem Calion (w Grecji Deukalion - ten, który ocalał z Potopu). Zwróćmy uwagę choćby i na to, że sam Montezuma nosił brodę i uparcie powtarzał na spotkaniach z Cortesem, że od dawna na nich czekali, i że na pewno są ze sobą spokrewnieni.

Temat nakreślam pokrótce, wskazując na fakt wydarzenia wielkiego potopu, odnotowanego niemal wszędzie na globie, i który rozbił centrum ówczesnej cywilizacji, a także geograficznie oddalił od siebie puzzle "mozaiki" tej kultury. Biały brodaty mężczyzna i jego rodzina mogą kojarzyć nam się z samym Noem lub jego synami. Wcale nie jest nieprawdopodobne, że w tym czasie pojawiali się w różnych miejscach na całej Ziemi, już zmienionej geograficznie i zapewne atmosferycznie, co wskazuje na zmniejszenie rozmiarów i skrócenie długości życia na planecie. Z czasem Noe lub jego synowie oraz ich towarzysze zostali zmitologizowani, a ich "pomniki" stały się przedmiotem kultu.

2. Artefakty

Egipcjanie wierzyli, że ich ojcowie przybyli z zachodu; Majowie - że ze wschodu. Prakultury Olmeków, Egiptu, Sumeru, Chin czy Indii pojawiły się nagle w podobnym czasie. Około 5 tysięcy lat temu. Poza wieloma różnicami, nieuniknionymi i oczywistymi, jest sporo podobieństw - wyraźnych poszlak wskazujących na podobne korzenie kulturowe. Rzecz jasna mogę jedynie o nich napomknąć, odsyłając do innych, świetnych i drobiazgowych opracowań.

A. Podobne opowieści o potężnych twórcach kultury i cywilizacji, którzy przybyli z innej krainy

B. Piramidy. Podobieństwo zwłaszcza piramid schodkowych w Mezoameryce i Egipcie. Gigantyzm architektoniczny. Kamienne budowle rzucające wyzwanie samemu czasowi.

C. Astronomiczne i kalendarzowe orientacje budowanych obiektów

D. Sztuczne brody faraonów egipskich oraz protoplasty Itzamna w Ameryce.

E. Podobieństwa religijne - życie wyłaniające się z morza, ląd wychodzący z morza

F. Praktyka wydłużania czaszek w Egipcie, Ameryce i niekiedy w Europie.

G. Obrzędy i wspominanie dnia zagłady w tym samym okresie, obecne w niemal każdej kulturze. Majowie i Egipcjanie wspominali o nim na przełomie października i listopada.

H. Mity o kilku falach migracji przybyszów, ludów morza - obecne w kulturach Irlandii, Walii, Hiszpanii, Portugalii, Galii, Italii, Grecji, Egiptu, Tunezji i Anatolii.

I. Hieroglify zarówno w Egipcie, jak i w Mezoameryce

J. Fascynacja "magią" i z czasem "ubóstwienie" herosów i władców. Bałwochwalstwo.

K. Nagłe pojawianie się na danym terenie nowych kultur. Rozwiniętych już wcześniej w innym miejscu. Wystarczy zajrzeć do opisów źródłowych powstania tych cywilizacji.

L. Opisy dekadencji, które towarzyszyły dawnemu światu, zanim przeminął i zniknął z mapy.

M. Zbieżne mity o Wielkiej Wodzie, ocaleniu jednej rodziny, arce lub "trumnie" na wodzie, niedowierzaniu budowniczemu arki przez współczesnych mu ludzi oraz o zwierzętach i roślinach w arce.

3. Język, mowa

Nie jestem etymologiem, jednak przekonują mnie argumenty badających język i języki świata. Można śmiało stwierdzić, że także w języku ukrywa się historia. Mowa mówi o nas samych, a czasem tylko w słowach i pojęciach możemy odnaleźć choćby echa ścieżek ludzkich wędrówek.

Prajęzyk, tzw. język Adama, wydaje się niemożliwy do odtworzenia. Jedni sugerują, że był nim hebrajski, inni, że sanskryt, a jeszcze inni, że był on podobny do języka Baktrów, Zendu i Indów (objawienia Anny Katarzyny Emmerich ). Nie dowiemy się tego. W każdym razie nie dziś. Znowu jesteśmy zdani na poszlaki, ale dobre i to. Już same podobieństwa słów i nazw w różnych kulturach mówią naprawdę sporo.

Okazuje się, że język Majów przypominał... ormiański lub ugrofińskie języki używane w zachodniej Turcji. Ten język był spokrewniony z etruskim i trojańskim. Według Platona Etruria wchodziła w skład Ludów Morza, a Trojanie byli ich krewnymi. Możemy więc domyślać się globalnych rozmiarów owej pra - kultury. Sam Platon krainę za słupami Heraklesa nazywał Atlantydą. Tymczasem Aztekowie krainę na wschodzie nazywali Aztlan.

Pomimo dominacji języków indoeuropejskich do dziś oparły się im właśnie języki kaukaskie oraz język baskijski. Baskowie uważają się za najstarszy naród w Europie. Ich język jest spokrewniony z językami kaukaskimi, a te z kolei wykazują podobieństwa z językami z Tybetu i starożytnego Sumeru.

Gdy uważnie przeanalizujemy etymologię nazw wielu miast, państw, narodów oraz innych słów możemy dostrzec w nich przynajmniej informację o migracji danej grupy etnicznej, a to już coś. Jeśli dostrzeżemy podobieństwa w nazewnictwie pojęć i rzeczy w oddalonych od siebie krajach, wówczas możemy wyciągnąć wniosek o kontaktach międzykulturowych, językowych, o których do tej pory nie wiedzieliśmy. A kto wie, czy nie były one nawiązane już w czasach sprzed 5 tysięcy lat, lub nie są wskazówką potwierdzającą istnienie prajęzyka.

Znany badacz i kongresman amerykański, Ignatius Donelly, zbadał język jednego z plemion w Meksyku - Chiapanec. Doszedł do wniosku, że ich język jest spokrewniony z językiem... hebrajskim. W 1519 r. aztecki wódz, Montezuma, witając hiszpańską armadę, oznajmił m. in: "Już od dawna wiedzieliśmy z pism naszych przodków, że ani ja, ani żaden z ludzi zamieszkujących ten kraj nie jesteśmy tubylcami, lecz obcymi, którzy przybyli tu z innych stron."

Etymologia nazw państw, narodów i krain mówi nam bardzo wiele. Oto kilka przykładów:

A. Armenia - w języku Ormian nazywa się Hajastan, od Haika, prawnuka Noego

B. Gruzja - w ich języku to Kartwelia, od Kartlosa, prawnuka Noego

C. Egipt - w hebr. i arab. Micraim. To przecież imię wnuka Noego, a syna Chama

D. Czeczenia - w ich języku to Noxci, co może oznaczać pług, ale i ... samego Noego

E. Kraków założył ... niejaki Krak, zwany niekiedy Grakchusem

F. Indie, Iran, Persja - oznaczają w ich językach "kraj Ariów"

G. Polska to nie tylko Polanie, ale i Lechistan lub Lachistan, co wskazuje na Lecha

H. Grecja to Hellada, od plemienia Hellenów

I. Italus to odmiana słowa Atlas, co czyni zrozumiałym etruskie korzenie Italii

J. Weneci założyli m.in. Wenecję i żyli m.in. nad Zatoką Wenedzką (dziś: Gdańska). Wenedowie (Wenden) to przez długi okres niemieckie określenie swych sąsiadów na Wschodzie - Słowian

K. Sumer to kraina Szinear, wspomniana w Księdze Rodzaju 10.10

L. Węgrzy mają wywodzić się od Magora, potomka Nimroda, budowniczego Wieży Babel. To by czyniło zrozumiałym, dlaczego tak trudno ich zrozumieć.

M. Francja pochodzi od germańskiego plemienia Franków, po łacinie także Galia, od celtyckich Gallów

N. Hiszpania to także Iberia, ale łacińska nazwa koresponduje z fenickim słowem "i-spn-ya" - Fenicjanie żyli także tam i założyli miasto Gadir ( Kadyks)

O. Czechy to nie tylko potomkowie Czecha, ale także Bohemia (łac), od celtyckiego plemienia Bojów

P. Brytania kojarzy się z niedaleką Bretanią, także celtycką, co wskazuje na pradawne pokrewieństwo Bretończyków i Brytów.

Q. Meksykański nauczyciel zestawił słownictwo plemienia Chiapanec z Meksyku z pojęciami w języku hebrajskim. Kilka przykładów: syn - been i ben, ojciec - abagh i abba, król - Molo i Maloc, Bóg - Elab i... Elab, syn Seta - Enot i Enosz, dawać, dać, dar - votan i votan, córka - batz i bath, gwiazda - chimax i chimah, wrzesień - tsiquin i tisziri, więcej - chic i chi.

R. Fenicjanie nazywali siebie Bani Kanaan, czyli Dzieci Kanaanu.

Językoznawcy, m. in. Siergiej Starostin i John Bengston, dokonali grupowania języków. Jedną z grup są języki tzw. kaukaskie lub hipotetyczna makro rodzina językowa dene-kaukaska. Naukowcy zaliczają do niej m. in. języki: chińsko-tybetańskie, baskijskie oraz na-dene z Ameryki Północnej. Niektórzy dodają do nich sumeryjski. Badania trwają i wielu uczonych poszukuje śladów prajęzyka. Już same podobieństwa i pokrewieństwa przemawiają za tym, by uznać za fakt to, że kiedyś, dawno temu, ludzkość mówiła jedną mową. Jeśli faktycznie po tysiącu lat w języku pozostaje ok 25 % słownictwa z danego okresu, być może ktoś kiedyś skonstruuje algorytm dokonujący takiej analizy wstecz. Do wspólnych źródeł.

4. Przybysze

Fenicjanie, nazywający siebie dziećmi Kanaanu, zasługują na szczególną uwagę. Obok ich intrygujących pomysłów cywilizacyjnych (pismo alfabetyczne, pieniądze, mydło) zastanawiają ich zdolności organizacyjne i talenty podróżnicze. Wytropiono ich ślady w Kanaanie, Grecji, Italii, Egipcie, Kartaginie, Malcie, Ibizie, Sardynii, Brytanii, Turcji, Hiszpanii, a nawet Azorach i ... w Ameryce.

Pierwsze wzmianki o nich oraz ich cywilizacji datowane są, a jakże, na około 3000 rok p. n. e. Nieodparcie pojawia się myśl, że i oni przybyli z innej krainy. Podobnie jak Egipcjan oraz Kreteńczyków przedstawiano ich w kolorze czerwonym. Naukowcy są podzieleni co do ich pochodzenia, jednak wydaje się prawdopodobne, że i oni wchodzili w skład tzw. Ludów Morza, którzy około 5 tys. lat temu pojawili się w tak wielu miejscach na Ziemi.

Po upadku Krety to oni zapanowali na morzach. Portugalscy kolonizatorzy Brazylii już w XVI wieku odkrywali w niej, także w głębi lądu, inskrypcje staro semickie, które kojarzone są właśnie z Fenicjanami z Kartaginy.

Możemy spekulować w jakim celu Fenicjanie zbudowali Gadir (Kadyks). Czy port ten służył jedynie do celów handlowych na trasie Afryka - Brytania - Europa, czy służył także do kontaktów przez... ocean. Nie wiemy tego, jednak jeśli starożytny historyk Pauzaniasz miał rację, gdy twierdził, że na zachodzie, na oceanie, znajduje się wyspa, której mieszkańcy mają czerwoną skórę, a włosy podobne do końskich ogonów, wówczas port w Gadir mógł mieć o wiele większe znaczenie. Nie tylko handlowe.

Baskowie. Nie wiadomo skąd się wzięli na wybrzeżach oceanu, które dziś należą do Hiszpanii i Francji. Ich język wykazuje pokrewieństwo i podobieństwo z językami kaukaskimi, zaś sama populacja Basków wykazuje odrębne i unikatowe cechy genetyczne. Zapewne jest to efektem ich kulturowego separatyzmu, trwającego tysiące lat. Możemy jedynie spekulować czy prawdą jest twierdzenie Basków, iż są najstarszym narodem w Europie, podobnie jak i ich język.

Jeśli istnieje podobieństwo języka euskadi ( baskijski ) do języków kaukaskich (gruziński np.) oraz chamickich (Kanaan), a nawet do niektórych narzeczy Indian, wówczas możemy postawić hipotezę, że i oni byli wśród Ludów Morza, które opuściły swoją macierzystą krainę i osiedliły się na kontynencie. To tylko przypuszczenia, jednak towarzyszą im mocne poszlaki.

Najstarszym językiem indoeuropejskim w Europie jest język litewski. Zachował on sporo archaizmów językowych, które są ważnym śladem naukowym. Panuje znaczna rozbieżność co do tego kim byli i skąd się wzięli Bałtowie i Słowianie. Żeby było ciekawiej ten tygiel etniczny wzbogacali niejacy Wenetowie (Wendowie), którzy zamieszkiwali wybrzeża Bałtyku oraz krainę nad Wisłą. Przed długie wieki Gallowie, Germanie czy Finowie nazywali wschodnie dla nich ludy

Venetami, Vendami i Wandalami. Badacze badają ich pokrewieństwo i bliskość ze Słowianami oraz Litwinami, Łotyszami i Estończykami.

Nie rozstrzygniemy tego, jednak skoro językoznawcy sugerują italskie pochodzenie języka Wenedów, wówczas mogą mieć oni rzymskie, a nawet etruskie pochodzenie. Tak więc i oni mogli być częścią Ludów Morza, które kiedyś przybyły w te krainy. A oni także przechowywali pamięć o kataklizmie, który pochłonął nadbrzeżne miasta. Dziś jedną z poszlak dają nam badania językowe. Litwa, czyli Lietuva, może pochodzić od rzeki Liety, ale także od łacińskiego słowa litus, czyli nadmorski. "Lithos" to także, po grecku, "kamień". XV-wieczny kronikarz Jan Długosz zanotował, że mowa Litwinów jest łacińska, z małymi tylko odmianami.

5. Dziury w zbiorowej pamięci

Platon w swych pismach analizował m. in. sytuację społeczną i kulturową, która towarzyszy cywilizacji po jej upadku. W swoich dialogach wskazywał, że w przypadku wielkiego kataklizmu, potopu itp. zdarzeń, po takim wydarzeniu nadchodzą wieki ciemne. Ocalała reszta niejako cofa się w rozwoju. To by mogło wyjaśniać, dlaczego mamy kłopoty z "namierzeniem" korzeni i źródeł cywilizacji, które ok. 5 tysięcy lat temu pojawiły się na arenie dziejów. Po okresach gwałtownych wydarzeń geologicznych lub klimatycznych pojawiają się w naszej historii "dziury", okresy jakby nieobecne i zupełnie zapomniane. Wielu historyków musi się zdać na porównywanie legend i opowieści, z których większość nie była spisywana, a jedynie przekazywana ustnie z pokolenia na pokolenie. Musiało upłynąć sporo czasu, by ktoś rozpoczął ich zapisywanie. Poza tym trzeba je jeszcze "odczarować" z pewnych mitów i próbować łączyć poszlaki w bardziej lub mniej prawdopodobne hipotezy.

Na szczęście podobieństwa pomiędzy oddalonymi od siebie kulturami pozwalają przynajmniej zadawać pytania, które i tak cię cisną na usta... Być może trzeba powtórzyć za Platonem, że w kwestii naszych początków winniśmy zaufać przodkom, gdyż te sprawy przerastają nasze możliwości. Czy stać nas jednak na tę pokorę wobec Tajemnicy Dziejów? Zwłaszcza dziś, gdy wielu ludzi żyje w iluzji życia bez problemów, bez przemijania, bez pytań natury egzystencjalnej.

Papież Franciszek w encyklice "Światło wiary" wskazał i to, że dziś można powiedzieć o wielkim braku pamięci współczesnego świata. Faktycznie... Kiedyś w każdej kulturze istotna była pamięć o przodkach, o tym co nam przekazali, opowiedzieli i pozostawili jako dziedzictwo. W bardziej lub mniej zniekształcony sposób przekazywano z pokolenia na pokolenie przynajmniej wspomnienie i echo pradawnych dziejów.

Jaką opowieść snujemy dziś młodym ludziom? Czy dowiedzą się z niej kim są, skąd pochodzą i ... po co żyją?

Płonący wzrok księcia Henryka Żeglarza

Historia odkryć geograficznych jest fascynująca. Czytając opowieści o dzielnych podróżnikach sprzed wieków najczęściej zajmuje nas sam fakt i czas dokonanego odkrycia. Jednak towarzyszące im realia nie zawsze zwracają naszą uwagę. Tymczasem drobne i niepozorne zbiegi okoliczności i nie odnotowane w dziennikach sekrety mają również swoją wagę ciężkości.

Oto przykład. Pilotem i kartografem pierwszej i potem drugiej wyprawy Kolumba, był Hiszpan Juan de la Cosa, właściciel La Gallegi, przemianowanej na Santa Marię. To on był autorem mapy z 1500 r. z konturami Zatoki Meksykańskiej i Kubą jako wyspą, choć wówczas jeszcze nie wiedziano, iż ona nią jest. Co istotne, Juan de la Cosa rzekomo dostał się później do niewoli tureckiej. Podobno pracował dla admirała Piri Reisa, którego mapa z 1513 r. wskazuje wybrzeża Ameryki Południowej, a nawet Antarktydy, odkrytej ponad 300 lat później. Być może jednak Juan wcale nie przebywał w Stambule jako więzień, a może to stamtąd właśnie uzyskał tajne i nieznane mapy, które docierały do niektórych dworów przeróżnymi, czasem szpiegowskimi drogami.

Sam fakt, iż został pilotem pierwszej, najważniejszej wyprawy seniora Colombo mówi o wielkim zaufaniu, jakie do niego żywiono. Jego wiedza, a także doświadczenie podróżnicze wiodą nas do dwóch kwestii: Albo odwiedził wcześniej miejsca wskazane na swych mapach, albo korzystał z nieznanych nam źródeł kartograficznych. Domyślamy się, że, podobnie jak dziś, także wówczas dwory i wypływowe osoby utajniały i chroniły swoje informacje.

Poufne, znane jedynie nielicznym, pisma, mapy i informacje zawsze miały i mają znaczenie. Co szczególnie inspirujące, na wiele odkryć pozwoliły mapy, które ktoś kiedyś skopiował z jeszcze starszych źródeł. Czasami właśnie z epoki starożytnej.

Trzeci syn króla Portugalii, książę Henryk Żeglarz, od 1417 r. wielki mistrz Zakonu Rycerzy Chrystusa, na atlantyckim przylądku Sagres stworzył centrum kartografii, astronomii, nawigacji, meteorologii, budowy okrętów i kuźnię szlifu talentów przyszłych odkrywców nowych ziem i kontynentów. To tam pewnego dnia przybył mestre Jacomo, Żyd z Majorki, który przywiózł ze sobą mapy i instrumenty, by je przekazać Portugalczykom.

Nie wiemy co konkretnie przywiózł ze sobą Jacomo, ale dworzanie księcia odnotowali, że od czasu spotkania z tym mieszkańcem Majorki, Henryk pracuje z nim po całych nocach, chodzi blady i z płonącym wzrokiem. Co takiego ujrzał, iż później z tak wielką determinacją wysyłał kolejne odkrywcze wyprawy? Co takiego miał przed sobą, że jego żeglarska akademia stała się wręcz wylęgarnią nowożytnych odkrywców?

Zagadka dawnych map

W 1929 r. w Stambule, w pałacu Topkapi, odnaleziono mapy tureckiego kartografa Piri Reisa. Był on nie tylko kartografem ale także admirałem floty Imperium Osmańskiego. Mapy te pochodzą z początków XVI wieku. Na szczególną uwagę wśród nich zasługuje mapa, której powstanie datuje się na rok 1513. Przedstawiono na niej m. in. nie odkryte wówczas jeszcze dla Europy wybrzeża dzisiejszej Brazylii oraz... część linii brzegowej i wysepki kontynentu, o którym, przynajmniej oficjalnie, świat jeszcze nie wiedział. Chodzi o wybrzeża... Antarktydy.

Naukowcy uważają, że takie "kłopotliwe" dawne mapy są najprawdopodobniej kopiami jeszcze starszych map. Uczeni z Berlina postawili tezę, że także ta z roku 1513 może być kopią jednej z map z biblioteki aleksandryjskiej. Biblioteka ta spłonęła w roku 47 przed Chrystusem. Otwartym pytaniem pozostaje, skąd w starożytnym Egipcie mapa odległego kontynentu. Oto kolejna zagadka z antycznego świata.

Antarktikos po grecku oznacza leżący naprzeciw Arktikos, czyli Północy. Tak więc także niektórzy Grecy wiedzieli "co nieco" o istnieniu Arktyki i... Antarktyki. Z kolei Kris i Jo van den Driessche, na 127 str. książki "Globalna katastrofa", piszą, że mapa z roku 1513 jest kompilacją ok. 15 starszych map posiadanych przez admirała. Dodają także, że Aleksander Wielki opisał te mapy już w IV wieku p. n. e. Tym niemniej zagadka pozostaje zagadką.

Podręczniki datują odkrycie kontynentu Antarktydy na wiek XIX, czyli ponad 300 lat "po czasie" mapy z 1513 r. Pierwszy człowiek miał zejść na jej ląd podobno w roku 1895, a jej linie brzegowe wyrysowano dopiero w XX wieku. Ponadto badania mapy Piri Reisa, prowadzone w latach 50 tych i 60 tych XX w., wskazują, że staje się ona kartograficznie precyzyjna dopiero po nałożeniu jej na globus. Pojawiły się więc spekulacje, że starożytna kopia tej mapy może być kopią... fotografii wykonanej z bardzo dużej wysokości. Być może fotografii satelitarnej. Ta hipoteza zostanie oczywiście odrzucona jako "spekulacja". Ok, w porządku.

Gavin Menzies w swej książce "1421 - rok, w którym Chińczycy odkryli Amerykę i opłynęli świat" stawia tezę, że to Chińczycy mogli być pierwszymi autorami map Ameryki Południowej i skrawka Antarktydy. Być może ma rację, jednak na mapie z 1513 roku nie ma zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej (a chyba stamtąd przypłynęli Chińczycy), a jest Afryka, a nawet Półwysep Iberyjski w Europie. "Chiński trop" wydaje się nietrafiony.

Niezależnie od samego badania dawnych map, na szczególną uwagę zasługuje także to, że w świecie arabskim znaleźli się ludzie, którzy zachowali część antycznego dziedzictwa ludzkości. To dzięki wielu arabskim uczonym nie zaginęły w mrokach dziejów dzieła Platona, Arystotelesa, zapiski z Persji, Egiptu, Sumeru czy inne antyczne "perły". Nowożytna inspiracja do odkryć nowych lądów i podjęcia nowych wyzwań przez ludzkość ewidentnie przyszła ze Wschodu. A to z kolei doprowadziło do ponownego "spotkania" kontynentów i cywilizacji.

Wróćmy jednak na Antarktydę. Oto w 1531 r. pojawia się ona na mapie Orontiusa Finaeusa, a w 1538 także u Mercatora, również o 300 lat "za wcześnie". A jeszcze na sto lat przed nowożytnym odkryciem kontynentu pojawia się ponadto mapa Philippe Bauche'a. Datowana na rok 1733 mapa Antarktydy przedstawia ją bez lodu! Z rzekami, przesmykami i górami... Z jakiej kopii korzystał? Kto i kiedy mógł sporządzić oryginał? Czyżby ci, którzy pamiętali świat sprzed epoki lodowcowej? A to by znaczyło, że jej nastanie wcale nie trwało aż tak długo, jak się to sugeruje.

Podobno 70 % albo i więcej słodkiej wody na Ziemi znajduje się w lodach Antarktyki. Jak wyglądał świat zanim go tam zgromadzono? Jak wyglądała Ziemia przed tym wydarzeniem? I kto kiedyś to widział? Czy nauka jest gotowa na zmierzenie się z tajemnicą? A może zamknie ją w skrzyni i złoży w wielkim magazynie innych zagadek, którego istnienie sugeruje film pt. "Poszukiwacze zaginionej Arki"?

Pamięć

Patrick Modiano, francuski laureat nagrody Nobla z roku 2014, zwraca uwagę czytelników na delikatną ale istotną kwestię ludzkiej pamięci. W swoich książkach opowiada m. in. o tym, że pamięcią łatwo się manipuluje. Jest to bardzo ważne, gdyż często wspomnienia grają główną rolę w naszym widzeniu samych siebie. Zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i zbiorowym.

Czy nie jest to trafna obserwacja? Jak najbardziej. Pisał już o tym św. Augustyn, borykając się z rolą pamięci w naszym widzeniu świata i samych siebie. Zastanawiam się, czy pamięć nie odgrywa zatem kluczowej roli w prostym pytaniu: skąd jestem? A takie pytanie wiedzie nieuchronnie do następnego: kim jestem?

Carl Gustaw Jung uznał, że dobra natura oszczędza i nie stawia takich pytań zbyt wielu ludziom. Większość z nas po prostu nie zastanawia się nad tym. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Podobno nadmiar myślenia jednak szkodzi.

Jeśli już jednak dotykam tego tematu, zauważę, że pamięć indywidualna i zbiorowa ma wielkie znaczenie dla dnia dzisiejszego. Przecież wczoraj to dziś, tyle, że wczoraj. Warto zatem zwrócić uwagę na to, jak owe "wczoraj" opisują dziś choćby podręczniki szkolne. One, od naszego dzieciństwa, bardziej lub mniej nas "urabiają" i formują w nas widzenie tego, co się zdarzyło w historii i jak przebiegały dzieje. Jako przykład podam choćby podkreślania rangi tzw. zjazdu gnieźnieńskiego w 1000 r. Wielu z nas nauczono jakie to było ważne, doniosłe i fantastyczne. Zapominamy o perspektywie i punkcie, z którego obserwujemy. Niektórzy nawet utożsamiają się z jakimś królem czy księciem, a przecież wielu z nas równie dobrze w tamtym czasie mogła przypaść rola chłopa, niewolnika czy kmiecia, któremu zabrano cały majątek na wystawną ucztę monarchy. Tej perspektywy w podręczniku nie znajdziemy.

To drobny przykład wpływu treści podręczników na zbiorową, tzw. "typową" pamięć. Wielu ludzi nazywa to tradycją, bo "tak musi być", bo "bez niej nie jesteśmy tym, kim jesteśmy", bo "to określa naszą tożsamość" itp.. Czyli sami przyznajemy rację francuskiemu nobliście w kwestii wielkiego wpływu pamięci, także tej "urobionej", na nas samych.

Banalne są te moje wywody, to prawda. Ale takie proste wnioski uważam za potrzebne. Choćby po to, by z dystansem i pewną rezerwą odnosić się także do współczesnych "bezdyskusyjnych" treści. Zwłaszcza historycznych. I wcale nie chodzi mi o szczegóły bitew, układów, spisków czy traktatów. Chodzi o antropologię. O klasyczne pytanie: skąd i dlaczego jesteśmy? Jaką odpowiedź dają nam w tej sprawie dzisiejsze podręczniki? Jaki efekt przynosi ona w naszym dzisiejszym myśleniu o sobie? Odpowiedź brzmi: jesteśmy znikąd, a konkretnie jesteśmy "przypadkowym produktem procesu ewolucji".

To po prostu nieprawda. Na dodatek bardzo smutna, pogrążająca miliony ludzi w bezsensie i beznadziei. Bo jaką perspektywę ma przed sobą człowiek znikąd? Przecież wiadomo, że zmierza donikąd. Tak właśnie dzisiaj wygląda zbiorowa pamięć.

Sprawia to wrażenie "odduchowienia" człowieka. Sugeruje, iż jest on wyłącznie mięśniowym mechanizmem, czyli "dziwnym kładem". Osobowość, charakter - wyrazy duchowości

- zredukowano do procesów neuronowych w mózgu. W efekcie naszą tożsamość łączymy jedynie z widzialnym ciałem, z widzialną materią. A ta, jak wiemy, przemija, rozpada się. I to nas przeraża.

A jednak na pogrzebach przynajmniej niektórzy myślą o zmarłym w taki sposób: umarł, a przy okazji umarły jego problemy i troski. To cichy ale wyraźny triumf ducha. Wypada mi więc tylko powtórzyć za św. Pawłem i św. Janem Pawłem II - "ducha nie gaście..."

A pamięć odświeżcie.