5 - Łukasz Kamiński

Kup ebooka

25.00 zł
20.00 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Palenica Białczańska

Brałem udział w badaniach koni nad Morskim Okiem. Jako pan od dokumentacji. Zapisywałem informacje, które podawali mi lekarze (na przykład tętno). Każdy koń badany był trzykrotnie. Przed wjazdem, po wjeździe na Włosienicę z pełnym obciążeniem i po zjeździe na parking. Lekarze uznali, że prawie wszystkie konie są zdolne do dalszej pracy. Para chora została od razu ze służby wycofana. Fundacja VIVA opublikowała jednak nie wyniki badań, lecz swoją interpretację, którą chętnie (bezrefleksyjnie) powtórzyła "Wyborcza": "konie są przeciążone".

Udział w tych badaniach zmienia spojrzenie na obecność koni przy Morskim Oku. Temat jest niezwykle medialny, więc pracownicy parku sumiennie pilnują dobra tych zwierząt. W badaniach biorą udział najlepsi hipolodzy - żadne znajomości, jak twierdzą mędrcy fejsbukowi. Nazwiska i wyniki są jawne. W czasie mojego udziału przyszły też panie z VIVY, które chciały zrobić awanturę, ale nie potrafiły znaleźć w badaniach żadnego błędu. W końcu poszły pić piwo nad Morskie Oko.

Fakty: każdy koń może tylko raz w ciągu dnia wciągnąć turystów na Włosienicę i zwieźć na dół. Bogaci fiakrzy mają zatem po kilka par. Na górze zwierzę musi odpocząć odpowiednią ilość czasu, napić się, zjeść. Nikt też nie może wwieźć więcej niż dwanaście dorosłych osób. Turyści również mogą to kontrolować, gdyż z boku fasiągu jest numer licencji fiakra. Zgłoś zatem cierpienie konia, a właściciel dostanie surową karę. Zresztą, gdyby nawet pracownicy parku znikli, kontrola utrzymałaby się bez problemu, gdyż fiakrzy donoszą sami na siebie.

Turyści mają z pewnością dobre serduszka, lecz mają też typową polską cechę wykrzykiwania swoich racji bez fundamentu wiedzy. Turysta, widząc pianę na pysku konia, myśli o jego zmęczeniu. Piana zaś to jedynie dowód, że koń poprawnie żuje wędzidło, które ma w pysku. Nie dzieje mu się wówczas żadna krzywda.

Hipolodzy pokazywali mi, że tatrzańskie konie same wskakują do swych ciemnych "klatek przewozowych". Jest to ponoć rzadkość, która wskazuje na ich dobre samopoczucie. Nie przemęczenie z nagłówków. Większość po karierze górskiej trafia na krakowski rynek (piękna emerytura) - nie pod nóż rzeźnika, jak twierdzą medialni krzykacze. Dużo gorszą sytuację mają konie z Chochołowa, które rolnicy wykorzystują przy zrywce drzewa. Tam nie ma prawie żadnej kontroli. Nad nimi jednak nikt nie płacze, bo to nie jest temat medialny. A szkoda, bo chłopów z Chochołowa nawet diabeł nie wybroni.