Przyjemnie było palić.
Szczególną przyjemność sprawiało mu patrzenie, jak żar pochłania
przedmioty, jak czerni je i przeobraża. Kiedy ściskał w rękach mosiężną
dyszę, kiedy gigantyczny pyton pluł jadowitą naftą na świat, krew
tętniła mu w skroniach, a jego dłonie stawały się dłońmi jakiegoś
niewiarygodnego dyrygenta, który wygrywając wszystkie ogniste symfonie,
obala zwęglone szczątki i zgliszcza historii. W nałożonym na stateczną
głowę hełmie z symbolicznym oznaczeniem 451, z oczyma pałającymi
pomarańczowym ogniem na myśl o tym, co wydarzy się za chwilę, uruchamiał
zapalnik... i dom stawał w żarłocznych płomieniach, od których wieczorne
niebo przybierało odcienie czerwieni, żółci i czerni. Przechadzał się
wśród roju świetlików. Jak w tym starym dowcipie, odczuwał nieprzepartą
pokusę, żeby zatknąć słodką piankę na patyk i włożyć ją w sam środek
tego piekła. Książki trzepotały, skrzydlate jak gołębie, i umierały na
werandzie i trawniku przed domem, ginęły w wirach iskier, rozwiewanych
czarnym wiatrem pożogi.
Z twarzy Montaga nie schodził zawzięty uśmiech, typowy dla ludzi,
których ogień przypalił i zmusił do wycofania się.
Wiedział, że kiedy wróci do remizy i zobaczy w lustrze uczernionego
osmolonym korkiem komedianta, być może mrugnie porozumiewawczo sam do
siebie. Później, kładąc się spać, nadal będzie czuł ten ognisty uśmiech
wykrzywiający mu w ciemności twarz. Bo ten uśmiech nigdy nie znikał.
Nigdy. Odkąd pamiętał, nie schodził mu z twarzy.
* * *
Zdjął czarny jak owadzi pancerz kask, wypolerował go i odłożył na
miejsce. Starannie odwiesił ognioodporną kurtkę. Wziął długi prysznic,
po czym -?pogwizdując, z dłońmi w kieszeniach -?przeszedł przez całe
piętro remizy i skoczył do dziury. Dopiero w ostatniej chwili, gdy
tragedia zdawała się nieunikniona, wyciągnął ręce z kieszeni i złapał
się złotego słupa. Wyhamował z piskiem, jego buty zawisły o cal nad
betonową posadzką parteru.
Była północ, kiedy wyszedł z remizy i ciemną o tej porze ulicą przeszedł
na stację metra. Napędzany ciśnieniem powietrza pociąg bezszelestnie
przemknął próżniowym tunelem i w potężnym ciepłym podmuchu wypluł
Montaga na wyłożone kremowymi płytkami ruchome schody, mające wynieść go
na poziom przedmieścia.
Wciąż pogwizdywał pod nosem, gdy owionęło go nieruchome nocne powietrze.
Ruszył w stronę skrzyżowania, myśląc niewiele i o niczym konkretnym.
Zanim jednak doszedł do rogu, zwolnił kroku, jakby nagle, nie wiedzieć
skąd, powiał wiatr. Jakby ktoś zawołał go po imieniu.
Przez ostatnie kilka wieczorów, kiedy w świetle gwiazd wracał tą drogą
do domu, ten zakręt wprawiał go w dziwny niepokój; odnosił wrażenie, że
jeszcze przed chwilą, tuż przed tym, jak skręcił na skrzyżowaniu, na
chodniku ktoś stał. Powietrze zdawało się naładowane szczególnym
rodzajem spokoju, jakby ktoś tam na niego czekał, po czym tuż przed jego
nadejściem wycofywał się w cień i pozwalał mu przejść. Może zwęszył
ulotny zapach perfum; może skóra na jego twarzy i wierzchu dłoni
reagowała na zmianę temperatury po tym, jak powietrze ogrzało się
przelotnie o dziesięć stopni od stojącego tu przez dłuższy czas
człowieka. Nie rozumiał tego. Za każdym razem, gdy skręcał za róg,
widział tylko biały, nieużywany, wybrzuszający się chodnik; może, tylko
może, którejś nocy coś mignęło mu po drugiej stronie trawnika, zanim
zdążył się odezwać lub choćby zogniskować wzrok.
Jednakże dzisiaj, podchodząc do zakrętu, zwolnił tak bardzo, że prawie
się zatrzymał. Natężył zmysły, puścił je przodem, sięgnął nimi za węgiel
budynku i wychwycił najcichszy z możliwych szept. Czyjś oddech? A może
sama obecność kogoś, kto tam czekał, wystarczyła, żeby powietrze
zadrżało?
Skręcił za róg.
Jesienne liście przepływały po chodniku skąpanym w blasku księżyca w taki sposób, że idąca nim dziewczyna zdawała się płynąć, unoszona
wiatrem. Lekko pochylona, patrzyła, jak jej buty roztrącają wirujące
liście. Twarz miała szczupłą, białą jak mleko. Malująca się na niej
łagodna zachłanność łączyła się z niewyczerpaną ciekawością otaczającego
ją świata; można by pomyśleć, że dziewczyna trwa w stanie wiecznego
zadziwienia. Nic nie mogło ujść jej czujnym ciemnym oczom. Jej biała
sukienka szeptała.
Miał wrażenie, że prawie słyszy ruch jej dłoni, a po chwili do jego uszu
dobiegł jeszcze inny, ledwie uchwytny odgłos, dźwięk podnoszonej głowy,
gdy dziewczyna odkryła, że zaledwie ułamek sekundy dzieli ją od
zderzenia z człowiekiem, który czeka na nią pośrodku chodnika.
Z drzew nad ich głowami sypał się głośny, suchy deszcz. Dziewczyna
zatrzymała się gwałtownie, jakby miała zamiar się cofnąć, zaskoczona,
lecz zamiast tego tylko obrzuciła Montaga spojrzeniem oczu tak ciemnych,
błyszczących i żywych, że poczuł, jakby powiedział jej coś najzupełniej
niesamowitego -?chociaż miał zarazem świadomość, że jego usta ułożyły
się tylko w "dobry wieczór".
-?Mieszka tu pani od niedawna, prawda? -?zagadnął, gdy jej wzrok
przykuła najpierw salamandra na jego ramieniu, a potem feniks na piersi.
-?A pan musi być... -?przeniosła wzrok z insygniów jego profesji na
twarz -?... tym strażakiem.
-?Dziwne słowa.
-?Poznałabym... z zamkniętymi oczami -?powiedziała powoli.
-?Po zapachu nafty? -?Roześmiał się. -?Żona stale się skarży. Nie da się
go zmyć tak do końca.
-?Rzeczywiście -?przytaknęła z nabożnym szacunkiem. -?Nie da się.
Miał wrażenie, że dziewczyna obchodzi go dookoła, obraca na wszystkie
strony, wywraca do góry nogami, bezgłośnie potrząsa nim i opróżnia mu
kieszenie -?a wszystko to w całkowitym bezruchu.
-?Nafta -?podjął po chwili, gdy milczenie się przedłużało -?jest dla
mnie jak perfumy.
-?Naprawdę tak właśnie ją pan odbiera?
-?Ależ naturalnie. Dlaczego nie?
Dała sobie chwilę na przetrawienie jego słów.
-?Nie wiem -?powiedziała i odwróciła się w kierunku, z którego przyszła.
-?Odprowadziłby mnie pan do domu? Nazywam się Clarisse McClellan.
-?Jestem Guy Montag. Chodźmy, Clarisse. Co robisz tak późno sama w tej
okolicy? Ile masz lat?
Szli posrebrzonym chodnikiem, owiewani ciepło-chłodnym podmuchem
wieczoru. W powietrzu unosiły się ledwie uchwytne wonie świeżych moreli
i truskawek. Montag rozejrzał się z niedowierzaniem: to niemożliwe, nie
o tej porze roku.
Zobaczył tylko idącą u jego boku dziewczynę, której twarz w świetle
księżyca była biała jak śnieg. Wiedział, że obraca jego pytania w głowie
i szuka najlepszych odpowiedzi.
-?No dobrze -?odezwała się w końcu. -?Mam siedemnaście lat i lekkiego
hyzia. Mój wujek twierdzi, że te dwie rzeczy zawsze idą w parze. Kiedy
ktoś cię zapyta, ile masz lat, poradził mi, zawsze odpowiadaj, że
siedemnaście i hyzia. Czy taki wieczór to miła pora na spacer? Lubię
oglądać różne rzeczy, wciągać ich zapach... Czasem spaceruję przez całą
noc, a potem obserwuję wschód słońca.
Znów przez chwilę szli w milczeniu.
-?Wie pan, zupełnie się pana nie boję -?przyznała w zamyśleniu.
-?Dlaczego miałabyś się mnie bać? -?zdumiał się.
-?Wielu ludzi się boi. Was, strażaków. Ale pan jest całkiem zwyczajnym
człowiekiem...
Zobaczył swoje odbicie w jej oczach, zawieszone w dwóch lśniących
kropelkach wody, malutkie, ciemne, ze wszystkimi szczegółami, z bruzdami
wokół ust... Wszystko było na swoim miejscu, jakby jej oczy były dwoma
cudownymi okruchami fioletowego bursztynu, zdolnego pochwycić go i przechować w nienaruszonym stanie. Jej twarz, zwrócona teraz ku niemu,
przypominała kruchy mleczny kryształ, rozjarzony od wewnątrz stałym,
łagodnym blaskiem. Nie było to histeryczne światło elektryczności,
lecz... Co właściwie? Osobliwie kojąca, rozmiękczona i łagodnie
pochlebna poświata świecy. Któregoś dnia, gdy był jeszcze dzieckiem, w domu zabrakło prądu. Matka odszukała i zapaliła ostatnią świeczkę i przez godzinę na nowo odkrywali tę szczególną światłość, w której
przestrzeń traciła swoją rozległość i otaczała ich przytulnie, i byli w niej sami, tylko we dwoje, matka i syn, przeobrażeni i złączeni w nadziei, że elektryczność nie wróci zbyt szybko...
-?Mogę o coś zapytać? -?odezwała się znienacka Clarisse. -?Od jak dawna
jest pan strażakiem?
-?Od dekady. Odkąd skończyłem dwadzieścia lat.
-?Czyta pan czasem książki, które pan pali?
Roześmiał się.
-?To wbrew prawu.
-?No tak. Naturalnie.
-?To porządna praca. W poniedziałek spal Millay, w środę Whitmana, w piątek Faulknera. Spal ich na popiół, a potem spal popiół. To nasz
oficjalny slogan.
Znowu przeszli kawałek bez słowa.
-?Czy to prawda, że dawno temu strażacy gasili pożary, zamiast je
wzniecać? -?zapytała Clarisse.
-?Nie. Domy zawsze były niepalne, możesz mi wierzyć.
-?To dziwne. Podobno w przeszłości zdarzało się, że dom przez przypadek
stawał w ogniu, i wtedy potrzebni byli strażacy, by powstrzymać
rozprzestrzenianie się pożaru.
Montag parsknął śmiechem.
Obejrzała się na niego.
-?Dlaczego się pan śmieje?
-?Nie wiem. -?Znów zaczął się śmiać, ale szybko się pohamował. -?A co?
-?Wybucha pan śmiechem, mimo że wcale nie jestem zabawna. I odpowiada
pan tak od razu, bez namysłu. W ogóle się pan nie zastanawia nad tym, o co pytam.
Zatrzymał się.
-?Przedziwna z ciebie osóbka -?przyznał, patrząc na nią. -?Nie ma w tobie ani krzty szacunku?
-?Nie chciałam pana obrazić. Po prostu... chyba za bardzo lubię
przyglądać się ludziom.
-?Czy to coś w ogóle dla ciebie znaczy? -?Postukał palcem w cyfry 451
wyhaftowane na czarnym jak węgiel rękawie.
-?Tak -?przytaknęła szeptem. Przyśpieszyła kroku. -?Przyglądał się pan
kiedyś odrzutowozom pędzącym po bulwarach?
-?Zmieniasz temat!
-?Czasem sobie myślę, że kierowcy nie wiedzą, czym jest trawa albo
kwiaty, bo nigdy nie widzą ich w bezruchu. Gdyby pokazać kierowcy
rozmazaną zieloną plamę, to powie, że tak właśnie wygląda trawa. Różową
plamę? Toż to ogród różany! Białe plamy to domy, brązowe to krowy...
Wujek przejechał kiedyś powoli po autostradzie: jechał czterdzieści mil
na godzinę i trafił za to na dwa dni do więzienia. Czy to nie jest
zabawne? I zarazem smutne?
-?Za dużo myślisz -?odpowiedział nerwowo Montag.
-?Rzadko oglądam ścianowizję, bywam na wyścigach czy w wesołym
miasteczku. Pewnie dlatego mam mnóstwo czasu na niemądre rozmyślania.
Widział pan te długie na dwieście stóp billboardy za miastem? A wie pan,
że kiedyś billboardy mierzyły zaledwie dwadzieścia stóp? Ale pojazdy
zaczęły pędzić tak szybko, że twórcy reklam musieli je powiększyć, żeby
dłużej działały.
-?Nie miałem o tym pojęcia! -?Montag zatrząsł się od śmiechu.
-?Założę się, że wiem więcej rzeczy, z których nie zdaje pan sobie
sprawy. Rankiem na trawie jest rosa.
Nie mógł sobie przypomnieć, czy wiedział o tym wcześniej, czy nie. To
było irytujące.
-?A jak się dobrze przyjrzeć, można zobaczyć człowieka na księżycu. -
Skinęła głową.
Dawno nie patrzył w niebo.
Resztę drogi przebyli w milczeniu -?dla niej pełnym zadumy, dla niego
krępującym i dusznym. Co rusz rzucał jej oskarżające spojrzenia.
-?Co się stało? -?zapytał. Rzadko widywał aż tyle świateł zapalonych w domu.
-?Nic takiego: mama, tato i wujek siedzą i rozmawiają. To coś podobnego
jak chodzenie pieszo, tylko jeszcze rzadsze. Mój wujek został przy innej
okazji aresztowany za chodzenie pieszo, mówiłam panu o tym? Jesteśmy
naprawdę osobliwą rodziną.
-?Ale o czym tak rozmawiacie?
Tym razem to ona się roześmiała.
-?Dobranoc. -?Weszła na dróżkę prowadzącą do drzwi, ale nagle jakby
sobie o czymś przypomniała, bo odwróciła się i spojrzała na Montaga z zafascynowaniem. -?Czy jest pan szczęśliwy?
-?Czy jestem jaki?! -?odkrzyknął.
Ale jej już nie było. Śmignęła w blasku księżyca i drzwi cicho zamknęły
się za nią.
* * *
-?Szczęśliwy! Co za bzdura!
Przestał się śmiać. Wsunął dłoń w rękawicznię w drzwiach. Rozpoznała
jego dotyk i drzwi się otworzyły, przesuwając się w bok.
Oczywiście, że jestem szczęśliwy. A co ona myśli, że nie? -?zagadnął
puste wnętrze domu.
Stał w przedpokoju, patrząc na kratkę wywietrznika, gdy nagle
przypomniał sobie, że coś tam leży, coś ukrytego, co w tej chwili
zdawało się patrzeć na niego z góry. Pośpiesznie spuścił wzrok.
Cóż za niezwykłe spotkanie. Cóż za niezwykła noc. Przypominał sobie
tylko jedno podobne wydarzenie, sprzed roku, kiedy spotkał w parku
starego człowieka i z nim rozmawiał...
Pokręcił głową i zapatrzył się na pustą ścianę. Zobaczył tam twarz
dziewczyny, która w jego wspomnieniu była autentycznie piękna.
Zdumiewająco piękna, prawdę mówiąc, choć przy tym bardzo drobna, jak
cyferblat niewielkiego zegara majaczący w środku nocy w ciemnym pokoju,
kiedy człowiek budzi się i chce sprawdzić, która godzina, a zegar
wskazuje mu godzinę, minutę i sekundę białą ciszą i poświatą tarczy,
pewny siebie i świadomy tego, co ma do powiedzenia o prędkim przemijaniu
nocy, zmierzającej zarazem ku głębszym ciemnościom i ku nowemu wschodowi
słońca.
No co? -?zapytał Montag drugiego siebie, tego podświadomego idiotę,
któremu zdarzało się czasem bełkotać bez ładu i składu, zupełnie
niezależnego od woli, przyzwyczajeń i sumienia.
Jeszcze raz zerknął na ścianę. Oblicze dziewczyny przywodziło też na
myśl zwierciadło -?co przecież było niemożliwe: ilu znał ludzi, których
twarze odbijałyby jego własne światło? Ludzie byli raczej jak... szukał
odpowiedniego porównania... jak pochodnie płonące jasno, aż do
całkowitego wypalenia. Niezwykle rzadko zdarzało się, żeby twarz
spotkanej osoby przyjmowała coś od niego i odpowiadała mu jego własnym
grymasem; jego własną tajemną, skrywaną, rozedrganą myślą.
Dziewczyna była niesamowicie spostrzegawcza, jak nadzwyczaj bystry widz
przedstawienia z udziałem marionetek, przewidujący każde mrugnięcie
powieki, każdy gest dłoni, każdy ruch palca na ułamek sekundy przed tym,
nim rzeczywiście się rozpoczął. Jak długo szli razem, trzy minuty? Pięć?
A jakże długi wydawał mu się teraz ten czas. Jak potężną postacią
rysowała się przed nim na scenie; jak ogromny cień rzucała jej szczupła
sylwetka! Miał wrażenie, że gdyby nagle zaswędziało go oko, ona by
zamrugała. Gdyby mięśnie jego szczęk naprężyły się niedostrzegalnie, ona
ziewnęłaby na długo przed tym, nim on zdążyłby to zrobić.
Właściwie, pomyślał, gdyby się nad tym zastanowić, to przecież można
odnieść wrażenie, że na mnie czekała tam, za rogiem, mimo diabelnie
późnej pory...
Otworzył drzwi do sypialni.
Jakby wszedł do zimnego marmurowego mauzoleum po zachodzie księżyca.
Całkowita ciemność, ani śladu srebrnego świata na zewnątrz, szczelnie
zamknięte okna, pokój jak grób, do którego nie przenikają żadne dźwięki
wielkiego miasta.
Pokój nie był pusty. Montag nadstawił ucha.
Ciche buczenie w powietrzu, jakby tańczącego komara, elektryczny pomruk
osy ukrytej w różowym przytulnym gnieździe. Muzyka niemal dość głośna,
by mógł zanucić melodię.
Poczuł, jak jego uśmiech topi się, spływa mu z twarzy, zapada się w sobie jak łojowa otulina, tworzywo pięknej świecy, która nazbyt długo
płonęła, a teraz zapada się i gaśnie. Ciemność. Nie był szczęśliwy. Nie
był szczęśliwy. Powiedział to na głos. Stwierdził, że tak właśnie
wygląda prawda. Nosił swoją szczęśliwość jak maskę, a potem dziewczyna
zabrała mu ją i uciekła przez trawnik, a on nie miał jak do niej pójść i prosić o zwrot.
Nie włączając światła, przywołał w wyobraźni obraz pokoju. Jego żona
wyciągnięta na łóżku, nieprzykryta i zimna jak ciało wyłożone na
pokrywie sarkofagu, oczy utkwione w sufit, przytrzymywane niewidzialnymi
stalowymi niteczkami, nieruchome. W uszach mocno wbite maleńkie
muszelki, radioodbiorniki wielkości naparstka, a w nich -?elektroniczny
ocean dźwięku: muzyka i głosy, muzyka i głosy wzbierające i roztrzaskujące się o brzegi jej nieuśpionego umysłu. Pokój jednak był
pusty. Co wieczór potężne fale dźwięku zagarniały ją i niosły bezwładną,
z szeroko otwartymi oczami, aż do poranka. Przez ostatnie dwa lata nie
było ani jednej nocy, kiedy Mildred nie pławiłaby się w tym morzu, nie
zanurzała się w nim z przyjemnością po raz trzeci.
Mimo panującego w pokoju chłodu miał wrażenie, że nie ma czym oddychać.
Nie chciał odsuwać zasłon i otwierać przeszklonych drzwi, aby nie
wpuszczać do środka światła księżyca, dlatego jak człowiek, który wie,
że w ciągu najbliższej godziny udusi się z braku powietrza, po omacku
zaczął szukać drogi do swojego odsłoniętego, osobnego i przez to zimnego
łóżka.
Ułamek sekundy przed zahaczeniem stopą o przedmiot leżący na podłodze
wiedział już, że o niego zahaczy -?uczucie dosyć podobne do tego,
jakiego doświadczył tuż przed tym, jak skręcił za róg i niemal zderzył
się z dziewczyną. Jego poruszająca się noga wysłała przed siebie
wibracje i odebrała ich echo odbite od niewielkiej przeszkody. Stopa
kopnęła. Przedmiot zadźwięczał głucho, metalicznie i przemieścił się w ciemności.
Montag stał wyprostowany i wśród niczym niezmąconej nocy wsłuchiwał się
w dźwięki wydawane przez leżącą na ciemnym łóżku osobę. Tchnienie
wydobywające się przez nos było tak słabe, że ledwie muskało najdalsze
obrzeża życia, mały listek, czarne piórko, pojedynczy włos.
Nadal nie chciał wpuszczać do pokoju światła z zewnątrz. Wyjął zapalnik,
wymacał grawerowaną na srebrnym krążku salamandrę, pstryknął...
W blasku malutkiego płomienia trzymanego w rękach dostrzegł patrzące na
niego dwa jasne, białe jak księżyc kamienie, zatopione niczym w czystej
wodzie w strudze życia, która przepływała nad nimi, nie dotykając ich.
-?Mildred!
Jej twarz była jak przysypana śniegiem wyspa, na którą mógł spaść
deszcz, lecz ona żadnego deszczu nie czuła; na którą chmury mogły rzucać
swoje ruchome cienie, lecz ona pozostawała nieświadoma ich muśnięć. Był
tylko śpiew naparstkowych os w jej zatkanych na głucho uszach, ledwo
słyszalny słaby wdech-wydech wpływający do jej nozdrzy i wypływający z powrotem oraz jej całkowita obojętność na jego wpływanie i wypływanie.
Odkopnięty przedmiot przeturlał się i lśnił teraz pod jego łóżkiem: mała
kryształowa fiolka po środkach nasennych. Wcześniej tego samego dnia
zawierała trzydzieści kapsułek, w tej chwili mieniła się w świetle
małego płomyka odkorkowana i pusta.
Kiedy tak stał, niebo nad domem ryknęło. Rozległ się ogłuszający trzask,
jakby dwie olbrzymie dłonie rozdarły szew łączący dziesięć tysięcy mil
czarnego płótna. Montag rozpękł się na dwoje, czuł, jak coś go
rozpoławia, rozrywa mu pierś. Odrzutowe bombowce leciały, leciały,
leciały, jeden i drugi, jeden i drugi, sześć, dziewięć, dwanaście,
jeden, jeden, jeden i jeszcze jeden, i jeszcze, i jeszcze. Wyręczyły go
w krzyku. Otworzył usta i słuchał, jak jazgot maszyn spada z nieba i wyrywa mu się spomiędzy zębów. Dom się zatrząsł. Zapalnik zgasł mu w dłoni. Księżycowe kamienie zniknęły. Jego ręka zanurkowała po telefon.
Samoloty zniknęły. Poczuł, że poruszającymi się ustami muska mikrofon w telefonie.
-?Pogotowie ratunkowe.
Okrutny szept.
Czuł, że łoskot czarnych samolotów zdruzgotał gwiazdy; spodziewał się,
że rankiem ich popiół pokryje ziemię niczym jakiś osobliwy śnieg. Tak
właśnie myślał jego wewnętrzny idiota, gdy on stał roztrzęsiony w ciemności i bezwiednie poruszał i poruszał ustami.
* * *
Mieli taką specjalną maszynę. Właściwie to mieli dwie maszyny. Jedna
wślizgiwała się człowiekowi do brzucha niczym czarna kobra zsuwająca się
w głąb dudniącej echem studni w poszukiwaniu zebranych na jej dnie
starej wody i starego czasu. Spijała zieloną materię, która wypływała do
góry jak gotowana na wolnym ogniu. Czy wypijała też mrok? Czy wysysała
wszystkie nagromadzone przez lata trucizny? Pożywiała się w milczeniu, z rzadka tylko wydając takie dźwięki, jakby dławiła się lub poszukiwała
czegoś na oślep. Miała Oko. Bezduszny operator maszyny mógł za
pośrednictwem specjalnego hełmu optycznego zajrzeć w głąb duszy
wypompowywanego człowieka. Co zobaczyło Oko? Nie powiedział. Widział, a jednocześnie nie widział, co zobaczyło Oko. Cała operacja przywodziła na
myśl kopanie rowu na podwórku. Leżąca na łóżku kobieta była zaledwie
warstwą twardego marmuru, do której się dokopali. Dalej, mocniej,
naparli świdrem i wypłukali pustkę, o ile taką rzecz można było
wywnioskować z pulsowania węża ssącego. Operator stał i ćmił papierosa.
Druga maszyna również pracowała pełną parą, obsługiwana przez tak samo
beznamiętnego mężczyznę w plamoodpornym czerwono-brunatnym fartuchu.
Wypompowywała z ciała całą krew i zastępowała ją świeżą surowicą i nowymi krwinkami.
-?Trzeba zrobić jedno i drugie -?wyjaśnił stojący nad milczącą kobietą
operator maszyny. -?Nie ma sensu płukać żołądka, jeśli nie oczyści się
krwi. Gdyby zostawić to świństwo we krwi, wali prosto w mózg jak młotem,
bam! i tak ze dwa tysiące razy, a wtedy mózg się poddaje i po prostu
przestaje działać.
-?Proszę sobie darować! -?zażądał Montag.
-?Tak tylko mówię.
-?Czy to koniec?
Wyłączyli maszyny.
-?Tak, to koniec. -?Jego złość się ich nie imała. Stali nieruchomo,
wydmuchiwane przez nos kłęby dymu szły im do oczu, a oni nie mrugali ani
nawet nie mrużyli powiek. -?Pięć dyszek się należy.
-?Może byście mi najpierw panowie powiedzieli, czy wszystko z nią w porządku?
-?Pewnie, że w porządku. Całe świństwo jest teraz tutaj, w tym pudle;
już jej nie zrobi krzywdy. Tak jak powiedziałem, wypompowuje się starą
krew, przetacza świeżą i człowiek jest jak nowy.
-?Żaden z panów nie jest lekarzem. Dlaczego nie przysłali lekarza z pogotowia?
-?Rety... -?Papieros drgnął w ustach operatora maszyny. -?Takich wezwań
mamy każdej nocy z dziewięć, dziesięć. Zaczęło się parę lat temu, od
tamtej pory jest ich tyle, że zleciliśmy skonstruowanie tych specjalnych
maszyn. Takich z obiektywem, ma się rozumieć, bo to są prawdziwe nówki;
reszta to starocie. Do takich przypadków nie trzeba lekarza, wystarczy
dwóch techników, którzy w pół godziny załatwią sprawę. -?Mężczyzna
skierował się do wyjścia. -?Posłuchaj pan, musimy iść: właśnie dostałem
na naparstek następne wezwanie, dziesięć przecznic stąd. Znowu ktoś
nałykał się tabletek. W razie potrzeby niech pan dzwoni. A jej proszę
zapewnić spokój. Wstrzyknęliśmy jej środek pobudzający, obudzi się
głodna jak wilk. Do zobaczyska.
I dwaj mężczyźni -?z oczami węży i papierosami w zaciśniętych w kreskę
ustach -?zabrali maszynerię, przewody, pudło z melancholią w płynie oraz
pojemnik z gęstą, ciemną, bezimienną mazią i bez pośpiechu wyszli.
Montag osunął się na krzesło i spojrzał na kobietę. Miała delikatnie
przymknięte oczy. Przyłożył dłoń do jej ust, poczuł na skórze ciepło
oddechu.
-?Mildred -?powiedział w końcu.
Jest nas za dużo, pomyślał. Są nas miliardy. Za dużo. Nikt nikogo nie
zna. Obcy przychodzą i profanują twoje ciało. Obcy przychodzą i wycinają
ci serce. Obcy przychodzą i zabierają ci krew. Na Boga, kim byli ci dwaj? Nigdy przedtem nie widziałem ich na oczy!
Minęło pół godziny.
Nowa krew w żyłach kobiety całą ją odnowiła. Jej policzki się
zaróżowiły, usta nabrały życia i koloru, wydawały się miękkie i odprężone. Cudza krew. Szkoda, że nie cudze ciało, umysł i pamięć.
Szkoda, że nie dało się zabrać jej mózgu do pralni chemicznej, opróżnić
mu kieszeni, wyczyścić go, odprasować, schludnie poskładać i rano
odstawić do domu. Szkoda...
Wstał, rozsunął zasłony i otworzył przeszklone drzwi na oścież,
wpuszczając do pokoju nocne powietrze. Była druga w nocy. Czy to
możliwe, żeby upłynęła zaledwie godzina od chwili, gdy spotkał Clarisse
McClellan, wrócił do domu i zahaczył stopą o kryształową fiolkę? Tylko
godzina, a świat wokół niego roztopił się i rozpłynął, po czym stężał w nowy, bezbarwny kształt.
Śmiech niosący się ponad oblanym księżycową poświatą trawnikiem od
strony domu Clarisse, jej ojca, matki i wujka, który uśmiechał się tak
dyskretnie i tak szczerze, był serdeczny, swobodny i całkowicie
niewymuszony -?dobiegał z domu, w którym do późna w noc świeciło się
mnóstwo świateł, podczas gdy inne domy wolały tkwić w ciemności sam na
sam ze sobą. A głosy brzmiały, brzmiały, brzmiały i wciąż na nowo tkały
hipnotyzującą sieć.
Wyszedł przez otwarte drzwi, bez zastanowienia przeciął trawnik i stanął
w cieniu pod tamtym rozgadanym domem. Przyszło mu do głowy, że mógłby
zapukać do drzwi i szepnąć: "Wpuśćcie mnie. Nikomu nie powiem. Chcę
tylko posłuchać. O czym rozmawiacie?".
Zamiast tego stał jak wmurowany, przemarznięty, z twarzą jak lodowa
maska, i słuchał nieśpiesznie płynących słów mężczyzny (wujka?):
-?No, jakby nie patrzeć, żyjemy w epoce chusteczek jednorazowych.
Wydmuchaj nos w drugiego człowieka, zgnieć go w dłoni, spuść w toalecie.
Wydmuchaj, zgnieć, spuść. Wszyscy smarkają wszystkim w poły fraków. Jak
kibicować miejscowej drużynie, kiedy nie znasz nazwisk ani nie masz
programu widowiska? Prawdę powiedziawszy, nie wiesz nawet, jakie noszą
stroje, kiedy wybiegają na boisko.
Montag wrócił do siebie, ale zostawił otwarte drzwi. Sprawdził, jak się
miewa Mildred, otulił ją starannie kocem, a potem wyciągnął się na
łóżku. Blask księżyca srebrzył mu kości policzkowe i nachmurzone czoło,
odcedzał się w oczach i tworzył w nich srebrne katarakty.
Jedna kropla deszczu. Clarisse. Druga. Mildred. Trzecia. Wujek. Czwarta.
Dzisiejszy pożar. Jedna, Clarisse. Dwie, Mildred. Trzy, wujek. Cztery,
pożar, jedna, Mildred, dwie, Clarisse. Jedna, dwie, trzy, cztery, pięć,
Clarisse, Mildred, wujek, pożar, tabletki nasenne, mężczyźni, chusteczki
jednorazowe, poły fraka, wydmuchaj, zgnieć, spuść, Clarisse, Mildred,
wujek, pożar, tabletki, chusteczki, wydmuchaj, zgnieć, spuść. Jedna,
dwie, trzy, jedna, dwie, trzy! Deszcz. Burza. Śmiech wujka. Grzmot
przewalający się po schodach. Ulewa świata. Ogień wzbierający w wulkanie. Wszystko pędzące w wielkim, huczącym wirze, wezbrany strumień,
rzeka pędząca ku porankowi.
-?Już nic nie wiem -?powiedział.
Pozwolił, żeby tabletka nasenna rozpuściła mu się na języku.
* * *
O dziewiątej rano łóżko Mildred było puste.
Zerwał się z bijącym sercem, wybiegł do przedpokoju i stanął przed
drzwiami do kuchni.
Pająkowata metalowa łapa pochwyciła tost, który wyskoczył ze srebrnego
tostera, i unurzała go w roztopionym maśle.
Mildred patrzyła, jak tost ląduje na jej talerzu. Uszy miała zatkane
elektronicznymi pszczołami, których buczenie uprzyjemniało jej upływ
czasu. Znienacka podniosła wzrok, zobaczyła Montaga i skinęła mu głową.
-?Dobrze się czujesz? -?zapytał.
Dziesięć lat z muszelkami uczyniło z niej mistrzynię czytania z ruchu
warg. Ponownie skinęła głową i włączyła terkoczący toster, wrzuciwszy do
niego nową kromkę chleba.
Montag usiadł.
-?Nie rozumiem, dlaczego jestem taka głodna -?powiedziała jego żona.
-?Wczoraj w nocy...
-?Jak wilk!
-?Wczoraj w nocy...
-?Źle spałam. Fatalnie się czuję. Boże, ależ jestem głodna. Nie pojmuję
tego.
-?Wczoraj w nocy... -?zaczął po raz trzeci.
Jednym okiem zerknęła na jego poruszające się wargi.
-?Co wczoraj w nocy?
-?Nie pamiętasz?
-?Czego? Czyżbyśmy zabalowali? Czuję się jak na kacu. Boże, jaka jestem
głodna. Kto u nas był?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki