41 dni nadziei - Tami Oldham Ashcraft, Susea McGearhart

Reflow text when sidebars are open.
Bez pomocy i poświęcenia wielu ludzi nigdy nie zrealizowałabym pomysłu o nadaniu mojej opowieści formy książkowej. Po wielu przejściach książka ta zaczęła żyć własnym życiem. Pragnę podziękować osobom, które pomogły mi w jej stworzeniu, a także przyjaciołom i rodzinie za ich bezustanne wsparcie.
Szczególne słowa wdzięczności należą się Marie Ashcraft za staranną redakcję wszystkich wersji rękopisu. Dziękuję też Oscarowi Lindowi, mojej latarni morskiej w świecie ciemności; Lynne Mercer za jej pomysł z "chodzonymi rozmowami"; Debbie Bledsoe, której energia jest zaraźliwa; Mitzi Johnson za koncepcyjne myślenie; Steve'owi i Erikowi Brandtom za ofiarowanie mi bezcennych wskazówek i natchnienia; Teri Thompson, Cathy Johnson, Mary Stone, Nevie Beach i Gerardowi Woldtvedtowi za godziny pracy redakcyjnej, dzięki którym nie zboczyłam z kursu; Bruce'owi Conwayowi, prawdziwemu czarodziejowi Macintosha, zawsze służącemu radą; Dorothei Auguztiny, która zapewniła mi inspirację i dobry humor.
Ogromnie dziękuję swojej agentce, Jill Grinberg, za dobór miejsc na wakacje, które odmieniły moje życie. Wyrażam też wdzięczność Peternelle van Arsdale za lekkość pióra. Praca z tobą to czysta przyjemność.
Na serdeczne podziękowania zasłużyli Aaron i Jordan Kandellowie, których upór oraz niezachwiana przyjaźń sprawiły, że powstała filmowa wersja książki. Aloha! Dziękuję też Baltazarowi Kormákurowi, wyjątkowemu człowiekowi za niezwykłą kreatywność i dbałość o szczegóły.
Wyrazy podziwu i wdzięczności należą się całej obsadzie filmu, w szczególności Shailene Woodley i Samowi Claflinowi, którzy przez wiele dni bez wytchnienia pracowali w surowych warunkach otwartego oceanu. Dziękuję ekipie oraz wszystkim za kulisami za ogromne i natychmiastowe wsparcie, niezbędne dla powodzenia całego przedsięwzięcia. Zawsze będę wdzięczna STX Productions za przekucie mojego marzenia w rzeczywistość.
Jestem szczerze zobowiązana Susea McGearhart za jej entuzjazm i koncentrację na sprawach związanych z opowieścią. Bez niej ta książka pozostałaby w sferze marzeń.
A dzięki tobie, Gene Gearhart, Susea zdecydowała się wyruszyć w tę długą, pisarską podróż.
Dziękuję także mojej rodzinie. Mama zapewniła mi słowa zachęty i wsparcia w życiu. Babcia i dziadek Oldhamowie wpoili mi wyznawane przez siebie wartości i zapewnili stabilizację w życiu. Ojciec ofiarował mi moralne wsparcie; jest żywym przykładem na to, jak należy się dobrze bawić. Mój młodszy brat Dane (który nie jest już taki młody) natchnął mnie wolą życia, gdy znalazłam się w ślepym zaułku.
Dziękuję miłości mojego życia, Edowi, za jego całkowite poświęcenie się mnie i naszej rodzinie. Trudno uwierzyć, jak ogromną cierpliwość mi okazałeś podczas pisania tej książki.
Dziękuję moim córeczkom, Kelli i Brook, za to, że nauczyły mnie bezwarunkowej miłości i stały się prawdziwym powodem, dla którego żyję.
Usłyszałam brzęk trzonu kotwicy uderzającego o bęben na dziobie, spojrzałam uważnie na Richarda. Zamaszyście machnął do mnie ręką.
- W drogę! - zawołał.
Uruchomiłam silnik i ruszyliśmy. Przyspieszyłam, Hazana nabrała prędkości i wypłynęliśmy z Papeete Harbor na Tahiti. Był 22 września 1983 roku, godzina 13.30. W ciągu miesiąca mieliśmy się znaleźć w San Diego w Kalifornii. Szkoda, że brakowało mi entuzjazmu. Nie miałam ochoty opuszczać południowej części Pacyfiku. Rzecz jasna, pragnęłam się zobaczyć z rodziną i przyjaciółmi, tylko że było na to jeszcze za wcześnie. Opuściliśmy Kalifornię pół roku temu i początkowo planowaliśmy odbyć rejs po wyspach południowej części Oceanu Spokojnego, łącznie z Nową Zelandią, a dopiero potem wrócić do domu. Zmiana planów wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Jak jednak zauważył Richard, zlecenie dostarczenia jachtu było spełnieniem naszych marzeń. Takiej okazji nie mogliśmy przegapić.
Moją uwagę zwróciły krzyki z brzegu. Odwróciłam się i ujrzałam grupę przyjaciół, machających do nas na pożegnanie. Wstałam z miejsca przy sterze i odmachnęłam im obiema rękami, unosząc je wysoko w powietrze i sterując lewą, bosą stopą. Poczułam drgnięcie dużego palca u nogi, kiedy Richard jedną ręką przejmował ster, a drugą obejmował mnie w talii. Popatrzyłam mu głęboko w porcelanowobłękitne oczy. Przepełniała je radość. Przytulił mnie mocno i pocałował w okryty pareo brzuch. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, był tak chłopięco podekscytowany.
Richard i ja na pokładzie Mayalugi
- Kotwica w górę, kochanie.
- Jest, kotwica w górę! - powtórzyłam.
Z moich oczu płynęły łzy, kiedy po raz ostatni machałam do stojących na nabrzeżu przyjaciół, z oddali przypominających latarnie. Znajoma gula w gardle przypomniała mi, jak niezmiennie trudne są rozstania i świadomość, że może nigdy się już z kimś nie spotkam. Dotarło do mnie, że choć wkrótce tu wrócimy, zapewne nie zastaniemy już przyjaciół. Żeglarze nie zatrzymują się na długo w jednym miejscu: muszą kontynuować podróż.
Przejęłam koło sterowe, a Richard zajął się podniesieniem grota. Odetchnęłam głęboko i rozejrzałam się wokół. Na północnym zachodzie widniała sylwetka wyspy Moorea. Uwielbiałam morze! Skierowałam jacht z wiatrem, grot zachrzęścił i załopotał, kiedy Richard wciągał go na maszt. Przy płynącym z wiatrem jachcie zbieranie foka przebiegło gładko jak po maśle. Hazana łagodnie się pochyliła. Pomyślałam, że ta trintella to świetna jednostka. Trzynaście metrów doskonałej precyzji. I taka komfortowa w porównaniu z Mayalugą.
Przyglądając się, jak Richard trymuje żagle Hazany, pomyślałam, jak trudno było mu rozstać się z Mayalugą. Zbudował ją w południowej Afryce i ochrzcił imieniem oznaczającym w języku plemienia Suazi "ta, która znika za horyzontem". Jedenastometrowy kuter z siatkobetonu na wiele lat stał się jego domem, Richard opłynął na nim pół świata. Sylwetka Mayalugi była opływowa i przyjemna dla oka, belki na pokładzie wykonano z laminowanego mahoniu, błyszczącego od aksamitnego lakieru. Podłogę jachtu ułożono z drewna tekowego i ostrokrzewu.
Aby uniknąć zaprzątania sobie myśli tym, co zostawiamy za sobą, przez ostatnie dni musieliśmy zająć się intensywną pracą na pokładzie Mayalugi. Skoncentrowałam się na pakowaniu wszystkich ubrań i drobiazgów osobistych, przydatnych na dwóch półkulach, które zamierzaliśmy zwiedzać przez następne cztery miesiące: koszulki z krótkim rękawem na jesień w San Diego, kurtki na gwiazdkę w Anglii, swetry na wczesną zimę z powrotem w San Diego. Pareo i szorty miały się nam przydać na Tahiti, gdzie zamierzaliśmy ostatecznie powrócić pod koniec stycznia. Richard zajął się przygotowaniem Mayalugi do kilkumiesięcznego postoju.
W zatoce Mataiea jacht był bezpieczny. Nasz przyjaciel Haipade, mieszkający wraz z żoną Antoinette i trójką dzieci nad zatoką, obiecał, że raz w tygodniu uruchomi silnik łodzi. Zadbaliśmy o to, aby odpowiednio ułożyć wszystkie poduszki i unieść włazy, aby wilgotne powietrze Tahiti mogło swobodnie krążyć po wnętrzu jachtu. Nad pokładem rozpięliśmy wielki tent, mający chronić drzewce przed silnym słońcem i zostawiliśmy lekko uchylony luk.
Kiedy opuszczaliśmy Mayalugę, byłam do niej skierowana plecami, gdyż Richard wiosłował do brzegu. Nie widziałam jego oczu, ponieważ zasłaniały je ciemne szkła okularów, lecz wiem, że były wilgotne.
- Jestem pewna, że Haipade dobrze o nią zadba - zapewniłam Richarda.
- Tak, na pewno. Ta zatoka jest świetnie strzeżona.
- Zresztą niedługo wracamy. Zgadza się?
- Zgadza. - Uśmiechnął się do mnie za próbę naśladowania jego brytyjskiego akcentu.
Teraz, na pokładzie Hazany, zauważyłam zmianę kierunku wiatru i skorygowałam kurs o dziesięć stopni. Richard pochylił się przede mną, zasłaniając mi widok.
- Wszystko w porządku?
- Pewnie.
Zniknął za moimi plecami, odblokował zacisk fału, aby podnieść bezan.
- Jest fantastycznie, prawda?
Nie mylił się. Wspaniała pogoda, doskonały wiatr i doborowe towarzystwo. Jego optymizm się udzielał. Zamyśliłam się. Przecież właśnie o to chodzi w żeglarstwie. Przygoda. Jej poszukiwania. Co tam - czas szybko minie.
Wpis w dzienniku pokładowym z naszego pierwszego dnia podróży brzmiał: "Doskonała pogoda. Tetiaroa na trawersie. Pełnia księżyca. Robimy 5 węzłów na spokojnym morzu pod zwykłym ożaglowaniem".
Drugiego dnia mknęliśmy z prędkością sześciu węzłów pod grotem i dwoma żaglami dziobowymi. Później w ciągu dnia musieliśmy umocować żagle szotami na sztywno, aby dostosować je do wiatru z północno-północnego wschodu.
Trzeciego dnia wciąż zmagaliśmy się z wiatrem. Hazana trzymała się nieźle, lecz my czuliśmy zmęczenie. Przed wieczorem pojawił się szkwał o prędkości trzydziestu pięciu węzłów. Zwinęliśmy genuę, opuściliśmy grot i żeglowaliśmy pod sztakslem i bezanem.
Przestraszyłam się niespodziewanego uderzenia fali w bakburtę Hazany. Schyliłam głowę, aby uchronić się przed wodą. Nie było mowy o poluzowaniu szotów - wypuszczenie wiatru z żagli zapewniłoby nam większy komfort podróży - gdyż zobowiązaliśmy się dostarczyć Hazanę w terminie. Gdybyśmy nie dotarli na czas do San Diego, zawalilibyśmy robotę.
Wpatrywałam się w błękit i zieleń oceanu, mieszające się i roztapiające w głębi granatowej wody. San Diego albo zawalona robota - pomyślałam. Zawsze powracam do San Diego: nie ma jak w domu. To czasy, kiedy pracowałam w sklepie ze zdrową żywnością i zdawałam maturę w liceum Pt. Loma. Pamiętam, jak złapałam świadectwo i wyrwałam się na wolność, przecinając wszystkie krępujące mnie więzy. Pragnęłam jedynie przekroczyć granicę z Meksykiem i surfować na tamtejszych rewelacyjnych falach. Wtedy w grę wchodził tylko Meksyk. Uśmiechnęłam się na wspomnienie, jak istotna była dla mnie wolność, samodzielność. Kupiłam volkswagena busa z 1969 roku, nadałam mu imię Buela i namówiłam przyjaciółkę, Michelle, na wspólny wyjazd. Cisnęłyśmy deski surfingowe na bagażnik na dachu i przemknęłyśmy przez granicę do Todos Santos, pełne nadziei na wspaniałe fale do surfowania i liczne przygody. Była jesień 1978 roku.
Zatrzymałyśmy się na plaży w Todos Santos, gdzie obozowali także inni amerykańscy surferzy. Przez okrągły miesiąc tylko pływałyśmy, jadłyśmy, balowałyśmy i spałyśmy. W końcu jednak Michelle nie mogła już dłużej lekceważyć obowiązków, które czekały na nią w domu, więc niechętnie wróciła autostopem na północ.
Jacht Hazana, trintella długości 13 metrów
Zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Trintella Yachts, Holandia
[...]
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
50-010 Wrocław, ul. Podwale 62
tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66
e-mail: ksiaznica@publicat.pl
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej