21 sposobów na śmierć - Sarah Engell

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Trudno nagrać odgłos padającego śniegu. Za każdym razem, gdy mi się wydaje, że już go mam, rozprasza mnie dudnienie basu dochodzące z sali, w której trwa impreza. Może śnieg nie wydaje żadnego dźwięku? Ktoś chyba napisał o tym piosenkę. Nie pamiętam, jaki miała tytuł. Straciłam czucie w stopach. To głupota siedzieć w kucki na dworze w samym kostiumie ducha i w szmacianych adidasach.

Podmuch wiatru przerzuca śnieg i próbuje przysypać mnie tak samo jak drabinkę, piaskownicę i śmietniki. W atmosferze zbierają się krople wody, na których powstają ostre krawędzie. Suną przez szkolne podwórko i smagają mnie po twarzy - przez trzy otwory w materiale mające zapewnić mi przeżycie pod przebraniem.

Po drugiej stronie metalowego ogrodzenia - dzielnica Christianshav, fragmenty ulicznych latarń i siedmioramienne świeczniki bożonarodzeniowe pod opuszczonymi do połowy roletami. Za ciężarówką przemierzającą ulicę Prinsessegade ciągnie się warkot silnika. Drżące snopy reflektorów oświetlają śnieg, a pokrywający jezdnię biały puch zbija się pod oponami z cichym jękiem. Chrzęst, chrzęst. Potem znowu zapada cisza.

Trzymam w górze telefon, osłaniając go drugą ręką, żeby nie zmókł. Śnieg osiada na wierzchu mojej dłoni. Maciupeńkie kryształki o gwiezdnych ramionach.

Amalie: No co, debilko? Nie pasi ci nasza impreza?

Płatki śniegu tkwią przez krótką chwilę na wiadomości, zanim się roztopią. Wycieram je rąbkiem kostiumu i zapisuję nagranie z odgłosem śniegu w pamięci telefonu, chociaż nie wiem, czy mi się na coś przyda, jeśli już nigdy nie stworzę żadnej muzyki.

Amalie: Może nie wiesz, co ze sobą zrobić, kiedy ktoś się do ciebie odzywa? Skoro zawsze tylko zwiewasz

Po raz kolejny złości mnie, że telefon jest prezentem od mamy, więc nie mogę wyrzucić go w cholerę. Amalie ma gdzieś to, że ją ignoruję. Nie daje mi spokoju, tak samo jak padający śnieg, a ja jeszcze bardziej wszystko pogarszam przez to, że sterczę tutaj jak jakiś dziwoląg.

Amalie: Łatwo być mocną w gębie, kiedy masz kasy jak lodu, a tatuś wszystko ci załatwi - ale nie umiesz NIC!!!

Dziś przynajmniej ogranicza się do esemesów. Nienawidzę, kiedy wrzuca coś na Instagrama, gdzie może to zobaczyć cała klasa. A nawet cały świat, gdyby mu się chciało.

Zanim mnie wykluczono, uczestniczyłam w zakładaniu naszego wspólnego profilu "Najlepsza klasa w Christianshavns Skole". Grupa jest zamknięta, żeby nauczyciele nie widzieli, co się tam dzieje. Amalie usunęła mnie jako administratorkę i teraz to ona sprawuje niepodzielne rządy. Może zapraszać, kogo jej się żywnie podoba, i pisać, co dusza zapragnie. Tworzyć anonimowe ankiety na każdy idiotyczny temat. Na przykład czy jestem beztalenciem marzącym o karierze gwiazdy rocka. Dziewięćdziesiąt osiem procent głosujących uważa, że tak.

Powinnam była opuścić tę grupę zaraz po tym, jak się pokłóciłyśmy. Tak naprawdę to Amalie pokłóciła się ze mną. Jednak myślenie o tym, że inni wypisują tam różne rzeczy za moimi plecami, jest jeszcze gorsze. Chcę wiedzieć, co się tam dzieje, co się kryje za tą demonstracyjną ciszą, która zapada w sali, kiedy tylko przekraczam jej próg. Od dwóch miesięcy ludzie z klasy mówią o mnie właściwie tylko w trzeciej osobie. Istnieję w cyberprzestrzeni, ale nie w rzeczywistości - tu jestem wyłącznie kimś, na czyj widok chichoczą i kogo popychają, gdy przechodzą obok. Profil na Instagramie to mała szczelina prowadząca do świata, którego częścią przestałam być. Dziurka od klucza, przez którą mogę zajrzeć, aby sprawdzić, czy powinnam zachować jeszcze większą czujność.

Amalie: Do wszystkich, którzy to widzą: Stella jest obleśną zdzirą, więc dla własnego dobra trzymajcie się od niej z daleka. Podajcie to dalej!

Czasami można odnieść wrażenie, że umie czytać w moich myślach. Kiedy czuję ulgę, że wysyła mi tylko esemesy, ona tuż po tym wchodzi na Instagrama. Jej komentarz widać teraz na "Najlepszej klasie w Christianshavns Skole", skąd nie mogę go usunąć i gdzie może go przeczytać cała klasa. Chociaż jestem tutaj sama, czuję na sobie ich spojrzenia. Są wszędzie, tak jak płatki śniegu, a ja znikam. Znika moja wiara w siebie. W to, że ta sytuacja jest tylko przejściowa i wkrótce przeminie.

Kiedy jest mi najbardziej przykro, rozważam całkowite przejście w tryb offline. Wyłączenie telefonu i komputera, aby już nigdy więcej ich nie włączać. Tak byłoby najłatwiej: raz na zawsze pokazać faka cyberprzestrzeni. Ale nie mogę tego zrobić, bo to jedyne miejsce, w którym on się ze mną kontaktuje. On, o którym wciąż nie wiem, kim jest.

What doesn't kill you makes you stronger1. Telefon znów świeci i wibruje mi w ręce. Dzwoni Amalie. Patrzy na mnie niebieskimi oczami, jej dłonie układają się w kształt serca. To było dawno temu.

Najpierw ustawiłam jako dzwonek numetalowy kawałek Ademy, bo ich tekst jest bliższy prawdzie: What doesn't kill us makes us die2. Triumf w spojrzeniu Amalie, gdy podczas przerwy zadzwonił mi telefon, sprawił, że zmieniłam Ademę na Theory of a Deadman. Wokalista ma głęboki, wściekły głos, który ułatwia ignorowanie połączeń: I won't be no fool for you any longer. What doesn't kill you makes you stronger3.

Wybijam takt melodii tyłem telefonu, patrząc Amalie w oczy. Zdjęcie zrobiono moim smartfonem. Jest odrobinę nieostre, bo było wtedy ciemno. Amalie układa na nim usta jak do pocałunku.

Dzwonek urywa się w połowie refrenu. Nastaje cisza. Całujące usta znikają z ekranu, zastępuje je komunikat "Nieodebrane połączenie". Z reguły nikt niczego nie mówi. Ani do słuchawki, jeśli odbieram, ani na poczcie głosowej, jeśli tego nie robię. Słychać tylko szumiącą ciszę, niekiedy też stłumiony oddech albo zduszony chichot. Nie wiem, czy ignorowanie tych połączeń to mądry krok i czy Amalie kiedyś da sobie spokój. Być może wymyśli coś jeszcze gorszego.

Amalie: Ty mała fałszywa żmijo. Nie kumam, jak mogłyśmy się przyjaźnić!

Na Instagramie nie ma czegoś takiego jak nieodebrane połączenie. Wszystko zostaje tam na zawsze. Nawet gdy umrę, profil naszej klasy wciąż tam będzie. Cyfrowy nagrobek, na którym każdy może coś napisać.

Poprawiam otwór na usta, żeby łatwiej mi się oddychało. Syntetyczny materiał klei się do twarzy, mokry od roztopionego śniegu i ciepła wydzielanego przez ciało. Czasami nienawidzę swojego makabrycznego poczucia humoru. Amalie oczywiście nie skumała symboliki. Najwidoczniej muszą się pojawić prawdziwi umarli. Jak w przypadku tej angielskiej nastolatki z MySpace, Megan Meier. Miała czternaście lat.

Powiesiła się w swojej szafie na plastikowym różowym pasku. Następnego dnia była najpopularniejszą dziewczyną w klasie. Upamiętniające ją strony polubiło kilka tysięcy osób, także jej prześladowcy. Po tym, jak ciągłym nękaniem wpędzili ją do grobu, pisali: "Tęsknimy za Tobą, spoczywaj w pokoju", z emotkami serduszek.

To mam na myśli, kiedy mówię, że muszą się pojawić prawdziwi umarli, a nie tylko ludzie w kostiumach ducha.

Amalie: Zniszczyła wszystko. WSZYSTKO

Podwijam nieco rękawy kostiumu, naciskam trzy razy znak zapytania i wysyłam komentarz. Mam nadzieję, że w ten sposób wypłoszę Amalie z Instagrama.

Stella: ???

Amalie: Debilko, nie umiesz czytać?

Amalie: Jesteś, kurwa, obrzydliwa. Fuj!

Stella: Czemu?

Amalie: Tak uważamy. Okej? Okiiiii?

Stella: Jacy "my"?

Amalie: WSZYSCY

Stella: :'-(

Amalie: Tak, rycz, luzerko

Amalie: Wydaje ci się, że coś znaczysz, ale powinnaś zdechnąć!

Zaciskam powieki. Wokół mnie wiruje śnieg, a ja pragnęłabym nie mieć na głowie tego durnego prześcieradła, tylko być prawdziwym duchem. Przezroczystym i nieważkim jak pusta plastikowa siatka targana przez wiatr. Marzę o tym, żeby poszybować wysoko nad szkolnym podwórkiem, bez uczucia mdłości ani pieczenia w gardle.

Nic nie zadziałało. Przepraszałam, płakałam, obiecywałam niestworzone rzeczy i uciekałam ze szkoły, chociaż strasznie się boję, że tata to wykryje. Wszystko po to, żeby nie rzucać się w oczy i pokazać Amalie, że wygrała. Opuszczałam nawet lekcje muzyki, mimo że to mój ulubiony przedmiot i zwykle nie mogę się doczekać kolejnych zajęć. Teraz to jeden z najgorszych przedmiotów w naszym planie lekcji. Za każdym razem, gdy biorę się w garść i przychodzę na muzykę, robię z siebie pośmiewisko, bo z nerwów nie trafiam w struny gitary albo nie jestem w stanie wydobyć z gardła żadnego dźwięku.

Tylko to wywołuje uśmiech na jej twarzy. Widok mnie, gdy powoli cała się rozsypuję.

Amalie: Nie mówię tego dla zabawy, czaisz?

Amalie, możesz być spokojna. Odtąd będę realizowała misję "Zachowuj się, jakby nigdy nic". Misję "Żywy trup".

Amalie: CZAISZ??!

Klik. Opuszczam rozmowę. Sprawdzam na telefonie, która godzina. Dopiero wpół do dziewiątej. Do przyjazdu taty zostały dwie i pół godziny. Tak bardzo chciałabym po niego zadzwonić, ale nie mogę znieść tego, jak na mnie patrzy. Jakby się bał, że ja już się rozsypałam.

Tak jak mama.

Amalie: Halloooooo!!!

Ekran rozświetla się w ciemności. Wyłączam go, wyciszam dźwięk i wkładam telefon do kieszeni spodni.

Kiedy się podnoszę, mrowi mnie w stopach. Kostium ducha ubrudził się na dole. Stoję z ramionami opuszczonymi wzdłuż ciała i wpatruję się w otaczającą mnie biel. Niski budynek z toaletami dla dziewcząt. Komórka na narzędzia szkolnego konserwatora. Huśtawki, na których siadałyśmy z Amalie, gdy padał deszcz. Miałyśmy to wszystko tylko dla siebie - całe podwórko, cały świat, całą przyszłość.

Czasami Amalie przemycała do szkoły red bulla albo fajki. Siedziałyśmy ze zwisającymi nogami każda na swojej huśtawce, pokazując faka niemieckiemu, matematyce i śmiertelnie nudnemu normalnemu życiu, którego my na pewno nie zamierzałyśmy prowadzić. Huśtałyśmy się na wyścigi, coraz wyżej i wyżej. Kofeina krążyła nam we krwi, w uszach dźwięczał nasz wspólny śmiech, a ja, wzbijając się w powietrze na skrzypiącej oponie samochodowej, zapominałam o domowych sprawach. O tym, że zdarzają się też nieszczęśliwe zakończenia.

Huśtawki wiszą teraz nieruchomo. Czarne opony i drewniane belki przykrywa warstwa śniegu. Oprócz mnie na szkolnym podwórku nie ma nikogo. Śnieg przemoczył mi adidasy i skarpety. Mam wrażenie, jakby moje stopy otaczała obrzydliwa masa papierowa wymieszana z klejem do drewna i lodowatą wodą z kranu. Nie mam najmniejszej ochoty tutaj być, ale kiedy tata dostrzegł zaproszenie w koszu na śmieci, wyjął je stamtąd i powiedział, że to ważne, abym wychodziła do ludzi. Że muszę żyć dalej, chociaż mamy nie ma już z nami. "Od czterech miesięcy się nie uśmiechnęłaś - stwierdził. - Skupienie się na czymś innym dobrze ci zrobi. Zabawa z przyjaciółmi".

Nie mogłam się przemóc, żeby mu wyjaśnić, co się dzieje w szkole. Ma dość własnych zmartwień. Poza tym się tego wstydzę. Wstydzę się bycia tą, która została odtrącona przez resztę. Ojcu się wydaje, że jestem typem bojowniczki, tak jak kiedyś mama. Nie wie, że każdego dnia myślę o śmierci.

Wyświetlacz telefonu rozjaśnia się pod moim dotykiem. Poruszając palcami u stóp, patrzę na zegarek. Nie mogę tutaj sterczeć i gapić się bezmyślnie przez dwie i pół godziny.

Niechętnie ruszam z miejsca po śliskiej i grubej warstwie śniegu. Pochylam plecy i prostuję palce u rąk, kiedy zmierzam z powrotem do głównego wejścia. Wracam na imprezę, z której właśnie uciekłam. Ze szczelin szkolnego budynku sączy się głęboki bas, wpływa prosto do mojego ciała, umpa, umpa umpa, umpa.

U wejścia do sali, w której trwa impreza, wisi baner z krwawymi odciskami dłoni i napisem: KEEP OUT4. Szeleści jak plastik, gdy odciągam go na bok i wchodzę.

Podłoga drży od wibrującego basu. Są tu sztuczne pająki i wyszczerzone trupie czachy, a reszta osób z klasy wciąż ma na sobie maski. W moją stronę odwracają się twarze zakryte lateksem, silikonem, ciemne habity i wielkie nietoperzowe okulary z lusterkami. Ignoruję ich spojrzenia. Jestem białym prześcieradłem szybującym dziesięć centymetrów nad parkietem. Nie żyję.

Podpływam do długiego stołu z bufetem, ale całe jedzenie już zostało uprzątnięte. Na czarnym obrusie leżą karteczki, wcześniej poprzyklejane do misek i tac: "szczurze mózgi", "dziecięce palce", "zepsute zęby". Złości mnie, że nie zjadłam więcej, gdy wreszcie miałam możliwość napełnić żołądek czymś bardziej treściwym. Miseczki ze słodyczami stoją opróżnione. Tak samo tacki z chipsami. Na jednej z nich leży odrąbane ramię.

Napojów za to nie brakuje. Butelki pomalowano na bordowy kolor i strzeże ich czaszka o czarnych oczodołach. Wybieram coś, co wygląda jak malinowa oranżada. "Wampirza krew" - napisano na etykiecie. Odkręcam zakrętkę i upijam łyk.

Amalie ciągle się na mnie gapi. W obcisłej czarnej lateksowej sukience z gigantycznymi skrzydłami z piór na plecach i z szeroką gotycką obrożą na szyi ma przedstawiać anioła śmierci. Na utlenionych włosach ma czarne doczepy, całość upięła w wysoką fryzurę na czubku głowy. Nie widzę jej twarzy, tylko niebieskie oczy świecące w moją stronę przez otwory w czarnej masce. W ręce trzyma telefon.

Tak samo jak Nicoline, która siedzi na stole, wymachując nogami w lakierowanych czarnych kozakach. Jej wyzywający kostium diabła ma głęboki dekolt i dobrze się komponuje z utapirowanymi rudymi włosami. Piegi ukryła pod grubą warstwą makijażu, a z powodu sztucznych rzęs z brokatem trudno stwierdzić, czy na mnie patrzy.

Biorę wampirzą krew i siadam na krześle pod ścianą. Po parkiecie prześlizgują się pasma pomarańczowego i żółtego światła. Zarówno Filippa, jak i Lucy przebrały się za wiedźmy. Mają szpiczaste czarne kapelusze, a spod miniówek wystają im gumki podtrzymujące pończochy. Tańczą z Drakulą i Darthem Vaderem, czyli Emilem i Janusem. Filippa mnie dostrzega i gestem pyta: "Wszystko okej?". Unoszę butelkę jak do toastu i łykam trochę napoju. Lucy podąża wzrokiem za spojrzeniem Filippy i obydwie patrzą na moje mokre przebranie - Lucy ze wstrętem, Filippa ze współczuciem.

Tańczący naprzeciwko nich Emil i Janus nieruchomieją. Oni także zwracają głowy w moją stronę. Z ust Emila wystają białe kły. Chciałabym, żeby je we mnie wbił. Wwiercił je w moje gardło, tam gdzie skóra jest najdelikatniejsza. Ale on, rzecz jasna, wraca do tańca, a ja siedzę ze swoją wampirzą krwią i czuję się jak idiotka z powodu przyspieszonego oddechu i nagłego uczucia gorąca z boku szyi.

Kiedyś wybiegłabym na parkiet. Wtedy, gdy ja i Amalie wciąż byłyśmy przyjaciółkami, a na imprezach świetnie się bawiłam. Wystąpiłabym też razem z kapelą, a Emil stałby pod sceną, na samym przodzie, i nie odwracałby wzroku, tylko patrzyłby mi prosto w oczy za każdym razem, gdy uniosłabym głowę znad gitary.

Wciąż czuję mrowienie w ciele na wspomnienie okazywanej mi przez niego uwagi - a także ogarniającej mnie złości, gdy po koncercie musiałam zgrywać obojętną, bo wiedziałam, że pierwszeństwo ma Amalie. Umówiłyśmy się, że każda z nas może zaklepać dla siebie chłopaka, jeśli jako pierwsza oznajmi, że jest nim zainteresowana. Na nieszczęście Amalie pierwsza wskazała Emila. Co z tego, że nie udało jej się go poderwać, chociaż próbowała przez prawie całą ósmą klasę, skoro zapomniałyśmy ustalić termin obowiązywania naszej umowy i dlatego nie uległa ona przedawnieniu. Nigdy o tym nie wspominałam. Nie miałam odwagi. Być może już wtedy przeczuwałam, że jeśli nadepnę Amalie na odcisk, rozpęta się prawdziwe piekło.

Teraz jest już za późno. Klasa podzieliła się na mnie i na nich. I Emil należy do nich.

Muzyka zmienia się na Kelly Clarkson. Lucy piszczy z zachwytu. Oplata ramionami Emila i Filippę i wraz z Janusem w swoim ciasnym kręgu podskakują w rytm piosenki. Drakula, Darth Vader i dwie wiedźmy w szpiczastych kapeluszach.

Podczas tańca Filippa znów łowi moje spojrzenie, tym razem błyskawicznie. Nasz sekretny kontakt wzrokowy zwykle podnosi mnie na duchu, ale nie dziś. Nie kiedy tańczy z Emilem. Próbuję odwrócić wzrok, ale moje spojrzenie wciąż do nich wraca.

Filippa to jedyna przyjaciółka, jaka została mi w klasie. Ostatnia, która wciąż ze mną rozmawia, ale tylko w ukryciu, w miejscach, gdzie nikt nas nie widzi - w szkolnych toaletach, w komórce rowerowej i w naszych domach. Boi się, że zostanie wykluczona ze swojej paczki, i w sumie mogę to zrozumieć. Mimo to codziennie mam nadzieję, że stanie w mojej obronie i nie wyprze się naszej przyjaźni, bez względu na konsekwencje.