Rozdział 4
- Zamordowana to Olga Kowalonek. W tym momencie nasi sprawdzają dokładnie jej historię w kartotece - zaczął komisarz Maksymilian Obrębski, gdy po trzydziestu dwóch minutach od telefonu stanął przed nim młodszy stażem policjant.
Bogucki, gdy tylko wszedł do mieszkania Kamila Jaworskiego, wziął najszybszy prysznic w życiu i z mokrymi włosami wsiadł do radiowozu, mimo że panująca na dworze temperatura raczej nakłaniała do nakrycia głowy czapką, a nie do chadzania bez niej, na dodatek z niewysuszonymi włosami i cały czas spływającą po uszach wodą.
Spojrzał na Obrębskiego, który do niedawna był jego przełożonym, i pierwsza myśl, jaka pojawiła się w jego głowie, to pytanie, jak on to robi, że zawsze wygląda schludnie. Momentalnie poczuł lekką niechęć do siebie, gdy kątem oka dostrzegł swoje odbicie: czerwone policzki, włosy w nieładzie, sweter z jakąś plamą, której nie pokonał proszek do prania, a na tym czarna kurtka z dziurą pod pachą. Nie tak chciał wyglądać, ale zawsze coś przeszkadzało mu w zaprezentowaniu się lepiej. Z reguły pośpiech i pęd życia, ale jak już się nigdzie nie spieszył, to najzwyczajniej w świecie zapominał o tym, żeby poświęcić dłuższą chwilę na dopracowanie swojego wyglądu.
Odwrócił wzrok od lustra i spojrzał w stronę ofiary. Zganił się w myślach, że to na niej powinien się teraz skupić całą swoją uwagę i myśli.
- Znaleźliście przy niej dokumenty? - Zmarszczył brwi, jakby z opóźnieniem doszedł do niego sens wypowiedzianych przez kolegę słów.
- Nie, Olga to dość popularna osoba.
- Aktorka, celebrytka? - On sam zupełnie nie kojarzył twarzy kobiety, ale w tej pozycji mogła nie przypominać siebie za życia.
- Nie. Osoba do towarzystwa, jak to kiedyś określiła, gdy rozmawialiśmy.
Bartosz Bogucki musiał zrobić dziwną minę, bo jego kolega zareagował głośnym śmiechem.
- Nie, nie korzystałem z jej usług, jakby coś. Kiedyś rozpracowywałem gang zajmujący się handlem ludźmi, głównie sprowadzaniem zza wschodniej granicy kobiet, które następnie szprycowano narkotykami, robiono im rozbierane zdjęcia, a później je gwałcono. Upokorzone, z dala od rodziny, były zmuszane do prostytucji. Informowano je, że tylko oddając się przypadkowym mężczyznom, mogą uzbierać na powrót do domu. Oczywiście to nigdy nie następowało, a one coraz bardziej wpadały w prostytucyjno-narkotykowe bagno. Gdy pierwszy raz na nią wpadłem, Olga była dziewczyną jednego z gangusów, których próbowaliśmy udupić. Pomagała nam dyskretnie. Jej udział w sprawie nigdy nie wypłynął, a ona po wszystkim na trochę zniknęła z rynku. Niestety okazało się, że... - Komisarz Obrębski na chwilę przerwał i podrapał się po głowie. - Nie wiem, czy to lubiła, czy wizja zarobków ją zaślepiła, ale wróciła do tego. Dowiedziałem się o tym zupełnie przypadkiem od kolegi z obyczajówki jakiś miesiąc temu. Tylko już nie stała na ulicach, nie ganiała za klientami. Z tego, co mi opowiadał, to można było się z nią umówić za pomocą jakiejś aplikacji. Smutne, że tak skończyła. - Głową kiwnął w stronę wykrzywionego ciała dziewczyny. - Wiem, że to dziwnie zabrzmi w kontekście jej pracy, ale kurczę, była naprawdę sympatyczną dziewczyną. Rozmawiałem z nią kilkakrotnie, próbując jakoś pomóc, ale to ten typ, co wszystko wie lepiej i da sobie radę. No i tak skończyła.
- Przykre. - Bogucki rozejrzał się po pomieszczeniu. - Ale w tym całym nieszczęściu może jest jakaś nadzieja i może tym razem też została użyta aplikacja. Jeśli tak, to powinniśmy być w stanie sprawdzić, kto ją... wynajął.
- Gdyby tak się dało, to byłoby super, ale niestety dzisiaj nie dostaniemy prezentu świątecznego. Aplikacja gwarantuje prywatność, czym się szczycą. Powtarzają to na każdym kroku i są pod tym względem nieustępliwi. Nasi już próbowali przy innej sprawie dostać się do danych klientów i ich kobiet, ale dupa. Właściciele tłumaczą się, że aplikacja nie doprowadziła bezpośrednio do niebezpieczeństwa. Jest niczym Facebook, który pomaga nawiązywać relacje. Poza tym mają tak napisany regulamin, że nie odpowiadają za to, co dzieje się później. W sumie to się nie dziwię, bo gdyby nie to, mielibyśmy wysyp spraw typu: "Poznałam pana przez aplikację, on mnie okradł lub pobił, a potem zniknął". A następnie obciążano by za wszystko aplikacje lub wymagano pomocy w znalezieniu winnego. Nic innego by nie robili, tylko angażowali się w te sprawy. - Obrębski przerwał i poprawił mankiet niebieskiego stroju ochronnego, który założył, i wyszedł z łazienki, a kolega za nim. - Dość o pierdołach. I tak nie będziemy mieli tutaj za dużo do roboty. Wszystko wskazuje na to, że mamy sprawcę, co raczej nie jest typową sytuacją. Więc może nasza praca ograniczy się do zebrania dowodów, przesłuchania świadków i kolejny sukces zapisze się na naszych kontach. - W jego głosie nie brzmiała jednak ani nadzieja, ani radość, ale smutek.
Bartosz Bogucki rozejrzał się po pomieszczeniu. Centralne miejsce pośrodku salonu zajmował gigantyczny telewizor. Przed nim stała czarna skórzana kanapa z białymi włochatymi poduszkami. Wnętrze wskazywało, że mieszka tu mężczyzna, ale styl, jaki wybrał, zdecydowanie nie przypadł policjantowi do gustu.
Wszystko prezentowało się zbyt nachalnie. Było zbyt błyszczące, zbyt duże, zbyt świecące. Nawet szklany regał na kieliszki podświetlono taką liczbą lampek, że wyglądał niczym latarnia wskazująca marynarzom drogę do portu.
- Kim jest nasz potencjalny sprawca? - Przeniósł wzrok na kolegę.
- Błażej Zaremba. Perkusista. Znany kobieciarz i z tego, co na szybko sprawdziłem, raz już był oskarżony o pobicie kobiety. Twierdził wtedy, że wcale jej nie dotknął, a ona zrobiła to z zemsty, bo ją zdradził z jej najlepszą przyjaciółką. Trzeba koniecznie to sprawdzić. Ale do brzegu. - Sam siebie ponaglił i lekko sapnął pod nosem. - Ktoś zadzwonił na numer alarmowy. Nie zostawił danych, zupełnie nic. Powiedział, że słyszał podejrzane dźwięki dochodzące z mieszkania, i tu podał adres. Drzwi były lekko uchylone, denatka leżała w wannie, a gość w łóżku. Oboje się nie ruszali. Początkowo myślano, że jedno i drugie nie żyje. I nagle on się zerwał jak oparzony. Podobno taki młody z naszych wydarł się z przerażenia. W sumie się nie dziwię, też bym narobił w gacie. Właściciel mieszkania po pierwszym szoku powiedział, że nie wie, o co chodzi. Nie zna dziewczyny i nie pamięta jej przyjścia. Totalnie...
Nie zdążył skończyć, bo w tym momencie do pomieszczenia wszedł prokurator, zupełnie nic sobie nie robiąc z obowiązującego na miejscu zbrodni dress code'u. Był w eleganckim garniturze, który opinał całkiem sporych rozmiarów brzuch, i tak wypastowanych butach, że można było się w nich przeglądać. Tak zachowywała się tylko jedna osoba w warszawskiej prokuraturze - Marcin Borowicz. Postać, której zdecydowana większość nie lubiła, a niektórzy nawet i nienawidzili, a to przede wszystkim za sprawą nepotyzmu. Nikt nie mógł zaakceptować tego, że na tak ważnym stanowisku działa człowiek, który nie objął go dzięki swoim umiejętnościom czy osiągnięciom, ale tylko i wyłącznie za sprawą faktu, że jego ojciec pracował od wielu lat w Ministerstwie Sprawiedliwości, gdzie, jak wiele osób mówiło, był szychą.
Może gdyby Borowicz chociaż się starał, wkładał serce w pracę, którą wykonywał, sprawa nie wyglądałaby tak tragicznie. On jednak zdecydowanie nie przykładał się do pełnionych obowiązków, pokazując to na każdym kroku i przy każdym spotkaniu.
- Co macie? - Mężczyzna skinął im głową, co prawdopodobnie w jego mniemaniu miało stanowić namiastkę przywitania, chociaż mogło oznaczać też zupełnie co innego, na przykład jakiś nerwowy tik.
- Nie ma co gadać, pokażę panu - zwrócił się do niego Obrębski i ruszył.
Bartosz Bogucki pomimo braku zaproszenia poszedł za nimi. Szli korytarzem, którego jedną ścianę przyozdobiono biało-czarną tapetą w geometryczne wzory, a po przeciwnej stronie zawieszono kolekcję zdjęć, którą poprzekładano złotymi płytami w wielkich ramach.
Policjant nigdy nie słyszał o podejrzanym, ale ściana chwały, jak od razu nazwał ją w głowie, świadczyła o tym, że Zaremba radził sobie całkiem nieźle i znał różne sławy. Wisiało tam zdjęcie z jednym z najbardziej znanych wokalistów ostatnich lat, Andrzejem Gąsowskim, z całym składem zespołu Ale Abba oraz z gwiazdą piłki nożnej, Michałem Ogórkowskim, który od lat regularnie zgarniał tytuł najlepszego piłkarza w kraju i nic nie wskazywało na to, by w najbliższym czasie ktoś mógł mu zagrozić.
Skręcili w prawo i znaleźli się łazience. W jej centralnym miejscu stała wanna, w której leżała kobieta. Całość można byłoby uznać za kadr z horroru lub filmu kryminalnego, gdyby nie fakt, że aktorka nie żyła i nic nie mogło zmienić tego stanu rzeczy. Jej głowa spoczywała na brzegu wanny, a twarz wyglądała jak porcelanowa - była nienaturalnie jasna, niczym u gejszy chwilę przed wyjściem na miasto.
Dla aspiranta Bartosza Boguckiego ten widok nie należał do najprzyjemniejszych, ale stanowił nieodzowny element jego pracy, który akceptował i który w dziwny sposób go ekscytował i powodował, że nie umiał oderwać od niego wzroku. Nie znał nikogo wśród znajomych niepolicjantów, komu praca przynosiłaby tyle emocji, i to niezwykle skrajnych, zarówno tych pozytywnych, gdy łapie przestępcę, jak i negatywnych, gdy patrzy na czyjegoś bliskiego, kogoś, kto był kochany, a teraz poza ciałem nic już z niego nie zostało.
Zupełnie inaczej sprawa się miała z prokuratorem, który wkroczył do łazienki sekundę przed nim. Gdy tylko zobaczył kobietę, obrócił się na pięcie i wyszedł szybkim krokiem z pomieszczenia, zostawiając za sobą Obrębskiego, na którego twarzy zagościł diabelski uśmiech. Komisarz poczekał chwilę i ruszył za mężczyzną, który z wkurzoną minął stanął ponownie na środku salonu.
- Proszę powiedzieć, co się wydarzyło. - Marcin Borowicz podniesionym głosem starał się odwrócić uwagę zgromadzonych od tego, co się przed chwilą stało. Od tego, że nie udźwignął ciężaru widoku martwej kobiety, co dla osoby na jego stanowisku raczej nie powinno stanowić problemu. - Co wiemy?
Obrębski powtórzył wszystko, co chwilę wcześniej opowiedział koledze, założył ręce na brzuchu i czekał na dyspozycje. Dobrze wiedział, że akurat w tym prokurator spełnia się w stu procentach - jest niczym dowódca w wojsku, który zawsze ustawia wszystkich do pionu i wydaje rozkazy tak naturalnie, jak większość osób oddycha.
- Przeskanujcie tego mężczyznę. Jego przeszłość. Co go łączy z zamordowaną i takie tam. Sprawdźcie kamery przed wejściem do budynku.
- Nie działają - wtrącił Obrębski, który od razu dostał informację na ten temat.
- To niedobrze. Wyślijcie mi raport patologa i technika.
- To nie pojedzie pan na... - zaczął Bartosz Bogucki, ale nie skończył, widząc minę kolegi, który pokręcił głową, dając znać, żeby nie ciągnął wątku.
Marcin Borowicz słynął z niechęci do pełnionego zawodu na wielu poziomach. Między innymi nie pojawiał się na sekcjach zwłok, a kontakty z osobami związanymi ze śledztwem najchętniej ograniczał do mailowych. Nawet rozmów telefonicznych unikał jak ognia, jakby wtedy mogło paść problematyczne pytanie, na które nie znałby odpowiedzi lub w danej chwili nie chciał jej udzielić z sobie tylko wiadomego powodu. To on rozdawał karty i nikt nie mógł dyskutować, bo pisząc maile, ciężko było prowadzić rozsądną wymianę zdań. Dlatego wielu najzwyczajniej w świecie rezygnowało i robiło grzecznie to, co mężczyzna kazał.
- Nie będę już was odrywać od śledztwa. - Prokurator poprawił kosmyk włosów, który zsunął mu się na czoło i drażnił od dłuższej chwili. - Działajcie. Mamy już sprawcę, więc nie musicie się męczyć. - Wypowiadając ostatnie zdanie, uśmiechnął się delikatnie, przez co wokół oczu zrobiły mu się zmarszczki. Skinął im lekko i wyszedł. Nikt go nie zatrzymywał. Każdy patrzył z lekkim wyrzutem, a zarazem smutkiem. Taka postawa osoby, od której często zależało życie ludzi, stanowiła cios dla osób wierzących w sens wykonywanej pracy.
- Chodźmy! - rzucił Obrębski, gdy plecy Borowicza zniknęły z pola widzenia, i ruszył ponownie do łazienki. - Nasi znaleźli ją w tej dziwnej pozycji. Medycy od razu stwierdzili zgon.
Powtórzył raz jeszcze informacje, które już wcześniej przekazywał. Skończył, gdy przekroczyli próg pomieszczenia. Przy ceramicznej wannie na masywnych nóżkach prężył się nowy technik, który zasilił ich szeregi raptem dwa tygodnie temu. Komendant zrobił inaugurujące przedstawienie, jakby prezentował nowy sprzęt czy radiowóz. Marcel Wolski, bo tak nazywał się mężczyzna, zupełnie tym się nie przejmował. Stał wtedy koło nowego przełożonego, szczerząc się od ucha do ucha i kiwając głową na każdy szczegół swojego opisu padający z jego ust. Okazało się, że szkolił się w Stanach Zjednoczonych, co u większości wywołało pomruk zadowolenia, bo cenili napływ nowej wiedzy. Niestety jak zwykle bywa w takich sytuacjach, kilku, na szczęście nielicznych, sapnęło z dezaprobatą, jakby fakt, że człowiek dobrze się wykształcił i do tego chętnie pracował, źle o nim świadczył. Jednak gdy po przemowie "nowy" zaprosił wszystkich do baru, gdzie postawił piwo całkiem licznej ekipie, przekonał do siebie nawet tych sceptycznych.
Teraz z małym aparatem w dłoni chodził dookoła wanny i uwieczniał każdy szczegół. Włos, okruch, smugę, najmniejszy ślad.
Stanęli w bezpiecznej odległości i patrzyli. Nie miał w ruchach tej lekkości, jaką charakteryzował się patolog wykonujący czasami prace technika, który nagle opuścił ich szeregi, ale obserwowanie go i tak sprawiało przyjemność.
- Nie stójcie tak, nie gryzę. - W końcu to on się odezwał i wstał z ziemi, na której jeszcze przed chwilą klęczał wygięty w chińskie S, uwieczniając coś znajdującego się pod wanną.
Tego dnia włożył koszulę w fikuśne czerwone mazy i czarne spodnie. Wyglądał raczej jak osoba wybierająca się do baru lub na imprezę na plaży, a nie na spotkanie z trupem. Pod tym względem niedaleko mu było do stojącego obok Obrębskiego, chociaż strój komisarza wydawał się nieco bardziej stonowany.
- Znając życie, chcecie wiedzieć, co się tutaj stało. - Zerknął na dwóch mężczyzn, którzy podeszli bliżej, a na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech prezentujący białe niczym śnieg zęby. - Jak wiecie, zamordowaną jest Olga Kowalonek. Nie widać śladów walki w postaci zadrapań. Pod paznokciami czysto, nawet za bardzo. W boku rana, ale ilość krwi dość niewielka, więc może nie jest zbyt głęboka. To oczywiście okaże się później. Więcej dziur nie widziałem, ale nie wiem, co skrywają jej plecy i głowa, zresztą to nie moja robota. Zabezpieczyłem sporo śladów. Włosów, odcisków palców. Z ciekawostek! - Nagle podniósł głos, a dwaj stojący przed nim policjanci aż podskoczyli. - To, co zauważyłem, ale czego jeszcze nie zabezpieczyłem, to ślady na drzwiach od tarasu. Tak jakby ktoś się z nimi szarpał. Jak dla mnie nie wyglądają jak standardowo po spotkaniu z włamywaczem, raczej jakby ktoś próbował je nieumiejętnie otworzyć za pomocą właściwego klucza. Tak jakby ktoś nie wiedział, jak to zrobić. Może właściciel spożył za dużo procentów i się z nimi szarpał. Później się tym zajmę, teraz ta dama rządzi.
- Ale...
Obrębski nie zdążył skończyć, bo technik mówił dalej:
- Sprawdziłem i przez taras można dostać się do mieszkania. Nie ma płotu wokół ogródka, tylko gęsto rosnące rośliny. Teraz tego nie widać, ale od drugiej strony jest parking. Na nasze nieszczęście nieoświetlony i bez kamer. Tak mi się przynajmniej wydawało, gdy tutaj jechałem. Takie mam zboczenie, że gdy dojeżdżam na miejsce zbrodni, wszystkie zmysły wyostrzają mi się niczym u psa myśliwskiego. Kiedyś w domu matki włączył się alarm. Ona, jak to starsza osoba, nie chciała firmy ochroniarskiej, więc tylko ja dostawałem zawiadomienie, że coś jest nie tak. No i jadąc do niej, w odległości dwóch kilometrów od jej domu zauważyłem nietypowy samochód. Moja mama mieszka na osiedlu pełnym seniorów, a tam nagle taki niskopodłogowy golf, zupełnie niepasujący do zdziadziałej okolicy, gdzie średnia wieku to pewnie siedemdziesiąt lat. Wiadomo, wnuk mógł przyjechać w odwiedziny, ale gdy wpadłem do mieszkania i zastałem je splądrowane, wiedziałem, że pierwsze kroki skieruję do młokosów. - Widząc ich miny, od razu dodał: - Tak, nie powinienem sam, ale jakoś instynkt obrony mamy mi się uruchomił. Więc jak strażnik Teksasu polazłem do nich, i co? Szykowali się na kolejny włam. Odebrałem, co mamy, i wezwałem ekipę. Dobra, nie będę już gadał, bo zamęczę was na śmierć. - Wzruszył ramionami i ponownie się nachylił nad wanną. - A ta pani całkiem, całkiem.
- Olga należała do tych bardziej ekskluzywnych - stwierdził Obrębski.
- Przez chwilę myślałem, że weszła z podejrzanym od strony tarasu - zaczął technik, choć nikt go o to nie pytał. - Stąd te uszkodzenia na drzwiach, bo nie mógł skupić się na kluczu, ale jakoś nie widzę, żeby ta pani w szpilkach szła przez trawę.
- Ja też. - Komisarz kiwnął potakująco głową. - Zresztą leżą w sypialni koło łóżka i nie ma na nich śladów trawy czy ziemi. Oczywiście mogłaby je zdjąć, ale on poniekąd jej płacił za to, aby cały czas wyglądała ponętnie i seksownie, a jakby je ściągnęła, to niestety straciłaby wiele na uroku. - Obrębski ponownie spojrzał na zamordowaną. - Zresztą nie wiem, jak kobiety są w stanie w czymś takim się przemieszczać, to jakieś niewykonalne jak dla mnie. - Znowu zamilkł, widać było, że nad czymś intensywnie myśli. - A jest opcja, że ślady na drzwiach są sprzed kilku dni? - zmienił temat.
- Tak jak wspominałem, ja tylko to zauważyłem i jeszcze nie zabezpieczyłem. Muszę jednak najpierw tu ogarnąć, aby można było ruszyć zwłoki, a następnie przewieźć do prosektorium. Aaa! - krzyknął nagle, a dwaj stojący przed nim mężczyźni znów aż się wzdrygnęli. - Moim zdaniem to ktoś ją ruszał. Ja nie od tego, ale zawsze mnie to ułożenie ciała interesowało. Jak się lepiej przyjrzycie, to zauważycie pewnie, że plamy opadowe wystają, to znaczy są widoczne. Nie powinienem się mądrzyć, ale według mnie ona leżała wcześniej w podobnej pozycji i później ktoś ją przesunął. Może ponownie próbował ułożyć w taki sam sposób. Tylko to jest praktycznie niemożliwe, szczególnie w przypadku trupa. Zmienia się stężenie pośmiertne i...
Nie skończył, bo do pomieszczenia ktoś wszedł. Wszyscy trzej momentalnie odwrócili głowy.
- Dzień dobry, panowie, widzę, że ktoś chce zabrać mi robotę - przywitał się Ryszard Ostaszewski, starszy, elegancki mężczyzna, który ostatnie pół roku spędził na zwolnieniu lekarskim.
Wiele osób wróżyło mu już koniec kariery w policji, jednak on się nie poddał. Podczas wycieczki w Tatry Wysokie, na którą wybrał się wraz z dwoma synami, doszło do nagłego załamania pogody. Z nieba lunęła ściana wody, a co jakiś czas waliły dookoła pioruny. Gdy próbowali jak najszybciej dostać się do bezpiecznego miejsca, najstarszy z trójki poślizgnął się, choć miał porządne, specjalistyczne buty. Jak to później powiedział, mimo walących w oddali grzmotów usłyszał, jak zrywa mu się ścięgno w kolanie, a po sekundzie poczuł, że się nie pomylił, bo ciało zalała fala bólu. Jednak nic nie powiedział, tylko na adrenalinie buzującej w ciele dotarli do schroniska, a tam zemdlał. Obudził się w szpitalu, gdzie nad jego łóżkiem wisiała rodzina. Żona podobno okrzyczała synów, jakby mieli po dwa lata, mówiąc, że są nieodpowiedzialni, ciągając ojca po górach, jakby zapomniała, że to mąż był prowodyrem całej wycieczki. Synowie ze smutnymi minami cały czas nie mogli uwierzyć w jego wyczyn, który lekarz określił jako niespotykany. Później Ostaszewski tłumaczył, że nie chciał, aby utknęli w lesie, bo wtedy o pomoc byłoby jeszcze trudniej, no i naraziłby resztę rodziny. Włożono mu w nogę kilka śrub, a gdy lekarz dał zielone światło, ruszył z intensywną rehabilitacją.
- Przepraszam za opóźnienie, ale zajmowałem się kobietą, którą naćpany chłopaczek z bogatej rodziny pozbawił życia młotkiem. To jest straszne, co narkotyki pomieszane z alkoholem mogą zrobić z człowiekiem. Mam nadzieję, że gnojek zgnije w więzieniu. - Lekarz poprawił lateksowe rękawiczki, które założył przed wejściem, tak samo jak strój ochronny i ochraniacze na buty. - Zatem kogóż tutaj mamy? - Podszedł bliżej wanny i nachylił się.
Policjanci zostawili technika z patologiem i ruszyli na obchód mieszkania. Zajrzeli najpierw do pomieszczenia, do którego drzwi znajdowały się naprzeciwko łazienki. Mieściła się tam sypialnia, której centralnym meblem było olbrzymie łoże z pikowanym wezgłowiem w kolorze czarnym, a pod nim wielki dywan wyglądający jak skóra zdjęta z jakiegoś futrzastego zwierzęcia, może niedźwiedzia. Poza skotłowaną kołdrą i leżącymi na podłodze butami na niebotycznie wysokich obcasach, o których wspominał Obrębski, nic nie zwracało ich uwagi, dlatego po chwili wyszli na zewnątrz i wrócili do salonu.
- Trzeba koniecznie przesłuchać tego muzyka, prokurator raczej tego nie zrobi, więc jak wrócimy, ty się tym zajmiesz. Gość już na ciebie czeka - rzucił komisarz, a w reakcji na to żuchwa Bartosza Boguckiego lekko opadła. - Nie gap się tak na mnie. Co ty myślałeś, że będę cię wiekami niańczyć? Czas się trochę usamodzielnić. Będę stał na zewnątrz i jakby coś, poproszę cię na chwilę na korytarz i podpowiem...
Nie skończył, bo obaj usłyszeli hałas przy wejściu do mieszkania. W drzwiach stanął starszy mężczyzna w szlafroku. Gestykulował intensywnie i krzyczał coś do stojącego tam młodego funkcjonariusza, który z miną cierpiętnika próbował mu wyperswadować pomysł wejścia do środka.
- Co się stało? - Obrębski ruszył mu na pomoc i uśmiechnął się do starszego pana.
Ten zacisnął mocniej małe usta i szczelniej opatulił się połami okrycia.
- Ja od zawsze mówiłem, że ten Zaremba sprowadzi na nas jakieś nieszczęście. Co chwilę jakieś imprezy, podejrzani goście, wrzaski i dziwne zapachy. Ja nigdy nie paliłem tych ziół, ale dzięki sąsiadowi dobrze je znam. Moja żona, która zawsze w ludziach widzi tylko dobre, mówi, że to jakieś zioła do jedzenia czy na poprawę pracy jelit, ale ja wiem swoje. Ćpun z niego i bawidamek.
- A ostatnio działo się coś szczególnego? - Komisarz próbował zachować powagę, ale patrząc na mężczyznę we włochatych, intensywnie niebieskich kapciach, ciężko było utrzymać profesjonalny wyraz twarzy.
- Szczególnego to może nie. Przedwczoraj zorganizował kolejną imprezę, jakby myślał, że mieszka na bezludnej wyspie. Krzyczeli do czwartej w nocy, a przestali tylko dlatego, że się schlali jak dzikie świnie i nie mieli sił na więcej. Pukałem chyba z pięć razy. Dwa razy ktoś otworzył i niby powiedział, że będzie już ciszej, ale po chwili znowu się wydzierali jak obdzierane żywcem zwierzęta, a muzyka dudniła niemiłosiernie. Ja wiem, że on jest muzykiem i że w domu też lubi pograć, ale robienie koncertów to już przesada. Na dodatek w środku nocy, kiedy lokatorzy rano muszą wstać do pracy, zawieźć dzieci do szkoły. Tutaj sąsiedzi od dwóch miesięcy mają niemowlaka. - Głową wykonał ruch w prawo, jakby chciał pokazać, gdzie mieszkają. - Jego matka ze łzami w oczach opowiadała, jak próbowała spać z młodym w łazience, bo tam najciszej, a i tak czuła, że od tych basów ściany się trzęsą. Jeszcze jej mąż wyjechał kilka dni temu w delegację, więc się bała wyjść na korytarz i do nich zapukać. Całą noc chodziła z dzidziusiem na rękach, licząc, że ten koszmar w końcu się skończy.
- Faktycznie niemiło - skomentował starszy stażem policjant. - A o której dzisiaj w nocy skończyli? Bo rozumiem, że też balangowali.
- Dzisiaj nie! - Mężczyzna pokręcił przecząco głową i podrapał się za uchem, które przy łysej głowie wyglądało na nienaturalnie wielkie. - Spokój, cisza, prawie idealnie. Tylko coś trzaskał. Nie wiem dlaczego, ale strasznie szarpał się z drzwiami tarasowymi. To znaczy one mu się już wcześniej parę razy zacięły. Podobno mają wadę fabryczną. Wiem, bo kiedyś stał pod klatką i próbował wejść. Grzebał w torbie, rozsypał wszystko na kostce. Wracał z jakiejś próby i posiał gdzieś klucze. Dopiero po czasie przypomniał sobie, że w samochodzie ma zapasowe od tarasu. Tak jak z nim wtedy chwilę postałem, to sprawiał wrażenie nawet miłego człowieka. Opowiadał mi o swojej mamie, która podobnie jak ja pracowała jako nauczycielka. O pogodzie, bo akurat tego dnia strasznie padało, ale obaj stwierdziliśmy, że to dobrze, bo rośliny ostatnimi czasy mocno się wysuszyły. To się działo latem, jak falę upałów przerwały te burze, pamiętają panowie? - Mężczyzna spojrzał na policjantów pytająco, a ci w odpowiedzi pokiwali głowami. - Gdyby nie te jego głośne imprezy, to może byśmy się zakumplowali. Kto wie. No i wtedy o tych drzwiach tarasowych wspominał - dorzucił mężczyzna, jakby chciał się wytłumaczyć.
- A czy orientuje się pan, czy sąsiad spotykał się z jakąś kobietą? Ktoś go regularnie odwiedzał? - rzucił nagle aspirant Bogucki, a Obrębski kiwnął zadowolony.
Starszy mężczyzna zaśmiał się, zaskakując policjantów.
- On i związek?! My z żoną mamy widok na parking i widzimy, kto wchodzi, kto wychodzi. Oczywiście nie patrzymy na to zbyt często, ale akurat z kuchni, jak coś robimy, to wszystko mamy jak na przysłowiowym talerzu, i to, ile kobiet go odwiedzało, to... uuu... - Aż zagwizdał. - On stworzył swój mały harem, ze sporą rotacją jego uczestniczek. Oczywiście wszystkie podobne do siebie niczym klony. Tylko kolor włosów je różnił, chociaż dominowały brunetki. Ja myślałem, że to ta sama, wie pan, jak to każdy facet, nie zwracam uwagi na szczegóły, ale moja żona twierdzi, że praktycznie wszystkie przychodziły tylko raz. I one były takie niczego sobie. - Mężczyzna zaśmiał się rubasznie, a jego wystający zdecydowanie za mocno brzuch zatrząsł się przy tym wyraźnie. - No i spraszał sporo osób z pierwszych stron gazet. Ja większości nie znam, ale moja Halinka wyłapała kilka. Widziała jakiegoś aktora, innym razem uczestnika jakiegoś głupiego programu kulinarnego, tego z tą panią, co wygląda, jakby ją piorun trafił. Ja nie trawię tych wygłupów, ale moja żona lubi je oglądać. Musieliby panowie z nią pogadać, bo ja ich nie kojarzyłem. Jedyny gość, którego rozpoznałem, to ten z włoskimi korzeniami, Leonardo... no...
- Leonardo Małkowski? - pomógł mu Bartosz Bogucki, a stojący obok kolega zrobił zdziwioną minę. Ściągnął usta w lekki dzióbek i przekręcił je w prawą stronę, mrużąc przy tym oczy.
- No właśnie. Mózg już nie pracuje odpowiednio. - Mężczyzna postukał się palcem po łysej niczym kolano głowie. - Kiedyś to znałem tysiące wzorów z matematyki i fizyki, a teraz to czasami zastanawiam się, jak mam na imię. Dobrze, że pamiętam, jak nazywa się moja żona, bo inaczej miałbym kłopoty. - Westchnął i spojrzał na młodszego policjanta. - A co do tego Leonarda, to kiedyś nawet z nim gadałem. Przywiózł sąsiada, bo ten podobno nawalił się na próbie. Psioczył na Zarembę, że zawala robotę i przez niego nie mogą skończyć jakiegoś projektu, ale i tak go odwiózł. Twierdził, że tylko on niczego nie pił, a dwóch taksówkarzy odmówiło mu przejazdu, bo bali się, że obrzyga im auto.
- A w nocy widział pan tutaj kogoś? - spytał tym razem Obrębski.
- Nie, nikogo. Zresztą sypialnię mamy z drugiej strony, a stamtąd nie widzimy ani tarasu, ani wejścia do budynku. Poza tym wczoraj nie zapalił światła, które sobie zamontował, a wtedy ciemno ma jak cholera. Słyszeliśmy tylko coś, jakby szarpał się z drzwiami tarasowymi, a później jakieś dźwięki typu trzaśnięcia i generalnie nic szczególnego. Ale jak mówiłem, coś z nimi jest nie tak. Chociaż... - Mężczyzna zawiesił głos i podpadał się po czerwonym nosie. - W sumie od dawna nimi nie walił, jakby nauczył się je poprawnie otwierać. A wczoraj chyba zapomniał. - Wzruszył ramionami i sapnął przeciągle.
- To państwo wezwali policję? - zmienił temat Obrębski.
Mężczyzna pokręcił przecząco głową i zacisnął pasek utrzymujący szlafrok na miejscu.
- Nie. - Jego głos zabrzmiał stanowczo, wręcz z nutą urazy. - Nie było powodu. Jak na niego to panował spokój, cisza jak makiem zasiał. O takie hałasy jak wczoraj to nie moglibyśmy się denerwować. Byłoby to co najmniej niestosowne.
- To kto mógł to zrobić? - Komisarz założył ręce na brzuch i cały czas bacznie obserwował starszego pana.
- Nie wiem. - Mężczyzna wzruszył ramionami i wzniósł oczy w stronę sufitu. - Mieszkam tutaj już siódmy rok i średnio znam sąsiadów. Poza tą panią z dzieckiem, to nie rozmawiam z nikim. W dzisiejszych czasach nie ma już takiej wspólnoty, nie ma pomocy sąsiedzkiej. Kiedyś bez krępacji szło się do sąsiada po cukier czy marchewkę, jak zabrakło. Teraz jak coś się dzieje, to trzeba samemu walczyć o swoje. Ostatnio chciałem uzbierać na remont wiaty śmietnikowej, bo się rozpada. Przeszedłem po kilku mieszkaniach i wszyscy odmówili. Powiedzieli, że skoro administracja tego nie ogarnia, trzeba złożyć na nich skargę i tyle. Nikt nie chciał się dorzucić, więc odpuściłem. Generalnie wszyscy mają innych gdzieś, a ponieważ panowała względna cisza, to nie wydaje mi się, żeby ktoś z sąsiadów miał po co was wzywać.
- Dziękujemy panu, jak coś sobie pan przypomni, proszę dzwonić. - Obrębski podał mężczyźnie swoją wizytówkę, pożegnał się i z Boguckim u boku ruszył schodami na dół.