48 godzin, które zakończyły zimną wojnę - Ken Adelman

Kup ebooka

35.90 zł
28.72 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZY­PI­SY

WSTĘP

[1] Mi­cha­ił Gor­ba­czow, List do pre­mie­ra Is­lan­dii, bur­mi­strza Rey­kja­víku i uczest­ni­ków se­mi­na­rium z oka­zji dzie­si­ęcio­le­cia szczy­tu, 10 wrze­śnia 1996.
[2] Don Obe­rdor­fer, At Rey­kja­vik, So­viets Were Pre­pa­red and U.S. Im­pro­vi­sed, "Wa­shing­ton Post", 16 lu­te­go 1987.
[3] Ta­mże.
[4] Mi­cha­ił Gor­ba­czow, Rey­kja­vik: Re­sults and Les­sons, Mo­skwa 1990.
[5] Don Obe­rdor­fer, From the Cold War to the New Era: The Uni­ted Sta­tes and So­viet Union, 1983-1991, Johns Hop­kins Uni­ver­si­ty Press, Bal­ti­mo­re 1998, s. 183.
[6] Schultz opo­wia­dał tę hi­sto­rię wie­le razy, mi­ędzy in­ny­mi w: Te­re­sa Ji­me­nez, Schultz Sha­kes Les­sons of Cold War, "Los An­ge­les Da­ily News", 19 li­sto­pa­da 1996.

ROZ­DZIAŁ 1

[7] Ro­nald Re­agan, Re­marks on De­par­tu­re for Rey­kja­vik, Ice­land, 9 pa­ździer­ni­ka 1986, Ro­nald Re­agan Pre­si­den­tial Li­bra­ry Ar­chi­ves, www.re­agan.ute­xas.edu/ar­chi­ves/spe­eches/1986/100986c.htm.
[8] Stan­ley Me­isler, From Cod Li­ver to Hors d'Oeu­vres, Ice­land Se­eks to Be a Good Host, "Los An­ge­les Ti­mes", 10 pa­ździer­ni­ka 1986.
[9] Mi­cha­el Put­zel, Re­agan Ar­ri­ves in Ice­land for Sum­mit with Gor­ba­chev, As­so­cia­ted Press, 9 pa­ździer­ni­ka 1986.
[10] Ta­mże.
[11] Whi­te Ho­use Sur­pri­sed by Ra­isa Gor­ba­chev's Tra­vel Plans, As­so­cia­ted Press, 6 pa­ździer­ni­ka 1986.
[12] Ber­nard We­in­raub, The Ice­land Sum­mit: Set­ting the Sta­ge; Pre­si­dent Ar­ri­ves for Ice­land Talks, "New York Ti­mes", 10 pa­ździer­ni­ka 1986.
[13] Su­san­ne M. Scha­fer, Re­agan Ta­kes Over Mo­dest Em­bas­sy Re­si­den­ce du­ring Ice­land Stay, As­so­cia­ted Press, 10 pa­ździer­ni­ka 1986.
[14] Ta­mże.
[15] Ken­neth T. Walsh, Air For­ce One: A Hi­sto­ry of the Pre­si­dents and The­ir Pla­ne, Hy­pe­rion, New York 2003, s. 138.
[16] Z ja­kie­goś po­wo­du przez te wszyst­kie lata trzy­ma­łem te do­ku­men­ty na pó­łce. Wszyst­kie cy­ta­ty po­cho­dzą więc z mo­je­go eg­zem­pla­rza.
[17] Ra­kie­ty po­śred­nie­go za­si­ęgu, o ja­kich często będzie mowa w tej ksi­ążce, to po­ci­ski o za­si­ęgu od 500 do 5500 ki­lo­me­trów. Za­bro­nio­no ich sto­so­wa­nia w Trak­ta­cie o ca­łko­wi­tej li­kwi­da­cji po­ci­sków ra­kie­to­wych po­śred­nie­go za­si­ęgu, zwa­ne­go też trak­ta­tem INF.
[18] Don Sel­ler, Sum­mit Avo­ided Con­tro­ver­sy, "Ot­ta­wa Ci­ti­zen", 31 maja 1983.
[19] No­tat­ka ta, jak wi­ęk­szo­ść od­taj­nio­nych ma­te­ria­łów, po­cho­dzi z bez­cen­ne­go źró­dła The Rey­kja­vik File: Pre­vio­usly Se­cret Do­cu­ments from U.S. and So­viet Ar­chi­ves on the 1986 Re­agan-Gor­ba­chev Sum­mit ze zbio­rów Na­tio­nal Se­cu­ri­ty Ar­chi­ve Uni­wer­sy­te­tu Je­rze­go Wa­szyng­to­na; Na­tio­nal Se­cu­ri­ty Ar­chi­ve Elec­tro­nic Brie­fing Book No. 203; Me­mo­ran­dum to the Pre­si­dent from Geo­r­ge P. Shultz, 2 pa­ździer­ni­ka 1986, http://www.gwu.edu/~nsar­chiv/NSA­EBB/NSA­EB­B203/Do­cu­men­t04.pdf.
[20] K.T. Walsh, Air For­ce One..., s. 138.
[21] Ta­mże.
[22] 1926: Li­fe­gu­ar­ding at Lo­well Park, Re­agan Pre­si­den­tial Fo­un­da­tion and Li­bra­ry, http://www.re­agan­fo­un­da­tion.org/life-and-ti­mes.aspx.
[23] Me­mo­ran­dum dla Geo­r­ge'a P. Shult­za od Joh­na M. Po­in­de­xte­ra, 4 pa­ździer­ni­ka 1986, The Rey­kja­vik File, http://www.gwu.edu/~nsar­chiv/NSA­EBB/NSA­EB­B203/Do­cu­men­t06.pdf.
[24] Im­pli­ca­tions of the Rey­kja­vik Sum­mit on Its Twen­tieth An­ni­ver­sa­ry, red. Sid­ney D. Drell, Geo­r­ge P. Shultz, Ho­over In­sti­tu­tion Press, Stan­ford 2007, s. 109.
[25] Spo­tka­nie z Shult­zem i pre­zy­den­tem au­tor od­twa­rza z pa­mi­ęci.
[26] Fre­de­rick J. Ryan Jr., The Air­bor­ne Am­bas­sa­dor: Pre­si­dent Ro­nald Re­agan and Air For­ce One, www.whi­te­ho­use­hi­sto­ry.org/whha­_pu­bli­ca­tions/pu­bli­ca­tion­s_do­cu­ments/whi­te­ho­use­hi­sto­ry­_28-ryan.pdf.
[27] Don Ir­win, Re­gan Re­grets Slur on Wo­men, "Los An­ge­les Ti­mes", 25 li­sto­pa­da 1985.
[28] Don Obe­rdor­fer, After 3 1/2 Years at Sta­te, Geo­r­ge Shultz Is More the Fi­gh­ter and Less the Sphinx, "Wa­shing­ton Post", 3 lu­te­go 1986.
[29] Ray Mo­se­ley, Shultz Le­aves Glo­bal Mark, "Chi­ca­go Tri­bu­ne", 25 grud­nia 1988.
[30] Jay Nor­dlin­ger, Aro­und the World with Shultz - A Vi­sit to the For­mer Se­cre­ta­ry of Sta­te, "Na­tio­nal Re­view", 11 lu­te­go 2008.
[31] D. Obe­rdor­fer, After 3 1/2 Years at Sta­te...
[32] Ali­son Sma­le, Gor­ba­chev Le­aves for Rey­kja­vik, As­so­cia­ted Press, 10 pa­ździer­ni­ka 1986.

ROZ­DZIAŁ 1

WY­JAZ­DY

Czwar­tek, 9 pa­ździer­ni­ka 1986 roku

Wa­szyng­ton

Ronald Re­agan sze­ro­ko się uśmie­chał, sto­jąc przed Bia­łym Do­mem w ten pi­ęk­ny je­sien­ny po­ra­nek. Ob­jął swo­ją żonę Nan­cy, po czym od­wró­cił się, by wy­mie­nić po­zdro­wie­nia z kon­gres­me­na­mi i człon­ka­mi swe­go ga­bi­ne­tu, któ­rzy przy­szli go po­że­gnać i ży­czyć mu po­wo­dze­nia. Mo­żli­wo­ść udzia­łu w ce­re­mo­nii w ogro­dzie So­uth Lawn była jed­ną z za­let pra­cy w Bia­łym Domu. Ze­brał się tam mały en­tu­zja­stycz­ny tłu­mek pra­cow­ni­ków, sta­ży­stów, zwo­len­ni­ków i przy­ja­ciół.

W ten nad­zwy­czaj cie­pły pa­ździer­ni­ko­wy po­ra­nek pre­zy­dent znaj­do­wał się na fali wzno­szącej. Jego re­elek­cja w roku 1984 była nie­mal jed­no­gło­śna: wy­grał w czter­dzie­stu dzie­wi­ęciu z pi­ęćdzie­si­ęciu sta­nów, w wi­ęk­szo­ści z nich z ol­brzy­mim za­pa­sem. Go­spo­dar­ka, tak roz­chwia­na w roku 1981, kie­dy obej­mo­wał urząd, prze­szła przez bo­le­sne ko­rek­ty i te­raz była sil­niej­sza, tak jak to pre­zy­dent za­po­wia­dał. Sło­wo "re­aga­no­mi­ka" stra­ci­ło obe­lży­wy wy­dźwi­ęk. W tym mo­men­cie, po dwóch la­tach dru­giej ka­den­cji, był nie­mal u szczy­tu nie­zwy­kłej po­pu­lar­no­ści i po­tęgi. Sko­ro szło mu tak do­brze z na­pra­wą spraw we­wnętrz­nych, był te­raz go­tów za­jąć się ca­łym świa­tem.

Tam­te­go ran­ka wy­ru­szał aku­rat na Is­lan­dię, by dys­ku­to­wać o bro­ni nu­kle­ar­nej z Mi­cha­iłem Gor­ba­czo­wem. Re­agan uwiel­biał ne­go­cja­cje, uwa­żał, że jest w tym do­bry, i bar­dzo chciał móc ne­go­cjo­wać z ra­dziec­kim przy­wód­cą. Pre­zy­dent, za­nim wsia­dł na po­kład Ma­ri­ne One, wy­gło­sił kil­ka uwag o pla­no­wa­nej pod­ró­ży[7]. Od­czu­wa­ło się jed­nak pe­wien dy­so­nans, bo cho­ciaż mó­wił w spo­sób jak za­wsze ener­gicz­ny, to sam prze­kaz miał za za­da­nie ob­ni­żyć ocze­ki­wa­nia pu­blicz­no­ści.

Zbli­ża­jący się szczyt za­pla­no­wa­no jako spo­koj­ną i ka­me­ral­ną se­sję, same in­te­re­sy, bez pro­to­ko­łu dy­plo­ma­tycz­ne­go. Re­agan na­zwał go "wła­ści­wie pry­wat­nym spo­tka­niem" i do­dał: "Nie za­bie­ra­my zbyt wie­lu lu­dzi ani też nie za­mie­rza­my za­wrzeć kil­ku szyb­kich po­ro­zu­mień i po­tem opo­wia­dać o wy­jąt­ko­wym kli­ma­cie Rey­kja­víku". Spra­wy mia­ły się jed­nak po­to­czyć ina­czej...

Cho­ciaż do Rey­kja­víku wy­bie­ra­li się przy­wód­cy su­per­mo­carstw, to w za­sa­dzie nie był to na­wet szczyt. W ko­ńcu szczy­ty or­ga­ni­zu­je się po to, by ro­bić z nich te­atral­ne przed­si­ęw­zi­ęcia, zwie­ńczo­ne stu­ka­niem kie­lisz­ków z szam­pa­nem, choć za­zwy­czaj nie­wie­le po­zo­sta­je po nich do re­al­ne­go świ­ęto­wa­nia. Praw­dzi­wy szczyt po­li­tycz­ny wy­pe­łnia wa­ru­nek, któ­ry kie­dyś przed­sta­wił Fran­klin Ro­ose­velt w roz­mo­wie z Char­les'em de Gaul­le'em, mimo że ten dru­gi nie po­trze­bo­wał w tych kwe­stiach żad­nych rad: "W po­li­ty­ce trze­ba za­pew­nić pu­blicz­no­ści tro­chę te­atru".

Rey­kja­vík nie miał być jed­nak te­atrem. Miał być ra­czej, jak mó­wił wów­czas pre­zy­dent, swe­go ro­dza­ju bazą, pro­wa­dzącą do "szczy­tu na dużą ska­lę", któ­re­go już "nie mógł się do­cze­kać", a któ­ry miał się od­być rok pó­źniej w Wa­szyng­to­nie.

Zu­pe­łnym przy­pad­kiem, za­uwa­żył pre­zy­dent, ame­ry­ka­ńska de­le­ga­cja wy­ru­sza­ła na Is­lan­dię w Dniu Le­ifa Eriks­so­na - to świ­ęto ku czci po­tężne­go wi­kin­ga, któ­ry nie­mal ty­si­ąc lat wcze­śniej od­krył Ame­ry­kę. Po­łącze­nie Eriks­so­na z Is­lan­dią było spryt­nym za­bie­giem dy­plo­ma­tycz­nym Re­aga­na, ma­jącym na celu za­ła­go­dze­nie iry­ta­cji Is­land­czy­ków w kwe­stii po­cho­dze­nia słyn­ne­go od­kryw­cy. Kil­ka dni wcze­śniej mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych Is­lan­dii Mat­thías Ma­thie­sen stra­cił pa­no­wa­nie nad sobą i wy­pa­lił: "W Sta­nach Zjed­no­czo­nych na­zy­wa­ją go Nor­dy­kiem, co­kol­wiek ma to zna­czyć. Ale on uro­dził się i wy­cho­wał na Is­lan­dii!"[8].

Le­cący ni­sko sa­mo­lot za­głu­szył sło­wa pre­zy­den­ta. Kie­dy to samo przy­da­rzy­ło się Lyn­do­no­wi John­so­no­wi w cza­sie ja­kie­jś ce­re­mo­nii w So­uth Lane lata temu, LBJ szep­nął do ucha asy­sten­ta, by ten we­zwał sze­fa Fe­de­ral­nej Agen­cji Lot­nic­twa i ka­zał mu za­trzy­mać wszyst­kie (tu po­mi­ni­ęty przy­miot­nik) star­ty i lądo­wa­nia na Na­tio­nal Air­port - TE­RAZ! - i trzy­mać sa­mo­lo­ty da­le­ko - BAR­DZO DA­LE­KO! - do­pó­ki uro­czy­sto­ść się nie sko­ńczy. Ta­kie me­to­dy miał John­son. Re­agan po­ra­dził so­bie w inny spo­sób. Zro­bił dra­ma­tycz­ną pau­zę, spoj­rzał w górę z uśmie­chem, de­li­kat­nie mach­nął dło­nią i po­wie­dział: "Zmia­taj stąd!", po czym ra­zem z in­ny­mi wy­buch­nął śmie­chem[9].

Prze­mo­wa pre­zy­den­ta za­ko­ńczy­ła się opty­mi­stycz­nym ak­cen­tem. Przy­wo­łał sło­wa "wiel­kie­go Ame­ry­ka­ni­na, któ­ry po­znał skraj­no­ści na­dziei i roz­pa­czy" i któ­ry wy­po­wie­dział nie­śmier­tel­ne sło­wa: "Hi­sto­ria uczy nas mieć na­dzie­ję". Na­stęp­nie Re­agan od­wo­łał się do "zgod­ne­go wspar­cia ca­łe­go na­ro­du" i po­wie­dział: "Dzi­siaj two­rzy­my hi­sto­rię, dziś zmie­nia­my bieg hi­sto­rii, pro­wa­dząc ją w stro­nę po­ko­ju, wol­no­ści i na­dziei". Czło­wie­kiem, któ­ry w hi­sto­rii znaj­do­wał na­dzie­ję, był nie kto inny jak Ro­bert E. Lee. Trud­no uznać go za "wiel­kie­go Ame­ry­ka­ni­na", cie­szące­go się "zgod­nym wspar­ciem ca­łe­go na­ro­du".

Gdy za­czął zbli­żać się ko­lej­ny sa­mo­lot, Re­agan po­spiesz­nie wy­gła­szał ostat­nie uwa­gi. Na­stęp­nie ob­jął Nan­cy w pa­sie i ra­zem ru­szy­li przez traw­nik do pre­zy­denc­kie­go he­li­kop­te­ra z bia­łym grzbie­tem ka­dłu­ba[10]. Ele­ganc­ko opra­co­wa­nym ge­stem jed­ną ręką uści­snął żonę, dru­gą zaś po­ma­chał zgro­ma­dzo­nym, ukło­nił się, po­słał po­że­gnal­ny po­ca­łu­nek, ob­ró­cił się i od­dał ho­no­ry żo­łnie­rzo­wi sa­lu­tu­jące­mu mu na scho­dach he­li­kop­te­ra. Za­nim wsia­dł do śmi­głow­ca w woj­sko­wych bar­wach, po­ma­chał jesz­cze swo­jej ma­łżon­ce. Ta mu od­ma­cha­ła, a pre­zy­dent znik­nął w ka­bi­nie. He­li­kop­ter za­czął się po­wo­li uno­sić, pre­zy­den­ta wi­dać było w jed­nym z okien. Raz jesz­cze po­ma­chał żo­nie i po­słał jej ostat­ni po­ca­łu­nek. Mie­li się roz­stać na całe dwa dni.

Szczyt w Rey­kja­víku zor­ga­ni­zo­wa­no dość na­gle, a pierw­sza dama zde­cy­do­wa­ła się na nie­go nie le­cieć. Mia­ła w pla­nach kil­ka spo­tkań w ra­mach swo­jej an­ty­nar­ko­ty­ko­wej kam­pa­nii "Po pro­stu po­wiedz nie". Ani ona, ani nikt z ob­słu­gi nie wie­dział, że pierw­sza dama Zwi­ąz­ku Ra­dziec­kie­go będzie to­wa­rzy­szyć mężo­wi[11]. Pani Re­agan nie była pó­źniej szcze­gól­nie za­do­wo­lo­na, wi­dząc, jak cała świa­to­wa pra­sa śle­dzi Ra­isę Gor­ba­czow w Rey­kja­víku, do­no­sząc nie­ustan­nie, do­kąd się uda­ła i co mia­ła na so­bie.

Nie żeby obie pa­nie za sobą tęsk­ni­ły. Nie przy­pa­dły so­bie do gu­stu rok wcze­śniej w Ge­ne­wie. Pani Gor­ba­czow była do szpi­ku roz­po­li­ty­ko­wa­na, na­wet zi­de­olo­gi­zo­wa­na - mó­wi­ło się, że jest znacz­nie bar­dziej od­da­ną ko­mu­nist­ką niż jej mąż. Pani Re­agan nie­zbyt in­te­re­so­wa­ła się po­li­ty­ką, a już na pew­no nie żad­ną ide­olo­gią. Naj­wa­żniej­szy na świe­cie był dla niej przede wszyst­kim "Ron­nie".

Po sie­dem­na­stu mi­nu­tach lotu do Bazy Lot­ni­czej An­drews he­li­kop­ter Ma­ri­ne One wy­lądo­wał kil­ka kro­ków od sa­mo­lo­tu Air For­ce One. Kie­dy tyl­ko pre­zy­dent wsia­dł na po­kład, sil­ni­ki od­pa­li­ły. Trzy mi­nu­ty pó­źniej sa­mo­lot był już w po­wie­trzu.

Po przy­wi­ta­niu z ka­pi­ta­nem Re­agan udał się do pry­wat­ne­go po­miesz­cze­nia i przy­go­to­wał się na dłu­gi lot[12]. W jego ga­bi­ne­cie na ko­ńcu dłu­gie­go ko­ry­ta­rza znaj­do­wa­ła się prze­strzeń do wy­po­czyn­ku i pra­cy, sy­pial­nia z pre­zy­denc­kim her­bem wy­szy­tym na po­ście­li, a ta­kże ła­zien­ka z to­a­le­tą i prysz­ni­cem.

Jak to miał w zwy­cza­ju przy ka­żdej za­gra­nicz­nej pod­ró­ży, pre­zy­dent na­sta­wił ze­ga­rek na czas lo­kal­ny miej­sca przy­jaz­du. Parę ru­chów po­krętłem i dzie­si­ąta trzy­dzie­ści zmie­ni­ła się w czter­na­stą trzy­dzie­ści[13]. Sa­mo­lot osi­ągnął pla­no­wa­ną wy­so­ko­ść, a wów­czas ste­ward oznaj­mił, że za­raz będzie po­da­ny lunch. Re­agan ucie­szył się, sły­sząc, że w menu jest pie­czeń rzym­ska[14]. Było to jego ulu­bio­ne da­nie mi­ęsne, ale po­da­wa­no je tyl­ko wte­dy, gdy pani Re­agan nie było na po­kła­dzie.

Wcze­sny po­si­łek był ko­lej­nym z jego zwy­cza­jów pod­ró­żnych[15]. Tak jak jego ze­ga­rek miał się prze­sta­wić na czas is­landz­ki, tak miał się też prze­sta­wić jego żo­łądek. O tej po­rze było już w za­sa­dzie dość pó­źno na lunch. Pre­zy­dent po­pił pie­czeń wodą i kawą bez­ko­fe­ino­wą. Rzad­ko pił al­ko­hol na po­kła­dzie, chy­ba że był to kie­li­szek wina, je­śli Nan­cy też je piła.

Po po­si­łku pre­zy­dent wzi­ął do ręki czar­ny, trzy­pie­rście­nio­wy se­gre­ga­tor. Po­nad pre­zy­denc­kim go­dłem zło­ty­mi li­te­ra­mi wy­pi­sa­no: "Spo­tka­nie pre­zy­den­ta Re­aga­na z pierw­szym se­kre­ta­rzem Gor­ba­czo­wem, Rey­kja­vík"[16].

Pierw­sza z ośmiu prze­kła­dek w se­gre­ga­to­rze za­wie­ra­ła "In­for­ma­cje ogól­ne". Zna­le­źć tam mo­żna było mapę z tra­są lotu z Wa­szyng­to­nu do Rey­kja­víku wy­ry­so­wa­ną czer­wo­ną za­krzy­wio­ną li­nią łączącą dwa mia­sta. Pod spodem wy­pi­sa­no od­le­gło­ść: 2880 mil w ka­żdą stro­nę, a ta­kże czas lotu: 5 go­dzin 20 mi­nut przy sprzy­ja­jących wia­trach oraz 6 go­dzin 5 mi­nut w dru­gą stro­nę, przy nie­po­my­śl­nych wia­trach. Na­stęp­na prze­kład­ka pre­zen­to­wa­ła "Uwa­gi o pre­zen­tach i zwy­cza­jach". Jesz­cze da­lej mo­żna było zna­le­źć in­for­ma­cje o kra­ju, wy­mia­nie pie­ni­ędzy, na­zwi­skach pra­cow­ni­ków ame­ry­ka­ńskiej am­ba­sa­dy - ca­łej dzie­wi­ąt­ki. Ostat­nia prze­kład­ka do­ty­czy­ła "Zwi­ąz­ku Ra­dziec­kie­go" oraz "Bez­pie­cze­ństwa i kon­tro­li zbro­jeń" i za­wie­ra­ła ofi­cjal­ne sta­no­wi­sko ad­mi­ni­stra­cji pre­zy­den­ta.

Cały ten ze­staw do­ku­men­tów był w wi­ęk­szo­ści pap­ką. Nie mia­ło to jed­nak zna­cze­nia, gdyż Re­agan za­zwy­czaj - je­śli w ogó­le - je­dy­nie kart­ko­wał przy­go­to­wa­ne dla nie­go ma­te­ria­ły. Słyn­na jest hi­sto­ria z maja 1983 roku, kie­dy to był go­spo­da­rzem klu­czo­wej se­sji szczy­tu eko­no­micz­ne­go gosz­czące­go ośmiu naj­wa­żniej­szych przy­wód­ców pa­ństw Za­cho­du. Ma­low­ni­cza sce­ne­ria skan­se­nu hi­sto­rycz­ne­go Co­lo­nial Wil­liams­burg od­po­wia­da­ła oso­bo­wo­ści Re­aga­na, tak samo jak i jego ów­cze­sny wy­stęp. W dniu otwar­cia szczy­tu szef per­so­ne­lu Bia­łe­go Domu Ja­mes Ba­ker za­py­tał pre­zy­den­ta, czy ten ma ja­kieś py­ta­nia do­ty­czące ma­te­ria­łów, któ­re otrzy­mał po­przed­nie­go wie­czo­ru. Pre­zy­dent od­pa­rł, że nie ma żad­nych py­tań. Praw­dę mó­wi­ąc, nie otwo­rzył na­wet tych ma­te­ria­łów, gdyż w te­le­wi­zji emi­to­wa­no znów film Dźwi­ęki mu­zy­ki, a on po pro­stu nie mógł się oprzeć, aby go raz jesz­cze nie obej­rzeć.

Hi­sto­ria ta wy­wo­ła­ła wie­le żar­ci­ków w Wa­szyng­to­nie. Wzmoc­ni­ła też wi­ze­ru­nek Re­aga­na jako - jak to ujął je­den z naj­bar­dziej ce­nio­nych in­te­lek­tu­ali­stów sto­li­cy, Clark Clif­ford - "sym­pa­tycz­ne­go nie­uka". Fa­cet nie czy­tał na­wet ma­te­ria­łów przy­go­to­wa­nych dla nie­go przed wa­żnym spo­tka­niem, któ­re­go był go­spo­da­rzem!

Po­śród szy­derstw wie­lu oso­bom umknął jed­nak fakt, że Re­agan osta­tecz­nie po­pro­wa­dził szczyt ina­czej i le­piej niż wie­lu wcze­śniej­szych go­spo­da­rzy. Upa­rł się, aby li­de­rzy ośmiu de­mo­kra­cji prze­my­sło­wych na­praw­dę po­roz­ma­wia­li, a nie tyl­ko mie­li­li przy­go­to­wa­ne przez swo­ich pra­cow­ni­ków punk­ty. Re­agan zręcz­nie po­pro­wa­dził ich w stro­nę te­ma­tów prze­kra­cza­jących za­ło­że­nia szczy­tu E-8 - ta­kich, któ­re uwa­żał za wa­żniej­sze od ofi­cjal­nych, jak na przy­kład jed­no­ść NATO, kie­dy w tym sa­mym roku Sta­ny Zjed­no­czo­ne umiesz­cza­ły w Eu­ro­pie ra­kie­ty po­śred­nie­go za­si­ęgu[17]. Na­wet naj­bar­dziej zja­dli­wy z ko­le­gów po fa­chu Re­aga­na, skłon­ny do szy­derstw pre­mier Ka­na­dy Pier­re Tru­de­au, pu­blicz­nie na­zwał szczyt eko­no­micz­ny Re­aga­na "bez­pre­ce­den­so­wym suk­ce­sem"[18].

Fol­der na biur­ku w ga­bi­ne­cie pre­zy­den­ta za­wie­rał wa­żniej­sze ma­te­ria­ły niż czar­ny sko­ro­szyt. Kil­ka taj­nych no­ta­tek do­ty­czy­ło ko­lej­nych czter­dzie­stu ośmiu go­dzin.

No­tat­ka se­kre­ta­rza sta­nu Geo­r­ge'a Shult­za, da­to­wa­na na 2 pa­ździer­ni­ka, zo­sta­ła opa­trzo­na stem­plem TAJ­NE/DANE WRA­ŻLI­WE. Gdy­by jesz­cze po­zo­sta­ły ja­kie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści, to ktoś do­pi­sał ręcz­nie: "su­per­w­ra­żli­we"[19]. W no­tat­ce se­kre­tarz za­chęcał pre­zy­den­ta, by na szczy­cie przy­jął "po­sta­wę po­zy­tyw­ną, pew­ną sie­bie i wład­czą", jak­by Re­agan był w sta­nie przy­jąć ja­kąkol­wiek inną. Pó­źniej zaś do­ra­dzał: "Nie po­win­ni­śmy od­dzie­lać for­my od tre­ści ani po­zo­rów od esen­cji. W Rey­kja­víku będą się one prze­pla­tać". Shultz po­zo­sta­wił Re­aga­no­wi do roz­strzy­gni­ęcia, co to wła­ści­wie może zna­czyć. O ile pre­zy­dent po­wi­nien "pod­kre­ślać po­ten­cjał znacz­ne­go po­stępu", to po­wi­nien też uwa­żać, by nie "po­wsta­ło wra­że­nie, iż sam Rey­kja­vík jest już szczy­tem". Shultz za­ko­ńczył po­chleb­ną uwa­gą: "Po­li­ty­ka, jaką za­ini­cjo­wał pan sze­ść lat temu, spra­wi­ła, że dziś mamy moc­ną po­zy­cję". Te moc­ne fun­da­men­ty stwo­rzy­ły oka­zję do osi­ągni­ęcia "re­al­nej re­duk­cji ar­se­na­łu nu­kle­ar­ne­go - co samo w so­bie jest hi­sto­rycz­nym osi­ągni­ęciem, a ta­kże po­tężnym kro­kiem w stro­nę pa­ńskiej wi­zji bez­piecz­niej­sze­go świa­ta przy­szło­ści".

Nie­wy­klu­czo­ne, że czy­ta­jąc te su­per­w­ra­żli­we i ści­śle taj­ne urzędo­we do­ku­men­ty, Re­agan my­ślał, że le­piej spędzi­łby czas, po­now­nie ogląda­jąc Dźwi­ęki mu­zy­ki.

Kie­dy Air For­ce One le­ciał wci­ąż na wschód w stro­nę Is­lan­dii, pre­zy­dent po­gry­zał owo­ce i żel­ki, któ­re ubra­ny na nie­bie­sko ste­ward po­kła­do­wy sta­le do­no­sił na jego biur­ko[20]. Aby umi­lić so­bie pod­róż, Re­agan zaj­rzał do po­ko­ju kon­fe­ren­cyj­ne­go tuż obok swo­je­go ga­bi­ne­tu, by po­ga­wędzić ze wspó­łpra­cow­ni­ka­mi i opo­wie­dzieć kil­ka aneg­dot[21]. Mó­wił, że nie­daw­no prze­czy­tał Czer­wo­ny sztorm Toma Clan­cy'ego, gdzie znaj­do­wa­ły się rów­nież barw­ne opi­sy Is­lan­dii. Wspo­mniał też pew­ne­go astro­nau­tę, któ­ry po­wie­dział, że na Ksi­ęży­cu kra­jo­braz jest bar­dziej przy­ja­zny niż na przed­mie­ściach Rey­kja­víku, gdzie tre­no­wa­li przed lo­tem.

Wie­le opo­wie­ści Re­aga­na si­ęga­ło lat spędzo­nych w Hol­ly­wo­od, ale naj­bar­dziej lu­bił hi­sto­rie o do­ra­sta­niu w Di­xon w sta­nie Il­li­no­is. Mó­wił o cza­sach, gdy był ra­tow­ni­kiem na pla­ży w Lo­well Park, gdzie na pniu wy­ci­nał kre­skę za ka­żde ura­to­wa­ne ży­cie. Jak twier­dził, pod ko­niec jego pra­cy na pniu znaj­do­wa­ła się im­po­nu­jąca licz­ba sie­dem­dzie­si­ęciu sied­miu na­ci­ęć[22].

Przez całą resz­tę ży­cia Re­agan pró­bo­wał do­ło­żyć ko­lej­ne ura­to­wa­ne ist­nie­nia do tam­tej sie­dem­dzie­si­ąt­ki sió­dem­ki. Wy­obra­żał so­bie, że wci­ąż jest ra­tow­ni­kiem, tyle że na wi­ęk­szą ska­lę niż w cza­sach Lo­well Park.

Pre­zy­dent wró­cił do ga­bi­ne­tu i prze­czy­tał dru­gie me­mo­ran­dum w czer­wo­nym se­gre­ga­to­rze, rów­nież opi­sa­ne jako TAJ­NE/WRA­ŻLI­WE. No­tat­ka sta­no­wi­ąca ko­lej­ny przy­kład taj­niac­kie­go żar­go­nu, na­pi­sa­na przez eks­per­ta Bia­łe­go Domu od spraw ra­dziec­kich, przy­naj­mniej jed­no mó­wi­ła ja­sno: "W przy­szłym ty­go­dniu uda­je­my się do Rey­kja­víku, nie ma­jąc po­jęcia, w jaki spo­sób Gor­ba­czow pla­nu­je wy­ko­rzy­stać to spo­tka­nie". Ostat­nio wy­ka­zy­wał się "nie­zde­cy­do­wa­niem", może więc być "au­ten­tycz­nie nie­pew­ny, a na­wet scep­tycz­ny, więc będzie pan [pre­zy­dent] mu­siał go naj­pierw wy­ku­rzyć z nory"[23].

Za­miast za­tem kon­cen­tro­wać się na po­li­ty­ce, Re­agan przy­go­to­wy­wał się na Rey­kja­vík głów­nie od stro­ny psy­cho­lo­gicz­nej. We­dług Jac­ka Ma­tloc­ka, wy­bit­ne­go eks­per­ta Bia­łe­go Domu od spraw ra­dziec­kich, a ta­kże pro­wa­dzące­go no­tat­ki dla stro­ny ame­ry­ka­ńskiej pierw­sze­go ran­ka w Rey­kja­víku, pre­zy­dent skon­cen­tro­wał się na "psy­cho­lo­gii przy­wód­ców ra­dziec­kich, pró­bu­jąc zro­zu­mieć ich tok my­śle­nia i zna­le­źć spo­so­by dzia­ła­nia oraz ar­gu­men­ty, któ­re skło­nią ich do zmia­ny po­stępo­wa­nia"[24].

W Bia­łym Domu i w wa­szyng­to­ńskiej dziel­ni­cy Fog­gy Bot­tom zor­ga­ni­zo­wa­no wcze­śniej wie­le spo­tkań na szczy­cie, by przy­go­to­wać się na to, co może ich cze­kać na Is­lan­dii[25]. Shultz był go­spo­da­rzem kil­ku z nich w swo­im wy­kła­da­nym drew­nem, pry­wat­nym ga­bi­ne­cie na siód­mym pi­ętrze De­par­ta­men­tu Sta­nu. Nikt jed­nak nie za­pla­no­wał i nie uzgod­nił ze stro­ną ra­dziec­ką ta­kich pod­sta­wo­wych ele­men­tów pro­fe­sjo­nal­nych spo­tkań, jak plan roz­mów, czas se­sji i uczest­ni­cy obu de­le­ga­cji. Ma­jąc przed sobą wy­bo­ry uzu­pe­łnia­jące za le­d­wie trzy ty­go­dnie, pre­zy­dent an­ga­żo­wał się sil­nie w kam­pa­nię re­pu­bli­ka­nów w ca­łym kra­ju. Aby po­now­nie sku­pić się na spra­wach mi­ędzy­na­ro­do­wych, zor­ga­ni­zo­wał roz­mo­wę na te­mat Rey­kja­víku w Po­ko­ju Ro­ose­vel­ta, po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza od Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go[26]. Klu­czo­we py­ta­nie na wszyst­kich spo­tka­niach przed Rey­kja­víkiem było ta­kie samo: "Cze­go po­win­ni­śmy się spo­dzie­wać po Gor­ba­czo­wie?". A od­po­wie­dź wszyst­kich eks­per­tów była iden­tycz­na: "Nie­zbyt wie­le".

Wszyst­kie ze­bra­ne in­for­ma­cje su­ge­ro­wa­ły, że Gor­ba­czow pro­po­nu­je Rey­kja­vík, by po­pra­wić swo­ją po­zy­cję we wła­snym kra­ju. Kon­fron­tu­jąc się z na­ra­sta­jącym tam opo­rem, miał po­ka­zać, że w ska­li glo­bal­nej po­zo­sta­je li­de­rem. Miał zręcz­nie osi­ągnąć swój cel, za­pra­sza­jąc pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych na omia­ta­ną wia­tra­mi wy­spę na da­le­kim od­lu­dziu. Tak samo sy­tu­ację oce­nia­li obaj am­ba­sa­do­rzy - ame­ry­ka­ński am­ba­sa­dor w Mo­skwie Ar­thur Hart­man oraz ra­dziec­ki w Wa­szyng­to­nie Ju­rij Du­bi­nin - w cza­sie dwóch od­ręb­nych roz­mów w ga­bi­ne­cie Shult­za.

Pew­ni na­szej oce­ny sy­tu­acji, nie mie­li­śmy pro­ble­mu w spra­wie spo­tka­nia pe­łne­go uści­sków dło­ni i uśmie­chów, je­śli to na­praw­dę mia­ło po­móc Gor­ba­czo­wo­wi. Osta­tecz­nie nikt nie był lep­szy w ści­ska­niu dło­ni i uśmie­cha­niu się od Ro­nal­da Re­aga­na.

Air For­ce One wio­zący Re­aga­na na Is­lan­dię - SAM 27000 - stał się częścią flo­ty pre­zy­denc­kiej w roku 1972. Cho­ciaż był dość mały w po­rów­na­niu z 747, któ­ry pó­źniej go za­stąpił, miał taki roz­miar i taką hi­sto­rię, ja­kie po­do­ba­ły się Re­aga­no­wi. To do­brze, bo pre­zy­dent miał prze­być na nim wi­ęcej mil (630 000) niż któ­ry­kol­wiek z jego po­przed­ni­ków. Ca­łkiem traf­nie sa­mo­lot zna­la­zł swo­je miej­sce w Bi­blio­te­ce Pre­zy­denc­kiej Ro­nal­da Re­aga­na. Sto­jąca w pa­wi­lo­nie ma­szy­na wy­gląda, jak­by cały czas była go­to­wa do lotu.

Za po­ko­ja­mi pre­zy­denc­ki­mi znaj­do­wa­ła się sala kon­fe­ren­cyj­na oraz kil­ka miejsc dla naj­wa­żniej­szych pre­zy­denc­kich do­rad­ców i se­kre­ta­rzy. Inne miej­sca prze­zna­czo­no dla pra­cow­ni­ków ob­słu­gi ni­ższej ran­gi, kil­ka dla pra­sy, a na sa­mym ko­ńcu rów­nież dla agen­tów wy­wia­du.

Do­nald Re­gan za­sia­dł na miej­scu za­re­zer­wo­wa­nym dla sze­fa per­so­ne­lu Bia­łe­go Domu - na pierw­szym miej­scu w pierw­szym rzędzie. Re­gan, syn ir­landz­kie­go po­li­cjan­ta z Bo­sto­nu, do­stał się na Ha­rvard, ale rzu­cił tam­tej­sze pra­wo, aby wstąpić do pie­cho­ty mor­skiej, kie­dy wy­bu­chła dru­ga woj­na świa­to­wa. Brał udział w pi­ęciu bi­twach na po­łu­dnio­wym Pa­cy­fi­ku, w tym w tak ci­ężkich jak Gu­adal­ca­nal i Oki­na­wa. Ka­żdy, kto na­zwał go "by­łym ma­ri­nes", był na­tych­miast besz­ta­ny i po­pra­wia­ny sło­wa­mi: "Je­stem jed­nym z ma­ri­nes". Fak­tycz­nie nim po­zo­stał.

Re­gan, czło­wiek by­stry i zde­ter­mi­no­wa­ny, za­trud­nił się w Mer­rill Lynch jako sta­ży­sta, a sko­ńczył jako dy­rek­tor ge­ne­ral­ny. Miał sil­ny tem­pe­ra­ment i barw­ne słow­nic­two. Ko­rzy­sta­no z nie­go, bo miał po­słuch i umiał do­pro­wa­dzać spra­wy do ko­ńca.

Re­gan świet­nie się spi­sał jako se­kre­tarz skar­bu Re­aga­na. Prze­pro­wa­dził przez Kon­gres naj­wa­żniej­szą re­for­mę po­dat­ków od dwu­dzie­stu pi­ęciu lat i prze­for­so­wał re­ago­no­mi­kę. Dzie­lił z pre­zy­den­tem pra­gnie­nie ogra­ni­cze­nia po­dat­ków i wy­dat­ków rządo­wych, choć trze­ba przy­znać, że oba te cele były ra­czej szum­nie ogła­sza­ne niż rze­czy­wi­ście osi­ągni­ęte.

Pod ko­niec pierw­szej ka­den­cji Re­aga­na Re­gan stał się co­raz bar­dziej znie­cier­pli­wio­ny w De­par­ta­men­cie Skar­bu. Ogar­nął sy­tu­ację, zna­ko­mi­cie się spi­sał i te­raz szu­kał no­wych wy­zwań. Na szczęście szef per­so­ne­lu Bia­łe­go Domu Ja­mes Ba­ker czuł się po­dob­nie. Dzie­ci­ństwo Ba­ke­ra w ro­dzi­nie pa­try­cju­szow­skiej, spędzo­ne po­śród wy­praw ło­wiec­kich i pry­wat­nych wa­go­nów ko­le­jo­wych, ca­łkiem ró­żni­ło się od ubo­gie­go dzie­ci­ństwa Re­ga­na na uli­cach Bo­sto­nu. Mimo to przy­pa­dli so­bie do gu­stu. Obaj wie­rzy­li w twar­de spo­so­by za­rządza­nia. Obaj osi­ągnęli zna­ko­mi­te re­zul­ta­ty. Pew­ne­go razu ga­wędzi­li i zda­li so­bie spra­wę z obu­stron­ne­go znu­dze­nia, a wów­czas zro­dził się w nich no­wa­tor­ski po­my­sł, by za­mie­nić się sta­no­wi­ska­mi. Ba­ker mógł prze­nie­ść się do De­par­ta­men­tu Skar­bu, a Re­gan do Bia­łe­go Domu. Wpa­dli więc pro­sto do Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go, by za­pro­po­no­wać to nie­co­dzien­ne roz­wi­ąza­nie. Pre­zy­dent na­tych­miast się zgo­dził, jak­by obo­jęt­ne mu było, kto ja­kie sta­no­wi­sko zaj­mu­je.

W ten spo­sób wraz z roz­po­częciem dru­giej ka­den­cji Re­aga­na sze­fem per­so­ne­lu Bia­łe­go Domu zo­stał Re­gan. Uwa­żał się ra­czej za ko­goś na kszta­łt pre­mie­ra niż do­rad­cę - pil­no­wał dzia­ła­nia ad­mi­ni­stra­cji i kon­tro­lo­wał prze­pływ in­for­ma­cji do i z Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go. Har­ry Tru­man miał nad biur­kiem ta­blicz­kę z na­pi­sem: "Tu ko­ńczy się wa­sza od­po­wie­dzial­no­ść". Re­gan po­sze­dł da­lej i ka­zał zro­bić so­bie ta­blicz­kę z na­pi­sem: "Tu wa­sza od­po­wie­dzial­no­ść na­wet na chwi­lę nie przy­sta­je". Sku­tecz­no­ść była dla nie­go wszyst­kim. Kie­dy po­ja­wia­ły się ja­kie­kol­wiek spra­wy, na­tych­miast za­pa­da­ły de­cy­zje.

Nowa pra­ca sta­no­wi­ła dla Re­ga­na wy­zwa­nie, jed­nak tak na­praw­dę nie­zbyt mu od­po­wia­da­ła. Choć za­wsze był aser­tyw­ny, te­raz stał się au­to­ry­tar­ny, a na­wet nad­gor­li­wy. Jego kwie­ci­sty język nie od­po­wia­dał człon­kom Kon­gre­su i urzęd­ni­kom rządo­wym. Ze­brał wo­kół sie­bie ka­drę gor­li­wych do­rad­ców - szyb­ko na­zwa­nych "my­sza­mi" - bar­dziej lo­jal­nych wo­bec nie­go niż wo­bec pre­zy­den­ta. Przy­znał so­bie ca­ło­do­bo­wą ochro­nę słu­żb spe­cjal­nych, cze­go nie zro­bił na­wet Har­ry Rob­bins Hal­de­man za cza­sów im­pe­rial­nej pre­zy­den­tu­ry Ni­xo­na. Na ban­kie­ty zaś wkra­czał z pom­pą, tuż przed pre­zy­den­tem, ale już po tym, jak or­kie­stra za­gra­ła Niech żyje Wódz.

W mie­ście, gdzie sta­tus spo­łecz­ny sta­no­wi ob­se­sję, a plot­ki są do­mo­wym prze­twór­stwem, dzia­ła­nia i pre­ten­sje Re­ga­na zo­sta­ły dro­bia­zgo­wo od­no­to­wa­ne. Masa kry­tycz­na nie zo­sta­ła jed­nak prze­kro­czo­na, do­pó­ki nie­za­do­wo­le­nie nie do­ta­rło do pierw­szej damy.

Tuż przed pierw­szym szczy­tem Re­aga­na z Gor­ba­czo­wem, któ­ry od­był się w Ge­ne­wie w li­sto­pa­dzie 1985 roku, Re­gan rzu­cił uwa­gę, że ko­bie­ty nie przej­mu­ją się kon­tro­lą zbro­jeń, gdyż nie ro­zu­mie­ją spra­wy udźwi­gu po­ci­sków ba­li­stycz­nych. Nie zo­sta­ło to do­brze przy­jęte[27]. W sto­li­cy Szwaj­ca­rii ofi­cjal­ny fo­to­graf Bia­łe­go Domu zro­bił zdjęcie, na któ­rym pre­zy­dent Re­agan i pierw­szy se­kre­tarz Gor­ba­czow sie­dzą obok sie­bie na czer­wo­nej so­fie i wy­kręca­ją szy­je, by spoj­rzeć na Re­ga­na, któ­ry stoi za nimi i spra­wia wra­że­nie, jak­by nimi do­wo­dził. Kie­dy zdjęcie po­ja­wi­ło się w "New York Ti­me­sie" i na pierw­szych stro­nach ga­zet ca­łe­go świa­ta, Re­gan zna­la­zł się u pierw­szej damy na li­ście osób, na któ­re trze­ba uwa­żać.

Mimo tych wad Don Re­gan do­brze przy­słu­żył się Ro­nal­do­wi Re­aga­no­wi w Rey­kja­víku. Po pierw­sze, do­sko­na­le znał swe­go sze­fa. Pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych miał już sie­dem­dzie­si­ąt pięć lat, a kil­ka lat temu do­stał kulę kil­ka cen­ty­me­trów od ser­ca. Wie­dząc, że źle re­agu­je na zmia­ny cza­su, Re­gan zor­ga­ni­zo­wał dwa dni od­po­czyn­ku na Is­lan­dii. Po dru­gie zaś, wie­dząc, że pre­zy­dent nie lubi ofi­cjal­nych do­ku­men­tów, ogra­ni­czał wszyst­kie ma­te­ria­ły do mi­ni­mum.

Na prze­dzie Air For­ce One sie­dział też ko­le­ga Re­ga­na i jego kom­pan z pie­cho­ty mor­skiej, se­kre­tarz sta­nu Geo­r­ge Shultz. Wraz ze swym ra­dziec­kim od­po­wied­ni­kiem Edu­ar­dem Sze­ward­na­dzem był jed­nym z dwóch naj­wa­żniej­szych dy­plo­ma­tów na świe­cie. Obaj wcze­śniej nie osi­ągnęli zbyt wie­le w dy­plo­ma­cji i uczy­li się rze­mio­sła ra­zem, szcze­gól­nie w cza­sie po­nad trzy­dzie­stu wza­jem­nych spo­tkań. Shultz miał do­świad­cze­nie ra­czej w eko­no­mii i biz­ne­sie, ale w prze­ci­wie­ństwie do Re­ga­na - ra­czej od stro­ny aka­de­mic­kiej. Na ple­cach ka­żde­go krze­sła w sali ga­bi­ne­tu w Bia­łym Domu znaj­du­je się mała mo­si­ężna ta­blicz­ka z na­zwi­skiem i ty­tu­łem sie­dzące­go. Na krze­śle Shult­za, tuż po pra­wej stro­nie pre­zy­den­ta, umiesz­czo­no czte­ry ta­blicz­ki[28] - "Se­kre­tarz Pra­cy 1969-70", "Dy­rek­tor Bu­dże­to­wy 1970-72", "Se­kre­tarz Skar­bu 1972-74" oraz naj­now­sza: "Se­kre­tarz Sta­nu 1982-". Mia­ła być pó­źniej uzu­pe­łnio­na datą 1989, bo Shultz zo­stał naj­dłu­żej urzędu­jącym - sze­ść i pół roku - se­kre­ta­rzem sta­nu od cza­su De­ana Ru­ska[29].

Trzy pierw­sze po­sa­dy, wszyst­kie w ad­mi­ni­stra­cji Ni­xo­na, po­zwo­li­ły mu zy­skać uzna­nie za spra­wą jego uwa­żno­ści, pra­wo­ści i spo­ko­ju. Na­wet Hen­ry Kis­sin­ger - nie­skłon­ny do ule­ga­nia wpły­wom in­nych lu­dzi na sta­no­wi­skach rządo­wych, zwłasz­cza gdy uwa­żał je za swo­je sta­no­wi­ska - osta­tecz­nie za­pa­łał sym­pa­tią do Shult­za. "Nie po­zna­łem ni­ko­go w sfe­rze pu­blicz­nej, kogo bym bar­dziej sza­no­wał i bar­dziej lu­bił" - na­pi­sał w swych pa­mi­ęt­ni­kach. "Bar­dzo ana­li­tycz­ny, spo­koj­ny, al­tru­istycz­ny, Shultz brak tem­pe­ra­men­tu nad­ra­biał uczci­wo­ścią i traf­ny­mi sąda­mi. (...) Ni­g­dy nie pra­gnął oso­bi­stych ko­rzy­ści. (...) Gdy­bym mógł wy­brać jed­ne­go Ame­ry­ka­ni­na, któ­re­mu w chwi­li kry­zy­su po­wie­rzy­łbym losy kra­ju, by­łby nim Geo­r­ge Shultz"[30].

Do Re­aga­na bar­dziej prze­ma­wiał tem­pe­ra­ment Shult­za niż jego in­te­li­gen­cja czy do­świad­cze­nie. Po dwóch la­tach nie­ko­ńczącej się bu­rzy i na­po­ru, kie­dy se­kre­ta­rzem sta­nu był Al Haig, w czerw­cu 1982 roku Re­agan od­wo­łał Ha­iga, a na jego miej­sce po­wo­łał przy­po­mi­na­jące­go Bud­dę Shult­za. "Wi­dzia­łem, że pre­zy­dent wy­ra­źnie się od­pręża w to­wa­rzy­stwie Shult­za" - wspo­mi­nał wie­lo­let­ni do­rad­ca Re­aga­na Mike De­aver. "Ma wspa­nia­ły styl by­cia, któ­ry bar­dzo od­po­wia­da Re­aga­no­wi i spra­wia, że ten czu­je się przy nim bar­dzo swo­bod­nie"[31]. Pa­no­wie po­zna­li się w Ka­li­for­nii w la­tach sie­dem­dzie­si­ątych, kie­dy Re­agan był gu­ber­na­to­rem, a Shultz dy­rek­to­rem mi­ędzy­na­ro­do­wej fir­my in­ży­nier­skiej Bech­tel z San Fran­ci­sco. W roku 1980 jako pre­zy­dent elekt Re­agan po­wo­łał Shult­za na sze­fa swo­je­go eko­no­micz­ne­go ze­spo­łu prze­jścio­we­go.

Jako se­kre­tarz sta­nu Shultz był uwa­żny i pro­fe­sjo­nal­ny, miał też dwie inne za­le­ty. Pierw­szą była zdol­no­ść do od­ga­dy­wa­nia, cze­go chce jego szef, i usil­nej pra­cy na rzecz osi­ągni­ęcia tych ce­lów. Przez po­nad sze­ść lat Shultz kie­ro­wał się przede wszyst­kim tą jed­ną my­ślą: Cze­go chce ode mnie Re­agan? To wiel­ka za­le­ta w ad­mi­ni­stra­cji, rzad­ka po­śród urzęd­ni­ków wa­szyng­to­ńskich, któ­rzy za­zwy­czaj my­ślą, jak spra­wić, by pre­zy­dent ro­bił to, cze­go chcą oni. Po dru­gie, Shultz wcie­lał w ży­cie za­sa­dę, któ­rą często wy­gła­szał, iż "po­li­ty­ka jest sztu­ką włącza­nia". Po­cząw­szy od klu­czo­we­go, wzna­wia­jące­go roz­mo­wy o zbro­je­niach spo­tka­nia w Ge­ne­wie w stycz­niu 1985 roku z ra­dziec­kim mi­ni­strem spraw za­gra­nicz­nych An­drie­jem Gro­my­ką, Shultz za­pra­szał przed­sta­wi­cie­li ró­żnych agen­cji, od CIA przez Agen­cję Kon­tro­li Zbro­jeń po Pen­ta­gon, by wraz z nim bra­li udział w ne­go­cja­cjach[32]. Ko­rzy­stał z ich zró­żni­co­wa­nej wie­dzy i rady, a ta­kże umiał skło­nić często ry­wa­li­zu­jące agen­cje do zgod­nej wspó­łpra­cy w spo­sób pro­duk­tyw­ny.

Wła­śnie dla­te­go do Rey­kja­víku wy­bra­ła się rów­nież gru­pa eks­per­tów od kon­tro­li zbro­jeń. Po­nie­waż pre­zy­dent chciał ze sobą za­brać nie­wie­lu wspó­łpra­cow­ni­ków, Re­gan wy­kre­ślał z li­sty ko­lej­ne na­zwi­ska. Mimo to Shultz zdo­łał wci­snąć kil­ku eks­per­tów, cho­ciaż uwa­ża­no, że ich rada praw­do­po­dob­nie nie będzie po­trzeb­na.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

WSTĘP

Szczyt w Rey­kja­víku miał w so­bie coś z kry­mi­na­łu Aga­thy Chri­stie. Dwie wy­ra­zi­ste po­sta­cie po­ja­wia­ją się w week­end na od­izo­lo­wa­nej, sma­ga­nej wia­tra­mi wy­spie, na do­da­tek w domu, w któ­rym po­dob­no stra­szy. Deszcz tłu­cze o szy­by i dzie­ją się rze­czy na­praw­dę nie­zwy­kłe. Spo­tka­nie Ro­nal­da Re­aga­na i Mi­cha­iła Gor­ba­czo­wa 11 i 12 pa­ździer­ni­ka 1986 roku było inne od wszyst­kie­go, co wy­da­rzy­ło się przed­tem czy po­tem - mro­żąca krew w ży­łach fa­bu­ła, sil­ne oso­bo­wo­ści i roz­ma­ite in­ter­pre­ta­cje wy­da­rzeń przez ko­lej­ne ćwie­rćwie­cze.

De­ka­dę pó­źniej Gor­ba­czow po­wie­dział, że cały ten dra­mat miał ra­czej coś z bar­da Wil­lia­ma Szek­spi­ra niż z damy Aga­thy Chri­stie:

Praw­dzi­wie szek­spi­row­skie na­mi­ęt­no­ści kry­ły się pod cien­ką za­sło­ną uprzej­mych i dy­plo­ma­tycz­nych ne­go­cja­cji, pro­wa­dzo­nych w przy­tul­nym, ma­łym dom­ku sto­jącym na brze­gu ciem­ne­go, po­nu­re­go i po­ryw­cze­go oce­anu. Akom­pa­nia­ment tej mrocz­nej przy­ro­dy wci­ąż żywo tkwi w mo­jej pa­mi­ęci[1].

Nam, wszyst­kim człon­kom ame­ry­ka­ńskiej de­le­ga­cji, wy­da­wa­ło się, że week­end w Rey­kja­víku prze­bie­gnie bez szcze­gól­nych wy­da­rzeń, a cała ak­cja ro­ze­gra się rok pó­źniej, na praw­dzi­wym szczy­cie w Wa­szyng­to­nie. Oka­za­ło się jed­nak, że na Is­lan­dii cze­kał nas emo­cjo­nal­ny rol­ler­co­aster pe­łen zwro­tów ak­cji, wzlo­tów i upad­ków przez cały week­end. Rod Mac­Le­ish z Na­tio­nal Pu­blic Ra­dio na­zwał szczyt "jed­nym z naj­bar­dziej nie­zwy­kłych wy­da­rzeń w dzie­jach dy­plo­ma­cji", pod­czas gdy wy­bit­ny ko­re­spon­dent z "Wa­shing­ton Post", a pó­źniej kro­ni­karz zim­nej woj­ny Don Obe­rdor­fer mó­wił o "jed­nych z naj­bar­dziej kon­tro­wer­syj­nych - i naj­bar­dziej dzi­wacz­nych - ne­go­cja­cji mi­ędzy gło­wa­mi po­tężnych pa­ństw w epo­ce no­wo­żyt­nej"[2]. Gor­ba­czow zaś był zmęczo­ny "ci­ągnący­mi się i wy­czer­pu­jący­mi spo­ra­mi"[3].

Ina­czej niż wi­ęk­szo­ść szczy­tów, jak rów­nież dra­ma­tów, fa­bu­ła zda­rzeń w Rey­kja­víku prze­bie­ga­ła nie­zgod­nie ze sce­na­riu­szem. Sama ta se­sja była już nie­spo­dzian­ką, a sko­ńczy­ła się, przy­no­sząc jed­ną nie­spo­dzian­kę za dru­gą. Nie wie­dzie­li­śmy, co może się za­raz zda­rzyć ani jak się to wszyst­ko sko­ńczy - i to nie tyl­ko w ska­li week­en­du, ale rów­nież na­stęp­nych mie­si­ęcy czy lat.

Za ten nie­zwy­kły roz­wój wy­da­rzeń od­po­wia­da­ją moc­ne cha­rak­te­ry bo­ha­te­rów dra­ma­tu. Re­agan i Gor­ba­czow na­le­żą do naj­bar­dziej in­try­gu­jących i naj­wa­żniej­szych po­sta­ci dwu­dzie­ste­go wie­ku. Przez ja­kieś dzie­si­ęć i pół go­dzi­ny w Rey­kja­víku roz­ma­wia­li ze sobą bez­po­śred­nio - bez po­rad wspó­łpra­cow­ni­ków, szcze­gó­ło­wych pla­nów ne­go­cja­cji czy po­moc­nych no­ta­tek. Byli wów­czas sobą bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek w cza­sie spra­wo­wa­nia urzędu. Dzi­ęki od­taj­nio­nym już no­tat­kom ame­ry­ka­ńskim i ra­dziec­kim z tej pry­wat­nej roz­mo­wy mo­że­my jak przez dziur­kę od klu­cza zaj­rzeć do ma­łe­go po­ko­ju i ich zo­ba­czyć, usły­szeć wza­jem­ne ri­po­sty i uświa­do­mić so­bie, w co wie­rzy­li, jak my­śle­li. Mo­że­my przyj­rzeć się tym klu­czo­wym po­sta­ciom w taki spo­sób, w jaki rzad­ko jest to mo­żli­we, gdy ba­da­my wy­da­rze­nia hi­sto­rycz­ne.

Rey­kja­vík zmie­nił ich obu, zmie­nił ich re­la­cję, a tym sa­mym re­la­cję mi­ędzy mo­car­stwa­mi. Dzień po po­wro­cie z Rey­kja­víku Gor­ba­czow po­wie­dział w pa­ństwo­wej te­le­wi­zji ra­dziec­kiej, że po Rey­kja­víku "nikt nie może już dzia­łać tak, jak dzia­łał do­tąd"[4]. Ża­den z przy­wód­ców ani ża­den z kra­jów.

Obok tych dwóch głów­nych bo­ha­te­rów swo­je za­sad­ni­cze role ode­gra­ły po­sta­cie dru­go­pla­no­we. Naj­bar­dziej kon­struk­tyw­ną, a na­stęp­nie tra­gicz­ną oka­zał się szef Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go Sił Zbroj­nych ZSRR, pi­ęcio­gwiazd­ko­wy ge­ne­rał Sier­giej Achro­mie­jew. Przez dzie­si­ęcio­le­cia dzia­łał w cie­niu i za ku­li­sa­mi, w Rey­kja­víku zaś miał swo­je kil­ka go­dzin chwa­ły, kie­dy to do­po­mó­gł zmie­nić bieg dzie­jów. Nie mógł wie­dzieć, że jego wkład przy­czy­ni się osta­tecz­nie do znisz­cze­nia kra­ju, któ­ry ko­chał, oraz ży­cia, ja­kie pro­wa­dził.

In­nym klu­czo­wym ele­men­tem tego dra­ma­tu był dom Höf?i, przy­tul­ny i ro­bi­ący wra­że­nie bu­dy­nek, o któ­rym lu­dzie skłon­ni do ta­kich wie­rzeń mó­wi­li, że w nim stra­szy. W cza­sie szczy­tu po­nad po­ło­wa Is­land­czy­ków wie­rzy­ła w elfy i skrza­ty - w tym rów­nież pre­mier kra­ju. Dom Höf?i stał się dzi­wacz­nym, ale go­ścin­nym miej­scem spo­tka­nia dwóch naj­po­tężniej­szych lu­dzi na świe­cie.

Jak­by nie dość było na­głych zwro­tów ak­cji, wy­bit­nych po­sta­ci i nie­zwy­kłej sce­ne­rii, szczyt w Rey­kja­víku stał się w ko­lej­nych la­tach przed­mio­tem go­rącej de­ba­ty i od­mien­nych in­ter­pre­ta­cji. Za­raz po jego za­ko­ńcze­niu zo­stał po­wszech­nie okre­ślo­ny jako ca­łko­wi­ta po­ra­żka, po­nie­waż obaj przy­wód­cy wy­je­cha­li, nie wy­pra­co­waw­szy wspól­ne­go oświad­cze­nia, nie stuk­nąw­szy się kie­lisz­ka­mi szam­pa­na i nie obie­caw­szy so­bie przy­szłych spo­tkań. Ro­ze­szli się roz­gnie­wa­ni, a w wy­pad­ku Re­aga­na wręcz pęka­jący ze zło­ści. Szef per­so­ne­lu Bia­łe­go Domu Do­nald Re­gan uwa­żał, że dwaj przy­wód­cy ni­g­dy wi­ęcej się już nie spo­tka­ją. Szczyt po­tępia­li nie­mal wszy­scy, w tym ta­kże ktoś tak prze­ni­kli­wy w spra­wach po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej, jak Ri­chard Ni­xon, któ­ry oznaj­mił: "Ża­den szczyt od cza­sów Ja­łty nie za­gro­ził in­te­re­som Za­cho­du tak bar­dzo, jak te dwa dni w Rey­kja­víku"[5].

W ko­lej­nym roku, 1987, szczyt zy­skał nie­co uzna­nia, kie­dy to usta­le­nia z tam­te­go week­en­du ofi­cjal­nie pod­pi­sa­no w Bia­łym Domu w ra­mach po­ro­zu­mie­nia o kon­tro­li zbro­jeń. Pó­źniej zaś - mimo ta­kich prze­ło­mo­wych wy­da­rzeń, jak upa­dek muru ber­li­ńskie­go, znik­ni­ęcie ko­mu­ni­zmu z Eu­ro­py Wschod­niej, roz­pad Zwi­ąz­ku Ra­dziec­kie­go i ko­niec zim­nej woj­ny - trak­to­wa­no go zwy­kle jako drob­ny przy­pis w dzie­jach, coś na kszta­łt szczy­tu w Glass­bo­ro z roku 1967 z udzia­łem ame­ry­ka­ńskie­go pre­zy­den­ta Lyn­do­na John­so­na i ra­dziec­kie­go pre­mie­ra Alek­sie­ja Ko­sy­gi­na. Spe­cja­li­ści dys­ku­to­wa­li o zna­cze­niu spo­tka­nia w sto­li­cy Is­lan­dii, szcze­gól­nie w cza­sie czte­rech kon­fe­ren­cji urządza­nych w rocz­ni­ce wy­da­rze­nia, choć znacz­na część tej de­ba­ty po­zo­sta­wa­ła w wy­łącz­nym kręgu za­in­te­re­so­wań uczest­ni­ków tych kon­fe­ren­cji.

Wi­ęk­szo­ść spe­cja­li­stów zaś uwa­ża, że prze­ło­mo­we zmia­ny tam­tej epo­ki wy­ni­ka­ły z we­wnętrz­nej sła­bo­ści ra­dziec­kiej eko­no­mii, a nie ze zda­rzeń ze­wnętrz­nych, jak szczyt w Rey­kja­víku, czy z ze­wnętrz­nej pre­sji, jak re­to­ry­ka Re­aga­na lub pla­ny stra­te­gicz­nej obro­ny. W isto­cie ten po­gląd zmie­nił się w po­wszech­ne prze­ko­na­nie na te­mat przy­czyn i spo­so­bu za­ko­ńcze­nia zim­nej woj­ny.

Dzi­ęki no­wej per­spek­ty­wie hi­sto­rycz­nej i dzi­ęki od­taj­nie­niu do­ku­men­tów - za­rów­no ze spo­tka­nia w Rey­kja­víku, jak i z ra­dziec­kich roz­mów przed i po szczy­cie - mo­żli­wa sta­ła się inna in­ter­pre­ta­cja, kto wie, czy nie traf­niej­sza. Ja w ka­żdym ra­zie do­sze­dłem do prze­ko­na­nia, że to Rey­kja­vík wy­zna­czył punkt zwrot­ny w dzie­jach, pro­wa­dzący do:

1) bez­pre­ce­den­so­we­go ła­ńcu­cha ko­lej­nych po­ro­zu­mień w kwe­stii kon­tro­li zbro­jeń;

2) zna­czące­go spad­ku za­gro­że­nia zwi­ąza­ne­go z ame­ry­ka­ńskim i ra­dziec­kim ar­se­na­łem nu­kle­ar­nym;

3) nie­spo­dzie­wa­ne­go roz­kwi­tu ru­chu an­ty­nu­kle­ar­ne­go na ca­łym świe­cie;

4) a ta­kże - co naj­wa­żniej­sze - do za­ko­ńcze­nia sa­mej zim­nej woj­ny.

Ar­gu­men­ty na rzecz ta­kiej in­ter­pre­ta­cji zo­sta­ną wy­ło­żo­ne w ostat­nim roz­dzia­le, z po­mo­cą ta­kich me­tod uza­sad­nia­nia, jak opi­nie świad­ków, do­wo­dy i wnio­sko­wa­nie lo­gicz­ne. Je­den z tych świad­ków - Mi­cha­ił Gor­ba­czow - mó­wił o tym jed­no­znacz­nie przez lata. Ame­ry­ka­ński se­kre­tarz sta­nu Geo­r­ge Shultz, to­wa­rzy­szący Re­aga­no­wi w Rey­kja­víku, kil­ka lat po szczy­cie miał oka­zję roz­ma­wiać z ostat­nim pierw­szym se­kre­ta­rzem Ko­mu­ni­stycz­nej Par­tii Zwi­ąz­ku Ra­dziec­kie­go i tak wspo­mi­nał tę sy­tu­ację:

Sie­dzie­li­śmy ra­zem z tłu­ma­czem, a ja po­wie­dzia­łem: "Kie­dy pan obej­mo­wał urząd i kie­dy ja obej­mo­wa­łem urząd, zim­na woj­na była tak zim­na jak tyl­ko to mo­żli­we, a kie­dy opusz­cza­li­śmy urząd, było już po niej. Kie­dy pana zda­niem na­stąpił punkt zwrot­ny?". Nie wa­hał się ani chwi­li. "W Rey­kja­víku" - stwier­dził. "Dla­cze­go?" - spy­ta­łem. "Po­nie­waż wte­dy po raz pierw­szy dwóch przy­wód­ców roz­ma­wia­ło bez­po­śred­nio, przez dłu­ższy czas, pro­wa­dząc praw­dzi­wą roz­mo­wę na naj­wa­żniej­sze te­ma­ty" - od­pa­rł Gor­ba­czow[6].

Oto opo­wie­ść o tym, co wy­da­rzy­ło się w domu Höf?i. Wy­ja­śnię też, dla­cze­go uwa­żam, że tam­ten week­end ma tak wiel­kie zna­cze­nie, dla­cze­go mo­żna po­wie­dzieć, że było to czter­dzie­ści osiem go­dzin, któ­re za­ko­ńczy­ły zim­ną woj­nę.