48 praw władzy. Pełne wydanie - Robert Greene

Kup ebooka

69.99 zł
53.89 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Kiedy nie mamy wpływu na innych ludzi oraz rze­czy, które dzieją się wokół nas, bar­dzo źle to zno­simy -?czu­jemy się bez­radni i nie­szczę­śliwi. Nikt nie chce pozby­wać się wła­dzy, każdy chce jej mieć jesz­cze wię­cej. Jed­nak w dzi­siej­szym świe­cie nie­bez­piecz­nie jest prze­ja­wiać zbyt­nią żądzę wła­dzy i otwar­cie do niej dążyć. Musimy spra­wiać wra­że­nie uczci­wych i szla­chet­nych. Powin­ni­śmy zatem zacho­wy­wać się sub­tel­nie - być uprzejmi, ale pod­stępni; spra­wie­dliwi, ale sprytni.

Ta cyniczna gra pozo­rów nasuwa sko­ja­rze­nie z chwiej­nym ukła­dem sił panu­ją­cym na daw­nym dwo­rze magnac­kim. Na prze­strzeni wie­ków dwór sku­piał się zawsze wokół osoby spra­wu­ją­cej wła­dzę -?króla, cesa­rza albo innego przy­wódcy. Dwo­rza­nie znaj­do­wali się w szcze­gól­nie trud­nej sytu­acji - musieli słu­żyć swo­jemu panu, ale jeśli za bar­dzo mu nad­ska­ki­wali i zbyt jaw­nie pró­bo­wali zdo­by­wać jego przy­chyl­ność, inni mogli to zauwa­żyć i wystą­pić prze­ciwko nim. Dla­tego nale­żało sub­tel­nie zabie­gać o względy władcy. Nawet ci naj­bar­dziej wytrawni i zdolni do takiej sub­tel­no­ści nie­ustan­nie musieli się pil­no­wać, gdyż inni dwo­rza­nie cały czas knuli, pró­bu­jąc ich wygryźć.

Tym­cza­sem dwór miał być odzwier­cie­dle­niem naj­wyż­szego poziomu dobrych oby­cza­jów i wytwor­no­ści. Zbyt gwał­towne lub jawne dąże­nie do wła­dzy nie było mile widziane -?oto­cze­nie cicho i pod­stęp­nie zwal­czało każ­dego, kto nad­uży­wał swo­ich wpły­wów. Na tym wła­śnie pole­gał dyle­mat dwo­rza­nina - ucho­dząc za wcie­le­nie ele­gan­cji, musiał wzno­sić się na wyżyny sub­tel­no­ści, aby prze­chy­trzyć swo­ich prze­ciw­ni­ków i uda­rem­nić ich zakusy. Z cza­sem uczył się, jak uni­kać bez­po­śred­niej kon­fron­ta­cji - jeżeli wbi­jał komuś nóż w plecy, robił to w bia­łych ręka­wicz­kach i z uśmie­chem na twa­rzy. Zamiast ucie­kać się do przy­musu lub jaw­nej zdrady, osią­gał swoje cele, posłu­gu­jąc się uro­kiem oso­bi­stym i pod­stę­pem, a w swo­ich poczy­na­niach zawsze pla­no­wał kilka ruchów naprzód. Dwor­skie życie było nie­koń­czącą się grą, która wyma­gała cią­głej czuj­no­ści i tak­tycz­nego myśle­nia; wojną toczoną w wytworny spo­sób.

W dzi­siej­szych cza­sach sta­jemy w obli­czu nie­po­ko­jąco podob­nych dyle­ma­tów jak dawni dwo­rza­nie. Wszystko, co robimy, musi wyglą­dać na cywi­li­zo­wane i przy­zwo­ite, zgodne z regu­łami demo­kra­cji i uczciwe. Ale jeśli będziemy ści­śle trzy­mać się tych zasad, jeśli potrak­tu­jemy je zbyt dosłow­nie, poko­nają nas ci, któ­rzy nie są aż tak naiwni. Jak napi­sał wielki dyplo­mata i dwo­rza­nin epoki rene­sansu Niccol? Machia­velli: "Każdy, kto chce być zawsze dobrym, popad­nie w ruinę wśród rze­szy takich, któ­rzy nie są dobrzy". Dwór ucho­dził za szczyt wyra­fi­no­wa­nia, ale pod jego błysz­czącą powierzch­nią niczym w bul­go­cą­cym kotle kipiały mroczne emo­cje -?chci­wość, zazdrość, żądza i nie­na­wiść. Dzi­siej­szy świat rów­nież uważa się za ostoję spra­wie­dli­wo­ści, ale buzują w nim te same ukryte plu­ga­stwa co przed wie­kami. Zasady gry pozo­stały nie­zmie­nione. Na zewnątrz musi­cie spra­wiać pozory uprzej­mych, lecz w głębi ducha -?jeśli nie jeste­ście głupi -?szybko uczy­cie się roz­wagi i postę­pu­je­cie tak, jak zale­cał Napo­leon: "Na swą żela­zną pięść nałóż białą ręka­wiczkę". Jeżeli, podob­nie jak dawni dwo­rza­nie, zdo­ła­cie opa­no­wać sztukę mani­pu­la­cji, jeżeli nauczy­cie się uwo­dzić, cza­ro­wać, mamić i sub­tel­nie wpro­wa­dzać w błąd prze­ciw­ni­ków, wznie­sie­cie się na wyżyny wła­dzy. Ludzie będą wam ule­gać, nie zda­jąc sobie sprawy, że na nich oddzia­łu­je­cie. A skoro nie będą niczego świa­domi, nie musi­cie oba­wiać się z ich strony wro­go­ści ani oporu.

Dwór jest bez­sprzecz­nie ostoją galan­te­rii i dobrych oby­cza­jów, a bez nich stałby się sie­dli­skiem zbrodni i cha­osu. Ci, któ­rzy teraz się uśmie­chają i wymie­niają ser­deczne uści­ski, gdyby nie dwor­skie maniery, zaczę­liby się nawza­jem znie­wa­żać i dźgać szty­le­tami.

Hra­bia Che­ster­field

Nie­któ­rzy ludzie uwa­żają ideę świa­do­mych machi­na­cji w dąże­niu do wła­dzy -?nie­ważne, jak pokręt­nych -?za zepsuty i anty­spo­łeczny relikt prze­szło­ści. Są prze­ko­nani, że mogą wyco­fać się z gry, postę­pu­jąc w spo­sób, który nie ma nic wspól­nego z wła­dzą. Należy się wystrze­gać takich ludzi, bo cho­ciaż otwar­cie gło­szą oni swoje poglądy, należą do naj­bar­dziej wytraw­nych gra­czy. Sto­sują stra­te­gie, za pomocą któ­rych spryt­nie maskują praw­dziwą naturę swo­ich machi­na­cji. Na przy­kład czę­sto pre­zen­tują swoją sła­bość i brak wpły­wów jako rodzaj moral­nej cnoty. Jed­nak ktoś cał­ko­wi­cie bez­in­te­re­sowny nie obno­siłby się z takim wize­run­kiem, aby zyskać współ­czu­cie albo sza­cu­nek. Ta sub­telna i zwod­ni­cza stra­te­gia przy­nosi dosko­nałe efekty (zob. Prawo 22: Sto­suj tak­tykę kapi­tu­la­cji: prze­kształć sła­bość w siłę).

Inną stra­te­gią, którą sto­sują osoby rze­komo nie­za­an­ga­żo­wane w walkę o wła­dzę, jest doma­ga­nie się rów­no­ści we wszyst­kich dzie­dzi­nach życia. Ich zda­niem każ­dego należy trak­to­wać jed­na­kowo bez względu na sta­tus i siłę. Z takim podej­ściem wiąże się pewien pro­blem, gdyż nie­któ­rzy ludzie robią pewne rze­czy lepiej niż inni. Jeżeli trak­tu­jemy wszyst­kich tak samo, igno­ru­jemy dzie­lące ich róż­nice, a w rezul­ta­cie pro­mu­jemy mniej zdol­nych kosz­tem tych, któ­rzy potra­fią coś wię­cej. Wielu ludzi postę­pu­ją­cych w ten spo­sób czę­sto sto­suje ukrytą stra­te­gię, roz­dzie­la­jąc gra­ty­fi­ka­cje według wła­snego uzna­nia.

Że jagnięta czują urazę do wiel­kich pta­ków dra­pież­nych, to nie dzi­wota, lecz to jesz­cze nie powód, by brać za złe wiel­kim pta­kom dra­pież­nym, że pory­wają małe jagnięta. A jeśli jagnięta mówią mię­dzy sobą: "Te ptaki dra­pieżne są złe; a kto jest jak naj­mniej pta­kiem dra­pież­nym, ow­szem jego prze­ci­wień­stwem, jagnię­ciem -?nie miał­żeby być dobry?", to nie można takiemu posta­wie­niu ide­ału nic zarzu­cić, jak­kol­wiekby ptaki dra­pieżne nieco szy­der­czo na to spo­glą­dały i może mówiły sobie: "My nie gnie­wamy się na nie, na te dobre jagnięta, kochamy je nawet: nie ma nic smacz­niej­szego nad deli­katne jagnię".

Frie­drich Nie­tz­sche, Z gene­alo­gii moral­no­ści

Kolej­nym spo­so­bem na odże­gna­nie się od makia­we­licz­nych roz­gry­wek jest cał­ko­wita szcze­rość i pro­sto­li­nij­ność, gdyż ludzie dążący do wła­dzy sto­sują na ogół tech­niki oparte na pod­stę­pach i tajem­ni­cach. Jed­nak wybie­ra­jąc taką drogę, na pewno zra­nimy lub obra­zimy wiele osób, a nie­które z nich zechcą odpła­cić nam pięk­nym za nadobne. Nikt nie uzna naszych bez­po­śred­nich wypo­wie­dzi za w pełni obiek­tywne i pozba­wione ukry­tych moty­wów. I słusz­nie. Szczera postawa jest w rze­czy­wi­sto­ści stra­te­gią, która ma na celu prze­ko­na­nie ludzi o naszej szla­chet­no­ści, dobro­dusz­no­ści i bez­in­te­re­sow­no­ści. Sta­nowi formę per­swa­zji, a nawet sub­tel­nego przy­musu.

Jedy­nymi środ­kami do osią­gnię­cia swo­ich celów są siła i prze­bie­głość. Mówią też, że miłość, ale byłoby to jak cze­ka­nie na słońce, a w życiu liczy się każda chwila.

Johann Wol­fgang von Goethe

Wresz­cie są i tacy, któ­rzy spra­wiają wra­że­nie naiw­nych, aby zazna­czyć swój dystans do gry i unik­nąć oskar­żeń o dąże­nie do wła­dzy. Na nich rów­nież powin­ni­śmy uwa­żać, gdyż pozorna naiw­ność może być sku­tecz­nym środ­kiem mani­pu­la­cji (zob. Prawo 21: Spra­wiaj wra­że­nie głup­szego niż twoja ofiara). Nawet auten­tyczna naiw­ność nie jest wolna od sideł wła­dzy. Dzieci są naiwne pod wie­loma wzglę­dami, lecz w swoim postę­po­wa­niu czę­sto kie­rują się chę­cią uzy­ska­nia kon­troli nad oto­cze­niem. Bar­dzo cier­pią z powodu poczu­cia bez­sil­no­ści w świe­cie doro­słych, dla­tego wszel­kimi moż­li­wymi spo­so­bami zabie­gają o to, aby posta­wić na swoim. Nawet auten­tycz­nie naiwne osoby mogą dążyć do wła­dzy i są w tym pie­kiel­nie sku­teczne, gdyż nie prze­szka­dza im reflek­sja. W takich przy­pad­kach naiw­ność na pokaz może świad­czyć o czymś wręcz odwrot­nym. Takie rze­komo nie­za­an­ga­żo­wane osoby możemy roz­po­znać po tym, że afi­szują się ze swo­imi war­to­ściami moral­nymi, poboż­no­ścią i wyjąt­ko­wym poczu­ciem spra­wie­dli­wo­ści. W ten spo­sób pró­bują mydlić nam oczy i odwró­cić uwagę od swo­ich zagry­wek, ale nie dajmy się zwieść pozo­rom szla­chet­no­ści -?wszy­scy kie­ru­jemy się żądzą wła­dzy. Jeśli przyj­rzymy się dokład­niej takim ludziom, prze­ko­namy się, że czę­sto cechuje ich wyjąt­kowa bie­głość w sztuce dys­kret­nej mani­pu­la­cji, nawet jeżeli nie upra­wiają jej świa­do­mie. Co wię­cej, bar­dzo im się nie podoba roz­po­wszech­nia­nie tech­nik, z któ­rych sami korzy­stają na co dzień.

Skoro świat jest jed­nym wiel­kim dwo­rem peł­nym intryg, w któ­rym tkwimy uwię­zieni, wszel­kie próby wyco­fa­nia się z gry nie mają sensu. Dopro­wa­dzi­łoby to jedy­nie do poczu­cia bez­sil­no­ści, które mogłoby nas uniesz­czę­śli­wić. Zamiast wal­czyć z nie­unik­nio­nym, zamiast toczyć pianę, narze­kać i zadrę­czać się poczu­ciem winy, o wiele lepiej jest dosko­na­lić się w kon­tro­lo­wa­niu innych. W grun­cie rze­czy im więk­szą osią­gnie­cie bie­głość w tej sztuce, tym lepiej będzie­cie sobie radzić jako przy­ja­ciele, kochan­ko­wie, mężo­wie, żony czy w ogóle ludzie. Podą­ża­jąc drogą dosko­na­łego dwo­rza­nina (zob. Prawo 24), nauczy­cie się popra­wiać innym samo­po­czu­cie -?być dla nich źró­dłem przy­jem­no­ści. Ludzie staną się od was zależni i będą zabie­gali o wasze towa­rzy­stwo. Gdy opa­nu­je­cie reguły zawarte w tej książce, oszczę­dzi­cie bliź­nim cier­pień spo­wo­do­wa­nych nie­umie­jęt­nym obcho­dze­niem się z pra­wami wła­dzy -?które jest jak igra­nie z ogniem bez zna­jo­mo­ści jego natury. Skoro gra o wła­dzę i tak wcią­gnie nas wszyst­kich, lepiej być w niej mistrzem, ani­żeli iść w zaparte albo odsta­wiać fuszerkę.

Strzała, którą wypu­ści łucz­nik, może kogoś ugo­dzić albo i nie. Za to stra­te­gie mędr­ców mogą nawet zabi­jać ludzi w łonie matki.

Ćana­kja Kau­tilja, sta­ro­żytny indyj­ski filo­zof

Gra o wła­dzę narzuca szcze­gólny spo­sób patrze­nia na świat, dla­tego opa­no­wa­nie jej zasad wiąże się z koniecz­no­ścią zmiany per­spek­tywy. Wymaga to wysiłku i lat prak­tyki, gdyż pewne ele­menty gry nie przy­cho­dzą natu­ral­nie. Należy opa­no­wać kilka pod­sta­wo­wych umie­jęt­no­ści, dzięki któ­rym prak­tyczne sto­so­wa­nie praw wła­dzy sta­nie się o wiele łatwiej­sze.

Naj­waż­niej­szą z nich, a zara­zem jed­nym z fun­da­men­tów wła­dzy, jest umie­jęt­ność pano­wa­nia nad emo­cjami. Reak­cja emo­cjo­nalna w każ­dej sytu­acji jest naj­więk­szą prze­szkodą w dąże­niu do wła­dzy; błę­dem zbyt kosz­tow­nym, by zre­kom­pen­so­wała go chwi­lowa satys­fak­cja, jaką daje roz­ła­do­wa­nie napię­cia. Emo­cje przy­sła­niają zdrowy roz­są­dek, a brak jasnej oceny sytu­acji nie pozwala przy­go­to­wać się i zare­ago­wać na nią w spo­sób zapew­nia­jący jaką­kol­wiek formę kon­troli.

Naj­bar­dziej nisz­czącą reak­cją emo­cjo­nalną jest gniew, ponie­waż w naj­więk­szym stop­niu pozba­wia nas zdol­no­ści trzeź­wego osądu. Wyzwala rów­nież reak­cję łań­cu­chową, która zawsze utrud­nia pano­wa­nie nad sytu­acją i wzmaga deter­mi­na­cję prze­ciw­nika. Jeżeli chce­cie znisz­czyć kogoś, kto was zra­nił, o wiele roz­sąd­niej jest trzy­mać go na dystans, uda­jąc przy­jaźń, niż oka­zy­wać gniew.

Miłość i przy­wią­za­nie rów­nież mogą być destruk­tywne, ponie­waż spra­wiają, że nie dostrze­ga­cie wyra­cho­wa­nia osób, któ­rych ni­gdy nie podej­rze­wa­li­by­ście o nie­cne zamiary. Gniewu i miło­ści nie jeste­ście w sta­nie stłu­mić ani unik­nąć ich odczu­wa­nia -?nie ma sensu nawet podej­mo­wać takich prób. Musi­cie jed­nak zacho­wać ostroż­ność w ich wyra­ża­niu i, co naj­waż­niej­sze, nie powinny one w żaden spo­sób wpły­wać na wasze plany i stra­te­gie.

Pomy­śla­łem sobie, za pomocą jakich środ­ków, jakich pod­stę­pów, sztuk wsze­la­kich i zabie­gów stara się czło­wiek wyostrzyć swój umysł, aby prze­chy­trzyć dru­giego, a dzięki tej róż­no­rod­no­ści świat staje się jesz­cze pięk­niej­szy.

Fran­ce­sco Vet­tori, wło­ski dyplo­mata i przy­ja­ciel Machia­vel­lego

Z pano­wa­niem nad emo­cjami wiąże się umie­jęt­ność zacho­wa­nia dystansu do teraź­niej­szej sytu­acji, jak rów­nież obiek­tyw­nego myśle­nia o prze­szło­ści i przy­szło­ści. Niczym Janus -?sta­ro­żytny rzym­ski bóg o dwóch twa­rzach, opie­kun drzwi, bram i mostów -?powin­ni­ście być zdolni do patrze­nia w obu kie­run­kach jed­no­cze­śnie. Aby lepiej radzić sobie z nie­bez­pie­czeń­stwami, skąd­kol­wiek nadejdą, jedną twarz zwróć­cie ku przy­szło­ści, a drugą skie­ruj­cie w prze­szłość.

Jeśli cho­dzi o przy­szłość, motto brzmi: "Bądź­cie czujni każ­dego dnia". Nic nie powinno was zasko­czyć, kiedy nauczy­cie się prze­wi­dy­wać pro­blemy. Zamiast marzyć o pomyśl­nej reali­za­cji swo­ich dążeń, skup­cie się na ana­li­zo­wa­niu wszyst­kich moż­li­wych sce­na­riu­szy i zapo­bie­ga­niu poraż­kom, które mogą pokrzy­żo­wać wam plany. Im bar­dziej dale­ko­wzroczni jeste­ście, z im więk­szym wyprze­dze­niem pla­nu­je­cie swoje posu­nię­cia, tym bar­dziej rośnie­cie w siłę.

Druga twarz Janusa powinna nie­ustan­nie spo­glą­dać w prze­szłość -?lecz nie po to, by roz­pa­mię­ty­wać dawne krzywdy lub żywić urazy. To tylko nad­szarp­nę­łoby wasze siły. Połowa suk­cesu tkwi w zdol­no­ści zapo­mi­na­nia o minio­nych wyda­rze­niach, które was gnę­bią i pozba­wiają zdol­no­ści racjo­nal­nego myśle­nia. Jed­nak oglą­da­nie się za sie­bie ma nie­wąt­pli­wie war­tość edu­ka­cyjną -?pozwala uczyć się od tych, któ­rzy żyli w daw­nych cza­sach. (Wiele przy­kła­dów histo­rycz­nych zawar­tych w tej książce ma słu­żyć wła­śnie temu celowi). Patrze­nie w prze­szłość daje wam punkt odnie­sie­nia dla waszych obec­nych poczy­nań. Jest to naj­lep­sza życiowa lek­cja, jaką może­cie otrzy­mać, ponie­waż opiera się na oso­bi­stych doświad­cze­niach.

Nie ma na świe­cie zasad, są tylko wypadki, nie ma praw, są tylko oko­licz­no­ści. Czło­wiek wyż­szy umie korzy­stać z trafu i z oko­licz­no­ści. Gdyby były zasady i prawa stałe, to narody nie zmie­nia­łyby ich tak, jak się zmie­nia koszulę. Poje­dyn­czy czło­wiek nie jest obo­wią­zany być mędr­szym od całego narodu.

Honoré de Bal­zac, Ojciec Goriot

Zacznij­cie od przyj­rze­nia się swoim błę­dom z prze­szło­ści -?tym, które oka­zały się naj­bar­dziej brze­mienne w skut­kach. Ana­li­zu­jąc je w kate­go­riach 48 praw wła­dzy, może­cie wycią­gnąć z nich naukę i zło­żyć sobie przy­rze­cze­nie: "Ni­gdy nie powtó­rzę takiego błędu. Ni­gdy wię­cej nie wpadnę w taką pułapkę". Jeżeli potra­fi­cie spoj­rzeć na sie­bie z takiej per­spek­tywy i doko­nać samo­oceny, nauczy­cie się prze­ła­my­wać wzorce utrwa­lone w prze­szło­ści -?co sta­nowi nie­zwy­kle cenną umie­jęt­ność.

Jed­nym z fun­da­men­tów wła­dzy jest umie­jęt­ność stwa­rza­nia pozo­rów. Aby opa­no­wać tę sztukę, musi­cie się nauczyć przy­wdzie­wa­nia wielu róż­nych masek i korzy­sta­nia z arse­nału zwod­ni­czych sztu­czek. Nie może­cie pogar­dzać fał­szem i misty­fi­ka­cją, uzna­jąc je za moral­nie naganne. Wszyst­kie rela­cje mię­dzy­ludz­kie pod wie­loma wzglę­dami opie­rają się na kłam­stwie, a tym, co odróż­nia nas od zwie­rząt, jest zdol­ność oszu­ki­wa­nia. Według mito­lo­gii grec­kiej, indyj­skiego poematu Maha­bha­rata czy sume­ryj­skiego eposu o Gil­ga­me­szu uży­wa­nie pod­stępu było przy­wi­le­jem bogów. W tej mate­rii rywa­li­zo­wał z nimi wielki boha­ter Ody­se­usz, który dorów­ny­wał im pod wzglę­dem prze­bie­gło­ści. Oszu­stwo jest wysoce zaawan­so­waną sztuką zna­mienną dla roz­woju cywi­li­za­cyj­nego i naj­po­tęż­niej­szą bro­nią w walce o wła­dzę.

Chcąc osią­gnąć bie­głość w tej sztuce, musi­cie nabrać nieco dystansu do wła­snego wize­runku -?nauczyć się przy­wdzie­wać różne maski w zależ­no­ści od sytu­acji. Dzięki takiemu podej­ściu uwol­ni­cie się od wewnętrz­nego cię­żaru, który hamuje wielu ludzi. Sta­nie­cie się ela­styczni jak akto­rzy, co pozwoli wam ukry­wać swoje inten­cje i wabić innych w pułapki. Gra pozo­rów i sztuka pod­stępu mogą stać się źró­dłem przy­jem­no­ści, które ubar­wią wasze życie. Mają rów­nież klu­czowe zna­cze­nie w dąże­niu do wła­dzy.

O ile pod­stęp jest naj­groź­niej­szą bro­nią w waszym arse­nale, o tyle cier­pli­wość pełni funk­cję tar­czy. Chroni was przed popeł­nia­niem głu­pich błę­dów. Podob­nie jak umie­jęt­no­ści pano­wa­nia nad emo­cjami trzeba się jej uczyć, gdyż nie przy­cho­dzi natu­ral­nie. Ale wła­dza nie ma w sobie nic natu­ral­nego -?jest bar­dziej boska niż cokol­wiek w ota­cza­ją­cym nas świe­cie. Cier­pli­wość jest naj­wyż­szą cnotą bogów, któ­rzy mają czasu pod dostat­kiem. Jeżeli potra­fi­cie cier­pli­wie cze­kać i wybie­gać myślami w przy­szłość, wszystko ułoży się po waszej myśli. Nato­miast niecier­pli­wość spra­wia jedy­nie, że wyglą­da­cie na sła­bych. Sta­nowi główną prze­szkodę na dro­dze do wła­dzy.

Wła­dza jest z natury amo­ralna i w dąże­niu do jej osią­gnię­cia liczy się umie­jęt­ność dostrze­ga­nia sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ści, a nie odróż­nia­nia dobra od zła. Dąże­nie do wła­dzy jest grą -?przy­po­mi­nać o tym ni­gdy za wiele -?a w grze nie liczą się inten­cje, lecz efekty. Oce­niaj­cie stra­te­gię i siłę swo­ich prze­ciw­ni­ków na pod­sta­wie tego, co widzi­cie i czu­je­cie. Czę­sto się zda­rza, że ktoś robi dużo szumu wokół swo­ich inten­cji, ale jest to tylko zasłona dymna. Jakie ma zna­cze­nie, czy inny gracz -?wasz sojusz­nik albo rywal -?dekla­ruje dobre zamiary, skoro z jego dzia­łań wynika tyle zamie­sza­nia? Jest rze­czą cał­ko­wi­cie natu­ralną, że ludzie szu­kają naj­róż­niej­szych uspra­wie­dli­wień dla swo­ich poczy­nań, zawsze twier­dząc, że przy­świe­cały im szla­chetne cele. Może­cie śmiać się w duchu, ile­kroć sły­szy­cie takie zapew­nie­nia, ale ni­gdy nie oce­niaj­cie czy­ichś inten­cji i dzia­łań przez pry­zmat war­to­ści moral­nych, które są jedy­nie przy­krywką dla dąże­nia do wła­dzy.

Toczy się roz­grywka. Sie­dzi­cie naprze­ciwko swo­jego prze­ciw­nika. Zacho­wu­je­cie się jak dżen­tel­meni bądź damy, prze­strze­ga­jąc zasad gry i nie trak­tu­jąc niczego oso­bi­ście. Postę­pu­je­cie według obra­nej stra­te­gii i obser­wu­je­cie posu­nię­cia rywala z takim spo­ko­jem, na jaki tylko potra­fi­cie się zdo­być. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku bar­dziej doce­ni­cie jego uprzej­mość ani­żeli pozor­nie dobre inten­cje. Naucz­cie się śle­dzić efekty jego poczy­nań i zewnętrzne oko­licz­no­ści, nie roz­pra­sza­jąc się niczym innym. Połowa waszego suk­cesu w grze o wła­dzę tkwi w tym, czego nie robi­cie -?w co nie pozwa­la­cie się wcią­gnąć. Wła­śnie dla­tego należy ana­li­zo­wać wszyst­kie dzia­ła­nia pod kątem tego, ile was będą kosz­to­wać. Jak napi­sał Nie­tz­sche: "War­tość jakiejś rze­czy polega w pew­nych razach nie na tym, co się przez nią osiąga, lecz na tym, co się za nią zapła­ciło -?co nas kosz­tuje". Być może dopnie­cie swego i będzie to szczytny cel, ale za jaką cenę? Zawsze kie­ruj­cie się tą zasadą, rów­nież wtedy, gdy zasta­na­wia­cie się, czy pod­jąć z kimś współ­pracę albo wycią­gnąć do niego pomocną dłoń. Bądź co bądź życie jest krót­kie, sprzy­ja­ją­cych oka­zji nie ma zbyt wiele, a wasze zasoby ener­gii kie­dyś się wyczer­pią. W tym wzglę­dzie czas jest tak samo waż­nym czyn­ni­kiem jak każdy inny. Ni­gdy nie mar­nuj­cie cen­nego czasu, jak rów­nież spo­koju ducha na cudze sprawy -?jest to zbyt wysoka cena.

Wła­dza jest grą spo­łeczną. Aby odno­sić w niej suk­cesy, musi­cie posiąść umie­jęt­ność ana­li­zo­wa­nia i rozu­mie­nia ludz­kich zacho­wań. Jak napi­sał wielki sie­dem­na­sto­wieczny myśli­ciel i kazno­dzieja Bal­ta­sar Gracián: "Pozna­nie cech i tem­pe­ra­men­tów ludzi jest waż­niej­sze niż wie­dza o kamie­niach czy zio­łach". Aby osią­gnąć mistrzo­stwo w grze o wła­dzę, musi­cie być mistrzami psy­cho­lo­gii. Naucz­cie się roz­po­zna­wać motywy, któ­rymi kie­rują się inni, co pozwoli wam przej­rzeć każdą zasłonę dymną skry­wa­jącą ich poczy­na­nia. Umie­jęt­ność dostrze­ga­nia ukry­tych moty­wów jest naj­więk­szym atu­tem, jakim może­cie dys­po­no­wać w grze o wła­dzę. Otwiera przed wami nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści na polu mani­pu­la­cji, uwo­dze­nia i pod­stępu. Ludzi cechuje nie­by­wała zło­żo­ność i nie spo­sób ich w pełni zro­zu­mieć, nawet gdyby poświę­cić na to całe życie. Dla­tego tym waż­niej­sze jest, aby­ście roz­po­częli swoją edu­ka­cję już teraz. Musi­cie przy tym pamię­tać o pod­sta­wo­wej zasa­dzie: nie sto­suj­cie roz­gra­ni­cze­nia mię­dzy oso­bami, któ­rych zacho­wa­nia ana­li­zu­je­cie, a swo­imi naj­bliż­szymi. Ni­gdy nie ufaj­cie nikomu bez­gra­nicz­nie i bacz­nie obser­wuj­cie wszyst­kich, włącz­nie z przy­ja­ciółmi i uko­cha­nymi.

I na koniec musi­cie się nauczyć, jak w dąże­niu do wła­dzy zawsze obie­rać pośred­nią drogę. Maskuj­cie swoją prze­bie­głość i pla­nuj­cie każde posu­nię­cie w taki spo­sób, aby było jak naj­mniej oczy­wi­ste. Bądź­cie jak kula bilar­dowa, która odbija się wiele razy, zanim trafi do celu. Dzięki bie­gło­ści w sztuce pod­stępu może­cie świę­cić triumfy w śro­do­wi­sku nowo­cze­snego dworu jako wytrawni mani­pu­la­to­rzy ucho­dzący za uoso­bie­nie przy­zwo­ito­ści.

Potrak­tuj­cie 48 praw wła­dzy jako swego rodzaju pod­ręcz­nik sztuki lawi­ro­wa­nia. Każde z praw opiera się na dzie­łach osób, które osią­gnęły mistrzo­stwo w grze o wła­dzę. Pisma te pocho­dzą z okresu obej­mu­ją­cego ponad trzy tysiące lat i powstały w cywi­li­za­cjach tak odmien­nych jak sta­ro­żytne Chiny i Wło­chy epoki rene­sansu. Mimo to prze­wi­jają się w nich wspólne wątki i motywy nawią­zu­jące do istoty wła­dzy -?zagad­nie­nia, które jesz­cze nie docze­kało się wyczer­pu­ją­cego opisu. 48 praw wła­dzy sta­nowi esen­cję mądro­ści, którą na prze­strzeni wie­ków zawarli w swo­ich dzie­łach wybitni stra­te­dzy (Sun Zi, Carl von Clau­se­witz), poli­tycy (Bismarck, Tal­ley­rand), dwo­rza­nie (Casti­glione, Gracián), uwo­dzi­ciele (Ninon de Lenc­los, Casa­nova) i hochsz­ta­ple­rzy (Joseph "Yel­low Kid" Weil).

Opi­sane w tej książce prawa są ponad­cza­sowe i osta­teczne. Wszyst­kie opie­rają się na pro­stym zało­że­niu -?pewne dzia­ła­nia pra­wie zawsze zwięk­szają naszą siłę (prze­strze­ga­nie zasad), pod­czas gdy inne nas osła­biają, a nawet dopro­wa­dzają do upadku (łama­nie zasad). Zarówno prze­strze­ga­nie, jak i łama­nie zasad znaj­dują swoje odzwier­cie­dle­nie w przy­kła­dach zaczerp­nię­tych z histo­rii.

Może­cie wyko­rzy­stać tę książkę na kilka spo­so­bów. Czy­ta­jąc ją od początku do końca, może­cie wzbo­ga­cić swoją ogólną wie­dzę na temat istoty wła­dzy. Cho­ciaż nie­które prawa nie wydają się bez­po­śred­nio nawią­zy­wać do waszego życia, z cza­sem praw­do­po­dob­nie odkry­je­cie, że wszyst­kie mają jakieś odnie­sie­nia i w grun­cie rze­czy są ze sobą powią­zane. Zna­jąc ogólny zarys całego zagad­nie­nia, będzie­cie w sta­nie lepiej oce­niać swoje dotych­cza­sowe poczy­na­nia i zyska­cie więk­szą kon­trolę nad swo­imi spra­wami. Grun­towna lek­tura jesz­cze przez długi czas będzie was skła­niać do reflek­sji i prze­war­to­ścio­wań.

Może­cie rów­nież wer­to­wać tę książkę pobież­nie i sku­piać się na pra­wach, które w danej chwili mają naj­więk­sze zna­cze­nie. Powiedzmy, że doświad­cza­cie pro­ble­mów z sze­fem i nie potra­fi­cie zro­zu­mieć, dla­czego wasze wysiłki nie przy­no­szą wam uzna­nia ani awansu. Kilka opi­sa­nych tutaj praw odnosi się do rela­cji prze­ło­żony-pod­władny i nie­mal na pewno pasu­je­cie do któ­re­goś z nich. Krót­kie stresz­cze­nia poszcze­gól­nych roz­dzia­łów w spi­sie tre­ści pomogą wam wybrać ten, który was inte­re­suje.

W końcu może­cie także prze­glą­dać tę książkę dla roz­rywki, trak­tu­jąc ją jako pasjo­nu­jącą wyprawę w prze­szłość pełną dzi­wactw i wiel­kich czy­nów naszych przod­ków. Ale jeśli zamier­za­cie z niej korzy­stać w takim celu, miej­cie się na bacz­no­ści. Pomy­śl­cie, czy nie lepiej się wyco­fać. Wła­dza potrafi być na swój spo­sób nie­by­wale kusząca i zwod­ni­cza. Jest niczym labi­rynt -?roz­trzą­sa­nie jej nie­zli­czo­nych zagad­nień pochło­nie wasz umysł i nagle odkry­je­cie, jak przy­jemny staje się ten stan zatra­ce­nia. Innymi słowy, wła­dza dostar­cza naj­wię­cej rado­ści, jeżeli trak­tu­je­cie ją poważ­nie. Bóstwa wła­dzy srożą się na lek­ko­du­chów -?pozwa­lają dostą­pić speł­nie­nia tylko uważ­nym i wta­jem­ni­czo­nym, a karzą tych, któ­rzy śli­zgają się po powierzchni w poszu­ki­wa­niu bez­tro­skiej zabawy.

Kto by zawżdy i wszę­dzie tylko dobrych uczyn­ków był zwo­len­ni­kiem, ten wśród mnó­stwa złych ludzi musi upaść. Przeto dla wła­snego utrzy­ma­nia przy­stoi każ­demu księ­ciu uczyć się być złym i z tej nauki korzy­stać lub nie korzy­stać, sto­sow­nie do potrzeby.

Niccol? Machia­velli, Książę

Prawo 1

Nie próbuj przyćmiewać swojego zwierzchnika

Nauka:

Zawsze spra­wiaj, aby ci, któ­rzy są nad tobą, czuli się lepsi. Sta­ra­jąc się ich zado­wo­lić albo im zaim­po­no­wać, nie posu­waj się zbyt daleko w ujaw­nia­niu swo­ich talen­tów, możesz bowiem osią­gnąć prze­ciwny sku­tek - wzbu­dzić strach i nie­pew­ność. Spraw, aby twoi zwierzch­nicy czuli się bar­dziej bły­sko­tliwi, niż są w rze­czy­wi­sto­ści, a osią­gniesz wyżyny wła­dzy.

Jak czynić nie należy

Nicho­las Fouquet, mini­ster finan­sów w pierw­szych latach pano­wa­nia Ludwika XIV, był boga­tym czło­wie­kiem, który uwiel­biał wystawne uczty, piękne kobiety i poezję. Uwiel­biał także pie­nią­dze, ponie­waż żył z roz­ma­chem. Był inte­li­gentny i uwa­żał się za nie­za­stą­pio­nego, więc gdy w 1661 roku zmarł kar­dy­nał Jules Maza­rin, sto­jący na czele Rady Kró­lew­skiej, Fouquet miał nadzieję zostać jego następcą. Tym­cza­sem król zli­kwi­do­wał to sta­no­wi­sko. Mini­ster finan­sów ode­brał to jako nie­po­ko­jący sygnał i zaczął podej­rze­wać, że popada w nie­ła­skę, dla­tego posta­no­wił zjed­nać sobie władcę, orga­ni­zu­jąc naj­wspa­nial­sze przy­ję­cie, jakie kie­dy­kol­wiek widział świat. Ofi­cjal­nie Fouquet świę­to­wał zakoń­cze­nie budowy swo­jego pałacu w Vaux-le-Vicomte, ale w rze­czy­wi­sto­ści chciał zło­żyć hołd kró­lowi, który był gościem hono­ro­wym.

W uro­czy­sto­ści wzięła udział naj­zna­mie­nit­sza szlachta z wielu kra­jów Europy i kilka naj­tęż­szych umy­słów epoki -?La Fon­ta­ine, La Roche­fo­ucauld i madame de Sévigné. Na tę oka­zję Molier spe­cjal­nie napi­sał sztukę, w któ­rej sam wystą­pił. Uczta zaczęła się od wykwint­nej kola­cji z sied­miu dań -?na sto­łach zna­la­zły się dale­ko­wschod­nie przy­smaki, któ­rych jesz­cze nikt we Fran­cji nie kosz­to­wał, oraz potrawy stwo­rzone spe­cjal­nie na ten wie­czór. Bie­siad­ni­kom przy­gry­wała orkie­stra spro­wa­dzona na cześć króla.

Po kola­cji zaczęło się zwie­dza­nie pała­co­wego ogrodu, któ­rego wystrój stał się inspi­ra­cją dla Wer­salu. Fouquet oso­bi­ście towa­rzy­szył kró­lowi pod­czas prze­chadzki mię­dzy przy­strzy­żo­nymi żywo­pło­tami, klom­bami i fon­tan­nami. Po przy­by­ciu nad kanał ogro­dowy goście obej­rzeli pokaz sztucz­nych ogni, po któ­rym odbył się spek­takl. Przy­ję­cie trwało do póź­nej nocy i wszy­scy zgod­nie twier­dzili, że było to naj­wspa­nial­sze wyda­rze­nie, w jakim brali udział.

Następ­nego dnia Fouquet został aresz­to­wany przez dowódcę musz­kie­te­rów D'Arta­gnana. Trzy mie­siące póź­niej sta­nął przed sądem oskar­żony o mal­wer­sa­cje na szkodę skarbu pań­stwa. (Rze­czy­wi­ście dopusz­czał się kra­dzieży, ale w imie­niu króla i za jego zgodą). Uznany za win­nego tra­fił do naj­bar­dziej odlud­nego wię­zie­nia we Fran­cji, alpej­skiej twier­dzy Pine­rolo, gdzie spę­dził ostat­nich pięt­na­ście lat życia.

Wnioski

Ludwik XIV, Król Słońce, był dum­nym i aro­ganc­kim czło­wie­kiem, który zawsze pra­gnął być w cen­trum uwagi. Nie mógł znieść, że ktoś żyje wystaw­niej niż on, zwłasz­cza jego mini­ster skarbu. Na miej­sce Fouqu­eta powo­łał Jeana-Bap­ti­ste'a Col­berta, który zasły­nął jako ską­piec i gospo­darz naj­bar­dziej nie­cie­ka­wych przy­jęć w Paryżu. Col­bert dbał, aby pie­nią­dze uwol­nione z koron­nego skarbca tra­fiały pro­sto do rąk króla. Za te pie­nią­dze Ludwik wybu­do­wał wspa­niały pałac w Wer­salu, który swoim prze­py­chem przy­ćmił rezy­den­cję w Vaux-le-Vicomte. Zatrud­nił tych samych archi­tek­tów, deko­ra­to­rów wnętrz i ogrod­ni­ków co Fouquet. W Wer­salu wyda­wał przy­ję­cia jesz­cze bar­dziej eks­tra­wa­ganc­kie niż to, które Fouquet przy­pła­cił wol­no­ścią.

Prze­ana­li­zujmy sytu­ację. Wyda­jąc wspa­niałe przy­ję­cie na cześć króla, Fouquet wyobra­żał sobie, że w ten spo­sób okaże lojal­ność i odda­nie. Nie tylko liczył na przy­chyl­ność Ludwika; myślał, że poka­zu­jąc swoje bogac­two, konek­sje i dobry smak, zapre­zen­tuje się jako nie­za­stą­piony dwo­rza­nin i dosko­nały kan­dy­dat na pre­miera. Widząc jed­nak reak­cje zapro­szo­nych gości, Ludwik nabrał prze­ko­na­nia, że jego mini­ster wzbu­dza więk­szy zachwyt i uzna­nie niż on sam, dla­tego zaczął postrze­gać go jako kon­ku­renta. Zamiast przy­po­do­bać się kró­lowi, Fouquet swoim wystaw­nym przy­ję­ciem ura­ził jego próż­ność. Oczy­wi­ście monar­cha nie przy­znał się do tego, ale zna­lazł wymówkę, aby pozbyć się czło­wieka, który nie­umyśl­nie nadep­nął mu na odcisk. Taki wła­śnie los spo­tyka wszyst­kich, któ­rzy spra­wiają, że władca czuje się nie­pew­nie i powąt­piewa w swoją wybit­ność.

Gdy zaczy­nał się wie­czór, Fouquet był na samym szczy­cie. Gdy zapa­dła noc, zna­lazł się na dnie.

Wol­ter

Postępowanie godne naśladowania

Na początku XVII wieku wło­ski astro­nom i mate­ma­tyk Gali­le­usz zna­lazł się w nie­bez­piecz­nej sytu­acji. Jak wszy­scy uczeni doby rene­sansu był zależny od hoj­no­ści magna­tów, któ­rzy finan­so­wali jego bada­nia, dla­tego musiał od czasu do czasu spra­wiać im pre­zenty ze swo­ich odkryć i wyna­laz­ków. Raz na przy­kład poda­ro­wał księ­ciu Man­tui Vin­cenzo Gon­za­dze kom­pas woj­skowy, który wyna­lazł. Następ­nie zade­dy­ko­wał księ­ciu Toska­nii Kosmie II Medy­ce­uszowi dzieło poświę­cone astro­nomii. Obaj moż­no­władcy byli zado­wo­leni, a dzięki nim Gali­le­usz zyski­wał wię­cej nowych uczniów. Jed­nak bez względu na to, jak wiel­kich odkryć doko­ny­wał, zazwy­czaj nagra­dzali go pre­zen­tami, a nie pie­niędzmi. W efek­cie cią­gle był od nich zależny i bra­ko­wało mu sta­bi­li­za­cji. Dla­tego szu­kał jakie­goś lep­szego spo­sobu na życie.

Nową stra­te­gię zasto­so­wał w 1610 roku, kiedy odkrył księ­życe Jowi­sza. Tym razem zamiast obdzie­lać wszyst­kich mece­na­sów efek­tami swo­jego odkry­cia -?jed­nemu ofia­ro­wać tele­skop, któ­rego uży­wał, innemu zade­dy­ko­wać książkę itd. -?jak czy­nił dotych­czas, posta­no­wił sku­pić się wyłącz­nie na wład­cach Flo­ren­cji. Wybrał ich nie bez powodu. W 1540 roku Kosma I, zało­ży­ciel dyna­stii Medy­ce­uszy, nawią­zu­jąc do świet­no­ści cesar­stwa rzym­skiego, usta­no­wił patro­nem rodu Jowi­sza - naj­po­tęż­niej­szego ze sta­ro­żyt­nych bogów, uoso­bie­nie wła­dzy wykra­cza­ją­cej ponad poli­tykę i wiel­kie for­tuny.

Gali­le­usz uczy­nił ze swo­jego odkry­cia wiel­kie astro­no­miczne wyda­rze­nie, które miało dodać splen­doru Medy­ce­uszom. Ogło­sił, że "jaśnie­jące na nie­bie gwiazdy" (księ­życe Jowi­sza) poja­wiły się w jego tele­sko­pie w tym samym cza­sie, gdy Kosma II został wiel­kim księ­ciem Toska­nii. Zazna­czył, że ciał nie­bieskich jest tyle samo -?cztery -?ilu potom­ków ksią­żę­cego rodu (Kosma II miał trzech braci), i krążą one po orbi­cie Jowi­sza niczym wnu­ko­wie Kosmy I wokół flo­renc­kiego tronu. To nie mógł być zwy­kły przy­pa­dek, że same nie­biosa odzwier­cie­dlają domi­na­cję Medy­ce­uszy. Gali­le­usz zamó­wił także emble­mat, który przed­sta­wiał rzym­skiego boga Jowi­sza sie­dzą­cego na chmu­rze w oto­cze­niu czte­rech gwiazd, i wrę­czył go księ­ciu jako sym­bol jego związku z kosmicz­nym porząd­kiem świata.

Wdzięczny Kosma mia­no­wał Gali­le­usza swoim nadwor­nym filo­zo­fem i mate­ma­ty­kiem, przy­dzie­la­jąc mu stałą pen­sję. Dla wiel­kiego uczo­nego był to życiowy prze­łom -?czasy żebra­nia o mece­nat ode­szły już do prze­szło­ści.

Wnioski

Dzięki swo­jej nowej stra­te­gii Gali­le­usz jed­nym spryt­nym posu­nię­ciem osią­gnął wię­cej niż przez lata usil­nych zabie­gań. Powód był pro­sty - wszy­scy władcy chcą się pre­zen­to­wać bar­dziej impo­nu­jąco niż inni ludzie. Nie obcho­dzą ich odkry­cia naukowe ani prawda empi­ryczna; liczy się dla nich tylko wła­sna chwała. Nada­jąc imiona magna­tów cia­łom nie­bie­skim, Gali­le­usz przy­spo­rzył im nie­po­rów­ny­wal­nie wię­cej splen­doru, niż gdyby uczy­nił ich patro­nami jakie­goś instru­mentu badaw­czego albo odkry­cia nauko­wego.

Uczeni też pod­le­gali kapry­śnym regu­łom dwor­skiego życia i mece­natu. Tak samo jak reszta pod­da­nych musieli słu­żyć moż­nym, któ­rzy dys­po­no­wali kapi­ta­łem. W obli­czu ich nie­prze­cięt­nego inte­lektu nie­je­den magnat mógł poczuć się nie­pew­nie, jakby ocze­ki­wano od niego wyłącz­nie pie­nię­dzy -?co swoją drogą jest upo­ka­rza­jącą i nie­wdzięczną rolą. Fun­da­tor wiel­kiego suk­cesu chciałby być kimś wię­cej niż tylko dostar­czy­cie­lem wspar­cia finan­so­wego. Chciałby ucho­dzić za kogoś kre­atyw­nego i potęż­nego, a także waż­niej­szego niż samo dzieło stwo­rzone w ich imie­niu. Zamiast poczu­cia nie­pew­no­ści spo­dzie­wał się splen­doru.

Swoim odkry­ciem Gali­le­usz nie pod­wa­żył auto­ry­tetu inte­lek­tu­al­nego Medy­ce­uszy ani nie spra­wił, by w jaki­kol­wiek spo­sób poczuli się gorsi - dosłow­nie wyniósł ich do gwiazd i dzięki niemu mogli błysz­czeć na tle innych rodów Ita­lii. Nie przy­ćmił swo­ich panów, ale pomógł im przy­ćmić wszyst­kich dookoła.

Tajniki władzy

Każdy nosi w sobie jakieś obawy. Kiedy pre­zen­tu­je­cie światu swoje talenty, natu­ralną koleją rze­czy wzbu­dza­cie nie­chęć, zazdrość oraz inne prze­jawy kom­plek­sów. Musi­cie być na to przy­go­to­wani. Nie może­cie przez całe życie zamar­twiać się małost­ko­wo­ścią innych. Jed­nak wobec tych, któ­rzy górują nad wami w hie­rar­chii, musi­cie zasto­so­wać inne podej­ście. Przy­ćmie­wa­nie władcy lub zwierzch­nika jest przy­pusz­czal­nie naj­gor­szym z błę­dów.

Myśli­cie, że świat się zmie­nił od cza­sów Medy­ce­uszy i Króla Słońce? Nic bar­dziej myl­nego. Ci, któ­rzy zaj­mują wysoką pozy­cję spo­łeczną, są dziś jak monar­cho­wie i magnaci. Chcą się czuć pew­nie na swo­ich sta­no­wi­skach, prze­wyż­sza­jąc wszyst­kich dookoła inte­li­gen­cją, dow­ci­pem i uro­kiem oso­bi­stym. Nie daj­cie się zwieść zgub­nemu, lecz sze­roko roz­po­wszech­nio­nemu prze­ko­na­niu, że demon­stru­jąc swoje talenty i umie­jęt­no­ści, może­cie sobie zaskar­bić względy zwierzch­nika. Wasz pan będzie symu­lo­wał uzna­nie, lecz przy pierw­szej nada­rza­ją­cej się oka­zji zastąpi was kimś mniej inte­li­gent­nym, mniej atrak­cyj­nym i mniej groź­nym, tak jak Ludwik XIV, który na miej­sce bły­sko­tli­wego Fouqu­eta powo­łał nija­kiego Col­berta. I tak jak Ludwik XIV nie wyjawi swo­ich praw­dzi­wych inten­cji, ale znaj­dzie pre­tekst, żeby się was pozbyć.

Prawo to obej­muje dwie zasady, które musi­cie sobie uświa­do­mić. Po pierw­sze może­cie nie­umyśl­nie przy­ćmić swo­jego zwierzch­nika, będąc po pro­stu sobą. Nie­któ­rych ludzi na wyso­kich sta­no­wi­skach cechuje taki brak pew­no­ści sie­bie, że wystar­czy oka­zać przy nich odro­binę cha­ry­zmy, aby poczuli się zagro­żeni.

Nikt nie mógł się poszczy­cić tyloma wro­dzo­nymi przy­mio­tami co Astorre Man­fredi, książę Faenzy. Naj­przy­stoj­niej­szy ze wszyst­kich mło­dych ksią­żąt zachwy­cał pod­da­nych swoją wiel­ko­dusz­no­ścią i otwar­to­ścią.

W 1500 roku Cesare Bor­gia oble­gał Faenzę. Kiedy mia­sto się pod­dało, miesz­kańcy spo­dzie­wali się naj­gor­szego po okrut­nym księ­ciu Roma­nii, ale ten oszczę­dził wszyst­kich. Zajął tylko twier­dzę i nie stra­cił żad­nego z obroń­ców, a księ­ciu Man­fre­diemu, który wów­czas liczył osiem­na­ście lat, pozo­sta­wił pełną swo­bodę wraz z całym jego dwo­rem.

Minęło jed­nak zale­d­wie kilka tygo­dni i mło­dziutki książę pod eskortą żoł­nie­rzy tra­fił do wię­zie­nia w Rzy­mie. Rok póź­niej wyło­wiono z Tybru jego ciało z kamie­niem przy­wią­za­nym do szyi. Bor­gia uspra­wie­dli­wiał ten okrutny mord spre­pa­ro­wa­nym oskar­że­niem o zdradę, lecz praw­dziwa przy­czyna tkwiła w jego próż­no­ści i niskim poczu­ciu wła­snej war­to­ści. Astorre Man­fredi wpę­dzał go w kom­pleksy, cho­ciaż nawet nie pró­bo­wał tego robić. Wystar­czyła sama jego obec­ność, by Cesare Bor­gia czuł się gor­szy. Nasuwa się pro­sty wnio­sek -?jeśli nie potra­fi­cie nic pora­dzić na to, że jeste­ście atrak­cyjni i cza­ru­jący, sta­raj­cie się uni­kać takich zakom­plek­sio­nych potwo­rów jak Bor­gia. Ewen­tu­al­nie znajdź­cie jakiś spo­sób, by masko­wać swoje walory, prze­by­wa­jąc w ich towa­rzy­stwie.

Po dru­gie nie wyobra­żaj­cie sobie, że jeśli zwierzch­nik darzy was sym­pa­tią, może­cie sobie pozwa­lać na wszystko. Można by napi­sać wiele ksią­żek o fawo­ry­tach, któ­rzy brali swój sta­tus za pew­nik i popa­dli w nie­ła­skę, gdyż ośmie­lili się wywyż­szać ponad władcę.

Sen no Riky? cie­szył się szcze­gól­nymi wzglę­dami cesa­rza Hidey­oshiego, który pano­wał w Japo­nii pod koniec XVI wieku. Był mistrzem cere­mo­nii parze­nia her­baty -?sztuki nie­zwy­kle popu­lar­nej wśród ary­sto­kra­cji -?oraz jed­nym z naj­bar­dziej zaufa­nych dorad­ców monar­chy. Miał swoją kwa­terę w pałacu cesar­skim i był powa­żany w całym kraju. Mimo to w 1591 roku Hidey­oshi wydał na niego wyrok śmierci, każąc mu popeł­nić sep­puku. Dopiero póź­niej wyszła na jaw przy­czyna tej rady­kal­nej zmiany nasta­wie­nia. Oka­zało się, że Rikyu, czło­wiek pocho­dzący z nizin spo­łecz­nych, zamó­wił drew­niany posąg, który przed­sta­wiał go w wynio­słej pozie i san­da­łach sta­no­wią­cych atry­but szla­chec­twa. Co wię­cej, kazał usta­wić swoją podo­bi­znę w pała­co­wej świą­tyni, gdzie rzu­cała się w oczy człon­kom rodziny cesar­skiej. Dla Hidey­oshiego był to jed­no­znaczny sygnał -?jego fawo­ryt stra­cił poczu­cie umiaru. Cie­szył się takimi samymi przy­wi­le­jami jak szla­chet­nie uro­dzeni, jed­nak zapo­mniał, że niczego nie zawdzię­cza samemu sobie i jego pozy­cja jest zależna od cesa­rza. Nie­wy­ba­czal­nie prze­ce­nił swoją war­tość i za ten błąd zapła­cił życiem. Dla­tego pamię­taj­cie: ni­gdy nie bierz­cie swo­jej pozy­cji za pew­nik i nie pozwól­cie, aby zaszczyty ude­rzyły wam do głowy.

Skoro już wie­cie, jak nie­bez­pieczne może być wywyż­sza­nie się nad spra­wu­ją­cego wła­dzę, może­cie obró­cić to Prawo na swoją korzyść. Przede wszyst­kim musi­cie schle­biać władcy i kar­mić jego próż­ność. Jawne kom­ple­menty bywają sku­teczne, ale mają swoje ogra­ni­cze­nia -?są zbyt bez­po­śred­nie i mogą razić innych dwo­rzan. O wiele lepiej dzia­łają zawo­alo­wane pochleb­stwa. Jeśli na przy­kład prze­wyż­sza­cie swo­jego pana inte­lek­tem, spra­wiaj­cie odwrotne wra­że­nie. Niech mu się wydaje, że jest mądrzej­szy od was. Graj­cie naiw­nia­ków. Zacho­wuj­cie się, jak­by­ście potrze­bo­wali jego rad. Popeł­niaj­cie nie­winne błędy, które nie zaszko­dzą wam na dłuż­szą metę, ale stwo­rzą oka­zję, by popro­sić go o pomoc. Władcy uwiel­biają takie sytu­acje. Czują potrzebę obdzie­la­nia pod­da­nych swoim doświad­cze­niem, a jeżeli nie mają takiej moż­li­wo­ści, odno­szą się do nich z urazą i oka­zują złą wolę.

Jeśli jeste­ście bar­dziej kre­atywni od zwierzch­nika, przy­pi­suj­cie mu swoje pomy­sły, w miarę moż­li­wo­ści na forum publicz­nym. Dawaj­cie do zro­zu­mie­nia, że wasze roz­wią­za­nia są tylko echem jego rad.

Jeśli prze­wyż­sza­cie go dow­ci­pem, może­cie wcie­lić się w rolę nadwor­nego bła­zna, jed­nak wasz pan nie powi­nien wyglą­dać na bez­dusz­nego i gbu­ro­wa­tego w porów­na­niu z wami. Posta­raj­cie się spra­wiać wra­że­nie, jakby to on dozo­wał wasze dow­cipy i dobry nastrój. Jeśli z natury jeste­ście bar­dziej towa­rzy­scy i wiel­ko­duszni, sta­raj­cie się nie prze­wyż­szać go pod tym wzglę­dem. Nie przy­sła­niaj­cie innym jego bla­sku - władca musi być w cen­trum uwagi, pro­mie­nie­jąc mocą i chwałą niczym słońce, wokół któ­rego wszy­scy krążą. Każda próba zaim­po­no­wa­nia komuś takiemu może oka­zać się zgubna -?uczcie się od Fouqu­eta, żeby nie napy­tać sobie biedy.

Ukry­wa­nie swo­ich moc­nych stron nie świad­czy o sła­bo­ści, jeżeli w osta­tecz­nym roz­ra­chunku pro­wa­dzi do zdo­by­cia prze­wagi. Pozwa­la­jąc innym góro­wać nad sobą, zacho­wu­je­cie kon­trolę, zamiast paść ofiarą ich poczu­cia niż­szo­ści. Może­cie to wyko­rzy­stać w dniu, w któ­rym posta­no­wi­cie pod­nieść swój sta­tus. Jeżeli tak jak Gali­le­usz potra­fi­cie spra­wić, że wasz pan jesz­cze bar­dziej zabły­śnie w oczach innych, będzie­cie dla niego darem nie­bios i natych­miast otrzy­ma­cie nagrodę.

Wizja: Gwiazdy na nie­bie. Świe­cić może tylko jedno słońce. Ni­gdy nie przy­sła­niaj jego bla­sku ani nie pró­buj świe­cić jaśniej. Posta­raj się raczej znik­nąć na nie­bie i znajdź spo­sób, by roz­ja­śnić blask swo­jego władcy. Rze­czy­wi­stość: Nie przy­ćmie­waj swo­jego zwierzch­nika. Bycie gor­szym od kogoś to stan budzący nie­na­wiść, a odnie­sie­nie zwy­cię­stwa nad zwierzch­ni­kiem wynika albo z głu­poty, albo z fatal­nego zbiegu oko­licz­no­ści. Gwiazdy uczą nas tej sub­tel­no­ści. Są błysz­czą­cymi dziećmi Słońca, ale ni­gdy nie pró­bują go zaćmić (Bal­ta­sar Gracián, Sztuka docze­snej mądro­ści).

Wyjątki

Nie może­cie się przej­mo­wać uczu­ciami każ­dej napo­tka­nej osoby, gdyż w nie­któ­rych sytu­acjach musi­cie być okrutni. Jeśli wasz władca jest przy­ga­sa­jącą gwiazdą, bez obaw może­cie go przy­ćmie­wać. Nie znaj­cie lito­ści -?wasz pan nie miał skru­pu­łów, kiedy piął się na szczyt. Oceń­cie jego siłę. Jeżeli jest słaby, dys­kret­nie przy­spie­szaj­cie jego upa­dek -?w roz­strzy­ga­ją­cych momen­tach rób­cie wszystko, by go prze­chy­trzyć. Jeżeli jest bar­dzo słaby i zbliża się jego koniec, pozwól­cie natu­rze robić swoje. Nie ryzy­kuj­cie jed­nak otwar­tego wywyż­sza­nia się ponad słab­ną­cego pana, który może oka­zać się bez­względny i zja­dliwy. Jeśli nato­miast trzyma się mocno na swo­jej pozy­cji, cze­kaj­cie cier­pli­wie na odpo­wiedni moment. Natu­ralną koleją rze­czy każda wła­dza w końcu przy­ga­śnie i osłab­nie. Pew­nego dnia wasz pan upad­nie, a jeżeli wła­ści­wie roze­gra­cie swoją par­tię, prze­ży­je­cie go i przy­ćmi­cie swoim bla­skiem.

Prawo 2

Nigdy nie ufaj zbytnio przyjaciołom, Naucz się wykorzystywać wrogów

Nauka

Uwa­żaj na przy­ja­ciół -?oni pierwsi cię zdra­dzą, bo łatwiej wzbu­dzić w nich zazdrość. Stają się rów­nież zepsuci i despo­tyczni. Zaan­ga­żuj za to daw­nego wroga, a będzie wier­niej­szy od przy­ja­ciela, ponie­waż ma wię­cej do udo­wod­nie­nia. W grun­cie rze­czy bar­dziej należy się oba­wiać przy­ja­ciół niż wro­gów. Jeśli nie masz wro­gów, znajdź spo­sób, aby ich stwo­rzyć.

Jak czynić nie należy

W poło­wie IX wieku na tro­nie Cesar­stwa Bizan­tyj­skiego zasiadł młody władca Michał III. Przej­mu­jąc wła­dzę, zesłał swoją matkę cesa­rzową Teo­dorę do klasz­toru, a jej kochanka Teo­k­ty­sta kazał zamor­do­wać. Na czele prze­wrotu pała­co­wego, który miał na celu oba­lić Teo­dorę i prze­ka­zać rządy w ręce Michała, stał jego wuj Bar­das, czło­wiek inte­li­gentny i ambitny. Michał był mło­dym i nie­do­świad­czo­nym władcą oto­czo­nym przez intry­gan­tów, mor­der­ców i hochsz­ta­ple­rów. W tym trud­nym cza­sie potrze­bo­wał zaufa­nego doradcy i powie­rzył tę funk­cję Bazy­lemu, swo­jemu ser­decz­nemu przy­ja­cie­lowi. Bazyli nie znał się na rzą­dze­niu pań­stwem -?pia­sto­wał urząd koniu­szego -?lecz wiele razy dał dowód swo­jej lojal­no­ści i przy­wią­za­nia.

Jeśli chcesz mieć pew­nego wroga, wybierz przy­ja­ciela. Przy­ja­ciel wie, gdzie ude­rzyć.

Diana de Poitiers, kochanka Hen­ryka II, króla Fran­cji

Przy­ja­ciele poznali się kilka lat wcze­śniej, gdy Michał wizy­to­wał jedną z cesar­skich stajni i poniósł go naro­wi­sty koń. Wtedy to Bazyli, młody sta­jenny z Mace­do­nii, ura­to­wał mu życie. Siła i odwaga sta­jen­nego zro­biły wra­że­nie na władcy, który natych­miast awan­so­wał swo­jego zbawcę, by póź­niej obsy­py­wać go podar­kami i zaszczy­tami. Bazyli tra­fił do naj­lep­szej szkoły w Bizan­cjum, gdzie nabrał dwor­skiej ogłady i z nie­okrze­sa­nego chłop­skiego syna zamie­nił się w dys­tyn­go­wa­nego kawa­lera.

Ile­kroć obsa­dzam jakiś wolny urząd, stu jest zawie­dzio­nych, a jeden nie­wdzięczny.

Ludwik XIV

Teraz Michał rzą­dził kra­jem i potrze­bo­wał kogoś zaufa­nego. Komu mógł powie­rzyć god­ność szam­be­lana i głów­nego doradcy, jak nie czło­wie­kowi, który zawdzię­czał mu wszystko? Kochał Bazy­lego jak brata i był prze­ko­nany, że można go pod­szko­lić do peł­nie­nia nowej funk­cji. Igno­ru­jąc rady dwo­rzan, któ­rzy pole­cali mu bar­dziej doświad­czo­nego Bar­dasa, posta­wił na swo­jego fawo­ryta.

Dla­tego od czasu, kiedy zda­rzyło mi się nie raz jeden zostać oszu­ka­nym przez kogoś, kogo kocha­łem naj­bar­dziej, ponad wszyst­kich innych, i przez kogo, jak byłem pewien, także byłem kochany -?myśla­łem sobie cza­sami, że byłoby dobrze dla nas ni­gdy już nie ufać nikomu na świe­cie (...). Dla­tego więc sądzę, że dobrze by było kochać kogoś i słu­żyć mu bar­dziej niż komuś innemu wedle zasług i war­to­ści; prze­cież jed­nak ni­gdy nie dowie­rza­jąc przy­ja­ciel­skiej, słod­kiej per­swa­zji, aby­śmy na koniec nie musieli żało­wać naszego zaufa­nia.

Bal­ta­zar Casti­glione, Książka o dwo­rza­ni­nie

Bazyli szybko się uczył i wkrótce zaczął dora­dzać cesa­rzowi we wszyst­kich spra­wach pań­stwo­wych. Jedy­nym pro­ble­mem oka­zały się pie­nią­dze, któ­rych wciąż było mu mało. Posma­ko­wał wystaw­nego życia na bizan­tyj­skim dwo­rze i stał się łasy na korzy­ści pły­nące z wła­dzy. Michał podwoił, a potem potroił jego wyna­gro­dze­nie, nadał mu tytuł szla­checki i oże­nił go z wła­sną kochanką Eudo­kią Inge­riną. Zado­wo­le­nie przy­ja­ciela i zaufa­nego doradcy było dla niego warte każ­dej ceny. Ale kło­poty miały dopiero się zacząć. Bazyli prze­ko­nał cesa­rza, że Bar­das, który teraz dowo­dził armią, ma dużo więk­sze ambi­cje -?licząc, że zdoła kon­tro­lo­wać sio­strzeńca, doko­nał prze­wrotu i osa­dził go na tro­nie, ale mógł na­dal knuć, żeby samemu zostać cesa­rzem. Michał tak długo słu­chał wro­gich pod­szep­tów, aż wresz­cie zgo­dził się na zgła­dze­nie wuja. Bazyli oso­bi­ście zaszty­le­to­wał Bar­dasa, gdy ten sie­dział na try­bu­nie i oglą­dał wyścigi konne. Wkrótce potem doradca cesa­rza oznaj­mił, że chce prze­jąć zwierzch­ność nad armią, aby móc czu­wać nad bez­pie­czeń­stwem kraju i tłu­mić rebe­lie. Michał speł­nił jego wolę.

Od tej pory Bazyli rósł w siłę i pomna­żał swoją for­tunę. Nie­ba­wem cesarz wsku­tek wła­snej roz­rzut­no­ści zna­lazł się w tara­pa­tach finan­so­wych i zażą­dał od przy­ja­ciela zwrotu poży­czek, któ­rych udzie­lał mu przez lata. Ku jego bez­gra­nicz­nemu zdu­mie­niu Bazyli miał czel­ność odmó­wić. Uczy­nił to z taką zuchwa­ło­ścią, że Michał nagle uświa­do­mił sobie, w jak nie­cie­ka­wym jest poło­że­niu -?oto były chło­piec sta­jenny ma wię­cej pie­nię­dzy i wię­cej poplecz­ni­ków, a co za tym idzie, posiada więk­szą wła­dzę niż sam cesarz. Kilka tygo­dni póź­niej po nocy suto zakra­pia­nej alko­ho­lem Michał obu­dził się oto­czony przez żoł­nie­rzy, któ­rzy zadźgali go mie­czami. Bazyli przy­glą­dał się egze­ku­cji, a potem ogło­sił się cesa­rzem i trium­fal­nie prze­je­chał na koniu uli­cami Bizan­cjum, obno­sząc głowę swo­jego dobro­czyńcy i przy­ja­ciela zatkniętą na ostrzu dzidy.

Wąż, rol­nik i cza­pla

Ucie­ka­jący przed myśli­wymi wąż popro­sił rol­nika o pomoc. Aby go ukryć, męż­czy­zna kuc­nął i pozwo­lił mu wpeł­znąć do swo­jego brzu­cha. Gdy zagro­że­nie minęło, kazał wężowi wyjść, ten jed­nak odmó­wił. W środku było cie­pło i bez­piecz­nie. Wra­ca­jąc do domu, rol­nik natknął się na cza­plę. Pod­szedł do niej i powie­dział, co go spo­tkało, ta zaś pora­dziła mu, aby kuc­nął i się naprę­żył. Gdy wąż wysta­wił głowę, cza­pla zła­pała go, wycią­gnęła na zewnątrz i zabiła. Rol­nik oba­wiał się jadu, który wąż mógł zosta­wić w jego ciele, ale cza­pla powie­działa, że lekar­stwem na wężowy jad jest mięso sze­ściu bia­łych pta­ków. "Ty jesteś bia­łym pta­kiem" - rzekł rol­nik. "Cie­bie zjem na początku". Wło­żył cza­plę do worka i poszedł do domu, gdzie opowie­dział żonie o swej przy­go­dzie. "Zadzi­wiasz mnie" -?odparła kobieta. "Ptak oka­zuje ci życz­li­wość, wyba­wia cię z opre­sji, wła­ści­wie ratuje ci życie, a ty chcesz go zabić". Natych­miast uwol­niła cza­plę, która odle­ciała, ale ucie­ka­jąc, wydzio­bała jej oczy. Morał: kiedy widzisz wodę pły­nącą pod górę, ozna­cza to, że ktoś odwdzię­cza się komuś za przy­sługę.

Afry­kań­ska przy­po­wieść ludow

Wnioski

Michał III posta­wił całą swoją przy­szłość na poczu­cie wdzięcz­no­ści, któ­rego spo­dzie­wał się po swoim przy­ja­cielu. Wszak Bazyli zawdzię­czał mu bogac­two, wykształ­ce­nie i pozy­cję spo­łeczną; jakże mógłby nie odpła­cić się wierną służbą? Cesarz speł­niał wszyst­kie jego zachcianki, wycho­dząc z zało­że­nia, że jest to naj­lep­szy spo­sób na umoc­nie­nie przy­ja­ciel­skiej więzi. Dopiero tam­tego feral­nego dnia, gdy zoba­czył zuchwały uśmiech na twa­rzy fawo­ryta, zdał sobie sprawę, że sam stwo­rzył potwora.

Bazyli posma­ko­wał wła­dzy i wciąż wycią­gał rękę po wię­cej. Dosta­wał wszystko, czego zażą­dał, i naj­wy­raź­niej czuł się przy­tło­czony szczo­dro­ścią, gdyż zacho­wał się tak jak więk­szość ludzi w takiej sytu­acji -?zapo­mniał o wzglę­dach, któ­rych doświad­czył, i uwa­żał, że cały swój suk­ces zawdzię­cza wyłącz­nie sobie.

Kiedy Michał zorien­to­wał się, że popeł­nił błąd, mógł jesz­cze ujść z życiem, ale za bar­dzo był zaśle­piony przy­jaź­nią i miło­ścią. Aż do dnia, w któ­rym jego głowa została zatknięta na włóczni, nie wie­rzył, że przy­ja­ciel mógłby go zdra­dzić.

Boże, chroń mnie od przy­ja­ciół; z wro­gami pora­dzę sobie sam.

Wol­ter

Postępowanie godne naśladowania

Przez kilka stu­leci po upadku dyna­stii Han (220 r.) w dzie­jach Chin prze­wi­jał się ten sam wzo­rzec oparty na gwał­tow­nych i krwa­wych zama­chach stanu. Woj­skowi spi­sko­wali, dopro­wa­dza­jąc do oba­le­nia sła­bego cesa­rza, i zastę­po­wali go sil­nym gene­ra­łem. Gene­rał jako nowy cesarz likwi­do­wał innych gene­ra­łów, żeby zapew­nić sobie prze­trwa­nie. Jed­nak po kilku latach sche­mat się powta­rzał. Nowi gene­ra­ło­wie doko­ny­wali prze­wrotu i zabi­jali cesa­rza lub jego synów. Władca Chin rzą­dził samot­nie -?było to naj­mniej zna­czące i naj­bar­dziej zagro­żone sta­no­wi­sko w całym cesar­stwie.

W 960 roku gene­rał Zhao Kuan­gyin został cesa­rzem, dając począ­tek dyna­stii Song. Zda­wał sobie sprawę, że wedle wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa w ciągu naj­bliż­szego roku zosta­nie zamor­do­wany. Jakże mógłby prze­ła­mać ten ponury sche­mat? Wkrótce po wstą­pie­niu na tron wypra­wił uro­czy­sty ban­kiet, na który zapro­sił naj­wyż­szych rangą dowód­ców armii. Kiedy wszy­scy spili się winem, cesarz Song ode­słał straż­ni­ków oraz innych gości i został sam na sam z gene­rałami, któ­rzy teraz drżeli ze stra­chu o wła­sne życie.

-?Każdy mój dzień prze­peł­nia trwoga i nic mnie nie cie­szy zarówno przy stole, jak i w alko­wie -?ode­zwał się władca. -?Któż z was nie marzy o wstą­pie­niu na tron? Nie wąt­pię w waszą lojal­ność, ale cóż byście uczy­nili na moim miej­scu, gdyby wasi pod­dani w pogoni za bogac­twem i urzę­dami chcie­liby was obe­drzeć z żół­tych cesar­skich szat?

Stąd wyro­dziło się zda­nie, że mądry książę powi­nien gdzie tylko może, bodaj for­te­lami, nie­przy­ja­ciół wyna­cho­dzić, aby mieć komu rogi utrzeć i tym samym sławy sobie przy­czy­nić, albo­wiem trwal­szą wier­ność i wię­cej pożytku zna­cho­dzili wszy­scy, a szcze­gól­niej nowi ksią­żęta, u takich ludzi, któ­rzy zrazu byli ich prze­ciw­ni­kami lub przy­naj­mniej zosta­wali w podej­rze­niu, niżeli u innych, co natych­miast czo­łem przed nimi bili, czego także Pan­dolfo Petrucci, książę Sieny doświad­czał.

Niccol? Machia­velli, Książę

Pijani i prze­ra­żeni gene­ra­ło­wie prze­ści­gali się w zapew­nie­niach o swej nie­win­no­ści i wier­no­ści, cesarz jed­nak nie dał się zbić z tropu:

-?Naj­lep­szym spo­so­bem na życie jest spo­kojne roz­ko­szo­wa­nie się dostat­kiem i zaszczy­tami -?mówił dalej. -?Jeśli zgo­dzi­cie się ustą­pić ze swo­ich sta­no­wisk, jestem gotów ofia­ro­wać wam oka­załe rezy­den­cje, w któ­rych będzie­cie mogli cie­szyć się dźwię­kami muzyki i towa­rzy­stwem pięk­nych dziew­cząt.

Zdu­mieni gene­ra­ło­wie uzmy­sło­wili sobie, że zamiast utar­czek i nie­pew­no­ści monar­cha ofe­ruje im bogac­two i poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Następ­nego dnia wszy­scy zło­żyli rezy­gna­cje i obda­rzeni tytu­łami szla­chec­kimi ode­szli na eme­ry­turę, by zamiesz­kać w posia­dło­ściach, które poda­ro­wał im Song.

Tak oto za jed­nym zama­chem cesarz zamie­nił sforę "przy­ja­ciel­skich" wil­ków, po któ­rych spo­dzie­wał się rychłej zdrady, w stadko potul­nych owie­czek pozba­wio­nych jakich­kol­wiek wpły­wów. Przez kolejne lata pro­wa­dził kam­pa­nię, która miała na celu umoc­nie­nie wła­dzy. W 971 roku Liu Cheng, władca nie­za­leż­nego pań­stwa zwa­nego Połu­dnio­wym Han, które ponad pół wieku wcze­śniej ode­rwało się od Chin, uznał zwierzch­ność dyna­stii Song. Ku jego zdu­mie­niu cesarz nadał mu god­ność na swoim dwo­rze i zapro­sił na ucztę. Kiedy wzniósł toast, by przy­pie­czę­to­wać nowy sojusz, Liu zawa­hał się, wie­trząc pod­stęp.

-?Występki moje bez wąt­pie­nia zasłu­gują na naj­wyż­szą karę -?rzekł pełen obaw. -?Ale bła­gam cię, naj­ja­śniej­szy panie, oszczędź swego sługę. Nie odważę się wypić tego wina.

Song, śmie­jąc się, wziął jego puchar i wychy­lił go do dna. Wino nie było zatrute. Od tej pory Liu był jego naj­bar­dziej zaufa­nym i lojal­nym przy­ja­cie­lem.

W tam­tym okre­sie Chiny były podzie­lone na wiele nie­za­leż­nych pań­ste­wek. Gdy Song pod­bił jedno z nich, mini­stro­wie radzili mu, aby wtrą­cił do wię­zie­nia jego władcę. Przed­sta­wili mu doku­menty, z któ­rych wyni­kało, że poko­nany Chien Zhou na­dal spi­skuje prze­ciwko niemu i zamie­rza go zgła­dzić. Mimo to cesarz ugo­ścił Zhou i obda­rzył zaszczy­tami, a na poże­gna­nie ofia­ro­wał mu paczkę, którą kazał otwo­rzyć w poło­wie drogi do domu. W paczce Zhou zna­lazł papiery sta­no­wiące dowód wła­snej zdrady. Dotarło do niego, że Song wie­dział o jego kno­wa­niach, a jed­nak daro­wał mu życie. Ujęty tą wiel­ko­dusz­no­ścią stał się jed­nym z naj­wier­niej­szych pod­da­nych cesa­rza.

Zdo­byw­szy godną wojow­nika broń, uszczę­śli­wiony bra­min Drona udał się do pałacu króla Dru­pady, spo­dzie­wa­jąc się, że ucie­szy się on na widok swego przy­ja­ciela z dzie­ciń­stwa i odda mu, jak obie­cy­wał, połowę kró­le­stwa. Jed­nak Dru­pada rzekł: "O, bra­minie, chyba stra­ci­łeś rozum, nazy­wa­jąc mnie swym przy­ja­cie­lem! Któż to sły­szał, aby wynio­sły król taki jak ja przy­jaź­nił się z kimś cał­ko­wi­cie pozba­wio­nym dóbr jak ty, bra­minie. Nasza przy­jaźń zesta­rzała się. To prawda, że w dzie­ciń­stwie byli­śmy przy­ja­ciółmi, ale przy­jaźń owa bazo­wała na tym, co wów­czas posia­da­li­śmy. Przy­jaźń sta­rzeje się i umiera. Nisz­czy ją żądza i oka­le­cza ją gniew. Nie licz więc na starą przy­jaźń i rozej­rzyj się raczej za nową. O, dobry bra­minie, byłem twym przy­ja­cie­lem, gdy było to zgodne z moim inte­re­sem. Bie­dak nie może być przy­ja­cie­lem boga­tego, a głu­piec nie może być przy­ja­cie­lem mędrca. I po co komu stary przy­ja­ciel? Przy­jaźń i mał­żeń­stwo są moż­liwe jedy­nie wśród tych, któ­rzy są sobie równi zarówno pod wzglę­dem bogac­twa, jak i uro­dze­nia. Jaki król zechce przy­jaź­nić się z kimś, kto kró­lem nie jest?".

Maha­bha­rata

Wnioski

Według sta­rego chiń­skiego przy­sło­wia przy­ja­ciele są jak szczęki groź­nej bestii -?jeśli nie będziemy ostrożni, bestia zatopi w nas ostre zęby. Musiał o tym wie­dzieć Song, kiedy wstę­po­wał na tron. Jego "przy­ja­ciele" dowo­dzący armią byli gotowi go zagryźć, a gdyby jakimś cudem prze­żył, padłby łupem "przy­ja­ciół" mini­strów. Cesarz nie chciał mieć do czy­nie­nia z takimi przy­ja­ciółmi -?prze­ku­pił swo­ich gene­ra­łów wspa­nia­łymi posia­dło­ściami i trzy­mał ich z dala od sie­bie. W ten spo­sób stali się bar­dziej nie­szko­dliwi, niż gdyby kazał ich zabić, co skło­ni­łoby innych gene­ra­łów do szu­ka­nia zemsty. Nie chciał też mieć nic wspól­nego z "przy­ja­ciel­skimi" mini­strami, któ­rych zazwy­czaj czę­sto­wał zatru­tym winem.

Zamiast pole­gać na przy­ja­cio­łach, Song wyko­rzy­sty­wał wro­gów, zamie­nia­jąc ich jed­nego po dru­gim w god­nych zaufa­nia pod­da­nych. Pod­czas gdy przy­ja­ciel wciąż domaga się kolej­nych gra­ty­fi­ka­cji i kipi z zazdro­ści, dawny wróg nie ocze­kuje niczego, a dostaje wszystko. Jeżeli ktoś unik­nął katow­skiego topora, potrafi być naprawdę wdzięczny i pój­dzie na koniec świata za władcą, który oka­zał mu łaskę. Z cza­sem dawni prze­ciw­nicy stali się naj­bar­dziej zaufa­nymi przy­ja­ciółmi Songa. Cesa­rzowi udało się w końcu prze­ła­mać sche­mat zama­chów stanu, mor­dów poli­tycz­nych i wojen domo­wych -?dyna­stia Song rzą­dziła Chi­nami przez ponad trzy­sta lat.

Weź do ręki psz­czołę, by jej pomóc, a prze­ko­nasz się, że dobroć ma swoje gra­nice.

Przy­sło­wie sufic­kie

W prze­mó­wie­niu wygło­szo­nym pod­czas wojny sece­syj­nej Abra­ham Lin­coln nazwał zwo­len­ni­ków Połu­dnia bliź­nimi, któ­rzy zbłą­dzili. Pewna leciwa dama zga­niła go za to, że zbyt łagod­nie wyraża się o zaprzy­się­głych wro­gach, któ­rych należy znisz­czyć. "Sza­nowna pani -?odparł pre­zy­dent - czyż nie nisz­czę swo­ich wro­gów, czy­niąc ich przy­ja­ciółmi?"

Tajniki władzy

To natu­ralne, że ocze­ku­je­cie pomocy ze strony przy­ja­ciół, kiedy znaj­dzie­cie się w potrze­bie. Świat potrafi być surowy, ale przy­ja­ciele łago­dzą tę suro­wość. Poza tym zna­cie ich od dawna. Po co liczyć na obcych, skoro macie przy­ja­ciół?

Pro­blem czę­sto polega na tym, że nie zna­cie swo­ich przy­ja­ciół tak dobrze, jak się wam wydaje. Nie­rzadko przy­ja­ciele zga­dzają się z wami, żeby unik­nąć kłótni. Ukry­wają swoje przy­wary, bo nie chcą was ura­zić. Śmieją się gło­śno z waszych żar­tów. Ponie­waż szcze­rość zwy­kle nie służy przy­jaźni, nie dowie­cie się, co naprawdę czuje wasz przy­ja­ciel. Gdy zapew­nia, że zachwyca się waszymi wier­szami, uwiel­bia waszą muzykę i zazdro­ści wam gustu, rze­czy­wi­ście może tak być -?albo i nie.

Ludzie chęt­niej odwza­jem­niają się za krzywdy niż za korzy­ści, ponie­waż wdzięcz­ność jest cię­ża­rem, a zemsta przy­jem­no­ścią.

Publiusz Kor­ne­liusz Tacyt

Kiedy posta­no­wi­cie powie­rzyć przy­ja­cie­lowi jakąś ważną funk­cję, stop­niowo zacznie­cie odkry­wać cechy, które trzy­mał w tajem­nicy. Co dziwne, to wła­śnie wasz życz­liwy gest zabu­rzył rela­cję mię­dzy wami. Ludzie chcą wie­rzyć, że zasłu­gują na to, aby los im sprzy­jał. Przyj­mo­wa­nie pomocy może się kłó­cić z tym wyobra­że­niem -?ozna­cza, że spo­tkało ich coś dobrego w imię przy­jaźni, a nie­ko­niecz­nie są wybrań­cami, któ­rym wszystko się należy. Jest w takiej przy­słu­dze odro­bina pro­tek­cjo­na­li­zmu, która skry­cie uwiera przy­ja­ciela. Uraza będzie wycho­dziła na jaw powoli -?tro­chę wię­cej nie­wy­god­nej szcze­ro­ści, prze­bły­ski nie­chęci, zazdrość i zanim się obej­rzy­cie, po waszej przy­jaźni nie zosta­nie ani śladu. Im wię­cej przy­sług i pre­zen­tów będzie­cie dawać, aby oży­wić waszą przy­jaźń, tym mniej wdzięcz­no­ści otrzy­ma­cie.

Nie­wdzięcz­ność ma długą i bogatą tra­dy­cję. Poka­zuje swoją moc od tylu wie­ków, że aż trudno pojąć, dla­czego ludzie na­dal nie trak­tują jej z nale­żytą powagą. Lepiej zacho­wać ostroż­ność. Jeśli nie ocze­ku­je­cie wdzięcz­no­ści od przy­ja­ciela, będzie­cie mile zasko­czeni, gdy wam ją okaże.

Pro­blem polega na tym, że korzy­sta­nie z pomocy lub zatrud­nia­nie przy­ja­ciela zawsze ogra­ni­cza wasze pole manewru. Rzadko kiedy przy­ja­ciel jest aku­rat tym, który może wam naj­bar­dziej pomóc -?koniec koń­ców umie­jęt­no­ści i doświad­cze­nie są o wiele waż­niej­sze niż przy­ja­cielskie uczu­cia. Wszak Michał III miał w swoim oto­cze­niu czło­wieka, któ­rego rady pozwo­li­łyby mu wła­ści­wie pokie­ro­wać pań­stwem i pozo­stać przy życiu -?był nim Bar­das.

We wszyst­kich sytu­acjach służ­bo­wych konieczny jest pewien dystans mię­dzy ludźmi. Bądź co bądź spo­ty­ka­cie się, żeby wyko­ny­wać swoją pracę, a nie zaprzy­jaź­niać się ze sobą, a przy­jaź­nie -?praw­dziwe lub fał­szywe -?tylko przy­sła­niają cel waszych dzia­łań. Dla­tego klu­czem do wła­dzy jest zdol­ność oceny, kto naj­le­piej potrafi zadbać o wasze inte­resy w każ­dej sytu­acji. Zada­waj­cie się z przy­ja­ciółmi dla przy­jaźni, ale pra­cuj­cie z ludźmi kom­pe­tent­nymi.

Jaki poży­tek mogą nam przy­nieść wro­go­wie

Któ­ryś z nie­przy­ja­ciół Hie­rona zło­śli­wie zauwa­żył, że cuch­nie mu z ust. Po powro­cie do domu Hie­ron zwró­cił się do żony: "Co na to powiesz? Dla­czego mi ni­gdy o tym nie mówi­łaś?". Ona zaś, kobieta pro­sta i łagodna, odrze­kła: "Sądzi­łam, że wszy­scy męż­czyźni tak pachną". Tak oto tego, co dla wszyst­kich jest widoczne, co łatwo postrzec zmy­słami, co jest nama­calne, wro­go­wie lepiej potra­fią nas nauczyć niż nasi przy­ja­ciele i bli­scy.

Plu­tarch, Jaki poży­tek mogą nam przy­nieść wro­go­wie

Z kolei wasi wro­go­wie są nie­wy­czer­pa­nymi kopal­niami złota, które musi­cie nauczyć się wyko­rzy­sty­wać. W 1807 roku Tal­ley­rand, mini­ster spraw zagra­nicz­nych za rzą­dów Napo­le­ona, doszedł do wnio­sku, że jego pan pro­wa­dzi Fran­cję ku nie­chyb­nej zgu­bie i nad­szedł czas, by zwró­cić się prze­ciwko niemu. Zda­wał sobie sprawę, jak nie­bez­pieczne jest spi­sko­wa­nie prze­ciwko cesa­rzowi, dla­tego potrze­bo­wał sojusz­nika. Jakiemu przy­ja­cie­lowi mógł zaufać, pory­wa­jąc się na takie przed­się­wzię­cie? Wybrał Jose­pha Fouchégo, szefa taj­nej poli­cji i swo­jego naj­za­cie­klej­szego wroga, który swego czasu pró­bo­wał nawet go zgła­dzić. Wie­dział, że dłu­go­let­nia nie­na­wiść może sta­no­wić pod­łoże do pojed­na­nia. Wie­dział rów­nież, że Fouché niczego nie ocze­kuje od niego, za to będzie pró­bo­wał się wyka­zać -?a ludzie, któ­rzy chcą dowieść swej war­to­ści, są zdolni góry prze­no­sić. Wie­dział w końcu, że połą­czy ich rela­cja oparta na wza­jem­nym inte­re­sie, która nie będzie ska­żona oso­bi­stymi odczu­ciami. Jego wybór oka­zał się strza­łem w dzie­siątkę. Cho­ciaż spi­skow­com nie udało się doko­nać prze­wrotu, sojusz tak wpły­wo­wych part­ne­rów budził coraz więk­sze zain­te­re­so­wa­nie sprawą i opo­zy­cja prze­ciwko Napo­le­onowi zaczęła się powoli roz­ra­stać. Od tam­tego czasu Tal­ley­rand i Fouché kon­ty­nu­owali owocną współ­pracę. Dla­tego posta­raj­cie się zako­pać topór wojenny, jeśli to tylko moż­liwe, żeby wyko­rzy­stać wroga do swo­ich celów.

Jak zauwa­żył Lin­coln, można znisz­czyć wroga, czy­niąc go swoim przy­ja­cie­lem. W 1971 roku pod­czas wojny w Wiet­na­mie zło­żona głów­nie z kato­lic­kich duchow­nych grupa pacy­fi­stycz­nych akty­wi­stów zwana Sió­demką z Har­ris­burga pla­no­wała porwa­nie ame­ry­kań­skiego doradcy ds. bez­pie­czeń­stwa Henry'ego Kis­sin­gera. Nie infor­mu­jąc orga­nów ści­ga­nia, dyplo­mata zapro­sił trzech spo­śród nie­do­szłych pory­wa­czy na pry­watne spo­tka­nie i zapew­nił, że do połowy 1972 roku więk­szość ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy opu­ści Wiet­nam. Cał­ko­wi­cie ocza­ro­wał swo­ich gości, któ­rzy poda­ro­wali mu kilka pla­kie­tek z hasłem "Porwać Kis­sin­gera", a jeden zaprzy­jaź­nił się z nim i czę­sto go odwie­dzał. Nie było to jedyne zagra­nie tego rodzaju - Kis­sin­ger sto­so­wał poli­tykę współ­pracy z tymi, któ­rzy się z nim nie zga­dzali. Jego współ­pra­cow­nicy uwa­żali, że lepiej doga­duje się z prze­ciw­ni­kami niż ze sprzy­mie­rzeń­cami.

Kiedy nie mamy wro­gów, sta­jemy się leniwi. Wróg, który dep­cze nam po pię­tach, działa na nas mobi­li­zu­jąco, dzięki czemu wciąż jeste­śmy czujni i skon­cen­tro­wani. Dla­tego cza­sami lepiej wyko­rzy­stać wro­gów jako takich, zamiast prze­cią­gać ich na swoją stronę.

W swoim podej­ściu do wła­dzy Mao Zedong uwa­żał kon­flikt za czyn­nik o klu­czo­wym zna­cze­niu. Gdy w 1937 roku Japoń­czycy doko­nali inwa­zji na Chiny, prze­rwali wojnę domową mię­dzy komu­ni­stami pod wodzą Mao a nacjo­na­li­stami z Kuomin­tangu. W obli­czu zagro­że­nia nie­któ­rzy przy­wódcy komu­ni­styczni suge­ro­wali, aby pozo­sta­wić nacjo­na­li­stom walkę z najeźdźcą i korzy­sta­jąc z oka­zji, zre­ge­ne­ro­wać siły. Mao był innego zda­nia. Uwa­żał, że Japoń­czycy nie zdo­łają opa­no­wać tak olbrzy­miego kraju jak Chiny i prę­dzej czy póź­niej się wyco­fają. Jed­nak do tego czasu komu­ni­ści zdążą skost­nieć z bez­czyn­no­ści i nie będą dosta­tecz­nie przy­go­to­wani, by ponow­nie sta­wić czoła nacjo­na­li­stom. Walka z tak potęż­nym wro­giem jak Japoń­czycy byłaby w grun­cie rze­czy dosko­nałą zaprawą dla ich pro­wi­zo­rycz­nej armii. Plan Mao zyskał apro­batę i z cza­sem oka­zał się tra­fiony. Zanim Japoń­czycy w końcu ustą­pili, siły komu­ni­styczne zdą­żyły nabrać doświad­cze­nia bojo­wego, które pomo­gło im poko­nać nacjo­na­li­stów.

Po latach pewien japoń­ski poli­tyk pod­czas wizyty w Peki­nie chciał prze­pro­sić Chiń­czy­ków za to, że padli ofiarą napa­ści ze strony jego kraju.

-?Czy nie powi­nie­nem raczej wam podzię­ko­wać? -?odparł Mao, po czym wyja­śnił, że bez god­nego prze­ciw­nika żaden naród nie uro­śnie w siłę.

Oparta na nie­ustan­nym kon­flik­cie dok­tryna chiń­skiego przy­wódcy składa się z kilku klu­czo­wych ele­men­tów. Po pierw­sze musi­cie być pewni swo­jego zwy­cię­stwa -?tak jak Mao, który wie­dział, że Japoń­czycy w końcu prze­grają. Ni­gdy nie podej­muj­cie walki, nie mając pew­no­ści, że zdo­ła­cie poko­nać prze­ciw­nika. Po dru­gie, jeśli nie macie jaw­nego wroga, powin­ni­ście wyzna­czyć sobie dogodny cel, nawet gdyby pole­gał na zamia­nie sprzy­mie­rzeńca w prze­ciw­nika. Mao wie­lo­krot­nie sto­so­wał taką stra­te­gię. Po trze­cie wyko­rzy­stuj­cie prze­ciw­ni­ków, aby przed­sta­wiać wyraź­nie swoje dąże­nia, nawet w kate­go­riach walki dobra ze złem. Mao celowo dopro­wa­dzał do nie­sna­sek ze Związ­kiem Radziec­kim i Sta­nami Zjed­no­czo­nymi, uwa­żał bowiem, że bez jasno okre­ślo­nego wroga naród mógłby zatra­cić poczu­cie, czym jest chiń­ski komu­nizm. Wyraź­nie zde­fi­nio­wany prze­ciw­nik jest o wiele moc­niej­szym argu­men­tem prze­ma­wia­ją­cym na waszą korzyść niż jakie­kol­wiek słowa.

Nie pozwól­cie, aby obec­ność wro­gów wytrą­cała was z rów­no­wagi albo przy­pra­wiała o nie­po­kój -?o wiele lepiej mieć zde­kla­ro­wa­nego prze­ciw­nika, niż nie wie­dzieć, skąd może nadejść atak. Czło­wiek spra­wu­jący wła­dzę z zado­wo­le­niem przyj­muje kon­flikt, wyko­rzy­stu­jąc wro­gów do wzmoc­nie­nia swo­jej repu­ta­cji wojow­nika, na któ­rym można pole­gać w trud­nych cza­sach.

Wizja: Szczęki nie­wdzięcz­no­ści. Nie wkła­dasz ręki w pasz­czę lwa, jeśli wiesz, co może cię spo­tkać. Wobec przy­ja­ciół nie zacho­wu­jesz się tak ostroż­nie i gdy oka­żesz im zaufa­nie, w swo­jej nie­wdzięcz­no­ści zje­dzą cię żyw­cem. Rze­czy­wi­stość: Wiedz, jak wyko­rzy­stać swo­ich wro­gów. Chwy­taj rze­czy nie za ostrze, które Ci grozi, lecz za ręko­jeść, która będzie Cię bro­nić. Mądra osoba znaj­duje wro­gów bar­dziej uży­tecz­nych niż przy­ja­ciele, któ­rych wybiera głu­piec (Bal­ta­sar Gracián, Sztuka docze­snej mądro­ści).

Wyjątki

Choć na ogół lepiej nie łączyć pracy z przy­jaź­nią, w nie­któ­rych sytu­acjach można wyko­rzy­stać przy­ja­ciela z dużo lep­szym skut­kiem niż wroga. Na przy­kład czło­wiek spra­wu­jący wła­dzę czę­sto staje w obli­czu nie­wdzięcz­nych zadań, które ze względu na wize­ru­nek zazwy­czaj powie­rza innym ludziom. Naj­le­piej nadają się do tego przy­ja­ciele, gdyż ich przy­wią­za­nie spra­wia, że są skłonni do pod­ję­cia ryzyka. Rów­nież jeśli z jakie­goś powodu wasze plany skoń­czą się porażką, może­cie wyko­rzy­stać przy­ja­ciela jako kozła ofiar­nego. Kró­lo­wie lub magnaci czę­sto sto­so­wali takie sztuczki -?pozwa­lali, aby ich przy­ja­ciel poniósł odpo­wie­dzial­ność za porażkę, gdyż nikomu nie przy­szłoby do głowy, że władca byłby gotów celowo poświę­cić swo­jego fawo­ryta. Decy­du­jąc się na takie zagra­nie, stra­ci­cie bez­pow­rot­nie czy­jąś przy­jaźń, więc do roli kozła ofiar­nego wybierz­cie kogoś, kto jest wam bli­ski, ale nie naj­bliż­szy.

I wresz­cie współ­praca z przy­ja­ciółmi grozi myl­nym postrze­ga­niem gra­nic i dystansu wyma­ga­nego w rela­cjach służ­bo­wych. Jeśli jed­nak zaan­ga­żo­wane strony zdają sobie sprawę z ryzyka wkal­ku­lo­wa­nego w ich układ, zatrud­nie­nie przy­ja­ciela może przy­nieść dosko­nałe efekty. Mimo to ni­gdy nie trać­cie czuj­no­ści i uwa­żaj­cie na wszel­kie oznaki zabu­rzeń emo­cjo­nal­nych, jak zazdrość czy nie­wdzięcz­ność. W świe­cie wła­dzy nie ma nic sta­łego i nawet naj­bar­dziej zaufany sprzy­mie­rze­niec może się zamie­nić w naj­za­cie­klej­szego wroga.

Prawo 3

Ukrywaj swoje zamiary

Nauka

Utrzy­muj swoje oto­cze­nie w nie­pew­no­ści, ni­gdy nie zdra­dza­jąc, jakie motywy kie­rują twoim postę­po­wa­niem. Jeżeli ludzie nie wie­dzą, do czego zmie­rzasz, nie będą w sta­nie przy­go­to­wać się do obrony. Wypro­wadź ich w pole i otocz zasłoną dymną, a kiedy zda­dzą sobie sprawę z two­ich praw­dzi­wych inten­cji, będzie już za późno.

Część I: Używajcie zwodniczych przynęt i fałszywych tropów, żeby zmylić ludzi

Jeżeli ludzie, któ­rych pró­bu­je­cie oszu­kać, na jakimś eta­pie nabiorą naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści co do waszych zamia­rów, wszystko stra­cone. Nie pozwól­cie, aby wyczuli, o co wam cho­dzi. Pod­rzu­caj­cie im fał­szywe tropy, aby wywieść ich w pole. Uda­waj­cie szcze­rość, wysy­łaj­cie dwu­znaczne sygnały, odwra­caj­cie ich uwagę zwod­ni­czymi przy­nę­tami. Zagu­bieni mię­dzy prawdą a misty­fi­ka­cją nie będą w sta­nie przej­rzeć waszych pla­nów.

Jak czynić nie należy

Przez kilka tygo­dni Ninon de Lenc­los, słynna pary­ska kur­ty­zana i skan­da­listka, cier­pli­wie słu­chała, jak mar­kiz de Sévigné opo­wia­dał o swo­ich zma­ga­niach z piękną, ale nie­do­stępną młodą hra­biną. Ninon miała wtedy sześć­dzie­siąt dwa lata i wie­działa wszystko o miło­ści, jej roz­mówca zaś był dwu­dzie­sto­dwu­let­nim mło­dzień­cem, śmia­łym i przy­stoj­nym, lecz strasz­li­wie nie­do­świad­czo­nym. Począt­kowo Ninon była roz­ba­wiona jego pery­pe­tiami, lecz w końcu stra­ciła cier­pli­wość. Nie zno­siła nie­udol­no­ści w żad­nej dzie­dzi­nie życia, zwłasz­cza gdy cho­dziło o uwo­dze­nie kobiet, dla­tego posta­no­wiła wziąć mar­kiza pod swoje skrzy­dła. Wyja­śniła mu, że roman­so­wa­nie jest wojną, a piękna hra­bina twier­dzą, któ­rej oblę­że­nie trzeba sta­ran­nie zapla­no­wać z naj­wyż­szą dba­ło­ścią o każdy szcze­gół.

Dora­dziła mar­ki­zowi, aby roz­po­czął swoje zaloty od pod­staw, pod­cho­dząc do hra­biny z odro­biną dystansu i non­sza­lan­cji. Pod­czas kolej­nego spo­tka­nia sam na sam powi­nien się jej zwie­rzyć z jakie­goś sekretu, jakby uwa­żał ją za przy­ja­ciółkę, ale nie poten­cjalną kochankę. Miał ją w ten spo­sób zmy­lić, aby prze­stała odbie­rać jego zain­te­re­so­wa­nie w spo­sób jed­no­znaczny i zaczęła się zasta­na­wiać, czy nie zależy mu tylko na przy­jaźni.

Ninon zapla­no­wała rów­nież kolejny krok. Kiedy hra­bina będzie zdez­o­rien­to­wana, należy wzbu­dzić jej zazdrość. Przy oka­zji kolej­nego spo­tka­nia na wiel­kiej fecie de Sévigné powi­nien się poja­wić z piękną młodą kobietą u boku. Zain­te­re­suje się także nie mniej olśnie­wa­ją­cymi przy­ja­ciół­kami swo­jej nowej towa­rzyszki, więc gdzie­kol­wiek hra­bina natknie się na niego, zoba­czy go w oto­cze­niu naj­więk­szych pięk­no­ści Paryża. Nie tylko będzie kipieć z zazdro­ści, ale rów­nież zacznie postrze­gać swo­jego ado­ra­tora jako przed­miot pożą­da­nia innych kobiet. Leci­wej kur­ty­za­nie trudno było spra­wić, aby mar­kiz zro­zu­miał jej plan, ale tłu­ma­czyła mu cier­pli­wie, że jeśli męż­czy­zna chce zwró­cić na sie­bie uwagę swo­jej wybranki, powi­nien jej poka­zać, że inne kobiety też są nim zain­te­re­so­wane. Dzięki temu nie tylko zyskuje na war­to­ści, ale także staje się łako­mym kąskiem, któ­rego zdo­by­cie jest tym bar­dziej satys­fak­cjo­nu­jące.

Gdy hra­bina była zain­try­go­wana i zazdro­sna, nad­szedł czas, aby ją uwieść. Zgod­nie z instruk­cjami swo­jej men­torki mar­kiz prze­stał poja­wiać się w miej­scach, w któ­rych hra­bina spo­dzie­wała się go zoba­czyć. Potem nagle zaczął bywać na salo­nach, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie odwie­dzał, za to jego wybranka bawiła tam regu­lar­nie. Hra­bina nie mogła prze­wi­dzieć jego ruchów. Wszyst­kie te zabiegi wpra­wiły ją w stan nie­pew­no­ści, który był warun­kiem sku­tecz­nego uwo­dze­nia.

Pod­czas gdy mar­kiz wcie­lał w życie usta­lony plan, co trwało kilka tygo­dni, Ninon poprzez siatkę swo­ich szpie­gów śle­dziła jego poczy­na­nia. Dowie­działa się, że hra­bina śmieje się teraz nieco gło­śniej z jego żar­tów, uważ­niej słu­cha jego opo­wie­ści, wypy­tuje o niego, a pod­czas spo­tkań towa­rzy­skich przy­gląda mu się czę­sto i wodzi za nim wzro­kiem. Ninon była pewna, że młoda kobieta ule­gła cza­rowi jej pod­opiecz­nego i jeżeli wszystko pój­dzie dobrze, w ciągu kilku tygo­dni nie­zdo­byta twier­dza upad­nie.

Parę dni póź­niej mar­kiz zna­lazł się na przy­ję­ciu w domu hra­biny. Gdy zostali sami, nagle stał się innym czło­wie­kiem -?zamiast postę­po­wać zgod­nie z radami swo­jej men­torki, uległ impul­sowi i ująw­szy hra­binę za ręce, wyznał jej miłość. Młoda kobieta zare­ago­wała w spo­sób, któ­rego się nie spo­dzie­wał -?zakło­po­tana prze­pro­siła go uprzej­mie i wyszła. Przez resztę wie­czoru uni­kała jego spoj­rze­nia, a kiedy wycho­dził, nie pode­szła, aby go poże­gnać. Mar­kiz kilka razy pró­bo­wał ją odwie­dzać, ale dowia­dy­wał się, że nie ma jej w domu. Gdy w końcu go przy­jęła, oby­dwoje czuli się nie­zręcz­nie w swoim towa­rzy­stwie. Czar prysł.

Wnioski

Ninon de Lenc­los nie miała sobie rów­nych w sztuce miło­ści. Jej kochan­kami byli naj­więksi pisa­rze, myśli­ciele i poli­tycy epoki -?La Roche­fo­ucauld, Molier i Riche­lieu. Trak­to­wała uwo­dze­nie jak grę, w któ­rej należy dążyć do mistrzo­stwa. Gdy z wie­kiem zyskała renomę, naj­zna­ko­mit­sze fran­cu­skie rody wysy­łały do niej swo­ich synów, aby wpro­wa­dziła ich w arkana romansu.

Ninon zda­wała sobie sprawę, że kobiety i męż­czyźni bar­dzo róż­nią się od sie­bie, ale pewne rze­czy prze­ży­wają tak samo. W głębi ducha wyczu­wają, kiedy ktoś ich uwo­dzi, ale pod­dają się, ponie­waż spra­wia im to przy­jem­ność. Z upodo­ba­niem ule­gają dru­giej oso­bie, pozwa­la­jąc się porwać na wyprawę do nie­zna­nej kra­iny. Jed­nak uwo­dze­nie opiera się cał­ko­wi­cie na suge­stii. Nie można ujaw­nić swo­ich zamia­rów ani wyra­zić ich w spo­sób jed­no­znaczny. Należy zbić z tropu osobę, którą chcemy usi­dlić. Aby pod­dała się naszym zalo­tom, powinna być zdez­o­rien­to­wana. Musimy wysy­łać sprzeczne sygnały -?oka­zy­wać zain­te­re­so­wa­nie komuś innemu, poświę­cać uwagę naszemu celowi, a następ­nie uda­wać obo­jęt­ność i tak na prze­mian. Takie zacho­wa­nia nie tylko zbi­jają z tropu, ale dzia­łają pod­nie­ca­jąco.

Przyj­rzyjmy się tej histo­rii z per­spek­tywy hra­biny. Kobieta zorien­to­wała się, że mar­kiz pro­wa­dzi jakąś grę, ale była tym zachwy­cona. Nie wie­działa, do czego zmie­rza jej ado­ra­tor, co jesz­cze bar­dziej się jej podo­bało. Była nim zain­try­go­wana i nie­cier­pli­wie cze­kała na każdy jego kolejny ruch. Nawet zazdrość i nie­pew­ność przy­pa­dły jej do gustu, bo cza­sem jakie­kol­wiek emo­cje są lep­sze od nud­nej sta­bi­li­za­cji. Być może mar­kiz kie­ro­wał się ukry­tymi moty­wami, tak jak więk­szość męż­czyzn. Mimo to ona była gotowa cze­kać, aby się o tym prze­ko­nać, i praw­do­po­dob­nie gdyby zwo­dził ją dosta­tecz­nie długo, jego inten­cje nie mia­łyby więk­szego zna­cze­nia.

Jed­nak w chwili, gdy wypo­wie­dział fatalne słowo "kocham", wszystko się zmie­niło. To już nie były fascy­nu­jące pod­chody, lecz bez­myślny poryw namięt­no­ści. Ujaw­nił swój zamiar -?chciał uwieść hra­binę. To jedno wyzna­nie rzu­ciło cał­kiem nowe świa­tło na jego dotych­cza­sowe poczy­na­nia - wszystko, co wyda­wało się uro­cze, teraz było odra­ża­jące i pod­stępne. Hra­bina poczuła się zawsty­dzona i wyko­rzy­stana. Mar­kiz bez­pow­rot­nie stra­cił u niej szanse.

Nie bądź sławny z powodu swo­ich for­teli, cho­ciaż bez nich nie możesz żyć. Naj­lep­szym for­te­lem oka­zuje się jego ukry­cie, ponie­waż for­tel uznany jest za oszu­stwo.

Bal­ta­sar Gracián, Sztuka docze­snej mądro­ści

Postępowanie godne naśladowania

W 1850 roku Otto von Bismarck, trzy­dzie­sto­pię­cio­letni poseł Land­tagu - par­la­mentu Kró­le­stwa Prus -?zna­lazł się w punk­cie zwrot­nym swo­jej kariery. Palącą kwe­stią było wów­czas zjed­no­cze­nie Nie­miec podzie­lo­nych na wiele mniej­szych państw, do któ­rych zali­czały się także Prusy. Pro­blem sta­no­wiła rów­nież rywa­li­za­cja z Austrią, która dbała, aby nie­miec­kie pań­stewka pozo­sta­wały słabe i skłó­cone, a nawet gro­ziła inter­wen­cją zbrojną, gdyby pró­bo­wały się zjed­no­czyć. Pru­ski następca tronu książę Wil­helm był zwo­len­ni­kiem wojny z Austrią i miał popar­cie par­la­mentu. Prze­ciwne sta­no­wi­sko zaj­mo­wali panu­jący wtedy król Fry­de­ryk Wil­helm IV oraz jego mini­stro­wie, któ­rzy woleli raczej udo­bru­chać groź­nego sąsiada.

W trak­cie swo­jej kariery poli­tycz­nej Bismarck dał się poznać jako lojalny pod­dany oraz zago­rzały orę­dow­nik hege­mo­nii i potęgi Prus. Marzył o zjed­no­cze­niu Nie­miec i pra­gnął roz­pra­wić się z Austrią, która od dawna uda­rem­niała to marze­nie. Jako były żoł­nierz uwa­żał wojnę za chwa­lebne roz­wią­za­nie. Bądź co bądź to on powie­dział kil­ka­na­ście lat póź­niej: "Pro­ble­mów współ­cze­sno­ści nie roz­strzyga się prze­mó­wie­niami i uchwa­łami, tylko żela­zem i krwią".

Jed­nak pomimo żar­li­wego patrio­ty­zmu i zami­ło­wa­nia do zbroj­nych kon­fron­ta­cji w szczy­to­wym momen­cie wojen­nej gorączki wygło­sił w par­la­men­cie prze­mó­wie­nie, któ­rym wszyst­kich zasko­czył: "Biada mężowi stanu wsz­czy­na­ją­cemu wojnę z powodu, który nie będzie na­dal ważny, kiedy opad­nie bitewny kurz. Po woj­nie wszy­scy ujrzy­cie ina­czej pewne sprawy. Czy wtedy będzie­cie mieli odwagę spoj­rzeć w oczy rol­ni­kowi, który patrzy na zglisz­cza swo­jego gospo­dar­stwa; męż­czyź­nie, który został trwale oka­le­czony; ojcu, który stra­cił swoje dzieci?". Bismarck nie tylko zwró­cił uwagę na sza­leń­stwo wojny, ale też uspra­wie­dli­wiał poczy­na­nia Austrii, czym wzbu­dził naj­więk­sze zdu­mie­nie swo­ich słu­cha­czy. Na kon­se­kwen­cje nie trzeba było długo cze­kać. Bismarck oka­zał się prze­ciwny woj­nie -?cóż to mogło ozna­czać? Wpra­wił w dez­orien­ta­cję innych depu­to­wa­nych, a kilku z nich zmie­niło sta­no­wi­sko, kiedy doszło do gło­so­wa­nia. Fry­de­ryk Wil­helm i jego stron­nicy dopięli swego -?udało się unik­nąć wojny. Wdzięczny król mia­no­wał elo­kwent­nego posła mini­strem. Kil­ka­na­ście lat póź­niej Bismarck został pre­mie­rem i na tym sta­no­wi­sku popro­wa­dził swój kraj oraz miłu­ją­cego pokój króla do wojny z Austrią, by roz­gro­mić dawne impe­rium i usta­no­wić silne pań­stwo nie­miec­kie z Pru­sami na czele.

Wnioski

Przy­go­to­wu­jąc swoje wystą­pie­nie w 1850 roku, Bismarck doko­nał grun­tow­nej kal­ku­la­cji. Po pierw­sze zda­wał sobie sprawę, że armia pru­ska nie dotrzy­muje kroku siłom zbroj­nym innych kra­jów euro­pej­skich i nie jest gotowa do wojny -?w kon­fron­ta­cji z Austrią ponio­słaby klę­skę, co mia­łoby kata­stro­falne skutki. Po dru­gie gdyby Bismarck zachę­cał do wojny, któ­rej Prusy nie miały szans wygrać, jego kariera poli­tyczna byłaby poważ­nie zagro­żona. Król i jego kon­ser­wa­tywni mini­stro­wie chcieli pokoju; Bismarck chciał wła­dzy. Dla­tego posta­no­wił dla zmyłki wes­przeć prze­ciwną orien­ta­cję, mówiąc rze­czy, które sam by wyśmiał, gdyby padły z ust kogoś innego. Cały naród dał się nabrać, a Bismarck dzięki swo­jemu prze­mó­wie­niu otrzy­mał sta­no­wi­sko mini­stra. Póź­niej awan­so­wał na urząd pre­miera, zysku­jąc wła­dzę nie­zbędną do wzmoc­nie­nia armii i osią­gnię­cia celu, do któ­rego dążył cały czas -?poko­na­nia Austrii i zjed­no­cze­nia Nie­miec pod prze­wod­nic­twem Prus.

Bismarck był nie­wąt­pli­wie jed­nym z naj­więk­szych poli­ty­ków wszech cza­sów, mistrzem stra­te­gii i pod­stępu. Nie dopu­ścił, aby kto­kol­wiek przej­rzał jego zamiary. Gdyby wyja­wił swoje praw­dziwe sta­no­wi­sko i pró­bo­wał dowo­dzić, że roz­sąd­niej jest odło­żyć walkę na potem, nie prze­ko­nałby nikogo, ponie­waż więk­szość Pru­sa­ków chciała wojny natych­miast, żywiąc błędne prze­ko­na­nie o wyż­szo­ści swo­jej armii. Gdyby kokie­to­wał króla, pro­sząc o sta­no­wi­sko mini­stra w zamian za popar­cie pokoju, też nie­wiele by wskó­rał -?Fry­de­ryk Wil­helm nie wie­rzył w jego ambi­cje i wąt­pił w jego szcze­rość.

Posu­wa­jąc się do misty­fi­ka­cji i wysy­ła­jąc mylne sygnały, wywiódł wszyst­kich w pole i osią­gnął to, czego chciał. Taka moc tkwi w ukry­wa­niu inten­cji.

Tajniki władzy

Więk­szość ludzi jest jak otwarte księgi. Opo­wia­dają o swo­ich uczu­ciach, wyra­żają swoje opi­nie przy każ­dej oka­zji i wciąż ujaw­niają swoje zamiary. Czy­nią tak z kilku powo­dów. Po pierw­sze mówie­nie o wła­snych odczu­ciach i pla­nach na przy­szłość przy­cho­dzi nam z łatwo­ścią i jest rze­czą natu­ralną. Potrzeba tro­chę wysiłku, żeby powścią­gnąć gadul­stwo i kon­tro­lo­wać to, o czym się mówi. Po dru­gie wiele osób uważa, że szcze­rość i otwar­tość świad­czą o szla­chet­nym cha­rak­te­rze i poma­gają zjed­nać serca innych. Nic bar­dziej myl­nego. Szcze­rość jest jak tępe narzę­dzie, które nie nadaje się do wyko­ny­wa­nia pre­cy­zyj­nych cięć, a raczej do zada­wa­nia bólu. Może być obraź­liwa dla innych -?o wiele roz­sąd­niej jest ważyć słowa i mówić ludziom, co chcą usły­szeć, a nie przy­krą prawdę o waszych prze­my­śle­niach i odczu­ciach. Co waż­niej­sze, jeśli będzie­cie otwarci, sta­nie­cie się tak prze­wi­dy­walni i dosłowni, że nikt nie będzie was sza­no­wał ani się bał, a wła­dza nie jest domeną ludzi, któ­rzy nie potra­fią wzbu­dzać takich emo­cji.

Jeżeli pra­gnie­cie wła­dzy, zapo­mnij­cie o uczci­wo­ści i uczcie się ukry­wa­nia swo­ich inten­cji. Opa­nuj­cie tę sztukę, a zawsze będzie­cie mieli prze­wagę. Pod­stawą tej umie­jęt­no­ści jest pro­sta prawda o ludz­kiej natu­rze -?w pierw­szym odru­chu czło­wiek zawsze ufa pozo­rom. Nie możemy wąt­pić w auten­tycz­ność tego, co widzimy i sły­szymy -?gdy­by­śmy cią­gle uświa­da­miali sobie, że pod pozo­rami kryje się coś innego, byłoby to dla nas zbyt męczące i prze­ra­ża­jące. Fakt ten spra­wia, że odwra­ca­nie uwagi od praw­dzi­wych zamia­rów jest sto­sun­kowo łatwe. Wystar­czy poka­zać ludziom jakiś obiekt pra­gnień albo cel, który rze­komo chce­cie osią­gnąć, a wezmą to za rze­czy­wi­stość. Jeśli sku­pią wzrok na pozo­rach, nie zauważą, do czego naprawdę dąży­cie. Pró­bu­jąc kogoś uwieść, wysy­łaj­cie sprzeczne sygnały wska­zu­jące na zain­te­re­so­wa­nie i obo­jęt­ność, a nie tylko wywo­ła­cie dez­orien­ta­cję, ale rów­nież wzbu­dzi­cie pożą­da­nie.

Sku­teczną tak­tyką odwra­ca­nia uwagi jest pozorne wspie­ra­nie idei lub sprawy, która w rze­czy­wi­sto­ści jest sprzeczna z naszymi prze­ko­na­niami. (Bismarck z powo­dze­niem zasto­so­wał ten zabieg w swoim prze­mó­wie­niu w 1850 roku). Więk­szość ludzi uwie­rzy, że nagle doświad­czy­li­ście rady­kal­nej prze­miany, ponie­waż rzadko się zda­rza, aby ktoś stroił sobie żarty z rze­czy tak poważ­nych jak świa­to­po­gląd czy sys­tem war­to­ści. To samo doty­czy wszyst­kich fał­szy­wych celów -?spra­wiaj­cie wra­że­nie, że dąży­cie do cze­goś, czym w rze­czy­wi­sto­ści nie jeste­ście wcale zain­te­re­so­wani, a zbi­je­cie z tropu swo­ich prze­ciw­ni­ków, dopro­wa­dza­jąc ich do błęd­nych kal­ku­la­cji.

W 1711 roku pod­czas hisz­pań­skiej wojny suk­ce­syj­nej John Chur­chill, książę Marl­bo­ro­ugh i wódz naczelny wojsk bry­tyj­skich, zamie­rzał znisz­czyć twier­dzę Douai, która bro­niła dostępu do Fran­cji. Wie­dział jed­nak, że jeśli to zrobi, Fran­cuzi przej­rzą jego plany -?domy­ślą się, że zamie­rza wkro­czyć na ich teren. Dla­tego zdo­był jedy­nie twier­dzę i obsa­dził ją swoją załogą, spra­wia­jąc wra­że­nie, jakby była mu potrzebna do jakie­goś waż­nego celu. Następ­nie pozwo­lił, aby twier­dza tra­fiła z powro­tem w ręce Fran­cu­zów, któ­rzy odbili ją i znisz­czyli, wycho­dząc z zało­że­nia, że książę Marl­bo­ro­ugh wiąże z nią swoje plany stra­te­giczne. Gdy twier­dza znik­nęła, droga została pozba­wiona obrony i woj­ska koali­cji mogły bez prze­szkód wkro­czyć do Fran­cji.

Rów­nież może­cie zasto­so­wać podobną tak­tykę. Jeżeli chce­cie ukryć swoje zamiary, nie zamy­kaj­cie się w sobie -?skry­tość budzi podej­rze­nia -?ale opo­wia­daj­cie nie­ustan­nie o swo­ich pra­gnie­niach i celach, tylko nie tych praw­dzi­wych. W ten spo­sób osią­gnie­cie trzy rze­czy za jed­nym zama­chem: zro­bi­cie wra­że­nie przy­ja­znych, otwar­tych i ufnych; zata­icie swoje inten­cje; nara­zi­cie prze­ciw­nika na cza­so­chłonne poszu­ki­wa­nie wia­tru w polu.

Kolejną sku­teczną tak­tyką pozwa­la­jącą na zbi­cie prze­ciw­nika z tropu jest fał­szywa szcze­rość. Ludzie łatwo mylą szcze­rość z uczci­wo­ścią. Pamię­taj­cie -?w pierw­szym odru­chu zawie­rzają pozo­rom, a ponie­waż cenią uczci­wość i chcą wie­rzyć, że wszy­scy dookoła są uczciwi, mało który okaże się nie­ufny i przej­rzy wasz pod­stęp. Gdy zda­je­cie się wie­rzyć w to, co mówi­cie, wasze słowa nabie­rają mocy. W taki wła­śnie spo­sób Jagon oszu­kał i znisz­czył Otella -?ale któż by nie dał wiary jego głę­bo­kiemu zatro­ska­niu i szcze­rym oba­wom o wier­ność Des­de­mony? Z tej metody korzy­stał rów­nież Yel­low Kid Weil, gdy mydlił oczy swoim ofia­rom - zda­wał się wie­rzyć tak niezbi­cie w auten­tycz­ność przy­nęt, które im rzu­cał (fał­szywe akcje albo prze­re­kla­mo­wa­nego konia wyści­go­wego), że nie spo­sób było mu się oprzeć. Oczy­wi­ście nie należy posu­wać się zbyt daleko, gdyż uda­wana szcze­rość jest narzę­dziem wyma­ga­ją­cym pre­cy­zji. Jeśli będzie­cie oka­zy­wać prze­sadny entu­zjazm, może­cie budzić podej­rze­nia. Bądź­cie wywa­żeni i wia­ry­godni, w prze­ciw­nym razie wasz pod­stęp wyj­dzie na jaw.

Aby sku­tecz­nie masko­wać swoje praw­dziwe inten­cje za pomocą tej tak­tyki, obno­ście się z wiarą w pra­wość i uczci­wość, trak­tu­jąc je jako fun­da­men­talne war­to­ści. Rób­cie to w miarę moż­li­wo­ści jak naj­bar­dziej publicz­nie. Pod­kre­ślaj­cie swoje sta­no­wi­sko w tej kwe­stii, od czasu do czasu dzie­ląc się z roz­mów­cami jakimś szcze­rym prze­my­śle­niem -?lecz tylko takim, rzecz jasna, które w rze­czy­wi­sto­ści nie ma dla was zna­cze­nia. Tal­ley­rand, mini­ster Napo­le­ona, po mistrzow­sku potra­fił zjed­ny­wać sobie ludzi, ujaw­nia­jąc pozorne tajem­nice. Za pomocą takiej przy­nęty -?fał­szy­wego zaufa­nia -?wzbu­dzał w nich auten­tyczne zaufa­nie.

Pamię­taj­cie: naj­bar­dziej wytrawni oszu­ści robią wszystko, aby ukryć swoje nie­cne zamiary. Roz­ta­czają wokół sie­bie aurę uczci­wo­ści, aby odwró­cić uwagę od nieuczci­wo­ści. Uczci­wość jest tylko jed­nym ze zwod­ni­czych narzę­dzi w ich arse­nale.

Część II: Ukrywajcie swoje poczynania, stawiając zasłonę dymną

Oszu­stwo jest zawsze naj­lep­szą stra­te­gią, ale te naj­bar­dziej wyra­fi­no­wane wyma­gają zasłony dym­nej, która ma za zada­nie uśpić czuj­ność ofiar. Nijaka powierz­chow­ność -?nie­od­gad­niona mina poke­rzy­sty -?czę­sto bywa ide­alną zasłoną dymną, która pozwala ukryć praw­dziwe zamiary pod pozo­rami swoj­sko­ści i zwy­czaj­no­ści. Zwa­biona w pułapkę ofiara nie będzie niczego podej­rze­wać, jeżeli popro­wa­dzi­cie ją dobrze znaną ścieżką.

Postępowanie godne naśladowania

W 1910 roku Sam Geezil z Chi­cago sprze­dał swoją firmę za bli­sko milion dola­rów. Prze­szedł na eme­ry­turę i zajął się zarzą­dza­niem swo­imi nie­ru­cho­mo­ściami, ale w głębi duszy tęsk­nił za daw­nymi cza­sami, kiedy zaj­mo­wał się robie­niem inte­re­sów. Pew­nego dnia odwie­dził go pewien młody męż­czy­zna, nie­jaki Joseph Weil, zain­te­re­so­wany kup­nem jed­nego z jego miesz­kań wysta­wio­nych na sprze­daż. Geezil przed­sta­wił mu warunki: cena wyno­siła osiem tysięcy dola­rów, a zaliczka dwa tysiące. Weil posta­no­wił prze­my­śleć sprawę, ale wró­cił naza­jutrz i powie­dział, że jest gotów zapła­cić od razu całe osiem tysięcy gotówką, jeżeli Geezil zgo­dzi się pocze­kać -?wyja­śnił, że potrze­buje kilku dni na sfi­na­li­zo­wa­nie pew­nej trans­ak­cji. Nawet jako eme­ryt stary biz­nes­men był cie­kaw, skąd jego poten­cjalny kon­tra­hent weź­mie tyle pie­nię­dzy -?rów­no­war­tość obec­nych stu pięć­dzie­się­ciu tysięcy dola­rów -?w tak krót­kim cza­sie. Młody męż­czy­zna nie kwa­pił się do odpo­wie­dzi i szybko zmie­nił temat, ale Geezil był nie­ustę­pliwy. W końcu Weil wymógł na nim obiet­nicę dys­kre­cji i opowie­dział mu swoją histo­rię.

Wuj Weila był sekre­ta­rzem grupy zamoż­nych finan­si­stów. Przed dzie­się­ciu laty jego pra­co­dawcy kupili tanio domek myśliw­ski w Michi­gan. Nie korzy­stali z niego od dłuż­szego czasu, więc popro­sili swo­jego sekre­ta­rza, aby sprze­dał go po jak naj­ko­rzyst­niej­szej cenie. Wuj od wielu lat żywił do nich urazę -?miał ku temu swoje powody -?i teraz nada­rzyła mu się oka­zja, aby się ode­grać. Zamie­rzał sprze­dać nie­ru­cho­mość za trzy­dzie­ści pięć tysięcy pod­sta­wio­nemu kup­cowi, któ­rego miał za zada­nie zna­leźć Weil. Finan­si­ści byli zbyt bogaci, by zwró­cić uwagę na tak niską cenę. Następ­nie nowy wła­ści­ciel domku myśliw­skiego miał go sprze­dać po nor­mal­nej cenie ryn­ko­wej -?około stu pięćdzie­się­ciu tysięcy -?i podzie­lić się zyskiem z Weilem oraz jego wujem. Cała trans­ak­cja była legalna i przy­świe­cał jej szla­chetny cel -?spra­wie­dliwa zemsta wuja.

Geezil usły­szał już wystar­cza­jąco dużo i chciał wystą­pić w roli pod­sta­wio­nego kupca. Uparł się i nie dawał za wygraną, mimo że Weil nie chciał go anga­żo­wać. Wizja dużego zysku połą­czo­nego z przy­godą spra­wiły, że nie mógł się oprzeć poku­sie. Musiał wyło­żyć trzy­dzie­ści pięć tysięcy w gotówce, żeby trans­ak­cja doszła do skutku, ale jako milio­ner mógł bez więk­szego trudu dostar­czyć taką sumę. Weil w końcu ustą­pił i zgo­dził się zaaran­żo­wać spo­tka­nie z wujem oraz finan­si­stami w mia­steczku Gales­burg w Illi­nois.

Król Izra­ela Jehu pod­stę­pem roz­pra­wia się z czci­cie­lami Baala.

Jehu zgro­ma­dził cały lud i powie­dział do niego: "Achab za mało czcił Baala, Jehu będzie czcił go bar­dziej. Teraz więc zwo­łaj­cie do mnie wszyst­kich pro­ro­ków Baala, wszyst­kie jego sługi i wszyst­kich jego kapła­nów. Niech nikogo nie zabrak­nie, ponie­waż mam zło­żyć wielką ofiarę krwawą Baalowi. Kogo­kol­wiek by zabra­kło, nie pozo­sta­nie przy życiu". Jehu dzia­łał w spo­sób pod­stępny, aby wytra­cić wyznaw­ców Baala. Jehu dalej roz­ka­zał: "Urządź­cie święte zgro­ma­dze­nie dla Baala!"; i zwo­łali je. Jehu roze­słał posłań­ców po całym Izra­elu, i przy­szli wszy­scy wyznawcy Baala. Nie pozo­stał nikt, kto by nie przy­szedł. Weszli więc do świą­tyni Baala, która wypeł­niła się od krańca do krańca. Wtedy rzekł do straż­nika szatni: "Wyłóż szaty dla wszyst­kich czci­cieli Baala!"; i wyło­żył dla nich szaty. Wtedy Jehu wraz z Jona­da­bem, synem Rekaba, wszedł do świą­tyni Baala i powie­dział do czci­cieli Baala: "Prze­szu­kaj­cie i zobacz­cie, czy nie ma tutaj z wami kogoś z czci­cieli Jahwe, a są tylko czci­ciele Baala". Następ­nie wyszedł, aby zło­żyć ofiary krwawe i cało­palne. Jehu posta­wił na zewnątrz osiem­dzie­się­ciu swo­ich ludzi i powie­dział: "Kto­kol­wiek by pozwo­lił ujść komuś z ludzi, któ­rych ja wydaję w ręce wasze, płaci życiem swoim za życie zbiega". Kiedy Jehu skoń­czył skła­dać ofiarę cało­palną, roz­ka­zał straży przy­bocz­nej i tar­czow­ni­kom: "Idź­cie, uderz­cie na nich! Niech nikt nie ujdzie!". Więc straż przy­boczna i tar­czow­nicy wycięli ich ostrzem mie­cza, poło­żyli ich tru­pem i dotarli aż do sank­tu­arium świą­tyni Baala. Wynie­śli stele świą­tyni Baala i spa­lili je. Następ­nie wyrzu­cili aszerę świą­tyni Baala i spa­lili ją. Potłu­kli też stele Baala. Wresz­cie zbu­rzyli świą­tynię Baala i zamie­nili ją na klo­aki -?aż do dnia dzi­siej­szego. Tak Jehu wyru­go­wał Baala z Izra­ela.

Stary Testa­ment, 2 Księga Kró­lew­ska 10,18-28

Udali się tam pocią­giem i pod­czas podróży Geezil poznał wuja, cha­ry­zma­tycz­nego męż­czy­znę, z któ­rym wdał się w oży­wioną dys­ku­sję o inte­re­sach. Weilowi towa­rzy­szył rów­nież nie­jaki Geo­rge Gross. Młody męż­czy­zna, jak się oka­zało, był tre­ne­rem bok­ser­skim i zabrał ze sobą Grossa, swo­jego pod­opiecz­nego i obie­cu­ją­cego zawod­nika, ponie­waż chciał go mieć na oku i czu­wać nad jego formą. Jak na obie­cu­ją­cego bok­sera Gross nie pre­zen­to­wał się zbyt impo­nu­jąco -?miał siwe włosy i wydatny brzuch -?jed­nak Geezil był tak prze­jęty cze­ka­jącą go trans­ak­cją, że nie przy­wią­zy­wał wagi do takich szcze­gó­łów.

Po przy­by­ciu do Gales­burga Weil i jego wuj udali się na spo­tka­nie z finan­si­stami, pod­czas gdy Geezil i Gross mieli cze­kać na nich w hote­lo­wym pokoju. Bok­ser zało­żył strój tre­nin­gowy i zaczął ćwi­czyć walkę z cie­niem. Cho­ciaż jego tech­nika wyda­wała się dosyć poprawna, obser­wu­jący go kątem oka biz­nes­men był zbyt roz­ko­ja­rzony, by zwró­cić uwagę, że tęgi męż­czy­zna ciężko dyszy po kilku minu­tach tre­ningu. Po godzi­nie Weil i jego wuj przy­pro­wa­dzili kon­tra­hen­tów -?grupę onie­śmie­la­jąco dys­tyn­go­wa­nych dżen­tel­me­nów w ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach. Nego­cja­cje prze­bie­gły pomyśl­nie i finan­si­ści zgo­dzili się sprze­dać domek myśliw­ski Geezi­lowi, który wcze­śniej prze­lał już usta­loną sumę do lokal­nego banku.

Dopro­wa­dziw­szy do końca tę drobną trans­ak­cję, milio­ne­rzy roz­sie­dli się w fote­lach i zaczęli dys­ku­to­wać o inte­re­sach, wspo­mi­na­jąc o J.P. Mor­ga­nie, jakby znali go oso­bi­ście. W końcu jeden z nich zauwa­żył sto­ją­cego w kącie Grossa. Weil wyja­śnił, kim jest jego towa­rzysz, a wtedy finan­si­sta oznaj­mił, że rów­nież ma bok­sera w swo­jej świ­cie, i wymie­nił jego nazwi­sko. Młody męż­czy­zna roze­śmiał się kpiąco i oświad­czył, że jego pod­opieczny może z łatwo­ścią poko­nać wspo­mnia­nego zawod­nika. Roz­mowa prze­ro­dziła się w kłót­nię. Wzbu­rzony Weil zapro­po­no­wał zakład, na który finan­si­ści chęt­nie przy­stali i uzgod­nili ter­min walki na następny dzień.

Gdy goście wyszli, wuj zaczął robić Weilowi wyrzuty w obec­no­ści Geezila. Nie mieli dosyć pie­nię­dzy, aby posta­wić na swo­jego kon­ku­renta, i oba­wiał się, że gdy jego pra­co­dawcy to odkryją, straci posadę. Weil miał jed­nak w zana­drzu chy­try plan. Cał­kiem dobrze znał dru­giego bok­sera i wie­dział, że można go prze­ku­pić, aby usta­wić walkę. Tylko skąd wziąć pie­nią­dze na zakład? -?wciąż dopy­ty­wał wuj. Bez nich mogą zapo­mnieć o trans­ak­cji. Wtedy do roz­mowy włą­czył się Geezil. Nie chciał zaprze­pa­ścić swo­jej szansy na zysk, dla­tego posta­no­wił doło­żyć swoje pie­nią­dze do stawki. Doszedł do wnio­sku, że nawet jeśli prze­gra, zate­le­gra­fuje do swo­jego banku, aby zle­cić prze­sła­nie kolej­nych trzy­dzie­stu pię­ciu tysięcy dola­rów, a potem i tak odkuje się na sprze­daży domku myśliw­skiego. Weil i jego wuj nie posia­dali się z wdzięcz­no­ści. Dzięki pomocy wspa­nia­ło­myśl­nego biz­nes­mena mogli przy­stą­pić do zakładu. Gdy wie­czo­rem Geezil przy­glą­dał się, jak dwaj bok­se­rzy tre­nują w pokoju hote­lo­wym, jego myśli krą­żyły wokół świet­nego inte­resu, jaki zamie­rzał ubić na swo­ich inwe­sty­cjach.

Walka odbyła się następ­nego dnia w miej­sco­wej sali gim­na­stycz­nej. Weil dostar­czył gotówkę, którą dla bez­pie­czeń­stwa zde­po­no­wano w sej­fie. Wszystko poto­czyło się zgod­nie z pla­nem uzgod­nio­nym w hotelu. Finan­si­ści mieli posępne miny, ponie­waż ich zawod­nik prze­gry­wał, a Geezil już marzył o łatwych pie­nią­dzach, które miał zain­ka­so­wać. Nagle Gross ugo­dzony potęż­nym cio­sem zwa­lił się na pod­łogę. Gdy ude­rzył głową o deski, z ust buch­nęła mu krew. Wydał z sie­bie stłu­miony char­kot i znie­ru­cho­miał. Jeden z finan­si­stów, były lekarz, pod­biegł do niego i zba­dał mu puls. Bok­ser był mar­twy. Milio­ne­rzy wpa­dli w panikę i rzu­cili się do wyj­ścia. Chcieli się ulot­nić, zanim na miej­sce przy­bę­dzie poli­cja -?żaden nie chciał być zamie­szany w zabój­stwo.

Prze­ra­żony Geezil rów­nież czym prę­dzej opu­ścił salę, udał się na dwo­rzec i wró­cił do Chi­cago. Zosta­wił w Gales­burgu trzy­dzie­ści pięć tysięcy dola­rów, o któ­rych zapo­mniał bez żalu, gdyż wyda­wały się sto­sun­kowo nie­wielką ceną za unik­nię­cie kon­se­kwen­cji praw­nych. Nie chciał mieć już wię­cej nic wspól­nego z Weilem ani pozo­sta­łymi męż­czy­znami.

Po jego wyj­ściu Gross nagle ożył. Wstał z pod­łogi i wypluł resztki pęche­rza wypeł­nio­nego krwią kur­czaka, który miał ukryty w ustach. Całą scenę wyre­ży­se­ro­wał Joseph Weil, znany jako Yel­low Kid, jeden z naj­bar­dziej kre­atyw­nych oszu­stów wszech cza­sów. Weil podzie­lił pie­nią­dze Geezila mię­dzy swo­ich wspól­ni­ków -?fał­szy­wych finan­si­stów i bok­se­rów - dla któ­rych był to cał­kiem nie­zły zaro­bek jak na parę dni pracy.

Poru­sza­nie się wśród ciem­no­ści i cieni, prze­by­wa­nie w odizo­lo­wa­nych miej­scach czy wyszu­ki­wa­nie osłony jedy­nie przy­cią­gnie pełną podejrz­li­wo­ści uwagę. Aby skło­nić prze­ciw­nika do opusz­cze­nia gardy, należy dzia­łać otwar­cie, ukry­wa­jąc praw­dziwe inten­cje pod płasz­czy­kiem zwy­czaj­nych, codzien­nych dzia­łań.

Ste­fan Ver­stap­pen, Trzy­dzie­ści sześć stra­te­gii sta­ro­żyt­nych Chin

Wnioski

Yel­low Kid upa­trzył sobie Geezila jako ide­alną ofiarę na długo przed tym, jak ukar­to­wał swój prze­kręt. Prze­wi­dział, jakiego rodzaju oszu­stwo będzie naj­lep­szym spo­so­bem na osku­ba­nie eme­ry­to­wa­nego biz­nes­mena z pie­nię­dzy. Wie­dział rów­nież, że gdyby pró­bo­wał go zain­te­re­so­wać poje­dyn­kiem bok­ser­skim, poniósłby klę­skę. Musiał ukryć swoje inten­cje i odwró­cić uwagę ofiary za pomocą zasłony dym­nej -?w tym przy­padku kupna domku myśliw­skiego.

Pod­czas podróży pocią­giem i w hotelu Geezil myślał wyłącz­nie o cze­ka­ją­cej go trans­ak­cji, łatwych pie­nią­dzach i oka­zji do zawar­cia zna­jo­mo­ści z boga­tymi finan­si­stami. Nie zauwa­żył, że Gross był tro­chę za stary jak na obie­cu­ją­cego zawod­nika, a jego forma fizyczna pozo­sta­wiała wiele do życze­nia. Taka jest moc zasłony dym­nej. Pochło­nięty roz­my­śla­niem o inte­re­sach Geezil zain­te­re­so­wał się wpraw­dzie walką bok­ser­ską, ale nie zwró­cił już uwagi na szcze­góły, które mogłyby wzbu­dzić jego podej­rze­nia. Zresztą wynik poje­dynku i tak zale­żał od prze­kup­stwa, a nie kon­dy­cji zawod­ni­ków. W kul­mi­na­cyj­nym momen­cie był tak prze­jęty fik­cyjną śmier­cią bok­sera, że zapo­mniał o pie­nią­dzach.

Uczcie się od Jose­pha Weila -?nie­po­zorna swoj­ska fasada jest ide­alną zasłoną dymną. Zapro­po­nuj swo­jej ofie­rze coś, co wydaje się cał­kiem zwy­czajne -?na przy­kład wspólny inte­res -?a gdy odwró­cisz jej uwagę i uśpisz czuj­ność, pój­dzie za tobą i pozwoli ci się zapro­wa­dzić pro­sto w zasta­wioną pułapkę.

Postępowanie godne naśladowania

W poło­wie lat dwu­dzie­stych ubie­głego wieku potężni etiop­scy wataż­ko­wie zaczęli zda­wać sobie sprawę, że młody regent ras Tafari Makon­nen - póź­niej­szy cesarz Hajle Sel­la­sje -?prze­ra­sta ich wszyst­kich i wkrótce nadej­dzie czas, gdy ogłosi się ich władcą, aby zjed­no­czyć kraj po raz pierw­szy od dzie­się­cio­leci. Wielu nie mogło pojąć, jak ten deli­katny i spo­kojny męż­czy­zna o łagod­nym uspo­so­bie­niu zdo­łał osią­gnąć tak wysoką pozy­cję. Mimo to w 1927 roku Tafari wezwał wszyst­kich moż­no­wład­ców, jed­nego po dru­gim, do Addis Abeby, aby zło­żyli mu przy­sięgę wier­no­ści i uznali jego zwierzch­ność. Nie­któ­rzy przy­byli nie­zwłocz­nie, inni się wahali i tylko jeden, deja­zmach Bal­cha Safo z Sidamo, ośmie­lił się prze­ciw­sta­wić. Poryw­czy Bal­cha był wiel­kim wojow­ni­kiem i uwa­żał nowego przy­wódcę za nie­god­nego wła­dzy sła­be­usza. Osten­ta­cyj­nie trzy­mał się z dala od sto­licy. W końcu Tafari w uprzejmy, lecz sta­now­czy spo­sób pono­wił wezwa­nie. Watażka posta­no­wił speł­nić żąda­nie, ale w taki spo­sób, aby obró­cić całą sytu­ację na nie­ko­rzyść pre­ten­denta do etiop­skiego tronu. Przy­był do Addis Abeby w nie­spiesz­nym tem­pie i na czele dzie­się­cio­ty­sięcz­nej armii -?siły na tyle potęż­nej, by mógł czuć się nie­ty­kalny, a nawet doko­nać zama­chu stanu. Zatrzy­mał się w doli­nie kilka kilo­me­trów od mia­sta i cze­kał niczym udzielny władca, aż Tafari wyj­dzie mu naprze­ciw.

Przy­szły cesarz wypra­wił do niego posłań­ców i zapro­sił go na wie­czorny ban­kiet, który wydał na jego cześć. Bal­cha nie był głup­cem i wie­dział, że w prze­szło­ści wielu etiop­skich wład­ców orga­ni­zo­wało uczty, aby zwa­bić swo­ich prze­ciw­ni­ków w pułapkę. Oba­wiał się, że jeśli nie zachowa ostroż­no­ści, regent każe go aresz­to­wać albo nawet zamor­do­wać. Aby dać wyraz swo­jej nie­uf­no­ści, zgo­dził się przyjść na ban­kiet, ale pod warun­kiem, że będzie mógł przy­pro­wa­dzić swoją gwar­dię przy­boczną - sze­ściu­set naj­lep­szych żoł­nie­rzy uzbro­jo­nych po zęby i goto­wych oddać życie w jego obro­nie. Ku jego zdu­mie­niu Tafari odpowie­dział z roz­bra­ja­jącą uprzej­mo­ścią, że będzie zaszczy­cony, mogąc gościć tak zna­ko­mi­tych wojow­ni­ków.

W dro­dze do pałacu Bal­cha prze­strzegł swo­ich żoł­nie­rzy, aby się nie upi­jali i zacho­wali czuj­ność. Gdy dotarł na miej­sce, książę powi­tał go wylew­nie i płasz­czył się przed nim, jakby despe­racko zabie­gał o jego apro­batę i wspar­cie. Jed­nak watażka nie dał się ocza­ro­wać i oznaj­mił, że jeśli nie wróci do obozu przed zapad­nię­ciem zmroku, jego armia zaata­kuje sto­licę. Gospo­darz zare­ago­wał, jakby poczuł się dotknięty jego bra­kiem zaufa­nia. Gdy pod­czas uczty przy­szedł czas na tra­dy­cyjne pie­śni na cześć etiop­skich przy­wód­ców, odśpie­wano tylko te, które wychwa­lały moż­nego pana Sidamo. Bal­cha odno­sił wra­że­nie, że Tafari jest onie­śmie­lony jego obec­no­ścią -?czuje respekt przed wiel­kim wojow­ni­kiem, któ­rego nie potrafi prze­chy­trzyć. Widząc tę zmianę nasta­wie­nia, watażka nabrał prze­ko­na­nia, że to on będzie dyk­to­wał warunki w naj­bliż­szych dniach.

Gdy przy­ję­cie dobie­gło końca, Bal­cha wraz ze swoim orsza­kiem wyru­szył z powro­tem w stronę obozu przy wtó­rze wiwa­tów i salw hono­ro­wych. Oglą­da­jąc się przez ramię, pla­no­wał kolejne posu­nię­cia i wyobra­żał sobie, że w ciągu paru tygo­dni jego armia prze­ma­sze­ruje trium­fal­nie uli­cami Addis Abeby, a młody regent trafi do wię­zie­nia albo zosta­nie stra­cony. Ale gdy zna­lazł się w pobliżu obozu, uświa­do­mił sobie, że stało się coś złego. W miej­scu, gdzie jak okiem się­gnąć stały rzędy kolo­ro­wych namio­tów, teraz snuł się jedy­nie dym z doga­sa­ją­cych ognisk. Cóż to była za dia­bel­ska sztuczka?

Wkrótce donie­siono mu, co się stało. Pod­czas ban­kietu wielka armia pod dowódz­twem jed­nego ze stron­ni­ków regenta zakra­dła się do obozu boczną drogą. Jed­nak jej celem nie było prze­pro­wa­dze­nie ataku z zasko­cze­nia. Gdyby prze­by­wa­jący w pałacu Bal­cha usły­szał odgłosy walki, popę­dziłby wraz ze swoją gwar­dią na miej­sce bitwy. Dla­tego Tafari wypo­sa­żył swo­ich ludzi w kosze pełne złota i pie­nię­dzy, za które odku­pili całą broń od żoł­nie­rzy watażki. Nie­liczni, któ­rzy pró­bo­wali się opie­rać, szybko ule­gli pre­sji. W ciągu kilku godzin cała dzie­się­cio­ty­sięczna armia została roz­bro­jona i roz­pro­szona.

Zda­jąc sobie sprawę z nie­bez­pie­czeń­stwa, Bal­cha wyru­szył na połu­dnie ze swoją gwar­dią, aby prze­gru­po­wać siły. Wkrótce jed­nak napo­tkał na swo­jej dro­dze tę samą armię, która roz­bro­iła jego oddziały. Mógł zawró­cić i ruszyć na sto­licę, ale wie­dział, że tam rów­nież napo­tka zbrojny opór. Niczym wytrawny sza­chi­sta Tafari prze­wi­dział każdy ruch prze­ciw­nika i zakoń­czył par­tię matem. Po raz pierw­szy w życiu Bal­cha ska­pi­tu­lo­wał. Aby odpo­ku­to­wać za swoją pychę i wygó­ro­wane ambi­cje, wstą­pił do klasz­toru.

Wnioski

Nikt nie potra­fił przej­rzeć Tafa­riego -?który póź­niej wstą­pił na tron jako cesarz Hajle Sel­la­sje I -?przez dłu­gie lata jego pano­wa­nia. Etiop­czy­kom podo­bali się surowi władcy, on jed­nak mimo swej łagod­no­ści i poko­jo­wego nasta­wie­nia rzą­dził kra­jem dłu­żej niż któ­ry­kol­wiek z jego poprzed­ni­ków. Ni­gdy nie oka­zy­wał gniewu ani znie­cier­pli­wie­nia, a swoje ofiary mamił słod­kimi uśmie­chami i uro­kiem oso­bi­stym, by uśpić ich czuj­ność. Wyko­rzy­stał nie­uf­ność Bal­chy, który oba­wiał się, że uczta na jego cześć jest pułapką -?i była, lecz nie taką, jak się spo­dzie­wał. Przy­szły cesarz roz­wiał obawy swo­jego gościa, pozwa­la­jąc mu przy­być z obstawą, trak­tu­jąc go ze szcze­gól­nymi wzglę­dami i dając mu poczu­cie kon­troli, ale w ten spo­sób stwo­rzył gęstą zasłonę dymną, za którą ukrył swoje wła­ściwe poczy­na­nia.

Pamię­taj­cie: para­no­ików i osoby prze­sad­nie ostrożne zwy­kle naj­ła­twiej jest oszu­kać. Zdo­bądź­cie ich zaufa­nie w jed­nej kwe­stii, a odwró­ci­cie ich uwagę od innej, co pozwoli wam zakraść się nie­po­strze­że­nie i zadać zabój­czy cios. Ide­alną zasłoną dymną może być drobna przy­sługa, pozor­nie szczere wyzna­nie albo gest świad­czący o wyż­szo­ści ofiary.

Odpo­wied­nio wyko­rzy­stana zasłona dymna jest potężną bro­nią. Dzięki niej łagodny Tafari bez jed­nego wystrzału doszczęt­nie roz­gro­mił potęż­nego wroga.

Nie lek­ce­waż­cie potęgi Tafa­riego. Jest nie­po­zorny jak mysz, ale ma szczęki lwa.

Bal­cha Safo z Sidamo

Tajniki władzy

Jeśli uwa­ża­cie, że oszu­ści są barw­nymi posta­ciami, które wpro­wa­dzają swoje ofiary w błąd wymyśl­nymi kłam­stwami, jeste­ście w wiel­kim błę­dzie. Naj­bar­dziej wyra­fi­no­wani oszu­ści ukry­wają się za nijaką i nie­po­zorną fasadą, która nie rzuca się w oczy. Wie­dzą, że eks­tra­wa­ganc­kie słowa i gesty natych­miast budzą podej­rze­nia. Dla­tego dbają, aby wszystko, co robią, wyda­wało się zwy­czajne, swoj­skie i nie­szko­dliwe. Prze­kręt, któ­rego ofiarą padł Sam Geezil, opie­rał się na banal­nym zaku­pie nie­ru­cho­mo­ści. W przy­padku Tafa­riego zwod­ni­cza była jego uni­żo­ność - zacho­wa­nie, któ­rego Bal­cha spo­dzie­wał się po słab­szym rywalu.

Ofiara nie zauważy, że coś knu­je­cie, gdy uśpi­cie jej czuj­ność pozo­rami zwy­czaj­no­ści. Wynika to z pro­stego faktu, że ludzie mogą się kon­cen­tro­wać tylko na jed­nej rze­czy naraz. Trudno im wyobra­zić sobie, że temu nie­po­zor­nemu osob­ni­kowi, z któ­rym mają do czy­nie­nia, może cho­dzić o coś zupeł­nie innego. Im gęst­szą i bar­dziej nie­prze­nik­nioną zasłonę dymną stwo­rzy­cie, tym lepiej będzie ona skry­wać wasze dąże­nia. Przy­nęty i fał­szywe tropy omó­wione w czę­ści I służą do aktyw­nego odwra­ca­nia uwagi; za pomocą zasłony dym­nej może­cie oma­mić ofiarę i zwa­bić ją w pułapkę. Hip­no­tyczne wła­ści­wo­ści tej metody spra­wiają, że ide­al­nie nadaje się ona do masko­wa­nia praw­dzi­wych inten­cji.

Naj­prost­szą formą zasłony dym­nej jest wyraz twa­rzy. Bez­barwny i nie­prze­nik­niony wygląd zewnętrzny umoż­li­wia pla­no­wa­nie wszel­kiego rodzaju sztu­czek bez obaw o wykry­cie. Jest to kamu­flaż, któ­rego sto­so­wa­nie wielcy tego świata opa­no­wali do per­fek­cji. Mówiono, że nikt nie potrafi odczy­tać wyrazu twa­rzy Ben­ja­mina Fran­klina. Baron James Roth­schild przez całe życie ukry­wał swoje myśli za mdłymi uśmie­chami i nija­kimi spoj­rze­niami. Sten­dhal napi­sał o Tal­ley­ran­dzie: "Ni­gdy twarz nie była mniej baro­me­trem". Pod­czas nego­cja­cji Henry Kis­sin­ger z pustym spoj­rze­niem recy­to­wał mono­ton­nym gło­sem dłu­gie lita­nie nie­istot­nych szcze­gó­łów, zanu­dza­jąc na śmierć swo­ich opo­nen­tów; gdy zaczy­nali przy­sy­piać, ata­ko­wał ich znie­nacka śmia­łymi tema­tami, a zasko­czeni łatwo dawali się zbić z tropu. Jeden z poke­ro­wych pod­ręcz­ni­ków wyja­śnia: "Pod­czas roz­gry­wa­nia swo­jej ręki dobry gracz rzadko bywa akto­rem. Ćwi­czy za to nija­kie zacho­wa­nia, które ogra­ni­czają do mini­mum liczbę czy­tel­nych sygna­łów, fru­strują prze­ciw­ni­ków, wpra­wiają ich w dez­orien­ta­cję, a jemu poma­gają się skon­cen­tro­wać".

Ponie­waż zasłona dymna jest ela­styczną metodą, znaj­duje zasto­so­wa­nie na wielu róż­nych pozio­mach, opie­ra­jąc się na psy­cho­lo­gicz­nych mecha­ni­zmach roz­pra­sza­nia i odwra­ca­nia uwagi. Do naj­sku­tecz­niej­szych zasłon dym­nych należy szla­chetny gest. Ludzie chcą wie­rzyć, że tego rodzaju gesty są auten­tyczne, ponie­waż takie prze­świad­cze­nie pod­nosi ich na duchu. Rzadko zauwa­żają, co naprawdę się za nimi kryje.

Han­dlarz dzie­łami sztuki Joseph Duveen sta­nął pew­nego razu przed bar­dzo poważ­nym pro­ble­mem. Milio­ne­rom, któ­rzy kupo­wali od niego obrazy za cięż­kie pie­nią­dze, zaczy­nało bra­ko­wać miej­sca na ścia­nach, a coraz wyż­sze podatki od wzbo­ga­ce­nia znie­chę­cały ich do dal­szych trans­ak­cji. Roz­wią­za­niem oka­zała się Naro­dowa Gale­ria Sztuki w Waszyng­to­nie, do któ­rej powsta­nia Duveen przy­czy­nił się w 1937 roku, zachę­ca­jąc Andrew Mel­lona, aby prze­ka­zał jej swoją kolek­cję. Gdy za przy­kła­dem Mel­lona poszli inni, gale­ria stała się dla mar­szanda ide­alną fasadą. Za jed­nym zama­chem dar­czyńcy uni­kali pła­ce­nia podat­ków, zwal­niali miej­sce na nowe nabytki i na bie­żąco redu­ko­wali liczbę dzieł sztuki na rynku, utrzy­mu­jąc ich ceny na wyso­kim pozio­mie. Jed­no­cze­śnie zyski­wali opi­nię wspa­nia­ło­myśl­nych dobro­czyń­ców.

Inną sku­teczną zasłoną dymną jest sekwen­cja zacho­wań, które utwier­dzają ofiarę w prze­ko­na­niu, że na­dal będziemy postę­po­wać w taki sam spo­sób. Działa tutaj psy­cho­lo­giczny mecha­nizm ocze­ki­wa­nia: nasze zacho­wa­nia opie­rają się na usta­lo­nych wzor­cach, a przy­naj­mniej tak nam się wydaje.

W 1878 roku ame­ry­kań­ski prze­my­sło­wiec i finan­si­sta Jay Gould zało­żył firmę, która zaczęła zagra­żać mono­po­lowi spółki tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nej Western Union. Dyrek­to­rzy Western Union posta­no­wili odku­pić firmę Gou­lda -?cho­ciaż musieli sporo zapła­cić, byli prze­ko­nani, że udało im się wyeli­mi­no­wać groź­nego kon­ku­renta. Jed­nak kilka mie­sięcy póź­niej Gould powtó­rzył swoje zagra­nie, skar­żąc się, że został nie­spra­wie­dli­wie potrak­to­wany. Zało­żył nową firmę, która sta­no­wiła kon­ku­ren­cję dla Western Union i jej nowego nabytku. Tele­ko­mu­ni­ka­cyjny gigant zare­ago­wał tak samo i znów go pod­ku­pił. Wkrótce histo­ria powtó­rzyła się po raz trzeci, ale tym razem Gould prze­szedł do ofen­sywy i po bez­par­do­no­wej walce o prze­ję­cie zdo­łał uzy­skać pełną kon­trolę nad Western Union. Jego sche­mat dzia­ła­nia wpro­wa­dził w błąd dyrek­to­rów spółki, któ­rzy myśleli, że jego celem jest odsprze­da­nie firmy po korzyst­nej cenie. Zapła­cili mu i odprę­żyli się, nie zda­jąc sobie sprawy, że ich kon­ku­rent gra o znacz­nie wyż­szą stawkę. Sche­ma­tyczne zacho­wa­nia są bar­dzo sku­teczną metodą, która spra­wia, że ofiara spo­dziewa się cze­goś prze­ciw­nego, niż w rze­czy­wi­sto­ści robimy.

Kolej­nym sła­bym punk­tem, który można wyko­rzy­stać do stwo­rze­nia zasłony dym­nej, jest instynkt stadny -?ludziom wydaje się, że jeśli ktoś należy do ich grupy, jest z nimi auten­tycz­nie zwią­zany. To ilu­zo­ryczne prze­ko­na­nie spra­wia, że umie­jęt­ność adap­ta­cji może być bar­dzo sku­teczną maską. Sztuczka jest pro­sta: wystar­czy gładko wto­pić się w oto­cze­nie, by nie wzbu­dzać podej­rzeń. Pod­czas zim­nej wojny w latach pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku wielu wyso­kich rangą bry­tyj­skich urzęd­ni­ków pań­stwo­wych pra­co­wało dla sowiec­kiego wywiadu. Przez dłu­gie lata dzia­łali w ukry­ciu, ponie­waż spra­wiali wra­że­nie przy­zwo­itych face­tów, ukoń­czyli odpo­wied­nie szkoły i dosko­nale wpa­so­wali się w eli­tarne śro­do­wi­sko. Wta­pia­nie się w tłum jest ide­alną stra­te­gią dla szpie­gów. Im lepiej opa­nu­je­cie tę sztukę, tym sku­tecz­niej zama­sku­je­cie swoje zamiary.

Zapa­mię­taj­cie: potrzeba cier­pli­wo­ści i pokory, aby zre­zy­gno­wać z wyra­zi­stych barw i przy­wdziać nijaką maskę. Nie jest to powód do roz­pa­czy -?czę­sto taka nie­po­zorna powierz­chow­ność przy­ciąga ludzi i pomaga w zdo­by­ciu wła­dzy.

Wizja: Owcza skóra. Owca ni­gdy nie wcho­dzi w szkodę, owca ni­gdy nie oszu­kuje, owca jest urze­ka­jąco głu­pia i potulna. Otu­lony owczą skórą lis może zakraść się do kur­nika. Rze­czy­wi­stość: Czy sły­sze­li­ście o spryt­nym gene­rale, który zamie­rza zdo­być twier­dzę z zasko­cze­nia i ujaw­nia wro­gowi swoje plany? Ukry­waj­cie swoje cele i postępy; nie ujaw­niajcie swo­ich pla­nów, dopóki trwa walka i wróg może je pokrzy­żo­wać. Odnie­ście zwy­cię­stwo jesz­cze przed wypo­wie­dze­niem wojny. Sło­wem: naśla­duj­cie wojow­ni­ków, któ­rzy odsła­niają swoje zamiary dopiero wtedy, gdy pozo­sta­wiają za sobą spu­sto­sze­nie.

Ninon de Lenc­los

Wnioski

Nie pomoże ci żadna zasłona dymna, fał­szywy trop ani inna metoda, jeżeli masz ugrun­to­waną opi­nię oszu­sta. Gdy z upły­wem lat osią­gasz kolejne suk­cesy w tej dzie­dzi­nie, coraz trud­niej jest ci ukry­wać swoje zamiary. Wszy­scy już dobrze znają twoje pod­stępne zagra­nia. Uda­jąc naiw­ność, ryzy­ku­jesz oskar­że­nie o hipo­kry­zję, co jesz­cze bar­dziej ogra­ni­czy twoje pole manewru. W takim wypadku lepiej przy­znać się do winy i wyjść na uczci­wego łotra, albo jesz­cze lepiej -?skru­szo­nego łotra. Ludzie nie tylko będą podzi­wiać twoją szcze­rość, ale co naj­dziw­niej­sze, na­dal będą się nabie­rać na twoje sztuczki.

Na sta­rość Phi­neas Tay­lor Bar­num, dzie­więt­na­sto­wieczny przed­się­biorca roz­ryw­kowy, nauczył się żyć ze swoją repu­ta­cją wiel­kiego oszu­sta. Pew­nego razu zor­ga­ni­zo­wał w New Jer­sey polo­wa­nie, na które spe­cjal­nie spro­wa­dził kilka bizo­nów i grupkę Indian. Roz­re­kla­mo­wał je jako auten­tyczne, ale wido­wi­sko wypa­dło tak sztucz­nie, że publicz­ność zamiast się obu­rzyć i zażą­dać zwrotu pie­nię­dzy za bilety, była szcze­rze roz­ba­wiona. Wszy­scy wie­dzieli, że Bar­num cały czas wodzi ich za nos, ale w tym wła­śnie tkwiła tajem­nica jego suk­cesu i za to go uwiel­biali. Bar­num wycią­gnął wnio­ski z tej zaska­ku­ją­cej przy­gody i prze­stał ukry­wać swoje sztuczki, a nawet przy­znał się w auto­bio­gra­fii do oszustw. Jak stwier­dził Kier­ke­ga­ard, "świat chce być oszu­ki­wany". Choć mądrzej jest odwra­cać uwagę od swo­ich zamia­rów, pre­zen­tu­jąc nijaką i pospo­litą powierz­chow­ność, w nie­któ­rych sytu­acjach lep­szą tak­tyką masku­jącą oka­zuje się eks­tra­wa­gancki i osten­ta­cyjny gest. Wielcy szar­la­tani sie­dem­na­sto­wiecz­nej i osiem­na­sto­wiecz­nej Europy do oszu­ki­wa­nia ludzi wyko­rzy­sty­wali roz­rywkę. Ocza­ro­wany wspa­nia­łym wido­wi­skiem tłum nie dostrze­gał ich praw­dzi­wych inten­cji, gdy wjeż­dżali do mia­sta powo­zem zaprzę­żo­nym w czarne konie w oto­cze­niu klau­nów i żon­gle­rów. Cała ta cyr­kowa otoczka, która wyda­wała się głów­nym punk­tem pro­gramu, słu­żyła przy­wa­bia­niu ludzi i sta­no­wiła przy­krywkę dla praw­dzi­wej dzia­łal­no­ści, czyli sprze­daży cudow­nych mik­stur i elik­si­rów. Jed­nak nie dało się tego ukry­wać w nie­skoń­czo­ność. Znu­dzona publicz­ność z cza­sem nabie­rała podej­rzeń i oszu­stwo wycho­dziło na jaw. Szar­la­tani musieli szybko wędro­wać tam, gdzie jesz­cze nie dotarła wieść, że ich spe­cy­fiki są bez­u­ży­teczne, a występy kugla­rzy mają za zada­nie odwró­cić uwagę. Tymcza­sem potężni ludzie o nie­po­zor­nej powierz­chow­no­ści -?tacy jak Tal­ley­rand, Roth­schild albo Hajle Sel­la­sje -?sto­sują pod­stępy przez całe życie i nie muszą się prze­pro­wa­dzać. Ich sztuczki ni­gdy nie stają się nudne i rzadko budzą podej­rze­nia. Kolo­rową zasłonę dymną należy sto­so­wać z ostroż­no­ścią i tylko przy odpo­wied­nich oka­zjach.

Prawo 4

Zawsze mów mniej niż trzeba

Nauka

Jeżeli pró­bu­jesz zaim­po­no­wać komuś sło­wami, im wię­cej mówisz, tym bar­dziej pospo­lite robisz wra­że­nie i tra­cisz kon­trolę nad sytu­acją. Nawet coś banal­nego zabrzmi intry­gu­jąco, jeśli przed­sta­wisz to w tajem­ni­czy i zawo­alo­wany spo­sób. Dzięki nie­do­po­wie­dze­niom ludzie potężni budzą podziw lub strach. Im wię­cej mówisz, tym więk­sze praw­do­po­do­bień­stwo, że pal­niesz coś głu­piego.

Jak czynić nie należy

Gne­jusz Mar­cjusz, zwany Korio­la­nem, był rzym­skim wodzem. W pierw­szej poło­wie V wieku p.n.e. sto­czył wiele zwy­cię­skich bitew, raz za razem ratu­jąc repu­blikę przed kata­strofą. Ponie­waż więk­szość czasu spę­dzał w obo­zach woj­sko­wych, nie­wielu Rzy­mian znało go oso­bi­ście, przez co stał się posta­cią nie­mal legen­darną.

W 454 roku p.n.e. Korio­lan posta­no­wił wyko­rzy­stać swoją repu­ta­cję i zająć się poli­tyką. Wystar­to­wał w wybo­rach na urząd kon­sula. Zgod­nie z tra­dy­cją kan­dy­daci na to wyso­kie sta­no­wi­sko wygła­szali na początku kam­pa­nii prze­mó­wie­nie do ludu i zanim Korio­lan zabrał głos, poka­zał dzie­siątki blizn, które zebrał przez sie­dem­na­ście lat walki o Rzym. Mało kto zwra­cał uwagę na długą mowę, która nastą­piła póź­niej; bli­zny jako świa­dec­two męstwa i patrio­ty­zmu poru­szyły wszyst­kich do głębi. Zwy­cię­stwo Korio­lana wyda­wało się pewne.

Ale gdy nad­szedł dzień gło­so­wa­nia, Gne­jusz Mar­cjusz wkro­czył na forum w oto­cze­niu sena­to­rów i patry­cju­szy. Pro­ści ludzie, któ­rzy się temu przy­glą­dali, byli skon­ster­no­wani tym buń­czucz­nym poka­zem pew­no­ści sie­bie.

Sce­na­rzy­sta Michael Arlen cienko prządł, kiedy w 1944 roku przy­je­chał do Nowego Jorku. Posta­no­wił uto­pić smutki i wstą­pił do słyn­nej restau­ra­cji 21. W lobby natknął się na Sama Gol­dwyna, a ten udzie­lił mu nie­zbyt prak­tycz­nej rady, zachę­ca­jąc go do kupna koni wyści­go­wych. Przy barze spo­tkał sta­rego zna­jo­mego Louisa B. May­era, który zapy­tał o jego plany na przy­szłość. "Wła­śnie roz­ma­wia­łem z Samem Gol­dwy­nem", zaczął Arlen, lecz Mayer wszedł mu w słowo: "Ile ci zapro­po­no­wał?". "Za mało", odparł wymi­ja­jąco sce­na­rzy­sta. "Zgo­dził­byś się na pięt­na­ście tysięcy za pół roku?" Tym razem Arlen bez waha­nia potwier­dził.

Cli­fton Fadi­man, The Lit­tle Brown Book of Anec­do­tes

A potem Korio­lan prze­mó­wił, zwra­ca­jąc się do zamoż­nych oby­wa­teli, któ­rzy mu towa­rzy­szyli. Jego słowa były pełne zuchwa­ło­ści i aro­gan­cji. Pewien zwy­cię­stwa w wybo­rach prze­chwa­lał się swo­imi boha­ter­skimi czy­nami, opo­wia­dał kiep­skie żarty zabawne tylko dla ary­sto­kra­tów, rzu­cał gniewne oskar­że­nia pod adre­sem prze­ciw­ni­ków i roz­pra­wiał o dostatku, jaki zapa­nuje w Rzy­mie za jego rzą­dów. Tym razem wszy­scy zebrani słu­chali. Do tej pory nie zda­wali sobie sprawy, że legen­darny wojow­nik jest rów­nież pospo­li­tym samo­chwa­łem.

Wieść o dru­gim prze­mó­wie­niu Korio­lana szybko roze­szła się po mie­ście i lud masowo wziął udział w wybo­rach, by zagło­so­wać prze­ciwko niemu. Poko­nany Gne­jusz Mar­cjusz wró­cił do swo­ich zajęć i poprzy­siągł zemstę pospól­stwu, które pogrze­bało jego marze­nie o karie­rze poli­tycz­nej.

Kilka tygo­dni póź­niej do Rzymu dotarł wielki trans­port zboża, które senat zamie­rzał roz­dzie­lić mię­dzy miesz­kań­ców. Zanim jed­nak doszło do gło­so­wa­nia nad tą kwe­stią, w sena­cie poja­wił się Korio­lan i zabrał głos. Argu­men­to­wał, że roz­da­wa­nie żyw­no­ści może mieć zgubny wpływ na mia­sto, i udało mu się prze­ko­nać kilku sena­to­rów, przez co ini­cja­tywa sta­nęła pod zna­kiem zapy­ta­nia. Co wię­cej, zaczął potę­piać całą ideę demo­kra­cji. Postu­lo­wał, aby pozbyć się przed­sta­wi­cieli niż­szych warstw -?try­bu­nów - i oddać rządy w ręce patry­cju­szy.

Wieść o jego wystą­pie­niu wywo­łała ogromne wzbu­rze­nie. Do senatu udali się try­buni i zażą­dali, aby Korio­lan sta­wił się przed nimi. Gdy ten odmó­wił, w Rzy­mie wybu­chły zamieszki. W oba­wie przed gnie­wem ludu senat prze­pro­wa­dził w końcu gło­so­wa­nie i zatwier­dził dys­try­bu­cję zboża. Try­buni byli usa­tys­fak­cjo­no­wani, ale lud na­dal doma­gał się, aby Korio­lan publicz­nie wyra­ził skru­chę -?jeżeli prze­prosi i obieca, że zachowa swoje opi­nie dla sie­bie, będzie mógł na­dal dowo­dzić armią.

Jedna z histo­ry­jek o Kis­sin­ge­rze (...) doty­czyła raportu, nad któ­rym Win­ston Lord pra­co­wał przez wiele dni. Kis­sin­ger oddał mu go z powro­tem z dopi­skiem: "To wszystko, na co cię stać?". Lord popra­wił raport, dopra­co­wał go i ponow­nie prze­ka­zał Kis­sin­gerowi, ale znów otrzy­mał go z takim samym lako­nicz­nym pyta­niem. Gdy jesz­cze raz prze­re­da­go­wał tekst i ponow­nie dostał go z tą samą uwagą, nie wytrzy­mał i krzyk­nął: "Tak, do cho­lery, to wszystko, na co mnie stać". "Świet­nie" -?odparł Kis­sin­ger. "W takim razie go prze­czy­tam".

Wal­ter Isa­ac­son, Kis­sin­ger

Gne­jusz Mar­cjusz po raz ostatni prze­mó­wił do oby­wa­teli, któ­rzy słu­chali go z zapar­tym tchem. Zaczął łagod­nie, ale z cza­sem sta­wał się coraz bar­dziej dosadny. Jego twarz przy­brała pogar­dliwy wyraz, a ton głosu stał się aro­gancki. Znów rzu­cał obe­lgami. Im dłu­żej mówił, tym więk­szy gniew ogar­niał jego słu­cha­czy, któ­rzy w końcu go zakrzy­czeli.

Po krót­kiej nara­dzie try­buni ska­zali Korio­lana na śmierć i roz­ka­zali straż­ni­kom, aby nie­zwłocz­nie strą­cili go w prze­paść ze Skały Tar­pej­skiej. Tłum był zachwy­cony takim obro­tem sprawy, lecz osta­tecz­nie dzięki inter­wen­cji patry­cju­szy zła­go­dzono wyrok, zamie­nia­jąc go na doży­wot­nią bani­cję. Lud świę­to­wał na uli­cach, dowie­dziaw­szy się, że wielki boha­ter zosta­nie wygnany z mia­sta. Ni­gdy dotąd nie widziano w Rzy­mie takich uro­czy­sto­ści, nawet z oka­zji wygra­nych wojen.

Wnioski

Zanim Korio­lan posta­no­wił zająć się poli­tyką, jego imię budziło sza­cu­nek.

Dzięki swoim wojen­nym doko­na­niom zyskał opi­nię czło­wieka o wiel­kiej odwa­dze. Ponie­waż ludzie nie­wiele o nim wie­dzieli, na jego temat krą­żyły roz­ma­ite legendy. Ale kiedy sta­nął przed rzym­skimi oby­wa­te­lami i prze­mó­wił, jego dosto­jeń­stwo i tajem­ni­czość zni­kły. Oka­zał się zupeł­nie inny, niż wyobra­żali go sobie ludzie -?prze­chwa­lał się i pysz­nił jak pospo­lity żoł­nierz, a gdy czuł się nie­pew­nie, obra­żał i szka­lo­wał swo­ich prze­ciw­ni­ków. Roz­bież­ność mię­dzy legendą a rze­czy­wi­sto­ścią przy­nio­sła wiel­kie roz­cza­ro­wa­nie tym, któ­rzy wie­rzyli w swo­jego boha­tera. Im wię­cej Korio­lan mówił, tym mniej maje­sta­tyczny się sta­wał. Jeżeli ktoś nie potrafi kon­tro­lo­wać swo­ich słów, nie potrafi także pano­wać nad sobą i nie zasłu­guje na sza­cu­nek.

Gdyby Korio­lan mówił mniej, nikt nie poczułby się ura­żony, a jego praw­dziwa natura nie wyszłaby na jaw. Zacho­wałby swoją repu­ta­cję, z pew­no­ścią zostałby kon­su­lem i mógłby dążyć do celów godzą­cych w demo­kra­cję. Ludzki język jest bestią, którą nie­wielu potrafi okieł­znać. Cią­gle usi­łuje wyrwać się z klatki, a gdy nie­ujarz­miony zacznie hulać samo­pas, może naro­bić wiele szkód. Wła­dza nie może przy­paść tym, któ­rzy trwo­nią słowa.

Król (Ludwik XIV) utrzy­muje sprawy pań­stwowe w naj­głęb­szej tajem­nicy. Mini­stro­wie uczest­ni­czą w posie­dze­niach rady, on jed­nak odsła­nia przed nimi swoje plany tylko wtedy, gdy prze­my­śli wszystko grun­tow­nie i podej­mie osta­teczną decy­zję. Szkoda, że nie możesz go wtedy zoba­czyć. Jego twarz przy­biera nie­prze­nik­niony wyraz, oczy mają lisie spoj­rze­nie. O spra­wach pań­stwa nie roz­pra­wia z nikim oprócz mini­strów. Z dwo­rza­nami mówi jedy­nie o ich przy­wi­le­jach albo powin­no­ściach. Nawet naj­bar­dziej błaha z jego wypo­wie­dzi brzmi jak ogło­sze­nie wyroku.

Primi Visconti (Louis Ber­trand, Louis XIV, 1928)

Ostrygi otwie­rają się pod­czas pełni Księ­życa. Gdy krab widzi ostrygę, wrzuca do jej sko­rupy kamień lub kawa­łek wodo­ro­stu, by nie mogła się zamknąć i stała się jego poży­wie­niem. Taki los spo­tyka tego, kto otwiera usta zbyt sze­roko i w ten spo­sób zdaje się na łaskę słu­cha­cza.

Leonardo da Vinci

Postępowanie godne naśladowania

Na dwo­rze Ludwika XIV ary­sto­kraci i mini­stro­wie dniami i nocami roz­pra­wiali o spra­wach pań­stwa. Nara­dzali się, spie­rali, zawie­rali i zry­wali soju­sze, znowu się spie­rali, aż w końcu nastę­po­wał prze­łom - wybie­rano dwóch przed­sta­wi­cieli, któ­rzy mieli zapre­zen­to­wać różne sta­no­wi­ska samemu kró­lowi, by ten pod­jął osta­teczną decy­zję. Potem nale­żało uzgod­nić jesz­cze jedno: w jaki spo­sób sfor­mu­ło­wać kwe­stie pod roz­wagę monar­chy. Co trafi Ludwi­kowi do prze­ko­na­nia, a co go roz­zło­ści? O jakiej porze dnia i w któ­rej czę­ści Wer­salu dele­gaci powinni sta­nąć przed jego obli­czem? Jakie powinni mieć miny?

Kiedy wszystko było usta­lone, nad­cho­dziła wresz­cie pod­nio­sła chwila i dwaj męż­czyźni uda­wali się na audien­cję. Król zaszczy­cał ich uwagą i z nie­od­gad­nio­nym wyra­zem twa­rzy słu­chał w mil­cze­niu, jak każdy z nich wyłusz­cza swoje argu­menty. Gdy wresz­cie koń­czyli mówić i pytali Ludwika o zda­nie, ten odpo­wia­dał: "Zoba­czymy". Potem wycho­dził.

Mini­strom i dwo­rza­nom ni­gdy nie było dane poznać jego opi­nii -?po pro­stu oglą­dali efekty, gdy kilka tygo­dni póź­niej zapa­dały decy­zje. Monar­cha ni­gdy nie zawra­cał sobie głowy kon­sul­to­wa­niem z nimi spraw, które pod­da­wali mu pod roz­wagę.

Nie­zręczne słowa pod­da­nego czę­sto bywają bar­dziej dotkliwe niż wspo­mnie­nie jego nie­cnych czy­nów. Nie­ży­jący już hra­bia Essex powie­dział kró­lo­wej Elż­bie­cie, że warunki, które mu posta­wiła, są tak pokrę­cone jak jej koń­czyny. Zapła­cił za to głową, a nawet próba rewolty uszłaby mu pła­zem, gdyby nie ta prze­mowa.

Wal­ter Rale­igh

Wnioski

Ludwik XIV był czło­wie­kiem nie­zwy­kle mało­mów­nym. Jego naj­słyn­niej­sza wypo­wiedź brzmi: "Pań­stwo to ja" (L'État, c'est moi) -?trudno o coś bar­dziej zwię­złego, a zara­zem peł­nego tre­ści. Nie mniej słynne "Zoba­czymy" należy do kilku lapi­dar­nych zwro­tów, któ­rych uży­wał w odpo­wie­dzi na róż­nego rodzaju prośby.

Ludwik nie zawsze był taki lako­niczny -?w mło­do­ści sły­nął z tego, że wygła­szał dłu­gie prze­mowy, roz­ko­szu­jąc się wła­sną elo­kwen­cją. Póź­niej­sza oszczęd­ność w sło­wach była maską, którą narzu­cił sobie sam, by spra­wo­wać kon­trolę nad swo­imi pod­da­nymi. Nikt nie był pewien swo­jej sytu­acji i nie potra­fił prze­wi­dzieć, jak zare­aguje król. Nie dało się go oma­mić, mówiąc mu to, co chciałby usły­szeć, ponie­waż nikt nie miał poję­cia, co Ludwik chciałby usły­szeć. Pod­czas audien­cji dwo­rza­nie opo­wia­dali bez prze­rwy o sobie, ujaw­nia­jąc infor­ma­cje, które mil­czący monar­cha mógł póź­niej wyko­rzy­stać prze­ciwko nim.

Mało­mów­ność była jed­nym z fun­da­men­tów jego wła­dzy. Spra­wiała, że wszy­scy dookoła czuli przed nim respekt i byli mu posłuszni. Jak napi­sał Henri de Saint-Simon: "Nikt tak dobrze jak on nie potra­fił sprze­dać swo­ich słów, uśmie­chów, a nawet spoj­rzeń. Wszystko w nim było cenne, ponie­waż two­rzył róż­nice, a oszczęd­ność w sło­wach potę­go­wała jego maje­stat".

Bar­dziej szko­dliwe jest dla mini­stra powie­dzieć coś głu­piego, niż zro­bić.

Kar­dy­nał Retz

Tajniki władzy

Pod wie­loma wzglę­dami wła­dza opiera się na grze pozo­rów i kiedy mówi­cie mniej, wyda­je­cie się wspa­nialsi i potęż­niejsi niż w rze­czy­wi­sto­ści. Wasze mil­cze­nie spra­wia, że inni czują się nie­pew­nie. Ludzie mają potrzebę inter­pre­to­wa­nia i wyja­śnia­nia -?muszą wie­dzieć, co myśli­cie. Jeżeli zapa­nu­je­cie nad tym, co ujaw­nia­cie, nie będą w sta­nie przej­rzeć waszych zamia­rów.

Zdaw­ko­wymi odpo­wie­dziami i mil­cze­niem zepchnie­cie ich do defen­sywy, a wtedy zaczną ner­wowo wypeł­niać ciszę, zdra­dza­jąc cenne infor­ma­cje o sobie i swo­ich sła­bych punk­tach. Po spo­tka­niu poczują się ogra­bieni z tajem­nic i w dro­dze do domu będą roz­pa­mię­ty­wać każde wasze słowo. Sku­pie­nie na waszych krót­kich wypo­wie­dziach doda wam jesz­cze wię­cej powagi.

Mało­mów­ność jest nie tylko cechą kró­lów i mężów stanu, ale przy­daje się w wielu innych sfe­rach życia. Im mniej mówi­cie, tym bar­dziej poważni i tajem­ni­czy się wyda­je­cie. Jako młody arty­sta Andy War­hol odkrył, że samym mówie­niem na ogół nie można skło­nić ludzi do takiego postę­po­wa­nia, jakiego od nich ocze­ku­jemy -?będą sprze­ci­wiać się naszej woli ze zwy­kłej prze­kory. Wyznał kie­dyś przy­ja­cie­lowi: "Prze­ko­na­łem się, że w grun­cie rze­czy czło­wiek ma więk­szą moc, kiedy zamilk­nie".

Póź­niej War­hol sto­so­wał tę stra­te­gię z dużym powo­dze­niem. Wywiady, któ­rych udzie­lał, sta­no­wiły przy­kład enig­ma­tycz­nych wypo­wie­dzi -?mówił coś nie­ja­snego i zawi­łego, a pro­wa­dzący roz­mowę usi­ło­wał to roz­gryźć, wyobra­ża­jąc sobie, że w tych czę­sto pozba­wio­nych sensu zda­niach kryje się głę­boka treść. War­hol rzadko mówił o swo­jej pracy; pozwa­lał innym na snu­cie domy­słów. Nauczył się tego od mistrza tajem­ni­czo­ści Mar­cela Duchampa, innego genial­nego arty­sty, który zauwa­żył, że im mniej mówi o swo­jej pracy, tym wię­cej mówią o niej ludzie. A im więk­sze zain­te­re­so­wa­nie budziły jego dzieła, tym wyż­sze osią­gały ceny.

Mówiąc mniej, niż to konieczne, stwa­rza­cie pozory mądro­ści i siły. Mniej­sze jest rów­nież ryzyko, że powie­cie coś głu­piego albo nawet nie­bez­piecz­nego. W 1825 roku na rosyj­skim tro­nie zasiadł car Miko­łaj I. Wkrótce potem wybu­chło powsta­nie deka­bry­stów -?postę­po­wych libe­ra­łów, któ­rzy doma­gali się reform gospo­dar­czych i poli­tycz nych. Car bru­tal­nie stłu­mił rebe­lię, a więk­szość jej przy­wód­ców, w tym Kon­dra­tija Ryle­jewa, ska­zał na śmierć. W dniu egze­ku­cji Ryle­jew sta­nął na sza­fo­cie z pętlą na szyi. Kiedy jed­nak otwo­rzyła się pod nim zapad­nia, lina pękła pod jego cię­ża­rem i runął na zie­mię. W tam­tych cza­sach zda­rze­nia tego rodzaju trak­to­wano jako znak opatrz­no­ści i zazwy­czaj ska­za­niec, który uszedł z życiem, mógł liczyć na uła­ska­wie­nie.

Ryle­jew, potłu­czony i brudny, ale prze­ko­nany, że unik­nął śmierci, pod­niósł się z ziemi.

-?Widzi­cie? -?zawo­łał do tłumu. -?W Rosji nie potra­fią nawet zro­bić porząd­nego sznura.

Do Pałacu Zimo­wego natych­miast udał się posła­niec z wie­ścią o nie­uda­nej egze­ku­cji. Miko­łaj I był ziry­to­wany i zawie­dziony takim obro­tem sprawy, mimo to się­gnął po pióro, by pod­pi­sać akt uła­ska­wie­nia.

-?Czy Ryle­jew coś powie­dział, kiedy wyda­rzył się cud? -?zapy­tał.

-?Tak, naj­ja­śniej­szy panie -?odparł posła­niec. -?Powie­dział, że w Rosji nie potra­fią nawet zro­bić porząd­nego sznura.

-?W takim razie udo­wod­nimy, że jest ina­czej.

Car podarł doku­ment i następ­nego dnia Ryle­jew zawi­snął ponow­nie. Tym razem lina wytrzy­mała.

Morał: kiedy coś powie­cie, nie można już tego cof­nąć. Dla­tego panuj­cie nad swo­imi sło­wami. Ze szcze­gólną ostroż­no­ścią posłu­guj­cie się sar­ka­zmem. Cza­sem chwi­lowa satys­fak­cja z wypo­wie­dze­nia kąśli­wej uwagi może nie być warta ceny, jaką przyj­dzie wam za nią zapła­cić.

Wizja: Wyrocz­nia del­ficka. Kiedy przy­by­sze pytali wyrocz­nię o radę, kapłanka mówiła coś nie­zro­zu­mia­łego, w czym doszu­ki­wano się ukry­tego zna­cze­nia. Nikt nie pod­wa­żał słów wyroczni -?decy­do­wały one o życiu i śmierci. Rze­czy­wi­stość: Ni­gdy nie otwie­raj ust, zanim nie zro­bią tego twoi pod­władni. Im dłu­żej mil­czę, tym szyb­ciej inni się roz­ga­dują. A gdy ruszają ustami, poznaję ich praw­dziwe zamiary. Kiedy władca nie jest tajem­ni­czy, mini­stro­wie zawsze znajdą oka­zje, by go wyko­rzy­stać.

Han Feizi, filo­zof chiń­ski, III w. p.n.e.

Wyjątki

Zda­rzają się sytu­acje, w któ­rych mil­cze­nie nie jest naj­lep­szym wyj­ściem. Czło­wiek mil­czący może wzbu­dzać podej­rze­nia albo nawet nie­pew­ność, zwłasz­cza gdy spra­wuje wła­dzę; nie­ja­sna lub dwu­znaczna wypo­wiedź może rodzić nie­ocze­ki­wane domy­sły. Dla­tego mało­mów­ność jest stra­te­gią, którą należy sto­so­wać z roz­wagą i tylko w odpo­wied­nich oko­licz­no­ściach. Cza­sami roz­sąd­niej jest brać przy­kład z nadwor­nego bła­zna, który udaje głupca, lecz zdaje sobie sprawę, że jest mądrzej­szy od króla. Bła­zen dużo mówi, zaba­wia­jąc wszyst­kich, i nikt nie podej­rzewa, że jest kimś wię­cej niż tylko nie­groź­nym głup­kiem.

Ponadto słowa mogą słu­żyć jako zasłona dymna dla waszych pod­stę­pów. Zaj­mu­jąc słu­cha­cza roz­mową, może­cie go roz­pro­szyć i oma­mić; im wię­cej mówi­cie, tym łatwiej uśpi­cie jego czuj­ność. Czło­wiek gada­tliwy nie spra­wia wra­że­nia prze­bie­głego mani­pu­la­tora, ale wydaje się raczej pospo­lity i nie­szko­dliwy. Jest to odwrot­ność stra­te­gii mil­cze­nia, którą sto­sują potężni -?gdy mówi­cie wię­cej, wyda­je­cie się słabsi i mniej inte­li­gentni, dzięki czemu łatwiej będzie wam podejść upa­trzoną ofiarę.

Prawo 5

Tak wiele zależy od reputacji -?dlatego strzeż jej JAK OKA W GŁOWIE

Nauka:

Repu­ta­cja jest fun­da­men­tem wła­dzy. Sama repu­ta­cja wystar­czy, by zastra­szać i wygry­wać. Ten, kto ją traci, staje się bez­bronny i nara­żony na ataki ze wszyst­kich stron. Dla­tego twoja repu­ta­cja musi być nie­pod­wa­żalna. Przy­go­tuj się na poten­cjalne ataki i uda­rem­niaj je, zanim nastą­pią. Naucz się nisz­czyć swo­ich wro­gów, pod­wa­ża­jąc ich repu­ta­cję. Potem stań z boku i przy­glą­daj się, jak opi­nia publiczna wydaje na nich wyrok.

Postępowanie godne naśladowania I

Pod­czas wojny w Epoce Trzech Kró­lestw (III w.) chiń­ski gene­rał Zhuge Liang, dowo­dzący siłami kró­le­stwa Shu, wysłał swoją armię do odle­głego obozu, sam nato­miast został w nie­wiel­kim mia­steczku z garstką żoł­nie­rzy. Pew­nego dnia war­tow­nik przy­biegł do niego z alar­mu­jącą wie­ścią -?do gar­ni­zonu zbli­żały się liczące sto pięć­dzie­siąt tysięcy ludzi wro­gie siły, któ­rymi dowo­dził gene­rał Sima Yi. Mając do dys­po­zy­cji jedy­nie stu­oso­bowy oddział, Liang zna­lazł się w bez­na­dziej­nej sytu­acji. Był słyn­nym wodzem i wszystko wska­zy­wało na to, że dosta­nie się do nie­woli.

Jed­nak zamiast roz­pa­czać nad swoim losem albo tra­cić czas na roz­my­śla­nie o przy­czy­nach porażki, Liang roz­ka­zał swoim pod­wład­nym, by opu­ścili flagi, otwarli bramy i ukryli się. Potem zasiadł w naj­le­piej widocz­nym miej­scu na murze obron­nym, ubrany w obrzę­dową szatę, zapa­lił kadzi­dło i zaczął śpie­wać, akom­pa­niu­jąc sobie na lutni. Po kilku minu­tach zoba­czył nad­cią­ga­jące sze­regi wro­giej armii. Uda­jąc, że ich nie widzi, kon­ty­nu­ował swoje śpiewy.

Wkrótce nie­przy­ja­ciel pod­szedł bli­żej i Sima Yi roz­po­znał czło­wieka na murze. Choć jego żoł­nie­rzy kor­ciło, by wtar­gnąć do nie­strze­żo­nego mia­sta przez otwarte bramy, gene­rał wahał się i nie wydał roz­kazu do ataku. Przez chwilę przy­glą­dał się Lian­gowi, a potem zarzą­dził natych­mia­stowy odwrót.

Rada zwie­rząt

Złe, które wszędy trwogę roz­po­ściera, Złe, które niebo w swym gnie­wie wywiera Na karę ziemi za zbrod­nie prze­klę­tej, Dżuma (albo­wiem trzeba ją wymie­nić), Gotowa we dniu cały świat wyple­nić, Wal­czyć poczęła z Zwie­rzęty. Nie wszyst­kieć, prawda, umie­rały, ale Zaraza wszyst­kich zesła­biła wcale: Nie widać było, by który Pokarmu dla się szu­kał i napi­cia; Każdy z nich chory, smutny i ponury, Cze­kał na koniec mdle­ją­cego życia. Liszki do kaczek już się nie skra­dały, Wilk się nie czaił na nie­winne cielę, Syno­gar­lice z krza­ków pozmy­kały... Znik­nęła miłość, znik­nęło wesele! Lew zatem, zwie­rzę­cego król udzielny pań­stwa, Uczy­nił walną radę z swo­jego pod­dań­stwa: "O moi, rze­cze, mili przy­ja­ciele! Czu­jemy złe powszechne, i wąt­pić nie trzeba, Że to za nasze winy jest z wyroku nieba. Kto tu z nasz naj­win­niej­szy, nie­chaj na ofiarę Pój­dzie gniewu boskiego; może srogą karę Ubła­gamy tym czy­nem; może (kto zaprze­czy?) Jed­nego zguba skazę powszechną ule­czy. Dzieje stare nas uczą, że w tako­wej mie­rze Za nie­win­nych szło jedno naj­win­niej­sze zwie­rzę. Nie pochle­biajmy sobie, i bez pobła­że­nia Chciejmy ści­śle roz­wa­żyć stan swego sumie­nia. Co się więc tyczy naj­przód mnie samego, Wyznaję, iżem dość poczy­nił złego. Nie­raz bez prawa żad­nego napa­dłem Na cudze stada i sąsiedz­kie sioła, Bydląt nie­win­nych tysiące poja­dłem, Cóż mi te, pro­szę, zro­biły? nic zgoła. Nawet zja­da­łem -?(jeśli wyznać szcze­rze) Paste­rze. Jeżeli tedy ze mnie jest potrzeba, Pójdę sam za was na ofiarę nieba; Lecz sądzę, by rze­tel­nie, jakem ja uczy­nił, Każdy z was rów­nym sie­bie spo­so­bem obwi­nił; Bowiem podług słusz­no­ści życzyć nam należy, By zgi­nął naj­win­niej­szy". A wtem Lis wybieży Na śro­dek koła: "Miło­ściwy panie, Skru­puł ci, rze­cze, podał to wyzna­nie. I cóż to za grzech, uważ­cie zwie­rzęta, Jeść nie­wol­ni­cze i głu­pie bydlęta? I ow­szem, dla nich honor czy­nisz, panie! Jeślić się które na pokarm dosta­nie. Co zaś paste­rze, o! ci wszy­scy warci, By żyw­cem byli ze skóry obdarci! To są tyrani, co w sro­giej znie­wa­dze Chcą mieć nad nami chi­me­ryczną wła­dzę". To Lis wymó­wił, a pod­chlebce mili Zgod­nie toż samo stwier­dzili. Nie chciano zatem zbyt­nie prze­trzą­sać i innych Potęż­niej­szych mate­dor, choć naj­bar­dziej win­nych; Ni zaja­dłość Lam­parta, ni Tygrysa zbrod­nie: Wzgląd miano na każ­dego, kto broił swo­bod­nie. Zgoła wszyst­kie Zwie­rzęta, lubo grzeszne były, Za mniej win­nych, za świę­tych jed­nak się sądziły. Naresz­cie Osioł, w podob­nym spo­so­bie Zaczyna spo­wiedź: "Przy­po­mi­nam sobie Iżem raz, rze­cze, o wie­czor­nej chwili, Szedł po świę­co­nej Kame­du­łów łące: Głód wielki, pochop, i ziółka pach­nące, Czyli też, myślę, dja­bli mnie sku­sili, Że garstkę trawy zerwa­łem; Źlem to uczy­nił, bo prawa nie mia­łem. -?Łotr i zło­czyńca!" wszy­scy krzyk­nęli. Wilk na trzy czę­ści kaza­nie podzieli, Że winien Osioł pójść na ofiarę. Cały go naród lżył i prze­kli­nał, Że na nich ścią­gnął tak srogą karę. Jeść cudzą trawę: co za kry­mi­nał! Zatem na Osła padł wyrok śmierci: Żyw­cem roz­tar­gać na ćwierci.

Jean de La Fon­ta­ine, Bajki

Wnioski

Zhuge Liang był powszech­nie znany jako Drze­miący Smok, a jego wojenne czyny prze­szły do legendy. Pew­nego razu przy­był do jego obozu czło­wiek poda­jący się za ofi­cera, który zde­zer­te­ro­wał z wro­giej armii. Zaofe­ro­wał pomoc armii Shu, jed­nak Liang od razu zwie­trzył pod­stęp i kazał go ściąć. W ostat­niej chwili wstrzy­mał egze­ku­cję i oświad­czył, że daruje szpie­gowi życie, jeśli ten zgo­dzi się zostać podwój­nym agen­tem. Prze­ra­żony i wdzięczny męż­czy­zna przy­stał na jego warunki. Wkrótce zaczął prze­ka­zy­wać swoim prze­ło­żo­nym fał­szywe infor­ma­cje, dzięki czemu Liang wygrał kilka bitew.

Innym razem Liang wykradł gene­ral­ską pie­częć i spo­rzą­dził fał­szywe roz­kazy, wysy­ła­jąc oddziały wroga na odle­głe pla­cówki. Kiedy roz­pro­szył nie­przy­ja­ciel­skie siły, mógł opa­no­wać trzy twier­dze, co pozwo­liło mu prze­jąć kon­trolę nad szla­kiem pro­wa­dzą­cym w głąb wro­giego kró­le­stwa. Roz­pu­ścił rów­nież pogło­skę, że jeden z nie­przy­ja­ciel­skich gene­ra­łów jest zdrajcą, zmu­sza­jąc go do ucieczki i dopro­wa­dza­jąc do połą­cze­nia sił z armią Shu. Ucho­dził za naj­spryt­niej­szego wodza w Chi­nach; czło­wieka, który zawsze chowa w zana­drzu jakąś sztuczkę. Pie­lę­gno­wał swoją repu­ta­cję -?potężną broń, za pomocą któ­rej siał postrach.

Sima Yi wal­czył z Drze­mią­cym Smo­kiem dzie­siątki razy i dobrze go znał. Kiedy przy­był do opusz­czo­nego mia­sta i zoba­czył go na murze, nie posia­dał się ze zdu­mie­nia. Tao­istyczne szaty, śpiew, kadzi­dło -?to musiała być jakaś gra. Liang naj­wy­raź­niej drwił sobie z niego i pro­wo­ko­wał go, pró­bu­jąc wcią­gnąć w pułapkę. Jego zacho­wa­nie wyglą­dało jed­nak na gru­bymi nićmi szytą misty­fi­ka­cję i przez chwilę Sima pomy­ślał, że jego prze­ciw­nik fak­tycz­nie jest sam. Ale tak bar­dzo bał się Lianga, że nie odwa­żył się tego spraw­dzić. W tym wła­śnie tkwi potęga repu­ta­cji - może powstrzy­mać wielką armię, a nawet zmu­sić ją do odwrotu, i to bez jed­nego wystrzału.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki