Rozdział III
Perła warta dziesięć milionów
Nadeszła noc. Udałem się na spoczynek, ale spałem niezbyt dobrze. Główną rolę w moich snach odgrywały rekiny i wydawało mi się, że zarazem trafna i nietrafna jest etymologia, według której wyraz "rekin" pochodzi od łacińskiego requiem50.
Nazajutrz o czwartej rano obudził mnie steward, którego kapitan Nemo przydzielił do moich usług. Czym prędzej wstałem, ubrałem się i poszedłem do salonu.
Kapitan Nemo już mnie tam oczekiwał.
- Panie Aronnax, czy jest pan gotów do drogi? - zapytał
- Jestem gotowy.
- Wobec tego proszę ze mną.
- A moi towarzysze, kapitanie?
- Zostali uprzedzeni i czekają na nas.
- Nie włożymy skafandrów? - zapytałem.
- Jeszcze nie teraz. Nie pozwoliłem "Nautilusowi" zbliżać się do wybrzeża, jesteśmy więc dość daleko od ławicy Mannar. Kazałem jednak przygotować łódź, która nas zawiezie na miejsce i tym sposobem oszczędzi nam dość długiej wędrówki. Nasze stroje nurków są w tej łodzi. Włożymy je w chwili, gdy się rozpocznie podmorska wycieczka.
Kapitan Nemo zaprowadził mnie do centralnych schodów, wiodących na platformę. Tu zastałem już Neda i Conseila, zachwyconych myślą o czekającej ich "przyjemnej rozrywce". Pięciu marynarzy z "Nautilusa", z wiosłami w ręku, oczekiwało nas w łodzi przycumowanej linką do burty statku.
Noc była jeszcze dość ciemna. Gęste chmury okrywały niebo, na którym ledwie można było dostrzec kilka gwiazd. Zwróciłem wzrok w stronę lądu, tam jednak zobaczyłem tylko mgliste zarysy linii, utworzonej z trzech czwartych części widnokręgu ciągnącej się z południowego zachodu na północny zachód. "Nautilus", który nocą opłynął zachodnie wybrzeże Cejlonu, znajdował się teraz na zachód od zatoki albo raczej cieśniny utworzonej przez ten ląd i wyspę Mannar. Tu pod ciemnymi wodami rozciągała się ławica ostryg perłorodnych, niewyczerpane pole perłowe, mające przeszło dwadzieścia mil morskich długości.
Kapitan Nemo, Conseil, Ned i ja usiedliśmy w tyle łodzi. Marynarz sterujący łodzią stał z przodu, a jego czterej towarzysze wspierali się na wiosłach. Odwiązano linkę i odpłynęliśmy od "Nautilusa".
Łódź skierowała się na południe. Wioślarze się nie spieszyli. Zauważyłem, że ich wiosła, głęboko zanurzane w wodzie, uderzały regularnie co dziesięć sekund, według metody ogólnie przyjętej w marynarce wojennej. Podczas gdy łódź płynęła swoim torem, rozpryskujące się kropelki wody padające na czarne bałwany morza podobne były do roztopionego ołowiu. Niewielkie fale przybywające od strony otwartego oceanu łagodnie kołysały na boki łodzią, a niektóre rozbijały się lekko o jej dziób.
Siedzieliśmy w milczeniu. O czym myślał kapitan Nemo? Być może o tej ziemi, do której teraz zbliżaliśmy się, która wydawała mu się zbyt bliska, w przeciwieństwie do Kanadyjczyka, dla którego leżała zbyt daleko. Co do Conseila, ten był zwyczajnie zaciekawiony.
Około wpół do szóstej pierwszy brzask na widnokręgu wyraźniej oznaczył wyższą linię wybrzeży. Dość równa i płaska na wschodzie, podnosiła się nieco ku południu. Pięć mil morskich oddzielało nas jeszcze od brzegów, które, mieszając się z wodami, ginęły we mgle. Morze było puste na przestrzeni między brzegami i łodzią - żadnych statków ani nurków. Głęboka cisza i samotność panowały w tym miejscu spotkań poławiaczy pereł. Jak już to powiedział kapitan Nemo, przybywaliśmy w te strony o cały miesiąc za wcześnie.
O szóstej rozwidniło się nagle z szybkością właściwą strefom tropikalnym, w których nie ma ani świtów, ani zmierzchów. Promienie słoneczne przebiły zasłonę z chmur nagromadzonych na wschodnim horyzoncie i promienna gwiazda dzienna szybko się wznosiła.
Teraz wyraźnie widziałem ziemię i rosnące tu i ówdzie drzewa.
Łódź zmierzała w kierunku wyspy Mannar, która zaokrągla się od strony południowej. Kapitan Nemo podniósł się z ławki i spoglądał na morze.
Na dany przez niego znak rzucono kotwicę, a łańcuch jej ledwie się rozwinął, gdyż dno znajdowało się na głębokości nie większej niż metr. Był to jeden z najwyższych punktów ławicy perłopławów. Łódź zaraz się obróciła popychana odpływem, który znosił ją na otwarte morze.
- Jesteśmy na miejscu, panie Aronnax - rzekł wówczas kapitan Nemo. - Widzi pan tę ściśniętą zatokę? To tutaj właśnie za miesiąc zbiorą się liczne statki poławiaczy i w tych wodach nurkowie będą robić śmiałe poszukiwania. Położenie zatoki jest bardzo dogodne do tego rodzaju połowów, jest bowiem osłonięta od silniejszych wiatrów. Morze nigdy tu nie jest bardzo wzburzone, a ta okoliczność bardzo sprzyja pracy nurków. Teraz założymy skafandry i rozpoczniemy przechadzkę.
Nic na to nie odpowiedziałem i patrząc na te podejrzane wody, zacząłem przy pomocy marynarzy wkładać na siebie ciężkie podmorskie ubranie. Kapitan Nemo i dwaj moi towarzysze także się ubierali. Żaden z ludzi z "Nautilusa" nie miał nam towarzyszyć w tej wycieczce.
Wkrótce byliśmy aż po szyje uwięzieni w kauczukowych ubraniach, a szelki przytrzymywały nam na plecach aparaty z powietrzem. Nie dostaliśmy jednak aparatów Ruhmkorffa. Przed włożeniem głowy w miedzianą kapsułę zwróciłem na to uwagę kapitanowi.
- Nie będziemy potrzebowali tych aparatów - odpowiedział. - Nie zejdziemy na wielkie głębiny, a więc promienie słoneczne dostatecznie rozjaśnią nam drogę. Zresztą byłoby nieroztropnie zabierać pod wodę lampy elektryczne. Ich światło mogłoby nieoczekiwanie ściągnąć któregoś z niebezpiecznych mieszkańców tych wód.
Gdy kapitan wypowiadał te słowa, odwróciłem się do Conseila i Neda Landa, ale ci dwaj przyjaciele mieli już głowy zamknięte w metalowych kulach, nie mogli więc ani słyszeć, ani odpowiadać.
Postanowiłem zadać kapitanowi Nemo jeszcze jedno pytanie.
- A nasza broń? - spytałem. - Nasze strzelby?
- Strzelby! A po co nam one? Czyż wasi górale nie walczą z niedźwiedziem tylko ze sztyletem w ręku? Czyż stal nie jest pewniejsza od ołowiu? Oto solidne ostrze! Zatknij je pan za pas i ruszajmy w drogę.
Spojrzałem na moich towarzyszy. Byli uzbrojeni tak samo jak my, a ponadto Ned Land wywijał potężnym harpunem, który przed opuszczeniem "Nautilusa" włożył do łodzi.
Potem, idąc za przykładem kapitana, dałem sobie nakryć głowę ciężką miedzianą kulą i natychmiast zaczęły działać nasze zbiorniki powietrza.
Chwilę później marynarze z łodzi wysadzili nas jednego po drugim i na głębokości półtora metra postawiliśmy stopy na gładkim piasku. Kapitan Nemo skinął na nas ręką, byśmy szli za nim. Schodząc po lekkiej pochyłości, zniknęliśmy pod falami.
Tu opuściły mnie niepokojące mą świadomość myśli. Znowu stałem się nadzwyczajnie spokojny. Łatwość poruszania się i swoboda ruchów wzmacniała moje zaufanie, a zadziwiające widoki żywo zajmowały moją wyobraźnię.
Słońce przesyłało już pod wodę dostateczną ilość promieni, by można było rozpoznawać najdrobniejsze przedmioty. Po dziesięciu minutach marszu zeszliśmy na głębokość pięciu metrów, gdzie dno było prawie płaskie.
Na nasz widok niby stada kszyków na bagnach zrywały się gromady ciekawych ryb z rodzaju Monopterus51, którego przedstawiciele nie posiadają żadnych płetw oprócz jednej, umieszczonej przy ogonie. Poznałem zaraz jawajczyka52, istnego węża długiego na osiem decymetrów, z sinym brzuchem, którego łatwo można było pomylić z węgorzem morskim, gdyby nie miał złocistych pręg po bokach. Z rodzaju Stromateus, których ciało jest owalne, równie długie jak szerokie i ściśnięte, widziałem błyszczyki53 o najpiękniejszych barwach, noszące swoją płetwę grzbietową jak kosę. Są to ryby jadalne, które ususzone lub zamarynowane stanowią wyborną potrawę, znaną pod nazwą karawade. Widziałem także tranguebary54 należące do rodzaju Aspidophoroides55, których ciało okryte jest łuskowatym pancerzem w ośmiu podłużnych pasach.
Stopniowe podnoszenie się słońca coraz bardziej rozjaśniało masy wód. Grunt z wolna się zmieniał. Po drobnym piasku mieliśmy prawdziwą drogę z zaokrąglonych kamieni, zasłaną kobiercem mięczaków i zwierzokrzewów. Pomiędzy okazami tych dwóch działów zwierząt zauważyłem ostrygi szkliste56 o skorupkach cienkich i nierównych, z gatunków ostryg charakterystycznych dla wód Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego; pomarańczowe lucyny o kolistych muszlach; świderki szydłowate; "purpury perskie", które dostarczały "Nautilusowi" wspaniałego barwnika; "rogate skałki" długie na piętnaście centymetrów, sterczące pod wodą niby gotowe cię pochwycić dłonie; Turbinelle z rogowymi skorupami, całe najeżone kolcami; wiesionki, anatiny, jadalne małże, dostarczane w dużych ilościach na targowiska Hindustanu; lekko świecące meduzy zwane pelagiami; wreszcie wspaniałe oczkowce wachlarzowate57, cudowne wachlarze, które tworzą jedną z najbardziej bujnych form drzewiastych tych mórz.
Pośród tych żywych roślin i pod altanami flory wodnej biegały niezdarnie legiony stawonogów, w szczególności żabokraby zębate58, których skorupa tworzy nieco zaokrąglony trójkąt, kraby pustelniki59 zamieszkujące jedynie w tych okolicach oraz ohydne nasrożenie60, których widok, jak się na nie patrzy, budzi wstręt. Nie mniej szkaradnym stworzeniem, które kilkakrotnie spotkałem, był obserwowany przez Darwina potworny krab, któremu natura dała instynkt i siłę potrzebną do tego, aby mógł się żywić orzechami kokosowymi. Włazi on na przybrzeżne drzewa, strząsa orzechy, które upadając, tłuką się, i otwiera je potężnymi szczypcami. Tu, w przezroczystych wodach, krab ten biegał z nieporównaną zwinnością, podczas gdy żółwie morskie, z gatunku spotkanego na Wybrzeżu Malabarskim, wolno i z trudnością poruszały się między odłamkami skał.
Około siódmej stąpaliśmy już po ławicy ostryg perłorodnych, na której perłopławy odradzają się milionami. Owe cenne mięczaki przylegały do skał i były do nich silnie przymocowane swoim bisiorem brunatnego koloru, który im nie pozwala przenosić się z miejsca na miejsce. Pod tym względem ostrygi stoją niżej od innych małży, którym natura nie odmówiła możliwości przemieszczania się.
Perłopław Meleagrina, rodzicielka pereł, którego dwie skorupki są mniej więcej jednakowej wielkości, ma kształt zaokrąglonej muszli z grubymi ścianami, chropowatymi na zewnątrz. Niektóre z tych muszli wyglądały, jakby były zbudowane z kilku warstw cienkich zielonych pasków rozchodzących się promieniście ze szczytu. To były młode ostrygi. Inne, z powierzchnią szorstką i czarną, stare, liczące dziesięć lat i więcej, miały do piętnastu centymetrów szerokości.
Kapitan Nemo wskazał mi ręką na to wspaniałe nagromadzenie perłopławów i zaraz zrozumiałem, że była to kopalnia doprawdy niewyczerpalna, gdyż siła twórcza przyrody znacznie przewyższa niszczący instynkt człowieka. Ned Land, wierny temu instynktowi niszczenia, skwapliwie zapełniał najpiękniejszymi mięczakami siatkę, którą miał u pasa.
Nie mogliśmy się jednak zatrzymać. Trzeba było podążać za kapitanem, który wydawał się iść znaną sobie trasą. W tej chwili dno znacznie się wznosiło i niekiedy, wyciągając rękę, sięgałem powierzchni wody. Potem ławica zaczęła się nierównomiernie obniżać. Często okrążaliśmy wysokie, wysmukłe skały sterczące na kształt spiczastych piramid. W ich mrocznych zakamarkach wielkie skorupiaki, sterczące na swych wysokich odnóżach, patrzyły na nas nieruchomymi ślepiami, a pod naszymi nogami pełzały stonogi, wieloszczety61 z rodzajów Glycera i Scoloplos oraz pierścienice, wyciągające swoje nad wyraz długie antenki i rurkowe macki.
W pewnym momencie otworzyła się przed nami obszerna grota wydrążona w malowniczej gromadzie skał udekorowanych najpiękniejszą podmorską florą. Początkowo grota wydała mi się zupełnie ciemna. Zdawało się, że promienie słoneczne stopniowo w niej gasły. Ich nieokreślona, zamglona przezroczystość jakby roztapiała się w wodzie.
Kapitan Nemo wszedł do groty, a my za nim. Moje oczy wkrótce przyzwyczaiły się do tego względnego mroku. Przypatrywałem się kapryśnym zagięciom sklepienia, które wspierało się na naturalnych słupach, szeroko osadzonych na granitowej podstawie, niby ciężkie kolumny toskańskiej architektury. Dlaczego nasz niepojęty przewodnik zaprowadził nas w głąb tej podmorskiej krypty? Niebawem miałem się tego dowiedzieć.
Zszedłszy po dość spadzistej pochyłości, zeszliśmy na dno swego rodzaju okrągłej studni. W tym miejscu kapitan Nemo zatrzymał się i ręką wskazał na przedmiot, którego jeszcze do tej pory nie spostrzegłem.
Była to nadzwyczajnych rozmiarów ostryga, tridakna olbrzymia, niby gigantyczna chrzcielnica, w której zmieściłoby się jezioro wody święconej, koncha, której długość przekraczała dwa metry, a więc większa od tej, jaka ozdabiała salon "Nautilusa".
Zbliżyłem się do tego fenomenalnego mięczaka. Swoim bisiorem przylegał do granitowej tablicy i na niej samotnie rozwijał się w cichych wodach jaskini. Oceniłem ciężar tej tridakny na jakieś trzysta kilogramów. Otóż taka ostryga mogła mieć piętnaście kilogramów mięśni, i trzeba by posiadać żołądek jakiegoś Gargantui62, by móc pochłonąć kilka tuzinów takich ostryg.
Oczywiście kapitan Nemo wiedział o istnieniu tej dwuskorupowej muszli. Odwiedzał ją nie po raz pierwszy - sądziłem, że prowadząc nas w to miejsce, chciał nam tylko pokazać osobliwość natury. Pomyliłem się. Kapitan Nemo miał swój własny interes w poznaniu aktualnego stanu tej tridakny.
Obie skorupy mięczaka były na wpół otwarte. Kapitan zbliżył się do niej, wsunął swój sztylet między obie skorupy, tak żeby nie mogły się zamknąć, a potem ręką podniósł u brzegów obszytą frędzlami błonkowatą tunikę, tworzącą płaszcz zwierzęcia.
Tam, między liściowatymi fałdami, zobaczyłem wolną perłę wielkością dorównującą orzechowi kokosowemu. Jej kulisty kształt, doskonała przezroczystość i przedziwny blask czyniły z niej klejnot nieocenionej wartości63. Popędzany ciekawością, wyciągnąłem rękę, żeby ją wyjąć, zważyć, choćby dotknąć! Kapitan jednak powstrzymał mnie i wyciągnąwszy szybkim ruchem sztylet, pozwolił, aby zamknęły się połówki muszli.
Zrozumiałem wówczas, jaki był zamiar kapitana Nemo. Zostawiając tę perłę osłoniętą ciałem olbrzymiego małża, pozwalał jej nieznacznie wzrastać. Z każdym rokiem wydzielina mięczaka dodawała do niej nowe koncentryczne warstwy. Tylko kapitan znał grotę, gdzie "dojrzewał" ten zachwycający owoc natury, że tak powiem, sam niejako go hodował, aby pewnego dnia przenieść go do swego cennego muzeum. Może nawet, idąc za przykładem Chińczyków i Hindusów, sam spowodował utworzenie tej perły, kładąc pod fałdy mięczaka kawałek szkła lub metalu, który potem z wolna okrywał się materią perłową. W każdym razie, porównując ową perłę z tymi, które do tej pory widziałem, i z tymi, które ozdabiały kolekcję kapitana, oceniłem jej wartość na co najmniej dziesięć milionów franków. Ten bardzo ciekawy i okazały cud natury nie mógł się jednak stać klejnotem, bo nie wiem, jakie ucho kobiece zdołałoby go udźwignąć.
Skończyła się wizyta u bogatej tridakny. Kapitan Nemo opuścił grotę i razem z nim wstępowaliśmy na ławicę małży perłorodnych, wędrując pośród przezroczystych wód, których nie niepokoiła jeszcze praca nurkujących poławiaczy.
Szliśmy, każdy osobno, niczym prawdziwi spacerowicze, zatrzymując się lub oddalając według własnej fantazji. Jeśli chodzi o mnie, wcale już nie obawiałem się niebezpieczeństw, którymi wcześniej była wypełniona moja wyobraźnia. Dno morza podnosiło się wyraźnie ku powierzchni wód i wkrótce z głębokości metra moja głowa wysunęła się ponad poziom oceanu. Conseil przyłączył się do mnie i przyłożywszy swą metalową kulę do mojej, mruganiem oczu przesyłał mi przyjacielskie pozdrowienie. To wzniesienie dna morskiego ciągnęło się zaledwie na odcinku kilku sążni i znowu weszliśmy w głąb naszego wodnego żywiołu. Wydaje mi się, że miałem już teraz prawo tak go nazywać.
Dziesięć minut później kapitan Nemo nagle się zatrzymał. Pomyślałem, że przystanął by skręcić i powrócić tą samą drogą, ale nie. Skinieniem ręki kazał nam się skupić wokół niego w głębi szerokiego wydrążenia skały. Jego wyciągnięta ręka skierowana była ku pewnemu punkowi płynnej masy. Z uwagą popatrzyłem w tym kierunku.
Pięć metrów ode mnie ukazał się cień i opuszczał się aż na dno. Przez moją głowę znowu przemknęła niepokojąca myśl o rekinach. Jednak się myliłem. Tym razem jeszcze nie mieliśmy do czynienia z potworami oceanu.
Był to człowiek, żywy człowiek, Hindus o ciemnej skórze, poławiacz pereł, który zapewne wyruszył, aby coś zdobyć przed porą zbiorów. Dostrzegłem dno jego łodzi zakotwiczonej o kilka stóp nad jego głową. Co pewien czas zanurzał się i następnie wypływał. Między stopami ściskał kamień połączony z łodzią sznurem, ociosany w kształt głowy cukru64, służący mu do szybszego spuszczania się na dno morza. Było to całe wyposażenie tego nurka. Opuściwszy się na dno położone na głębokości około pięciu metrów, człowiek ten natychmiast klękał i napełniał swój worek perłopławami, zbieranymi na chybił trafił. Potem wypływał na powierzchnię, opróżniał swój worek, wyciągał z wody kamień i na nowo rozpoczynał operację, która za każdym razem nie trwała dłużej niż trzydzieści sekund.
Nurek ten nie widział nas, ukrytych w cieniu skały. A zresztą, jak mógł ten biedny Hindus przypuszczać, że pod wodą były podobne do niego istoty ludzkie, śledziły jego ruchy i nie traciły najmniejszego szczegółu jego połowów?
Tym sposobem kilkakrotnie wypłynął i ponownie się zanurzył, a za każdym nurkowaniem wynosił nie więcej jak kilkanaście perłorodnych ostryg. Musiał bowiem wyrywać je z ławicy, do której przyczepione były silnym bisiorem. A ile ostryg pozbawionych było tych pereł, dla których narażał swoje życie!
Przyglądałem mu się z natężoną uwagą. Manewry jego odbywały się regularnie i przez pół godziny zdawało się, że nie zagraża mu żadne niebezpieczeństwo. Oswajałem się więc z widowiskiem tych zajmujących połowów, gdy nagle zobaczyłem, jak klęczący na dnie morza Hindus obrócił się przerażony, podniósł i skoczył, by wypłynąć na powierzchnię wody.
Zrozumiałem jego przestrach. Nad nieszczęśliwym nurkiem ukazał się olbrzymi cień. Był to niezwykłej wielkości rekin, opuszczający się po linii przekątnej z rozwartymi szczękami!
Oniemiałem z przerażenia i nie byłem w stanie zrobić jakiegokolwiek ruchu.
Żarłoczne zwierzę jednym silnym uderzeniem płetwy rzuciło się na Hindusa, który zręcznie odskoczył na bok i uniknął zębów rekina, ale nie uderzenia jego ogona, który trafił go w pierś i powalił na podłoże.
Wszystko to trwało może zaledwie parę sekund. Rekin powrócił i obracając się na grzbiet, zabierał się do przecięcia swej ofiary na dwoje, gdy siedzący przy mnie kapitan Nemo zerwał się nagle na równe nogi i ze sztyletem w ręku ruszył na potwora, gotów stoczyć z nim śmiertelny bój.
Żarłacz, w chwili gdy już miał capnąć nieszczęśliwego rybaka, spostrzegł nowego przeciwnika, obrócił się ponownie na brzuch i szybko skierował się ku niemu.
Do dzisiaj widzę postawę kapitana Nemo. Spokojny, skupiony w sobie, z przedziwnie zimną krwią czekał na strasznego żarłacza, a gdy ten rzucił się ku niemu, kapitan ze zdumiewającą zręcznością uniknął uderzenia i po rękojeść wbił mu w brzuch sztylet. Nie był to jednak koniec straszliwej walki, lecz dopiero jej początek.
Rekin, że tak się wyrażę, zaryczał. Krew strumieniami tryskała z jego rany. Wody zabarwiły się na czerwono i przez ten nieprzezroczysty płyn nic już nie byłem w stanie zobaczyć.
Tak było aż do momentu, gdy przy smudze światła przebijającej się przez chmury znów ujrzałem zuchwałego kapitana, jak wciąż trzymając płetwę potwora, walczył z nim zawzięcie, prując uderzeniami sztyletu brzuch nieprzyjaciela, jednak nie mogąc zadać mu ostatecznego ciosu, to jest ugodzić go prosto w serce. Żarłacz, szamocząc się, tak wściekle wzburzał wodę, że od jej wirowania o mało się nie przewróciłem.
Chciałem biec na pomoc kapitanowi, ale zdjęty przerażeniem nie umiałem się poruszyć.
Patrzyłem na to wszystko błędnym wzrokiem. Obserwowałem zmieniające się poszczególne fazy walki. Nagle kapitan padł na dno powalony potwornym cielskiem, które go przygniotło. Później szczęki rekina otworzyły się jak jakieś ogromne przemysłowe nożyce i już byłoby po kapitanie, gdyby Ned Land ze swoim harpunem w ręku błyskawicznie nie podbiegł ku rekinowi i straszliwym ostrzem nie zadał zwierzęciu śmiertelnego ciosu.
Masa krwi zafarbowały wody, które gwałtownie zafalowały od ruchów rekina, młócącego je z niedającą się opisać wściekłością. Ned Land nie chybił celu. To była agonia potwora. Ugodzony w samo serce, rzucał się w niesamowitych konwulsjach i zdołał jeszcze przewrócić Conseila.
Tymczasem Ned Land pomógł wstać kapitanowi, ten zaś, ponieważ nie odniósł żadnej rany, skierował się ku Hindusowi. Szybko przeciął sznur, który łączył go z kamieniem, wziął go w ramiona i silnie odbiwszy się od dna, wypłynął z nim na powierzchnię morza.
Wszyscy trzej poszliśmy za jego przykładem i po kilku chwilach, cudownie ocaleni, znaleźliśmy się przy łodzi poławiacza.
Pierwszym staraniem kapitana Nemo było przywołać tego nieszczęśnika do życia. Nie wiedziałem, czy to mu się uda. Miałem jednak taką nadzieję, ponieważ biedak niezbyt długo przebywał pod wodą, ale uderzenie ogona rekina mogło się okazać śmiertelne.
Na szczęście poławiacz, silnie nacierany przez Conseila i kapitana, odzyskał przytomność i otworzył oczy. Proszę sobie wyobrazić jego zdziwienie, a nawet przestrach, na widok pochylonych nad nim czterech dużych miedzianych głów!
A przede wszystkim co musiał pomyśleć, gdy kapitan Nemo, wyjąwszy z kieszeni swego ubrania sakiewkę z perłami, wcisnął mu ją do ręki?! Ta szczodra jałmużna pana wód, dana biednemu mieszkańcowi Cejlonu, przyjęta została drżącą ręką. Wytrzeszczone i wylękłe oczy nieboraka dostatecznie wskazywały, iż nie wiedział, jakim nadludzkim istotom zawdzięczał życie a zarazem majątek.
Na znak dany przez kapitana wróciliśmy na ławicę perłorodnych małży i posuwając się już wcześniej przebytą drogą, po półgodzinnej wędrówce doszliśmy do kotwicy przytrzymującej łódź "Nautilusa".
Zasiadłszy w łodzi, każdy z nas przy pomocy marynarzy oswobodził się z ciężkiego miedzianego pancerza.
Pierwsze słowa kapitan Nemo skierował do Kanadyjczyka.
- Dziękuję, panie Land - powiedział.
- O, kapitanie, to tylko rewanż - odpowiedział Ned Land. - Byłem to panu winien.
Lekki uśmiech przemknął po ustach kapitana i na tym się skończyło.
- Do "Nautilusa" - rzekł.
Łódź szybko przesuwała się po falach. Kilka minut później natknęliśmy się na pływające cielsko zabitego rekina.
Po czarnych końcówkach jego płetw rozpoznałem bardzo groźnego melanoptera65 z mórz Indii Wschodnich, z rodzaju rekinów właściwych. Jego długość przekraczała dwadzieścia pięć stóp, a potężna paszcza zajmowała jedną trzecią ciała. Był to już dorosły osobnik, jak wskazywało sześć rzędów zębów górnej szczęki, ułożonych w trójkąt.
Conseil patrzył na potwora z czysto naukowym zainteresowaniem i jestem pewny, że go sklasyfikował i nie bez racji zaliczył do klasy ryb chrzęstnoszkieletowych, do podgromady spodoustych, rzędu żarłaczokształtnych i rodzaju Squalus.
Podczas gdy przypatrywałem się temu bezwładnemu cielsku, nagle wokół łodzi ukazało się kilkanaście takich samych żarłocznych melanopterów, które nie zwracając na nas żadnej uwagi, rzuciły się na trupa i wyrywały sobie jego kawały.
O wpół do dziewiątej powróciliśmy na pokład "Nautilusa".
Będąc już na okręcie, zacząłem rozmyślać o przygodach podczas naszej wycieczki do ławicy Mannar. Zastanawiały mnie przede wszystkim dwa spostrzeżenia: niesłychana, do zuchwalstwa posunięta odwaga kapitana Nemo i jego poświęcenie dla istoty ludzkiej, dla jednego z przedstawicieli tej rasy, od której uciekł pod morza. Cokolwiek by mówić, nie zdołał przecież stłumić w sobie głosu serca i litości dla bliźnich.
Kiedy przekazałem mu swoje spostrzeżenie, odpowiedział mi nieco wzruszonym głosem:
- Ten Hindus, panie profesorze, jest mieszkańcem kraju uciśnionych, a ja jeszcze należę i do ostatniej chwili życia należeć będę do tego kraju!
50 Requiem (łac.) - msza żałobna, a także towarzyszący jej utwór muzyczny.
51 Monopterus - nazwa rodzajowa ryb zwanych węgorzami moczarowymi (bagiennymi), z rzędu szczelinowatych, żyjących głównie w wodach azjatyckich (dwa gatunki w wodach afrykańskich).
52 Jawajczyk - J. Verne'owi chodziło zapewne o węgorza japońskiego (Anquilla japonica), długości do 1,5 m, zasiedlającego zlewiska wód Japonii, Chin, Korei i północnych Filipin.
53 Błyszczyk (Stromateus paru) - ryba z rodziny żuwakowatych (Stromateidae); długość 20-30 cm, żyje na szelfach środkowego i zachodnie Atlantyku.
54 Nazwa od Tranguebar, w latach 1620-1845 duńskiej kolonii w Indiach; obecna nazwa Tarangambadi.
55 Aspidophoroides - rodzaj morskich ryb skorpenokształtnych z rodziny lisicowatych (Agonidae); długość do 30 cm; zasiedla Ocean Arktyczny, północny Atlantyk i północny Pacyfik oraz obszary na południe od Ameryki Południowej.
56 Ostryga szklista (Placuna placenta) - gatunek ostryg z rodziny Placunidae, o cienkich muszlach do 15 cm średnicy; żyją w przybrzeżnych wodach od Zatoki Adeńskiej po Filipiny; jadalne, dawniej wykorzystywane zamiast szkła w oknach i witrażach, obecnie do produkcji przedmiotów dekoracyjnych.
57 Lucyna (Lucina) - rodzaj mięczaków z rodziny Lucinidae, obejmujący gatunki o muszlach mających średnicę 1-5 cm, w zarysie kolistą, białą; żyją na piaszczystym lub mulistym dnie od brzegów do głębokości kilku metrów w morzach tropikalnych i subtropikalnych; świderki szydłowate - rodzaj (Terebra) małych i dużych drapieżnych ślimaków morskich o wydłużonych muszlach, przypominających wiertła wiertnicze, podobnych do ślimaków innego rodzaju - wieżyczników; żyją w ciepłych wodach; purpura perska (tyryjska, antyczna) - barwnik pozyskiwany ze ślimaków z rodzaju rozkolec (Murex): Murex truculus, który dawał barwnik czerwony oraz Murex brandaris, dający barwnik fioletowy; rogata skałka - chodzi o gatunek Bolinus cornatus, drapieżnego ślimaka z rodziny rozkolcowatych, zwanego też rogatym mureksem, którego muszla kształtem przypomina maczugę, żyjącego w przybrzeżnych wodach Zachodniej Afryki; Turbinella - rodzaj bardzo dużych ślimaków morskich z rodziny Turbinelliidae, żyjących na całym świecie, głównie w wodach tropikalnych; muszla jednego z gatunków, Turbinella pyrum, stanowi w hinduizmie symbol boga Wisznu i bogini Lakszmi i zwie się Śankha; wiesionek (Lingula) - rodzaj ramienionoga z rodziny czułkowców; charakteryzuje się długim trzonem (nogą), 5-6 razy dłuższym od skorupki; znany od kambru; obecnie żyjące gatunki występują w strefie pływów lub na niewielkich głębokościach w Oceanie Spokojnym; anatina (Anatina) - rodzaj małży z rodziny maktrowatych (Mactridae); bardzo rozpowszechnione, jadalne jak większość małży; pelagia (meduza świecąca, Pelagia noctiluca) - jamochłon występujący w postaci meduzy; żyje w strefie otwartego morza w wodach Atlantyku i Morza Śródziemnego; przy podrażnieniu wydziela światło; oczkowiec wachlarzowaty (Oculina flagellimormis) - gatunek jamochłona z rzędu korali madreporowych; tworzy krzewiaste kolonie wysokości do 60 cm, o zwartym szkielecie.
58 Żabokrab zębaty (Ranina dentata, obecnie Ranina ranina) - gatunek kraba z rodziny Raniidae; pancerz wydłużony, ubarwienie czerwonobrunatne, dorasta do 15 cm i osiąga wagę do 1 kg; zamieszkuje wody przybrzeżne wschodniej Australii, wschodniej Afryki i południowo-wschodniej Azji; poławiany dla smacznego mięsa.
59 Wymieniono tutaj kraba pustelnika (synonim raka pustelnika), chociaż J. Verne wymienia rodzaj Birgus, do którego należy jedyny gatunek, krab kokosowy, o którym rozpisuje się szeroko w następnej części akapitu; krab pustelnik należy do tej samej rodziny.
60 Nasrożeń (lambrus, Parthenope) - rodzaj stawonogów z sekcji krabów, z rodziny Parthenoidae; głowotułów długości 4 cm o kształcie gruszkowatym; potężne, mocno wydłużone szczypce, wielokrotnie dłuższe od głowotułowia; niemal całe ciało pokryte kolcami, które na szczypcach układają się w podłużne krawędzie; żyją na piasku i żwirze muszlowym w wodach tropikalnych i subtropikalnych.
61 Wieloszczety (Polychaeta) - gromada pierścienic licząca ponad 10 tys. gatunków o długości od kilku mm do 2 m; na każdym segmencie ciała mają po parze parapodiów; żywią się szczątkami organicznymi, drapieżne; występują w morzu, a większość prowadzi denny tryb życia, także formy osiadłe (wytwarzają rurki, w których ukrywają ciało, np. serpula) oraz nieliczne planktonowe; są ważnym składnikiem pokarmu ryb, np. nereida.
62 Gargantua - olbrzym, bohater fantastyczno-satyrycznej powieści Rabelais'go Gargantua i Pantagruel wyszydzającej ciemnotę i zabobony średniowiecza.
63 Należy zauważyć, że perły nie są przezroczyste, lecz mleczne; największa znaleziona do tej pory perła (w Palawan na Filipinach) była wielkości piłki golfowej, a takie olbrzymie perły raczej nie mają wartości handlowej.
64 Głowa cukru - stożkowata bryła cukru z zaokrąglonym wierzchołkiem - handlowa postać cukru rafinowanego stosowana do początku XX wieku; głowy, w zależności od wytwórcy, były różnych rozmiarów, od 3 do 30 funtów, w podstawie mające do 14 cali, wysokości 3 stóp.
65 Może chodzić o jeden z dwóch gatunków rekinów, któremu J. Verne przypisał ogromne rozmiary (około 8 m!) i agresywność: żarłacza czarnopłetwego (Carcharhinus limbatus), dorastającego do 2,6 m, choć zwykle osiągającego 1,5 m, żyjącego w strefie tropikalnej i subtropikalnej Oceanu Spokojnego, Atlantyckiego i Indyjskiego, na głębokości do 30 m, preferującego zatoki, szelfy i rady koralowe, raczej płochliwego, choć w obecności pożywienia mogącego stać się agresywnym; żarłacza rafowego czarnopłetwego (Carcharhinus melanopterus), dorastającego do 1,6 m, żyjącego w rafach lub nad piaszczystymi podłożami Oceanów Indyjskiego i Spokojnego, płochliwego, choć w obecności pożywienia mogącego stać się agresywnym.