3 życia, 3 próby - Justyna Nowak-Wysocka

-
Proszę czekać

Czy mnie rozpozna?

Patrzę w lusterko łazienkowe.

Co będzie, gdy on mnie nie pozna, tyle starań będzie na marne? Niemądra ty... Przecież to XXI wiek, jak mógłby Cię pamiętać, skoro byłaś kimś innym, mieszkałaś w innym kraju, w innym świecie, w innym niż obecne czasy...?

Rozmyślam i w tym samym czasie wiąże włosy w kok, po czym je ponownie rozpuszczam. Podkreślam oczy czarną kredką, jak to zwykle robię; tuszuję rzęsy, aby znacznie podkreślić swoje duże szafirowe oczy. Usta uwydatniam soczystym czerwonym błyszczykiem. Sięgam po swoje ulubione kolczyki, odczuwam drżenie rąk wywołane stresem. Ogarnia mnie on od samego rana przed ważną rozmową, której tak bardzo się boję, a z drugiej strony pragnę. Ona jest wstępem do celu, którego osiągniecie próbuję zdobyć już od przeszło pięciuset lat. Ręce wciąż mi drżą, serce bije jak szalone. Czasem nawet odczuwam, jakby oblewały mnie "siódme poty". Nagle spoglądam na zegarek.

- Boże, już ósma, muszę się śpieszyć, bo spóźnię się. Adrianna mówiła, że Pan Konstanty nie lubi spóźnialskich.

Energicznym ruchem wstaję i łapię teczkę ze swoim CV. Szybko podchodzę do lustra w przedpokoju, aby ostatni raz przed wyjściem się w nim przejrzeć.

Mój strój jest nie zbyt wyróżniający się, biała koszula z kwiatami magnolii na rękawach, do tego czarne materiałowe spodnie. Buty też nie są zbyt szykowne, zwykłe czółenka koloru czarnego. Wychodzę zabierając ze sobą jeszcze ulubioną czarno-czerwoną listonoszkę i udaję się w kierunku przystanku tramwajowego. Jest on nieopodal bloku, w którym wynajmuję mieszkanie razem z Adrianną. Można powiedzieć, że pięćset metrów od niego.

Po dojściu do przystanku ze zdumieniem zauważam, że tramwaj już jedzie, dziesięć minut przed czasem. Zawsze się spóźnia, lecz dzisiejszego dnia było inaczej.

- Czy to dobry znak, zawsze się spóźnia, a dziś jak na życzenie?

Rozmyślam wsiadając. Siadam obok starszej pani, która co chwila uśmiecha się do mnie. Nagle staruszka cichym szeptem zaczyna mówić w moim kierunku:

- Wiem, kim jesteś, kochanieńka...

Zaczerwieniam się, i nagle zaczyna ogarniać mnie strach i niepokój choć wiem, że staruszka nie ma złych zamiarów.

Czy ta pani może znać moją tajemnicę... Nie, skądże znowu - uspokajam się w duchu.

Odkręcam głowę w kierunku staruszki i uprzejmie pytam:

- Przepraszam panią, ale my się chyba nie znamy...

Kobieta uśmiecha się do mnie i mówi

- Skarbeńku, ty mnie może nie, ale ja ciebie tak, widuję cię często w naszym osiedlowym sklepiku. Widziałam, jak ostatnio rozmawiałaś przez telefon w sprawie pracy, wybierając przy tym bułki. Udało się?

Patrzę na nią z ulgą i odpowiadam uśmiechając się:

- Tak, udało się, właśnie na nią jadę. Biuro mieści się w Wilanowie. Mam nadzieje, że uda mi się ją otrzymać.

Starsza Pani poklepała mnie po ramieniu, uśmiechając się radośnie.

- Na pewno cię przyjmą, taka śliczna i uśmiechnięta dziewczyna musi zostać przyjęta. Poza tym kochanieńka wyglądasz mi na ambitną osóbkę. Mam nadzieje, że wybrana przez ciebie praca jest równie ambitna jak ty. Muszę już wysiadać, miło mi się z tobą gawędzi, ale kolejki do lekarza nikt mi nie zajmie... Trzymam za ciebie kciuki, kochanieńka. Powodzenia.

Widzę, jak kobieta wstaje i podchodzi do drzwi wyjściowych, klikając kilka razy przycisk "stop".

Ta pani była bardzo miła, choć na początku mnie nieco wystraszyła... Zastanawia mnie jedno, po co ona naciska ten stop, skoro tramwaj tak czy siak zatrzymuje się na każdym przystanku. Naciskanie tego przycisku nic nie przyspieszy.

Moje myśl skupiają się wokół dzisiejszego spotkania z nim, z tym o którego i dla którego poświeciłam wszystko w każdym poprzednim moim wcieleniu. Musi się udać, tyle starań, tyle poświeceń, tyle lat, tyle wieków. Zasłużyłam sobie w końcu na niego.

Patrzę, że został tylko jeden przystanek, zaraz wysiadam. Muszę przypomnieć sobie, jaka to była ulica. Sprawdzę w SMS-ie.

- A... Obornicka 200, duży beżowy dom. Dobra wysiadam, dam radę.

Motywuje się w duchu. Idę pod wskazany adres. Jest on jest niecały kilometr od przystanku.

- Starsza Pani mówiła, ze wyglądam ambitnie, więc powinien mnie przyjąć. Tak naprawdę, czy do tej pracy trzeba mieć, aż takie wysokie kwalifikacje.

Mówię sama do siebie, myślami ciągle błądząc wokoło tego spotkania. Zastanawiam się nieustannie, czy będzie sam, czy z kimś... Czy zrobię na nim wrażenie, czy może jednak nie... Głowa zaczyna mi buzować jak woda, która zaraz zacznie się gotować. Moje długie czarne włosy powiewały muskane wiosennym wiatrem. Marzec jak to marzec, czasem ciepło z powiewem letniego wiatru, czasem deszcz niczym jesienna plucha. Idę tak zamyślona, docieram pod wskazany adres. Moim oczom ukazuje się piękny duży dom... Dom to mało powiedziane. Jest to willa w pełnej okazałości. Wielki beżowy trzypiętrowy budynek z ogromnym tarasem wychodzącym na zielony pełen drzew i krzewów ogród, po środku niego stoi fontanna z aniołkiem, wszystko z marmuru. Przez stalowe czarne ogrodzenie dostrzegam też skrawek odkrytego basenu, znajduje się on nieopodal tarasu. Nad ciemnobrązowymi półszklonymi drzwiami wejściowymi widzę, znajdujący się półokrągły balkon z piękną balustradą, wygląda jak w dworkach z początku dwudziestego wieku. Podchodzę do bramy wejściowej, dzwonię domofonem, odzywa się stanowczy męski głos.

- Słucham, w czym mogę pomóc?

- Dzień dobry, jestem umówiona na rozmowę o pracę na godzinę 9:45.

- Witam, tak pan Konstanty wspominał, że pani przyjdzie. Proszę wejść i kierować się korytarzem do końca i ostatnie drzwi po lewej stronie. Tam jest gabinet pana Konstantego. Już mu przekazuje, że pani przyszła.

- Dziękuje bardzo.

Z lekkim wahaniem przechodzę przez bramę, która sama się otworzyła przesuwając w bok. Do drzwi prowadzi ścieżka wyłożona szaro-czerwoną kostką brukową, zaś do drzwi prowadzą pięciostopniowe schody. Zauważam klamrę na ciemnobrązowych drzwiach, z wytworną kołatką w kształcie podkowy z wymownym napisem:

"Sukces = ciężka praca, która złotem Cię wzbogaca".

Otwieram delikatnie drzwi, rozglądam się i widzę długi, dość szeroki korytarz, po obu jego stronach znajdują się cztery pary białych drzwi, na końcu widzę salon z dużymi krętymi biało-czarnymi schodami. Korytarz wyłożony jest białym marmurem z czarnymi lekkimi smugami. Zaczynam się wahać, czy robię dobrze, może powinnam sobie dać spokój. Czy trzeci raz to nie za dużo... W mojej głowie kłębią się przeróżne myśli, które mnie paraliżują. Słyszę ten sam męski głos, który mnie witał w domofonie.

- Dzień dobry ponownie panience. Tak, to te drzwi, proszę zapukać i wejść.

Odwracam się, a za moimi plecami stoi mężczyzna w średnim wieku. Ubrany w czarne spodnie, białą koszulę z czarną muchą. Wyglądem przypomina mi kelnera. Patrzy na mnie przyjaźnie.

- Jestem lokajem w tym domu. Może się panience przedstawię, Jerzy Pieniążek.

Lekko przestraszona podaje mu rękę i zestresowanym głosem wyduszam z siebie.

- Dzień dobry, miło mi pana poznać, Julia Złotek. Myślałam, że takie posady jak lokaj w obecnych czasach nie istnieją...

- Moja droga, może powszechnie takie nazewnictwo jest rzadko spotykane, lecz u Państwa Rozdrażewskich panują jeszcze niektóre stare zwyczaje, jak niegdyś w dworkach szlacheckich. Chyba jest panienka już spóźniona pięć minut, proszę pukać, pan Konstanty nie toleruje niepunktualności.

Pukam i energicznie wchodzę do gabinetu. Rozglądam się, panuje tu pełen ascetyzm. Wszystko jest w biało-szarej tonacji, co według mnie sprawia dość zimne i przytłaczające uczucie. Na wprost drzwi znajduje się duże okno z widokiem na ogród, które przysłaniają szare grube zasłony, po lewej stronie od okna stoi duża, skórzana, biała kanapa. Na wprost niej jest szary stolik kawowy, pod nim szaro-biały dywan. Po prawej stronie okna na całej ścianie są półki z książkami i segregatorami. Nad kanapą wisi duży obraz, na którym namalowany jest piękny czarny rumak.

Wchodzę dalej, niepewnym krokiem. Słyszę stanowczy, ale też dość miły głos:

- Proszę zamknij drzwi i usiądź na krześle.

Klamka od drzwi osuwa mi się z ręki i drzwi trzaskają, zamykając się.

- Trochę delikatniej, chyba nie chcesz, żebym musiał ci potrącić z pierwszej pensji za naprawę ścian...?

Rumienię się speszona po tych słowach, podchodzę do wskazanego krzesła i siadam. Rozglądam się dalej po pomieszczeniu. Biurko Konstantego znajduje się w dalszej części gabinetu i jest widoczne dopiero po zamknięciu drzwi. Mogłabym pomyśleć, że się za nimi ukrywa. Biurko jest spore, panuje na nim chaos, mnóstwo dokumentów, długopisy, jakieś małe karteczki z notatkami, a na samym środku tego bałaganu leży szary laptop. Przy biurku stoi masywne, białe, skórzane, obrotowe krzesło. Nad biurkiem po lewej stronie na białej wiszącej półce stoi biała drukarka.

Dłuższą chwilę rozglądam się po gabinecie, obserwując, jak mój przyszły szef coś uporczywie szuka w szufladzie. W końcu unosi głowę i spogląda na mnie. Patrzymy tak na siebie chwilę, po czym wstaje i podaje mi rękę. Widzę, że jest tak samo przystojny jak w każdym poprzednim wcieleniu. Jest wysokim i wysportowanym brunetem, o orientalnych rysach urody. Ciemne oczy oświetlone blaskiem słońca błyszczą niczym dwa bursztyny. Oczy podkreślają jeszcze bardziej ciemnie długie rzęsy oraz lekko krzaczaste brwi. Czuję, jak rozpływam się w jego spojrzeniu, niczym czekolada na gorącym słońcu. Moje rozmarzenie przerywa jego donośny ton głosu.

- Dzień dobry, jestem Konstanty Rozdrażewski. Miło mi panią poznać, cieszę się, że zainteresowała się pani moją oferta pracy.

Podaję mu rękę.

- Julia Złotek, także jest mi miło pana poznać

- Czy mogę prosić panią o dokumenty potwierdzające kwalifikacje, które zawarła pani w CV.

- Tak, już podaję.

Wyciągam z torby czerwoną teczkę.

Dłuższą chwilę przegląda moje dokumenty, dyplomy, pochwały oraz referencje z poprzednich firm.

- Zadziwiają mnie pani osiągniecia w szkole, na studiach, stypendia zagraniczne. Wszystkie referencje pełne pochwał i zachwytu pani osobą przez poprzednich pracodawców, są bardzo zaskakujące dla mnie. Jest pani tak młodą, ale ambitną i zdolną osobą. Jak na swój wiek ma pani bardzo bogate CV. Wcześnie zaczęła pani pracować. Praca, nauka, to się chwali w dzisiejszych czasach. Tu nasuwa mi się pytanie... Co taka osoba jak pani robi u mnie na rozmowie na stanowisku mojej pomocy biurowej? Mam nadzieję, że wie pani, jakie obowiązki będzie wykonywać, nie jest to nic zbyt ambitnego... Kawa, poczta, notowanie spotkań, odbieranie telefonów, raporty.

Wynagrodzenie to dwa tysiące netto - kontynuował - czy da pani radę za to utrzymać się w stolicy? Wiem, że wynajmuje pani mieszkanie z moją poprzednią pracownicą. Ona zrezygnowała z tej posady właśnie, ze względów finansowych. Z tego co mi mówiła, zaczęła prace w obsłudze klienta w jakimś banku. Zadam pani ponownie pytanie, czy na pewno jest pani zdecydowana na tę posadę? Taka młoda wykształcona osoba dostanie prace w dużej firmie, tym bardziej, że zna tyle języków.

Wpatruję się w niego uważnie. Konstanty łapię się za brodę, zerkając w moje CV.

- Angielski, rosyjski, hiszpański, francuski... Jak na 24-latkę to sporo...

Podnosi głowę, nasze spojrzenia spotykają się, wpatruje się w nie jakby w ogóle nie interesowało mnie to co on do mnie mówi, tylko aby do mnie mówił. Ciągle przez myśl przechodzi mi, czy mnie pamięta, radość przenika moją dusze, że w końcu go widzę, siedzimy tu oboje wpatrzeni w siebie. Zaglądam mu głęboko w oczy i zastanawiam się co on ma do mojego ubioru. Grymas pojawia się na mojej twarzy, kiedy słyszę:

- Przepraszam, ja się tu produkuję, a pani milczy, proszę coś powiedzieć, bo nie wiem, czy milczenie oznacza zainteresowanie stanowiskiem, czy nie?!

Rumienie się zawstydzona, jak to zwykle bywa, gdy się stresuję, i wyduszam z siebie tylko trzy słowa:

- Tak, pasuje wszystko.

Patrzy na mnie, uśmiechając się lekko.

- Cieszę się i witam na pokładzie. Zapraszam jutro na godzinę 8:00.

Uśmiecham się do niego i dziękuję. Nasze spojrzenia znów się spotykają, przez chwilę patrzymy na siebie. Słyszę, jak zaczyna dzwonić telefon, przeprasza mnie, ale musi odebrać. Kiwam mu głową ze zrozumieniem i wychodzę z promiennym uśmiechem na twarzy. Czuję, jak radość przepełnia całe moje ciało, to nowy rozdział w moim życiu. Wracam do mieszkania cały czas uśmiechając się do siebie, widzę jak ludzie w tramwaju reagują na mój entuzjazm. Jakiś mężczyzna puszcza mi oko, to znów jakaś pani uśmiecha się do mnie. Jadąc, ciągle rozmyślam o nim, jaki jest teraz, czemu pomyślał, że mój strój był staroświecki, przecież ubrałam się galowo.

Po powrocie do domu spotykam się jeszcze z Adrianną, która idzie do pracy na popołudnie, gdy ja wychodziłam, ona była na siłowni.

- Jak ci poszło? Przyjął cię?

- Tak... było... wszystko ok. Jutro zaczynam.

Patrzy na mnie marszcząc brwi

- Nie wiem, coś ty się tak uparła na tą prace u niego, kasy ma jak lodu, a płaci jak sknera! Dołożył ci coś chociaż?!

Kręcę głową.

- Nie... tyle co tobie płacił. A mam pytanie, powiedziałaś, żebym ubrała się galowo, a chyba tym strojem nie zrobiłam wrażenia.

Klepie mnie po ramieniu, śmiejąc się.

- Wiesz, Julia, kwestia "galowo" to takie staroświeckie słowo... tak samo jak twój strój. Mówiłam ci ubierz się gustownie i elegancko, załóż jakąś modną i szykowną sukienkę lub koszulę z ołówkową spódnicą. Widać, nasze podejście do elegancji ma różne definicje. Wybacz mi szczerość, ale wyglądasz w tym stroju jak nie z tej dekady... Raczej jakiś PRL.

Patrzę na nią oburzona, co ona sobie myśli, że zna się na wszystkim lepiej ode mnie.

- Ta... jak według ciebie powinnam się ubierać?

- Wiesz, skoro chcesz kolesia poderwać, to nie noś tego średniowiecza... Te twoje golfy do tych staroświeckich czarnych spodni wyglądają odpychająco. Zacznij nosić eleganckie podkreślające twoje atuty sukienki, dopasowane jeansy z koszulami... Tak się teraz ubierają kobiety, kochana moja.

Słucham tych słów, aż zaczęło mi się gotować; poucza mnie i poucza jakbym była z innego świata, choć jest w tym trochę prawdy. Mój styl od dawna był dość skromny bez szaleństwa, prosty i klasyczny. Możliwe, że z lekka staroświecki, ale od zawsze chciałam go zmienić, choć nie miałam odpowiedniej motywacji. Adrianna zauważa moją złość, podchodzi do mnie i obejmuje mnie, mówiąc...

- Nie obrażaj się, młoda.

Cała złość uchodzi ze mnie.

- Wcale mnie chcę go poderwać!

Zaczynam się jej tłumaczyć, a ona się ze mnie nabija .

- Ha, ha, ta, ta to ciekawe po co mi kazałaś zrobić mu zdjęcie z ukrycia i je powiesiłaś sobie w sypialni nad łóżkiem?

Rumienię się, czując zakłopotanie, po czym odważnie odpowiadam.

- Chciałam dobrze poznać mojego nowego pracodawcę.

Słyszę, jak zanosi się ze śmiechu, rzucam jej spojrzenie ostrzegawcze, że mnie to jakoś nie bawi.

- Teraz to wymyśliłaś! Dobra bez znaczenie... Wiesz, co robisz, przecież jesteś dorosła.

Uśmiecha się do mnie i idzie do swojego pokoju, zacząć się szykować do pracy, bo za godzinę musi wyjść.

Idę do kuchni, robię sobie moją ulubioną zielona herbatę, zatracam się w głębi moich myśli nad dzisiejszym spotkaniem, radami Adrianny co do mojego ubioru... A najważniejsze, czy kiedy Konstanty mnie zobaczył, przypomniał sobie cokolwiek z poprzednich wcieleń... W jego oczach nic nie wyczytałam, więc wątpię.

***

W nocy czuję, że mojego ukochanego męczą zarysy przeszłości... Śni o wojnach, bagnetach, pięknych balach z XIX-wiecznej Francji, statkach oraz bezkresnych oceanach... W każdym epizodzie widzi moją twarz... Wiedząc to wszystko, czuję, że powinnam mu wszystko wyjaśnić, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Znów będziemy razem, szczęśliwi i teraz nic nas nie rozłączy...