382 dni Kujawiaka - Zbigniew Damski

Kup ebooka

12.99 zł
10.78 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

- Mam nadzieję, że zechce pan z nami pozo­stać na wigi­lijną noc - powie­dział kapi­tan Krieg­sma­rine, zwra­ca­jąc się do majora w mun­du­rze feld­grau. - Narwik to wpraw­dzie metro­po­lia w porów­na­niu z tutej­szym odlu­dziem, ale cóż zro­bić...

- Po pro­stu wojenny los - odparł zagad­nięty ofi­cer. - Żoł­nierz miej­sca nie wybiera, a ja chęt­nie zostanę. Tu czy tam to w końcu żadna róż­nica. Byle tylko wśród swo­ich.

Służ­bową część roz­mowy już zakoń­czyli. Pora była sto­sowna na kilka godzin odprę­że­nia, ode­rwa­nia się od sza­rej codzien­no­ści. Major wybrał się do Soerva­agen moto­rówką pro­sto z Narwiku, gdzie zale­d­wie parę mie­sięcy temu objął nowe sta­no­wi­sko w dowódz­twie tam­tej­szej bazy. Pod­le­gały mu sprawy lądo­wej obrony wybrzeża i współ­dzia­ła­nia z mary­narką. Od tej pory kolejno wizy­to­wał poszcze­gólne gar­ni­zony, aby prze­ko­nać się, jak ludzie radzą sobie w trud­nych warun­kach służby za krę­giem polar­nym, a były one zgoła oso­bliwe.

To samo ujrzał na Lofo­tach - archi­pe­lagu wysp i wyse­pek, oddzie­lo­nym od sta­łego lądu Nor­we­gii wodami Vest­fjordu. Wio­dła tędy droga do Narwiku i tędy też szły statki ze szwedzką rudą do Nie­miec. U samego wej­ścia do fiordu, na jego połu­dnio­wym skraju, znaj­do­wała się przy­stań Soerva­agen i tam mie­ścił się wizy­to­wany gar­ni­zon. Miał tego wej­ścia strzec. Nie bro­nić, tylko strzec, bo bro­nić nie było czym. Jego siły skła­dały się ze wzmoc­nio­nej kom­pa­nii strzel­ców gór­skich, wszyst­kiego ponad trzy­stu ludzi, i "floty": jed­nego tra­łowca, kilku uzbro­jo­nych kutrów i zdo­by­tego na Nor­we­gach statku straż­ni­czego "Hada­roey", któ­remu nadano nie­miecką nazwę "Föhn" i obsa­dzono nową załogą. Znaj­do­wał się on zwy­kle na morzu - podob­nie jak i tego dnia - peł­niąc służbę dozo­rową.

Kapi­tan mary­narki, który pia­sto­wał obo­wiązki komen­danta gar­ni­zonu i zara­zem dowódcy tych sił, uśmie­chał się cierpko, wpro­wa­dza­jąc majora w swoje poło­że­nie. Zachę­ca­jąco nie wyglą­dało, to fakt, tym bar­dziej że i aura dopro­wa­dzała ludzi do roz­pa­czy: pół roku sza­rówki zamiast nocy i - pół roku nocy nie­mal bez dnia. Major kładł jed­nak nacisk na wagę zada­nia, jakie im powie­rzono. Nie kom­pa­nia żoł­nie­rzy i nie te łajby odgry­wały tam zasad­ni­czą rolę. Oczkiem w gło­wie były roz­miesz­czone na wyspach punkty obser­wa­cyjno-mel­dun­kowe, apa­raty pod­słu­chowe, a w samym Soerva­agen - naj­now­sza radio­sta­cja dale­kiego zasięgu do łącz­no­ści z wła­snymi okrę­tami, stat­kami, bazami i lot­ni­skami, czuły nerw spraw­nego sys­temu dowo­dze­nia. Docho­dziła do tego jesz­cze sta­cja mete­oro­lo­giczna, pra­cu­jąca na potrzeby mary­narki wojen­nej i lot­nic­twa, elek­trow­nia polowa, maga­zyn paliwa i inne urzą­dze­nia.

To był ich główny oręż, od niego zale­żało bez­pie­czeń­stwo ogrom­nego obszaru, bo dzięki tym punk­tom i nie­za­wod­nym środ­kom tech­nicz­nym mogli kon­tro­lo­wać kawał Morza Nor­we­skiego na wszyst­kich podej­ściach do Vest­fjordu, uprze­dzać wła­sne statki o gro­żą­cych im nie­spo­dzian­kach, wzy­wać pomoc w razie potrzeby...

I major miał rację. Wiele dałby nie­przy­ja­ciel za znisz­cze­nie tego zaple­cza, które jak cierń tkwiło na Lofo­tach, krzy­żu­jąc mu swo­bodę manewru w tam­tej stre­fie. Tego jed­nak nikt w Soerva­agen nie ocze­ki­wał, bo w końcu jakby to się mogło stać, skoro Anglia była daleko, a miej­scowa lud­ność - kil­ku­set Nor­we­gów - żyła w stra­chu przed oku­pan­tem, nie mając żad­nego dostępu do insta­la­cji woj­sko­wych. Począt­kowo wpraw­dzie poja­wiały się angiel­skie samo­loty i pró­bo­wały szczę­ścia okręty pod­wodne, zbli­ża­jąc się do wysp, ale od pół roku co naj­mniej pano­wał ide­alny spo­kój. Nie działo się nic god­nego uwagi, jeśli oczy­wi­ście nie liczyć wła­snych kon­wo­jów, sztor­mów, burzy śnież­nych i mono­ton­nego widoku rybac­kich kutrów, które zna­czyły punk­tami taflę morza, podob­nie jak mewy krą­żące po bez­barw­nym i osie­ro­co­nym nie­bie. Cią­głe dyżury upły­wały pod zna­kiem nudy, melan­cho­lii i soczy­stych prze­kleństw, że na tym pust­ko­wiu zapo­mną, jak wygląda praw­dziwa wojna, docie­ra­jąca do nich tylko z radio­wych gło­śni­ków.

W takim też nastroju spo­tkali się w komen­dzie gar­ni­zonu przy wigi­lij­nej lampce wina. Był major jako hono­rowy gość, kapi­tan mary­narki w roli gospo­da­rza wspól­nej kola­cji i nie­liczne grono miej­sco­wych ofi­ce­rów, zwol­nio­nych ze służby na tę oka­zję. Kilka pierw­szych toa­stów prze­szło bez echa, bo każdy tkwił myślami gdzieś bar­dzo daleko, ale w miarę jak zmie­niały się butelki, tem­pe­ra­tura spo­tka­nia szła w górę i roz­wią­zały się języki.

Oży­wił naj­pierw wszyst­kich zwa­li­sty kapi­tan, dowódca kom­pa­nii strzel­ców gór­skich, przy­po­mi­na­jąc o wal­kach w Narwiku. Miał za sobą cięż­kie chwile, a naj­bar­dziej iry­to­wał go fakt, że po raz drugi od wrze­śnia 1939 roku spo­tkał się tam z Pola­kami.

- Wła­snym oczom nie wie­rzy­łem - bił się w piersi - jak na jed­nym okrę­cie, zdaje się nisz­czy­cielu, zoba­czy­łem pol­ską ban­derę! Skąd, u dia­bła, tam się zna­lazł?! Mówili nam, że cała ich flota została roz­łu­pana na Bał­tyku, a tu masz... Nie tylko draż­nił samym wido­kiem, ale jesz­cze tłukł ze wszyst­kich dział. Istne polo­wa­nie urzą­dzał sobie na naszych chłop­ców...

- Aż tak? - zdzi­wił się major.

- Ofi­cer­skie słowo! Dzień po dniu grze­ba­li­śmy pole­głych i opa­try­wa­li­śmy ran­nych, jak wła­do­wał się do fiordu. Byle jaki ruch po naszej stro­nie i już bły­skał ogniem. Zie­mia kipiała od tych eks­plo­zji...

- Ale i jemu doło­żono - pospie­szył z wyja­śnie­niem kapi­tan mary­narki. - Jedna bomba i po krzyku, poszedł na dno w kilka minut. To był nisz­czy­ciel "Grom", dobrze zapa­mię­ta­łem tę nazwę. Chyba ostatni pol­ski okręt, który jesz­cze pły­wał. Sły­szał pan coś o tym? - zwró­cił się do majora.

- Obiło mi się o uszy. Mało ważne zresztą. A pan się nie myli: ostatni na pewno! Z pol­ską flotą koniec, prze­stała ist­nieć raz na zawsze! Jakieś nie­do­bitki Pola­ków plą­czą się jesz­cze, na angiel­skim żoł­dzie rzecz jasna, w Afryce, ale na morzu nie mają już nic. Zero. W trze­cim roku wojny byłby to absurd!

Od razu pod­chwy­cili ten temat: trzeci rok wojny... Co tam pol­skie okręty, i tak już ich nie zoba­czą, a wojna na­dal trwa i nie wia­domo, kiedy się skoń­czy. Warto pocią­gnąć za język majora, lepiej od nich zorien­to­wa­nego, co on o tym sądzi. Komu­ni­katy radiowe były zbyt trium­falne albo zbyt ogła­dzone ręką cen­zora, żeby dawać im wiarę, więc...

Major w lot pojął, czego od niego ocze­kują i na jaki śli­ski grunt wdep­nął. Wino huczało mu już w gło­wie, ale pomny swego stop­nia i sta­no­wi­ska natych­miast zesztyw­niał. Powie­dzieć im prawdę, co się dzieje na fron­tach, zwłasz­cza w Rosji? Mowy nie ma! O tym nawet w jego dowódz­twie szep­tano pół­gęb­kiem, a cóż dopiero tutaj. Wia­do­mo­ści zaś były różne: bar­dzo dobre i bar­dzo złe, tych ostat­nich nawet wię­cej jak na ostat­nie dni grud­nia 1941 roku, bo aku­rat na taki czas wypa­dła jego wizy­ta­cja w Soerva­agen. Wigi­lia i trzeci rok wojny na karku...

Poczę­sto­wał ich zatem zna­nymi for­muł­kami, sze­roko roz­wo­dząc się o suk­ce­sach w Afryce Pół­noc­nej i na Atlan­tyku, gdzie U-Booty rze­czy­wi­ście siały postrach, nisz­cząc coraz wię­cej alianc­kich stat­ków. Twardą postawę Anglii zba­ga­te­li­zo­wał, utrzy­mu­jąc, że po doci­śnię­ciu blo­kady pad­nie. Wypo­wie­dze­nia przez Niemcy wojny Sta­nom Zjed­no­czo­nym nie komen­to­wał, bo było jesz­cze za wcze­śnie na snu­cie jakichś domy­słów. Pod­kre­ślił tylko, bo takie prze­świad­cze­nie pano­wało w całym Wehr­mach­cie, że w ślad za tym Japo­nia przy­stąpi do wojny ze Związ­kiem Radziec­kim...

- A front wschodni - zakoń­czył, nie wypa­da­jąc ze swo­jej roli nie­złom­nego rzecz­nika opty­mi­zmu - na pewno teraz naj­waż­niej­szy, też nie zasko­czy nas żad­nym zwro­tem sytu­acji. Czy któ­ryś z panów śmiałby w to wąt­pić, w dodatku po tym, co już tam osią­gnę­li­śmy?

To było pyta­nie, a nie odpo­wiedź, na którą cze­kali. Zale­gła nagle cisza, dosyć dwu­znaczna, bo wypa­dało raczej gło­śno zaprze­czyć. Nic jed­nak takiego nie nastą­piło - cokol­wiek prze­cież wie­dzieli z radia - tylko pod­pity kapi­tan strzel­ców gór­skich zdo­był się na odwagę i strze­lił jakby za wszyst­kich z gru­bej rury:

- Ale pod Moskwą coś nie wyszło, nie sądzi pan?

Major w oczach prze­mie­nił się w bryłę lodu, powiało od niego chło­dem.

- Zbyt cia­sno pan patrzy! - skwi­to­wał oschle wąt­pli­wość kapi­tana. - To tylko ta prze­klęta rosyj­ska zima cza­sowo zaha­mo­wała impet naszych ude­rzeń. "Gene­rał Mróz" wyszcze­rzył kły, ich ostatni sprzy­mie­rze­niec. W śniegu utknął trans­port, wal­czą­cym woj­skom zabra­kło amu­ni­cji i paliwa. Führer zmu­szony był w tych warun­kach wydać dyrek­tywę o cza­so­wym wstrzy­ma­niu dzia­łań zaczep­nych i przej­ściu do obrony. Pocze­kamy do wio­sny, a wtedy zoba­czy­cie... Roz­sy­pie się ten front jak domek z kart!

Nikt już nie pró­bo­wał opo­no­wać. Wielka stra­te­gia nie była ich domeną. Dokład­nie to samo mówił Ber­lin: ostra zima, utrud­nione dostawy, doraźne przej­ście na nowe pozy­cje, skró­ce­nie linii frontu i ani słowa o jakiej­kol­wiek porażce. Żela­zna wola Führera miała nie­zmien­nie pano­wać nad bie­giem wyda­rzeń.

Kolejna bate­ria bute­lek wytraw­nego wina ode­brała im zresztą ochotę do dal­szego naga­by­wa­nia majora. Star­czyło to, co już powie­dział, żeby nabrać świe­żego ani­mu­szu. Pal sześć wschodni front! Niech inni się mar­twią! Grunt, że tu, na Lofo­tach, jest spo­kój. Wczo­raj, dziś, jutro... Żadna róż­nica. Można spać bez obaw, że ktoś odważy się zakłó­cić odpo­czy­nek. Można wie­rzyć, że ranek powita ich jak zawsze głu­chą ciszą i mro­kiem. Dyżur prze­leci bez zmian i - tak w kółko, bez końca...

Roze­szli się po pół­nocy, próżno wypa­tru­jąc wigi­lij­nej gwiazdki na ciem­nym nie­bo­skło­nie. Obaj kapi­ta­no­wie i major do osob­nych poko­jów na pię­terku, reszta do swo­ich kwa­ter w Soerva­agen. Budy­nek komendy gar­ni­zonu, naj­bar­dziej oka­zały w tej dziu­rze, speł­niał uni­wer­salną, rzec można, rolę: hotelu, klubu, kasyna i sta­no­wi­ska dowo­dze­nia. Tu czu­wał stale ofi­cer dyżurny, tu mie­ściła się cen­trala łącz­no­ści tele­fo­nicz­nej i radio­wej, stąd szły roz­kazy do pod­wład­nych na wszyst­kich sta­no­wi­skach. Pełna wygoda i pra­wie kom­fort, jak zauwa­żył major.

- Jakie huki? Co pan wyga­duje?! - krzyk­nął do mikro­te­le­fonu kapi­tan, wyrwany z głę­bo­kiego snu. - Popili się czy co?

Ofi­cer dyżurny nie ustę­po­wał:

- Powta­rzam jesz­cze raz: z poste­runku numer jeden otrzy­ma­łem mel­du­nek, że usły­szeli na morzu jakieś deto­na­cje. Kilka bły­sków i huki. Żad­nych bliż­szych danych nie mam. Pole­ci­łem dalej obser­wo­wać, ale w tych ciem­no­ściach...

Kapi­tan już był na nogach. Ki dia­beł? Aku­rat w takim dniu i o tej porze? Jakiś sta­tek nadział się na dry­fu­jącą minę, a może U-Booty upo­lo­wały obcy kon­wój? Nie­wy­klu­czone, cho­ciaż one cho­dzą zwy­kle inną trasą, dalej na pół­noc. Więc co? Zaraz, że też od razu o tym nie pomy­ślał: "Föhn" jest na dozo­rze! Dla­czego on nie prze­ka­zał mel­dunku?

Z tym pyta­niem wpadł do pomiesz­cze­nia ofi­cera dyżur­nego.

- Wła­śnie pró­bu­jemy nawią­zać z nim łącz­ność - usły­szał w odpo­wie­dzi. - Nie zgła­sza się...

- Wołać dalej! A co na poste­run­kach?

- Pierw­szy i trzeci potwier­dzają mel­du­nek. Bez zmian: tylko te bły­ski i huki. Nic wię­cej.

"Nie­wiele, psia krew! Ogła­szać alarm? Budzić majora? Może on coś będzie wie­dział, może jego przy­jazd ma jakiś zwią­zek z tym wszyst­kim" - kapi­tan wahał się, żeby nie wywo­łać przed­wcze­snej burzy. Taki z dowód­czych szczy­tów może go potem obsma­ro­wać, że ma słabe nerwy i nie dorósł do roli komen­danta gar­ni­zonu. Głu­pia sprawa, prze­cież sam był auto­rem instruk­cji alar­mo­wej, a teraz nie wie, jak postą­pić.

Z roz­terki wyba­wił go szef łącz­no­ści. Jeden rzut oka na jego pobla­dłą twarz sygna­li­zo­wał, że zanosi się na coś poważ­niej­szego.

- No, słu­cham! - huk­nął kapi­tan, bo tam­tego jakby zamu­ro­wało po wyj­ściu z cen­trali.

- Jest mel­du­nek z poste­runku numer jeden! - wyrzu­cił wresz­cie nie­swoim gło­sem. - Idą okręty! Duży zespół! Nali­czyli już sześć nisz­czy­cieli i coś więk­szego w głębi...

- A "Föhn"?

- Cały w ogniu.

"Otrzą­snąć się, za wszelką cenę otrzą­snąć się! Albo to jest sen, albo ten czło­wiek osza­lał" - zaświ­dro­wało mu w pęka­ją­cej gło­wie i dopiero głos ofi­cera dyżur­nego, docho­dzący jak przez watę, przy­wró­cił poczu­cie twar­dej rze­czy­wi­sto­ści:

- Ogło­sić alarm?

- Natych­miast! Na co pan czeka?!

Roz­dzwo­niły się tele­fony, poszły w eter krót­kie sygnały i na to wszystko zja­wił się w drzwiach major z roze­spa­nym kapi­ta­nem strzel­ców gór­skich.

- Co to za krzyki? - padło pyta­nie. Twa­rze wydłu­żyły się im, gdy usły­szeli, co się stało i kto pod­cho­dzi z morza. Major ochło­nął pierw­szy:

- Narwik zawia­do­miony?

- Koń­czymy nada­wa­nie depe­szy - potwier­dził ofi­cer dyżurny.

Zza okien dola­ty­wał war­kot moto­cy­kli. To wycią­gnięci alar­mem ze swo­ich kwa­ter ofi­ce­ro­wie pędzili na sta­no­wi­ska w róż­nych punk­tach Soerva­agen. Zagro­żony znie­nacka gar­ni­zon budził się szybko do życia.

Narwik potwier­dził odbiór depe­szy, ale pomocy nie obie­cy­wał. Stały tam tylko tra­łowce, wszyst­kie więk­sze jed­nostki prze­rzu­cono do bazy w Tromsö - kawał drogi od Lofo­tów, żeby mogły włą­czyć się do walki. Inter­wen­cja Luft­waffe w takich warun­kach była czy­stą uto­pią. Miej­scowa kom­pa­nia ze swoją bro­nią maszy­nową i moź­dzie­rzami... Śmie­chu warta deko­ra­cja obronna przy okrę­tach z ich arty­le­rią i pan­ce­rzem!

A one pod­cho­dziły coraz bli­żej i bli­żej. Ostatni mel­du­nek z poste­runku numer jeden urwał się w pół kre­ski. Zdą­żyli tylko nadać, że są pod ogniem i - koniec. Łącz­ność pękła. Z trze­cim było tak samo. Drugi w ogóle mil­czał. W grzmo­cie wybu­chów zaczęły już tonąć wykrzy­ki­wane zachry­płym gło­sem mel­dunki tele­fo­niczne. Grad poci­sków spa­dał na zako­twi­czone w Soerva­agen kutry i mio­ta­jący się bez­rad­nie tra­ło­wiec, na pobli­skie przy­sta­nie w Reine i Sund. Ogromny pożar bił w niebo tam, gdzie stała radio­sta­cja dale­kiego zasięgu... I wresz­cie nastą­piło coś nie­wia­ry­god­nego. Mię­dzy nisz­czy­cie­lami poja­wiły się małe trans­por­towce z rojem ludzi na pokła­dach! Dobiły do brzegu i wkrótce desant w bły­skach pisto­le­tów maszy­no­wych wtar­gnął mię­dzy zabu­do­wa­nia przy­stani. Ruchliwe grupy koman­do­sów jak żywa rtęć zalały uliczki Soerva­agen, bły­ska­wicz­nie docho­dząc do budynku komendy gar­ni­zonu...

Kiedy sza­rawa poświata wscho­dzą­cego dnia roz­ja­śniła niebo, wyłu­sku­jąc z mroku kon­tury przy­pró­szo­nych śnie­giem pagór­ków i domów, było już wła­ści­wie po wszyst­kim. Stali na dzio­bie trans­por­towca w wigi­lij­nym kom­ple­cie, prze­mie­szani z gro­madą strzel­ców gór­skich. Jesz­cze kilka godzin temu byli żoł­nie­rzami zwy­cię­skiej armii w pod­bi­tym kraju, w spo­koj­nym gar­ni­zo­nie, z dala od fron­to­wego zgiełku, a teraz spusz­czali głowy sma­gani zim­nym wzro­kiem angiel­skiego koman­dosa, który pil­no­wał jeń­ców z nie­dbale prze­wie­szo­nym przez ramię Ste­nem. Upo­ka­rza­jący żal, gniew i gorycz chwy­tały za gar­dło, bo jak to się mogło stać?!

Zdru­zgo­tany do reszty komen­dant już nie­ist­nie­ją­cego gar­ni­zonu Soerva­agen spo­glą­dał na swo­ich żoł­nie­rzy jak w luna­tycz­nym śnie i nagle drgnął, sze­roko otwie­ra­jąc oczy.

Z lewej burty mijał ich wolno zgrabny nisz­czy­ciel klasy okrę­tów eskor­to­wych ze zna­kiem tak­tycz­nym L-72, a na masz­cie... Nie, to nie­moż­liwe! Jakieś przy­wi­dze­nie! Deli­kat­nie trą­cił sto­ją­cego obok majora:

- Spójrz pan na ten okręt! Prze­cież to wprost nie­wia­ry­godne...

Na masz­cie nisz­czy­ciela powie­wała duża, biało-czer­wona ban­dera.