2 miliony za Grunwald - Joanna Jodełka

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Lu­blin, ma­rzec 1938 roku

Dziu­ra­wiec szedł ulicą Lu­bar­tow­ską. Dzień był cie­pły i sło­neczny, więc po­ru­szał się wolno, omia­ta­jąc wzro­kiem lu­dzi i ka­mie­nice. Ni­g­dzie się nie spie­szył i za­cho­wy­wał się ra­czej jak pan na wło­ściach, który lubi wie­dzieć, co się dzieje na jego ziemi. Miał trzy­dzie­ści lat, a od pięt­na­stego roku ży­cia był po­stra­chem ca­łej oko­licy. Bały się go dzieci, ko­biety i więk­szość męż­czyzn. Miał opi­nię ta­kiego, co no­żem po­słu­guje się znacz­nie le­piej niż wi­del­cem. Wy­glą­dem przy­po­mi­nał ma­łego niedź­wie­dzia i był przy tym wy­jąt­kowo sprawny. W dzie­ciń­stwie dzie­ciaki się śmiały, że matka pu­ściła się z cyr­kow­cem. Gdy do­rósł, nikt się już z niego nie śmiał, bo na­wet je­śli oj­ciec był z cyrku, to ra­czej atleta lub ja­kiś mistrz wagi cięż­kiej.

Dziu­ra­wiec sta­rał się pra­co­wać na swoją opi­nię, bo na sto­sowny wy­gląd za­pra­co­wał już we wcze­snej mło­do­ści. Miał kilka blizn na rę­kach, z cza­sów kiedy uczył się spraw­nie po­słu­gi­wać no­żem i nie za­wsze tra­fiał w stół, wbi­ja­jąc ostrze mię­dzy palce, i jedną dziurę w po­liczku, pa­miątkę po bójce z ko­lej­nym oj­czy­mem. Poza tym nie śmiał się z byle czego. Wła­ści­wie pra­wie wcale się nie śmiał, roz­glą­dał się tylko ze skwa­szoną miną i co ja­kiś czas uczył ko­goś re­spektu.

Te­raz zmie­rzał do swo­jej ulu­bio­nej bramy pod nu­me­rem 21. Chciał w niej tro­chę po­stać, wy­pa­lić gi­ta­nes'a, cze­ka­jąc na nie wia­domo kogo. Oparł się wła­śnie o mu­rek, wy­sta­wił dzio­batą twarz do słońca i o mały włos nie do­stał w głowę piłką uszytą ze szmat.

Piłka zo­sta­wiła brudny, mo­kry ślad na ścia­nie. Nie pa­dało od wielu dni, nie wie­dział więc, co wła­śnie ście­rał z twa­rzy. Śmier­działo si­kami. Uśmiech­nął się do sto­ją­cego parę me­trów da­lej ru­dego chło­paka i kiw­nął pal­cem, żeby mały pod­szedł i za­brał piłkę. Dzie­ciak nie wie­dział, co ma zro­bić. Oka­zał się jed­nak mało stra­chliwy i po­woli po­czął się zbli­żać. Od­waż­nego na­le­żało po­trak­to­wać jesz­cze kon­kret­niej. Gdy tylko sta­nął na wy­cią­gnię­cie ręki, Dziu­ra­wiec chwy­cił go za po­ła­taną ka­potę i za­mie­rzał so­lid­nie zdzie­lić, ale za­miótł je­dy­nie po­wie­trze przed jego twa­rzą. Dzie­ciak za­czął się wy­ry­wać tak roz­pacz­li­wie, że w końcu Dziu­raw­cowi zo­stał tylko łach w ręku. Biegł za chło­pa­kiem ka­wa­łek, ale le­ni­wie i nie­chęt­nie. Ci­snął brudną ka­potą na śro­dek po­dwórka.

- Za­pchlony gów­niarz - syk­nął i splu­nął przez zęby. Krzyk­nął jesz­cze to samo po ży­dow­sku, żeby tam­ten zro­zu­miał.

Ji­dysz znał nie go­rzej niż pol­ski. Wy­cho­wał się tu. A tu miesz­kało wię­cej Ży­dów niż Po­la­ków.

Gdy wró­cił na swoją ulicę, zo­ba­czył w bra­mie dwie ku­ca­jące dziew­czynki. Jedna pła­kała.

- Pło­dzą te ba­chory na wy­ścigi - prych­nął.

Po wyj­ściu z wię­zie­nia nie roz­po­zna­wał, czyje jest kogo. Więk­szość ży­dow­skiej, ale też tro­chę pol­skiej bie­doty ci­snęła się na gór­nych pię­trach. Jedne dzieci się ro­dziły, dru­gie umie­rały. Nie przy­zwy­cza­jał się. Od­pa­lał pa­pie­rosa, gdy po­de­szła do niego jedna z dziew­czy­nek. Pa­trzyła na niego wy­łu­pia­stymi ma­łymi oczami i gry­zła pa­znok­cie.

- A Raj­zle to Ba­ruch na strych za­cią­gnął - po­wie­działa, ob­gry­za­jąc pa­zno­kieć, i ucie­kła.

Dziu­ra­wiec w pierw­szej chwili nie zro­zu­miał. W dru­giej był już przy wej­ściu. Po­ka­zał tylko pal­cem na schody, dwie dziew­czynki jed­no­cze­śnie kiw­nęły gło­wami. Wbie­gał. Po dwa, trzy stop­nie na­raz. Na za­krę­tach chwy­tał się po­rę­czy, nie­mal pró­bu­jąc się na niej pod­cią­gnąć. Byle szyb­ciej po­ko­ny­wać ko­lejne pię­tra. Po­ręcz trzesz­czała, jakby się miała za chwilę po­ła­mać. Po­trą­cił ślepą starą babę, która wła­śnie stała na scho­dach, ale na­wet się nie obej­rzał. Ział jak dzi­kie zwie­rzę, gdy do­biegł na strych. Szarp­nął za drzwi. Były za­mknięte. Rzu­cił się na nie bar­kiem. Raz nie wy­star­czyło, dwa było aż nadto. Prze­le­ciał przez nie. Zo­ba­czył małą dziew­czynkę z twa­rzą jak mała kuna ści­śnięta za gar­dło. Sie­działa okra­kiem na ta­bo­re­cie. Miała pod­wi­niętą su­kienkę. Na ziemi le­żały jej majtki. Ro­zej­rzał się. Stary, wy­soki ły­sie­lec, z do­kle­jo­nym tu­pe­tem i krót­kim wą­sem pod no­sem, pró­bo­wał scho­wać się za roz­wie­szone prze­ście­ra­dło. Było za krót­kie. Dziu­ra­wiec ru­szył w jego kie­runku. Ba­ruch rzu­cił się do ucieczki, ale Dziu­ra­wiec był szyb­szy. Do­padł go. Chwy­cił za kark jedną ręką. Drugą przy­ło­żył cen­tral­nie w nos. Czuł, jak go miaż­dży. Ale nie prze­stał. Wy­mie­rzył jesz­cze raz w brodę. Z roz­kwa­szo­nych ust wy­pa­dła sztuczna szczęka. Stary osu­nął się na zie­mię. Le­żał i krztu­sił się wła­sną krwią. Dziu­ra­wiec kop­nął go w brzuch. Ba­ruch jęk­nął i zwi­nął się w kłę­bek. Za­char­czał. Nie mógł chwy­cić po­wie­trza. Dziu­ra­wiec do­ło­żył mu jesz­cze raz. Ale już bez prze­ko­na­nia. Od­su­nął się i pa­trzył, dy­sząc. Gdy tro­chę się uspo­koił, zo­ba­czył pod swo­imi no­gami sztuczną szczękę. Roz­dep­tał ją bar­dzo do­kład­nie...

- Je­żeli zo­ba­czę, że wpra­wi­łeś so­bie nowe, za­biję cię. Jak zo­ba­czę cię na tej ulicy, też cię za­biję. Ro­zu­miesz?

W od­po­wie­dzi Ba­ruch za­char­czał.

- Zro­bił ci coś? - za­py­tał Dziu­ra­wiec dziew­czynkę, która nie­ru­chomo sie­działa na ta­bo­re­cie. Mo­gła mieć z osiem lat.

- Nie. - Po­krę­ciła głową. - Pan też chce zo­ba­czyć? - za­py­tała i trzę­są­cymi się rę­kami pod­nio­sła su­kienkę.

- Nie ma na co pa­trzeć - po­wie­dział Dziu­ra­wiec, od­wró­cił głowę i splu­nął za sie­bie. - Wsta­waj, za­pro­wa­dzę cię do domu - do­dał, prze­cho­dząc przez le­żące na ziemi drzwi.

- Ale niech pan nie mówi ro­dzi­com - jęk­nęła dziew­czynka.

- A dla­czego nie? - od­po­wie­dział i da­lej nie słu­chał. Za­pro­wa­dził ją do są­sied­niej ka­mie­nicy.

- Coś mi się za to na­leży - po­wie­dział matce, która wy­słu­chaw­szy go, z wra­że­nia usia­dła na ziemi. Dziew­czynka stała w ką­cie. Trójka in­nych ma­łych dzie­cia­ków sko­rzy­stała z oka­zji i za­częła ta­plać się w wiel­kiej ba­lii z brudną wodą, w któ­rej matka prała ja­kieś szmaty.

- Ale my nic nie mamy. Ko­mor­nik wszystko za­brał - po­wie­działa ko­bieta i po­ka­zała na mały po­kój, w któ­rym nic nie było. Nic oprócz zbi­tego z de­sek łóżka i me­bla z pó­łek przy­twier­dzo­nych do ściany.

- Dziew­czyna nie­zmar­no­wana. Niech pani prze­każe mę­żowi, że przyjdę ju­tro. I drzwi na strych niech wstawi - za­ko­mu­ni­ko­wał i wy­szedł.

Wró­cił do bramy i cze­kał na Ba­ru­cha. Za­mie­rzał go jesz­cze po­stra­szyć i wy­cią­gnąć ja­kieś pie­nią­dze. Wie­dział, że stary nie pój­dzie na po­li­cję, bo tam go kie­dyś jesz­cze bar­dziej po­bili. Jego matka miała sklep na Ka­pu­cyń­skiej. Nie­raz pła­ciła. Pła­kała, zło­rze­czyła, ale pła­ciła.

Dziu­ra­wiec oglą­dał wła­sną pięść i po­chla­paną krwią ko­szulę, gdy pod­szedł do niego Anioł.

- Ro­bota jest... Na mie­ście - za­wo­łał we­soło, marsz­cząc w uśmie­chu i tak już po­marsz­czoną, prze­pitą twarz. Co prawda jego blond loki prze­rze­dziły się już w po­ło­wie, ale i tak na­dal wy­glą­dał jak chło­piec, który chce coś zbroić. - Od Niemca... - do­dał, wkła­da­jąc ręce do kie­szeni i prze­stę­pu­jąc dum­nie z nogi na nogę. - A to­bie co? - za­py­tał, gdy w końcu przyj­rzał się Dziu­raw­cowi.

Nie mu­siał długo cze­kać na od­po­wiedź, bo z klatki scho­do­wej wy­ło­nił się sku­lony, okrwa­wiony czło­wiek.

- Mogę? - Po­ka­zał na Ba­ru­cha, który wy­szedł na ulicę i by w miarę pro­sto iść, mu­siał trzy­mać się ściany.

Dziu­ra­wiec ski­nął głową. Anioł ru­szył za nim. Lu­dzie roz­stę­po­wali się, zer­ka­jąc na prze­mian z cie­ka­wo­ścią i obrzy­dze­niem. Kilka osób za­trzy­mało się, przy­glą­da­jąc się z da­leka ran­nemu czło­wie­kowi.

- Co się panu stało? - za­py­tał Anioł, który do­padł go od tyłu. Ob­jął go i pod­trzy­mu­jąc w pa­sie, pró­bo­wał po­sta­wić do pionu. - Oj, Ba­ruch chyba znowu nie­grzeczny był? - za­py­tał, szep­cząc mu już pro­sto do ucha.

Po­bity spoj­rzał na niego z prze­ra­że­niem, za­trząsł się i zgięty wpół za­czął ucie­kać, co chwila się po­ty­ka­jąc.

- Wa­riat - sko­men­to­wał Anioł gło­śno, osten­ta­cyj­nie wzru­sza­jąc ra­mio­nami. Chwilę pa­trzył za ucie­ka­ją­cym męż­czy­zną, po czym od­wró­cił się na pię­cie i po­gwiz­du­jąc, wró­cił do bramy. Tam za­czął prze­glą­dać skra­dziony przed chwilą port­fel. Ki­wa­jąc głową z za­do­wo­le­niem, wy­jął z ma­łej prze­gródki zwi­tek bank­no­tów. Więk­szość od­dał Dziu­raw­cowi.

- Sły­sza­łeś? Niemcy do Au­strii we­szli. Bę­dzie ja­kaś wojna? - za­py­tał Anioł i wpa­try­wał się w Dziu­rawca, jakby ten rze­czy­wi­ście znał od­po­wiedź.

- Nie ob­cho­dzi mnie to. - Dziu­ra­wiec wzru­szył ra­mio­nami, cho­wa­jąc pie­nią­dze do kie­szeni.

Wie­deń, ma­rzec 1938 roku

Ger­hard von Los­sow wsłu­chi­wał się w od­głos wła­snych kro­ków. Ma­sze­ro­wał ra­zem z pię­cioma in­nymi ofi­ce­rami SS ko­ry­ta­rzem pa­łacu przy Prinz-Eu­gen-Strasse. Woj­skowe ofi­cerki na mar­mu­ro­wej po­sadzce wy­stu­ki­wały równy rytm. Gło­śny i mocny. Ręce z ob­cią­gnię­tymi pal­cami po­ru­szały się sztywno. Pod­bró­dek miał unie­siony tak wy­soko, że wi­dział ko­niu­szek wła­snego nosa. Pa­trzył w je­den punkt przed sobą i tak szedł. Wszystko po to, by nie roz­glą­dać się na boki. By sprę­żyć ciało i umysł. By się nie spe­szyć i nie ośmie­szyć jak dwaj ofi­ce­ro­wie ge­stapo, któ­rzy po­ja­wili się tu przed nimi i któ­rym nie udało się aresz­to­wać Lo­uisa Na­tha­niela von Ro­th­schilda, bo... od­pra­wiła ich służba, mó­wiąc, że ba­ron nie przyj­muje dziś go­ści.

Jesz­cze go­dzinę wcze­śniej Ger­hard von Los­sow za­śmie­wał się z tego, obej­mu­jąc się ręką w pa­sie. Te­raz sku­piał się na tym, by za­cho­wać spo­kój. Nie było to ła­twe. Go­be­liny, dy­wany, lśniące kan­de­la­bry, wiel­kie zwier­cia­dła, ma­lo­wi­dła na ogrom­nych su­fi­tach, złote sztu­ka­te­rie, rzeźby z mar­muru i ko­ści sło­nio­wej. Ob­razy Hol­be­ina, Halsa i Wat­teau, i cała reszta in­nych, któ­rych nie zdą­żył roz­po­znać. Tylko te wi­szące na ko­ry­ta­rzu kosz­to­wały ma­ją­tek. Na wprost były drzwi. I on tam był! Lo­uis Na­tha­niel von Ro­th­schild. Naj­bo­gat­szy czło­wiek w Au­strii, może na­wet w ca­łej Eu­ro­pie. Głowa ro­dziny, do któ­rej na­le­żały fa­bryki, ko­pal­nie, stocz­nie, ko­lej, setki do­mów, ty­siące hek­ta­rów ziemi... i naj­więk­sza w Eu­ro­pie pry­watna ko­lek­cja dzieł sztuki.

Szli po niego.

Ger­hard von Los­sow po­czuł się ważny. Jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle. Miał dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, a już zmie­niał świat. Jak jego przod­ko­wie wal­czący w sze­re­gach ar­mii Nie­miec bądź Au­strii. A nic nie wska­zy­wało na to, że pój­dzie w ich ślady. Parę lat wcze­śniej opu­ścił Wie­deń z po­wodu ko­biety i skan­dalu. Zna­lazł się w Ber­li­nie i chciał zo­stać ak­to­rem. Mó­wiono mu, że wy­gląda jak młody ger­mań­ski bóg wojny. Po­stawny. Z kwa­dra­tową szczęką, blond wło­sami i oczami jak cha­bry.

Uśmie­chał się dwoma rzę­dami rów­niut­kich bia­łych zę­bów, pa­trzył z ukosa. Ko­biety do niego lgnęły, choć trak­to­wał je ob­ce­sowo, bo już żad­nej nie ufał. Męż­czyźni po­dzi­wiali go za non­sza­lancki styl by­cia i wy­wa­żoną aro­gan­cję, ty­pową dla do­brze uro­dzo­nej, wy­kształ­co­nej ary­sto­kra­cji. Z wy­glądu miał za­datki na amanta fil­mo­wego, lecz przed ka­merą za­cho­wy­wał się sztywno. Parę razy sta­ty­sto­wał. Więk­szość scen wy­cięto, prócz kilku wo­jen­nych. Jako woj­skowy pre­zen­to­wał się do­sko­nale, na­wet w tle. Przy­pad­kowo, dzięki zna­jo­mo­ści ze zna­nym ry­sow­ni­kiem, po­zo­wał na­wet do kilku pla­ka­tów re­kla­mo­wych Hugo Bossa. Naj­le­piej wy­glą­dał w czar­nym mun­du­rze SS. I już się z nim nie roz­stał. Re­kru­ta­cję do eli­tar­nych od­dzia­łów prze­szedł ce­lu­jąco. Miał do­bre po­cho­dze­nie i nie­na­gan­nie się pre­zen­to­wał. Świet­nie się czuł w tym mun­du­rze, a przy oka­zji zro­zu­miał, co było przy­czyną po­stę­pu­ją­cego od kilku po­ko­leń zu­bo­że­nia jego ro­dziny. Po­wszechny brak sza­cunku dla lep­szej rasy. I Ży­dzi.

Te­raz szedł po jed­nego z nich. Może naj­waż­niej­szego w jego ro­dzin­nym mie­ście. Uczest­nic­two w ak­cji za­wdzię­czał fo­to­gra­fowi, któ­rego po­znał jesz­cze w Ber­li­nie. Ów ro­bił tam zdję­cia dla sa­mego Go­eb­belsa, a tu, w Wied­niu, do­ku­men­to­wał go­rące przy­ję­cie Niem­ców przez wie­deń­czy­ków i waż­niej­sze mo­menty z roz­gry­wa­ją­cych się wy­da­rzeń. Ger­harda wy­pa­trzył sto­ją­cego za grupką Ży­dów. Wy­pro­sto­wany, dumny, za­do­wo­lony sta­no­wił re­we­la­cyjne tło dla po­krzy­wio­nych sta­rych dziad­ków za­pę­dzo­nych do po­ka­zo­wego my­cia ulic. Wy­cią­gnął go z grupy in­nych es­es­ma­nów i za­pro­po­no­wał mu wzię­cie udziału w aresz­to­wa­niu, które miał w pla­nach uwiecz­nić. Ger­hard nie od­mó­wił i wie­dział, że od tego, jak się za chwilę za­chowa, za­le­żeć może jego dal­sza ka­riera, a już na pewno to, o czym bę­dzie się mó­wić przez na­stęp­nych kilka dni. Wszę­dzie. A chciał być znany.

Drzwi do ja­dalni się otwo­rzyły. Wszedł jako trzeci i za­stygł. Pa­trzył tylko na ba­rona. Ten sie­dział przy wiel­kim stole, na któ­rym pysz­niło się we­nec­kie szkło i krysz­ta­łowe wazy, srebrne pa­tery, zło­cone sztućce, por­ce­la­nowa za­stawa. Przy­stojny, około pięć­dzie­się­cio­letni męż­czy­zna nie­znacz­nie tylko od­chy­lił się na krze­śle w ich kie­runku, prze­krę­cił głowę i przy­glą­dał się im z de­li­kat­nym pół­u­śmie­chem. Haupt­sturm­füh­rer Od­ilo Glo­boc­nik oznaj­miał ba­ro­nowi, po co przy­byli. Za­czął gło­śno i sta­now­czo wy­mie­niać, z czy­jego roz­kazu i na czyje po­le­ce­nie, ale z każ­dym ko­lej­nym sło­wem tra­cił pew­ność sie­bie. Był grubo cio­sany, na­wet z twa­rzy. Nad­ra­biał miną, ale sy­tu­acja pe­szyła go i prze­ra­stała. Gdy skoń­czył, za­pa­no­wała ci­sza.

- Zdaje się, że nie mogę od­mó­wić, skoro tyle waż­nych osób jed­no­cze­śnie mnie prosi - ode­zwał się po dłuż­szej chwili Lo­uis von Ro­th­schild. - Do­brze więc. Po­zwolą pa­no­wie, że skoń­czę po­si­łek - po­wie­dział i nie cze­kał na po­zwo­le­nie, tylko od­kroił na­stępny kęs. A po­tem wziął do ręki kie­li­szek.

- Mam roz­kaz...

- Ten rocz­nik szam­pana Bil­le­cart-Sal­mon piję przy szcze­gól­nych oka­zjach - mó­wił ba­ron, po­ka­zu­jąc na bu­telkę. - Za­mó­wi­łem go wcze­śniej. Cze­ka­łem. Jest tak do­sko­nały, że dał­bym się dla niego za­bić.

Ka­mer­dy­ner szybko na­lał szam­pana. Ba­ron po­pa­trzył na bą­belki. Spró­bo­wał, uśmiech­nął się i po­wró­cił do po­siłku.

Ofi­ce­ro­wie spoj­rzeli na sie­bie. Stali przy drzwiach, ob­ser­wo­wani przez prze­ra­żoną słu­żącą i na­dę­tego ka­mer­dy­nera, który wy­glą­dał tak, jakby chciał ich opluć.

Ger­hard von Los­sow pa­trzył na haupt­sturm­füh­rera Od­ila Glo­boc­nika, który był star­szy od niego stop­niem. Po­zor­nie wy­ga­dany, ale nie­zbyt by­stry. Nie wie­dział, co ma zro­bić. Niby ba­ron zgo­dził się pójść z nimi, te­raz jed­nak von Los­sow nie wy­trzy­mał. Pod­szedł i sta­nął przy krze­śle.

- Po­zwoli pan?

- Nie wiem komu i nie wiem, na co. Zdaje się, że się pan nie przed­sta­wił - po­wie­dział ba­ron.

- Ger­hard von Los­sow. Pro­szę mi wy­ba­czyć śmia­łość. Po­czu­łem się jak u sie­bie. Oczy­wi­ście tu, czyli w Wied­niu. Przy­by­łem do­słow­nie przed chwilą i...

- Zdaje się, że znam pań­ską ro­dzinę - prze­rwał mu ba­ron. - Ojca, a może na­wet dziadka. Jesz­cze z cza­sów Habs­bur­gów... - po­wie­dział, a Ger­hard po­czuł dumę i trudno było mu ją ukryć. Z jed­nej strony to niby nie za­szczyt być zna­nym wśród Ży­dów, z dru­giej mó­wił to sam Ro­th­schild. Ką­tem oka wi­dział miny po­zo­sta­łych ofi­ce­rów i był za­do­wo­lony.

- Z tego, co mi wia­domo, są ry­ce­rzami ho­no­ro­wymi? - kon­ty­nu­ował ba­ron.

- Tak - po­twier­dził von Los­sow.

Ro­th­schild ski­nął głową na ka­mer­dy­nera, ten pod­szedł i od­su­nął krze­sło. Ger­hard usiadł.

- Młody czło­wieku, pan, zdaje się, wy­brał inną drogę?

- Nie są­dzę. - Ger­hard uśmiech­nął się znacz­nie sze­rzej niż zwy­kle.

- Czy wie pan, w ja­kich oko­licz­no­ściach piję zwy­kle tego szam­pana? - za­py­tał spo­koj­nym gło­sem ba­ron. - Na sty­pach. A więc za Au­strię! - do­dał i wy­pił do dna.

Ger­hard von Los­sow wstał zbyt szybko. Lekko po­trzą­snął sto­łem. Opa­no­wał wście­kłość i drże­nie, wziął do ręki pu­sty kie­li­szek i cze­kał. Ka­mer­dy­ner spoj­rzał na ba­rona, ten ła­god­nie ski­nął głową. Po­lano mu szam­pana. Wy­pił łyk i wes­tchnął.

- Rze­czy­wi­ście. Jest do­sko­nały. - Do­pił resztę. Po­ki­wał głową, od­wra­ca­jąc się w kie­runku reszty ofi­ce­rów. - Przy­znaję. Można za niego za­bić - do­koń­czył po chwili, gło­śno i do­sad­nie.

Za ple­cami usły­szał po­mruki za­do­wo­le­nia. Za­pa­mię­tają to, po­my­ślał.

Ba­ron otarł usta ha­fto­waną ser­wetą i wstał od stołu.

- Pro­szę wziąć jedną bu­telkę dla ojca. Ode mnie.

- To mie­szanka kilku szcze­pów wi­no­gron. Nie gu­stu­jemy w mie­szan­kach - od­po­wie­dział mu Ger­hard.

Ba­ron się uśmiech­nął.

- Skoro tak... Czy mogę spy­tać, do­kąd się wy­bie­ram? - Ski­nął na sto­ją­cych przy drzwiach es­es­ma­nów.

- Na ra­zie ho­tel Me­tro­pol. Zdaje się, że jest tam już kanc­lerz Au­strii i przy­wódca so­cja­li­stów.

- Będę więc miał wy­jąt­kowo cie­kawe to­wa­rzy­stwo. Idźmy. - Ba­ron skie­ro­wał się do drzwi.

Haupt­sturm­füh­rer bez słowa od­wró­cił się i ru­szył przo­dem. Za nim po­dą­żał aresz­to­wany. Ofi­ce­ro­wie szli za nim. Ger­hard miał wyjść ostatni, ale za­trzy­mał się jesz­cze na chwilę.

Gdy tylko ba­ron wy­szedł z po­koju, ka­mer­dy­ner rzu­cił się w kie­runku drzwi. Słu­żąca za­częła ner­wowo sprzą­tać ze stołu. Von Los­sow wi­dział ją w lu­strze. Pa­trzył, jak się na­chyla. Była młoda i zgrabna. Wzięła ta­lerz, tacę i małą srebrną rzeź­bioną sol­niczkę. Już miał od­wró­cić głowę, gdy zo­ba­czył, jak sol­niczka znika w kie­szeni pod bia­łym far­tu­chem.

Za­częło się, po­my­ślał, roz­glą­da­jąc się po ja­dalni. Kilka for­tun z tego ma­jątku po­wsta­nie.

Po­now­nie spo­tkał słu­żącą przy drzwiach. Wszy­scy zdą­żyli opu­ścić pa­łac, on się cof­nął. Dziew­czyna chciała za­mknąć drzwi. Za­gro­dził jej przej­ście i za­trzy­mał ręką. Uśmiech­nął się do niej, a ona pa­trzyła cie­lę­cymi oczami. Po­pchnął ją na ścianę. Przy­su­nął się tak bli­sko, że sły­szał jej ury­wany, prze­stra­szony i pod­nie­cony od­dech. Wło­żył rękę pod far­tuch. Dziew­czyna znie­ru­cho­miała. Chwilę ba­dał, co miała pod spodem. Wy­jął sol­niczkę i cof­nął się.

- Piękna - stwier­dził, ob­ra­ca­jąc ją w rę­kach. Dwie małe sy­reny plu­ska­jące wśród fal, wo­kół nich del­finy. Ca­łość le­dwo więk­sza od pu­dełka za­pa­łek.

Dziew­czyna ucie­kła ze spusz­czoną głową. Za­wo­łał jed­nego z ge­sta­pow­ców ob­sta­wia­ją­cych drzwi. Po­ka­zał pal­cem na słu­żącą zni­ka­jącą w ko­ry­ta­rzu i ski­nął głową po­ro­zu­mie­waw­czo. Chwilę póź­niej do pa­łacu przy Prinz-Eu­gen-Strasse we­szła grupa fo­to­gra­fów, ar­chi­wi­stów i urzęd­ni­ków ma­ją­cych spi­sać cały ma­ją­tek Ro­th­schil­dów. Jed­nemu z nich wrę­czył sol­niczkę.

- My­ślę, że to wło­ski ba­rok - po­wie­dział i wy­szedł za­do­wo­lony.

Cały pa­łac był już oto­czony przez od­działy SS. Nikt obcy nie miał do niego wstępu. He­in­rich Him­m­ler nie za­mie­rzał wpu­ścić tu ni­kogo poza swo­imi for­ma­cjami. Sam oso­bi­ście tego do­pil­no­wał. Ger­hard za­sta­na­wiał się na­wet, czy Him­m­ler nie sie­dzi w jed­nym z czar­nych sa­mo­cho­dów za­par­ko­wa­nych wzdłuż ulicy i nie pa­trzy, jak wy­wożą ba­rona. Po chwili jed­nak więk­szość sa­mo­cho­dów od­je­chała. Od­je­chało też auto z Lo­uisem Na­tha­nie­lem von Ro­th­schil­dem. Ger­hard nie spo­dzie­wał się, że wszystko wy­da­rzy się tak szybko. Nie było haupt­sturm­füh­rera ani star­szych stop­niem ofi­ce­rów. Wie­czór mieli już wolny. Szu­kali te­raz miej­sca, by za­cząć świę­to­wać. Udzie­lił im kilku rad i po­że­gnał się. W ra­zie czego wie­dział, gdzie ich szu­kać. Byli niżsi stop­niem i uro­dze­niem. Nie tego dziś ocze­ki­wał. Poza tym miał spo­tka­nie z oj­cem. Po­sta­no­wił udać się na Sin­ger­strasse pie­szo.

Na uli­cach sza­lony tłum cie­szył się, wi­wa­to­wał. Dziew­czyny pod­bie­gały, ca­ło­wały go w po­liczki, roz­da­wały kwiaty. W jed­nym z okien, obok klatki z ka­nar­kiem, stał wy­sta­wiony od­bior­nik ra­diowy. Z gło­śni­ków do­bie­gał głos roz­en­tu­zja­zmo­wa­nego spi­kera:

- Czyż ist­nieją słowa, które mo­głyby opi­sać na­sze uczu­cia? Czyż serce i oczy są w sta­nie po­jąć en­tu­zjazm i ra­dość, że Füh­rer po tak dłu­giej nie­obec­no­ści znów jest w na­szej sto­licy?

Ger­hard von Los­sow na­brał po­wie­trza w płuca, po­czuł się tak, jakby ktoś mó­wił o nim. Słu­chał wraz z kil­koma prze­chod­niami.

- Nasz Hi­tler po­wró­cił do domu. Po­sta­rano się o przy­ję­cie wy­jąt­kowe. Tu, na Hal­den­platz, na Ringu i przed pa­ła­cem Habs­bur­gów, tak jak w Ber­li­nie wita go mo­rze głów, wznie­sio­nych rąk, sztan­da­rów i pro­por­ców...

Ger­hard von Los­sow uśmie­chał się sam do sie­bie. Po­de­szła do niego ja­kaś dziew­czyna, chciała się z nim umó­wić. Na­wet nie sta­rał się za­pa­mię­tać gdzie, choć twier­dząco ski­nął głową. Za­mie­rzał się prze­cież spo­tkać z oj­cem. Nie wi­dział się z nim kilka lat, ale ostat­nio wy­mie­nili parę war­to­ścio­wych li­stów. Oj­ciec nie po­chwa­lał drogi, którą wy­brał Ger­hard, ale też nie kry­ty­ko­wał. Na­zi­ści byli mu obo­jętni i jego zda­niem nie tak groźni jak ko­mu­ni­ści. Tych oj­ciec nie­na­wi­dził naj­bar­dziej. Za­równo on, jak i dzia­dek Otto von Los­sow zwią­zani byli z Nie­miec­kim Za­ko­nem Ry­cer­skim. Na­le­żeli do ma­ria­nów, ho­no­ro­wych ry­ce­rzy, tak samo jak reszta wyż­szej szlachty au­striac­kiej. Oj­ciec czę­sto wspo­mi­nał czasy, gdy ar­cy­książę Eu­ge­niusz Ho­hen­zol­lern był wiel­kim mi­strzem. W domu ni­czym re­li­kwie wi­siały płasz­cze z czar­nym krzy­żem za­kon­nym. Za­kła­dał je na szcze­gólne oka­zje i było to wiel­kie święto.

Na co dzień Georg von Los­sow pra­co­wał w ar­chi­wum za­konu, miesz­czą­cym się w jego sie­dzi­bie przy Sin­ger­strasse 7.

Ger­hard szedł do niego z bez­wied­nym uśmie­chem na twa­rzy. To miał być cu­do­wny dzień. Ale nie był.

War­szawa, ma­rzec 1938 roku

Sta­ni­sław Ej­smond zmie­rzał do składu ob­ra­zów Bu­rofa na No­wym Świe­cie. Pod pa­chą niósł ko­lejne swoje dzieła. Na jed­nym były mi­mozy, na dru­gim irysy. Żal mu się było z nimi roz­sta­wać, lecz ostat­nio miał dużo pracy przy wy­sta­wach i nie na­ma­lo­wał nic in­nego. Wła­ści­ciel składu wy­dzwa­niał, bo zima się prze­cią­gała i kwiaty były w ce­nie. Dał się więc na­mó­wić i ta­chał pod pa­chą opa­ko­wane w pa­pier i prze­wią­zane sznur­kiem płótna. Za­mie­rzał przejść na drugą stronę ulicy, jed­nak drogę blo­ko­wała mu gło­śna ma­ni­fe­sta­cja. Nie umiał się prze­py­chać, więc przy­sta­nął i pa­trzył. Pa­ra­do­wali człon­ko­wie Ligi Mor­skiej i Ko­lo­nial­nej, gło­śno śpie­wali "Aja­jaj, Ma­da­ga­skar. Afryka parna, skwarna, Afryka na wpół dzika jest! Tam drzewa bam­bu­sowe, orze­chy ko­ko­sowe, tam są dzi­kie stepy, tam mi bę­dzie le­piej. Aja­jaj, ja lu­bię dziki kraj". Chcąc nie chcąc, przy­tu­py­wał lekko nogą, bo tak jak każdy znał ten szla­gier na pa­mięć. "Do­mek so­bie wy­bu­duję, łaź­nia musi być. Wszyst­kich czar­nych wy­szo­ruję, czy­stość musi być. Ka­wia­renkę jakże wy­bu­duję także, albo jest ko­lo­nia, albo nie ma jej".

- W dzi­siej­szych cza­sach nowe te­reny to ko­niecz­ność - po­wie­dział ktoś obok.

- Mamy prze­lud­nie­nie - wy­ja­śniała ja­kaś pani w ka­pe­lu­siku z piór­kiem.

- Żą­damy za­mor­skich ko­lo­nii! - krzyk­nął ktoś z tłumu, po­wie­la­jąc ha­sło z wiel­kiego trans­pa­rentu nie­sio­nego na czole po­chodu.

- Prze­strzeni do ży­cia! - wrza­snął ktoś z prze­chod­niów wprost za uchem Ej­smonda. - I rumu! Bo mi się pić chce!

Sta­ni­sław ob­ró­cił się i od­ru­chowo chybko cof­nął o dwa kroki od krzy­ka­cza. Był to wielki, pod­pity osi­łek ze zła­ma­nym no­sem. Uni­kał ta­kich osób. Ni­gdy się z ni­kim nie bił. Sam był drob­nej po­stury, od za­wsze no­sił okrą­głe oku­lary. Z rzad­kim wą­sem i przy­li­za­nymi blond wło­sami wy­glą­dał jak chło­piec z gim­na­zjum. Wszy­scy mó­wili do niego Staś, ewen­tu­al­nie Sta­szek, mimo że był już do­ro­słym męż­czy­zną.

- A pan coś taki de­li­katny?! - żach­nął się gbur. - Nie po­je­chał­byś pan na raj­ską wy­spę?! - krzyk­nął w kie­runku Ej­smonda.

- Tylko cie­bie tam nie wi­dzieli! - De­li­kwen­towi w kra­cia­stej ma­ry­narce to­wa­rzy­szyła dama w po­pla­mio­nej su­kience.

- Ale zo­ba­czą! - Wy­piął klatę krzy­kacz. - "Do Mu­rzynki się za­le­cam, to jest spo­sób mój! Bo ja lu­bię czarne z bia­łym, to jest ko­lor mój!"

- Ja ci za­raz dam ko­lor! - wrza­snęła tym ra­zem ko­bieta.

- "Od bia­łego ta­aatki i od cza­aaar­nej ma­aatki! Będą dzieci w kra­aaatki. I to bę­dzie raj!" Ałaa! - za­koń­czył zdzie­lony to­rebką po gło­wie. - Po­jadę! Bóg mi świad­kiem! Pierw­szym okrę­tem! Żą­damy ko­lo­nii! - wrzesz­czał da­lej, zni­ka­jąc w jed­nej z bram.

Ra­do­sna de­mon­stra­cja skrę­cała za róg. Trę­ba­cze znowu pod­jęli me­lo­dię, per­ku­si­sta mocno ude­rzył w wiel­kie ta­le­rze i za­częła się ko­lejna pio­senka. Tej Sta­ni­sław nie znał. Nie na­le­żał do Ligi, ale jak pra­wie mi­lion in­nych osób pre­nu­me­ro­wał mie­sięcz­nik "Mo­rze". Dla za­miesz­cza­nych w nim zdjęć i pla­ka­tów, choć o po­dró­żach nie ma­rzył. Mi­nęło już osiem lat, od kiedy na za­ko­piań­skim za­krę­cie w wy­padku sa­mo­cho­do­wym zgi­nął jego star­szy brat. Matce zo­stał tylko on. Wi­dział, jak cała drży na samą wieść o tym, że syn ma gdzieś je­chać, na­wet po­cią­giem. Wes­tchnął więc gło­śno i za­czął roz­my­ślać nad wy­stawą pla­ka­tów Bolka Su­rałły-Gaj­du­cze­niego, którą miał wkrótce or­ga­ni­zo­wać. Sporo było wśród nich prac stwo­rzo­nych na za­mó­wie­nie Ligi Mor­skiej i Ko­lo­nial­nej. A więc znowu mo­rze... Tłum zrzedł i Sta­ni­sław Ej­smond spo­koj­nie prze­szedł na drugą stronę ulicy, za­sta­na­wia­jąc się, jak po­roz­wie­szać pla­katy. Miał kilka po­my­słów.

- Sta­siu! Sta­chu! Stasz­kuuu! - Ktoś za­czął krzy­czeć za jego ple­cami. Roz­po­znał zna­jomy głos, lecz od­wra­ca­jąc się, znów od­ru­chowo za­sło­nił się ob­ra­zami.

- Sta­siu! Jak ja się cie­szę! - Z za­trzy­ma­nej do­rożki pra­wie pod koła dru­giej wy­biegł Sta­ni­sław Mi­ku­licz-Ra­decki, wie­lo­letni dy­rek­tor ad­mi­ni­stra­cyjny war­szaw­skiej Za­chęty, i aż kla­snął w dło­nie z ucie­chy, zdą­ża­jąc w jego kie­runku. - Cóż za cu­do­wna no­wina! Ach, tylko się cie­szyć! Się cie­szyć!

Sta­ni­sław Ej­smond pa­trzył jak osłu­piały. Z re­guły za­pra­co­wany i za­tro­skany wszyst­kim do­okoła Mi­ku­licz te­raz pro­mie­niał. Wy­glą­dał, jakby miał wła­śnie po­pro­wa­dzić po­lo­neza. Roz­ło­żył ręce na boki i su­nął przez całą ulicę.

- Staszku, Sta­siu! Ty nie masz po­ję­cia. Ja wła­śnie by­łem w twoim domu. Matka mnie tu wy­słała. Mó­wiła, że do Bu­rofa idziesz. To ja co koń wy­sko­czy... Za tobą.

- Stało się coś? - za­py­tał Ej­smond. Zdjął oku­lary i za­czął ner­wowo prze­cie­rać szkiełka.

- Samo do­bre! Samo do­bre! - po­wie­dział Mi­ku­licz-Ra­decki, chwy­ta­jąc go rę­kami za ra­miona i po­trzą­sa­jąc nim ca­łym z ra­do­ści. - Ależ twój oj­ciec świę­tej pa­mięci by się cie­szył! Ależ by się cie­szył! - do­dał. Sta­ni­sław wie­dział, że przy­jaź­nili się z oj­cem, ale co zda­niem Mi­ku­li­cza tak by go ucie­szyło, nie wie­dział.

- Bę­dziesz wi­ce­pre­ze­sem Za­chęty! Ty! Wy­ob­raź so­bie! Wiem to! Pra­wie już pewne! - mó­wił, cały czas ra­do­śnie nim po­trzą­sa­jąc. - Ju­lia, twoja matka, się po­pła­kała. Nie dzi­wię się. Nie dzi­wię się! Sa­memu mi się chce pła­kać. Że ja tego do­cze­ka­łem. Sta­siu! Sta­chu! Staszku!

Sta­ni­sław Ej­smond przy­cią­gnął do piersi i przy­ci­snął dwa cią­gle trzy­mane w rę­kach ob­razy. I za­sło­nił się nimi niby tar­czą. Do tej pory był tylko za­stępcą członka Ko­mi­tetu Przy­ja­ciół Za­chęty. I nie li­czył, że to się w naj­bliż­szym cza­sie zmieni.

- Nie ma się czemu dzi­wić - cią­gnął Mi­ku­licz-Ra­decki. - Taka tra­dy­cja ro­dzinna. Oj­ciec był pre­ze­sem i ty nim bę­dziesz! Nie mo­gło być le­piej. Nie mo­gło być le­piej! Niech cię pierw­szy uści­snę - po­wie­dział i spró­bo­wał go ob­jąć, choć prze­szka­dzały mu ob­razy. - Zo­stawmy to. - Po­ka­zał pal­cem na płótna. - I je­dziemy do mnie. Mam tam kie­li­szek do­brego gru­ziń­skiego ko­niaku. Cze­kał na taką oka­zję. Sta­siu... Jak ja się cie­szę!

Ej­smond nie pa­mię­tał na­wet, komu zo­sta­wił mar­twe na­tury, bo wła­ści­ciela składu nie za­stał. Nie pa­mię­tał też drogi, mi­nęła szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał. Do­rożka gnała, a Mi­ku­licz-Ra­decki mó­wił przez cały czas i nie ukry­wa­jąc swo­ich emo­cji, co chwilę go ści­skał.

Przed gma­chem Za­chęty przy­sta­nęli. Staś Ej­smond pierw­szy raz po­pa­trzył na te mury ze stra­chem. Dy­rek­tor ad­mi­ni­stra­cyjny po­ka­zał sze­ro­kim ge­stem wej­ście.

- Pro­szę. Ty pierw­szy - po­wie­dział do­kład­nie w mo­men­cie, gdy otwo­rzyły się drzwi z dru­giej strony, a w nich, jak na za­wo­ła­nie, po­ja­wił się Bo­le­sław Su­rałło-Gaj­du­czeni z tek­tu­rową tubą pod pa­chą. Wy­glą­dał jak żyw­cem wy­jęty z pla­ka­tów, które ma­lo­wał. Więk­szość opie­wała mo­rze i wszel­kie sporty wodne. Sam był wy­so­kim, przy­stoj­nym, sma­głym bru­ne­tem, w ja­snej ma­ry­narce za­ci­śnię­tej pa­skiem. Zda­wało się, że wła­śnie opu­ścił po­kład ja­kie­goś an­giel­skiego ża­glowca i jesz­cze cią­gle owie­wała go ja­kaś bryza. Naj­pew­niej śród­ziem­no­mor­ska, o ile nie ka­ra­ib­ska.

- Wi­tam, pa­nie pre­ze­sie! - za­wo­łał od sa­mego progu. Znali się i lu­bili, mimo że Su­rałło z re­guły ma­lo­wał krzep­kich spor­tow­ców, a Ej­smond wiot­kie mi­mozy.

- Wie­ści szybko się roz­cho­dzą - szep­nął Mi­ku­licz-Ra­decki do ucha Sta­cha Ej­smonda.

- Czy pan pre­zes bę­dzie jesz­cze znał skrom­nego pla­ka­ci­stę? Czy po­może przy wy­sta­wie? Czy ban­kiety, przy­ję­cia i wir to­wa­rzy­ski nie wcią­gną nam gdzieś świeżo upie­czo­nego pre­zesa? - za­py­ty­wał Su­rałło, ma­sze­ru­jąc w jego kie­runku z wy­cią­gniętą ser­decz­nie ręką.

- Wi­ce­pre­zesa - po­pra­wił dy­rek­tor, przy­bie­ra­jąc po­ważną urzę­dową minę.

- Mogę? - za­py­tał Su­rałło, od­sta­wia­jąc tubę i roz­po­ście­ra­jąc ręce do uści­sku.

- No nie wiem - od­po­wie­dział Sta­ni­sław ze śmie­chem, ro­biąc krok w bok i uno­sząc pod­bró­dek wy­soko do góry. Obaj się ro­ze­śmiali, po czym Bo­le­sław Su­rałło-Gaj­du­czeni rzu­cił się w jego kie­runku, ob­jął go i za­krę­cił się z nim w kółko, pod­ska­ku­jąc na jed­nej no­dze.

- Pre­ze­sie...! - za­wo­łał.

- Wice...! - po­pra­wił go Ej­smond, nie­wpraw­nie wy­ry­wa­jąc się z uści­sku.

- Pa­no­wie! - skwi­to­wał scenkę trzy­ma­jący się z boku dy­rek­tor, który z jed­nej strony sam chęt­nie by się przy­łą­czył do pod­sko­ków, z dru­giej zaś uznał, że w po­bliżu tak sza­cow­nego gma­chu nie wy­pada za­cho­wy­wać się po szcze­niacku. - Pa­nie Bo­le­sła­wie! To nie przy­stoi! Praca dla sztuki to nie tylko przy­jem­no­ści. Ban­kiety i otwar­cia. Wszy­scy tak my­ślą, a to nie­prawda. To też obo­wiązki. Po­wie­rzono nam do­bra, które trzeba chro­nić! - Wy­cią­gnął wska­zu­jący pa­lec w kie­runku Ej­smonda. - Przy­po­mi­nam ci, Staszku! Twój oj­ciec przed wielką wojną mu­siał sam do Ro­sji Ma­tej­kow­ską Bi­twę pod Grun­wal­dem wy­wo­zić, żeby w nie­miec­kie ręce nie wpa­dła. O mały włos ży­cia przy tym nie stra­cił. Wiesz o tym - po­wie­dział po­waż­nym to­nem. - Prze­cież ci o tym opo­wia­dał.

- Nie raz - po­twier­dził Sta­ni­sław Ej­smond.

- Ale te­raz wojna nam nie grozi! Czasy się zmie­niły... - wtrą­cił roz­ba­wiony Su­rałło.

- Czasy są za­wsze ta­kie same - z po­ważną miną oświad­czył Mi­ku­licz. - Niemcy wkro­czyli wła­śnie do Au­strii...

- I po­do­bno za­bra­kło kwia­tów w kwia­ciar­niach, żeby nimi rzu­cać w na­jeźdź­ców...

- Tak, tak... Sły­sza­łem. - Mi­ku­licz po­dra­pał się po gło­wie. - A te­raz wra­cajmy do na­szych spraw. Sta­siu... - chrząk­nął. - Pa­nie Sta­ni­sła­wie, pierw­sze obo­wiązki.

- Ja­kie? - za­py­tał oszo­ło­miony tym wszyst­kim przy­szły wi­ce­pre­zes.

- Masz za­siąść w jury ko­mi­sji ar­ty­stycz­nej. Masz roz­strzy­gnąć kon­kurs na znaczki, który ogło­siła poczta. Z oka­zji dwu­dzie­stej rocz­nicy...

- O! Ciężka praca - wes­tchnął Su­rałło, kle­piąc Sta­ni­sława po ra­mie­niu. - Mam na­dzieję, że dasz radę. A tak już po­waż­nie, to współ­czuję bar­dzo... Tak wy­bie­rać, który zna­czek...

- Nie żar­tuj­cie so­bie, pa­no­wie - prze­rwał Mi­ku­licz-Ra­decki.

- To ja po­waż­nie za­py­tam. Do kiedy nad­syła się prace? Sta­siu, znamy się, czyż nie? - za­ga­dał Su­rałło, obej­mu­jąc Ej­smonda ra­mie­niem.

- Bo­le­sła­wie! - te­atral­nie obu­rzył się Ej­smond.

- Żar­to­wa­łem. Le­dwo się wy­ra­biam dla Ligi Ko­lo­nial­nej. Te­raz mam palmy ry­so­wać. W marcu... Od­bije mi - stwier­dził Su­rałło i zro­bił głu­pią minę, uda­jąc małpę. Za­śmiali się.

- Wejdźmy już do środka - roz­ka­zał dy­rek­tor, oba­wia­jąc się, że w końcu ktoś zo­ba­czy te wy­głupy.

- A sły­sze­li­ście to? Nasi na­ukowcy wró­cili z Ma­da­ga­skaru. Do­wie­dli tego, że świet­nie się tam przyj­mują po­mi­dory i tru­skawki... - cią­gnął Su­rałło.

Sta­ni­sław Ej­smond nie sły­szał. Ru­szył przo­dem i po­now­nie z prze­stra­chem spoj­rzał na gmach Za­chęty.

W ma­łym po­koju na pod­da­szu trzy­dzie­sto­letni Wa­cław Bo­ra­tyń­ski po­od­su­wał wszyst­kie me­ble, które miał. Nie było tego dużo. Prze­su­nął łóżko, krze­sło, mały sto­lik z mi­ską, de­skę kre­ślar­ską. Wszystko pod ściany, tak by zro­bić jak naj­wię­cej miej­sca. Spie­szył się, bo przez nie­wiel­kie okno wpa­dały ostat­nie pro­mie­nie dzien­nego świa­tła. Na pod­ło­dze roz­ło­żył dzie­sięć ry­sun­ków. Na wszelki wy­pa­dek po­cho­wał wszyst­kie ołówki do szu­flady. Nie było już czasu na po­pra­wia­nie.

Chwy­cił się za głowę i wzdy­chał z prze­ję­ciem, pa­trząc na efekty kil­ku­mie­sięcz­nej pracy. Na­wet przed sobą bał się przy­znać, jak bar­dzo jest za­do­wo­lony. Na ziemi le­żały: Chro­bry wi­ta­jący ce­sa­rza Ot­tona III, Ka­zi­mierz Ja­giel­loń­czyk na tle mapy pol­skiej, ta­kiej "od mo­rza do mo­rza", So­bie­ski pod Wied­niem, Zyg­munt Au­gust i unia lu­bel­ska, Kon­sty­tu­cja 3 maja... I to przed­sta­wie­nie, z któ­rego był naj­bar­dziej dumny - bi­twa pod Grun­wal­dem. Z Wła­dy­sła­wem Ja­giełłą na ko­niu po­nad po­ko­na­nymi Krzy­ża­kami. Naj­le­piej mu wy­szedł. Za­sta­na­wiał się, czy ten ry­su­nek wło­żyć na wierzch teczki, czy na sam spód. Jak bę­dzie le­piej?

Długo nad tym my­ślał. Przed snem roz­sz­nu­ro­wał teczkę i od­waż­nie prze­ło­żył go na po­czą­tek. Rano wy­cią­gnął wszystko i po­ukła­dał chro­no­lo­gicz­nie, zgod­nie z ko­lej­no­ścią wy­da­rzeń hi­sto­rycz­nych. Ubrał się od­święt­nie i ru­szył na plac Na­po­le­ona wprost do gma­chu Mi­ni­ster­stwa Poczt i Te­le­gra­fów. Przed sa­mym wej­ściem wy­cią­gnął ry­su­nek przed­sta­wia­jący bi­twę, wziął głę­boki od­dech i prze­ło­żył go jed­nak na wierzch.

Wie­deń, kwie­cień 1938 roku

He­in­rich Him­m­ler był wnie­bo­wzięty. W rę­kach trzy­mał ludzką czaszkę i ob­ra­cał ją w dło­niach. Co chwila po­ję­ki­wał i wzdy­chał z za­chwytu. Od­chy­lał ją do tyłu, za­glą­dał do środka przez pu­ste oczo­doły, gła­dził ręką po ko­ści po­ty­licz­nej, wo­dził pa­znok­ciem po zę­bach. W końcu chwy­cił ją obu­rącz i trzy­mał na wy­cią­gnię­tych przed sie­bie dło­niach. Jak tro­feum.

- Spójrz, Wolff - po­wie­dział do swo­jego ad­iu­tanta, nie od­ry­wa­jąc wzroku od czaszki. - Dzi­siaj przy­szła pocztą. Zna­le­ziona w Ty­be­cie. I to przez na­szą eks­pe­dy­cję! Patrz na te ko­ści. Na tę szczękę. Wy­so­kość czoła. Prze­cież to są nie­zbite do­wody na ist­nie­nie pra­sta­rej aryj­skiej rasy! - roz­pły­wał się. - To oczy­wi­ste, że kie­dyś pa­no­wa­li­śmy nad ca­łym świa­tem. Wi­dzisz to prze­cież? - spy­tał swego ad­iu­tanta Karla Wolffa, który cze­kał, sie­dząc na ka­na­pie w głębi po­koju ho­te­lo­wego za­adap­to­wa­nego na biuro po­lowe szefa SS.

- To oczy­wi­ste - po­twier­dził Wolff. - Cze­kają na te do­ku­menty.

- Znowu obo­wiązki.

He­in­rich Him­m­ler nie­chęt­nie odło­żył czaszkę, zdjął z nosa bi­no­kle i po­ło­żył je na ster­cie pod­pi­sa­nych pa­pie­rów. Pię­trzyła się pra­wie na trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów. Prze­cią­gnął się i za­czął roz­ma­so­wy­wać palce pra­wej ręki. Od­giął głowę do tyłu, roz­cią­ga­jąc szyję.

- A wra­ca­jąc do na­szych spraw... Po­wiedz mi jesz­cze raz, co ten młody po­wie­dział Ro­th­schil­dowi? - spy­tał.

- Że nie uznaje mie­sza­nek róż­nych szcze­pów, pije tylko jed­no­rodne ga­tun­kowo szam­pany...

- Do­brze po­wie­dziane. Sprawdź go.

Karl Wolff ski­nął głową. Zle­cił to już dużo wcze­śniej. Te­raz tylko cze­kał na ra­port.

- Czas na prze­rwę - za­de­cy­do­wał Him­m­ler, pa­trząc na pod­pi­sane do­ku­menty. Pod­pi­sy­wał już do­brą go­dzinę, a cią­gle miał pełno ro­boty. W Wied­niu wszystko to­czyło się znacz­nie le­piej, niż przy­pusz­czał. Wstał, prze­cią­gnął się po­now­nie, chwy­ta­jąc się rę­kami za wy­go­lony kark. Pod­szedł do lu­stra i po­krę­cił głową. Prze­je­chał znów ręką po karku i do­tknął wy­go­lo­nych skroni. Skrzy­wił się. No­wemu fry­zje­rowi, po­noć naj­lep­szemu w Wied­niu, trzę­sły się ręce. Wy­pa­trzył jesz­cze dwa za­cię­cia brzy­twą, tuż nad pra­wym uchem.

- Co my zro­bi­li­śmy z na­szym ber­liń­skim fry­zje­rem...? Nie pa­mię­tam, jak on się na­zy­wał?

- Vic­tor No­vak, bo­dajże - usły­szał.

- I co z nim? Był do­bry - za­py­tał Him­m­ler, gła­dząc pi­ra­midkę z przy­cię­tych pod no­sem wą­sów.

- Wdał się w bójkę w jed­nym z ber­liń­skich lo­kali. Z tego, co mi wia­domo, tra­fił do obozu.

- Za bójkę? - zdzi­wił się szef SS.

- W tym lo­kalu wszy­scy na­zy­wają go Ma­ria Elena, więc pew­nie za to - od­parł Wolff z uśmie­chem, a Him­m­ler skrzy­wił się z nie­sma­kiem, cią­gle prze­glą­da­jąc się w lu­strze.

Prze­krę­cił głowę tak mocno, że doj­rzał ko­lejną cienką czer­woną kre­skę za­krze­płej krwi. Więk­szość fry­zje­rów roz­ci­nała mu skórę wła­śnie w tym miej­scu albo na karku. Nie­na­wi­dził tego, chciał mieć ide­alny kształt czaszki. Poza tym jego wy­soko pod­go­loną fry­zurę na­śla­do­wała pra­wie cała nie­miecka mło­dzież. Był wzo­rem. Mu­siał wy­glą­dać nie­na­gan­nie!

- Sprawdź, czy chce się le­czyć. Je­śli tak, to chcę go wi­dzieć po po­wro­cie do Ber­lina, mam dla niego za­da­nie - po­wie­dział, ma­ca­jąc z nie­za­do­wo­le­niem po cien­kim roz­cię­ciu na skó­rze. Wy­pro­sto­wał się. Po­pra­wił pa­sek w spodniach i do­piął gu­zik ko­szuli. - Wiesz? Nie­długo do pa­łacu Ro­th­schilda przy Prinz-Eu­gen-Strasse wpro­wa­dzi się nowy lo­ka­tor.

- Kto? - za­in­te­re­so­wał się Wolff.

- Adolf Eich­mann. Zro­bimy tam Główny Urząd do spraw Emi­gra­cji Ży­dow­skiej. Nie są­dzisz, że to do­sko­nały po­mysł? - za­py­tał i aż za­trząsł się ze śmie­chu. Oczy za­mie­niły mu się w dwie cien­kie szparki, unio­sły się pu­cu­ło­wate po­liczki. Wy­glą­dał jak za­baw­nie chi­cho­czące zwie­rzątko, tro­chę przy­po­mi­na­jące bor­suka.

- Do­bry po­mysł - po­twier­dził ad­iu­tant, pod­cho­dząc do biurka z paczką. - On już się nimi zaj­mie. Będą się cie­szyć, jak im się uda wy­je­chać w skar­pet­kach. - A, i do­pil­nuje ma­jątku Ro­th­schilda. Po­do­bno samo ka­ta­lo­go­wa­nie zbio­rów po­trwa co naj­mniej rok.

- Nie wie­rzyli w nas - po­wie­dział Him­m­ler i znowu za­chi­cho­tał. - Göring jest wście­kły! Po­do­bno roz­bu­do­wuje swoją re­zy­den­cję, bo mu już ścian na ob­razy bra­kuje. My­ślał, że za­gar­nie więk­szość dla sie­bie - stwier­dził i z czu­ło­ścią po­kle­pał ręką pod­pi­sane pi­sma i de­krety. - Z tej wście­kło­ści ob­sta­wił gra­nice i chce cho­ciaż ob­ło­wić się tym, co Ży­dzi mają za­miar jesz­cze wy­wieźć. Ale by­li­śmy pierwsi i le­piej przy­go­to­wani. Stra­te­gia to pod­stawa. Do wy­ko­na­nia - za­koń­czył ofi­cjal­nym to­nem i po­ka­zał na pa­piery.

Karl Wolff wstał. Zde­cy­do­wa­nym, choć nie­spiesz­nym kro­kiem pod­szedł do biurka, wziął do­ku­menty i wy­niósł je do se­kre­ta­riatu. Tam młoda dziew­czyna prze­stała stu­kać na ma­szy­nie. Wo­dziła za nim wzro­kiem, uda­jąc, że zmie­nia pa­pier. Wie­dział o tym. Nie­spełna czter­dzie­sto­letni, przy­stojny, z nie­na­gan­nymi ma­nie­rami, kur­su­jący po­mię­dzy Him­m­le­rem a Hi­tle­rem, zde­cy­do­wa­nie po­do­bał się ko­bie­tom. Uśmiech­nął się do dziew­czyny i ski­nął głową w po­dzię­ko­wa­niu. Wy­pa­dły jej z ręki wszyst­kie kartki.

- Niech pani po­zwoli - po­wie­dział i schy­lił się, żeby jej po­móc. Za­czer­wie­niła się. Roz­ba­wiło go to.

Wró­cił do po­koju. Tam Him­m­ler znowu trzy­mał czaszkę w ręku.

- Patrz! Ide­alne pro­por­cje. Wszystko się zga­dza. Skarb z cza­sów zło­tej ery aryj­skiej...

- Rze­czy­wi­ście - po­twier­dził Wolff i po­ło­żył ko­lejne pa­piery na biurku. Nie za­mie­rzał te­raz prze­ry­wać sze­fowi.

- Po­myśl tylko - kon­ty­nu­ował Him­m­ler. - Gdyby tylko dawni, po­tężni Ario­wie nie spół­ko­wali z pół­ludźmi i ze zwie­rzę­tami, nie zbru­kali rasy... Trzeba to wszystko te­raz oczy­ścić! - Odło­żył czaszkę na biurko, usta­wia­jąc ją ni­czym dro­go­cenny skarb. - Trzeba dzia­łać bez chwili wy­tchnie­nia. Roz­pocz­niemy złotą erę w dzie­jach ludz­ko­ści. Stwo­rzymy nową re­li­gię!

- A wła­śnie... - prze­rwał mu Karl Wolff, spo­dzie­wa­jąc się dłu­giego wy­wodu. Za­mie­rzał jesz­cze po­roz­ma­wiać z se­kre­tarką, która pew­nie na­dal czer­wie­niła się za drzwiami, i spy­tać, co robi wie­czo­rem. - Co ro­bimy z za­ko­nem nie­miec­kim? - W Wied­niu przy Sin­ger­strasse 7 mie­ściła się ostat­nia główna sie­dziba Krzy­ża­ków. Śred­nio go to ob­cho­dziło, ale chciał już zmie­nić te­mat. Poza tym z za­ko­nem zwią­zany był oj­ciec von Los­sowa, a miał się nim za­in­te­re­so­wać i ze­brać in­for­ma­cje na jego te­mat. Oso­bi­ście wró­żył mu ka­rierę i za­mie­rzał go so­bie wy­cho­wać, je­śli bę­dzie się do tego nada­wał.

- Pod­pi­sa­łem już do­ku­ment o ich ka­sa­cji. - Him­m­ler wzru­szył ra­mio­nami. - Prze­my­śla­łem to, nie są mi po­trzebni. Krzy­żacy byli kie­dyś po­tęgą, po­tem znie­wie­ścieli! - tłu­ma­czył. - Przez tę ich prze­graną bi­twę na pięć­set lat za­mknięto nam drogę na wschód! Ale to się zmieni! Karl, my two­rzymy nowy za­kon. SS jest no­wym nie­miec­kim za­ko­nem - wy­krzyk­nął.

Wie­deń, kwiecień 1938 roku

Ger­hard von Los­sow nie wi­dział, jak do tego do­szło. Spóź­nił się, choć po­ja­wił się w samą porę, by zdą­żyć ura­to­wać ojca. Do­tarł na Sin­ger­strasse i już z da­leka wi­dział, że coś tam się dzieje. Przed nu­me­rem 7 stało już kilka sa­mo­cho­dów ge­stapo. Wej­ście do ko­ścioła i we­wnętrz­nych za­bu­do­wań było ob­sta­wione. Ni­kogo nie wpusz­czali. Przy­spie­szył kroku. Na ko­niec biegł, gdy zo­ba­czył ojca le­żą­cego na chod­niku. Jedni mó­wili, że ktoś go po­pchnął. Inni, że się szar­pał, gdy nie po­zwo­lono mu wejść do środka. Po­do­bno nikt mu nic nie zro­bił, sam za­chwiał się i upadł. Ger­hard nie wie­dział, co jest prawdą, nie do­cie­kał, i tak nie ro­zu­miał, co się stało. Nie miał po­ję­cia, że na­zi­ści za­mie­rzają zli­kwi­do­wać główną sie­dzibę za­konu. I cały za­kon, któ­rego tra­dy­cja się­gała śre­dnio­wie­cza. Prze­jęli bu­dynki i skar­biec. Nie po­zwo­lili ojcu wejść do ar­chi­wum. To rze­czy­wi­ście mo­gło go za­bić. Pra­co­wał tam od za­wsze. Tak samo jak jego oj­ciec, i oj­ciec jego ojca, i tak da­lej. Każdy był ho­no­ro­wym ry­ce­rzem za­konu. To mu­siał być dla ojca szok. Prze­cież wo­lał na­zi­stów od bez­boż­nych ko­mu­ni­stów. Ich się bał naj­bar­dziej, twier­dził, że to oni nie po­tra­fią usza­no­wać świę­to­ści. Niem­ców się nie oba­wiał, nie spo­dzie­wał się, że za­gro­dzą mu drogę i będą ka­zali so­bie pójść. Do­stał wy­lewu. Le­karz stwier­dził, że Ger­hard po­ja­wił się w ostat­niej chwili. Gdyby nie on, Georg von Los­sow mógłby już nie żyć. Nie mógł dłu­żej le­żeć na chod­niku. Za­kon­nicy ob­stą­pili go, ale bali się co­kol­wiek zro­bić. Ger­hard za­czął krzy­czeć. Po­mógł mun­dur i roz­ka­zu­jący ton, mimo że był niż­szy stop­niem od nad­zo­ru­ją­cego ak­cję ofi­cera. Spra­wił, że jed­nym z sa­mo­cho­dów od­wie­ziono ich do szpi­tala. Tam też wy­mógł, by na­tych­miast za­jęto się oj­cem. Spę­dził z nim dobę.

Te­raz przy­wiózł go do domu.

Na sza­fie cią­gle wi­siał płaszcz z czar­nym krzy­żem. Był od­pra­so­wany i cze­kał pew­nie na uro­czy­sto­ści lub spo­tka­nia, może na­wet z oka­zji przy­łą­cze­nia Au­strii do Rze­szy. Nie do­cze­kał się. Scho­wał go i przy­po­mniał so­bie, jak do­stał la­nie gru­bym pa­sem, kiedy za­ło­żył go po kry­jomu i z drew­nia­nym mie­czem w ręku ba­wił się w krzy­żowca. Od tam­tej pory do tej chwili nie ru­szał tego płasz­cza. Ale te­raz oj­ciec miał wy­lew.

Pie­lę­gnia­rze wy­szli. Dok­tor Koch miał się po­ja­wić nie­ba­wem.

- Po­dejdź, chyba chce ci coś po­wie­dzieć - za­wo­łała go Kri­sta, gdy wy­szła słu­żąca i zo­stali już cał­kiem sami. Kri­sta po śmierci matki kła­dła go do snu, po­tem tra­fiła do łóżka ojca. Cią­gle wy­glą­dała jak za­su­szona gu­wer­nantka, ale nie prze­szka­dzała mu. Do­brze się oj­cem opie­ko­wała.

- Do­brze? Tak? Nie? A te­raz? O tak? Tak? - py­tała, po­pra­wia­jąc po­du­chy, a Ger­hard nie mógł po­jąć, jak od­czy­tuje, czego chce oj­ciec. Beł­ko­tał. Miał spa­ra­li­żo­wane pół twa­rzy, z ką­cika ust ście­kała mu ślina, opa­dała lewa po­wieka. Był bez­bronny. Ta­kiego go nie znał.

Bał się, ale pod­szedł i usiadł przy łóżku. Wziął go za rękę. Była chłodna. Przy­krył go.

- Na­chyl się i patrz na usta. Z bli­ska ła­twiej zro­zu­mieć - za­su­ge­ro­wała Kri­sta. Sama wstała i Ger­hard się zbli­żył. Oj­ciec za­char­czał. Naj­pierw nie­wy­raź­nie, z wiel­kim tru­dem, ale usil­nie coś po­wta­rzał.

- Wy...o...śśśś...eee.

Po­tem co­raz wy­raź­niej. W końcu Ger­hard zro­zu­miał.

"Wy­noś się" - tak po­wie­dział.

Nie mógł się my­lić. Już to kie­dyś sły­szał. Wy­krzy­czane. Te­raz to też był krzyk, choć zwię­dłego ciała. Wstał i ob­cią­gnął mun­dur. Nie mógł zła­pać tchu. Oj­ciec za­mknął oczy. Jakby na znak, że za­koń­czył roz­mowę. Ger­hard od­szedł od łóżka. Od­wró­cił się. Zro­bił krok, ale się za­trzy­mał. Płaszcz znowu był na drzwiach od szafy.

- Chciał, żeby tu wi­siał - po­wie­działa Kri­sta, wi­dząc zdzi­wie­nie w oczach Ger­harda.

- Aha. - Po­ki­wał głową i za­gryzł usta. Ru­szył w kie­runku drzwi.

- Co ci po­wie­dział?

Ger­hard przy­sta­nął i od­wró­cił się.

- Po­wie­dział... że so­bie po­ra­dzi.

Przez na­stępne pięć go­dzin Ger­hard von Los­sow cho­dził uli­cami Wied­nia. Na­strój miał wi­siel­czy. Nie pa­so­wał do mia­sta, które pra­wie od mie­siąca trwało w kar­na­wa­ło­wym szale. Lu­dzie stro­ili się tak, jakby co dzień ogła­szano ja­kieś nowe święto. Stro­iły się też całe ulice. Ściany bu­dyn­ków ozdo­biono kil­ku­me­tro­wymi gir­lan­dami z li­ści i kwia­tów. Z da­chów i bal­ko­nów zwi­sały dłu­gie na kilka pię­ter na­zi­stow­skie flagi. Nad jezd­niami roz­pięto druty i po­przy­wie­szano do nich swa­styki, które bu­jały się na wie­trze. Wszystko to na cześć Adolfa Hi­tlera, który try­um­fal­nie wkro­czył do sto­licy. Choć Hi­tler wy­je­chał, at­mos­fera na­ro­do­wego pod­nie­ce­nia wcale nie mi­jała. Po­ja­wiły się ko­lejne trans­pa­renty, tym ra­zem z oka­zji re­fe­ren­dum. Wie­deń­czycy mieli się wy­po­wie­dzieć, czy chcą przy­łą­cze­nia do Rze­szy. Wszystko wska­zy­wało na to, że już się wy­po­wie­dzieli. W oknach tkwiły więk­sze lub mniej­sze por­trety Füh­rera. Słupy ob­wie­szono ha­słami. Wszyst­kie z po­par­ciem, wszyst­kie na "tak". In­nych nie było. W tę i we w tę jeź­dziły sa­mo­chody po­okle­jane pla­ka­tami. Nic tylko: "Je­den na­ród! Je­den kraj! Je­den wódz!". Te same ha­sła wy­krzy­ki­wano z gło­śni­ków. Po­wta­rzano w ra­diu. Pi­sano wiel­kimi li­te­rami w ga­ze­tach. Na­wet na kar­cie do re­fe­ren­dum kółko przy "tak" było wiel­kie i na sa­mym środku, "nie" było małe i z boku. Zresztą nie za­no­siło się na to, by kto­kol­wiek chciał je za­kre­ślić.

Chyba że oj­ciec, ale on nie mógł się ru­szać. I Ży­dzi, któ­rzy nic już nie mo­gli zro­bić, po­my­ślał Ger­hard, pa­trząc z cie­ka­wo­ścią na drzwi Café Rem­brandt.

My­ślał, że wa­łęsa się po Wied­niu bez celu, a do­tarł tam, gdzie wcale nie za­mie­rzał przy­cho­dzić. Znał to miej­sce do­sko­nale. W tej wła­śnie ka­wiarni po­znał Le­opol­dine. Pa­mię­tał to aż za do­brze. Ale po co tu przy­szedł? Nie dzwo­nił do niej od lat. Nie py­tał, co u niej sły­chać. Nie spraw­dzał, czy wy­sta­wiła ja­kieś nowe prace. Była mu obo­jętna. Jej męża też nie spo­tkał, choć był wy­soko po­sta­wio­nym au­striac­kim na­zi­stą.

Rem­brandt ma­larz był ulu­bień­cem hi­tle­row­ców, ale na pewno nie był nim wła­ści­ciel tej wie­deń­skiej ka­wiarni. Na wszyst­kich szy­bach białą farbą wy­ma­lo­wane były gwiazdy Da­wida. Na naj­więk­szym oknie wid­niał na­pis "Jude", taki sam był na chod­niku przed wej­ściem. W środku nie świe­ciło się żadne świa­tło.

Pod­szedł, zer­k­nął przez okno. Zda­wało się, że wszystko jest po sta­remu. Te same krze­sła i sto­liki. W głębi pi­ko­wana, skó­rzana ka­napa, przy niej mała ława. Wra­cały wspo­mnie­nia.

- Pro­szę pana! - Ktoś szarp­nął go za rę­kaw mun­duru. Od­wi­nął się bez­wied­nie i za­mach­nął. Ma­łego, pię­cio-, może sze­ścio­let­niego chłopca od­rzu­ciło pra­wie na metr do tyłu. Upadł na chod­nik i za­czął pła­kać. Obok niego stał drugi, tro­chę star­szy, z wia­drem w ręku.

- Czego chce­cie?! - wark­nął von Los­sow, choć nie miał w pla­nach wy­ży­wać się na za­smar­ka­nych chłop­cach w krót­kich spoden­kach.

- Mama nam nie po­zwala... My­śle­li­śmy, że może pan...?

- Na co mam niby po­zwo­lić?!

- Bo inni mogą, a my nie, tak po­wie­działa mama. - Młod­szy pod­niósł się z chod­nika i oży­wił się. Prze­stał pła­kać i otarł rę­ka­wem nos.

- Co mogą? - za­py­tał Ger­hard. Na­wet tro­chę za­in­te­re­so­wany na­chy­lił się nad mal­cami.

Ten młod­szy zro­bił prze­bie­głą minę, po­ka­zał na okno, po­tem na wia­derko i przy­ło­żył pa­lec do ust.

W wia­drze było kil­ka­na­ście nie­ma­łych ka­mieni.

- Po­zwa­lam. - Ger­hard wzru­szył ra­mio­nami.

- Sły­sza­łeś! Ka­zał nam! - za­wo­łał ma­lec z ra­do­ścią i nie cze­ka­jąc, ci­snął pierw­szym ka­mie­niem w okno ka­wiarni Rem­brandt. Ten po­szy­bo­wał wprost w sam śro­dek gwiazdy Da­wida. Po trze­cim roz­trza­skana była już cała szyba. Ko­lejne tra­fiły w drzwi. Tam szyba nie wy­pa­dła, ale za to je­den z ka­mieni ude­rzył w klamkę. Drzwi się otwo­rzyły. Na otwarte drzwi szkoda było ka­mieni. Chłopcy prze­rzu­cili się na ko­lejne okna. Gdy skoń­czyły się ka­mie­nie, Ger­hard von Los­sow pod­szedł do otwar­tego na oścież wej­ścia.

- Pro­szę pana! Wszy­scy, co tu­taj cho­dzili, te­raz idą tam. - Chło­piec po­ka­zał na róg ulicy. - W lewo i ka­wa­łek da­lej. Tam­ten wła­ści­ciel ka­zał nam to mó­wić. Tam jest le­piej.

- Dzię­kuję, naj­pierw wejdę tu - od­po­wie­dział. Chciał przez chwilę po­pa­trzeć. Zo­ba­czyć, czy na sto­li­kach stoją te same po­piel­niczki z go­dłem Habs­bur­gów.

Wszedł. Za nim po­woli ru­szyli za­cie­ka­wieni chłopcy. Na pierw­szy rzut oka pra­wie nic się nie zmie­niło. Mi­nął słup przy drzwiach wej­ścio­wych. Spoj­rzał przed sie­bie i cof­nął się o krok. Na środku ka­wiarni na ży­ran­dolu wi­siał czło­wiek. Pod nim było prze­wró­cone krze­sło. Któ­ryś z wla­tu­ją­cych ka­mieni mu­siał go po­ru­szyć, bo ciało lekko się jesz­cze bu­jało. Wła­ści­cie­lowi nie spodo­bały się nowe czasy. Do­ko­nał wy­boru, po­my­ślał Ger­hard i wzru­szył ra­mio­nami. Sam też kie­dyś pró­bo­wał za­pleść taki sznur.

Od­wró­cił się. Chłopcy stali jak wryci.

- Trzeba było słu­chać mamy. - Ger­hard wzru­szył ra­mio­nami. Malcy ucie­kli z krzy­kiem. Sam też długo nie pa­trzył. Twarz była sina, ję­zyk wy­wa­lony na wierzch. Nie było na co pa­trzeć.

Wy­szedł. Ru­szył w kie­runku wska­za­nej przez chłop­ców ka­wiarni. Kilku ga­piów sto­ją­cych na chod­niku od­pro­wa­dziło go wzro­kiem, nie od­po­wie­dział im ani sło­wem. Pod­szedł tylko do prze­cho­dzą­cego obok pa­trolu po­li­cji. To ich sprawa. Sam chciał się na­pić. Po­woli za­pa­dał zmierzch.

Lo­kal był duży i wy­peł­niony ludźmi. Nie po­do­bał mu się. Ale po kilku sznap­sach za­częło być na­wet zno­śnie. I bar­man nie pa­trzył z wy­rzu­tem, nie pró­bo­wał też na­wią­zy­wać roz­mowy. Dwóm na­ga­bu­ją­cym go dziew­czy­nom bez zbęd­nych ce­re­gieli po­wie­dział, żeby szu­kały szczę­ścia gdzie in­dziej.

Scho­dziło się co­raz wię­cej lu­dzi. Parę osób roz­po­znał, przy­szło też kilku wy­so­kich rangą ofi­ce­rów, któ­rzy za­raz usie­dli w od­dziel­nej salce. Za­mie­rzał wyjść. Co­raz bar­dziej chwiał się na no­gach, mimo że od go­dziny pra­wie stał w miej­scu. Chciał za­pła­cić, gdy ktoś do­tknął jego ra­mie­nia.

- Za­bierz mnie stąd - usły­szał. Nie od­wró­cił się. Za­mó­wił jesz­cze jed­nego sznapsa i scho­wał pie­nią­dze. Przy­lgnęła do jego ple­ców. Wy­pił, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

- Odejdź - po­wie­dział w końcu. Była chuda, miała pra­wie prze­zro­czy­ste, lekko zie­lone tę­czówki ze źre­ni­cami nie więk­szymi niż główka szpilki. Bladą skórę. Do mocno po­ma­lo­wa­nych kar­mi­no­wo­czer­woną szminką ust przy­kle­iło się pa­semko czar­nych wło­sów. Była w jego ty­pie, ale dzi­siaj nie za­mie­rzał jej po­zna­wać.

- Gdzie­kol­wiek. Te­raz. Mój błę­kit­no­oki. - Nie pod­da­wała się.

Chwy­ciła twarz Ger­harda w obie dło­nie.

- Nie po­do­bam ci się?

- Odejdź - po­wtó­rzył.

- A ty coś taki po­sępny? Nie cie­szysz się? Źle re­agu­jesz na piękno? - usły­szał zza ple­ców. Od­wró­cił się. Za nim stał Vie­thold Falk. O pół głowy niż­szy, kę­dzie­rzawy, z nie­ga­sną­cym dzie­cię­cym bły­skiem w oku. Znali się z Ber­lina. Vie­thold był za­opa­trze­niow­cem w We­hr­mach­cie, a po pracy, tak samo jak Ger­hard, lu­bił prze­by­wać za ku­li­sami te­atrów. Przede wszyst­kim w oto­cze­niu ko­biet, które go uwiel­biały. Jak nikt po­tra­fił obie­cy­wać cuda, choćby to miały być gwiazdy z nieba. Chciały mu wie­rzyć. Z tego, co wie­dział Ger­hard, Vie­thold słowa do­trzy­mał tylko raz. Oże­nił się kie­dyś w Kłaj­pe­dzie i tam cze­kała na niego żona. Ger­hard ni­gdy jej nie wi­dział, za to z in­nymi ko­bie­tami nie­je­den raz wspól­nie oglą­dał świt. Cza­sami na­wet ze wspól­nego łóżka.

Te­raz Vie­thold przy­glą­dał się dziew­czy­nie, która pró­bo­wała za­cze­pić Ger­harda. Była na szpil­kach, więc był od niej niż­szy pra­wie o głowę. Pa­trząc jej pro­sto w oczy, od­gar­nął przy­kle­jone do jej ust pa­semko wło­sów. Uwie­siła mu się na ra­mie­niu.

- Masz tu coś na po­prawę na­stroju - po­wie­dział do Ger­harda i wło­żył mu do ręki białą pi­gułkę. - Do­łącz do nas, jak ci się po­lep­szy - do­dał, chwy­ta­jąc dziew­czynę w pa­sie.

- Co to? - za­py­tał Ger­hard, trzy­ma­jąc ta­bletkę na otwar­tej dłoni. Vie­thold za­ci­snął mu palce swoją ręką, roz­glą­da­jąc się do­okoła.

- Wła­śnie zre­ali­zo­wa­łem za­mó­wie­nie dla ar­mii. Trzy­dzie­ści dwa mi­liony ta­kich cu­dow­nych pi­gu­łek. Do­stępne będą bez re­cepty. Do­sko­nałe. Mam sporo na próbę, ale nie mu­sisz się tym chwa­lić, bo będą się o to za­bi­jać. Przyjdź do nas, sie­dzimy przy tam­tym sto­liku - po­wie­dział i po­ka­zał pal­cem w głąb sali.

Już było tam gę­sto od lu­dzi, a do­cho­dziła jesz­cze ja­kaś dziew­czyna z ru­dym lo­kiem nad czo­łem, a z nią ja­kiś wyż­szy rangą ofi­cer. Mu­siał być kimś waż­nym, bo kilka osób się ze­rwało, żeby ustą­pić mu miej­sca. Ger­hard od­wró­cił się w kie­runku baru. Łyk­nął pi­gułkę. Po­pił sznap­sem.

- Idź. Za­raz przyjdę - mruk­nął, wła­ści­wie sam nie wie­dząc, na co ma ochotę.

Vie­thold wzru­szył ra­mio­nami.

- Wiesz, co w nim lu­bię? - za­gad­nął dziew­czynę. Ta po­krę­ciła głową. - Przy­nosi mi szczę­ście - od­po­wie­dział, mocno obej­mu­jąc ją w pa­sie, i ru­szył do sto­lika.

Ger­har­dowi nie udzie­lił się jego en­tu­zjazm, choć kie­dyś dziew­czyna by­łaby do­kład­nie w jego ty­pie. Po dłuż­szej chwili po­sta­no­wił wró­cić do domu i wy­gar­nąć ojcu. Wszystko.

Roz­my­ślał o tym "wszyst­kim", sto­jąc i pi­jąc przy ba­rze, gdy znów po­czuł czy­jąś rękę na ra­mie­niu.

- Mó­wi­łem, że przyjdę - żach­nął się. - Daj mi spo­kój - do­dał, ale ten ktoś go szarp­nął. Od­wró­cił się. Za nim stał haupt­sturm­füh­rer Od­ilo Glo­boc­nik, ten, z któ­rym aresz­to­wał Lo­uisa von Ro­th­schilda. Był pi­jany, czer­wony na twa­rzy i wście­kły. Przy­su­nął się bar­dzo bli­sko. Ger­hard czuł jego od­dech. Śmier­dział.

- Sto­isz tu i roz­my­ślasz, ja­kim by­łeś bo­ha­te­rem?! - wy­sy­czał, nie do końca wy­raź­nie.

- O ni­czym nie my­ślę - od­po­wie­dział mu Ger­hard i chciał się od­wró­cić w stronę baru.

- Pa­mię­taj. - Od­ilo chwy­cił go za ko­szulę. - Wy­najdę norę. Tam, gdzie kozy wy­pi­nają dupy, a chłopy się z tego cie­szą! - krzy­czał, śli­nił się przy tym i oplu­wał sie­bie i Ger­harda. - I tam cię ze­ślę! Tam znajdę ci miej­sce.

- Masz tam ro­dzinę?

- Je­steś skoń­czony! - wrzesz­czał Od­ilo, szar­piąc go za ko­szulę. Wszy­scy po­odw­ra­cali głowy w ich stronę. Vie­thold wstał od sto­lika i ru­szył do baru. W drzwiach po­ja­wiła się żan­dar­me­ria. Bar­man szybko zdej­mo­wał z kon­tu­aru sto­jące obok nich szkła.

Ger­hard wi­dział to wszystko, ale tro­chę tak jak na fil­mie ze swoim udzia­łem.

- Nie masz sza­cunku! My­ślisz, że je­steś lep­szy?! Nie wiesz, z kim za­dar­łeś! Za­pa­mię­taj! - ryk­nął haupt­sturm­füh­rer. - Od­ilo Glo­boc­nik to ja...!

- Nie in­te­re­sują mnie lu­dzie, któ­rzy mu­szą się przed­sta­wiać! - od­po­wie­dział gło­śno i do­bit­nie Ger­hard.

Haupt­sturm­füh­rer znowu szarp­nął go za ko­szulę i pró­bo­wał unieść rękę, a wtedy Ger­hard po­czuł, że cze­kał na to cały dzień. Wła­śnie na to. Za­ci­snął pięść i wy­ce­lo­wał mu pro­sto w twarz. Pro­sto w nos. Po­czuł miaż­dżoną chrząstkę. I było mu wszystko jedno.

Ktoś krzyk­nął. Ktoś wrza­snął. Od­ilo Glo­boc­nik ru­nął na naj­bliż­szy sto­lik. Pró­bo­wał się pod­nieść, ale ro­bił to tak nie­zdar­nie, że padł na pod­łogę.

Ger­hard von Los­sow nie mógł już nic zro­bić. Po chwili pro­wa­dziła go żan­dar­me­ria.

Lu­blin, kwie­cień 1938 roku

Dziu­ra­wiec mi­nął sie­dzącą na progu gar­batą dziew­czynkę. Oku­tana była starą, prze­wią­zaną sznur­kiem w pa­sie ka­potą. Opie­rała się o fra­mugę drzwi. Chustka na jej gło­wie była już mo­kra od desz­czu, ale dziew­czynka i tak spała. Obok le­żał za­nu­rzony w bło­cie pu­sty ko­szyk, a wo­kół niego okru­chy po baj­glach. Nie miał po­ję­cia, czy wszyst­kie udało jej się sprze­dać, czy nie, ale jedno nie ule­gało wąt­pli­wo­ści. Ła­żący do­okoła pies ob­li­zy­wał się na­mięt­nie. Tup­nął na burka i po­ża­ło­wał, bo przy oka­zji w coś wdep­nął. Wy­tarł buty o próg i wszedł do ka­mie­nicy przy ulicy Zło­tej. Miał iść na samą górę. Nie­spiesz­nie za­czął po­ko­ny­wać trzesz­czące stop­nie prze­gni­łych scho­dów. Po­ła­ma­nej po­rę­czy nie chwy­tał.

Za­wsze się za­sta­na­wiał, jak Loli Sztajn udaje się po nich wcho­dzić na samą górę bez zła­ma­nia przy tym nogi. Lola Sztajn co­dzien­nie po­ko­ny­wała drogę na trze­cie pię­tro, stu­ka­jąc przy tym drew­nianą pro­tezą. Chyba się przy­zwy­cza­iła. Nogę ucięto jej po­ni­żej ko­lana, gdy była jesz­cze dziec­kiem, nikt do­kład­nie nie wie­dział, co się stało, a sama Lola opo­wia­dała różne hi­sto­rie, w za­leż­no­ści od na­stroju. Oczy­wi­ście, gdy tylko mo­gła, wy­słu­gi­wała się przy­cho­dzą­cymi do niej klien­tami. Pra­wie każdy mu­siał nie tylko za­pła­cić, ale także coś przy­nieść. Wia­dro wody, wę­gla albo kar­to­fli. Cze­kała w oknie. Gdy przy­cho­dzili, krzy­czała na nich z okna, a po­tem in­for­mo­wała na całe po­dwórko, co ma rze­czony klient przy­nieść. Jabłka wno­sił jej sam po­ste­run­kowy i nikt nie wie­dział, czy przy­szedł ją prze­słu­chi­wać, na­stra­szyć oby­cza­jówką, czy zo­ba­czyć wy­ma­chu­jącą ki­ku­tem. Wia­domo, że był kilka razy. Oprócz niego nikt jej nie za­cze­piał. Miała już swoje lata i trudno było ją czym­kol­wiek prze­stra­szyć. Po­do­bno po­go­niła na­wet mło­dego wi­ka­rego, który chcąc na­ma­ścić ja­kie­goś cho­rego, po­my­lił pię­tra. Okła­dała go drew­nianą pro­tezą tak, że cała klatka scho­dowa sły­szała, jak zbie­gał ze scho­dów, mało zdro­wych nóg nie po­ła­mał.

Dziu­ra­wiec cho­dził do niej co ja­kiś czas. Kie­dyś, gdy był mały, za­jęła się nim. Nie za­po­mniał. Przez lata sam z sie­bie przy­no­sił jej ro­dzynki ko­ryntki lub suł­tanki, kawę Rio albo Moccę lub bu­lion Maggi, co tylko mu w ko­lo­nialce wpa­dło w ręce. Lu­bił też po­ga­dać. Mało znał tak mą­drych osób jak ona.

Te­raz trzy­mał to­rebkę z mig­da­łami Bari.

Po dro­dze na samą górę mu­siał mi­jać się z prze­cho­dzą­cymi klien­tami i są­sia­dami. Na pierw­szym pię­trze po­trą­cił go zbie­ga­jący wy­ro­stek. Dziu­ra­wiec chwy­cił go jedną ręką, drugą od­ru­chowo wło­żył do swo­jej kie­szeni. Na­ma­cał nóż. Ob­ró­cił się, ale prze­ra­żony chło­pak za­czął go prze­pra­szać, za­nim Dziu­ra­wiec zdą­żył zmarsz­czyć brew. Pu­ścił smar­ka­cza, a ten za­czął zbie­gać po trzy schodki na­raz, mało się nie za­bił.

Z dru­giego pię­tra do­cho­dziły od­głosy ja­kiejś kłótni, pła­czu i ofi­cjal­nego tonu.

- Na­lot... w dupę - le­dwo wy­beł­ko­tała, chwie­jąc się na pół­pię­trze, pi­jana Bejla Bil­dhol­cer. Znał ją każdy sąd, po­li­cjant i le­karz z Ko­mi­sji Sa­ni­tarno-Oby­cza­jo­wej. Miała ufar­bo­wane na blond włosy i wszyst­kie cho­roby, ja­kie można było mieć w jej fa­chu. Klęła jak szewc. Ale te­raz chyba nie o nią cho­dziło. I tak nie mo­głaby się z ni­czego tłu­ma­czyć, już nie bar­dzo umiała sen­sow­nie mó­wić, była w sta­nie tylko bluź­nić albo ga­dać od rze­czy.

Dziu­ra­wiec omi­nął ją, splu­nął przez lewe ra­mię, na wszelki wy­pa­dek od­ga­nia­jąc coś, co mo­gło się od niej przy­plą­tać, choć nie na wiele to się zdało, bo chwie­jąc się, ru­szyła za nim. Drzwi do miesz­ka­nia na dru­gim pię­trze były otwarte na oścież. Parę cie­kaw­skich osób zer­kało. Zo­ba­czyli go i ustą­pili mu miej­sca, wszedł i sta­nął w drzwiach do cia­snego po­koju na końcu ko­ry­ta­rza. W środku był po­li­cjant. Ja­kiś nowy i jesz­cze prysz­czaty. Nie znał go.

- Na pod­sta­wie roz­po­rzą­dze­nia Mi­ni­stra Zdro­wia z szó­stego wrze­śnia ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego dru­giego roku o nad­zo­rze nad nie­rzą­dem - re­cy­to­wał po­li­cjant, jakby był na ja­kimś eg­za­mi­nie - utrzy­my­wa­nie do­mów roz­pu­sty jest wzbro­nione - za­koń­czył z pal­cem unie­sio­nym do góry.

- Oby cię ro­baki ja­dły! Oby pi­jawki krew twoją piły! - zło­rze­czyła po ży­dow­sku sto­jąca te­raz za jego ple­cami Bejla. Dziu­ra­wiec na­wet ją tro­chę lu­bił, bo po­tra­fiła do­brze przy­ga­dać, ale po­li­cjant i tak nie ro­zu­miał, co mówi, więc nie re­ago­wał. - Obyś był twardy jak że­lazo i zgi­nać się nie mógł! Obyś... - pró­bo­wała wy­krzy­czeć, wy­ma­chu­jąc chu­dymi rę­kami.

- Bejla, ci­cho bądź! - uspo­ko­iła ją po pol­sku Hela zwana Ka­ru­zelą. Sie­działa okra­kiem na stołku. Była tak gruba, że po­do­bno jak była kie­dyś na huś­tawce w we­so­łym mia­steczku, to wstała ra­zem z sie­dze­niem. Dwóch chłopa się za­pie­rało, żeby ją uwol­nić, a i tak trzeba było roz­ci­nać że­la­zne pręty z opar­cia. Tak przy­naj­mniej opo­wia­dał Anioł, który sam był chudy jak szczapa i za­wsze mó­wił o tym z wiel­kim roz­ma­rze­niem.

- Pa­nie wła­dzo, jaki to dom roz­pu­sty? - za­częła spo­koj­nym gło­sem Ka­ru­zela, która zo­ba­czyła sto­ją­cego w drzwiach Dziu­rawca. Jed­no­cze­śnie się ucie­szyła i prze­stra­szyła.

Dziu­ra­wiec na ra­zie nic nie mó­wił. Nie miał po­ję­cia, czym pod­pa­dły. Każdy wie­dział, że można było tu wejść na go­dzinę, że na stałe mieszka tu Bejla z Ka­ru­zelą, że w ką­cie za­wsze sie­dzą ja­kieś dzie­ciaki, które nie­jedna z dziew­czyn zo­sta­wia, gdy sama jest na ulicy. Ale tak było wszę­dzie. Jak przy­cho­dził klient, dzieci szły na schody albo sie­działy pod ko­cem, gdy na dwo­rze było za zimno.

- Pod na­zwą "dom pu­bliczny" na­leży ro­zu­mieć wszel­kie miesz­ka­nia i lo­kale zaj­mo­wane przez wię­cej niż dwie osoby upra­wia­jące za­wo­dowo nie­rząd - wy­re­cy­to­wał po­li­cjant. - Wy dwie ma­cie czarne ksią­żeczki.

- I co z tego? - Hela Ka­ru­zela wzru­szyła ra­mio­nami, aż za­trzesz­czał sto­łek. - My je­ste­śmy dwie, a ona nie ma. Do­piero z pro­win­cji przy­je­chała. Z Lu­bar­towa. Sie­rota.

Dziu­ra­wiec do­piero te­raz za­uwa­żył sie­dzącą w ką­cie mło­dziutką dziew­czynę, która kur­czowo za­ci­skała palce na rączce wa­lizki. Ja­sne strąki mo­krych wło­sów opa­dały jej na prawy po­li­czek, za­sła­nia­jąc pół twa­rzy. Nie wy­glą­dała na pa­nienkę, ale wszyst­kie, które przy­jeż­dżały ze wsi do Lu­blina, na po­czątku nie wy­glą­dały. Dziu­ra­wiec nie po­lu­bił tego po­li­cjanta. Wszystko wska­zy­wało na to, że jest nowy i za bar­dzo am­bitny. A Moj­sze, który opie­ko­wał się dziew­czy­nami, pew­nie znowu grał w karty.

Dziu­ra­wiec po­ło­żył to­rebkę z mig­da­łami na krze­śle przy drzwiach. Ru­szył na śro­dek po­koju.

- O co tu cho­dzi? - za­py­tał. Ręce trzy­mał w kie­szeni i pa­trzył mło­dzia­kowi pro­sto w oczy.

- A pan to kto?

- Są­siad.

- Stąd?

- Z są­siedz­twa.

- Al­fons? - za­py­tał po­li­cjant, uno­sząc pod­bró­dek.

- Nie.

- To kto?

- Są­siad - po­wtó­rzył. - O co tu cho­dzi?

- Mieszka tu. - Po­li­cjant po­ka­zał na młodą dziew­czynę. - I trudni się nie­rzą­dem. Za­bie­ram ją na ko­mi­sa­riat i spi­szemy...

- A skąd wia­domo, że tu mieszka?

- Bo ma swoje rze­czy. - Prysz­czaty po­li­cjant po­ka­zał na wa­lizkę. Szczęka aż mu się trzę­sła ze zło­ści. Przed chwilą kon­tro­lo­wał sy­tu­ację, a te­raz nie wie­dział, z kim ma do czy­nie­nia.

Dziu­ra­wiec po­pa­trzył na dziew­czynę, sie­działa ze spusz­czoną głową. Wy­glą­dała jak zmo­kła kura. Usta miała całe w opryszczce.

Z da­leka my­ślał, że ma pod­bite oko, ale z bli­ska doj­rzał za­sło­niętą nie­re­gu­larną plamę, ja­kieś ciemne szpe­cące zna­mię, dwa razy więk­sze od zło­tówki. Ni­gdy wcze­śniej jej nie wi­dział i uznał, że le­piej, je­śli nie trafi jesz­cze na ko­mi­sa­riat.

Pod­szedł do niej. Na­chy­lił się i dwoma rę­kami zła­pał za wa­lizkę. Dziew­czyna nie chciała pu­ścić rączki.

- Ja tu nie miesz­kam. Ja nie...

- A kogo to ob­cho­dzi? - za­py­tał, pa­trząc jej pro­sto w oczy. Szarp­nął za rączkę wa­lizki. Pu­ściła.

Pod­szedł do okna. Otwo­rzył je, wyj­rzał i wy­rzu­cił torbę. Pa­trzył, jak spada. Zde­rza­jąc się z zie­mią, otwo­rzyła się. W bło­cie wy­lą­do­wały halka, majtki, raj­stopy i ja­kaś książka. Dziu­ra­wiec przez chwilę wy­glą­dał przez okno. Jedna z dzi­wek, kry­jąca się w bra­mie na­prze­ciwko, kiw­nęła głową. Wia­domo było, kto rzu­cił, i wia­domo było, że ra­czej szybko nikt się na to nie po­łasi. Młoda dziew­czyna pod­bie­gła do okna.

- Świ­nia! - syk­nęła przez za­ci­śnięte zęby. Dziu­ra­wiec po­ki­wał głową. Rze­czy­wi­ście mu­siała nie­dawno tu przy­je­chać, skoro nie wie­działa, do kogo mówi. Od­wró­cił się bez słowa i od­szedł od okna.

- To mieszka czy nie mieszka? - spy­tał po­li­cjanta, roz­kła­da­jąc pu­ste ręce.

Po­li­cjant nie wie­dział przez se­kundę, co po­wie­dzieć. Dziu­ra­wiec nie cze­kał, kiedy się zo­rien­tuje, że nie ma tu nic do ro­boty, i w końcu zde­cy­duje się wyjść. Sam ru­szył w kie­runku drzwi. Za­trzy­mał się obok dzie­cia­ków, które cią­gle były pod ko­cem przy ścia­nie, za to na krze­śle nie było to­rebki z mig­da­łami. Je­den, naj­bar­dziej usmar­kany, na­gle prze­stał po­ru­szać ustami.

- Wy­pluj! - po­wie­dział Dziu­ra­wiec. Dzie­ciak wy­pluł na pod­łogę na wpół nad­gry­ziony mig­dał. Dziu­ra­wiec pod­szedł, roz­gniótł go bu­tem, do­kład­nie. Po­tem wy­cią­gnął przed sie­bie rękę.

- Nie­ład­nie jest kraść. Prawda, pa­nie wła­dzo? - za­py­tał Dziu­ra­wiec, nie pa­trząc na po­li­cjanta, tylko na usmar­ka­nego chło­paka.

Dzie­ciak wy­su­nął spod koca wy­mię­to­loną już to­rebkę. Dziu­ra­wiec wziął ją, wy­jął z niej mig­dał. Wy­szedł, mie­ląc go w ustach. Wszy­scy na jego dro­dze roz­stę­po­wali się bez słowa.

On sam wszedł po scho­dach na górę. Za­trzy­mał się pię­tro wy­żej i cze­kał. Jak prze­wi­dział, po­li­cjant wy­szedł po chwili i szyb­kim kro­kiem za­czął scho­dzić w dół. Za mo­ment zbie­gła za nim dziew­czyna, a Bejla za­częła znów krzy­czeć.

- Obyś bo­gaty był i wszystko wy­dał na le­ka­rzy! Obyś... - Dziu­ra­wiec na wszelki wy­pa­dek znowu splu­nął i wszedł do znaj­du­ją­cego się na trze­cim pię­trze po­koju Loli Sztajn. Pierw­sze kroki skie­ro­wał do okna. Wy­chy­lił się i pa­trzył. Zmo­kła pa­nienka zbie­rała rze­czy z ulicy. Na­gle ze­rwała się i po­bie­gła za psem. Cią­gnął w zę­bach jej poń­czo­chę. Dziu­ra­wiec wzru­szył ra­mio­nami. Cóż in­nego mo­gła zro­bić?

- Czyja jest ta dziew­czyna, co po­miesz­kuje u Ka­ru­zeli? - za­py­tał po chwili.

- Za­ko­cha­łeś się?

- Py­tam - żach­nął się. - Lu­bię wie­dzieć.

- Oczy­wi­ście - od­parła Lola ze śmie­chem. Le­żała na łóżku za prze­pie­rze­niem z za­słonki w maki i we­soło po­ma­chała do niego go­łym ki­ku­tem. Drew­niana pro­teza ze sznur­kami stała oparta o łóżko. Na dru­giej no­dze miała weł­nianą poń­czo­chę. Reszta była w ró­żo­wej halce, od któ­rej od­pru­wała się już ja­sna ko­ronka i od­sła­niała część przy­gnie­cio­nej piersi. Na gło­wie Lola miała pa­pi­loty. Dziu­ra­wiec rzu­cił jej na łóżko mig­dały. Po­oglą­dała pa­pie­rową, zmię­dloną to­rebkę i za­częła je po­je­dyn­czo wy­dłu­by­wać, gło­śno mla­ska­jąc z za­do­wo­le­nia. Nie prze­stała przy tym prze­glą­dać ko­lo­ro­wej ga­zety ze zdję­ciami gwiazd fil­mo­wych.

- Kto to? - znów za­py­tał Dziu­ra­wiec, a Lola za­śmiała się pod no­sem.

- Bierz ją, za­nim ci ją zba­ła­mucą.

- Nowa?

- Nie. Skądś tam przy­je­chała. Do pracy po­do­bno.

- Ja­kiej?

- W szkółce ja­kiejś czy bi­blio­tece.

- W bi­blio­tece? - zdzi­wił się Dziu­ra­wiec. - To co tu­taj robi?

- Ma mieć miesz­ka­nie w su­te­re­nie na Na­ru­to­wi­cza. Ale stam­tąd wdowa po do­zorcy się nie chce wy­pro­wa­dzić. Ja­kieś cyrki robi. I nie ma gdzie się dziew­czyna po­dziać. Po­do­bno. Ka­ru­zela to chyba jej ja­kaś da­leka ciotka albo ja­kaś inna ku­zynka. Matka Niemką spod Chełma była, ale oj­ciec na szczę­ście Po­lak, choć po­do­bno ją tłukł. Pe­cha ma dziś dziew­czyna. - Lola za­śmiała się. - Sły­sza­łam.

- No, ma - wes­tchnął Dziu­ra­wiec. Znowu pod­szedł do okna, ale już jej nie było. Za­mknął okno, usiadł na krze­śle i zdjął buty. Miał dziu­rawą skar­petę.

- Zro­bisz coś z tym? - po­wie­dział, pa­trząc na wy­sta­jący ze skar­pety wielki pa­lec.

- Ożeń się ze mną. to ci te onuce za­ce­ruję. - Prych­nęła ze śmie­chu, dra­piąc się po gło­wie.

- Obej­dzie się.

- Jak chcesz - oświad­czyła te­atral­nie ob­ra­żo­nym to­nem. - Pa­mię­taj, drugi raz ci się nie oświad­czę - za­chi­cho­tała, wy­dłu­bu­jąc pal­cem z zę­bów ka­wa­łek mig­dała. - A jak tak bę­dziesz kom­bi­no­wał, to i na twoim we­selu nie za­tań­czę - od­pa­ro­wała.

- A to praw­dziwa szkoda - po­wie­dział, pa­trząc znowu w okno.

- Zna­łeś ko­goś, kto ma stałą pań­stwową pracę? - za­py­tała. Za­prze­czył.

- Ja też nie - od­parła, uśmie­cha­jąc się.

Wie­deń, kwie­cień 1938 roku

Było wcze­sne po­po­łu­dnie. Ger­hard von Los­sow spo­glą­dał na swoje od­bi­cie w lu­strze. Stał w głębi po­koju, znów jakby na dru­gim pla­nie. Za to w ja­kim był to­wa­rzy­stwie! Obok niego w lu­strze od­bi­jała się twarz sie­dzą­cego na fo­telu tuż przed zwier­cia­dłem He­in­ri­cha Him­m­lera. Nad jego głową stał fry­zjer.

- Ten Żyd nie wie­rzył, że po niego przyj­dziemy? - dzi­wił się Him­m­ler, sztywno trzy­ma­jąc głowę. - Prze­cież nie na darmo nad ra­nem by­łem już w Wied­niu. Z kwia­tami w rę­kach! - za­śmiał się jesz­cze raz, po­ka­zu­jąc na bu­kiety od wdzięcz­nych Au­stria­ków po­roz­sta­wiane w ca­łym po­koju. W kil­ku­na­stu wa­zo­nach. Po­ru­szył się, a fry­zjer sto­jący za jego ple­cami gwał­tow­nie ode­rwał rękę z brzy­twą od wy­go­lo­nego do po­łowy karku i za­czął głę­boko od­dy­chać.

- Nie wie­rzył. Ży­dzi cią­gle jesz­cze nie wie­rzą w to, co wi­dzą - po­wie­dział ra­do­śnie Ger­hard von Los­sow, te­atral­nie roz­kła­da­jąc ręce. Za­pre­zen­to­wał w uśmie­chu dwa rzędy rów­niut­kich bia­łych zę­bów. Do­brze wy­glą­dał, od­bi­ja­jąc się w lu­strze, w to­wa­rzy­stwie sa­mego Him­m­lera.

I on nie mógł uwie­rzyć w to, co wi­dzi. Uczest­ni­czył w pry­wat­nym spo­tka­niu z sa­mym sze­fem SS. Co wię­cej, ten przy go­le­niu za­śmie­wał się z jego opo­wie­ści o aresz­to­wa­niu Ro­th­schilda. A wczo­raj­szą noc Ger­hard von Los­sow spę­dził w aresz­cie. Bał się, że to ko­niec jego ka­riery. Ude­rzył ofi­cera wyż­szego rangą. I ten miał na to świad­ków. Był pe­wien, że Od­ilo Glo­boc­nik z pre­me­dy­ta­cją spro­wo­ko­wał bójkę i wła­śnie taki miał być jej sce­na­riusz. Pew­nie też nie przy­pad­kiem wła­śnie w tym mo­men­cie po­ja­wiła się tam, nie wia­domo skąd, żan­dar­me­ria, a sam Od­ilo uśmie­chał się do niego, gdy wy­pro­wa­dzano go z lo­kalu. Jesz­cze przed świ­tem był prze­ko­nany, że jest skoń­czony... Za to o po­ranku oka­zało się, że wszystko układa się wspa­niale. Wy­pro­wa­dzono go z celi. My­ślał, że na ja­kieś prze­słu­cha­nie, a wy­szedł z aresztu, i to pro­sto do cze­ka­ją­cego na niego no­wiut­kiego czar­nego opla ad­mi­rala. Za­wie­ziono go do sa­mego Karla Wolffa, który oświad­czył, że był tego wie­czoru w tym sa­mym miej­scu, wi­dział sy­tu­ację i choć to nie­wy­ba­czalne, wy­ba­cza. Ba, przy­dziela mu zu­peł­nie nowe za­da­nia, przy któ­rych znów bę­dzie się mógł wy­ka­zać. Ger­hard przy­rzekł so­bie, że ni­gdy już nie da się spro­wo­ko­wać.

- Ileż razy trzeba tym Ży­dom po­wta­rzać, że za­bie­rają prze­strzeń ży­ciową Niem­com... - wes­tchnął gło­śno Him­m­ler, wy­ry­wa­jąc Ger­harda z za­my­śle­nia.

- Do skutku - za­wtó­ro­wał mu przy­tom­nie von Los­sow.

- Masz ra­cję, do sa­mej śmierci trzeba im to po­wta­rzać! - Him­m­ler za­śmiał się. - Jak my­ślisz, ile nam to zaj­mie?

- Do­pro­wa­dze­nie ich do śmierci? - za­py­tał Ger­hard, a Him­m­ler kla­snął w ręce.

- To po­tem. Te­raz my­ślę o wy­wie­zie­niu tego ca­łego jego pa­łacu. By­łeś tam, to wiesz!

- My­ślę, że rok zaj­mie ka­ta­lo­go­wa­nie tego wszyst­kiego, co tam wi­dzia­łem.

- Sły­szysz? - Him­m­ler ucie­szył się, od­wra­ca­jąc głowę w kie­runku swego ad­iu­tanta. Karl Wolff sie­dział w fo­telu z nogą za­ło­żoną na nogę. Prze­glą­dał i roz­kła­dał pa­piery na dwie kupki, jedną więk­szą, drugą mniej­szą.

- Tak. To samo mó­wi­łem. - Ad­iu­tant po­ki­wał głową.

- A gdzie to wszystko ma je­chać? - za­in­te­re­so­wał się Ger­hard, który cały czas za­sta­na­wiał się, jak wy­ba­dać, ja­kie przy­dzielą mu za­da­nie.

- Mar­twisz się tym? - za­py­tał Him­m­ler, pa­trząc na jego twarz od­bi­ja­jącą się w lu­strze.

- Nie. Rze­szy to na pewno już nie opu­ści - szybko od­po­wie­dział Ger­hard.

- Wła­śnie. Naj­pew­niej za­bie­rzemy to wszystko do Ber­lina. Tam okaże się, co da­lej z tą sztuką. Część może do Linzu? Wódz chce zbu­do­wać w swoim ro­dzin­nym mie­ście ol­brzy­mie mu­zeum.

- Nie w Wied­niu?

- Tu na pewno nie. On prze­cież nie­na­wi­dzi tego mia­sta - wy­ja­śnił Him­m­ler. - Tu dwa razy nie przy­jęto go na Aka­de­mię Sztuk Pięk­nych. Po­wie­dział, że Niemcy nie da­dzą ani szy­linga na tę zde­ge­ne­ro­waną sto­licę.

Ger­hard tro­chę się zdzi­wił. Nie dla­tego, że żal mu było Wied­nia. Nie za­mie­rzał tu zo­sta­wać. Po pro­stu za­śmiał się w du­chu, cią­gle ma­jąc przed oczami ra­dość miesz­kań­ców sto­licy, któ­rzy chyba nie do końca wła­ści­wie zro­zu­mieli in­ten­cje lu­dzi Hi­tlera.

- To bę­dzie tylko po­łu­dniowa pro­win­cja Wiel­kiej Rze­szy Nie­miec­kiej. Prze­szka­dza ci to? - za­py­tał Him­m­ler, za­ci­ska­jąc po­wieki. Fry­zjer wiel­kim pędz­lem zmia­tał mu strzępki przy­cię­tych wło­sów z karku i czoła.

- Nie. Prze­cież i tak wy­je­cha­łem do Ber­lina - od­parł Ger­hard. - Ber­lin to cen­trum współ­cze­snego świata!

- To do­brze - ucie­szył się Karl Wolff, który wła­śnie wstał, prze­no­sząc więk­szą stertę odło­żo­nych pa­pie­rów na biurko. - Zo­sta­wiam to do pod­pi­sa­nia. To na­tych­mia­stowe.

- Do­brze - przy­tak­nął Him­m­ler, otrze­pu­jąc ubra­nie. - Trzeba dzia­łać szybko i zgod­nie z pla­nem. I przede wszyst­kim trzeba mieć plan, do­brze przy­go­to­wany.

- A dla cie­bie - Karl zwró­cił się po­now­nie w stronę Ger­harda - mamy inne za­da­nie. Spraw­dzi­li­śmy. Mó­wisz po pol­sku.

- Mó­wię w kilku ję­zy­kach - od­parł Ger­hard obu­rzony. Pol­skim ni­g­dzie się nie chwa­lił. Może z wy­jąt­kiem jed­nego bur­delu w Ber­li­nie. - Na­uczy­łem się go jako dziecko - wy­ja­śnił, spusz­cza­jąc głowę.

- Wiemy. - Karl Wolff po­ki­wał głową. - Twoja babka po­cho­dzi ze spo­lsz­czo­nej ary­sto­kra­cji nie­miec­kiej. Nie mu­sisz się tłu­ma­czyć.

- Nie­stety, ary­sto­kra­cja też nie dbała o czy­stość rasy - wes­tchnął gło­śno Him­m­ler, wsta­jąc z fo­tela. Nie po­dzię­ko­wał i nie miał za­do­wo­lo­nej miny, prze­glą­da­jąc się w lu­strze. Fry­zjer szybko, bez słowa, za­czął pa­ko­wać swoje sprzęty. - Ob­li­czono, że oczysz­cze­nie rasy zaj­mie nam sto dwa­dzie­ścia lat, ale za sprawą ta­kich Aryj­czy­ków jak ty może stać się to szyb­ciej. Znam się na tym - oświad­czył, mie­rząc Ger­harda wzro­kiem. - I znam się na lu­dziach.

- W naj­bliż­szym cza­sie twoje umie­jęt­no­ści ję­zy­kowe mogą się przy­dać - włą­czył się do roz­mowy Wolff. - Póź­niej bę­dzie można o nich za­po­mnieć. Po­dejdź tu - przy­wo­łał go do sie­bie i z le­żą­cej na krze­śle teczki za­czął wy­cią­gać duże zdję­cia. Było ich kil­ka­na­ście. Roz­ło­żył je na biurku. Jedno obok dru­giego. Na każ­dym sfo­to­gra­fo­wano inny ry­su­nek. Ger­hard pa­trzył, choć nie bar­dzo wie­dział, o co cho­dzi, ale od razu za­uwa­żył krzy­żacki płaszcz.

- Bi­twa pod Tan­nen­ber­giem. Pod Grun­wal­dem, jak oni to na­zy­wają. Sły­sza­łeś o niej?

- Ze sto razy - po­twier­dził Ger­hard.

- Tak my­śla­łem. - Wolff się uśmiech­nął. - Spraw­dzi­li­śmy to.

- Mój oj­ciec był...

- Wiemy - prze­rwał mu Him­m­ler. - Źle to przy­jął, ale za­pew­niam cię, kie­dyś to zro­zu­mie, szyb­ciej, niż ci się wy­daje. Sam mu to prze­ka­żesz!

Ger­harda zmro­ziło, nie miał po­ję­cia, że wie­dzą o jego ojcu. Ja­dąc tu, nie chciał, by kto­kol­wiek wie­dział. A te­raz oka­zało się, że ma to z nim zwią­zek.

- Prze­ka­żesz mu, że stwo­rzymy nowy za­kon nie­miecki. Praw­dziwy! Po­sa­do­wiony na praw­dzi­wych ger­mań­skich cno­tach. Bez tych chrze­ści­jań­skich, ży­dow­skich na­le­cia­ło­ści. Krzy­żacy prze­grali bi­twę, przez którą ta bar­ba­rzyń­ska sło­wiań­ska ho­łota na pięć­set lat za­blo­ko­wała nam drogę na wschód! - wy­krzy­czał Him­m­ler z pod­nie­sioną do góry ręką. - To, co ro­bią Po­lacy, to bez­czel­ność! Niemcy nie­śli na wschód cy­wi­li­za­cję, a oni co? Przy­wle­kli tylko do sie­bie to ży­dow­skie ro­bac­two! Ale my zro­bimy z tym po­rzą­dek. I to wkrótce - do­dał.

- Po­trak­tu­jemy to jak pro­wo­ka­cję - wy­ja­śnił Wolff, po­ka­zu­jąc na trzy­mane przez Ger­harda zdję­cie. - Sta­wisz się w am­ba­sa­dzie w War­sza­wie.

Ger­hard przy­tak­nął. Spodo­bało mu się to, i to bar­dzo, ale i tak do końca nie ro­zu­miał, po co się tu zna­lazł.

- To nie wszystko. Za­trzy­masz się w Pol­sce na dłu­żej. I zbie­rzesz in­te­re­su­jące nas in­for­ma­cje.

- Ja­kie? - za­py­tał, nie kry­jąc za­do­wo­le­nia.

- Do­łą­czysz do grupy na­ukow­ców - oświad­czył Karl Wolff. - Wie­deń­czycy od dawna or­ga­ni­zują wy­jazdy do Pol­ski. Spraw­dzisz, co ich in­te­re­suje naj­bar­dziej. Te­raz mię­dzy in­nymi do wy­jazdu szy­kuje się wro­cław­ski pro­fe­sor Da­go­bert Frey. Za­bie­rzesz go ze sobą po dro­dze.

- Do­sko­nale. Mogę za­py­tać, dla­czego ja?

- Wła­śnie. - Wolff uśmiech­nął się, pa­trząc na wy­piętą pierś Ger­harda. - Ce­nimy oso­bi­ste za­an­ga­żo­wa­nie, a ty masz, zdaje się, wła­sne mo­ty­wa­cje - po­wie­dział Wolff i po­kle­pał go przy­jaź­nie po ra­mie­niu. Ger­hard nie do końca był pewny, o czym mówi.

- I znasz się na sztuce - do­dał Wolff. Wziął ja­kieś pa­piery do ręki i za­czął je prze­glą­dać, da­jąc tym do zro­zu­mie­nia, że za­koń­czył ten wą­tek.

- Do­sta­niesz li­stę szcze­gól­nie cie­ka­wych dla nas obiek­tów - oświad­czył Him­m­ler i pod­szedł do lu­stra, przy­glą­da­jąc się to pra­wej, to le­wej skroni. - I ma­te­ria­łów, które chcemy zdo­być. Kilka z nich in­te­re­suje mnie oso­bi­ście, i to bar­dzo... - wy­ja­śnił, gła­dząc się po karku.

Lu­blin, kwie­cień 1938 roku

- Wo­dzu, pro­wadź na Kowno! - wrza­snął na całe gar­dło Anioł, wy­ko­rzy­stu­jąc chwi­lową prze­rwę w prze­mó­wie­niu pre­zy­denta Lu­blina Bo­le­sława Lisz­kow­skiego. Stał na try­bu­nie i zwra­cał się do tłumu ze­bra­nego na placu Li­tew­skim. - Pro­wadź! - wy­krzyk­nął jesz­cze raz, wi­dząc ak­cep­ta­cję w oczach sto­ją­cych wo­kół niego męż­czyzn, a wy­brał naj­bar­dziej zbitą grupę pod­nie­co­nych słu­cha­czy.

- Mar­sza­łek Rydz-Śmi­gły na­czel­nym wo­dzem na­rodu! - Zdjął z głowy kra­cia­stą czapkę z dasz­kiem. Uniósł rękę wy­soko do góry. - Wo­dzu, pro­wadź na Kowno! - wo­łał z wiel­kim en­tu­zja­zmem. Si­wie­jące blond loki, przy­li­zane pod czapką, od­kle­iły się od głowy i od­sta­wały w kie­runku, w któ­rym aku­rat ma­chał ręką. Wielu męż­czyzn sto­ją­cych obok za­częło krzy­czeć to samo i wy­cią­gać ręce do góry z ka­pe­lu­szami i czap­kami w dło­niach. Anioł po­pa­trzył na­około z sa­tys­fak­cją. Roz­chy­liły się poły płasz­czy i to wy­star­czyło, by się zo­rien­to­wać, kto ma naj­grub­szy port­fel i w któ­rej kie­szeni. Pre­zy­dent Lisz­kow­ski uci­szył tłum uspo­ka­ja­ją­cym ge­stem.

- Po­łą­cze­nie Au­strii i Nie­miec to wy­raz woli dwóch na­ro­dów. Mu­siało do niego dojść! - kon­ty­nu­ował, grzmiąc z try­buny. - Lud­ność ca­łej Pol­ski i Lu­blina tu, pod po­mni­kiem Unii Lu­bel­skiej, do­maga się jed­no­ści pań­stwa pol­skiego z Li­twą! - Roz­le­gły się okla­ski. - Szcze­gól­nie te­raz, gdy musi od­po­wia­dać na liczne pro­wo­ka­cje li­tew­skie! Gdy musi bro­nić pol­skich oby­wa­teli, któ­rzy wbrew swej woli się tam zna­leźli...

- Na Kowno! - wrza­snął Anioł do­kład­nie przed no­sem jed­nego je­go­mo­ścia w czar­nym pal­cie. Palto było zbyt grube jak na do­syć sło­neczny dzień. Oce­nił, że wła­ści­ciel przy­je­chał wła­śnie z pro­win­cji. Wczo­raj było jesz­cze chłodno. Być może w in­te­re­sach, być może rów­nież z dużą go­tówką.

- Na Kowno! - po­wtó­rzył ha­sło de­li­kwent, któ­remu udzie­liło się pod­nie­ce­nie tłumu. Od krzyku i ma­cha­nia zro­biło mu się go­rąco i roz­piął ubra­nie. Nie­całe dzie­sięć se­kund póź­niej Anioł miał w swej gład­kiej, szczu­płej dłoni po­kaź­nych roz­mia­rów skó­rzany port­fel. Scho­wał go, wy­co­fu­jąc się w mo­men­cie, gdy ko­lejny mówca prze­su­wał się w kie­runku gło­śnika.

- Głos od­daję lu­bel­skiemu przed­sta­wi­cie­lowi To­wa­rzy­stwa Po­mocy Po­lo­nii Za­gra­nicz­nej...

Anioł spoj­rzał na ze­ga­rek z de­wizką, który jesz­cze nie­dawno był w kie­szeni czy­je­goś sur­duta. Opła­cało się. Był do­brej marki. Nie­stety, tak jak się oba­wiał, wska­zówki po­ka­zy­wały już późną go­dzinę. Prócz ze­garka miał jesz­cze dwa port­fele i zwi­tek pie­nię­dzy, gdy mu­siał prze­rwać łowy. Taka oka­zja szybko mo­gła się nie po­wtó­rzyć, ale był umó­wiony z Dziu­raw­cem. Ru­szył w kie­runku ba­obabu, jak na­zy­wano po­tężną czarną to­polę ro­snącą na placu Li­tew­skim. Mimo że był już do­syć da­leko, do­sko­nale sły­chać było głos ko­lej­nego roz­en­tu­zja­zmo­wa­nego mówcy.

- By chro­nić pol­skich oby­wa­teli poza gra­ni­cami na­szego kraju, wy­da­li­śmy ode­zwę! - huk­nął. - Do­ma­gamy się stwo­rze­nia z Pol­ski i Li­twy jed­nego wiel­kiego pań­stwa! Je­ste­śmy go­towi do po­nie­sie­nia jak naj­więk­szych ofiar! Wszyst­kich, do któ­rych we­zwie nas na­czelny wódz! Mar­sza­łek Pol­ski Rydz-Śmi­gły!

- Wo­dzu, pro­wadź na Kowno! - krzyk­nął so­bie Anioł, ale już bar­dziej pod no­sem, w kie­runku sto­ją­cego pod drze­wem Dziu­rawca, który nie­przy­chyl­nym wzro­kiem spo­glą­dał na tłum.

- No to chodź - po­wie­dział Dziu­ra­wiec, gdy tylko go zo­ba­czył.

- Na Li­twę?

- Na Ka­pu­cyń­ską - oświad­czył i splu­nął pod nogi. - Bel­fiore już pew­nie na nas czeka.

Ru­szyli, idąc w nie­wiel­kiej od­le­gło­ści od sie­bie. Wła­ści­wie tak, jakby się nie znali. Mi­nęli plac, gdy ja­kiś chło­pak za­czął krzy­czeć.

- Wujku! Wujku Aniele! - Spoj­rzeli na sie­bie i za­częli iść da­lej. - Wujku Aniele! Po­cze­kaj.

Dziu­ra­wiec przy­sta­nął i po­woli od­wró­cił się, splu­wa­jąc znowu pod nogi ze zło­ścią. Rudy, za­sa­pany, sied­mio-, może ośmio­letni chło­piec do­go­nił zmie­sza­nego Anioła. Wy­cią­gał przed sie­bie dło­nie. W jed­nej miał garść gu­zi­ków, w dru­giej tylko je­den. - Wujku, patrz!

- Czego się drzesz? - wark­nął Anioł, wi­dząc spo­glą­da­ją­cych na nich lu­dzi. Dziu­ra­wiec ru­szył, nie oglą­da­jąc się na nich.

- Patrz na to! - gło­śno po­wtó­rzył chło­piec, wy­cią­ga­jąc rękę z jed­nym gu­zi­kiem wy­żej do góry. Anioł do­strzegł zdo­bycz i pra­wie jed­no­cze­śnie zo­ba­czył w od­dali po­ste­run­ko­wego ob­cią­ga­ją­cego mun­dur. Chwy­cił chło­paka za koł­nierz ka­poty, ści­snął i pra­wie uniósł do góry.

- Matka was nie wy­cho­wała. Ręce do kie­szeni, ale już. Ze wsi przy­je­chało toto i wrzesz­czeć bę­dzie po pla­cach. Domu nie masz, łap­ser­daku?! - krzy­czał, cią­gnąc chłopca przed sobą, tak że ten le­dwo prze­bie­rał no­gami w po­wie­trzu.

- Ale wujku!

- Co wujku?! Do matki za­pro­wa­dzę, to skórę prze­trze­pie, łeb urwie i pod ka­mień wsa­dzi! - Chło­piec za­czął kwę­kać, a Anioł nie prze­sta­wał go cią­gnąć. Za­trzy­mał się do­piero za ro­giem. Tam pu­ścił ka­potę. Ma­lec za­czął ucie­kać, ale tam cze­kał na niego Dziu­ra­wiec. Chwy­cił go za ra­mię.

- Tym ra­zem cię do­pa­dłem - po­wie­dział, roz­po­zna­jąc chło­paka, który nie­dawno kop­nął w niego śmier­dzącą piłką. Pu­ścił jego ra­mię, ale na­tych­miast chwy­cił go za ucho i po­cią­gnął wy­soko do góry. - Nie umiesz się za­cho­wać wśród lu­dzi? Dzi­kus je­steś? Co to było?

Ma­lec za­sy­czał z bólu, wy­krzy­wił twarz, ale już nie pła­kał, wi­dząc minę Dziu­rawca.

- Ku­zyn - wy­ja­śnił Anioł. - Po­wie­dzia­łem mu wczo­raj, że będę go uczył, jak mi przy­nie­sie sto gu­zi­ków. - Ma­lec na do­wód po­ka­zał mu garść.

- Tu na placu je ucią­łeś? - spy­tał Anioł.

Chło­piec po­ki­wał głową.

- Jak masz na imię?

- Ste­fan - jęk­nął chło­piec, bo Dziu­ra­wiec po­cią­gnął go jesz­cze wy­żej za ucho i na­chy­lił się nad nim. Młody był już na sa­mych czub­kach pal­ców.

- Nie na­zbie­ra­łeś stu. Sprawdź, Ste­fan, czy cię nie ma w domu. I to mi­giem. - Pu­ścił chło­paka, który na­tych­miast rzu­cił się do ucieczki. W biegu roz­cie­rał ręką ucho i la­men­to­wał jed­no­cze­śnie.

- Ten je­den był od mun­duru po­li­cyj­nego - po­wie­dział Anioł z dumą w gło­sie, gdy chło­pak od­biegł na kil­ka­na­ście me­trów, po­ty­ka­jąc się po dro­dze. - Ma chło­pak ta­lent. Po mnie - do­dał, pa­trząc na swoje dło­nie.

- Ma. - Dziu­ra­wiec kiw­nął głową z uzna­niem. Sam miał kwa­dra­towe wiel­kie ręce, które le­dwo mie­ściły się we wła­snej kie­szeni, a co do­piero w cu­dzej. Za to mo­gły za­bić. - Będą z niego lu­dzie - stwier­dził po chwili, a Anio­łowi pra­wie za­szkliły się oczy ze szczę­ścia. Aż przy­sta­nął, gło­śno wzdy­cha­jąc. Zdjął czapkę i przy­gła­dził siwe loki, krę­cąc głową z uzna­niem. - Po­li­cjan­towi przy­ciął - do­dał ze wzru­sze­niem.

- Chodźmy - po­spie­szył go Dziu­ra­wiec. - Mam plany na póź­niej.

Na szczę­ście Bel­fiore już na nich cze­kał. Wyj­ściowo ubrany, w czar­nej ko­szuli w białe gro­chy, stał w bra­mie ka­mie­nicy. Opie­rał się o fra­mugę drzwi i wa­chlo­wał ga­zetą, którą trzy­mał w ręku. Wy­glą­dał jak Ru­dolf Va­len­tino. I za­cho­wy­wał się jak Ru­dolf Va­len­tino. Te­raz od­pro­wa­dzał wzro­kiem dwie li­ce­alistki, które gło­śno chi­cho­cząc, oglą­dały się za nim. Pu­ścił do nich oko. Prze­stały chi­cho­tać i obie jed­no­cze­śnie za­czer­wie­niły się po sam czu­bek nosa. Gdy były za ro­giem, Bel­fiore wy­jął z kie­szeni mały grze­byk i prze­cze­sał sta­ran­nie wy­po­ma­do­wane włosy, przy­gła­dza­jąc rów­niutki prze­dzia­łek nad le­wym okiem. Prze­zwi­sko do­stał po na­zwie hur­towni ar­ty­ku­łów ko­lo­nial­nych, która przez chwilę miała przed­sta­wi­ciel­stwo w Lu­bli­nie. Sta­rał się tam o po­sadę, po­pra­co­wał tro­chę i za­czął z po­wo­dze­niem uda­wać Wło­cha, je­śli ja­kieś damy zde­cy­do­wa­nie nie gu­sto­wały w Ży­dach. Cho­ciaż Dziu­ra­wiec dzie­sięć razy le­piej mó­wił w ji­dysz, to Bel­fiore miał za żonę po­bożną Ży­dówkę i tak na­prawdę na­zy­wał się Da­wid Ga­jer­mann.

- Santa Ma­donna! - za­wo­łał na ich wi­dok. - Ile mam cze­kać? Już my­śla­łem, że nie przyj­dzie­cie i mi ren­dez-vous prze­pad­nie i dwa bi­lety do Rialto. Pa­nią Wa­lew­ską grają.

- A klu­cze bę­dziesz miał?

- Anioł, to twoja ro­bota! - żach­nął się Bel­fiore. - Ja za to wiem, że pro­fe­sorka nie ma, a pulchna Jó­zia ma wy­chodne. Za­raz zej­dzie. Ma­cie dwie go­dziny. To naj­prost­sza ro­bota na świe­cie. Bie­rze­cie i wy­cho­dzi­cie. Le­piej stań­cie gdzieś obok.

Rze­czy­wi­ście za chwilę w drzwiach ka­mie­nicy po­ja­wiła się dziew­czyna w fi­ku­śnym ka­pe­lu­szu. Bel­fiore szybko ob­jął ją w pa­sie i za­czął szep­tać:

- Jaka bella, mój aniele, o cara mia! - Dziew­czyna śmiała się za­do­wo­lona, ale chciała jak naj­szyb­ciej odejść spod okien, z któ­rych mo­gliby wyj­rzeć są­sie­dzi. Bel­fiore za­trzy­mał ją. Przy­ci­snął do sie­bie, tak by nie wi­działa sto­ją­cego za nią Anioła.

- Po­cze­kaj. Patrz! - po­wie­dział do niej i za­czął roz­kła­dać ga­zetę. - Czy twoje usta są stwo­rzone do po­ca­łun­ków? - prze­czy­tał i po­ka­zał Józi re­klamę po­madki Amour, za­glą­da­jąc jej pro­sto w oczy. Jó­zia chi­cho­tała, trzę­sąc ca­łym swoim pulch­nym cia­łem. To wy­star­czyło, by Anioł otwo­rzył jej to­rebkę i chwilę prze­bie­ra­jąc pal­cami, wy­jął klu­cze do miesz­ka­nia.

Dwie go­dziny póź­niej, gdy Jó­zia ca­ło­wała się na­mięt­nie w bra­mie wej­ścio­wej, Anioł, uda­jąc pi­ja­nego, wpadł na przy­le­pioną do sie­bie parę. Klu­cze wy­lą­do­wały w to­rebce, nim Bel­fiore zdą­żył wy­krzyk­nąć:

- Won mi stąd! Porca mi­se­ria!

Po­szło jak z płatka.

Małe były szanse na to, by ktoś się zo­rien­to­wał, że w miesz­ka­niu do­szło do kra­dzieży. Nie za­brali nic oprócz kla­se­rów z mo­ne­tami. Za to, aby nie zgi­nęło nic in­nego, Nie­miec pła­cił po­dwój­nie. Ciężko było szcze­gól­nie Anio­łowi, który nie wy­trzy­mał i wsy­pał so­bie cu­kier z cu­kier­niczki pro­sto do ust. Na wię­cej Dziu­ra­wiec mu nie po­zwo­lił. Po­tem za­in­ka­so­wał pie­nią­dze. Roz­li­czył się z Bel­fio­rem, który jak zwy­kle ra­do­śnie skwi­to­wał, że "bo­gac­two szczę­ścia nie daje, ale go­tówka i ow­szem".

Tak jak pla­no­wał, miał wy­star­cza­jąco dużo czasu. Po­szedł więc na Na­ru­to­wi­cza, by spraw­dzić, co z wdową po do­zorcy, która nie chciała się wy­pro­wa­dzić z su­te­reny w ka­mie­nicy. Tra­fił w sam śro­dek przed­sta­wie­nia. Krzy­cząca ko­bieta wzy­wała do sie­bie wszyst­kich świę­tych i przy­cią­gnęła masę prze­chod­niów, któ­rzy z wielką cie­ka­wo­ścią ob­ser­wo­wali całe wy­da­rze­nie. Wy­sta­wiła z miesz­ka­nia łóżko wprost na chod­nik i po­ło­żyła na nim trójkę dzieci. Po­mstu­jąc na cały świat, przy­kryła je koł­drami i oznaj­miła wszyst­kim, że tu bę­dzie spać.

- Pod oknami wła­ści­ciela, któ­rego Bóg po­ka­rze!

Dziu­ra­wiec od­szu­kał ka­mie­nicz­nika i za­pro­po­no­wał mu ludz­kie roz­wią­za­nie przy­ziem­nych pro­ble­mów.

Wro­cław, maj 1938 roku

Pro­fe­sor Da­go­bert Frey po­pra­wił kra­cia­stą muszkę i prze­tarł zło­żoną chu­s­teczką wy­so­kie czoło. Za­cze­sał do tyłu sre­brzy­stą falę wło­sów, które, mocno prze­rze­dzone na gó­rze, jesz­cze do­syć buj­nie ro­sły z tyłu głowy. Prze­rzu­cił przez ra­mię letni płaszcz, wziął do ręki wa­lizkę i opu­ścił gmach In­sty­tutu Hi­sto­rii Sztuki na Uni­wer­sy­te­cie Fry­de­ryka Wil­helma we Wro­cła­wiu. Nie omiesz­kał za­uwa­żyć kilku za­zdro­snych spoj­rzeń ko­le­gów, któ­rzy od­pro­wa­dzali go wzro­kiem do sa­mych drzwi In­sty­tutu Sztuki Wschod­niej. Pra­wie każdy wie­dział, że wy­biera się w ko­lejną po­dróż do Pol­ski i znowu ma na nią fun­du­sze. I to nie tylko uczel­niane. Su­nął za nim cień za­wi­ści, z czego pro­fe­sor Frey zda­wał so­bie sprawę i na­wet czer­pał pewną sa­tys­fak­cję. Gdy sie­dem lat temu prze­no­szono go z Wied­nia do Wro­cła­wia, nie­któ­rzy po­czy­ty­wali to za de­gra­da­cję. On sam przez krótki czas rów­nież tak my­ślał. Był spe­cja­li­stą od Mi­chała Anioła, a wcho­dził w zu­peł­nie obcy mu świat. Na uni­wer­sy­tec­kie ru­bieże. Z dala od waż­nych dys­put, na­uko­wych roz­praw i wiel­kiej sztuki eu­ro­pej­skiej. Ale nie pod­dał się. Po­trak­to­wał to jak wy­zwa­nie. Za­czął od ba­da­nia sztuki Ślą­ska. A po­tem ru­szył jesz­cze da­lej. Na wschód. Tam cze­kała na niego praw­dziwa terra in­co­gnita, te­reny zu­peł­nie nie­znane nie­miec­kiej na­uce. Tam zna­lazł nowe miej­sce dla sie­bie. Przy­szłość po­ka­zała, że wy­brał do­sko­nale. Po doj­ściu Hi­tlera do wła­dzy cała po­li­tyka Nie­miec zda­wała się kie­ro­wać w tę stronę i po­wszech­nie po­pie­rano jego ba­da­nia. Mit nie­miec­kiego Wschodu otwie­rał do­słow­nie wszyst­kie drzwi. Te­raz je­chał na dwo­rzec ko­le­jowy służ­bo­wym sa­mo­cho­dem Nie­miec­kiego Dzie­dzic­twa. Miał tro­chę czasu, więc na tyl­nym sie­dze­niu po­roz­kła­dał pa­piery, spraw­dza­jąc, czy cze­goś nie bra­kuje. Uka­zało się kilka ar­ty­ku­łów na te­mat dzie­jów osad­ni­ków, któ­rzy ko­lo­ni­zo­wali ob­szary w środ­ko­wej Eu­ro­pie.

Za­mie­rzał prze­czy­tać je w cza­sie po­dróży. Miał też kilka stron wy­tycz­nych, które były do zre­ali­zo­wa­nia, lecz nie mógł ich zna­leźć. Za­czął się de­ner­wo­wać.

- Ile mamy czasu do od­jazdu po­ciągu?

- Go­dzinę - od­po­wie­dział młody szo­fer.

- Aha. To jesz­cze zdą­żymy się cof­nąć?

- Nie zdą­żymy - za­ko­mu­ni­ko­wał chło­pak woj­sko­wym to­nem. - Mam ode­brać jesz­cze ko­lej­nych pa­nów.

- Ach. Nie wie­dzia­łem... No tak - wes­tchnął gło­śno Frey. - Jaka szkoda... - ża­lił się, ale nie usły­szał już nic w od­po­wie­dzi. Kie­rowca je­chał da­lej pro­sto. Na­wet się nie ob­ró­cił. Wła­ści­wie Frey wi­dział tylko jego wy­go­lony kark i ręce na kie­row­nicy.

W dal­szym ciągu szu­ka­jąc pa­pie­rów, pró­bo­wał od­two­rzyć z pa­mięci, co było za­pi­sane na tych kart­kach. Te, które sam za­pi­sał, pa­mię­tał. Przed oczami po­ja­wiały się daty spo­tkań i ko­lejno nu­mery te­le­fo­nów do pro­fe­sora Sta­ni­sława Lo­rentza, który miał mu za­pre­zen­to­wać nowy gmach Mu­zeum Na­ro­do­wego i tam­tej­sze zbiory, Sta­ni­sława Ej­smonda, który miał mu po­ka­zać ga­bi­net ry­sun­ków mi­strzów ob­cych w war­szaw­skiej Za­chę­cie, i pro­fe­sora ar­chi­tek­tury Jana Za­chwa­to­wi­cza, który chciał oso­bi­ście opro­wa­dzić go po War­sza­wie i nie­dawno od­sło­nię­tych sta­rych mu­rach miej­skich. Frey miał tam zo­ba­czyć frag­menty fosy i mo­stu. W tej chwili naj­bar­dziej in­te­re­so­wała go śre­dnio­wieczna ar­chi­tek­tura obronna i zam­kowa. To było bar­dzo ważne. Za­mie­rzał zba­dać, jak da­leko się­gają nie­miec­kie wpływy. Miał też jesz­cze inne zo­bo­wią­za­nia.

- O, mam! - wy­krzyk­nął.

- Je­dzie pan do Pol­ski, prawda? - za­py­tał z wła­snej ini­cja­tywy szo­fer.

- Tak - od­parł pro­fe­sor Da­go­bert Frey, cho­wa­jąc zna­le­zione kartki do od­dziel­nej prze­gródki.

- Nie boi się pan?

- A czego?

- Po­lacy źle trak­tują Niem­ców. Ja bym so­bie z nimi po­ra­dził, ale pan już młody nie jest.

Pro­fe­sor ob­ru­szył się na tę bez­czelną uwagę o wieku. Z re­guły miał do czy­nie­nia z mło­dzieżą uczel­nianą, od­po­wied­nio się do niego od­no­szącą.

- Jeż­dżę tam od 1934 roku! - oświad­czył. - Z na­ukow­cami i stu­den­tami. I nic złego nam się nie przy­da­rzyło - do­dał z prze­ko­na­niem.

Wie­dział, co mówi. Był już wszę­dzie. Gdyby nie jego fe­no­me­na­lna pa­mięć, sterty no­ta­tek, setki zdjęć, trudno by­łoby to spa­mię­tać. Był w Kra­ko­wie, San­do­mie­rzu, Kiel­cach, Płocku, Ło­dzi, Po­zna­niu, Lwo­wie, Tar­no­polu, na Wo­ły­niu i w Lu­bli­nie.

- No to ma pan szczę­ście - z nie­do­wie­rza­niem w gło­sie po­wie­dział szo­fer.

Pro­fe­sor po­ki­wał głową. Rze­czy­wi­ście miał. Dzięki ba­da­niom po­gra­ni­czy nie­miec­kiej sztuki stał się znany w świe­cie na­uki i to wy­star­czyło, by wszę­dzie przyj­mo­wano go z wielką życz­li­wo­ścią. Na oścież otwie­rano mu nie tylko drzwi mu­zeów, bi­blio­tek, ku­rii bi­sku­pich i ar­chi­wów za­kon­nych, ale i pry­watne sie­dziby ary­sto­kra­tycz­nych i pań­skich dwo­rów. Ku­stosz Bi­blio­teki Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego opo­wia­dał mu o ta­jem­ni­cach zbio­rów i po­ka­zał na­wet nie­opra­co­wane ma­te­riały, do któ­rych drogą ofi­cjalną ni­gdy nie mógłby dojść. To były tak owocne ba­da­nia, że już po sied­miu la­tach pracy pro­fe­sor Da­go­bert Frey mógł opu­bli­ko­wać wiele roz­praw i, jak to sam po­wta­rzał, "roz­pły­wać się z po­wodu ra­do­snej dumy z wiel­kiego czynu nie­miec­kiego, wschod­niego osad­nic­twa na polu kul­tury". Wła­śnie w tym to­nie na­pi­sał wstęp do książki, którą za­mie­rzał opu­bli­ko­wać po przy­jeź­dzie z Pol­ski. Te­raz mo­gła być nie do końca do­brze zro­zu­miana przez nie­któ­rych pol­skich ba­da­czy, a to mo­głoby po­psuć obecne zbie­ra­nie ma­te­ria­łów.

- Zo­ba­czy pan, roz­pę­tają wojnę. Oni albo Ży­dzi. Dużo na ten te­mat czy­ta­łem i wiem! - Kie­rowca nie da­wał za wy­graną i za­trzy­mał się pod sie­dzibą SS. Pro­fe­sor wyj­rzał przez okno. Przy­stojny trzy­dzie­sto­la­tek z wa­lizką w ręku zmie­rzał w ich kie­runku.

- Zna go pan? - zdzi­wił się. Miał pa­mięć do twa­rzy, a tej nie roz­po­zna­wał. Kie­rowca po­krę­cił głową.

- Dzień do­bry. Pro­fe­sor Da­go­bert Frey? Na­zy­wam się Ger­hard von Los­sow. Będę miał przy­jem­ność z pa­nem po­dró­żo­wać - oświad­czył mło­dzie­niec, za­my­ka­jąc drzwi sa­mo­chodu.

- A mogę spy­tać, czym się pan zaj­muje? Chyba do tej pory nie mie­li­śmy przy­jem­no­ści...

- Nie, nie znamy się. Obec­nie zaj­muję się, że tak po­wiem, skut­kami bi­twy pod Tan­nen­ber­giem. Grun­wal­dem, jak mó­wią Po­lacy.

Pro­fe­sor Da­go­bert Frey uśmiech­nął się uprzej­mie, jak to miał w zwy­czaju, i szybko od­wró­cił głowę. Za­ci­snął zęby i pa­trzył w okno, jakby naj­bar­dziej in­te­re­so­wało go to, obok czego wła­śnie prze­jeż­dżają. W środku aż trząsł się z ner­wów.

Banda mło­dych ka­rie­ro­wi­czów, po­my­ślał. Wła­śnie te­raz, gdy bada ar­chi­tek­turę woj­skową i pró­buje usta­lić, jak da­leko się­gały wpływy krzy­żac­kie. Skąd on się wziął? Kto go przy­słał? Jak się go po­zbyć? Kto za nim stoi?

- Prze­pra­szam, pro­fe­so­rze. Na sztuce to ja się wła­ści­wie nie znam... - Ger­hard von Los­sow ode­zwał się po dłuż­szej chwili, a pro­fe­sor z za­cie­ka­wie­niem od­wró­cił głowę.

- To na czym się pan zna? Ar­che­olog czy et­no­graf? - spy­tał.

Nie uwie­rzył mu, za­czął po­dej­rze­wać pro­wo­ka­cję.

- Ani to, ani to. Nie­stety. Znam pol­ski. Jadę z mi­sją dy­plo­ma­tyczną...

- Aha. - Frey­owi od razu po­pra­wił się hu­mor. - A to cie­kawe...

Po­my­ślał, że jed­nak bę­dzie to ko­lejna bar­dzo udana po­dróż. I była.

War­szawa, czer­wiec 1938 roku

Sta­ni­sław Ej­smond stał pod ścianą w Sali Ma­tej­kow­skiej war­szaw­skiej Za­chęty i znu­dzony pa­trzył na bu­kiet biało-czer­wo­nych łu­bi­nów. Trzy­mała go jedna z dwóch gim­na­zja­li­stek sto­ją­cych na środku. Ty­łem do Bi­twy pod Grun­wal­dem, a przo­dem do reszty klasy, która w na­grodę wła­śnie od­by­wała wy­cieczkę z oka­zji hucz­nych ob­cho­dów set­nej rocz­nicy uro­dzin Jana Ma­tejki. Dwie dziew­czyny na prze­mian re­cy­to­wały przy­go­to­wany wcze­śniej pean ku czci ar­ty­sty. Do­my­ślał się, że po uro­czy­sto­ści kwiaty tra­fią na jego ręce. Po­sta­no­wił w du­chu, że po opro­wa­dze­niu nie­miec­kiej de­le­ga­cji, która miała po­ja­wić się w Za­chę­cie za­raz po za­koń­cze­niu tej aka­de­mii, po­je­dzie do domu, za­mknie się w pra­cowni i je na­ma­luje. Na ra­zie ło­dygi ści­skała gim­na­zja­listka. Miała po­liczki tego sa­mego ko­loru co czer­wone ko­kardki na jej war­ko­czach, być może dla­tego, że jedna z wiot­kich ga­łą­zek zła­mała się i dziew­czyna ner­wowo pró­bo­wała upchnąć ją do środka bu­kietu.

- ...Był on wy­ra­zi­cie­lem naj­taj­niej­szych pra­gnień du­szy pol­skiej. Ce­lem jego było po­ka­zać Pol­skę w ca­łym bla­sku jej po­tęgi! I tra­gi­zmie jej upadku! - de­kla­mo­wała sto­jąca obok niej, krótko ostrzy­żona pie­go­wata dziew­czyna.

- Ża­rem swego ge­niu­szu na­rzu­cił spo­łe­czeń­stwu kró­lew­ską mi­sję, która to­wa­rzy­szyła mu od chło­pię­cych lat, aż po ostat­nie dni w... w ol­brzy­mim tru­dzie twór­czym jego... jego... ży­wota - do­koń­czyła nie­pew­nie gim­na­zja­listka trzy­ma­jąca kwiaty.

Młoda na­uczy­cielka z plamą na po­liczku, którą za­sła­niała opa­da­ją­cymi na bok wło­sami, cały czas ki­wała głową w rytm re­cy­ta­cji i bez­gło­śnie po­ru­szała ustami, po­wta­rza­jąc wy­uczony tekst. W sali ro­biło się co­raz tłocz­niej. Oprócz szkol­nej grupy po­ja­wiły się inne wy­cieczki i po­je­dyn­czy zwie­dza­jący, oglą­da­jący po­zo­stałe wy­eks­po­no­wane na ścia­nach ob­razy bądź przy­sta­jący i przy­słu­chu­jący się uro­czy­stemu ape­lowi.

- Po tylu la­tach nie­woli! Twór­czość ta oka­zała zdu­mio­nemu światu nie tłum spodlo­nych nie­wol­ni­ków! Lecz wielki na­ród świa­domy swej od­ręb­no­ści! - gło­śno re­cy­to­wała pie­go­wata dziew­czyna, za­do­wo­lona z co­raz więk­szej grupy słu­cha­ją­cych.

Szcze­gól­nie z jed­nego go­ścia, który do tej pory przez pra­wie pół go­dziny bez prze­rwy pa­trzył na ob­raz przed­sta­wia­jący bi­twę, a te­raz sta­nął z boku i z ka­mienną twa­rzą wsłu­chi­wał się w wy­gła­szane słowa. Zwró­ciły na niego uwagę wszyst­kie dziew­czyny. Nie­które zer­kały, nie­które od­wa­żyły się na­wet szep­tać coś mię­dzy sobą, po­ka­zu­jąc męż­czy­znę pal­cem. Sta­ni­sław Ej­smond także za­czął mu się przy­glą­dać. Blon­dyn z kwa­dra­tową szczęką i nie­sa­mo­wi­cie nie­bie­skimi oczami. W ele­ganc­kiej ja­snej ma­ry­narce wy­glą­dał jak ak­tor fil­mowy. Ej­smond za­sta­na­wiał się, czy skądś może go znać. Ostat­nio rzadko cho­dził do kina, ale z ra­cji swo­jej funk­cji by­wał w tylu miej­scach i na tylu ban­kie­tach, że znał już całą war­szaw­ską śmie­tankę to­wa­rzy­ską. Te­raz co prawda naj­waż­niej­sze było to, że główne uro­czy­sto­ści z oka­zji rocz­nicy uro­dzin Ma­tejki do­bie­gały końca. W tej chwili go­ściły już tylko po­je­dyn­cze wy­cieczki z pro­win­cji. Za­po­wia­dał się spo­koj­niej­szy okres.

To przy­ję­cie też miało się ku koń­cowi. Te­raz na­de­szła ko­lej na dziew­czynę z bu­kie­tem, ale ta rów­nież za­ga­piła się na przy­stoj­nego męż­czy­znę, a ten uśmie­chał się pod no­sem. Otwo­rzyła usta, ale nie po­tra­fiła wy­po­wie­dzieć ani słowa. Co­raz bar­dziej zde­ner­wo­wana za­częła pod­sku­by­wać li­ście trzy­ma­nych kwia­tów. Na­uczy­cielka pod­po­wia­dała, naj­pierw szep­cząc, a po chwili wszy­scy już sły­szeli jej słowa.

- Na­ród... który... bro­niąc się...

- Bro­niąc się dzień i noc od... - dziew­czyna do­koń­czyła nie­pew­nie.

- Od... sił... prze­moż­nych...

- ...Sił prze­moż­nych... - do­po­wie­działa uczen­nica, ale nic wię­cej nie po­tra­fiła z sie­bie wy­du­sić i wbiła wzrok w pod­łogę.

Sto­jąca obok na­sto­latka mocno wy­prę­żyła małe piersi, wzięła głę­boki od­dech i wy­re­cy­to­wała:

- Cała Pol­ska składa dziś hołd pa­mięci tego! Który! - pod­kre­śliła. - Cza­rem swego ar­ty­zmu wskrze­sił wi­zję nie­pod­le­głej Pol­ski! Mi­strza! - kon­ty­nu­owała za­do­wo­lona z sie­bie. - Który w dniach nie­woli! Po­cie­szał serca po­ko­leń. Prze­po­wie­dział zmar­twych­wsta­nie! I po­tęgę na­szej oj­czy­zny! - za­koń­czyła, a na­uczy­cielka ode­tchnęła z ulgą.

Stre­mo­wana dziew­czyna nie wy­trzy­mała, łzy po­le­ciały jej z oczu i wy­bie­gła z sali. Sta­ni­sław Ej­smond wes­tchnął. Ucie­kła z bu­kie­tem w ręku. Na pod­ło­dze, w miej­scu, w któ­rym jesz­cze przed chwilą stała, zo­stał tylko je­den uła­many kwiat.

- W imie­niu lu­bel­skiej szkoły dla dziew­cząt i bi­blio­teki - za­częła po chwili na­uczy­cielka mięk­kim gło­sem z da­le­kim wschod­nim ak­cen­tem - chcia­ły­by­śmy bar­dzo po­dzię­ko­wać za moż­li­wość po­dzi­wia­nia tego naj­więk­szego z dzieł na­szego mi­strza. - Od­wró­ciła się i po­ka­zała ręką na ob­raz. - Chcia­ła­bym tylko jesz­cze do­dać, że na­sza szkoła zor­ga­ni­zo­wała u sie­bie wy­stawę po­świę­coną twór­czo­ści Jana Ma­tejki, a uzy­skany z niej do­chód w ca­ło­ści zo­stał prze­ka­zany na za­kup ma­sek ga­zo­wych i... - po­wie­działa i za­wie­siła głos, bo przy­stojny męż­czy­zna pod­szedł, pod­niósł le­żącą obok niej po­je­dyn­czą ło­dyżkę czer­wo­nego łu­binu i wrę­czył na­uczy­cielce. Ej­smond stał naj­bli­żej i był pra­wie pe­wien, że wci­snął jej w dłoń ja­kiś li­ścik.

- Dzię­kuję - od­po­wie­działa, a kilka dziew­cząt jęk­nęło jed­no­cze­śnie. - Po­dzię­kujmy wszyst­kie - za­pro­po­no­wała na­uczy­cielka nie­pew­nym gło­sem - wi­ce­pre­ze­sowi ga­le­rii panu Sta­ni­sła­wowi Ej­smon­dowi za to, że nas tak tu ugosz­czono i po­zwo­lono po­dzi­wiać wielką sztukę. To bę­dzie dla nas nie­za­po­mniany czas.

- Dzię-ku-je-my! - po­wie­działy wszyst­kie dziew­częta na­raz. Jed­nak żadna nie pa­trzyła na Ej­smonda, tylko na wy­cho­dzą­cego męż­czy­znę, który prze­mie­rzał salę dum­nym kro­kiem.

Sta­ni­sław od­pro­wa­dził chi­cho­czące i świer­go­czące dziew­częta. Po­że­gnał się z nimi i bez kwia­tów wró­cił do swego ga­bi­netu. Za chwilę miała się po­ja­wić de­le­ga­cja nie­miec­kich i au­striac­kich uczo­nych z wro­cław­skiego uni­wer­sy­tetu. Po­pro­sił se­kre­tarkę o her­batę. Wy­cią­gnął li­stę na­ukow­ców, któ­rzy mieli za chwilę przy­być do Za­chęty.

Pro­fe­sor Da­go­bert Frey, dok­tor Ka­je­tan Mühl­mann, Gün­ther Grund­mann, Wil­helm Ernst de Pa­le­zieux.

Żad­nego z nich nie po­znał jesz­cze oso­bi­ście.

Na­gle otwo­rzyły się drzwi. Sta­nął w nich Sta­ni­sław Mi­ku­licz-Ra­decki, dy­rek­tor Za­chęty. Za nim wszedł wy­soki męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze o wy­raź­nie ży­dow­skich ry­sach twa­rzy, który trzy­mał za rękę ośmio­let­niego chłopca w krót­kich gra­na­to­wych spoden­kach i bia­łej blu­ze­czce z ak­sa­mitką prze­wią­zaną pod szyją.

- Sta­ni­sław Ej­smond, wi­ce­pre­zes. Da­niel Fa­ber z mi­ni­ster­stwa... - przed­sta­wił go­ścia dy­rek­tor.

Ej­smond zer­k­nął na swoją kartkę. Ta­kiego na­zwi­ska tam nie było.

- Staszku, nie szu­kaj, nie szu­kaj. Pan Da­niel Fa­ber, z tych Fa­be­rów, jak ci za­pewne wia­domo. - Kiw­nął po­ro­zu­mie­waw­czo głową. - Składa nam wi­zytę w pew­nej po­uf­nej spra­wie - wy­ja­śniał da­lej dy­rek­tor, a Sta­ni­sław spoj­rzał na ma­łego, chu­dego chłopca.

- Jona Fa­ber, mój syn. Bar­dzo prze­pra­szam, żona za­cho­ro­wała i... ja z bar­dzo krótką wi­zytą, która mu­siała od­być się wła­śnie te­raz... i dla­tego, a za­wsze, jak tu idę... - za­czął się tłu­ma­czyć nie­spo­dzie­wany gość.

- Tato, po­zwo­lisz? - prze­rwał mu ma­lec, szar­piąc ojca za rę­kaw. - Pro­szę na mnie nie zwra­cać uwagi. Niech pa­no­wie so­bie nie prze­szka­dzają. Usiądę tu. - Po­ka­zał na krze­sło przy drzwiach. - I zajmę się lek­turą. - Za­pa­no­wała ci­sza, ale nikt nie za­opo­no­wał, więc chłop­czyk usiadł na krze­śle, roz­ło­żył na ko­la­nach cienką ksią­żeczkę i za­czął czy­tać, ma­cha­jąc no­gami.

Ej­smond z Ra­dec­kim spoj­rzeli na sie­bie i uśmiech­nęli się sze­roko. Da­niel Fa­ber uniósł bła­gal­nie oczy do nieba, a w końcu też się za­śmiał. Wszy­scy po­de­szli do biurka.

- Pro­szę mi wy­ba­czyć - za­czął znowu, oglą­da­jąc się na syna.

- Nic nie szko­dzi - od­parł Sta­ni­sław Ej­smond. I rów­nież zer­k­nął na chłopca, za­sta­na­wia­jąc się, kim jest jego matka, bo ma­lec nie był po­do­bny do ojca, był blon­dyn­kiem o wiel­kich ja­snych oczach. - Jest tu za­wsze mile wi­dziany. Na­wet jako ho­no­rowy gość.

- Ach... Ja nie w spra­wie Ma­tej­kow­skiego ob­razu, choć może po­nie­kąd... Moja wi­zyta nie jest ofi­cjalna, bo taką być nie może. Bar­dzo późno do­wie­dzie­li­śmy się, wła­ści­wie ja się do­wie­dzia­łem... Nie mam oczy­wi­ście ofi­cjal­nego za­wia­do­mie­nia, bo ta­kiego mieć nie mu­sie­li­śmy, nikt nie mu­siał nam tego zgła­szać, ale może le­piej by zwró­cić na to uwagę... Bo je­śli moje przy­pusz­cze­nia... - plą­tał się Da­niel Fa­ber, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę jak uczeń w szkole. - Po­do­bno je­stem uprze­dzony... Ja tak nie uwa­żam, a może się mylę... to trudno spraw­dzić... - Sta­ni­sław Ej­smond pra­wie go nie słu­chał, bo pa­trzył na chłopca. Oj­ciec stał do niego ple­cami i nie wi­dział, jak ten, uda­jąc, że czyta, krę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową.

- Pa­nie Da­nielu, do rze­czy. - Dy­rek­tor Za­chęty po­kle­pał go przy­jaź­nie po ra­mie­niu, a Ej­smond wi­dział, jak chło­piec uniósł do góry ręce, jakby dzię­ko­wał nie­bio­som.

- No tak, no tak. Spró­buję... - wes­tchnął gło­śno Da­niel Fa­ber. - Wy­daje mi się, że w ostat­nim cza­sie ob­ser­wuję wzmo­żone za­in­te­re­so­wa­nie Niem­ców sztuką pol­ską.

- Cóż, na­leży się z tego tylko cie­szyć - po­wie­dział Mi­ku­licz-Ra­decki, ser­decz­nie roz­kła­da­jąc ręce.

- No, tak. Mu­zeum Na­ro­dowe w po­dob­nym to­nie od­po­wie­działo na moją ko­re­spon­den­cję... Ale czy­ta­jąc ostat­nio uka­zu­jące się ar­ty­kuły w wy­daw­nic­twach Uni­wer­sy­tetu Wro­cław­skiego, Wie­deń­skiego i Ber­liń­skiego, na­le­ża­łoby wzmóc czuj­ność... Po­li­tyka na­szego są­siada zdaje się...

- To tylko uczeni... - prze­rwał mu Ej­smond. Gdy tylko mógł, nie in­te­re­so­wał się po­li­tyką.

- Tak, oczy­wi­ście. Wiem, wiem, wiem... - Fa­ber znowu za­czął się ją­kać, przy­gła­dza­jąc i tak przy­li­zane już włosy. - Ale na­uka w róż­nej służ­bie staje... Ja bym tylko upra­szał, aby wzmóc czuj­ność. Aby za­pa­mię­tać ja­kieś nie­po­ko­jące sy­gnały...

- A może po pro­stu bę­dzie nam pan to­wa­rzy­szył w spo­tka­niu z hi­sto­ry­kami nie­miec­kimi. Jako kon­sul­tant Za­chęty - za­pro­po­no­wał Mi­ku­licz-Ra­decki i pu­ścił oko do Ej­smonda. Ten uśmiech­nął się. Był to do­bry spo­sób na po­zby­cie się nad­wraż­li­wego urzęd­nika. - To już za chwilę i nie po­trwa długo, bo z tego, co mi wia­domo, go­ście mają na­pięty plan.

- Świetny po­mysł - pod­chwy­cił Sta­ni­sław Ej­smond. - Wy­cią­gnie pan wnio­ski.

- A... Sam nie wiem. - Da­niel Fa­ber po­dra­pał się po gar­ba­tym no­sie.

- Tato... Do­świad­cze­nie po­nad wszyst­kim - wtrą­cił się ma­lec zza ple­ców ojca. Spoj­rzeli na niego. - Uprzej­mie prze­pra­szam, że się wtrą­cam, ale mu­szę to po­wie­dzieć. Mną pro­szę się nie przej­mo­wać. Czy­tam tu so­bie Mi­sia na fron­cie. - Po­ka­zał okładkę po­pu­lar­nej książki dla dzieci. - Czyli, jak za­pewne pa­nom wia­domo, Miś po­ja­wia się na wszyst­kich fron­tach wiel­kiej wojny świa­to­wej, a ja je­stem przy pierw­szym. Zaj­mie mi to jesz­cze ja­kieś pół go­dziny do czter­dzie­stu mi­nut...

- Czyli je­żeli wy­cieczka się nie spóźni... - za­czął Mi­ku­licz-Ra­decki, gdy otwo­rzyły się drzwi i wy­chy­liła się zza nich głowa se­kre­tarki.

- Prze­pra­szam, są już pro­fe­sor Da­go­bert Frey i...

- Pro­szę prze­ka­zać, że idziemy - po­wie­dział Mi­ku­licz-Ra­decki.

Da­niel Fa­ber kiw­nął głową, da­jąc znak, że do nich do­łą­czy. Chło­piec wró­cił do czy­ta­nia.

Wy­cieczka skła­da­jąca się z uczo­nych i pra­cow­ni­ków Za­chęty prze­szła kilka sal, wy­mie­nia­jąc uprzej­mo­ści. Sta­ni­sław Ej­smond jako le­piej mó­wiący po nie­miecku przed­sta­wiał nie­które eks­po­zy­cje, a pa­no­wie z grzecz­no­ścią wy­ra­żali za­in­te­re­so­wa­nie. Da­niel Fa­ber w mil­cze­niu szedł kilka kro­ków za zwie­dza­ją­cymi.

- Wła­ści­wie to by­li­by­śmy naj­bar­dziej za­in­te­re­so­wani dru­kami daw­nymi...

- Mamy wielką ko­lek­cję ma­lar­ską i ry­sun­ków, ry­cin...

- Do­sko­nale - ucie­szył się pro­fe­sor Da­go­bert Frey. - Mamy na­dzieję zo­ba­czyć tam eks­po­naty naj­bar­dziej pa­su­jące do na­szych ba­dań, które są, co zro­zu­miałe, zwią­zane przede wszyst­kim z wpły­wami sztuki nie­miec­kiej na te­re­nach Pol­ski.

- Wła­śnie tam zmie­rzamy - wy­ja­śnił Sta­ni­sław Ej­smond.

- Po dro­dze mamy jesz­cze tylko naj­waż­niej­szy ob­raz w na­szej ko­lek­cji - wtrą­cił Mi­ku­licz-Ra­decki, uśmie­cha­jąc się pod no­sem, jakby ro­bił ja­kiś psi­kus. - To Bi­twa pod Grun­wal­dem na­szego mi­strza Jana Ma­tejki.

- Mamy do­syć na­pięty plan - od­parł je­den z męż­czyzn, pa­trząc na ze­ga­rek. Sta­ni­sław Ej­smond roz­po­znał Ka­je­tana Mühl­manna. - In­te­re­suje nas jesz­cze Mu­zeum Na­ro­dowe i Za­mek.

- O tak, oczy­wi­ście. Ale mimo... mimo róż­nic w po­glą­dach na na­szą hi­sto­rię mo­żemy przyj­rzeć się do­sko­na­łemu ma­lar­stwu hi­sto­rycz­nemu - oświad­czył Da­go­bert Frey, marsz­cząc brwi, i gdy tylko zna­leźli się w sali, ru­szył w kie­runku ob­razu. - Świetna tech­nika - po­wie­dział, pa­trząc na płótno z od­le­gło­ści dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. - Zwróć­cie, pa­no­wie, uwagę, jak to jest ma­lo­wane. Wiele ob­ra­zów z tam­tej epoki pęka, kru­szy się, ła­mie, a ten wy­trzy­muje próbę czasu, ko­lory jak nowe - za­chwy­cał się.

- Jan Ma­tejko znany był ze swo­jego warsz­tatu. Uży­wał farb, przede wszyst­kim... - za­czął Sta­ni­sław, chcąc opo­wie­dzieć o tech­nice ma­lar­skiej.

- To wi­dać - prze­rwał mu pro­fe­sor. - Można by go­dzi­nami na to pa­trzeć... Nas nie­stety, jak po­wie­dział ko­lega, czas na­gli - za­koń­czył, od­wra­ca­jąc się w kie­runku drzwi.

- Nad­mie­nię tylko - za­czął Mi­ku­licz-Ra­decki, chcąc ich jesz­cze tro­chę prze­trzy­mać przed ob­ra­zem, na który zbyt­nio nie chcieli pa­trzeć, a który chciał, żeby obej­rzeli - że jest tu z nami ku­zyn by­łych wła­ści­cieli ob­razu, pan Da­niel Fa­ber - oświad­czył i po­ka­zał na sto­ją­cego za ich ple­cami Da­niela. - Jego dzia­dek od­by­wał pierw­sze wy­cieczki z Ma­tej­kow­skim płót­nem, mię­dzy in­nymi był z nim w Wied­niu, w Ber­li­nie i...

- Aha, Żyd - wtrą­cił się Ka­je­tan Mühl­mann, ob­rzu­ca­jąc Fa­bera wzro­kiem. - Ku­pili na han­del ob­woźny - do­dał już w kie­runku swo­ich to­wa­rzy­szy, ale tak, by sły­szeli to wszy­scy. Niemcy za­śmiali się ci­cho.

- Prze­pra­szam - ka­te­go­rycz­nym to­nem ode­zwał się Ej­smond, który pa­trzył na sku­lo­nego Fa­bera sta­ra­ją­cego się ukryć w swo­ich wła­snych ra­mio­nach. - Chciał­bym zwró­cić uwagę na to, że spad­ko­biercy Da­wida Ro­sen­bluma od­sprze­dali ob­raz To­wa­rzy­stwu Za­chęty za po­łowę jego war­to­ści. A po­nadto wdowa, pani Ame­lia Ro­sen­blu­mowa, ofia­ro­wała Za­chę­cie przy­słu­gu­jącą jej część pie­nię­dzy uzy­ska­nych ze sprze­daży ob­razu. To było wy­jąt­kowo szla­chetne z jej strony. Wspo­mo­gło, wzbo­ga­ciło na­szą ga­le­rię...

- Ależ oczy­wi­ście, ro­zu­miemy - prze­rwał mu Da­go­bert Frey. Ka­je­tan Mühl­mann nie ode­zwał się już. - To wspa­nia­ło­myślny gest - za­czął się tłu­ma­czyć pro­fe­sor.

- Cie­szę się, że się zga­dzamy. Po­zwolą pa­no­wie, że wrócę do swo­ich za­jęć. Po ga­bi­ne­cie ry­sun­ków mi­strzów ob­cych opro­wa­dzi pa­nów pan Mi­ku­licz-Ra­decki. Pro­szę wy­ba­czyć. Obo­wiązki - po­wie­dział Ej­smond, ski­nął głową i wy­szedł.

Zde­ner­wo­wał się kpiar­skimi mi­nami zwie­dza­ją­cych i tym, że nie in­te­re­so­wały ich żadne bie­żące wy­stawy, fo­to­gra­fo­wali to, co było na ścia­nach, i zaj­mo­wali się zbio­rami daw­nymi. Ich za­cho­wa­nie było nie­grzeczne, ale czy dziwne, za­py­tał sam sie­bie. On był Ży­dem, a oni Niem­cami. Miał prawo być uprze­dzony... Nie zna­lazł od­po­wie­dzi.

Za to prze­cho­dząc, usły­szał jedną z pań opie­ku­ją­cych się sa­lami, roz­ma­wia­jącą ze sprzą­taczką.

- Wi­działa go pani?

- Ależ przy­stojny męż­czy­zna, na­pa­trzeć się nie mo­głam.

- A Ja­dwiga z szatni to aż tu za nim przy­le­ciała po­pa­trzeć.

- Jak ma­lo­wany.

- Ak­tor chyba ja­kiś.

- Szkoda, że Nie­miec - usły­szał Ej­smond i zwol­nił kroku.

- Po pol­sku mówi, toby się czło­wiek do­ga­dał. - Za­częły się śmiać.

Sta­ni­sław Ej­smond przy­sta­nął. Za­czął do­py­ty­wać się o nie­co­dzien­nego go­ścia, na któ­rego, jak się oka­zało, wszy­scy zwró­cili uwagę. Szcze­gól­nie ko­biety, ale nie tylko. Ochro­niarz pa­mię­tał, że po­ja­wiał się tu dwa dni z rzędu. Dzień wcze­śniej po­do­bno sie­dział pod Bi­twą do sa­mego za­mknię­cia. Nie in­te­re­so­wało go nic in­nego. Ani Dama z klej­no­tami Cza­chór­skiego, ani Za­loty Brandta, ani Bo­ciany Cheł­moń­skiego, ani też Spo­tka­nie Tu­haj-beja z Chmiel­nic­kim Kos­saka. Ani ża­den inny wi­szący w sali ob­raz. Tylko ta Bi­twa.

- Trzeba było go upra­szać o wyj­ście - do­dała sprzą­taczka. - Tak mu się spodo­bał.

- Mó­wił coś jesz­cze?

- Chyba że ta­kie wra­że­nie ma... - po­wie­działa sprzą­taczka, dra­piąc się po gło­wie - ...że on taki, ten ob­raz, czer­wony, ogni­sty, chyba taki. Pra­wie wi­dzi, jak pło­nie. Ja­koś tak po­wie­dział.

Bo­le­sław Su­rałło-Gaj­du­czeni krę­cił ósemki od rana, jeż­dżąc ro­we­rem po placu Na­po­le­ona w War­sza­wie. Sam miał z tego sporo ra­do­ści, a i wzbu­dzał po­wszechne za­in­te­re­so­wa­nie. Ro­wer marki Łucz­nik wy­róż­niał się, i to już na pierw­szy rzut oka. Co bar­dziej zo­rien­to­wani prze­chod­nie wie­dzieli, że to mo­del woj­skowy. Był w ko­lo­rze khaki, miał czarną kie­row­nicę, wzmoc­nioną ramę i tor­ni­ster przy sio­dełku. Był też uchwyt na ka­ra­bin ma­szy­nowy. Ale Bo­le­sław ka­ra­binu nie miał, wło­żył tam pa­ra­solkę żony. Jego żona Ma­ria sie­działa na ła­we­czce i od czasu do czasu ko­ły­sała wó­zek z ma­leńką śpiącą có­reczką, i pa­trzyła na męża, który cie­szył się jak dziecko, te­stu­jąc nowy ro­wer. Miał zle­ce­nie od pro­du­centa, Fa­bryki Broni w Ra­do­miu, i mu­siał go na­ry­so­wać, ale przed­tem po­sta­no­wił so­bie po­jeź­dzić. Krę­cąc się w tę i we w tę, doj­rzał idą­cego do gma­chu Mi­ni­ster­stwa Poczt i Te­le­gra­fów Sta­ni­sława Ej­smonda. Szedł z bu­kie­tem ró­żo­wych pi­wo­nii w ręku i pa­trzył tylko na nie. Gaj­du­czeni po­sta­no­wił za­je­chać mu drogę.

- Dla kogo te kwiaty? - za­py­tał, ha­mu­jąc przed­nim ko­łem tuż pod no­gami Ej­smonda.

- Dla wa­zonu.

- Tylko?

- Cóż - po­wie­dział Ej­smond, roz­kła­da­jąc ręce. - Na­ma­luję, a po­tem pew­nie dam ma­mie. Prze­pra­szam cię, Bo­le­sła­wie, ale spie­szę się. Mam po­sie­dze­nie ko­mi­sji ar­ty­stycz­nej na po­czcie... - wy­tłu­ma­czył się i urwał, bo przed bu­dy­nek, w któ­rego stronę pa­trzył, za­je­chały dwa czarne luk­su­sowe sa­mo­chody.

- Chyba nie tylko ty - stwier­dził Su­rałło, pa­trząc na wy­sia­da­ją­cych z sa­mo­cho­dów ofi­cjeli. Za­ro­iło się od czar­nych mun­du­rów ofi­ce­rów SS.

- Znam go - po­wie­dział Ej­smond pod no­sem. Pa­trzył na roz­glą­da­ją­cego się wo­kół ofi­cera.

- Może oni też na ko­mi­sję ar­ty­styczną - za­żar­to­wał Su­rałło, ale zo­ba­czył, że Ej­smond wcale się nie śmieje. Wręcz prze­ciw­nie, kwiaty trzy­mał tak, jakby miał za­miar je upu­ścić, i marsz­cząc czoło, pa­trzył na wcho­dzą­cych do bu­dynku. - Kto to?

- Nie wiem, ale był w Za­chę­cie i wy­py­ty­wał o nasz Ma­tej­kow­ski ob­raz... - Przez chwilę pa­trzyli i nic nie mó­wili.

- A po co ty tam wła­ści­wie idziesz?

- Jest ogło­sze­nie kon­kursu na znaczki.

- Kto wy­grał?

- Wa­cław Bo­ra­tyń­ski. Przede wszyst­kim za Bi­twę pod Grun­wal­dem... Pięk­nie to wy­cy­ze­lo­wał...

- Mogę pójść z tobą? - za­py­tał Bo­le­sław, a Ej­smond kiw­nął głową. - Po­ży­czysz mi te kwiatki? - Wła­ści­wie sam je wziął, bo Sta­ni­sław tępo pa­trzył w kie­runku poczty.

Su­rałło szybko pod­je­chał do żony, oparł ro­wer o ła­we­czkę, prze­tarł ręką kie­row­nicę, wrę­czył pi­wo­nie, szep­nął kilka słów do ucha, zaj­rzał do wózka, po­ma­chał i już go nie było.

Po chwili stą­pali po mar­mu­ro­wej po­sadzce mi­ni­ster­stwa. Udało im się na­wet do­go­nić idącą zde­cy­do­wa­nym kro­kiem de­le­ga­cję nie­miecką. Wszy­scy oglą­dali się za es­es­ma­nem sta­wia­ją­cym gło­śne, pra­wie mar­szowe kroki. Ten nie zwra­cał na ni­kogo uwagi, uno­sząc dum­nie pod­bró­dek.

Ar­ty­stom udało się ich wy­prze­dzić. Na dru­gim pię­trze de­le­ga­cja py­tała o drogę.

Pod­bie­gli, omi­ja­jąc ma­sze­ru­ją­cych ofi­ce­rów, mieli kilka me­trów prze­wagi.

Su­rałło otwo­rzył wiel­kie, drew­niane drzwi, prze­pu­ścił ko­legę i za­raz je za sobą za­mknął.

- A pan to kto? - za­py­tał po­stawny prze­wod­ni­czący sie­dzący na naj­wyż­szym krze­śle pre­zy­dial­nego stołu.

Reszta ko­mi­sji pod­nio­sła wzrok znad roz­ło­żo­nych pro­jek­tów.

- Osoba to­wa­rzy­sząca - od­po­wie­dział szybko Su­rałło-Gaj­du­czeni, po­ka­zu­jąc pal­cem na Sta­ni­sława Ej­smonda.

- To za­mknięte po­sie­dze­nie. Nie dla pu­bliki.

Roz­le­gły się szmery.

- Bę­dzie chyba wię­cej go­ści - stwier­dził Ej­smond, gdy otwo­rzyły się wiel­kie drzwi.

Wszy­scy uci­chli na wi­dok ofi­ce­rów w czar­nych mun­du­rach.

- A pa­no­wie do kogo?

- Heil Hi­tler. - Dwóch z nich unio­sło ręce. - Przy­no­simy oświad­cze­nie z am­ba­sady Rze­szy w War­sza­wie i mamy na­dzieję na po­ko­jową od­po­wiedź - za­czął mó­wić je­den z ofi­ce­rów nie­mal nie­na­ganną pol­sz­czy­zną, z lek­kim nie­miec­kim ak­cen­tem.

- A pan to kto?

- Ger­hard von Los­sow.

- W ja­kiej spra­wie?

- Do­kład­nie w tej, w któ­rej pa­no­wie de­ba­tują. Przy­szli­śmy ostrzec.

- Ostrzec? - za­py­tał prze­wod­ni­czący. - I skąd pa­no­wie wie­dzą, o czym my tu­taj...

- To chyba naj­mniej ważne. Ważne, co mamy do prze­ka­za­nia.

- Słu­chamy więc - od­parł prze­wod­ni­czący, roz­kła­da­jąc bez­sil­nie ręce, ro­zej­rzał się i opadł na krze­sło.

- Nie ma na­szej zgody na tre­ści umiesz­czone na jed­nym z pro­jek­tów znacz­ków.

- Któ­rym? - za­in­te­re­so­wał się ktoś z ko­mi­sji.

- Umiesz­cze­nie Bi­twy pod Grun­wal­dem uzna­jemy za wy­mie­rzoną w Rze­szę Nie­miecką pro­wo­ka­cję! - Ofi­cer do­kład­nie ar­ty­ku­ło­wał po­szcze­gólne słowa. Jakby wy­uczył się ich na pa­mięć. - Po­ka­zy­wa­nie ry­ce­rza gi­ną­cego z rąk bar­ba­rzyń­ców uzna­jemy za złe poj­mo­wa­nie hi­sto­rii. Ra­niące nie­miec­kie uczu­cia i go­dzące w dzie­jową prawdę. - Wszy­scy człon­ko­wie ko­mi­sji za­częli szu­kać wśród je­de­na­stu ry­sun­ków pro­jektu z do­bi­ja­nym Krzy­ża­kiem. Po­tem po­da­wali go so­bie z rąk do rąk, krę­cąc gło­wami.

- Pa­no­wie - wtrą­cił się sto­jący obok Sta­ni­sław Ej­smond. Pod­szedł do stołu, ale nie mu­siał spraw­dzać, o ja­kim pro­jek­cie mó­wią. - Nie wiem, czy pa­no­wie do­brze zro­zu­mieli na­sze in­ten­cje. Może by­liby pa­no­wie skłonni uprzej­mie za­uwa­żyć, że wła­śnie tego roku mamy setną rocz­nicę uro­dzin Jana Ma­tejki, na­szego wiel­kiego ma­la­rza hi­sto­rycz­nego. Za­chęta przy­go­to­wała w związku z tą oko­licz­no­ścią prze­glą­dową wy­stawę. Oprócz tego - kon­ty­nu­ował Ej­smond - co jest wła­ści­wym te­ma­tem oma­wia­nego znaczka? Wła­śnie mija sześć­dzie­siąta rocz­nica ukoń­cze­nia Ma­tej­kow­skiej Bi­twy pod Grun­wal­dem, ob­razu, który jest dla Po­la­ków...

- Ten hi­sto­ryczny pasz­kwil w ogóle nie po­wi­nien ist­nieć! - prze­rwał mu ofi­cer. - Ale to nie jest przed­mio­tem na­szej roz­mowy. Po­zo­sta­wiamy skie­ro­waną do Mi­ni­ster­stwa Poczt i Te­le­gra­fów notę. Ocze­ku­jemy sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cego nas roz­wią­za­nia, ina­czej bę­dziemy mu­sieli na tę pro­wo­ka­cję od­po­wie­dzieć ade­kwat­nymi środ­kami. - Ofi­cer pod­szedł pra­wie mar­szo­wym kro­kiem do biurka i zo­sta­wił ko­pertę.

- Heil Hi­tler! - wy­krzy­czał, wy­cią­ga­jąc rękę.

- Heil Hi­tler! - do­łą­czyli do niego dwaj po­zo­stali Niemcy i tak jak się nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wili, tak szybko wy­szli.

Prze­wod­ni­czący ko­mi­sji ar­ty­stycz­nej zła­pał się za głowę.

- To czy­ste ko­me­dianc­two! Na­wet się nie przed­sta­wili. Do czego to po­do­bne? Sły­szał pan?! - za­częli mó­wić pra­wie jed­no­cze­śnie.

Sta­ni­sław Ej­smond zdjął okrą­głe oku­lary i za­czął je prze­cie­rać, jakby do końca nie był pewny nie tylko tego, co sły­szał, ale i tego, co przed chwilą wi­dział.

Su­rałło-Gaj­du­czeni od­wró­cił się w kie­runku Ej­smonda. Jak rzadko kiedy nie wie­dział, co po­wie­dzieć.

- Uspo­kójmy się. - Mio­tał się prze­wod­ni­czący, który do­stał z ner­wów plam na szyi. - Mu­szę za­dzwo­nić do mi­ni­stra i... i nie wiem, gdzie jesz­cze.

- Może do ga­zet - pod­su­nął Su­rałło.

- To może le­piej nie. Po­cze­kajmy na de­cy­zję. Pro­po­nuję prze­rwę. Spo­tkajmy się tu za go­dzinę. Tak, tak bę­dzie naj­le­piej - po­wie­dział prze­wod­ni­czący, prze­cie­ra­jąc chu­s­teczką czoło.

Sta­ni­sław Ej­smond i Bo­le­sław Su­rałło-Gaj­du­czeni wy­szli na ze­wnątrz i obe­szli plac Na­po­le­ona kilka razy w kółko, nim po­de­szli do żony Gaj­du­cze­niego i opo­wie­dzieli o tym, co za­szło. Po go­dzi­nie wró­cili i usły­szeli prze­ka­zaną z mi­ni­ster­stwa wia­do­mość. Po­sta­no­wiono bez­względ­nie speł­nić żą­da­nia strony nie­miec­kiej, nie za­draż­niać sy­tu­acji i wy­co­fać z cy­klu hi­sto­rycz­nego Bi­twę pod Grun­wal­dem. Nie tłu­ma­czono ko­mi­sji ar­ty­stycz­nej dla­czego. Ry­sow­nik za­miast bi­twy miał w jej miej­sce stwo­rzyć por­trety kró­lo­wej Ja­dwigi i króla Ja­giełły jako fun­da­to­rów i pa­tro­nów Aka­de­mii Kra­kow­skiej.

Człon­ko­wie ko­mi­sji, nie­wiele ze sobą roz­ma­wia­jąc, szybko się spa­ko­wali.

Ar­ty­ści też już bez słowa opu­ścili gmach Mi­ni­ster­stwa Poczt i Te­le­gra­fów. Nic nie można było z tym zro­bić.

Su­rałło wró­cił z żoną i dziec­kiem do domu. Ej­smond po­szedł do Za­chęty, od­szu­kał wi­zy­tówkę z nu­me­rem te­le­fonu Da­niela Fa­bera. Za­dzwo­nił i długo roz­ma­wiali.

Wa­cław Bo­ra­tyń­ski po­in­for­mo­wany o tym, co za­szło, trzy go­dziny cho­dził wzdłuż Wi­sły, a na­stępne dwie pa­trzył na czy­stą kartkę pa­pieru. Tem­pe­ro­wał ołó­wek i ro­bił to przez ko­lejne kil­ka­dzie­siąt mi­nut, tak że w pal­cach zo­stał mu kil­ku­cen­ty­me­trowy ogry­zek. W końcu za­czął ry­so­wać. Na­szki­co­wał szybko dwie po­sta­cie. Króla Wła­dy­sława Ja­giełłę i kró­lową Ja­dwigę. Były le­dwo wi­do­czne. Sku­pił się na dol­nej par­tii ry­sunku. Tam umie­ścił dwa na­gie mie­cze i krzy­żacki sztan­dar. Do­kład­nie pod sto­pami kró­lew­skiej pary. Tak, by je dep­tali. Cy­ze­lo­wał, po­pra­wiał z za­ci­śnię­tymi ustami.

Skoń­czył nad ra­nem.

30 ki­lo­me­trów od Ber­lina, wrze­sień 1938 roku

Ger­hard von Los­sow po­pa­trzył na okno. Mały zie­lon­kawy żu­czek cho­dził po fra­mu­dze, pró­bu­jąc wspiąć się na szybę, w końcu spadł na plecy i le­żał na pa­ra­pe­cie, prze­bie­ra­jąc w po­wie­trzu krót­kimi nóż­kami. Ger­hard w końcu pod­su­nął pa­lec i po­zwo­lił owa­dowi wspiąć się po nim. Uchy­lił okno, wy­su­nął rękę i strzep­nął go w trawę.

Za oknem od dwóch go­dzin nic się nie zmie­niło. Męż­czyźni w peł­nym opan­ce­rze­niu, z woj­sko­wymi tor­ni­strami na ple­cach bie­gali w kółko. Prze­wi­dy­wał, że może to jesz­cze po­trwać. Za­mknął okno i znowu usiadł na krze­śle w ko­ry­ta­rzu. Nu­dziło mu się, ale na to spo­tka­nie z Him­m­le­rem mu­siał i mógł cze­kać bar­dzo długo. Pre­zes Sie­mensa też cze­kał, nim mi­nął się w drzwiach z kimś z dy­rek­cji Bay­era. Wszy­scy mieli tu ja­kieś in­te­resy. Każdy z nich. Wi­tali się z Ger­har­dem, za­kła­da­jąc, że skoro ma bez­po­średni do­stęp do szefa SS, musi być kimś waż­nym. Dano mu to od­czuć już w am­ba­sa­dzie w War­sza­wie. Nie tyle li­czył się jego sto­pień ofi­cer­ski, ile to, że dzia­łał na oso­bi­ste ży­cze­nie Him­m­lera i bez­po­śred­nio przed nim się tłu­ma­czył, wy­ko­nu­jąc za­da­nie spe­cjalne. Nikt go nie roz­li­czał z czasu. Mógł ro­bić do­kład­nie to, co sam so­bie za­pla­no­wał. Oka­zało się, że robi to sku­tecz­nie. Po zdo­by­ciu in­for­ma­cji i po tym, jak Po­lacy ofi­cjal­nie wy­co­fali się z pusz­cze­nia w obieg znaczka z Grun­wal­dem, po­pro­sił o trzy dni urlopu, by od­wie­dzić ojca. Do­stał zgodę pod­pi­saną przez sa­mego Karla Wolffa. Oprócz tego otrzy­mał skie­ro­wa­nie na le­cze­nie w spe­cja­li­stycz­nym ośrodku ge­stapo w Karls­ba­dzie dla ojca i dla opie­kunki.

Wła­śnie wra­cał z daw­nej sto­licy re­pu­bliki au­striac­kiej. Uskrzy­dlony, choć sam przed sobą nie chciał przy­znać, jak wiel­kie ta wi­zyta zro­biła na nim wra­że­nie.

Gdy po­ja­wił się w Wied­niu, w domu ojca przy Sin­ger­strasse, i za­czął opo­wia­dać o swoim po­by­cie w Pol­sce, oj­ciec bez­na­mięt­nie pa­trzył w ścianę. Z po­czątku sie­dział na łóżku z bez­wład­nymi rę­kami na kra­cia­stym kocu, z ką­cika ust cią­gle ście­kała mu ślina. Od czasu do czasu pod­cho­dziła Kri­sta i wy­cie­rała mu twarz chu­s­teczką. Ale Ger­hard mó­wił da­lej. O swo­jej in­ter­wen­cji, o tym, jak za­dbał, by chro­nić pa­mięć o za­słu­gach za­konu krzy­żac­kiego, o tym, jaki był sku­teczny. Z cza­sem oj­ciec od­wró­cił głowę w jego kie­runku, mru­gnął okiem do Kri­sty, ta wy­jęła z szu­flady starą ga­zetę. Ger­hard znał ten nu­mer "Na­tio­nal Ze­itung" z 1879 roku. Wziął go do ręki i za­czął czy­tać. "Za­kon krzy­żacki był na bar­ba­rzyń­skim wscho­dzie pio­nie­rem kul­tury. Kraje za­lud­nił ko­lo­ni­stami nie­miec­kimi, a ce­lem póź­niej­szego pa­no­wa­nia Pol­ski w tych oko­li­cach było tę kul­turę, owoc dłu­giej pracy, wszel­kimi środ­kami wy­ru­go­wać. Ma­tejko uwy­dat­nia po­tęgę bez­myśl­nych władz nad in­te­li­gen­cją. Kiedy się wi­dzi Ta­tara, za­rzu­ca­ją­cego nie­miec­kiemu ry­ce­rzowi po­wróz na szyję, by zrzu­cić go z ko­nia, na­suwa się myśl: oto zwy­cię­stwo bar­ba­rzyń­stwa nad kul­turą". Pod­pi­sano: "Otto von Los­sow", do­koń­czył Ger­hard. Na tek­stach dziadka uczył się czy­tać. Więk­szość znał na pa­mięć. Nie mu­siał pa­trzeć na ko­lejną ga­zetę po­daną przez Kri­stę, na któ­rej było zdję­cie z 1901 roku. Dzia­dek stał na pierw­szym pla­nie przy od­sło­nię­ciu po­mnika Ulri­cha von Jun­gin­gena. Był ini­cja­to­rem usta­wie­nia go na po­lach Grun­waldu. Na dru­gim pla­nie wi­do­czny był jego oj­ciec, mały Georg.

- Wi­dzia­łem ten ob­raz - po­wie­dział i zo­ba­czył błysk w oczach ojca, który po­ru­szył ustami. Kri­sta po­de­szła, ale od­su­nął ją ręką. Na­chy­lił się nad nim.

- Spa­aal ggghhho - wy­char­czał sta­rzec, po czym prze­su­nął w jego kie­runku rękę i uniósł palce. Ger­hard wsu­nął pod nią swoją dłoń. Po­czuł uścisk. Kosz­to­wało to ojca wiele wy­siłku. Prze­stra­szył się, że za­raz się roz­pła­cze. - Cho­ooć thy­y­yle.

- Już wi­dzę, jak pło­nie. Obie­cuję ci, że to się sta­nie. Też mi coś obie­caj... - po­pro­sił, a oj­ciec spoj­rzał na niego ba­daw­czo. - Że za­nim go spalę, ty go po­de­pczesz.

Ger­hard von Los­sow spoj­rzał na nie­ru­cho­mego ojca, który od czasu udaru nie zro­bił ani jed­nego sa­mo­dziel­nego kroku. Georg wy­krzy­wił twarz w pół­u­śmie­chu i kiw­nął głową na zgodę. Kri­sta za­częła szlo­chać. Ger­hard też po­cią­gnął no­sem.

Ten pół­u­śmiech wspo­mi­nał, cze­ka­jąc na spo­tka­nie z Him­m­le­rem.

Za oknem roz­le­gły się ja­kieś gło­śne roz­kazy. A nie­mal rów­no­cze­śnie otwo­rzyły się drzwi. Wy­cho­dził ktoś z dy­rek­cji BMW. Karl Wolff że­gnał się z nim jesz­cze w drzwiach. Ser­decz­nie ści­skali so­bie dło­nie. Gdy od­szedł, Wolff ski­nął na niego głową. Już się nie uśmie­chał. Ger­hard ru­szył lekko nie­pew­nym kro­kiem. Mina ad­iu­tanta nie wró­żyła ni­czego do­brego.

- A, to ty - wes­tchnął Him­m­ler, mru­żąc oczy i lu­stru­jąc go wzro­kiem. Jego ton rów­nież nie był naj­przy­jaź­niej­szy. - Masz cho­ciaż żonę?

- Nie. - Von Los­sow po­krę­cił głową.

- A może dzieci?

- Też nie.

- To bar­dzo nie­do­brze. Ni­kogo nie zna­la­złeś? Żadna ko­bieta ci się nie spodo­bała? - spy­tał Him­m­ler, pa­trząc po­dejrz­li­wie.

- Te­raz by­łem w Pol­sce, tam nie szu­ka­łem. - Ger­hard za­śmiał się ner­wowo.

Karl Wolff lekko zmarsz­czył brew, to nie był te­mat ani czas do żar­tów. Ger­hard na­tych­miast spo­waż­niał.

- Aha, to słusz­nie... Je­żeli nie masz czasu, po­mo­żemy ci zna­leźć - za­pro­po­no­wał Him­m­ler.

Ger­hard wziął głę­boki od­dech, nie wie­dział, co od­po­wie­dzieć. Bał się ko­lej­nych py­tań, nie wie­dział, do­kąd zmie­rzają, ale nie chciał też do­stać po­le­ce­nia służ­bo­wego, by się oże­nić.

- Może wtedy oka­żesz się uży­teczny - kon­ty­nu­ował Him­m­ler, pod­cho­dząc do okna, zza któ­rego na­dal do­cho­dziły okrzyki. - Bo do tej pory ja­koś się nie spi­sa­łeś. Wy­glą­dasz jak praw­dziwy Nie­miec, a od­sta­wiasz fu­szerkę jak zwy­kły Po­lak. Może to jed­nak wy­nik zmie­sza­nych ge­nów?

Ger­hard był w szoku. Tego się nie spo­dzie­wał.

- To bar­dzo da­le­kie po­kre­wień­stwo! I bez zna­cze­nia dla za­sług mo­jej ro­dziny dla Au­strii i Nie­miec! - od­wa­żył się ode­zwać.

Czuł, że musi się bro­nić. Choć do końca nie wie­dział dla­czego. Karl Wolff po­chwa­lił go za ra­port do­ty­czący dzia­łal­no­ści na­ukow­ców w Pol­sce. Szcze­gó­łowo opi­sał, czego po­szu­kuje Da­go­bert Frey, a co in­te­re­suje Ka­je­tana Mühl­manna. Na­pi­sał, gdzie znaj­dują się in­te­re­su­jące Him­m­lera wy­ko­pa­li­ska. Nie miał po­ję­cia, co zro­bił źle.

- Po­każ mu, Karl - po­wie­dział Him­m­ler, z cie­ka­wo­ścią wy­glą­da­jąc przez okno.

Wolff pod­szedł do biurka i wy­cią­gnął fo­to­gra­fię du­żego for­matu. Na zdję­ciu było po­więk­sze­nie znaczka. Z po­czątku nie wie­dział, na co pa­trzeć. Było na­pi­sane "Poczta Pol­ska". Zna­czek przed­sta­wiał kró­lew­ską parę. "Wła­dy­sław Ja­giełło i Ja­dwiga", prze­czy­tał i py­ta­jąco spoj­rzał na Karla Wolffa. Ten po­ka­zał mu pal­cem le­żące u ich stóp dwa mie­cze i dep­tany sztan­dar krzy­żacki.

- Wy­raź­nie nie po­zwo­li­li­śmy na ta­kie, na to... - Ger­hard za­czął się tłu­ma­czyć.

- Ale wi­docz­nie ktoś po­czuł, że może so­bie na to po­zwo­lić - wy­ja­śnił Karl Wolff.

- Mogę po­je­chać jesz­cze raz... - pró­bo­wał Ger­hard. Po­my­ślał, że skoro tu jest, to ma ja­kąś szansę. Musi tylko to do­brze ro­ze­grać, bo ina­czej ma­rze­nia o sta­niu w pierw­szym sze­regu pry­sną. Nie bę­dzie czuł na so­bie tych za­zdro­snych spoj­rzeń. I to nie on rzuci iskrę, gdy na­dej­dzie czas... Bar­dzo tego chciał. Nie chciał na­to­miast, żeby to, co się za­częło, tak szybko do­bie­gło końca.

Krzyki za oknem na­si­liły się. Ktoś wrzesz­czał: "Wsta­waj! Wsta­waj! Wsta­waj!".

- Po­dejdź tu - roz­ka­zał Him­m­ler.

Ger­hard szybko zna­lazł się przy oknie. Na ze­wnątrz za­ci­nał rzę­si­sty deszcz. Je­den z męż­czyzn prze­stał już biec. Prze­wró­cił się na plecy i pró­bo­wał się pod­nieść, cha­otycz­nie ma­cha­jąc w po­wie­trzu rę­kami i no­gami, ale tylko nie­zdar­nie się ko­ły­sał, woj­skowy ple­cak cią­gnął go w dół.

- Oba­wiam się, czy nad­uży­wa­nie tych ta­ble­tek nie do­pro­wa­dzi do uszko­dze­nia nie­miec­kich ge­nów. A to może skut­ko­wać nie­prze­strze­ga­niem za­sad hi­gieny ra­so­wej... - wy­po­wie­dział się Him­m­ler, uno­sząc wska­zu­jący pa­lec ku gó­rze. - Cóż, nie spo­sób jed­nak od­mó­wić im sku­tecz­no­ści. Karl, ile oni już tam bie­gną?

Karl Wolff spoj­rzał na ze­ga­rek.

- Ósmą go­dzinę. Zdaje się, że to bę­dzie około dzie­więć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów. Z ob­cią­że­niem... - Po­ki­wał głową z uzna­niem. - To rze­czy­wi­ście pod­nosi znacz­nie war­tość bo­jową na­szych żoł­nie­rzy... Po­nad zwy­kłą miarę. A do tego ta wiara we wła­sne moż­li­wo­ści...

- Woj­sko za­mó­wiło już po­nad trzy­dzie­ści dwa mi­liony per­vi­tinu... Tych ta­ble­tek - po­pra­wił się Ger­hard, który wła­śnie wtrą­cił się do roz­mowy.

- Znasz je? - za­py­tał się Him­m­ler.

- Znam za­opa­trze­niowca We­hr­machtu. I on mi to po­wie­dział.

- Aha... - Him­m­ler po­ki­wał głową, znowu wy­glą­da­jąc przez okno. - Idź mu po­móż. Kapo nie jest chyba zbyt de­li­katny - do­dał, pierw­szy raz od­wra­ca­jąc się w jego kie­runku.

Ger­hard von Los­sow za­sa­lu­to­wał i wy­szedł. Więź­nio­wie bie­gali od strony obo­zo­wych ba­ra­ków. Okrą­żył bu­dy­nek. Z po­czątku za­sta­na­wiał się, jak chwy­cić i pod­nieść więź­nia, tak by się nie ubru­dzić. Do­my­ślał się, że go ob­ser­wują, i od tego, jak wy­pad­nie, może wiele za­le­żeć.

Nie od­wró­cił się i nie spoj­rzał w ich stronę. Szedł szyb­kim, rów­nym kro­kiem. W po­ło­wie drogi zro­zu­miał, jak ma to ro­ze­grać. Był już przy le­żą­cym męż­czyź­nie, ten ko­ły­sał się na ple­cach jak żuk na pa­ra­pe­cie.

Ger­hard von Los­sow wy­jął pi­sto­let i strze­lił mu pro­sto w głowę. Po czym szybko od­wró­cił się, prze­łknął zbie­ra­jącą się w gar­dle ślinę i bez słowa wró­cił do bu­dynku. Reszta więź­niów, też Ży­dów, cią­gle bie­gła, te­raz chyba na­wet tro­chę bar­dziej ocho­czo.

Może do­stali więk­sze dawki, po­my­ślał, pa­trząc na no­tu­ją­cego coś le­ka­rza, który stał pod da­chem oparty o ścianę. Na­wet nie za­re­ago­wał.

Gdy wró­cił, Him­m­ler sie­dział już za biur­kiem i wy­pi­sy­wał ja­kiś do­ku­ment.

- Te­raz sprawę tych bi­tew­nych znacz­ków przej­muje Go­eb­bels. Tym ra­zem to bę­dzie dłuż­sze roz­da­nie. Pro­pa­gan­dzie na tym za­leży. Masz się do niego zgło­sić, skoro masz już ro­ze­zna­nie w tej kwe­stii - po­wie­dział Him­m­ler. - Je­żeli cię po­lubi i wy­śle po raz ko­lejny do War­szawy, znowu bę­dziesz miał szansę na po­zy­tywne za­ła­twie­nie spraw. Bę­dziesz mnie o wszyst­kim in­for­mo­wał.

Ger­hard ski­nął, od­dy­cha­jąc z ulgą. Him­m­ler pod­szedł do lu­stra i po­gła­dził się po karku.

- Karl - zwró­cił się do swo­jego ad­iu­tanta. - Bę­dziemy po­trze­bo­wać tego fry­zjera. Jak on się na­zy­wał?

- Vic­tor No­vak.

- Nie. O to inne imię mi cho­dzi.

- Ma­ria Elena - za­śmiał się ad­iu­tant.

- Też do­sta­nie drugą szansę. - Szef SS spoj­rzał na Ger­harda, a ten ner­wowo prze­cze­sał pal­cami włosy.

- Może ci się kie­dyś przy­dać. Kto wie? - oświad­czył z uśmie­chem Karl Wolff.

- Vic­tor No­vak - wrza­snął kapo w obo­zie Sach­sen­hau­sen.

Z dru­giego rzędu wy­stą­pił wy­chu­dzony, ogo­lony na łyso drobny chło­pak o ciem­nej kar­na­cji i czar­nych oczach. Za­ci­nał deszcz, a on trząsł się w go­rączce, szczę­kał zę­bami i pa­trzył na ofi­cera, który stał obok kapo. Ofi­cer SS spoj­rzał na ró­żowy trój­kąt na­szyty na obo­zo­wym pa­siaku. Skrzy­wił się z nie­sma­kiem, za­czął coś szep­tać do ucha straż­nika. Chwilę roz­ma­wiali. Po­tem es­es­man od­wró­cił się bez słowa i ru­szył w kie­runku sto­ją­cego kil­ka­na­ście me­trów da­lej czar­nego opla.

- Umy­jesz się - syk­nął kapo przez zęby. - Za­bie­rają cię stąd - do­dał ofi­cjal­nym to­nem. Chło­pak ru­szył bez słowa, po­włó­cząc no­gami. Kapo nie wy­trzy­mał. Do­go­nił go i na­chy­lił się nad jego uchem. - I tak zdech­niesz! - wy­ce­dził, po czym splu­nął mu na szyję.

Chło­pak od­wró­cił się, za­darł głowę, po­pa­trzył mu pro­sto w oczy i cmok­nął gło­śno, po­sy­ła­jąc mu ca­łusa. Kapo bły­ska­wicz­nie wy­cią­gnął pałkę, za­mach­nął się i za­stygł z ręką w po­wie­trzu. Chło­pak zer­k­nął w kie­runku cze­ka­ją­cego na niego sa­mo­chodu. Straż­nik, dy­sząc, opu­ścił pałkę.

- Zdech­niesz! - wark­nął, tym ra­zem już gło­śno.

Chło­pak uśmiech­nął się i wzru­szył ko­ści­stymi ra­mio­nami.

- Ale jesz­cze nie te­raz - skwi­to­wał, od­wra­ca­jąc głowę.

Ber­lin, paź­dzier­nik 1938 roku

Ger­hard von Los­sow stał przed Mi­ni­ster­stwem Pro­pa­gandy. Trwało to już dłuż­szą chwilę, bo udało mu się zja­wić wcze­śniej. Więk­szym osią­gnię­ciem było jed­nak to, że nie miał dziś kaca. Od kilku dni co noc wy­cho­dził. Wczo­raj, gdy wy­zna­czono mu spo­tka­nie, zo­stał w domu.

Te­raz opie­rał się o mo­siężną ba­rierkę i je­śli nie prze­cho­dził ktoś ważny, pa­trzył bez­myśl­nie na se­kre­tarki. Koń­czyły już pracę i wy­cho­dziły jedna po dru­giej. Do­pi­nały płasz­cze, na­su­wały ka­pe­lu­sze, wią­zały apaszki pod szyją. Wszyst­kie go za­uwa­żały i spo­glą­dały na niego, choć nie z ta­kim za­in­te­re­so­wa­niem, do ja­kiego przy­wykł. Ra­czej ob­rzu­cały go wzro­kiem, spraw­dza­jąc, czy jest kimś waż­nym. Ale nie był tu szcze­gólną atrak­cją. Przez mi­ni­ster­stwo prze­wi­jało się wiele sław­nych po­staci, ak­to­rów, dzien­ni­ka­rzy, spor­tow­ców zna­nych z pierw­szych stron ga­zet. Śmiali się na cały głos bądź spa­zma­tycz­nie za­no­sili się od pła­czu. Bez względu na płeć. Czę­sto w tym gma­chu, a nie na pla­nie fil­mo­wym czy sta­dio­nie, wa­żyły się ich losy. Tro­chę też było mu nie w smak, że spo­tka­nie wy­zna­czono na późną, po­po­łu­dniową go­dzinę. Drzwi otwie­rały się już z rzadka. Nu­dził się. Po­sta­no­wił w końcu wejść wcze­śniej i po­cze­kać gdzieś w se­kre­ta­ria­cie. Udać, że po­my­lił go­dziny. Po­pa­trzeć, kto wcho­dzi, a kto wy­cho­dzi. Może na­wet dać się za­uwa­żyć.

Ru­szył i nie do­szedł na­wet do końca ko­ry­ta­rza, gdy spo­tkał Vie­tholda Falka. Ten, jak zwy­kle ro­ze­śmiany i za­do­wo­lony z ży­cia, roz­ło­żył ręce w ge­ście po­wi­ta­nia.

- Ty tu!? - za­wo­łał. - A ja ci za­zdro­ści­łem. My­śla­łem, że Pragę po­dzi­wiasz. Po­do­bno są tam naj­pięk­niej­sze na świe­cie dziew­czyny - do­dał znacz­nie ci­szej.

- By­łem w War­sza­wie.

- Kwe­stia gu­stu - skwi­to­wał Vie­thold. - Ale te Czeszki... - Zni­żył głos i przy­su­nął się, bo ja­kaś do­syć duża i gruba ko­bieta ob­rzu­ciła go kar­cą­cym spoj­rze­niem. - Sam Go­eb­bels osza­lał na punk­cie ta­kiej jed­nej Czeszki. Lída Ba­arová, sły­sza­łeś?

- Tak. - Przy­po­mniał so­bie ro­mans, o któ­rym hu­czał cały Ber­lin. Wi­dział Lídę w Pru­skiej le­gen­dzie mi­ło­snej, gdzie grała Elizę Ra­dzi­wił­łównę. Była piękna i do­stojna. Go­eb­bel­sowi się nie dzi­wił, ale jej bar­dzo. Zresztą jak wszy­scy, choć gło­śno nikt tego nie mó­wił.

- Ale pew­nie nie wiesz, że do pod­słu­chi­wa­nia ich roz­mów Göring mu­siał za­trud­nić do­dat­kową osobę. Szkoda, że nie mnie. Ach... Ten to umie ma­mić. Po­do­bno na­wet żonę chciał zo­sta­wić, rzu­cić po­li­tykę, ale wódz mu na to nie po­zwo­lił... Na całe szczę­ście. - Ro­ze­śmiał się, a Ger­hard z lek­kim prze­stra­chem ro­zej­rzał się wo­kół sie­bie. Za­sta­na­wiał się, czy ktoś ich nie sły­szy. Po­my­ślał też, że ta bez­po­śred­niość kie­dyś zgubi Vie­tholda.

- Bądź ci­szej. By­łem tam, do­kąd tra­fiają tacy wy­lewni jak ty.

- Nie strasz.

- Nie stra­szę. Idę wła­śnie do tego ro­mea - po­wie­dział von Los­sow pra­wie szep­tem i ro­ze­śmieli się obaj. - A ty co tu­taj ro­bisz?

- Zo­sta­wi­łem w se­kre­ta­ria­cie wy­tyczne... O czym to We­hr­macht chce, a o czym nie chce mó­wić. A ty?

- Opo­wiem póź­niej. Albo wcale.

- I tak się spie­szę. - Vie­thold mach­nął ręką tro­chę roz­cza­ro­wany.

- Za­cze­kaj na mnie. Je­śli chcesz.

- Pew­nie. Mó­wi­łem już, że przy­no­sisz mi szczę­ście.

Ger­hard oba­wiał się tylko, że nie bę­dzie miał za wiele do opo­wie­dze­nia. Zmie­nił zda­nie, gdy ka­zano mu się udać do ma­łej sali ki­no­wej. Pry­wat­nej, mi­ni­ste­rial­nej. Za­sta­na­wiał się, kto był tam przed nim. Za­pewne wszy­scy na­masz­czeni, naj­waż­niejsi. Ak­to­rzy, twórcy, woj­skowi i po­li­tycy. Aż prze­szedł go dreszcz, gdy od­su­nął ciężką ko­tarę. Kil­ka­na­ście osób od­wró­ciło się w jego kie­runku. Na nie­wiel­kiej wi­do­wni, w sa­mym środku czwar­tego rzędu sie­dział Go­eb­bels. W nie­bie­sko­bia­łej po­świa­cie wi­dział tylko jego głowę i pro­fil - ostry nos, wy­chu­dzoną, po­cią­głą twarz, za­cze­sane do tyłu włosy. Reszty nie było wi­dać. Gdy pod­szedł bli­żej, już wie­dział dla­czego. Mi­ni­ster pro­pa­gandy był tak drobny i chło­pięco chudy, że cały cho­wał się w ki­no­wym fo­telu. Na szczu­płych ra­mio­nach ma­ry­narka wi­siała jak na stra­chu na wró­ble. To bar­dzo go za­sko­czyło. Nad jego uchem na­chy­lała się ja­kaś dziew­czyna, ale nie zwra­cał na nią uwagi. Pa­trzył w ekran. Le­ciała ja­kaś kro­nika fil­mowa. Po­ja­wiały się w niej pol­skie mun­dury. Ger­hard pod­szedł już bar­dzo bli­sko. Od Go­eb­belsa dzie­liło go kilka pu­stych krze­seł.

- A pan do kogo? - Go­eb­bels od­wró­cił się w jego kie­runku i wbił w niego wzrok. Przy­po­mi­nał wy­li­niałą, ale cią­gle ja­do­witą jasz­czurkę.

- Ger­hard von Los­sow. Przy­słano mnie w spra­wie od­po­wie­dzi na pro­wo­ka­cje Poczty Pol­skiej. Mam za­wieźć...

- Nie bę­dzie żad­nej pi­sem­nej od­po­wie­dzi - oświad­czył Go­eb­bels, wzru­sza­jąc ra­mio­nami, i od­wró­cił się w kie­runku ekranu. Na most wy­jeż­dżał wła­śnie od­kryty rolls-royce.

- He­in­rich Him­m­ler spo­dziewa się pi­sem­nego oświad­cze­nia z am­ba­sady...

- Za­trzy­maj - roz­ka­zał Go­eb­bels pra­cow­ni­kowi, który ob­słu­gi­wał pro­jek­tor. - Po­słu­chaj... Ale nie sia­daj. To nie po­trwa długo. - Po­ka­zał na miej­sce w rzę­dzie przed nim. - Wró­ci­łeś z Pol­ski?

Ger­hard przy­tak­nął.

- Oka­zało się, że dy­plo­ma­cja nie za­dzia­łała. Nie na­leży się więc ośmie­szać i na­ra­żać na brak po­słu­chu. Na­leży wzmoc­nić ko­mu­ni­kat. Taki jest plan. Po­zo­staje to w na­szej ge­stii, wy mie­li­ście szansę się wy­ka­zać - wy­ja­śnił Go­eb­bels i się od­wró­cił. - Pro­szę pu­ścić da­lej! - roz­ka­zał pra­cow­ni­kowi.

Za­trzy­many rolls-royce znów ru­szył. Uskrzy­dlony "duch eks­tazy" prze­je­chał przez cały ekran.

- Pol­ska kro­nika fil­mowa sprzed dwóch dni. Po­lacy wjeż­dżają zbroj­nie do Czech, na Za­ol­zie - wy­ja­śnił Go­eb­bels oglą­da­ją­cym. - We wszyst­kim nas na­śla­dują. A mnie już bez wąt­pie­nia. Wi­dzi­cie to? - Gło­śno wzdy­cha­jąc, po­ka­zał ekran, na któ­rym ko­biety ma­chały rę­kami na po­wi­ta­nie. - Ich mar­sza­łek Rydz-Śmi­gły, a po­tem ra­do­sne dziew­czyny. To dla męż­czyzn, żeby przy­kuć ich uwagę. Po­tem ładne dzieci, przy­szłość. To coś dla ma­tek. Kwiaty i prze­mowy. Dla wszyst­kich. Uści­ski, zbli­że­nia, ra­dość miesz­ka­ją­cych tam Po­la­ków z po­wrotu do oj­czy­zny. Auto od­jeż­dża. A tu... Scena druga. Przy­bywa mi­ni­ster Beck - po­ka­zał, ma­cha­jąc ręką od nie­chce­nia. - Patrz! Od razu spon­ta­nicz­nie na­zwano plac na jego cześć. Pla­kietka z na­zwą już wisi. - Po­krę­cił głową, pa­trząc na wy­so­kiego po­li­tyka oto­czo­nego co naj­mniej o głowę niż­szymi urzęd­ni­kami. - Zbli­że­nie ope­ra­tora. Wszy­scy się cie­szą. W tle ja­kiś urząd. Patrz, to pol­skie li­tery? - za­py­tał, a Ger­hard po­twier­dził. - Od razu wielki, rzu­ca­jący się w oczy na­pis... Wszystko na­śla­dują - po­wie­dział i wbił się w fo­tel, krzy­żu­jąc ręce na piersi. Miał znu­dzoną minę. Wy­krzy­wił twarz i za­to­pił się w my­ślach. Ger­hard stwier­dził, że je­śli te­raz się nie ode­zwie, bę­dzie mu­siał wyjść.

- Ale bez po­lotu. - Ger­hard prze­rwał ci­szę, pa­trząc na ekran. - Bez na­tchnio­nych twa­rzy. Bez wpa­trzo­nych oczu - mó­wił jakby sam do sie­bie, choć wy­star­cza­jąco gło­śno. - I te ko­nie! - prych­nął, pa­trząc na po­ja­wia­jący się na ekra­nie pułk ka­wa­le­rii. - Uwstecz­niony ro­man­tyzm w do­bie sta­lo­wych woj­sko­wych ma­chin.

- Te ko­nie... - Go­eb­bels się za­my­ślił. - My po­ka­zu­jemy czołgi, a oni ko­nie... mu­szę to za­pa­mię­tać. Do­bry kon­trast. Do­sko­nałe uję­cie dla pro­pa­gandy, je­śli zro­bić to tak, by po­ja­wiły się ra­zem. Kto wie, może to się jesz­cze przyda.

Od­wró­cił się w kie­runku Ger­harda, który nie­spiesz­nie prze­su­wał się w kie­runku wyj­ścia.

- Może po­wi­nie­nem to jesz­cze wy­ja­śnić. - Go­eb­bels po­wstrzy­mał go ru­chem ręki. - Nie bę­dziemy już nic pi­sać. Przy­go­tu­jemy ja­kąś ak­cję od­we­tową. To mo­żesz prze­ka­zać... Ale nie te­raz. Patrz! - Po­ka­zał na ekran. - Wspól­nie chro­nimy na­szych oby­wa­teli w Cze­chach. My swo­ich, oni swo­ich. Być może jesz­cze bę­dziemy z tymi Po­la­kami pro­wa­dzić wspólną po­li­tykę za­gra­niczną na wscho­dzie. Kto wie?

- Ale to, co oni ro­bią, to pro­wo­ka­cja! Skie­ro­wana w nas! - wy­krzyk­nął Ger­hard.

- Na pro­wo­ka­cje od­po­wia­damy z całą sta­now­czo­ścią...

- Prze­cież oni się chwalą... - jęk­nął Ger­hard - że roz­gro­mili po­tęgę krzy­żacką. Zmie­tli nie­miec­kie ry­cer­stwo... Oni mają wielki ob­raz tej bi­twy. Pra­wie się przed nim mo­dlą!

Go­eb­bels znowu mach­nął ręką na pra­cow­nika ste­ru­ją­cego pro­jek­to­rem. Na ekra­nie za­trzy­mała się w pół kroku de­fi­lu­jąca ka­wa­le­ria.

- Ten ob­raz mnie nie in­te­re­suje. W dzi­siej­szym świe­cie li­czą się tylko prasa, ra­dio i film. Film przede wszyst­kim. Nic wię­cej! - huk­nął, od­wró­cił głowę, a sie­dząca obok niego dziew­czyna wy­pięła biust w kie­runku mi­ni­stra pro­pa­gandy, pa­trząc na niego z za­chwy­tem.

- Ten ob­raz po­wi­nien spło­nąć!

- Za­pewne - przy­tak­nął mi­ni­ster, pa­trząc w de­kolt ak­torki.

- I to tak, że wszy­scy za­pa­mię­tają... - jęk­nął Ger­hard bez­sil­nie, nie li­cząc na od­po­wiedź.

Ale Go­eb­bels po­woli od­wró­cił się i spoj­rzał na niego. Zmru­żył oczy jak dzi­kie zwie­rzę, które po­czuło krew.

- Tak! W nocy, w świe­tle roz­pa­lo­nych ognisk! - roz­ocho­cił się Ger­hard i za­czął mó­wić to, co już kilka razy wcze­śniej so­bie wy­obra­żał. - Wiel­kie płótno nie­sione ni­czym bi­tewna zdo­bycz. Szpa­ler z krzy­żac­kich sztan­da­rów, SS, na­sze współ­cze­sne ry­cer­stwo, w zwar­tych sze­re­gach ma­sze­ruje obok. Dumne ze swego zwy­cię­stwa. Ze swej chwały...

Go­eb­bels wes­tchnął wzru­szony, ale dał znak, żeby prze­rwał.

- Przy­nie­siesz mi go, to zro­bimy spek­takl. Od­damy go na pa­stwę pło­mieni. Spo­pie­limy jak książki w trzy­dzie­stym trze­cim. Obie­cuję, że rzu­cisz po­chod­nią... Za­pa­mię­ta­łem cię. Pa­su­jesz. Bę­dziesz wy­glą­dał ni­czym bóg ze­msty, może na­wet na pierw­szym pla­nie - po­wie­dział, uno­sząc rękę za­ci­śniętą w pięść. Sie­dząca obok ak­torka aż wy­chy­liła się zza ple­ców mi­ni­stra i za­częła pa­trzeć na Ger­harda z za­cie­ka­wie­niem, tak samo reszta osób. - Ale wy­ja­śnię ci coś. Mię­dzy Pol­ską a nami pa­nuje po­kój. Nikt nie ma ochoty na wojnę. Taka jest ofi­cjalna po­li­tyka i na to na­sta­wiona jest pro­pa­ganda. Prze­każ Him­m­le­rowi, że je­śli cho­dzi o znaczki, to szy­ku­jemy se­rię od­we­tową. Bę­dziemy świę­to­wać sto dwu­dzie­stą piątą rocz­nicę złą­cze­nia Gdań­ska z Pru­sami, zwy­cię­stwo wojsk gdań­skich nad ich Ste­fa­nem Ba­to­rym. I jesz­cze ja­kieś ich klę­ski. Mamy w czym wy­bie­rać. Po­de­ślę mu pro­jekty. A te­raz już ci­sza! - po­wie­dział, mach­nął ręką i ru­szyła ka­wa­le­ria.

Ger­hard wy­szedł. Vie­thold cze­kał przed wej­ściem do mi­ni­ster­stwa. Stał w oto­cze­niu ja­kichś ko­biet. Za­cze­pił je i obie­cał do­brą za­bawę. Do wie­czora za­li­czyli kilka ba­rów i po jed­nej dziew­czy­nie. Ger­hard nie opo­wie­dział mu wszyst­kiego ze szcze­gó­łami, ża­lił się tylko, że nie bę­dzie wojny. Po któ­rejś ko­lejce sznapsa Falk po­cie­szył go, że wcze­śniej czy póź­niej bę­dzie na pewno. Bo Hi­tler nie ma już in­nego wyj­ścia! Musi prze­kra­czać ko­lejne gra­nice! A on, Ger­hard, ma tylko cze­kać, bo skoro Him­m­ler go wy­brał, a Go­eb­bels z nim roz­ma­wia, to może się jesz­cze wiele wy­da­rzyć.

Za­ło­żyłby się z nim o każde pie­nią­dze!

Po­znań, sty­czeń 1939 roku

Wa­cław Bo­ra­tyń­ski z za­do­wo­le­niem odło­żył plan­sze z ilu­stra­cjami, które wy­ko­nał do pla­no­wa­nego wzno­wie­nia Krzy­ża­ków Sien­kie­wi­cza. Były skoń­czone. To nie­stety ozna­czało, że wresz­cie mu­siał za­jąć się tym, czym zaj­mo­wać się nie chciał.

Pod­szedł do biurka i spoj­rzał na mały zna­czek. Na dwa mie­cze le­żące u stóp Ja­dwigi i Wła­dy­sława. Zła­mał dwa ołówki i jedno krze­sło, gdy się do­wie­dział, jak po­sta­no­wiono za­ła­go­dzić na­piętą at­mos­ferę pa­nu­jącą w sto­sun­kach Dru­giej Rze­czy­po­spo­li­tej z Trze­cią Rze­szą.

Wszyst­kie znaczki, które we­szły do obiegu, miały być wy­co­fane. I za­dru­ko­wane! Tak by znik­nęły mie­cze i krzy­żacki sztan­dar. Tak jakby ni­gdy ich tam nie było. Wtedy Niemcy ła­ska­wie wy­co­fają swoją gdań­ską se­rię od­we­tową.

Tym ra­zem Mi­ni­ster­stwo Poczt i Te­le­gra­fów zwró­ciło się do au­tora z wy­raźną su­ge­stią, co ma zo­stać na­dru­ko­wane. "Ozdobna gir­landa z go­dłami Pol­ski i Li­twy", by nie za­draż­niać wza­jem­nych re­la­cji z za­chod­nim są­sia­dem. Przy­ło­żył do brą­zowo-po­ma­rań­czo­wego znaczka strzęp pa­pieru z na­ba­zgra­nym po­spiesz­nie czar­nym wień­cem. Po­my­ślał, że tak za­dru­ko­wany zna­czek go­rzej już wy­glą­dać nie może. My­lił się.

Ber­lin, kwiecień 1939 roku

Ger­hard von Los­sow przy­po­mniał so­bie, że wła­śnie prze­grał za­kład sprzed pół roku.

Hucz­nie ob­cho­dzone pięć­dzie­siąte uro­dziny Füh­rera od­by­wały się w no­wym gma­chu Kan­ce­la­rii Rze­szy, a on stał w wy­koń­czo­nej spe­cjal­nie na tę oka­zję dłu­giej na czter­dzie­ści me­trów sali mo­zai­ko­wej. Wy­pro­sto­wany jak ni­gdy. Wy­róż­niony. Wśród wy­brań­ców, mło­dych ofi­ce­rów SS, któ­rych sam Adolf Hi­tler ob­da­ro­wy­wał te­raz uści­skiem ręki. Z emo­cji le­dwo mógł od­dy­chać.

Ktoś zro­bił zdję­cie do­kład­nie w chwili, gdy wódz po­da­wał mu dłoń i pa­trzył na niego swo­imi hip­no­ty­zu­jąco błę­kit­nymi oczami. Za­trzy­mał się wtedy i uśmiech­nął, do­bro­tli­wie po­kle­pu­jąc lewą ręką ich złą­czone prawe dło­nie. Na drugi dzień Ger­hard był już w każ­dej nie­miec­kiej ga­ze­cie. Po­do­bno też w paru za­gra­nicz­nych. Ku­pił od razu kilka i prze­słał ojcu. Dalsi zna­jomi szu­kali kon­taktu. Z bliż­szymi świę­to­wał wie­czo­rem. Wszy­scy zgod­nie wró­żyli mu wielką ka­rierę. Na drugi dzień kilka zu­peł­nie nie­zna­nych osób roz­po­znało go na od­święt­nie ude­ko­ro­wa­nej ulicy. Ju­bi­lat z Him­m­le­rem i Wolf­fem na try­bu­nie ho­no­ro­wej od­bie­rał de­fi­ladę. Prze­ma­sze­ro­wały woj­ska, prze­je­chały po­jazdy ko­łowe, gą­sie­ni­cowe, a na­wet prze­le­ciały sa­mo­loty na bar­dzo ni­skim pu­ła­pie.

Ger­hard był już pe­wien, że nie była to tylko ra­do­sna uro­dzi­nowa ma­ni­fe­sta­cja, ale też groźna de­mon­stra­cja. Spek­ta­ku­larny po­kaz siły. Wódz po­twier­dził to osiem dni póź­niej, gdy w Re­ich­stagu wy­gło­sił prze­mó­wie­nie. Za­ata­ko­wał w nim Fran­cję, mó­wiąc, że to od jej za­cho­wa­nia za­leży, czy od­żyją pre­ten­sje Nie­miec do Al­za­cji i Lo­ta­ryn­gii. An­glii wy­po­wie­dział dwu­stronny układ mor­ski, który ogra­ni­czał nie­miecką flotę. Po­stra­szył Ro­ose­velta... A przede wszyst­kim po­wie­dział coś, co przez kilka dni nie dało za­snąć Ger­har­dowi. Do­bit­nie wy­ja­śnił Po­la­kom, że re­wi­zja pol­sko-nie­miec­kich gra­nic jest nie­unik­niona i je­żeli Pol­ska nie przyj­mie ugo­do­wej po­stawy, re­wi­zja prze­pro­wa­dzona zo­sta­nie na dro­dze wojny!

Pol­ski mi­ni­ster bre­dził coś o ho­no­rze. To była kwe­stia czasu.

Gdy­nia, czer­wiec 1939 roku

- Pa­nie Da­nielu! Pa­nie Fa­ber! - krzyk­nął dy­rek­tor Za­chęty Sta­ni­sław Mi­ku­licz-Ra­decki, idąc z sze­roko roz­ło­żo­nymi rę­kami. - Gdzież ja pana mo­głem spo­tkać, jak nie tu? No gdzież, jak nie tu? - py­tał. Nie cze­kał na od­po­wiedź, tylko ob­jął Da­niela Fa­bera i mocno po­kle­pał po ple­cach. - Na placu Grun­waldz­kim! W Gdyni! Na placu Grun­waldz­kim! Co za szczę­ście!

- Rze­czy­wi­ście - od­parł Da­niel Fa­ber, po­pra­wia­jąc dru­ciane oku­lary, które od tych uści­sków prze­krzy­wiły mu się na no­sie. - To do­syć za­ska­ku­jące. Aku­rat tu umó­wi­łem się z żoną. Taki przy­pa­dek... Choć po­do­bno nie ma przy­pad­ków. Ale to spo­tka­nie te­raz jest jed­nak chyba przy­pad­kowe. Nie ina­czej. Tu na pewno nie­pla­no­wane. Choć za chwilę i tak by­śmy się zo­ba­czyli, pew­nie... przy­pusz­czam. Prę­dzej czy póź­niej, w in­nym niż tu miej­scu - plą­tał się za­sko­czony spo­tka­niem.

- Oczy­wi­ście. Prę­dzej czy póź­niej - przy­tak­nął ocho­czo Mi­ku­licz-Ra­decki. - Wa­ka­cje nad pol­skim mo­rzem to prze­cież nie tylko przy­jem­ność, ale i obo­wią­zek każ­dego Po­laka. Ale schudł pan? Ja­kieś jar­skie wczasy? Modne to te­raz?

- Ra­czej mor­ska cho­roba.

- Od sa­mego wi­doku czy już pan sko­rzy­stał z rej­sów wy­ciecz­ko­wych? Bar­dzo tu po­le­cają.

- Z No­wego Jorku nie tak dawno wró­ci­łem... - oświad­czył Fa­ber, a Mi­ku­licz-Ra­decki otwartą dło­nią pla­snął się w czoło.

- Lata lecą, nie da się ukryć! Pa­mięć już nie ta! Żona bę­dzie miała uży­wa­nie ze mnie, jak jej to opo­wiem! Prze­cież Staś, Sta­ni­sław Ej­smond, mó­wił mi, że pan otwie­rasz pa­wi­lon pol­ski na wy­sta­wie świa­to­wej! Co za wy­da­rze­nie! Mu­simy się spo­tkać. Ależ to cie­kawe! Cho­ciażby to. Jak ten po­mnik Ja­giełły na ko­niu? - za­py­tał, krzy­żu­jąc wy­soko ręce nad głową. - Tak mie­cze trzyma, wi­dzia­łem przed od­le­wem.

- Do­stoj­nie wy­gląda, to prawda. Stoi przed wej­ściem do pa­wi­lonu. Zo­ba­czy pan, jak wróci do Pol­ski. W czter­dzie­stym czwar­tym świa­towa wy­stawa ma być w War­sza­wie.

- Po­opo­wiada nam pan... Ko­niecz­nie - jęk­nął dy­rek­tor, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek. - Te­raz się tro­chę spie­szę, bo ja tu po po­ło­wie służ­bowo je­stem - zdra­dził, zni­ża­jąc ton.

- To tak samo...

- Tato! Tato! Aha, to pan! Dzień do­bry - przy­wi­tał się ni­skim ukło­nem głowy pod­bie­ga­jący do nich chło­piec. Chwilę trwało, ale Sta­ni­sław Mi­ku­licz-Ra­decki w końcu przy­po­mniał so­bie syna Fa­bera, któ­rego spo­tkał w Za­chę­cie rok wcze­śniej. Chło­pak nie­znacz­nie urósł, lecz na­dal był drobny. Miał na so­bie gra­na­towe ma­ry­nar­skie ubranko i tak samo jak przed ro­kiem przy­cięte blond włosy.

- Mie­li­śmy już przy­jem­ność. - Ukło­nił się ni­sko chłopcu, który od­su­nął się dwa kroki w bok, od­sła­nia­jąc sto­ją­cego za nim młod­szego, ale grub­szego o po­łowę, ru­da­wego, pie­go­wa­tego brzdąca.

- Tato. Przed­sta­wiam ci. - Chło­pak od­wró­cił się, po­ka­zu­jąc ręką. - Mój ad­iu­tant. Zdzi­chu.

- A skąd, że tak za­py­tam, go wzią­łeś?

- Na­ją­łem - od­po­wie­dział mu syn, a rudy pie­gus osten­ta­cyj­nie zro­bił wiel­kiego ba­lona z gumy, który pękł, przy­le­pia­jąc mu się do nosa. - Oka­zuje się, że jesz­cze mu­szę na­uczyć go ma­nier - do­dał, gdy rudy gru­ba­sek z za­do­wo­le­niem od­kle­jał gumę z nosa, roz­cią­ga­jąc ją, ile się dało. - Zro­bię to, gdy będą pa­no­wie na kon­fe­ren­cji - po­wie­dział mały Fa­ber, a wie­lo­letni dy­rek­tor Za­chęty znowu klep­nął się otwartą dło­nią w czoło.

- Że też ja nie sko­ja­rzy­łem! To chyba przez te czasy. Pan też przy­je­chał na kon­fe­ren­cję mu­ze­al­ni­ków?

- Tak. Z ra­mie­nia mi­ni­ster­stwa. Jak się do­my­ślam, pan też. Wła­ści­wie idziemy w tym sa­mym kie­runku. - Fa­ber się ro­zej­rzał. - Od­pro­wa­dzę tylko syna z ad­iu­tan­tem do mo­jej żony. O, sie­dzi tam na ławce. Czyta. - Po­ka­zał pal­cem. - Po­to­wa­rzy­szy mi pan?

- Oczy­wi­ście - przy­tak­nął Sta­ni­sław Mi­ku­licz-Ra­decki. Po chwili przy­wi­tał się z Kar­melą Fa­ber, nie­zwy­kle spo­kojną, piękną, młodą ko­bietą z dłu­gimi ciem­nymi wło­sami. Były le­dwo ucze­sane, pra­wie roz­pusz­czone, co przy­ku­wało uwagę, więk­szość ko­biet w jej wieku miała wy­mo­de­lo­wane fry­zury. Po­dała dłoń, lecz nie po­wie­działa ani słowa, tylko czy­tała da­lej.

- Moja żona ma me­lan­cho­lijne uspo­so­bie­nie - wy­tłu­ma­czył Fa­ber, gdy nieco się od­da­lili. - Do­ra­stała w Niem­czech. Trudne czasy...

- Ko­biety cza­sami ta­kie już są - po­wie­dział Mi­ku­licz-Ra­decki, aby coś po­wie­dzieć i uciąć te­mat, który zda­wał się kło­po­tliwy. - Skoro był pan w tym wiel­kim świe­cie, to pew­nie wie, czy bę­dzie ta wojna? - za­py­tał szybko.

- Tego nie wiem.

- Moja żona mówi, ja­koby Ossow­ski, wie pan, ten znany ja­sno­widz, po­wie­dział, że wojny ka­te­go­rycz­nie nie bę­dzie. Więc może to na­sze spo­tka­nie tu nie­po­trzebne... Kon­fe­ren­cję zwo­łano na wy­pa­dek wojny. Po­win­ni­śmy już iść. - Ru­szyli. - Wie pan? Ja pierw­szy raz je­stem w Gdyni. Robi wra­że­nie. To ame­ry­kań­skie mia­sto, sam pan po­wie, czy nie ame­ry­kań­skie?

Fa­ber przy­tak­nął. Pod­eks­cy­to­wany dy­rek­tor Za­chęty za­chwy­cał się przez całą drogę, jaką prze­szli ra­zem, zmie­rza­jąc na spo­tka­nie mu­ze­al­ni­ków.

- Zo­bacz, Sta­chu, kogo ci przy­pro­wa­dzi­łem! - za­krzyk­nął Mi­ku­licz, gdy we­szli do za­tło­czo­nej sali, w któ­rej roz­po­częły się już roz­mowy, mimo że nie do­szło jesz­cze do ofi­cjal­nego otwar­cia, a ob­sługa usta­wiała do­piero na sto­łach ka­rafki z wodą.

- Mia­łem na­dzieję, że tu pana spo­tkam! - Ura­do­wany Sta­ni­sław Ej­smond pod­szedł do Da­niela Fa­bera i przy­wi­tał się. - Te­raz nie po­roz­ma­wiamy, tro­chę tu gło­śno - po­wie­dział, roz­glą­da­jąc się po sali.

- Wojna wisi na wło­sku - oświad­czył ktoś pod­nie­sio­nym gło­sem. - Pro­po­nuję na­tych­mia­stowe za­bez­pie­cze­nie zbio­rów!

- To sia­nie za­mętu!

- Zwy­kłe pa­ni­kar­stwo!

- To re­alna ocena sy­tu­acji! Był pan w Gdań­sku!

- Nie można dać się spro­wo­ko­wać!

- To ko­niecz­ność. Na­leży za­le­cić wszyst­kim po­sia­da­ją­cym cenne dzieła sztuki, by ewa­ku­owali je w głąb kraju! To je­dyna droga.

- Wzbu­dzi to nie­po­kój spo­łecz­no­ści!

- I tak jest za­nie­po­ko­jona. Czyta pan ga­zety!

- Niech two­rzą de­po­zyty. To nie pierw­sza wojna w na­szym kraju. Lu­dzie jesz­cze pa­mię­tają i wie­dzą, co ro­bić!

- A czy my wiemy? Czy ktoś nam po­wie­dział, co ro­bić?

- Wy­wieźć wszystko na wschód. W oko­lice Lu­blina, Za­mo­ścia... Tam bę­dzie bez­pieczne!

Sta­ni­sław Ej­smond na­chy­lił się w kie­runku Fa­bera.

- A pan co my­śli?

- Niemcy cią­gle mó­wią o pol­skim ter­ro­rze. - Da­niel Fa­ber zdjął z nosa oku­lary i za­czął je czy­ścić, ner­wowo i znacz­nie dłu­żej, niżby na­le­żało. - To bar­dzo przy­po­mina sy­tu­ację przed wej­ściem do Czech - kon­ty­nu­ował. - Oba­wiam się, że bę­dzie, że je­śli... Strach po­my­śleć. Ale że bę­dzie mu­siał pan da­lej kro­czyć śla­dami ojca... I jak przyj­dzie co do czego, to wy­wieźć Bi­twę. Ra­dzę. Nie cze­ka­jąc. Niemcy nie będą chcieli jej ra­bo­wać. Będą chcieli ją znisz­czyć - za­koń­czył, za­wi­ja­jąc dru­ciane oprawki za uszy.

- Też się tego oba­wiam - wes­tchnął Sta­ni­sław Ej­smond i sam wy­jął z kie­szeni chu­s­teczkę. Prze­tarł spo­cone czoło.

- Hi­tler ble­fuje - szep­nął mu ktoś nad uchem. Ej­smond zo­ba­czył mło­dziut­kiego śnia­dego chło­paka o dziew­czę­cej uro­dzie.

War­szawa, czer­wiec 1939 roku

Ger­hard von Los­sow zmie­rzał na ulicę Ka­rową 18. Miał tam od­na­leźć bu­dy­nek Sta­rej Pa­no­ramy, zejść do pod­ziemi i tra­fić do te­atrzyku Ali Baba. Był umó­wiony. Wie­dział, że ktoś ma dla niego in­for­ma­cje, ale kim ten ktoś jest? Tego nie wie­dział. Po­do­bno na­zy­wał się No­vak, Him­m­ler mó­wił na niego fry­zjer, a Wolff prze­zy­wał go Ma­ria Elena. Spo­dzie­wał się więc ko­goś cie­ka­wego.

Wy­szedł z bu­dynku am­ba­sady dużo, dużo wcze­śniej, niż po­wi­nien. Naj­pierw ka­zał się wo­zić służ­bo­wym sa­mo­cho­dem w kółko przez pra­wie go­dzinę. Klu­cząc, zy­skali prze­wagę nad au­tem, które za­częło ich śle­dzić pra­wie od drzwi am­ba­sady. Nie było za nim ni­kogo. Wy­sko­czył z sa­mo­chodu i za­czął się plą­tać nie­zna­nymi uli­cami. Gdy mu się wy­da­wało, że ktoś za nim idzie, wcho­dził do pierw­szego lep­szego sklepu. Tak tra­fił w kilka pa­skud­nych miejsc, ale też do ma­łej księ­garni. Było tam sporo an­ty­ków - stół, szez­long, lampa. Za­byt­kowy był też sam wła­ści­ciel. Z wy­glądu stu­letni. Si­wiutki jak go­łąb i mocno przy­gar­biony. Von Los­sow za­czął prze­glą­dać książki, naj­pierw ma­chi­nal­nie, po­tem wy­cią­gał wszyst­kie prze­wod­niki po Pol­sce, kart­ko­wał i od­kła­dał na sto­lik. Już od roku na po­le­ce­nie Him­m­lera śle­dził wszyst­kie pu­bli­ka­cje Da­go­berta Freya. Spraw­dzał, do­kąd jeź­dzili au­striaccy i nie­mieccy uczeni, ale też zda­wał so­bie sprawę, że to tylko cząstka wie­dzy, którą oni już zdą­żyli ze­brać i którą nie za bar­dzo chcieli się dzie­lić z ge­stapo.

- Prze­pra­szam pana - za­py­tał dziadka, który trzę­sącą się ręką ukła­dał książki na półce obok. - In­te­re­suje mnie sztuka pol­ska - oświad­czył, pró­bu­jąc na­śla­do­wać fran­cu­ski ak­cent. - Zdaje mi się, że w War­sza­wie wi­dzia­łem już wszystko, co bez­cenne. Czy byłby pan ła­skaw po­le­cić coś po­nad to, co tu wszę­dzie jest opi­sane? - Po­ka­zał na prze­wod­niki. - Może być na pro­win­cji. Mam czas.

- A pan skąd? - za­in­te­re­so­wał się księ­garz.

- Z Pa­ryża.

- Ach... - wes­tchnął dzia­dek. - Cóż, nie wiem, co pana in­te­re­suje...

- Wszystko - od­parł Ger­hard zgod­nie z prawdą i uśmiech­nął się bar­dzo sze­roko.

Po tym, co wy­da­rzyło się z ma­jąt­kami au­striac­kich Ży­dów, wie­dział już, że Niem­ców in­te­re­suje wszystko. Nie tylko ob­razy i rzeźby, lecz także dy­wany, lampy i por­ce­lana. Göring de­ko­ro­wał swój pa­łac, Hi­tler za­mie­rzał stwo­rzyć naj­wspa­nial­sze mu­zeum na świe­cie, a Him­m­ler chciał wszystko kon­tro­lo­wać i mieć na to fun­du­sze. Reszta wyż­szych rangą ofi­ce­rów urzą­dzała so­bie ga­bi­nety i za­pewne także miesz­ka­nia. W Wied­niu po ko­lek­cji von Ro­th­schilda nie zo­stał już na­wet ślad, a on sam po pół­rocz­nym aresz­cie zrzekł się wszyst­kiego, co miał, i mu­siał wy­je­chać. A pierw­szą noc na wol­no­ści i tak spę­dził w tym sa­mym po­koju, w któ­rym był wcze­śniej za­mknięty, bo nie miał do­kąd iść. W jego pa­łacu re­zy­do­wał już Adolf Eich­mann. Ger­hard wi­dział na wła­sne oczy, że wielka wy­prze­daż bez­cen­nych rze­czy po­szła nad wy­raz spraw­nie. Ale o Wied­niu Niemcy mieli roz­le­głą wie­dzę. Po­cho­dziła naj­czę­ściej wprost od są­sia­dów au­striac­kich Ży­dów. Chęt­nie się tą wie­dzą dzie­lili. W Pol­sce było ina­czej.

- Wszystko? - Sta­ru­szek po­dra­pał się po gło­wie. - Wszystko to chyba tylko Edward Chwa­le­wik spi­sał. Ale to wy­kaz, bez ilu­stra­cji - stwier­dził i od­wró­cił się, pod­cho­dząc do in­nej półki. Wy­cią­gnął dwa tomy, otwo­rzył je­den z nich na pierw­szej stro­nie i za­czął gło­śno czy­tać: - "Zbiory pol­skie. Ar­chiwa, bi­bl­jo­teki, ga­bi­nety, ga­lerje, mu­zea i inne zbiory pa­mią­tek prze­szło­ści w oj­czyź­nie i na ob­czyź­nie w po­rządku al­fa­be­tycz­nym we­dług miej­sco­wo­ści uło­żone, War­szawa-Kra­ków 1926". Be­ne­dyk­tyń­ska praca - do­dał z uzna­niem, po­da­jąc książki Ger­har­dowi.

Von Los­sow otwo­rzył na chy­bił tra­fił. Ro­kitno Szla­chec­kie: po­wiat bę­dziń­ski... z ga­bi­netu re­cep­cyj­nego ks. Jó­zefa Po­nia­tow­skiego ko­moda i biurko ma­ho­niowe, lu­stro na kon­so­lach, dy­wan pol­ski, biały, po Sta­ni­sła­wie Au­gu­ście. Sto­lik z bla­tem he­ba­no­wym przy­wie­ziony przez Wa­le­zego do Pol­ski. Gar­ni­tur me­bli. Prze­pyszna por­ce­lana. Za­czął kart­ko­wać. Ro­goźno, Ro­ha­tyn, Ro­gów... Mie­ścina po mie­ści­nie, ko­ścioły, pa­łace, dwory. War­szawa, Kra­ków, Lu­blin... Bi­blio­teka po bi­blio­tece, mu­zeum za mu­zeum, duże i małe. Prze­czy­tał, po­szu­kał sofy i usiadł z wra­że­nia.

- Mó­wi­łem. - Księ­garz kiw­nął z uzna­niem. Z dumą wy­cią­gnął ko­lejny eg­zem­plarz. - Be­ne­dyk­tyń­ska ro­bota. Już we wstę­pie Chwa­le­wik na­pi­sał... - Po­ka­zał pierw­szą stronę i dla wła­snej przy­jem­no­ści prze­czy­tał z po­wagą w gło­sie: - "Dzieło to po­wstało pod wra­że­niem grozy znisz­cze­nia, ja­kiego do­ko­nała pierw­sza wojna świa­towa w za­byt­kach na­szej prze­szło­ści...". Taki miał cel. Żeby było wia­domo, gdzie co jest. Przyda się panu?

- Ile pan tego ma?

- Czego? - zdzi­wił się sta­ru­szek.

- Tych ksią­żek.

- Tylko to. - Po­ka­zał na dwa dwu­to­mowe eg­zem­pla­rze.

- Biorę - oświad­czył Ger­hard i wy­cią­gnął port­fel. - Może pan za­mó­wić tego wię­cej?

- A na co panu?

- Na pre­zenty - od­parł, wy­raź­nie już prze­drzeź­nia­jąc fran­cu­ski ak­cent, ale dzia­dek tego nie za­uwa­żył. Po­drep­tał do lady i wy­cią­gnął pa­pier.

- Chyba da się za­mó­wić... - mru­czał pod no­sem.

Ger­hard wy­szedł z an­ty­kwa­riatu z paczką prze­wią­zaną sznur­kiem. Paczkę tę zo­sta­wił w szatni te­atrzyku Ali Baba, do któ­rego tra­fił bez więk­szych trud­no­ści. Afisz mó­wił o spek­ta­klu Orzeł czy reszka. Nic wię­cej o nim nie wie­dział. Do­tarł spóź­niony, ale sto­lik na niego cze­kał. Sala była pełna i mocno roz­ba­wiona. Szep­tano, śmiano się, roz­glą­dano. Tra­fił ide­al­nie na prze­rwę mię­dzy nu­me­rami, ktoś wcho­dził, ktoś wy­cho­dził, ła­two więc było przejść, la­wi­ru­jąc po­mię­dzy kel­ne­rami, któ­rzy bie­gali, roz­da­jąc nowo przy­by­łym kie­liszki szam­pana. Kilka rąk jesz­cze było w gó­rze, gdy przy­ga­szono świa­tło. Zo­stał tylko je­den re­flek­tor rzu­ca­jący okrą­gły snop świa­tła na scenę przy­sło­niętą grubą czer­woną ko­tarą. Przez gwar za­częła prze­bi­jać się me­lo­dia. Za­wrzało. Roz­le­gły się okla­ski, gwizdy i krzyki. Wielu znało już ten nu­mer. W mo­men­cie gdy Ger­hard do­stał swój kie­li­szek, też już roz­po­znał grany szla­gier. "Ti­tina, ach Ti­tina...". Od razu sko­ja­rzył go z Cha­pli­nem, nie zdzi­wił się więc, gdy po­ja­wił się ak­tor z krót­kim wą­sem w ka­pe­lu­siku, wy­wi­ja­jąc la­seczką. Słu­chał go, jak śpiewa i do­cho­dzi do re­frenu, który po pol­sku brzmiał "Ten wą­sik, ach, ten wą­sik". Ku ucie­sze pu­blicz­no­ści w wol­nych mo­men­tach ka­ba­re­ciarz cho­dził po sce­nie, na­śla­du­jąc cha­rak­te­ry­styczny, po­włó­czy­sty krok ko­mika. Ger­hard za­czął roz­glą­dać się po sali, za­sta­na­wia­jąc się, czy jest tu już ten ktoś, z kim miał się spo­tkać. Nikt mu jed­nak na ta­kiego nie wy­glą­dał, spoj­rzał więc znowu na scenę i słu­chał. Re­fren znała już po­łowa sali, wszy­scy śpie­wali, ko­ły­sząc się na boki. "Ten wzrok, ten lok, ten plą­sik. I wdzięk, i lęk, i mina". Pra­wie wszystko ro­zu­miał i po­do­bało mu się do mo­mentu, gdy pia­ni­sta za­czął moc­niej ude­rzać w kla­wi­sze, a ak­tor po od­tań­cze­niu kilku ob­ro­tów nie wy­pro­sto­wał się i nie sta­nął na bacz­ność. Prze­sad­nie się wy­prę­żył i wy­cią­gnął przed sie­bie rękę, wy­ko­nu­jąc gest hi­tle­row­skiego po­zdro­wie­nia. Ger­hard za­czął słu­chać uważ­niej, pró­bu­jąc zro­zu­mieć. Nie było to ła­twe, bo śpie­wak zmie­nił też ton, za­czął char­czeć i trząść głową. "Ostat­nio na mój skromny tron za­zdro­sny ry­wal się wy­suwa" - ak­tor ry­czał, oplu­wa­jąc sa­mego sie­bie. "Kan­dy­dat nowy, groźny on. Mil­cze­nie me za­stą­pił wrza­skiem...". Wrza­snął i bo­le­śnie wy­krzy­wił twarz. Pu­blicz­ność za­śmie­wała się do łez, zgi­na­jąc się wpół. Ak­tor na­cią­gnął rondo ka­pe­lu­sika.

- Me­lo­nik mój mia­no­wał ka­skiem - za­śpie­wał, wy­trzesz­cza­jąc oczy i trzę­sąc grzywką, już do­słow­nie pa­ro­diu­jąc Hi­tlera. Przy re­fre­nie "Ten wą­sik, ach, ten wą­sik" cała sala wyła naj­gło­śniej, jak po­tra­fiła. Ger­hard po­czuł się tak, jakby ob­ra­żano jego sa­mego. To mu się nie po­do­bało. Wstał i już chciał wyjść, gdy ktoś po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu. Stała przed nim dziew­czyna w czer­wo­nym toczku z czarną wo­alką. Dru­gie pół twa­rzy za­sła­niała wa­chla­rzem trzy­ma­nym w dłoni, na którą na­cią­gnięta była długa, czarna rę­ka­wiczka. Na stół po­ło­żyła małą to­rebkę ha­fto­waną w per­skie wzory. Otwo­rzyła ją i wy­jęła zło­żoną na cztery kartkę.

- Już pan idzie? A ja mam li­ścik dla pana - po­wie­działa, sia­da­jąc przy sto­liku. - My­śla­łam, że ze­chce pan prze­czy­tać... - do­dała przy­mil­nie.

Ger­hard też usiadł. Chwilę się jej przy­glą­dał, ale ona tylko mru­gała lekko przy­mknię­tymi po­wie­kami. Pod­ło­żył pa­pier pod sto­jącą na sto­liku lampkę i za­czął czy­tać.

Dziew­czyna wa­chlo­wała się, a ak­tor śpie­wał wszystko od nowa na gromki bis, ale Ger­hard nie pa­trzył i tym ra­zem już nie sły­szał. Prze­czy­tał wszystko dwa razy. Zło­żył z po­wro­tem kartkę i scho­wał ją do kie­szeni.

Nu­mer znów się skoń­czył, a dziew­czyna odło­żyła wa­chlarz i z za­an­ga­żo­wa­niem kla­skała, uno­sząc wy­soko ręce. Pół sali stało.

- Pyszne to! Pyszne! Jesz­cze! - krzy­czała. - Warto za­pa­mię­tać jego na­zwi­sko. Wódz ma po­czu­cie hu­moru... - Od­wró­ciła się w kie­runku Ger­harda, pusz­cza­jąc oko. - Prawda?

- Gdzie jest ten Lu­blin? - za­py­tał ją, przy­trzy­mu­jąc ręką wa­chlarz, który wła­śnie chciała za­brać ze sto­lika.

- Za­biorę cię tam, mój piękny Par­si­falu - od­po­wie­działa mu po chwili, od­chy­la­jąc na bok głowę. - Mamy tam przy­ja­ciół. Tu zresztą też... - Po­ka­zała na prze­cho­dzą­cego przy­stoj­nego męż­czy­znę. - Igo Sym. Znasz?

Ger­hard pa­trzył na po­staw­nego męż­czy­znę, za któ­rym obej­rzały się wszyst­kie ko­biety, a i po­łowa męż­czyzn.

- Znam. Grał w nie­miec­kich fil­mach... - Znał z wi­dze­nia więk­szość nie­miec­kich ak­to­rów, na­wet dru­go­pla­no­wych. Ten był ra­czej sztywny i mało zdolny, ale za to wy­jąt­kowo przy­stojny, wy­star­cza­jąco, by mieć ro­mans na­wet z Mar­leną Die­trich.

- Tro­chę po­do­bny do cie­bie. - Dziew­czyna po­ma­chała wa­chla­rzem, a Ger­hard się skrzy­wił. - Och. Mia­łam na my­śli to, że z Au­strii. Oczy­wi­ście star­szy. Tu w Pol­sce też gra w fil­mach, a ak­cent ma gor­szy niż ty.

Uśmiech­nęła się, a Ger­hard nie pa­trzył już na jej uma­lo­wane mocną czer­wie­nią usta, tylko na po­ru­sza­jącą się grdykę.

- Przy­daje się nam. To­bie też się przyda. Chodź, mój piękny, póź­niej się z nim spo­tkamy. Po ro­bo­cie - po­wie­działa, gdy Igo ru­szył w kie­runku wyj­ścia.

Ger­hard wstał i zo­stał osten­ta­cyj­nie chwy­cony pod ra­mię.

- A te­raz chodź, po­wzbu­dzamy za­zdrość - oświad­czyła, pro­wa­dząc go w kie­runku sto­lika, przy któ­rym sie­działo kilku męż­czyzn wpa­trzo­nych w in­nego, który sie­dział oparty o ścianę z ka­pe­lu­szem zsu­nię­tym na tył głowy i bez­czelną miną.

- Zdra­dzasz mnie, Ma­rio Eleno? - za­py­tał wy­jąt­kowo gło­śno, gdy prze­cho­dzili obok.

- Ty mnie nie ko­chasz raz - od­po­wie­działa mu z ob­ra­żoną miną, ma­cha­jąc wa­chla­rzem. - A ja cie­bie sto razy!

- Kto to? - spy­tał Ger­hard, gdy wy­szli na ze­wnątrz.

- Ach, moja mi­łość. Bla­gier, kłamca, ar­ty­sta, re­ży­ser, w przy­szło­ści książę... Wszystko, co ro­bię, ro­bię dla niego. A mogę zro­bić wiele - za­pisz­czała cien­kim gło­sem.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

60 lat wcze­śniej

Wrze­sień 1878 roku

Kra­wiec spoj­rzał w górę.

- Pan po­zwoli, że tak za­py­tam. Po któ­rej stro­nie pan nosi sza­belkę?

Da­wid Ro­sen­blum, ban­kier z ulicy Dłu­giej w War­sza­wie, po­pa­trzył na czło­wieka, który klę­czał przy jego no­gach. Kiw­nął głową na prawo i wró­cił do li­cze­nia. Do­da­wał w my­ślach rządki cyfr, lekko tylko po­ru­sza­jąc ustami. Wszystko już nie­mal zdą­żyło się zsu­mo­wać, gdy z ulicy do­bie­gły ja­kieś krzyki. Sta­rał się je zi­gno­ro­wać, lecz w końcu wrzawa stała się tak gło­śna, że po­psuła ob­li­cze­nia i uciekł mu z głowy pra­wie uzy­skany wy­nik. Po­iry­to­wany mach­nął ręką w kie­runku swego ku­zyna.

Młody Ka­mil Fa­ber za­re­ago­wał na­tych­miast. Do tej pory sie­dział przy mniej­szym biurku i se­gre­go­wał po ci­chu po­ranną prasę, czuj­nym okiem ob­ser­wu­jąc wuja. Pa­trzył na niego ni­czym mu­zyk na dy­ry­genta, go­towy na każde jego ski­nie­nie. Te­raz szybko odło­żył prze­glą­daną ga­zetę, zdjął ma­leń­kie, okrą­głe oku­lary i ru­szył w kie­runku okna. Od­gar­nął ostroż­nie liść wiel­kiej palmy i od­sło­nił za­słonkę.

- Co tam się dzieje? - za­py­tał znie­cier­pli­wiony Da­wid Ro­sen­blum. Sam nie mógł się ru­szyć, bo owi­jał go po­na­kłu­wany szpil­kami roz­cięty ka­wał prąż­ko­wa­nego ma­te­riału. Na od­po­wiedź cze­kał rów­nież stary kra­wiec, który za­stygł z rząd­kiem trzy­ma­nych w ustach szpi­lek.

Gwar na­si­lał się z każdą se­kundą.

- Nie wiem. Coś jak kar­na­wał? - po­wie­dział Fa­ber, wi­dząc od­święt­nie ubrane ko­biety z kwia­tami w rę­kach i dzieci w ma­ry­nar­skich mun­dur­kach.

- We wrze­śniu?

- No, to może ja­kaś wojna. Cie­szą się - do­dał, a Da­wid Ro­sen­blum mocno zmarsz­czył łyse czoło. Nie szył mun­du­rów dla woj­ska, po­wstań też nie lu­bił i nie był tym za­in­te­re­so­wany. Ka­mil Fa­ber otwo­rzył okno i mocno się wy­chy­lił. Krzyki były co­raz gło­śniej­sze, choć cią­gle nie­wy­raźne.

- Ob­dzie­rają ko­goś ze skóry? - nie­cier­pli­wił się kra­wiec.

- Ra­czej ko­nie kradną - od­po­wie­dział mu Fa­ber i się ro­ze­śmiał.

- I co w tym śmiesz­nego? - Wzbu­rzony ban­kier krę­cił głową. Miał wy­star­cza­jąco dużo po­wo­dów do nie­za­do­wo­le­nia. Za­wie­wało zim­nym po­wie­trzem, drę­twiała mu noga, a z ubo­giego ku­zyna, zda­wało się, nie bę­dzie żad­nego więk­szego po­żytku.

Chło­pak roz­ło­żył ręce.

- Bo ko­nie z po­wozu wy­przę­żone i lu­dzie dy­szle cią­gną.

Kra­wiec nie wy­trzy­mał. Zo­sta­wił sto­ją­cego w roz­kroku ban­kiera i pod­biegł do okna.

- A...! Ktoś sss­sławny przy­je­chał - wy­sy­czał pół­gęb­kiem, przy­trzy­mu­jąc zę­bami po­upy­chane w ustach szpilki. - Kwiaty pod koła rzuss­sają.

W ha­ła­śli­wym tłu­mie dał się roz­po­znać je­den tu­balny okrzyk: "Mi­strzu, mi­strzu! My cię na rę­kach za­nie­siemy! Choćby na pole samo".

Ban­kier szcze­rze się zdzi­wił.

- Ale po co chcą jesz­cze w pole za­wlec? Ko­nie już prze­cież za­brali?

- To Ma­tejko! To Ma­tejko! - krzyk­nął kra­wiec już na całe gar­dło, nie zwra­ca­jąc uwagi na wy­pa­da­jące z ust szpilki. - Ma­tejko! - do­dał, skła­da­jąc ręce jak do mo­dli­twy. Bła­gal­nym wzro­kiem spoj­rzał na ban­kiera, też chciał zbiec na dół. Pra­wie ru­szył w kie­runku drzwi, ale po­wstrzy­mał go kar­cący wzrok klienta.

- Do­syć tego! Za­mknij okno, bo zimno.

Da­wid Ro­sen­blum nie za­mie­rzał już dłu­żej ster­czeć na środku ga­bi­netu, po­na­kłu­wany ni­czym jeż.

Ka­mil Fa­ber wró­cił na fo­tel przy biurku. Wziął do ręki nie­dawno odło­żone ga­zety.

- A ten Ma­tejko to kto? - za­py­tał ban­kier po chwili.

- Ma­larz prze­cież - szybko od­po­wie­dział kra­wiec.

Da­wid Ro­sen­blum po­ki­wał z wa­ha­niem głową. Zda­wało mu się, że już sły­szał to na­zwi­sko. Sztuka nie­zbyt go jed­nak in­te­re­so­wała. Nie mu­siał go znać.

- Po­lak? - upew­nił się.

- Po­lak! - wy­krzyk­nął kra­wiec z en­tu­zja­zmem. - Wielki Po­lak! - do­dał, wkła­da­jąc z po­wro­tem szpilki do ust.

- Syn Cze­cha i Niemki z domu Ross­berg - spro­sto­wał Ka­mil Fa­ber, a wuj po raz pierw­szy po­pa­trzył na niego z uzna­niem, któ­rego na­wet nie sta­rał się ukryć.

- Cie­kawe to. - Po­ki­wał głową.

- Tak... Tak. - Ka­mil Fa­ber wziął szybko ga­zety do ręki. - Wszy­scy o nim pi­szą. I "Echo", i "No­winy", i "Ku­rier War­szaw­ski", na pół strony.

- Czy­taj! - roz­ka­zał wuj.

- "Już w czwar­tek gruch­nęła wieść, że Mistrz Jan Ma­tejko pro­jek­tuje po­dróż do Prus Kró­lew­skich. Wy­biera się na pola grun­waldz­kie, gdyż pra­gnie uwiecz­nić na płót­nie sławne zwy­cię­stwo Ja­giełły nad Krzy­ża­kami. Po­dró­żuje wraz z mał­żonką i córką. W War­sza­wie za­trzyma się na kilka dni. Już wia­domo, że od­bę­dzie kilka pro­szo­nych obia­dów. Za­sią­dzie przy jed­nym stole z Jej Wy­so­ko­ścią Księżną Mał­go­rzatą z Or­le­anu Czar­to­ry­ską, Jej Wy­so­ko­ścią Księż­niczką Bianką, księ­ciem Ada­mem z sy­nami Paw­łem i Iwo­nem, hra­biną Kra­siń­ską, hra­biną"...

- Fi­gura! - skwi­to­wał Ro­sen­blum.

- Dwa me­dale złote na wy­sta­wie w Pa­ryżu. Za Rej­tana, za Ka­za­nie Skargi - do­po­wie­dział Ka­mil Fa­ber. Już nie czy­tał tego z ga­zety. - I Le­gia Ho­no­rowa, fran­cu­ska, za ca­ło­kształt. Jego ob­razy zjeź­dziły całą Eu­ropę. Sam ce­sarz Au­strii Fran­ci­szek ku­pił jego dzieło...

- Za ile?

- Tego nie wiem. - Na to wuj się skrzy­wił. - Ale wiem, że Mau­rycy Po­tocki dał tylko dzie­sięć ty­sięcy zło­tych reń­skich za Skargę. Ale to było parę lat temu. Jesz­cze przed me­da­lami. Te­raz to on co naj­mniej po­troił war­tość. A jesz­cze do­chód z bi­le­tów. W Wied­niu, Pesz­cie, Pe­ters­burgu...

- Co ty po­wiesz? - Da­wid Ro­sen­blum sam nie wie­dział, co zdzi­wiło go bar­dziej. To, że chło­pak na czymś się jed­nak znał, czy tak szybki wzrost war­to­ści.

- Co naj­mniej... - pod­kre­ślił Ka­mil Fa­ber z dumą w gło­sie. Chciał do­dać coś jesz­cze, ale wuj tylko ski­nął ręką na znak, że nie chce go da­lej słu­chać. Chło­pak kar­nie spu­ścił głowę i wró­cił do prze­glą­da­nia ga­zet, za­kre­śla­jąc in­for­ma­cje sprze­da­żowe. Wkrótce sta­ran­nie zło­żył pa­piery i za­brał się do ko­re­spon­den­cji.

- Zaj­miesz się tym! - roz­ka­zał znie­na­cka Da­wid Ro­sen­blum. Jego głos za­brzmiał tak sta­now­czo, że chło­pak po­de­rwał się na równe nogi. - Sprawdź, za ile ten bę­dzie.

- Co?

- Ten ob­raz. - Mach­nął ręką w kie­runku okna.

- Jaki ob­raz?

- Ta... bi­twa - wy­ja­śnił Da­wid Ro­sen­blum i za­sy­czał z bólu. - Pod Grun­wal­dem! - do­dał, wyj­mu­jąc z uda szpilkę wbitą tam przez onie­mia­łego krawca.

Nie­cały mie­siąc póź­niej Da­wid Ro­sen­blum w to­wa­rzy­stwie ku­zyna był już w Kra­ko­wie przy ulicy Flo­riań­skiej, w pra­cowni mi­strza Jana. Dolne pię­tra ka­mie­nicy zaj­mo­wało miesz­ka­nie. Na górę wpro­wa­dziła ich słu­żąca. Sam Ma­tejko miał się za chwilę po­ja­wić. Cze­kali nie­całe dzie­sięć mi­nut, gdy usły­szeli do­mow­ni­ków. Na dole za­wo­dziły bie­ga­jące dzieci i zda­wało się, że krzy­czała także mał­żonka ma­la­rza.

Da­wid Ro­sen­blum chwi­lowo się tym nie in­te­re­so­wał. Sta­nął wła­śnie przed ob­ra­zem i za­marł. Sta­rał się ukryć wła­sne emo­cje. Za­mie­rzał wy­dać nie wię­cej niż trzy­dzie­ści pięć ty­sięcy zło­tych reń­skich, a te­raz uwa­żał, że i czter­dzie­ści warto za to dać. Wiel­kie płótno na po­tęż­nych szta­lu­gach zaj­mo­wało całą ścianę, a i tak boki nie były na­cią­gnięte, bo nie mie­ściło się w pra­cowni. Nie zmie­ści­łoby się też w żad­nym ze zna­nych Ro­sen­blu­mowi miesz­kań, na­wet tych naj­bar­dziej oka­za­łych. Mo­gło mieć pra­wie dzie­sięć me­trów dłu­go­ści i pięć wy­so­ko­ści. Zda­wał so­bie sprawę, że to po­więk­szało ewen­tu­alne koszty trans­portu, ale też efekt był spek­ta­ku­larny. We­dług jego ob­li­czeń, a my­lił się rzadko, wy­da­tek zwróci się z sa­mych bi­le­tów. Za­mie­rzał za­pre­zen­to­wać je przede wszyst­kim w War­sza­wie, a po­tem w Mo­skwie, Pe­ters­burgu, Wied­niu, Pa­ryżu i gdzie­kol­wiek jesz­cze, gdzie są gma­chy mo­gące po­mie­ścić ob­raz tej wiel­ko­ści.

Tłumy cią­gną na ta­kie po­kazy, je­żeli ukoń­czony ob­raz ma do­brą prasę. Ten miał do­brą, za­nim urósł len na płótno, na któ­rym go na­ma­lo­wano. Trudno o lep­szy roz­głos, roz­my­ślał Ro­sen­blum, przy­gła­dza­jąc włosy na gło­wie.

Od po­bytu Ma­tejki w War­sza­wie ka­zał so­bie za­kre­ślać każdy ar­ty­kuł na jego te­mat. I wie­dział, że na sa­mej tra­sie prze­jazdu lu­dzie cze­kali po kilka go­dzin na pe­ro­nach, by ob­sy­py­wać kwia­tami wa­gon, w któ­rym po­dró­żo­wał ma­larz. Do tej pory oglą­dali same klę­ski Po­la­ków, które ma­lo­wał, a te­raz mieli zo­ba­czyć try­umf. Wielką zwy­cię­ską bi­twę. Na tym ni­gdy nie można stra­cić. Warto dać i pięć­dzie­siąt, po­my­ślał. Pro­blem tylko, że ob­raz był nie­skoń­czony. Za­ma­lo­wana tylko środ­kowa par­tia. Pełno ja­kichś koni i jeźdź­ców. Reszta płótna po­kryta ja­ki­miś ma­lun­kami, kre­skami, po­gię­tymi li­niami. Nie mógł się w tym po­ła­pać, ale i szybko prze­stał się nad tym za­sta­na­wiać. My­ślał przede wszyst­kim, jak to do­brze ro­ze­grać.

Na­to­miast młody Ka­mil Fa­ber krę­cił się w kółko jak w amoku. Sza­mo­tał się za ple­cami wuja i nie wie­dział, czemu ma się przy­glą­dać. Pa­trzył jak onie­miały to na ob­raz, to na wszystko, co było wo­kół niego. W pra­cowni stały ma­ne­kiny z po­na­rzu­ca­nymi na nie gru­bymi, ha­fto­wa­nymi suk­nami. Na pół­kach, na skrzy­niach i na pod­ło­dze le­żały hełmy, szy­szaki, ha­la­bardy, sio­dła, łuki, mie­cze, pa­ła­sze, pan­ce­rze. Na sto­łach po­roz­kła­dane były szkice roz­sza­la­łych koni z uzdami bo­le­śnie wbi­ja­ją­cymi się w py­ski. Wy­glą­dały ni­czym be­stie. Oprócz tego ry­sunki ko­ści, cza­szek, głów. Obok płótna le­żały ma­ho­niowe pa­lety. Czy­ste i z po­na­kła­da­nymi far­bami. Cy­no­bry, ugry, zie­le­nie, błę­kity. Setki pędzli, sło­ików i tu­bek z far­bami i pig­men­tami. Od tego bo­gac­twa pra­wie krę­ciło mu się w gło­wie.

Sam ob­raz też go przy­gnia­tał swym ogro­mem. Ka­mil wło­żył roz­cza­pie­rzone palce obu rąk we włosy i z nie­do­wie­rza­niem krę­cił głową. Roz­po­znał zwy­cię­skiego wo­dza na ko­niu. Wy­glą­dał jak bóg wojny po­mię­dzy roz­sza­la­łym, wal­czą­cym kłę­bo­wi­skiem ludz­kim. Pra­wie skoń­czony był też wielki mistrz krzy­żacki w bia­łym płasz­czu z czar­nym krzy­żem. Miał miecz w rę­kach i śmierć w oczach. Wie­dział, że za­raz zgi­nie od to­pora, zmie­rza­ją­cego nie­uchron­nie w jego kie­runku, i włóczni skie­ro­wa­nej w sam śro­dek jego serca. A jesz­cze tyle tego bę­dzie, po­my­ślał Fa­ber, pa­trząc na ob­ry­so­wane wę­glem ko­lejne po­sta­cie ma­jące za­peł­nić pra­wie całą po­wierzch­nię gi­gan­tycz­nego płótna.

- Dnia nie wy­star­czy, żeby to obej­rzeć. - Nie wy­trzy­mał, po­wie­dział gło­śno i wes­tchnął.

- Ci­szej! - skar­cił go wuj. Ka­mil Fa­ber do­piero te­raz zo­ba­czył, że Ro­sen­blum stoi przy lekko uchy­lo­nych drzwiach i wsłu­chuje się w krzyki do­cho­dzące z dol­nego pię­tra. Wuj kiw­nął na niego ręką i przy­ło­żył pa­lec wska­zu­jący do ust.

- Ra­dzę ci, sprze­daj go! Na­wet nie myśl, że od­dasz go pań­stwu albo, co gor­sza, znowu po­da­ru­jesz ja­kie­muś księ­ciu! - usły­szał ko­biecy głos.

- Zor­ga­ni­zu­jemy zbiórkę...

- I bę­dziemy cze­kać trzy lata. A ja w tym cza­sie umrę!

- Prę­dzej ja umrę... - usły­szeli nie­znany so­bie głos męż­czy­zny. - To może być moje ostat­nie dzieło.

- Tym bar­dziej! - żach­nęła się ko­bieta. - Je­śli ty nie po­tra­fisz, to ja tam pójdę. Ta bi­twa mnie wy­koń­czy, i cie­bie też! Ma­luj ja­kieś mniej­sze ob­razy. To bar­dziej opła­calne. Ja­kieś por­trety. Byle nie mo­ich sio­strze­nic! Bo po­tnę.

- Idę na górę.

Da­wid Ro­sen­blum od­szedł szybko od drzwi. Po­pa­trzył jesz­cze raz na ob­raz, po czym usiadł przy ma­łym sto­liku. Od­su­nął le­żące na nim szkice, na­wet na nie nie pa­trząc. Z jed­nej kie­szeni wy­jął pióro, a z dru­giej ksią­żeczkę z we­kslami. Za­czął je wy­pi­sy­wać.

Sły­chać było po­wolne kroki na scho­dach. W końcu drzwi się otwo­rzyły.

Ban­kier wstał, a Ka­mil Fa­ber się wy­pro­sto­wał. Na­prze­ciwko nich sta­nął sam mistrz Jan Ma­tejko.

Ro­sen­blum pierw­szy po­dał rękę, tak­su­jąc ma­la­rza wzro­kiem. Prze­ra­ził się. Wi­dział przed sobą zmi­zer­nia­łego, ra­chi­tycz­nego czło­wieka, zmę­czo­nego i przed­wcze­śnie po­sta­rza­łego. Wła­ści­wie wy­glą­dał na ta­kiego, który ni­gdy młody nie był. Si­wie­jące włosy za­cze­sane do tyłu, oku­lary z gru­bymi szkłami, ko­ści­ste ręce, zgar­bione plecy, zie­mi­sta skóra. Stał do­kład­nie na tle pu­stej, nie­za­ma­lo­wa­nej po­łaci wiel­kiego ob­razu.

- Da­wid Ro­sen­blum - przed­sta­wił się.

- Jan Ma­tejko.

Ka­mil Fa­ber nie­śmiało wy­cią­gnął te­raz swoją dłoń. Stał, ale uwa­żał, że po­wi­nien klęk­nąć. Zda­wało mu się, że wi­dzi czło­wieka nie z tego świata i nie w ten świat wpa­trzo­nego. Był za­chwy­cony i nie mógł wyjść z po­dziwu, że czło­wiek tak wą­tłej po­stury może być ta­kim gi­gan­tem. Szkła w oku­la­rach miał dwa razy grub­sze od jego szkieł, a wy­ma­lo­wał tyle le­dwo wi­docz­nych szcze­gó­łów. Tyle bi­żu­te­rii, tyle atła­sów, tyle bły­sków w ro­ze­źlo­nych oczach. Pra­wie wi­dział go na tle jego wiel­kiego dzieła. Jak stoi na dra­bi­nie. Twa­rzą w twarz z prze­ra­żo­nym mi­strzem krzy­żac­kim, a wo­kół niego śmier­telny zgiełk bi­tewny... Nie po­tra­fił wy­mó­wić słowa. Stał jak słup z otwar­tymi ustami.

- Jan Ma­tejko - przed­sta­wił się ma­larz pierw­szy.

- Ka­mil Fa­ber - wy­du­kał po chwili.

- Z tych Fa­be­rów? - za­py­tał mistrz, po­ka­zu­jąc na sło­iczki z pig­men­tami.

- Kie­dyś tak - od­po­wie­dział mu chło­pak, ku zdzi­wie­niu wuja, który nie­zbyt in­te­re­so­wał się, na czym zu­bo­żał jego da­leki krewny. Sły­szał, że na far­bach, ale nie bar­dzo wie­dział ja­kich.

- To wie pan, że on cały czer­wie­nią wy­peł­niony. - Mistrz wy­raź­nie zwra­cał się do Ka­mila, pa­trzą­cego na niego roz­pło­mie­nio­nym wzro­kiem. - Cza­sami my­ślę, że wła­snej krwi tam do­kła­dam. Ten ob­raz wście­kli­zną jest ma­lo­wany...

- I po to tu je­ste­śmy, by temu za­ra­dzić - włą­czył się Da­wid Ro­sen­blum, uprze­dziw­szy ku­zyna, który już za­mie­rzał się ode­zwać. Nie chciał za­chwy­tów, chciał kon­kre­tów.

- Słu­cham? - zdzi­wił się Ma­tejko i pod­szedł do ma­łego pu­dełka. - Ach... tak. Prze­pra­szam. Żona moja... Mar­twi się, że ten ob­raz mnie wy­koń­czy - do­dał, wyj­mu­jąc pa­pie­rosa.

Da­wid Ro­sen­blum zmiął trzy­many we­ksel i za­czął wy­pi­sy­wać nowy.

- To po­winno ją uspo­koić - po­wie­dział ban­kier i wrę­czył wy­pi­sany wła­śnie świ­stek. - Dwa­dzie­ścia ty­sięcy te­raz... i niech bę­dzie dwa­dzie­ścia po skoń­cze­niu.

- Ale...

- Do­brze. Dwa­dzie­ścia pięć. I niech pan za­dba o sie­bie.

- Ja o sie­bie dbać nie mu­szę.

- Musi pan, bo nikt inny za pana tego nie skoń­czy - stwier­dził ban­kier rze­czowo, ze szcze­rym nie­po­ko­jem w gło­sie.

- Mi­strzu, ten ob­raz musi po­wstać! - wtrą­cił się roz­e­mo­cjo­no­wany Ka­mil Fa­ber. - Cały na­ród na niego czeka. I ja - do­dał bła­gal­nym to­nem. Ma­tejko, który do tej pory miał po­sępną minę, roz­ch­mu­rzył się i uśmiech­nął na­wet.

- Nie tylko ten na­ród. Cała Eu­ropa - włą­czył się szybko ban­kier, wi­dząc zmianę na twa­rzy ma­la­rza. - Za­mie­rzam go po­ka­zać w każ­dym eu­ro­pej­skim mie­ście. Każdy bę­dzie chciał go zo­ba­czyć - po­wie­dział i po­ka­zał ręką na ob­raz. Wy­ce­lo­wał tak do­kład­nie w po­stać zwy­cię­skiego wo­jow­nika, że mu­siał do­dać: - Jego, tego... Jego zo­ba­czyć!

- To Wi­told. Wielki książę li­tew­ski...

- A więc w Wil­nie też go wy­sta­wimy!

- Oby. - Ma­larz się uśmiech­nął. - Kie­dyś...

- Pro­szę - po­wie­dział ban­kier, po­da­jąc ma­la­rzowi wy­pi­sany we­ksel.

- To zna­czy... Sprze­dany na pniu? - za­py­tał Ma­tejko, bio­rąc do ręki kartkę.

- Tak to się chyba mówi. Mam tylko je­den wa­ru­nek. Skoń­czony musi być w ciągu roku. Żad­nych in­nych zle­ceń ma pan nie przyj­mo­wać! - do­dał Ro­sen­blum ka­te­go­rycz­nie.

Ma­larz przez dłuż­szą chwilę się nie od­zy­wał. Po­ki­wał głową, po czym za­pa­lił pa­pie­rosa.

- Może to i le­piej. Może tak skoń­czyć mi się go uda... - Za­du­mał się, pod­cho­dząc do ob­razu i gła­dząc ręką płótno.

- O to cho­dzi! - ocho­czo po­twier­dził Ro­sen­blum.

- A ja też mam wa­ru­nek, na­wet dwa - oży­wił się ma­larz. - Ma pan o niego dbać. Ła­two ta­kie płótno uszko­dzić. Nie chcę, żeby się po­ła­mał, za­mókł, zgnił gdzieś, nie wia­domo gdzie...

- Tym zaj­mie się on. - Ban­kier wska­zał na ku­zyna. Ma­tejko po­ki­wał głową, wi­dząc za­chwyt na twa­rzy chło­paka, który zu­peł­nie nie po­tra­fił się już opa­no­wać.

- Ży­cie za niego od­dam! - za­wo­łał Fa­ber, roz­kła­da­jąc ręce.

- Nikt ży­cia za moje ob­razy na szczę­ście nie daje - po­wie­dział mistrz, kle­piąc Ka­mila Fa­bera po ra­mie­niu. - Nie ma po­trzeby, choć już raz chcieli mi ob­raz znisz­czyć...

- Nie po­zwolę! Będę pil­no­wał!

- Ufam panu! I mam jesz­cze je­den wa­ru­nek - do­dał. - Musi być wy­sta­wiony w Ber­li­nie.

Za­pa­dła ci­sza.

- Niemcy nie będą chyba za­do­wo­leni - skwi­to­wał Da­wid Ro­sen­blum.

- Nie mu­szą być. Ważne, żeby im to po­ka­zać. Niech pa­mię­tają, jak się wojny nie­spra­wie­dliwe koń­czą. Jak mi sił wy­star­czy, to im jesz­cze hołd pru­ski wy­ma­luję - za­gro­ził ma­larz.

- Zgoda. Też go ku­pię - przy­tak­nął za­do­wo­lony Da­wid Ro­sen­blum. - A Bi­twa po­je­dzie do Ber­lina. Ob­ra­zowi taki roz­głos nie za­szko­dzi - po­wie­dział, wy­cią­ga­jąc rękę.

- Na pewno - po­twier­dził Ma­tejko, od­wza­jem­nia­jąc uścisk. Szybko pu­ścił dłoń ban­kiera i pod­biegł do okna. Otwo­rzył je na oścież. - Sły­szy­cie? Dzwon Zyg­munta bije. To do­bry znak!

Pół­tora roku póź­niej Ka­mil Fa­ber obu­dził się w ho­te­lo­wym po­koju przy Ulm Strasse. Wy­jął spod po­duszki list od Kar­meli Ro­sen­blum. Nie mu­siał go czy­tać, treść znał na pa­mięć. Po­wą­chał go tylko. Pach­niał fioł­kami. Po­ca­ło­wał go i odło­żył na nocny sto­lik. Prze­cią­gnął się i zer­k­nął pod drzwi. Le­żała już tam po­ranna ber­liń­ska prasa. Wstał i szybko za­czął ją kart­ko­wać, szu­ka­jąc pierw­szych wra­żeń z za­pre­zen­to­wa­nej wła­śnie Bi­twy pod Grun­wal­dem. Wy­sta­wiono ją wczo­raj w Aka­de­mie Ge­bäude. Ze­brała wiele po­chleb­nych re­cen­zji. Mó­wiono, że to ob­raz wspa­niały i wy­jąt­kowy. Wiele osób roz­pły­wało się w za­chwy­tach, choć nie­któ­rzy jak zwy­kle byli bar­dziej po­wścią­gliwi. Na wszyst­kich jed­nak ro­bił ko­lo­salne wra­że­nie. Wi­dział to po twa­rzach zwie­dza­ją­cych. Tak samo było we wszyst­kich mia­stach, w któ­rych płótno było wy­sta­wiane. Nie­któ­rzy wpa­try­wali się w ob­raz po dwie go­dziny, na­wet wra­cali na drugi dzień. We fran­cu­skiej pra­sie prze­czy­tał, że to dzieło "zdu­miewa, ośle­pia i przy­ciąga", że "jest dzi­kie i pełne fu­rii. He­ro­iczne i de­mo­niczne za­ra­zem". W an­giel­skiej, że to: "Wiel­kie płótno przed­sta­wia­jące strasz­liwą walkę ry­ce­rzy teu­toń­skich i Po­la­ków, gdzie na­pięt­no­wana zo­stała po­li­tyka krwi i że­laza, sto­so­wana w zdo­by­tych kra­jach przez żoł­nie­rzy krzy­żac­kich!". W ro­syj­skiej: "Co za dra­mat, co za siła!". W Pol­sce pod­cho­dzili do ob­razu jak do oł­ta­rza.

Te­raz też nie mógł się do­cze­kać, ja­kie będą opi­nie. Od­na­lazł w końcu szu­kany na­głó­wek w "Ber­li­ner Frem­den­blatt" i za­czął czy­tać. Czy­tał kilka razy. Jesz­cze raz, od nowa i od nowa. Nie­jaki "Dr. O. von L." pi­sał: "Jak ośmie­lono się taki ob­raz tu­taj wy­sta­wić!? To prze­jaw pol­skiej cho­rej me­lan­cho­lii i nie­zro­zu­mie­nia hi­sto­rii. To nie­godne, nie­praw­dziwe zu­chwal­stwo. Wielki mistrz za­konu nie­miec­kiego gi­nie z rąk ja­kie­goś kmie­cia z to­po­rem. To nie tylko nie­tak­tow­ność, to obe­lga! Taki ob­raz po­wstać nie po­wi­nien. Na­le­ża­łoby go znisz­czyć!".

Za­sta­na­wiał się, czy wczo­raj po­znał ko­goś o ta­kich ini­cja­łach. Nie mógł so­bie jed­nak ni­kogo ta­kiego przy­po­mnieć. Na wszelki wy­pa­dek po­sta­no­wił szybko się ubrać i spraw­dzić, czy płótno jest bez­pieczne. Po chwili jed­nak się uspo­koił. Kto w dzi­siej­szych, cy­wi­li­zo­wa­nych cza­sach chciałby znisz­czyć ob­raz, po­my­ślał Ka­mil Fa­ber.

Jan Ma­tejko wy­wią­zał się z umowy. Wy­pa­la­jąc setki pa­pie­ro­sów, ży­wiąc się kawą. Tkwiąc z obo­lałą ręką w gó­rze, z no­sem przy płót­nie. W dusz­nej, ciem­nej pra­cowni, wśród krzy­ków, awan­tur i roz­pa­czy, ukoń­czył ob­raz. W rok od sprze­daży.

W do­sko­na­łym opi­sie Bi­twy pod Grun­wal­dem Sta­ni­sław Wit­kie­wicz, tylko pa­trząc, nie­mal sły­szał bi­tewne dźwięki: "po­tworny chrzęst zbroi, młó­co­nych ra­zami mie­czów i ce­pów, zgrzyt ze­śli­zgu­ją­cych się po stali ostrz, ryki wście­kło­ści, krzyki roz­ka­zów, wrzask trąb, char­cze­nie ko­na­nia, jęki bólu i zgrozy, kwik koni i nie wia­domo jesz­cze ja­kie od­głosy, wy­jące w ta­kich strasz­li­wych cy­klo­nach ludz­kich walk". Wi­dział lu­dzi zwar­tych w śmier­tel­nym uści­sku, któ­rzy "na­dzie­wają się na ostrza ko­pii, pła­tają się na dwoje mie­czami, kłują no­żami, prują oszcze­pami, dła­wią się ar­ka­nami, miaż­dżą się ma­czu­gami". Pi­sał o ko­niach, któ­rym udziela się to ludz­kie mor­der­cze sza­leń­stwo: "gryzą, tło­cząc się na sie­bie, gnio­tąc jeźdź­ców, tra­tu­jąc trupy, roz­gnia­ta­jąc ran­nych, chlu­piąc w ośli­zgłych krwią ka­łu­żach".

To opis z sa­mego wnę­trza ob­razu. Walka tam cią­gle się to­czy.

Ale wi­dać też już po­ko­na­nych. Prze­ra­żo­nego ka­tow­skim mie­czem Ulri­cha von Jun­gin­gena, ucie­ka­ją­cego w po­pło­chu He­in­ri­cha von Plau­ena, chwy­co­nego ta­tar­skim ar­ka­nem Mar­kwarda von Sal­zba­cha. Wy­raź­nie też wia­domo, kto w tej woj­nie zwy­cięży. Po­ka­zana jest cała ple­jada okry­tych sławą, dziel­nych ry­ce­rzy: szar­żuje Za­wi­sza Czarny z Gar­bowa, wal­czy Zyn­dram z Masz­ko­wic, sie­cze mie­czem sławny Jan Ži­žka z Troc­nova i sza­leje na ko­niu try­um­fu­jący wielki książę li­tew­ski Wi­told.

Jan Ma­tejko, wielki Po­lak, syn Cze­cha i Niemki, chciał po­ka­zać naj­więk­szą bi­twę śre­dnio­wiecz­nej Eu­ropy. Gi­gan­tyczną psy­cho­ma­chię. Walkę do­bra ze złem. Wschodu z Za­cho­dem. Prawdy z fał­szem. Przed­sta­wić Pol­skę i Li­twę ob­ra­ca­jące w mia­zgę po­tęgę za­konu krzy­żac­kiego.

Ty­siąc osiem­set sie­dem­dzie­siąty ósmy rok, w któ­rym Jan Ma­tejko ukoń­czył Bi­twę pod Grun­wal­dem, był trud­nym ro­kiem dla ma­la­rza. Zo­stał co prawda za­szczyt­nym człon­kiem Ra­fa­elow­skiej Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych w Urbino, otrzy­mał złoty me­dal i wiel­kie wy­róż­nie­nie na pa­ry­skiej wy­sta­wie ma­lar­stwa, do­stał berło na Zamku Kró­lew­skim w Kra­ko­wie jako sym­bol pa­no­wa­nia w dzie­dzi­nie sztuki, lecz po­woli pod­upa­dał na zdro­wiu. Był to bo­wiem czas, w któ­rym zmarła jego ma­leńka có­reczka Re­gina. Le­dwo zdą­żył zro­bić szkic jej główki. Zma­gał się też ze zmien­nymi na­stro­jami żony. Jej cho­robę i trudny cha­rak­ter za­czną wkrótce le­czyć co­dzienną dawką mor­finy. Sam ma­larz cier­piał na usta­wiczne bóle w ło­patce od cią­głego ukła­da­nia ciała w nie­na­tu­ralne pozy, które przy­bie­rał, ma­lu­jąc swoje ol­brzymy. Cier­piał też na wrzody i wiele in­nych przy­pa­dło­ści. To wszystko mu­siało mu strasz­nie do­skwie­rać, bo w wieku czter­dzie­stu lat czę­sto mó­wił o śmierci i na­zy­wał ją "chwilą wy­zwo­lin".

Cią­gle jed­nak ma­lo­wał. Za­mknięty ni­czym pu­stel­nik w świe­cie wła­snej wy­ob­raźni. Wiecz­nie po­śród kró­lów, ksią­żąt i ry­ce­rzy. Za­nu­rzony w hi­sto­rii. W cza­sach wiesz­czą­cych upa­dek i w chwi­lach chwały. Dla­czego? Bo wie­dział, że ob­raz może od­dzia­ły­wać na zbio­rową wy­ob­raź­nię. Wie­dział, że on jak nikt inny po­trafi wy­ra­zić wspólne lęki, pra­gnie­nia i na­dzieję. A przede wszyst­kim, co naj­waż­niej­sze, dać wiarę i przy­wró­cić god­ność.

Two­rzył dla współ­cze­snych so­bie i dla przy­szłych po­ko­leń.

I za­pewne na­wet w naj­czar­niej­szych snach nie mógł przy­pusz­czać, że za sześć­dzie­siąt lat po­lem bi­twy bę­dzie cały kraj. Sie­jące grozę czarne krzyże na bia­łym tle po­ja­wią się znowu. Tym ra­zem na skrzy­dłach Luft­waffe.

Wy­buch­nie druga wojna świa­towa.

Roz­pocz­nie się śmier­telna gra.

Po­ja­wią się lu­dzie, któ­rzy będą chcieli znisz­czyć ob­raz!

Będą za­bi­jać!

Będą szu­kać i ści­gać!

Wy­zna­czą na­grodę, jak za naj­więk­szego prze­stępcę!

Nie­któ­rzy po­święcą swoje ży­cie!

Dla ra­to­wa­nia płótna, dla ra­to­wa­nia Bi­twy, dla ra­to­wa­nia na­dziei!

To opo­wieść o nich i o cza­sach, w któ­rych żyli.