Rozdział I
- Panowie oficerowie!
Powstali z miejsc. Z twarzy wchodzącego właśnie do mesy ORP "Garland"
dowódcy okrętu łatwo dało się wyczytać, że to, co ma im do powiedzenia,
nie będzie przyjemne. Wiedzieli o tym. Zaskoczył ich jednak wygląd
zawsze dotąd energicznego i uśmiechniętego komandora podporucznika
Antoniego Doroszkowskiego - jakby nagle postarzał się o wiele lat...
- Wracam z "Oriona" od admirała Toveya - zaczął wreszcie, kiedy na
powrót zasiedli w dręczącej ciszy. - I wiecie, po co tam byłem. Znacie
przecież, panowie, wyniki naszych ostatnich strzelań. Admirał nie owijał
zresztą sprawy w bawełnę. Powiedział wprost, że nie umiemy nic. I że już
porozumiał się w tej sprawie z naszymi władzami w Londynie, z Kierownictwem Marynarki Wojennej...
To był cios: to aż tak wysoko zawędrowała wieść o ich kłopotach? I w takiej formie?! Dlaczego? Po co?!
- ...i są decyzje - dorzucił dowódca, sięgając po czapkę. - Pan,
kapitanie Wojewódzki, i porucznik Różański zostajecie zawieszeni w obowiązkach jako zastępca dowódcy okrętu i pierwszy oficer artylerii. Za
brak kompetencji. Mnie zaś admirał Tovey dał do zrozumienia, że w Kierownictwie Marynarki Wojennej już wytypowano kogoś na moje miejsce...
W mesie długo jeszcze po wyjściu dowódcy panowała grobowa cisza.
Katastrofa. I jaki wstyd! Poczucie ogromnej krzywdy aż dusiło gardła:
przecież niczym nie zasłużyli na takie traktowanie...
Owszem: strzelanie artyleryjskie nie wychodziło. Od początku. Jeszcze na
Malcie, od pierwszych strzelań ćwiczebnych. Już tam pociski z "Garlanda"
szły Panu Bogu w okno, ale zaraz też zorientowali się, że przyczyna tkwi
gdzieś w skomplikowanych mechanizmach centrali artyleryjskiej. Przecież
dane do strzelania - takie jak pełne kąty naprowadzania poziomego i pionowego oraz zapalnik - wylicza się automatycznie na podstawie
odległości do celu, kąta kursowego i biegu, prędkości strzelającego
okrętu i celu przy uwzględnieniu wszelkich poprawek. Dane te idą później
za pomocą przekaźników do dział.
Mieli całą tę wiedzę w małym palcu, ale owe przekaźniki w jakiś
niewytłumaczalny sposób wciąż "rozchodziły" się i salwy "Garlanda"
padały, gdzie im się podobało. Ostatnio omal nie rozstrzelali
towarzyszącego im podczas ćwiczeń brytyjskiego
destrojera1...
- Przecież sto razy rozbieraliśmy na kawałki tę przeklętą centralę! -
wybuchnął wreszcie porucznik Michał Różański. - Do najdrobniejszego
przekaźnika!
Kapitan Zbigniew Wojewódzki wzruszył ramionami:
- Mówi pan tak, jakby poczuwał się pan do winy...
To prawda: obaj wiedzieli, że są dobrymi specjalistami. Zbigniew
Wojewódzki ze swych trzydziestu sześciu lat życia aż trzynaście spędził
na morzu i od tyluż lat nosił oficerskie szlify. Tuż przed wybuchem
wojny dosłużył się stanowiska ZDO2 na ORP "Burza" i na pokładzie
tego okrętu przyszedł do Anglii, póki wczesną wiosną roku 1940 nie
rozkazano mu objąć tej samej funkcji na ORP "Garland". Michał Różański
ukończył SPMW3 w cztery lata później, ale miał też za sobą
specjalistyczny kurs oficerów artylerii. Przed wojną był ZDO na ORP
"Krakowiak" i ORP "Wilia". Na tym właśnie okręcie wyszedł w lipcu 1939
roku w ćwiczebny rejs z podchorążymi, aby później przez Casablankę i Francję dotrzeć do Anglii, gdzie w polskiej bazie w Plymouth był
instruktorem artylerii. Uczył tam marynarzy ochotników obsługiwać
działa, zmontowane na specjalnych ruchomych platformach imitujących
"kiwanie" na fali.
Żaden z nich nie dostał więc swego stanowiska darmo. Mało tego: choć
przed wojną w Marynarce Wojennej większość urządzeń okrętowych
pochodziła z Francji i kształcono oficerów na francuskich wzorach, to
jednak szybko potrafili uporać się także i z brytyjskim, zupełnie innym
i nieznanym sprzętem. Opanowali przecież posługiwanie się
dalocelownikiem (wcześniej tylko słyszeli, że "takie coś" jest...),
rozgryźli też dość szybko tajniki absolutnie nowoczesnego urządzenia, w jakie wyposażono "Garlanda" jeszcze na Malcie: konżugatora do strzelań
przeciwlotniczych. Wszelkie instrukcje do tej "czarnoksięskiej
skrzynki", jak i wszelkie na niej napisy były w słabo im znanym języku
angielskim, a jednak dali radę. Tylko ta centrala artyleryjska: to przez
nią cała afera!
- To ten cholerny Patterson! - rozzłościł się nagle "drugi
artylerzysta", podporucznik Józef Bartosik. Był tu najmłodszy wiekiem,
ale tytuł prymusa SPMW z 1938 roku, jak i wojenny staż, odbyty już na
ORP "Błyskawica" w patrolach na Kanale, dodawał mu pewności siebie. - To
on poleciał ze skargą na nas do admirała Cunninghama! Od początku, drań,
patrzył na nas jak na dzikich Zulusów!
Co do tego nikt nie miał wątpliwości. Przydzielony jeszcze na Malcie
jako brytyjski oficer łącznikowy lieutenant commander4
Patterson rzeczywiście krzywym okiem patrzył na wszelkie poczynania
Polaków. Mogło powodować nim swoiste poczucie wyższości - był wszak
synem "królującej nad morzami" Brytanii - wobec dość egzotycznych, i w dodatku przegranych, sojuszników znad Bałtyku, mógł urażać jego uczucia
fakt, że okręt jego Królewskiej Mości przekazuje się jakimś Polakom. W każdym razie - nie pomagał. Że zaś do jego obowiązków należało
informowanie dowódcy Eskadry Aleksandryjskiej, admirała sir Andrew B.
Cunninghama, o każdym kroku Polaków - to było pewne.
Porucznik Michał Różański machnął tylko ręką.
- Ano, prawda! Ale mógł przecież sprowadzić jakichś inżynierów zamiast
pisać donosy.
Nie, nie było im lekko. Tyle przecież obiecywali sobie po tym okręcie...
Wieść, że Anglicy - zgodnie z zawartymi wcześniej umowami - chcą
przekazać polskiej Marynarce Wojennej pierwszą z obiecanych jednostek,
rozeszła się już wczesną wiosną roku 1940 wśród załóg polskich okrętów w Anglii i wywołała spore zainteresowanie: kogo tam przydzielą? Wezwany
rozkazem KMW5 do bazy w Plymouth kapitan Wojewódzki nie miał
pojęcia, że jest właśnie pierwszym z oficerów, wyznaczonych do odbioru
tego okrętu. I na razie jedynym.
Na ORP "Gdynia" - dawnym pasażerskim s/s "Kościuszko", zakotwiczonym w Plymouth i odgrywającym rolę bazy - poznał niewielką grupę starszych
podoficerów, specjalistów i marynarzy: mechaników, elektryków,
artylerzystów. To była "ekipa odbiorcza" i z nią wyruszył w drogę.
Pociągiem do Dover, stamtąd przez Kanał do Hawru, a potem znów pociągiem
przez zaśnieżone jeszcze miejscami pola Francji do Marsylii. Oglądali po
drodze rozchełstanych żołnierzy francuskich z nieodstępnymi,
parulitrowymi bidonami wina u boków; to oni mieli przyjść nam we
Wrześniu z pomocą...
Transportowiec "Devonshire" przerzucił ich z Marsylii na Maltę. Tu
zakwaterowali w HMS "St. Angelo". Wbrew literom "HMS" nie był to okręt,
tylko koszary w starym forcie z piaskowca, pamiętającym jeszcze czasy
rycerzy krzyżowych. Rozpoczęła się praca.
HMS "Garland" był w opłakanym stanie. Od świtu do nocy roiły się na nim
tłumy maltańskich stoczniowców. Od przedwczesnego wybuchu własnej bomby
głębinowej okręt utracił ostatnio całą prawie rufę, a ponadto dokonywano
na nim kapitalnego remontu i instalowano nowe urządzenia. Pozwalało to
Polakom poznać wiele okrętowych zakamarków i mechanizmów "od podszewki",
ale była to też harówka w pocie czoła...
Wynagradzała ją wspaniała, śródziemnomorska wiosna, ciepłe morze i te
nieliczne wolne chwile, spędzone wśród malowniczych uliczek La Valetty,
przesyconych charakterystyczną dla południa wonią przysmażonej oliwy i ostrych przypraw. Podziwiali dostojne budowle i ogromne fortalicje,
wzniesione tu jeszcze przez krzyżowców, przesiadywali wieczorami w małych kafejkach. W tej scenerii wojna wydawała się czymś bardzo
odległym i nierealnym.
A jednak wyczuwało się i tu napięcie i niepewność. Wszak na Malcie była
wielka i ważna baza brytyjska, a Italia i jej wojenne bazy na Sycylii,
Sardynii i Pantellerii - tuż. I były przecież Włochy Mussoliniego,
związane z Hitlerem osią od roku 1936 i "Paktem Stalowym", podpisanym w roku 1939. Zadawano sobie pytanie: kiedy ruszą?!
W końcu kwietnia przybyła z Anglii tą samą drogą reszta załogi z dowódcą, pierwszym mechanikiem komandorem podporucznikiem inżynierem
Michałem Gierżodem, obydwoma artylerzystami - Różańskim i Bartosikiem -
oraz pierwszym nawigatorem podporucznikiem Antonim Tycem. Do pełnego
etatu 145 ludzi brakowało jeszcze wielu, ale natychmiast zorganizowano
normalną służbę i choć stoczniowcy nie zakończyli jeszcze wszystkich
prac, okręt wyszedł na pierwsze próby.
A potem, 3 maja 1940 roku, odbyło się uroczyste podniesienie
biało-czerwonej bandery. Niejeden w marynarskich szeregach miał łzy w oczach: przegraliśmy pierwszą bitwę w tej wojnie, ale rośniemy przecież
w siłę! Łatwiej będzie dobić do kraju...
I zaraz potem wojna wyszczerzyła kły. Gruchnęła bowiem wieść o najeździe
Niemców na Belgię i Holandię i o zatopieniu "Groma" w dalekim norweskim
Rombakkenfjordzie! Hitlerowskie bomby posłały go na dno wraz z 59
marynarzami 4 kwietnia, zaledwie w dzień po podniesieniu bandery na
"Garlandzie"...
Trudno to było przeboleć: utracili przecież wraz z "Gromem" niejednego z dawnych kolegów. I wreszcie ta zbieżność dat... Utwierdziła ich w przekonaniu, że to oni właśnie muszą teraz godnie zastąpić tamten okręt
i jego załogę. A tu nagle te kłopoty z artylerią!
Tymczasem na Malcie rosła panika. Podsycały ją niewiarygodne wprost
wiadomości z kontynentalnego frontu: Niemcy prą niepowstrzymanie naprzód
przez Francję, pada Holandia...
18 maja ORP "Garland", wciąż jeszcze z maltańskimi robotnikami na
pokładzie, wychodzi z La Valetty w asyście krążownika HMS "Calypso". W porcie aleksandryjskim tkwią po lewej okręty brytyjskie, a po prawej -
eskadra francuska. I właśnie Francuzi witają polską banderę sygnałem:
"Attention a tribord" i oddaniem pełnych honorów. Salutuje ich z pokładu
pancernika francuski admirał.
I teraz, po trzech blisko tygodniach od tamtego dnia, stoi ORP "Garland"
w tej samej Aleksandrii, ale w jakże innej sytuacji! Ze ścian mesy
spogląda na nich - chyba z ironią? - piękny kartusz z herbem okrętu.
Angielskim, bo przez kurtuazję pozostawiono jego dawną nazwę, mającą we
flocie brytyjskiej tradycje, sięgające XIII wieku. "Garland" znaczy
"Wieniec", a łacińska dewiza na kartuszu mówi: "Qui meruit ferrat".
Czyli: "Nosi - kto zasłużył". Oni pewno nie zasłużyli i dlatego kapitan
Wojewódzki przestał być ZDO, a porucznik Różański - pierwszym
artylerzystą.
- Pośpieszyli się nasi "władcy" w Londynie z decyzjami - mruczy
podporucznik Tyc i dodaje: - Tylko kim was tutaj, panowie, zastąpią?
Przecież z ledwością wyskrobano tę naszą i tak niepełną załogę...
Podporucznik Tyc trafił na "Garlanda" właściwie "za karę". To on
dopuścił się wraz z kilkoma innymi młodymi oficerami "Błyskawicy" czynu,
niemającego w Marynarce precedensu: złożyli do KMW skargę na dowódcę
okrętu! Za nieudolne dowodzenie, wyrażające się nawet "komisyjnym"
robieniem zwrotów. Za obawy przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji. I wygrali! Dowódcę odwołano, a skarżących się rozesłano na inne okręty,
nawet bez dyscyplinarnych kar. I dlatego patrzą tu teraz na Antoniego
Tyca uważnie - jedni z pewną obawą, inni z szacunkiem: znakomity
przecież specjalista i wali prawdę prosto z mostu!
- Ot i trafił! - zaciąga z wileńska inżynier Gierżod i śmieje się
szeroko. Rozładowuje tym napiętą atmosferę. No bo rzeczywiście: nikt
sprawy na miejscu nie zbadał, ale od razu: "zawieszenie"! A skąd wziąć
następców, jeśli w Anglii są teraz tylko dwa polskie kontrtorpedowce i dwa okręty podwodne? Na awanse podchorążaków z "Iskry" i "Wilii" trzeba
jeszcze poczekać...
- Zawieszeni czy nie - konkluduje wreszcie kapitan Wojewódzki - ale
służbę ktoś pełnić musi!
Wieczorem zaś tego dnia biegnie w porcie aleksandryjskim od okrętu do
okrętu wieść: "Włochy wypowiedziały wojnę!"
Jest 10 czerwca 1940 roku.
Rozdział II
- Melduję, panie komandorze, że musimy trochę się tu pokręcić i poczekać
na naszego klienta...
Komandor porucznik Konrad Namieśniowski skinął podporucznikowi Tycowi
głową: od dnia, w którym objął dowództwo "Garlanda", minęło już trochę
czasu i zdążył się przyzwyczaić do jego niezbyt przepisowych meldunków.
Potem ulokował się wygodniej w załomie pomostu bojowego.
"Garland" szedł "małą naprzód" po gładkiej wodzie. Był wczesny rześki
świt: dopiero za kilka godzin poleje się z nieba sierpniowy skwar,
szczególnie dokuczliwy w tym najdalszym, wschodnim zakątku Morza
Śródziemnego. Byli bowiem u wejścia do zatoki Iskenderun i tureckiego
portu o tej samej nazwie. Stamtąd właśnie miał nadejść ów "klient"...
Pamięć podsunęła na chwilę inny obraz: idealnie gładkie lustro wody, a wokół - blisko! - wysokie, ośnieżone szczyty, zwieńczone lśniącą koronką
lodowca. Za prawą burtą Narvik. I ta przeżywana już po tysiąckroć od
tamtej pory chwila, kiedy to na "Groma" padają bomby, a okręt łamie się
w potwornym huku i dymie. A później lodowata, zmieszana z ropą woda...
Kiedy po wyjściu ze szpitala i krótkim odpoczynku zakomunikowano
Namieśniowskiemu w KMW, że ma objąć dowództwo "Garlanda", ucieszył się.
Wreszcie własny okręt! Na "Gromie" był tylko ZDO. Radość przygasła
nieco, gdy przedstawiono mu perypetie z okrętową artylerią i interwencją
admirała Cunninghama. Powiedziano mu, że trzeba zrobić tam porządek, a na dodatek dostał przestrogę: ma wziąć pod uwagę fakt, iż obecność
polskiej, wojennej bandery na Morzu Śródziemnym jest sprawą delikatną,
ponieważ Polska nie jest de facto w stanie wojny z Włochami. Na dowód
pokazano mu wywiad, udzielony w tej sprawie przez generała Sikorskiego
prasie brytyjskiej.
W Aleksandrii nie zastał już ani śladu po tamtym incydencie z artyleryjską centralą. Po prostu: sami znaleźli wreszcie defekt, sami go
usunęli. Jeden mały, parszywy kawałek drutu, tkwiący w zębatce
przekaźnika! To, czy maltańscy technicy zostawili go tam umyślnie, czy
przypadkiem, nie miało już znaczenia. Działa "Garlanda" biły jak diabli!
Pokazało to się jeszcze w połowie czerwca podczas wypadu pod Kretę,
kiedy "Garland" bardzo skutecznie odpędzał swym ogniem włoskie samoloty.
Powód całej afery odpadł więc, ale zostały rozkazy. Dlatego Doroszkowski
i Namieśniowski musieli się pożegnać. Rozstali się w dobrej komitywie.
Obaj "zawieszeni" oficerowie pozostali jednak - póki co - na swoich
stanowiskach.
Załoga przyjęła nowego dowódcę z uznaniem: był przecież z "Groma". On
sam zaś łapał się na tym, że porównuje wciąż swój nowy okręt z tamtym.
Choćby sylwetka: gdzież tam tej "dwukominówce" do pięknych, nowoczesnych
linii "Groma"! "Garland", zwodowany w roku 1935 w Glasgow, był tylko o rok starszy, ale ustępował niemal we wszystkim "Gromowi": przy swoich 98
metrach był o całe 16 metrów krótszy, węższy, a różnica w wyporności
bojowej sięgała blisko 150 ton. A uzbrojenie? "Grom" nosił siedem
120-milimetrowych dział artylerii głównej, dwie podwójne przeciwlotnicze
czterdziestki i dwa enkaemy6, a także dwie potrójne wyrzutnie
torped o kalibrze 550 milimetrów i cztery wyrzutnie bomb głębinowych,
cała zaś artyleria główna "Garlanda" składała się z trzech zaledwie
120-milimetrowych dział... Owszem: miał też dwie aż czterorurowe
wyrzutnie 533-milimetrowych torped i cztery wyrzutnie bomb głębinowych -
dwie rufowe i dwa miotacze na burtach - a także dość silne uzbrojenie
przeciwlotnicze, bo jedno działko kalibru 76 milimetrów i osiem enkaemów
- ale był powolniejszy: mógł osiągać prędkość 35 węzłów7,
podczas gdy "Grom" - 39.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki