50 najlepszych kaset, które wyrzuciłem podczas przeprowadzki - Paweł Miecznik


Reflow text when sidebars are open.
Nie słuchałem kaset od... no właśnie, od kiedy? Kiedyś miałem potężną kolekcję nagrań z radia, z pożyczanych płyt winylowych, potem kaset nagrywanych z kompaktów. Ale później CD się upowszechniły i zacząłem je kupować, bo dźwięk lepszy, bo się nie wkręcają, bo łatwo przeskakiwać utwory, bo nie trzeba zmieniać stron.
Moim oczkiem w głowie przestał być magnetofon kasetowy, jego miejsce zajął odtwarzacz CD, a potem zaczęło się prawdziwe życie, gdzie wieża, kolumny i walkman idą w kąt.
Ale wracając do tematu, ostatni raz słuchałem kaset w latach 90. Kupiłem wtedy nawet jakąś miniwieżę, bo stara wieża i wielkie kolumny były za duże i za głośne. Miniwieża miała magnetofon dwukasetowy, na którym raz (słownie: raz) przegrałem jakąś taśmę, oprócz tego z kilkadziesiąt razy odtwarzałem stare kasety. Nowych kaset nie było, zastąpiły je kompakty.
Czyli - kiedy? Na pewno przed 2000 rokiem. Po przeprowadzce w 2000 próbowałem włączyć magnetofon w miniwieży, ale okazał się być zepsuty. Wcześniej jakoś nie był mi potrzebny. Więc to nie był pewnie rok 1999 ani 1998. Może zatem 1996? Dobrze, przyjmijmy uroczyście rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty szósty jako rok ostatniego słuchania kaset.
Dlaczego to ważne? Otóż rok ostatniego słuchania kaset potrzebny mi był do podjęcia ostatecznej, męskiej decyzji podczas przeprowadzki w roku 2008. Jeżeli kaset nie słuchałem więcej niż 10 lat, nie zabiorę ich ze sobą do nowego domu. Przyszedł czas rozstania. Otworzyłem wielki karton, sto, nie, nie sto - na pewno więcej, może dwieście, może trzysta małych pudełek. Wyrzucamy.
Jakieś niepodpisane starocie. Do czarnego worka. Chłopcy z Placu Broni, Sztywny Pal Azji - ja to kupiłem? Niemożliwe. Do wora. Eleni (skąd się tu wzięła?), Opole osiemdziesiąt ileś, Maryla Rodowicz - do wora, do wora, do wora.
Przy "Heaven and Hell" Black Sabbath ręka mi drgnęła. Moja pierwsza oryginalna zachodnia kaseta. Pamiętam, jak ją kupowałem...
Wspomnienia są wrogiem porządków.
Uzbroiłem się w butelkę czerwonego wina, zapodałem na komputerze You Tube i rozpocząłem podróż w przeszłość.
To było na bazarze na Wolumenie. Nie wiedziałem, co to za zespół. Ale kiedy na okładce zobaczyłem anioły palące papierosy i trzaskające w karciochy, od razu zrozumiałem, że coś w tym musi być. Miałem odłożone pieniądze na jeden zakup, a konkurencja była silna. Na stoliku było wiele kaset nic mi nie mówiących zespołów, ale spodobały mi się dwie. Upadłe anioły i dłoń trzymająca żyletkę. Wybrałem anioły.
To bardzo miła chwila, kiedy nic nie wie się o muzyce, która za moment rozbrzmi z głośników. Niepewność, oczekiwanie, zaskoczenie, nieraz - rozczarowanie. Ale kiedy usłyszałem "Neon Knights" rozczarowania nie było. Łomot, łomot, łomot, a potem przeszywający ściany głos Ronniego Jamesa Dio. Jak się ma naście lat, łomot w muzyce jest najważniejszy na świecie.
R.J. Dio - warto mu poświęcić zdanko. Wokalista wielki głosem, ale niezbyt imponującej postury. Ozzy Osbourne, którego Dio zastąpił w składzie Sabatów, nie darzył go ponoć sympatią. Doszło do tego, że gdy występowali razem na jakimś festiwalu, Ozzy na drzwiach swojej garderoby na wysokości metr dwadzieścia powiesił kartkę "No Dwarfs Allowed".
Ale - zaraz. Czy zamiast powtarzać plotki, nie powinienem pierwej wyjaśnić, co to takiego bazar na Wolumenie? Wolumen to ulica na Wawrzyszewie. W jednym ze swoich znaczeń słowo "wolumen" wiąże się z obrotem giełdowym. A więc bazar na Wolumenie - jak najbardziej. Wolumen to ulica jeszcze XIX-wieczna. Współczesny Wawrzyszew, z szarymi blokami zbudowanymi w latach 70. przede wszystkim dla pracowników Huty Warszawa, żeby mieli blisko do pracy, to miejsce bardzo literackie. Ale nie w przenośni, tylko dosłownie. Ulica Szekspira krzyżuje się z Tołstoja, Tołstoja z Balzaka, Balzaka z Sokratesa, za nimi śpieszą Dante, Wergiliusz, Reymont i Andersen. Całość przecina arteria z Kasprowiczem jako patronem (biegnąca w stronę Żeromskiego), a z pewnego oddalenia czuwa nad wszystkimi Samuel Bogumił Linde. Pewnie jak sobie o świcie suwnicowy z Horacego spotkał piecowego z Petofiego, to raźno im się szło Czechowa w stronę "zakładu pracy".
Bazar na Wolumenie pełnił w latach 80. rolę "peraka" czyli perskiego jarmarku. A perski jarmark, jeśli kto nie wie, to z definicji "jarmark, na którym sprzedaje się rzeczy często niedostępne w sklepach, zwykle starocie". W PRL-u w sklepach były zwykle niedostępne nowości, a może w ogóle towary były "często niedostępne". Na Wolumenie kupowało się wszystko; wcześniej "perak" był na Mariensztacie, później - na Spójni. W tym czasie Wolumen zmienił się w giełdę elektroniczną i książkową. Obecnie w dni powszednie jest to bazar spożywczy, a w weekendy - z elektroniką. Jeśli komuś zniknęło radio z samochodu albo komórka z kieszeni, często mógł tam je znaleźć.
Ale w połowie lat 80. Wolumen był centrum handlu muzyką. Właśnie tam kupiłem zdecydowaną większość swoich kaset.
Do kosza leci kaseta: Black Sabbath "Heaven and Hell"
O tej piosence słyszałem wiele dobrego. Swego czasu, czyli bodaj w roku 1980. Ale nieprędko dane mi było ją usłyszeć.
Na Wolumenie były oczywiście zachodnie płyty. Wielki wybór. Ale kosztowały tyle, co średnia pensja (za jedną). Jak wiadomo, pieniądze nie są najważniejsze. W socjalistycznym obrocie towarowym były chyba najmniej ważne. Żeby coś kupić trzeba było mieć talony, znajomości, a najlepiej dolary. Złotówki były na szarym końcu. Żeby za złotówki kupić coś, czego nie było w sklepie (a w sklepach mało co było), trzeba było w komisie lub na bazarze wydać fortunę.
Oczywiście istniały rozwiązania pośrednie. Czymś takim były kasety nagrywane. Obecnie powiedzielibyśmy - pirackie, ale wówczas nie było możliwości normalnego kupowania.
Kaseta nagrywana była przygotowana zupełnie chałupniczą metodą. Wykupywano zalegające księgarnie kasety Adama Zwierza czy Alibabek (bez urazy), zdzierano i wyrzucano etykiety, a na ich miejsce przygotowywano metodą fotograficzną nowe. Metodą fotograficzną - czyli po prostu robiono odbitki na papierze foto i wycinano je nożyczkami (co można było poznać po tym, że zawsze były krzywe).
A na samej kasecie nagrywano z płyty, lub z innej kasety, nową. Najgorsze było to, że czas kasety "Frontowa przyjaźń" Adama Zwierza mógł być krótszy niż dajmy na to "Jazz". Z tej to przyczyny nie wszystkie utwory wymienione w spisie rzeczywiście były na kasecie. W ten sposób miałem "A Night At The Opera" bez "Bohemian Rhapsody". Trafiałem też kasety z dwoma takimi samymi stronami, gdy przy nagrywaniu zapomniano odwrócić płytę.
Moje pierwsze podejście do "Mustaphy" wiązało się z nabyciem dwóch kaset z koncertem "Live Killers" (ale w rzeczywistości jednej, bo na obu była nagrana tylko pierwsza płyta). Na początku strony drugiej zaczyna się "Mustapha". Słychać jakby śpiew muezzina: "Ibraaaahim, Ibraaaahim". I tyle. Dalej fortepian, a później "Bohemian Rhapsody". Dałbym się zastrzelić, że wśród krzyków publiczności słyszę wyraźne: "No co jest!?". (Dobra wiadomość jest taka, że wreszcie usłyszałem "Bohemian Rhapsody").
No dobrze, w końcu kupiłem "Jazz". "Mustapha" otwierał album, więc nic go nie obcięło. Posłuchałem i się zachwyciłem; gorzej, że nie chwyciłem, o co chodzi. "Achtar es na sholei", "Mochamut dei ya low eshelei" czy "Vontap ist ahiln avil ahiln adhim Mustapha" wprawiało mnie w osłupienie. Niezrozumienie tekstu wpierw próbowałem sobie wyjaśnić słabą znajomością angielskiego. Dopiero po latach okazało się, że właściwie nie było języka, którego znajomość byłaby tu pomocna. Queen mieli w swoim repertuarze parę piosenek z refrenami w obcych językach, ale w "Mustaphie" Mercuremu nie chciało się zgłębiać tajników arabskiego i powyższy tekst sobie po prostu wymyślił.
Do kosza leci kaseta: Queen "Jazz"
"Jestem operator i mam mini kalkulator. Ja dodaję, odejmuję, kontroluję, komponuję..." - tak ku uciesze fanów śpiewał Kraftwerk na koncertach w Polsce. Cóż rzec - teksty, tak jak i muzykę mieli cokolwiek minimalistyczne... Płyta "Computer World" z 1981 roku pojawiła się w Polsce w apogeum mody na muzykę elektroniczną. Na początku dekady poważni Niemcy - Tangerine Dream, Klaus Schulze i Kraftwerk - w walce o nasze uszy ścierali się z bardziej rozrywkowymi nacjami: Francuzem Jean-Michelem Jarrem, Anglikiem Mikem Oldfieldem i Grekiem Vangelisem. Co ciekawe, wszyscy grają do tej pory, świętując plus minus czterdziestolecie działalności. (Z tym, że z oryginalnego składu Kraftwerk został tylko jeden - Ralf Hütter).
Kiedy dziś słucham "Pocket Calculator", nieodmiennie przypominają mi się pierwsze elektroniczne zegarki, jakie widziałem (jeszcze w podstawówce). Pierwszy - mojego przyjaciela Adama - amerykański. Drugi - mój. Radziecki. Amerykański był ładny, subtelny, ale dość delikatny. Szybko się popsuł. Radziecki się nie psuł. Był wielki, ciężki, ogólnie gniotsja-nie-łamiotsja. Jego jedynym słabym punktem była egzemplifikacja porzekadła, że Rosjanie mają wszystko naj (nawet krasnoludki mają największe na świecie). Bo mój radziecki zegarek chodził najszybciej ze znanych mi czasomierzy - śpieszył się 9 minut na dobę.
Niebawem do wyścigu technologicznego włączyła się Japonia. Japońskie zegarki kwarcowe szybko podbiły i zalały świat. W ręce (a raczej na rękę) jednego z moich kumpli trafił egzemplarz z kalkulatorem. Ach, co to był za szał! Nie tylko pokazuje czas cyferkami, ale jeszcze liczy? Rewelacja! Rzecz w tym, że nie liczył. Na zegarku wszystko było, jak trzeba - pod wyświetlaczem były i liczby, i stosowne znaki (+ -* / =), ale żadnego działania wykonać się nie dało. Usiłowaliśmy naciskać paznokciem, zapałką, długopisem - i nic. Dopiero po pewnym czasie przyjęliśmy wszyscy (bo nad zegarkiem zebrało się klasowe konsylium), że cyferki są po prostu nadrukowane. Dla ozdoby.
Do kosza leci kaseta: Kraftwerk "Computer World"
Nie mogę nie zacytować, choć myślę, że łatwo ten tekst przywołać z pamięci: "Nobody gonna take my car / I'm gonna race it to the ground / Nobody gonna beat my car / It's gonna break the speed of sound". Ile razy to sobie za młodu podśpiewywałem, ale nigdy w samochodzie. Bo? Bo mieliśmy trabanta. "Oooh, it's a killing machine!"
W czym trabant przypominał samochody? Z daleka był podobny. Miał cztery koła, kierownicę, szyby, wycieraczki, może nawet jakieś lusterko. Z bliska było gorzej: on nie był metalowy! Nie był co prawda z papieru, jak to się o nim mawiało ("ford karton"), ale z jakiegoś plastiku. Sprawdzam dziś w Wikipedii ten plastik i czytam, że to duroplast, tworzywo sztuczne wytrzymalsze od blachy, niepalne i niekorodujące. A zatem trabant cudem techniki? Oj, coś to za piękne, żeby było prawdziwe.
Bo nie było. Może ten plastik był nowatorski, ale cała reszta - niespecjalnie. Kto nie miał trabanta, ten nie wpadnie na to, jak się w nim sprawdzało zapas paliwa. Nie, nie było żadnego wskaźnika w samochodzie. Żeby się dowiedzieć, jak daleko możemy jeszcze jechać, trzeba było:
1. wysiąść z samochodu
2. otworzyć maskę
3. wyjąć specjalny bagnet
4. otworzyć korek wlewu paliwa (też pod maską)
5. włożyć tam bagnet; wyjąć
6. zobaczyć na bagnecie (na specjalnej podziałce), dokąd sięga mokra plama
7. na podstawie powyższego oszacować, ile jeszcze nam benzyny zostało.
Od razu widać, że Gillan i spółka nie pasowali do trabanta. Jak dobrze pamiętamy z tekstu "Smoke on the Water", swoją płytę nagrywali w przenośnym studiu w Montreux w Szwajcarii ("We all came out to Montreux / on the Lake Geneva shoreline. / To make records with the mobile, / we didn't have much time."). Gdzie Szwajcaria, blichtr, luksus, gdzie NRD i siermiężne socjalistyczne autko, nazwane na cześć radzieckich satelitów? (Trabant to po niemiecku sputnik).
Skoro ustaliliśmy, że "Highway Star" nie współdziała z trabantem, pozostaje wątpliwość czy w ogóle trabant mógł mieć swoją piosenkę przewodnią (według patentu Ally McBeal)? A jeśli tak, to jaką? Może coś z żelaznego repertuaru enerdowskiego rocka? Jakiś Puhdys czy Karat z niezapomnianymi (?) hitami (?) "Hiroshima" czy "Der blaue Planet"? Dziś nie jestem w stanie odpowiedzieć. Ich kasety powędrowały do worka ze dwie przeprowadzki temu.
Do kosza leci kaseta: Deep Purple "Machine Head"
Dla mnie chyba najlepsza polska piosenka. A jeśli nie najlepsza (bo przecież Niemen, Grechuta, Demarczyk...), to jest to utwór, który wywarł na mnie największe wrażenie.
Pierwszy raz usłyszałem oczywiście przez radio. Nieśpieszny początek, a po chwili - cisza. Tak! Cisza! Piorunujące wrażenie! Potem znów powolny rytm i znów pauza. Dalej coraz mocniej, majestatycznie i przejmująco. Nie sposób się było nie zachwycić od pierwszego przesłuchania. Tak, niewiele jest w życiu takich momentów, że czymś się zachwycamy... i to zauroczenie jest w stanie przetrwać próbę czasu. Zwykle jest jak z perfumami - piękny zapach wietrzeje z czasem, tym szybciej, im składniki były gorszej jakości. "Autobiografia" zostaje i w pamięci, i w sercu. Tekst na pograniczu prawdy i kiczu, na szczęście nie osuwający się w stronę banału (bo niestety teksty rockowe przy uważnym przysłuchaniu się potrafią często doprowadzić do bólu zębów). Kamień milowy polskiego rocka i jednocześnie pomnik Perfectu.
Przy okazji - czy wiecie, że Perfect istnieje już ponad 30 lat? Powinien zatem otrzymać tytuł najbardziej leniwej grupy, bo przez ten czas doczekaliśmy się jedynie sześciu płyt studyjnych: dwóch w latach 80., trzech w 90. i jednej w nowym wieku. Trudno nie żałować aż do bólu, że nie została żadna fonograficzna pamiątka po pierwszym składzie z końca lat 70., ze Zbigniewem Hołdysem jako liderem i Basią Trzetrzelewską jako wokalistką. Ale może nie ma czego żałować. Perfect szukał dopiero swojej drogi i często zbaczał na manowce, a to na przykład towarzysząc Halinie Frąckowiak czy Annie Jantar, a to uprzyjemniając spożycie steków Polonusom w USA (jako "Perfect Super Show And Disco Band"). W roku 1980 zmieniła się cała Polska, zmienił się i Perfect. Całkiem nowy skład (został tylko Hołdys) z Ryszardem Sygitowiczem (gitara), Zdzisławem Zawadzkim (bas), Piotrem Szkudelskim (perkusja) oraz Grzegorzem Markowskim jako wokalistą objawił się światu w klubie Stodoła w sylwestra 1980. I od tego dnia byli w Polsce niekwestionowanym numerem 1, aż do roku 1983, gdy nieoczekiwanie Zbigniew Hołdys rozwiązał zespół.
Potem koleje ich losu toczyły się różnie; wreszcie dziesięć lat później, po kilku nieudanych próbach reaktywacji, grupa wznowiła działalność na stałe, tyle że bez swojego założyciela.
Czas się wytłumaczyć z tego Marksa w tytule. Bo czy ktoś dziś może zajmować się Marksem? Chyba tylko Sławoj Żiżek i jego polski prorok, Sławomir Sierakowski. Ok - dziś jest ich w Europie dwóch, ale dwadzieścia lat temu marksizm uwierał całą naszą część Europy jak kolec w bucie.
Nie wchodząc w szczegóły, Marks twierdził, że "Nie świadomość ludzi określa ich byt, lecz, przeciwnie, ich byt społeczny określa ich świadomość". W skrócie: "byt określa świadomość".
Nie pamiętałem o tym, gdy jesienią 1981 roku stałem w potężnej kolejce w księgarni Nike przy Filharmonii po "biały album" Perfectu. Nie wiadomo było czy płyt dla wszystkich wystarczy (sprzedawano po dwie na głowę). Gdy już się wydawało, że to koniec, pracownik księgarni wchodził na zaplecze i przynosił nową partię. To powtarzało się kilkakrotnie. Kiedy i na zapleczu płyty się skończą - tego nie wiedział nikt ze stojących. Dlatego też na końcu kolejki zaczął się ferment. "Sprzedawać po jednej" - mówiono, a głos ten zaraz przeszedł w krzyk. Krzyczałem i ja.
Kiedy po jakiejś godzinie doszedłem do lady, z zaplecza wyniesiono kolejną porcję płyt. "Dwie poproszę" - powiedziałem cicho.
Zmuszony byłem przyznać rację Karolowi Marksowi.
Do kosza leci kaseta Perfect "Unu"
"Mam węgierską głowicę" - zakrzyknął od progu Wiewióra, taszcząc ze sobą jakieś pudło. Było to blisko ćwierć wieku temu. Ale - jak to w socjalizmie - zanim głowica, pudło i Wiewióra - wcześniej musiała być decyzja polityczna. Nie zacytuję dosłownie (bo skąd), ale musiało to brzmieć jakoś tak: "Towarzysze, wyzwania Plenum, ble ble ble ble ble ble, produkcja antyimportowa, ble ble ble ble, dynamiczny rozwój, ble ble ble ble, polska myśl techniczna, ble ble ble ble, pierwszy sekretarz towarzysz Edward Gierek, ble ble ble, magnetofon kasetowy".
Decyzja towarzyszy musiała zapaść w głębokich latach siedemdziesiątych, bo już pod koniec tej dekady byłem szczęśliwym właścicielem magnetofonu kasetowego ZK 122. ZK to chyba Zakłady im. Kasprzaka, 122 chyba dla zmylenia przeciwnika, bo typów ZK było w tym czasie aż dwa). W każdym razie mam już magnetofon, mam kilka kaset czystych. Kasety produkcji Stilonu Gorzów, o długości od 60 minut do 240. Tych ostatnich magnetofon nie chce ciągnąć, za to inne wyciągają się same - taśma się wydłuża, a głos na niej nagrany poważnieje, grubnie i zwalnia. Poza kasetami, Stilon na pewno wytwarzał coś tajnego dla wojska, bo prawie każda fabryka w PRL miała drugie oblicze. Jeśli wytwarzali "to" z takim samym entuzjazmem dla jakości, to NATO nie miało się czego obawiać.
Pierwszą prawdziwą zachodnią kasetę pożyczyłem od kumpla z klasy. Niesamowita okładka, psychodeliczna (ale wtedy oczywiście tego słowa nie znałem). I muzyka. Kiedy usłyszałem pierwsze słowa, to jakby chóry anielskie zaśpiewały specjalnie dla mnie. Później jeszcze kilka razy usłyszałem tak cudowne piosenki, ale ta była z pewnością pierwsza.
Nie wiem, który to był rok. Album "Mind Games" ukazał się pod koniec 1973. Lennon właśnie wtedy odszedł od Yoko i na kilkanaście miesięcy uciekł do młodszej (i mającej ponoć lżejszy charakter) May Pang. A w Polsce towarzysze radzili, jak tu wzdrożyć produkcję magnetofonów kasetowych. Ujrzały one światło dzienne dopiero w 1976 roku. Zanim trafiły do sklepów... Co ja mówię, pamięć już mi się miesza; w PRL-u ważniejszych towarów nie kupowało się w sklepach. W sklepach ich w ogóle nie było, czasem tylko "rzucali" i zaraz znikały. Mój tata kupił magnetofon poprzez "zakład pracy". W 1977? 78?
Przesuńmy licznik lat o kilka oczek do przodu. Z wieścią o węgierskiej głowicy Wiewióra odwiedził mnie na początku lat 80. Koniec stanu wojennego, może już zniesiony, może tylko zawieszony, w każdym razie w państwie europejskim w końcu XX wieku można już chodzić wieczorem po ulicach bez przepustki. Ja mam już trzeci z kolei magnetofon kasetowy. Po MK 122 był M 532 S (S jak Stereo), a w chwili wizyty Wiewióry jestem dumnym właścicielem czarnego M8011 (do mini wieży). Wiewióra ma taki sam, tylko do dużej wieży - M 7008. Oba są piękne i od swoich zachodnich odpowiedników nie różnią się niczym. Oprócz dźwięku. Bo dźwięk jest głuchy, niski i ogólnie "jak z beczki". Ale Polak potrafi. Okazało się, że jeśli do polskiego magnetofonu wstawi się japońską głowicę, nagle dźwięk staje się czysty i zyskuje przestrzeń. Ale skąd wziąć japońską głowicę? I wtedy wpada Wiewióra ze swoim magnetofonem, podłącza się do moich kolumn i... obaj słyszymy czyste soprany, głośniki wysokotonowe aż piszczą; my też byśmy piszczeli ze szczęścia, gdybyśmy nie byli poważnymi nastolatkami... Okazuje się, że równie dobrze jak japońska gra głowica węgierska...
Zdobycie węgierskiej głowicy było dużo prostsze niż myślałem. Można ją było bez trudu kupić w Bomisie na Żurawiej. Bomis - cóż to takiego? Dziś powiedziałbym, że taki lumpex z elektroniką. Stare układy scalone, wadliwe płytki drukowane, części z zepsutych całości, a wszystko to za grosze. Ale wczoraj - był to skarbiec Alibaby. A w nim skarb największy - moja nowa głowica.
Do kosza leci kaseta: John Lennon "Mind Games"
Napisałem tytuł i trochę się zacukałem, poskrobałem w klawiaturę, że "męski odcinek" brzmi nieco dwuznacznie. A może nawet jednoznacznie i do tego nieprzyzwoicie. Ale w zamyśle chodziło mi o męskość jako pewną przenośnię.
Cóż może być kwintesencją męskości, w wieku kiedy wyrosło się z żołnierzyków i modeli do sklejania? Kiedy miałem lat naście, znalazłem na to odpowiedź. Rock! A dokładniej rockowy wygląd. Najpierw w wersji Roberta Planta: długie loki, nagi tors, potem w wersji jeszcze ostrzejszej, bo metalowej - czarne skóry i ćwieki.
Kto był najbardziej zaskórzony i naćwiekowany? Dla mnie - Rob Halford, niesamowity wokal Judas Priest.
"British Steel", powalająca okładka z ręką trzymającą żyletkę, superszybkie gitary i przewiercający ściany wokal. Słuchać na full. Na full? Mój dzisiejszy wzmacniacz ma 7×100 Wat mocy wyjściowej, ale wówczas magnetofon podłączony był do radia Zodiak, który generował 2×15 Wat. Dyskoteki bym tym nie nagłośnił, ale w pokoju 9 m2 hałas dało się zrobić.
Co na płycie? Do dziś pamiętam: posępne "Metal Gods", nieco popowe "Living After Midnight", hymn "United" i wreszcie nieprawdopodobnie energetyczne "Breaking the Law".
Jakiś czas temu przeczytałem, że Halford dokonał coming outu. Ponoć wcześniej była to tajemnica poliszynela, że Rob jest homo niewiadomo (a raczej wiadomo, że homo). Dla mnie - totalne zaskoczenie. Przecież to była moja ikona męskości! Zajrzałem sobie od razu na You Tube'a i... zaskoczenie jeszcze większe. Gdzie ta męskość?! Mały facet ubrany jak parodia gejowskiego klubu śpiewa głośno, bo głośno, ale niewątpliwie sopranem.
Acha, drugi taki lubiący ubierać się w skóry, którego też uważałem za niezwykle męskiego, to był... nie zgadniecie chyba... Freddie Mercury. Ja to miałem wyczucie...
Do kosza leci kaseta: Judas Priest "British Steel"