Lublin, marzec 1938 roku
Dziurawiec szedł ulicą Lubartowską. Dzień był ciepły i słoneczny, więc poruszał się wolno, omiatając wzrokiem ludzi i kamienice. Nigdzie się nie spieszył i zachowywał się raczej jak pan na włościach, który lubi wiedzieć, co się dzieje na jego ziemi. Miał trzydzieści lat, a od piętnastego roku życia był postrachem całej okolicy. Bały się go dzieci, kobiety i większość mężczyzn. Miał opinię takiego, co nożem posługuje się znacznie lepiej niż widelcem. Wyglądem przypominał małego niedźwiedzia i był przy tym wyjątkowo sprawny. W dzieciństwie dzieciaki się śmiały, że matka puściła się z cyrkowcem. Gdy dorósł, nikt się już z niego nie śmiał, bo nawet jeśli ojciec był z cyrku, to raczej atleta lub jakiś mistrz wagi ciężkiej.
Dziurawiec starał się pracować na swoją opinię, bo na stosowny wygląd zapracował już we wczesnej młodości. Miał kilka blizn na rękach, z czasów kiedy uczył się sprawnie posługiwać nożem i nie zawsze trafiał w stół, wbijając ostrze między palce, i jedną dziurę w policzku, pamiątkę po bójce z kolejnym ojczymem. Poza tym nie śmiał się z byle czego. Właściwie prawie wcale się nie śmiał, rozglądał się tylko ze skwaszoną miną i co jakiś czas uczył kogoś respektu.
Teraz zmierzał do swojej ulubionej bramy pod numerem 21. Chciał w niej trochę postać, wypalić gitanes'a, czekając na nie wiadomo kogo. Oparł się właśnie o murek, wystawił dziobatą twarz do słońca i o mały włos nie dostał w głowę piłką uszytą ze szmat.
Piłka zostawiła brudny, mokry ślad na ścianie. Nie padało od wielu dni, nie wiedział więc, co właśnie ścierał z twarzy. Śmierdziało sikami. Uśmiechnął się do stojącego parę metrów dalej rudego chłopaka i kiwnął palcem, żeby mały podszedł i zabrał piłkę. Dzieciak nie wiedział, co ma zrobić. Okazał się jednak mało strachliwy i powoli począł się zbliżać. Odważnego należało potraktować jeszcze konkretniej. Gdy tylko stanął na wyciągnięcie ręki, Dziurawiec chwycił go za połataną kapotę i zamierzał solidnie zdzielić, ale zamiótł jedynie powietrze przed jego twarzą. Dzieciak zaczął się wyrywać tak rozpaczliwie, że w końcu Dziurawcowi został tylko łach w ręku. Biegł za chłopakiem kawałek, ale leniwie i niechętnie. Cisnął brudną kapotą na środek podwórka.
- Zapchlony gówniarz - syknął i splunął przez zęby. Krzyknął jeszcze to samo po żydowsku, żeby tamten zrozumiał.
Jidysz znał nie gorzej niż polski. Wychował się tu. A tu mieszkało więcej Żydów niż Polaków.
Gdy wrócił na swoją ulicę, zobaczył w bramie dwie kucające dziewczynki. Jedna płakała.
- Płodzą te bachory na wyścigi - prychnął.
Po wyjściu z więzienia nie rozpoznawał, czyje jest kogo. Większość żydowskiej, ale też trochę polskiej biedoty cisnęła się na górnych piętrach. Jedne dzieci się rodziły, drugie umierały. Nie przyzwyczajał się. Odpalał papierosa, gdy podeszła do niego jedna z dziewczynek. Patrzyła na niego wyłupiastymi małymi oczami i gryzła paznokcie.
- A Rajzle to Baruch na strych zaciągnął - powiedziała, obgryzając paznokieć, i uciekła.
Dziurawiec w pierwszej chwili nie zrozumiał. W drugiej był już przy wejściu. Pokazał tylko palcem na schody, dwie dziewczynki jednocześnie kiwnęły głowami. Wbiegał. Po dwa, trzy stopnie naraz. Na zakrętach chwytał się poręczy, niemal próbując się na niej podciągnąć. Byle szybciej pokonywać kolejne piętra. Poręcz trzeszczała, jakby się miała za chwilę połamać. Potrącił ślepą starą babę, która właśnie stała na schodach, ale nawet się nie obejrzał. Ział jak dzikie zwierzę, gdy dobiegł na strych. Szarpnął za drzwi. Były zamknięte. Rzucił się na nie barkiem. Raz nie wystarczyło, dwa było aż nadto. Przeleciał przez nie. Zobaczył małą dziewczynkę z twarzą jak mała kuna ściśnięta za gardło. Siedziała okrakiem na taborecie. Miała podwiniętą sukienkę. Na ziemi leżały jej majtki. Rozejrzał się. Stary, wysoki łysielec, z doklejonym tupetem i krótkim wąsem pod nosem, próbował schować się za rozwieszone prześcieradło. Było za krótkie. Dziurawiec ruszył w jego kierunku. Baruch rzucił się do ucieczki, ale Dziurawiec był szybszy. Dopadł go. Chwycił za kark jedną ręką. Drugą przyłożył centralnie w nos. Czuł, jak go miażdży. Ale nie przestał. Wymierzył jeszcze raz w brodę. Z rozkwaszonych ust wypadła sztuczna szczęka. Stary osunął się na ziemię. Leżał i krztusił się własną krwią. Dziurawiec kopnął go w brzuch. Baruch jęknął i zwinął się w kłębek. Zacharczał. Nie mógł chwycić powietrza. Dziurawiec dołożył mu jeszcze raz. Ale już bez przekonania. Odsunął się i patrzył, dysząc. Gdy trochę się uspokoił, zobaczył pod swoimi nogami sztuczną szczękę. Rozdeptał ją bardzo dokładnie...
- Jeżeli zobaczę, że wprawiłeś sobie nowe, zabiję cię. Jak zobaczę cię na tej ulicy, też cię zabiję. Rozumiesz?
W odpowiedzi Baruch zacharczał.
- Zrobił ci coś? - zapytał Dziurawiec dziewczynkę, która nieruchomo siedziała na taborecie. Mogła mieć z osiem lat.
- Nie. - Pokręciła głową. - Pan też chce zobaczyć? - zapytała i trzęsącymi się rękami podniosła sukienkę.
- Nie ma na co patrzeć - powiedział Dziurawiec, odwrócił głowę i splunął za siebie. - Wstawaj, zaprowadzę cię do domu - dodał, przechodząc przez leżące na ziemi drzwi.
- Ale niech pan nie mówi rodzicom - jęknęła dziewczynka.
- A dlaczego nie? - odpowiedział i dalej nie słuchał. Zaprowadził ją do sąsiedniej kamienicy.
- Coś mi się za to należy - powiedział matce, która wysłuchawszy go, z wrażenia usiadła na ziemi. Dziewczynka stała w kącie. Trójka innych małych dzieciaków skorzystała z okazji i zaczęła taplać się w wielkiej balii z brudną wodą, w której matka prała jakieś szmaty.
- Ale my nic nie mamy. Komornik wszystko zabrał - powiedziała kobieta i pokazała na mały pokój, w którym nic nie było. Nic oprócz zbitego z desek łóżka i mebla z półek przytwierdzonych do ściany.
- Dziewczyna niezmarnowana. Niech pani przekaże mężowi, że przyjdę jutro. I drzwi na strych niech wstawi - zakomunikował i wyszedł.
Wrócił do bramy i czekał na Barucha. Zamierzał go jeszcze postraszyć i wyciągnąć jakieś pieniądze. Wiedział, że stary nie pójdzie na policję, bo tam go kiedyś jeszcze bardziej pobili. Jego matka miała sklep na Kapucyńskiej. Nieraz płaciła. Płakała, złorzeczyła, ale płaciła.
Dziurawiec oglądał własną pięść i pochlapaną krwią koszulę, gdy podszedł do niego Anioł.
- Robota jest... Na mieście - zawołał wesoło, marszcząc w uśmiechu i tak już pomarszczoną, przepitą twarz. Co prawda jego blond loki przerzedziły się już w połowie, ale i tak nadal wyglądał jak chłopiec, który chce coś zbroić. - Od Niemca... - dodał, wkładając ręce do kieszeni i przestępując dumnie z nogi na nogę. - A tobie co? - zapytał, gdy w końcu przyjrzał się Dziurawcowi.
Nie musiał długo czekać na odpowiedź, bo z klatki schodowej wyłonił się skulony, okrwawiony człowiek.
- Mogę? - Pokazał na Barucha, który wyszedł na ulicę i by w miarę prosto iść, musiał trzymać się ściany.
Dziurawiec skinął głową. Anioł ruszył za nim. Ludzie rozstępowali się, zerkając na przemian z ciekawością i obrzydzeniem. Kilka osób zatrzymało się, przyglądając się z daleka rannemu człowiekowi.
- Co się panu stało? - zapytał Anioł, który dopadł go od tyłu. Objął go i podtrzymując w pasie, próbował postawić do pionu. - Oj, Baruch chyba znowu niegrzeczny był? - zapytał, szepcząc mu już prosto do ucha.
Pobity spojrzał na niego z przerażeniem, zatrząsł się i zgięty wpół zaczął uciekać, co chwila się potykając.
- Wariat - skomentował Anioł głośno, ostentacyjnie wzruszając ramionami. Chwilę patrzył za uciekającym mężczyzną, po czym odwrócił się na pięcie i pogwizdując, wrócił do bramy. Tam zaczął przeglądać skradziony przed chwilą portfel. Kiwając głową z zadowoleniem, wyjął z małej przegródki zwitek banknotów. Większość oddał Dziurawcowi.
- Słyszałeś? Niemcy do Austrii weszli. Będzie jakaś wojna? - zapytał Anioł i wpatrywał się w Dziurawca, jakby ten rzeczywiście znał odpowiedź.
- Nie obchodzi mnie to. - Dziurawiec wzruszył ramionami, chowając pieniądze do kieszeni.
Wiedeń, marzec 1938 roku
Gerhard von Lossow wsłuchiwał się w odgłos własnych kroków. Maszerował razem z pięcioma innymi oficerami SS korytarzem pałacu przy Prinz-Eugen-Strasse. Wojskowe oficerki na marmurowej posadzce wystukiwały równy rytm. Głośny i mocny. Ręce z obciągniętymi palcami poruszały się sztywno. Podbródek miał uniesiony tak wysoko, że widział koniuszek własnego nosa. Patrzył w jeden punkt przed sobą i tak szedł. Wszystko po to, by nie rozglądać się na boki. By sprężyć ciało i umysł. By się nie speszyć i nie ośmieszyć jak dwaj oficerowie gestapo, którzy pojawili się tu przed nimi i którym nie udało się aresztować Louisa Nathaniela von Rothschilda, bo... odprawiła ich służba, mówiąc, że baron nie przyjmuje dziś gości.
Jeszcze godzinę wcześniej Gerhard von Lossow zaśmiewał się z tego, obejmując się ręką w pasie. Teraz skupiał się na tym, by zachować spokój. Nie było to łatwe. Gobeliny, dywany, lśniące kandelabry, wielkie zwierciadła, malowidła na ogromnych sufitach, złote sztukaterie, rzeźby z marmuru i kości słoniowej. Obrazy Holbeina, Halsa i Watteau, i cała reszta innych, których nie zdążył rozpoznać. Tylko te wiszące na korytarzu kosztowały majątek. Na wprost były drzwi. I on tam był! Louis Nathaniel von Rothschild. Najbogatszy człowiek w Austrii, może nawet w całej Europie. Głowa rodziny, do której należały fabryki, kopalnie, stocznie, kolej, setki domów, tysiące hektarów ziemi... i największa w Europie prywatna kolekcja dzieł sztuki.
Szli po niego.
Gerhard von Lossow poczuł się ważny. Jeszcze bardziej niż zwykle. Miał dwadzieścia dziewięć lat, a już zmieniał świat. Jak jego przodkowie walczący w szeregach armii Niemiec bądź Austrii. A nic nie wskazywało na to, że pójdzie w ich ślady. Parę lat wcześniej opuścił Wiedeń z powodu kobiety i skandalu. Znalazł się w Berlinie i chciał zostać aktorem. Mówiono mu, że wygląda jak młody germański bóg wojny. Postawny. Z kwadratową szczęką, blond włosami i oczami jak chabry.
Uśmiechał się dwoma rzędami równiutkich białych zębów, patrzył z ukosa. Kobiety do niego lgnęły, choć traktował je obcesowo, bo już żadnej nie ufał. Mężczyźni podziwiali go za nonszalancki styl bycia i wyważoną arogancję, typową dla dobrze urodzonej, wykształconej arystokracji. Z wyglądu miał zadatki na amanta filmowego, lecz przed kamerą zachowywał się sztywno. Parę razy statystował. Większość scen wycięto, prócz kilku wojennych. Jako wojskowy prezentował się doskonale, nawet w tle. Przypadkowo, dzięki znajomości ze znanym rysownikiem, pozował nawet do kilku plakatów reklamowych Hugo Bossa. Najlepiej wyglądał w czarnym mundurze SS. I już się z nim nie rozstał. Rekrutację do elitarnych oddziałów przeszedł celująco. Miał dobre pochodzenie i nienagannie się prezentował. Świetnie się czuł w tym mundurze, a przy okazji zrozumiał, co było przyczyną postępującego od kilku pokoleń zubożenia jego rodziny. Powszechny brak szacunku dla lepszej rasy. I Żydzi.
Teraz szedł po jednego z nich. Może najważniejszego w jego rodzinnym mieście. Uczestnictwo w akcji zawdzięczał fotografowi, którego poznał jeszcze w Berlinie. Ów robił tam zdjęcia dla samego Goebbelsa, a tu, w Wiedniu, dokumentował gorące przyjęcie Niemców przez wiedeńczyków i ważniejsze momenty z rozgrywających się wydarzeń. Gerharda wypatrzył stojącego za grupką Żydów. Wyprostowany, dumny, zadowolony stanowił rewelacyjne tło dla pokrzywionych starych dziadków zapędzonych do pokazowego mycia ulic. Wyciągnął go z grupy innych esesmanów i zaproponował mu wzięcie udziału w aresztowaniu, które miał w planach uwiecznić. Gerhard nie odmówił i wiedział, że od tego, jak się za chwilę zachowa, zależeć może jego dalsza kariera, a już na pewno to, o czym będzie się mówić przez następnych kilka dni. Wszędzie. A chciał być znany.
Drzwi do jadalni się otworzyły. Wszedł jako trzeci i zastygł. Patrzył tylko na barona. Ten siedział przy wielkim stole, na którym pyszniło się weneckie szkło i kryształowe wazy, srebrne patery, złocone sztućce, porcelanowa zastawa. Przystojny, około pięćdziesięcioletni mężczyzna nieznacznie tylko odchylił się na krześle w ich kierunku, przekręcił głowę i przyglądał się im z delikatnym półuśmiechem. Hauptsturmführer Odilo Globocnik oznajmiał baronowi, po co przybyli. Zaczął głośno i stanowczo wymieniać, z czyjego rozkazu i na czyje polecenie, ale z każdym kolejnym słowem tracił pewność siebie. Był grubo ciosany, nawet z twarzy. Nadrabiał miną, ale sytuacja peszyła go i przerastała. Gdy skończył, zapanowała cisza.
- Zdaje się, że nie mogę odmówić, skoro tyle ważnych osób jednocześnie mnie prosi - odezwał się po dłuższej chwili Louis von Rothschild. - Dobrze więc. Pozwolą panowie, że skończę posiłek - powiedział i nie czekał na pozwolenie, tylko odkroił następny kęs. A potem wziął do ręki kieliszek.
- Mam rozkaz...
- Ten rocznik szampana Billecart-Salmon piję przy szczególnych okazjach - mówił baron, pokazując na butelkę. - Zamówiłem go wcześniej. Czekałem. Jest tak doskonały, że dałbym się dla niego zabić.
Kamerdyner szybko nalał szampana. Baron popatrzył na bąbelki. Spróbował, uśmiechnął się i powrócił do posiłku.
Oficerowie spojrzeli na siebie. Stali przy drzwiach, obserwowani przez przerażoną służącą i nadętego kamerdynera, który wyglądał tak, jakby chciał ich opluć.
Gerhard von Lossow patrzył na hauptsturmführera Odila Globocnika, który był starszy od niego stopniem. Pozornie wygadany, ale niezbyt bystry. Nie wiedział, co ma zrobić. Niby baron zgodził się pójść z nimi, teraz jednak von Lossow nie wytrzymał. Podszedł i stanął przy krześle.
- Pozwoli pan?
- Nie wiem komu i nie wiem, na co. Zdaje się, że się pan nie przedstawił - powiedział baron.
- Gerhard von Lossow. Proszę mi wybaczyć śmiałość. Poczułem się jak u siebie. Oczywiście tu, czyli w Wiedniu. Przybyłem dosłownie przed chwilą i...
- Zdaje się, że znam pańską rodzinę - przerwał mu baron. - Ojca, a może nawet dziadka. Jeszcze z czasów Habsburgów... - powiedział, a Gerhard poczuł dumę i trudno było mu ją ukryć. Z jednej strony to niby nie zaszczyt być znanym wśród Żydów, z drugiej mówił to sam Rothschild. Kątem oka widział miny pozostałych oficerów i był zadowolony.
- Z tego, co mi wiadomo, są rycerzami honorowymi? - kontynuował baron.
- Tak - potwierdził von Lossow.
Rothschild skinął głową na kamerdynera, ten podszedł i odsunął krzesło. Gerhard usiadł.
- Młody człowieku, pan, zdaje się, wybrał inną drogę?
- Nie sądzę. - Gerhard uśmiechnął się znacznie szerzej niż zwykle.
- Czy wie pan, w jakich okolicznościach piję zwykle tego szampana? - zapytał spokojnym głosem baron. - Na stypach. A więc za Austrię! - dodał i wypił do dna.
Gerhard von Lossow wstał zbyt szybko. Lekko potrząsnął stołem. Opanował wściekłość i drżenie, wziął do ręki pusty kieliszek i czekał. Kamerdyner spojrzał na barona, ten łagodnie skinął głową. Polano mu szampana. Wypił łyk i westchnął.
- Rzeczywiście. Jest doskonały. - Dopił resztę. Pokiwał głową, odwracając się w kierunku reszty oficerów. - Przyznaję. Można za niego zabić - dokończył po chwili, głośno i dosadnie.
Za plecami usłyszał pomruki zadowolenia. Zapamiętają to, pomyślał.
Baron otarł usta haftowaną serwetą i wstał od stołu.
- Proszę wziąć jedną butelkę dla ojca. Ode mnie.
- To mieszanka kilku szczepów winogron. Nie gustujemy w mieszankach - odpowiedział mu Gerhard.
Baron się uśmiechnął.
- Skoro tak... Czy mogę spytać, dokąd się wybieram? - Skinął na stojących przy drzwiach esesmanów.
- Na razie hotel Metropol. Zdaje się, że jest tam już kanclerz Austrii i przywódca socjalistów.
- Będę więc miał wyjątkowo ciekawe towarzystwo. Idźmy. - Baron skierował się do drzwi.
Hauptsturmführer bez słowa odwrócił się i ruszył przodem. Za nim podążał aresztowany. Oficerowie szli za nim. Gerhard miał wyjść ostatni, ale zatrzymał się jeszcze na chwilę.
Gdy tylko baron wyszedł z pokoju, kamerdyner rzucił się w kierunku drzwi. Służąca zaczęła nerwowo sprzątać ze stołu. Von Lossow widział ją w lustrze. Patrzył, jak się nachyla. Była młoda i zgrabna. Wzięła talerz, tacę i małą srebrną rzeźbioną solniczkę. Już miał odwrócić głowę, gdy zobaczył, jak solniczka znika w kieszeni pod białym fartuchem.
Zaczęło się, pomyślał, rozglądając się po jadalni. Kilka fortun z tego majątku powstanie.
Ponownie spotkał służącą przy drzwiach. Wszyscy zdążyli opuścić pałac, on się cofnął. Dziewczyna chciała zamknąć drzwi. Zagrodził jej przejście i zatrzymał ręką. Uśmiechnął się do niej, a ona patrzyła cielęcymi oczami. Popchnął ją na ścianę. Przysunął się tak blisko, że słyszał jej urywany, przestraszony i podniecony oddech. Włożył rękę pod fartuch. Dziewczyna znieruchomiała. Chwilę badał, co miała pod spodem. Wyjął solniczkę i cofnął się.
- Piękna - stwierdził, obracając ją w rękach. Dwie małe syreny pluskające wśród fal, wokół nich delfiny. Całość ledwo większa od pudełka zapałek.
Dziewczyna uciekła ze spuszczoną głową. Zawołał jednego z gestapowców obstawiających drzwi. Pokazał palcem na służącą znikającą w korytarzu i skinął głową porozumiewawczo. Chwilę później do pałacu przy Prinz-Eugen-Strasse weszła grupa fotografów, archiwistów i urzędników mających spisać cały majątek Rothschildów. Jednemu z nich wręczył solniczkę.
- Myślę, że to włoski barok - powiedział i wyszedł zadowolony.
Cały pałac był już otoczony przez oddziały SS. Nikt obcy nie miał do niego wstępu. Heinrich Himmler nie zamierzał wpuścić tu nikogo poza swoimi formacjami. Sam osobiście tego dopilnował. Gerhard zastanawiał się nawet, czy Himmler nie siedzi w jednym z czarnych samochodów zaparkowanych wzdłuż ulicy i nie patrzy, jak wywożą barona. Po chwili jednak większość samochodów odjechała. Odjechało też auto z Louisem Nathanielem von Rothschildem. Gerhard nie spodziewał się, że wszystko wydarzy się tak szybko. Nie było hauptsturmführera ani starszych stopniem oficerów. Wieczór mieli już wolny. Szukali teraz miejsca, by zacząć świętować. Udzielił im kilku rad i pożegnał się. W razie czego wiedział, gdzie ich szukać. Byli niżsi stopniem i urodzeniem. Nie tego dziś oczekiwał. Poza tym miał spotkanie z ojcem. Postanowił udać się na Singerstrasse pieszo.
Na ulicach szalony tłum cieszył się, wiwatował. Dziewczyny podbiegały, całowały go w policzki, rozdawały kwiaty. W jednym z okien, obok klatki z kanarkiem, stał wystawiony odbiornik radiowy. Z głośników dobiegał głos rozentuzjazmowanego spikera:
- Czyż istnieją słowa, które mogłyby opisać nasze uczucia? Czyż serce i oczy są w stanie pojąć entuzjazm i radość, że Führer po tak długiej nieobecności znów jest w naszej stolicy?
Gerhard von Lossow nabrał powietrza w płuca, poczuł się tak, jakby ktoś mówił o nim. Słuchał wraz z kilkoma przechodniami.
- Nasz Hitler powrócił do domu. Postarano się o przyjęcie wyjątkowe. Tu, na Haldenplatz, na Ringu i przed pałacem Habsburgów, tak jak w Berlinie wita go morze głów, wzniesionych rąk, sztandarów i proporców...
Gerhard von Lossow uśmiechał się sam do siebie. Podeszła do niego jakaś dziewczyna, chciała się z nim umówić. Nawet nie starał się zapamiętać gdzie, choć twierdząco skinął głową. Zamierzał się przecież spotkać z ojcem. Nie widział się z nim kilka lat, ale ostatnio wymienili parę wartościowych listów. Ojciec nie pochwalał drogi, którą wybrał Gerhard, ale też nie krytykował. Naziści byli mu obojętni i jego zdaniem nie tak groźni jak komuniści. Tych ojciec nienawidził najbardziej. Zarówno on, jak i dziadek Otto von Lossow związani byli z Niemieckim Zakonem Rycerskim. Należeli do marianów, honorowych rycerzy, tak samo jak reszta wyższej szlachty austriackiej. Ojciec często wspominał czasy, gdy arcyksiążę Eugeniusz Hohenzollern był wielkim mistrzem. W domu niczym relikwie wisiały płaszcze z czarnym krzyżem zakonnym. Zakładał je na szczególne okazje i było to wielkie święto.
Na co dzień Georg von Lossow pracował w archiwum zakonu, mieszczącym się w jego siedzibie przy Singerstrasse 7.
Gerhard szedł do niego z bezwiednym uśmiechem na twarzy. To miał być cudowny dzień. Ale nie był.
Warszawa, marzec 1938 roku
Stanisław Ejsmond zmierzał do składu obrazów Burofa na Nowym Świecie. Pod pachą niósł kolejne swoje dzieła. Na jednym były mimozy, na drugim irysy. Żal mu się było z nimi rozstawać, lecz ostatnio miał dużo pracy przy wystawach i nie namalował nic innego. Właściciel składu wydzwaniał, bo zima się przeciągała i kwiaty były w cenie. Dał się więc namówić i tachał pod pachą opakowane w papier i przewiązane sznurkiem płótna. Zamierzał przejść na drugą stronę ulicy, jednak drogę blokowała mu głośna manifestacja. Nie umiał się przepychać, więc przystanął i patrzył. Paradowali członkowie Ligi Morskiej i Kolonialnej, głośno śpiewali "Ajajaj, Madagaskar. Afryka parna, skwarna, Afryka na wpół dzika jest! Tam drzewa bambusowe, orzechy kokosowe, tam są dzikie stepy, tam mi będzie lepiej. Ajajaj, ja lubię dziki kraj". Chcąc nie chcąc, przytupywał lekko nogą, bo tak jak każdy znał ten szlagier na pamięć. "Domek sobie wybuduję, łaźnia musi być. Wszystkich czarnych wyszoruję, czystość musi być. Kawiarenkę jakże wybuduję także, albo jest kolonia, albo nie ma jej".
- W dzisiejszych czasach nowe tereny to konieczność - powiedział ktoś obok.
- Mamy przeludnienie - wyjaśniała jakaś pani w kapelusiku z piórkiem.
- Żądamy zamorskich kolonii! - krzyknął ktoś z tłumu, powielając hasło z wielkiego transparentu niesionego na czole pochodu.
- Przestrzeni do życia! - wrzasnął ktoś z przechodniów wprost za uchem Ejsmonda. - I rumu! Bo mi się pić chce!
Stanisław obrócił się i odruchowo chybko cofnął o dwa kroki od krzykacza. Był to wielki, podpity osiłek ze złamanym nosem. Unikał takich osób. Nigdy się z nikim nie bił. Sam był drobnej postury, od zawsze nosił okrągłe okulary. Z rzadkim wąsem i przylizanymi blond włosami wyglądał jak chłopiec z gimnazjum. Wszyscy mówili do niego Staś, ewentualnie Staszek, mimo że był już dorosłym mężczyzną.
- A pan coś taki delikatny?! - żachnął się gbur. - Nie pojechałbyś pan na rajską wyspę?! - krzyknął w kierunku Ejsmonda.
- Tylko ciebie tam nie widzieli! - Delikwentowi w kraciastej marynarce towarzyszyła dama w poplamionej sukience.
- Ale zobaczą! - Wypiął klatę krzykacz. - "Do Murzynki się zalecam, to jest sposób mój! Bo ja lubię czarne z białym, to jest kolor mój!"
- Ja ci zaraz dam kolor! - wrzasnęła tym razem kobieta.
- "Od białego taaatki i od czaaaarnej maaatki! Będą dzieci w kraaaatki. I to będzie raj!" Ałaa! - zakończył zdzielony torebką po głowie. - Pojadę! Bóg mi świadkiem! Pierwszym okrętem! Żądamy kolonii! - wrzeszczał dalej, znikając w jednej z bram.
Radosna demonstracja skręcała za róg. Trębacze znowu podjęli melodię, perkusista mocno uderzył w wielkie talerze i zaczęła się kolejna piosenka. Tej Stanisław nie znał. Nie należał do Ligi, ale jak prawie milion innych osób prenumerował miesięcznik "Morze". Dla zamieszczanych w nim zdjęć i plakatów, choć o podróżach nie marzył. Minęło już osiem lat, od kiedy na zakopiańskim zakręcie w wypadku samochodowym zginął jego starszy brat. Matce został tylko on. Widział, jak cała drży na samą wieść o tym, że syn ma gdzieś jechać, nawet pociągiem. Westchnął więc głośno i zaczął rozmyślać nad wystawą plakatów Bolka Surałły-Gajduczeniego, którą miał wkrótce organizować. Sporo było wśród nich prac stworzonych na zamówienie Ligi Morskiej i Kolonialnej. A więc znowu morze... Tłum zrzedł i Stanisław Ejsmond spokojnie przeszedł na drugą stronę ulicy, zastanawiając się, jak porozwieszać plakaty. Miał kilka pomysłów.
- Stasiu! Stachu! Staszkuuu! - Ktoś zaczął krzyczeć za jego plecami. Rozpoznał znajomy głos, lecz odwracając się, znów odruchowo zasłonił się obrazami.
- Stasiu! Jak ja się cieszę! - Z zatrzymanej dorożki prawie pod koła drugiej wybiegł Stanisław Mikulicz-Radecki, wieloletni dyrektor administracyjny warszawskiej Zachęty, i aż klasnął w dłonie z uciechy, zdążając w jego kierunku. - Cóż za cudowna nowina! Ach, tylko się cieszyć! Się cieszyć!
Stanisław Ejsmond patrzył jak osłupiały. Z reguły zapracowany i zatroskany wszystkim dookoła Mikulicz teraz promieniał. Wyglądał, jakby miał właśnie poprowadzić poloneza. Rozłożył ręce na boki i sunął przez całą ulicę.
- Staszku, Stasiu! Ty nie masz pojęcia. Ja właśnie byłem w twoim domu. Matka mnie tu wysłała. Mówiła, że do Burofa idziesz. To ja co koń wyskoczy... Za tobą.
- Stało się coś? - zapytał Ejsmond. Zdjął okulary i zaczął nerwowo przecierać szkiełka.
- Samo dobre! Samo dobre! - powiedział Mikulicz-Radecki, chwytając go rękami za ramiona i potrząsając nim całym z radości. - Ależ twój ojciec świętej pamięci by się cieszył! Ależ by się cieszył! - dodał. Stanisław wiedział, że przyjaźnili się z ojcem, ale co zdaniem Mikulicza tak by go ucieszyło, nie wiedział.
- Będziesz wiceprezesem Zachęty! Ty! Wyobraź sobie! Wiem to! Prawie już pewne! - mówił, cały czas radośnie nim potrząsając. - Julia, twoja matka, się popłakała. Nie dziwię się. Nie dziwię się! Samemu mi się chce płakać. Że ja tego doczekałem. Stasiu! Stachu! Staszku!
Stanisław Ejsmond przyciągnął do piersi i przycisnął dwa ciągle trzymane w rękach obrazy. I zasłonił się nimi niby tarczą. Do tej pory był tylko zastępcą członka Komitetu Przyjaciół Zachęty. I nie liczył, że to się w najbliższym czasie zmieni.
- Nie ma się czemu dziwić - ciągnął Mikulicz-Radecki. - Taka tradycja rodzinna. Ojciec był prezesem i ty nim będziesz! Nie mogło być lepiej. Nie mogło być lepiej! Niech cię pierwszy uścisnę - powiedział i spróbował go objąć, choć przeszkadzały mu obrazy. - Zostawmy to. - Pokazał palcem na płótna. - I jedziemy do mnie. Mam tam kieliszek dobrego gruzińskiego koniaku. Czekał na taką okazję. Stasiu... Jak ja się cieszę!
Ejsmond nie pamiętał nawet, komu zostawił martwe natury, bo właściciela składu nie zastał. Nie pamiętał też drogi, minęła szybciej, niż się spodziewał. Dorożka gnała, a Mikulicz-Radecki mówił przez cały czas i nie ukrywając swoich emocji, co chwilę go ściskał.
Przed gmachem Zachęty przystanęli. Staś Ejsmond pierwszy raz popatrzył na te mury ze strachem. Dyrektor administracyjny pokazał szerokim gestem wejście.
- Proszę. Ty pierwszy - powiedział dokładnie w momencie, gdy otworzyły się drzwi z drugiej strony, a w nich, jak na zawołanie, pojawił się Bolesław Surałło-Gajduczeni z tekturową tubą pod pachą. Wyglądał jak żywcem wyjęty z plakatów, które malował. Większość opiewała morze i wszelkie sporty wodne. Sam był wysokim, przystojnym, smagłym brunetem, w jasnej marynarce zaciśniętej paskiem. Zdawało się, że właśnie opuścił pokład jakiegoś angielskiego żaglowca i jeszcze ciągle owiewała go jakaś bryza. Najpewniej śródziemnomorska, o ile nie karaibska.
- Witam, panie prezesie! - zawołał od samego progu. Znali się i lubili, mimo że Surałło z reguły malował krzepkich sportowców, a Ejsmond wiotkie mimozy.
- Wieści szybko się rozchodzą - szepnął Mikulicz-Radecki do ucha Stacha Ejsmonda.
- Czy pan prezes będzie jeszcze znał skromnego plakacistę? Czy pomoże przy wystawie? Czy bankiety, przyjęcia i wir towarzyski nie wciągną nam gdzieś świeżo upieczonego prezesa? - zapytywał Surałło, maszerując w jego kierunku z wyciągniętą serdecznie ręką.
- Wiceprezesa - poprawił dyrektor, przybierając poważną urzędową minę.
- Mogę? - zapytał Surałło, odstawiając tubę i rozpościerając ręce do uścisku.
- No nie wiem - odpowiedział Stanisław ze śmiechem, robiąc krok w bok i unosząc podbródek wysoko do góry. Obaj się roześmiali, po czym Bolesław Surałło-Gajduczeni rzucił się w jego kierunku, objął go i zakręcił się z nim w kółko, podskakując na jednej nodze.
- Prezesie...! - zawołał.
- Wice...! - poprawił go Ejsmond, niewprawnie wyrywając się z uścisku.
- Panowie! - skwitował scenkę trzymający się z boku dyrektor, który z jednej strony sam chętnie by się przyłączył do podskoków, z drugiej zaś uznał, że w pobliżu tak szacownego gmachu nie wypada zachowywać się po szczeniacku. - Panie Bolesławie! To nie przystoi! Praca dla sztuki to nie tylko przyjemności. Bankiety i otwarcia. Wszyscy tak myślą, a to nieprawda. To też obowiązki. Powierzono nam dobra, które trzeba chronić! - Wyciągnął wskazujący palec w kierunku Ejsmonda. - Przypominam ci, Staszku! Twój ojciec przed wielką wojną musiał sam do Rosji Matejkowską Bitwę pod Grunwaldem wywozić, żeby w niemieckie ręce nie wpadła. O mały włos życia przy tym nie stracił. Wiesz o tym - powiedział poważnym tonem. - Przecież ci o tym opowiadał.
- Nie raz - potwierdził Stanisław Ejsmond.
- Ale teraz wojna nam nie grozi! Czasy się zmieniły... - wtrącił rozbawiony Surałło.
- Czasy są zawsze takie same - z poważną miną oświadczył Mikulicz. - Niemcy wkroczyli właśnie do Austrii...
- I podobno zabrakło kwiatów w kwiaciarniach, żeby nimi rzucać w najeźdźców...
- Tak, tak... Słyszałem. - Mikulicz podrapał się po głowie. - A teraz wracajmy do naszych spraw. Stasiu... - chrząknął. - Panie Stanisławie, pierwsze obowiązki.
- Jakie? - zapytał oszołomiony tym wszystkim przyszły wiceprezes.
- Masz zasiąść w jury komisji artystycznej. Masz rozstrzygnąć konkurs na znaczki, który ogłosiła poczta. Z okazji dwudziestej rocznicy...
- O! Ciężka praca - westchnął Surałło, klepiąc Stanisława po ramieniu. - Mam nadzieję, że dasz radę. A tak już poważnie, to współczuję bardzo... Tak wybierać, który znaczek...
- Nie żartujcie sobie, panowie - przerwał Mikulicz-Radecki.
- To ja poważnie zapytam. Do kiedy nadsyła się prace? Stasiu, znamy się, czyż nie? - zagadał Surałło, obejmując Ejsmonda ramieniem.
- Bolesławie! - teatralnie oburzył się Ejsmond.
- Żartowałem. Ledwo się wyrabiam dla Ligi Kolonialnej. Teraz mam palmy rysować. W marcu... Odbije mi - stwierdził Surałło i zrobił głupią minę, udając małpę. Zaśmiali się.
- Wejdźmy już do środka - rozkazał dyrektor, obawiając się, że w końcu ktoś zobaczy te wygłupy.
- A słyszeliście to? Nasi naukowcy wrócili z Madagaskaru. Dowiedli tego, że świetnie się tam przyjmują pomidory i truskawki... - ciągnął Surałło.
Stanisław Ejsmond nie słyszał. Ruszył przodem i ponownie z przestrachem spojrzał na gmach Zachęty.
W małym pokoju na poddaszu trzydziestoletni Wacław Boratyński poodsuwał wszystkie meble, które miał. Nie było tego dużo. Przesunął łóżko, krzesło, mały stolik z miską, deskę kreślarską. Wszystko pod ściany, tak by zrobić jak najwięcej miejsca. Spieszył się, bo przez niewielkie okno wpadały ostatnie promienie dziennego światła. Na podłodze rozłożył dziesięć rysunków. Na wszelki wypadek pochował wszystkie ołówki do szuflady. Nie było już czasu na poprawianie.
Chwycił się za głowę i wzdychał z przejęciem, patrząc na efekty kilkumiesięcznej pracy. Nawet przed sobą bał się przyznać, jak bardzo jest zadowolony. Na ziemi leżały: Chrobry witający cesarza Ottona III, Kazimierz Jagiellończyk na tle mapy polskiej, takiej "od morza do morza", Sobieski pod Wiedniem, Zygmunt August i unia lubelska, Konstytucja 3 maja... I to przedstawienie, z którego był najbardziej dumny - bitwa pod Grunwaldem. Z Władysławem Jagiełłą na koniu ponad pokonanymi Krzyżakami. Najlepiej mu wyszedł. Zastanawiał się, czy ten rysunek włożyć na wierzch teczki, czy na sam spód. Jak będzie lepiej?
Długo nad tym myślał. Przed snem rozsznurował teczkę i odważnie przełożył go na początek. Rano wyciągnął wszystko i poukładał chronologicznie, zgodnie z kolejnością wydarzeń historycznych. Ubrał się odświętnie i ruszył na plac Napoleona wprost do gmachu Ministerstwa Poczt i Telegrafów. Przed samym wejściem wyciągnął rysunek przedstawiający bitwę, wziął głęboki oddech i przełożył go jednak na wierzch.
Wiedeń, kwiecień 1938 roku
Heinrich Himmler był wniebowzięty. W rękach trzymał ludzką czaszkę i obracał ją w dłoniach. Co chwila pojękiwał i wzdychał z zachwytu. Odchylał ją do tyłu, zaglądał do środka przez puste oczodoły, gładził ręką po kości potylicznej, wodził paznokciem po zębach. W końcu chwycił ją oburącz i trzymał na wyciągniętych przed siebie dłoniach. Jak trofeum.
- Spójrz, Wolff - powiedział do swojego adiutanta, nie odrywając wzroku od czaszki. - Dzisiaj przyszła pocztą. Znaleziona w Tybecie. I to przez naszą ekspedycję! Patrz na te kości. Na tę szczękę. Wysokość czoła. Przecież to są niezbite dowody na istnienie prastarej aryjskiej rasy! - rozpływał się. - To oczywiste, że kiedyś panowaliśmy nad całym światem. Widzisz to przecież? - spytał swego adiutanta Karla Wolffa, który czekał, siedząc na kanapie w głębi pokoju hotelowego zaadaptowanego na biuro polowe szefa SS.
- To oczywiste - potwierdził Wolff. - Czekają na te dokumenty.
- Znowu obowiązki.
Heinrich Himmler niechętnie odłożył czaszkę, zdjął z nosa binokle i położył je na stercie podpisanych papierów. Piętrzyła się prawie na trzydzieści centymetrów. Przeciągnął się i zaczął rozmasowywać palce prawej ręki. Odgiął głowę do tyłu, rozciągając szyję.
- A wracając do naszych spraw... Powiedz mi jeszcze raz, co ten młody powiedział Rothschildowi? - spytał.
- Że nie uznaje mieszanek różnych szczepów, pije tylko jednorodne gatunkowo szampany...
- Dobrze powiedziane. Sprawdź go.
Karl Wolff skinął głową. Zlecił to już dużo wcześniej. Teraz tylko czekał na raport.
- Czas na przerwę - zadecydował Himmler, patrząc na podpisane dokumenty. Podpisywał już dobrą godzinę, a ciągle miał pełno roboty. W Wiedniu wszystko toczyło się znacznie lepiej, niż przypuszczał. Wstał, przeciągnął się ponownie, chwytając się rękami za wygolony kark. Podszedł do lustra i pokręcił głową. Przejechał znów ręką po karku i dotknął wygolonych skroni. Skrzywił się. Nowemu fryzjerowi, ponoć najlepszemu w Wiedniu, trzęsły się ręce. Wypatrzył jeszcze dwa zacięcia brzytwą, tuż nad prawym uchem.
- Co my zrobiliśmy z naszym berlińskim fryzjerem...? Nie pamiętam, jak on się nazywał?
- Victor Novak, bodajże - usłyszał.
- I co z nim? Był dobry - zapytał Himmler, gładząc piramidkę z przyciętych pod nosem wąsów.
- Wdał się w bójkę w jednym z berlińskich lokali. Z tego, co mi wiadomo, trafił do obozu.
- Za bójkę? - zdziwił się szef SS.
- W tym lokalu wszyscy nazywają go Maria Elena, więc pewnie za to - odparł Wolff z uśmiechem, a Himmler skrzywił się z niesmakiem, ciągle przeglądając się w lustrze.
Przekręcił głowę tak mocno, że dojrzał kolejną cienką czerwoną kreskę zakrzepłej krwi. Większość fryzjerów rozcinała mu skórę właśnie w tym miejscu albo na karku. Nienawidził tego, chciał mieć idealny kształt czaszki. Poza tym jego wysoko podgoloną fryzurę naśladowała prawie cała niemiecka młodzież. Był wzorem. Musiał wyglądać nienagannie!
- Sprawdź, czy chce się leczyć. Jeśli tak, to chcę go widzieć po powrocie do Berlina, mam dla niego zadanie - powiedział, macając z niezadowoleniem po cienkim rozcięciu na skórze. Wyprostował się. Poprawił pasek w spodniach i dopiął guzik koszuli. - Wiesz? Niedługo do pałacu Rothschilda przy Prinz-Eugen-Strasse wprowadzi się nowy lokator.
- Kto? - zainteresował się Wolff.
- Adolf Eichmann. Zrobimy tam Główny Urząd do spraw Emigracji Żydowskiej. Nie sądzisz, że to doskonały pomysł? - zapytał i aż zatrząsł się ze śmiechu. Oczy zamieniły mu się w dwie cienkie szparki, uniosły się pucułowate policzki. Wyglądał jak zabawnie chichoczące zwierzątko, trochę przypominające borsuka.
- Dobry pomysł - potwierdził adiutant, podchodząc do biurka z paczką. - On już się nimi zajmie. Będą się cieszyć, jak im się uda wyjechać w skarpetkach. - A, i dopilnuje majątku Rothschilda. Podobno samo katalogowanie zbiorów potrwa co najmniej rok.
- Nie wierzyli w nas - powiedział Himmler i znowu zachichotał. - Göring jest wściekły! Podobno rozbudowuje swoją rezydencję, bo mu już ścian na obrazy brakuje. Myślał, że zagarnie większość dla siebie - stwierdził i z czułością poklepał ręką podpisane pisma i dekrety. - Z tej wściekłości obstawił granice i chce chociaż obłowić się tym, co Żydzi mają zamiar jeszcze wywieźć. Ale byliśmy pierwsi i lepiej przygotowani. Strategia to podstawa. Do wykonania - zakończył oficjalnym tonem i pokazał na papiery.
Karl Wolff wstał. Zdecydowanym, choć niespiesznym krokiem podszedł do biurka, wziął dokumenty i wyniósł je do sekretariatu. Tam młoda dziewczyna przestała stukać na maszynie. Wodziła za nim wzrokiem, udając, że zmienia papier. Wiedział o tym. Niespełna czterdziestoletni, przystojny, z nienagannymi manierami, kursujący pomiędzy Himmlerem a Hitlerem, zdecydowanie podobał się kobietom. Uśmiechnął się do dziewczyny i skinął głową w podziękowaniu. Wypadły jej z ręki wszystkie kartki.
- Niech pani pozwoli - powiedział i schylił się, żeby jej pomóc. Zaczerwieniła się. Rozbawiło go to.
Wrócił do pokoju. Tam Himmler znowu trzymał czaszkę w ręku.
- Patrz! Idealne proporcje. Wszystko się zgadza. Skarb z czasów złotej ery aryjskiej...
- Rzeczywiście - potwierdził Wolff i położył kolejne papiery na biurku. Nie zamierzał teraz przerywać szefowi.
- Pomyśl tylko - kontynuował Himmler. - Gdyby tylko dawni, potężni Ariowie nie spółkowali z półludźmi i ze zwierzętami, nie zbrukali rasy... Trzeba to wszystko teraz oczyścić! - Odłożył czaszkę na biurko, ustawiając ją niczym drogocenny skarb. - Trzeba działać bez chwili wytchnienia. Rozpoczniemy złotą erę w dziejach ludzkości. Stworzymy nową religię!
- A właśnie... - przerwał mu Karl Wolff, spodziewając się długiego wywodu. Zamierzał jeszcze porozmawiać z sekretarką, która pewnie nadal czerwieniła się za drzwiami, i spytać, co robi wieczorem. - Co robimy z zakonem niemieckim? - W Wiedniu przy Singerstrasse 7 mieściła się ostatnia główna siedziba Krzyżaków. Średnio go to obchodziło, ale chciał już zmienić temat. Poza tym z zakonem związany był ojciec von Lossowa, a miał się nim zainteresować i zebrać informacje na jego temat. Osobiście wróżył mu karierę i zamierzał go sobie wychować, jeśli będzie się do tego nadawał.
- Podpisałem już dokument o ich kasacji. - Himmler wzruszył ramionami. - Przemyślałem to, nie są mi potrzebni. Krzyżacy byli kiedyś potęgą, potem zniewieścieli! - tłumaczył. - Przez tę ich przegraną bitwę na pięćset lat zamknięto nam drogę na wschód! Ale to się zmieni! Karl, my tworzymy nowy zakon. SS jest nowym niemieckim zakonem - wykrzyknął.
Wiedeń, kwiecień 1938 roku
Gerhard von Lossow nie widział, jak do tego doszło. Spóźnił się, choć pojawił się w samą porę, by zdążyć uratować ojca. Dotarł na Singerstrasse i już z daleka widział, że coś tam się dzieje. Przed numerem 7 stało już kilka samochodów gestapo. Wejście do kościoła i wewnętrznych zabudowań było obstawione. Nikogo nie wpuszczali. Przyspieszył kroku. Na koniec biegł, gdy zobaczył ojca leżącego na chodniku. Jedni mówili, że ktoś go popchnął. Inni, że się szarpał, gdy nie pozwolono mu wejść do środka. Podobno nikt mu nic nie zrobił, sam zachwiał się i upadł. Gerhard nie wiedział, co jest prawdą, nie dociekał, i tak nie rozumiał, co się stało. Nie miał pojęcia, że naziści zamierzają zlikwidować główną siedzibę zakonu. I cały zakon, którego tradycja sięgała średniowiecza. Przejęli budynki i skarbiec. Nie pozwolili ojcu wejść do archiwum. To rzeczywiście mogło go zabić. Pracował tam od zawsze. Tak samo jak jego ojciec, i ojciec jego ojca, i tak dalej. Każdy był honorowym rycerzem zakonu. To musiał być dla ojca szok. Przecież wolał nazistów od bezbożnych komunistów. Ich się bał najbardziej, twierdził, że to oni nie potrafią uszanować świętości. Niemców się nie obawiał, nie spodziewał się, że zagrodzą mu drogę i będą kazali sobie pójść. Dostał wylewu. Lekarz stwierdził, że Gerhard pojawił się w ostatniej chwili. Gdyby nie on, Georg von Lossow mógłby już nie żyć. Nie mógł dłużej leżeć na chodniku. Zakonnicy obstąpili go, ale bali się cokolwiek zrobić. Gerhard zaczął krzyczeć. Pomógł mundur i rozkazujący ton, mimo że był niższy stopniem od nadzorującego akcję oficera. Sprawił, że jednym z samochodów odwieziono ich do szpitala. Tam też wymógł, by natychmiast zajęto się ojcem. Spędził z nim dobę.
Teraz przywiózł go do domu.
Na szafie ciągle wisiał płaszcz z czarnym krzyżem. Był odprasowany i czekał pewnie na uroczystości lub spotkania, może nawet z okazji przyłączenia Austrii do Rzeszy. Nie doczekał się. Schował go i przypomniał sobie, jak dostał lanie grubym pasem, kiedy założył go po kryjomu i z drewnianym mieczem w ręku bawił się w krzyżowca. Od tamtej pory do tej chwili nie ruszał tego płaszcza. Ale teraz ojciec miał wylew.
Pielęgniarze wyszli. Doktor Koch miał się pojawić niebawem.
- Podejdź, chyba chce ci coś powiedzieć - zawołała go Krista, gdy wyszła służąca i zostali już całkiem sami. Krista po śmierci matki kładła go do snu, potem trafiła do łóżka ojca. Ciągle wyglądała jak zasuszona guwernantka, ale nie przeszkadzała mu. Dobrze się ojcem opiekowała.
- Dobrze? Tak? Nie? A teraz? O tak? Tak? - pytała, poprawiając poduchy, a Gerhard nie mógł pojąć, jak odczytuje, czego chce ojciec. Bełkotał. Miał sparaliżowane pół twarzy, z kącika ust ściekała mu ślina, opadała lewa powieka. Był bezbronny. Takiego go nie znał.
Bał się, ale podszedł i usiadł przy łóżku. Wziął go za rękę. Była chłodna. Przykrył go.
- Nachyl się i patrz na usta. Z bliska łatwiej zrozumieć - zasugerowała Krista. Sama wstała i Gerhard się zbliżył. Ojciec zacharczał. Najpierw niewyraźnie, z wielkim trudem, ale usilnie coś powtarzał.
- Wy...o...śśśś...eee.
Potem coraz wyraźniej. W końcu Gerhard zrozumiał.
"Wynoś się" - tak powiedział.
Nie mógł się mylić. Już to kiedyś słyszał. Wykrzyczane. Teraz to też był krzyk, choć zwiędłego ciała. Wstał i obciągnął mundur. Nie mógł złapać tchu. Ojciec zamknął oczy. Jakby na znak, że zakończył rozmowę. Gerhard odszedł od łóżka. Odwrócił się. Zrobił krok, ale się zatrzymał. Płaszcz znowu był na drzwiach od szafy.
- Chciał, żeby tu wisiał - powiedziała Krista, widząc zdziwienie w oczach Gerharda.
- Aha. - Pokiwał głową i zagryzł usta. Ruszył w kierunku drzwi.
- Co ci powiedział?
Gerhard przystanął i odwrócił się.
- Powiedział... że sobie poradzi.
Przez następne pięć godzin Gerhard von Lossow chodził ulicami Wiednia. Nastrój miał wisielczy. Nie pasował do miasta, które prawie od miesiąca trwało w karnawałowym szale. Ludzie stroili się tak, jakby co dzień ogłaszano jakieś nowe święto. Stroiły się też całe ulice. Ściany budynków ozdobiono kilkumetrowymi girlandami z liści i kwiatów. Z dachów i balkonów zwisały długie na kilka pięter nazistowskie flagi. Nad jezdniami rozpięto druty i poprzywieszano do nich swastyki, które bujały się na wietrze. Wszystko to na cześć Adolfa Hitlera, który tryumfalnie wkroczył do stolicy. Choć Hitler wyjechał, atmosfera narodowego podniecenia wcale nie mijała. Pojawiły się kolejne transparenty, tym razem z okazji referendum. Wiedeńczycy mieli się wypowiedzieć, czy chcą przyłączenia do Rzeszy. Wszystko wskazywało na to, że już się wypowiedzieli. W oknach tkwiły większe lub mniejsze portrety Führera. Słupy obwieszono hasłami. Wszystkie z poparciem, wszystkie na "tak". Innych nie było. W tę i we w tę jeździły samochody pooklejane plakatami. Nic tylko: "Jeden naród! Jeden kraj! Jeden wódz!". Te same hasła wykrzykiwano z głośników. Powtarzano w radiu. Pisano wielkimi literami w gazetach. Nawet na karcie do referendum kółko przy "tak" było wielkie i na samym środku, "nie" było małe i z boku. Zresztą nie zanosiło się na to, by ktokolwiek chciał je zakreślić.
Chyba że ojciec, ale on nie mógł się ruszać. I Żydzi, którzy nic już nie mogli zrobić, pomyślał Gerhard, patrząc z ciekawością na drzwi Café Rembrandt.
Myślał, że wałęsa się po Wiedniu bez celu, a dotarł tam, gdzie wcale nie zamierzał przychodzić. Znał to miejsce doskonale. W tej właśnie kawiarni poznał Leopoldine. Pamiętał to aż za dobrze. Ale po co tu przyszedł? Nie dzwonił do niej od lat. Nie pytał, co u niej słychać. Nie sprawdzał, czy wystawiła jakieś nowe prace. Była mu obojętna. Jej męża też nie spotkał, choć był wysoko postawionym austriackim nazistą.
Rembrandt malarz był ulubieńcem hitlerowców, ale na pewno nie był nim właściciel tej wiedeńskiej kawiarni. Na wszystkich szybach białą farbą wymalowane były gwiazdy Dawida. Na największym oknie widniał napis "Jude", taki sam był na chodniku przed wejściem. W środku nie świeciło się żadne światło.
Podszedł, zerknął przez okno. Zdawało się, że wszystko jest po staremu. Te same krzesła i stoliki. W głębi pikowana, skórzana kanapa, przy niej mała ława. Wracały wspomnienia.
- Proszę pana! - Ktoś szarpnął go za rękaw munduru. Odwinął się bezwiednie i zamachnął. Małego, pięcio-, może sześcioletniego chłopca odrzuciło prawie na metr do tyłu. Upadł na chodnik i zaczął płakać. Obok niego stał drugi, trochę starszy, z wiadrem w ręku.
- Czego chcecie?! - warknął von Lossow, choć nie miał w planach wyżywać się na zasmarkanych chłopcach w krótkich spodenkach.
- Mama nam nie pozwala... Myśleliśmy, że może pan...?
- Na co mam niby pozwolić?!
- Bo inni mogą, a my nie, tak powiedziała mama. - Młodszy podniósł się z chodnika i ożywił się. Przestał płakać i otarł rękawem nos.
- Co mogą? - zapytał Gerhard. Nawet trochę zainteresowany nachylił się nad malcami.
Ten młodszy zrobił przebiegłą minę, pokazał na okno, potem na wiaderko i przyłożył palec do ust.
W wiadrze było kilkanaście niemałych kamieni.
- Pozwalam. - Gerhard wzruszył ramionami.
- Słyszałeś! Kazał nam! - zawołał malec z radością i nie czekając, cisnął pierwszym kamieniem w okno kawiarni Rembrandt. Ten poszybował wprost w sam środek gwiazdy Dawida. Po trzecim roztrzaskana była już cała szyba. Kolejne trafiły w drzwi. Tam szyba nie wypadła, ale za to jeden z kamieni uderzył w klamkę. Drzwi się otworzyły. Na otwarte drzwi szkoda było kamieni. Chłopcy przerzucili się na kolejne okna. Gdy skończyły się kamienie, Gerhard von Lossow podszedł do otwartego na oścież wejścia.
- Proszę pana! Wszyscy, co tutaj chodzili, teraz idą tam. - Chłopiec pokazał na róg ulicy. - W lewo i kawałek dalej. Tamten właściciel kazał nam to mówić. Tam jest lepiej.
- Dziękuję, najpierw wejdę tu - odpowiedział. Chciał przez chwilę popatrzeć. Zobaczyć, czy na stolikach stoją te same popielniczki z godłem Habsburgów.
Wszedł. Za nim powoli ruszyli zaciekawieni chłopcy. Na pierwszy rzut oka prawie nic się nie zmieniło. Minął słup przy drzwiach wejściowych. Spojrzał przed siebie i cofnął się o krok. Na środku kawiarni na żyrandolu wisiał człowiek. Pod nim było przewrócone krzesło. Któryś z wlatujących kamieni musiał go poruszyć, bo ciało lekko się jeszcze bujało. Właścicielowi nie spodobały się nowe czasy. Dokonał wyboru, pomyślał Gerhard i wzruszył ramionami. Sam też kiedyś próbował zapleść taki sznur.
Odwrócił się. Chłopcy stali jak wryci.
- Trzeba było słuchać mamy. - Gerhard wzruszył ramionami. Malcy uciekli z krzykiem. Sam też długo nie patrzył. Twarz była sina, język wywalony na wierzch. Nie było na co patrzeć.
Wyszedł. Ruszył w kierunku wskazanej przez chłopców kawiarni. Kilku gapiów stojących na chodniku odprowadziło go wzrokiem, nie odpowiedział im ani słowem. Podszedł tylko do przechodzącego obok patrolu policji. To ich sprawa. Sam chciał się napić. Powoli zapadał zmierzch.
Lokal był duży i wypełniony ludźmi. Nie podobał mu się. Ale po kilku sznapsach zaczęło być nawet znośnie. I barman nie patrzył z wyrzutem, nie próbował też nawiązywać rozmowy. Dwóm nagabującym go dziewczynom bez zbędnych ceregieli powiedział, żeby szukały szczęścia gdzie indziej.
Schodziło się coraz więcej ludzi. Parę osób rozpoznał, przyszło też kilku wysokich rangą oficerów, którzy zaraz usiedli w oddzielnej salce. Zamierzał wyjść. Coraz bardziej chwiał się na nogach, mimo że od godziny prawie stał w miejscu. Chciał zapłacić, gdy ktoś dotknął jego ramienia.
- Zabierz mnie stąd - usłyszał. Nie odwrócił się. Zamówił jeszcze jednego sznapsa i schował pieniądze. Przylgnęła do jego pleców. Wypił, nie oglądając się za siebie.
- Odejdź - powiedział w końcu. Była chuda, miała prawie przezroczyste, lekko zielone tęczówki ze źrenicami nie większymi niż główka szpilki. Bladą skórę. Do mocno pomalowanych karminowoczerwoną szminką ust przykleiło się pasemko czarnych włosów. Była w jego typie, ale dzisiaj nie zamierzał jej poznawać.
- Gdziekolwiek. Teraz. Mój błękitnooki. - Nie poddawała się.
Chwyciła twarz Gerharda w obie dłonie.
- Nie podobam ci się?
- Odejdź - powtórzył.
- A ty coś taki posępny? Nie cieszysz się? Źle reagujesz na piękno? - usłyszał zza pleców. Odwrócił się. Za nim stał Viethold Falk. O pół głowy niższy, kędzierzawy, z niegasnącym dziecięcym błyskiem w oku. Znali się z Berlina. Viethold był zaopatrzeniowcem w Wehrmachcie, a po pracy, tak samo jak Gerhard, lubił przebywać za kulisami teatrów. Przede wszystkim w otoczeniu kobiet, które go uwielbiały. Jak nikt potrafił obiecywać cuda, choćby to miały być gwiazdy z nieba. Chciały mu wierzyć. Z tego, co wiedział Gerhard, Viethold słowa dotrzymał tylko raz. Ożenił się kiedyś w Kłajpedzie i tam czekała na niego żona. Gerhard nigdy jej nie widział, za to z innymi kobietami niejeden raz wspólnie oglądał świt. Czasami nawet ze wspólnego łóżka.
Teraz Viethold przyglądał się dziewczynie, która próbowała zaczepić Gerharda. Była na szpilkach, więc był od niej niższy prawie o głowę. Patrząc jej prosto w oczy, odgarnął przyklejone do jej ust pasemko włosów. Uwiesiła mu się na ramieniu.
- Masz tu coś na poprawę nastroju - powiedział do Gerharda i włożył mu do ręki białą pigułkę. - Dołącz do nas, jak ci się polepszy - dodał, chwytając dziewczynę w pasie.
- Co to? - zapytał Gerhard, trzymając tabletkę na otwartej dłoni. Viethold zacisnął mu palce swoją ręką, rozglądając się dookoła.
- Właśnie zrealizowałem zamówienie dla armii. Trzydzieści dwa miliony takich cudownych pigułek. Dostępne będą bez recepty. Doskonałe. Mam sporo na próbę, ale nie musisz się tym chwalić, bo będą się o to zabijać. Przyjdź do nas, siedzimy przy tamtym stoliku - powiedział i pokazał palcem w głąb sali.
Już było tam gęsto od ludzi, a dochodziła jeszcze jakaś dziewczyna z rudym lokiem nad czołem, a z nią jakiś wyższy rangą oficer. Musiał być kimś ważnym, bo kilka osób się zerwało, żeby ustąpić mu miejsca. Gerhard odwrócił się w kierunku baru. Łyknął pigułkę. Popił sznapsem.
- Idź. Zaraz przyjdę - mruknął, właściwie sam nie wiedząc, na co ma ochotę.
Viethold wzruszył ramionami.
- Wiesz, co w nim lubię? - zagadnął dziewczynę. Ta pokręciła głową. - Przynosi mi szczęście - odpowiedział, mocno obejmując ją w pasie, i ruszył do stolika.
Gerhardowi nie udzielił się jego entuzjazm, choć kiedyś dziewczyna byłaby dokładnie w jego typie. Po dłuższej chwili postanowił wrócić do domu i wygarnąć ojcu. Wszystko.
Rozmyślał o tym "wszystkim", stojąc i pijąc przy barze, gdy znów poczuł czyjąś rękę na ramieniu.
- Mówiłem, że przyjdę - żachnął się. - Daj mi spokój - dodał, ale ten ktoś go szarpnął. Odwrócił się. Za nim stał hauptsturmführer Odilo Globocnik, ten, z którym aresztował Louisa von Rothschilda. Był pijany, czerwony na twarzy i wściekły. Przysunął się bardzo blisko. Gerhard czuł jego oddech. Śmierdział.
- Stoisz tu i rozmyślasz, jakim byłeś bohaterem?! - wysyczał, nie do końca wyraźnie.
- O niczym nie myślę - odpowiedział mu Gerhard i chciał się odwrócić w stronę baru.
- Pamiętaj. - Odilo chwycił go za koszulę. - Wynajdę norę. Tam, gdzie kozy wypinają dupy, a chłopy się z tego cieszą! - krzyczał, ślinił się przy tym i opluwał siebie i Gerharda. - I tam cię ześlę! Tam znajdę ci miejsce.
- Masz tam rodzinę?
- Jesteś skończony! - wrzeszczał Odilo, szarpiąc go za koszulę. Wszyscy poodwracali głowy w ich stronę. Viethold wstał od stolika i ruszył do baru. W drzwiach pojawiła się żandarmeria. Barman szybko zdejmował z kontuaru stojące obok nich szkła.
Gerhard widział to wszystko, ale trochę tak jak na filmie ze swoim udziałem.
- Nie masz szacunku! Myślisz, że jesteś lepszy?! Nie wiesz, z kim zadarłeś! Zapamiętaj! - ryknął hauptsturmführer. - Odilo Globocnik to ja...!
- Nie interesują mnie ludzie, którzy muszą się przedstawiać! - odpowiedział głośno i dobitnie Gerhard.
Hauptsturmführer znowu szarpnął go za koszulę i próbował unieść rękę, a wtedy Gerhard poczuł, że czekał na to cały dzień. Właśnie na to. Zacisnął pięść i wycelował mu prosto w twarz. Prosto w nos. Poczuł miażdżoną chrząstkę. I było mu wszystko jedno.
Ktoś krzyknął. Ktoś wrzasnął. Odilo Globocnik runął na najbliższy stolik. Próbował się podnieść, ale robił to tak niezdarnie, że padł na podłogę.
Gerhard von Lossow nie mógł już nic zrobić. Po chwili prowadziła go żandarmeria.
Lublin, kwiecień 1938 roku
Dziurawiec minął siedzącą na progu garbatą dziewczynkę. Okutana była starą, przewiązaną sznurkiem w pasie kapotą. Opierała się o framugę drzwi. Chustka na jej głowie była już mokra od deszczu, ale dziewczynka i tak spała. Obok leżał zanurzony w błocie pusty koszyk, a wokół niego okruchy po bajglach. Nie miał pojęcia, czy wszystkie udało jej się sprzedać, czy nie, ale jedno nie ulegało wątpliwości. Łażący dookoła pies oblizywał się namiętnie. Tupnął na burka i pożałował, bo przy okazji w coś wdepnął. Wytarł buty o próg i wszedł do kamienicy przy ulicy Złotej. Miał iść na samą górę. Niespiesznie zaczął pokonywać trzeszczące stopnie przegniłych schodów. Połamanej poręczy nie chwytał.
Zawsze się zastanawiał, jak Loli Sztajn udaje się po nich wchodzić na samą górę bez złamania przy tym nogi. Lola Sztajn codziennie pokonywała drogę na trzecie piętro, stukając przy tym drewnianą protezą. Chyba się przyzwyczaiła. Nogę ucięto jej poniżej kolana, gdy była jeszcze dzieckiem, nikt dokładnie nie wiedział, co się stało, a sama Lola opowiadała różne historie, w zależności od nastroju. Oczywiście, gdy tylko mogła, wysługiwała się przychodzącymi do niej klientami. Prawie każdy musiał nie tylko zapłacić, ale także coś przynieść. Wiadro wody, węgla albo kartofli. Czekała w oknie. Gdy przychodzili, krzyczała na nich z okna, a potem informowała na całe podwórko, co ma rzeczony klient przynieść. Jabłka wnosił jej sam posterunkowy i nikt nie wiedział, czy przyszedł ją przesłuchiwać, nastraszyć obyczajówką, czy zobaczyć wymachującą kikutem. Wiadomo, że był kilka razy. Oprócz niego nikt jej nie zaczepiał. Miała już swoje lata i trudno było ją czymkolwiek przestraszyć. Podobno pogoniła nawet młodego wikarego, który chcąc namaścić jakiegoś chorego, pomylił piętra. Okładała go drewnianą protezą tak, że cała klatka schodowa słyszała, jak zbiegał ze schodów, mało zdrowych nóg nie połamał.
Dziurawiec chodził do niej co jakiś czas. Kiedyś, gdy był mały, zajęła się nim. Nie zapomniał. Przez lata sam z siebie przynosił jej rodzynki koryntki lub sułtanki, kawę Rio albo Moccę lub bulion Maggi, co tylko mu w kolonialce wpadło w ręce. Lubił też pogadać. Mało znał tak mądrych osób jak ona.
Teraz trzymał torebkę z migdałami Bari.
Po drodze na samą górę musiał mijać się z przechodzącymi klientami i sąsiadami. Na pierwszym piętrze potrącił go zbiegający wyrostek. Dziurawiec chwycił go jedną ręką, drugą odruchowo włożył do swojej kieszeni. Namacał nóż. Obrócił się, ale przerażony chłopak zaczął go przepraszać, zanim Dziurawiec zdążył zmarszczyć brew. Puścił smarkacza, a ten zaczął zbiegać po trzy schodki naraz, mało się nie zabił.
Z drugiego piętra dochodziły odgłosy jakiejś kłótni, płaczu i oficjalnego tonu.
- Nalot... w dupę - ledwo wybełkotała, chwiejąc się na półpiętrze, pijana Bejla Bildholcer. Znał ją każdy sąd, policjant i lekarz z Komisji Sanitarno-Obyczajowej. Miała ufarbowane na blond włosy i wszystkie choroby, jakie można było mieć w jej fachu. Klęła jak szewc. Ale teraz chyba nie o nią chodziło. I tak nie mogłaby się z niczego tłumaczyć, już nie bardzo umiała sensownie mówić, była w stanie tylko bluźnić albo gadać od rzeczy.
Dziurawiec ominął ją, splunął przez lewe ramię, na wszelki wypadek odganiając coś, co mogło się od niej przyplątać, choć nie na wiele to się zdało, bo chwiejąc się, ruszyła za nim. Drzwi do mieszkania na drugim piętrze były otwarte na oścież. Parę ciekawskich osób zerkało. Zobaczyli go i ustąpili mu miejsca, wszedł i stanął w drzwiach do ciasnego pokoju na końcu korytarza. W środku był policjant. Jakiś nowy i jeszcze pryszczaty. Nie znał go.
- Na podstawie rozporządzenia Ministra Zdrowia z szóstego września tysiąc dziewięćset dwudziestego drugiego roku o nadzorze nad nierządem - recytował policjant, jakby był na jakimś egzaminie - utrzymywanie domów rozpusty jest wzbronione - zakończył z palcem uniesionym do góry.
- Oby cię robaki jadły! Oby pijawki krew twoją piły! - złorzeczyła po żydowsku stojąca teraz za jego plecami Bejla. Dziurawiec nawet ją trochę lubił, bo potrafiła dobrze przygadać, ale policjant i tak nie rozumiał, co mówi, więc nie reagował. - Obyś był twardy jak żelazo i zginać się nie mógł! Obyś... - próbowała wykrzyczeć, wymachując chudymi rękami.
- Bejla, cicho bądź! - uspokoiła ją po polsku Hela zwana Karuzelą. Siedziała okrakiem na stołku. Była tak gruba, że podobno jak była kiedyś na huśtawce w wesołym miasteczku, to wstała razem z siedzeniem. Dwóch chłopa się zapierało, żeby ją uwolnić, a i tak trzeba było rozcinać żelazne pręty z oparcia. Tak przynajmniej opowiadał Anioł, który sam był chudy jak szczapa i zawsze mówił o tym z wielkim rozmarzeniem.
- Panie władzo, jaki to dom rozpusty? - zaczęła spokojnym głosem Karuzela, która zobaczyła stojącego w drzwiach Dziurawca. Jednocześnie się ucieszyła i przestraszyła.
Dziurawiec na razie nic nie mówił. Nie miał pojęcia, czym podpadły. Każdy wiedział, że można było tu wejść na godzinę, że na stałe mieszka tu Bejla z Karuzelą, że w kącie zawsze siedzą jakieś dzieciaki, które niejedna z dziewczyn zostawia, gdy sama jest na ulicy. Ale tak było wszędzie. Jak przychodził klient, dzieci szły na schody albo siedziały pod kocem, gdy na dworze było za zimno.
- Pod nazwą "dom publiczny" należy rozumieć wszelkie mieszkania i lokale zajmowane przez więcej niż dwie osoby uprawiające zawodowo nierząd - wyrecytował policjant. - Wy dwie macie czarne książeczki.
- I co z tego? - Hela Karuzela wzruszyła ramionami, aż zatrzeszczał stołek. - My jesteśmy dwie, a ona nie ma. Dopiero z prowincji przyjechała. Z Lubartowa. Sierota.
Dziurawiec dopiero teraz zauważył siedzącą w kącie młodziutką dziewczynę, która kurczowo zaciskała palce na rączce walizki. Jasne strąki mokrych włosów opadały jej na prawy policzek, zasłaniając pół twarzy. Nie wyglądała na panienkę, ale wszystkie, które przyjeżdżały ze wsi do Lublina, na początku nie wyglądały. Dziurawiec nie polubił tego policjanta. Wszystko wskazywało na to, że jest nowy i za bardzo ambitny. A Mojsze, który opiekował się dziewczynami, pewnie znowu grał w karty.
Dziurawiec położył torebkę z migdałami na krześle przy drzwiach. Ruszył na środek pokoju.
- O co tu chodzi? - zapytał. Ręce trzymał w kieszeni i patrzył młodziakowi prosto w oczy.
- A pan to kto?
- Sąsiad.
- Stąd?
- Z sąsiedztwa.
- Alfons? - zapytał policjant, unosząc podbródek.
- Nie.
- To kto?
- Sąsiad - powtórzył. - O co tu chodzi?
- Mieszka tu. - Policjant pokazał na młodą dziewczynę. - I trudni się nierządem. Zabieram ją na komisariat i spiszemy...
- A skąd wiadomo, że tu mieszka?
- Bo ma swoje rzeczy. - Pryszczaty policjant pokazał na walizkę. Szczęka aż mu się trzęsła ze złości. Przed chwilą kontrolował sytuację, a teraz nie wiedział, z kim ma do czynienia.
Dziurawiec popatrzył na dziewczynę, siedziała ze spuszczoną głową. Wyglądała jak zmokła kura. Usta miała całe w opryszczce.
Z daleka myślał, że ma podbite oko, ale z bliska dojrzał zasłoniętą nieregularną plamę, jakieś ciemne szpecące znamię, dwa razy większe od złotówki. Nigdy wcześniej jej nie widział i uznał, że lepiej, jeśli nie trafi jeszcze na komisariat.
Podszedł do niej. Nachylił się i dwoma rękami złapał za walizkę. Dziewczyna nie chciała puścić rączki.
- Ja tu nie mieszkam. Ja nie...
- A kogo to obchodzi? - zapytał, patrząc jej prosto w oczy. Szarpnął za rączkę walizki. Puściła.
Podszedł do okna. Otworzył je, wyjrzał i wyrzucił torbę. Patrzył, jak spada. Zderzając się z ziemią, otworzyła się. W błocie wylądowały halka, majtki, rajstopy i jakaś książka. Dziurawiec przez chwilę wyglądał przez okno. Jedna z dziwek, kryjąca się w bramie naprzeciwko, kiwnęła głową. Wiadomo było, kto rzucił, i wiadomo było, że raczej szybko nikt się na to nie połasi. Młoda dziewczyna podbiegła do okna.
- Świnia! - syknęła przez zaciśnięte zęby. Dziurawiec pokiwał głową. Rzeczywiście musiała niedawno tu przyjechać, skoro nie wiedziała, do kogo mówi. Odwrócił się bez słowa i odszedł od okna.
- To mieszka czy nie mieszka? - spytał policjanta, rozkładając puste ręce.
Policjant nie wiedział przez sekundę, co powiedzieć. Dziurawiec nie czekał, kiedy się zorientuje, że nie ma tu nic do roboty, i w końcu zdecyduje się wyjść. Sam ruszył w kierunku drzwi. Zatrzymał się obok dzieciaków, które ciągle były pod kocem przy ścianie, za to na krześle nie było torebki z migdałami. Jeden, najbardziej usmarkany, nagle przestał poruszać ustami.
- Wypluj! - powiedział Dziurawiec. Dzieciak wypluł na podłogę na wpół nadgryziony migdał. Dziurawiec podszedł, rozgniótł go butem, dokładnie. Potem wyciągnął przed siebie rękę.
- Nieładnie jest kraść. Prawda, panie władzo? - zapytał Dziurawiec, nie patrząc na policjanta, tylko na usmarkanego chłopaka.
Dzieciak wysunął spod koca wymiętoloną już torebkę. Dziurawiec wziął ją, wyjął z niej migdał. Wyszedł, mieląc go w ustach. Wszyscy na jego drodze rozstępowali się bez słowa.
On sam wszedł po schodach na górę. Zatrzymał się piętro wyżej i czekał. Jak przewidział, policjant wyszedł po chwili i szybkim krokiem zaczął schodzić w dół. Za moment zbiegła za nim dziewczyna, a Bejla zaczęła znów krzyczeć.
- Obyś bogaty był i wszystko wydał na lekarzy! Obyś... - Dziurawiec na wszelki wypadek znowu splunął i wszedł do znajdującego się na trzecim piętrze pokoju Loli Sztajn. Pierwsze kroki skierował do okna. Wychylił się i patrzył. Zmokła panienka zbierała rzeczy z ulicy. Nagle zerwała się i pobiegła za psem. Ciągnął w zębach jej pończochę. Dziurawiec wzruszył ramionami. Cóż innego mogła zrobić?
- Czyja jest ta dziewczyna, co pomieszkuje u Karuzeli? - zapytał po chwili.
- Zakochałeś się?
- Pytam - żachnął się. - Lubię wiedzieć.
- Oczywiście - odparła Lola ze śmiechem. Leżała na łóżku za przepierzeniem z zasłonki w maki i wesoło pomachała do niego gołym kikutem. Drewniana proteza ze sznurkami stała oparta o łóżko. Na drugiej nodze miała wełnianą pończochę. Reszta była w różowej halce, od której odpruwała się już jasna koronka i odsłaniała część przygniecionej piersi. Na głowie Lola miała papiloty. Dziurawiec rzucił jej na łóżko migdały. Pooglądała papierową, zmiędloną torebkę i zaczęła je pojedynczo wydłubywać, głośno mlaskając z zadowolenia. Nie przestała przy tym przeglądać kolorowej gazety ze zdjęciami gwiazd filmowych.
- Kto to? - znów zapytał Dziurawiec, a Lola zaśmiała się pod nosem.
- Bierz ją, zanim ci ją zbałamucą.
- Nowa?
- Nie. Skądś tam przyjechała. Do pracy podobno.
- Jakiej?
- W szkółce jakiejś czy bibliotece.
- W bibliotece? - zdziwił się Dziurawiec. - To co tutaj robi?
- Ma mieć mieszkanie w suterenie na Narutowicza. Ale stamtąd wdowa po dozorcy się nie chce wyprowadzić. Jakieś cyrki robi. I nie ma gdzie się dziewczyna podziać. Podobno. Karuzela to chyba jej jakaś daleka ciotka albo jakaś inna kuzynka. Matka Niemką spod Chełma była, ale ojciec na szczęście Polak, choć podobno ją tłukł. Pecha ma dziś dziewczyna. - Lola zaśmiała się. - Słyszałam.
- No, ma - westchnął Dziurawiec. Znowu podszedł do okna, ale już jej nie było. Zamknął okno, usiadł na krześle i zdjął buty. Miał dziurawą skarpetę.
- Zrobisz coś z tym? - powiedział, patrząc na wystający ze skarpety wielki palec.
- Ożeń się ze mną. to ci te onuce zaceruję. - Prychnęła ze śmiechu, drapiąc się po głowie.
- Obejdzie się.
- Jak chcesz - oświadczyła teatralnie obrażonym tonem. - Pamiętaj, drugi raz ci się nie oświadczę - zachichotała, wydłubując palcem z zębów kawałek migdała. - A jak tak będziesz kombinował, to i na twoim weselu nie zatańczę - odparowała.
- A to prawdziwa szkoda - powiedział, patrząc znowu w okno.
- Znałeś kogoś, kto ma stałą państwową pracę? - zapytała. Zaprzeczył.
- Ja też nie - odparła, uśmiechając się.
Wiedeń, kwiecień 1938 roku
Było wczesne popołudnie. Gerhard von Lossow spoglądał na swoje odbicie w lustrze. Stał w głębi pokoju, znów jakby na drugim planie. Za to w jakim był towarzystwie! Obok niego w lustrze odbijała się twarz siedzącego na fotelu tuż przed zwierciadłem Heinricha Himmlera. Nad jego głową stał fryzjer.
- Ten Żyd nie wierzył, że po niego przyjdziemy? - dziwił się Himmler, sztywno trzymając głowę. - Przecież nie na darmo nad ranem byłem już w Wiedniu. Z kwiatami w rękach! - zaśmiał się jeszcze raz, pokazując na bukiety od wdzięcznych Austriaków porozstawiane w całym pokoju. W kilkunastu wazonach. Poruszył się, a fryzjer stojący za jego plecami gwałtownie oderwał rękę z brzytwą od wygolonego do połowy karku i zaczął głęboko oddychać.
- Nie wierzył. Żydzi ciągle jeszcze nie wierzą w to, co widzą - powiedział radośnie Gerhard von Lossow, teatralnie rozkładając ręce. Zaprezentował w uśmiechu dwa rzędy równiutkich białych zębów. Dobrze wyglądał, odbijając się w lustrze, w towarzystwie samego Himmlera.
I on nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Uczestniczył w prywatnym spotkaniu z samym szefem SS. Co więcej, ten przy goleniu zaśmiewał się z jego opowieści o aresztowaniu Rothschilda. A wczorajszą noc Gerhard von Lossow spędził w areszcie. Bał się, że to koniec jego kariery. Uderzył oficera wyższego rangą. I ten miał na to świadków. Był pewien, że Odilo Globocnik z premedytacją sprowokował bójkę i właśnie taki miał być jej scenariusz. Pewnie też nie przypadkiem właśnie w tym momencie pojawiła się tam, nie wiadomo skąd, żandarmeria, a sam Odilo uśmiechał się do niego, gdy wyprowadzano go z lokalu. Jeszcze przed świtem był przekonany, że jest skończony... Za to o poranku okazało się, że wszystko układa się wspaniale. Wyprowadzono go z celi. Myślał, że na jakieś przesłuchanie, a wyszedł z aresztu, i to prosto do czekającego na niego nowiutkiego czarnego opla admirala. Zawieziono go do samego Karla Wolffa, który oświadczył, że był tego wieczoru w tym samym miejscu, widział sytuację i choć to niewybaczalne, wybacza. Ba, przydziela mu zupełnie nowe zadania, przy których znów będzie się mógł wykazać. Gerhard przyrzekł sobie, że nigdy już nie da się sprowokować.
- Ileż razy trzeba tym Żydom powtarzać, że zabierają przestrzeń życiową Niemcom... - westchnął głośno Himmler, wyrywając Gerharda z zamyślenia.
- Do skutku - zawtórował mu przytomnie von Lossow.
- Masz rację, do samej śmierci trzeba im to powtarzać! - Himmler zaśmiał się. - Jak myślisz, ile nam to zajmie?
- Doprowadzenie ich do śmierci? - zapytał Gerhard, a Himmler klasnął w ręce.
- To potem. Teraz myślę o wywiezieniu tego całego jego pałacu. Byłeś tam, to wiesz!
- Myślę, że rok zajmie katalogowanie tego wszystkiego, co tam widziałem.
- Słyszysz? - Himmler ucieszył się, odwracając głowę w kierunku swego adiutanta. Karl Wolff siedział w fotelu z nogą założoną na nogę. Przeglądał i rozkładał papiery na dwie kupki, jedną większą, drugą mniejszą.
- Tak. To samo mówiłem. - Adiutant pokiwał głową.
- A gdzie to wszystko ma jechać? - zainteresował się Gerhard, który cały czas zastanawiał się, jak wybadać, jakie przydzielą mu zadanie.
- Martwisz się tym? - zapytał Himmler, patrząc na jego twarz odbijającą się w lustrze.
- Nie. Rzeszy to na pewno już nie opuści - szybko odpowiedział Gerhard.
- Właśnie. Najpewniej zabierzemy to wszystko do Berlina. Tam okaże się, co dalej z tą sztuką. Część może do Linzu? Wódz chce zbudować w swoim rodzinnym mieście olbrzymie muzeum.
- Nie w Wiedniu?
- Tu na pewno nie. On przecież nienawidzi tego miasta - wyjaśnił Himmler. - Tu dwa razy nie przyjęto go na Akademię Sztuk Pięknych. Powiedział, że Niemcy nie dadzą ani szylinga na tę zdegenerowaną stolicę.
Gerhard trochę się zdziwił. Nie dlatego, że żal mu było Wiednia. Nie zamierzał tu zostawać. Po prostu zaśmiał się w duchu, ciągle mając przed oczami radość mieszkańców stolicy, którzy chyba nie do końca właściwie zrozumieli intencje ludzi Hitlera.
- To będzie tylko południowa prowincja Wielkiej Rzeszy Niemieckiej. Przeszkadza ci to? - zapytał Himmler, zaciskając powieki. Fryzjer wielkim pędzlem zmiatał mu strzępki przyciętych włosów z karku i czoła.
- Nie. Przecież i tak wyjechałem do Berlina - odparł Gerhard. - Berlin to centrum współczesnego świata!
- To dobrze - ucieszył się Karl Wolff, który właśnie wstał, przenosząc większą stertę odłożonych papierów na biurko. - Zostawiam to do podpisania. To natychmiastowe.
- Dobrze - przytaknął Himmler, otrzepując ubranie. - Trzeba działać szybko i zgodnie z planem. I przede wszystkim trzeba mieć plan, dobrze przygotowany.
- A dla ciebie - Karl zwrócił się ponownie w stronę Gerharda - mamy inne zadanie. Sprawdziliśmy. Mówisz po polsku.
- Mówię w kilku językach - odparł Gerhard oburzony. Polskim nigdzie się nie chwalił. Może z wyjątkiem jednego burdelu w Berlinie. - Nauczyłem się go jako dziecko - wyjaśnił, spuszczając głowę.
- Wiemy. - Karl Wolff pokiwał głową. - Twoja babka pochodzi ze spolszczonej arystokracji niemieckiej. Nie musisz się tłumaczyć.
- Niestety, arystokracja też nie dbała o czystość rasy - westchnął głośno Himmler, wstając z fotela. Nie podziękował i nie miał zadowolonej miny, przeglądając się w lustrze. Fryzjer szybko, bez słowa, zaczął pakować swoje sprzęty. - Obliczono, że oczyszczenie rasy zajmie nam sto dwadzieścia lat, ale za sprawą takich Aryjczyków jak ty może stać się to szybciej. Znam się na tym - oświadczył, mierząc Gerharda wzrokiem. - I znam się na ludziach.
- W najbliższym czasie twoje umiejętności językowe mogą się przydać - włączył się do rozmowy Wolff. - Później będzie można o nich zapomnieć. Podejdź tu - przywołał go do siebie i z leżącej na krześle teczki zaczął wyciągać duże zdjęcia. Było ich kilkanaście. Rozłożył je na biurku. Jedno obok drugiego. Na każdym sfotografowano inny rysunek. Gerhard patrzył, choć nie bardzo wiedział, o co chodzi, ale od razu zauważył krzyżacki płaszcz.
- Bitwa pod Tannenbergiem. Pod Grunwaldem, jak oni to nazywają. Słyszałeś o niej?
- Ze sto razy - potwierdził Gerhard.
- Tak myślałem. - Wolff się uśmiechnął. - Sprawdziliśmy to.
- Mój ojciec był...
- Wiemy - przerwał mu Himmler. - Źle to przyjął, ale zapewniam cię, kiedyś to zrozumie, szybciej, niż ci się wydaje. Sam mu to przekażesz!
Gerharda zmroziło, nie miał pojęcia, że wiedzą o jego ojcu. Jadąc tu, nie chciał, by ktokolwiek wiedział. A teraz okazało się, że ma to z nim związek.
- Przekażesz mu, że stworzymy nowy zakon niemiecki. Prawdziwy! Posadowiony na prawdziwych germańskich cnotach. Bez tych chrześcijańskich, żydowskich naleciałości. Krzyżacy przegrali bitwę, przez którą ta barbarzyńska słowiańska hołota na pięćset lat zablokowała nam drogę na wschód! - wykrzyczał Himmler z podniesioną do góry ręką. - To, co robią Polacy, to bezczelność! Niemcy nieśli na wschód cywilizację, a oni co? Przywlekli tylko do siebie to żydowskie robactwo! Ale my zrobimy z tym porządek. I to wkrótce - dodał.
- Potraktujemy to jak prowokację - wyjaśnił Wolff, pokazując na trzymane przez Gerharda zdjęcie. - Stawisz się w ambasadzie w Warszawie.
Gerhard przytaknął. Spodobało mu się to, i to bardzo, ale i tak do końca nie rozumiał, po co się tu znalazł.
- To nie wszystko. Zatrzymasz się w Polsce na dłużej. I zbierzesz interesujące nas informacje.
- Jakie? - zapytał, nie kryjąc zadowolenia.
- Dołączysz do grupy naukowców - oświadczył Karl Wolff. - Wiedeńczycy od dawna organizują wyjazdy do Polski. Sprawdzisz, co ich interesuje najbardziej. Teraz między innymi do wyjazdu szykuje się wrocławski profesor Dagobert Frey. Zabierzesz go ze sobą po drodze.
- Doskonale. Mogę zapytać, dlaczego ja?
- Właśnie. - Wolff uśmiechnął się, patrząc na wypiętą pierś Gerharda. - Cenimy osobiste zaangażowanie, a ty masz, zdaje się, własne motywacje - powiedział Wolff i poklepał go przyjaźnie po ramieniu. Gerhard nie do końca był pewny, o czym mówi.
- I znasz się na sztuce - dodał Wolff. Wziął jakieś papiery do ręki i zaczął je przeglądać, dając tym do zrozumienia, że zakończył ten wątek.
- Dostaniesz listę szczególnie ciekawych dla nas obiektów - oświadczył Himmler i podszedł do lustra, przyglądając się to prawej, to lewej skroni. - I materiałów, które chcemy zdobyć. Kilka z nich interesuje mnie osobiście, i to bardzo... - wyjaśnił, gładząc się po karku.
Lublin, kwiecień 1938 roku
- Wodzu, prowadź na Kowno! - wrzasnął na całe gardło Anioł, wykorzystując chwilową przerwę w przemówieniu prezydenta Lublina Bolesława Liszkowskiego. Stał na trybunie i zwracał się do tłumu zebranego na placu Litewskim. - Prowadź! - wykrzyknął jeszcze raz, widząc akceptację w oczach stojących wokół niego mężczyzn, a wybrał najbardziej zbitą grupę podnieconych słuchaczy.
- Marszałek Rydz-Śmigły naczelnym wodzem narodu! - Zdjął z głowy kraciastą czapkę z daszkiem. Uniósł rękę wysoko do góry. - Wodzu, prowadź na Kowno! - wołał z wielkim entuzjazmem. Siwiejące blond loki, przylizane pod czapką, odkleiły się od głowy i odstawały w kierunku, w którym akurat machał ręką. Wielu mężczyzn stojących obok zaczęło krzyczeć to samo i wyciągać ręce do góry z kapeluszami i czapkami w dłoniach. Anioł popatrzył naokoło z satysfakcją. Rozchyliły się poły płaszczy i to wystarczyło, by się zorientować, kto ma najgrubszy portfel i w której kieszeni. Prezydent Liszkowski uciszył tłum uspokajającym gestem.
- Połączenie Austrii i Niemiec to wyraz woli dwóch narodów. Musiało do niego dojść! - kontynuował, grzmiąc z trybuny. - Ludność całej Polski i Lublina tu, pod pomnikiem Unii Lubelskiej, domaga się jedności państwa polskiego z Litwą! - Rozległy się oklaski. - Szczególnie teraz, gdy musi odpowiadać na liczne prowokacje litewskie! Gdy musi bronić polskich obywateli, którzy wbrew swej woli się tam znaleźli...
- Na Kowno! - wrzasnął Anioł dokładnie przed nosem jednego jegomościa w czarnym palcie. Palto było zbyt grube jak na dosyć słoneczny dzień. Ocenił, że właściciel przyjechał właśnie z prowincji. Wczoraj było jeszcze chłodno. Być może w interesach, być może również z dużą gotówką.
- Na Kowno! - powtórzył hasło delikwent, któremu udzieliło się podniecenie tłumu. Od krzyku i machania zrobiło mu się gorąco i rozpiął ubranie. Niecałe dziesięć sekund później Anioł miał w swej gładkiej, szczupłej dłoni pokaźnych rozmiarów skórzany portfel. Schował go, wycofując się w momencie, gdy kolejny mówca przesuwał się w kierunku głośnika.
- Głos oddaję lubelskiemu przedstawicielowi Towarzystwa Pomocy Polonii Zagranicznej...
Anioł spojrzał na zegarek z dewizką, który jeszcze niedawno był w kieszeni czyjegoś surduta. Opłacało się. Był dobrej marki. Niestety, tak jak się obawiał, wskazówki pokazywały już późną godzinę. Prócz zegarka miał jeszcze dwa portfele i zwitek pieniędzy, gdy musiał przerwać łowy. Taka okazja szybko mogła się nie powtórzyć, ale był umówiony z Dziurawcem. Ruszył w kierunku baobabu, jak nazywano potężną czarną topolę rosnącą na placu Litewskim. Mimo że był już dosyć daleko, doskonale słychać było głos kolejnego rozentuzjazmowanego mówcy.
- By chronić polskich obywateli poza granicami naszego kraju, wydaliśmy odezwę! - huknął. - Domagamy się stworzenia z Polski i Litwy jednego wielkiego państwa! Jesteśmy gotowi do poniesienia jak największych ofiar! Wszystkich, do których wezwie nas naczelny wódz! Marszałek Polski Rydz-Śmigły!
- Wodzu, prowadź na Kowno! - krzyknął sobie Anioł, ale już bardziej pod nosem, w kierunku stojącego pod drzewem Dziurawca, który nieprzychylnym wzrokiem spoglądał na tłum.
- No to chodź - powiedział Dziurawiec, gdy tylko go zobaczył.
- Na Litwę?
- Na Kapucyńską - oświadczył i splunął pod nogi. - Belfiore już pewnie na nas czeka.
Ruszyli, idąc w niewielkiej odległości od siebie. Właściwie tak, jakby się nie znali. Minęli plac, gdy jakiś chłopak zaczął krzyczeć.
- Wujku! Wujku Aniele! - Spojrzeli na siebie i zaczęli iść dalej. - Wujku Aniele! Poczekaj.
Dziurawiec przystanął i powoli odwrócił się, spluwając znowu pod nogi ze złością. Rudy, zasapany, siedmio-, może ośmioletni chłopiec dogonił zmieszanego Anioła. Wyciągał przed siebie dłonie. W jednej miał garść guzików, w drugiej tylko jeden. - Wujku, patrz!
- Czego się drzesz? - warknął Anioł, widząc spoglądających na nich ludzi. Dziurawiec ruszył, nie oglądając się na nich.
- Patrz na to! - głośno powtórzył chłopiec, wyciągając rękę z jednym guzikiem wyżej do góry. Anioł dostrzegł zdobycz i prawie jednocześnie zobaczył w oddali posterunkowego obciągającego mundur. Chwycił chłopaka za kołnierz kapoty, ścisnął i prawie uniósł do góry.
- Matka was nie wychowała. Ręce do kieszeni, ale już. Ze wsi przyjechało toto i wrzeszczeć będzie po placach. Domu nie masz, łapserdaku?! - krzyczał, ciągnąc chłopca przed sobą, tak że ten ledwo przebierał nogami w powietrzu.
- Ale wujku!
- Co wujku?! Do matki zaprowadzę, to skórę przetrzepie, łeb urwie i pod kamień wsadzi! - Chłopiec zaczął kwękać, a Anioł nie przestawał go ciągnąć. Zatrzymał się dopiero za rogiem. Tam puścił kapotę. Malec zaczął uciekać, ale tam czekał na niego Dziurawiec. Chwycił go za ramię.
- Tym razem cię dopadłem - powiedział, rozpoznając chłopaka, który niedawno kopnął w niego śmierdzącą piłką. Puścił jego ramię, ale natychmiast chwycił go za ucho i pociągnął wysoko do góry. - Nie umiesz się zachować wśród ludzi? Dzikus jesteś? Co to było?
Malec zasyczał z bólu, wykrzywił twarz, ale już nie płakał, widząc minę Dziurawca.
- Kuzyn - wyjaśnił Anioł. - Powiedziałem mu wczoraj, że będę go uczył, jak mi przyniesie sto guzików. - Malec na dowód pokazał mu garść.
- Tu na placu je uciąłeś? - spytał Anioł.
Chłopiec pokiwał głową.
- Jak masz na imię?
- Stefan - jęknął chłopiec, bo Dziurawiec pociągnął go jeszcze wyżej za ucho i nachylił się nad nim. Młody był już na samych czubkach palców.
- Nie nazbierałeś stu. Sprawdź, Stefan, czy cię nie ma w domu. I to migiem. - Puścił chłopaka, który natychmiast rzucił się do ucieczki. W biegu rozcierał ręką ucho i lamentował jednocześnie.
- Ten jeden był od munduru policyjnego - powiedział Anioł z dumą w głosie, gdy chłopak odbiegł na kilkanaście metrów, potykając się po drodze. - Ma chłopak talent. Po mnie - dodał, patrząc na swoje dłonie.
- Ma. - Dziurawiec kiwnął głową z uznaniem. Sam miał kwadratowe wielkie ręce, które ledwo mieściły się we własnej kieszeni, a co dopiero w cudzej. Za to mogły zabić. - Będą z niego ludzie - stwierdził po chwili, a Aniołowi prawie zaszkliły się oczy ze szczęścia. Aż przystanął, głośno wzdychając. Zdjął czapkę i przygładził siwe loki, kręcąc głową z uznaniem. - Policjantowi przyciął - dodał ze wzruszeniem.
- Chodźmy - pospieszył go Dziurawiec. - Mam plany na później.
Na szczęście Belfiore już na nich czekał. Wyjściowo ubrany, w czarnej koszuli w białe grochy, stał w bramie kamienicy. Opierał się o framugę drzwi i wachlował gazetą, którą trzymał w ręku. Wyglądał jak Rudolf Valentino. I zachowywał się jak Rudolf Valentino. Teraz odprowadzał wzrokiem dwie licealistki, które głośno chichocząc, oglądały się za nim. Puścił do nich oko. Przestały chichotać i obie jednocześnie zaczerwieniły się po sam czubek nosa. Gdy były za rogiem, Belfiore wyjął z kieszeni mały grzebyk i przeczesał starannie wypomadowane włosy, przygładzając równiutki przedziałek nad lewym okiem. Przezwisko dostał po nazwie hurtowni artykułów kolonialnych, która przez chwilę miała przedstawicielstwo w Lublinie. Starał się tam o posadę, popracował trochę i zaczął z powodzeniem udawać Włocha, jeśli jakieś damy zdecydowanie nie gustowały w Żydach. Chociaż Dziurawiec dziesięć razy lepiej mówił w jidysz, to Belfiore miał za żonę pobożną Żydówkę i tak naprawdę nazywał się Dawid Gajermann.
- Santa Madonna! - zawołał na ich widok. - Ile mam czekać? Już myślałem, że nie przyjdziecie i mi rendez-vous przepadnie i dwa bilety do Rialto. Panią Walewską grają.
- A klucze będziesz miał?
- Anioł, to twoja robota! - żachnął się Belfiore. - Ja za to wiem, że profesorka nie ma, a pulchna Józia ma wychodne. Zaraz zejdzie. Macie dwie godziny. To najprostsza robota na świecie. Bierzecie i wychodzicie. Lepiej stańcie gdzieś obok.
Rzeczywiście za chwilę w drzwiach kamienicy pojawiła się dziewczyna w fikuśnym kapeluszu. Belfiore szybko objął ją w pasie i zaczął szeptać:
- Jaka bella, mój aniele, o cara mia! - Dziewczyna śmiała się zadowolona, ale chciała jak najszybciej odejść spod okien, z których mogliby wyjrzeć sąsiedzi. Belfiore zatrzymał ją. Przycisnął do siebie, tak by nie widziała stojącego za nią Anioła.
- Poczekaj. Patrz! - powiedział do niej i zaczął rozkładać gazetę. - Czy twoje usta są stworzone do pocałunków? - przeczytał i pokazał Józi reklamę pomadki Amour, zaglądając jej prosto w oczy. Józia chichotała, trzęsąc całym swoim pulchnym ciałem. To wystarczyło, by Anioł otworzył jej torebkę i chwilę przebierając palcami, wyjął klucze do mieszkania.
Dwie godziny później, gdy Józia całowała się namiętnie w bramie wejściowej, Anioł, udając pijanego, wpadł na przylepioną do siebie parę. Klucze wylądowały w torebce, nim Belfiore zdążył wykrzyknąć:
- Won mi stąd! Porca miseria!
Poszło jak z płatka.
Małe były szanse na to, by ktoś się zorientował, że w mieszkaniu doszło do kradzieży. Nie zabrali nic oprócz klaserów z monetami. Za to, aby nie zginęło nic innego, Niemiec płacił podwójnie. Ciężko było szczególnie Aniołowi, który nie wytrzymał i wsypał sobie cukier z cukierniczki prosto do ust. Na więcej Dziurawiec mu nie pozwolił. Potem zainkasował pieniądze. Rozliczył się z Belfiorem, który jak zwykle radośnie skwitował, że "bogactwo szczęścia nie daje, ale gotówka i owszem".
Tak jak planował, miał wystarczająco dużo czasu. Poszedł więc na Narutowicza, by sprawdzić, co z wdową po dozorcy, która nie chciała się wyprowadzić z sutereny w kamienicy. Trafił w sam środek przedstawienia. Krzycząca kobieta wzywała do siebie wszystkich świętych i przyciągnęła masę przechodniów, którzy z wielką ciekawością obserwowali całe wydarzenie. Wystawiła z mieszkania łóżko wprost na chodnik i położyła na nim trójkę dzieci. Pomstując na cały świat, przykryła je kołdrami i oznajmiła wszystkim, że tu będzie spać.
- Pod oknami właściciela, którego Bóg pokarze!
Dziurawiec odszukał kamienicznika i zaproponował mu ludzkie rozwiązanie przyziemnych problemów.
Wrocław, maj 1938 roku
Profesor Dagobert Frey poprawił kraciastą muszkę i przetarł złożoną chusteczką wysokie czoło. Zaczesał do tyłu srebrzystą falę włosów, które, mocno przerzedzone na górze, jeszcze dosyć bujnie rosły z tyłu głowy. Przerzucił przez ramię letni płaszcz, wziął do ręki walizkę i opuścił gmach Instytutu Historii Sztuki na Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma we Wrocławiu. Nie omieszkał zauważyć kilku zazdrosnych spojrzeń kolegów, którzy odprowadzali go wzrokiem do samych drzwi Instytutu Sztuki Wschodniej. Prawie każdy wiedział, że wybiera się w kolejną podróż do Polski i znowu ma na nią fundusze. I to nie tylko uczelniane. Sunął za nim cień zawiści, z czego profesor Frey zdawał sobie sprawę i nawet czerpał pewną satysfakcję. Gdy siedem lat temu przenoszono go z Wiednia do Wrocławia, niektórzy poczytywali to za degradację. On sam przez krótki czas również tak myślał. Był specjalistą od Michała Anioła, a wchodził w zupełnie obcy mu świat. Na uniwersyteckie rubieże. Z dala od ważnych dysput, naukowych rozpraw i wielkiej sztuki europejskiej. Ale nie poddał się. Potraktował to jak wyzwanie. Zaczął od badania sztuki Śląska. A potem ruszył jeszcze dalej. Na wschód. Tam czekała na niego prawdziwa terra incognita, tereny zupełnie nieznane niemieckiej nauce. Tam znalazł nowe miejsce dla siebie. Przyszłość pokazała, że wybrał doskonale. Po dojściu Hitlera do władzy cała polityka Niemiec zdawała się kierować w tę stronę i powszechnie popierano jego badania. Mit niemieckiego Wschodu otwierał dosłownie wszystkie drzwi. Teraz jechał na dworzec kolejowy służbowym samochodem Niemieckiego Dziedzictwa. Miał trochę czasu, więc na tylnym siedzeniu porozkładał papiery, sprawdzając, czy czegoś nie brakuje. Ukazało się kilka artykułów na temat dziejów osadników, którzy kolonizowali obszary w środkowej Europie.
Zamierzał przeczytać je w czasie podróży. Miał też kilka stron wytycznych, które były do zrealizowania, lecz nie mógł ich znaleźć. Zaczął się denerwować.
- Ile mamy czasu do odjazdu pociągu?
- Godzinę - odpowiedział młody szofer.
- Aha. To jeszcze zdążymy się cofnąć?
- Nie zdążymy - zakomunikował chłopak wojskowym tonem. - Mam odebrać jeszcze kolejnych panów.
- Ach. Nie wiedziałem... No tak - westchnął głośno Frey. - Jaka szkoda... - żalił się, ale nie usłyszał już nic w odpowiedzi. Kierowca jechał dalej prosto. Nawet się nie obrócił. Właściwie Frey widział tylko jego wygolony kark i ręce na kierownicy.
W dalszym ciągu szukając papierów, próbował odtworzyć z pamięci, co było zapisane na tych kartkach. Te, które sam zapisał, pamiętał. Przed oczami pojawiały się daty spotkań i kolejno numery telefonów do profesora Stanisława Lorentza, który miał mu zaprezentować nowy gmach Muzeum Narodowego i tamtejsze zbiory, Stanisława Ejsmonda, który miał mu pokazać gabinet rysunków mistrzów obcych w warszawskiej Zachęcie, i profesora architektury Jana Zachwatowicza, który chciał osobiście oprowadzić go po Warszawie i niedawno odsłoniętych starych murach miejskich. Frey miał tam zobaczyć fragmenty fosy i mostu. W tej chwili najbardziej interesowała go średniowieczna architektura obronna i zamkowa. To było bardzo ważne. Zamierzał zbadać, jak daleko sięgają niemieckie wpływy. Miał też jeszcze inne zobowiązania.
- O, mam! - wykrzyknął.
- Jedzie pan do Polski, prawda? - zapytał z własnej inicjatywy szofer.
- Tak - odparł profesor Dagobert Frey, chowając znalezione kartki do oddzielnej przegródki.
- Nie boi się pan?
- A czego?
- Polacy źle traktują Niemców. Ja bym sobie z nimi poradził, ale pan już młody nie jest.
Profesor obruszył się na tę bezczelną uwagę o wieku. Z reguły miał do czynienia z młodzieżą uczelnianą, odpowiednio się do niego odnoszącą.
- Jeżdżę tam od 1934 roku! - oświadczył. - Z naukowcami i studentami. I nic złego nam się nie przydarzyło - dodał z przekonaniem.
Wiedział, co mówi. Był już wszędzie. Gdyby nie jego fenomenalna pamięć, sterty notatek, setki zdjęć, trudno byłoby to spamiętać. Był w Krakowie, Sandomierzu, Kielcach, Płocku, Łodzi, Poznaniu, Lwowie, Tarnopolu, na Wołyniu i w Lublinie.
- No to ma pan szczęście - z niedowierzaniem w głosie powiedział szofer.
Profesor pokiwał głową. Rzeczywiście miał. Dzięki badaniom pograniczy niemieckiej sztuki stał się znany w świecie nauki i to wystarczyło, by wszędzie przyjmowano go z wielką życzliwością. Na oścież otwierano mu nie tylko drzwi muzeów, bibliotek, kurii biskupich i archiwów zakonnych, ale i prywatne siedziby arystokratycznych i pańskich dworów. Kustosz Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego opowiadał mu o tajemnicach zbiorów i pokazał nawet nieopracowane materiały, do których drogą oficjalną nigdy nie mógłby dojść. To były tak owocne badania, że już po siedmiu latach pracy profesor Dagobert Frey mógł opublikować wiele rozpraw i, jak to sam powtarzał, "rozpływać się z powodu radosnej dumy z wielkiego czynu niemieckiego, wschodniego osadnictwa na polu kultury". Właśnie w tym tonie napisał wstęp do książki, którą zamierzał opublikować po przyjeździe z Polski. Teraz mogła być nie do końca dobrze zrozumiana przez niektórych polskich badaczy, a to mogłoby popsuć obecne zbieranie materiałów.
- Zobaczy pan, rozpętają wojnę. Oni albo Żydzi. Dużo na ten temat czytałem i wiem! - Kierowca nie dawał za wygraną i zatrzymał się pod siedzibą SS. Profesor wyjrzał przez okno. Przystojny trzydziestolatek z walizką w ręku zmierzał w ich kierunku.
- Zna go pan? - zdziwił się. Miał pamięć do twarzy, a tej nie rozpoznawał. Kierowca pokręcił głową.
- Dzień dobry. Profesor Dagobert Frey? Nazywam się Gerhard von Lossow. Będę miał przyjemność z panem podróżować - oświadczył młodzieniec, zamykając drzwi samochodu.
- A mogę spytać, czym się pan zajmuje? Chyba do tej pory nie mieliśmy przyjemności...
- Nie, nie znamy się. Obecnie zajmuję się, że tak powiem, skutkami bitwy pod Tannenbergiem. Grunwaldem, jak mówią Polacy.
Profesor Dagobert Frey uśmiechnął się uprzejmie, jak to miał w zwyczaju, i szybko odwrócił głowę. Zacisnął zęby i patrzył w okno, jakby najbardziej interesowało go to, obok czego właśnie przejeżdżają. W środku aż trząsł się z nerwów.
Banda młodych karierowiczów, pomyślał. Właśnie teraz, gdy bada architekturę wojskową i próbuje ustalić, jak daleko sięgały wpływy krzyżackie. Skąd on się wziął? Kto go przysłał? Jak się go pozbyć? Kto za nim stoi?
- Przepraszam, profesorze. Na sztuce to ja się właściwie nie znam... - Gerhard von Lossow odezwał się po dłuższej chwili, a profesor z zaciekawieniem odwrócił głowę.
- To na czym się pan zna? Archeolog czy etnograf? - spytał.
Nie uwierzył mu, zaczął podejrzewać prowokację.
- Ani to, ani to. Niestety. Znam polski. Jadę z misją dyplomatyczną...
- Aha. - Freyowi od razu poprawił się humor. - A to ciekawe...
Pomyślał, że jednak będzie to kolejna bardzo udana podróż. I była.
Warszawa, czerwiec 1938 roku
Stanisław Ejsmond stał pod ścianą w Sali Matejkowskiej warszawskiej Zachęty i znudzony patrzył na bukiet biało-czerwonych łubinów. Trzymała go jedna z dwóch gimnazjalistek stojących na środku. Tyłem do Bitwy pod Grunwaldem, a przodem do reszty klasy, która w nagrodę właśnie odbywała wycieczkę z okazji hucznych obchodów setnej rocznicy urodzin Jana Matejki. Dwie dziewczyny na przemian recytowały przygotowany wcześniej pean ku czci artysty. Domyślał się, że po uroczystości kwiaty trafią na jego ręce. Postanowił w duchu, że po oprowadzeniu niemieckiej delegacji, która miała pojawić się w Zachęcie zaraz po zakończeniu tej akademii, pojedzie do domu, zamknie się w pracowni i je namaluje. Na razie łodygi ściskała gimnazjalistka. Miała policzki tego samego koloru co czerwone kokardki na jej warkoczach, być może dlatego, że jedna z wiotkich gałązek złamała się i dziewczyna nerwowo próbowała upchnąć ją do środka bukietu.
- ...Był on wyrazicielem najtajniejszych pragnień duszy polskiej. Celem jego było pokazać Polskę w całym blasku jej potęgi! I tragizmie jej upadku! - deklamowała stojąca obok niej, krótko ostrzyżona piegowata dziewczyna.
- Żarem swego geniuszu narzucił społeczeństwu królewską misję, która towarzyszyła mu od chłopięcych lat, aż po ostatnie dni w... w olbrzymim trudzie twórczym jego... jego... żywota - dokończyła niepewnie gimnazjalistka trzymająca kwiaty.
Młoda nauczycielka z plamą na policzku, którą zasłaniała opadającymi na bok włosami, cały czas kiwała głową w rytm recytacji i bezgłośnie poruszała ustami, powtarzając wyuczony tekst. W sali robiło się coraz tłoczniej. Oprócz szkolnej grupy pojawiły się inne wycieczki i pojedynczy zwiedzający, oglądający pozostałe wyeksponowane na ścianach obrazy bądź przystający i przysłuchujący się uroczystemu apelowi.
- Po tylu latach niewoli! Twórczość ta okazała zdumionemu światu nie tłum spodlonych niewolników! Lecz wielki naród świadomy swej odrębności! - głośno recytowała piegowata dziewczyna, zadowolona z coraz większej grupy słuchających.
Szczególnie z jednego gościa, który do tej pory przez prawie pół godziny bez przerwy patrzył na obraz przedstawiający bitwę, a teraz stanął z boku i z kamienną twarzą wsłuchiwał się w wygłaszane słowa. Zwróciły na niego uwagę wszystkie dziewczyny. Niektóre zerkały, niektóre odważyły się nawet szeptać coś między sobą, pokazując mężczyznę palcem. Stanisław Ejsmond także zaczął mu się przyglądać. Blondyn z kwadratową szczęką i niesamowicie niebieskimi oczami. W eleganckiej jasnej marynarce wyglądał jak aktor filmowy. Ejsmond zastanawiał się, czy skądś może go znać. Ostatnio rzadko chodził do kina, ale z racji swojej funkcji bywał w tylu miejscach i na tylu bankietach, że znał już całą warszawską śmietankę towarzyską. Teraz co prawda najważniejsze było to, że główne uroczystości z okazji rocznicy urodzin Matejki dobiegały końca. W tej chwili gościły już tylko pojedyncze wycieczki z prowincji. Zapowiadał się spokojniejszy okres.
To przyjęcie też miało się ku końcowi. Teraz nadeszła kolej na dziewczynę z bukietem, ale ta również zagapiła się na przystojnego mężczyznę, a ten uśmiechał się pod nosem. Otworzyła usta, ale nie potrafiła wypowiedzieć ani słowa. Coraz bardziej zdenerwowana zaczęła podskubywać liście trzymanych kwiatów. Nauczycielka podpowiadała, najpierw szepcząc, a po chwili wszyscy już słyszeli jej słowa.
- Naród... który... broniąc się...
- Broniąc się dzień i noc od... - dziewczyna dokończyła niepewnie.
- Od... sił... przemożnych...
- ...Sił przemożnych... - dopowiedziała uczennica, ale nic więcej nie potrafiła z siebie wydusić i wbiła wzrok w podłogę.
Stojąca obok nastolatka mocno wyprężyła małe piersi, wzięła głęboki oddech i wyrecytowała:
- Cała Polska składa dziś hołd pamięci tego! Który! - podkreśliła. - Czarem swego artyzmu wskrzesił wizję niepodległej Polski! Mistrza! - kontynuowała zadowolona z siebie. - Który w dniach niewoli! Pocieszał serca pokoleń. Przepowiedział zmartwychwstanie! I potęgę naszej ojczyzny! - zakończyła, a nauczycielka odetchnęła z ulgą.
Stremowana dziewczyna nie wytrzymała, łzy poleciały jej z oczu i wybiegła z sali. Stanisław Ejsmond westchnął. Uciekła z bukietem w ręku. Na podłodze, w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą stała, został tylko jeden ułamany kwiat.
- W imieniu lubelskiej szkoły dla dziewcząt i biblioteki - zaczęła po chwili nauczycielka miękkim głosem z dalekim wschodnim akcentem - chciałybyśmy bardzo podziękować za możliwość podziwiania tego największego z dzieł naszego mistrza. - Odwróciła się i pokazała ręką na obraz. - Chciałabym tylko jeszcze dodać, że nasza szkoła zorganizowała u siebie wystawę poświęconą twórczości Jana Matejki, a uzyskany z niej dochód w całości został przekazany na zakup masek gazowych i... - powiedziała i zawiesiła głos, bo przystojny mężczyzna podszedł, podniósł leżącą obok niej pojedynczą łodyżkę czerwonego łubinu i wręczył nauczycielce. Ejsmond stał najbliżej i był prawie pewien, że wcisnął jej w dłoń jakiś liścik.
- Dziękuję - odpowiedziała, a kilka dziewcząt jęknęło jednocześnie. - Podziękujmy wszystkie - zaproponowała nauczycielka niepewnym głosem - wiceprezesowi galerii panu Stanisławowi Ejsmondowi za to, że nas tak tu ugoszczono i pozwolono podziwiać wielką sztukę. To będzie dla nas niezapomniany czas.
- Dzię-ku-je-my! - powiedziały wszystkie dziewczęta naraz. Jednak żadna nie patrzyła na Ejsmonda, tylko na wychodzącego mężczyznę, który przemierzał salę dumnym krokiem.
Stanisław odprowadził chichoczące i świergoczące dziewczęta. Pożegnał się z nimi i bez kwiatów wrócił do swego gabinetu. Za chwilę miała się pojawić delegacja niemieckich i austriackich uczonych z wrocławskiego uniwersytetu. Poprosił sekretarkę o herbatę. Wyciągnął listę naukowców, którzy mieli za chwilę przybyć do Zachęty.
Profesor Dagobert Frey, doktor Kajetan Mühlmann, Günther Grundmann, Wilhelm Ernst de Palezieux.
Żadnego z nich nie poznał jeszcze osobiście.
Nagle otworzyły się drzwi. Stanął w nich Stanisław Mikulicz-Radecki, dyrektor Zachęty. Za nim wszedł wysoki mężczyzna w garniturze o wyraźnie żydowskich rysach twarzy, który trzymał za rękę ośmioletniego chłopca w krótkich granatowych spodenkach i białej bluzeczce z aksamitką przewiązaną pod szyją.
- Stanisław Ejsmond, wiceprezes. Daniel Faber z ministerstwa... - przedstawił gościa dyrektor.
Ejsmond zerknął na swoją kartkę. Takiego nazwiska tam nie było.
- Staszku, nie szukaj, nie szukaj. Pan Daniel Faber, z tych Faberów, jak ci zapewne wiadomo. - Kiwnął porozumiewawczo głową. - Składa nam wizytę w pewnej poufnej sprawie - wyjaśniał dalej dyrektor, a Stanisław spojrzał na małego, chudego chłopca.
- Jona Faber, mój syn. Bardzo przepraszam, żona zachorowała i... ja z bardzo krótką wizytą, która musiała odbyć się właśnie teraz... i dlatego, a zawsze, jak tu idę... - zaczął się tłumaczyć niespodziewany gość.
- Tato, pozwolisz? - przerwał mu malec, szarpiąc ojca za rękaw. - Proszę na mnie nie zwracać uwagi. Niech panowie sobie nie przeszkadzają. Usiądę tu. - Pokazał na krzesło przy drzwiach. - I zajmę się lekturą. - Zapanowała cisza, ale nikt nie zaoponował, więc chłopczyk usiadł na krześle, rozłożył na kolanach cienką książeczkę i zaczął czytać, machając nogami.
Ejsmond z Radeckim spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się szeroko. Daniel Faber uniósł błagalnie oczy do nieba, a w końcu też się zaśmiał. Wszyscy podeszli do biurka.
- Proszę mi wybaczyć - zaczął znowu, oglądając się na syna.
- Nic nie szkodzi - odparł Stanisław Ejsmond. I również zerknął na chłopca, zastanawiając się, kim jest jego matka, bo malec nie był podobny do ojca, był blondynkiem o wielkich jasnych oczach. - Jest tu zawsze mile widziany. Nawet jako honorowy gość.
- Ach... Ja nie w sprawie Matejkowskiego obrazu, choć może poniekąd... Moja wizyta nie jest oficjalna, bo taką być nie może. Bardzo późno dowiedzieliśmy się, właściwie ja się dowiedziałem... Nie mam oczywiście oficjalnego zawiadomienia, bo takiego mieć nie musieliśmy, nikt nie musiał nam tego zgłaszać, ale może lepiej by zwrócić na to uwagę... Bo jeśli moje przypuszczenia... - plątał się Daniel Faber, przestępując z nogi na nogę jak uczeń w szkole. - Podobno jestem uprzedzony... Ja tak nie uważam, a może się mylę... to trudno sprawdzić... - Stanisław Ejsmond prawie go nie słuchał, bo patrzył na chłopca. Ojciec stał do niego plecami i nie widział, jak ten, udając, że czyta, kręcił z niedowierzaniem głową.
- Panie Danielu, do rzeczy. - Dyrektor Zachęty poklepał go przyjaźnie po ramieniu, a Ejsmond widział, jak chłopiec uniósł do góry ręce, jakby dziękował niebiosom.
- No tak, no tak. Spróbuję... - westchnął głośno Daniel Faber. - Wydaje mi się, że w ostatnim czasie obserwuję wzmożone zainteresowanie Niemców sztuką polską.
- Cóż, należy się z tego tylko cieszyć - powiedział Mikulicz-Radecki, serdecznie rozkładając ręce.
- No, tak. Muzeum Narodowe w podobnym tonie odpowiedziało na moją korespondencję... Ale czytając ostatnio ukazujące się artykuły w wydawnictwach Uniwersytetu Wrocławskiego, Wiedeńskiego i Berlińskiego, należałoby wzmóc czujność... Polityka naszego sąsiada zdaje się...
- To tylko uczeni... - przerwał mu Ejsmond. Gdy tylko mógł, nie interesował się polityką.
- Tak, oczywiście. Wiem, wiem, wiem... - Faber znowu zaczął się jąkać, przygładzając i tak przylizane już włosy. - Ale nauka w różnej służbie staje... Ja bym tylko upraszał, aby wzmóc czujność. Aby zapamiętać jakieś niepokojące sygnały...
- A może po prostu będzie nam pan towarzyszył w spotkaniu z historykami niemieckimi. Jako konsultant Zachęty - zaproponował Mikulicz-Radecki i puścił oko do Ejsmonda. Ten uśmiechnął się. Był to dobry sposób na pozbycie się nadwrażliwego urzędnika. - To już za chwilę i nie potrwa długo, bo z tego, co mi wiadomo, goście mają napięty plan.
- Świetny pomysł - podchwycił Stanisław Ejsmond. - Wyciągnie pan wnioski.
- A... Sam nie wiem. - Daniel Faber podrapał się po garbatym nosie.
- Tato... Doświadczenie ponad wszystkim - wtrącił się malec zza pleców ojca. Spojrzeli na niego. - Uprzejmie przepraszam, że się wtrącam, ale muszę to powiedzieć. Mną proszę się nie przejmować. Czytam tu sobie Misia na froncie. - Pokazał okładkę popularnej książki dla dzieci. - Czyli, jak zapewne panom wiadomo, Miś pojawia się na wszystkich frontach wielkiej wojny światowej, a ja jestem przy pierwszym. Zajmie mi to jeszcze jakieś pół godziny do czterdziestu minut...
- Czyli jeżeli wycieczka się nie spóźni... - zaczął Mikulicz-Radecki, gdy otworzyły się drzwi i wychyliła się zza nich głowa sekretarki.
- Przepraszam, są już profesor Dagobert Frey i...
- Proszę przekazać, że idziemy - powiedział Mikulicz-Radecki.
Daniel Faber kiwnął głową, dając znak, że do nich dołączy. Chłopiec wrócił do czytania.
Wycieczka składająca się z uczonych i pracowników Zachęty przeszła kilka sal, wymieniając uprzejmości. Stanisław Ejsmond jako lepiej mówiący po niemiecku przedstawiał niektóre ekspozycje, a panowie z grzecznością wyrażali zainteresowanie. Daniel Faber w milczeniu szedł kilka kroków za zwiedzającymi.
- Właściwie to bylibyśmy najbardziej zainteresowani drukami dawnymi...
- Mamy wielką kolekcję malarską i rysunków, rycin...
- Doskonale - ucieszył się profesor Dagobert Frey. - Mamy nadzieję zobaczyć tam eksponaty najbardziej pasujące do naszych badań, które są, co zrozumiałe, związane przede wszystkim z wpływami sztuki niemieckiej na terenach Polski.
- Właśnie tam zmierzamy - wyjaśnił Stanisław Ejsmond.
- Po drodze mamy jeszcze tylko najważniejszy obraz w naszej kolekcji - wtrącił Mikulicz-Radecki, uśmiechając się pod nosem, jakby robił jakiś psikus. - To Bitwa pod Grunwaldem naszego mistrza Jana Matejki.
- Mamy dosyć napięty plan - odparł jeden z mężczyzn, patrząc na zegarek. Stanisław Ejsmond rozpoznał Kajetana Mühlmanna. - Interesuje nas jeszcze Muzeum Narodowe i Zamek.
- O tak, oczywiście. Ale mimo... mimo różnic w poglądach na naszą historię możemy przyjrzeć się doskonałemu malarstwu historycznemu - oświadczył Dagobert Frey, marszcząc brwi, i gdy tylko znaleźli się w sali, ruszył w kierunku obrazu. - Świetna technika - powiedział, patrząc na płótno z odległości dziesięciu centymetrów. - Zwróćcie, panowie, uwagę, jak to jest malowane. Wiele obrazów z tamtej epoki pęka, kruszy się, łamie, a ten wytrzymuje próbę czasu, kolory jak nowe - zachwycał się.
- Jan Matejko znany był ze swojego warsztatu. Używał farb, przede wszystkim... - zaczął Stanisław, chcąc opowiedzieć o technice malarskiej.
- To widać - przerwał mu profesor. - Można by godzinami na to patrzeć... Nas niestety, jak powiedział kolega, czas nagli - zakończył, odwracając się w kierunku drzwi.
- Nadmienię tylko - zaczął Mikulicz-Radecki, chcąc ich jeszcze trochę przetrzymać przed obrazem, na który zbytnio nie chcieli patrzeć, a który chciał, żeby obejrzeli - że jest tu z nami kuzyn byłych właścicieli obrazu, pan Daniel Faber - oświadczył i pokazał na stojącego za ich plecami Daniela. - Jego dziadek odbywał pierwsze wycieczki z Matejkowskim płótnem, między innymi był z nim w Wiedniu, w Berlinie i...
- Aha, Żyd - wtrącił się Kajetan Mühlmann, obrzucając Fabera wzrokiem. - Kupili na handel obwoźny - dodał już w kierunku swoich towarzyszy, ale tak, by słyszeli to wszyscy. Niemcy zaśmiali się cicho.
- Przepraszam - kategorycznym tonem odezwał się Ejsmond, który patrzył na skulonego Fabera starającego się ukryć w swoich własnych ramionach. - Chciałbym zwrócić uwagę na to, że spadkobiercy Dawida Rosenbluma odsprzedali obraz Towarzystwu Zachęty za połowę jego wartości. A ponadto wdowa, pani Amelia Rosenblumowa, ofiarowała Zachęcie przysługującą jej część pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży obrazu. To było wyjątkowo szlachetne z jej strony. Wspomogło, wzbogaciło naszą galerię...
- Ależ oczywiście, rozumiemy - przerwał mu Dagobert Frey. Kajetan Mühlmann nie odezwał się już. - To wspaniałomyślny gest - zaczął się tłumaczyć profesor.
- Cieszę się, że się zgadzamy. Pozwolą panowie, że wrócę do swoich zajęć. Po gabinecie rysunków mistrzów obcych oprowadzi panów pan Mikulicz-Radecki. Proszę wybaczyć. Obowiązki - powiedział Ejsmond, skinął głową i wyszedł.
Zdenerwował się kpiarskimi minami zwiedzających i tym, że nie interesowały ich żadne bieżące wystawy, fotografowali to, co było na ścianach, i zajmowali się zbiorami dawnymi. Ich zachowanie było niegrzeczne, ale czy dziwne, zapytał sam siebie. On był Żydem, a oni Niemcami. Miał prawo być uprzedzony... Nie znalazł odpowiedzi.
Za to przechodząc, usłyszał jedną z pań opiekujących się salami, rozmawiającą ze sprzątaczką.
- Widziała go pani?
- Ależ przystojny mężczyzna, napatrzeć się nie mogłam.
- A Jadwiga z szatni to aż tu za nim przyleciała popatrzeć.
- Jak malowany.
- Aktor chyba jakiś.
- Szkoda, że Niemiec - usłyszał Ejsmond i zwolnił kroku.
- Po polsku mówi, toby się człowiek dogadał. - Zaczęły się śmiać.
Stanisław Ejsmond przystanął. Zaczął dopytywać się o niecodziennego gościa, na którego, jak się okazało, wszyscy zwrócili uwagę. Szczególnie kobiety, ale nie tylko. Ochroniarz pamiętał, że pojawiał się tu dwa dni z rzędu. Dzień wcześniej podobno siedział pod Bitwą do samego zamknięcia. Nie interesowało go nic innego. Ani Dama z klejnotami Czachórskiego, ani Zaloty Brandta, ani Bociany Chełmońskiego, ani też Spotkanie Tuhaj-beja z Chmielnickim Kossaka. Ani żaden inny wiszący w sali obraz. Tylko ta Bitwa.
- Trzeba było go upraszać o wyjście - dodała sprzątaczka. - Tak mu się spodobał.
- Mówił coś jeszcze?
- Chyba że takie wrażenie ma... - powiedziała sprzątaczka, drapiąc się po głowie - ...że on taki, ten obraz, czerwony, ognisty, chyba taki. Prawie widzi, jak płonie. Jakoś tak powiedział.
Bolesław Surałło-Gajduczeni kręcił ósemki od rana, jeżdżąc rowerem po placu Napoleona w Warszawie. Sam miał z tego sporo radości, a i wzbudzał powszechne zainteresowanie. Rower marki Łucznik wyróżniał się, i to już na pierwszy rzut oka. Co bardziej zorientowani przechodnie wiedzieli, że to model wojskowy. Był w kolorze khaki, miał czarną kierownicę, wzmocnioną ramę i tornister przy siodełku. Był też uchwyt na karabin maszynowy. Ale Bolesław karabinu nie miał, włożył tam parasolkę żony. Jego żona Maria siedziała na ławeczce i od czasu do czasu kołysała wózek z maleńką śpiącą córeczką, i patrzyła na męża, który cieszył się jak dziecko, testując nowy rower. Miał zlecenie od producenta, Fabryki Broni w Radomiu, i musiał go narysować, ale przedtem postanowił sobie pojeździć. Kręcąc się w tę i we w tę, dojrzał idącego do gmachu Ministerstwa Poczt i Telegrafów Stanisława Ejsmonda. Szedł z bukietem różowych piwonii w ręku i patrzył tylko na nie. Gajduczeni postanowił zajechać mu drogę.
- Dla kogo te kwiaty? - zapytał, hamując przednim kołem tuż pod nogami Ejsmonda.
- Dla wazonu.
- Tylko?
- Cóż - powiedział Ejsmond, rozkładając ręce. - Namaluję, a potem pewnie dam mamie. Przepraszam cię, Bolesławie, ale spieszę się. Mam posiedzenie komisji artystycznej na poczcie... - wytłumaczył się i urwał, bo przed budynek, w którego stronę patrzył, zajechały dwa czarne luksusowe samochody.
- Chyba nie tylko ty - stwierdził Surałło, patrząc na wysiadających z samochodów oficjeli. Zaroiło się od czarnych mundurów oficerów SS.
- Znam go - powiedział Ejsmond pod nosem. Patrzył na rozglądającego się wokół oficera.
- Może oni też na komisję artystyczną - zażartował Surałło, ale zobaczył, że Ejsmond wcale się nie śmieje. Wręcz przeciwnie, kwiaty trzymał tak, jakby miał zamiar je upuścić, i marszcząc czoło, patrzył na wchodzących do budynku. - Kto to?
- Nie wiem, ale był w Zachęcie i wypytywał o nasz Matejkowski obraz... - Przez chwilę patrzyli i nic nie mówili.
- A po co ty tam właściwie idziesz?
- Jest ogłoszenie konkursu na znaczki.
- Kto wygrał?
- Wacław Boratyński. Przede wszystkim za Bitwę pod Grunwaldem... Pięknie to wycyzelował...
- Mogę pójść z tobą? - zapytał Bolesław, a Ejsmond kiwnął głową. - Pożyczysz mi te kwiatki? - Właściwie sam je wziął, bo Stanisław tępo patrzył w kierunku poczty.
Surałło szybko podjechał do żony, oparł rower o ławeczkę, przetarł ręką kierownicę, wręczył piwonie, szepnął kilka słów do ucha, zajrzał do wózka, pomachał i już go nie było.
Po chwili stąpali po marmurowej posadzce ministerstwa. Udało im się nawet dogonić idącą zdecydowanym krokiem delegację niemiecką. Wszyscy oglądali się za esesmanem stawiającym głośne, prawie marszowe kroki. Ten nie zwracał na nikogo uwagi, unosząc dumnie podbródek.
Artystom udało się ich wyprzedzić. Na drugim piętrze delegacja pytała o drogę.
Podbiegli, omijając maszerujących oficerów, mieli kilka metrów przewagi.
Surałło otworzył wielkie, drewniane drzwi, przepuścił kolegę i zaraz je za sobą zamknął.
- A pan to kto? - zapytał postawny przewodniczący siedzący na najwyższym krześle prezydialnego stołu.
Reszta komisji podniosła wzrok znad rozłożonych projektów.
- Osoba towarzysząca - odpowiedział szybko Surałło-Gajduczeni, pokazując palcem na Stanisława Ejsmonda.
- To zamknięte posiedzenie. Nie dla publiki.
Rozległy się szmery.
- Będzie chyba więcej gości - stwierdził Ejsmond, gdy otworzyły się wielkie drzwi.
Wszyscy ucichli na widok oficerów w czarnych mundurach.
- A panowie do kogo?
- Heil Hitler. - Dwóch z nich uniosło ręce. - Przynosimy oświadczenie z ambasady Rzeszy w Warszawie i mamy nadzieję na pokojową odpowiedź - zaczął mówić jeden z oficerów niemal nienaganną polszczyzną, z lekkim niemieckim akcentem.
- A pan to kto?
- Gerhard von Lossow.
- W jakiej sprawie?
- Dokładnie w tej, w której panowie debatują. Przyszliśmy ostrzec.
- Ostrzec? - zapytał przewodniczący. - I skąd panowie wiedzą, o czym my tutaj...
- To chyba najmniej ważne. Ważne, co mamy do przekazania.
- Słuchamy więc - odparł przewodniczący, rozkładając bezsilnie ręce, rozejrzał się i opadł na krzesło.
- Nie ma naszej zgody na treści umieszczone na jednym z projektów znaczków.
- Którym? - zainteresował się ktoś z komisji.
- Umieszczenie Bitwy pod Grunwaldem uznajemy za wymierzoną w Rzeszę Niemiecką prowokację! - Oficer dokładnie artykułował poszczególne słowa. Jakby wyuczył się ich na pamięć. - Pokazywanie rycerza ginącego z rąk barbarzyńców uznajemy za złe pojmowanie historii. Raniące niemieckie uczucia i godzące w dziejową prawdę. - Wszyscy członkowie komisji zaczęli szukać wśród jedenastu rysunków projektu z dobijanym Krzyżakiem. Potem podawali go sobie z rąk do rąk, kręcąc głowami.
- Panowie - wtrącił się stojący obok Stanisław Ejsmond. Podszedł do stołu, ale nie musiał sprawdzać, o jakim projekcie mówią. - Nie wiem, czy panowie dobrze zrozumieli nasze intencje. Może byliby panowie skłonni uprzejmie zauważyć, że właśnie tego roku mamy setną rocznicę urodzin Jana Matejki, naszego wielkiego malarza historycznego. Zachęta przygotowała w związku z tą okolicznością przeglądową wystawę. Oprócz tego - kontynuował Ejsmond - co jest właściwym tematem omawianego znaczka? Właśnie mija sześćdziesiąta rocznica ukończenia Matejkowskiej Bitwy pod Grunwaldem, obrazu, który jest dla Polaków...
- Ten historyczny paszkwil w ogóle nie powinien istnieć! - przerwał mu oficer. - Ale to nie jest przedmiotem naszej rozmowy. Pozostawiamy skierowaną do Ministerstwa Poczt i Telegrafów notę. Oczekujemy satysfakcjonującego nas rozwiązania, inaczej będziemy musieli na tę prowokację odpowiedzieć adekwatnymi środkami. - Oficer podszedł prawie marszowym krokiem do biurka i zostawił kopertę.
- Heil Hitler! - wykrzyczał, wyciągając rękę.
- Heil Hitler! - dołączyli do niego dwaj pozostali Niemcy i tak jak się niespodziewanie pojawili, tak szybko wyszli.
Przewodniczący komisji artystycznej złapał się za głowę.
- To czyste komedianctwo! Nawet się nie przedstawili. Do czego to podobne? Słyszał pan?! - zaczęli mówić prawie jednocześnie.
Stanisław Ejsmond zdjął okrągłe okulary i zaczął je przecierać, jakby do końca nie był pewny nie tylko tego, co słyszał, ale i tego, co przed chwilą widział.
Surałło-Gajduczeni odwrócił się w kierunku Ejsmonda. Jak rzadko kiedy nie wiedział, co powiedzieć.
- Uspokójmy się. - Miotał się przewodniczący, który dostał z nerwów plam na szyi. - Muszę zadzwonić do ministra i... i nie wiem, gdzie jeszcze.
- Może do gazet - podsunął Surałło.
- To może lepiej nie. Poczekajmy na decyzję. Proponuję przerwę. Spotkajmy się tu za godzinę. Tak, tak będzie najlepiej - powiedział przewodniczący, przecierając chusteczką czoło.
Stanisław Ejsmond i Bolesław Surałło-Gajduczeni wyszli na zewnątrz i obeszli plac Napoleona kilka razy w kółko, nim podeszli do żony Gajduczeniego i opowiedzieli o tym, co zaszło. Po godzinie wrócili i usłyszeli przekazaną z ministerstwa wiadomość. Postanowiono bezwzględnie spełnić żądania strony niemieckiej, nie zadrażniać sytuacji i wycofać z cyklu historycznego Bitwę pod Grunwaldem. Nie tłumaczono komisji artystycznej dlaczego. Rysownik zamiast bitwy miał w jej miejsce stworzyć portrety królowej Jadwigi i króla Jagiełły jako fundatorów i patronów Akademii Krakowskiej.
Członkowie komisji, niewiele ze sobą rozmawiając, szybko się spakowali.
Artyści też już bez słowa opuścili gmach Ministerstwa Poczt i Telegrafów. Nic nie można było z tym zrobić.
Surałło wrócił z żoną i dzieckiem do domu. Ejsmond poszedł do Zachęty, odszukał wizytówkę z numerem telefonu Daniela Fabera. Zadzwonił i długo rozmawiali.
Wacław Boratyński poinformowany o tym, co zaszło, trzy godziny chodził wzdłuż Wisły, a następne dwie patrzył na czystą kartkę papieru. Temperował ołówek i robił to przez kolejne kilkadziesiąt minut, tak że w palcach został mu kilkucentymetrowy ogryzek. W końcu zaczął rysować. Naszkicował szybko dwie postacie. Króla Władysława Jagiełłę i królową Jadwigę. Były ledwo widoczne. Skupił się na dolnej partii rysunku. Tam umieścił dwa nagie miecze i krzyżacki sztandar. Dokładnie pod stopami królewskiej pary. Tak, by je deptali. Cyzelował, poprawiał z zaciśniętymi ustami.
Skończył nad ranem.
30 kilometrów od Berlina, wrzesień 1938 roku
Gerhard von Lossow popatrzył na okno. Mały zielonkawy żuczek chodził po framudze, próbując wspiąć się na szybę, w końcu spadł na plecy i leżał na parapecie, przebierając w powietrzu krótkimi nóżkami. Gerhard w końcu podsunął palec i pozwolił owadowi wspiąć się po nim. Uchylił okno, wysunął rękę i strzepnął go w trawę.
Za oknem od dwóch godzin nic się nie zmieniło. Mężczyźni w pełnym opancerzeniu, z wojskowymi tornistrami na plecach biegali w kółko. Przewidywał, że może to jeszcze potrwać. Zamknął okno i znowu usiadł na krześle w korytarzu. Nudziło mu się, ale na to spotkanie z Himmlerem musiał i mógł czekać bardzo długo. Prezes Siemensa też czekał, nim minął się w drzwiach z kimś z dyrekcji Bayera. Wszyscy mieli tu jakieś interesy. Każdy z nich. Witali się z Gerhardem, zakładając, że skoro ma bezpośredni dostęp do szefa SS, musi być kimś ważnym. Dano mu to odczuć już w ambasadzie w Warszawie. Nie tyle liczył się jego stopień oficerski, ile to, że działał na osobiste życzenie Himmlera i bezpośrednio przed nim się tłumaczył, wykonując zadanie specjalne. Nikt go nie rozliczał z czasu. Mógł robić dokładnie to, co sam sobie zaplanował. Okazało się, że robi to skutecznie. Po zdobyciu informacji i po tym, jak Polacy oficjalnie wycofali się z puszczenia w obieg znaczka z Grunwaldem, poprosił o trzy dni urlopu, by odwiedzić ojca. Dostał zgodę podpisaną przez samego Karla Wolffa. Oprócz tego otrzymał skierowanie na leczenie w specjalistycznym ośrodku gestapo w Karlsbadzie dla ojca i dla opiekunki.
Właśnie wracał z dawnej stolicy republiki austriackiej. Uskrzydlony, choć sam przed sobą nie chciał przyznać, jak wielkie ta wizyta zrobiła na nim wrażenie.
Gdy pojawił się w Wiedniu, w domu ojca przy Singerstrasse, i zaczął opowiadać o swoim pobycie w Polsce, ojciec beznamiętnie patrzył w ścianę. Z początku siedział na łóżku z bezwładnymi rękami na kraciastym kocu, z kącika ust ciągle ściekała mu ślina. Od czasu do czasu podchodziła Krista i wycierała mu twarz chusteczką. Ale Gerhard mówił dalej. O swojej interwencji, o tym, jak zadbał, by chronić pamięć o zasługach zakonu krzyżackiego, o tym, jaki był skuteczny. Z czasem ojciec odwrócił głowę w jego kierunku, mrugnął okiem do Kristy, ta wyjęła z szuflady starą gazetę. Gerhard znał ten numer "National Zeitung" z 1879 roku. Wziął go do ręki i zaczął czytać. "Zakon krzyżacki był na barbarzyńskim wschodzie pionierem kultury. Kraje zaludnił kolonistami niemieckimi, a celem późniejszego panowania Polski w tych okolicach było tę kulturę, owoc długiej pracy, wszelkimi środkami wyrugować. Matejko uwydatnia potęgę bezmyślnych władz nad inteligencją. Kiedy się widzi Tatara, zarzucającego niemieckiemu rycerzowi powróz na szyję, by zrzucić go z konia, nasuwa się myśl: oto zwycięstwo barbarzyństwa nad kulturą". Podpisano: "Otto von Lossow", dokończył Gerhard. Na tekstach dziadka uczył się czytać. Większość znał na pamięć. Nie musiał patrzeć na kolejną gazetę podaną przez Kristę, na której było zdjęcie z 1901 roku. Dziadek stał na pierwszym planie przy odsłonięciu pomnika Ulricha von Jungingena. Był inicjatorem ustawienia go na polach Grunwaldu. Na drugim planie widoczny był jego ojciec, mały Georg.
- Widziałem ten obraz - powiedział i zobaczył błysk w oczach ojca, który poruszył ustami. Krista podeszła, ale odsunął ją ręką. Nachylił się nad nim.
- Spaaal ggghhho - wycharczał starzec, po czym przesunął w jego kierunku rękę i uniósł palce. Gerhard wsunął pod nią swoją dłoń. Poczuł uścisk. Kosztowało to ojca wiele wysiłku. Przestraszył się, że zaraz się rozpłacze. - Choooć thyyyle.
- Już widzę, jak płonie. Obiecuję ci, że to się stanie. Też mi coś obiecaj... - poprosił, a ojciec spojrzał na niego badawczo. - Że zanim go spalę, ty go podepczesz.
Gerhard von Lossow spojrzał na nieruchomego ojca, który od czasu udaru nie zrobił ani jednego samodzielnego kroku. Georg wykrzywił twarz w półuśmiechu i kiwnął głową na zgodę. Krista zaczęła szlochać. Gerhard też pociągnął nosem.
Ten półuśmiech wspominał, czekając na spotkanie z Himmlerem.
Za oknem rozległy się jakieś głośne rozkazy. A niemal równocześnie otworzyły się drzwi. Wychodził ktoś z dyrekcji BMW. Karl Wolff żegnał się z nim jeszcze w drzwiach. Serdecznie ściskali sobie dłonie. Gdy odszedł, Wolff skinął na niego głową. Już się nie uśmiechał. Gerhard ruszył lekko niepewnym krokiem. Mina adiutanta nie wróżyła niczego dobrego.
- A, to ty - westchnął Himmler, mrużąc oczy i lustrując go wzrokiem. Jego ton również nie był najprzyjaźniejszy. - Masz chociaż żonę?
- Nie. - Von Lossow pokręcił głową.
- A może dzieci?
- Też nie.
- To bardzo niedobrze. Nikogo nie znalazłeś? Żadna kobieta ci się nie spodobała? - spytał Himmler, patrząc podejrzliwie.
- Teraz byłem w Polsce, tam nie szukałem. - Gerhard zaśmiał się nerwowo.
Karl Wolff lekko zmarszczył brew, to nie był temat ani czas do żartów. Gerhard natychmiast spoważniał.
- Aha, to słusznie... Jeżeli nie masz czasu, pomożemy ci znaleźć - zaproponował Himmler.
Gerhard wziął głęboki oddech, nie wiedział, co odpowiedzieć. Bał się kolejnych pytań, nie wiedział, dokąd zmierzają, ale nie chciał też dostać polecenia służbowego, by się ożenić.
- Może wtedy okażesz się użyteczny - kontynuował Himmler, podchodząc do okna, zza którego nadal dochodziły okrzyki. - Bo do tej pory jakoś się nie spisałeś. Wyglądasz jak prawdziwy Niemiec, a odstawiasz fuszerkę jak zwykły Polak. Może to jednak wynik zmieszanych genów?
Gerhard był w szoku. Tego się nie spodziewał.
- To bardzo dalekie pokrewieństwo! I bez znaczenia dla zasług mojej rodziny dla Austrii i Niemiec! - odważył się odezwać.
Czuł, że musi się bronić. Choć do końca nie wiedział dlaczego. Karl Wolff pochwalił go za raport dotyczący działalności naukowców w Polsce. Szczegółowo opisał, czego poszukuje Dagobert Frey, a co interesuje Kajetana Mühlmanna. Napisał, gdzie znajdują się interesujące Himmlera wykopaliska. Nie miał pojęcia, co zrobił źle.
- Pokaż mu, Karl - powiedział Himmler, z ciekawością wyglądając przez okno.
Wolff podszedł do biurka i wyciągnął fotografię dużego formatu. Na zdjęciu było powiększenie znaczka. Z początku nie wiedział, na co patrzeć. Było napisane "Poczta Polska". Znaczek przedstawiał królewską parę. "Władysław Jagiełło i Jadwiga", przeczytał i pytająco spojrzał na Karla Wolffa. Ten pokazał mu palcem leżące u ich stóp dwa miecze i deptany sztandar krzyżacki.
- Wyraźnie nie pozwoliliśmy na takie, na to... - Gerhard zaczął się tłumaczyć.
- Ale widocznie ktoś poczuł, że może sobie na to pozwolić - wyjaśnił Karl Wolff.
- Mogę pojechać jeszcze raz... - próbował Gerhard. Pomyślał, że skoro tu jest, to ma jakąś szansę. Musi tylko to dobrze rozegrać, bo inaczej marzenia o staniu w pierwszym szeregu prysną. Nie będzie czuł na sobie tych zazdrosnych spojrzeń. I to nie on rzuci iskrę, gdy nadejdzie czas... Bardzo tego chciał. Nie chciał natomiast, żeby to, co się zaczęło, tak szybko dobiegło końca.
Krzyki za oknem nasiliły się. Ktoś wrzeszczał: "Wstawaj! Wstawaj! Wstawaj!".
- Podejdź tu - rozkazał Himmler.
Gerhard szybko znalazł się przy oknie. Na zewnątrz zacinał rzęsisty deszcz. Jeden z mężczyzn przestał już biec. Przewrócił się na plecy i próbował się podnieść, chaotycznie machając w powietrzu rękami i nogami, ale tylko niezdarnie się kołysał, wojskowy plecak ciągnął go w dół.
- Obawiam się, czy nadużywanie tych tabletek nie doprowadzi do uszkodzenia niemieckich genów. A to może skutkować nieprzestrzeganiem zasad higieny rasowej... - wypowiedział się Himmler, unosząc wskazujący palec ku górze. - Cóż, nie sposób jednak odmówić im skuteczności. Karl, ile oni już tam biegną?
Karl Wolff spojrzał na zegarek.
- Ósmą godzinę. Zdaje się, że to będzie około dziewięćdziesięciu kilometrów. Z obciążeniem... - Pokiwał głową z uznaniem. - To rzeczywiście podnosi znacznie wartość bojową naszych żołnierzy... Ponad zwykłą miarę. A do tego ta wiara we własne możliwości...
- Wojsko zamówiło już ponad trzydzieści dwa miliony pervitinu... Tych tabletek - poprawił się Gerhard, który właśnie wtrącił się do rozmowy.
- Znasz je? - zapytał się Himmler.
- Znam zaopatrzeniowca Wehrmachtu. I on mi to powiedział.
- Aha... - Himmler pokiwał głową, znowu wyglądając przez okno. - Idź mu pomóż. Kapo nie jest chyba zbyt delikatny - dodał, pierwszy raz odwracając się w jego kierunku.
Gerhard von Lossow zasalutował i wyszedł. Więźniowie biegali od strony obozowych baraków. Okrążył budynek. Z początku zastanawiał się, jak chwycić i podnieść więźnia, tak by się nie ubrudzić. Domyślał się, że go obserwują, i od tego, jak wypadnie, może wiele zależeć.
Nie odwrócił się i nie spojrzał w ich stronę. Szedł szybkim, równym krokiem. W połowie drogi zrozumiał, jak ma to rozegrać. Był już przy leżącym mężczyźnie, ten kołysał się na plecach jak żuk na parapecie.
Gerhard von Lossow wyjął pistolet i strzelił mu prosto w głowę. Po czym szybko odwrócił się, przełknął zbierającą się w gardle ślinę i bez słowa wrócił do budynku. Reszta więźniów, też Żydów, ciągle biegła, teraz chyba nawet trochę bardziej ochoczo.
Może dostali większe dawki, pomyślał, patrząc na notującego coś lekarza, który stał pod dachem oparty o ścianę. Nawet nie zareagował.
Gdy wrócił, Himmler siedział już za biurkiem i wypisywał jakiś dokument.
- Teraz sprawę tych bitewnych znaczków przejmuje Goebbels. Tym razem to będzie dłuższe rozdanie. Propagandzie na tym zależy. Masz się do niego zgłosić, skoro masz już rozeznanie w tej kwestii - powiedział Himmler. - Jeżeli cię polubi i wyśle po raz kolejny do Warszawy, znowu będziesz miał szansę na pozytywne załatwienie spraw. Będziesz mnie o wszystkim informował.
Gerhard skinął, oddychając z ulgą. Himmler podszedł do lustra i pogładził się po karku.
- Karl - zwrócił się do swojego adiutanta. - Będziemy potrzebować tego fryzjera. Jak on się nazywał?
- Victor Novak.
- Nie. O to inne imię mi chodzi.
- Maria Elena - zaśmiał się adiutant.
- Też dostanie drugą szansę. - Szef SS spojrzał na Gerharda, a ten nerwowo przeczesał palcami włosy.
- Może ci się kiedyś przydać. Kto wie? - oświadczył z uśmiechem Karl Wolff.
- Victor Novak - wrzasnął kapo w obozie Sachsenhausen.
Z drugiego rzędu wystąpił wychudzony, ogolony na łyso drobny chłopak o ciemnej karnacji i czarnych oczach. Zacinał deszcz, a on trząsł się w gorączce, szczękał zębami i patrzył na oficera, który stał obok kapo. Oficer SS spojrzał na różowy trójkąt naszyty na obozowym pasiaku. Skrzywił się z niesmakiem, zaczął coś szeptać do ucha strażnika. Chwilę rozmawiali. Potem esesman odwrócił się bez słowa i ruszył w kierunku stojącego kilkanaście metrów dalej czarnego opla.
- Umyjesz się - syknął kapo przez zęby. - Zabierają cię stąd - dodał oficjalnym tonem. Chłopak ruszył bez słowa, powłócząc nogami. Kapo nie wytrzymał. Dogonił go i nachylił się nad jego uchem. - I tak zdechniesz! - wycedził, po czym splunął mu na szyję.
Chłopak odwrócił się, zadarł głowę, popatrzył mu prosto w oczy i cmoknął głośno, posyłając mu całusa. Kapo błyskawicznie wyciągnął pałkę, zamachnął się i zastygł z ręką w powietrzu. Chłopak zerknął w kierunku czekającego na niego samochodu. Strażnik, dysząc, opuścił pałkę.
- Zdechniesz! - warknął, tym razem już głośno.
Chłopak uśmiechnął się i wzruszył kościstymi ramionami.
- Ale jeszcze nie teraz - skwitował, odwracając głowę.
Berlin, październik 1938 roku
Gerhard von Lossow stał przed Ministerstwem Propagandy. Trwało to już dłuższą chwilę, bo udało mu się zjawić wcześniej. Większym osiągnięciem było jednak to, że nie miał dziś kaca. Od kilku dni co noc wychodził. Wczoraj, gdy wyznaczono mu spotkanie, został w domu.
Teraz opierał się o mosiężną barierkę i jeśli nie przechodził ktoś ważny, patrzył bezmyślnie na sekretarki. Kończyły już pracę i wychodziły jedna po drugiej. Dopinały płaszcze, nasuwały kapelusze, wiązały apaszki pod szyją. Wszystkie go zauważały i spoglądały na niego, choć nie z takim zainteresowaniem, do jakiego przywykł. Raczej obrzucały go wzrokiem, sprawdzając, czy jest kimś ważnym. Ale nie był tu szczególną atrakcją. Przez ministerstwo przewijało się wiele sławnych postaci, aktorów, dziennikarzy, sportowców znanych z pierwszych stron gazet. Śmiali się na cały głos bądź spazmatycznie zanosili się od płaczu. Bez względu na płeć. Często w tym gmachu, a nie na planie filmowym czy stadionie, ważyły się ich losy. Trochę też było mu nie w smak, że spotkanie wyznaczono na późną, popołudniową godzinę. Drzwi otwierały się już z rzadka. Nudził się. Postanowił w końcu wejść wcześniej i poczekać gdzieś w sekretariacie. Udać, że pomylił godziny. Popatrzeć, kto wchodzi, a kto wychodzi. Może nawet dać się zauważyć.
Ruszył i nie doszedł nawet do końca korytarza, gdy spotkał Vietholda Falka. Ten, jak zwykle roześmiany i zadowolony z życia, rozłożył ręce w geście powitania.
- Ty tu!? - zawołał. - A ja ci zazdrościłem. Myślałem, że Pragę podziwiasz. Podobno są tam najpiękniejsze na świecie dziewczyny - dodał znacznie ciszej.
- Byłem w Warszawie.
- Kwestia gustu - skwitował Viethold. - Ale te Czeszki... - Zniżył głos i przysunął się, bo jakaś dosyć duża i gruba kobieta obrzuciła go karcącym spojrzeniem. - Sam Goebbels oszalał na punkcie takiej jednej Czeszki. Lída Baarová, słyszałeś?
- Tak. - Przypomniał sobie romans, o którym huczał cały Berlin. Widział Lídę w Pruskiej legendzie miłosnej, gdzie grała Elizę Radziwiłłównę. Była piękna i dostojna. Goebbelsowi się nie dziwił, ale jej bardzo. Zresztą jak wszyscy, choć głośno nikt tego nie mówił.
- Ale pewnie nie wiesz, że do podsłuchiwania ich rozmów Göring musiał zatrudnić dodatkową osobę. Szkoda, że nie mnie. Ach... Ten to umie mamić. Podobno nawet żonę chciał zostawić, rzucić politykę, ale wódz mu na to nie pozwolił... Na całe szczęście. - Roześmiał się, a Gerhard z lekkim przestrachem rozejrzał się wokół siebie. Zastanawiał się, czy ktoś ich nie słyszy. Pomyślał też, że ta bezpośredniość kiedyś zgubi Vietholda.
- Bądź ciszej. Byłem tam, dokąd trafiają tacy wylewni jak ty.
- Nie strasz.
- Nie straszę. Idę właśnie do tego romea - powiedział von Lossow prawie szeptem i roześmieli się obaj. - A ty co tutaj robisz?
- Zostawiłem w sekretariacie wytyczne... O czym to Wehrmacht chce, a o czym nie chce mówić. A ty?
- Opowiem później. Albo wcale.
- I tak się spieszę. - Viethold machnął ręką trochę rozczarowany.
- Zaczekaj na mnie. Jeśli chcesz.
- Pewnie. Mówiłem już, że przynosisz mi szczęście.
Gerhard obawiał się tylko, że nie będzie miał za wiele do opowiedzenia. Zmienił zdanie, gdy kazano mu się udać do małej sali kinowej. Prywatnej, ministerialnej. Zastanawiał się, kto był tam przed nim. Zapewne wszyscy namaszczeni, najważniejsi. Aktorzy, twórcy, wojskowi i politycy. Aż przeszedł go dreszcz, gdy odsunął ciężką kotarę. Kilkanaście osób odwróciło się w jego kierunku. Na niewielkiej widowni, w samym środku czwartego rzędu siedział Goebbels. W niebieskobiałej poświacie widział tylko jego głowę i profil - ostry nos, wychudzoną, pociągłą twarz, zaczesane do tyłu włosy. Reszty nie było widać. Gdy podszedł bliżej, już wiedział dlaczego. Minister propagandy był tak drobny i chłopięco chudy, że cały chował się w kinowym fotelu. Na szczupłych ramionach marynarka wisiała jak na strachu na wróble. To bardzo go zaskoczyło. Nad jego uchem nachylała się jakaś dziewczyna, ale nie zwracał na nią uwagi. Patrzył w ekran. Leciała jakaś kronika filmowa. Pojawiały się w niej polskie mundury. Gerhard podszedł już bardzo blisko. Od Goebbelsa dzieliło go kilka pustych krzeseł.
- A pan do kogo? - Goebbels odwrócił się w jego kierunku i wbił w niego wzrok. Przypominał wyliniałą, ale ciągle jadowitą jaszczurkę.
- Gerhard von Lossow. Przysłano mnie w sprawie odpowiedzi na prowokacje Poczty Polskiej. Mam zawieźć...
- Nie będzie żadnej pisemnej odpowiedzi - oświadczył Goebbels, wzruszając ramionami, i odwrócił się w kierunku ekranu. Na most wyjeżdżał właśnie odkryty rolls-royce.
- Heinrich Himmler spodziewa się pisemnego oświadczenia z ambasady...
- Zatrzymaj - rozkazał Goebbels pracownikowi, który obsługiwał projektor. - Posłuchaj... Ale nie siadaj. To nie potrwa długo. - Pokazał na miejsce w rzędzie przed nim. - Wróciłeś z Polski?
Gerhard przytaknął.
- Okazało się, że dyplomacja nie zadziałała. Nie należy się więc ośmieszać i narażać na brak posłuchu. Należy wzmocnić komunikat. Taki jest plan. Pozostaje to w naszej gestii, wy mieliście szansę się wykazać - wyjaśnił Goebbels i się odwrócił. - Proszę puścić dalej! - rozkazał pracownikowi.
Zatrzymany rolls-royce znów ruszył. Uskrzydlony "duch ekstazy" przejechał przez cały ekran.
- Polska kronika filmowa sprzed dwóch dni. Polacy wjeżdżają zbrojnie do Czech, na Zaolzie - wyjaśnił Goebbels oglądającym. - We wszystkim nas naśladują. A mnie już bez wątpienia. Widzicie to? - Głośno wzdychając, pokazał ekran, na którym kobiety machały rękami na powitanie. - Ich marszałek Rydz-Śmigły, a potem radosne dziewczyny. To dla mężczyzn, żeby przykuć ich uwagę. Potem ładne dzieci, przyszłość. To coś dla matek. Kwiaty i przemowy. Dla wszystkich. Uściski, zbliżenia, radość mieszkających tam Polaków z powrotu do ojczyzny. Auto odjeżdża. A tu... Scena druga. Przybywa minister Beck - pokazał, machając ręką od niechcenia. - Patrz! Od razu spontanicznie nazwano plac na jego cześć. Plakietka z nazwą już wisi. - Pokręcił głową, patrząc na wysokiego polityka otoczonego co najmniej o głowę niższymi urzędnikami. - Zbliżenie operatora. Wszyscy się cieszą. W tle jakiś urząd. Patrz, to polskie litery? - zapytał, a Gerhard potwierdził. - Od razu wielki, rzucający się w oczy napis... Wszystko naśladują - powiedział i wbił się w fotel, krzyżując ręce na piersi. Miał znudzoną minę. Wykrzywił twarz i zatopił się w myślach. Gerhard stwierdził, że jeśli teraz się nie odezwie, będzie musiał wyjść.
- Ale bez polotu. - Gerhard przerwał ciszę, patrząc na ekran. - Bez natchnionych twarzy. Bez wpatrzonych oczu - mówił jakby sam do siebie, choć wystarczająco głośno. - I te konie! - prychnął, patrząc na pojawiający się na ekranie pułk kawalerii. - Uwsteczniony romantyzm w dobie stalowych wojskowych machin.
- Te konie... - Goebbels się zamyślił. - My pokazujemy czołgi, a oni konie... muszę to zapamiętać. Dobry kontrast. Doskonałe ujęcie dla propagandy, jeśli zrobić to tak, by pojawiły się razem. Kto wie, może to się jeszcze przyda.
Odwrócił się w kierunku Gerharda, który niespiesznie przesuwał się w kierunku wyjścia.
- Może powinienem to jeszcze wyjaśnić. - Goebbels powstrzymał go ruchem ręki. - Nie będziemy już nic pisać. Przygotujemy jakąś akcję odwetową. To możesz przekazać... Ale nie teraz. Patrz! - Pokazał na ekran. - Wspólnie chronimy naszych obywateli w Czechach. My swoich, oni swoich. Być może jeszcze będziemy z tymi Polakami prowadzić wspólną politykę zagraniczną na wschodzie. Kto wie?
- Ale to, co oni robią, to prowokacja! Skierowana w nas! - wykrzyknął Gerhard.
- Na prowokacje odpowiadamy z całą stanowczością...
- Przecież oni się chwalą... - jęknął Gerhard - że rozgromili potęgę krzyżacką. Zmietli niemieckie rycerstwo... Oni mają wielki obraz tej bitwy. Prawie się przed nim modlą!
Goebbels znowu machnął ręką na pracownika sterującego projektorem. Na ekranie zatrzymała się w pół kroku defilująca kawaleria.
- Ten obraz mnie nie interesuje. W dzisiejszym świecie liczą się tylko prasa, radio i film. Film przede wszystkim. Nic więcej! - huknął, odwrócił głowę, a siedząca obok niego dziewczyna wypięła biust w kierunku ministra propagandy, patrząc na niego z zachwytem.
- Ten obraz powinien spłonąć!
- Zapewne - przytaknął minister, patrząc w dekolt aktorki.
- I to tak, że wszyscy zapamiętają... - jęknął Gerhard bezsilnie, nie licząc na odpowiedź.
Ale Goebbels powoli odwrócił się i spojrzał na niego. Zmrużył oczy jak dzikie zwierzę, które poczuło krew.
- Tak! W nocy, w świetle rozpalonych ognisk! - rozochocił się Gerhard i zaczął mówić to, co już kilka razy wcześniej sobie wyobrażał. - Wielkie płótno niesione niczym bitewna zdobycz. Szpaler z krzyżackich sztandarów, SS, nasze współczesne rycerstwo, w zwartych szeregach maszeruje obok. Dumne ze swego zwycięstwa. Ze swej chwały...
Goebbels westchnął wzruszony, ale dał znak, żeby przerwał.
- Przyniesiesz mi go, to zrobimy spektakl. Oddamy go na pastwę płomieni. Spopielimy jak książki w trzydziestym trzecim. Obiecuję, że rzucisz pochodnią... Zapamiętałem cię. Pasujesz. Będziesz wyglądał niczym bóg zemsty, może nawet na pierwszym planie - powiedział, unosząc rękę zaciśniętą w pięść. Siedząca obok aktorka aż wychyliła się zza pleców ministra i zaczęła patrzeć na Gerharda z zaciekawieniem, tak samo reszta osób. - Ale wyjaśnię ci coś. Między Polską a nami panuje pokój. Nikt nie ma ochoty na wojnę. Taka jest oficjalna polityka i na to nastawiona jest propaganda. Przekaż Himmlerowi, że jeśli chodzi o znaczki, to szykujemy serię odwetową. Będziemy świętować sto dwudziestą piątą rocznicę złączenia Gdańska z Prusami, zwycięstwo wojsk gdańskich nad ich Stefanem Batorym. I jeszcze jakieś ich klęski. Mamy w czym wybierać. Podeślę mu projekty. A teraz już cisza! - powiedział, machnął ręką i ruszyła kawaleria.
Gerhard wyszedł. Viethold czekał przed wejściem do ministerstwa. Stał w otoczeniu jakichś kobiet. Zaczepił je i obiecał dobrą zabawę. Do wieczora zaliczyli kilka barów i po jednej dziewczynie. Gerhard nie opowiedział mu wszystkiego ze szczegółami, żalił się tylko, że nie będzie wojny. Po którejś kolejce sznapsa Falk pocieszył go, że wcześniej czy później będzie na pewno. Bo Hitler nie ma już innego wyjścia! Musi przekraczać kolejne granice! A on, Gerhard, ma tylko czekać, bo skoro Himmler go wybrał, a Goebbels z nim rozmawia, to może się jeszcze wiele wydarzyć.
Założyłby się z nim o każde pieniądze!
Poznań, styczeń 1939 roku
Wacław Boratyński z zadowoleniem odłożył plansze z ilustracjami, które wykonał do planowanego wznowienia Krzyżaków Sienkiewicza. Były skończone. To niestety oznaczało, że wreszcie musiał zająć się tym, czym zajmować się nie chciał.
Podszedł do biurka i spojrzał na mały znaczek. Na dwa miecze leżące u stóp Jadwigi i Władysława. Złamał dwa ołówki i jedno krzesło, gdy się dowiedział, jak postanowiono załagodzić napiętą atmosferę panującą w stosunkach Drugiej Rzeczypospolitej z Trzecią Rzeszą.
Wszystkie znaczki, które weszły do obiegu, miały być wycofane. I zadrukowane! Tak by zniknęły miecze i krzyżacki sztandar. Tak jakby nigdy ich tam nie było. Wtedy Niemcy łaskawie wycofają swoją gdańską serię odwetową.
Tym razem Ministerstwo Poczt i Telegrafów zwróciło się do autora z wyraźną sugestią, co ma zostać nadrukowane. "Ozdobna girlanda z godłami Polski i Litwy", by nie zadrażniać wzajemnych relacji z zachodnim sąsiadem. Przyłożył do brązowo-pomarańczowego znaczka strzęp papieru z nabazgranym pospiesznie czarnym wieńcem. Pomyślał, że tak zadrukowany znaczek gorzej już wyglądać nie może. Mylił się.
Berlin, kwiecień 1939 roku
Gerhard von Lossow przypomniał sobie, że właśnie przegrał zakład sprzed pół roku.
Hucznie obchodzone pięćdziesiąte urodziny Führera odbywały się w nowym gmachu Kancelarii Rzeszy, a on stał w wykończonej specjalnie na tę okazję długiej na czterdzieści metrów sali mozaikowej. Wyprostowany jak nigdy. Wyróżniony. Wśród wybrańców, młodych oficerów SS, których sam Adolf Hitler obdarowywał teraz uściskiem ręki. Z emocji ledwo mógł oddychać.
Ktoś zrobił zdjęcie dokładnie w chwili, gdy wódz podawał mu dłoń i patrzył na niego swoimi hipnotyzująco błękitnymi oczami. Zatrzymał się wtedy i uśmiechnął, dobrotliwie poklepując lewą ręką ich złączone prawe dłonie. Na drugi dzień Gerhard był już w każdej niemieckiej gazecie. Podobno też w paru zagranicznych. Kupił od razu kilka i przesłał ojcu. Dalsi znajomi szukali kontaktu. Z bliższymi świętował wieczorem. Wszyscy zgodnie wróżyli mu wielką karierę. Na drugi dzień kilka zupełnie nieznanych osób rozpoznało go na odświętnie udekorowanej ulicy. Jubilat z Himmlerem i Wolffem na trybunie honorowej odbierał defiladę. Przemaszerowały wojska, przejechały pojazdy kołowe, gąsienicowe, a nawet przeleciały samoloty na bardzo niskim pułapie.
Gerhard był już pewien, że nie była to tylko radosna urodzinowa manifestacja, ale też groźna demonstracja. Spektakularny pokaz siły. Wódz potwierdził to osiem dni później, gdy w Reichstagu wygłosił przemówienie. Zaatakował w nim Francję, mówiąc, że to od jej zachowania zależy, czy odżyją pretensje Niemiec do Alzacji i Lotaryngii. Anglii wypowiedział dwustronny układ morski, który ograniczał niemiecką flotę. Postraszył Roosevelta... A przede wszystkim powiedział coś, co przez kilka dni nie dało zasnąć Gerhardowi. Dobitnie wyjaśnił Polakom, że rewizja polsko-niemieckich granic jest nieunikniona i jeżeli Polska nie przyjmie ugodowej postawy, rewizja przeprowadzona zostanie na drodze wojny!
Polski minister bredził coś o honorze. To była kwestia czasu.
Gdynia, czerwiec 1939 roku
- Panie Danielu! Panie Faber! - krzyknął dyrektor Zachęty Stanisław Mikulicz-Radecki, idąc z szeroko rozłożonymi rękami. - Gdzież ja pana mogłem spotkać, jak nie tu? No gdzież, jak nie tu? - pytał. Nie czekał na odpowiedź, tylko objął Daniela Fabera i mocno poklepał po plecach. - Na placu Grunwaldzkim! W Gdyni! Na placu Grunwaldzkim! Co za szczęście!
- Rzeczywiście - odparł Daniel Faber, poprawiając druciane okulary, które od tych uścisków przekrzywiły mu się na nosie. - To dosyć zaskakujące. Akurat tu umówiłem się z żoną. Taki przypadek... Choć podobno nie ma przypadków. Ale to spotkanie teraz jest jednak chyba przypadkowe. Nie inaczej. Tu na pewno nieplanowane. Choć za chwilę i tak byśmy się zobaczyli, pewnie... przypuszczam. Prędzej czy później, w innym niż tu miejscu - plątał się zaskoczony spotkaniem.
- Oczywiście. Prędzej czy później - przytaknął ochoczo Mikulicz-Radecki. - Wakacje nad polskim morzem to przecież nie tylko przyjemność, ale i obowiązek każdego Polaka. Ale schudł pan? Jakieś jarskie wczasy? Modne to teraz?
- Raczej morska choroba.
- Od samego widoku czy już pan skorzystał z rejsów wycieczkowych? Bardzo tu polecają.
- Z Nowego Jorku nie tak dawno wróciłem... - oświadczył Faber, a Mikulicz-Radecki otwartą dłonią plasnął się w czoło.
- Lata lecą, nie da się ukryć! Pamięć już nie ta! Żona będzie miała używanie ze mnie, jak jej to opowiem! Przecież Staś, Stanisław Ejsmond, mówił mi, że pan otwierasz pawilon polski na wystawie światowej! Co za wydarzenie! Musimy się spotkać. Ależ to ciekawe! Chociażby to. Jak ten pomnik Jagiełły na koniu? - zapytał, krzyżując wysoko ręce nad głową. - Tak miecze trzyma, widziałem przed odlewem.
- Dostojnie wygląda, to prawda. Stoi przed wejściem do pawilonu. Zobaczy pan, jak wróci do Polski. W czterdziestym czwartym światowa wystawa ma być w Warszawie.
- Poopowiada nam pan... Koniecznie - jęknął dyrektor, spoglądając na zegarek. - Teraz się trochę spieszę, bo ja tu po połowie służbowo jestem - zdradził, zniżając ton.
- To tak samo...
- Tato! Tato! Aha, to pan! Dzień dobry - przywitał się niskim ukłonem głowy podbiegający do nich chłopiec. Chwilę trwało, ale Stanisław Mikulicz-Radecki w końcu przypomniał sobie syna Fabera, którego spotkał w Zachęcie rok wcześniej. Chłopak nieznacznie urósł, lecz nadal był drobny. Miał na sobie granatowe marynarskie ubranko i tak samo jak przed rokiem przycięte blond włosy.
- Mieliśmy już przyjemność. - Ukłonił się nisko chłopcu, który odsunął się dwa kroki w bok, odsłaniając stojącego za nim młodszego, ale grubszego o połowę, rudawego, piegowatego brzdąca.
- Tato. Przedstawiam ci. - Chłopak odwrócił się, pokazując ręką. - Mój adiutant. Zdzichu.
- A skąd, że tak zapytam, go wziąłeś?
- Nająłem - odpowiedział mu syn, a rudy piegus ostentacyjnie zrobił wielkiego balona z gumy, który pękł, przylepiając mu się do nosa. - Okazuje się, że jeszcze muszę nauczyć go manier - dodał, gdy rudy grubasek z zadowoleniem odklejał gumę z nosa, rozciągając ją, ile się dało. - Zrobię to, gdy będą panowie na konferencji - powiedział mały Faber, a wieloletni dyrektor Zachęty znowu klepnął się otwartą dłonią w czoło.
- Że też ja nie skojarzyłem! To chyba przez te czasy. Pan też przyjechał na konferencję muzealników?
- Tak. Z ramienia ministerstwa. Jak się domyślam, pan też. Właściwie idziemy w tym samym kierunku. - Faber się rozejrzał. - Odprowadzę tylko syna z adiutantem do mojej żony. O, siedzi tam na ławce. Czyta. - Pokazał palcem. - Potowarzyszy mi pan?
- Oczywiście - przytaknął Stanisław Mikulicz-Radecki. Po chwili przywitał się z Karmelą Faber, niezwykle spokojną, piękną, młodą kobietą z długimi ciemnymi włosami. Były ledwo uczesane, prawie rozpuszczone, co przykuwało uwagę, większość kobiet w jej wieku miała wymodelowane fryzury. Podała dłoń, lecz nie powiedziała ani słowa, tylko czytała dalej.
- Moja żona ma melancholijne usposobienie - wytłumaczył Faber, gdy nieco się oddalili. - Dorastała w Niemczech. Trudne czasy...
- Kobiety czasami takie już są - powiedział Mikulicz-Radecki, aby coś powiedzieć i uciąć temat, który zdawał się kłopotliwy. - Skoro był pan w tym wielkim świecie, to pewnie wie, czy będzie ta wojna? - zapytał szybko.
- Tego nie wiem.
- Moja żona mówi, jakoby Ossowski, wie pan, ten znany jasnowidz, powiedział, że wojny kategorycznie nie będzie. Więc może to nasze spotkanie tu niepotrzebne... Konferencję zwołano na wypadek wojny. Powinniśmy już iść. - Ruszyli. - Wie pan? Ja pierwszy raz jestem w Gdyni. Robi wrażenie. To amerykańskie miasto, sam pan powie, czy nie amerykańskie?
Faber przytaknął. Podekscytowany dyrektor Zachęty zachwycał się przez całą drogę, jaką przeszli razem, zmierzając na spotkanie muzealników.
- Zobacz, Stachu, kogo ci przyprowadziłem! - zakrzyknął Mikulicz, gdy weszli do zatłoczonej sali, w której rozpoczęły się już rozmowy, mimo że nie doszło jeszcze do oficjalnego otwarcia, a obsługa ustawiała dopiero na stołach karafki z wodą.
- Miałem nadzieję, że tu pana spotkam! - Uradowany Stanisław Ejsmond podszedł do Daniela Fabera i przywitał się. - Teraz nie porozmawiamy, trochę tu głośno - powiedział, rozglądając się po sali.
- Wojna wisi na włosku - oświadczył ktoś podniesionym głosem. - Proponuję natychmiastowe zabezpieczenie zbiorów!
- To sianie zamętu!
- Zwykłe panikarstwo!
- To realna ocena sytuacji! Był pan w Gdańsku!
- Nie można dać się sprowokować!
- To konieczność. Należy zalecić wszystkim posiadającym cenne dzieła sztuki, by ewakuowali je w głąb kraju! To jedyna droga.
- Wzbudzi to niepokój społeczności!
- I tak jest zaniepokojona. Czyta pan gazety!
- Niech tworzą depozyty. To nie pierwsza wojna w naszym kraju. Ludzie jeszcze pamiętają i wiedzą, co robić!
- A czy my wiemy? Czy ktoś nam powiedział, co robić?
- Wywieźć wszystko na wschód. W okolice Lublina, Zamościa... Tam będzie bezpieczne!
Stanisław Ejsmond nachylił się w kierunku Fabera.
- A pan co myśli?
- Niemcy ciągle mówią o polskim terrorze. - Daniel Faber zdjął z nosa okulary i zaczął je czyścić, nerwowo i znacznie dłużej, niżby należało. - To bardzo przypomina sytuację przed wejściem do Czech - kontynuował. - Obawiam się, że będzie, że jeśli... Strach pomyśleć. Ale że będzie musiał pan dalej kroczyć śladami ojca... I jak przyjdzie co do czego, to wywieźć Bitwę. Radzę. Nie czekając. Niemcy nie będą chcieli jej rabować. Będą chcieli ją zniszczyć - zakończył, zawijając druciane oprawki za uszy.
- Też się tego obawiam - westchnął Stanisław Ejsmond i sam wyjął z kieszeni chusteczkę. Przetarł spocone czoło.
- Hitler blefuje - szepnął mu ktoś nad uchem. Ejsmond zobaczył młodziutkiego śniadego chłopaka o dziewczęcej urodzie.
Warszawa, czerwiec 1939 roku
Gerhard von Lossow zmierzał na ulicę Karową 18. Miał tam odnaleźć budynek Starej Panoramy, zejść do podziemi i trafić do teatrzyku Ali Baba. Był umówiony. Wiedział, że ktoś ma dla niego informacje, ale kim ten ktoś jest? Tego nie wiedział. Podobno nazywał się Novak, Himmler mówił na niego fryzjer, a Wolff przezywał go Maria Elena. Spodziewał się więc kogoś ciekawego.
Wyszedł z budynku ambasady dużo, dużo wcześniej, niż powinien. Najpierw kazał się wozić służbowym samochodem w kółko przez prawie godzinę. Klucząc, zyskali przewagę nad autem, które zaczęło ich śledzić prawie od drzwi ambasady. Nie było za nim nikogo. Wyskoczył z samochodu i zaczął się plątać nieznanymi ulicami. Gdy mu się wydawało, że ktoś za nim idzie, wchodził do pierwszego lepszego sklepu. Tak trafił w kilka paskudnych miejsc, ale też do małej księgarni. Było tam sporo antyków - stół, szezlong, lampa. Zabytkowy był też sam właściciel. Z wyglądu stuletni. Siwiutki jak gołąb i mocno przygarbiony. Von Lossow zaczął przeglądać książki, najpierw machinalnie, potem wyciągał wszystkie przewodniki po Polsce, kartkował i odkładał na stolik. Już od roku na polecenie Himmlera śledził wszystkie publikacje Dagoberta Freya. Sprawdzał, dokąd jeździli austriaccy i niemieccy uczeni, ale też zdawał sobie sprawę, że to tylko cząstka wiedzy, którą oni już zdążyli zebrać i którą nie za bardzo chcieli się dzielić z gestapo.
- Przepraszam pana - zapytał dziadka, który trzęsącą się ręką układał książki na półce obok. - Interesuje mnie sztuka polska - oświadczył, próbując naśladować francuski akcent. - Zdaje mi się, że w Warszawie widziałem już wszystko, co bezcenne. Czy byłby pan łaskaw polecić coś ponad to, co tu wszędzie jest opisane? - Pokazał na przewodniki. - Może być na prowincji. Mam czas.
- A pan skąd? - zainteresował się księgarz.
- Z Paryża.
- Ach... - westchnął dziadek. - Cóż, nie wiem, co pana interesuje...
- Wszystko - odparł Gerhard zgodnie z prawdą i uśmiechnął się bardzo szeroko.
Po tym, co wydarzyło się z majątkami austriackich Żydów, wiedział już, że Niemców interesuje wszystko. Nie tylko obrazy i rzeźby, lecz także dywany, lampy i porcelana. Göring dekorował swój pałac, Hitler zamierzał stworzyć najwspanialsze muzeum na świecie, a Himmler chciał wszystko kontrolować i mieć na to fundusze. Reszta wyższych rangą oficerów urządzała sobie gabinety i zapewne także mieszkania. W Wiedniu po kolekcji von Rothschilda nie został już nawet ślad, a on sam po półrocznym areszcie zrzekł się wszystkiego, co miał, i musiał wyjechać. A pierwszą noc na wolności i tak spędził w tym samym pokoju, w którym był wcześniej zamknięty, bo nie miał dokąd iść. W jego pałacu rezydował już Adolf Eichmann. Gerhard widział na własne oczy, że wielka wyprzedaż bezcennych rzeczy poszła nad wyraz sprawnie. Ale o Wiedniu Niemcy mieli rozległą wiedzę. Pochodziła najczęściej wprost od sąsiadów austriackich Żydów. Chętnie się tą wiedzą dzielili. W Polsce było inaczej.
- Wszystko? - Staruszek podrapał się po głowie. - Wszystko to chyba tylko Edward Chwalewik spisał. Ale to wykaz, bez ilustracji - stwierdził i odwrócił się, podchodząc do innej półki. Wyciągnął dwa tomy, otworzył jeden z nich na pierwszej stronie i zaczął głośno czytać: - "Zbiory polskie. Archiwa, bibljoteki, gabinety, galerje, muzea i inne zbiory pamiątek przeszłości w ojczyźnie i na obczyźnie w porządku alfabetycznym według miejscowości ułożone, Warszawa-Kraków 1926". Benedyktyńska praca - dodał z uznaniem, podając książki Gerhardowi.
Von Lossow otworzył na chybił trafił. Rokitno Szlacheckie: powiat będziński... z gabinetu recepcyjnego ks. Józefa Poniatowskiego komoda i biurko mahoniowe, lustro na konsolach, dywan polski, biały, po Stanisławie Auguście. Stolik z blatem hebanowym przywieziony przez Walezego do Polski. Garnitur mebli. Przepyszna porcelana. Zaczął kartkować. Rogoźno, Rohatyn, Rogów... Mieścina po mieścinie, kościoły, pałace, dwory. Warszawa, Kraków, Lublin... Biblioteka po bibliotece, muzeum za muzeum, duże i małe. Przeczytał, poszukał sofy i usiadł z wrażenia.
- Mówiłem. - Księgarz kiwnął z uznaniem. Z dumą wyciągnął kolejny egzemplarz. - Benedyktyńska robota. Już we wstępie Chwalewik napisał... - Pokazał pierwszą stronę i dla własnej przyjemności przeczytał z powagą w głosie: - "Dzieło to powstało pod wrażeniem grozy zniszczenia, jakiego dokonała pierwsza wojna światowa w zabytkach naszej przeszłości...". Taki miał cel. Żeby było wiadomo, gdzie co jest. Przyda się panu?
- Ile pan tego ma?
- Czego? - zdziwił się staruszek.
- Tych książek.
- Tylko to. - Pokazał na dwa dwutomowe egzemplarze.
- Biorę - oświadczył Gerhard i wyciągnął portfel. - Może pan zamówić tego więcej?
- A na co panu?
- Na prezenty - odparł, wyraźnie już przedrzeźniając francuski akcent, ale dziadek tego nie zauważył. Podreptał do lady i wyciągnął papier.
- Chyba da się zamówić... - mruczał pod nosem.
Gerhard wyszedł z antykwariatu z paczką przewiązaną sznurkiem. Paczkę tę zostawił w szatni teatrzyku Ali Baba, do którego trafił bez większych trudności. Afisz mówił o spektaklu Orzeł czy reszka. Nic więcej o nim nie wiedział. Dotarł spóźniony, ale stolik na niego czekał. Sala była pełna i mocno rozbawiona. Szeptano, śmiano się, rozglądano. Trafił idealnie na przerwę między numerami, ktoś wchodził, ktoś wychodził, łatwo więc było przejść, lawirując pomiędzy kelnerami, którzy biegali, rozdając nowo przybyłym kieliszki szampana. Kilka rąk jeszcze było w górze, gdy przygaszono światło. Został tylko jeden reflektor rzucający okrągły snop światła na scenę przysłoniętą grubą czerwoną kotarą. Przez gwar zaczęła przebijać się melodia. Zawrzało. Rozległy się oklaski, gwizdy i krzyki. Wielu znało już ten numer. W momencie gdy Gerhard dostał swój kieliszek, też już rozpoznał grany szlagier. "Titina, ach Titina...". Od razu skojarzył go z Chaplinem, nie zdziwił się więc, gdy pojawił się aktor z krótkim wąsem w kapelusiku, wywijając laseczką. Słuchał go, jak śpiewa i dochodzi do refrenu, który po polsku brzmiał "Ten wąsik, ach, ten wąsik". Ku uciesze publiczności w wolnych momentach kabareciarz chodził po scenie, naśladując charakterystyczny, powłóczysty krok komika. Gerhard zaczął rozglądać się po sali, zastanawiając się, czy jest tu już ten ktoś, z kim miał się spotkać. Nikt mu jednak na takiego nie wyglądał, spojrzał więc znowu na scenę i słuchał. Refren znała już połowa sali, wszyscy śpiewali, kołysząc się na boki. "Ten wzrok, ten lok, ten pląsik. I wdzięk, i lęk, i mina". Prawie wszystko rozumiał i podobało mu się do momentu, gdy pianista zaczął mocniej uderzać w klawisze, a aktor po odtańczeniu kilku obrotów nie wyprostował się i nie stanął na baczność. Przesadnie się wyprężył i wyciągnął przed siebie rękę, wykonując gest hitlerowskiego pozdrowienia. Gerhard zaczął słuchać uważniej, próbując zrozumieć. Nie było to łatwe, bo śpiewak zmienił też ton, zaczął charczeć i trząść głową. "Ostatnio na mój skromny tron zazdrosny rywal się wysuwa" - aktor ryczał, opluwając samego siebie. "Kandydat nowy, groźny on. Milczenie me zastąpił wrzaskiem...". Wrzasnął i boleśnie wykrzywił twarz. Publiczność zaśmiewała się do łez, zginając się wpół. Aktor naciągnął rondo kapelusika.
- Melonik mój mianował kaskiem - zaśpiewał, wytrzeszczając oczy i trzęsąc grzywką, już dosłownie parodiując Hitlera. Przy refrenie "Ten wąsik, ach, ten wąsik" cała sala wyła najgłośniej, jak potrafiła. Gerhard poczuł się tak, jakby obrażano jego samego. To mu się nie podobało. Wstał i już chciał wyjść, gdy ktoś położył mu rękę na ramieniu. Stała przed nim dziewczyna w czerwonym toczku z czarną woalką. Drugie pół twarzy zasłaniała wachlarzem trzymanym w dłoni, na którą naciągnięta była długa, czarna rękawiczka. Na stół położyła małą torebkę haftowaną w perskie wzory. Otworzyła ją i wyjęła złożoną na cztery kartkę.
- Już pan idzie? A ja mam liścik dla pana - powiedziała, siadając przy stoliku. - Myślałam, że zechce pan przeczytać... - dodała przymilnie.
Gerhard też usiadł. Chwilę się jej przyglądał, ale ona tylko mrugała lekko przymkniętymi powiekami. Podłożył papier pod stojącą na stoliku lampkę i zaczął czytać.
Dziewczyna wachlowała się, a aktor śpiewał wszystko od nowa na gromki bis, ale Gerhard nie patrzył i tym razem już nie słyszał. Przeczytał wszystko dwa razy. Złożył z powrotem kartkę i schował ją do kieszeni.
Numer znów się skończył, a dziewczyna odłożyła wachlarz i z zaangażowaniem klaskała, unosząc wysoko ręce. Pół sali stało.
- Pyszne to! Pyszne! Jeszcze! - krzyczała. - Warto zapamiętać jego nazwisko. Wódz ma poczucie humoru... - Odwróciła się w kierunku Gerharda, puszczając oko. - Prawda?
- Gdzie jest ten Lublin? - zapytał ją, przytrzymując ręką wachlarz, który właśnie chciała zabrać ze stolika.
- Zabiorę cię tam, mój piękny Parsifalu - odpowiedziała mu po chwili, odchylając na bok głowę. - Mamy tam przyjaciół. Tu zresztą też... - Pokazała na przechodzącego przystojnego mężczyznę. - Igo Sym. Znasz?
Gerhard patrzył na postawnego mężczyznę, za którym obejrzały się wszystkie kobiety, a i połowa mężczyzn.
- Znam. Grał w niemieckich filmach... - Znał z widzenia większość niemieckich aktorów, nawet drugoplanowych. Ten był raczej sztywny i mało zdolny, ale za to wyjątkowo przystojny, wystarczająco, by mieć romans nawet z Marleną Dietrich.
- Trochę podobny do ciebie. - Dziewczyna pomachała wachlarzem, a Gerhard się skrzywił. - Och. Miałam na myśli to, że z Austrii. Oczywiście starszy. Tu w Polsce też gra w filmach, a akcent ma gorszy niż ty.
Uśmiechnęła się, a Gerhard nie patrzył już na jej umalowane mocną czerwienią usta, tylko na poruszającą się grdykę.
- Przydaje się nam. Tobie też się przyda. Chodź, mój piękny, później się z nim spotkamy. Po robocie - powiedziała, gdy Igo ruszył w kierunku wyjścia.
Gerhard wstał i został ostentacyjnie chwycony pod ramię.
- A teraz chodź, powzbudzamy zazdrość - oświadczyła, prowadząc go w kierunku stolika, przy którym siedziało kilku mężczyzn wpatrzonych w innego, który siedział oparty o ścianę z kapeluszem zsuniętym na tył głowy i bezczelną miną.
- Zdradzasz mnie, Mario Eleno? - zapytał wyjątkowo głośno, gdy przechodzili obok.
- Ty mnie nie kochasz raz - odpowiedziała mu z obrażoną miną, machając wachlarzem. - A ja ciebie sto razy!
- Kto to? - spytał Gerhard, gdy wyszli na zewnątrz.
- Ach, moja miłość. Blagier, kłamca, artysta, reżyser, w przyszłości książę... Wszystko, co robię, robię dla niego. A mogę zrobić wiele - zapiszczała cienkim głosem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki