1984 na Sunset Strip - Klaudia Ornat

-
Proszę czekać

Prolog

Pozwólcie nam umrzeć młodo, albo żyć wiecznie.

ALPHAVILLE

Rok 1984

Nad Miastem Aniołów słońce wzeszło zadziwiająco szybko. Godzina piąta rano, a całe zachodnie Los Angeles wciąż pogrążone było w głębokim śnie.

Za dnia życie tutaj właściwie nie istnieje. Budzi się dopiero po zmroku i dryfuje pomiędzy szarą rzeczywistością, a ryzykowną grą, a wie to każdy, kto spędził tu chociaż kilka nocy. To narkotykowy świat, topiony w hektolitrach wódki. Koncerty, nocne kluby, alkohol.

W areszcie na Bauchet Street dzień rozpoczął się już dużo wcześniej. Od samego rana słychać było nieprzyjemny gwar, hałas skrzypiących metalowych drzwi i brzęk kluczy.

W każdej celi znajdowało się po kilku mężczyzn, takie były zasady. Tylko jedna była jakby pustawa.

Przeważnie nie zamyka się w celi jednej osoby, jednak, gdy ta bez większego powodu wszczyna bójki i wdaje się w słowne potyczki to nie ma innej opcji. Wtedy są wyjątki.

Resztki powietrza wypełniające przestrzeń mikroskopijnej celi mieszały się z ciężkim papierosowym dymem. Na wysłużonej pryczy leżał cherlawy, ciemnowłosy mężczyzna i zaciągał się papierosem.

Miał ogromne szczęście, że udało mu się go tutaj przemycić, bo w przeciwnym wypadku już dawno dostałby kurwicy. Ręce niemiłosiernie mu się trzęsły, miał nawet problem z utrzymaniem w dłoni tego pieprzonego szluga.

Brakowało mu jeszcze czegoś mocniejszego, ale nie łatwo jest skitrać butelkę, szczególnie, gdy przeszukuje cie dwóch, starych strażników więziennych. Ostatnia butelka wina jaką miał stała pusta.

Próbował się uspokoić, ale czuł, że ciśnienie w jego krwi zaraz rozerwie mu żyły. Już nawet nucenie ukochanego Communication Breakdown Zeppelinów nie pomagało.

To już kolejna noc w tej celi, a do tej pory nie zdarzyło się nic co przywróciło mu wiarę w to, że kiedykolwiek stąd wyjdzie. Ten cały syf przyprawiał go o konwulsje.

Mocne brzmienia starego radia grającego w celi obok przebijały się przez masywne więzienne ściany i wypełniały głuchą przestrzeń.

Love is Loud Kissów. Dobrze znał a nawet lubił ten zespół. Byli nieźli, na tamtejszej scenie utrzymywali się już dobre dziesięć lat. Albo i dłużej. Stanley wiedział jak wprawiać w dobry nastrój

Nie miał ze sobą właściwie nic oprócz starego, zmaltretowanego zeszytu i papierosa żarzącego się w jego dłoni. Chociaż to pierwsze ciężko było nazwać zeszytem. Zostało zaledwie kilka stron, bo resztę powyrywał i używał jako bletek do zawijania różnych substancji, które już powoli lasowały mu mózg. Ale obiecał sobie, że z tym skończy.

Nie posiadał nic oprócz koszmarnych wspomnień. I blizny na lewej piersi. Maleńka, ledwo zauważalna szrama była niemalże żywą relikwią na jego skórze.

Ciężko mu było uwolnić się od myśli tłukących się pod jego czaszką. Ciągle powracały, prześladowały go, nie pozwalając na normalne funkcjonowanie. O ile można nim nazwać powtarzające się wciąż narkotykowo- alkoholowe epizody.

Degeneraci tak mają, myślał wypalając papierosa za papierosem i wypijając butelkę za butelką.

W ostatnim miesiącu przyskrzynili go osiem razy. Miesiąc temu o połowę więcej.

Niby nic takiego.

Drobne kradzieże, włamania, rozboje czy posiadanie narkotyków, ale jednak o dziwo czuł się z tym coraz gorzej, był tym wszystkim coraz bardziej zmęczony.

Godziny spędzone w areszcie dłużyły mu się niemiłosiernie, a czas uciekał. Żadnej płyty, żadnego koncertu. Chciał być jak Tyler czy Perry i zachwycać wszystkich swoim głosem, ale jakoś się nie składało, bo jak na razie był dwudziestokilkuletnim przestępcą spędzającym życie w więzieniu, w najgorszej w możliwych dzielnic Los Angeles. Mógł być teraz na plaży w Kalifornii i wyrywać dziewczyny, albo w Sound Studios i spełniać marzenia, a siedział na pieprzonym Bauchet.

Codziennie budził się z myślą, że życie przecieka mu przez palce a on nadal tkwi w miejscu. Cały czas spędzał na rozmyślaniu. Nie służyło mu to wcale, bo z każdą godziną coraz bardziej wierzył w bezsens swojego życia. Gdy tu przyjechał miał plany i marzenia, a teraz tylko ma na koncie kilka drobnych przestępstw i słabe relacje z kumplami z zespołu. Zresztą to chyba lepsze niż wolność, przynajmniej ma gdzie spać.

Do domu nie wróci. Nigdy. Nie po to uciekł, żeby teraz uczyć się żyć tam od nowa. Zresztą nie musi tam być, by wiedzieć, że wciąż nic się nie zmieniło. Przestał się nawet łudzić, że ktoś przyjąłby go z powrotem. Często zastanawiał się, czy ktokolwiek jeszcze o nim pamięta.

Nie chciał być zapomnianym i kurewsko się tego bał. Mówili o nim kawał skurwysyna i sam powoli zaczynał w to wierzyć. W końcu cała masa ludzi nie może się mylić.

Z przemyśleń wyrwał go głuchy trzask. Wielkie, pancerne drzwi otworzyły się i do środka wszedł znienawidzony strażnik więzienny, z którym chłopak już nie raz zdążył się pożreć.

- Harrison, rusz się. Wychodzisz. Znowu. Tylko czekać, aż ponownie się zobaczymy... - rzucił znudzony.

Chłopak momentalnie poderwał się z miejsca. Niedopałek niezauważalnie zniknął pod jego butem.

- Jak to możliwe? - zapytał szczerze zdziwiony - Myślałem, że będę tu gnić do usranej śmierci. Kto zapłacił?

- Nie przedstawiał się, ale wyglądacie podobnie, więc przypuszczam, że jest takim samym skończonym dupkiem jak ty. I pewnie też ćpunem. - odparł.

Brunet spojrzał na niego złowrogo.

- Pieprz się. - zaklął pod nosem i w mgnieniu oka opuścił salę.

Gnał przed siebie mijając znajome korytarze i cele. I te znienawidzone mordy wodzące za nim osłupiałym wzrokiem. Przyspieszył kroku i gdy tylko opuścił mury Mens Central Jails poczuł się naprawdę wolny.

Gdy dostrzegł śledzące go z okien znajome twarze wydarł się tylko:

- Pierdolcie się wszyscy. Więcej się nie zobaczymy.

Ostentacyjnie pokazał im środkowy palec, rozbił pustą butelkę o kolumnę aresztu i ruszył przed siebie.

Sebastian był istotą nader osobliwą. Był przesadnie pewny siebie, momentami nawet narcystyczny. Nie miał daru zjednywania sobie ludzi. Było dokładnie odwrotnie. Jego niewyparzony język i wiecznie zirytowane spojrzenie odpychało wszystkich tych, którzy choćby na milimetr chcieli się do niego zbliżyć.

Ciężko byłoby wytrzymać z nim dłuższy czas, gdyby nie fakt, że z jakiegoś powodu niektórych do niego przyciągało, jak magnes. Z całą pewnością coś w sobie miał. Jakiś enigmatyczny błysk w oku i dzieciącą naiwność, która przejawiała się głównie w momentach, gdy stawiał przed sobą jakiś wielki cel. Z całych sił wierzył w to, że przyszedł na świat po to, by być kimś. Nigdy nie myślał o sobie, jak o zwykłym przeciętniaku i chociaż wyglądem bliżej mu było do młodego Osbourne'a, to swoją uporczywością i wytrwałością doścignął już nawet The Trash Bag Killera. Już dawno porzucił wszelkie mentalne ograniczenia. Być może fakt, że nie wierzył w rzeczy niemożliwe sprawiał, że ludzie, którzy mieli okazję bliżej go poznać czuli w jego towarzystwie, że mogą wszystko.

Gorzej było z większością, która nie znała go osobiście. Świat był podzielony na pół: kobiety niemal lgnęły do niego, mężczyźni go nie trawili. I nie jedynym powodem tego było to, że zgarniał wszystkie najlepsze laski.

Kiedy wchodził wszystkie spojrzenia kierowany były na niego. Mimo swojego gorszącego zachowania i dysydenckiej natury z pewnością był istotą interesującą.

Miał piękną twarz i zupełnie nie współgrający z nią charakter. Bywał strasznym dupkiem i chociaż zdawał sobie z tego sprawę, to wcale mu to nie ciążyło.

***

- Stary, ratujesz mi dupę po raz kolejny. Naprawdę myślałem, że tam zgniję. Już powoli zacząłem się przyzwyczajać do tej zimnej celi i kracianych okien.

- Nie ma o czym mówić. W końcu jesteśmy kumplami, nie? - rzucił retorycznie wysoki blondyn poprawiając niedbale swoją nastroszoną, tlenioną czuprynę i popijając łyk siarkowego wina. Aktualnie tylko na nie było go stać. Życie na Sunset Strip nie rozpieszczało. Bywały momenty, w których przez kilka dni nie mieli co włożyć do ust. Zatęchłe mieszkanie i brak pieniędzy na jedzenie to w tamtych rejonach norma. Dach przeciekał, a w ich mieszkaniu zaczęły pojawiać się szczury i inne robactwo. Takie życie nie było marzeniem nikogo, kto przyjechał do Los Angeles robić karierę muzyczną.

- Mike, kurwa. Jest o czym mówić. To już kilkunasty raz w tym więzieniu.

Shepard posłał mu współczujące spojrzenie. Wyglądało na to, że puścił w niepamięć wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w ostatnim czasie.

Szli barwnymi uliczkami, na przedmieściach West Hollywood i rozmawiali. Niebo zaczynało nabierać brunatno-pomarańczowych barw, a muzyka rozbrzmiewała coraz głośniej, starając się zagłuszyć ich rozmowę.

- Doskonale cię rozumiem. - odparł i zawahał się na moment- W La More czekają na nas chłopaki. - rzucił optymistycznie.

- Poważnie? - Brunet nie krył zdziwienia. - To świetnie, nie pamiętam kiedy ostatnio spędziliśmy czas w czwórkę. Mike, naprawdę nie wiem jak ci za to wszystko dziękować. I wiem, jak między nami bywało, ale to nie zmienia faktu, że jestem ci szczerze wdzięczny.