PRZEDMOWA
Książka, którą Państwo trzymają w rękach, nie jest łatwą lekturą. Nie jest to opowieść o bohaterach i zwycięstwach, nie jest to również suchy, pozbawiony emocji raport historyczny. Jest to - chciałoby się rzec - teologiczny thriller rozgrywający się na tle jednej z największych tragedii XX wieku, gdzie głównym bohaterem jest instytucja, która przez wieki była symbolem moralnego autorytetu, a która w obliczu zła okazała się ślepa, głucha i, co najgorsze, często po stronie oprawców.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o pomyśle napisania książki, która w tak bezpośredni sposób konfrontuje Kościół katolicki z jego odpowiedzialnością za ludobójstwo w Rwandzie, przyznałem, że byłem sceptyczny. Czy to nie jest zbyt łatwe? Czy nie lepiej skupić się na politycznych i ekonomicznych uwarunkowaniach tragedii, pozostawiając religijny wymiar historii w spokoju? Jednak po przeczytaniu maszynopisu, po prześledzeniu setek stron dokumentów, zeznań świadków i teologicznych analiz, zmieniłem zdanie diametralnie. Ta książka jest nie tylko potrzebna - jest niezbędna. Jest to bowiem głos wołającego na pustyni, który odmawia zamknięcia oczu na fakt, że największe piekło XX wieku działo się często w cieniu krzyża, a oprawcy modlili się różańcem, zanim sięgnęli po maczetę.
Autor tej książki, profesor historii i socjologii, którego pracę miałem przyjemność recenzować na różnych etapach jej powstawania, dokonał czegoś niezwykle rzadkiego. Z jednej strony jest to praca naukowa o niepodważalnym rygorze metodologicznym - każdy fakt jest udokumentowany, każda teza poparta dowodami, a analiza mechanizmów społecznych, które doprowadziły do upadku moralnego Kościoła, jest mistrzowska. Z drugiej strony jest to książka napisana z pasją, zaangażowaniem i, co ważne, z ogromnym szacunkiem dla ofiar. Autor nie epatuje brutalnością tamtych dni dla sensacji, ale nie unika też opisywania tego, co najbardziej przerażające. Bo to właśnie w tych makabrycznych szczegółach - w buldożerze niszczącym kościół pełen ludzi, w zakonnicach niosących benzynę do podpalenia przychodni, w biskupach błogosławiących rząd ludobójców - objawia się cała prawda o tym, jak daleko może upaść człowiek, który stracił kontakt z Ewangelią.
Szczególnie ważny, moim zdaniem, jest sposób, w jaki książka traktuje odpowiedzialność instytucjonalną. Zamiast taniego oskarżania całego Kościoła o spisek i zbrodnię, autor dokonuje bardzo precyzyjnego rozróżnienia między grzechem czynu (aktywny udział w mordach), grzechem zaniechania (milczenie tych, którzy wiedzieli i nie zareagowali) oraz grzechem legitymizacji (stworzenie ideologii, która umożliwiła dehumanizację Tutsi). To rozróżnienie pozwala zrozumieć, że Kościół jako instytucja nie wydał rozkazu "zabijajcie", ale stworzył klimat, w którym zabijanie stało się nie tylko możliwe, ale dla wielu wręcz moralnie uzasadnione.
Książka ta jest także niezwykle odważna w swoim rozliczeniu z postawami kolejnych papieży. Nie unika trudnych pytań o to, dlaczego Jan Paweł II - który tak odważnie mówił o prawach człowieka w komunistycznej Polsce - w przypadku Rwandy zareagował zbyt późno i zbyt słabo. Nie pomija defensywnej narracji Benedykta XVI, który choć ukarał Marciala Maciela, to jednak w sprawie afrykańskiej pozostał wierny linii "Kościół nie odpowiada za swoich członków". I wreszcie oddaje sprawiedliwość Franciszkowi - pierwszemu papieżowi, który uklęknął przed prawdą i wypowiedział słowa "błagam o przebaczenie".
Czy ta książka jest ostatecznym rozliczeniem Kościoła katolickiego z jego przeszłością w Rwandzie? Nie sądzę, by jakakolwiek książka mogła zamknąć ten rozdział. Ofiary wciąż czekają na sprawiedliwość. Sprawcy wciąż chodzą wolni. Archiwa wciąż pozostają zamknięte. Ale ta książka jest niezastąpionym narzędziem w tym procesie. Jest kompasem, który wskazuje kierunek, w którym powinien podążać rachunek sumienia. Jest głosem tych, którzy przez lata byli uciszani - ocalałych, którzy stracili rodziny w kościołach, którzy widzieli, jak ich własni pasterze wydają ich na śmierć, którzy do dziś zadają pytanie: gdzie był Bóg, gdy Jego dom stawał się grobem?
Jako historyk i teolog, który przez lata badał związki między religią a przemocą, mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że książka ta powinna stać się lekturą obowiązkową nie tylko dla studentów historii, politologii czy socjologii, ale przede wszystkim dla seminarzystów, księży i biskupów. Bo tylko konfrontacja z prawdą - nawet tak bolesną, jak ta opisana na tych stronach - może uchronić Kościół przed powtórzeniem podobnych błędów. I tylko pełne uznanie winy - nie tylko indywidualnych "czarnych owiec", ale systemowej porażki instytucji - może otworzyć drogę do prawdziwego pojednania.
Książka kończy się pytaniem, które pozostaje w pamięci na długo po zamknięciu ostatniej strony: czy Kościół katolicki wyciągnął lekcje z ludobójstwa w Rwandzie? Autor nie daje jednoznacznej odpowiedzi - i słusznie. Bo odpowiedź zależy od nas wszystkich. Od tego, czy będziemy mieli odwagę czytać takie książki, zadawać niewygodne pytania i wymagać od instytucji, które kształtują nasze sumienia, aby były wierne swojemu powołaniu. Polecam tę lekturę z całego serca - choć wiem, że nie będzie to lektura łatwa. Ale są sprawy, na które nie wolno nam zamykać oczu. A ludobójstwo w Rwandzie i rola, jaką odegrał w nim Kościół katolicki, są jedną z nich.
ROZDZIAŁ 5: KOŚCIÓŁ WOBEC LUDOBÓJSTWA
(1990-1994)
"Sygnały były tak wyraźne, że ignorowanie ich wymagało świadomego wysiłku."
W styczniu 1993 roku, szesnaście miesięcy przed rozpoczęciem ludobójstwa, specjalny sprawozdawca ONZ ds. praw człowieka w Rwandzie złożył raport, który powinien był zatrzymać świat w miejscu. Raport ten, jak później wspominał zastępca sekretarza generalnego ONZ Jan Eliasson, "ostrzegał, że wszystkie przesłanki ludobójstwa są widoczne w Rwandzie". Mówił o szkoleniach milicji, o przygotowaniach do masakr, o nienawiści etnicznej podsycanej systematycznie przez media i polityków. A jednak społeczność międzynarodowa - z ONZ na czele - nie zrobiła nic. Kofi Annan, który w 2004 roku, w dziesiątą rocznicę ludobójstwa, przemawiał na konferencji memorialnej, powiedział wprost: "Gdyby Organizacja Narodów Zjednoczonych, urzędnicy rządowi, międzynarodowe media i inni obserwatorzy poświęcili więcej uwagi narastającym oznakom katastrofy i podjęli terminowe działania, mogło do niej nie dojść".
A gdzie w tym czasie był Kościół katolicki? Gdzie byli biskupi, którzy każdej niedzieli stawali przed tysiącami wiernych? Gdzie byli księża, którzy mieli dostęp do ambon, do szkół, do sumień? Gdzie byli watkańscy dyplomaci, którzy - jak pokazały późniejsze badania - doskonale wiedzieli, co się dzieje, ale woleli milczeć, by nie "prowokować" reżimu Habyarimany?
Odpowiedź na te pytania jest brutalna i niewygodna. Kościół katolicki w Rwandzie nie tylko nie zrobił nic, by powstrzymać nadchodzącą katastrofę - on, poprzez swoje milczenie, swoją bierność i swoją strukturalną współodpowiedzialność za system dyskryminacji, umożliwił ludobójstwo. W tym rozdziale przyjrzymy się, krok po kroku, jak wyglądały te lata 1990-1994 - okres, w którym zapowiedzi ludobójstwa stawały się coraz głośniejsze, a Kościół konsekwentnie odwracał wzrok.
1990-1992: Gdy ostrzeżenia padały na głuchy grunt
Październik 1990 roku był przełomowym momentem w najnowszej historii Rwandy. Gdy Rwandyjski Front Patriotyczny (RPF) - złożony głównie z Tutsi, którzy uciekli po rewolucji 1959 roku - zaatakował Rwandę z terytorium Ugandy, reżim prezydenta Juvénala Habyarimany stanął przed największym wyzwaniem od czasu objęcia władzy w 1973 roku. Dla ekstremistów Hutu był to pretekst do rozpoczęcia kampanii propagandowej, która szybko wymknęła się spod kontroli.
W listopadzie 1990 roku - zaledwie miesiąc po ataku RPF - katolickie pismo "Kinyamateka", pod redakcją księdza André Sibomany, opublikowało artykuł, w którym stwierdzono, że "niektórzy Tutsi wspierają ataki RPF, ponieważ mają nadzieję na powrót do władzy i zemstę". Artykuł cytował rzekome wypowiedzi Tutsi, którzy mieli mówić: "Wrócimy i odzyskamy naszą władzę. Przepędzimy Hutu, którzy są teraz u władzy". To nie było dziennikarstwo. To było dostarczanie amunicji propagandowej ekstremistom, którzy dzień i noc pracowali nad tym, by przekonać Hutu, że Tutsi są śmiertelnym zagrożeniem.
Również w 1990 roku, w odpowiedzi na pierwsze doniesienia o zbrodniach popełnianych przez reżim Habyarimany, wysłannik ONZ - Bacre Waly Ndiaye - przeprowadził dochodzenie, które potwierdziło najgorsze. Jego raport, opublikowany w 1991 roku, mówił o egzekucjach pozasądowych, o torturach, o zaginięciach. Ndiaye wprost ostrzegał przed "ryzykiem ludobójstwa". Ale i ten raport został zignorowany.
W grudniu 1990 roku ekstremistyczne pismo "Kangura" opublikowało "Dziesięć przykazań Hutu" - manifest nienawiści, który, jak pisałem w poprzednim rozdziale, był celowym nawiązaniem do Dekalogu. "Dziesięć przykazań" nawoływało do segregacji, do dyskryminacji, do "kończenia z litością dla Tutsi". I znów: Kościół milczał. Żaden biskup nie wydał oświadczenia potępiającego ten dokument. Żadna parafia nie odczytała z ambony listu, który nazywałby rzeczy po imieniu. Milczenie było całkowite.
A przecież nie można powiedzieć, że Kościół nie wiedział. Arcybiskup Vincent Nsengiyumva, który był członkiem komitetu centralnego partii rządzącej MRND, doskonale orientował się w tym, co planują ekstremiści. Biskup Augustin Misago z Gikongoro, który później miał być oskarżony o współudział w ludobójstwie (choć ostatecznie uniewinniony), słyszał o szkoleniach milicji Interahamwe w swoich parafiach. Księża, którzy spowiadali polityków i wojskowych, wiedzieli, co się szykuje. A jednak - milczeli.
List pasterski z 28 lutego 1990: "Chrystus, nasza jedność" - hipokryzja czy ślepota?
Być może najbardziej symboliczny przykład kościelnego zaślepienia - lub cynizmu - stanowi list pasterski episkopatu Rwandy z 28 lutego 1990 roku, zatytułowany "Chrystus, nasza jedność". List ten, jak można by się spodziewać po jego tytule, wzywał do narodowej zgody, do pojednania, do przezwyciężenia podziałów. Brzmiał pięknie. Był pełen cytatów z Pisma Świętego i soborowej teologii. Miał jeden tylko, zasadniczy problem: był całkowicie oderwany od rzeczywistości.
Biskupi pisali o jedności, ale nie wspominali ani słowem o tym, że system "równowagi etnicznej" - który faworyzował Hutu i dyskryminował Tutsi - był praktykowany także w ich własnych diecezjach. Mówili o pojednaniu, ale nie potępili "Dziesięciu przykazań Hutu", które ukazały się zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Nawoływali do dialogu, ale sami nie podjęli żadnej inicjatywy, by go zapoczątkować. Był to list, który - jak później napisali księża z Nyundo - "unieważniały stanowisko, jakie biskupi zajmowali wobec pewnych warunków wstępnych, które właśnie tej jedności przeszkadzały".
Co gorsza, list ten został opublikowany z wyraźnym wyrachowaniem politycznym. We wrześniu 1990 roku do Rwandy miała przybyć z wizytą papież Jan Paweł II. Biskupi, chcąc wypaść dobrze przed "oczyma następcy Piotra", postanowili pokazać, że są pasterzami troszczącymi się o pokój. Ale ich troska - jak słusznie zauważyli księża z Nyundo - była pozorna. "Jest związek między wizytą Ojca Świętego a duszpasterską troską biskupów Rwandy", pisali z gorzką ironią. "Powinno być więc Jego wielką radością, gdyby zastał tę jedność przeżywaną szczerze przez nasz lud, a tym bardziej przez przywódców na wszystkich poziomach tego Kościoła Chrystusowego w Rwandzie".
Innymi słowy: nie można udawać jedności przed papieżem, gdy na co dzień praktykuje się dyskryminację. A biskupi praktykowali dyskryminację. W seminariach, w zgromadzeniach zakonnych, w kuriach biskupich - wszędzie obowiązywała zasada "równowagi etnicznej". Oznaczała ona, że przy obsadzaniu stanowisk brano pod uwagę nie kompetencje, ale pochodzenie. Był to system, który - jak pisał list pięciu księży - "faworyzował niekompetentnych i powstrzymywał najbardziej zdolnych". I co najgorsze - biskupi nie tylko akceptowali ten system, ale go współtworzyli.
List pasterski z 28 lutego 1990 roku był więc nie tyle aktem duszpasterskiej troski, ile aktem politycznej hipokryzji. Był próbą zamiatania pod dywan systemowej niesprawiedliwości, w którą Kościół był uwikłany po same uszy. I choć biskupi być może wierzyli, że działają w dobrej wierze, skutek był taki, że ich słowa o jedności trafiły w próżnię. Dla ekstremistów Hutu list ten był sygnałem, że Kościół nie będzie im przeszkadzał. Dla Tutsi - że Kościół ich opuścił.
Odpowiedź pięciu księży z Nyundo: proroczy głos na pustyni
Na tle tego kościelnego konformizmu, list pięciu księży z diecezji Nyundo - napisany 30 kwietnia 1990 roku, zaledwie dwa miesiące po liście biskupów - jawi się jako akt niezwykłej odwagi. Jego autorami byli: Augustin Ntagara, Callixte Kalisa, Jean-Baptiste Hategeka, Fabien Rwakareke i Aloys Nzaramba. Dziś tylko jeden z nich, Fabien Rwakareke, żyje. Trzej - Ntagara, Kalisa i Hategeka - zostali zamordowani podczas ludobójstwa w 1994 roku. Jeden zmarł śmiercią naturalną. Ich list przetrwał - jako oskarżenie nie tylko hierarchii, która go zignorowała, ale całego Kościoła, który wolał wygodne milczenie od prorockiego wołania.
Co napisali ci księża? Zaczęli od dyplomatycznych uprzejmości: "Przeczytaliśmy list pasterski naszych biskupów Ludowi Bożemu w duchu całkowitego podporządkowania". A potem dodali: "Jednak nie uczyniliśmy tego bez pewnego niepokoju".
Ten "niepokój" nie był osobisty. Był moralny, teologiczny i prorocki. Księża natychmiast odwołali się do Soboru Watykańskiego II, do nauki Kościoła o wolności wypowiedzi w Ludzie Bożym. Nie byli buntownikami. Robili dokładnie to, do czego zachęcał Sobór: przedstawiali odpowiedzialne sumienie w obliczu niesprawiedliwości.
Następnie wzięli byka za rogi. Oskarżyli swoich biskupów - z szacunkiem, ale bez ogródek - o hipokryzję. Wskazali na to, co wszyscy wiedzieli, ale czego nikt nie śmiał powiedzieć: że list pasterski był przede wszystkim ćwiczeniem z public relations, zaplanowanym tak, by wypaść dobrze przed wizytą papieża. "Jest związek między wizytą Ojca Świętego a duszpasterską troską biskupów Rwandy, którzy napominają wiernych, by żyli w jedności narodowej".
Księża poszli jednak dalej. Przypomnieli swoim przełożonym, że papież - jako wikariusz Chrystusa - nie daje się nabrać na puste gesty. "Powinno być więc Jego wielką radością, gdyby zastał tę jedność przeżywaną szczerze przez nasz lud, a tym bardziej przez przywódców na wszystkich poziomach tego Kościoła Chrystusowego w Rwandzie". Innymi słowy: nie można udawać przed papieżem, gdy samemu nie żyje się tym, co się głosi.
A potem księża z Nyundo powiedzieli coś, co było w ówczesnej Rwandzie aktem odwagi graniczącym z szaleństwem. Nazwali rzeczy po imieniu: politykę "równowagi etnicznej" - czyli systemowej dyskryminacji Tutsi - rasizmem