I
- Mam nadzieję, że zechce pan z nami pozostać na wigilijną noc -
powiedział kapitan Kriegsmarine, zwracając się do majora w mundurze
feldgrau. - Narwik to wprawdzie metropolia w porównaniu z tutejszym
odludziem, ale cóż zrobić...
- Po prostu wojenny los - odparł zagadnięty oficer. - Żołnierz miejsca
nie wybiera, a ja chętnie zostanę. Tu czy tam to w końcu żadna różnica.
Byle tylko wśród swoich.
Służbową część rozmowy już zakończyli. Pora była stosowna na kilka
godzin odprężenia, oderwania się od szarej codzienności. Major wybrał
się do Soervaagen motorówką prosto z Narwiku, gdzie zaledwie parę
miesięcy temu objął nowe stanowisko w dowództwie tamtejszej bazy.
Podlegały mu sprawy lądowej obrony wybrzeża i współdziałania z marynarką. Od tej pory kolejno wizytował poszczególne garnizony, aby
przekonać się, jak ludzie radzą sobie w trudnych warunkach służby za
kręgiem polarnym, a były one zgoła osobliwe.
To samo ujrzał na Lofotach - archipelagu wysp i wysepek, oddzielonym od
stałego lądu Norwegii wodami Vestfjordu. Wiodła tędy droga do Narwiku i tędy też szły statki ze szwedzką rudą do Niemiec. U samego wejścia do
fiordu, na jego południowym skraju, znajdowała się przystań Soervaagen i tam mieścił się wizytowany garnizon. Miał tego wejścia strzec. Nie
bronić, tylko strzec, bo bronić nie było czym. Jego siły składały się ze
wzmocnionej kompanii strzelców górskich, wszystkiego ponad trzystu
ludzi, i "floty": jednego trałowca, kilku uzbrojonych kutrów i zdobytego
na Norwegach statku strażniczego "Hadaroey", któremu nadano niemiecką
nazwę "Föhn" i obsadzono nową załogą. Znajdował się on zwykle na morzu -
podobnie jak i tego dnia - pełniąc służbę dozorową.
Kapitan marynarki, który piastował obowiązki komendanta garnizonu i zarazem dowódcy tych sił, uśmiechał się cierpko, wprowadzając majora w swoje położenie. Zachęcająco nie wyglądało, to fakt, tym bardziej że i aura doprowadzała ludzi do rozpaczy: pół roku szarówki zamiast nocy i -
pół roku nocy niemal bez dnia. Major kładł jednak nacisk na wagę
zadania, jakie im powierzono. Nie kompania żołnierzy i nie te łajby
odgrywały tam zasadniczą rolę. Oczkiem w głowie były rozmieszczone na
wyspach punkty obserwacyjno-meldunkowe, aparaty podsłuchowe, a w samym
Soervaagen - najnowsza radiostacja dalekiego zasięgu do łączności z własnymi okrętami, statkami, bazami i lotniskami, czuły nerw sprawnego
systemu dowodzenia. Dochodziła do tego jeszcze stacja meteorologiczna,
pracująca na potrzeby marynarki wojennej i lotnictwa, elektrownia
polowa, magazyn paliwa i inne urządzenia.
To był ich główny oręż, od niego zależało bezpieczeństwo ogromnego
obszaru, bo dzięki tym punktom i niezawodnym środkom technicznym mogli
kontrolować kawał Morza Norweskiego na wszystkich podejściach do
Vestfjordu, uprzedzać własne statki o grożących im niespodziankach,
wzywać pomoc w razie potrzeby...
I major miał rację. Wiele dałby nieprzyjaciel za zniszczenie tego
zaplecza, które jak cierń tkwiło na Lofotach, krzyżując mu swobodę
manewru w tamtej strefie. Tego jednak nikt w Soervaagen nie oczekiwał,
bo w końcu jakby to się mogło stać, skoro Anglia była daleko, a miejscowa ludność - kilkuset Norwegów - żyła w strachu przed okupantem,
nie mając żadnego dostępu do instalacji wojskowych. Początkowo wprawdzie
pojawiały się angielskie samoloty i próbowały szczęścia okręty podwodne,
zbliżając się do wysp, ale od pół roku co najmniej panował idealny
spokój. Nie działo się nic godnego uwagi, jeśli oczywiście nie liczyć
własnych konwojów, sztormów, burzy śnieżnych i monotonnego widoku
rybackich kutrów, które znaczyły punktami taflę morza, podobnie jak mewy
krążące po bezbarwnym i osieroconym niebie. Ciągłe dyżury upływały pod
znakiem nudy, melancholii i soczystych przekleństw, że na tym pustkowiu
zapomną, jak wygląda prawdziwa wojna, docierająca do nich tylko z radiowych głośników.
W takim też nastroju spotkali się w komendzie garnizonu przy wigilijnej
lampce wina. Był major jako honorowy gość, kapitan marynarki w roli
gospodarza wspólnej kolacji i nieliczne grono miejscowych oficerów,
zwolnionych ze służby na tę okazję. Kilka pierwszych toastów przeszło
bez echa, bo każdy tkwił myślami gdzieś bardzo daleko, ale w miarę jak
zmieniały się butelki, temperatura spotkania szła w górę i rozwiązały
się języki.
Ożywił najpierw wszystkich zwalisty kapitan, dowódca kompanii strzelców
górskich, przypominając o walkach w Narwiku. Miał za sobą ciężkie
chwile, a najbardziej irytował go fakt, że po raz drugi od września 1939
roku spotkał się tam z Polakami.
- Własnym oczom nie wierzyłem - bił się w piersi - jak na jednym
okręcie, zdaje się niszczycielu, zobaczyłem polską banderę! Skąd, u diabła, tam się znalazł?! Mówili nam, że cała ich flota została
rozłupana na Bałtyku, a tu masz... Nie tylko drażnił samym widokiem, ale
jeszcze tłukł ze wszystkich dział. Istne polowanie urządzał sobie na
naszych chłopców...
- Aż tak? - zdziwił się major.
- Oficerskie słowo! Dzień po dniu grzebaliśmy poległych i opatrywaliśmy
rannych, jak władował się do fiordu. Byle jaki ruch po naszej stronie i już błyskał ogniem. Ziemia kipiała od tych eksplozji...
- Ale i jemu dołożono - pospieszył z wyjaśnieniem kapitan marynarki. -
Jedna bomba i po krzyku, poszedł na dno w kilka minut. To był
niszczyciel "Grom", dobrze zapamiętałem tę nazwę. Chyba ostatni polski
okręt, który jeszcze pływał. Słyszał pan coś o tym? - zwrócił się do
majora.
- Obiło mi się o uszy. Mało ważne zresztą. A pan się nie myli: ostatni
na pewno! Z polską flotą koniec, przestała istnieć raz na zawsze! Jakieś
niedobitki Polaków plączą się jeszcze, na angielskim żołdzie rzecz
jasna, w Afryce, ale na morzu nie mają już nic. Zero. W trzecim roku
wojny byłby to absurd!
Od razu podchwycili ten temat: trzeci rok wojny... Co tam polskie
okręty, i tak już ich nie zobaczą, a wojna nadal trwa i nie wiadomo,
kiedy się skończy. Warto pociągnąć za język majora, lepiej od nich
zorientowanego, co on o tym sądzi. Komunikaty radiowe były zbyt
triumfalne albo zbyt ogładzone ręką cenzora, żeby dawać im wiarę,
więc...
Major w lot pojął, czego od niego oczekują i na jaki śliski grunt
wdepnął. Wino huczało mu już w głowie, ale pomny swego stopnia i stanowiska natychmiast zesztywniał. Powiedzieć im prawdę, co się dzieje
na frontach, zwłaszcza w Rosji? Mowy nie ma! O tym nawet w jego
dowództwie szeptano półgębkiem, a cóż dopiero tutaj. Wiadomości zaś były
różne: bardzo dobre i bardzo złe, tych ostatnich nawet więcej jak na
ostatnie dni grudnia 1941 roku, bo akurat na taki czas wypadła jego
wizytacja w Soervaagen. Wigilia i trzeci rok wojny na karku...
Poczęstował ich zatem znanymi formułkami, szeroko rozwodząc się o sukcesach w Afryce Północnej i na Atlantyku, gdzie U-Booty rzeczywiście
siały postrach, niszcząc coraz więcej alianckich statków. Twardą postawę
Anglii zbagatelizował, utrzymując, że po dociśnięciu blokady padnie.
Wypowiedzenia przez Niemcy wojny Stanom Zjednoczonym nie komentował, bo
było jeszcze za wcześnie na snucie jakichś domysłów. Podkreślił tylko,
bo takie przeświadczenie panowało w całym Wehrmachcie, że w ślad za tym
Japonia przystąpi do wojny ze Związkiem Radzieckim...
- A front wschodni - zakończył, nie wypadając ze swojej roli niezłomnego
rzecznika optymizmu - na pewno teraz najważniejszy, też nie zaskoczy nas
żadnym zwrotem sytuacji. Czy któryś z panów śmiałby w to wątpić, w dodatku po tym, co już tam osiągnęliśmy?
To było pytanie, a nie odpowiedź, na którą czekali. Zaległa nagle cisza,
dosyć dwuznaczna, bo wypadało raczej głośno zaprzeczyć. Nic jednak
takiego nie nastąpiło - cokolwiek przecież wiedzieli z radia - tylko
podpity kapitan strzelców górskich zdobył się na odwagę i strzelił jakby
za wszystkich z grubej rury:
- Ale pod Moskwą coś nie wyszło, nie sądzi pan?
Major w oczach przemienił się w bryłę lodu, powiało od niego chłodem.
- Zbyt ciasno pan patrzy! - skwitował oschle wątpliwość kapitana. - To
tylko ta przeklęta rosyjska zima czasowo zahamowała impet naszych
uderzeń. "Generał Mróz" wyszczerzył kły, ich ostatni sprzymierzeniec. W śniegu utknął transport, walczącym wojskom zabrakło amunicji i paliwa.
Führer zmuszony był w tych warunkach wydać dyrektywę o czasowym
wstrzymaniu działań zaczepnych i przejściu do obrony. Poczekamy do
wiosny, a wtedy zobaczycie... Rozsypie się ten front jak domek z kart!
Nikt już nie próbował oponować. Wielka strategia nie była ich domeną.
Dokładnie to samo mówił Berlin: ostra zima, utrudnione dostawy, doraźne
przejście na nowe pozycje, skrócenie linii frontu i ani słowa o jakiejkolwiek porażce. Żelazna wola Führera miała niezmiennie panować
nad biegiem wydarzeń.
Kolejna bateria butelek wytrawnego wina odebrała im zresztą ochotę do
dalszego nagabywania majora. Starczyło to, co już powiedział, żeby
nabrać świeżego animuszu. Pal sześć wschodni front! Niech inni się
martwią! Grunt, że tu, na Lofotach, jest spokój. Wczoraj, dziś, jutro...
Żadna różnica. Można spać bez obaw, że ktoś odważy się zakłócić
odpoczynek. Można wierzyć, że ranek powita ich jak zawsze głuchą ciszą i mrokiem. Dyżur przeleci bez zmian i - tak w kółko, bez końca...
Rozeszli się po północy, próżno wypatrując wigilijnej gwiazdki na
ciemnym nieboskłonie. Obaj kapitanowie i major do osobnych pokojów na
pięterku, reszta do swoich kwater w Soervaagen. Budynek komendy
garnizonu, najbardziej okazały w tej dziurze, spełniał uniwersalną, rzec
można, rolę: hotelu, klubu, kasyna i stanowiska dowodzenia. Tu czuwał
stale oficer dyżurny, tu mieściła się centrala łączności telefonicznej i radiowej, stąd szły rozkazy do podwładnych na wszystkich stanowiskach.
Pełna wygoda i prawie komfort, jak zauważył major.
- Jakie huki? Co pan wygaduje?! - krzyknął do mikrotelefonu kapitan,
wyrwany z głębokiego snu. - Popili się czy co?
Oficer dyżurny nie ustępował:
- Powtarzam jeszcze raz: z posterunku numer jeden otrzymałem meldunek,
że usłyszeli na morzu jakieś detonacje. Kilka błysków i huki. Żadnych
bliższych danych nie mam. Poleciłem dalej obserwować, ale w tych
ciemnościach...
Kapitan już był na nogach. Ki diabeł? Akurat w takim dniu i o tej porze?
Jakiś statek nadział się na dryfującą minę, a może U-Booty upolowały
obcy konwój? Niewykluczone, chociaż one chodzą zwykle inną trasą, dalej
na północ. Więc co? Zaraz, że też od razu o tym nie pomyślał: "Föhn"
jest na dozorze! Dlaczego on nie przekazał meldunku?
Z tym pytaniem wpadł do pomieszczenia oficera dyżurnego.
- Właśnie próbujemy nawiązać z nim łączność - usłyszał w odpowiedzi. -
Nie zgłasza się...
- Wołać dalej! A co na posterunkach?
- Pierwszy i trzeci potwierdzają meldunek. Bez zmian: tylko te błyski i huki. Nic więcej.
"Niewiele, psia krew! Ogłaszać alarm? Budzić majora? Może on coś będzie
wiedział, może jego przyjazd ma jakiś związek z tym wszystkim" - kapitan
wahał się, żeby nie wywołać przedwczesnej burzy. Taki z dowódczych
szczytów może go potem obsmarować, że ma słabe nerwy i nie dorósł do
roli komendanta garnizonu. Głupia sprawa, przecież sam był autorem
instrukcji alarmowej, a teraz nie wie, jak postąpić.
Z rozterki wybawił go szef łączności. Jeden rzut oka na jego pobladłą
twarz sygnalizował, że zanosi się na coś poważniejszego.
- No, słucham! - huknął kapitan, bo tamtego jakby zamurowało po wyjściu
z centrali.
- Jest meldunek z posterunku numer jeden! - wyrzucił wreszcie nieswoim
głosem. - Idą okręty! Duży zespół! Naliczyli już sześć niszczycieli i coś większego w głębi...
- A "Föhn"?
- Cały w ogniu.
"Otrząsnąć się, za wszelką cenę otrząsnąć się! Albo to jest sen, albo ten
człowiek oszalał" - zaświdrowało mu w pękającej głowie i dopiero głos
oficera dyżurnego, dochodzący jak przez watę, przywrócił poczucie
twardej rzeczywistości:
- Ogłosić alarm?
- Natychmiast! Na co pan czeka?!
Rozdzwoniły się telefony, poszły w eter krótkie sygnały i na to wszystko
zjawił się w drzwiach major z rozespanym kapitanem strzelców górskich.
- Co to za krzyki? - padło pytanie. Twarze wydłużyły się im, gdy
usłyszeli, co się stało i kto podchodzi z morza. Major ochłonął
pierwszy:
- Narwik zawiadomiony?
- Kończymy nadawanie depeszy - potwierdził oficer dyżurny.
Zza okien dolatywał warkot motocykli. To wyciągnięci alarmem ze swoich
kwater oficerowie pędzili na stanowiska w różnych punktach Soervaagen.
Zagrożony znienacka garnizon budził się szybko do życia.
Narwik potwierdził odbiór depeszy, ale pomocy nie obiecywał. Stały tam
tylko trałowce, wszystkie większe jednostki przerzucono do bazy w Tromsö
- kawał drogi od Lofotów, żeby mogły włączyć się do walki. Interwencja
Luftwaffe w takich warunkach była czystą utopią. Miejscowa kompania ze
swoją bronią maszynową i moździerzami... Śmiechu warta dekoracja obronna
przy okrętach z ich artylerią i pancerzem!
A one podchodziły coraz bliżej i bliżej. Ostatni meldunek z posterunku
numer jeden urwał się w pół kreski. Zdążyli tylko nadać, że są pod
ogniem i - koniec. Łączność pękła. Z trzecim było tak samo. Drugi w ogóle milczał. W grzmocie wybuchów zaczęły już tonąć wykrzykiwane
zachrypłym głosem meldunki telefoniczne. Grad pocisków spadał na
zakotwiczone w Soervaagen kutry i miotający się bezradnie trałowiec, na
pobliskie przystanie w Reine i Sund. Ogromny pożar bił w niebo tam,
gdzie stała radiostacja dalekiego zasięgu... I wreszcie nastąpiło coś
niewiarygodnego. Między niszczycielami pojawiły się małe transportowce z rojem ludzi na pokładach! Dobiły do brzegu i wkrótce desant w błyskach
pistoletów maszynowych wtargnął między zabudowania przystani. Ruchliwe
grupy komandosów jak żywa rtęć zalały uliczki Soervaagen, błyskawicznie
dochodząc do budynku komendy garnizonu...
Kiedy szarawa poświata wschodzącego dnia rozjaśniła niebo, wyłuskując z mroku kontury przyprószonych śniegiem pagórków i domów, było już
właściwie po wszystkim. Stali na dziobie transportowca w wigilijnym
komplecie, przemieszani z gromadą strzelców górskich. Jeszcze kilka
godzin temu byli żołnierzami zwycięskiej armii w podbitym kraju, w spokojnym garnizonie, z dala od frontowego zgiełku, a teraz spuszczali
głowy smagani zimnym wzrokiem angielskiego komandosa, który pilnował
jeńców z niedbale przewieszonym przez ramię Stenem. Upokarzający żal,
gniew i gorycz chwytały za gardło, bo jak to się mogło stać?!
Zdruzgotany do reszty komendant już nieistniejącego garnizonu Soervaagen
spoglądał na swoich żołnierzy jak w lunatycznym śnie i nagle drgnął,
szeroko otwierając oczy.
Z lewej burty mijał ich wolno zgrabny niszczyciel klasy okrętów
eskortowych ze znakiem taktycznym L-72, a na maszcie... Nie, to
niemożliwe! Jakieś przywidzenie! Delikatnie trącił stojącego obok
majora:
- Spójrz pan na ten okręt! Przecież to wprost niewiarygodne...
Na maszcie niszczyciela powiewała duża, biało-czerwona bandera.