Gotowi do boju
Niektórzy twierdzą, że trzynastka jest liczbą pechową, ale właśnie pod
tą datą - 13 lipca 1940 roku - otwarta została pierwsza karta kroniki
302 dywizjonu myśliwskiego (poznańskiego) jako nowo zorganizowanej
jednostki Polskich Sił Powietrznych, które pod obcym niebem, daleko od
ojczystego kraju, rozpoczynały walkę z wrogiem. Kolebką narodzin było
lotnisko Leconfield w hrabstwie York w środkowej Anglii.
Sytuacja militarna Wielkiej Brytanii była w tym czasie bardzo trudna.
Jej armia lądowa nie przedstawiała prawie żadnej siły, nie miała sprzętu
wojennego, który pozostał na plażach północnej Francji w rejonie
Dunkierki, wpadając w ręce Niemców w czasie dramatycznej ewakuacji do
Anglii na przełomie maja i czerwca 1940 roku. Lotnictwo brytyjskie
(Royal Air Force - RAF), szczególnie dywizjony myśliwskie, wykrwawiło
się podczas działań wojennych we Francji i walk nad Dunkierką w osłonie
ewakuacji. Straciło łącznie 700 samolotów i 300 osób personelu
latającego, w tym prawie 200 pilotów myśliwskich. Jedynie brytyjska
marynarka wojenna (Royal Navy) była wciąż potężna i górowała nad
niemiecką flotą wojenną - Kriegsmarine. Działała jednak w rozproszeniu,
zabezpieczając interesy imperium brytyjskiego we wszystkich częściach
świata i broniąc szlaków komunikacyjnych na wszystkich niemal oceanach i morzach.
Przed decydującą rozgrywką na Wschodzie - na kierunku, który był głównym
celem strategicznym wywołanej przez Niemców wojny - Hitler postanowił
rozstrzygnąć na swoją korzyść zbrojny konflikt z Wielką Brytanią.
Ponieważ jego "pokojowe" apele kierowane pod adresem Londynu były
stanowczo odrzucane ustami premiera Winstona Churchilla, w OKW
zdecydowano się na przeprowadzenie inwazji Wysp Brytyjskich w celu
ostatecznego złamania woli oporu społeczeństwa Albionu i całkowitego
podporządkowania go politycznym i militarnym interesom III Rzeszy.
Wiodącą rolę w przeprowadzeniu tej operacji, której nadano kryptonim
"Seelöwe", (Lew morski) wyznaczono trzem Flotom Powietrznym Luftwaffe:
2., 3. i 5. dysponującym łącznie około trzema tysiącami nowoczesnych
samolotów bojowych. Luftwaffe miała wszechwładnie zapanować na niebie
kanału La Manche i nad południową Anglią przez zniszczenie brytyjskiego
lotnictwa w powietrzu i na ziemi, zbombardowanie lotnisk i wytwórni
sprzętu lotniczego oraz fabryk broni przeciwlotniczej. W ten sposób
kierownictwo Wehrmachtu chciało zabezpieczyć sobie czyste niebo dla 25
dywizji, przeznaczonych do dokonania desantu na plażach południowej
Anglii. Natomiast Luftwaffe, niezagrożona z powietrza, miała skierować
ataki bombowe przeciwko brytyjskiej flocie wojennej.
Lotnictwo myśliwskie (Fighter Command) z Hugh Dowdingiem na czele,
któremu przypadła w udziale obrona powietrzna Anglii, nie uzyskało
jeszcze pełnej gotowości bojowej. Liczyło wtedy 19 dywizjonów
wyposażonych w samoloty typu Supermarine spitfire Mk-I i 27 dywizjonów w Hawker Hurricane Mk-I - razem 46 dywizjonów zamiast 52, ustalonych jako
minimum. Łącznie posiadało 620 samolotów myśliwskich i około 850
pilotów. Z budową nowych samolotów przemysł radził sobie zupełnie
dobrze, zmobilizowano również zakłady remontowe. Szkolenia pilotów
jednak nie można było przyśpieszyć. Na przygotowanie pilota myśliwskiego
potrzebny był okres około jednego roku. Sięgnięto więc po wszelkie
możliwe rezerwy pilotów myśliwskich, w tym również i polskich.
W pierwszych miesiącach 1940 roku przybyło z Francji do Anglii 300
polskich lotników personelu latającego i 2000 osób z personelu obsługi
technicznej. Zaproponowano im zorganizowanie dwóch dywizjonów bombowych
i ośrodka zapasowego. Dowództwo RAF Fighter Command początkowo stanowczo
odrzuciło propozycję organizacji polskich dywizjonów myśliwskich.
Po klęsce Francji w czerwcu 1940 roku lotnicy polscy przybywali
gromadnie do Anglii, by walczyć dalej ze wspólnym wrogiem. Było wśród
nich ponad stu myśliwców zaprawionych w bojach powietrznych, gotowych do
natychmiastowej walki na brytyjskich hurricane'ach czy spitfire'ach.
Brak pilotów w myśliwskich dywizjonach brytyjskich i wiszące nad Anglią
groźne niebezpieczeństwo nalotów bombowych niemieckiej Luftwaffe
skłoniły w końcu dowództwo RAF do zmiany swoich dotychczasowych
postanowień. Wśród pilotów obcokrajowców ogłoszono ochotniczy zaciąg do
lotnictwa myśliwskiego, zaproponowano także polskim władzom wojskowym
organizację dwóch dywizjonów myśliwskich - 302 i 303.
Dzień 13 lipca 1940 roku stał się dniem narodzin dywizjonu 302
(poznańskiego). Lotnisko w Leconfield było stałą, dobrze zorganizowaną
bazą lotniczą RAF, wówczas pustą, bo stacjonujące tam dywizjony
przeniesiono na południe Anglii. Było więc dogodnym miejscem do
zorganizowania dywizjonu i szkolenia pilotów na myśliwskich
hurricane'ach.
Wszystkie stanowiska dowódcze i administracyjne w dywizjonie obsadzono
przez Anglików, dublowali ich polscy oficerowie. Stan taki miał trwać do
czasu, aż Polacy nauczą się języka angielskiego, poznają dobrze przepisy
regulaminu brytyjskiego, system dowodzenia i taktykę prowadzenia walki.
Obowiązywała zasada, że dywizjony polskie podlegać miały lotniczym
władzom brytyjskim. Takie były postanowienia zawartej 5 sierpnia 1940
roku polsko-brytyjskiej umowy lotniczej.
Dowódcą dywizjonu został oficer RAF squadron leader Jack Satchel,
dowódcami eskadr - flight lieutenant John Farmer i flight lieutenant
James Thomson. Instruktorami i zarazem dowódcami kluczy byli - flight
lieutenant Wiliam Riley i flying officer Edward Carter.
Polskim dowódcą został podpułkownik pilot Mieczysław Mümler, a dowódcami
eskadr kapitan pilot Piotr Łaguna i kapitan pilot Franciszek
Jastrzębski. W pierwszej grupie pilotów znaleźli się: kapitan Tadeusz
Chłopik, porucznicy - Julian Kowalski i Tadeusz Czerwiński,
podporucznicy - Edward Pilch, Stefan Wapniarek, Czesław Główczyński,
Stanisław Łapka, Włodzimierz Karwowski, Stanisław Chałupa, sierżanci -
Marian Wędzik, Jan Palak, Edward Paterek i Antoni Markiewicz. W połowie
sierpnia przybyli następni piloci, wśród których znaleźli się:
kapitanowie - Antoni Wczelik i Jan Czerny, porucznik Władysław Goethel,
podporucznicy - Wacław Król, Jerzy Czerniak, Władysław Gnyś, Jan
Maliński, Aleksy Żukowski, Zbigniew Wróblewski, sierżanci - Antoni Beda,
Wilhelm Kosarz, Eugeniusz Nowakiewicz i Antoni Łysek.
Większość z tych pilotów miała za sobą po dwie kampanie - polską i francuską, część przybyła do Anglii w styczniu i znała już dobrze język
wyspiarzy.
Wśród personelu technicznego dużo było podoficerów z długoletnią
praktyką w obsłudze samolotów. W większości pochodzili oni z polskiego
dywizjonu 1/145, który walczył we Francji. Byli to między innymi chorąży
Leon Zamiana, starszy sierżant Bolesław Psujek, starszy sierżant
Stanisław Rapiór, sierżant Leon Bartecki, sierżant Julian Faliński,
sierżant Józef Gumowski, sierżant Zygmunt Gołębiowski, sierżant
Władysław Urbański, sierżant Zygmunt Karpiński, plutonowy Józef Tass,
plutonowy Józef Fiedler, plutonowy Wincenty Ziętara, kapral Stefan
Pyssa.
Zagrożeni inwazją Anglicy podchodzili do Polaków jako swych nowych
sojuszników przyjaźnie, lecz z pewną rezerwą. Nie wierzyli po prostu,
aby ci lotnicy gdzieś ze wschodu Europy - z kraju, o którym przeciętny
mieszkaniec Wysp Brytyjskich wiedział niewiele - wstrząśnięci ponadto
dwoma klęskami, mogli włączyć się do walki z niemiecką Luftwaffe na
równi z personelem RAF. Dopiero w trakcie szkolenia praktycznego w powietrzu lody zostały całkowicie przełamane. Wbrew obawom, a nawet ku
zdumieniu Brytyjczyków, polscy piloci nadzwyczaj szybko pokazali swą
klasę, opanowując pod każdym względem oddany do ich dyspozycji sprzęt.
Polacy sami odkryli zalety nowych samolotów hurricane, stosunkowo
łatwych w pilotowaniu, zwrotnych, osiągających prędkość ponad 500
km/godz. Imponujące było uzbrojenie tych myśliwców - aż osiem karabinów
maszynowych, umieszczonych w skrzydłach. Celna seria z takiej broni
mogła rozłupać każdy samolot wroga w ciągu kilku sekund. Nic więc
dziwnego, że wszyscy z coraz większą niecierpliwością czekali na dzień,
kiedy dobiorą się Niemcom do skóry!
Ósmego sierpnia 1940 roku niemiecka Luftwaffe przypuściła powietrzny
szturm na Anglię, rozgorzała słynna bitwa o Wielką Brytanię.
Piętnastego sierpnia 1940 roku squadron leader Satchel zameldował
dowódcy 12. Grupy Myśliwskiej, że 302 polish fighter squadron is ready
for operational duty, co oznaczało, że 302 polski dywizjon myśliwski
jest gotów do służby operacyjnej. Tego samego dnia został on włączony do
dywizjonów bojowych Grupy, której zadaniem była obrona powietrzna w obszarze środkowej Anglii. Pierwszy wypadek lotniczy zdarzył się 17
sierpnia - na skutek defektu silnika w locie zapalił się hurricane
pilotowany przez podporucznika Główczyńskiego. Pilot zdążył wylądować na
lotnisku, został jednak ciężko poparzony, samolot spłonął. Główczyński
wylizał się z oparzelin i wrócił po kilku miesiącach do dywizjonu.
Dwudziestego sierpnia po południu, podczas chmurnej pogody, wystartował
na alarm klucz hurricane'ów z pilotami: prowadzący flight lieutenant
Riley, prawy boczny podporucznik Chałupa i lewy boczny sierżant Paterek.
Nad miastem Hull i nad morzem, dokąd klucz został skierowany, warstwa
chmur była poprzerywana. Wykorzystując sprzyjające warunki pogody, do
Hull zbliżały się dwa niemieckie bombowce z zamiarem zrzucenia swoich
bomb na urządzenia portowe. Po kilkuminutowym naprowadzaniu drogą
radiową przez stanowisko dowodzenia, myśliwcom udało się dopaść
niemieckie samoloty i skutecznie je zaatakować. Podporucznik Chałupa
zestrzelił jeden z nich - były to Junkersy Ju-88 - drugi również celnie
ostrzelali flight lieutenant Riley i sierżant Paterek - jeden z jego
silników zadymił gwałtownie, lecz w tej samej chwili Niemiec wpadł w chmurę. Czy został na pewno zestrzelony, trudno było stwierdzić. Uznano
go za uszkodzonego.
Podczas walki samolot podporucznika Chałupy został celnie trafiony w silnik przez pociski strzelca pokładowego junkersa. Spowodowało to
zatarcie cylindrów w następnych dwóch minutach lotu, co zmusiło pilota
do wylądowania ze schowanym podwoziem tuż nad brzegiem morza. Teren
okazał się jednak nierówny, hurricane uległ rozbiciu, a pilot doznał
poważnych kontuzji. Tak więc 20 sierpnia 1940 roku pewnym zestrzałem
niemieckiego junkersa Ju-88 przez podporucznika Chałupę otwarte zostało
konto zwycięstw dywizjonu 302.
Następne dni i tygodnie upływały bez szczególnych wydarzeń. Dywizjon
pełnił dyżury bojowe, startował na alarm kluczami, eskadrami lub nawet w całości w sile 12 maszyn, ale do spotkań z niemieckimi samolotami nie
dochodziło. Poza tym do zadań dywizjonu należała osłona konwojów
morskich w pasie przybrzeżnym morza od Scarborough na północy do portu
Hull na południu. Loty te dla myśliwców były mało atrakcyjne, trzeba
było krążyć na małej wysokości nad wolno posuwającymi się do przodu
statkami, często podczas trudnych warunków atmosferycznych i przy
wzburzonym morzu, co nie napawało pilotów optymizmem.
Do dywizjonu nadchodziły wieści o sukcesach polskich myśliwców,
latających w dywizjonach brytyjskich, i o wspaniałych zwycięstwach
walczącego na południu Anglii polskiego dywizjonu 303. Pozostawanie w tak gorącym okresie bitwy z dala od rejonu walk powietrznych było dla
pilotów dywizjonu 302 nie do wytrzymania.
Czternastego września rano nadszedł szyfrogram, nakazujący przebazowanie
dywizjonu na kilkanaście dni na lotnisko w Duxford, usytuowane o 50
kilometrów na północ od Londynu. Miał polecieć podwójny skład pilotów,
15 hurricane'ów i grupa mechaników potrzebna do obsługi. W Leconfield
pozostawał jeden klucz i 6 pilotów do pełnienia dyżurów bojowych.
Pod niebem Londynu
W południe przyleciały do Leconfield trzy samoloty transportowe.
Załadowano niezbędny sprzęt, wsiedli do nich mechanicy i grupka pilotów.
Niebawem transportowce wzbiły się w powietrze i skierowały na południe.
W dwie godziny potem wystartowały również hurricane'y i po czterdziestu
minutach lotu wylądowały w Duxford. Znajdowały się tam już dwa dywizjony
brytyjskich spitfire'ow - 19 i 611 - oraz dwa dywizjony hurricane'ów -
kanadyjski 242 i czeski 310. Dywizjony te, wraz z polskim 302, należały
do 12. Grupy Myśliwskiej i tworzyły eksperymentalne skrzydło myśliwskie.
Na czele tego skrzydła stał dowódca kanadyjskiego dywizjonu 242,
squadron leader Douglas Bader. Nic w tym nie byłoby dziwnego, gdyby
nie to, że miał zamiast nóg dwie metalowe protezy. Bader uległ wypadkowi
lotniczemu w 1931 roku, w wyniku którego amputowano mu obie nogi poniżej
kolan. Nie załamał się jednak kalectwem, nauczył się chodzić na
protezach i po wybuchu wojny zaczął latać na samolotach myśliwskich. Nad
Dunkierką zestrzelił dwa samoloty niemieckie - był bardzo cenionym
pilotem i dowódcą. Zorganizowanie większej jednostki taktycznej niż
dywizjon było jego pomysłem. W celu zebrania doświadczeń bojowych takie
skrzydło zorganizowano na lotnisku w Duxford i Baderowi powierzono
dowodzenie.
Po ulokowaniu samolotów w wyznaczonym rejonie lotniska i pozostawieniu
ich pod opieką mechaników piloci dywizjonu 302 udali się na odprawę
personelu latającego wszystkich pięciu dywizjonów, zarządzoną przez
dowódcę skrzydła. Squadron leader Bader był w obcowaniu bezpośredni,
budził zaufanie pogodnym usposobieniem. Zapoznał zebranych z ogólną
sytuacją w powietrzu, wyjaśnił koncepcję taktyki walki skrzydła,
wspólnie z dowódcami dywizjonów ustalił tok służby dyżurnej na następny
dzień, sposób startu dywizjonów na wypadek alarmu oraz system radiowego
porozumiewania się.
Był to już okres bitwy o Wielką Brytanię, w którym Luftwaffe skierowała
swoje naloty bombowe głównie przeciwko Londynowi i innym większym
miastom południowej Anglii. Dziennie na południu Anglii pojawiało się
około tysiąca samolotów niemieckich, w tym ponad połowę stanowiły
myśliwce osłony wypraw bombowych. Niemcy zakładali, że w ten sposób
sterroryzują i wyczerpią nerwowo londyńczyków i mieszkańców
bombardowanych miast, co wywoła w społeczeństwie brytyjskim ferment i będzie się ono domagać, aby rząd Wielkiej Brytanii podjął decyzję
rozpoczęcia pertraktacji z Trzecią Rzeszą w celu zaprzestania dalszego
prowadzenia wojny. Zamiarem dowództwa Luftwaffe było również zmuszenie
brytyjskich dywizjonów myśliwskich do stałego przebywania w powietrzu
nad rejonem Londynu i innymi miastami. Przy przytłaczającej przewadze
niemieckich myśliwców messerschmittów Me-109 zamierzano w walkach
zniszczyć lotnictwo obrony Anglii.
Ranek 15 września tonął we mgle, ale już w dwie godziny po wschodzie
słońca zaczęła ona ustępować, wstawał jesienny, słoneczny dzień.
Dywizjony skrzydła Badera powołano do gotowości bojowej. Na lotnisku
zaroiło się od mechaników i pilotów, okolica napełniła się hukiem
podgrzewanych silników. Piloci przywdziali na kombinezony żółte
kamizelki ratunkowe, znosili spadochrony i hełmofony do kabin,
sprawdzali razem z mechanikami przygotowanie samolotów do startu -
zwykłe czynności przed objęciem dyżuru bojowego.
- Hej Staszek, co ty tam majstrujesz przy spadochronie? - zakrzyknął od
sąsiedniego hurricane'a Edek Pilch do Łapki.
- Edek, psiakrew! Coś z tym spadochronem jest nie w porządku. Chodź i popatrz! Linki wystają z pokrowca, chyba coś pokręcili podczas
składania.
- Rzeczywiście. O, i z tego boku wystaje jedwab czaszy - zauważył Edek.
- Wiesz co? Zamień go lepiej na inny. Dobrze ci życzę. Niemcy też dobrze
strzelają. A dzisiaj może być gorąco!
Przypatrujący się mechanik, plutonowy Tass, bez słowa zerwał się i pobiegł w stronę baraku, by za chwilę razem z kapralem Szymczakiem,
odpowiedzialnym za stan spadochronów, pojawić się przy samolocie z nowym.
- Panie poruczniku, jest już nowy spadochron, proszę tylko dopasować
pasy. Tamten zabiorę do sprawdzenia - mówił szybko zdyszany Szymczak.
- Coś nie pasuje? - zapytał Piotr Łaguna, spacerujący w pobliżu z Frankiem Jastrzębskim.
- Już w porządku. Wymieniłem spadochron na lepszy, bo mam zamiar
wyskoczyć dziś sobie nad Londynem - zażartował Łapka.
- Nie wywołuj wilka z lasu - przestrzegł go Franek.
Od strony baraku rozległo się nagle głośne wołanie:
- Three zero two squadron immediately to stand by! Three zero two stand
by!
Znaczyło to, że piloci dywizjonu 302 mają natychmiast zająć miejsca w kabinach. Zanosiło się na start.
W pięć minut potem wystrzelono zielone rakiety. Dywizjony podrywano w powietrze.
Cicha okolica lotniska wypełniła się wkrótce rykiem uruchamianych
silników. Trójka za trójką odrywały się od trawiastej nawierzchni
lotniska rozpędzone hurricane'y i spitfire'y startujących w pośpiechu
dywizjonów. Wkrótce na niebie uformował się szyk kolumny dywizjonów, na
przodzie leciał dywizjon 242 z Baderem na czele, za nim czeski dywizjon
310, jako trzeci w kolejności polski 302. Dywizjony spitfire'ów - 19 i 611 - uplasowały się nieco z tyłu za hurricane'ami. Na lotnisku zrobiło
się raptem pusto i głucho, tylko z daleka, od strony południowej,
dochodziło stłumione dudnienie silników, czasem słychać było dalekie
wybuchy, jakby grzmoty nadciągającej burzy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki