520 Marysin
Mikołaj Wierzbicki czekał na autobus. Głośno siorbiąc, wciągnął przez słomkę ostatnie krople soku, zgniótł kartonik i cisnął do śmietniczki. Nie trafił. Jeszcze i to! Wściekły, podszedł i podniósł pudełko. Wrzucając je ponownie do kosza, zarejestrował kątem oka skierowany ku sobie, z lekka ironiczny uśmiech przechodzącej obok dziewczyny. Drobniutka szatynka o długich włosach, wyglądająca na dwanaście lat, nie zatrzymała się przy wiacie, tylko minąwszy ją, dziarsko pomaszerowała dalej. Właściwie dokąd? Tam nie było żadnych bloków, jedynie ogródki działkowe, odludna okolica, powszechnie uważana za niebezpieczną. Dla Mikołaja, choć to tylko dwa przystanki od domu, prawie terra incognita. Inne osiedle, obcy ludzie, teren cudzych wpływów. Od dziś miał go dwa razy dziennie przemierzać w drodze do gimnazjum. Ale raczej nie wpadłby na pomysł, aby chodzić tamtędy na piechotę!
Wreszcie podjechało 520. Mikołaj wsiadł i z dumą przesunął przed czytnikiem kasownika swoją nowiutką kartę miejską: WAŻNA DO: 30 XI 2002. Dziś, drugiego września, aktywowanie tej karty było jedyną fajną rzeczą, jaka mu się przydarzyła. O innych wolałby jak najszybciej zapomnieć. Autobus ruszył. Mikołaj wyjrzał przez okno, chcąc zobaczyć, dokąd zdołała dojść dziewczyna. Nigdzie jednak jej nie dostrzegł. Wysiadając na swoim przystanku, już o niej nie pamiętał.
*
Jolantę Wierzbicką od progu zaniepokoił wyraz twarzy młodszego syna. Nie przyznając się do swych obaw, zapytała z uśmiechem:
- No i jak tam nowa szkoła?
- Wiocha! - odpowiedział zdawkowo, odepchnął ze złością Hopcię szczekającą na powitanie i poszedł do kuchni. Nalał sobie coli, usiadł przy stole, a potem długo wpatrywał się w pękające na powierzchni napoju bąbelki.
- No, ale... - kluczyła matka, bojąc się zapytać o szczegóły. - Aż tak źle?
- Źle?! Gdyby było źle, można by to jeszcze jakoś przełknąć. łJest fatalnie! Tragicznie!
- To dopiero pierwszy dzień... - próbowała go pocieszać.
- Właśnie! Ze strachem myślę, co może być dalej!
- Dlaczego od początku się uprzedzasz?
- Nic nie rozumiesz! Oni się nie śmieją, oni rechoczą! Wszyscy ostrzyżeni na zero!
- Dotrzecie się jeszcze.
- Na garnitur mówią garniak! W spodniach w kant i marynarce wyglądałem przy nich jak UFO! Co ci w ogóle wpadło do głowy, żeby mnie tam zapisywać?!
- Nic nie rozumiem. - Zdumiona matka z trudem znajdowała słowa. - To najlepsze gimnazjum w dzielnicy...
- Z Michałem się nie udało i teraz ze mnie próbujecie zrobić geniusza?!
- To miało ci tylko ułatwić start.
- Ktoś was prosił?! Zainteresowaliście się w ogóle, czego ja chcę?!
Dopił colę i wyszedł z kuchni, zostawiając matkę skonsternowaną. Zniechęcony, zamknął się w swoim pokoju. Panował tam swojski klimat: tapczan był niepościelony, brudne ciuchy z kilku dni walały się na podłodze, a puste butelki po sokach i papierki po batonach czekały, by wymiotło je tornado.
Zdjąwszy galowy strój szkolny, Mały rzucił go niedbale na łóżko, przebrał się w T-shirt i dżinsy, złapał deskorolkę i trzasnąwszy drzwiami, wybiegł odreagować stres.
*
Michałowi, starszemu bratu Mikołaja, ten dzień nie przyniósł żadnych niespodzianek. Z lekkim sercem oraz poczuciem, że świat kręci się wokół niego, szedł wesoło ulicą Międzyborską. Chociaż koniec wakacji raczej nikogo nie nastraja optymistycznie, Michał nie szukał dziury w całym. Wyznając zasadę, że najprzyjemniej płynie się z prądem, nigdy nie zawracał sobie głowy drobiazgami. Rozpoczęcia roku szkolnego oczekiwał zrelaksowany. Czemu miałoby być inaczej? Jego pozycja w liceum była niezachwiana, a opinia kogoś, kto poradzi sobie w każdej sytuacji i zawsze jakimś cudem wykaraska się ze wszystkich kłopotów, znacznie ułatwiała mu życie. Koledzy go lubili, nauczyciele tolerowali. Superukład. Szczególnie na dwa lata przed maturą.
Michał przeczuwał, że ten rok może być najbardziej owocny w jego karierze. Nie dlatego, że snuł plany jakichś odkryć naukowych czy rozważał wzięcie udziału w konkursach i olimpiadach przedmiotowych. Nie. Zamierzał przetrwać trzecią klasę liceum bez zbędnych nakładów energii, na luzie, z szeroko zakrojonym programem kulturalnym. Zwłaszcza piątkowe wieczory w Harendzie zapowiadały się interesująco. Co prawda do osiemnastki zostało mu jeszcze jedenaście miesięcy, ale przy wzroście niepokojąco zbliżającym się do dwóch metrów nikt go jakoś nigdy nie próbował legitymować na bramce.
Podążał więc ulicą całkowicie wyluzowany. Po burzliwych wydarzeniach ubiegłego roku Michał pragnął jedynie tego. Jego liceum stało wciąż w tym samym miejscu: Międzyborska, róg Cyraneczki. Niespodziewanie ucieszył go ten widok. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek tak czekał na koniec wakacji.
Ostatni tydzień ciągnął się w nieskończoność i Michał nie miał pomysłu, jak to przerwać. Koszykówka go nudziła, w telewizji dawali same powtórki, premiery kinowe miały pojawić się dopiero we wrześniu. Nie było po co wstawać rano, wylegiwał się więc do południa, potem siadał przy komputerze, sprawdzał, kto jest dostępny, i na Gadu-Gadu prowadził długie rozmowy o niczym. Nie protestował nawet specjalnie, gdy matka nieśmiało zaproponowała, by posprzątał swój pokój. Wreszcie miał zajęcie na pół dnia. Wieczorem zwykle brał Hopcię na smycz i w towarzystwie Kamila łaził godzinami wokół jeziorka, opowiadając mu wciąż te same szczegóły najwspanialszego obozu: dwa tygodnie w Chorwacji bez rodziców, ich nudnych gadek, pragnienia spokoju i ciszy, dwa tygodnie chodzenia spać nad ranem, dwa tygodnie wygłupów, długich marszów brzegiem morza, szalonych dyskotek, skoków na główkę. Dwa tygodnie z Magdą.
I teraz, kiedy tak szedł ocienioną ulicą, myślał, że dziś Magda wróci z ostatniego wakacyjnego wyjazdu. Że znów przyjdzie do niego szczęście. Uśmiechnął się, czując błogość, która falami cudownego ciepła rozlała się po całym ciele.
Przychylnie usposobiony do świata, gotów był lubić szkołę nawet w tym najtrudniejszym dla wszystkich uczniów dniu.
*
Zacięta mina Mikołaja nie uszła uwagi kolegów. Skupiony na wykonywaniu backside kickflipa z czterech schodków, nie powiedział ani słowa o nowej klasie. Zresztą nikt nie przyszedł tu na gadanie. Skakali ze zmiennym szczęściem, niewiele mówiąc, pocierając rozbite kolana i popijając wodę z butelek. Choć zbliżała się piąta, upał wciąż niemożliwie doskwierał. Spocony i brudny, Mikołaj usiadł na krawężniku. Mariuszowi też nie było do śmiechu. Chciał pogadać, bo mimo że został w starej szkole, nie czuł się wcale lepiej.
- Rozbili naszą klasę, wiesz? - zaczął bez wstępu.
- Jak to?! - przeraził się Mikołaj.
- Nie rozumiem. Komu przeszkadzało, żebyśmy zostali razem? - Mariusz pokręcił głową i splunął na chodnik. - Cholerna buda, znów się zaczęła!
Umilkli, myśląc zapewne po raz pierwszy, że coś się na zawsze skończyło.
"No super! Nawet nie mam dokąd wrócić!" - zasępił się Mikołaj. W myślach hołubił już śmiały plan zmiękczenia rodziców i powrotu do starej szkoły. Nie wiedział jak, ale gotów był na wszystko, obiecałby każde ustępstwo, gdyby było trzeba: słanie łóżka rano, codzienne wynoszenie śmieci, a nawet - o zgrozo - kupowanie bułek na śniadanie! Prędzej czy później i tak sprawy ułożyłyby się po staremu. Zawsze tak było.
- Więc nie ma już naszej klasy? - powiedział na głos, bo wciąż nie mógł uwierzyć. - Myślałem, że po prostu zamiast szóstą "a", będziecie teraz pierwszą "a"?
- Też tak myślałem! - burknął Mariusz i odszedł, kopiąc ze złością pustą puszkę po coli.
Mikołaj nagle poczuł się bardzo samotny. Spoglądał tępo na czubki swoich butów, na odklejającą się gumę i poprute szwy. Wreszcie wstał i ruszył za Mariuszem. Jeden, drugi, trzeci, czwarty schodek. Zatrzymał się i beznamiętnie spojrzał w dół. Zagryzł wargi. "Wszystko jest bez sensu" - pomyślał. Cztery czy czterdzieści, nie robiło to teraz na nim żadnego wrażenia. Rozpędził deskę i skoczył.
To byłby kolejny upadek. Zaliczał ich przecież setki i nigdy jakoś nic się nie działo. Nawet specjalnie nie poczuł bólu. Wszyscy się przewracali, normalka. Poboli i przestanie. Ale kiedy spojrzał na rękę, zrobiło mu się niedobrze. Prawa dłoń, którą podświadomie próbował zamortyzować upadek, była nienaturalnie wykrzywiona. Wyglądała, jak wykonana przez awangardowego rzeźbiarza, kpiącego sobie z zasad anatomii. Wtedy Mikołaj spanikował i nie myśląc o kolegach, zaczął wrzeszczeć. Owinąwszy nadgarstek dołem podkoszulka, ruszył biegiem do domu. Mariusz złapał jego deskę i pognał za nim.
Matka usłyszała przeraźliwy krzyk Mikołaja dobiegający z korytarza, zanim jeszcze zabrzmiał dzwonek. Zrobiło jej się sucho w ustach. Pełna najgorszych przeczuć, otworzyła drzwi.
- Złamałem rękę! - wycharczał Mikołaj nieswoim głosem. - Złamałem rękę!
Był brudny, spocony, dłoń wciąż trzymał zawiniętą, bojąc się na nią spojrzeć. Jolanta Wierzbicka usiłowała opanować nerwy.
- Spokojnie. Usiądź. Zaraz zawiozę cię na ostry dyżur. Boże, gdzie jest gazeta?!
Mikołaj, nie przestając się wydzierać, zdezorientowany, wciąż stał w przedpokoju, matka zaś biegała chaotycznie po mieszkaniu, poszukując aktualnego wydania "Wyborczej".
- Daj mi pić! - krzyknął zniecierpliwiony.
Nalała mu coli, a sobie wody.
- Jak to się stało?
- Nie wiem. Upadłem. Nie pamiętam.
- Niedobrze mi. Przepraszam! - powiedziała matka i wybiegła z kuchni, a on skupił uwagę na przepływających za oknem chmurach, bojąc się, że gdy puści złamaną rękę, ta rozpadnie się na kawałki, których nikt nigdy nie zdoła dopasować.