3kąt. Ona.Tom2 - Agnieszka Peszek

Kup ebooka

43.90 zł
35.12 zł (32,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Dwa­dzie­ścia pięć lat wcze­śniej

Stali na ma­łej po­la­nie w środku lasu. Od zgiełku mia­sta od­gra­dzały ich drzewa i krzaki, które two­rzyły gę­sty mur. Naj­bliż­szy dom znaj­do­wał się po­nad pięć­set me­trów od ich kry­jówki, a miesz­ka­jąca tam star­sza ko­bieta nie za­pusz­czała się w te re­jony. Zresztą w ogóle mało kto po­dej­mo­wał to wy­zwa­nie, bo każda taka próba koń­czyła się ob­tar­ciami, ra­nami lub uszko­dzo­nym ubra­niem. Nikt bez od­po­wied­niej mo­ty­wa­cji nie chciał tak ry­zy­ko­wać.

Ale im to zu­peł­nie nie prze­szka­dzało - oni to uwiel­biali. Im trud­niej, im bar­dziej się umo­ru­sali czy na­wet po­ka­le­czyli, tym faj­niej.

Stali w ich taj­nej ba­zie, jak okre­ślali to miej­sce, i na­słu­chi­wali. Jak za­wsze pa­no­wała ci­sza, która nie­któ­rych mo­głaby prze­ra­żać, ale nie ich. Sta­no­wiła za­pew­nie­nie, że nikt im nie prze­szko­dzi i że cho­ciaż na kilka krót­kich chwil zdo­łali uwol­nić się od har­mi­dru, który to­wa­rzy­szył im na co dzień. Od krzy­ków, wrza­sków, klak­so­nów czy ro­bót, które za­wsze gdzieś ktoś usku­tecz­niał. Od kło­po­tów, które ścią­gali na sie­bie każ­dego dnia, za co do­sta­wali czę­sto ka­blem od pro­diża lub skó­rza­nym pa­sem.

Wy­jąt­kowo nie wdra­pali się na drzewo, które stało obok i ni­czym pa­ra­sol roz­po­ście­rało swoje ga­łę­zie, da­jąc im la­tem upra­gniony cień.

Na­wet tego nie za­pro­po­no­wali.

Pa­trzyli tylko na biały ban­daż gę­sto opla­ta­jący rękę jed­nego z nich. Zdą­żyli już zło­żyć na nim pod­pisy, wie­dząc, że to nie gips i że opa­tru­nek nie­ba­wem zo­sta­nie zmie­niony na czy­sty.

Jed­nak nie miało to ja­kie­go­kol­wiek zna­cze­nia.

Naj­waż­niej­sze, że na­dal stali ra­zem, a ko­lega zy­skał sta­tus bo­ha­tera. Każdy wie­dział, że gdyby nie jego po­świę­ce­nie, los po­zo­sta­łej dwójki mógłby wy­glą­dać zu­peł­nie ina­czej.

Po chwili naj­wyż­szy z nich uniósł rękę, a dwóch po­zo­sta­łych zro­biło to samo.

Wy­jąt­kowo unie­śli lewe.

- Atos, Por­tos i Ara­mis. - Dźwięk roz­szedł się po oko­licy i w tym sa­mym mo­men­cie trzech chłop­ców, sty­ka­jąc się czub­kami pal­ców, po­wta­rzało te same słowa. - Je­den za wszyst­kich, wszy­scy za jed­nego.

Po­stali jesz­cze kil­ka­na­ście se­kund w ta­kiej po­zy­cji i opu­ścili ręce.

Może dla ko­goś ob­cego by­łyby to nic nie­zna­czące słowa, ale nie dla nich. Mimo mło­dego wieku prze­te­sto­wali swoją przy­jaźń już na wiele spo­so­bów i wie­dzieli, że ra­zem mają moc jak nikt inny, dla­tego chcieli ją uwiecz­nić.

Szy­ko­wali się do tego długo, za­sta­na­wia­jąc się, jak to zro­bić, aż w końcu Por­tos, który z re­guły sta­no­wił źró­dło więk­szość po­my­słów, przed­sta­wił im plan.

Nie­kon­tak­tu­jąca już za bar­dzo bab­cia Atosa na trzech ka­wał­kach bia­łego ma­te­riału, które zwi­nęli z pra­cowni w szkole, wy­ha­fto­wała im znak skrzy­żo­wa­nych sza­bli, a na każ­dym do­dat­kowo ich se­kretne imiona: Atos, Por­tos i Ara­mis.

To od niej chłopcy do­wie­dzieli się o trójce przy­ja­ciół ży­ją­cych kilka wie­ków wcze­śniej. Ża­den z nich nie pa­łał do tej hi­sto­rii taką mi­ło­ścią, aby ją sa­memu prze­czy­tać, ale z roz­dzia­wio­nymi bu­ziami słu­chali re­la­cji star­szej ko­biety, gdy opo­wia­dała im o krwa­wych bi­twach męż­czyzn, któ­rzy wy­zna­wali za­sadę "je­den za wszyst­kich, wszy­scy za jed­nego". Za­sadę, która tak ide­al­nie wpi­sy­wała się w ich re­la­cje.

Te­raz, sto­jąc po­środku po­lany z trzema wy­szy­tymi skraw­kami ma­te­riału, Por­tos wy­do­był małą finkę, którą ukradł pod­czas ostat­niej wy­prawy na targ Ró­życ­kiego, zwany przez wielu Ró­ża­nem.

Każdy wie­dział, co to ozna­cza.

Pierw­szy za­czął nowy wła­ści­ciel noża. Szyb­kim ru­chem na­ciął so­bie we­wnętrzną część dłoni. Mo­men­tal­nie po­ja­wiła się krew - naj­pierw kilka kro­pli, a po kilku se­kun­dach już całą we­wnętrzną część ręki ozda­biała czer­wona ciecz, która spły­wała po pal­cach na zie­mię. Zu­peł­nie się nie spie­sząc, jakby de­lek­to­wał się tą chwilą, wy­tarł dłoń przy­go­to­waną tka­niną z wy­szy­tym swoim imie­niem. Chwilę póź­niej zro­bili to po­zo­stali dwaj chłopcy.

Cały czas w to­tal­nej ci­szy, ale z dumą na twa­rzach scho­wali skrawki do me­ta­lo­wej puszki i za­ko­pali ją pod drze­wem.

To było przy­pie­czę­to­wa­nie ich przy­jaźni, od­da­nia - po­mimo mło­dego wieku li­czyli, że będą je one łą­czyć aż do śmierci.

Cała trójka wie­działa, że po tym, jak sie­dem dni wcze­śniej każdy z nich za­to­pił ostrze noża w ciele star­szego czło­wieka, ich losy splotą się ze sobą na za­wsze.

Je­den za wszyst­kich, wszy­scy za jed­nego, aż po ży­cia kres.

Roz­dział 1

Już wie­lo­krot­nie spę­dzał noc w po­koju ho­te­lo­wym.

Już wie­lo­krot­nie ko­rzy­stał z usług pro­sty­tu­tek, co nie na­pa­wało go dumą, ale po któ­rymś ra­zie zu­peł­nie prze­stał się wsty­dzić. Nie krzyw­dził tym ni­kogo poza żoną, ale tym śred­nio się przej­mo­wał. Już dawno temu umó­wili się, że do­póki pełni zaj­mo­wane sta­no­wi­sko lub po­dobne, jak było nie­prze­rwa­nie od kil­ku­na­stu lat, ona od niego nie odej­dzie. Bę­dzie grała swoją rolę w szopce, którą ra­zem stwo­rzyli. W szopce, w któ­rej pre­zen­to­wali się jako szczę­śliwa ro­dzina z dwójką ide­al­nych dzieci, które nie do­stają in­nych ocen niż piątki, udzie­lają się spo­łecz­nie i chcą zmie­niać świat. Grali ro­dzinę, która się wspiera, ko­cha i sza­nuje. Tylko za każ­dym ra­zem, gdy udzie­lał wy­wia­dów i o tym mó­wił, śmiał się w du­chu, wie­dząc, jak da­le­kie jest to od prawdy. A tak wła­ści­wie na­wet obok niej nie stało.

Po­cie­chy, jak my­ślał o nich iro­nicz­nie, wi­działy w nim, bo to on przede wszyst­kim przy­no­sił pie­nią­dze, skar­bonkę bez dna, która nie ma uczuć, można ją lek­ce­wa­żyć, a kłam­stwo w re­la­cjach jest stan­dar­dem. Sam nie wie­dział, które z dzieci jest gor­sze.

Syn wy­cią­gał im ukrad­kiem z port­fela pie­nią­dze, a po­tem, bez­czel­nie pa­trząc mu w oczy, zrzu­cał winę na wszyst­kich do­okoła, a z re­guły na pa­nią do sprzą­ta­nia, mó­wiąc, że to ona krad­nie. Kilka razy za­sta­na­wiał się na­wet, czy młody nie mówi prawdy, cho­ciaż wie­dział, że jego wer­sja jest gru­bymi nićmi szyta, bo go­tówka zni­kała rów­nież w dni, kiedy ko­biety u nich nie było. Prawda wy­szła na jaw, gdy za­mon­to­wał kilka nie­wiel­kich ka­me­rek. Syn zo­stał na­grany na go­rą­cym uczynku, jak jego ręka wśli­zguje się do to­rebki matki, a póź­niej płasz­cza ojca, który w we­wnętrz­nej kie­szeni za­wsze prze­cho­wy­wał port­fel wy­pchany bank­no­tami. Chwilę po obej­rze­niu tego po­szedł do niego z py­ta­niem, czy to on stoi za znik­nię­ciem pie­nię­dzy. Syn z po­ke­rową twa­rzą po­wie­dział, że nie, i za­pro­po­no­wał mu po­moc w zna­le­zie­niu sprawcy. Z jed­nej strony czuł dumę z po­tomka, że tak do­brze się ma­skuje i jest re­we­la­cyj­nym gra­czem, ale z dru­giej nie chciał, aby syn skoń­czył jak on. Jako czło­wiek, który czuje do sie­bie wstręt i po­gardę, który czę­sto nie może spoj­rzeć na sie­bie w lu­strze.

Długo li­czył, że córka bę­dzie inna, lep­sza, ale nie­stety za­wiódł się i tym ra­zem. Dziew­czynka po­tra­fiła się na niego ob­ra­zić, bo nie zro­bił jej blika na sie­dem­set zło­tych na ciu­chy. Twier­dziła, że ją upo­ko­rzył przed ko­le­żan­kami, które ra­zem z nią bu­szo­wały po skle­pach i które rze­komo mo­gły li­czyć na spore wspar­cie ze strony swo­ich ro­dzi­ców, a ona nie. Wie­dział do­brze, że to nie­prawda, bo znał nie­któ­rych i żadne z nich nie za­ra­biało tyle co on, ale ja­kie­kol­wiek próby ra­cjo­nal­nego wy­ja­śnie­nia córce faktu, że pie­nią­dze nie biorą się z ko­smosu i nie spa­dają z nieba ra­zem z desz­czem, koń­czyły się hi­ste­rią i trza­ska­niem drzwiami. Po­tem na­stę­po­wały ci­che dni, które ro­biły na nim co­raz mniej­sze wra­że­nie.

Z żoną sprawa wcale nie pre­zen­to­wała się le­piej. Od lat nie sy­piali ze sobą, a od ja­kie­goś czasu ko­mu­ni­ko­wał się z nią głów­nie za po­śred­nic­twem SMS-ów lub ma­ili, co w su­mie mu nie prze­szka­dzało. Nie mu­siał słu­chać jej pi­skli­wego głosu, który przy każ­dej roz­mo­wie wku­rzał go tak bar­dzo, że wyj­ście z po­koju sta­no­wiło naj­mil­sze za­cho­wa­nie.

Dla­tego od ja­kie­goś czasu sta­wiał na płatny seks. Da­wał mu wszystko, czego pra­gnął: do­zna­nia na naj­wyż­szym po­zio­mie i dys­kre­cję, któ­rej po­trze­bo­wał ni­czym tlenu.

Gdyby ktoś do­wie­dział się, jak spę­dza wie­czory prze­cho­dzące w noce, jego ka­riera le­głaby w gru­zach ni­czym usta­wiany go­dzi­nami do­mek z kart. Jego de­kla­ra­cje o ro­dzi­nie jako fun­da­men­tal­nej jed­no­stce spo­łe­czeń­stwa prze­sta­łyby być wia­ry­godne, nikt nie słu­chałby go na wie­cach, nie sta­wiał na pie­de­stale ni­czym bo­ha­tera. Wie­dział, że nim nie jest, ale ży­cie w cią­głym za­kła­ma­niu sta­no­wiło gwa­rant jego suk­cesu.

"Pie­lę­gno­wa­nie wy­kre­owa­nej ilu­zji to na­sze naj­waż­niej­sze za­da­nie" - po­wta­rzał przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji je­den z jego przy­ja­ciół, a on zga­dzał się z tym w stu pro­cen­tach. Na­wet stu dzie­się­ciu.

Dla­tego noc z pro­sty­tutką, dziew­czyną do to­wa­rzy­stwa, wsze­tecz­nicą, ko­bietą lek­kich oby­cza­jów, la­ta­wicą, roz­pust­nicą, kró­lową nocy, kur­wi­szo­nem czy jak­kol­wiek ina­czej by ją na­zwać, nie sta­no­wiła ni­czego spe­cjal­nego, jed­nak wie­dział, że to spo­tka­nie za­pad­nie mu w pa­mięć na za­wsze.

Usiadł na wiel­kim łóżku. Po­ściel na nim nie przy­po­mi­nała tej, którą za­stał dwie go­dziny wcze­śniej. Tamta była pięk­nie wy­pra­so­wana, o lek­kim za­pa­chu, który znał, a któ­rego na­zwy nie mógł so­bie przy­po­mnieć. Prze­ście­ra­dło tak mocno na­cią­gnięto na ma­te­rac, że przez chwilę za­sta­na­wiał się, ile osób mu­siało je na­kła­dać. Dwie ra­czej nie da­łyby rady. Na to ktoś uło­żył wielką na­rzutę, przy­krył nią pu­chate po­du­chy, a na środku zwi­nął ręcz­niki w ory­gi­nalną kon­struk­cję przy­po­mi­na­jącą lwa. Resztki tej ozdoby le­żały te­raz byle jak na łóżku, jed­nak nie one przy­cią­gały uwagę, ale krew. Nie było jej dużo, wy­glą­dało to tak, jakby koł­drą ją skądś wy­tarto. Zwi­nął po­ściel tak, by przy­kryć plamę, i rzu­cił ją na pod­łogę, jakby tym pró­bo­wał wy­ma­zać fakt cze­goś okrop­nego, co mu­siało się wy­da­rzyć, a czego jego pa­mięć zu­peł­nie nie za­no­to­wała.

Gdy obu­dził się kilka mi­nut wcze­śniej, le­żał w łóżku nagi. Wszystko go bo­lało, jakby ktoś po­trak­to­wał jego ciało ki­jem bejs­bo­lo­wym. Ge­ne­ral­nie może by się tym nie prze­jął, bo stres czę­sto ge­ne­ro­wał ból, ale tym ra­zem nie pa­mię­tał ni­czego z tego wie­czora. Ostat­nie to mo­ment, gdy do po­koju ho­te­lo­wego wcho­dziła za­mó­wiona przez niego pro­sty­tutka.

Ka­zała na sie­bie mó­wić Olga, choć szcze­rze wąt­pił, żeby tak wpi­sano jej w do­wo­dzie. Zu­peł­nie go to jed­nak nie in­te­re­so­wało - mo­gła na­wet na­zy­wać się Fiona czy Her­me­ne­gilda. Wy­na­jął ją w kon­kret­nym celu - miała za­pew­nić mu chwi­lową ulgę, od­cię­cie od tego ca­łego szajsu ży­cia co­dzien­nego, które co­raz bar­dziej go de­ner­wo­wało. Dla­tego zu­peł­nie igno­ro­wał wszystko, co wy­pły­wało z jej po­ma­lo­wa­nych czer­woną szminką ust.

Te­raz pa­mię­tał je­dy­nie jej twarz. Po­cią­głą, z ma­łym no­skiem, wiel­kimi błę­kit­nymi oczami, które oko­lone były mocno wy­tu­szo­wa­nymi rzę­sami. Jej głos rów­nież nie za­padł mu w pa­mięć, ale jej piersi już tak. Zresztą dla­tego ją wy­brał. Wiel­kość, jaką wska­zała u chi­rurga pla­stycz­nego, zde­cy­do­wa­nie na­le­żała do jego ulu­bio­nych. Jak ma­wiał - nie­na­chal­nie duże. Wy­róż­niały się, ale jed­no­cze­śnie nie wy­glą­dały jak u gwiazdy porno, na­pom­po­wane ni­czym ar­buzy, ta­kie, że czło­wiek, pa­trząc na nie, boi się, że w każ­dym mo­men­cie mogą wy­buch­nąć, a on do­sta­nie w twarz ich frag­men­tem.

I tyle. Nic wię­cej.

Gdy się obu­dził, w po­koju pa­no­wała to­talna ciem­ność, którą za­kłó­cała tylko nie­wielka lampka świe­cąca pod ol­brzy­mim te­le­wi­zo­rem za­wie­szo­nym na­prze­ciwko łóżka. Uniósł się na łok­ciach i ro­zej­rzał, mo­dląc się o ra­tu­nek w po­staci moc­nych ta­ble­tek prze­ciw­bó­lo­wych, naj­le­piej ta­kich za­pi­sy­wa­nych na re­ceptę. Nie­stety w jego przy­padku na­wet nie­wielka ilość al­ko­holu po­wo­do­wała, że tylko mocne pi­gułki były w sta­nie uśmie­rzyć ból. Ni­gdy nie cze­kał, jak jego mał­żonka, aż samo przej­dzie. Po­ły­kał dawkę zde­cy­do­wa­nie po­nad za­le­caną, aby ucisk czaszki od­szedł w za­po­mnie­nie jak za do­tknię­ciem ma­gicz­nej różdżki.

Po­woli wstał, czu­jąc się jak stary dzia­dek, i spio­ni­zo­wał, od razu za­ta­cza­jąc się od za­wro­tów głowy. Naj­chęt­niej po­now­nie usiadłby na łóżku, a jesz­cze bar­dziej po­ło­żył się, ale nie wie­dział, która jest go­dzina, a od rana ka­len­darz pę­kał w szwach.

Zu­peł­nie nie pa­mię­tał układu po­miesz­czeń, dla­tego po omacku ru­szył przed sie­bie, wy­cią­ga­jąc dło­nie jak lu­na­tyk, aby to one jako pierw­sze tra­fiły na prze­szkodę. Po chwili do­tknął ściany. Ru­szył w prawo, aż zna­lazł włącz­nik. Tro­chę po­ża­ło­wał, gdy po­miesz­cze­nie oświe­tliło ja­sne świa­tło su­fi­to­wych lamp. Moc ża­ró­wek zde­cy­do­wa­nie nie współ­grała z jego sa­mo­po­czu­ciem i tylko spo­tę­go­wała ból głowy. Po­czuł, jakby ktoś ude­rzył go w po­ty­licę młot­kiem.

Wró­cił na łóżko i usiadł. Ściany po­koju zda­wały się ru­szać, zbli­żały się i od­da­lały, jakby chciały go zgnieść. Zda­wał so­bie sprawę, że to dzieje się tylko w jego umy­śle i nie ma czego się bać, ale czuł się nie­swojo.

Po­woli ob­ra­ca­jąc głową, ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu, aż zna­lazł to, czego po­trze­bo­wał.

Pi­cie.

Obok bólu głowy Sa­hara w ustach sta­no­wiła drugi za­sad­ni­czy pro­blem, który po­wi­tał go po prze­bu­dze­niu i któ­rego chęt­nie by się po­zbył, naj­le­piej w try­bie na­tych­mia­sto­wym.

Przy­su­nął się do sto­lika noc­nego usta­wio­nego po le­wej stro­nie od łóżka i się­gnął po sto­jącą tam szklankę. Wie­dział, że może się to źle skoń­czyć, a mimo to wlał w sie­bie całą jej za­war­tość.

Żo­łą­dek w re­ak­cji na płyn zro­bił po­dwójne salto, a jego treść wbrew gra­wi­ta­cji zmie­niła kie­ru­nek. To nie była woda, ale przy­go­to­wany kilka go­dzin wcze­śniej drink. Whi­sky na lo­dzie, którą tak uwiel­biał, w tym mo­men­cie sta­no­wiła za­bój­czą broń, która na­tych­miast go po­ko­nała.

Za­ci­snął mocno wy­schnięte usta i mimo nie­mocy w no­gach wstał i ru­szył do ła­zienki. Ude­rzył we włącz­nik świa­tła, po­pchnął drzwi do środka i wszedł.

W tej sa­mej chwili po­mysł na po­zby­cie się za­war­to­ści żo­łądka pry­snął. Prze­łknął to, co se­kundę wcze­śniej na­pły­nęło mu do ust, i po­bladł.

W wan­nie trzy me­try od niego le­żała Olga.

Do tego mo­mentu na­wet przez uła­mek se­kundy o niej nie po­my­ślał. Nie za­sta­no­wił się, gdzie ko­bieta, która krę­cąc po­nęt­nie bio­drami, we­szła do wy­na­ję­tego na fał­szywe na­zwi­sko po­koju kilka go­dzin wcze­śniej, może te­raz prze­by­wać ani kiedy go opu­ściła. Wszyst­kie jego my­śli sku­piły się wo­kół cier­pie­nia, które go za­ata­ko­wało, kiedy uwol­nił się z ob­jęć Mor­fe­usza.

W ułamku se­kundy wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści. Olga nie wy­glą­dała już tak atrak­cyj­nie jak na stro­nie, na któ­rej wy­brał ją ni­czym mo­del bu­tów w skle­pie in­ter­ne­to­wym. Jej wy­ba­łu­szone oczy pa­trzyły gdzieś obok niego, a otwarte usta przy­wo­dziły na myśl dmu­chaną lalkę.

Do­piero te­raz spoj­rzał na pod­łogę.

Zna­czyły ją po­je­dyn­cze czer­wone kro­ple, jedną z nich wła­śnie roz­ma­zał stopą po płyt­kach. Nie brzy­dził się krwi, za dużo razy z nią ob­co­wał, aby wy­wo­ły­wała w nim nad­mierne emo­cje.

Ob­ró­cił się raz jesz­cze w stronę ko­biety i zro­bił ko­lejny krok. Ni­gdy nie po­cią­gał go wi­dok śmierci, ale ja­kiś we­wnętrzny sa­do­ma­so­chizm ka­zał mu to zro­bić. Zo­ba­czył wtedy, że w wan­nie jest zde­cy­do­wa­nie wię­cej krwi.

Wle­pił wzrok w na­gie piersi pro­sty­tutki, które w tej po­zy­cji wy­glą­dały nie­ape­tycz­nie. Wy­py­cha­jące skórę si­li­ko­nowe wkładki prze­su­nęły się, po­wo­du­jąc nie­ana­to­miczny kształt. Mimo że zde­cy­do­wa­nie ten ele­ment ko­bie­cego ciała naj­bar­dziej go pod­nie­cał, nie to nim te­raz kie­ro­wało. Nie była to też cie­ka­wość.

Li­czył na cud. Li­czył, że klatka ko­biety cho­ciaż mi­ni­mal­nie ru­szy się do góry, a jej wy­raz twa­rzy i bla­dość skóry są tylko wy­ni­kiem upo­je­nia al­ko­ho­lo­wego, spo­ży­cia zbyt du­żej ilo­ści nar­ko­ty­ków lub nie­bez­piecz­nej mie­szanki, a może cho­roby. Spo­tkał dziew­czynę pierw­szy raz i mo­gła prze­cież ukry­wać straszne ta­jem­nice, o któ­rych nie miał prawa wie­dzieć i które w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach wcale by go nie in­te­re­so­wały.

Se­kundy dłu­żyły się nie­mi­ło­sier­nie. Wes­tchnął prze­cią­gle i pod­szedł bli­żej. Z tej per­spek­tywy też ni­czego nie do­strzegł. Le­żała w bez­ru­chu, z głową opartą o rant wanny, rę­koma bez­wład­nie le­żą­cymi wzdłuż ciała i no­gami skrzy­żo­wa­nymi tak, że wi­dział tylko frag­ment spo­je­nia ło­no­wego, na któ­rym wło­ski wy­go­liła w kształt ser­duszka.

Po­stał chwilę i wró­cił do po­koju, gdzie oparł się o ścianę.

Do­piero w tym mo­men­cie do­strzegł plamy krwi na łóżku. Jej też wcze­śniej nie za­uwa­żył. Uniósł swoje dło­nie, ma­jąc wra­że­nie, jakby nie na­le­żały do niego, i z za­sko­cze­niem stwier­dził, że nie ma na nich ani odro­biny czer­wo­nej sub­stan­cji.

"Mu­sia­łem je wy­myć", po­my­ślał i od­wró­cił wzrok od po­pla­mio­nej krwią koł­dry. Ostat­nią rze­czą, ja­kiej te­raz chciał, było pa­trze­nie na nią.

Usiadł na łóżku i sap­nął. Mu­siał skon­tak­to­wać się z osobą, która jak za­wsze bę­dzie wie­działa, co ma zro­bić.

A bar­dziej... jak wyjść z gówna, w które się wpa­ko­wał.

Nie­stety nie był to pierw­szy raz, gdy zro­bił coś ta­kiego pod wpły­wem al­ko­holu wy­mie­sza­nego z nar­ko­ty­kami. Jed­nak pierw­szy, kiedy zu­peł­nie nic nie pa­mię­tał.

Mimo to li­czył, że i tym ra­zem, jak za­wsze, uda się wyjść z tego bez szwanku.

Roz­dział 2

Prze­je­chał dło­nią po udzie le­żą­cej obok niego ko­biety i po­czuł ro­snące pod­nie­ce­nie. Naj­chęt­niej obu­dziłby ją i zre­ali­zo­wał cho­dzące mu po gło­wie ko­smate my­śli, jed­nak wie­dział, że nie może. Ostat­nio Be­ata słabo spała, a wi­dząc, jak cały czas po­chra­puje, nie miał serca jej bu­dzić, mimo prze­ol­brzy­miej ochoty na seks. Przy­krył ją koł­drą i po­woli wy­śli­zgnął się z łóżka. Na pal­cach opu­ścił po­kój i za­mknął drzwi, które na jego szczę­ście nie wy­dały żad­nego dźwięku.

W sa­lo­nie ode­tchnął i uśmiech­nął się. Przy­tulne po­miesz­cze­nie spodo­bało mu się od pierw­szej wi­zyty. Po trzech wspól­nych mie­sią­cach, pod­czas któ­rych cza­sami by­wał u swo­jej dziew­czyny co­dzien­nie, na­dal czuł się tu go­ściem. Go­ściem, który co­raz bar­dziej li­czył na to, że szybko się to zmieni, cho­ciaż na dro­dze do ich szczę­ścia stał je­den czło­wiek.

Ob­ręb­ski.

Ko­mi­sarz Mak­sy­mi­lian Ob­ręb­ski.

Jego men­tor.

Czło­wiek, któ­remu za­wdzię­czał re­ali­za­cję ma­rze­nia. W końcu nie jeź­dził ra­dio­wo­zem, nie ści­gał pi­ja­ków, nie in­ter­we­nio­wał pod­czas kłótni ro­dzin­nych. Te­raz mógł po­świę­cić się pracy w wy­dziale kry­mi­nal­nym, o czym ma­rzył już od wcze­snego dzie­ciń­stwa.

Ten sam czło­wiek sta­no­wił de­li­katny pro­blem w ich związku. Fakt, że Bar­tek Bo­gucki zwią­zał się z byłą swo­jego part­nera, z którą ten spę­dził pięć lat ży­cia, kom­pli­ko­wało ich re­la­cje. Szcze­gól­nie że nie zna­lazł jesz­cze od­po­wied­niego mo­mentu, aby po­in­for­mo­wać Ob­ręb­skiego o swoim no­wym związku. Dla­tego aby się nie na­ra­żać, nie po­ka­zy­wali się na mie­ście ra­zem, oba­wia­jąc się, że wpadną na niego lub ja­kie­goś zna­jo­mego, który prze­każe wia­do­mość w świat. Tylko dwa razy wy­brali się do re­stau­ra­cji, i to umyśl­nie po­je­chali aż do pod­war­szaw­skiego Kon­stan­cina, a in­nym ra­zem Gro­dzi­ska Ma­zo­wiec­kiego, chcąc cho­ciaż tro­chę czuć się bez­piecz­nie i nie oglą­dać się ner­wowo na boki, cały czas lu­stru­jąc oto­cze­nie.

Z tego po­wodu spo­ty­kali się przede wszyst­kim u niej w domu, bo u niego nie mo­gli.

Ka­mil Ja­wor­ski wie­dział o nich, ale rów­nież u niego Bo­gucki był go­ściem. Do­dat­kowo ostat­nimi czasy ich re­la­cja się de­li­kat­nie skom­pli­ko­wała. Ko­lega z ra­dio­wozu w końcu zre­ali­zo­wał swoje ma­rze­nie i rzu­cił pa­pie­rami. Bo­gucki do końca li­czył, że to się nie sta­nie, ale gdy Ja­wor­ski wy­szedł z uśmie­chem na twa­rzy z ga­bi­netu ko­men­danta, prze­ko­nał się, że jego na­dzieja na nic się zdała.

Dla­tego upojne chwile z nową dziew­czyną mu­sieli spę­dzać w jej czte­rech ścia­nach, któ­rych ku ich ra­do­ści z ni­kim nie dzie­liła. Przy­naj­mniej tam mo­gli de­lek­to­wać się swoim to­wa­rzy­stwem bez obawy, że ich se­kret się wyda, i bez sar­ka­stycz­nych do­cin­ków ze strony ko­legi.

Bo­gucki usiadł na fo­telu, który Be­ata za­brała z domu dziad­ków po ich śmierci, po czym od­no­wiła i zmie­niła obi­cie na bar­dziej no­wo­cze­sne. Za­wsze z na­masz­cze­niem opo­wia­dała o ro­dzi­cach swo­jej mamy, któ­rzy po skoń­cze­niu ży­cia za­wo­do­wego po­świę­cili się swoim wnu­kom. Jej i jej dwóm młod­szym bra­ciom. Za­bie­rali ich do mu­zeów, na wy­cieczki po Kam­pi­no­sie, a co­rocz­nym sta­łym punk­tem stały się wy­jazdy w góry, pod­czas któ­rych ni­czym wprawni ta­ter­nicy wspi­nali się na szczyty Tatr. Gdy po la­tach oka­zało się, że je­den z braci Be­aty ma astmę, le­karka z nie­do­wie­rza­niem pa­trzyła na star­szą ko­bietę, która ze spo­ko­jem mó­wiła, że fak­tycz­nie jej wnu­czek cza­sami po­sa­puje, wcho­dząc na szczyty. De­fi­ni­tyw­nie tego za­bro­niła, twier­dząc, że to może się źle skoń­czyć. Szybko opu­ścili ga­bi­net le­kar­ski, bo przyj­mu­jąca w nim otyła ko­bieta nie wy­glą­dała, jakby w ży­ciu wspięła się na ja­ki­kol­wiek szczyt, a tym sa­mym nie znała tego uczu­cia, gdy przed czło­wie­kiem nie ma ni­czego poza roz­po­ście­ra­ją­cymi się w od­dali gó­rami. Nie znała chwil wzru­sze­nia i dumy, gdy jako grupa zdo­by­wali ob­rany wcze­śniej cel, a pod­czas drogi wspie­rali się i mo­ty­wo­wali na­wza­jem.

Dla­tego gdy tylko za­mknęły się za nimi drzwi, bab­cia po­wie­działa wnu­kowi, że nie od­pu­ści i nie po­zwoli, żeby ich pa­sja zo­stała zbu­rzona. Zna­la­zła in­nego le­ka­rza, któ­rego wy­brała przede wszyst­kim dla­tego, że sam cho­dził po gó­rach. Od razu zna­lazł roz­wią­za­nie, a nie stra­szył, twier­dząc, że chło­piec już ni­gdy nie zdo­bę­dzie żad­nego szczytu.

Gdy dziad­ko­wie zmarli w wy­padku sa­mo­cho­do­wym, Be­ata wraz z braćmi zor­ga­ni­zo­wała wy­cieczkę. Wy­je­chali do Tan­za­nii, a tam wspięli się na Ki­li­man­dżaro i tym sa­mym speł­nili ma­rze­nie star­szych lu­dzi, któ­rego im ni­gdy nie udało się zre­ali­zo­wać. Po dro­dze opo­wia­dali so­bie nie­sa­mo­wite hi­sto­rie, któ­rych byli czę­ścią tylko dzięki dziad­kom. Gdy w końcu sko­nani drogą do­tarli na szczyt, za­wie­sili na masz­cie uko­chaną chu­stę babci, a do niej przy­pięli spinkę, którą dzia­dek wpi­nał w klapę ma­ry­narki.

Bar­tosz po­gła­skał opar­cie, na któ­rego przed­niej czę­ści Be­ata przy­szyła ozdobne gu­ziki z ry­sun­kiem gór. Uło­żył pod ple­cami po­duszkę i od­blo­ko­wał ko­mórkę. Ze­ga­rek po­ka­zy­wał szó­stą trzy­dzie­ści, więc do wyj­ścia do pracy miał jesz­cze go­dzinę. Po­sie­dział chwilę, de­lek­tu­jąc się ci­szą i spo­ko­jem, któ­rych tak rzadko do­świad­czał, a ostat­nimi czasy co­raz bar­dziej po­trze­bo­wał.

Włą­czył urzą­dze­nie i prze­szedł do wy­szu­ki­warki. Po­sta­no­wił zro­bić Be­acie nie­spo­dziankę i zor­ga­ni­zo­wać wy­jazd, na po­czą­tek tylko na week­end. Ni­gdy tego nie ro­bił, bo w po­przed­nim związku, je­dy­nym po­waż­nym w jego ży­ciu, to Ala się tym zaj­mo­wała. Zresztą jak wszyst­kim. Ona de­cy­do­wała, co, kiedy i gdzie ro­bią. Do pew­nego mo­mentu od­po­wia­dało mu to, ale z cza­sem do­szedł do wnio­sku, że wy­ni­kało to z po­trzeby kon­tro­lo­wa­nia go na każ­dym eta­pie jego ży­cia, po­cząw­szy od wyj­ścia ze zna­jo­mymi, co może jesz­cze nie sta­no­wiło pro­blemu, po po­mysł na jego ka­rierę, co nie współ­grało z jego wi­zją. Na szczę­ście w końcu wy­szedł z tego tok­sycz­nego związku i mógł cie­szyć się wol­no­ścią, jak na­zy­wał moż­li­wość de­cy­do­wa­nia o so­bie.

Wpi­sał do prze­glą­darki ha­sło "ak­tywny week­end we dwoje" i cze­kał. Od kilku dni in­ter­net w te­le­fo­nie mu szwan­ko­wał. Wy­ko­rzy­stał li­mit prze­syłu z lep­szą pręd­ko­ścią, dla­tego te­raz wszyst­kie strony ła­do­wały się w żół­wim tem­pie. Pa­trzył na po­ja­wia­jące się nie­spiesz­nie ele­menty wy­bra­nej strony, gdy na­gle na ekra­nie wy­świe­tliło się na­zwi­sko part­nera, jak co­raz czę­ściej my­ślał o ko­mi­sa­rzu Ob­ręb­skim.

Szybko ode­brał, żeby nie obu­dzić śpią­cej w po­koju obok ko­biety, i przy­sta­wił urzą­dze­nie do ucha.

- No co tam?

- Mamy mor­der­stwo i chyba, co dość za­ska­ku­jące, od razu i sprawcę. Je­dzie po cie­bie sa­mo­chód, więc wcią­gaj ga­cie i za­pier­dzie­laj do mnie. - Ob­ręb­ski swoim zwy­cza­jem po­wie­dział, co chciał, i nie cze­ka­jąc na re­ak­cję roz­mówcy, roz­łą­czył się.

Bar­tosz Bo­gucki wstał na równe nogi i po­dra­pał się po gło­wie. Zu­peł­nie nie wie­dział, co ma zro­bić. Po­wi­nien za­dzwo­nić do ko­legi i wy­ja­śnić, że nie ma go w miesz­ka­niu Ja­wor­skiego, które ten znał jako jego ad­res. Tylko co wtedy? Co od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, gdzie jest? Nie czuł, żeby to była wła­ściwa chwila na zje­dze­nie żaby, jak ostat­nio prze­czy­tał o tym, co mu­siał zro­bić. Z roz­ba­wie­niem po­chła­niał tekst o czę­sto spo­ty­ka­nym zja­wi­sku od­wle­ka­nia rze­czy nie­przy­jem­nych, a okre­śle­nie to po­cho­dziło z książki ja­kie­goś ame­ry­kań­skiego co­acha, któ­rego na­zwi­ska zu­peł­nie nie pa­mię­tał.

Zde­cy­do­wa­nie nie chciał jeść jej te­raz.

Za­miast tego wy­brał jesz­cze inne roz­wią­za­nie, które na­gle wpa­dło mu do głowy. Pod­szedł do torby sto­ją­cej przy drzwiach, wy­jął z niej spodnie do bie­ga­nia, ko­szulkę i buty. Pla­no­wał po pracy wpaść na si­łow­nię. Zmo­ty­wo­wany ak­tyw­nym try­bem ży­cia Be­aty, chciał za­cząć znowu dbać o sie­bie, co przez ostat­nie mie­siące wdra­ża­nia się na no­wym sta­no­wi­sku ze­szło na dal­szy tor.

Na­skro­bał no­tatkę do uko­cha­nej i wy­biegł z jej bloku. Na szczę­ście dy­stans dzie­lący go od miesz­ka­nia Ja­wor­skiego wy­no­sił za­le­d­wie trzy ki­lo­me­try. Ni­gdy nie na­le­żał do wy­traw­nych bie­ga­czy. W pod­sta­wówce każdy dy­stans po­wy­żej pię­ciu­set me­trów sta­no­wił wy­zwa­nie, ale te­raz czuł mo­ty­wa­cję, żeby przy­spie­szyć.

Po­ko­nał trasę w za­le­d­wie pięt­na­ście mi­nut z ha­czy­kiem i za­do­wo­lony z sie­bie pod­biegł do za­par­ko­wa­nego przed klatką ra­dio­wozu.

- Cześć, daj mi chwilę - rzu­cił do funk­cjo­na­riu­sza, który opie­ra­jąc się o auto, pa­lił pa­pie­rosa. Znali się od trzech lat i nie czuł się kom­for­towo, że ten przez chwilę bę­dzie peł­nił funk­cję jego szo­fera.

- Mogę i dwie, ale nie wiem, czy Ob­ręb­ski bę­dzie z tego po­wodu szczę­śliwy.

- Je­stem za trzy mi­nuty. Trup chyba nie uciek­nie! - Wpi­sał kod do drzwi klatki scho­do­wej, po czym po­gnał ni­czym struś pę­dzi­wiatr do miesz­ka­nia przy­ja­ciela.

Roz­dział 3

ONA

Gdy­bym miała zro­bić ran­king miejsc, któ­rych nie zno­szę, zde­cy­do­wa­nie na pierw­szym miej­scu upla­so­wałby się szpi­tal.

Ten jego cha­rak­te­ry­styczny za­pach. Ste­ryl­ność. Bez­oso­bo­wość, jakby każda próba nada­nia mu ja­kiejś twa­rzy, oka­za­nia życz­li­wo­ści za­le­wana była dużą ilo­ścią chloru i wy­pa­lana w za­rodku.

Nie­na­wi­dzę go za szepty, które tylko po­tę­gują nie­wie­dzę i nie­pew­ność.

Ale chyba to, co naj­bar­dziej mnie de­ner­wuje, to brak em­pa­tii. In­for­mo­wa­nie pa­cjen­tów o dia­gno­zach w spo­sób okropny, wręcz nie­ludzki.

Uni­kam jak ognia prze­by­wa­nia w ta­kich miej­scach.

Ni­gdy z wła­snej woli nie cho­dzę do le­ka­rzy. Nie pcham się do szpi­tali.

Nie­stety ży­cie po­sta­no­wiło ko­lejny raz mnie prze­te­sto­wać. Do­pie­przyć, jakby do­tych­czas za rzadko po­ka­zy­wało mi środ­kowy pa­lec.

Od ja­kie­goś czasu bo­lało mnie całe ciało, ale - jak to ja - ni­komu nic nie po­wie­dzia­łam.

Zresztą komu?

Ga­brysi i Wioli nie chcia­łam stre­so­wać, one za każ­dym ra­zem bar­dzo biorą to wszystko do sie­bie. Ta ich tro­ska cza­sami mnie prze­raża, choć wiem, że nie jest pod­szyta złymi in­ten­cjami.

Le­ka­rza pierw­szego kon­taktu, do któ­rego po­dobno po­win­nam była się wy­brać, nie od­wie­dzi­łam, bo czło­wiek w ki­tlu równa się wróg.

Więc cze­ka­łam, aż samo przej­dzie, spo­ra­dycz­nie wspo­ma­ga­jąc się ta­blet­kami prze­ciw­bó­lo­wymi, gdy mnie wręcz pa­ra­li­żo­wało z bólu, bo le­ków uni­kam po­dob­nie jak bia­łego per­so­nelu.

Aż przy­szedł dzień, gdy moje ciało od­mó­wiło po­słu­szeń­stwa. Ręce i nogi prze­stały re­ago­wać na im­pulsy wy­sy­łane przez mózg. Moja kon­trola nad nimi zo­stała ogra­ni­czona do mi­ni­mum. Ostat­kiem sił pod­nio­słam te­le­fon z noc­nej szafki, wy­bra­łam nu­mer do Gabi i włą­czy­łam tryb gło­śno­mó­wiący.

Jak zwy­kle ode­brała roz­ba­wio­nym gło­sem:

- Cześć, młoda. Jak leci? Wi­dzimy się ju­tro? - usły­sza­łam, ale nie po­tra­fi­łam wy­do­być z sie­bie ani jed­nego dźwięku. Jakby ktoś wci­snął mi do gar­dła wiel­kie jajko, które unie­moż­li­wiało pracę strun gło­so­wych. Pró­bo­wa­łam się zmu­sić, wy­krze­sać z sie­bie jesz­cze resztki sił i prze­ło­żyć je na ja­kieś słowa, ale nic to nie da­wało.

Roz­łą­czy­łam się i wy­sła­łam SMS. Pięć li­ter, a wy­si­łek, jak­bym prze­bie­gła co naj­mniej dzie­sięć ki­lo­me­trów.

Po­móż.

Nie od­dzwo­niła już, tylko na­pi­sała:

Gdzie je­steś?

Na­pi­sa­nie od­po­wie­dzi za­jęło mi sporo czasu.

W domu.

Wie­dzia­łam, że z pracy do mnie ma ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut i naj­pew­niej tam te­raz jest. "Nie­wiele", po­my­śla­łam. W nor­mal­nej sy­tu­acji wy­star­czy­łoby, że­bym wstała z łóżka, z ka­napy czy ode­szła od stołu w mo­men­cie, gdy dzwo­ni­łaby do drzwi wej­ścio­wych, ale te­raz mu­sia­łam to za­pla­no­wać z wy­prze­dze­niem. Zsu­nę­łam się z ma­te­raca ni­czym ja­kiś stwór z mrocz­nej kra­iny i po­woli peł­za­jąc po pod­ło­dze, po­dą­ży­łam do drzwi. Na chwilę po­zwo­li­łam so­bie na przy­sta­nek na wy­so­ko­ści ła­zienki. Od­po­czę­łam kilka mi­nut i ru­szy­łam da­lej.

Całe ciało mnie pie­kło, bo­lało, ale mu­sia­łam o tym za­po­mnieć, cho­ciaż na chwilę.

Gdy usia­dłam w przed­po­koju, ode­tchnę­łam. Jed­nak to nie był ko­niec. De­cy­du­jące star­cie jesz­cze na mnie cze­kało.

Od zwy­cię­stwa dzie­liły mnie tylko drzwi. Cho­ciaż te­raz to były aż drzwi. Pod­nio­słam wzrok i za­mar­łam. Za­mek za­mon­to­wano na wy­so­ko­ści około me­tra pięć­dzie­się­ciu, a ja z moim ni­skim wzro­stem nie mia­łam szansy do­się­gnąć go, sie­dząc na zim­nych ka­flach. Mój krótki kor­pus i nie­dłu­gie ręce sta­no­wiły w tym mo­men­cie nie lada pro­blem.

Mu­sia­łam wstać albo cho­ciaż dźwi­gnąć się na ko­lana. I jedno, i dru­gie na ten mo­ment ja­wiło się jak wy­czyn z po­gra­ni­cza tych z fil­mów o Bon­dzie, gdzie główny bo­ha­ter ze­ska­kuje z pę­dzą­cego sa­mo­chodu, spada na dwie nogi i tylko kurz na jego spodniach można trak­to­wać jako ślad po tym zda­rze­niu.

Po­woli prze­krę­ci­łam się przo­dem do drzwi i po­ło­ży­łam dło­nie na zim­nej pod­ło­dze, a na­stęp­nie się ode­pchnę­łam. Bę­dąc w klęku pod­par­tym, prze­nio­słam ręce na od­dzie­la­jącą mnie od świata drew­nianą płytę i zbie­ra­jąc całą siłę, jaką mia­łam w so­bie, wy­pchnę­łam bio­dra do góry. Po­woli za­czę­łam prze­su­wać dło­nie w stronę zamka. Ręka za ręką, bez zbęd­nych ner­wo­wych ru­chów. Ni­g­dzie się nie spie­szy­łam. Mu­sia­łam tylko klęk­nąć i się­gnąć do zamka, a na­stęp­nie prze­krę­cić klucz. Ten nie­wielki ka­wa­łek me­talu, a bar­dziej jego uło­że­nie, dzie­lił mnie od Ga­brysi, która w ciągu kilku mi­nut po­winna sta­nąć po dru­giej stro­nie.

Ból znowu się wzmógł, a ja po­czu­łam głę­boki pul­su­jący ucisk, który chciał mnie po­wa­lić. Nie wiem, skąd po­ja­wiła się moc na ostat­niej pro­stej, ale wy­pro­sto­wa­łam ręce i do­tknę­łam go. Szybko, na jed­nym wy­de­chu, prze­krę­ci­łam klucz i do­piero wtedy opa­dłam. W tym mo­men­cie usły­sza­łam pu­ka­nie.

I znowu ta gula w gar­dle.

- To ja - zza drzwi do­biegł zna­jomy głos. Brzmiał tak ko­jąco jak wtedy, gdy się po­zna­ły­śmy. Chcia­łam coś po­wie­dzieć, ale poza stęk­nię­ciem nic nie wy­szło z mo­ich ust.

Prze­su­nę­łam się na bok jak żoł­nierz w oko­pach. Unio­słam nogę i lekko stuk­nę­łam nią o pod­łogę. Nie wiem, czy usły­szała, czy po pro­stu chciała spraw­dzić, czy drzwi są otwarte, ale na­ci­snęła klamkę i we­szła.

Mimo że me­dy­cyna jest mi bli­ska, to nie ro­zu­miem tego, co się ze mną stało, i nie wiem, jaki pro­ces za­szedł, ale od­pły­nę­łam. Jakby świa­do­mość, że je­stem bez­pieczna, spo­wo­do­wała, że or­ga­nizm prze­stał wal­czyć. Od­da­lił się do kra­iny spo­wi­tej ciem­no­ścią, od­ci­na­jąc mnie od bólu.

Otwo­rzy­łam oczy do­piero po dwu­dzie­stu go­dzi­nach. Dziew­czyny sie­działy przy moim łóżku, cze­ka­jąc, aż się wy­bu­dzę. Gdy przy­szedł le­karz, spo­dzie­wa­łam się naj­gor­szego, dia­gnozy typu rak, tęt­niak.

Ale nie. Po­wie­dział, że nie ma po­ję­cia, co mi jest, a ja wie­dzia­łam, że ta­kie rze­czy to tylko mnie mogą spo­tkać. Już dawno temu po­go­dzi­łam się z fak­tem, że co złe, to się mnie ima. Przy­lega do mnie jak gówno do buta, któ­rego ocie­ra­nie o trawę nie­wiele daje. Wżera się tak głę­boko, że tylko długi pro­gram w pralce może dać osta­teczne roz­wią­za­nie. Cho­ciaż i to nie za­pew­niało osta­tecz­nej ulgi, bo za­wsze mi­kro­ka­wałki osia­dały w bęb­nie, fil­trach czy gu­mach i zo­sta­wały z nami na za­wsze, a gdyby ktoś chciał po­zbyć się tego de­fi­ni­tyw­nie, mu­siałby wy­czy­ścić wszystko lub po­zbyć się pralki. U mnie tym roz­wią­za­niem była tylko śmierć. Czu­łam, że już do końca ży­cia będę się z tym prze­py­chać.

Jak­bym miała na czole na­pis: "Za­pra­szam wszel­kie nie­szczę­ścia".

Do­sta­łam tonę ta­ble­tek i przy­kaz, że­bym się ob­ser­wo­wała. Czyli jak za­wsze roz­wią­za­nie do bani, a jak ma­wia Ga­bry­sia - z dupy, a Wiola - do dupy.

- Pro­szę, bierz je - po­wta­rzały za­mien­nie dziew­czyny, gdy le­karz w końcu wy­szedł. Wie­działy, jaki mam sto­su­nek do le­ków. - Po­mo­żemy ci. Nie bę­dziesz sama.

Mia­łam pew­ność, że nie­za­leż­nie od wszyst­kiego nie opusz­czą mnie. Że jak zwy­kle staną na wy­so­ko­ści za­da­nia, a na­wet jesz­cze wy­żej. Tylko py­ta­nie za­sad­ni­cze, które ko­ła­tało mi się w gło­wie, brzmiało: "Czy ja tego chcę?". Czy ma­ra­ton po le­ka­rzach, który za­pewne mnie czeka, na­leży do rze­czy, które chcę zro­bić? Czy znowu chcę wpaść w tryby sys­temu, który mnie igno­ro­wał i po­wo­do­wał, że czu­łam się jesz­cze go­rzej?

Zby­łam je i le­ka­rzy, za­pew­nia­jąc, że po­sta­ram się być do­brą pa­cjentką. One od­pu­ściły, ale wie­dzia­łam, że nie po­trwa to długo. Zda­wa­łam so­bie sprawę, że wkrótce za­czną za­da­wać py­ta­nia, czy już od­ha­czy­łam ja­kie­goś le­ka­rza z li­sty, którą do­sta­łam w szpi­talu i któ­rej nie omiesz­kały prze­czy­tać, a Ga­bry­sia na­wet zro­biła zdję­cie.

Jed­nak te­raz sta­ra­łam się o tym nie my­śleć. Le­ża­łam w szpi­tal­nym łóżku na przy­mu­so­wych wa­ka­cjach, de­lek­tu­jąc się chwilą bez pie­ką­cego bólu do­cho­dzą­cego gdzieś ze środka mnie, i za­sta­na­wia­łam się, co te­raz.

Co mam ze sobą zro­bić?

Wszy­scy, któ­rych nie­na­wi­dzi­łam, znik­nęli z mo­jego ży­cia, a nie­któ­rych z nich do­się­gła spra­wie­dli­wość w dość okrut­nym wy­da­niu. Może nie taka, jaką ktoś opi­sał w prze­past­nych ka­ta­lo­gach z prze­pi­sami prawa, ale mnie to sa­tys­fak­cjo­no­wało. Na­wet o wiele bar­dziej, niż gdyby tra­fili na dłu­gie lata za kraty. Bo w su­mie co to za po­kuta: sie­dze­nie w nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu, do­sta­wa­nie je­dze­nia, roz­ry­wek i re­spek­to­wa­nie praw, które czę­sto poza mu­rami wię­zien­nymi nie­któ­rzy mają w głę­bo­kim po­sza­no­wa­niu.

Te­raz, gdy w końcu mo­głam po­wie­dzieć, że da­łam radę i zro­bi­łam wszystko, co za­pla­no­wa­łam, a na­wet i wię­cej, w mo­jej gło­wie po­wstała pustka.

I zu­peł­nie nie wie­dzia­łam, jak ją wy­peł­nić.

Roz­dział 4

- Za­mor­do­wana to Olga Ko­wa­lo­nek. W tym mo­men­cie nasi spraw­dzają do­kład­nie jej hi­sto­rię w kar­to­tece - za­czął ko­mi­sarz Mak­sy­mi­lian Ob­ręb­ski, gdy po trzy­dzie­stu dwóch mi­nu­tach od te­le­fonu sta­nął przed nim młod­szy sta­żem po­li­cjant.

Bo­gucki, gdy tylko wszedł do miesz­ka­nia Ka­mila Ja­wor­skiego, wziął naj­szyb­szy prysz­nic w ży­ciu i z mo­krymi wło­sami wsiadł do ra­dio­wozu, mimo że pa­nu­jąca na dwo­rze tem­pe­ra­tura ra­czej na­kła­niała do na­kry­cia głowy czapką, a nie do cha­dza­nia bez niej, na do­da­tek z nie­wy­su­szo­nymi wło­sami i cały czas spły­wa­jącą po uszach wodą.

Spoj­rzał na Ob­ręb­skiego, który do nie­dawna był jego prze­ło­żo­nym, i pierw­sza myśl, jaka po­ja­wiła się w jego gło­wie, to py­ta­nie, jak on to robi, że za­wsze wy­gląda schlud­nie. Mo­men­tal­nie po­czuł lekką nie­chęć do sie­bie, gdy ką­tem oka do­strzegł swoje od­bi­cie: czer­wone po­liczki, włosy w nie­ła­dzie, swe­ter z ja­kąś plamą, któ­rej nie po­ko­nał pro­szek do pra­nia, a na tym czarna kurtka z dziurą pod pa­chą. Nie tak chciał wy­glą­dać, ale za­wsze coś prze­szka­dzało mu w za­pre­zen­to­wa­niu się le­piej. Z re­guły po­śpiech i pęd ży­cia, ale jak już się ni­g­dzie nie spie­szył, to naj­zwy­czaj­niej w świe­cie za­po­mi­nał o tym, żeby po­świę­cić dłuż­szą chwilę na do­pra­co­wa­nie swo­jego wy­glądu.

Od­wró­cił wzrok od lu­stra i spoj­rzał w stronę ofiary. Zga­nił się w my­ślach, że to na niej po­wi­nien się te­raz sku­pić całą swoją uwagę i my­śli.

- Zna­leź­li­ście przy niej do­ku­menty? - Zmarsz­czył brwi, jakby z opóź­nie­niem do­szedł do niego sens wy­po­wie­dzia­nych przez ko­legę słów.

- Nie, Olga to dość po­pu­larna osoba.

- Ak­torka, ce­le­brytka? - On sam zu­peł­nie nie ko­ja­rzył twa­rzy ko­biety, ale w tej po­zy­cji mo­gła nie przy­po­mi­nać sie­bie za ży­cia.

- Nie. Osoba do to­wa­rzy­stwa, jak to kie­dyś okre­śliła, gdy roz­ma­wia­li­śmy.

Bar­tosz Bo­gucki mu­siał zro­bić dziwną minę, bo jego ko­lega za­re­ago­wał gło­śnym śmie­chem.

- Nie, nie ko­rzy­sta­łem z jej usług, jakby coś. Kie­dyś roz­pra­co­wy­wa­łem gang zaj­mu­jący się han­dlem ludźmi, głów­nie spro­wa­dza­niem zza wschod­niej gra­nicy ko­biet, które na­stęp­nie szpry­co­wano nar­ko­ty­kami, ro­biono im roz­bie­rane zdję­cia, a póź­niej je gwał­cono. Upo­ko­rzone, z dala od ro­dziny, były zmu­szane do pro­sty­tu­cji. In­for­mo­wano je, że tylko od­da­jąc się przy­pad­ko­wym męż­czy­znom, mogą uzbie­rać na po­wrót do domu. Oczy­wi­ście to ni­gdy nie na­stę­po­wało, a one co­raz bar­dziej wpa­dały w pro­sty­tu­cyjno-nar­ko­ty­kowe ba­gno. Gdy pierw­szy raz na nią wpa­dłem, Olga była dziew­czyną jed­nego z gan­gu­sów, któ­rych pró­bo­wa­li­śmy udu­pić. Po­ma­gała nam dys­kret­nie. Jej udział w spra­wie ni­gdy nie wy­pły­nął, a ona po wszyst­kim na tro­chę znik­nęła z rynku. Nie­stety oka­zało się, że... - Ko­mi­sarz Ob­ręb­ski na chwilę prze­rwał i po­dra­pał się po gło­wie. - Nie wiem, czy to lu­biła, czy wi­zja za­rob­ków ją za­śle­piła, ale wró­ciła do tego. Do­wie­dzia­łem się o tym zu­peł­nie przy­pad­kiem od ko­legi z oby­cza­jówki ja­kiś mie­siąc temu. Tylko już nie stała na uli­cach, nie ga­niała za klien­tami. Z tego, co mi opo­wia­dał, to można było się z nią umó­wić za po­mocą ja­kiejś apli­ka­cji. Smutne, że tak skoń­czyła. - Głową kiw­nął w stronę wy­krzy­wio­nego ciała dziew­czyny. - Wiem, że to dziw­nie za­brzmi w kon­tek­ście jej pracy, ale kur­czę, była na­prawdę sym­pa­tyczną dziew­czyną. Roz­ma­wia­łem z nią kil­ka­krot­nie, pró­bu­jąc ja­koś po­móc, ale to ten typ, co wszystko wie le­piej i da so­bie radę. No i tak skoń­czyła.

- Przy­kre. - Bo­gucki ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. - Ale w tym ca­łym nie­szczę­ściu może jest ja­kaś na­dzieja i może tym ra­zem też zo­stała użyta apli­ka­cja. Je­śli tak, to po­win­ni­śmy być w sta­nie spraw­dzić, kto ją... wy­na­jął.

- Gdyby tak się dało, to by­łoby su­per, ale nie­stety dzi­siaj nie do­sta­niemy pre­zentu świą­tecz­nego. Apli­ka­cja gwa­ran­tuje pry­wat­ność, czym się szczycą. Po­wta­rzają to na każ­dym kroku i są pod tym wzglę­dem nie­ustę­pliwi. Nasi już pró­bo­wali przy in­nej spra­wie do­stać się do da­nych klien­tów i ich ko­biet, ale dupa. Wła­ści­ciele tłu­ma­czą się, że apli­ka­cja nie do­pro­wa­dziła bez­po­śred­nio do nie­bez­pie­czeń­stwa. Jest ni­czym Fa­ce­book, który po­maga na­wią­zy­wać re­la­cje. Poza tym mają tak na­pi­sany re­gu­la­min, że nie od­po­wia­dają za to, co dzieje się póź­niej. W su­mie to się nie dzi­wię, bo gdyby nie to, mie­li­by­śmy wy­syp spraw typu: "Po­zna­łam pana przez apli­ka­cję, on mnie okradł lub po­bił, a po­tem znik­nął". A na­stęp­nie ob­cią­żano by za wszystko apli­ka­cje lub wy­ma­gano po­mocy w zna­le­zie­niu win­nego. Nic in­nego by nie ro­bili, tylko an­ga­żo­wali się w te sprawy. - Ob­ręb­ski prze­rwał i po­pra­wił man­kiet nie­bie­skiego stroju ochron­nego, który za­ło­żył, i wy­szedł z ła­zienki, a ko­lega za nim. - Dość o pier­do­łach. I tak nie bę­dziemy mieli tu­taj za dużo do ro­boty. Wszystko wska­zuje na to, że mamy sprawcę, co ra­czej nie jest ty­pową sy­tu­acją. Więc może na­sza praca ogra­ni­czy się do ze­bra­nia do­wo­dów, prze­słu­cha­nia świad­ków i ko­lejny suk­ces za­pi­sze się na na­szych kon­tach. - W jego gło­sie nie brzmiała jed­nak ani na­dzieja, ani ra­dość, ale smu­tek.

Bar­tosz Bo­gucki ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. Cen­tralne miej­sce po­środku sa­lonu zaj­mo­wał gi­gan­tyczny te­le­wi­zor. Przed nim stała czarna skó­rzana ka­napa z bia­łymi wło­cha­tymi po­dusz­kami. Wnę­trze wska­zy­wało, że mieszka tu męż­czy­zna, ale styl, jaki wy­brał, zde­cy­do­wa­nie nie przy­padł po­li­cjan­towi do gu­stu.

Wszystko pre­zen­to­wało się zbyt na­chal­nie. Było zbyt błysz­czące, zbyt duże, zbyt świe­cące. Na­wet szklany re­gał na kie­liszki pod­świe­tlono taką liczbą lam­pek, że wy­glą­dał ni­czym la­tar­nia wska­zu­jąca ma­ry­na­rzom drogę do portu.

- Kim jest nasz po­ten­cjalny sprawca? - Prze­niósł wzrok na ko­legę.

- Bła­żej Za­remba. Per­ku­si­sta. Znany ko­bie­ciarz i z tego, co na szybko spraw­dzi­łem, raz już był oskar­żony o po­bi­cie ko­biety. Twier­dził wtedy, że wcale jej nie do­tknął, a ona zro­biła to z ze­msty, bo ją zdra­dził z jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Trzeba ko­niecz­nie to spraw­dzić. Ale do brzegu. - Sam sie­bie po­na­glił i lekko sap­nął pod no­sem. - Ktoś za­dzwo­nił na nu­mer alar­mowy. Nie zo­sta­wił da­nych, zu­peł­nie nic. Po­wie­dział, że sły­szał po­dej­rzane dźwięki do­cho­dzące z miesz­ka­nia, i tu po­dał ad­res. Drzwi były lekko uchy­lone, de­natka le­żała w wan­nie, a gość w łóżku. Oboje się nie ru­szali. Po­cząt­kowo my­ślano, że jedno i dru­gie nie żyje. I na­gle on się ze­rwał jak opa­rzony. Po­dobno taki młody z na­szych wy­darł się z prze­ra­że­nia. W su­mie się nie dzi­wię, też bym na­ro­bił w ga­cie. Wła­ści­ciel miesz­ka­nia po pierw­szym szoku po­wie­dział, że nie wie, o co cho­dzi. Nie zna dziew­czyny i nie pa­mięta jej przyj­ścia. To­tal­nie...

Nie zdą­żył skoń­czyć, bo w tym mo­men­cie do po­miesz­cze­nia wszedł pro­ku­ra­tor, zu­peł­nie nic so­bie nie ro­biąc z obo­wią­zu­ją­cego na miej­scu zbrodni dress code'u. Był w ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze, który opi­nał cał­kiem spo­rych roz­mia­rów brzuch, i tak wy­pa­sto­wa­nych bu­tach, że można było się w nich prze­glą­dać. Tak za­cho­wy­wała się tylko jedna osoba w war­szaw­skiej pro­ku­ra­tu­rze - Mar­cin Bo­ro­wicz. Po­stać, któ­rej zde­cy­do­wana więk­szość nie lu­biła, a nie­któ­rzy na­wet i nie­na­wi­dzili, a to przede wszyst­kim za sprawą ne­po­ty­zmu. Nikt nie mógł za­ak­cep­to­wać tego, że na tak waż­nym sta­no­wi­sku działa czło­wiek, który nie ob­jął go dzięki swoim umie­jęt­no­ściom czy osią­gnię­ciom, ale tylko i wy­łącz­nie za sprawą faktu, że jego oj­ciec pra­co­wał od wielu lat w Mi­ni­ster­stwie Spra­wie­dli­wo­ści, gdzie, jak wiele osób mó­wiło, był szy­chą.

Może gdyby Bo­ro­wicz cho­ciaż się sta­rał, wkła­dał serce w pracę, którą wy­ko­ny­wał, sprawa nie wy­glą­da­łaby tak tra­gicz­nie. On jed­nak zde­cy­do­wa­nie nie przy­kła­dał się do peł­nio­nych obo­wiąz­ków, po­ka­zu­jąc to na każ­dym kroku i przy każ­dym spo­tka­niu.

- Co ma­cie? - Męż­czy­zna ski­nął im głową, co praw­do­po­dob­nie w jego mnie­ma­niu miało sta­no­wić na­miastkę przy­wi­ta­nia, cho­ciaż mo­gło ozna­czać też zu­peł­nie co in­nego, na przy­kład ja­kiś ner­wowy tik.

- Nie ma co ga­dać, po­każę panu - zwró­cił się do niego Ob­ręb­ski i ru­szył.

Bar­tosz Bo­gucki po­mimo braku za­pro­sze­nia po­szedł za nimi. Szli ko­ry­ta­rzem, któ­rego jedną ścianę przy­ozdo­biono biało-czarną ta­petą w geo­me­tryczne wzory, a po prze­ciw­nej stro­nie za­wie­szono ko­lek­cję zdjęć, którą po­prze­kła­dano zło­tymi pły­tami w wiel­kich ra­mach.

Po­li­cjant ni­gdy nie sły­szał o po­dej­rza­nym, ale ściana chwały, jak od razu na­zwał ją w gło­wie, świad­czyła o tym, że Za­remba ra­dził so­bie cał­kiem nie­źle i znał różne sławy. Wi­siało tam zdję­cie z jed­nym z naj­bar­dziej zna­nych wo­ka­li­stów ostat­nich lat, An­drze­jem Gą­sow­skim, z ca­łym skła­dem ze­społu Ale Abba oraz z gwiazdą piłki noż­nej, Mi­cha­łem Ogór­kow­skim, który od lat re­gu­lar­nie zgar­niał ty­tuł naj­lep­szego pił­ka­rza w kraju i nic nie wska­zy­wało na to, by w naj­bliż­szym cza­sie ktoś mógł mu za­gro­zić.

Skrę­cili w prawo i zna­leźli się ła­zience. W jej cen­tral­nym miej­scu stała wanna, w któ­rej le­żała ko­bieta. Ca­łość można by­łoby uznać za kadr z hor­roru lub filmu kry­mi­nal­nego, gdyby nie fakt, że ak­torka nie żyła i nic nie mo­gło zmie­nić tego stanu rze­czy. Jej głowa spo­czy­wała na brzegu wanny, a twarz wy­glą­dała jak por­ce­la­nowa - była nie­na­tu­ral­nie ja­sna, ni­czym u gej­szy chwilę przed wyj­ściem na mia­sto.

Dla aspi­ranta Bar­to­sza Bo­guc­kiego ten wi­dok nie na­le­żał do naj­przy­jem­niej­szych, ale sta­no­wił nie­odzowny ele­ment jego pracy, który ak­cep­to­wał i który w dziwny spo­sób go eks­cy­to­wał i po­wo­do­wał, że nie umiał ode­rwać od niego wzroku. Nie znał ni­kogo wśród zna­jo­mych nie­po­li­cjan­tów, komu praca przy­no­si­łaby tyle emo­cji, i to nie­zwy­kle skraj­nych, za­równo tych po­zy­tyw­nych, gdy ła­pie prze­stępcę, jak i ne­ga­tyw­nych, gdy pa­trzy na czy­je­goś bli­skiego, ko­goś, kto był ko­chany, a te­raz poza cia­łem nic już z niego nie zo­stało.

Zu­peł­nie ina­czej sprawa się miała z pro­ku­ra­to­rem, który wkro­czył do ła­zienki se­kundę przed nim. Gdy tylko zo­ba­czył ko­bietę, ob­ró­cił się na pię­cie i wy­szedł szyb­kim kro­kiem z po­miesz­cze­nia, zo­sta­wia­jąc za sobą Ob­ręb­skiego, na któ­rego twa­rzy za­go­ścił dia­bel­ski uśmiech. Ko­mi­sarz po­cze­kał chwilę i ru­szył za męż­czy­zną, który z wku­rzoną mi­nął sta­nął po­now­nie na środku sa­lonu.

- Pro­szę po­wie­dzieć, co się wy­da­rzyło. - Mar­cin Bo­ro­wicz pod­nie­sio­nym gło­sem sta­rał się od­wró­cić uwagę zgro­ma­dzo­nych od tego, co się przed chwilą stało. Od tego, że nie udźwi­gnął cię­żaru wi­doku mar­twej ko­biety, co dla osoby na jego sta­no­wi­sku ra­czej nie po­winno sta­no­wić pro­blemu. - Co wiemy?

Ob­ręb­ski po­wtó­rzył wszystko, co chwilę wcze­śniej opo­wie­dział ko­le­dze, za­ło­żył ręce na brzu­chu i cze­kał na dys­po­zy­cje. Do­brze wie­dział, że aku­rat w tym pro­ku­ra­tor speł­nia się w stu pro­cen­tach - jest ni­czym do­wódca w woj­sku, który za­wsze usta­wia wszyst­kich do pionu i wy­daje roz­kazy tak na­tu­ral­nie, jak więk­szość osób od­dy­cha.

- Prze­ska­nuj­cie tego męż­czy­znę. Jego prze­szłość. Co go łą­czy z za­mor­do­waną i ta­kie tam. Sprawdź­cie ka­mery przed wej­ściem do bu­dynku.

- Nie dzia­łają - wtrą­cił Ob­ręb­ski, który od razu do­stał in­for­ma­cję na ten te­mat.

- To nie­do­brze. Wy­ślij­cie mi ra­port pa­to­loga i tech­nika.

- To nie po­je­dzie pan na... - za­czął Bar­tosz Bo­gucki, ale nie skoń­czył, wi­dząc minę ko­legi, który po­krę­cił głową, da­jąc znać, żeby nie cią­gnął wątku.

Mar­cin Bo­ro­wicz sły­nął z nie­chęci do peł­nio­nego za­wodu na wielu po­zio­mach. Mię­dzy in­nymi nie po­ja­wiał się na sek­cjach zwłok, a kon­takty z oso­bami zwią­za­nymi ze śledz­twem naj­chęt­niej ogra­ni­czał do ma­ilo­wych. Na­wet roz­mów te­le­fo­nicz­nych uni­kał jak ognia, jakby wtedy mo­gło paść pro­ble­ma­tyczne py­ta­nie, na które nie znałby od­po­wie­dzi lub w da­nej chwili nie chciał jej udzie­lić z so­bie tylko wia­do­mego po­wodu. To on roz­da­wał karty i nikt nie mógł dys­ku­to­wać, bo pi­sząc ma­ile, ciężko było pro­wa­dzić roz­sądną wy­mianę zdań. Dla­tego wielu naj­zwy­czaj­niej w świe­cie re­zy­gno­wało i ro­biło grzecz­nie to, co męż­czy­zna ka­zał.

- Nie będę już was od­ry­wać od śledz­twa. - Pro­ku­ra­tor po­pra­wił ko­smyk wło­sów, który zsu­nął mu się na czoło i draż­nił od dłuż­szej chwili. - Dzia­łaj­cie. Mamy już sprawcę, więc nie mu­si­cie się mę­czyć. - Wy­po­wia­da­jąc ostat­nie zda­nie, uśmiech­nął się de­li­kat­nie, przez co wo­kół oczu zro­biły mu się zmarszczki. Ski­nął im lekko i wy­szedł. Nikt go nie za­trzy­my­wał. Każdy pa­trzył z lek­kim wy­rzu­tem, a za­ra­zem smut­kiem. Taka po­stawa osoby, od któ­rej czę­sto za­le­żało ży­cie lu­dzi, sta­no­wiła cios dla osób wie­rzą­cych w sens wy­ko­ny­wa­nej pracy.

- Chodźmy! - rzu­cił Ob­ręb­ski, gdy plecy Bo­ro­wi­cza znik­nęły z pola wi­dze­nia, i ru­szył po­now­nie do ła­zienki. - Nasi zna­leźli ją w tej dziw­nej po­zy­cji. Me­dycy od razu stwier­dzili zgon.

Po­wtó­rzył raz jesz­cze in­for­ma­cje, które już wcze­śniej prze­ka­zy­wał. Skoń­czył, gdy prze­kro­czyli próg po­miesz­cze­nia. Przy ce­ra­micz­nej wan­nie na ma­syw­nych nóż­kach prę­żył się nowy tech­nik, który za­si­lił ich sze­regi rap­tem dwa ty­go­dnie temu. Ko­men­dant zro­bił in­au­gu­ru­jące przed­sta­wie­nie, jakby pre­zen­to­wał nowy sprzęt czy ra­dio­wóz. Mar­cel Wol­ski, bo tak na­zy­wał się męż­czy­zna, zu­peł­nie tym się nie przej­mo­wał. Stał wtedy koło no­wego prze­ło­żo­nego, szcze­rząc się od ucha do ucha i ki­wa­jąc głową na każdy szcze­gół swo­jego opisu pa­da­jący z jego ust. Oka­zało się, że szko­lił się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, co u więk­szo­ści wy­wo­łało po­mruk za­do­wo­le­nia, bo ce­nili na­pływ no­wej wie­dzy. Nie­stety jak zwy­kle bywa w ta­kich sy­tu­acjach, kilku, na szczę­ście nie­licz­nych, sap­nęło z dez­apro­batą, jakby fakt, że czło­wiek do­brze się wy­kształ­cił i do tego chęt­nie pra­co­wał, źle o nim świad­czył. Jed­nak gdy po prze­mo­wie "nowy" za­pro­sił wszyst­kich do baru, gdzie po­sta­wił piwo cał­kiem licz­nej eki­pie, prze­ko­nał do sie­bie na­wet tych scep­tycz­nych.

Te­raz z ma­łym apa­ra­tem w dłoni cho­dził do­okoła wanny i uwiecz­niał każdy szcze­gół. Włos, okruch, smugę, naj­mniej­szy ślad.

Sta­nęli w bez­piecz­nej od­le­gło­ści i pa­trzyli. Nie miał w ru­chach tej lek­ko­ści, jaką cha­rak­te­ry­zo­wał się pa­to­log wy­ko­nu­jący cza­sami prace tech­nika, który na­gle opu­ścił ich sze­regi, ale ob­ser­wo­wa­nie go i tak spra­wiało przy­jem­ność.

- Nie stój­cie tak, nie gryzę. - W końcu to on się ode­zwał i wstał z ziemi, na któ­rej jesz­cze przed chwilą klę­czał wy­gięty w chiń­skie S, uwiecz­nia­jąc coś znaj­du­ją­cego się pod wanną.

Tego dnia wło­żył ko­szulę w fi­ku­śne czer­wone mazy i czarne spodnie. Wy­glą­dał ra­czej jak osoba wy­bie­ra­jąca się do baru lub na im­prezę na plaży, a nie na spo­tka­nie z tru­pem. Pod tym wzglę­dem nie­da­leko mu było do sto­ją­cego obok Ob­ręb­skiego, cho­ciaż strój ko­mi­sa­rza wy­da­wał się nieco bar­dziej sto­no­wany.

- Zna­jąc ży­cie, chce­cie wie­dzieć, co się tu­taj stało. - Zer­k­nął na dwóch męż­czyzn, któ­rzy po­de­szli bli­żej, a na jego twa­rzy za­go­ścił sze­roki uśmiech pre­zen­tu­jący białe ni­czym śnieg zęby. - Jak wie­cie, za­mor­do­waną jest Olga Ko­wa­lo­nek. Nie wi­dać śla­dów walki w po­staci za­dra­pań. Pod pa­znok­ciami czy­sto, na­wet za bar­dzo. W boku rana, ale ilość krwi dość nie­wielka, więc może nie jest zbyt głę­boka. To oczy­wi­ście okaże się póź­niej. Wię­cej dziur nie wi­dzia­łem, ale nie wiem, co skry­wają jej plecy i głowa, zresztą to nie moja ro­bota. Za­bez­pie­czy­łem sporo śla­dów. Wło­sów, od­ci­sków pal­ców. Z cie­ka­wo­stek! - Na­gle pod­niósł głos, a dwaj sto­jący przed nim po­li­cjanci aż pod­sko­czyli. - To, co za­uwa­ży­łem, ale czego jesz­cze nie za­bez­pie­czy­łem, to ślady na drzwiach od ta­rasu. Tak jakby ktoś się z nimi szar­pał. Jak dla mnie nie wy­glą­dają jak stan­dar­dowo po spo­tka­niu z wła­my­wa­czem, ra­czej jakby ktoś pró­bo­wał je nie­umie­jęt­nie otwo­rzyć za po­mocą wła­ści­wego klu­cza. Tak jakby ktoś nie wie­dział, jak to zro­bić. Może wła­ści­ciel spo­żył za dużo pro­cen­tów i się z nimi szar­pał. Póź­niej się tym zajmę, te­raz ta dama rzą­dzi.

- Ale...

Ob­ręb­ski nie zdą­żył skoń­czyć, bo tech­nik mó­wił da­lej:

- Spraw­dzi­łem i przez ta­ras można do­stać się do miesz­ka­nia. Nie ma płotu wo­kół ogródka, tylko gę­sto ro­snące ro­śliny. Te­raz tego nie wi­dać, ale od dru­giej strony jest par­king. Na na­sze nie­szczę­ście nie­oświe­tlony i bez ka­mer. Tak mi się przy­naj­mniej wy­da­wało, gdy tu­taj je­cha­łem. Ta­kie mam zbo­cze­nie, że gdy do­jeż­dżam na miej­sce zbrodni, wszyst­kie zmy­sły wy­ostrzają mi się ni­czym u psa my­śliw­skiego. Kie­dyś w domu matki włą­czył się alarm. Ona, jak to star­sza osoba, nie chciała firmy ochro­niar­skiej, więc tylko ja do­sta­wa­łem za­wia­do­mie­nie, że coś jest nie tak. No i ja­dąc do niej, w od­le­gło­ści dwóch ki­lo­me­trów od jej domu za­uwa­ży­łem nie­ty­powy sa­mo­chód. Moja mama mieszka na osie­dlu peł­nym se­nio­rów, a tam na­gle taki ni­sko­po­dło­gowy golf, zu­peł­nie nie­pa­su­jący do zdzia­dzia­łej oko­licy, gdzie śred­nia wieku to pew­nie sie­dem­dzie­siąt lat. Wia­domo, wnuk mógł przy­je­chać w od­wie­dziny, ale gdy wpa­dłem do miesz­ka­nia i za­sta­łem je splą­dro­wane, wie­dzia­łem, że pierw­sze kroki skie­ruję do mło­ko­sów. - Wi­dząc ich miny, od razu do­dał: - Tak, nie po­wi­nie­nem sam, ale ja­koś in­stynkt obrony mamy mi się uru­cho­mił. Więc jak straż­nik Tek­sasu po­la­złem do nich, i co? Szy­ko­wali się na ko­lejny włam. Ode­bra­łem, co mamy, i we­zwa­łem ekipę. Do­bra, nie będę już ga­dał, bo za­mę­czę was na śmierć. - Wzru­szył ra­mio­nami i po­now­nie się na­chy­lił nad wanną. - A ta pani cał­kiem, cał­kiem.

- Olga na­le­żała do tych bar­dziej eks­klu­zyw­nych - stwier­dził Ob­ręb­ski.

- Przez chwilę my­śla­łem, że we­szła z po­dej­rza­nym od strony ta­rasu - za­czął tech­nik, choć nikt go o to nie py­tał. - Stąd te uszko­dze­nia na drzwiach, bo nie mógł sku­pić się na klu­czu, ale ja­koś nie wi­dzę, żeby ta pani w szpil­kach szła przez trawę.

- Ja też. - Ko­mi­sarz kiw­nął po­ta­ku­jąco głową. - Zresztą leżą w sy­pialni koło łóżka i nie ma na nich śla­dów trawy czy ziemi. Oczy­wi­ście mo­głaby je zdjąć, ale on po­nie­kąd jej pła­cił za to, aby cały czas wy­glą­dała po­nęt­nie i sek­sow­nie, a jakby je ścią­gnęła, to nie­stety stra­ci­łaby wiele na uroku. - Ob­ręb­ski po­now­nie spoj­rzał na za­mor­do­waną. - Zresztą nie wiem, jak ko­biety są w sta­nie w czymś ta­kim się prze­miesz­czać, to ja­kieś nie­wy­ko­nalne jak dla mnie. - Znowu za­milkł, wi­dać było, że nad czymś in­ten­syw­nie my­śli. - A jest opcja, że ślady na drzwiach są sprzed kilku dni? - zmie­nił te­mat.

- Tak jak wspo­mi­na­łem, ja tylko to za­uwa­ży­łem i jesz­cze nie za­bez­pie­czy­łem. Mu­szę jed­nak naj­pierw tu ogar­nąć, aby można było ru­szyć zwłoki, a na­stęp­nie prze­wieźć do pro­sek­to­rium. Aaa! - krzyk­nął na­gle, a dwaj sto­jący przed nim męż­czyźni znów aż się wzdry­gnęli. - Moim zda­niem to ktoś ją ru­szał. Ja nie od tego, ale za­wsze mnie to uło­że­nie ciała in­te­re­so­wało. Jak się le­piej przyj­rzy­cie, to za­uwa­ży­cie pew­nie, że plamy opa­dowe wy­stają, to zna­czy są wi­doczne. Nie po­wi­nie­nem się mą­drzyć, ale we­dług mnie ona le­żała wcze­śniej w po­dob­nej po­zy­cji i póź­niej ktoś ją prze­su­nął. Może po­now­nie pró­bo­wał uło­żyć w taki sam spo­sób. Tylko to jest prak­tycz­nie nie­moż­liwe, szcze­gól­nie w przy­padku trupa. Zmie­nia się stę­że­nie po­śmiertne i...

Nie skoń­czył, bo do po­miesz­cze­nia ktoś wszedł. Wszy­scy trzej mo­men­tal­nie od­wró­cili głowy.

- Dzień do­bry, pa­no­wie, wi­dzę, że ktoś chce za­brać mi ro­botę - przy­wi­tał się Ry­szard Osta­szew­ski, star­szy, ele­gancki męż­czy­zna, który ostat­nie pół roku spę­dził na zwol­nie­niu le­kar­skim.

Wiele osób wró­żyło mu już ko­niec ka­riery w po­li­cji, jed­nak on się nie pod­dał. Pod­czas wy­cieczki w Ta­try Wy­so­kie, na którą wy­brał się wraz z dwoma sy­nami, do­szło do na­głego za­ła­ma­nia po­gody. Z nieba lu­nęła ściana wody, a co ja­kiś czas wa­liły do­okoła pio­runy. Gdy pró­bo­wali jak naj­szyb­ciej do­stać się do bez­piecz­nego miej­sca, naj­star­szy z trójki po­śli­zgnął się, choć miał po­rządne, spe­cja­li­styczne buty. Jak to póź­niej po­wie­dział, mimo wa­lą­cych w od­dali grzmo­tów usły­szał, jak zrywa mu się ścię­gno w ko­la­nie, a po se­kun­dzie po­czuł, że się nie po­my­lił, bo ciało za­lała fala bólu. Jed­nak nic nie po­wie­dział, tylko na ad­re­na­li­nie bu­zu­ją­cej w ciele do­tarli do schro­ni­ska, a tam ze­mdlał. Obu­dził się w szpi­talu, gdzie nad jego łóż­kiem wi­siała ro­dzina. Żona po­dobno okrzy­czała sy­nów, jakby mieli po dwa lata, mó­wiąc, że są nie­od­po­wie­dzialni, cią­ga­jąc ojca po gó­rach, jakby za­po­mniała, że to mąż był pro­wo­dy­rem ca­łej wy­cieczki. Sy­no­wie ze smut­nymi mi­nami cały czas nie mo­gli uwie­rzyć w jego wy­czyn, który le­karz okre­ślił jako nie­spo­ty­kany. Póź­niej Osta­szew­ski tłu­ma­czył, że nie chciał, aby utknęli w le­sie, bo wtedy o po­moc by­łoby jesz­cze trud­niej, no i na­ra­ziłby resztę ro­dziny. Wło­żono mu w nogę kilka śrub, a gdy le­karz dał zie­lone świa­tło, ru­szył z in­ten­sywną re­ha­bi­li­ta­cją.

- Prze­pra­szam za opóź­nie­nie, ale zaj­mo­wa­łem się ko­bietą, którą na­ćpany chło­pa­czek z bo­ga­tej ro­dziny po­zba­wił ży­cia młot­kiem. To jest straszne, co nar­ko­tyki po­mie­szane z al­ko­ho­lem mogą zro­bić z czło­wie­kiem. Mam na­dzieję, że gno­jek zgnije w wię­zie­niu. - Le­karz po­pra­wił la­tek­sowe rę­ka­wiczki, które za­ło­żył przed wej­ściem, tak samo jak strój ochronny i ochra­nia­cze na buty. - Za­tem ko­góż tu­taj mamy? - Pod­szedł bli­żej wanny i na­chy­lił się.

Po­li­cjanci zo­sta­wili tech­nika z pa­to­lo­giem i ru­szyli na ob­chód miesz­ka­nia. Zaj­rzeli naj­pierw do po­miesz­cze­nia, do któ­rego drzwi znaj­do­wały się na­prze­ciwko ła­zienki. Mie­ściła się tam sy­pial­nia, któ­rej cen­tral­nym me­blem było ol­brzy­mie łoże z pi­ko­wa­nym wez­gło­wiem w ko­lo­rze czar­nym, a pod nim wielki dy­wan wy­glą­da­jący jak skóra zdjęta z ja­kie­goś fu­trza­stego zwie­rzę­cia, może niedź­wie­dzia. Poza sko­tło­waną koł­drą i le­żą­cymi na pod­ło­dze bu­tami na nie­bo­tycz­nie wy­so­kich ob­ca­sach, o któ­rych wspo­mi­nał Ob­ręb­ski, nic nie zwra­cało ich uwagi, dla­tego po chwili wy­szli na ze­wnątrz i wró­cili do sa­lonu.

- Trzeba ko­niecz­nie prze­słu­chać tego mu­zyka, pro­ku­ra­tor ra­czej tego nie zrobi, więc jak wró­cimy, ty się tym zaj­miesz. Gość już na cie­bie czeka - rzu­cił ko­mi­sarz, a w re­ak­cji na to żu­chwa Bar­to­sza Bo­guc­kiego lekko opa­dła. - Nie gap się tak na mnie. Co ty my­śla­łeś, że będę cię wie­kami niań­czyć? Czas się tro­chę usa­mo­dziel­nić. Będę stał na ze­wnątrz i jakby coś, po­pro­szę cię na chwilę na ko­ry­tarz i pod­po­wiem...

Nie skoń­czył, bo obaj usły­szeli ha­łas przy wej­ściu do miesz­ka­nia. W drzwiach sta­nął star­szy męż­czy­zna w szla­froku. Ge­sty­ku­lo­wał in­ten­syw­nie i krzy­czał coś do sto­ją­cego tam mło­dego funk­cjo­na­riu­sza, który z miną cier­pięt­nika pró­bo­wał mu wy­per­swa­do­wać po­mysł wej­ścia do środka.

- Co się stało? - Ob­ręb­ski ru­szył mu na po­moc i uśmiech­nął się do star­szego pana.

Ten za­ci­snął moc­niej małe usta i szczel­niej opa­tu­lił się po­łami okry­cia.

- Ja od za­wsze mó­wi­łem, że ten Za­remba spro­wa­dzi na nas ja­kieś nie­szczę­ście. Co chwilę ja­kieś im­prezy, po­dej­rzani go­ście, wrza­ski i dziwne za­pa­chy. Ja ni­gdy nie pa­li­łem tych ziół, ale dzięki są­sia­dowi do­brze je znam. Moja żona, która za­wsze w lu­dziach wi­dzi tylko do­bre, mówi, że to ja­kieś zioła do je­dze­nia czy na po­prawę pracy je­lit, ale ja wiem swoje. Ćpun z niego i ba­wi­da­mek.

- A ostat­nio działo się coś szcze­gól­nego? - Ko­mi­sarz pró­bo­wał za­cho­wać po­wagę, ale pa­trząc na męż­czy­znę we wło­cha­tych, in­ten­syw­nie nie­bie­skich kap­ciach, ciężko było utrzy­mać pro­fe­sjo­nalny wy­raz twa­rzy.

- Szcze­gól­nego to może nie. Przed­wczo­raj zor­ga­ni­zo­wał ko­lejną im­prezę, jakby my­ślał, że mieszka na bez­lud­nej wy­spie. Krzy­czeli do czwar­tej w nocy, a prze­stali tylko dla­tego, że się schlali jak dzi­kie świ­nie i nie mieli sił na wię­cej. Pu­ka­łem chyba z pięć razy. Dwa razy ktoś otwo­rzył i niby po­wie­dział, że bę­dzie już ci­szej, ale po chwili znowu się wy­dzie­rali jak ob­dzie­rane żyw­cem zwie­rzęta, a mu­zyka dud­niła nie­mi­ło­sier­nie. Ja wiem, że on jest mu­zy­kiem i że w domu też lubi po­grać, ale ro­bie­nie kon­cer­tów to już prze­sada. Na do­da­tek w środku nocy, kiedy lo­ka­to­rzy rano mu­szą wstać do pracy, za­wieźć dzieci do szkoły. Tu­taj są­sie­dzi od dwóch mie­sięcy mają nie­mow­laka. - Głową wy­ko­nał ruch w prawo, jakby chciał po­ka­zać, gdzie miesz­kają. - Jego matka ze łzami w oczach opo­wia­dała, jak pró­bo­wała spać z mło­dym w ła­zience, bo tam naj­ci­szej, a i tak czuła, że od tych ba­sów ściany się trzęsą. Jesz­cze jej mąż wy­je­chał kilka dni temu w de­le­ga­cję, więc się bała wyjść na ko­ry­tarz i do nich za­pu­kać. Całą noc cho­dziła z dzi­dziu­siem na rę­kach, li­cząc, że ten kosz­mar w końcu się skoń­czy.

- Fak­tycz­nie nie­miło - sko­men­to­wał star­szy sta­żem po­li­cjant. - A o któ­rej dzi­siaj w nocy skoń­czyli? Bo ro­zu­miem, że też ba­lan­go­wali.

- Dzi­siaj nie! - Męż­czy­zna po­krę­cił prze­cząco głową i po­dra­pał się za uchem, które przy ły­sej gło­wie wy­glą­dało na nie­na­tu­ral­nie wiel­kie. - Spo­kój, ci­sza, pra­wie ide­al­nie. Tylko coś trza­skał. Nie wiem dla­czego, ale strasz­nie szar­pał się z drzwiami ta­ra­so­wymi. To zna­czy one mu się już wcze­śniej parę razy za­cięły. Po­dobno mają wadę fa­bryczną. Wiem, bo kie­dyś stał pod klatką i pró­bo­wał wejść. Grze­bał w tor­bie, roz­sy­pał wszystko na ko­stce. Wra­cał z ja­kiejś próby i po­siał gdzieś klu­cze. Do­piero po cza­sie przy­po­mniał so­bie, że w sa­mo­cho­dzie ma za­pa­sowe od ta­rasu. Tak jak z nim wtedy chwilę po­sta­łem, to spra­wiał wra­że­nie na­wet mi­łego czło­wieka. Opo­wia­dał mi o swo­jej ma­mie, która po­dob­nie jak ja pra­co­wała jako na­uczy­cielka. O po­go­dzie, bo aku­rat tego dnia strasz­nie pa­dało, ale obaj stwier­dzi­li­śmy, że to do­brze, bo ro­śliny ostat­nimi czasy mocno się wy­su­szyły. To się działo la­tem, jak falę upa­łów prze­rwały te bu­rze, pa­mię­tają pa­no­wie? - Męż­czy­zna spoj­rzał na po­li­cjan­tów py­ta­jąco, a ci w od­po­wie­dzi po­ki­wali gło­wami. - Gdyby nie te jego gło­śne im­prezy, to może by­śmy się za­kum­plo­wali. Kto wie. No i wtedy o tych drzwiach ta­ra­so­wych wspo­mi­nał - do­rzu­cił męż­czy­zna, jakby chciał się wy­tłu­ma­czyć.

- A czy orien­tuje się pan, czy są­siad spo­ty­kał się z ja­kąś ko­bietą? Ktoś go re­gu­lar­nie od­wie­dzał? - rzu­cił na­gle aspi­rant Bo­gucki, a Ob­ręb­ski kiw­nął za­do­wo­lony.

Star­szy męż­czy­zna za­śmiał się, za­ska­ku­jąc po­li­cjan­tów.

- On i zwią­zek?! My z żoną mamy wi­dok na par­king i wi­dzimy, kto wcho­dzi, kto wy­cho­dzi. Oczy­wi­ście nie pa­trzymy na to zbyt czę­sto, ale aku­rat z kuchni, jak coś ro­bimy, to wszystko mamy jak na przy­sło­wio­wym ta­le­rzu, i to, ile ko­biet go od­wie­dzało, to... uuu... - Aż za­gwiz­dał. - On stwo­rzył swój mały ha­rem, ze sporą ro­ta­cją jego uczest­ni­czek. Oczy­wi­ście wszyst­kie po­dobne do sie­bie ni­czym klony. Tylko ko­lor wło­sów je róż­nił, cho­ciaż do­mi­no­wały bru­netki. Ja my­śla­łem, że to ta sama, wie pan, jak to każdy fa­cet, nie zwra­cam uwagi na szcze­góły, ale moja żona twier­dzi, że prak­tycz­nie wszyst­kie przy­cho­dziły tylko raz. I one były ta­kie ni­czego so­bie. - Męż­czy­zna za­śmiał się ru­basz­nie, a jego wy­sta­jący zde­cy­do­wa­nie za mocno brzuch za­trząsł się przy tym wy­raź­nie. - No i spra­szał sporo osób z pierw­szych stron ga­zet. Ja więk­szo­ści nie znam, ale moja Ha­linka wy­ła­pała kilka. Wi­działa ja­kie­goś ak­tora, in­nym ra­zem uczest­nika ja­kie­goś głu­piego pro­gramu ku­li­nar­nego, tego z tą pa­nią, co wy­gląda, jakby ją pio­run tra­fił. Ja nie tra­wię tych wy­głu­pów, ale moja żona lubi je oglą­dać. Mu­sie­liby pa­no­wie z nią po­ga­dać, bo ja ich nie ko­ja­rzy­łem. Je­dyny gość, któ­rego roz­po­zna­łem, to ten z wło­skimi ko­rze­niami, Le­onardo... no...

- Le­onardo Mał­kow­ski? - po­mógł mu Bar­tosz Bo­gucki, a sto­jący obok ko­lega zro­bił zdzi­wioną minę. Ścią­gnął usta w lekki dzió­bek i prze­krę­cił je w prawą stronę, mru­żąc przy tym oczy.

- No wła­śnie. Mózg już nie pra­cuje od­po­wied­nio. - Męż­czy­zna po­stu­kał się pal­cem po ły­sej ni­czym ko­lano gło­wie. - Kie­dyś to zna­łem ty­siące wzo­rów z ma­te­ma­tyki i fi­zyki, a te­raz to cza­sami za­sta­na­wiam się, jak mam na imię. Do­brze, że pa­mię­tam, jak na­zywa się moja żona, bo ina­czej miał­bym kło­poty. - Wes­tchnął i spoj­rzał na młod­szego po­li­cjanta. - A co do tego Le­onarda, to kie­dyś na­wet z nim ga­da­łem. Przy­wiózł są­siada, bo ten po­dobno na­wa­lił się na pró­bie. Psio­czył na Za­rembę, że za­wala ro­botę i przez niego nie mogą skoń­czyć ja­kie­goś pro­jektu, ale i tak go od­wiózł. Twier­dził, że tylko on ni­czego nie pił, a dwóch tak­sów­ka­rzy od­mó­wiło mu prze­jazdu, bo bali się, że obrzyga im auto.

- A w nocy wi­dział pan tu­taj ko­goś? - spy­tał tym ra­zem Ob­ręb­ski.

- Nie, ni­kogo. Zresztą sy­pial­nię mamy z dru­giej strony, a stam­tąd nie wi­dzimy ani ta­rasu, ani wej­ścia do bu­dynku. Poza tym wczo­raj nie za­pa­lił świa­tła, które so­bie za­mon­to­wał, a wtedy ciemno ma jak cho­lera. Sły­sze­li­śmy tylko coś, jakby szar­pał się z drzwiami ta­ra­so­wymi, a póź­niej ja­kieś dźwięki typu trza­śnię­cia i ge­ne­ral­nie nic szcze­gól­nego. Ale jak mó­wi­łem, coś z nimi jest nie tak. Cho­ciaż... - Męż­czy­zna za­wie­sił głos i pod­pa­dał się po czer­wo­nym no­sie. - W su­mie od dawna nimi nie wa­lił, jakby na­uczył się je po­praw­nie otwie­rać. A wczo­raj chyba za­po­mniał. - Wzru­szył ra­mio­nami i sap­nął prze­cią­gle.

- To pań­stwo we­zwali po­li­cję? - zmie­nił te­mat Ob­ręb­ski.

Męż­czy­zna po­krę­cił prze­cząco głową i za­ci­snął pa­sek utrzy­mu­jący szla­frok na miej­scu.

- Nie. - Jego głos za­brzmiał sta­now­czo, wręcz z nutą urazy. - Nie było po­wodu. Jak na niego to pa­no­wał spo­kój, ci­sza jak ma­kiem za­siał. O ta­kie ha­łasy jak wczo­raj to nie mo­gli­by­śmy się de­ner­wo­wać. By­łoby to co naj­mniej nie­sto­sowne.

- To kto mógł to zro­bić? - Ko­mi­sarz za­ło­żył ręce na brzuch i cały czas bacz­nie ob­ser­wo­wał star­szego pana.

- Nie wiem. - Męż­czy­zna wzru­szył ra­mio­nami i wzniósł oczy w stronę su­fitu. - Miesz­kam tu­taj już siódmy rok i śred­nio znam są­sia­dów. Poza tą pa­nią z dziec­kiem, to nie roz­ma­wiam z ni­kim. W dzi­siej­szych cza­sach nie ma już ta­kiej wspól­noty, nie ma po­mocy są­siedz­kiej. Kie­dyś bez krę­pa­cji szło się do są­siada po cu­kier czy mar­chewkę, jak za­bra­kło. Te­raz jak coś się dzieje, to trzeba sa­memu wal­czyć o swoje. Ostat­nio chcia­łem uzbie­rać na re­mont wiaty śmiet­ni­ko­wej, bo się roz­pada. Prze­sze­dłem po kilku miesz­ka­niach i wszy­scy od­mó­wili. Po­wie­dzieli, że skoro ad­mi­ni­stra­cja tego nie ogar­nia, trzeba zło­żyć na nich skargę i tyle. Nikt nie chciał się do­rzu­cić, więc od­pu­ści­łem. Ge­ne­ral­nie wszy­scy mają in­nych gdzieś, a po­nie­waż pa­no­wała względna ci­sza, to nie wy­daje mi się, żeby ktoś z są­sia­dów miał po co was wzy­wać.

- Dzię­ku­jemy panu, jak coś so­bie pan przy­po­mni, pro­szę dzwo­nić. - Ob­ręb­ski po­dał męż­czyź­nie swoją wi­zy­tówkę, po­że­gnał się i z Bo­guc­kim u boku ru­szył scho­dami na dół.

Spis treści

Pro­log

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3 - ONA

Roz­dział 4

Roz­dział 5

Roz­dział 6 - ONA

Roz­dział 7

Roz­dział 8 - ONA

Roz­dział 9

Roz­dział 10

Roz­dział 11 - ONA

Roz­dział 12

Roz­dział 13

Roz­dział 14 - ONA

Roz­dział 15

Roz­dział 16

Roz­dział 17

Roz­dział 18 - ONA

Roz­dział 19

Roz­dział 20 - ONA

Roz­dział 21

Roz­dział 22 - ONA

Roz­dział 23

Roz­dział 24 - ONA

Roz­dział 25

Roz­dział 26 - ONA

Roz­dział 27

Roz­dział 28

Roz­dział 29 - ONA

Roz­dział 30

Roz­dział 31 - ONA

Roz­dział 32

Roz­dział 33 - ONA

Roz­dział 34

Roz­dział 35 - ONA

Roz­dział 36

Roz­dział 37

Roz­dział 38

Roz­dział 39 - ONA

Roz­dział 40

Roz­dział 41

Roz­dział 42 - ONA

Roz­dział 43

Roz­dział 44 - ONA

Roz­dział 45

Roz­dział 46

Roz­dział 47

Roz­dział 48

Roz­dział 49 - ONA

Roz­dział 50

Roz­dział 51 - ONA

Roz­dział 52

Roz­dział 53 - ONA

Roz­dział 54

Roz­dział 55 - ONA

Roz­dział 56

Roz­dział 57 - ONA

Roz­dział 58

Roz­dział 59 - ONA

Roz­dział 60

Roz­dział 61 - ONA

Roz­dział 62

Roz­dział 63 - ONA

Roz­dział 64

Roz­dział 65 - ONA

Roz­dział 66

Roz­dział 67 - ONA

Roz­dział 68

Roz­dział 69 - ONA

Roz­dział 70

Roz­dział 71

EPI­LOG

Kilka słów na ko­niec