36 i 6 - Mirosława Piaskowska-Majzel

Kup ebooka

22.50 zł
18.00 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

 

Mariępoznałam w Zamku. Jej doświadczenie zawodowe, a także niezależna,zagadkowa osobowość wzbudzały we mnie sporo emocji, uczuć i pytań.Nie za wiele wtedy jeszcze wiedziałam o życiu. Młoda, naiwna, zdziecinnymi wręcz marzeniami i stuprocentową pewnością, że cały światstoi przede mną otworem. Tak mi przecież wciąż powtarzali rodzice.Taką wiarę mieli też moi rówieśnicy. I tak łatwy wydawał się dozdobycia świat, kiedy wyprawiałam się z przyjaciółmi w polskie góryczy nad cieplejsze od Bałtyku morza do innych krajów. Studiaprzeminęły jak długie wakacje i jak nigdy niekończąca się beztroska izabawa, a moje dalsze życie miało być podobnie różowe i proste.Dlatego trochę się zdziwiłam, kiedy tuż przed zbliżającym sięabsolutorium zaczęłam odczuwać niejasny lęk przed przyszłością.Miałam wtedy niespełna dwadzieścia pięć lat. To chyba pora nanaprawdę poważne sprawy i podjęcie jakiejś pracy - karciłamsamą siebie. Czułam się jednak na tyle bezradna, że oddalałamwszelkie tego typu troski, licząc na to, że wszystko, jak dotąd, samosię jakoś ułoży. I rzeczywiście tak się stało. Godzinę po odebraniudyplomu z tytułem magistra zadzwonił do mnie znajomy rodziców,pracujący od wielu lat w Urzędzie Miasta. Pan Piotr, jakby to byłocoś najbardziej oczywistego pod słońcem, zaproponował mi wystawęfotograficzną w Zamku Książąt Pomorskich. Zrobił krótki wykład oniektórych priorytetach, a w sprawie całości polecił dzwonić podpodany numer. I tak dotarłam do Marii - szefowej Biura WystawArtystycznych.

Zamierzałamoddać na wystawę dokładnie sto fotografii.

- Liczbasto musi mieć dla pani jakieś znaczenie - powiedziała mocnym istwierdzającym tonem Maria.

- Nie,tak wyszło.

- Jakto, tak wyszło? Chce mi pani powiedzieć, że przez przypadek wybrałapani sto prac? - ton jej głosu odebrał mi całą pewność siebie.Zaczęłam się zastanawiać, czy to mogła być dla mnie jakaś symbolicznaliczba. Ale nie zdążyłam nawet zacząć myśleć, a tym bardziejcokolwiek odpowiedzieć, gdyż Maria rzuciła nie do mnie, a we mnienowym, o wiele bardziej zasadniczym, pytaniem: - A jaki ma byćtytuł tej wystawy?

Zamilkłam.Najpierw speszona, a potem porażona tym, że o tym zapomniałam. A niemając odwagi się do tego przyznać, wyjąkałam pierwszy wyraz, jakitylko przyszedł mi do głowy:

- Samotność.

Usłyszałamw słuchawce jakby kocie, ba - chyba nawet tygrysie prychnięcie,nie potrafiłam zresztą określić tego dźwięku, ale Maria na pewno niebyła zadowolona.

- Czychce pani w jakiś sposób hierarchizować tę samotność? -zapytała po pauzie na co najmniej trzy długie moje wydechy.

Znowustraciłam rezon. Nagle wypaliłam:

- Najpierwchciałabym zobaczyć salę, w której znajdzie się ekspozycja. -Zadowolona ze swojej przebiegłości czekałam na jej reakcję.

- Zapraszamw takim razie do Zamku - słyszałam wertowanie kartek, pewniekalendarza - mogę spotkać się z panią jutro, między dziesiątą ajedenastą. Czy odpowiada to pani?

- Tak,oczywiście... - wydusiłam, opadając na kanapę.

Taknaprawdę to mi nie odpowiadało. Już dużo wcześniej byłam umówiona znaszą paczką na śniadanie w Public Cafe. Mieliśmy zamiar przez całydzień, już od rana, ucztować z powodu zakończenia studiów. Alewolałam dołączyć do przyjaciół później niż przekładać spotkanie wZamku. Intuicyjnie wybrałam Marię, choć po tej pierwszej,telefonicznej rozmowie zwątpiłam, że się kiedykolwiek polubimy.

Wieczoremjeszcze raz przejrzałam wszystkie fotografie. Usiłowałam przygotowaćsię do rozmowy. Nie chciałam, żeby Maria znowu mnie czymś zaskoczyła.Podczas wielu naszych studenckich wystaw na uczelni albo w plenerze,omawialiśmy nasze prace spontanicznie, bez jakichś tam wcześniejszychstarań czy wysiłków. Znając się tak dobrze, pławiliśmy się w oparachmiłego nam wszystkim słowotoku niby w nowej grupowej grze. A tuokazało się, że jako świeżo upieczona dyplomowana artystka niezawojuję samym uśmiechem i improwizacją świata. A przynajmniej nie wbiurze Marii. Mój profesjonalizm musiałam udowodnić konkretną pracą.

Mojapunktualność miała być jednym z tych dowodów, stawiłam się więc wZamku, w pomieszczeniach BWA dokładnie minutę po dziesiątej. W pokojubyło już gwarno, kilka osób żywo dyskutowało. Od razu ją rozpoznałam- jedyną przy otwartym oknie, opartą bokiem o parapet, wwąskiej spódnicy i z niewymuszonym kobiecym wdziękiem. Może brakowałojej tylko papierosa, ale przecież minęły już czasy papierosowego dymuw tym miejscu. Z uwagą przysłuchiwała się rozmowie współpracowników.Zimna i jakaś niedostępna. Podobnie jak ja ją - od razu mniezauważyła:

- KingaJanko, jak mniemam? - spytała, podchodząc do mnie i podając mirękę.

- Tak.

- Przerywamyrozmowę - zwróciła się do wszystkich obecnych w pokoju. -Myślcie nadal, a za godzinę musimy podjąć decyzję, co z tym Witkacymzrobić. Panią zapraszam do mojego gabinetu. - Ręką wskazałamiejsce, gdzie miałam się udać. - Przemyślała już pani swojąwystawę? - zapytała po drodze.

Usiadłamna wskazanym krześle. Maria dłonią przetarła nieskazitelne biurko.

- Znowunie dość czyste. - Podeszła do umywalki. Waniliowy zapach mydłazdawał się wspierać woń jej perfum i świeżości w całym pokoju.

Dziwnakobieta, naprawdę osobliwa - pomyślałam. Nie budziła we mniesympatii. Najpierw wprawiła mnie w zakłopotanie, pytając o sensliczby zdjęć, potem o tytuł wystawy, hierarchizację tematu, a do tegojeszcze te jej wtrącenia, co do czystości biurka. Czułam się corazgorzej. Baba się po prostu wszystkiego czepiała. Całe szczęście, żebardzo rzetelnie przygotowałam się do rozmowy. Odpowiadałam na jejpytania rzeczowo, konkretnie i na temat. Zgodnie z tym, czego odemnie oczekiwała. Na koniec jednak znowu próbowała mnie zagiąć:

- Piotruparł się na wystawę pani prac. Co takiego szczególnego jest w panifotografiach, że muszą się u nas pojawić?

- Niewiem... Myślałam, że konsultował to z panią i że spodobały się pani irozumie pani zawarte w nich emocje.

- Aco ja mam rozumieć?

- No,że samotność boli... - zaczęłam się plątać.

- Apani wie, co to znaczy, że boli? - Nie doceniała mnie. Niewierzyła, że mogę znać takie uczucie. Może i miała rację, ale nieoznaczało to, że miała prawo do lekceważenia i umniejszania moichprzeżyć. Nie znała mnie. Nic przecież nie mogła o mnie wiedzieć.Jakim prawem to robiła? Do czego były jej potrzebne takie oceny?Rzeczywiście, jak dotąd miałam piękne życie, a samotność towarzyszyłami tylko raz i to przez krótką chwilę. Maria spojrzała mi głęboko woczy. I zaraz po tym zamknęła się w sobie.

Wreszciebyło po wszystkim. Kiedy już wyszłam z jej gabinetu, zza drzwipomieszczenia, w którym zostali jej współpracownicy, padły słowa:

- Suka.Nie odpuści, nie wystarczy jej, że mamy oryginały dokumentów iobrazów.

- Czyli?

- Niechsię martwi sama.

Dostałamjasny sygnał, że nie tylko ja mam z nią problemy.

Następnetygodnie upłynęły mi na pracy przy organizowaniu wystawy, a potem naradości z niej, przecież wciąż buzowały we mnie młodość,nonszalancja, swoboda i obejmująca je - beztroska. Kiedynadszedł koniec tego wszystkiego, Maria jak zwykle ostra i oficjalnazapytała:

- Jestpani zadowolona z wystawy?

- Jestembardzo podekscytowana i szczęśliwa. To przecież moja pierwszaprofesjonalna wystawa.

- Profesjonalna...Używa pani słów wielkiego kalibru. - Mówiąc to, stała pośrodkuSali Anny Jagiellonki i jakby z góry, z lekką wyższością przyglądałasię moim fotografiom. Świadczyło o tym wszystko: jej postawa z wysokouniesioną głową, z założonymi rękami, oczy z przebłyskiem ironii iton głosu zaprawiony powątpiewaniem. Miałam wrażenie, że odbieram teżjej myśli: "Młoda gęś, zielona i głupiutka debiutantka, jeszczenawet nie wie, czego nie wie...".

Czułam,że chce coś jeszcze powiedzieć, dodać, ale się powstrzymała.

- Tojest początek mojej nowej drogi. Cieszę się, że tu jestem -odpowiadałam jej spokojnie, starając się nie ulec sile jej negatywnejperswazji. - Może nie wszystko w pełni przemyślałam, alepodjęłam wyzwanie i jestem zadowolona.

Słuchałamnie, ale jakby nie do końca, z ironicznym uśmiechem, a może bardziejnawet uśmieszkiem, raniąc mnie jak brzytwą nie tylko swoimikomentarzami, ale też pozą swego wciąż zgrabnego ciała. Uciekłamstamtąd, od niej i od ostrza jej krytycyzmu, najszybciej jak tylkomożna, zbiegając po zamkowych schodach. Potem wielokrotnie próbowałamMarię wymazać ze swojej pamięci, zresetować siebie, pozostawić w tymmiejscu swojego życia białą plamę, ale nic z tego. Nie mogłam o niejzapomnieć.

Dosyćdługo po tej mojej debiutanckiej wystawie nie widziałyśmy się.Wyjechałam za ocean. W Stanach poznałam nowe, nieznane mi wcześniej,szkoły fotografii artystycznej. Odnosiłam małe sukcesy. Miałam nawetkilka wystaw. Tam nie dałam się już nikomu zaskoczyć. Panowałam nadswoim profesjonalizmem, bez względu na to, jak było naprawdę. Złatwością prowadziłam długie perory z dziennikarzami o swojejtwórczości. Nie przydarzyła mi się już żadna wpadka. I wreszcieprzyszło olśnienie, że to wszystko dzięki Marii. Jej "czepianiesię" było dla mnie najlepszą szkołą. Wysłałam do niej kartkę zNowego Jorku ze zwyczajnymi, kurtuazyjnymi pozdrowieniami,nadmieniając jednak, że choć świętuję tutaj już trzecią własnąwystawę, żadna nie była tak cenna, jak ta pierwsza w Szczecinie -przygotowana pod jej nieocenionym, mistrzowskim okiem.

1

 

Mariaskończyła już pracę. Rutynowo, tak samo od lat, zaczęła szykować siędo wyjścia. A jednak coś ją zatrzymało. W pośpiechu, przekładającróżne dokumenty i papiery na biurku, szukała pocztówki, którąprzyniesiono razem z innymi listami jeszcze z samego rana. Obejrzałają z niemałym zaciekawieniem z obu stron, wygładziła naderwany rożekznaczka i przeczytała treść, nakreślonych - drobnym ieleganckim pismem - pozdrowień. Potem z jakąś niezrozumiałąemocją wsunęła pocztówkę między książki na półce i wybiegła zpomieszczeń BWA.

NaTrasie Zamkowej korek samochodowy zdawał się nie mieć końca. Odgłosysilników zagłuszały nawet myśli, ale tym razem nie zwracała na nieuwagi. Powracała myślami do czasów studenckich, może pod wpływem tejpocztówki. Sama nie wiedziała dlaczego. Żyła wtedy bardzo skromnie.Nie było jej nawet stać na wyjazd do Warszawy na słynną wystawęimpresjonistów. "Dzisiaj to co innego - z lekką gorycząsiliła się na krytykę - zaledwie skończą studia, a już wsiadająw samolot i lecą do USA, by zdobywać świat. Piotr musiał czekać kilkadobrych lat na to, by ktoś zechciał zorganizować mu podrzędnąwystawę. Nikt jednak nie narzekał. Pokazywało się swoje pracekolegom, tworzono amatorskie prezentacje, dyskutowano. To Piotrekpierwszy wpadł na pomysł, by zrobić wystawę przy Kanie. Siedzieliśmyna trawie i słuchaliśmy jego podniosłych, ale i żartobliwych w tymotoczeniu, komentarzy".

Wspominającstare czasy, wysiadła z tramwaju przy ulicy Kołłątaja, żeby przesiąśćsię do autobusu. Tłum ludzi przewijał się jak na taśmie w jedną i wdrugą stronę. Większość zahaczała jeszcze o Manhattan, rozległykontenerowy rynek, robiąc przy okazji jakieś codzienne zakupy.Niemalże popychana przez tłum, zrobiła to samo. Kiedy wracała naprzystanek, ktoś ją pociągnął za rękaw. To był Antek, kolega zliceum. Przełożyła torbę do drugiej ręki, chcąc ukryć zaskoczenie.Kochali się w sobie w maturalnej klasie. On niezwykle wylewny, onaniedostępna. Dziewczyny za nim przepadały. A Marii zdarzało się go wogóle nie zauważać. Z pozoru nieczuła na wszystkie jego starania.Razem uczyli się do matury z polskiego. W ramach powtórki streszczalisobie treści lektur szkolnych. Oczywiście Antek chciał rozprawiaćjedynie o książkach, w których głównym tematem była miłość. Bawił jąsposób, w jaki się wcielał w młodego Wertera, przemawiając do niej zemfazą jak do Lotty. A kiedy stawał się Gustawem, przybiegał do niejjak do Maryli, wręczając kwiaty, ociekające wodą, wyciągnięte wprostz wazonu stojącego na stole. Obiecywał, że przetrzyma jej nieufność,że udowodni swoją miłość. Maria nie wierzyła, ale pozwalała muzachowywać się według tych wszystkich przestarzałych, literackichkanonów.

Nabalu maturalnym wymusił na Marii obietnicę, że zatańczy z nim wnagrodę za każdy wiersz lub wierszowaną układankę, jakie dla niej,górnolotnie powiedziawszy, stworzy i jej ofiaruje. "Ile takichwierszy zdoła biedak wymyślić i jak z rękawa wysypać?" -pomyślała. Więc się zgodziła. A on przed każdym tańcem układał ideklamował swój nowy poetycki utwór. Po północy zaczęło mu brakowaćtwórczej inwencji. Podchodził do kolegów i błagał, by podpowiedzielimu jakieś nośne słowo, choćby zalążek metafory czy początek wersu.Tańczyła z nim odurzona jego zaangażowaniem. A jednak nie poddałasię. Nie uległa jednak tej reżyserowanej na gorąco miłości.

Pomaturze ona wyjechała do Poznania, a on do Warszawy. W czasie studiówspotykali się od czasu do czasu całą licealną bandą na leśnej polanieprzy Jeziorze Głębokim: z gitarą, śpiewaniem, pieczeniem kiełbasek naognisku i wzajemnym przekrzykiwaniem się podczas emocjonalnychrelacji, co u kogo słychać. Arena plotek - tak okrzyknięto tewieczory.

"Tona pewno było pod koniec studiów" - pamiętała to dobrze.Na jedną z ostatnich aren plotek przyjechał z Gosią, koleżanką zWarszawy. Lekko wstawiony, głośno wykrzykiwał: "To będzie mojażona!". A Gosia nic, uśmiechała się jedynie, skrępowanaobecnością ludzi i sytuacją. Maria zamieniła z nią kilka słów, zAntkiem w ogóle nie rozmawiała, bo jakoś tak chyba oboje nie mieliśmiałości podejść do siebie. Tyle właśnie warte były deklaracje iobietnice Antka.

Ateraz stał przed nią. Szczupły, gustownie ubrany, czarujący,uśmiechnięty, choć brakowało temu uśmiechowi jakiegoś dawnego blasku.Ale za to, ciągle tym samym, znanym jej gestem poprawiał bujnączuprynę.

- Niewierzę, tyle lat... Co tutaj robisz? - zapytał, szczerzezaskoczony spotkaniem.

- Wracamdo domu.

- Ktośmi mówił, że wróciłaś do Szczecina, ale nie bardzo w to wierzyłem.

- Cow tym dziwnego?

- Ty,ze swoimi ambicjami, w Szczecinie? Powinnaś robićkarierę w Warszawie, Wrocławiu albo w Krakowie.

- Aw Szczecinie nie można robić kariery? - zapytała.

- Można,ale chyba na mniejszą skalę - zawahał się.

- Mnieskala nie interesuje. Chciałam tutaj wrócić i wróciłam -odpowiedziała nieco zirytowana. Aby uniknąć dalszej rozmowy o jejwyborach, zapytała: - A co u ciebie?

- Wczorajprzyjechałem z Paryża. Byłem tam na konferencji. Zostałem kilka dnidłużej, żeby połazić po mieście zakochanych. Rzeczywiście, łatwo siętam zakochać.

- Aco na to twoja żona?

- Niemam żony. - Spojrzał na nią przenikliwie. Zaczął nerwowopoprawiać kołnierz kurtki. Spuścił wzrok inie bardzo wiedział, co zrobić. Nie zwróciła na to uwagi.

- Nicdziwnego, że zostałeś w Paryżu dłużej.

- Tak...- urwał w pół słowa.

- Zostałeśczłowiekiem bez zobowiązań, jakoś to mnie nie dziwi -powiedziała z dozą ironii.

- No,jakieś tam zobowiązania mam, bez przesady. - Twarz mu się niecorozświetliła. - Dużo pracuję, spotykam się z ludźmi, w tensposób zarabiam na życie.

- Niezmyślaj, przecież trochę cię znam, a przynajmniej znałam.

- Niema sensu wracać do przeszłości - powiedział. - Radzęsobie dobrze i niech już tak zostanie. Spotkajmy się w jakichśbardziej ludzkich warunkach. Zapraszam cię na obiad albo na kolację,jak wolisz?

Marianie była pewna, czy to dobry pomysł. W zakłopotaniu zaczęła szukać wtorebce kalendarza. Nie wyjęła go jednak.

- Niemam kalendarza, więc trudno mi cokolwiek planować- usiłowała się z tego wszystkiego jakoś wyplątać.

- Podajmi swój numer telefonu, zadzwonię i wtedy się umówimy.

- Wporządku - powiedziała, nie do końca przekonana, czy chce sięjeszcze z nim spotkać. Czy ma siłę raz jeszcze doświadczyć tegodziwnego uczucia niespełnienia.

Zawszetaki był. Uroczy na wskroś. Aktor miłości. Poeta na zawołanie."Przyjadę" - mówił z entuzjazmem, a potem nieprzyjeżdżał, a kiedy się z tobą spotkał, zachowywał się tak, jakbysię nic nie stało. I znowu podczas pożegnania mówił: "napiszę"i nie napisał. Od czasu do czasu wysyłał grzecznościowe życzeniazapisane na kartkach pocztowych z różnych rejonów świata. I tyle.Pojawiał się, uwodząc, urzekając, i znikał z o wiele mniejszągalanterią.

Kiedysiedziała już w autobusie, przyglądała się jego smukłej, choć niecoprzygarbionej sylwetce. "Jak zwykle: gotowy na wszystko i nanic. Jak zwykle: wszystko ci obieca i niczego nie da. Jak zwykle:złoży wielkie obietnice, które możesz sobie włożyć do kieszeni lub doalbumu ze zdjęciami" - podsumowywała, mimo wszystko zjakimś gorzkim wyrzutem.

Autobuswjechał na rondo, zakręcił i ślad po Antku znowu zaginął. Jednak nieaż tak szybko dla Marii. "Ciekawe - snuła dalej -czy Antek nadal umie tak szybko i ładnie układać wiersze? Czy byłbyjeszcze zdolny do wielkich uniesień, do jakich próbował mnie skłonićw liceum? Co zostało z tamtego Antka? Ile z nas z tamtego czasuzostało? Nie, nie, nie. Nie mogę poddać się jego urokowi. Nie mażony. Nie założył rodziny. To oczywiste, że został, bo tak chciał,wciąż małym chłopcem, który na życzenie czaruje i uwodzi innych".

Kierowcaautobusu łagodnie hamował na przystankach. W pamięci Marii równiełagodnie przesuwały się wspomnienia i obrazy. Choćby to, że niedawnona Jasnych Błoniach widziała ojca Antka. Jakże bardzo teraz Antonizaczyna go przypominać! Czy też czeka go aż tak niedołężna starość?Ostatnio starszy pan, niegdyś postawny, bardzo przystojny ienergiczny mężczyzna, długo odpoczywał na ławce. Nie rozpoznał Marii,która przechodziła obok. Potem wstał, z trudem dostawiając stopę dostopy. Drobnymi kroczkami niewiele posuwał się do przodu, by znowuodpocząć na oddalonej od poprzedniej o jakieś dziesięć, możepiętnaście metrów, następnej ławce. Oddychał głęboko, ścierał pot zczoła, w jego oczach, już dawno pozbawionych męskiego uroku i blasku,zaledwie tliło się życie.

2

 

Zbliżałasię godzina siedemnasta trzydzieści. Maria z nie za ciężką torbą zzakupami wspinała się po schodach. Na klatce schodowej obezwładniałasterylna, niemal dająca się zobaczyć cisza. Szczęk kluczy przyotwieraniu drzwi wywołał w Marii popłoch. Czuła się jak przestępca,dokonujący gwałtu - włamania dźwiękiem w strefę ochronną, wklauzurę głuszy. Prawie bezszelestnie otworzyła drzwi. Weszła nieomalna palcach do mieszkania.

Nawieszaku wisiała kurtka Andrzeja. Zanim się rozebrała, wyprostowałają, naciągając górną i dolną część, a potem wygładziła drobnenierówności. Nie mogła się opanować, żeby nie musnąć jej policzkiem.Przy szafce z butami stały tylko jej kapcie. Z trudem otrząsnęła sięz zamyślenia. Zdjęła buty.

Zakupyzaniosła do kuchni i postawiła na stole. W zlewie dostrzegła nieumytykubek. Jeden. Znowu gwałtowny ucisk, i wolno przechodzący ból.Przysiadła na chwilę na krześle. Potem otworzyła lodówkę, włożyłamasło, jajka. Na dolnej półce leżał węgorz Andrzeja. Tym razemprzeszyło ją tylko mocne ukłucie. Wyrzuciła go szybko do kosza. "Taksię nie da" - pomyślała.

Weszłado salonu. Bezwiednie, jakby wciąż chodziła po mężowskich śladach,podeszła do jego półki z książkami. Andrzej ustawiał na niej książkiw takiej kolejności, w jakiej je czytał lub planował przeczytać.Zwykle drażnił ją panujący na niej nieład. Tym razem zwróciła uwagęna kurz. Starła go tak gwałtownie, że książki się przewróciły.

Usiadław fotelu. Czuła się wyczerpana. W każdym miejscu i zakątku domu mogłoprzecież coś ją dotknąć i zranić. "Tak się nie da, toniemożliwe" - dorzuciła w myślach komentarz, powtarzającysię jak ukłucia w jej wnętrzu.

Zatopiłasię głębiej w fotelu, jakby gdzieś w podświadomości pragnąc empatii iprzytulenia. "Nie przekreśla się ponad dwudziestu lat życia wjednej chwili. Tego się nie robi nawet największemu wrogowi. Jakąwartość miały wszystkie obietnice i przyrzeczenia? Jaką wartość miałomozolne układanie sobie codziennego życia? Rano do łazienki najpierwja, potem ty, na koniec dzieci. Śniadanie ja, kanapki do pracy iszkoły - ty. Odprowadzanie dzieci ty, ja podręczne zakupy iodbieranie dzieci. Ty, ja, ty, ja. Wszystko w tylko nam znanymrytmie. Jasny i klarowny świat podlegał jedynie drobnym zmianom.Dzieci już same jeździły do szkoły i zaczęły organizować sobie czas.Rytm się trochę zmieniał, ale zawsze było jakieś ja, ty".

Siedząctak w fotelu, miała tylko namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Zaledwienaparstek, w którym przecież nie mogła się przed niczym ukryć. "Miałabyć stabilizacja. Planowaliśmy, że gdy dzieci pójdą w świat, bywkraczać w kolejne etapy życia, my spokojnie będziemy się imprzyglądać, a sami zaczniemy korzystać z przywilejów dojrzałości. Ico, gdzie to wszystko jest? - snuła dalej, patrząc w okno. -Wszystko miało być takie proste: my coraz bardziej dojrzali i corazstarsi, wreszcie starzy, staruszkowie spacerujący razem w parku,trzymający się za ręce, niewiele mówiący, z wiekiem przecież niepotrzeba wielu słów, patrzący sobie w oczy...".

Bałasię poruszyć. Rzeczy, te na wierzchu, i te pochowane w szafach,komodach, szufladach zagrożone jakimś unicestwieniem, zdegradowane dojakiegoś zaledwie półistnienia czaiły się i czyhały na nią, corazbardziej napastliwe.

Mariaostatnią resztką sił wstała z fotela, ubrała się i wyszła z domu.