5 grudniów - James Kestrel

Kup ebooka

44.99 zł
35.09 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

"Wyjąt­kowa opo­wieść, prze­peł­niona emo­cjami, suspen­sem i wystar­cza­jącą ilo­ścią prze­mocy, by zaspo­koić naj­bar­dziej żąd­nego krwi czy­tel­nika".

- "The Library Jour­nal"

"Wspa­niała [...] ponad­cza­sowa histo­ria miło­sna i wcią­ga­jący thril­ler [...] dosko­nale połą­czone [...] wątki spla­tają się w ide­alny spo­sób w zapie­ra­ją­cym dech finale, na prze­mian bru­tal­nym i zaska­ku­jąco wzru­sza­ją­cym... Pole­caj­cie tę książkę, bo w pełni na to zasłu­guje".

- "Booklist"

"Wspa­niałe połą­cze­nie kry­mi­nału, wojny i histo­rii".

- "The New York Post"

"Arcy­dzieło. Czeka cię z nim nie­prze­spana noc. Wyjąt­kowe i wspa­niałe".

- Eric Red­man, autor m.in. The Dance of Legi­sla­tion, Bones of Hilo

"Mode­lowy przy­kład wcią­ga­ją­cej lek­tury - prze­peł­niona emo­cjami kry­mi­nalna intryga, ukształ­to­wana przez tra­giczne lata wojny, histo­ria nie­ustę­pli­wej nadziei w obli­czu nie­odwza­jem­nio­nego odda­nia i ska­za­nej na porażkę miło­ści".

- Every Read Thing

"Poko­cha­łem każdą stronę tej powie­ści. Dosko­nała wojenna opo­wieść w kli­ma­cie noir, która wciąga cię w tajem­nice i prze­nosi do innej epoki".

- Mason Cross, autor m.in. The Time to Kill

"Cudowna książka! Jeden z naj­lep­szych kry­mi­na­łów noir, jakie czy­ta­łem, łączący epicką, wojenną i miło­sną histo­rię. Nie spo­sób się ode­rwać".

- James Reaso­ner, autor m.in. Rewol­we­row­ców

"Wcią­ga­jąca, pełna napię­cia, wspa­niała saga nie­przy­po­mi­na­jąca niczego, co dotąd czy­ta­li­ście, i to bez cie­nia prze­sady. Pełna mocy, dosko­na­łej fabuły, serca i wdzięku".

- Pulp Fic­tion Reviews

"Czy­ta­jąc 5 grud­niów, mamy poczu­cie, że książka mogłaby zostać napi­sana w zło­tym wieku kry­mi­nału noir [...] nie­zwy­kle udana".

- SFBook Review

"5 grud­niów to kry­mi­nał, wojenna opo­wieść, thril­ler, romans, prze­wod­nik po Hono­lulu. Jest wszyst­kim naraz... książka jest wspa­niała, tak jak spo­sób, w jaki została napi­sana".

- Expres­sed

7

Posa­dzili Beamera na wózku inwa­lidz­kim. Pie­lę­gniarka użyła ban­daża, żeby umo­co­wać na jego gło­wie torebkę z lodem, po czym powio­zła go przez dzie­dzi­niec w stronę głów­nego budynku. Tam, na sze­ro­kiej weran­dzie, obok pilota rekon­wa­le­scenta, mógł powoli dojść do sie­bie. Roz­ko­szu­jąc się cie­płym wia­trem, mógł też popa­trzeć sobie na kwiet­niki i sączyć zimną colę. Jeśli w ogóle pijał colę. Mogła nie dawać wystar­cza­ją­cego kopa, jak na jego gust.

McGrady odpro­wa­dził go wzro­kiem, a gdy miał już wró­cić do kost­nicy, spo­strzegł sze­re­gowca bie­gną­cego wąską alejką na tyłach szpi­tala. Chło­pak trzy­mał w rękach wąskie kar­to­nowe pudełko. Wbiegł po stop­niach budynku i minąw­szy bez słowa McGrady'ego, znik­nął we wnę­trzu i zatrza­snął za sobą sia­tecz­kowe drzwi.

- Sir? Przy­nio­słem - dobiegł z sali jego głos.

- Dzię­kuję, synu - padła odpo­wiedź. - To wszystko.

Chło­pak wyszedł na słońce i przy­sta­nął. Oddy­chał ciężko, opie­ra­jąc dło­nie na kola­nach. McGrady wró­cił do sali autop­syj­nej i zoba­czył Under­hilla z nożem oko­po­wym Mark I w dłoni. Trzy­ma­jąc broń za klingę, puł­kow­nik podał ją McGrady'emu, który wsu­nął palce w kastet i zaci­snął je na ręko­je­ści. Nóż był ciężki, cały meta­lowy. Brąz i stal wyso­ko­wę­glowa. Szty­let, kastet i kol­cza­sta maczuga w jed­nym. McGrady dotknął pal­cem ostrza. Było dość tępe; pew­nie leżało w maga­zy­nie od 1918 roku. Stal była jed­nak świet­nej jako­ści i z pew­no­ścią nada­wała się do użytku. Parę minut pracy z kamie­niem szli­fier­skim i skó­rza­nym paskiem, a nóż stałby się ostry jak brzy­twa.

Under­hill także umiał doce­nić porządne ostrze: cię­cia, które wyko­ny­wał skal­pe­lem, były pewne i pro­ste. Zupeł­nie jakby otwie­rał zamek, by dostać się do wnę­trza torby. W sku­pie­niu zwa­żył narządy wewnętrzne i wska­zał na widoczną opu­chli­znę mózgu. Wyra­ził prze­ko­na­nie gra­ni­czące z pew­no­ścią, że dziew­czyna była bita przez godzinę lub dwie, zanim pode­rżnięto jej gar­dło.

Puł­kow­nik pod­szedł do umy­walki, by umyć ręce. Nie prze­sta­wał przy tym dyk­to­wać przez ramię raportu, który kapral w pocie czoła spi­sy­wał w notat­niku. McGrady także korzy­stał z notesu.

- Przy­czyna zgonu: wykrwa­wie­nie na sku­tek prze­cię­cia tęt­nic i żył szyj­nych. Rany zostały zadane za pomocą noża oko­po­wego Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych Mark I. Doko­nano wery­fi­ka­cji porów­naw­czej. Zapi­sa­łeś?

- Tak jest - odpo­wie­dział kapral, nie uno­sząc głowy znad notat­nika.

- Przed śmier­cią ofiara została zgwał­cona. Jej ostat­nim posił­kiem były ryż krót­ko­ziar­ni­sty oraz ryba, praw­do­po­dob­nie tuń­czyk.

- Potrafi pan osza­co­wać, kiedy to się stało? - spy­tał McGrady. Były to pierw­sze słowa, które wypo­wie­dział, odkąd lekarz otwo­rzył ciało. Roz­luź­nie­nie szczęk kosz­to­wało go sporo wysiłku; miał wra­że­nie, że zęby zadźwię­czały z ulgą.

- Czter­dzie­ści osiem do sie­dem­dzie­się­ciu dwóch godzin temu.

- Dla­czego tyle?

- Wnio­skuję ze stop­nia stę­że­nia pośmiert­nego oraz plam opa­do­wych. A także ze stanu tre­ści żołąd­ko­wej.

Under­hill umie­ścił narządy dziew­czyny na powrót w roz­pła­ta­nym kor­pu­sie i wsu­nął pod ciało nosze. Z pomocą kaprala umie­ścił je w pustej komo­rze chłodni i zamknął drzwiczki.

Się­gnął do kie­szeni po chu­s­teczkę, a gdy otarł czoło, spoj­rzał na McGrady'ego.

- Powi­nie­nem spraw­dzić, co z pań­skim kapi­ta­nem, czy kon­ty­nu­ować?

- Kon­ty­nu­ować.

- Dosko­nale - mruk­nął puł­kow­nik. - Kto następny?

- Druga ofiara - wtrą­cił Kondo. - Chło­pak. Z trze­cim pacjen­tem nie trzeba się spie­szyć.

- Jest pan tego samego zda­nia, detek­ty­wie?

- Tak jest - odpo­wie­dział McGrady.

Under­hill wziął nowy skal­pel i szyb­kim ruchem roz­ciął worek skry­wa­jący ciało mło­dego męż­czy­zny. Było zde­cy­do­wa­nie cięż­sze, więc potrze­bo­wał asy­sty kaprala, by prze­rzu­cić je na stół sek­cyjny. Sztywne nogi pla­snęły o zimną stal, a kłąb wnętrz­no­ści roz­lał się sze­roko. Wszy­scy odstą­pili na moment od stołu, ale zaraz znowu się zbli­żyli.

- Sprawca wyko­nał za mnie połowę roboty - zauwa­żył Under­hill.

- Te dziury w kost­kach to od haków na końcu roz­pórki - wyja­śnił McGrady. - Takiej jak w rzeź­niach.

- Wygląda na to, że oprawca miał doświad­cze­nie. Raz czy dwa robił już coś podob­nego. To nie są nie­pewne cię­cia - stwier­dził puł­kow­nik. Pod­szedł o krok bli­żej, by dotknąć otwar­tych ran na udach i klatce pier­sio­wej chło­paka. - Ten sam nóż. Widzi pan, jak ślady po ostrzu kie­rują się ku górze, w stronę stóp?

- Tak.

- To ozna­cza, że sprawca naj­pierw zawie­sił chło­paka głową w dół - wyja­śnił Under­hill. - Potem zaczął go okła­dać pię­ściami jak worek tre­nin­gowy.

- Psia­krew - mruk­nął Kondo.

Under­hill znowu napeł­nił miskę wodą i się­gnął po tę samą gąbkę, którą mył ciało dziew­czyny. Gdy wró­cił, zabrał się do wycie­ra­nia twa­rzy mło­dzieńca. I tym razem woda szybko pociem­niała, a spod maski krwi i uwię­zio­nych w niej owa­dów wyło­niła się twarz. McGrady jej nie roz­po­znał. Kondo raczej też nie. Roz­po­znał ją nato­miast puł­kow­nik Under­hill, bo z gło­śnym plu­skiem upu­ścił do miski nasiąk­niętą gąbkę.

- Zaraz wra­cam - oznaj­mił. - Muszę coś spraw­dzić.

To rze­kł­szy, odwró­cił się i wyszedł. Gdy znik­nął za podwój­nymi drzwiami, McGrady sły­szał już tylko jego kroki na wyka­fel­ko­wa­nej pod­ło­dze sąsied­niego pokoju. Po chwili Under­hill pchnął drzwi i wró­cił do sali autop­syj­nej.

Wpa­trzony w zma­sa­kro­waną twarz chło­paka ode­zwał się do kaprala:

- Zadzwoń do Dowódz­twa Floty. Proś do tele­fonu admi­rała Kim­mela.

- Sir?

- Natych­miast, synu.

- A czy sekre­tarz sztabu... nie zapyta o powód?

- Powiedz mu, że pan admi­rał może odwo­łać poszu­ki­wa­nia. I że powi­nien tu przy­je­chać, gdy tylko będzie mógł.

Kapral zamarł. Spoj­rzał za plecy Under­hilla, na McGrady'ego, lecz on nie miał nic do powie­dze­nia, bo nie rozu­miał, co się dzieje. W końcu młody żoł­nierz odma­sze­ro­wał w daleki kąt dłu­giej sali. Na biurku stał tam tele­fon z czar­nego bake­litu. Pod­niósł słu­chawkę i popro­sił tele­fonistkę o połą­cze­nie wewnętrzne.

- Co to zna­czy? - spy­tał McGrady. - O co cho­dzi?

- Pań­ska sprawa niniej­szym stała się sto razy bar­dziej skom­pli­ko­wana. Jeśli sądził pan, że kapi­tan potrafi dać w kość, to pro­szę tylko zacze­kać, aż inni na pana wsiądą.

- Jacy inni? Kim jest ten chło­pak?

- Być może się mylę - zastrzegł Under­hill - bo widzia­łem jedy­nie zdję­cie. Tylko Kim­mel może doko­nać iden­ty­fi­ka­cji. Ale jeśli mam rację, to tra­fiła się panu naj­grub­sza sprawa na całym Tery­to­rium Hawa­jów. Jeśli zaś nie mam racji, to lepiej, żeby pan nie wie­dział, o kogo cho­dzi.

- To ktoś, kto nie powi­nien był znik­nąć?

- Otóż to.

- Jak długo to potrwa?

Under­hill spoj­rzał na swego kaprala, który stał ze słu­chawką przy uchu i mówił coś, osła­nia­jąc usta dło­nią. Napo­tkaw­szy wzrok puł­kow­nika, żoł­nierz uniósł palec i odwró­cił się, pochy­lony nad tele­fo­nem. Na jego mun­du­rze poja­wiły się plamy potu.

- Tak jest - powie­dział gło­śno. - Zga­dza się, sir. - Znowu słu­chał. Zer­k­nął na puł­kow­nika i raz jesz­cze odwró­cił się ple­cami. Jedną ręką trzy­mał słu­chawkę, a palec dru­giej wetknął w ucho.

McGrady dobrze to rozu­miał. Porządne łącza dosta­wali tylko tele­fo­nu­jący w kom­plet­nie nie­istot­nych spra­wach.

- Nie, sir. Nie tam. Jeste­śmy w For­cie Sha­ftera. W kost­nicy. - Poki­wał głową, nasłu­chu­jąc. - Tak jest. Prze­każę mu, sir.

Kapral odło­żył słu­chawkę.

- Jest w dro­dze.

- Z dużą świtą?

- Pan admi­rał będzie sam.

- W takim razie mamy mniej wię­cej pięt­na­ście minut. Trzeba ogar­nąć to miej­sce.

Puł­kow­nik spoj­rzał na sta­lowy stół, na któ­rym prze­pro­wa­dził sek­cję dziew­czyny. Wyma­gał porząd­nego mycia. Roz­cięty worek na­dal leżał na pod­ło­dze, a w jego wnę­trzu peł­zała dorodna sto­noga. Była dłu­go­ści ołówka, ale dwu­krot­nie grub­sza. Musiała się ukry­wać we wło­sach dziew­czyny albo w jej ustach, gdy McGrady i ludzie koro­nera wkła­dali ją do worka.

Kapral zro­zu­miał i bez słowa zabrał się do roboty, Under­hill zaś zwró­cił się do detek­tywa:

- Lepiej niech pan spraw­dzi, jak się miewa kapi­tan. Jeżeli oprzy­tom­niał, chyba powi­nien tu przyjść.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

Joe McGrady wpa­try­wał się w whi­skey. Była tak świeżo nalana, że mimo upału lód nawet nie zaczął się topić. Lokal wypeł­niała kako­fo­nia dźwię­ków. Mary­na­rze zama­wiali po dzie­sięć piw, jed­no­cze­śnie poda­jąc ogień dziew­czy­nom, nad któ­rymi mieli wyraźną prze­wagę liczebną. Ktoś wrzu­cił pię­cio­cen­tówkę do wur­lit­zera i wybrał numer orkie­stry Jimmy'ego Dor­seya. Mun­du­rowi natych­miast zare­ago­wali - zaczęli krzy­czeć do swych dziew­czyn, żeby się prze­bić przez jazgot muzyki. Wie­czór dopiero się zaczy­nał i jak dotąd nie wpa­dli na to, by zamó­wić coś moc­niej­szego od piwa. Do pierw­szej bija­tyki zostało pew­nie jesz­cze kilka godzin, ale tym pro­ble­mem mógł się zająć inny gli­niarz. Joe się­gnął po drinka i pową­chał: czter­dzie­ści pięć pro­cent mocy. Przy­jem­ność warta każ­dego centa, nawet jeśli za por­cję na trzy palce musiał pra­co­wać ponad godzinę.

Zanim zamo­czył usta, wró­cił bar­man z ogo­loną głową, zapuch­nię­tymi oczami i pro­stymi bli­znami po brzy­twie na policz­kach. Więk­szość ludzi na widok takiej twa­rzy wychy­li­łaby tru­nek dusz­kiem, ale McGrady odsta­wił szklankę.

- Joe - powie­dział Tip.

- Tak?

- Tele­fon. Zdaje się, że kapi­tan Beamer. Możesz ode­brać na pię­trze.

Znał drogę. Znowu uniósł szklankę i pochło­nął whi­skey jed­nym solid­nym łykiem. Czuł, że trzeba mu cze­goś takiego - gład­kiego i ogni­stego zara­zem. Skoro Beamer dzwo­nił o takiej porze, zano­siło się na nad­go­dziny. To z kolei ozna­czało, że kolejny dzień, czwar­tek, będzie do bani. I że Molly będzie zawie­dziona. Choć z dru­giej strony, pie­nią­dze za nad­go­dziny były nie do pogar­dze­nia, więc mógł jej to jakoś wyna­gro­dzić. Poło­żył trzy pół­do­la­rówki na barze, otarł usta ręka­wem koszuli i ruszył na górę.

- Tu detek­tyw McGrady.

- Dzięki Bogu.

- Sir?

- Że nie jesteś pijany.

- Skoń­czy­łem służbę pół godziny temu. Gdyby dał mi pan całą godzinę, pew­nie zdą­żył­bym wię­cej zdzia­łać.

- Następ­nym razem. A teraz wra­caj, i to migiem. Szef już czeka.

- Tak jest.

Odło­żył słu­chawkę na bake­li­towe widełki i zszedł innymi scho­dami, wio­dą­cymi z biura na pię­trze baru Bow­sprit wprost na ulicę. W końcu padało. Deszcz nie miał potrwać zbyt długo, ale teraz McGrady musiał sko­rzy­stać z osłony, jaką dawały mu mar­kizy nad witry­nami więk­szo­ści skle­pi­ków i knajp Chi­na­town. Miał dach nad głową nie­mal przez całą drogę, z wyjąt­kiem ostat­niej minuty mar­szu w stronę Mer­chant Street. Zacze­kał na scho­dach Yoko­hama Spe­cie Banku, aż kil­ku­na­stu czarno odzia­nych gli­nia­rzy zapar­kuje służ­bowe moto­cy­kle tyl­nym kołem przy kra­węż­niku, po czym prze­biegł na drugą stronę Mer­chant i prze­kro­czył próg swego poste­runku.

Gabi­net kapi­tana Beamera mie­ścił się w piw­nicy. McGrady wszedł bez puka­nia i zamknął za sobą drzwi. Zdjął kape­lusz, który poło­żył sobie na kola­nie, gdy usiadł naprze­ciwko prze­ło­żo­nego.

- Sprawa jest świeża - zaczął Beamer. - Zgło­sze­nie przy­szło nie­spełna pół godziny temu.

- Mówił pan, że komen­dant tu jest?

- Wyszedł przed minutą.

Beamer odsu­nął oku­lary nad czoło i obró­cił zie­lony aba­żur lampy tak, by odsło­nić żarówkę. W pokoju zro­biło się nieco jaśniej, ale wciąż było duszno - kapi­tan był nało­go­wym pala­czem i nie miał zwy­czaju wie­trzyć. Wen­ty­la­cji nie było, a skała, na któ­rej posa­do­wiono budy­nek, zda­wała się ema­no­wać tro­pi­kalną gorączką. Beamer odpa­lił kolej­nego papie­rosa od nie­do­pałka poprzed­niego. Nawet w takim upale nie pod­wi­jał ręka­wów koszuli. Taki już był. Tkwił upar­cie w ciem­nej blu­zie mun­du­ro­wej i pod kra­wa­tem, ści­śnięty regu­la­mi­no­wym pasem z koali­cyjką. Przy­pusz­czal­nie był zbyt chudy, by wydzie­lać pot.

- Mamy mało ludzi, jak co roku przed Świę­tem Dzięk­czy­nie­nia. Sam bym poje­chał na miej­sce, gdyby szef ufał komuś na tyle, by go posa­dzić na moim stołku choć na jedną noc. Uznał, że więk­szy poży­tek będzie z cie­bie w tere­nie niż przy tele­fo­nach. Nawet jeśli jesteś nie­pewny. Pasuje ci to?

- Tak jest.

- Tego cię nauczyli w woj­sku? - spy­tał Beamer. - Odpo­wia­dać "tak jest" bez względu na to, o co pytają?

- Tak jest - odparł McGrady. - Tak to działa.

- Nie znam cię jesz­cze tak dobrze, jak bym chciał.

- Rozu­miem, sir.

- Pra­co­wa­łeś kiedy przy zabój­stwach?

- Pięć lat w patrolu. Byłem pierw­szy na miej­scu...

- A jako detek­tyw?

- Nie, sir. Prze­cież pan wie.

- Pró­buję coś ci uświa­do­mić. Poza tym nie jesteś stąd, prawda?

Skoro Beamer zaglą­dał do jego teczki, musiał wie­dzieć, że McGrady nie pocho­dzi stąd. Zdą­żył zoba­czyć Chi­cago, San Fran­ci­sco, Nor­folk i San Juan, zanim skoń­czył sześć lat. A była to led­wie przy­grywka do tego, co miało nastą­pić. Ojciec dał mu posma­ko­wać życia w Mary­narce Wojen­nej na tyle sku­tecz­nie, że gdy nad­szedł czas, Joe wybrał stu­dia. Po czte­rech latach wró­cił do punktu wyj­ścia. Zde­cy­do­wał się jed­nak na Armię, a gdy służba dobie­gła końca, został tam, dokąd go zapro­wa­dziła - w Hono­lulu. Beamer wie­dział o nim cał­kiem sporo, ale ten układ dzia­łał tylko w jedną stronę. McGrady nie miał nawet poję­cia, jak jego nowy kapi­tan ma na imię.

- Miesz­kam tu pięć lat, odkąd odsze­dłem z woj­ska. Ni­gdzie indziej nie spę­dzi­łem tyle czasu. To mój dom, sir.

- Albo się jest stąd, albo nie - odrzekł Beamer. - A ty nie jesteś. Wypro­wa­dza­łeś kie­dyś psa?

- Tak jest.

- Gdy nie zna dłu­go­ści smy­czy, łatwo może sobie zro­bić krzywdę - wyja­śnił Beamer i roz­ło­żył dło­nie mniej wię­cej na odle­głość sze­ściu cali. - Twoja jest taka. Spró­buj wybiec przed sze­reg, a szarpnę nią tak, że ci kark trza­śnie.

- W porządku - mruk­nął McGrady.

Niby dro­biazg - po pro­stu odpu­ścił sobie "sir" na końcu zda­nia - ale wła­śnie to pomo­gło mu się opa­no­wać, bo miał wielką ochotę się­gnąć nad biur­kiem, owi­nąć sobie kra­wat Beamera wokół pię­ści i obić blat biurka jego wychu­dłą gębą. Beamer jed­nak niczego nie zauwa­żył. Albo się słu­żyło w woj­sku, albo nie.

- Czyli wszystko abso­lut­nie jasne?

- Abso­lut­nie, panie kapi­ta­nie.

- W takim razie będzie nam się dobrze współ­pra­co­wało.

W tym momen­cie otwo­rzyły się drzwi i do pokoju wszedł komen­dant Gabriel­son. McGrady chciał wstać, lecz Gabriel­son powstrzy­mał go ruchem ręki. W gabi­ne­cie było jesz­cze jedno wolne krze­sło, ale szef po pro­stu zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie ple­cami.

- Wpro­wa­dzi­łeś go? - spy­tał Beamera.

- Wła­śnie zamie­rza­łem.

- Zacznij od tele­fonu - pole­cił Gabriel­son.

Beamer dmuch­nął obło­kiem dymu w stronę McGrady'ego.

- Znasz Regi­nalda Faith­fula?

- Sły­sza­łem o nim. To mle­czarz.

- Ma dom po dru­giej stro­nie zatoki Kahana, ale więk­szość stada trzyma w głębi doliny Kaawa. Przy­jaźni się z komen­dan­tem, dla­tego od razu zadzwo­nił do niego. Nadą­żasz?

- Nie.

- Nie zadzwo­nił na naszą cen­tralę, żeby powie­dzieć, co się stało. Nie chciał, żeby go w nie­skoń­czo­ność prze­łą­czali.

- Rozu­miem.

- To ozna­cza, że w tej chwili w całej poli­cji tylko trzy osoby wie­dzą, że coś się wyda­rzyło. Czyli gdy jutro kupię gazetę, nie zoba­czę arty­kułu na ten temat, prawda?

- Jak powie­dzia­łem, rozu­miem.

- Chło­pak od Reg­giego ma na imię Miguel - wtrą­cił Gabriel­son.

- Mówiąc o chło­paku, ma pan na myśli...

- To nie jest jego syn. Pra­cuje tam.

- Jasne.

- Otóż ten Miguel zapu­kał wie­czo­rem do drzwi Reg­giego - cią­gnął Gabriel­son. - Był roz­trzę­siony, ale jakoś opo­wie­dział, co zaszło. Reg­gie nie był pewny, czy powi­nien mu wie­rzyć, ale jeśli chło­pak nie zmy­ślał, będziesz miał sprawę do roz­wią­za­nia. Myślisz, że sobie pora­dzisz?

- Od dawna cze­kam na taką szansę.

Beamer dmuch­nął dymem ku sufi­towi.

- W głębi doliny stoi szopa na sprzęt - dodał Gabriel­son. - Miguel ma tam swoje wyrko i koc, a może też flaszkę. Podobno gdy wró­cił z roboty i zapa­lił latar­nię, zoba­czył faceta zwi­sa­ją­cego z kro­kwi.

- Samo­bój­stwo?

- A sły­sza­łeś kiedy, żeby ktoś się powie­sił na rzeź­nic­kim haku głową w dół? - spy­tał Beamer i zacią­gnął się głę­boko. Gdy znowu się ode­zwał, dym sączył mu się z kąci­ków ust. - Bo dla mnie to coś nowego. Przy­naj­mniej w dzie­dzi­nie samo­bójstw.

- Facet naprawdę wisiał na haku?

- Poje­dziesz na miej­sce, to się dowiesz - odparł kapi­tan. - Może się oka­zać, że to tylko majaki zapi­tego pastu­cha. Co zro­bisz, zaraz jak usta­lisz fakty? - Beamer znowu uniósł dło­nie, poka­zu­jąc dłu­gość smy­czy McGrady'ego.

- Złożę raport.

- U mnie.

- Tak.

- To twoje pierw­sze mor­der­stwo. Jesteś tu rap­tem pięć lat. A ja roz­wią­zy­wa­łem sprawy z Chan­giem Apaną, zanim ty przy­sze­dłeś na świat. Pamię­taj o tym, a będziemy dobrze ze sobą żyć.

McGrady poje­chał szosą Pali i wkrótce, gdy tylko wóz wspiął się mię­dzy góry, świa­tła Hono­lulu zostały daleko w tyle. Tu, za urwi­skami, jedy­nym śla­dem cywi­li­za­cji była sama droga, w głę­bo­kiej ciem­no­ści zyg­za­ku­jąca po zbo­czach kolej­nych wzgórz. Od nawietrz­nej wje­chał w las tro­pi­kalny, który zwie­szał się z obu stron nad wstęgą asfaltu i wci­skał w każdą szcze­linę nawierzchni mokrej wszę­dzie tam, gdzie wart­kie stru­mie­nie pie­niły się wokół prze­pu­stów pod drogą.

W ide­al­nych warun­kach dojazd na drugą stronę zatoki Kahana mógł zająć pra­wie godzinę. W nocy trzeba było liczyć dwa razy dłu­żej, plus pół godziny na deszcz. Było więc dobrze po dzie­sią­tej, gdy McGrady w ciem­no­ści prze­ga­pił zjazd w stronę domu Reg­giego Faith­fula. Zawró­cił, gdy tylko nada­rzyła się oka­zja, i po chwili zapar­ko­wał obok trzech innych samo­cho­dów przed fron­tem budynku uda­ją­cym styl Tudo­rów.

Wyłą­czył świa­tła, wysiadł z wozu i rzu­cił okiem na dom. Potra­fił doce­nić jego impo­nu­jące roz­miary - sam miesz­kał w wyna­ję­tym pokoju nad chiń­ską knajpą przy King Street, prze­sy­co­nym wonią sma­żo­nej cebuli i tłu­stej wie­przo­winy. Nie wsta­jąc z łóżka, mógł dosię­gnąć obu swo­ich gar­ni­tu­rów, które wie­szał na prze­ciw­le­głej ścia­nie.

Zatrza­snął drzwi wozu i wszedł po kamien­nych stop­niach na dzie­dzi­niec. Kolejny ciąg schod­ków zapro­wa­dził go na werandę, gdzie cze­kał nań Regi­nald Faith­ful.

- Pan McGrady?

- Tak jest. Rozu­miem, że znowu roz­ma­wiał pan z komen­dan­tem Gabriel­so­nem.

- Żeby się dowie­dzieć, kiedy pan wresz­cie przy­je­dzie. To było godzinę temu.

- Może pan zna jakąś krót­szą drogę przez góry, ja nie. Gdzie Miguel?

- W domu. Pil­nuje go moja żona.

- Jest w szoku?

- Można to tak nazwać.

- A jak pan by to nazwał?

- Nogi się pod chło­pa­kiem ugi­nały. Gdy­by­śmy go nie posa­dzili na kana­pie, leżałby teraz na pod­ło­dze.

- Dali mu pań­stwo coś do picia?

- Nie było potrzeby. Wypił dosta­tecz­nie dużo, zanim tu dotarł.

- Tam przy dro­dze to jego wóz?

- Mój. Wła­ści­wie mojej firmy. Ale on nim jeź­dzi.

- W takim razie pań­ska żona ma lasalle'a, a pan cadil­laca?

- Tak.

- Ktoś jesz­cze jest w domu?

- Nie.

Mle­czarz oparł dłoń na balu­stra­dzie i spoj­rzał w dół, na pod­jazd. Miał na sobie mocno spraną białą koszulę oraz por­tki khaki na czar­nych szel­kach. Polu­zo­wał kra­wat, zapa­trzony na cztery samo­chody, a potem spoj­rzał znowu na McGrady'ego.

- A pan co? - spy­tał. - Bez part­nera? Wspar­cie panu nie­po­trzebne?

- Jestem sam.

Faith­ful postu­kał papie­ro­sem o balu­stradę, by strzą­snąć popiół.

- Skoro tak, to chyba czas, żebym poka­zał panu Migu­ela.

- Wolał­bym zoba­czyć ciało, zakła­da­jąc, że rze­czy­wi­ście jakieś jest. Czy Miguel może cho­dzić?

- Musie­li­by­śmy razem spro­wa­dzić go po scho­dach.

- W porządku. Pan też poje­dzie.

Miguel Silva, pastuch, któ­rego wszy­scy nazy­wali "chło­pa­kiem", musiał być star­szy od ojca Reg­giego Faith­fula. Miał pomarsz­czoną, spra­żoną słoń­cem skórę w odcie­niu palo­nego maho­niu. Jego czarno-srebrne włosy były kró­ciutko przy­strzy­żone. Leżał na kana­pie ze zwi­nię­tym ręcz­ni­kiem na oczach.

- Naprawdę chce pan wziąć go ze sobą?

Pani Faith­ful klę­czała na pod­ło­dze przy wie­ko­wym pra­cow­niku swego męża. Miała na sobie baweł­nianą sukienkę w drob­niutką kratkę, z odpię­tym guzi­kiem pod szyją. Miała ciemne oczy i jesz­cze ciem­niej­sze, lekko falu­jące włosy.

- Nie może zostać ze mną? - dodała. - Niech pan tylko spoj­rzy na tego bie­daka.

- Nie powinna pani zosta­wać z nim sama, póki nie ustalę, co wła­ści­wie się stało.

- Pra­cuje u nas od wie­ków. Ufam mu.

- Wobec tego i ja nie powi­nie­nem mieć z nim pro­blemu.

Ubra­nie Migu­ela było prze­siąk­nięte potem, ale rów­nie mocna była bijąca odeń woń trunku. Poza tym był jed­nak w dobrym sta­nie i tro­ska pani Faith­ful była zbędna - rów­nie dobrze można by go poło­żyć w beto­no­wej celi, ocu­cić wia­drem wody i prze­słu­chać.

McGrady pochy­lił się nad wie­ko­wym paste­rzem, ścią­gnął ręcz­nik z jego twa­rzy i klep­nął w lewy poli­czek. Mógł użyć więk­szej siły i zapewne szyb­ciej go wybu­dzić z pijac­kiej drzemki, ale powstrzy­mał się przez wzgląd na panią domu. Wolał ją mieć po swo­jej stro­nie. Przy­naj­mniej ją.

Sta­ruch uchy­lił powiekę.

- Glina?

McGrady miał jedną z tych twa­rzy - kan­cia­stych i nie­jako nie­do­koń­czo­nych, jak gdyby rzeź­biarz, który je cio­sał, zła­mał dłuto na nie­ocze­ki­wa­nie twar­dym kamie­niu.

Gdy ski­nął głową, Miguel pod­jął wysi­łek, by usiąść.

- Poje­dziesz z nami.

- Ja tam nie wra­cam.

- A jed­nak.

To rze­kł­szy, chwy­cił Migu­ela za nad­gar­stek i dźwi­gnął do pionu. Ruszyli we trzech, z McGra­dym po jed­nej i Reg­giem po dru­giej stro­nie. Pasterz oto­czył ich ramio­nami, by utrzy­mać rów­no­wagę. Bez pośpie­chu prze­mie­rzyli werandę, zeszli po stop­niach i chwilę póź­niej wrzu­cili Migu­ela na tylną kanapę wozu. McGrady zatrza­snął drzwi i raz jesz­cze spoj­rzał na dom. Pani Faith­ful stała u szczytu scho­dów; wyraź­nie widział jej ciemną syl­wetkę na tle roz­świe­tlo­nych okien.

2

Asfalt skoń­czył się, gdy tylko zje­chali z nad­brzeż­nej szosy na drogę w głąb doliny Kaawa. Począt­kowo podą­żali wzdłuż stru­mie­nia wypły­wa­ją­cego z lasu tro­pi­kal­nego pora­sta­ją­cego zbo­cza gór. Po bokach koryta roz­cią­gały się roz­le­głe pastwi­ska, znad któ­rych dola­ty­wał zapach mokrej trawy oraz kro­wich plac­ków. Im bar­dziej jed­nak zagłę­biali się w dolinę, tym bli­żej stru­mie­nia pię­trzyły się urwi­ska po obu jej stro­nach. Wresz­cie wje­chali pod korony drzew man­go­wych, by po chwili wychy­nąć spod nich na pod­mo­kłej łące, gdzie nie rosło już nic prócz imbiru.

- To tam, za zako­lem stru­mie­nia - powie­dział Faith­ful. - Jesz­cze ćwierć mili.

McGrady zer­k­nął przez ramię na śpią­cego Migu­ela.

- Gdzie bywa, gdy nie nocuje w szo­pie?

- Cała jego rodzina mieszka w Nana­kuli.

- Tak daleko?

- Jeź­dzi tam raz, cza­sem dwa razy w mie­siącu.

- Czyli prak­tycz­nie mieszka w tej szo­pie.

Faith­ful wzru­szył ramio­nami.

- Ma tam wszystko, czego potrze­buje.

Gdy obje­chali zakole, McGrady ujrzał szopę wci­śniętą pod stromą skalną ścianę. Stru­mień spły­wał z gór nieco po pra­wej nie­wiel­kim wodo­spa­dem. Budy­nek wznie­siono z suro­wego drewna i już zaczy­nał gnić od wiecz­nej wil­goci, ale deski były tak grube, że z powo­dze­niem mogły prze­trwać jesz­cze sto lat.

- Wcho­dzę - oznaj­mił McGrady. - Niech pan tu zosta­nie z Silvą i zawoła mnie, gdyby się obu­dził albo pró­bo­wał wiać. Albo gdyby zaata­ko­wał.

Wyjął klu­czyk ze sta­cyjki, wysiadł z wozu i zatrza­snął za sobą drzwi. Faith­ful także wysko­czył z kabiny i powtó­rzył nad dachem:

- Gdyby zaata­ko­wał?

- W poło­wie przy­pad­ków ten, kto zna­lazł ciało, jest sprawcą. Jeśli więc Silva będzie agre­sywny, niech pan robi to, co konieczne. I zawoła mnie. Przy­bie­gnę.

McGrady przy­sta­nął za samo­cho­dem i klu­czy­kiem otwo­rzył bagaż­nik, by wyjąć latarkę - miesz­czący sześć bate­rii cylin­der ze sta­lo­wej bla­chy, ciężki jak poli­cyjna pałka. Pstryk­nął włącz­ni­kiem, ale nic się nie wyda­rzyło. Huk­nął więc o metal lewą dło­nią i dopiero wtedy żółte świa­tło zalało wnę­trze bagaż­nika, a w nim sakwę z czar­nej skóry, w któ­rej trzy­mał swe narzę­dzia pracy. Polu­zo­wał linkę i spod zapa­so­wych kaj­da­nek, bloczka z for­mu­la­rzami oraz teko­wej pałki wydo­był broń, którą trzy­mał w rezer­wie na spe­cjalne oka­zje: pisto­let samo­pow­ta­rzalny kali­bru .45 ACP. Była to nie­le­galna pamiątka z cza­sów służby woj­sko­wej i nie zamie­rzał zosta­wiać jej w samo­cho­dzie, w któ­rym sie­dział przy­ja­ciel kapi­tana w towa­rzy­stwie czło­wieka podej­rza­nego o mor­der­stwo. Prze­ła­do­wał, wsu­nął pisto­let za pasek i zatrza­snął klapę.

Regi­nald Faith­ful stał przy nim, mru­żąc oczy w bla­sku latarki i ner­wowo odga­nia­jąc moskity krą­żące mu wokół twa­rzy.

- Ma pan taki dla mnie?

- Nie.

- A może cho­ciaż latarkę?

- Zosta­wię włą­czone reflek­tory.

- I tak mnie pan zostawi?

- To pań­ska zie­mia.

McGrady ruszył przed sie­bie ścieżką ubitą kopy­tami i chwilę póź­niej pchnął ramie­niem drzwi szopy. Nie musiał oświe­tlać wnę­trza poli­cyjną latarką; wystar­czył mu jeden krok za próg, by nabrać pew­no­ści, że sta­ruch nie kła­mał: śmierć nawie­dziła to miej­sce. Gdyby nie zdra­dził tego fetor, zro­biłby to rój much.

Po połu­dniu tem­pe­ra­tura się­gnęła trzy­dzie­stu stopni; dopiero wie­czorny deszcz przy­niósł ochło­dze­nie. Szopa była jed­nak zamknięta i w jej wnę­trzu wciąż pano­wał skwar upal­nego dnia. Gdy tylko McGrady uchy­lił drzwi, roz­po­znał ten smród. Na zachod­nim brzegu wyspy dzia­łała rzeź­nia, a w ciągu ostat­nich sze­ściu mie­sięcy musiał dwa razy odwie­dzić tamte strony w spra­wach służ­bo­wych. Znał więc woń roz­la­nej krwi i sto­sów wnętrz­no­ści - i dobrze, bo był przy­go­to­wany na to, co zoba­czył w szo­pie.

Pod jedną z belek stro­po­wych wisiał męż­czy­zna. Obie kostki miał prze­bite żela­znym prę­tem, lecz z pew­no­ścią nie to było przy­czyną jego śmierci. Ciało zostało roz­pła­tane nie­mal na dwoje, a wnętrz­no­ści spo­czy­wały w nie­ła­dzie na ubi­tej ziemi. McGrady zasło­nił nos i usta lewym ramie­niem, nim ostroż­nie ruszył w głąb szopy.

Mucha wzbiła się z pod­łogi i przy­sia­dła na soczewce latarki. Strzą­snął ją ener­gicz­nym ruchem, po czym przy­kuc­nął, by spoj­rzeć na twarz ofiary. Był to młody, może osiem­na­sto- lub dwu­dzie­sto­letni męż­czy­zna. Trudno było stwier­dzić coś wię­cej, bo nie wyglą­dał naj­le­piej bez oczu i praw­do­po­dob­nie bez języka - McGrady nie był gotowy, by wsu­nąć mu palce do ust i spraw­dzić.

Wstał po chwili i obró­cił się nie­spiesz­nie, zata­cza­jąc krąg służ­bową latarką. Snop świa­tła wyło­wił z mroku tury­styczną kuchenkę Migu­ela i dzba­nek do parze­nia kawy. Obok stał drew­niany cebrzyk z wodą i bam­bu­sową cho­chlą. Na hakach wbi­tych w ścianę wisiały szu­fle i kilofy, a także nie­znane McGrady'emu ele­menty uprzęży i osprzętu. W głębi szopy stało łóżko polowe, na któ­rym leżały na jed­nej ster­cie zmięta płachta bre­zentu, pościel i ubra­nia Migu­ela.

Skie­ro­wał świa­tło ku górze, by spoj­rzeć na belki i wewnętrzną stronę bla­sza­nego dachu. Żela­zny drą­żek pod­wie­szono na linie prze­cią­gnię­tej przez blo­czek. Sprawca musiał naj­pierw prze­bić kostki ofiary, a następ­nie ją unieść, cią­gnąc za linę.

Jeżeli młody męż­czy­zna jesz­cze żył, jego krzyki musiały być sły­szalne o milę stąd, a McGrady uwa­żał, że był żywy. Nogi i plecy trupa lśniły od krwi, która spły­nęła z kostek. Serce musiało ją wciąż pom­po­wać, a on pew­nie krzy­czał, długo i gło­śno... lecz w tych stro­nach nie było nikogo, kto mógłby go usły­szeć. Tak daleko w głąb doliny zapusz­czały się jedy­nie krowy.

McGrady wyszedł z szopy, otarł usta wierz­chem dłoni i wró­cił do samo­chodu. Miguel na­dal spo­czy­wał bez ruchu na tyl­nej kana­pie. Regi­nald Faith­ful wychy­nął z cie­nia.

- To prawda?

- Muszę sko­rzy­stać z pań­skiego tele­fonu - powie­dział McGrady. - Chyba że gdzieś bli­żej znajdę inny.

- Tak po pro­stu stąd odje­dziemy?

- Im szyb­ciej odjadę, tym szyb­ciej tu wrócę, ale naj­pierw muszę poga­dać z kapi­ta­nem i wezwać tru­po­wóz.

Gdy pań­stwo Faith­ful zosta­wili go samego w domu, uznał, że naj­pierw powi­nien zadzwo­nić do Molly. Ode­brała jedna z jej współ­lo­ka­to­rek. Nowa, jesz­cze nie pamię­tał jej imie­nia; przy­je­chała z Kali­for­nii.

- Tu Joe - powie­dział. - Dasz mi Molly?

- Śpi od godziny, odkąd tylko wró­ciła z biblio­teki. Mam ją obu­dzić?

- A mogła­byś zapi­sać dla niej wia­do­mość?

- Jaką?

- Że dosta­łem dużą sprawę. Jutro, jeśli tylko będę mógł, zabiorę ją na kola­cję. A jeśli nie... to napisz, że prze­pra­szam.

Dziew­czyna z Kali­for­nii mruk­nęła coś i odło­żyła słu­chawkę. McGrady znowu wywo­łał tele­fo­nistkę i tym razem popro­sił o połą­cze­nie z biu­rem detek­ty­wów na poste­runku poli­cji. Nie minęła nawet minuta, gdy usły­szał głos kapi­tana Beamera.

- McGrady?

- Tak.

- Wła­śnie zaczy­na­łem się zasta­na­wiać, czy powi­nie­nem ci ufać. Co tam masz?

- Jest tak, jak opo­wia­dał ten sta­ruch. Trup zawie­szony pod kro­kwią, mocno poha­ra­tany.

- Męż­czy­zna?

- Tak.

- Na pewno?

- Jest nagi. - McGrady umilkł w ocze­ki­wa­niu na kolejne pyta­nie, ale kapi­tan się nie ode­zwał. - Myślę, że przy­czyną śmierci było wypa­tro­sze­nie - dodał po chwili.

Beamer w zamy­śle­niu tarł słu­chawką o pod­bró­dek. Minęło tro­chę czasu, odkąd się golił.

- Inne ślady?

Prawda była taka, że McGrady przy­glą­dał się ciału może przez dzie­sięć sekund, trzy­ma­jąc latarkę w drżą­cej dłoni. Nawet by nie zauwa­żył, gdyby facet miał na ple­cach wyrżnięte całe aka­pity tek­stu z nazwi­skami i adre­sami spraw­ców. Obej­rzał go w grun­cie rze­czy tylko z jed­nej strony.

- Może dowiemy się wię­cej, gdy koro­ner umyje ciało - odpo­wie­dział.

- Znamy ofiarę?

- Naprawdę trudno orzec - odparł McGrady. - Facet jest cały we krwi i ma zma­sa­kro­waną twarz. Nie wydaje mi się, żebym go znał. Ale nie wiem, kogo pan zna.

- Rasa?

- Skórę ma białą, tego jestem pewny, ale gdy ktoś stra­cił oczy, trudno wyklu­czyć inne opcje.

- Suge­ru­jesz, że może być Japoń­cem? Jakiego koloru ma włosy?

- Krwa­wego - odparł McGrady, sta­ra­jąc się przy­wo­łać w pamięci obraz ofiary. - Gdy­bym miał obsta­wiać, powie­dział­bym, że to biały. Wydał mi się wysoki i chyba szer­szy w ramio­nach niż ja.

- W porządku - mruk­nął Beamer. - Wra­caj tam i cze­kaj na miej­scu, przy­ślę ci wspar­cie. Aha, daj mi jesz­cze Reg­giego. Chcę z nim poga­dać.

McGrady poło­żył słu­chawkę na sto­liku i wyszedł na werandę. Reg­gie stał oparty o balu­stradę, spo­glą­da­jąc na drogę ginącą w mroku. Jego żona wybrała bujany fotel na dale­kim końcu werandy, dobre trzy­dzie­ści stóp od męża. McGrady nie spo­dzie­wał się, że zoba­czy ją z papie­ro­sem - może pozwo­liła sobie na jed­nego w dro­dze wyjątku; w końcu nie co noc na jej ziemi znaj­do­wano trupa. Nawet ją rozu­miał.

Reg­gie odwró­cił się, sły­sząc trzask zamy­ka­nych drzwi.

- Tak?

- Beamer chce z panem mówić - powie­dział McGrady.

Wło­żył kape­lusz i ski­nął głową na poże­gna­nie pani Faith­ful, po czym zbiegł po stop­niach i ruszył do samo­chodu. Miguel na­dal spał na tyl­nej kana­pie. I dobrze, pomy­ślał McGrady. Zamie­rzał oddać go pierw­szemu patro­lowi, który dotrze na miej­sce, albo w osta­tecz­no­ści oso­bi­ście odsta­wić go do mia­sta.

3

Na ostat­nim zakrę­cie przed szopą zdjął stopę z gazu i pozwo­lił, by pożło­biona kole­inami droga sama spo­wol­niła wóz. Z tyłu dobiegł stłu­miony łomot, a zaraz potem jęk. McGrady odwró­cił się, żeby spraw­dzić, co z Migu­elem, i omal nie przy­pła­cił życiem tej sekundy nie­uwagi.

Miguel spadł z kanapy i leżał nie­ru­chomo w poprzek pokry­tego wykła­dziną tunelu masku­ją­cego wał napę­dowy. Nic mu się nie stało, nawet się nie obu­dził, za to McGrady, gdy znowu spoj­rzał przed sie­bie, w ostat­niej chwili z całej siły wci­snął pedał hamulca.

Od szopy ską­pa­nej w świe­tle reflek­to­rów dzie­liło go jesz­cze pięć­dzie­siąt stóp, ale dzie­sięć mniej od bla­do­żół­tego coupé marki Pac­kard. Mię­dzy samo­cho­dem a ścianą budynku stał jakiś czło­wiek w zie­lo­nym kom­bi­ne­zo­nie mecha­nika. Czarna weł­niana czapka skry­wała jego włosy. Lewą połowę twa­rzy, od ucha do kącika ust, prze­ci­nała bli­zna. Był mocno opa­lony, ale bli­zna pozo­stała upior­nie biała i nie­mal świe­ciła w bla­sku reflek­to­rów. W lewej ręce trzy­mał piłę o drew­nia­nej ramie, a przy jego pra­wej sto­pie stał pię­cio­ga­lo­nowy kani­ster na ben­zynę. Męż­czy­zna mru­żył oczy, patrząc wprost w świa­tła nad­jeż­dża­ją­cego wozu, i odru­chowo osła­niał je wolną ręką. Zapewne pró­bo­wał ziden­ty­fi­ko­wać samo­chód lub jego kie­rowcę. Wresz­cie rzu­cił piłę na zie­mię i wsu­nął rękę pod kom­bi­ne­zon.

McGrady także się­gnął po broń, lecz jego prze­ciw­nik był szyb­szy. Służ­bowy pisto­let tkwił jesz­cze w kabu­rze, gdy męż­czy­zna w kom­bi­ne­zo­nie uno­sił do strzału masywny rewol­wer. Sto­jąc na sze­roko roz­sta­wio­nych, lekko ugię­tych nogach i trzy­ma­jąc broń obu­rącz, zaczął ryt­micz­nie naci­skać spust.

McGrady widział roz­bły­ski u wylotu lufy - jeden, dwa, trzy - ale nie pamię­tał potem, czy sły­szał huk wystrza­łów. W przed­niej szy­bie wozu poja­wiła się nagle dziura wiel­ko­ści pię­ści i ostre jak szty­lety dro­biny szkła wbiły mu się w czoło i przed­ra­mię. Kolejna kula prze­mknęła tuż obok jego pra­wego ucha. Wci­snął pedał gazu w pod­łogę, gdy następne poci­ski roz­biły szybę w pył. Ostatni zapewne urwałby mu głowę, gdyby nie to, że McGrady z trzy­dziest­ką­ó­semką w dłoni zdą­żył już otwo­rzyć drzwi i wła­śnie wyska­ki­wał na zewnątrz. Gdy prze­ta­czał się po mokrej ziemi, samo­chód jesz­cze się toczył. Przy­klęk­nął bły­ska­wicz­nie i oddał dwa strzały.

Strze­lał w pośpie­chu i w zasa­dzie na oślep, nawet nie pró­bu­jąc celo­wać. To, że mógł tra­fić we wła­sny wóz, prak­tycz­nie nie miało zna­cze­nia - i tak nie bra­ko­wało w nim dziur. Poru­szał się jesz­cze, szybko wytra­ca­jąc pręd­kość, aż wresz­cie zatrzy­mał się na ścia­nie szopy. Sil­nik zgasł, ale reflek­tory pozo­stały włą­czone, a ich blask roz­cho­dził się wystar­cza­jąco, by można było dostrzec syl­wetkę strzelca. Męż­czy­zna rzu­cił się w bok, by ukryć się za żół­tym coupé, i sekundę póź­niej już mie­rzył z rewol­weru ponad jego dachem.

Kolejne trzy poci­ski na szczę­ście chy­biły McGrady'ego, a to ozna­czało, że maga­zy­nek męż­czy­zny z bli­zną był zapewne pusty. Poli­cjant pode­rwał się więc i znowu oddał dwa strzały, mie­rząc w okna żół­tego wozu w nadziei, że któ­raś z kul choć dra­śnie prze­ciw­nika. Nie­zna­jomy nie dawał znaku życia, ale McGrady nie liczył na to, że aż tak dopi­sało mu szczę­ście. Przy­klęk­nął, a potem poło­żył się na boku i wypa­lił jesz­cze dwa razy, tym razem tuż nad zie­mią, poni­żej pod­wo­zia. Następ­nie wsu­nął pisto­let do kabury i wyjął zza paska woj­skowy rewol­wer. Trzy­mał go nisko i pra­wie za ple­cami, ostroż­nie zbli­ża­jąc się do samo­chodu.

- Nie masz amu­ni­cji! - zawo­łał. - Podob­nie jak ja. Mie­li­śmy po sześć nabo­jów, zga­dza się?

Cisza. Może facet go nie usły­szał? Po serii strza­łów z takiej armaty było to cał­kiem praw­do­po­dobne.

- Wyłaź, poga­damy jak męż­czy­zna z męż­czy­zną.

Był już pra­wie przy bur­cie coupé. W bocz­nej szy­bie po stro­nie kie­rowcy zoba­czył dwie prze­strze­liny, dzie­liła je może dłu­gość dłoni. Reszta szkła była pół­prze­zro­czy­sta i trzy­mała się jedy­nie dzięki folii ochron­nej, tak że nie mógł nawet dostrzec, czy kule prze­szły także przez okno pasa­żera. Jeśli nie liczyć dzwo­nie­nia w uszach, nie sły­szał abso­lut­nie żad­nego dźwięku. Ruszył powoli wokół wozu i w chwili, gdy posta­wił nogę przy przed­nim zde­rzaku, kątem oka dostrzegł po lewej jakiś ruch. Odwró­cił się gwał­tow­nie i zoba­czył Migu­ela Silvę, który wła­śnie wyto­czył się z jego samo­chodu. Sta­rzec był pół­przy­tomny, led­wie trzy­mał się na nogach.

McGrady obró­cił się znowu do coupé, w stronę nie­bez­pie­czeń­stwa - znacz­nie bliż­szego, niż się spo­dzie­wał, bo prze­ciw­nik wła­śnie sko­czył nad maską pac­karda i fru­nął ku niemu, trzy­ma­jąc wielki rewol­wer za lufę jak maczugę. Poli­cjant odru­chowo cof­nął się o dwa kroki, pośli­znął w błot­ni­stej kole­inie i runął na plecy. Nim dotknął ziemi, zdą­żył pięć razy pocią­gnąć za spust.

Roz­bły­ski wystrza­łów spra­wiły, że widział wszystko tak, jakby oglą­dał film klatka po klatce, niczym pokaz w foto­pla­sty­ko­nie za parę cen­tów. Męż­czy­zna zama­chał ramio­nami jak skrzy­dłami, obró­cił się w locie i wyprę­żył. Nie­na­ła­do­wany rewol­wer wyle­ciał mu z ręki i pofru­nął wstecz, ku samo-cho­dowi.

Uła­mek sekundy póź­niej McGrady leżał w bło­cie, wśród korzeni namo­rzy­nów, a jedy­nym dźwię­kiem mącą­cym nocną ciszę było upo­rczywe dzwo­nie­nie w jego uszach.

Wstał po chwili. Ten drugi już nie. Leżał przed pac­kar­dem, twa­rzą ku ziemi, z sze­roko roz­po­star­tymi ramio­nami. McGrady wró­cił do samo­chodu po latarkę, jak zwy­kle huk­nął w nią otwartą dło­nią, by raczyła zadzia­łać, po czym skie­ro­wał snop świa­tła na swoje dzieło. Potężne rany wylo­towe ziały z boku głowy i w ple­cach leżą­cego, a roze­rwany kom­bi­ne­zon szybko ciem­niał od krwi. Nie było sensu przy nim klę­kać i szu­kać pulsu.

McGrady usły­szał za ple­cami jakiś dźwięk. Czyżby głos? Nie był pewny; dzwo­nie­nie w uszach przy­pra­wiało go o zawroty głowy. Odwró­cił się i ujrzał Migu­ela. To jego poru­sza­jące się usta musiały wyda­wać ów dźwięk, ale poli­cjant nie był w sta­nie zro­zu­mieć ani słowa. Pasterz pod­szedł bli­żej.

- Co? - Nawet wła­sny głos wydał się McGrady'emu obcy; brzmiał, jakby dobie­gał spod ziemi. - Musisz mówić gło­śniej.

Miguel oparł się o otwarte drzwi wozu, ale i tak wyda­wało się, że lada chwila pad­nie na twarz. W końcu jed­nak z wysił­kiem uniósł głowę i prze­mó­wił raz jesz­cze:

- Glina?

- Już roz­ma­wia­li­śmy.

- Tam w środku... to naprawdę?

McGrady nie odpo­wie­dział. Wszystko wska­zy­wało na to, że czeka go jesz­cze dobre czter­dzie­ści osiem godzin pracy non stop i nie miał zamiaru mar­no­wać ener­gii. Bez słowa zało­żył Migu­elowi kaj­danki i przy­kuł go do drzwi samo­chodu. Lepiej, żeby się tu nie szwen­dał, pomy­ślał. Z latarką w dłoni pod­szedł do czło­wieka, któ­rego zastrze­lił. Piła i kani­ster leżały kilka kro­ków dalej. Wyglą­dało na to, że po wypa­tro­sze­niu chło­paka w szo­pie sprawcę ogar­nęły wąt­pli­wo­ści i wró­cił, by za pomocą zęba­tego ostrza i ben­zyny dokoń­czyć dzieła, a przy tym zatrzeć ślady. Sce­na­riusz wyda­wał się oczy­wi­sty, jed­nak cze­goś w nim bra­ko­wało.

McGrady przy­klęk­nął obok zwłok i obszu­kał je. Nie zna­lazł port­fela. Z kie­szeni wydo­był jedy­nie skła­dany nóż i zapal­niczkę marki Ron­son. Nie było w nich klu­czyka samo­cho­do­wego. Prze­wró­cił męż­czy­znę na plecy, odsła­nia­jąc zma­sa­kro­waną twarz, oble­pioną krwią, bło­tem i mokrymi liśćmi. W roz­licz­nych kie­szeniach z przodu kom­bi­ne­zonu nie zna­lazł już nic, nawet papierka po gumie do żucia.

Pod­szedł do żół­tego coupé i otwo­rzył drzwi. We wnę­trzu zapa­liło się świa­tło. Na skó­rza­nych sie­dze­niach ozdo­bio­nych prze­szy­ciami poły­ski­wały dro­biny szkła roz­bi­tego przez kule. W sta­cyjce także nie było klu­czyka, za to niżej McGrady ujrzał pęk kabli wyrwa­nych spod deski roz­dziel­czej. Zwi­sały pod kolumną kie­row­nicy, a pod nimi na dywa­niku leżały kawa­łeczki izo­la­cji, zapewne ścią­gnię­tej scy­zo­ry­kiem z tyl­nej kie­szeni denata.

McGrady usiadł za kie­row­nicą i nachy­lił się, by zaj­rzeć do schowka. Był pusty; sprawca musiał wyrzu­cić doku­menty wozu zaraz po tym, jak go ukradł. Pomy­ślaw­szy o tym, McGrady wysiadł i zer­k­nął nad tylny zde­rzak: tablicy reje­stra­cyj­nej także bra­ko­wało. Otwory po śrub­kach, któ­rymi była przy­twier­dzona, lśniły sre­brzy­stymi gwin­tami, a to ozna­czało, że zdjęto ją tego dnia - w prze­ciw­nym razie metal byłby zabło­cony lub zaku­rzony.

McGrady upew­nił się, czy Miguel wciąż jest przy­kuty do drzwi jego samo­chodu, a potem ruszył ciemną ścieżką wzdłuż linii man­gow­ców. Deszcz ustał, a na nie­bie w końcu poka­zały się gwiazdy. W ich wątłym bla­sku można było dostrzec roz­le­głe pastwi­sko, a na nim ciemne syl­wetki krów śpią­cych na sto­jąco. McGrady przy­sta­nął i oparł się o drew­niane ogro­dze­nie, roz­my­śla­jąc nad tym, co do tej pory zoba­czył.

Miał dwa nie­zi­den­ty­fi­ko­wane trupy: mło­dego męż­czy­znę wypa­tro­szo­nego jak bydlę w rzeźni oraz czło­wieka z bli­zną, który wró­cił na miej­sce zbrodni, żeby posprzą­tać. Był to pew­nie cał­kiem nie­zły pomysł, gdyby nie to, że przy­je­chał tu skra­dzio­nym samo­cho­dem w samą porę, by dać się zastrze­lić. Kiep­skie wyczu­cie czasu, lecz prze­cież wśród nie­bosz­czy­ków trudno zna­leźć szczę­ścia­rzy. Zresztą i McGrady nie czuł, że For­tuna mu sprzyja: jeśli ktoś mógł mu wyja­śnić, co zaszło w tej szo­pie, to wła­śnie czło­wiek z bli­zną. Teraz trzeba było szu­kać innej drogi.

Uniósł głowę i rozej­rzał się.

U wylotu doliny spo­strzegł świa­tło samo­cho­do­wych reflek­to­rów. Ode­pchnął się od płotu i ruszył drogą przed sie­bie, by wyjść naprze­ciw nad­cią­ga­ją­cej odsie­czy. Spo­tkali się na drew­nia­nym mostku, może ćwierć mili od szopy. Trzem wozom patro­lo­wym towa­rzy­szył, zgod­nie z jego życze­niem, tru­po­wóz. Powi­tał nad­jeż­dża­ją­cych, uno­sząc wysoko poli­cyjną odznakę. W sno­pach świa­tła reflek­to­rów roiło się od owa­dów. Kie­rowca pierw­szego wozu opu­ścił szybę i uchy­lił drzwi, żeby w kabi­nie zapa­liła się górna lampka.

McGrady znał tę twarz z pierw­szego roku służby patro­lo­wej - był to nie­młody już sier­żant Kondo, nie­zły w ulicz­nych bija­ty­kach, ale nie tylko. Nie­zli­czone butelki i cegłówki roz­bite na jego czaszce nie wyrzą­dziły mu wiel­kiej szkody.

- Gdzie nie­bosz­czyk? - spy­tał. - Beamer mówił, że jest tu jakaś szopa.

- Tak, kawa­łek dalej.

- Pod­wieźć cię?

- To wy wysiądź­cie. Zjedź­cie wszy­scy na pobo­cze i prze­puść­cie tru­po­wóz. Tylko on będzie tam potrzebny, wy trzy­maj­cie dystans.

- Co się dzieje?

- Musia­łem zała­twić jed­nego gościa.

- Co takiego?!

- Zamie­rzał pod­pa­lić szopę, więc pod­je­cha­łem do niego... To była szybka akcja.

- "Nie­spo­dzianka, dupku. HPD1, do usług".

- Coś w tym guście. Wtedy wycią­gnął spluwę.

- Nie żyje?

- Dostał w łeb. Mię­dzy innymi dla­tego jest taki bała­gan wokół szopy. Aha, przy­da­dzą się też dwa wozy holow­ni­cze, trzeba stąd zabrać mój i jego samo­chód. Kogo masz ze sobą?

- Każ­dego, kogo dorwał Beamer.

- Ty dowo­dzisz?

- Tak.

McGrady zasta­na­wiał się przez moment nad tym, co usły­szał, ale nie wymy­ślił niczego mądrego. Albo Beamer nie zdo­łał zna­leźć o tej porze innego wol­nego detek­tywa, albo naprawdę wie­rzył, że McGrady pora­dzi sobie z tą sprawą. W grun­cie rze­czy nie miało to zna­cze­nia, liczyło się tylko jedno: musiał jakoś sobie pora­dzić.

- Zjedź­cie z drogi i zbierz chło­pa­ków. Musimy się spiąć, chcę wyko­nać tę robotę jak należy.

Depar­ta­ment Poli­cji Hono­lulu. [wróć]

4

Zebrali się przy samo­cho­dzie Kondo: sze­ściu patro­lo­wych, dwaj ludzie z biura koro­nera oraz McGrady. Nie znał nikogo poza sta­rym sier­żan­tem, ale nie prze­szka­dzało mu to - przy­naj­mniej nikt nie zamie­rzał kwe­stio­no­wać jego doświad­cze­nia. A doświad­cze­nie w spra­wach takiego kali­bru miał prak­tycz­nie zerowe. Wpro­wa­dził zebra­nych w szcze­góły sprawy i zamie­rzał popro­wa­dzić ją dalej powoli i ostroż­nie. Dwaj mun­du­rowi mieli odpiąć Migu­ela od drzwi jego samo­chodu i zabrać do mia­sta, żeby resztę nocy prze­spał w celi. Dwóch innych miało poje­chać w stronę wylotu doliny. Jeden był potrzebny do zablo­ko­wa­nia wjazdu nie­pro­szo­nym gościom; drugi dostał inne zada­nie: poje­chać do domu Faith­fu­lów i sko­rzy­stać z tele­fonu - potrzebne były dwa wozy holow­ni­cze. To ozna­czało, że na miej­scu zbrodni pozo­staną tylko McGrady, Kondo i ludzie koro­nera.

W tru­po­wo­zie na szczę­ście zna­la­zło się wię­cej wor­ków na zwłoki. Co waż­niej­sze, był też sprzęt foto­gra­ficzny. Ludzie koro­nera nie przy­wieźli jed­nak ani sta­ty­wów z moc­nymi lam­pami, ani filmu nada­ją­cego się do robie­nia zdjęć w ciem­no­ści, a to ozna­czało, że z foto­gra­fo­wa­niem miej­sca zbrodni trzeba będzie zacze­kać do świtu. Na szczę­ście nie zostało doń wiele czasu.

Załoga tru­po­wozu przy­dała się tym­cza­sem do innego zada­nia: ktoś musiał zostać na podwó­rzu przed szopą i wypa­try­wać zwie­rząt. Zwłoki pod gołym nie­bem były łako­mym kąskiem dla dzi­kich świń. McGrady i Kondo mieli zaś rozej­rzeć się w szo­pie - a było na co popa­trzeć.

Zosta­wili uchy­lone drzwi, by wpu­ścić świeże powie­trze, i przy­sta­nęli tuż za pro­giem, celu­jąc latar­kami w zwi­sa­jące nie­ru­chomo ciało. Bate­rie u McGrady'ego wła­śnie dogo­ry­wały; snop świa­tła był coraz słab­szy i bar­dziej żółty.

- Widzia­łeś kiedy coś takiego?

Kondo wes­tchnął i pokrę­cił głową.

- Ni­gdy. Gość musiał komuś mocno zaleźć za skórę.

- Tak sądzisz?

- Co innego, gdyby to była dziew­czyna. Wtedy nie można by wyklu­czyć, że ktoś to zro­bił dla zabawy. Wiesz, jakiś zwy­rod­nia­lec. Ale z face­tem to zupeł­nie inna sprawa. Jak sądzisz, długo tu wisi?

- O to trzeba będzie spy­tać koro­nera.

- A gdy­byś miał zga­dy­wać?

- Dzień albo dwa.

- Nie wię­cej - zgo­dził się Kondo. - Krew nie jest aż tak zaschnięta.

McGrady pod­szedł do półki w głębi szopy i się­gnął po pudełko zapa­łek, a potem obszedł pomiesz­cze­nie i zapa­lił wszyst­kie trzy lampy naf­towe, które zna­lazł. Pod­krę­cił knoty tak, by dawały jak naj­wię­cej świa­tła, wraz z któ­rym poja­wiły się w cia­snej prze­strzeni dzi­waczne cie­nie.

- Co mam robić? - spy­tał Kondo. - Jak chcesz, możemy zdjąć chło­paka.

- Niech wisi. Po pro­stu patrz, co robię.

- A co robisz?

- Jeżeli coś znajdę, będziesz mógł zaświad­czyć, że to nie ja pod­rzu­ci­łem dowód.

Kondo tylko się skrzy­wił, a skórę nad kośćmi jego łuków brwio­wych prze­cięły głę­bo­kie zmarszczki. McGrady ura­ził jego honor.

- Mógł­bym teraz smacz­nie spać w domu, a i tak bym zaświad­czył, z ręką na Biblii.

- Przy­się­gli łatwiej ci uwie­rzą, jeśli jed­nak tu będziesz.

- Jacy przy­się­gli? - spy­tał Kondo. - Stuk­ną­łeś ban­dziora, sprawa zamknięta.

- Myślę, że on nie był sam.

- Dla­czego?

- Takie mam prze­czu­cie.

- W spra­wie tego wyrka też?

McGrady spoj­rzał na posła­nie Migu­ela i obaj skie­ro­wali na nie świa­tło lata­rek. Pię­trzyła się na nim sterta brud­nych koców i sta­rych ubrań.

- A co z nim jest nie tak?

- Krwawi.

Kondo miał rację. Dopiero teraz McGrady dostrzegł na kle­pi­sku pod łóż­kiem kałużę krwi, która prze­są­czyła się przez cienki mate­rac. Zie­mia była zbyt mocno ubita, by gęsty płyn mógł w nią wsiąk­nąć. Czarne mrówki już zwie­trzyły oka­zję i oto­czyły kałużę gru­bym kor­do­nem.

- Psia­krew.

- Wcze­śniej tam nie zaj­rza­łeś?

- Umknęło mi.

Za bar­dzo się spie­szył poprzed­nim razem - by stąd wyjść, zadzwo­nić do Beamera, wezwać wspar­cie. Pod­szedł do łóżka i się­gnął po wytarte, dre­li­chowe spodnie. Odrzu­cił je na bok, podob­nie jak kra­cia­stą kow­boj­ską koszulę i pożół­kły pod­ko­szu­lek. I stare prze­ście­ra­dło. I nad­prutą poduszkę. Ostat­nią rze­czą, po którą wycią­gnął rękę, był cienki fla­ne­lowy koc, miej­scami prze­siąk­nięty krwią i tak mokry, że przy­kleił się do tego, co znaj­do­wało się pod nim. McGrady już wie­dział, co za chwilę zoba­czy. Zna­lazł suchy róg koca i szarp­nął.

- O cho­lera - jęk­nął Kondo. - Przy­kry widok.

Miał na myśli to, że dziew­czyna mogła być cał­kiem ładna, choć trudno to było teraz dostrzec. Miała dłu­gie, pro­ste, lśniące, ciemne włosy. Była naga, a nad­garstki zwią­zano jej za ugię­tymi kola­nami. Sprawca musiał lubić posłu­gi­wać się nożem. Ciała w zasa­dzie nie tknął, całą ener­gię poświę­ca­jąc twa­rzy i gar­dłu ofiary.

- Oboje nadzy i poha­ra­tani - rzekł Kondo. - Sądzisz, że była jego dziew­czyną? Może to się nie spodo­bało jej byłemu chło­pa­kowi?

- Nie­wy­klu­czone.

- Azjatka i biały - cią­gnął Kondo. - Jeżeli się spo­ty­kali, to mogli mieć powody, żeby trzy­mać to w tajem­nicy. Może nakrył ich tatuś i...

- Ojciec nie zro­biłby cze­goś takiego - wpadł mu w słowo McGrady. - A zresztą nawet jeśli byli kochan­kami, to akcja nie zaczęła się tutaj. Są nadzy, ale ni­gdzie nie widzę ich ubrań.

- Może tam­ten facet wyszedł stąd i wró­cił. Może zdą­żył gdzieś wyrzu­cić ciu­chy?

- Dobrze to zapla­no­wali - mruk­nął w zamy­śle­niu McGrady. - Rąb­nęli samo­chód i wcze­śniej wybrali miej­sce, w któ­rym doko­nają zabój­stwa...

- Wciąż mówisz w licz­bie mno­giej.

- Facet, któ­rego zastrze­li­łem, musiał mieć pomoc­nika. Nie zro­bił tego wszyst­kiego sam. I nie wydaje mi się też, żeby sam to zapla­no­wał. Jego wspól­nik trzyma dystans, nie bie­rze na sie­bie ryzyka. To on przy­słał tu tego z bli­zną, żeby zro­bił porzą­dek.

McGrady przy­klęk­nął, by przyj­rzeć się temu, co zostało z twa­rzy dziew­czyny. Nie wyłu­pili jej oczu; chcieli, żeby patrzyła. Uło­żyli ją tak, żeby widziała chło­paka, i kazali obser­wo­wać, jak go męczą. Cię­cie po cię­ciu. To mogło trwać godzi­nami... a potem zabrali się do niej.

- Co zamie­rzasz? - spy­tał Kondo.

- Sprawdźmy jesz­cze raz jego wóz - zapro­po­no­wał McGrady. - Chęt­nie ode­tchnę świe­żym powie­trzem.

Pac­kard coupé z trzy­dzie­stego siód­mego, może trzy­dzie­stego ósmego roku pod długą maską skry­wał potężny ośmio­cy­lin­drowy sil­nik. Zapa­sowe koła mie­ściły się w bocz­nych zasob­ni­kach mię­dzy przed­nimi błot­ni­kami a krótką kabiną. Wnę­trze wyglą­dało luk­su­sowo: zarówno przed­nią kanapę, jak i sym­bo­liczną półkę dla pasa­że­rów z tyłu pokry­wała skó­rzana tapi­cerka. Była to spora maszyna; nie bra­ko­wało na niej chromu i naprawdę dobrego lakieru. Warta była zapewne trzy razy tyle, co nale­żący do mia­sta ford, któ­rym jeź­dził poli­cjant. McGrady otwo­rzył drzwi. Jego latarka prze­stała dzia­łać, ale włą­czyła się lampka pod sufi­tem. Zamie­nili się z Kondo latar­kami, zanim przy­klęk­nął przy progu. Zaj­rzał pod sie­dze­nia, ale niczego nie zna­lazł. Scho­wek na ręka­wiczki spraw­dził wcze­śniej.

- A co z bagaż­ni­kiem? - spy­tał sier­żant.

Klapa nie była zamknięta na klucz. Otwo­rzyli ją i poświe­cili do wnę­trza. Na ciem­no­brą­zo­wym filcu wypa­trzyli kilka ciem­niej­szych plam.

- To krew? - zain­te­re­so­wał się Kondo.

McGrady dotknął jed­nej z plam. Opuszka palca zabar­wiła się na czer­wono.

- Na pewno.

Nachy­lił się moc­niej, trzy­ma­jąc w ręku latarkę, a potem cof­nął się i wypro­sto­wał, by poka­zać Kondo, co zna­lazł w głębi bagaż­nika: długi, czarny włos.

- Zaczęli gdzieś indziej - powie­dział. - To tam schwy­tali tych dwoje i roze­brali.

- Chyba że już byli nadzy.

- Wszystko jedno. Wpa­ko­wali ich do bagaż­nika i przy­wieźli tutaj.

- Zmie­ści­liby się tu razem?

- Dziew­czyna jest raczej drobna - odparł McGrady.

- Ale i tak byłoby cia­sno. I mało powie­trza.

- Ten, kto to zro­bił, raczej się tym nie przej­mo­wał.

- Co teraz?

McGrady rozej­rzał się w mil­cze­niu. Ludzie koro­nera cze­kali pod drze­wami za szopą. Czło­wiek z bli­zną wciąż leżał na ziemi, a nad jego otwar­tymi ustami krą­żyły muchy.

- Otwórz maskę - pole­cił McGrady, wyj­mu­jąc notes i ołó­wek. - Chcę spi­sać numer seryjny sil­nika.

5

Była dzie­siąta, gdy wóz patro­lowy Kondo, z McGra­dym na miej­scu pasa­żera, wspi­nał się krętą drogą na Nuuanu Pali. Przed nimi jechał tru­po­wóz z trzema nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nymi cia­łami. Gdy wresz­cie dotarli na szczyt urwi­ska poro­śnięty gąsz­czem paproci, ujrzeli zębate wierz­chołki gór nik­nące w chmu­rach.

- O czym myślisz? - spy­tał Kondo.

McGrady pokrę­cił głową.

- Beamer nie będzie szczę­śliwy. Powie­dzia­łem mu o jed­nym tru­pie, a wie­ziemy trzy.

- Z tego trze­ciego będzie zado­wo­lony. Dobrze, że dopa­dłeś tego typa.

- Po pro­stu skoń­czyła mu się amu­ni­cja, a mnie nie.

- Spo­koj­nie o tym mówisz - zauwa­żył sier­żant.

McGrady nie odpo­wie­dział.

- Widać, że już to robi­łeś.

- Parę razy.

- Chyba nie tu, bobym o tym sły­szał.

- Nie tu.

- Słu­ży­łeś w Armii, prawda?

McGrady ski­nął głową.

- Na Fili­pi­nach?

- Opo­dal Fuzhou. W trzy­dzie­stym czwar­tym.

- Fuzhou... Gdzie to jest?

- W Chi­nach. Po dru­giej stro­nie cie­śniny, patrząc od For­mozy.

Kondo zwol­nił na mokrym i wybo­istym odcinku drogi. Pył wodny z pobli­skiego wodo­spadu natych­miast osiadł na szy­bach i masce samo­chodu.

- To w trzy­dzie­stym czwar­tym byli­śmy w Chi­nach?

- Ja byłem. Słu­ży­łem w Armii, ale odde­le­go­wali mnie do Kor­pusu Mari­nes. Ochra­nia­li­śmy kon­su­lat.

- Opo­wiesz?

- Za bar­dzo nie ma o czym - odparł McGrady. - Poza tym... tutaj mia­łem w ręku model 1903.

- Nie rozu­miem.

- Z kara­bi­nem było ina­czej. Leża­łem pod krza­kiem, patrzy­łem przez szczer­binkę i zasta­na­wia­łem się, jaką poprawkę wziąć na wiatr. Tamci byli o ćwierć mili ode mnie, nawet nie widzia­łem ich twa­rzy.

Patrzył w oczy Beame­rowi z odle­gło­ści może pię­ciu stóp, bo taką sze­ro­kość miało jego biurko. Skóra kapi­tana miała zie­mi­sto­żół­tawy odcień i cia­sno opi­nała kości czaszki. Był nie­ogo­lony. Spę­dził za biur­kiem całą noc i pół poranka. McGrady minutę wcze­śniej zakoń­czył swój mel­du­nek, lecz Beamer jesz­cze się nie ode­zwał. Zerwał kon­takt wzro­kowy z detek­ty­wem dopiero wtedy, gdy po raz ostatni się zacią­gnął i musiał zga­sić papie­rosa w popiel­niczce. Nie zapa­lił kolej­nego. McGrady po raz pierw­szy widział go bez papie­rosa.

- Gdy dzwo­ni­łeś od Faith­fu­lów, mówi­łeś, że jest jeden trup. Męż­czy­zna.

- Dru­giego nie zna­la­złem od razu.

- Kaza­łem ci poje­chać na miej­sce, dowie­dzieć się co i jak i zło­żyć raport. Czego nie zro­zu­mia­łeś?

- Poje­cha­łem tam na krót­kiej smy­czy - przy­po­mniał McGrady, odpo­wied­nio roz­kła­da­jąc ręce. - Zoba­czy­łem, że doszło do mor­der­stwa, i wró­ci­łem, żeby to zgło­sić. Nie sądzi­łem, że mam prze­trzą­snąć każdy cal tej budy, zanim zadzwo­nię.

Beamer zer­k­nął na paczkę papie­ro­sów, ale po nią nie się­gnął.

- Teraz sprawa wygląda zupeł­nie ina­czej - rzekł wresz­cie. - Rozu­miesz to chyba?

- Naprawdę?

Beamer pokrę­cił głową i jed­nak się­gnął po paczkę, po czym wytrzą­snął z niej papie­rosa.

- Gdzie ją zna­la­złeś?

- Na łóżku pod stertą brud­nych szmat - odparł McGrady. - Była zwią­zana tak cia­sno, że zmie­ści­łaby się w walizce.

- Takie same obra­że­nia?

- Tak, od noża. Ale nie była wypa­tro­szona. Zro­bili jej za to coś, czego chyba nie zro­bili jemu.

- Japonka?

- Tak mi się wydaje. Kondo też tak uważa.

- Ufam mu bar­dziej niż tobie.

- W tej kwe­stii na pewno. Prze­cież jest stąd.

- W każ­dej kwe­stii - oznaj­mił Beamer. - Poza tym jest pół-Japoń­cem, a swój chyba pozna swego... Co z tym chło­pa­kiem od Faith­fula? Z Migu­elem.

- Chciał­bym go przy­ci­snąć. Naj­le­piej po autop­sjach, gdy będę wie­dział wię­cej. Zresztą w tej chwili jest tak zalany, że nie skleci trzech słów do rze­czy.

Beamer musiał ski­nąć głową. To był sen­sowny plan.

- Kiedy te autop­sje?

- O jede­na­stej - odrzekł McGrady. - Powi­nie­nem się zbie­rać. Muszę zna­leźć sobie samo­chód.

- Prze­cież to w tym samym kwar­tale. Możemy się przejść.

- Nie. W For­cie Sha­ftera. Szlag tra­fił sprę­żarkę w chłodni koro­nera, więc nie ma gdzie trzy­mać ciał. Kazał swoim ludziom zawieźć trupy do Tri­plera.

Beamer zacią­gnął się potęż­nie i zostało mu może pół cala papie­rosa.

- Armia wyko­nuje autop­sje dla nas?

- Sprawa na­dal jest nasza, po pro­stu wyświad­czają nam przy­sługę - odparł McGrady. - Kondo już tam jest, pil­nuje inte­resu. Decy­zję pod­jął koro­ner, nie ja.

Beamer wydmuch­nął nosem dym, a potem koniusz­kiem palca zdra­pał z zęba strzę­pek tyto­niu.

- Możesz poje­chać ze mną - powie­dział, spo­glą­da­jąc na zega­rek. - Naj­pierw do Pearl. Czło­wiek Kim­mela chce usły­szeć dzienny raport i nie będzie cze­kał.

- Mary­narka Wojenna ma z tym coś wspól­nego?

- Nie, i powinno cię to cie­szyć. Nie chciał­byś odpo­wia­dać przed nimi. Sukin­syny stroją się jak kel­ne­rzy i tylko prze­su­wają po mapie te swoje zabaw­kowe sta­teczki.

- To po pro­stu poranny raport, prawda?

- Lista aresz­to­wań, nic wię­cej.

- I zawsze musi pan to robić oso­bi­ście?

Beamer potrzą­snął głową.

- Sły­sza­łem, że admi­rał nagle zain­te­re­so­wał się tema­tem. Aku­rat tego ranka.

- Zgar­nę­li­śmy wczo­raj kogoś szcze­gól­nego?

Kapi­tan prze­chy­lił głowę, marsz­cząc brwi. Być może ten McGrady jed­nak miał mię­dzy uszami coś na kształt mózgu. Gdyby Beamer miał, dostrzegłby to zapewne sześć mie­sięcy wcze­śniej.

- Zada­łem sobie to samo pyta­nie i godzinę temu prze­spa­ce­ro­wa­łem się po celach. Nikt mi się nie rzu­cił w oczy. Przej­rza­łem listę, żad­nych zna­jo­mych nazwisk. A znam ich naprawdę sporo. Mamy samych sze­re­gow­ców.

- A cywile bez doku­men­tów?

Wśród zatrzy­ma­nych zawsze zna­la­zło się kilku takich. Mło­dych mary­na­rzy, któ­rzy cich­cem zrzu­cali białe mun­dury, żeby nocą zasza­leć, było w Chi­na­town wię­cej niż przy­pad­ków try­pra.

- Mamy paru - odparł Beamer. - Japoń­ców i meneli. Nikogo, kto mógłby tak zain­te­re­so­wać Kim­mela.

Kapi­tan otwo­rzył szu­fladę biurka i wyjął z niej meta­lową tubkę. Inha­la­tor z ben­ze­dryną - dzie­sięć cen­tów w apte­kach Ben­son Smith. Zdjął zakrętkę i zaapli­ko­wał sobie po trzy razy w każdą dziurkę nosa, po czym znowu zapa­lił papie­rosa. Nic dziw­nego, że stary, chudy łaj­dak starł sobie zęby na zbrą­zo­wiałe kikuty.

Sie­dząc za kie­row­nicą służ­bo­wego auta z papie­ro­sem Lucky Strike mię­dzy pal­cami, Beamer na prze­mian zacią­gał się i uży­wał inha­la­tora. Za śnia­da­nie słu­żyła mu kawa w bla­sza­nym kubku. Jedy­nym sta­łym pokar­mem, który McGrady widział kie­dyś w jego ustach, było jajko na twardo. Spo­glą­da­jąc kątem oka na kapi­tana, prze­su­nął się bli­żej drzwi i uchy­lił trój­kątne okienko, licząc na odro­binę świe­żego powie­trza.

Szosa Kame­ha­meha pro­wa­dziła ich mię­dzy barami, lom­bar­dami i stra­ga­nami z jedze­niem, naj­krót­szym kur­sem na Pearl Har­bor. Lot­ni­skowce stały w por­cie: Lexing­ton i Enter­prise zde­cy­do­wa­nie góro­wały nie tylko nad innymi jed­nost­kami, ale i nad oko­liczną zabu­dową. Na pokła­dach pre­zen­to­wały się rów­nymi rzę­dami, skrzy­dło w skrzy­dło, gra­na­towe wild­caty. Przy Wyspie Forda cumo­wały pan­cer­niki. Szara stal i dłu­gie lufy dział. Pan­cerna ściana się­ga­jąca ku niebu.

W Chi­na­town zano­siło się na dziką noc. Jak zwy­kle zresztą.

Mary­narka usta­lała ceny, a HPD pil­no­wał, żeby ich nie zawy­żano. Mary­na­rze stali dwój­kami na Hotel Street, w kolejce cią­gną­cej się na ćwierć mili. Kup żeton, idź na górę. Trzy dolary za trzy minuty. Odli­cza­nie zaczy­nało się w chwili, gdy dziew­czyna zacią­gała zasłonkę. Bez żad­nych odstępstw - kolejka musiała się prze­cież prze­su­wać. W tych poko­jach pękała tama hamu­jąca pożą­da­nie, zaspo­ka­jane i wyplu­wane w trzy­mi­nu­to­wym ryt­mie. A potem, każ­dego ranka, funk­cjo­na­riu­sze HPD prze­ka­zy­wali Dowódz­twu Pacy­fiku listę aresz­to­wa­nych. Jej naj­śwież­szy egzem­plarz spo­czy­wał teraz w teczce Beamera.

Wóz skrę­cił w lewo i włą­czył się w sznur aut cze­ka­ją­cych na wjazd przez wschod­nią bramę bazy Pearl Har­bor. McGrady patrzył przed sie­bie. Góry Waia­nae wyda­wały się nie­bie­sko-zie­lone za tuma­nem dymu uno­szą­cym się nad plan­ta­cjami trzciny cukro­wej. Spo­mię­dzy dale­kich szczy­tów wyło­niła się eska­dra samo­lo­tów. Leciały nisko, bły­ska­jąc w słońcu łopa­tami śmi­gieł kre­ślą­cymi zło­ci­ste kręgi w powie­trzu. Odbiły w bok, ani na chwilę nie łamiąc for­ma­cji.

Beamer zatrzy­mał samo­chód przed bramą i bły­snął war­tow­ni­kowi złotą gwiazdą poli­cyj­nej odznaki. Szla­ban uniósł się nie­mal natych­miast i wje­chali na teren bazy. Przed sobą mieli wieżę szko­le­niową dla załóg okrę­tów pod­wod­nych, wysoką na dzie­sięć pię­ter. Zardze­wiałe, spi­ralne schody oka­lały wielki zbior­nik aż po dach. Beto­nowy budy­nek kwa­tery głów­nej dowódcy Sił Pod­wod­nych Floty Pacy­fiku przy­po­mi­nał kształ­tem wydłu­żoną literę U. Od nabrzeża oddzie­lał go pięk­nie zie­le­niący się traw­nik. McGrady nali­czył przy kei sześć okrę­tów pod­wod­nych.

Beamer zapar­ko­wał przy lin­col­nie zephy­rze nale­żą­cym do ofi­cera fla­go­wego.

- Zacze­kaj na mnie.

- Jasne.

Kapi­tan wło­żył bluzę mun­du­rową i czapkę, po czym się­gnął po swą presz­pa­nową teczkę. Był chudy jak szczapa, a nie­zwy­kle wydatne jabłko Adama ster­czało z jego szyi niczym dodat­kowy nos. Papie­rosy i inha­la­tor zosta­wił na przed­nim sie­dze­niu.

Gdy McGrady został sam, wyjął z pudełka jed­nego lucky strike'a i obma­cał kie­sze­nie w poszu­ki­wa­niu zapal­niczki. Zna­lazł ron­sona zabra­nego męż­czyź­nie z bli­zną. Zapa­lił i wysiadł z samo­chodu. Gdy ostat­nio miał w ustach papie­rosa, stał nad brze­giem rzeki Min, z któ­rej nur­tem dry­fo­wały mar­twe psy i napuch­nięte tru­chła krów. Wolno wypusz­cza­jąc dym, oparł się ple­cami o wóz i spoj­rzał w niebo. Prze­cią­gnął się, wal­cząc z sen­no­ścią, a potem tylko palił, nie rusza­jąc się z miej­sca.

Kapi­tan wró­cił po czter­na­stu minu­tach. Bez słowa usiadł za kie­row­nicą i uru­cho­mił sil­nik.

6

Szpi­tal Woj­skowy Tri­plera stał ćwierć mili za bramą Fortu Sha­ftera, oto­czony kwiet­ni­kami i traw­ni­kami. Kom­pleks two­rzyły nie­wy­so­kie budynki wyło­żone wybla­kłym od słońca i desz­czów drew­nem. Drew­niane schodki wio­dły na roz­le­głe patio. Ujrzeli na nim męż­czy­znę na wózku inwa­lidz­kim, z okła­dem na lewym policzku oraz gru­bym gip­sem na nogach i lewym ramie­niu. Do koszuli miał przy­pięte skrzy­dełka pilota. Tylko jego prawa ręka wyda­wała się nie­tknięta. Uży­wał jej, by utrzy­mać w sta­nie rów­no­wagi na udzie zro­szoną butelkę coli.

Weszli do szpi­tala. McGrady odna­lazł dyżurkę, a w niej pie­lę­gniarkę sie­dzącą za biur­kiem. Beamer trzy­mał się z tyłu, pozwa­la­jąc, by to detek­tyw poka­zał jej odznakę.

- Na autop­sję? - spy­tała.

- Tak.

- Kost­nica mie­ści się w budynku T-6. Naprze­ciwko dzie­dzińca.

- W porządku.

Wró­cili tą samą drogą i naj­pierw ruszyli alejką wokół dzie­dzińca, by po chwili przejść na skróty przez traw­nik. Beamer zatrzy­mał się w poło­wie drogi.

- To twoja pierw­sza autop­sja?

McGrady pokrę­cił głową.

- Widzia­łem jedną w Pre­si­dio.

- Opo­wia­daj.

- Dzie­więt­na­sto­letni sze­re­gowy nie sta­wił się na poran­nej zbiórce. Zna­leź­li­śmy go w pościeli z kocem zarzu­co­nym na głowę.

- Dla­czego aku­rat cie­bie posłali na sek­cję?

- Sam się posła­łem. Byłem jego dowódcą. Chcia­łem wie­dzieć.

- No i?

- Ktoś zasko­czył go we śnie i wbił mu w ucho szpi­ku­lec do lodu.

- Zła­pa­łeś sprawcę?

- Parę dni póź­niej dosta­łem roz­kaz wyjazdu do Chin. Do dziś nie wiem, jak to się skoń­czyło.

- Jaki mia­łeś sto­pień? - spy­tał Beamer po krót­kim namy­śle.

- Wtedy czy gdy odcho­dzi­łem z woj­ska?

- Gdy odcho­dzi­łeś.

Wszystko było zapi­sane w jego aktach. Może Beamer nie­uważ­nie je prze­glą­dał, a może przez ben­ze­drynę miał pro­blem z kon­cen­tra­cją.

- Byłem kapi­ta­nem - odpo­wie­dział. - Podob­nie jak pan.

Resztę drogi do budynku T-6 poko­nali w mil­cze­niu. Żalu­zjowe okna były sze­roko otwarte. Pasat wiał dosta­tecz­nie mocno, by wywie­trzyć nawet kost­nicę. I dobrze, pomy­ślał McGrady. Jesz­cze bar­dziej ucie­szyło go to, że wszyst­kie okna, a także drzwi wej­ściowe zaopa­trzono w moski­tiery. Tego ranka miał już dość odga­nia­nia much.

Lekarz prze­wyż­szał rangą ich obu: był puł­kow­ni­kiem, a pla­kietka na piersi infor­mo­wała, że nazywa się Under­hill. Salę autop­syjną wyło­żono czar­nymi i bia­łymi, ośmio­kąt­nymi kafel­kami. Wypo­sa­żono ją też we wszystko, co spo­dzie­wał się zoba­czyć McGrady: rynienki pod­ło­gowe, stoły sek­cyjne z kana­łami odpły­wo­wymi oraz chłod­nię z tuzi­nem kwa­dra­to­wych drzwi­czek i wysu­wa­nymi pół­kami. Na trzech sto­łach spo­czy­wały ciała w czar­nych wor­kach. Do sali wszedł ciem­no­włosy kapral z notat­ni­kiem w dłoni. Wło­żył oku­lary do czy­ta­nia i wyjął z kie­szeni pióro. Skryba Under­hilla.

Kondo pod­niósł się z krze­sła w kącie pomiesz­cze­nia i pod­szedł do nowo przy­by­łych. Podał rękę McGrady'emu i ukło­nił się Beame­rowi. Ludzie koro­nera już cze­kali, ze świeżą kli­szą w apa­ra­cie i nowymi bate­riami we fle­szu.

- Zacznę od dziew­czyny - obwie­ścił puł­kow­nik Under­hill. Zawią­zał troczki rzeź­nic­kiego far­tu­cha i zabrał się do wyj­mo­wa­nia instru­men­tów z drew­nia­nej szu­flady.

- Wszystko jedno - mruk­nął Beamer, zapa­la­jąc papie­rosa.

Puł­kow­nik ze skal­pe­lem w dłoni pod­szedł do środ­ko­wego stołu i jed­nym dłu­gim pocią­gnię­ciem roz­ciął worek od końca do końca, a następ­nie szarp­nął mocno i nagie ciało spo­częło na sta­lo­wym bla­cie. Dziew­czyna wciąż była spę­tana; McGrady oso­bi­ście pole­cił ludziom koro­nera, by wło­żyli ją do worka w takim sta­nie, w jakim została zna­le­ziona.

- Kobieta pocho­dze­nia azja­tyc­kiego - zaczął Under­hill. - Około dwu­dzie­sto­let­nia. Praw­do­po­dob­nie zdrowa, zanim spo­tkało ją... to. - Puł­kow­nik obszedł stół sek­cyjny i pochy­lił się nad wię­zami, które spra­wiły, że ramiona ofiary były zaple­cione wokół kolan. Dło­nie miały sino-czarny odcień. - Została spę­tana pół­ca­lo­wym sznu­rem konop­nym. Węzeł ratow­ni­czy unie­ru­cho­mił nad­garstki na wyso­ko­ści kostek.

Beamer prze­stą­pił z nogi na nogę.

- W porządku - rzu­cił. - Niech pan to roze­tnie i zacznie sek­cję.

- Znam pro­ce­durę.

Beamer zacią­gnął się głę­boko papie­ro­so­wym dymem.

- Zrób zdję­cie węzłów - pole­cił McGrady, popy­cha­jąc lekko foto­grafa w stronę stołu.

Puł­kow­nik cof­nął się bez słowa. Trzy klatki póź­niej przy­klęk­nął, by przyj­rzeć się ple­com dziew­czyny. Gdy roz­su­wał dłońmi jej pośladki, Beamer odwró­cił głowę. Under­hill zauwa­żył ślady zaschnię­tego nasie­nia i krwi, a także sine plamy.

Po chwili obszedł stół, żeby doko­nać oglę­dzin twa­rzy ofiary. Unió­sł­szy jej pod­bró­dek, uważ­nie obej­rzał szyję.

- Dużo było krwi na miej­scu zbrodni?

- Kałuża pod głową - odpo­wie­dział McGrady. - Prze­sią­kła przez baweł­niany mate­rac i roz­lała się po pod­ło­dze.

- Wobec tego ta rana na szyi jest praw­do­po­dobną przy­czyną zgonu - stwier­dził Under­hill. - Ale jesz­cze zoba­czymy. Muszę ją tro­chę umyć... Mamy już zdję­cia twa­rzy?

- Tak.

Under­hill pod­szedł do umy­walki, po czym wró­cił z miską wody i okrą­głą gąbką. Zaczął deli­kat­nie, od zma­sa­kro­wa­nej twa­rzy. Potem prze­mył włosy dziew­czyny, pal­cami zeskro­bu­jąc grudki krwi. Woda w misce szybko nabrała różo­wo­brą­zo­wego odcie­nia; ciem­niała z każdą chwilą, aż cał­kiem stra­ciła przej­rzy­stość.

Gdy puł­kow­nik skoń­czył, powiódł opuszką palca po policzku ofiary, nazna­czo­nym ciemną pręgą sińca z czte­rema rów­no­mier­nie roz­miesz­czo­nymi nakłu­ciami. Tuż nad nią zaczy­nało się pro­ste roz­cię­cie, cią­gnące się uko­sem od skroni ku tyłowi głowy. Wcze­śniej żaden z tych ura­zów nie był widoczny.

- Sier­żant Kondo mówił, że słu­żył pan w Armii - Under­hill zwró­cił się do McGrady'ego.

- Tak jest.

- W takim razie powi­nien pan wie­dzieć, czym zadano tę ranę.

McGrady pod­szedł bli­żej i spoj­rzał na oso­bliwy, podłużny siniec z czte­rema nakłu­ciami. Rana cięta, przy­pusz­czal­nie od noża, była jego prze­dłu­że­niem. Wnio­sek wyda­wał się oczy­wi­sty: jedno i dru­gie obra­że­nie zadano tą samą bro­nią, w tej samej chwili. Przez moment szpe­rał w pamięci.

- To był nóż oko­powy Mark I - odpo­wie­dział, po czym odwró­cił się w stronę Beamera i Kondo. - Ma obu­sieczne ostrze jak szty­let oraz ręko­jeść z brązu z kaste­tem i kol­cami. Podobno spraw­dza się w walce wręcz. Ni­gdy takiego nie mia­łem. Nie wyda­wano ich już w cza­sie, kiedy słu­ży­łem. Ale widy­wa­łem takie. Starsi ofi­ce­ro­wie uży­wali ich w cha­rak­te­rze przy­ci­sków do papieru.

Under­hill ski­nął głową.

- Sprawca bił ją po twa­rzy tym kaste­tem. Nie­które rany cięte praw­do­po­dob­nie zadał przy­pad­kowo, cofa­jąc rękę. Tak czy owak, jestem pewny, że to mark I, bo kie­dyś mia­łem taki nóż.

- Dużo ich jest w obiegu? - spy­tał Kondo.

- Mnó­stwo. Ja swój dosta­łem, gdy pły­nę­li­śmy do Fran­cji. Sier­żant nabie­rał całe narę­cza ze skrzynki i roz­rzu­cał, więc bra­li­śmy.

- A zda­rzyło się panu ude­rzyć kogoś w twarz czymś takim? - inda­go­wał Kondo.

- Wojna się skoń­czyła, zanim zdą­ży­łem go użyć.

- Ale na­dal można je zna­leźć u żoł­nie­rzy? - spy­tał McGrady.

- Wystar­czy­łoby zadzwo­nić do kwa­ter­mi­strza. Dostar­czy nam taki nóż w ciągu dzie­się­ciu minut.

- A mógłby pan? - popro­sił McGrady. - Przy­ło­żymy kolce do jej twa­rzy, upew­nimy się, czy to na pewno taki nóż. I jeśli pan pozwoli, puł­kow­niku, chęt­nie bym go poży­czył.

Under­hill ski­nął głową w stronę kaprala, który natych­miast opu­ścił salę. Wró­cił po trzy­dzie­stu sekun­dach.

- Goniec jest w dro­dze, sir.

Under­hill znowu się­gnął po skal­pel leżący w rynience stołu sek­cyj­nego i roz­ciął nim więzy. Stę­że­nie pośmiertne spra­wiło, że ciało dziew­czyny pozo­stało sku­lone w nie­na­tu­ral­nej pozy­cji.

- Połóżmy ją pła­sko - powie­dział puł­kow­nik, spo­glą­da­jąc na McGrady'ego. - Pro­szę mi pomóc. Niech pan chwyci za nogi, zoba­czymy, czy obę­dzie się bez łama­nia kości.

McGrady pod­szedł bli­żej i zła­pał za blade, szczu­płe kostki ofiary. Zauwa­żył, że pode­szwy stóp pozo­stały czy­ste. Cokol­wiek ją spo­tkało, naj­wy­raź­niej nie musiała cho­dzić boso po dwo­rze.

- Naj­pierw na wznak.

Under­hill sta­nął przy gło­wie dziew­czyny i chwy­cił pod ramiona. Razem uło­żyli ciało na ple­cach. McGrady zaci­snął zęby, ale nie dla­tego, że cię­żar spra­wił mu pro­blem. Cię­żaru w zasa­dzie nie odczuł. Jego młod­szy brat ważył mniej wię­cej tyle, gdy miał osiem lat. Cią­gnąc za kostki ofiary, McGrady stop­niowo pro­sto­wał jej nogi. Under­hill dzia­łał w prze­ciw­nym kie­runku, aż roz­legł się trzask i ciało roz­cią­gnęło się na stole. McGrady nie był pewny, co wła­ści­wie pękło.

Gdy koń­czyli ukła­dać zwłoki na stole sek­cyj­nym, usły­szał za ple­cami głu­chy łoskot. Odwró­cił się gwał­tow­nie. Beamer leżał bez zmy­słów na posadzce. Hałas spo­wo­do­wało zde­rze­nie jego czaszki z biało-czar­nymi kafel­kami.