1984 - George Orwell

Kup ebooka

21.00 zł
14.82 zł (14,37 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Był jasny zimny dzień w kwietniu, zegary właśnie wybiły trzynastą. Winston Smith z podbródkiem przyciśniętym do piersi w odruchu obrony przed kąśliwym wiatrem wślizgnął się szybko przez oszklone drzwi do Victory Mansions, choć nie na tyle szybko, aby wraz z nim do środka nie wdarł się tuman piaszczystego kurzu.

Na klatce schodowej cuchnęło gotowaną kapustą i starymi wycieraczkami. Na jednej ze ścian powieszono kolorowy plakat, zbyt duży, aby go eksponować we wnętrzach. Ukazywał ogromną twarz, o ponadmetrowej szerokości: oblicze mniej więcej czterdziestopięcioletniego mężczyzny o grubo ciosanych przystojnych rysach i sumiastych czarnych wąsach. Winston ruszył na schody. Próba skorzystania z windy nie miała sensu. Nawet w najlepszych czasach winda rzadko działała, a teraz za dnia odcinano prąd. Zadecydowano o tym w ramach polityki oszczędnościowej przygotowującej do Tygodnia Nienawiści. Mieszkanie znajdowało się na siódmym piętrze i Winston, który miał trzydzieści dziewięć lat i wrzodziejący żylak nad kostką prawej nogi, szedł na górę powoli, przystając kilka razy po drodze. Na każdym półpiętrze spoglądała na niego z plakatu naprzeciw szybu windowego ogromna twarz wąsacza. Było to jedno z tych upozowanych zdjęć, na których oczy podążają za ruchami widza. Podpis głosił: WIELKI BRAT PATRZY.

W mieszkaniu tubalny głos odczytywał listę danych mających coś wspólnego z produkcją surówki hutniczej. Dochodził z prostokątnej metalowej tablicy podobnej do matowego lustra, która stanowiła część ściany po prawej stronie. Winston przekręcił włącznik i głos nieco osłabł, choć słowa pozostały wyraźnie słyszalne. Urządzenie (nazywane teleekranem) dawało się ściszyć, ale nie można go było całkowicie wyłączyć. Winston podszedł do okna - nieduża krucha postać, której niepozorność uwydatniał niebieski kombinezon: partyjny uniform. Miał bardzo jasne włosy, cerę z natury rumianą, skórę spierzchniętą od szorstkiego mydła, tępych żyletek i mrozów minionej zimy.

Świat za oknem zionął chłodem. W głębi ulicy w podmuchach wiatru wirowały kłęby kurzu i skrawki papieru i choć świeciło słońce, a niebo było soczyście niebieskie, wszystko zdawało się bezbarwne z wyjątkiem porozlepianych wszędzie plakatów. Wąsate oblicze spoglądało z każdego wyeksponowanego miejsca. Także z fasady domu naprzeciwko. WIELKI BRAT PATRZY - grzmiał podpis, a ciemne źrenice zaglądały Winstonowi głęboko w oczy. Niżej, na poziomie ulicy, kolejny plakat z naderwanym rogiem trzepotał nierytmicznie na wietrze, na zmianę zakrywając i odkrywając jedno słowo: ANGLOSOC. W oddali między dachami latał śmigłowiec, na moment zawisł jak giez, po czym poderwał się w przechyleniu. Był to patrol policji zaglądający ludziom do okien. Lecz taki patrol nie robił wrażenia. Wrażenie robiła Myślicja.

Za plecami Winstona głos z teleekranu wciąż trajkotał o wytopie surówki i przekroczeniu założeń dziewiątego w kolejności Planu Trzyletniego. Teleekran był zarazem odbiornikiem i nadajnikiem. Wychwytywał każdy dźwięk głośniejszy od cichego szeptu, ponadto dopóki Winston przebywał w polu obserwacji z metalowej płyty, nie tylko go słyszano, ale też widziano. Oczywiście nikt nie miał pojęcia, czy w danej chwili jest podglądany. Kwestią domysłów pozostawało, jak często lub według jakiego schematu Myślicja prowadzi inwigilację. Niewykluczone, że śledziła wszystkich przez cały czas. Tak czy inaczej mogła podłączyć się do każdego mieszkania, kiedy tylko chciała. Ludzie musieli żyć i żyli z założeniem - które z nawyku przerodziło się w odruch - że słyszano każde ich słowo i nadzorowano każdy ruch, chyba że skrywała ich ciemność.

Winston stał odwrócony tyłem do teleekranu. Tak było bezpieczniej, choć zdawał sobie sprawę, że nawet plecy mogą go zdradzić. W odległości kilometra nad zszarzałym miejskim krajobrazem górował biały gmach Ministerstwa Prawdy, jego miejsce pracy. Oto Londyn, pomyślał Winston z mglistym niesmakiem, główne miasto Lądowiska Numer Jeden, trzeciej pod względem zaludnienia prowincji Oceanii. Spróbował dogrzebać się do jakiegoś wspomnienia z lat dziecinnych, które upewniłoby go, czy Londyn zawsze wyglądał tak samo. Czy oczom zawsze ukazywał się widok dziewiętnastowiecznych ruder o ścianach podpartych belkami, oknach łatanych kawałkami dykty i dachach uszczelnianych blachą falistą, ze zwariowanymi murami ogrodowymi pochylonymi we wszystkie strony? I widok tych zbombardowanych parcel, gdzie pył z tynku kłębił się w powietrzu, a wierzbownica porastała kupy gruzu, tych kwartałów zrównanych z ziemią przez bomby, gdzie kiełkowały kolonie nędznych drewnianych budynków przypominających kurniki? Na próżno Winston próbował sobie przypomnieć: z dzieciństwa nie zachowało się nic oprócz serii rozświetlonych obrazów pozbawionych tła i najczęściej niezrozumiałych.

Siedziba Ministerstwa Prawdy - Minipry w nowomowie [nowomowa była urzędowym językiem Oceanii. Struktura i etymologia - zob. apendyks] - istotnie różniła się od wszystkich innych budynków w zasięgu wzroku. Był to ogromny gmach w kształcie piramidy, postawiony z lśniącego białego betonu, wznoszący się tarasowo na wysokość trzystu metrów. Ze swego miejsca Winston dostrzegał wyraźnie trzy partyjne hasła w formie eleganckich liter na białym tle:

WOJNA TO POKÓJ

WOLNOŚĆ TO NIEWOLA

IGNORANCJA TO SIŁA

Mówiono, że gmach Ministerstwa Prawdy ma trzy tysiące pomieszczeń od parteru w górę i podobny rozkład pod ziemią. W całym Londynie były jeszcze tylko trzy budynki, które dorównywały mu wyglądem i wielkością. Do tego stopnia dominowały nad resztą miasta, że z dachu Victory Mansions było widać wszystkie cztery jednocześnie. Stanowiły siedziby czterech ministerstw, na które dzielił się cały aparat władzy. Ministerstwu Prawdy podlegały informacja, rozrywka, oświata i sztuka. Ministerstwo Pokoju prowadziło wojny. Ministerstwo Miłości było odpowiedzialne za utrzymywanie ładu i porządku. Ministerstwo Dostatku zajmowało się z kolei gospodarką. W nowomowie ich nazwy brzmiały następująco: Minipra, Minipo, Minimi i Minido.

Największy strach budziło Ministerstwo Miłości. Jego gmach nie miał ani jednego okna. Winston nigdy nie był w tym ministerstwie ani choćby w promieniu pół kilometra od niego. Wpuszczano tam ludzi jedynie w sprawach służbowych i nawet wtedy należało przedrzeć się przez istny labirynt zasieków, stalowych bram i zamaskowanych gniazd karabinów maszynowych. Ulice w pobliżu zewnętrznych szlabanów patrolowali strażnicy o gębach goryli, ubrani w czarne mundury i wyposażeni w pałki teleskopowe.

Winston odwrócił się gwałtownie. Na twarz przywołał wyraz spokojnego optymizmu, bo tak nakazywał rozsądek, gdy stało się przodem do teleekranu. Ruszył przez pokój do ciasnej kuchni. Wychodząc o tej porze z Ministerstwa, zrezygnował z obiadu w stołówce, wiedział również, że w kuchni nie ma nic do jedzenia oprócz kawałka ciemnego chleba, który musiał zachować na śniadanie nazajutrz. Z półki zdjął butelkę bezbarwnego płynu oklejoną prostą białą etykietą z napisem VICTORY GIN. Wydzielała duszną mdłą woń jak chińska wódka ryżowa. Nalał sobie prawie całą filiżankę, przygotował się na wstrząs i wypił wszystko jednym haustem jak dawkę lekarstwa.

Natychmiast poczerwieniał, a z oczu popłynęły łzy. Alkohol smakował jak kwas azotowy, ponadto każdy łyk był niczym cios gumową pałką w potylicę. Lecz w następnej chwili palące doznanie w żołądku minęło i świat stał się nieco pogodniejszy. Winston wyjął papierosa z pogniecionej paczki z napisem VICTORY CIGARETTES i nieostrożnie ujął go w pionie, przez co cały tytoń wysypał się na podłogę. Z następnym poszło mu lepiej. Wrócił do dużego pokoju i usiadł przy stoliku po lewej stronie teleekranu. Z szuflady wydobył obsadkę, kałamarz i gruby czysty brulion w marmurkowej okładce z czerwonym grzbietem.

Z niewiadomego powodu teleekran umieszczono w nietypowym miejscu. Zamiast, jak to się działo na ogół, wisieć na ścianie w głębi, skąd roztaczał się widok na całe pomieszczenie, był zamontowany na najdłuższej ścianie, naprzeciw okna. Po jednej jego stronie ciągnęła się płytka wnęka, w której teraz siedział Winston, a którą, gdy budowano blok, zapewne przeznaczono na regał z książkami. Tkwiąc we wnęce, przyklejony do ściany, znajdował się poza zasięgiem obserwacji z teleekranu, a więc był niewidoczny. Nadal go jednak słyszano. Przede wszystkim to właśnie niecodzienny rozkład pokoju podsunął mu pomysł, który właśnie zaczął wcielać w życie.

Dodatkowo zainspirował go brulion wyjęty z szuflady. Był wyjątkowo piękny. Papieru, z którego wykonano gładkie kremowe kartki, nieco pożółkłe z upływu czasu, nie produkowano już od co najmniej czterdziestu lat. Winston domyślał się, że zeszyt jest o wiele starszy. Wypatrzył go na wystawie zatęchłego sklepiku ze starzyzną w jednej z podlejszych dzielnic miasta (nie pamiętał już, gdzie dokładnie to było) i natychmiast poczuł nieprzeparte pragnienie, aby go mieć. Członkom partii nie wolno było zaopatrywać się w zwykłych sklepach (takie zakupy nazywano "transakcjami na wolnym rynku"), jednak zakazu tego nie przestrzegano nazbyt surowo, gdyż wielu potrzebnych rzeczy, takich jak sznurowadła czy żyletki, nie można było dostać w inny sposób. Winston rozejrzał się szybko na boki, wślizgnął do środka i kupił brulion za dwa i pół dolara. W tamtej chwili nie zastanawiał się nawet, w jakim celu to zrobił. Zaniósł zdobycz w teczce do domu jak winowajca. Zeszyt był niezapisany, lecz sam w sobie mógł być okolicznością obciążającą.

Winston postanowił prowadzić pamiętnik. Nie było to wbrew prawu (nic nie było, ponieważ zniesiono wszelkie prawa), gdyby jednak zostało wykryte, z dużą dozą prawdopodobieństwa czekałaby go kara śmierci lub przynajmniej dwadzieścia pięć lat obozu pracy przymusowej. Do obsadki włożył stalówkę i possał ją przez chwilę, żeby pozbyć się tłuszczu. Pióro było archaicznym przyborem, używanym rzadko nawet do składania podpisu, a to konkretne Winston zdobył po kryjomu i z pewnym trudem, wiedziony przeświadczeniem, że piękny kremowy papier zasługuje na stalówkę, a nie skrobanie kopiowym ołówkiem. W istocie nie nawykł do odręcznego pisania. Poza krótkimi notatkami wszystko dyktowano do mowopisu, który oczywiście nie nadawał się do obecnego celu. Winston zanurzył stalówkę w kałamarzu i zawahał się na moment. Ścisnęło go w dołku. Przyłożenie pióra do papieru było krokiem przełomowym. Napisał niezgrabnymi małymi literami:

4 kwietnia 1984 r.

Wyprostował się. Ogarnęło go poczucie całkowitej bezsilności. Po pierwsze, wcale nie był przekonany, że faktycznie jest rok 1984. Bez wątpienia coś koło tego, gdyż raczej nie ulegało wątpliwości, że ma trzydzieści dziewięć lat, sądził bowiem, że urodził się w 1944 albo w 1945 roku, lecz w obecnych czasach nie dało się określić żadnej daty z dokładnością większą niż do roku, dwóch.

W jego głowie pojawiło się nagle pytanie, dla kogo będzie pisał ten pamiętnik. Dla przyszłości, dla nowych pokoleń. Przez chwilę krążył myślą wokół spornej daty zapisanej na kartce, aż naraz natknął się brutalnie na słowo z nowomowy: dwumyślenie. Po raz pierwszy dotarła do niego doniosłość rozpoczętego przedsięwzięcia. Jak można porozumieć się z przyszłością? Z natury rzeczy było to niemożliwe. Albo przyszłość okaże się podobna do teraźniejszości, a wtedy nikt nie zechce go słuchać, albo okaże się inna, a wtedy jego przesłanie będzie niezrozumiałe.

Przez pewien czas wpatrywał się tępo w kartkę. W teleekranie przestawiono się na dziarskie marsze wojskowe. Zastanawiające było to, że Winston nie tylko stracił zdolność wyrażania swoich myśli, lecz zapomniał wręcz, co zamierzał napisać. W ostatnich tygodniach przygotowywał się do tej chwili i nie przyszło mu do głowy, że odwaga to za mało. Samo pisanie miało być łatwe. Wymagało jedynie przelania na papier tego nieprzerwanego uporczywego monologu, który od lat wypełniał jego umysł. Lecz w tej chwili nawet ten monolog ucichł. W dodatku żylaki swędziały nieznośnie. Winston bał się podrapać, bo wtedy zawsze powstawał stan zapalny. Upływały sekundy. Świadom był tylko pustej kartki, swędzenia nad kostką, dudniącej muzyki i lekkiego odurzenia spowodowanego dżinem.

Nagle zaczął pisać w panice, mgliście zdając sobie sprawę, co zostawia na papierze. Drobne dziecięce pismo z mozołem zapełniało stronę, pozbawione dużych liter, potem nawet znaków przestankowych:

4 kwietnia 1984 r. wczoraj wieczorem wypad do kina. same kroniki wojenne. jedna bardzo dobra o zbombardowaniu statku pełnego uchodźców gdzieś na morzu śródziemnym. widownia ubawiona ujęciami ukazującymi olbrzymiego grubasa uciekającego wpław przed ścigającym go śmigłowcem, najpierw pluskał się jak morświn, potem ukazany przez celowniki w śmigłowcu, potem poszatkowany, morze dokoła różowe i nagle zatonął jakby do dziur po kulach nalało się wody, widownia ryczała ze śmiechu, kiedy poszedł na dno, potem pokazali szalupę z dziećmi, nad którą zawisł śmigłowiec. na dziobie siedziała kobieta w średnim wieku, może żydówka, z mniej więcej trzyletnim chłopcem w ramionach. chłopczyk wył z przerażenia i chował głowę między jej piersiami jakby chciał się w nich zakopać kobieta obejmowała go i uspokajała choć sama była sina ze strachu cały czas go osłaniała jakby myślała że jej ręce obronią go przed kulami potem śmigłowiec zrzucił 20-kilogramowy pocisk błysnęło straszliwie i łódź poszła w drzazgi świetne ujęcie dziecięcej rączki lecącej do góry najwyraźniej filmowała to kamera w dziobie śmigłowca i na miejscach dla członków partii wybuchły rzęsiste oklaski ale w rzędach dla prolów jakaś kobieta wszczęła awanturę wrzeszczała że takich scen nie powinno się pokazywać przy dzieciach tak nie wolno tak się nie godzi aż w końcu policjanci ją wyprowadzili ale nie myślę żeby coś jej zrobili nikogo nie obchodzi co mówią prole typowa reakcja prola oni nigdy

Winston przerwał, między innymi dlatego, że dopadł go skurcz. Nie miał bladego pojęcia, co go skłoniło do wypisywania tych bzdur. Kłopot w tym, że gdy machał piórem, w jego umyśle wyklarowało się zupełnie inne wspomnienie, na tyle wyraźne, że nieomal uznał je za tak samo warte upamiętnienia. Uświadomił sobie teraz, że to właśnie z powodu drugiego zdarzenia nagle postanowił wrócić wcześniej do domu i akurat tego dnia rozpocząć prowadzenie pamiętnika.

Wydarzyło się to - jeśli coś tak ulotnego w ogóle może się wydarzyć - rankiem w ministerstwie.

Dochodziła jedenasta i w Wydziale Archiwów, gdzie pracował Winston, właśnie wyciągano krzesła z boksów, aby ustawić je pośrodku sali przed wielkim teleekranem w przygotowaniu do Dwóch Minut Nienawiści. Winston miał już zająć miejsce w jednym ze środkowych rzędów, gdy nagle do środka weszły dwie osoby, które czasem widywał, ale z którymi nigdy nie zamienił słowa. Jedną była dziewczyna często mijana w korytarzach. Jej nazwiska nie znał, wiedział jednak, że pracuje w Wydziale Literatury Pięknej. Najprawdopodobniej - przecież niekiedy miała powalane smarem dłonie i nosiła klucz francuski - dbała o konserwację urządzeń mechanicznych piszących powieści. Była około dwudziestosiedmioletnią pewną siebie kobietą o gęstych czarnych włosach, piegowatej twarzy i błyskawicznych ruchach sportsmenki. Talię ukrytą pod kombinezonem obwiązała kilkakrotnie wąską szkarłatną szarfą - symbolem Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej - na tyle mocno, że uwydatniła się krągłość bioder. Winston znielubił ją od pierwszego wejrzenia. Zdawał sobie sprawę, jaka jest tego przyczyna. Dziewczyna roztaczała dokoła atmosferę aktywizmu: hokeja na trawie, kąpieli w zimnej wodzie, wspólnych wycieczek krajoznawczych oraz ogólnej prawomyślności. Nie cierpiał kobiet, zwłaszcza młodych i ładnych. Z zasady to właśnie kobiety, nade wszystko młode, były najbardziej zaślepionymi zwolennikami Partii, głosicielami haseł propagandowych, gorliwymi szpiclami i demaskatorami odszczepieństw. Ta dziewczyna sprawiała wrażenie bardziej niebezpiecznej od innych. Pewnego razu, gdy mijali się w korytarzu, rzuciła mu z ukosa szybkie spojrzenie, tak przenikliwe, że ogarnęło go najczarniejsze przerażenie. Przyszło mu nawet do głowy, że być może jest agentką Myślicji, chociaż w istocie było to mało prawdopodobne. Mimo to gdy znajdował się w pobliżu tej dziewczyny, odczuwał osobliwy niepokój, na który składał się strach zmieszany z wrogością.

Drugą osobą był mężczyzna o nazwisku O'Brien, członek Partii Wewnętrznej, który piastował tak ważny i wysoki urząd, że Winston miał jedynie mgliste pojęcie o charakterze tego stanowiska. Na widok człowieka w czarnym kombinezonie członkowskim Partii Wewnętrznej wśród osób zgromadzonych przy krzesłach natychmiast zapadła cisza. O'Brien był dużym, przysadzistym mężczyzną o byczym karku i zabawnej, nieokrzesanej twarzy brutala. Pomimo groźnego wyglądu miał pewien urok. Rozbrajający w nieokreślony sposób okazywał się jego osobliwie kulturalny nawyk nieustawicznego poprawiania okularów na nosie. Gdyby wciąż rozumowano w podobnych kategoriach, gest ten przywodziłby na myśl osiemnastowiecznego szlachcica częstującego z tabakiery. Winston widział O'Briena tyle razy, ile lat przepracowali dotąd razem w ministerstwie - kilkanaście. Coś go silnie do niego przyciągało, coś więcej niż tylko dziwny kontrast między cywilizowanymi manierami a fizjonomią boksera. W większym stopniu było to skryte przekonanie - nie tyle nawet przekonanie, ile nadzieja - że polityczna ortodoksyjność O'Briena nie jest wzorowa. Nieodparcie zdawała się o tym świadczyć jego twarz. Lecz znów, być może na obliczu tego człowieka nie odmalowywało się odszczepieństwo, a po prostu inteligencja? Tak czy owak sprawiał wrażenie kogoś, z kim można porozmawiać, gdyby udało się oszukać teleekran i znaleźć z nim sam na sam. Winston nie podjął jednak nigdy najmniejszej próby, by sprawdzić swoje podejrzenia, ponadto jak niby miałby to zrobić? W tej chwili O'Brien spojrzał na zegarek, zobaczył, że dochodzi jedenasta, i najwyraźniej postanowił zostać w Wydziale Archiwów, aby obejrzeć Dwie Minuty Nienawiści. Usiadł w tym samym rzędzie co Winston, kilka krzeseł dalej. Między nimi miejsce zajęła drobna rudawa blondynka, która pracowała w boksie sąsiadującym z boksem Winstona. Brunetka siedziała bezpośrednio za Winstonem.

W następnej chwili z wielkiego teleekranu na końcu sali zadudnił ohydny chrapliwy głos, jakby ruszyła potworna nienaoliwiona maszyna. Był to taki hałas, od którego bolały zęby i stawały włosy na głowie. Zaczął się seans nienawiści.

Jak zwykle na ekranie pojawiła się twarz Emmanuela Goldsteina, Wroga Ludu. Wśród widowni przeleciał szmer. Mała rudawa blondynka zapiszczała ze strachu zmieszanego z odrazą. Goldstein był renegatem i odszczepieńcem, który dawno temu (jak dawno, tego nikt już nie pamiętał) należał do przywództwa Partii, rangą niemal dorównywał Wielkiemu Bratu, lecz później zaangażował się w działalność kontrrewolucyjną i został skazany na karę śmierci, uciekł jednak w tajemniczych okolicznościach i zapadł się pod ziemię. Program Dwóch Minut Nienawiści zmieniano codziennie, ale to Goldstein był zawsze ich głównym bohaterem. Archetyp zdrajcy, pierwszy zbrukał czystość Partii. Wszystkie późniejsze zbrodnie popełnione przeciw niej, wszystkie odstępstwa, przypadki sabotażu, herezje, odchylenia od oficjalnej linii brały się wprost z jego doktryny. Przebywał w nieznanym miejscu i wciąż działał w konspiracji: albo za morzem, gdzie żył pod ochroną zagranicznych mocodawców, albo - czasem pojawiały się takie pogłoski - w ukryciu na terenie Oceanii.

Winston poczuł ucisk w przeponie. Ilekroć widział twarz Goldsteina, miotały nim sprzeczne emocje. Była to szczupła żydowska twarz z wiotką kozią bródką i ogromną aureolą napuszonych siwych włosów - przebiegła i zarazem godna pogardy, z wyrażającym starcze otępienie długim cienkim nosem, na którego końcu nasadzono okulary. Przypominała pysk owcy, w dodatku głos też brzmiał jak owczy bek. Goldstein przeprowadzał swój typowy cyniczny atak na doktryny Partii - tak przejaskrawiony i perfidny, że nawet dziecko by się zorientowało, a jednak na tyle przekonujący, by przepełnić każdego obawą, że inni ludzie, mniej rozgarnięci, mogą się nabrać. Oczerniał Wielkiego Brata, krytykował przewodnictwo Partii, domagał się natychmiastowego zawarcia pokoju z Eurazją, bronił wolności słowa i myśli, wolności prasy, prawa do zgromadzeń, wrzeszczał jak histeryk, że zdradzono rewolucję - wszystko to w prędkim wielozgłoskowym monologu, parodii stylu partyjnych krasomówców, zawierającym nawet zwroty z nowomowy, w istocie zawierającym więcej takich wyrażeń, niż jakikolwiek członek Partii użyłby w zwykłych okolicznościach. Aby nikt nie miał wątpliwości co do prawdziwych motywów kryjących się za łgarstwami Goldsteina, przez cały czas w tle za jego głową po teleekranie maszerowała niekończąca się kolumna wojsk eurazjatyckich - szereg za szeregiem srogich mężczyzn o niewzruszonych azjatyckich twarzach, które wypełniały obraz i zaraz znikały tylko po to, aby zastąpiły je nowe, identyczne. Baraniemu głosowi Goldsteina akompaniowało monotonne, miarowe dudnienie żołnierskich butów.

Seans nienawiści nie trwał jeszcze nawet pół minuty, gdy połowa widzów zebranych na sali zaczęła wydawać żywiołowe okrzyki gniewu. Kołtuńska gęba przypominająca owczą mordę i straszliwa potęga armii eurazjatyckiej - tego było za wiele. Na sam widok Goldsteina, nawet na myśl o nim, odczuwano niepohamowany strach i wściekłość. Był o wiele bardziej niezawodnym obiektem nienawiści niż Eurazja czy Ostazja, bo gdy Oceania toczyła wojnę z jednym z tych mocarstw, na ogół zawierała pokój z drugim. Dziwiło to, że choć Goldsteina darzono powszechną nienawiścią i pogardą, choć codziennie po tysiąckroć - na zebraniach i na teleekranach, w gazetach i w książkach - odpierano, obalano i ośmieszano jego poglądy wobec opinii publicznej jako żałosne brednie, którymi w istocie były, jego wpływy nie słabły. Zawsze znajdowali się nowi naiwniacy, którzy dali się ogłupić. Każdego dnia Myślicja demaskowała szpiegów i sabotażystów działających z polecenia Goldsteina. Dowodził rozległą tajną organizacją, podziemną siatką spiskowców, za wszelką cenę dążących do obalenia istniejącego porządku. Organizacją zwaną podobno Bractwem. Szeptano też pokątnie o strasznej książce, kompendium wszystkich odstępstw, której autorem był Goldstein i która krążyła w drugim obiegu. Książka nie miała tytułu. Ludzie nazywali ją, jeśli w ogóle poruszali ten temat, po prostu Książką. Takie sprawy znano wyłącznie z pogłosek powtarzanych półgębkiem. Rozmów o Bractwie i Książce członkowie Partii unikali jak ognia.

W drugiej minucie seansu nienawiść zgromadzonych widzów przerodziła się w szał. Ludzie podskakiwali na krzesłach i wrzeszczeli ile sił w płucach, żeby zagłuszyć obłąkańczy bek płynący z ekranu. Drobna rudawa blondynka dostała rumieńców. Łapała ustami powietrze jak ryba wyjęta z wody. Nawet obwisłe oblicze O'Briena poczerwieniało. Siedział wyprostowany, a jego wydatna klatka piersiowa napięła się i drżała, jakby powstrzymywał napór fali. Brunetka znajdująca się za Winstonem zaczęła krzyczeć: "Świnia! Świnia! Świnia!". Nagle chwyciła opasły słownik nowomowy i rzuciła nim w ekran. Tomisko trafiło Goldsteina w nos i odbiło się, lecz głos niestrudzenie rozbrzmiewał dalej. W przebłysku samoświadomości Winston zdał sobie sprawę, że krzyczy razem z innymi i wściekle wali obcasami w poprzeczkę krzesła. Groza Dwóch Minut Nienawiści polegała nie na tym, że człowiek czuł się zmuszony do uczestnictwa, lecz że nie mógł się powstrzymać od dostrojenia się do ogółu. Wystarczyło pół minuty, aby zadziało się to naturalnie. Ekstatyczny strach i mściwość, chęć mordu, zadawania tortur, zmiażdżenia twarzy młotem kowalskim przeszywały zebranych jak prąd elektryczny, przemieniając każdego wbrew jego woli w rozemocjonowanego i rozwrzeszczanego szaleńca. Jednocześnie ta powszechna wściekłość była wyabstrahowana, nieukierunkowana, więc dawało się nią sterować jak płomieniem palnika. Czasem nienawiść Winstona nie zwracała się przeciw Goldsteinowi, lecz wręcz odwrotnie, przeciw Wielkiemu Bratu, Partii i Myślicji i w takich chwilach całym sercem współczuł samotnemu, odsądzanemu od czci i wiary odszczepieńcowi widocznemu na ekranie, jedynemu orędownikowi prawdy i rozumu w świecie kłamstwa. Lecz w następnej sekundzie jednoczył się z ludźmi dokoła i prawdą z kolei wydawało się wszystko, co opowiadano o Goldsteinie. W tych momentach głęboko skrywana nienawiść do Wielkiego Brata przeradzała się w uwielbienie - Wielki Brat jawił się wtedy jako niezwyciężony i nieustraszony gigantyczny mocarz, niewzruszony bastion powstrzymujący hordy Azjatów, Goldstein zaś, pomimo osamotnienia, bezradności oraz nawet wątpliwości co do jego istnienia, wydawał się złowrogim hipnotyzerem zdolnym siłą swego głosu zniszczyć posady cywilizowanego świata.

Niekiedy udawało się aktem woli przekierować własną nienawiść. Nagle, w wyniku uporczywego wysiłku, z jakim dręczony koszmarem człowiek odrywa głowę od poduszki, Winston potrafił zwrócić swoją nienawiść od twarzy ukazanej na ekranie przeciw brunetce siedzącej za jego plecami. W jego umyśle rozbłyskiwały wtedy wyraziste piękne wizje. Zatłukłby dziewczynę na śmierć gumową pałką. Przywiązałby ją nagą do pala i naszpikował strzałami jak świętego Sebastiana. Zgwałciłby ją i poderżnął gardło w chwili orgazmu. O wiele wyraźniej niż dotąd dotarło do niego, dlaczego tak bardzo jej nienawidzi. Nienawidził jej, bo była młoda, ładna i aseksualna, bo chciał pójść z nią do łóżka, a to wydawało się niemożliwe, bo jej słodkie wydatne biodra, które aż prosiły się o dotyk męskich dłoni, opasywała obmierzła szkarłatna szarfa, agresywny symbol wstrzemięźliwości płciowej.

Nienawiść sięgnęła zenitu. Głos Goldsteina przeszedł w prawdziwe owcze beczenie, a głowa zmieniła się w barani łeb. Łeb z kolei zaraz przekształcił się w sylwetkę nacierającego eurazjatyckiego piechura, ogromnego i strasznego, z terkoczącym pistoletem maszynowym w dłoniach, jakby żołnierz miał wyskoczyć z ekranu, aż niektórzy w pierwszym rzędzie odskoczyli do tyłu z przerażenia. W tej samej chwili, wywołując głębokie westchnienie ulgi pośród zebranych, wrogą postać zasnuła twarz Wielkiego Brata, o czarnej czuprynie i wąsach, promieniująca mocą i tajemniczym spokojem, tak olbrzymia, że wypełniła prawie cały ekran. Nikt nie usłyszał, co mówi Wielki Brat. Było to ledwie kilka słów otuchy, które zwykle padają we wrzawie bitewnej, niezrozumiałych oddzielnie, lecz razem przywracających ufność samym swoim brzmieniem. Potem na ekranie nastąpiło wyciemnienie i wyświetlono wielkie litery układające się w trzy hasła Partii:

WOJNA TO POKÓJ

WOLNOŚĆ TO NIEWOLA

IGNORANCJA TO SIŁA

Wydawało się, że twarz Wielkiego Brata majaczy jeszcze przez kilka sekund na ekranie, jakby dzięki wywartemu wrażeniu odcisnęła się trwale pod powiekami widzów. Mała rudawa blondynka rzuciła się przez oparcie krzesła stojącego z przodu. Wyciągnęła ręce do ekranu i drżącym głosem szepnęła coś w rodzaju: "Mój wybawicielu!". Potem ukryła twarz w dłoniach. Nie ulegało wątpliwości, że zatopiła się w modlitwie.

Wszyscy na sali zaczęli powoli i rytmicznie skandować grubymi głosami: "Wu-Be! Wu-Be! Wu-Be!" - raz za razem, rozwlekle, z długą przerwą między pierwszą a drugą głoską - był to niski pomruk, brzmiący osobliwie dziko, a w tle zdawały się rozlegać tupot bosych stóp i dudnienie tam-tamów. Trwało to być może pół minuty. Takie zawodzenie często towarzyszyło gwałtownym emocjom. Było poniekąd hymnem na cześć mądrości i majestatu Wielkiego Brata, w większej mierze jednak aktem autohipnozy, sposobem umyślnego zakrzyczenia głosu własnej świadomości rytmicznym skandowaniem. Winston czuł, że wywracają mu się flaki. W trakcie Dwóch Minut Nienawiści nie potrafił oprzeć się ogólnemu amokowi, ale to dzikie "Wu-Be! Wu-Be!" zawsze napawało go grozą. Oczywiście wołał razem z pozostałymi; nie mógł postąpić inaczej. Ukrywać uczucia, panować nad mimiką, podążać za stadem, to stało się reakcją odruchową. Lecz przez kilka sekund miał wyraz oczu, który mógł go zdradzić. I właśnie wtedy wydarzyło się coś niezwykłego - o ile faktycznie się wydarzyło.

Napotkał wzrok O'Briena. Partyjniak wstał, zdjął okulary i właśnie wkładał je z powrotem tym swoim charakterystycznym ruchem. Przez ułamek sekundy, gdy ich spojrzenia się spotkały, Winston wiedział - wiedział! - że O'Brien myśli to samo. Nastąpiło niezaprzeczalne porozumienie, jakby dwa umysły się otwarły i wymieniły zawartością za pomocą oczu. Wydawało się, że O'Brien mówi: "Jestem z tobą. Wiem doskonale, co czujesz. Wiem wszystko o twojej pogardzie, nienawiści, obrzydzeniu. Ale nie bój się, stoję po twojej stronie!". W następnej chwili ten przebłysk porozumienia minął i twarz O'Briena stała się tak samo nieprzenikniona jak innych.

Nie zaszło nic więcej i Winston nie był pewien, czy tamto istotnie się wydarzyło. Takie incydenty nigdy nie miały dalszego ciągu. Służyły jedynie podtrzymaniu wiary, a może nadziei, że nie jest jedynym wrogiem Partii. Być może mimo wszystko pogłoski o rozległych tajnych sprzysiężeniach były prawdziwe - być może Bractwo faktycznie istniało! Na przekór ciągłych aresztowań, demaskowań i egzekucji nie sposób było zyskać całkowitą pewność, że Bractwo nie jest mitem. Czasem Winston wierzył w jego istnienie, kiedy indziej nie wierzył. Brakowało jednoznacznych dowodów, były tylko ulotne poszlaki, które mogły coś znaczyć lub nie znaczyć nic, strzępy podsłuchanych rozmów, zamazane bazgroły na ścianach ubikacji, a jednego razu, gdy spotkało się dwóch nieznajomych, ruch dłoni, który wydawał się znakiem rozpoznawczym. Rzecz sprowadzała się do spekulacji; najprawdopodobniej Winston uroił sobie to wszystko. Nie zerknąwszy więcej na O'Briena, wrócił do swojego boksu. Właściwie nie przyszło mu do głowy, żeby po tej błyskawicznej wymianie spojrzeń zrobić drugi krok. Byłoby to nad wyraz niebezpieczne, nawet gdyby wiedział, jak się do tego zabrać. Przez sekundę, może dwie, patrzyli wymownie na siebie, lecz na tym koniec. A jednak w obwarowanej samotności, na jaką byli skazani, nawet coś tak błahego okazało się niezapomnianym przeżyciem.

Winston ocknął się i usiadł prosto. Odbiło mu się. Wypity dżin podchodził do gardła.

Znów skupił wzrok na stronie brulionu. Zorientował się, że gdy popadł w bezsilną zadumę, jednocześnie pisał, jakby w akcie automatyzmu. To już nie było nieporadne i ścieśnione pismo jak dotąd. Pióro rozpasało się na gładkim papierze, stawiając staranne duże litery: PRECZ Z WIELKIM BRATEM PRECZ Z WIELKIM BRATEM PRECZ Z WIELKIM BRATEM PRECZ Z WIELKIM BRATEM PRECZ Z WIELKIM BRATEM - ciągnęło się raz za razem, wypełniając połowę strony.

Winston poczuł nieuchronne ukłucie paniki. Była to niedorzeczna reakcja, bo napisanie tych słów nie narażało go na większe niebezpieczeństwa niż sama decyzja o prowadzeniu pamiętnika, ale na moment doznał pokusy, aby wyrwać pomazane kartki i porzucić swój zamiar.

Nie zrobił tego jednak, bo zdawał sobie sprawę, że to bezużyteczne. Bez różnicy było, czy napisał PRECZ Z WIELKIM BRATEM, czy się powstrzymał. Bez różnicy, czy prowadził dalej pamiętnik, czy przestał. Myślicja i tak go dopadnie. Popełnił zbrodnię fundamentalną, z której brało się całe zło - stałoby się tak nawet wtedy, gdyby w ogóle nie zasiadł do pisania. Popełnił tak zwany myśloczyn karalny. Czegoś takiego nie dało się ukrywać w nieskończoność. Przez pewien czas, nawet całe lata, można było stosować uniki, ale prędzej czy później czekała go nieuchronna wpadka.

Aresztowania przeprowadzano nocą - obowiązkowo nocą. Brutalne wybudzenie ze snu, obcesowe szarpnięcie za ramię, blask latarki w oczy, dokoła łóżka krąg zaciętych twarzy. W przeważającej większości przypadków nie było procesu, nie było meldunku o zatrzymaniu. Ludzie po prostu znikali, zawsze nocą. Nazwisko usuwano z ksiąg urzędowych, wymazywano najmniejszy ślad wszelkich poczynań człowieka, a jego dotychczasowe życie zostawało przekreślone i ulegało zapomnieniu. Dematerializowano go, unicestwiano. WYPAROWYWAŁ, tak to zwykle określano.

Na moment Winstona ogarnęła histeria. Zaczął pisać pośpiesznie i niestarannie:

zastrzelą mnie wszystko mi jedno strzelą w kark wszystko mi jedno precz z wielkim bratem zawsze strzelają w kark precz z wielkim bratem...

Wyprostował się na krześle trochę speszony i odłożył pióro. W następnej chwili podskoczył gwałtownie. Ktoś stukał do drzwi.

Tak szybko?! Siedział cicho jak mysz pod miotłą w daremnej nadziei, że dadzą za wygraną i odejdą. Ale nie, zapukano ponownie. Najgorsze było przeciąganie tego, co nieuchronne. Serce waliło mu jak młot, lecz twarz, na skutek wieloletniej wprawy, była pozbawiona wyrazu. Wstał i powlókł się do drzwi.

ROZDZIAŁ 2

Położył już rękę na klamce, gdy zorientował się, że na stoliku zostawił pamiętnik. Przez całą stronę biegły słowa PRECZ Z WIELKIM BRATEM, litery tak duże, że dało się je odczytać spod przeciwległej ściany. Co za skończony dureń. Ale, jak sobie uświadomił, pomimo odczuwanej paniki nie chciał zamknąć brulionu i tym samym poplamić kremowego papieru mokrym jeszcze atramentem.

Z zapartym tchem otworzył drzwi. Natychmiast zalała go przyjemna fala ulgi. W progu stała sterana życiem nijaka kobieta o pomarszczonej twarzy i pierzastych włosach.

- Towarzyszu - odezwała się smętnym, boleściwym tonem. - Tak mi się zdawało, że wróciliście do domu. Moglibyście zajrzeć do mnie i sprawdzić zlew? Zatkał się i...

Była to pani Parsons, sąsiadka z tego samego piętra. (Partia nie pochwalała używania zwrotu "pani", bo do wszystkich należało mówić per "towarzyszu" lub "towarzyszko", lecz w przypadku niektórych kobiet słowo to samo cisnęło się na usta). Miała około trzydziestki, ale wyglądała dużo starzej. Odnosiło się wrażenie, że w zmarszczkach jej twarzy osiadł kurz. Winston ruszył za nią w głąb korytarza. Niemal codziennie lokatorzy borykali się usterkami, które należało naprawić we własnym zakresie. Victory Mansions był rozpadającym się starym blokiem mieszkalnym zbudowanym około 1930 roku. Z sufitów i ścian stale odłaził tynk, przy niskich temperaturach pękały rury, dach przeciekał, ilekroć padał śnieg, a ogrzewanie działało na pół gwizdka, chyba że dla oszczędności zostawało całkowicie wyłączone. Naprawy, których nie zdołano wykonać na własną rękę, wymagały zatwierdzenia przez wysokie komisje i wtedy nawet wymiana zbitej szyby mogła się ciągnąć dwa lata.

- To oczywiście dlatego, że Toma nie ma w domu - wyjaśniła pani Parsons mało konkretnie.

Mieszkanie Parsonsów było większe niż Winstona i obskurne w inny sposób. Wszystko wydawało się poobijane i stratowane, jakby przed chwilą grasowało tam wielkie dzikie zwierzę. Na podłodze walał się sprzęt sportowy - kije do hokeja, rękawice bokserskie, rozpruta futbolówka, przepocone spodenki wywrócone na lewą stronę - a stół zagracały brudne naczynia i podręczniki z oślimi uszami. Na ścianach wisiały szkarłatne sztandary Ligi Młodzieżowej i Małych Szpiegów oraz pełnoformatowy portret Wielkiego Brata. Czuć było charakterystyczną woń gotowanej kapusty, wszędobylską w całym budynku, przesyconą przenikliwszym odorem potu, wydzielanym - jasne to było po pierwszym pociągnięciu nosem - przez osobę w tej chwili nieobecną. W sąsiednim pokoju na grzebieniu owiniętym papierem toaletowym ktoś próbował wtórować orkiestrze wojskowej, której muzyka wciąż płynęła z teleekranu.

- Dzieci - powiedziała pani Parsons, rzucając niespokojne spojrzenie w stronę drzwi. - Nie wychodziły dzisiaj. I oczywiście...

Miała zwyczaj urywania zdań w połowie. Zlew kuchenny prawie po brzegi wypełniała brudna zielonawa woda, która cuchnęła najobrzydliwiej kapustą. Winston ukląkł i przyjrzał się kolanku syfonu. Nienawidził pracy fizycznej i nie lubił się schylać, bo zawsze dostawał wtedy napadu kaszlu. Pani Parsons patrzyła na niego bezradnie.

- Gdyby Tom był w domu, oczywiście naprawiłby to raz-dwa - powiedziała. - Uwielbia takie roboty. Złote ręce ma ten mój Tom.

Parsons pracował w Ministerstwie Prawdy tak samo jak Winston. Był zażywnym, ale energicznym mężczyzną odznaczającym się wręcz paraliżującą głupotą, niewyczerpanym źródłem kretyńskiego entuzjazmu, jednym z tych ślepo posłusznych i całkowicie uległych roboli, od których w większej nawet mierze niż od Myślicji zależało przywództwo Partii. Jako trzydziestopięciolatka usunięto go wbrew jego woli z Ligi Młodzieżowej, a zanim do niej trafił, był członkiem Małych Szpiegów o rok dłużej, niż pozwalał na to wiek statutowy. W ministerstwie zajmował podrzędne stanowisko, które nie wymagało dużej bystrości, należał jednak do aktywu Komitetu Sportowego oraz innych komitetów zajmujących się organizowaniem wycieczek krajoznawczych, spontanicznych manifestacji, kampanii oszczędnościowych i innych inicjatyw ochotniczych. Między jednym a drugim pyknięciem fajki chwalił się z cichą dumą, że przez ostatnie cztery lata nie opuścił ani jednego wieczoru w Klubie Osiedlowym. Dokądkolwiek Parsons poszedł, ciągnął się za nim - a nawet pozostawał tam na dłużej - dławiący odór potu, mimowolne świadectwo mozołu jego życia.

- Czy ma pani żabkę? - spytał Winston, gmerając przy łączeniu na kolanku.

- Żabkę? - powtórzyła pani Parsons natychmiast zdjęta lękiem. - Nie wiem, ale jestem pewna... Może moje...

Rozległy się tupot stóp i fanfara zagrana na grzebieniu - do dużego pokoju wbiegły dzieci. Pani Parsons przyniosła żabkę. Winston wypuścił wodę i ze wstrętem wyciągnął z zatkanej rury kłak włosów. Jak najstaranniej obmył dłonie w zimnej wodzie z kranu i przeszedł do pokoju.

- Ręce do góry! - wrzasnął dziki głos.

Zza stołu wyskoczył srogo wyglądający ładny dziewięciolatek, grożąc Winstonowi zabawkowym pistoletem maszynowym, wspierany przez o dwa lata młodszą siostrzyczkę z patykiem. Oboje mieli na sobie niebieskie spodenki, szare koszule i czerwone chusty, a więc mundurki Małych Szpiegów. Winston podniósł ręce nad głowę, czując niepokój, bo nieprzyjazne zachowanie chłopca w ogóle nie przypominało zabawy.

- Zdrajca! - zakrzyknął dzieciak. - Myślozbój! Szpicel eurazjatycki! Zastrzelę cię! Wyślę na roboty do kopalni soli! Wyparujesz!

Dzieci - bo siostrzyczka we wszystkim naśladowała brata - obskoczyły Winstona, wołając:

- Zdrajca! Myślozbój!

Było to odrobinę przerażające, jak igraszki tygrysiątek, z których wkrótce wyrosną ludojady. Z oczu chłopca wyzierały rozmyślna zawziętość, wyraźne pragnienie, aby uderzyć lub kopnąć Winstona, oraz świadomość dorastania do takiej możliwości. Dobrze, że ten pistolet to tylko zabawka, pomyślał Winston.

Pani Parsons zerkała nerwowo to na sąsiada, to na swoje dzieci. Teraz, w lepiej oświetlonym pokoju, Winston dostrzegł, że w zmarszczkach jej twarzy naprawdę zgromadził się kurz.

- Potrafią nieźle hałasować - wyjaśniła. - Są rozczarowane, bo nie pójdą zobaczyć egzekucji, to dlatego. Nie mam czasu ich zabrać, a Tom nie zdąży wrócić z pracy.

- Mamo, dlaczego nie możemy zobaczyć egzekucji?! - ryknął chłopiec tubalnym głosem.

- Chcemy zobaczyć egzekucję! Chcemy zobaczyć egzekucję! - piszczała jego siostra, sadząc susy dokoła.

Winston przypomniał sobie, że wieczorem w parku wieszano jeńców eurazjatyckich oskarżonych o zbrodnie wojenne. Działo się to mniej więcej raz w miesiącu i stało popularnym widowiskiem, dlatego dzieci zawsze domagały się w nim uczestnictwa. Pożegnał się z panią Parsons i ruszył do siebie. Nie uszedł korytarzem nawet sześciu kroków, gdy coś uderzyło go boleśnie w kark. Jakby dźgnięto go drutem rozpalonym do czerwoności. Odwróciwszy się, zobaczył chłopca chowającego procę do kieszeni i panią Parsons wciągającą go do mieszkania.

- Goldstein! - wrzasnął łobuziak zza domykających się drzwi.

Winstona najbardziej uderzył bezradny strach odmalowujący się na zszarzałej twarzy sąsiadki.

Po powrocie do siebie przeszedł szybkim krokiem obok teleekranu i usiadł przy stoliku, pocierając kark. Muzyka ucichła i teraz ostry wojskowy głos z brutalną satysfakcją opisywał uzbrojenie nowej pływającej fortecy, która właśnie zarzuciła kotwicę pomiędzy Islandią a Wyspami Owczymi.

Winston pomyślał, że z takimi dziećmi nieszczęsna pani Parsons żyje w ciągłym lęku. Jeszcze rok lub dwa i będą ją obserwowały dzień i noc w poszukiwaniu najmniejszych oznak nieprawomyślności. W tych czasach prawie wszystkie dzieci były potworkami. A najgorsze, że za sprawą takich organizacji jak Mali Szpiedzy wyrastały na nieokiełznanych dzikusów, którym jednak nawet do głowy nie przyszło, aby zbuntować się przeciw linii partyjnej. Odwrotnie, uwielbiały Partię i wszystko, co się z nią wiązało. Pieśni, pochody, sztandary, wycieczki, szkolenie z atrapami broni, skandowanie haseł, kult Wielkiego Brata - dla nich była to wspaniała przygoda. Całą swoją zajadłość kierowały na zewnątrz, przeciw wrogom Państwa, cudzoziemcom, zdrajcom, sabotażystom, myślozbójom. Ludzie powyżej trzydziestki z reguły bali się własnych dzieci. I nie bez powodu, bo nie było tygodnia, aby "The Times" nie poświęcił szpalty na doniesienia o tym, że jakiś smarkaty kapuś - przeważnie obowiązywało określenie "bohater w krótkich spodenkach" - podsłuchał rodziców i wydał ich Myślicji.

Minęło pieczenie po trafieniu z procy. Winston bez przekonania wziął pióro, zastanawiając się, czy ma jeszcze coś do odnotowania w pamiętniku. Nagle znów zaczął rozmyślać o O'Brienie.

Lata temu - jak dawno, chyba siedem - śniło mu się, że idzie przez pomieszczenie pogrążone w najgęstszym mroku. Wtedy z boku dobiegły czyjeś słowa: "Spotkamy się tam, gdzie nie ma ciemności". Zostały wypowiedziane półszeptem, jakby zdawkowo - obietnica, nie polecenie. Winston szedł dalej bez zatrzymywania. Osobliwe było to, że wtedy, we śnie, słowa te nie wywarły na nim większego wrażenia. Dopiero później, i to stopniowo, nabrały doniosłości. Teraz nie pamiętał już, czy to przed tym snem, czy dopiero potem zobaczył po raz pierwszy O'Briena, tak samo jak nie pamiętał, kiedy utożsamił jego głos z głosem ze snu. Tak czy owak takie połączenie nastąpiło. To właśnie O'Brien przemówił do niego w mroku.

Nawet po pamiętnej wymianie spojrzeń Winston nie potrafił rozstrzygnąć, czy O'Brien jest przyjacielem, czy wrogiem. Ale nie wydawało się to szczególnie istotne. Łączyła ich nić porozumienia, a to było ważniejsze od sympatii i stronnictw. "Spotkamy się tam, gdzie nie ma ciemności", tak powiedział. Winston nie rozumiałł, co to znaczy, ale był pewien, że w taki czy inny sposób okaże się prorocze.

Umilkł głos dobiegający z teleekranu. Zatęchłym powietrzem targnął sygnał trąbki, czysty i piękny. Potem popłynęły chrapliwie wypowiadane słowa:

- Uwaga! Prosimy o uwagę! Mamy do przekazania wiadomość z ostatniej chwili z frontu malabarskiego. Nasze siły w południowych Indiach odniosły chlubne zwycięstwo. Upoważnieni oznajmiamy, że działania, o których donosimy, przybliżają nas wyraźnie do końca wojny. Oto wiadomości...

Zaraz będzie zła nowina, pomyślał Winston. I proszę bardzo, po makabrycznym opisie unicestwienia jednej z armii eurazjatyckich, opatrzonego niewyobrażalnymi liczbami zabitych i wziętych do niewoli, obwieszczono, że od następnego tygodnia racje czekolady zostaną zmniejszone z trzydziestu do dwudziestu gramów.

Winston znów beknął. Działanie dżinu słabło, pozostawiając uczucie pustki. Z teleekranu - dla uczczenia zwycięstwa lub zatarcia nieprzyjemnego wrażenia z powodu reglamentowania czekolady - gruchnęło "Dla Ciebie, ukochana Oceanio". Należało stanąć na baczność, ale Winston siedział w swojej wnęce.

Potem hymn zastąpiła lżejsza muzyka. Winston podszedł do okna zwrócony plecami w stronę teleekranu. Dzień nadal był zimny i pogodny. W oddali gruchnęła donośna eksplozja pocisku rakietowego. Na Londyn spadało teraz od dwudziestu do trzydziestu takich pocisków tygodniowo.

W głębi ulicy wiatr szarpał naderwanym plakatem, a słowo ANGLOSOC ukazywało się i znikało na zmianę. Anglosoc. Nienaruszalne zasady anglosocu. Nowomowa, dwumyślenie, plastyczność historii. Winston czuł się, jakby wędrował przez puszczę porastającą morskie dno, zagubiony w potwornym świecie, w którym też jest potworem. Był sam. Przeszłość minęła, przyszłość wymykała się wyobraźni. Jaką miał pewność, że po jego stronie stoi choćby jedna żywa istota ludzka? Skąd mógł wiedzieć, czy władza Partii nie przetrwa po wsze czasy? Niczym odpowiedź objawiły mu się trzy hasła zdobiące białą fasadę Ministerstwa Prawdy:

WOJNA TO POKÓJ

WOLNOŚĆ TO NIEWOLA

IGNORANCJA TO SIŁA

Z kieszeni wyjął dwudziestopięciocentówkę. Wypisano na niej wyraźnymi drobnymi literami te same trzy hasła, a po drugiej stronie widniało oblicze Wielkiego Brata. Nawet z monety te oczy śledziły człowieka. Z bilonu, ze znaczków pocztowych, okładek książek, sztandarów, plakatów i opakowań papierosów - zewsząd. Oczy zawsze śledziły, głos zawsze obłapiał. We śnie czy na jawie, w pracy czy przy posiłku, w budynku czy na dworze, w kąpieli czy w łóżku, obojętne - nie było od tego ucieczki. Nie zostało już nic prywatnego oprócz kilku centymetrów sześciennych wewnątrz własnej czaszki.

Słońce przesunęło się po firmamencie i niezliczone okna w Ministerstwie Prawdy, pozbawione odbijającego się w nich światła, wyglądały teraz tak samo posępnie jak otwory strzelnicze w twierdzy. Serce Winstona strwożyło się na widok ogromnego gmachu w kształcie piramidy. Był tak potężny, że nie wzięto by go szturmem. Tysiąc pocisków rakietowych nie zdołałoby go zburzyć. Winston znów zaczął się zastanawiać, dla kogo pisze pamiętnik. Dla przyszłości, dla przeszłości - dla czasów, które być może są tylko owocem wyobraźni. Na stoliku leżał przedmiot, który nie był wyrokiem śmierci, lecz wyrokiem unicestwienia. Pamiętnik obróci się w popiół, jego autor wyparuje. Tylko funkcjonariusze Myślicji przeczytają zapiski, po czym usuną je z tego świata i ludzkiej pamięci. Jak przemawiać do przyszłości, skoro nie ostanie się po tobie żaden fizyczny ślad, choćby anonimowe słowo nabazgrane na skrawku papieru?

Teleekran wybił czternastą. Winston musiał wyjść za dziesięć minut. O czternastej trzydzieści należało stawić się z powrotem w pracy.

O dziwo sygnał godziny wlał mu otuchę w serce. Winston był samotnym duchem głoszącym prawdę, której nikt nie usłyszy. Lecz dopóki będzie ją głosił, w niezrozumiały sposób ciągłość pozostanie nienaruszona. To nie przez zyskanie słuchaczy, lecz przez zachowanie rozumu człowiek pozostawał wierny ogólnoludzkiej spuściźnie. Wrócił do stołu, zanurzył pióro w kałamarzu i napisał:

Do przyszłości lub przeszłości, do czasów, w których myśl jest wolna, ludzie różnią się między sobą i żyją we wspólnocie - do czasów, w których istnieje prawda, a tego, co się stało, nie można przekreślić. Z epoki zuniformizowania, epoki osamotnienia, epoki Wielkiego Brata, epoki dwumyślenia - pozdrawiam!

Przyszło mu do głowy, że już nie żyje. Wydawało się, że dopiero teraz, kiedy powróciła zdolność formułowania myśli, zrobił nieodwracalny krok. Następstwa każdego czynu zawierają się w samym czynie. Napisał:

Myśloczyn nie pociąga za sobą kary śmierci: myśloczyn jest śmiercią.

Teraz, gdy ujrzał w sobie trupa, liczyło się to, aby jak najdłużej pozostać przy życiu. Dwa palce prawej dłoni miał poplamione atramentem. Właśnie taki szczegół mógł go zdradzić. Jakiś wścibski nadgorliwiec w ministerstwie (najprawdopodobniej kobieta, taka jak drobna rudawa blondynka albo brunetka z Wydziału Literatury Pięknej) może zacząć się zastanawiać, dlaczego Winston pisał coś podczas przerwy obiadowej, dlaczego użył staroświeckiego pióra i co konkretnie napisał - a potem podkabluje, gdzie trzeba. Poszedł do łazienki i starannie zmył atrament chropawym szarym mydłem, które drapało skórę jak papier ścierny, więc znakomicie nadawało się do tego celu.

Wsunął pamiętnik do szuflady. Ukrywanie go nie miało żadnego sensu, jednak mógł przynajmniej się upewnić, czy odkryto jego istnienie. Włos położony na krawędzi kartek byłby zbyt oczywisty. Winston podniósł na opuszce palca charakterystyczny kłaczek białego kurzu i zsunął go na róg okładki, z której paproszek spadłby niechybnie, gdyby ktoś ruszył brulion.

ROZDZIAŁ 3

Winstonowi przyśniła się matka.

Wydawało mu się, że miał dziesięć lub jedenaście lat, kiedy zniknęła. Była posągową, wysoką, raczej małomówną kobietą o powolnych ruchach i zachwycających jasnych włosach. Ojca pamiętał mgliście jako szczupłego, śniadego okularnika noszącego eleganckie ciemne ubrania (najwyraźniej przypominał sobie cienkie podeszwy ojcowskich butów). Rodziców pochłonęła jedna z pierwszych wielkich czystek w latach pięćdziesiątych.

We śnie matka znajdowała się na dole i tuliła w ramionach młodszą córeczkę. Siostry Winston nie pamiętał w ogóle z wyjątkiem tego, że była maleńkim, słabym, cichym dzieciątkiem o dużych czujnych oczach. Obie patrzyły na niego. Znajdowały się jakby pod ziemią - może na dnie studni albo w głębokim grobie - i osuwały coraz niżej. Okazało się, że są zamknięte w kajucie tonącego statku i patrzą do góry na Winstona spod coraz ciemniejszej wody. W kajucie na razie nie brakło powietrza, wciąż się nawzajem widzieli, lecz matka i siostra szły na dno i za chwilę na zawsze miały przepaść w zielonych odmętach. Osuwały się w ramiona śmierci, a Winston stał w świetle i na powietrzu. On był na górze dlatego, że one były na dole. Wiedział o tym, one też wiedziały, dostrzegał tę świadomość na ich twarzach. A jednak w ich oczach ani sercach nie było wyrzutu, jedynie świadomość, że muszą umrzeć, aby on mógł żyć, bo taki jest nieuchronny porządek rzeczy.

Nie pamiętał, co dokładnie się stało, we śnie rozumiał jednak, że matka i siostra poświęciły życie dla niego. Był to jeden z tych snów, które mimo typowo onirycznej scenerii stanowią dalszy ciąg rozmyślań na jawie i w których świadome przeżycia i obrazy wydają się po przebudzeniu nowe i cenne. Do Winstona dotarło nagle to, że śmierć matki przed niemal trzydziestoma laty była wydarzeniem tragicznym i smutnym w sposób dziś całkiem nieprawdopodobny. Ta tragiczność, zdał sobie sprawę, należała do dawnych czasów, kiedy istniały jeszcze życie osobiste, miłość i przyjaźń, a członkowie rodziny wspierali się bez potrzeby uzasadniania tej postawy. Wspomnienia o matce rozrywały mu serce, bo umarła, kochając go, on zaś był zbyt małym i samolubnym dzieckiem, aby odwzajemnić miłość. Choć tego nie pamiętał, poświęciła życie dla ideałów, do których należała niewzruszona lojalność w życiu osobistym. Uważał, że w obecnych czasach coś takiego jest niemożliwe. Teraz niepodzielnie panowały strach, nienawiść i cierpienie, w ludzkich uczuciach brakowało godności, nie znano wielowymiarowego głębokiego smutku. Wszystko to wyczytał z dużych oczu matki i siostry, osuwających się na dno, patrzących na niego z zielonych odmętów setki sążni pod powierzchnią.

Nagle stał na przyciętej miękkiej trawie w letni wieczór, a ziemię złociły ukośne promienie słońca. Oglądany krajobraz tak często pojawiał się w snach, że być może pochodził z życia na jawie. W myślach Winston nazywał go Złotą Krainą. Było to stare pastwisko podskubywane przez króliki i poprzecinane ścieżką wijącą się pośród kretowisk. Nad obszarpanym żywopłotem po przeciwległej stronie pola kołysały się lekko na wietrze gałęzie wiązów, a gęstwina rozedrganych listków przypominała kobiece włosy. W pobliżu, choć poza zasięgiem wzroku, leniwie toczył czyste wody strumień, w którego zakolach pod wierzbami pływały jelce.

Polem nadchodziła ciemnowłosa dziewczyna. Nagle gwałtownym ruchem zdarła z siebie ubranie i z pogardą cisnęła je na ziemię. Miała gładkie białe ciało, lecz nie wywołała w nim podniecenia, właściwie ledwie na nią spojrzał. Dojmujący podziw wzbudził w nim jednak gest, z jakim zrzuciła swoje rzeczy. Jego wdzięk i beztroska zdawały się przekreślać brzemię systemu kulturowego i ideologicznego, jakby jednym zamaszystym ruchem ręki można było zmieść z powierzchni ziemi Wielkiego Brata, Partię i Myślicję. Ten gest również należał do odległych czasów. Winston obudził się ze słowem "Shakespeare" na wargach.

Z teleekranu dobiegł rozrywający uszy gwizd, który trwał uporczywie przez pół minuty. Była siódma piętnaście, pora pobudki dla urzędników. Winston dźwignął się z łóżka - nagi, bo członek Partii Zewnętrznej otrzymywał rocznie zaledwie trzy tysiące kartek odzieżowych, a na piżamę trzeba było wydać aż sześćset - i chwycił z krzesła zszarzały podkoszulek i szorty. Za trzy minuty rozpoczynał się Poranny Rozruch. Chwilę później zgiął go wpół gwałtowny napad kaszlu, jak prawie zawsze po przebudzeniu. Tak go zatkało w płucach, że musiał się położyć na wznak i wciągnąć kilka haustów powietrza, aby odzyskać normalny oddech. Od wyczerpującego kaszlu nabrzmiały mu żyły i zaczęły go swędzieć żylaki na nodze.

- Grupa od lat trzydziestu do czterdziestu! - zaszczekał przenikliwy kobiecy głos. - Od lat trzydziestu do czterdziestu! Proszę zająć miejsca! Grupa od lat trzydziestu do czterdziestu!

Winston wyprężył się na baczność przed teleekranem, na którym pojawiła się postać dość młodej, chudej, lecz umięśnionej kobiety w trykocie gimnastycznym i tenisówkach.

- Zginać i rozprostowywać ręce! - zatrajkotała. - Uwaga, dostroić do mnie tempo! Raz, dwa, trzy, cztery! Raz, dwa, trzy, cztery! Proszę bardzo, z życiem, towarzysze! Raz, dwa, trzy, cztery! Raz, dwa, trzy, cztery!

Bolesny napad kaszlu nie całkiem wypłoszył wrażenia wyniesione ze snu, a rytmiczna gimnastyka o dziwo nawet je nieco ożywiła. Wymachując rękami jak automat i przywołując na twarz wyraz posępnego zadowolenia, który uważano za najbardziej wskazany w trakcie Porannego Rozruchu, Winston spróbował cofnąć się pamięcią do mglistego okresu wczesnego dzieciństwa. Było to nadzwyczaj trudne. Zatarło się wszystko, co nastąpiło po latach pięćdziesiątych. Skoro brakowało świadectw historycznych, do których można było się odwołać, to nawet zarysy własnego życia traciły wyrazistość. Pamiętano doniosłe wydarzenia, które najprawdopodobniej nigdy nie miały miejsca, pamiętano szczegóły pewnych wypadków, ale bez możliwości odtworzenia ich atmosfery, a pomiędzy nimi ciągnęły się długie okresy pustki, do których nie dawało się niczego przyporządkować. Dawniej wszystko wyglądało inaczej. Nawet nazwy państw i ich granice na mapach. Lądowisko Numer Jeden, na przykład, określano mianem Anglii albo Brytanii, choć Londyn - co do tego Winston raczej nie miał wątpliwości - zawsze był Londynem.

Nie przypominał sobie żadnego okresu bez toczonych wojen, nie ulegało jednak wątpliwości, że na lata jego dzieciństwa przypadły dość długie czasy pokoju, bo jednym z najwcześniejszych wspomnień był nalot lotniczy, który dla wszystkich stanowił zaskoczenie. Być może to mniej więcej wtedy zrzucono bombę atomową na Colchester. Samego nalotu Winston nie pamiętał, pamiętał jednak dłoń ojca zaciśniętą na jego rączce, gdy biegli we dwóch pod ziemię krętymi schodami, które dudniły pod stopą i ciągnęły się tak długo, że w końcu rozbolały go nogi i zaczął kwilić, chcąc odpocząć. Matka, powolna i senna jak to ona, podążała daleko w tyle. Niosła jego siostrzyczkę - a może tylko stertę koców, bo nie miał pewności, czy siostrzyczka już się wtedy urodziła. Wreszcie weszli do hałaśliwej zatłoczonej przestrzeni, która okazała się stacją metra.

Całą posadzkę z kamiennych płyt pozajmowali ludzie, inni siedzieli stłoczeni ciasno na metalowych piętrowych pryczach. Winston z rodzicami znaleźli miejsce na podłodze, w pobliżu starego mężczyzny i kobiety na pryczy. Mężczyzna miał przyzwoity ciemny garnitur i czarną czapkę zsuniętą na tył głowy porośniętej mocno siwymi włosami. Twarz mu poczerwieniała, a niebieskie oczy zaszły łzami. Cuchnął dżinem, jakby pory jego skóry wydzielały alkohol zamiast potu. Można było sobie wyobrazić, że łzami w jego oczach są krople czystego dżinu. Chociaż wydawał się podchmielony, najwyraźniej dławiła go żałość, która była autentyczna i trudna do zniesienia. Swoim dziecięcym umysłem Winston pojął, że stało się coś strasznego i niewybaczalnego, od czego nie ma odwrotu. Wydawało mu się, że wie, co to jest. Zginął ktoś, kogo ten starzec kochał - może mała wnuczka? Co kilka minut mężczyzna powtarzał:

- Nie trzeba było im ufać. Mówiłem ci, matka, nie? I teraz mamy za swoje. Od początku mówiłem. Nie trzeba było ufać skurwielom.

Jakim skurwielom, tego Winston nie potrafił sobie przypomnieć.

Mniej więcej właśnie wtedy wybuchła nieprzerwana wojna, chociaż ściśle rzecz ujmując, nie zawsze było tak samo. Z dzieciństwa Winston zapamiętał wyraźnie walki uliczne, które toczyły się przez kilka miesięcy w Londynie. Wytyczyć jednak dzieje tego okresu, stwierdzić, kto w danej chwili występował przeciwko komu, okazywało się niepodobieństwem, albowiem nie istniało żadne słowo pisane ani mówione, żadna wzmianka o układzie sił odmiennym od obecnego. Teraz na przykład, a więc w roku 1984 (jeśli rzeczywiście był rok 1984), w przymierzu z Ostazją Oceania toczyła wojnę przeciw Eurazji. Nikt oficjalnie ani w rozmowie prywatnej nie przyznałby, że te trzy mocarstwa kiedykolwiek sprzymierzyły się w innej konfiguracji. W istocie, o czym Winston wiedział doskonale, konflikt Oceanii i Ostazji z Eurazją trwał zaledwie od czterech lat. Lecz tą nieoficjalną wiedzą dysponował tylko dlatego, że jego pamięć wymykała się spod kontroli. W oficjalnym ujęciu zmiana sojuszy w ogóle nie nastąpiła. Oceania prowadziła teraz wojnę z Eurazją, zatem Oceania zawsze prowadziła wojnę z Eurazją. Wróg zwalczany w danej chwili ucieleśniał całe zło, z czego wynikało, że nie wchodził w rachubę żaden pakt z nim - przeszły ani przyszły.

Najbardziej przerażające, pomyślał Winston po raz dziesięciotysięczny, wyginając boleśnie ramiona do tyłu (z rękami na biodrach wykonywali skręty tułowia, co miało wzmocnić mięśnie kręgosłupa), najbardziej przerażające jest to, że wszystko to może okazać się prawdą. Skoro Partia mogła pogmerać w przeszłości i stwierdzić, że to lub tamo w ogóle się nie wydarzyło, to czy nie było to bardziej zatrważające niż tortury i śmierć?

Partia głosiła, że Oceania nigdy nie sprzymierzyła się z Eurazją. A przecież on, Winston Smith, wiedział, że Oceania była w sojuszu z Eurazją jeszcze cztery lata temu. Gdzie przechowywano tę wiedzę? Istniała wyłącznie w jego świadomości, która wkrótce miała zostać unicestwiona. Skoro wierzono pospołu w kłamstwo rozpowszechniane przez Partię - i powtarzane we wszystkich archiwach - to zadomawiało się ono w historii i stawało prawdą. "Ten, kto kontroluje przeszłość - głosiło jedno z partyjnych haseł - kontroluje przyszłość; ten, kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość". A jednak przeszłość, choć z natury podatna na zmiany, pozostawała niezmieniona. To, co stanowiło prawdę obecnie, stanowiło prawdę odwieczną. Zasada była dziecinnie prosta. Potrzebowano jedynie niekończącej się passy zwycięstw nad własną pamięcią. "Kontrola rzeczywistości", tak to nazywano. W nowomowie: "dwumyślenie".

- Rozluźnić się! - warknęła instruktorka trochę łagodniejszym tonem.

Winston opuścił ręce wzdłuż tułowia i powoli wciągnął powietrze w płuca. Jego umysł pogrążył się w labiryncie dwumyślenia. Wiedzieć i zarazem nie wiedzieć, mieć poczucie absolutnej prawdomówności i jednocześnie powtarzać starannie obmyślone kłamstwa, wyznawać świadomie dwa sprzeczne poglądy, stosować logikę przeciwko logice, odrzucać moralność i równocześnie rościć sobie do niej prawo, wierzyć, że demokracja jest mrzonką i że Partia stoi na jej straży, zapomnieć wszystko, co należało zapomnieć, po czym przypomnieć sobie w razie konieczności, po czym znów szybko zapomnieć, a nade wszystko stosować ten proces wobec samego procesu. Oto subtelność najwyższej próby - świadomie upowszechnić nieświadomość, po czym stać się nieświadomym własnego aktu autohipnozy. Nawet aby zrozumieć słowo "dwumyślenie", potrzebowano dwumyślenia.

Instruktorka znów poleciła stanąć na baczność.

- A teraz zobaczymy, kto potrafi dotknąć palców stóp! - krzyknęła entuzjastycznie. - Zginamy się w pasie, towarzysze! Raz, dwa! Raz, dwa!

Winston nienawidził tego ćwiczenia, bo podczas skłonów przeszywał go przenikliwy ból od pięt do pośladków, co często kończyło się kolejnym napadem kaszlu. Z jego rozważań ulotnił się dość przyjemny nastrój. Przeszłość, doszedł do wniosku, nie została zmieniona, została unicestwiona. No bo jak ustalić choćby najprostszy fakt, skoro nie istnieją żadne świadectwa oprócz własnej pamięci? Próbował sobie przypomnieć, w którym roku pierwszy raz usłyszał o Wielkim Bracie. Zapewne w latach sześćdziesiątych, ale pewności nie miał. W partyjnych relacjach Wielki Brat występował jako Wódz i Strażnik Rewolucji od samego zarania. Jego czyny stopniowo przesuwano w czasie coraz dalej, aż sięgnęły mitycznych lat czterdziestych i trzydziestych, kiedy to ulicami Londynu jeździli we wspaniałych lśniących samochodach i powozach o oszklonych bokach kapitaliści w dziwnych cylindrycznych kapeluszach. Nie sposób było stwierdzić, co w tej legendzie jest prawdą, co zmyśleniem. Winston nie pamiętał nawet daty powstania Partii. O ile się nie mylił, z określeniem "anglosoc" zetknął się dopiero po roku 1960, możliwe wszakże, że to pojęcie - "angielski socjalizm" w staromowie - było w obiegu już wcześniej. Wszystko spowiła mgła. A jednak czasem udawało się przyłapać władzę na kłamstwie. Na przykład nieprawdą było, jak głosiły podręczniki do historii, że to Partia wynalazła samolot. Winston pamiętał samoloty z najwcześniejszego dzieciństwa. Nie można było jednak tego udowodnić, bo nie istniały żadne świadectwa. Tylko raz w życiu trzymał w ręku niezaprzeczalny dowód fałszowania historii. Wtedy...

- Smith! - wrzasnął jędzowaty głos z teleekranu. - Sześć zero siedem dziewięć Smith W! Tak, wy, towarzyszu! Proszę zrobić skłon! Stać was na więcej! Nie staracie się należycie! Głębszy skłon proszę! O tak, towarzyszu, już lepiej. A teraz stajemy w rozluźnieniu, cała grupa, i patrzymy na mnie.

Gorący pot buchnął na całym ciele Winstona. Twarz pozostała jednak nieprzenikniona. Nigdy nie okazuj strachu! Nigdy nie okazuj niechęci! Może cię zdradzić jeden błysk w oku! Stał i patrzył, jak instruktorka podnosi ręce nad głowę - nie można było powiedzieć, że robi to z wdziękiem, ale za to nadzwyczaj zwinnie, sprawnie - po czym pochyla się i zahacza dłonie pod palce stóp.

- Proszę, towarzysze! Tak macie wykonywać to ćwiczenie. Uwaga, przyjrzyjcie się jeszcze raz. Mam trzydzieści dziewięć lat i urodziłam czworo dzieci. Patrzcie! - Znów wykonała skłon. - Widzicie, że nie zginam kolan. Wszyscy dacie radę, jeśli się przyłożycie! - dodała, wyprostowując plecy. - Każdy do czterdziestego piątego roku życia jest w pełni zdolny dotknąć palców stóp. Ominął nas przywilej walki na pierwszej linii frontu, więc powinniśmy przynajmniej dbać o formę fizyczną. Pamiętajcie o naszych chłopcach na froncie malabarskim! O marynarzach w pływających fortecach! Pomyślcie tylko, przez co oni muszą przechodzić! Jeszcze raz ćwiczymy. Tak lepiej, towarzyszu, o wiele lepiej - dorzuciła instruktorka zachęcająco, gdy Winston w gwałtownym skłonie zdołał bez zginania kolan dotknąć palców stóp, i to pierwszy raz od kilku lat.

ROZDZIAŁ 4

Z mimowolnym głębokim westchnieniem, którym zawsze rozpoczynał dzień pracy pomimo bliskości teleekranu, Winston przysunął bliżej mowopis, zdmuchnął kurz z mikrofonu i włożył okulary. Następnie rozwinął i spiął razem cztery małe rolki papieru, które wypadły na prawą stronę biurka z poczty pneumatycznej.

W ścianach boksu znajdowały się trzy otwory. Na prawo od mowopisu był niewielki wylot poczty pneumatycznej przeznaczonej na notatki, po lewej wylot większej poczty przeznaczonej na gazety, w bocznej ścianie zaś, w zasięgu ręki, spora podłużna szczelina osłonięta drucianą siatką, służąca do pozbywania się makulatury. Tysiące lub nawet dziesiątki tysięcy podobnych otworów znajdowało się w całym budynku, i to nie tylko w każdym pomieszczeniu, lecz także, usytuowane w niewielkich odstępach, na wszystkich korytarzach. Z niewiadomego powodu nazywano je "lukami w pamięci". Gdy należało zniszczyć dokument lub natykano się na bezpański skrawek papieru, odruchowo podnoszono klapkę najbliższej "luki w pamięci" i wrzucano go do środka, a stamtąd porwany prądem ciepłego powietrza trafiał do jednego z ogromnych pieców ukrytych w czeluściach gmachu.

Winston przyjrzał się czterem karteczkom rozwiniętym przed chwilą. Na każdej widniał krótki tekst sporządzony w żargonowej abrewiaturze - zawierającej wiele zwrotów nowomowy, choć od niej odmiennej - stosowanej do komunikacji wewnętrznej w ministerstwie. Oto ich treść:

prasa 17.03.84 przem wb przekłam afro sprost

prasa 19.12.83 progno 3-let plan 4 kwart 83 błąd druk korekt nr bież

prasa 14.02.84 minido cyt czeko sprost

prasa 03.12.83 info wb dyr błąddwaplus odn nieobecn now wersja zatw arch

Z uczuciem lekkiego zadowolenia Winston odłożył na bok czwartą notatkę. Wymagała uważnego, odpowiedzialnego podejścia, dlatego należało zająć się nią na końcu. Pozostałe trzy były sprawami rutynowymi, choć druga być może zmusi go do grzebania w spisach danych.

Na teleekranie Winston wybrał polecenie "stare wydania" i zamówił właściwe numery "Timesa", które po zaledwie kilkuminutowym oczekiwaniu wysunęły się z rury pneumatycznej. Przekazane notatki dotyczyły artykułów i doniesień, które z takiego czy innego powodu wybrano do niezbędnego przerobienia lub - jak brzmiał oficjalny zwrot urzędowy - "sprostowania". Na przykład "The Times" z 17 marca informował, że dzień wcześniej Wielki Brat przepowiedział w swoim wystąpieniu ustanie walk na froncie południowoindyjskim i rozpoczęcie ofensywy eurazjatyckiej w Afryce Północnej. Tymczasem Naczelne Dowództwo Eurazjatyckie przeprowadziło nowe natarcie w południowych Indiach, a Afrykę zostawiono w spokoju. Należało więc przerobić akapit z przemówienia Wielkiego Brata w taki sposób, aby zapowiadał to, co faktycznie się wydarzyło. Z kolei "The Times" z 19 grudnia zamieścił oficjalne prognozowanie produkcji rozmaitych artykułów konsumpcyjnych w czwartym kwartale 1983 roku, a więc w szóstym kwartale Dziewiątego Planu Trzyletniego. W aktualnym numerze gazety zamieszczono dane o rzeczywistej produkcji, z których wynikało, że przewidywania były całkowicie błędne. Zadanie Winstona polegało więc na "skorygowaniu" pierwszych danych, aby zgadzały się z późniejszymi. Trzecia notatka z kolei dotyczyła bardzo prostego błędu, którego usunięcie zajęłoby ledwie kilka minut. Nie dalej jak w lutym Ministerstwo Dostatku złożyło obietnicę ("bezwzględne zobowiązanie" w języku urzędowym), że do 1985 roku nie zostanie zmniejszone racjonowanie czekolady. W istocie jednak, czego Winston był świadom, pod koniec tygodnia zamierzano ograniczyć przydziały z trzydziestu do dwudziestu gramów. Wcześniejszą obietnicę należało zatem zamienić na zapowiedź, że już w kwietniu najprawdopodobniej zajdzie konieczność ograniczenia konsumpcji czekolady.

Gdy Winston uporał się z danym komunikatem, przypinał sporządzoną na mowopisie korektę do właściwego egzemplarza "Timesa" i wpychał wszystko do rury pneumatycznej. Następnie ruchem, który wydawał się ze wszech miar bezwiedny, gniótł oryginalny tekst oraz wszystkie swoje notatki sporządzone przy okazji i wrzucał je do luki w pamięci, aby zostały strawione przez ogień.

Co działo się w niewidocznym labiryncie, do którego prowadziły rury pneumatyczne, tego dokładnie Winston nie wiedział, orientował się jednak w ogólnym zarysie. Gdy tylko zebrano i skolacjonowano wszystkie korekty wymagane do wprowadzenia w danym numerze "Timesa", gazetę drukowano ponownie, dawne egzemplarze niszczono, a wydanie poprawione trafiało do archiwów. Ten ciągły proces dokonywania zmian obejmował nie tylko dzienniki, lecz także książki, czasopisma, broszury, plakaty, ulotki, filmy, ścieżki dźwiękowe, kreskówki, materiały fotograficzne - wszelkie piśmiennictwo i dokumentację o choćby najmniejszym znaczeniu politycznym czy ideologicznym. Dzień po dniu, właściwie minuta po minucie, uaktualniano przeszłość. W ten sposób dysponowano świadectwami historycznymi, które potwierdzały trafność każdej decyzji podejmowanej przez Partię, i eliminowano najdrobniejszą choćby informację i opinię sprzeczną z potrzebą chwili. Cała historia stała się palimpsestem, który szorowano do czysta i zapisywano ponownie tak często, jak dyktowała konieczność. Gdy już wprowadzono zmianę, nie było możliwości wykazania dokonanego fałszerstwa. Najbardziej rozbudowana sekcja Wydziału Archiwów, znacznie większa od tej, w której zatrudniono Winstona, składała się z ludzi obarczonych zadaniem odnajdowania i gromadzenia egzemplarzy książek, gazet i innej dokumentacji, które należało podmienić, a następnie zniszczyć. Wydanie "Timesa", które z powodu płynnych sojuszy lub błędnych przewidywań Wielkiego Brata, przepisano kilkanaście razy, było skatalogowane zgodnie z datą publikacji oryginału, starsze zaś egzemplarze, które mogłyby zadać mu kłam, po prostu bezpowrotnie zniszczono. Książki także wycofywano z obiegu i raz po raz korygowano ich treść, po czym wydawano ponownie bez słowa o wprowadzonych poprawkach. Nawet w pisemnych instrukcjach, które Winston otrzymywał i obowiązkowo niszczył po ich wykonaniu, nie było wyraźnych stwierdzeń ani choćby napomknień na temat fałszowania treści, wspominano wyłącznie o przejęzyczeniach, pomyłkach, literówkach i mylnych cytatach, które należało sprostować w trosce o prawdę.

Właściwie trudno to uznać za fałszerstwo, pomyślał Winston, korygując dane Ministerstwa Dostatku. Po prostu jedne brednie zastępował innymi. Większość materiałów, które do niego trafiały, nie miała żadnego związku z rzeczywistością, nawet takiego, jaki na ogół ma jawne kłamstwo. Poprawione dane statystyczne były taką samą fantazją jak dane oryginalne. Zgodnie z oczekiwaniami Winston najczęściej brał je z głowy. Na przykład według prognozowań Ministerstwa Dostatku produkcja obuwia w bieżącym kwartale miała wynieść sto czterdzieści pięć milionów par. Rzeczywista produkcja sięgnęła sześćdziesięciu dwóch milionów. Korygując dane, Winston zmniejszył liczbę do pięćdziesięciu siedmiu milionów, aby jak zwykle można było ogłosić przekroczenie planu. Tak czy owak, sześćdziesiąt dwa miliony nie były wcale prawdziwsze niż pięćdziesiąt siedem czy sto czterdzieści pięć milionów. Bo przypuszczalnie nie wyprodukowano ani jednej pary butów. Najpewniej nikt nie miał bladego pojęcia, ile obuwia wyprodukowano, i nikt się tym nie zajmował. Wiedziano tylko, że w każdym kwartale na papierze produkowano astronomiczne ilości obuwia, podczas gdy być może połowa ludności Oceanii chodziła boso. Tak się rzecz miała ze sprawozdawczością w każdej dziedzinie, od najbłahszej do najważniejszej. Wszystko zamazywało się w świecie cieni i w końcu nawet rok w kalendarzu był kwestią niepewną.

Winston zerknął na drugą stronę przejścia. W boksie naprzeciwko urzędnik o nazwisku Tillotson, sprawiający wrażenie pedanta niewysoki mężczyzna o nieogolonym podbródku, pracował zapamiętale ze złożoną gazetą na kolanach. Przysunąwszy usta do mikrofonu mowopisu, wyglądał, jakby próbował zachować w tajemnicy to, co toczyło się między nim a teleekranem. Podniósł nagle wzrok i wtedy jego okulary błysnęły wrogo w kierunku Winstona.

Winston słabo znał Tillotsona i pojęcia nie miał, na czym polega jego funkcja. Urzędnicy Wydziału Archiwów niechętnie opowiadali o swojej pracy. W długiej sali bez okien, za to z dwoma rzędami boksów, niecichnącym szelestem papierów oraz szmerem głosów mruczących do mowopisów, znalazłoby się z kilkanaście osób, których Winston nie znał nawet z nazwiska, mimo że codziennie widywał je śpieszące korytarzem lub gestykulujące w trakcie Dwóch Minut Nienawiści. Wiedział natomiast, że w sąsiednim boksie drobna rudawa blondynka dzień w dzień z mozołem tropi i usuwa z prasy nazwiska ludzi, którzy wyparowali, a więc których istnienie należało wymazać. Można było doszukać się w tym pewnej ironii, bo parę lat wcześniej wyparował jej mąż. Kilka boksów dalej zaś nieudacznik Ampleforth, łagodny marzyciel o mocno włochatych uszach i nadzwyczajnym talencie do żonglowania rymem i metrum, zajmował się przeinaczaniem - czyli "wersjami ostatecznymi" - wierszy uznanych za ideologicznie obrazoburcze, lecz z różnych względów warte pozostawienia w antologiach. Sala, miejsce pracy około pięćdziesięciu urzędników, była ledwie podsekcją lub jedną z wielu komórek w ogromnie rozgałęzionym Wydziale Archiwów. Za ścianą, pod podłogą, nad sufitem rzesze pracowników zajmowały się niewyobrażalną masą zadań. W ministerstwie działały olbrzymie drukarnie obsadzone młodszymi redaktorami i fachowcami od typografii oraz nowocześnie wyposażone studia wyspecjalizowane w fotomontażach. Była sekcja teleprogramów złożona z inżynierów, realizatorów i aktorów wyselekcjonowanych pod względem umiejętności naśladowania głosów. Zatrudniano armię referentów, których jedyny obowiązek stanowiło sporządzanie list książek i czasopism przeznaczonych do wycofania z obiegu. Były obszerne repozytoria do przechowywania skorygowanej dokumentacji oraz tajne piece do niszczenia oryginałów. Wreszcie w gmachu ministerstwa, tu lub tam, zasiadało anonimowe kierownictwo, które koordynowało całą tę działalność i wytyczało strategię określającą, czy dany fragment dziejów należy zachować, zafałszować, czy całkowicie wymazać z pamięci.

Nie dość tego, bo Wydział Archiwów stanowił zaledwie jeden z pionów Ministerstwa Prawdy, którego podstawową rolą nie było retuszowanie historii, lecz zapewnianie obywatelom Oceanii gazet, filmów, podręczników, teleprogramów, sztuk scenicznych, powieści, a zatem wszelkiej możliwej informacji, oświaty i rozrywki, od pomnika po hasło propagandowe, od wiersza lirycznego po rozprawę z dziedziny biologii, od elementarza pierwszoklasisty po słownik nowomowy. Ministerstwo musiało nie tylko zaspokajać wielorakie wymagania Partii, lecz również powielać swoją działalność na niższym poziomie dla pożytku proletariatu. Zbudowano całą sieć odrębnych działów zajmujących się proletariacką literaturą, muzyką, filmem, teatrem i ogólnie rozrywką. Tam właśnie wydawano szmatławce złożone prawie wyłącznie z pitawali, serwisów sportowych i horoskopów, pisano sensacyjne szmiry, kręcono filmy ociekające seksem i wypuszczano sentymentalne szlagiery komponowane automatycznie na specjalnym kalejdoskopie zwanym wersyfikatorem. Funkcjonowała nawet odrębna podsekcja - w nowomowie Pornosek - powołana do produkcji najordynarniejszej pornografii, którą kolportowano w zapieczętowanych przesyłkach, a której żadnemu członkowi Partii niezaangażowanemu przy jej produkcji nie wolno było oglądać.

Gdy Winston zajmował się pracą, z rury pneumatycznej wyślizgnęły się trzy kolejne notatki, okazały się jednak prostymi sprawami, z którymi uporał się, zanim Dwie Minuty Nienawiści zakłóciłyby mu spokój. Po seansie wrócił do swojego boksu, wziął z półki słownik nowomowy, odsunął mowopis na bok, przetarł okulary i zabrał się do najważniejszego zadania tego przedpołudnia.

Największą radość w życiu czerpał właśnie z pracy. Przeważnie wykonywał nudne rutynowe czynności, trafiały się jednak sprawy tak trudne i skomplikowane, że pochłaniały go bez reszty niczym problem matematyczny: subtelne fałszerstwa, w przypadku których był zdany wyłącznie na własną znajomość zasad anglosocu i wyczucie zgodności z linią partyjną. Znajdował się wtedy w swoim żywiole. Czasem powierzano mu nawet poprawianie wstępniaków w "Timesie", pisanych w całości w nowomowie. Rozwinął świstek, który odłożył wcześniej na bok. Oto jego treść:

prasa 03.12.83 info wb dyr błąddwaplus odn nieobecn now wersja zatw arch

W staromowie (lub normalnym języku) brzmiałoby to następująco:

Informacja zamieszczona w "Timesie" na temat dyrektywy Wielkiego Brata z 3 grudnia 1983 r. jest ze wszech miar niezadowalająca i zawiera odniesienia do nieistniejących osób. Całość należy napisać od nowa i przed zewidencjonowaniem przedłożyć do akceptacji wyższych czynników.

Winston przeczytał nieprawomyślny artykuł. Wyglądało na to, że dyrektywa Wielkiego Brata jest głównie pochwałą działalności organizacji o skróconej nazwie ZPF, która zaopatrywała marynarzy pływających fortec w papierosy i inne towary. Niejaki towarzysz Withers, prominenty członek Partii Wewnętrznej, został wymieniony z nazwiska i odznaczony Orderem Wielkiej Zasługi drugiej klasy.

Jednak trzy miesiące później rozwiązano ZPF bez podania przyczyny. Domniemywano, że Withers i jego współpracownicy popadli w niełaskę, choć ani prasa, ani teleekrany w ogóle o tym nie informowały. Nie było w tym nic dziwnego, bo rzadko się zdarzało, aby wrogów politycznych stawiano przed sądem lub choćby publicznie demaskowano. Wielkie czystki obejmujące tysiące osób, z publicznymi procesami zdrajców i myślozbójów, którzy składali żałosną samokrytykę, po czym zostawali zlikwidowani, były specjalnymi pokazówkami organizowanymi nie częściej niż raz na kilka lat. W normalnych okolicznościach ludzie, którzy ściągali na siebie niezadowolenie Partii, zwyczajnie znikali i słuch o nich ginął. Nikt nie miał najmniejszego pojęcia, co się z nimi działo. Być może ten i ów nawet uchodził z życiem. Około trzydziestu osób znanych Winstonowi, nie licząc jego rodziców, przepadło bez wieści w różnych okresach.

Podrapał się delikatnie spinaczem po nosie. W boksie naprzeciwko Tillotson wciąż był pochylony konspiracyjnie nad mowopisem. Na moment uniósł głowę: znów ten złowrogi błysk okularów. Winston zastanawiał się, czy Tillotson wykonuje taką samą pracę jak on. Było to całkiem prawdopodobne. Tak newralgiczne zadanie z pewnością powierzono co najmniej kilku osobom. Zarazem wyznaczenie do niego całej komisji byłoby otwartym przyznaniem się do dokonywania fałszerstw. Najprawdopodobniej więc kilkanaście osób opracowywało w tej chwili konkurencyjne wersje tego, co naprawdę powiedział Wielki Brat. Następnie jakiś tęgi mózg z Partii Wewnętrznej wybierze jedną z nich, zredaguje ją i uruchomi skomplikowany proces wprowadzania koniecznych odsyłaczy, w efekcie czego wyselekcjonowane kłamstwo zadomowi się w archiwach i stanie prawdą.

Winston nie znał przyczyny nagłego popadnięcia Withersa w niełaskę. Może powodem była korupcja lub niekompetencja. A może Wielki Brat pragnął pozbyć się podwładnego, który zyskał zbyt dużą popularność. Może Withersa albo kogoś z jego otoczenia podejrzewano o skłonności antyrewolucyjne. Wreszcie być może - co najbardziej prawdopodobne - utrącono go, bo czystki i znikanie ludzi były nieodzownym elementem mechanizmu sprawowania władzy. Jedyna konkretna wskazówka kryła się w określeniu "nieobecn", które dowodziło, że Withers został zlikwidowany. Nie wszyscy aresztowani zawsze kończyli w ten sposób. Niektórym pozwalano wrócić do domu, pożyć na wolności przez rok albo dwa, dopiero potem czekała ich egzekucja. Zdarzało się nawet, że ktoś od dawna uważany za zmarłego pojawiał się nagle na publicznym procesie jak upiór, żeby swoimi zeznaniami obciążyć setki innych, po czym znów znikał, tym razem na zawsze. Ale nie Withers, bo on był już "nieobecny". Nie istniał, mało tego, nie istniał nigdy. Winston doszedł do wniosku, że nie wystarczy zmienić sens przemówienia Wielkiego Brata. Najlepiej byłoby przerobić je całkowicie, aby w ogóle nie dotyczyło pierwotnego tematu.

Mógł z tego wystąpienia zrobić jeszcze jeden atak na zdrajców i myślozbójów, lecz byłoby to banalne, z kolei wymyślenie zwycięskiej bitwy lub triumfalnego przekroczenia Dziewiątego Planu Trzyletniego mogło zanadto skomplikować kwestię odsyłaczy. Winston potrzebował czegoś wyssanego z palca. Nagle w jego wyobraźni, jakby na rozkaz, pojawiła się postać towarzysza Ogilvy'ego, który poległ bohatersko w walce za ojczyznę. Zdarzało się, że Wielki Brat poświęcał swoje dyrektywy pamięci skromnego, szeregowego członka Partii, którego życie i śmierć stawiał za wzór godny naśladowania. Winston postanowił więc, że tego dnia przywódca uczci pamięć towarzysza Ogilvy'ego. Owszem, towarzysz Ogilvy nigdy nie istniał, ale wystarczy kilka wydrukowanych zdań i podrobionych zdjęć, aby się narodził.

Winston namyślał się przez chwilę, następnie przysunął sobie mowopis i zaczął dyktować w charakterystycznym stylu Wielkiego Brata - stylu zarazem wojskowym i biurokratycznym, łatwym do naśladowania z powodu zagrywki retorycznej polegającej na stawianiu pytań i udzielania natychmiastowych odpowiedzi ("Jaką lekcję z tego wyniesiemy, towarzysze? Taką, która jest również jedną z fundamentalnych zasad anglosocu, a mianowicie"... itd., itd.).

W wieku trzech lat towarzysz Ogilvy nie uznawał żadnych zabawek oprócz bębenka, pistoletu maszynowego i modelu śmigłowca. Jako sześciolatek - rok przed czasem dzięki złagodzeniu przepisów w drodze wyjątku - wstąpił do Młodych Szpiegów, a trzy lata później został zastępowym. Gdy miał jedenaście lat, zadenuncjował swojego wujka Myślicji po podsłuchaniu rozmowy, która w jego przekonaniu świadczyła o skłonnościach przestępczych. W wieku lat siedemnastu został okręgowym przewodniczącym Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej. W wieku dziewiętnastu skonstruował granat ręczny, który został zaaprobowany przez Ministerstwo Pokoju i który w próbnym wybuchu na poligonie rozerwał trzydziestu jeden eurazjatyckich jeńców. W wieku dwudziestu trzech lat Ogilvy poległ na polu chwały. Ścigany nad Oceanem Indyjskim przez odrzutowce nieprzyjaciela w trakcie przewożenia arcyważnego raportu obciążył się dodatkowo karabinem maszynowym i wyskoczył ze śmigłowca do morza razem z dokumentami wojskowymi - co za chlubna śmierć, jak wyraził się Wielki Brat, która powinna budzić w nas zdrową zazdrość. Wielki Brat dodał kilka słów na temat nieskazitelnego charakteru i poświęcenia towarzysza Ogilvy'ego, który był niewzruszonym abstynentem i wrogiem palenia, a jego wyłączną rozrywkę stanowił godzinny rozruch w sali gimnastycznej, w dodatku ślubował celibat, bo uważał, że małżeństwa i troski o rodzinę nie da się pogodzić ze służbą wojskową o każdej porze dnia i nocy. Jedynym tematem wartym omówienia były dla niego zasady anglosocu, a jedynym celem w życiu pokonanie wrogiej Eurazji oraz wyłapanie szpiegów, sabotażystów, myślozbójów i zdrajców.

Winston bił się z myślami, czy powinien przyznać towarzyszowi Ogilvy'emu Order Wielkiej Zasługi, w końcu jednak tego nie zrobił, bo pociągnęłoby to za sobą konieczność wprowadzania wielu odnośników.

Znów zerknął na rywala w boksie naprzeciwko. Coś mu usilnie podszeptywało, że Tillotson wykonuje dokładnie to samo zadanie. Trudno było przewidzieć, czyja wersja zostanie ostatecznie przyjęta, Winston miał jednak głębokie przekonanie, że to on będzie górą. Towarzysz Ogilvy, jeszcze przed godziną niebędący nawet wytworem wyobraźni, stał się faktem. Winstona uderzyła zastanawiająca prawidłowość, że do życia można było powoływać umarłych, lecz nie żywych. Towarzysz Ogilvy nigdy nie istniał w teraźniejszości, w tej chwili natomiast narodził się w przeszłości, a gdy ten akt fałszowania historii ulegnie zapomnieniu, żywot bohatera będzie równie autentyczny i nie gorzej udokumentowany niż żywot Karola Wielkiego lub Juliusza Cezara.

ROZDZIAŁ 5

W niskiej stołówce głęboko pod ziemią kolejka po obiad przesunęła się powoli do przodu. W pomieszczeniu panował tłok i ogłuszający zgiełk. Zza okratowanej lady gulasz buchał kłębami pary przesyconej metaliczną, kwaśną wonią, która nie całkiem neutralizowała zapaszek dżinu Victory. Na przeciwległym końcu stołówki znajdował się barek, a właściwie otwór w ścianie, z którego sprzedawano dżin po dziesięć centów za sporą miarkę.

- Jesteś wreszcie! - rozległ się okrzyk z tyłu.

Winston się odwrócił. Głos należał do jego przyjaciela Syme'a, pracownika Wydziału Badań. Słowo "przyjaciel" było być może na wyrost. W tych czasach nikt nie miał przyjaciół, tylko towarzyszy. Zdarzali się jednak towarzysze, z którymi milej spędzało się czas. Syme był filologiem, specjalistą od nowomowy. Należał do ogromnego zespołu ekspertów przygotowujących jedenaste wydanie słownika. Drobniutki mężczyzna, znacznie niższy od Winstona, miał ciemne włosy i olbrzymie wyłupiaste oczy o smętnym i jednocześnie kpiarskim wyrazie, które patrzyły bacznie na rozmówcę.

- Chciałem cię spytać, czy masz żyletki.

- Ani jednej! - odrzekł Winston z pośpiechem człowieka o nieczystym sumieniu. - Zaglądałem wszędzie. Jakby przestały istnieć.

Wszyscy pytali o żyletki. Tak naprawdę zaoszczędził dwie nieużywane. Brak żyletek doskwierał od miesięcy. W sklepach dla partyjniaków zawsze brakowało jakichś artykułów pierwszej potrzeby. Czasem guzików, kiedy indziej nici do cerowania, wreszcie sznurowadeł. Teraz nie było żyletek. Pozostawało je zdobyć, bardziej lub mniej ukradkiem, na "wolnym rynku".

- Od półtora miesiąca używam tej samej - wyznał Winston niezgodnie z prawdą.

Kolejka znów drgnęła do przodu. Gdy wszyscy zastygli, odwrócił się do Syme'a. Obaj wzięli zatłuszczone metalowe tace ze sterty ułożonej na końcu lady.

- Poszedłeś wczoraj na wieszanie jeńców?

- Pracowałem - odrzekł Winston obojętnym tonem. - Pewnie i tak pokażą to w kronikach.

- Słaba pociecha! - stwierdził Syme.

Obrzucił twarz Winstona szyderczym spojrzeniem. "Znam cię - zdawały się mówić jego oczy - przejrzałem na wylot. Doskonale wiem, dlaczego nie poszedłeś na egzekucję". Na swój intelektualny sposób Syme był zajadłym ortodoksem. Potrafił z wredną satysfakcją opowiadać o nalotach śmigłowców na nieprzyjacielskie wsie, samokrytyce i procesach myślozbójów, o egzekucjach w piwnicach Ministerstwa Miłości. Rozmowa z nim polegała głównie na odwodzeniu go od tych tematów i wciąganiu, jeśli to możliwe, w analizę niuansów nowomowy, o których wypowiadał się interesująco i autorytatywnie. Winston odwrócił nieco głowę, żeby uniknąć przenikliwego spojrzenia dużych ciemnych oczu.

- To była niezła egzekucja - powiedział Syme rozmarzony. - Według mnie wiązanie stóp psuje efekt. Lubię, jak oni wierzgają. I jak na końcu wywalają języki, to już w ogóle. Całe sine, wściekle sine. Ten szczegół najbardziej do mnie trafia.

- Następny, proszę! - krzyknęła prolka w białym fartuchu i z chochlą w ręku.

Winston i Syme wsunęli swoje tace pod kratę. Na każdej błyskawicznie wylądował przydziałowy obiad: blaszana salaterka różowoszarego gulaszu, pajda chleba, kostka sera, kubek kawy Victory (bez mleka) i jedna pastylka sacharyny.

- Chodź, tam pod teleekranem jest wolny stolik - powiedział Syme. - Po drodze weźmy dżin.

Dżin nalewano do porcelanowych kubków bez uszu. Przedarli się przez zatłoczoną salę i postawili zawartość tac na stół z metalowym blatem, na którego brzegu pozostała po kimś kałuża rozlanego gulaszu - paskudna breja podobna do wymiocin. Winston podniósł kubek z dżinem, spiął się na moment i jednym haustem wypił alkohol smakujący jak olej. Mruganiem powiek powstrzymał napływ łez i wtedy dotarło do niego, że jest głodny. Zaczął przełykać porcje mulistego gulaszu, w którym pływał gąbczasty różowawy preparat mięsny pokrojony w kostki. Winston i Syme w milczeniu pochłonęli zawartość salaterek. Przy stoliku po lewej stronie, trochę z tyłu, ktoś trajkotał bez ustanku. Był to natrętny odgłos podobny do kwakania, górujący nad ogólnym gwarem.

- Jak tam przygotowanie słownika? - zagadnął Winston, próbując przekrzyczeć hałas.

- Powoli posuwamy się do przodu - odparł Syme. - Mnie dali przymiotniki. Fascynująca sprawa.

Na wzmiankę o nowomowie natychmiast się ożywił. Odsunął salaterkę, jedną delikatną dłonią wziął kromkę chleba, drugą kostkę sera i nachylił się nad stolikiem, żeby było go dobrze słychać.

- Jedenasta edycja będzie wydaniem normalizacyjnym - oznajmił. - Nadajemy językowi ostateczny kształt, a więc taki, jaki przybierze, gdy wszyscy będą się posługiwali wyłącznie nowomową. Kiedy wreszcie się z tym uporamy, tacy jak ty będą musieli się jej uczyć od zera. Tobie się zapewne wydaje, że naszym głównym zajęciem jest wymyślanie nowych słów. Nic bardziej błędnego! Dzień w dzień niszczymy słowa, całe ich listy, setki. Rozbieramy język do kości. W jedenastym wydaniu nie będzie ani jednego słowa, które wypadnie z użycia przed rokiem dwa tysiące pięćdziesiątym.

Syme ugryzł łakomie chleb, przełknął kilka razy, po czym ciągnął z namiętnością pasjonata. Jego śniada szczupła twarz się rozpromieniła, oczy w miejsce kpiarskiego nabrały wizjonerskiego wyrazu.

- W niszczeniu słów jest piękno. Oczywiście największe sprzątanie robimy wśród czasowników i przymiotników, ale rzeczowników również można się pozbyć całymi setkami. Nie chodzi tylko o synonimy, o antonimy też. No bo w końcu jaką rację bytu ma słowo, które jest po prostu przeciwieństwem innego? Przecież dane słowo samo w sobie zawiera swoje przeciwieństwo. Weźmy na przykład "dobry". Skoro mamy "dobry", to do czego nam potrzebne "zły"? "Nie-dobry" całkowicie wystarczy; jest nawet lepsze, bo stanowi dokładne przeciwieństwo słowa "dobry", w odróżnieniu od słowa "zły". Natomiast gdy chcemy wzmocnić znaczenie słowa "dobry", to po co zaśmiecać język całą masą niejasnych bezużytecznych określeń takich jak "wyśmienity" albo "znakomity"? "Dobryplus" precyzyjnie wyraża to znaczenie. Oraz "dobrydwaplus", jeżeli pierwsze wzmocnienie nam nie wystarcza. Oczywiście my już teraz używamy tych form, lecz w ostatecznej wersji słownika nie będzie nic innego. Z czasem pojęcia dobra i zła zostaną ujęte w sześciu słowach, a tak naprawdę tylko w jednym. Czy to nie piękne, Winston? Oczywiście od samego początku była to idea samego WB - dodał Syme, jakby się zreflektował.

Na wzmiankę o Wielkim Bracie po twarzy Winstona przemknął cień mało przekonującego entuzjazmu. Syme natychmiast dostrzegł ten brak zapału.

- Nie doceniasz nowomowy - powiedział niemal ze smutkiem. - Nawet gdy piszesz, to ciągle myślisz w staromowie. Czytam czasem te artykuły, które przygotowujesz dla "Timesa". Ujdą, ale to przecież przekłady. W głębi serca wolałbyś trzymać się staromowy, z tymi jej mętnymi i bezużytecznymi niuansami znaczeniowymi. Nie dostrzegasz piękna kryjącego się w unicestwianiu słów. Czy wiesz, że nowomowa to jedyny język ludzkości, którego słownictwo kurczy się z roku na rok?

Winston oczywiście wiedział. Nie ufał sobie na tyle, aby się odezwać, więc tylko się uśmiechnął - przychylnie, jak miał nadzieję. Syme wziął kolejny kęs ciemnego chleba, przeżuł i ciągnął:

- Nie rozumiesz, że podstawowym celem nowomowy jest ograniczenie horyzontów myślenia? Koniec końców dzięki naszym wysiłkom myśloczyn będzie praktycznie wykluczony, bo zabraknie słów, którymi można go popełnić. Każde potrzebne pojęcie zostanie wyrażone za pomocą tylko jednego słowa o ściśle określonym znaczeniu, natomiast wszystkie znaczenia podrzędne będą wymazane i ulegną zapomnieniu. W jedenastym wydaniu jesteśmy już blisko mety. Jednak ten proces będzie trwał jeszcze długo po naszej śmierci, twojej i mojej. Każdego roku coraz mniej słów i odrobinę węższe pole świadomości. Lecz już teraz nie ma żadnych powodów ani usprawiedliwień, aby popełniać myśloczyn. To zwyczajnie kwestia samodyscypliny, kontrolowania rzeczywistości. I ostatecznie nawet to stanie się zbędne. Rewolucja dopełni się wtedy, gdy język osiągnie doskonałość. Nowomowa to anglosoc, anglosoc zaś to nowomowa - dodał Syme ze swoistą mistyczną satysfakcją. - Winston, czy przyszło ci do głowy, że najpóźniej do roku dwa tysiące pięćdziesiątego nie będzie na świecie ani jednego człowieka, który zrozumiałby toczoną przez nas rozmowę?

- Oprócz... - zaczął Winston niepewnie i urwał.

"Oprócz prolów" chciał powiedzieć, ale ugryzł się w język z obawy, że zabrzmiałoby to dysydencko. Syme odgadł jego myśli.

- Prole to nie ludzie - stwierdził lekkim tonem. - Do roku dwa tysiące pięćdziesiątego, prawdopodobnie wcześniej, faktyczna znajomość staromowy zaniknie. Całe dotychczasowe piśmiennictwo zostanie zniszczone. Chaucer, Shakespeare, Milton, Byron, dzieła ich wszystkich będą istnieć tylko w nowomowie, i to nie jako wersja oryginałów, lecz ich przeciwieństwo. Nawet twórczość partyjna będzie podlegać korekcie. Hasła propagandowe również. No bo jak możesz mieć hasło mówiące, że "wolność to niewola", skoro unicestwione będzie pojęcie wolności? Cała sfera myślenia przejdzie przemianę. W istocie nie będzie czegoś takiego jak myśl w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Prawomyślność oznaczać będzie niemyślenie. Bo nie będzie potrzeby myślenia. Ortodoksyjność to nieświadomość.

Któregoś dnia, nagle Winston nabrał głębokiego przekonania, Syme wyparuje jak inni. Był za inteligentny. Postrzegał wszystko nazbyt wyraźnie i walił prosto z mostu. Partia nie lubiła takich ludzi. Pewnego dnia więc zniknie. Miał to wypisane na twarzy.

Winston dojadł chleb i ser. Odwrócił się lekko na krześle, żeby dopić kawę z kubka. Przy stoliku po lewej mężczyzna o natrętnym głosie gardłował bez zmiłowania. Zwrócona plecami do Winstona młoda kobieta, zapewne sekretarka, słuchała z niepodzielną uwagą i najwyraźniej zgadzała się z każdym słowem. Od czasu do czasu Winston wyłapywał coś w rodzaju "stuprocentowa racja" i "jestem tego samego zdania", wypowiadane młodym, raczej naiwnym dziewczęcym głosem. Pierwszy głos nie milkł ani na moment, nawet wtedy, gdy sekretarka się odzywała. Winston znał mężczyznę z widzenia, wiedział, że piastuje on ważny urząd w Wydziale Literatury Pięknej. Mniej więcej trzydziestolatek, miał wydatną grdykę i ruchliwe duże usta. Głowę odchylił lekko do tyłu pod takim kątem, że okulary odbijające światło ukazywały dwa niewidome krążki zamiast oczu. Lekką grozą napawało to, że z nieprzerwanego potoku dźwięków wylewających się z jego ust z niemałym trudem dałoby się wyłowić choćby jedno zrozumiałe słowo. Mimo to Winston zdołał usłyszeć o "całkowitym i ostatecznym wyeliminowaniu goldsteinizmu", co zostało wypaplane tak szybko, że przypominało jeden ciąg niczym gotowy skład zecerski. Reszta była tylko hałaśliwym odgłosem, kwa-kwa-kwakaniem. Lecz choć niełatwo przychodziło wychwycić poszczególne słowa, nie miało się wątpliwości co do charakteru wypowiedzi. Najpewniej mężczyzna potępiał Goldsteina i domagał się podjęcia bardziej stanowczych kroków przeciw myślozbójom i sabotażystom, złorzeczył na okrutne zbrodnie wojsk eurazjatyckich, wychwalał Wielkiego Brata albo bohaterów frontu malabarskiego - bez różnicy. Cokolwiek mówił, bezsprzecznie była to najczystsza ortodoksja, najczystszy anglosoc. Wpatrzony w pozbawioną oczu twarz z kłapiącą szczęką Winston doznał dziwnego uczucia, że nie widzi prawdziwego człowieka, ale kukłę. Nie przemawiał mózg, lecz krtań. Owszem, płynące dźwięki składały się ze słów, nie była to jednak ludzka mowa, tylko hałas wydobywający się z nieświadomości, tak samo jak kacze kwakanie.

Syme zamilkł na chwilę i rączką łyżki zaczął rysować wzory w kałuży rozlanego gulaszu. Głos przy sąsiednim stoliku trajkotał bez przerwy, wyraźnie słyszalny pomimo gwaru dokoła.

- W nowomowie istnieje pewne słowo - odezwał się znowu Syme. - Być może go nie znasz. Mowa-kwa-kwa, czyli gadka podobna do kwakania kaczki. Jedno z tych interesujących słów o podwójnym przeciwstawnym znaczeniu. W odniesieniu do oponenta to obraza, a pochwała w odniesieniu do kogoś, z kim się zgadzasz.

Facet wyparuje na sto procent, pomyślał Winston. Posmutniał, choć dobrze wiedział, że Syme odczuwa wobec niego pogardę i lekką antypatię, zapewne też zadenuncjowałby go jako myślozbója, gdyby miał ku temu najmniejsze podstawy. Z Syme'em było coś nie w porządku. Brakowało mu czegoś: roztropności, rezerwy, zbawczej głupoty. Fakt, nie dałoby mu się zarzucić nieprawomyślności. Wierzył w zasady anglosocu, gloryfikował Wielkiego Brata, cieszył się ze zwycięstw, nienawidził odstępców - w tym wszystkim był nie tylko szczery, lecz także niezachwianie gorliwy, dodatkowo świetnie zorientowany w aktualnej sytuacji politycznej, o czym szeregowi członkowie Partii mogli tylko pomarzyć. A jednak budził podejrzenia. Mówił to, co akurat należało przemilczeć, czytał za dużo, przesiadywał w "Kasztanowej", siedzibie malarzy i muzyków. Wprawdzie nie obowiązywało żadne prawo, nawet niepisane, zabraniające uczęszczania do tej kawiarni, a jednak otaczała ją zła sława. W "Kasztanowej" zbierali się dawni, skompromitowani dziś przywódcy Partii, usunięci w ramach czystek. Podobno przed wieloma latami, dekadami nawet, widywano tam samego Goldsteina. Tak więc nietrudno było przewidzieć, jaki los czeka Syme'a. Zarazem nie ulegało wątpliwości, że gdyby Syme choć na sekundę poznał skryte myśli Winstona, natychmiast wydałby go Myślicji. Podobnie jak inni, jeśli już o to chodzi, z tym że Syme zrobiłby to chętniej niż większość. Sama gorliwość nie wystarczała. Prawomyślność to niemyślenie. Syme podniósł głowę.

- Idzie Parsons - rzekł.

"Ten cholerny głupiec", zdawał się dopowiadać ton jego głosu. Parsons, sąsiad Winstona z Victory Mansions, przedzierał się przez salę - korpulentny mężczyzna średniego wzrostu, o jasnych włosach i ropuszej twarzy. W wieku trzydziestu pięciu lat wyhodował już fałdy tłuszczu pod brodą i na brzuchu, ruchy wciąż jednak miał energiczne i chłopięce. Ogólnie sprawiał wrażenie wyrośniętego chłopczyka, i to do tego stopnia, że choć nosił przepisowy kombinezon, nieodmiennie wyobrażano go sobie w niebieskich spodenkach, szarej koszuli i czerwonej chuście Małych Szpiegów. Nasuwał się obraz pomarszczonych kolan i pulchnych przedramion odsłoniętych przez podwinięte rękawy. W istocie Parsons wkładał krótkie spodnie, ilekroć miał ku temu okazję - gdy szykowała się wycieczka krajoznawcza albo jakaś inna forma aktywności fizycznej.

- Cześć - powitał wesoło obu mężczyzn i usiadł przy ich stoliku, roztaczając silną woń potu.

Jego różowa twarz była zroszona gęstymi kroplami. Parsons miał niebywały dar pocenia się. W Klubie Osiedlowym wilgotny uchwyt rakietki zawsze świadczył o tym, że Parsons grał w ping-ponga. Syme wyjął świstek papieru zapisany długą kolumną słów, przypatrując im się z ołówkiem w palcach.

- No proszę, tyra nawet w przerwie obiadowej! - powiedział Parsons, trącając Winstona łokciem. - Gorliwiec, nie? Nad czym się tak biedzisz, chłopie? Dla mnie to pewnie za mądre. Smith, wiesz, dlaczego cię szukam? Chodzi o składkowe, co zapomniałeś mi dać.

- Które konkretnie? - spytał Winston, machinalnie sięgając po pieniądze.

Mniej więcej jedną czwartą poborów należało przeznaczyć na dobrowolne zrzutki, których było tak dużo, że człowiek tracił rozeznanie.

- Na Tydzień Nienawiści. No wiesz, chodzi o ten fundusz blokowy. Jestem skarbnikiem. Wszystkie ręce na pokład, pokażemy, na co nas stać. Ostrzegam, to nie będzie moja wina, jeśli mieszkańcy Victory Mansions nie wywieszą najwięcej flag na całej ulicy. Obiecałeś dwa dolary.

Winston wygrzebał i podał dwa zmięte i brudne banknoty, co Parsons natychmiast odnotował starannym pismem półanalfabety w niewielkim zeszyciku.

- A przy okazji, chłopie, podobno oberwałeś wczoraj z procy od mojego gówniarza. Natarłem mu porządnie uszu. Zagroziłem nawet, że jeszcze raz, to zabiorę mu tę zabawkę.

- Złościł się chyba dlatego, że ominęła go egzekucja - odrzekł Winston.

- A żebyś wiedział, właściwe nastawienie, co nie? Łobuzy z tych moich dzieciaków, ale braku zapału nie można im zarzucić! Oczywiście w głowie im tylko Mali Szpiedzy i wojna. Wiesz, co ta moja smarkata zrobiła w sobotę, kiedy wybrali się zastępem na wycieczkę w pobliże Berkhamsted? Skrzyknęła dwie koleżanki, odłączyły się od grupy i przez całe popołudnie śledziły jakiegoś dziwnego faceta. Szły za nim lasem przez dwie godziny, a jak w końcu dotarli do Amersham, to ściągnęły na niego patrol.

- Dlaczego? - spytał nieco skonsternowany Winston.

- Córcia była pewna, że to wrogi agent - wyjaśnił Parsons triumfalnym tonem. - Zrzutek spadochronowy na przykład? Nieważne. Chłopie, zgadnij, jak się pokapowała. Zobaczyła, że facet ma dziwne buty, podobno nigdy takich nie widziała. A więc najpewniej cudzoziemiec. Rozgarnięta smarkula jak na siedmiolatkę, nie?

- Co się stało z tym człowiekiem?

- Pojęcia nie mam. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby... - Parsons podniósł ręce, jakby wycelował z karabinu, i cmoknął językiem na znak wystrzału.

- Świetnie - skwitował rozkojarzony Syme, nie podnosząc głowy znad kartki.

- Oczywiście, przecież nie wolno ryzykować - przytaknął Winston lojalnie.

- Wiadomo, trwa wojna - dorzucił Parsons.

Jakby na potwierdzenie tych słów z teleekranu nad ich głowami popłynął sygnał trąbki. Tym razem nie obwieszczono jednak kolejnego zwycięstwa na polu bitwy, lecz zapowiedziano komunikat Ministerstwa Dostatku.

- Towarzysze! - zawołał raźny, młodzieńczy głos. - Proszę o uwagę, towarzysze! Mamy dla was wspaniałą nowinę! Odnieśliśmy wielki sukces na froncie produkcji towarowej! Z zebranych danych na temat wyrobu wszelkich dóbr konsumpcyjnych niezbicie wynika, że w porównaniu z rokiem ubiegłym stopa życiowa obywateli wzrosła aż o dwadzieścia procent. Dziś rano w całej Oceanii odbyły się spontanicznie zwołane masowe manifestacje pracowników, którzy z transparentami wylegli z fabryk i biur na ulice, aby dać wyraz swojej wdzięczności dla Wielkiego Brata za to, że pod jego światłym przywództwem nastało dla nas wszystkich nowe, szczęśliwe życie. Oto niektóre kompleksowe dane. Artykuły żywnościowe...

Wyrażenie "nowe, szczęśliwe życie" zostało powtórzone kilka razy. Ostatnio należało do ulubionych zwrotów Ministerstwa Dostatku. Parsons, którego uwagę pochłonął sygnał trąbki, siedział zasłuchany w komunikat, uosabiając podniosłe zdezorientowanie, swoistą patetyczną nudę. Nie nadążał myślą za przytaczanymi liczbami, rozumiał jednak, że stanowią powód do zadowolenia. Wyciągnął paskudną dużą fajkę do połowy nabitą wypalonym już tytoniem. Tygodniowy przydział tytoniu wynosił tylko sto gramów, rzadko więc można było napchać główkę fajki do pełna. Winston palił papierosa marki Victory, trzymając go starannie w pozycji poziomej. Zostały mu zaledwie cztery sztuki, a nową paczkę mógł dostać dopiero nazajutrz. Na chwilę odciął się od dźwięków płynących z sali i skupił na komunikacie nadawanym z teleekranu. Okazało się, że zwołano także manifestacje, aby wyrazić Wielkiemu Bratu podziękowania za zwiększenie przydziału czekolady do dwudziestu gramów tygodniowo. A przecież zaledwie poprzedniego dnia, pomyślał Winston, ogłoszono zmniejszenie przydziału do tych samych dwudziestu gramów. Czy możliwe, że wystarczy upływ dwudziestu czterech godzin, aby ludzie łyknęli takie kłamstwo? Okazało się, że tak. Parsons nabrał się bez trudu, okazując iście zwierzęcą głupotę. Pozbawiony oczu mężczyzna przy sąsiednim stoliku łyknął fanatycznie, gorliwie, pałając żądzą wytropienia, zadenuncjowania i zlikwidowania każdego, kto choćby zasugerował, że w minionym tygodniu przydział czekolady wynosił trzydzieści gramów. Syme również - w sposób bardziej finezyjny, wymagający dwumyślenia, jednak też łyknął. Czy więc tylko Winston jako jedyny miał pamięć?

Bajeczne dane wciąż wylewały się z teleekranu. W porównaniu z rokiem ubiegłym przybyło żywności, odzieży, mieszkań, mebli, garnków, paliwa, przybyło statków, śmigłowców, książek, noworodków - wszystkiego, tylko nie chorób, przestępstw i obłędu. Z roku na rok, z minuty na minutę wszystko i wszyscy wskakiwali na coraz wyższy poziom. Podobnie jak wcześniej Syme, teraz Winston wziął łyżkę i zaczął rozmazywać po stole kałużę burawego gulaszu, rysując osobną odnogę. Rozmyślał z goryczą o realiach życia. Czy zawsze tak było? Czy jedzenie zawsze miało taki smak? Rozejrzał się po stołówce. Zatłoczona niska sala o ścianach zszarzałych od kontaktu z niezliczonymi ciałami, poobijane metalowe stoły i krzesła, ściśnięte tak bardzo, że ludzie prawie dotykali się łokciami, pogięte łyżki, obtłuczone tace, prymitywne białe kubki, wszystkie powierzchnie tłuste, w każdej szczelinie brud, wielowarstwowa kwaśnawa woń podłego dżinu i podłej kawy, gorzkawego gulaszu i znoszonych ubrań. Żołądek i skóra zawsze reagowały na znak sprzeciwu, jakby człowiekowi odebrano zdradziecko coś, do czego miał niezbywalne prawo. Owszem, Winston nie pamiętał, aby życie kiedykolwiek wyglądało diametralnie inaczej. Na każdym etapie, który przypominał sobie wyraźnie, brakowało żywności, nosiło się dziurawe skarpety i podartą bieliznę, meble były poobijane i rozklekotane, mieszkania niedogrzane, metro zatłoczone, domy w ruinie, chleb ciemny, herbata prawie nie do zdobycia, kawa paskudna, papierosów za mało - niczego nie było w bród ani w przystępnej cenie oprócz syntetycznego dżinu. I choć oczywiście gdy człowiekowi przybywało lat, sprawy jawiły się coraz gorzej, to jednak czy nie inny był naturalny porządek rzeczy, skoro serce buntowało się przeciw niewygodom, brudowi i niedostatkom, niekończącym się zimom, lepkim skarpetom, zawsze zepsutym windom, lodowatej wodzie i szorstkiemu mydłu, rozklejającym się papierosom i jedzeniu o wstrętnym smaku? Czy człowiek uznałby to wszystko za rzecz nie do zniesienia, gdyby nie nosił w sobie jakiejś odwiecznej pamięci o lepszym świecie?

Winston znowu rozejrzał się po stołówce. Prawie wszyscy byli brzydcy - byliby nawet wtedy, gdyby nie ubrali się w jednolite niebieskie kombinezony. Przy stole na drugim końcu sali pił w samotności kawę drobny mężczyzna o osobliwym wyglądzie chrząszcza, zerkając raz po raz czujnie na prawo i lewo małymi oczkami. Jak łatwo uwierzyć, pomyślał Winston, pod warunkiem że nie rozglądamy się wokół siebie, że typ fizjonomiczny wywindowany przez Partię do rangi ideału - wysoki i umięśniony młodzieniec, cycate dziewczę, oboje jasnowłosi, pełni energii, opaleni, beztroscy - istnieje naprawdę, a nawet przeważa w populacji. Tymczasem, o ile orientował się Winston, na Lądowisku Numer Jeden dominowali ludzie niscy, śniadzi, mało atrakcyjni. O dziwo to typ chrząszcza zadomowił się w ministerstwach: niewysocy przysadziści mężczyźni tyjący na wczesnym etapie życia, o nieprzeniknionych nalanych twarzach z małymi oczami, krótkich nogach i szybkich ukradkowych ruchach. Wydawało się, że to właśnie ten rodzaj rozmnożył się pod przewodnictwem Partii.

Dźwięki trąbki zakończyły komunikat Ministerstwa Dostatku i rozpoczęły nadawanie brzękliwej muzyki. Parsons, mgliście ożywiony nawałem liczb, wyjął fajkę z ust.

- W tym roku Ministerstwo Dostatku wykonało świetną robotę - powiedział, ze znawstwem kiwając głową. - A tak przy okazji, Smith, nie masz przypadkiem żyletki na zbyciu?

- Nie mam - odrzekł Winston. - Od półtora miesiąca golę się tą samą.

- No właśnie. Tak tylko pytam.

- Przykro mi.

Kwaczący głos przy sąsiednim stoliku, na kilka minut uciszony przez komunikat ministerstwa, rozbrzmiał teraz na nowo, tak samo donośnie jak poprzednio. Z niewiadomego powodu Winston zaczął rozmyślać o pani Parsons, kobiecie o wiotkich włosach i zmarszczkach wypełnionych kurzem. Nie miną dwa lata, a jej dzieci doniosą na nią Myślicji. Pani Parsons wyparuje. Syme też. I Winston. Wyparuje O'Brien. Parsons natomiast zawsze się uchowa. Uchowa się pozbawione oczu monstrum kwaczące przy stoliku obok. Tak samo małe chrabąszcze przemykające zwinnie labiryntem ministerialnych korytarzy. Oraz tamta brunetka, dziewczyna z Wydziału Literatury Pięknej - ona też nigdy nie wyparuje. Winston miał wrażenie, że intuicyjnie wyczuwa, kto przeżyje, a kto sczeźnie, choć trudno było stwierdzić, co konkretnie przesądza o przetrwaniu.

W tej samej chwili nastąpiła gwałtowna pobudka z zadumy. Dziewczyna siedząca przy sąsiednim stoliku obróciła się lekko i popatrzyła na niego. Była to właśnie brunetka z Wydziału Literatury Pięknej. Przyglądała mu się z ukosa wyraźnie zaintrygowana. Gdy ich spojrzenia się spotkały, natychmiast odwróciła wzrok.

Ciarki przebiegły Winstonowi po plecach. Oblał go paniczny strach. Uczucie to prysło prawie natychmiast, pozostawiło jednak po sobie uporczywy niepokój. Dlaczego ona go podpatruje? Dlaczego za nim łazi? Za nic nie mógł sobie przypomnieć, czy siedziała już przy stoliku, gdy nadszedł, czy zjawiła się później. Ale przecież poprzedniego dnia, podczas Dwóch Minut Nienawiści, zajęła miejsce tuż za nim, choć mogła usiąść gdziekolwiek. Powód? Zapewne chciała się przekonać, czy Winston Smith krzyczy dostatecznie głośno.

Powróciło wcześniejsze podejrzenie: dziewczyna chyba nie jest funkcjonariuszką Myślicji, ale przecież to właśnie domorośli kapusie stanowili największe zagrożenie. Nie wiedział, jak długo mu się przyglądała, być może nawet od pięciu minut, a czy mógł mieć pewność, że zapanował nad mimiką? Straszliwie niebezpieczne było popadanie w zadumę w miejscach publicznych lub w polu widzenia z teleekranu. Najdrobniejsza rzecz mogła człowieka zdradzić. Tik nerwowy, nieświadomy wyraz niepokoju w oczach, nawykowe pomruki pod nosem - wszystko, co mogło wskazywać na odchylenie i na to, że ma się coś do ukrycia. Ponadto niewłaściwy wyraz twarzy (na przykład niedowierzanie, gdy ogłaszano zwycięstwo) sam w sobie był przestępstwem. W nowomowie obowiązywało nawet odpowiednie na to określenie, które brzmiało: twarzoczyn.

Brunetka znów odwróciła się tyłem do Winstona. Być może jednak wcale go nie szpiclowała, być może to czysty przypadek, że dwa razy z rzędu usiadła w pobliżu. Papieros zgasł, więc Winston położył go ostrożnie na krawędzi stołu. Zamierzał dopalić go po pracy, chyba że wcześniej tytoń wysypie się z bibułki. Jeżeli nawet dziewczyna jest szpiegiem w służbie Myślicji i jeżeli nawet w ciągu trzech dni Winston wyląduje w kazamatach Ministerstwa Miłości, to jeszcze nie powód, żeby marnować niedopalonego papierosa. Syme złożył świstek i schował go do kieszeni. Parsons znów się rozgadał:

- Ej, chłopie, opowiadałem ci już, jak te moje dwa brzdące podpaliły jednej handlarce kieckę, bo zobaczyły, że zawija kiełbaski w plakat WB? Podkradły się od tyłu i pstryk zapałkami. Zdaje się, że baba porządnie się poparzyła. Niezłe z nich urwisy, nie? Cięte jak osa! Teraz dzieci dostają u Małych Szpiegów pierwszorzędne szkolenie, lepsze jak za moich czasów. Zgadnijcie, w co ich ostatnio wyposażono. W trąbki do podsłuchiwania przez dziurkę od klucza! Moja córcia przyniosła taką do domu któregoś wieczoru. Wypróbowała na drzwiach do naszego dużego pokoju i stwierdziła, że słyszy dwa razy lepiej, niż jakby przyłożyła samo ucho. Ale to oczywiście tylko zabawka, wiadomo. Jednak tak właśnie rodzi się właściwa postawa, nie?

W tej samej chwili z teleekranu doleciał przeszywający gwizd. Był to sygnał powrotu do pracy. We trzech skoczyli na równe nogi, żeby dopchać się do wind, i wtedy resztka tytoniu wysypała się Winstonowi z bibułki.

ROZDZIAŁ 6

W pamiętniku napisał:

To było trzy lata temu w bocznej alejce przy jednym z głównych dworców kolejowych. Ciemny wieczór. Stała przy bramie, pod latarnią, która ledwo świeciła. Młoda twarz pokryta grubą warstwą makijażu. Tak naprawdę to właśnie makijaż zwrócił moją uwagę, biel jak maska, no i jaskrawoczerwone usta. Partyjniaczki nigdy się nie malują. Na ulicy nie było nikogo innego, teleekranu też nie. Dwa dolary, powiedziała. Wtedy...

Na moment dalsze pisanie go przerosło. Zamknął oczy i docisnął powieki palcami, żeby zdławić obraz, który go nawiedzał. Zapragnął kląć na całe gardło, ile sił w płucach. Walnąć głową w ścianę, kopniakiem przewrócić stół, wyrzucić kałamarz przez okno - agresją, hałasem, bólem przegnać dręczące go wspomnienie.

Najperfidniejszym wrogiem, doszedł do wniosku, jest własny układ nerwowy. Napięcie zżerające człowieka od środka może się uzewnętrznić w dowolnej chwili. Przypomniał sobie mężczyznę, na którego natknął się na ulicy kilka tygodni wcześniej: partyjniak w wieku od trzydziestu do czterdziestu lat, o przeciętnym wyglądzie, dość wysoki i chudy, niósł teczkę. Dzieliło ich kilka metrów, gdy nagle lewą połowę twarzy nieznajomego wykrzywił skurcz. To samo powtórzyło się w chwili, kiedy się mijali: było to ledwie drgnienie, tik, w dodatku szybkie jak trzaśnięcie migawki w aparacie fotograficznym, a jednak bezwiedne. Winston pamiętał, co wtedy pomyślał: biedny skurczysyn jest załatwiony. Grozę budziło to, że reakcja mężczyzny była nieświadoma. Dlatego najbardziej niebezpieczne wydawało się gadanie przez sen. Winston nie miał pojęcia, jak się przed tym ustrzec.

Wziął głęboki oddech i wrócił do pisania:

...poszedłem z nią przez bramę na podwórko i dalej do kuchni w suterynie. Przy ścianie stało łóżko, a na stole lampa, mocno przygaszona. Ona...

Zazgrzytał zębami. Najchętniej by splunął. Znalazłszy się w towarzystwie tamtej kobiety w kuchni, pomyślał o Katherine. O swojej żonie. Był kiedyś żonaty, może nic się do dziś nie zmieniło pod tym względem, bo o ile się orientował, Katherine żyła. Wydawało mu się, że znowu czuje ciepłą stęchliznę suteryny, smród robactwa i brudnej odzieży, upiornych tanich perfum, a jednak kuszących, bo partyjniaczki nie używały zapachów, to byłoby wprost niewyobrażalne. Tylko prolki skrapiały się perfumami. W jego umyśle ta woń łączyła się nierozerwalnie z cudzołóstwem.

Spotkanie z tą kobietą było jego pierwszym skokiem w bok od mniej więcej dwóch lat. Oczywiście Partia zabraniała kontaktów z prostytutkami, lecz w przypływie odwagi łamano ten zakaz od czasu do czasu. Owszem, narażano się wtedy na niebezpieczeństwo, lecz nie groził za to wyrok śmierci. Wpadka mogła oznaczać pięć lat w obozie pracy, nic więcej, chyba że schwytany miał inne grzechy na sumieniu. Sprawa była w zasadzie prosta, jeśli uniknęło się przyłapania na gorącym uczynku. W uboższych dzielnicach roiło się od kobiet chętnych do kupczenia swoimi wdziękami. Niektóre sprzedawały się za butelkę dżinu, którego prolom nie wolno było pić. Partia przymykała oko na prostytucję, bo w ten sposób zaspokajano popęd, którego nie dało się całkowicie wyeliminować. Rozwiązłość nie budziła większego sprzeciwu, pod warunkiem że oddawano się jej ukradkiem i bez radości, korzystając wyłącznie z usług kobiet z upodlonej i powszechnie pogardzanej klasy społecznej. Niewybaczalną zbrodnią były natomiast stosunki pozamałżeńskie wewnątrz Partii. Między innymi właśnie do tego występku niezmiennie przyznawali się oskarżeni w trakcie wielkich czystek, choć trudno było sobie wyobrazić, że faktycznie do niego doszło.

Partia zmierzała do czegoś więcej niż powstrzymanie kobiet i mężczyzn od związków, których nie dawało się kontrolować. Prawdziwym, choć nieoficjalnym celem było odarcie stosunku płciowego z wszelkiej przyjemności. Za wroga uważano nie tyle miłość, ile zmysłowość - tak w małżeństwie, jak i poza nim. Każdy oficjalny związek między członkami Partii musiał uzyskać zgodę specjalnej komisji powołanej w tym celu i z reguły - choć tej zasady nigdy otwarcie nie sformułowano - z kwitkiem odsyłano pary, które połączył pociąg fizyczny. Jedyny uznany powód zawarcia związku małżeńskiego stanowiła chęć płodzenia dzieci w służbie Partii. Stosunek płciowy należało postrzegać jako dość nieprzyjemny drugorzędny zabieg niczym zaaplikowanie lewatywy. Tego także nie głoszono otwarcie, niemniej dyskretnie wpajano to od dzieciństwa każdemu członkowi Partii. Powołano do życia organizacje w rodzaju Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej, które zalecały całkowitą wstrzemięźliwość płciową. Wszystkie dzieci miały się rodzić w wyniku sztucznego unasiennienia (w nowomowie "sztuna") i wychowywać w państwowych zakładach opiekuńczych. Winston zdawał sobie sprawę, że wizji tej nie traktowano z całkowitą powagą, pasowała jednak do ogólnej ideologii Partii. Partia usiłowała zlikwidować popęd płciowy lub - jeśli to by się nie udało - osłabić go i zohydzić. Nie rozumiał tej polityki, a jednak wydawała mu się naturalną koleją rzeczy. Co się tyczyło kobiet, wysiłki Partii w dużej mierze odniosły skutek.

Znów pomyślał o Katherine. Upłynęło dziewięć, dziesięć, nie, prawie jedenaście lat od ich rozstania. Zastanawiające, że tak rzadko ją wspominał. Czasem przez długie dni nie pamiętał, że był żonaty. Przeżyli razem piętnaście miesięcy. Partia zakazywała rozwodów, dopuszczała jednak separację w przypadku bezdzietnych małżeństw.

Katherine była wysoką jasnowłosą dziewczyną o wyprężonej postawie i wspaniałych ruchach. Miała pociągłą twarz o śmiałym wejrzeniu, którą można było nazwać szlachetną, dopóki człowiek się nie przekonał, że głębiej nic się nie kryje. Już na wczesnym etapie małżeństwa Winston zorientował się, że ma do czynienia z nieporównanie najgłupszym, najprymitywniejszym i najbardziej pustym umysłem, z jakim dotąd się zetknął - choć być może po prostu poznał ją lepiej niż innych ludzi. Głowę miała napchaną hasłami propagandowymi i gotowa była łyknąć każde kretyństwo, jeśli zostało wymyślone przez Partię. W głębi ducha przezywał ją "megafonem". A jednak udźwignąłby takie życie, gdyby nie jedno: łóżko.

Wystarczyło, aby jej dotknął, i natychmiast wzdrygała się i sztywniała na całym ciele. Wziąć ją w ramiona oznaczało wziąć w ramiona drewnianą lalkę o zginających się kończynach. Najdziwniejsze było to, że nawet kiedy go obejmowała, miał wrażenie, że odpycha go z całej siły. To uczucie było spowodowane napinaniem mięśni. Katherine leżała z zamkniętymi oczami, nie stawiając oporu ani się nie angażując, po prostu się poddawała. Było to niebywale żenujące, a po pewnym czasie stało się koszmarne. Mimo to Winston wytrzymałby z Katherine, gdyby uzgodnili, że oboje zachowają wstrzemięźliwość płciową. Lecz o dziwo odmówiła. Jeśli są w stanie, to muszą mieć dziecko, stwierdziła stanowczo. Tak więc cały spektakl powtarzał się regularnie co tydzień, chyba że było to niemożliwe. Rano Katherine przypominała Winstonowi o tym jak o wieczornym obowiązku, którego nie wolno zaniedbać. Ich zbliżenia nazywała dwoma określeniami. Jednym było "robienie dziecka", a drugim "powinność wobec Partii" (owszem, to jej własne słowa). Z czasem, gdy nadchodził wyznaczony dzień, Winston odczuwał wyraźny strach. Na szczęście dziecka się nie doczekali i w końcu Katherine dała za wygraną, a niedługo potem nastąpiło rozstanie.

Westchnął bezgłośnie, wziął pióro i napisał:

...rzuciła się na łóżko i natychmiast, bez żadnych wstępów, w najbardziej wulgarny, ohydny sposób zadarła spódnicę. Wtedy...

Ujrzał siebie stojącego w nikłym świetle, do nosa znów wdarła się woń robactwa i tanich perfum, do serca poczucie klęski i gorycz, nawet w tamtej chwili splecione z myślą o bladym ciele Katherine, które w bryłę lodu zamieniła hipnotyczna moc Partii. Dlaczego zawsze musiało tak być? Dlaczego nie mógł mieć kobiety zamiast tej żałosnej szamotaniny w odstępie kilku lat? Lecz prawdziwa przygoda miłosna należała do innego świata. Wszystkie kobiety Partii były takie same, wstrzemięźliwość seksualną miały zaszczepioną równie głęboko jak ideologiczną lojalność. Za sprawą starannego warunkowania już na wczesnym etapie życia, gier i zimnych pryszniców, bezsensów wpajanych w szkole, u Małych Szpiegów i w Lidze Młodzieżowej, za sprawą wykładów, pochodów, pieśni, haseł propagandowych, marszów wojskowych wszelkie naturalne odruchy zostały wyrugowane. Rozum podpowiadał Winstonowi, że z pewnością zdarzają się wyjątki, ale serce nie dawało wiary. Wszystkie kobiety były nieprzystępne, tak jak to zaplanowała Partia. Bardziej niż miłości pragnął przebić się przez ten bastion cnoty, choćby miało do tego dojść tylko raz w życiu. Udany akt płciowy był buntem. Pożądanie równało się myśloczynowi. Nawet rozbudzenie seksualne Katherine, gdyby coś takiego wchodziło w rachubę, oznaczałoby bezprawne uwiedzenie, choć przecież była jego żoną.

Należało dokończyć opowieść. Winston napisał:

...podkręciłem lampę. Nagle...

W półmroku mały płomyk lampy naftowej zajaśniał mocno. Winston dopiero teraz wyraźnie ujrzał kobietę. Zrobił krok do przodu i zastygł przepełniony żądzą i zarazem przerażeniem. Był boleśnie świadom, że wizyta w tym miejscu to wielkie ryzyko. Całkiem możliwe, że przy wyjściu zatrzyma go patrol, być może czyhają na niego już w tej chwili. Więc gdyby nawet teraz się ulotnił, rezygnując z tego, po co przyszedł...

Musi o tym napisać, musi to wyznać. W świetle lampy zobaczył starą kobietę. Warstwa makijażu na jej twarzy była tak gruba, że mogłaby chyba popękać jak maska z tektury. We włosach dostrzegł pasemka siwizny, lecz najwstrętniejsze było to, że gdy rozchyliła usta, ukazała się wyłącznie czarna czeluść. Kobieta nie miała zębów.

Zaczął pisać pośpiesznie, bazgroląc:

...kiedy rozbłysło światło, zobaczyłem całkiem starą kobietę, co najmniej pięćdziesięcioletnią. Mimo to nie wycofałem się, zrobiłem swoje.

Znów nacisnął palcami gałki oczne. Wreszcie to napisał, lecz to niczego nie zmieniło. Terapia nie poskutkowała. Pragnienie, aby kląć na całe gardło, było tak samo dojmujące jak przedtem.

ROZDZIAŁ 7

Jeśli jest nadzieja, to w prolach - napisał w pamiętniku.

Jeżeli była jakakolwiek nadzieja, to wyłącznie w prolach, bo jedynie w tych pogardzanych kłębiących się masach, stanowiących osiemdziesiąt pięć procent ludności Oceanii, mogła się zrodzić moc zdolna do obalenia rządów Partii. Partii nie dałoby się rozbić od wewnątrz. Jej wrogowie, o ile tacy w ogóle chodzili po ziemi, nie tylko nie potrafili się zjednoczyć, lecz choćby rozpoznać nawzajem. Jeżeli nawet okryte złą sławą Bractwo rzeczywiście istniało, a było to całkiem możliwe, wydawało się wykluczone, aby jego członkowie skrzyknęli się w większej liczbie niż po dwóch lub trzech. Sprzeciw ograniczał się do spojrzenia prosto w oczy, tonu głosu albo co najwyżej wyszeptanego słowa. Prole natomiast, gdyby tylko uświadomili sobie własną siłę, nie musieli uciekać się do konspiracji. Wystarczyłoby, żeby powstali i otrząsnęli się jak koń z roju gzów. Gdyby tak postanowili, już nazajutrz mogliby rozbić Partię w proch i pył. Chyba prędzej czy później dotrze do nich, że mogą to zrobić? A jednak...

Winston przypomniał sobie, jak pewnego razu szedł zatłoczoną ulicą i nagle z bocznego zaułka w głębi gruchnął okrzyk setek głosów, kobiecych głosów. Był to potężny złowrogi wyraz wściekłości i rozpaczy, niskie, donośne "oooooo", które zadudniło jak dzwon. Serce zabiło mu szybciej. "Zaczęło się! - pomyślał. - Zamieszki! Prole wreszcie zrywają kajdany!". Doszedłszy do zaułka, zobaczył tłum dwustu, może trzystu kobiet zgromadzonych wokół straganów na targu ulicznym. Na ich twarzach odmalowywał się taki tragizm, jakby były pasażerkami tonącego statku . W tej samej chwili zbiorowa rozpacz rozpadła się na bezlik oddzielnych kłótni. Okazało się, że na straganie sprzedawano rondle, nietrwałe wprawdzie, bo lichej jakości, a jednak garnki były artykułem deficytowym. Dostawa nagle się wyczerpała. Popychane i poszturchiwane szczęściary próbowały ulotnić się z zakupami, podczas gdy dziesiątki rywalek podnosiło rwetes wokół straganu, oskarżając sprzedawcę o kumoterstwo i chomikowanie towaru. Znów wybuchły wrzaski. Dwie napuchłe kobiety, jedna nieuczesana, chwyciły za ten sam rondel, wyrywając go sobie nawzajem. Przez chwilę ciągnęły w przeciwne strony, po czym nagle uchwyt puścił. Winston patrzył z odrazą. A jednak przez ułamek sekundy okrzyk zaledwie dwustu gardeł miał przerażającą moc! Dlaczego nigdy nie woła się tak głośno o coś, co naprawdę ma znaczenie?

Napisał:

Dopóki nie będzie świadomości, dopóty nie wybuchnie sprzeciw. Dopóki nie wybuchnie sprzeciw, dopóty nie będzie świadomości.

Te słowa, doszedł do wniosku, brzmią prawie tak, jakby były przepisane z partyjnego podręcznika. Partia głosiła oczywiście, że wyzwoliła prolów. Przed nastaniem Rewolucji ludzie ci byli bestialsko uciskani przez kapitalistów, na grzbiecie czuli bat i cierpieli głód, kobiety zmuszano do pracy w kopalniach węgla (w istocie nadal tam pracowały), a dzieci w wieku sześciu lat sprzedawano do fabryk. Lecz równocześnie, zgodnie z dwumyśleniem, Partia nauczała, że prole są gatunkiem podrzędnym, który należy - podobnie jak zwierzęta - trzymać w ryzach za pomocą kilku prostych zasad. W istocie o prolach wiedziano niewiele. Bo więcej wiedzieć nie trzeba było. Dopóki spokojnie pracowali i się rozmnażali, dopóty nikt nie interesował się ich poczynaniami. Pozostawieni sami sobie niczym bydło puszczone samopas na pampasach Argentyny powrócili do stylu życia, który wydawał im się naturalny, wytyczony przez przodków. Rodzili się, wychowywali w rynsztokach, w wieku dwunastu lat ruszali do pracy, potem przeżywali krótki okres rozkwitu urody i pożądania płciowego, w wieku dwudziestu lat zawierali małżeństwa, około trzydziestu wkraczali w etap średni, po czym umierali najczęściej około sześćdziesiątki. Ciężka praca fizyczna, obowiązki domowe i rodzicielskie, sprzeczki sąsiedzkie, filmy, piłka nożna, piwo, a nade wszystko hazard wytyczały horyzont ich myślenia. Utrzymanie prolów pod butem nie nastręczało trudności. Byli wprawdzie infiltrowani przez nielicznych agentów Myślicji, którzy rozpuszczali fałszywe informacje oraz tropili i likwidowali osobników uznanych za potencjalne zagrożenie, nie podejmowano jednak prób powszechnej indoktrynacji ideologicznej. Uznano za niewłaściwe, aby prole mieli wyraziste poglądy polityczne. Wymagano od nich wyłącznie prymitywnego patriotyzmu, do którego odwoływano się, ilekroć należało im narzucić wydłużony czas pracy lub zmniejszyć racje żywnościowe. I jeśli nawet odczuwali niezadowolenie, co niekiedy się zdarzało, do niczego to nie prowadziło, albowiem pozbawieni świadomości politycznej skupiali się tylko na przyziemnym, małostkowym poczuciu krzywdy. Większe zło niezmiennie umykało ich uwadze. Z reguły w domach prolów nie było teleekranów. Nawet służby obywatelskie rzadko wtrącały się do życia tych ludzi. W Londynie przestępczość osiągnęła zastraszający poziom, istniał cały półświatek złodziei, bandytów, prostytutek, handlarzy narkotyków i reketierów wszelkiej maści, lecz skoro to wszystko ograniczało się do prolów, nie miało większego znaczenia. W kwestiach moralnych pozwalano im kierować się kodeksem przodków. Nie narzucono im partyjnego purytanizmu w dziedzinie seksualności. Rozwiązłości nie karano, zezwalano na rozwody. Zapewne dopuszczono by nawet jakieś praktyki religijne, gdyby prole wyrazili taką potrzebę lub chęć. Byli poza podejrzeniami. Jak to ujęto w haśle propagandowym: "Prole i zwierzęta są istotami wolnymi".

Winston wyciągnął rękę i ostrożnie podrapał wrzód na nodze. Znów zaczęło swędzieć. W rozmyślaniach nieuchronnie powracał do niemożności ustalenia, jak w istocie wyglądało życie przed Rewolucją. Z szuflady wyjął dziecięcy podręcznik do historii pożyczony od pani Parsons i przepisał do pamiętnika ten oto fragment:

W dawnych czasach, przed wybuchem chlubnej Rewolucji, Londyn nie był tym pięknym miastem, jakie znamy dzisiaj. Był mrocznym królestwem brudu i biedy, większość ludzi nie dojadała, a setki i tysiące biedaków nie miało ani butów, ani nawet dachu nad głową. Dzieci w waszym wieku musiały pracować przez dwanaście godzin dziennie dla bezdusznych chlebodawców, chłostane batami, jeśli uwijały się zbyt wolno, i karmione wyłącznie skórką od chleba i wodą. Pośród tej straszliwej nędzy stało kilka wspaniałych, okazałych domów, w których mieszkali bogacze wyręczani we wszystkim przez aż trzydziestu służących. Ci bogacze nazywali się kapitalistami. Byli to obrośnięci tłuszczem wstrętni ludzie o wrednych twarzach, jak to widać na sąsiedniej stronie. Widzicie, że mężczyzna jest ubrany w długą czarną marynarkę nazywaną surdutem i dziwny lśniący kapelusz w kształcie rury określany mianem cylindra. Tak właśnie wyglądał strój kapitalisty; nikt inny nie miał prawa tego nosić. Kapitaliści posiadali cały świat na własność, a wszyscy inni byli ich niewolnikami. Przejęli całą ziemię, wszystkie domy, wszystkie fabryki i wszystkie pieniądze. Gdy ktoś im się sprzeciwiał, trafiał do więzienia albo tracił pracę i umierał z głodu. Jeśli przeciętny człowiek zwracał się do kapitalisty, musiał się płaszczyć i mu czapkować oraz tytułować go "Wielmożny Panie". Przywódcę wszystkich kapitalistów zwano królem i...

Winston doskonale znał dalszy ciąg tej opowieści. Wspominano w niej o biskupach w szatach z batystowymi rękawami, sędziach w gronostajach, o pręgierzu, dybach, zaprzężeniu w kierat, o chłoście, bankietach burmistrzów Londynu i zwyczaju całowania papieża w stopę. Było również coś zwanego ius primae noctis, choć w podręcznikach dla dzieci zapewne pomijano wzmiankę o tym. Tak nazywało się prawo, na mocy którego każdy kapitalista mógł się przespać z dowolną kobietą pracującą w jego fabryce.

Jak się rozeznać, ile z tego było kłamstwem? Być może teraz przeciętnemu człowiekowi rzeczywiście powodziło się lepiej niż przed Rewolucją. Jedynym kontrargumentem był ten niemy protest w kościach, intuicyjna pewność, że warunki egzystencji są nie do zniesienia i że kiedyś bez wątpienia żyło się inaczej. Uderzające, że główną cechą współczesnego życia nie było okrucieństwo ani wieczny niepokój, lecz niedostatek, niechlujstwo i apatia. Wystarczyło się rozejrzeć dokoła, aby zobaczyć, że codzienne bytowanie ma niewiele wspólnego nie tylko z kłamstwami płynącymi z teleekranu, ale także z ideałami, do których dąży Partia. Dzień powszedni, nawet dla członków Partii, składał się z przyziemnych czynności pozbawionych wymowy politycznej, takich jak przecierpienie nudnych godzin w pracy, walka o miejsce w wagonie metra, zacerowanie przetartej skarpety, wyłudzenie pastylki sacharyny czy ciułanie niedopałków. Ideał, który Partia starała się osiągnąć, budził grozę swoim ogromem i blaskiem - świat ze stali i betonu pełen monstrualnych machin i straszliwej broni, świat bojowników i fanatyków maszerujących naprzód musztrowym krokiem, zjednoczonych tą samą myślą i skandujących te same hasła, bez wytchnienia pracujących, walczących, triumfujących i karzących - trzysta milionów ludzi o wspólnym obliczu. Tymczasem na rzeczywistość składały się podupadłe obskurne miasta przemierzane ociężale przez niedożywionych ludzi w dziurawych butach, zamieszkane przez lokatorów łatanych dziewiętnastowiecznych czynszówek prześmiardłych wonią gotowanej kapusty i zatkanych ustępów. Przed oczami Winstona roztoczyła się wizja Londynu - ogromnego zrujnowanego miasta z milionem śmietników - a na jego tle ukazała się postać pani Parsons, kobiety o pobrużdżonej twarzy i wiotkich włosach, bezradnie gmerającej przy zatkanej rurze kanalizacyjnej.

Wyciągnął rękę i znów podrapał się po kostce. Uszy więdły od płynących z teleekranu dzień i noc danych statystycznych, które dowodziły, że w tych czasach ludzie mają więcej żywności, więcej odzieży, lepsze domy, różnorodniejsze rozrywki - żyją dłużej, pracują krócej, są lepiej rozwinięci, zdrowsi, silniejsi, szczęśliwsi, inteligentniejsi i bardziej wykształceni niż pięćdziesiąt lat temu. Niczego nie dało się ani potwierdzić, ani zanegować. Partia głosiła na przykład, że analfabetyzm wśród dorosłych prolów wynosi obecnie sześćdziesiąt procent; przed Rewolucją, twierdzono, wskaźnik ten sięgał aż osiemdziesięciu pięciu procent. Podobnie utrzymywano, że śmiertelność noworodków wynosi teraz sto sześćdziesiąt zgonów na tysiąc, gdy tymczasem przed Rewolucją było to prawie dwakroć tyle - i tak dalej, i tak dalej. Przypominało to równanie z dwiema niewiadomymi. Być może każde zdanie w podręcznikach do historii, dosłownie każde, nawet to przyjmowane bez najmniejszych zastrzeżeń, było kompletnie wyssane z palca. Winston nie miał pojęcia, czy faktycznie istniało ius primae noctis, istota nazywana kapitalistą, nakrycie głowy takie jak cylinder.

Wszystko spowiła mgła. Przeszłość wymazano, sam akt wymazania popadł w zapomnienie, kłamstwo stało się prawdą. Zaledwie raz w życiu - problem w tym, że było to już po fakcie - Winston miał do dyspozycji konkretny, niepodważalny dowód fałszowania historii. Trzymał go w ręku aż przez pół minuty. W 1973 roku, tak, chyba wtedy to było - w każdym razie w czasie kiedy rozstał się z Katherine. Lecz naprawdę istotna data wypadła siedem czy osiem lat wcześniej.

Historia zaczęła się w połowie lat sześćdziesiątych, w okresie wielkich czystek, kiedy ostatecznie usunięto pierwszych przywódców Rewolucji. W roku 1970 nie uchował się już żaden z nich oprócz Wielkiego Brata. Do tego czasu wszystkich zdemaskowano jako zdrajców i kontrrewolucjonistów. Goldstein zbiegł i ukrywał się w nieznanym miejscu, co się tyczy innych: niektórzy przepadli bez śladu, większość zaś stracono w efekcie procesów pokazowych, na których wszyscy przyznali się do zarzucanych im przestępstw. Wśród niedobitków znalazła się trójka o nazwisku Jones, Aaronson i Rutherford. Aresztowano ich najpewniej w 1965 roku. Jak to często bywało, zniknęli na kilkanaście miesięcy lub dłużej i nikt nie wiedział, czy żyją, czy zostali zlikwidowani, lecz oto pewnego dnia wyciągnięto ich z cienia, aby w typowy sposób złożyli zeznania, którymi obciążyli samych siebie. Przyznali się do pracy wywiadowczej na rzecz nieprzyjaciela (w tamtym czasie, podobnie jak teraz, nieprzyjacielem była Eurazja), zdefraudowania funduszy państwowych, zamordowania kilku godnych zaufania członków Partii, spiskowania przeciwko przywództwu Wielkiego Brata na długo przed wybuchem Rewolucji oraz aktów sabotażu, w efekcie których śmierć poniosły setki tysięcy osób. Po wyznaniu winy trzej działacze zostali oczyszczeni z zarzutów i przywróceni w prawach członka Partii oraz otrzymali wysokie z pozoru stanowiska będące w istocie synekurami. Wszyscy trzej napisali na łamach "Timesa" długie wiernopoddańcze artykuły, w których wyłuszczyli przyczyny swojego dysydenctwa i zobowiązali się zadośćuczynić za popełnione błędy.

Jakiś czas potem Winston widział całą trójkę w "Kasztanowej". Pamiętał, że przypatrywał im się kątem oka, z podszytą strachem fascynacją. Byli o wiele starsi od niego, relikty dawnego świata, chyba ostatni tytani z wczesnego, heroicznego okresu w dziejach Partii. Wciąż roztaczali dokoła przygasły już nieco blask walki podziemnej i wojny domowej. Winston miał poczucie, choć fakty i daty powoli się zacierały, że poznał ich nazwiska znacznie wcześniej, niż usłyszał o Wielkim Bracie. Zarazem byli wyrzutkami, wrogami, pariasami, bez wątpienia skazanymi na odstrzał w ciągu roku, dwóch lat. Albowiem każdy, kto choć raz wpadł w ręce Myślicji, w końcu przypłacał to gardłem. Tamci trzej byli więc trupami czekającymi na bilet do grobu.

Sąsiednie stoliki pozostały wolne, bo nie należało się pokazywać w pobliżu takich ludzi. Siedzieli w milczeniu nad szklaneczkami dżinu przyprawionego goździkami - specjalność lokalu. Z całej trójki największe wrażenie na Winstonie wywarł swoim wyglądem Rutherford. Dawniej był znanym karykaturzystą, którego zjadliwe rysunki przyczyniły się do uświadomienia ludu przed Rewolucją i w jej trakcie. Jeszcze teraz ukazywały się niekiedy w "Timesie". Jednak obecnie stanowiły tylko naśladownictwo jego dawnego stylu, osobliwie nijakie i nieprzekonujące. Rutherford odgrzewał stare tematy: dzielnice biedy, głodujące dzieci, walki uliczne i kapitaliści, którzy najwyraźniej nie mogli się rozstać ze swoimi cylindrami nawet na barykadach - niekończąca się beznadziejna próba powrotu do przeszłości. Był olbrzymem z szopą przetłuszczonych siwych włosów, o napuchłej pooranej twarzy i negroidalnych wargach. Dawniej z pewnością odznaczał się niedźwiedzią siłą, lecz teraz jego potężne ciało było zgarbione, obwisłe, rozlazłe we wszystkich kierunkach. Wydawało się, że rozpadnie się zaraz na oczach Winstona jak zwietrzały głaz.

Nastała leniwa godzina piętnasta. Winston nie pamiętał, dlaczego znalazł się w kawiarni o tej porze. Lokal świecił pustkami. Z teleekranów sączyła się brzękliwa muzyka. Trzej mężczyźni siedzieli w kącie, bez ruchu i w milczeniu. Kelner nieproszony przyniósł im nową kolejkę dżinu. Na stole leżała szachownica z ustawionymi figurami, lecz partia pozostawała nierozpoczęta. I właśnie wtedy, na chyba pół minuty, coś dziwnego stało się z teleekranami. Zmieniła się nie tylko melodia, ale też nastrój muzyki. Wkradła się do niej - właściwie trudno to określić - cudaczna, chropawa, bekliwa, szydercza nuta, w wyobraźni Winstona miała żółty kolor. I nagle zaśpiewał głos z teleekranu:

Pod gałęziami z kasztanami

Wzajemna zdrada między nami,

Podzieliliśmy się kłamstwami

Pod gałęziami z kasztanami.

Trzej mężczyźni ani drgnęli. Lecz gdy Winston znów zerknął na zniszczoną twarz Rutherforda, zobaczył oczy pełne łez. I dopiero teraz dostrzegł - i aż się wzdrygnął wewnętrznie, choć nie wiedział, dlaczego tak zareagował - że Aaronson i Rutherford mają złamane nosy.

Niedługo potem wszystkich trzech ponownie aresztowano. Okazało się, że od pierwszego dnia po wyjściu z więzienia ponownie zaangażowali się w konspirację. Na drugim procesie jeszcze raz przyznali się do dawnych przestępstw i dodali cały katalog nowych. Zostali straceni, a ich los upamiętniono w kronikach partyjnych jako przestrogę dla potomności. Mniej więcej pięć lat później, w 1973 roku, Winston właśnie rozwijał zwój dokumentów, który wypadł na jego biurko z poczty pneumatycznej, gdy natknął się na kartkę, którą dołączono do reszty i o której później zapomniano. Gdy tylko ją rozpostarł, natychmiast uświadomił sobie jej znaczenie. Była to połowa stronicy wyrwanej z "Timesa" sprzed dziesięciu lat - górna, a więc opatrzona datą - na której widniało zdjęcie delegacji partyjnej na uroczystości w Nowym Jorku. W samym środku grupy rzucali się w oczy właśnie Jones, Aaronson i Rutherford. Nie było mowy o pomyłce, poza tym nazwiska wymienione pod zdjęciem nie pozostawiały najmniejszej wątpliwości.

W trakcie obu procesów pokazowych wszyscy trzej zeznali, że tego dnia znajdowali się na terytorium Eurazji. Z tajnego lotniska w Kanadzie polecieli na Syberię, aby spotkać się z członkami Sztabu Generalnego Armii Eurazjatyckiej, którym przekazali doniosłe tajemnice wojskowe. Data utkwiła Winstonowi w pamięci, bo właśnie wtedy wypadło letnie przesilenie. Ponadto historia ta została zapewne odnotowana w wielu innych źródłach. Wytłumaczenie mogło być tylko jedno: zeznania były fałszywe.

Samo w sobie trudno było to uznać za wielkie odkrycie. Winston dawno przestał wierzyć, że ludzie likwidowani podczas czystek rzeczywiście popełnili zarzucane im przestępstwa. Lecz oto po raz pierwszy miał w ręku twardy dowód: okruch wymazanej przeszłości był niczym wykopana z niewłaściwej warstwy ziemi skamieniała kość zadająca kłam teorii geologicznej. Takie świadectwo wystarczyłoby, aby rozbić Partię, gdyby jakimś sposobem udało się je upublicznić i przedstawić jego doniosłość.

Nie przerwał swoich czynności. Gdy tylko zobaczył zdjęcie prasowe i zdał sobie sprawę z jego znaczenia, natychmiast przykrył je papierami. Na szczęście, choć znajdowało się w polu widzenia teleekranu, podczas rozwijania zwoju upadło przodem do blatu biurka.

Położył notatnik na kolanie i odsunął się na krześle do tyłu, żeby znaleźć się jak najdalej od teleekranu. Zachowanie obojętnej miny nie wymagało szczególnych starań, nad oddechem też potrafił zapanować, choć z pewnym wysiłkiem. Nie dało się jednak uspokoić przyśpieszonego bicia serca, a teleekran był wystarczająco czułym urządzeniem, żeby wychwycić zmianę tętna. Winston odliczył w myśli dziesięć minut, cały czas trawiony lękiem, że zdradzi go coś niespodziewanego - na przykład nagły przeciąg przetaczający się po biurku. Następnie, nie zaglądając pod spód, wrzucił zdjęcie razem z makulaturą do luki w pamięci. Zapewne w ciągu minuty zostało obrócone w popiół.

To było dziesięć, może jedenaście lat temu. Teraz zapewne przechowałby to zdjęcie. Osobliwe, że trzymanie go dawniej w ręku wciąż miało istotną wymowę, choć zarówno ono, jak i upamiętnione przez nie wydarzenie były ledwie wspomnieniami. Czy kontrola Partii nad historią powszechną nieco osłabła tylko dlatego, że dawniej istniało nieistniejące dziś świadectwo?

W tych czasach zdjęcie, nawet gdyby powstało z popiołów, być może w ogóle niczego by nie dowodziło. Albowiem już wtedy, kiedy Winston dokonał swojego odkrycia, Oceania zakończyła wojnę z Eurazją, więc to zapewne agentom Ostazji trzej straceni mężczyźni zdradzili tajemnice swojej ojczyzny. Odtąd nastąpiły kolejne zmiany w sojuszach - dwie, trzy, ile, tego Winston nie był pewien. Najprawdopodobniej zeznania procesowe przerabiano raz po raz, aż w końcu pierwotne fakty i daty straciły znaczenie. Nie dość że przeszłość się zmieniała, to zmieniała nieustannie. Niczym uporczywy koszmar Winstona dręczyła niemożność zrozumienia, dlaczego w ogóle podjęto tę ogromną misję fałszowania historii. Natychmiastowe korzyści z tego płynące były oczywiste, lecz zasadnicza motywacja pozostawała tajemnicą. Wziął pióro i napisał:

Rozumiem JAK, nie rozumiem DLACZEGO.

Zastanawiał się, nie pierwszy już raz, czy nie oszalał. Być może szaleńcem jest jednoosobowa mniejszość. W dawnych czasach oznaką obłędu było twierdzenie, że Ziemia obraca się wokół Słońca, w dzisiejszych natomiast: że przeszłość jest niezmienna. Być może Winston jako jedyny w to wierzył, a jeśli tak, to owszem, był szaleńcem. Lecz myśl ta nie zmartwiła go jakoś szczególnie, bo większy lęk budziła inna: że się myli.

Wziął podręcznik do historii i popatrzył na zdjęcie Wielkiego Brata umieszczone na frontyspisie. Poczuł na sobie hipnotyzujące spojrzenie. Odnosił wrażenie, jakby napierała na niego potworna siła, jakby coś wdzierało się do czaszki, atakowało mózg, napawało go tak wielkim lękiem, że wyzbywał się swoich najtwardszych przekonań i zaprzeczał świadectwu zmysłów. Koniec końców Partia ogłosi, że dwa plus dwa równa się pięć, i stanie się to obowiązującą prawdą. Wydawało się, że prędzej czy później nieuchronnie do tego dojdzie, bo tak wynikało z logiki postępowania. Ideologia Partii negowała pokrętnie nie tylko prawomocność ludzkiego doświadczenia, lecz także samo istnienie zewnętrznego świata. Matką wszystkich herezji był zdrowy rozsądek. Najbardziej przerażało nie to, że tamci mogą cię zabić za niezależne myślenie, lecz to, że mogą mieć rację. Bo w końcu skąd naprawdę wiadomo, że dwa plus dwa daje cztery? Lub że oddziałuje przyciąganie ziemskie? Że przeszłość jest niezmienna? Jeśli zarówno przeszłość, jak i zewnętrzny świat istnieją wyłącznie w umyśle, a umysł jest poddany kontroli, to co wtedy?

Nie ma mowy! Winston doznał przypływu odwagi. W wyobraźni zobaczył twarz O'Briena, przywołaną poza ciągiem konkretnych skojarzeń. Z coraz większą pewnością przeczuwał, że O'Brien stoi po tej samej stronie. Tak, to dla O'Briena pisze ten pamiętnik, a właściwie pisze do O'Briena - tekst jest jak niekończący się list, którego nikt nie przeczyta, lecz który został skierowany do konkretnej osoby i z tego właśnie jego autor czerpie siłę.

Partia żądała, aby odrzucić świadectwo własnych oczu i uszu. Tak brzmiał ostateczny, najważniejszy nakaz. Teraz Winstona ogarnęło zwątpienie na myśl o ogromnej potędze zwróconej przeciwko niemu, o tym, z jaką łatwością każdy partyjny ideolog pokonałby go w debacie za pomocą pokrętnych argumentów, których nie potrafiłby on nawet zrozumieć, a co dopiero obalić. A jednak to Winston miał słuszność! Oni kłamali, nie on. Należało bronić tego, co oczywiste, prostolinijne, prawdziwe. Truizmy nie rozsiewają fałszu, trzeba się ich trzymać! Namacalny świat istnieje, jego prawa nie ulegają zmianie. Kamienie są twarde, woda jest mokra, niepodparty przedmiot spada ku środkowi ciężkości Ziemi. Z poczuciem, jakby zwracał się do O'Briena i zarazem formułował ważny aksjomat, Winston napisał:

Wolność to możliwość stwierdzenia, że dwa plus dwa równa się cztery. Gdy taką możliwość zyskamy, z niej wyniknie wszystko inne.

ROZDZIAŁ 8

Z klatki schodowej snuł się na ulicę aromat palonej kawy, prawdziwej, a nie marki Victory. Winston przystanął mimo woli. Na kilka sekund powrócił do na wpół zapomnianego świata swojego dzieciństwa. Potem gdzieś trzasnęły drzwi, odcinając ten zapach, jakby zagłuszyły dźwięk.

Winston pokonał ulicami kilka kilometrów i teraz czuł rwący ból w owrzodzonej nodze. Już po raz drugi w ciągu trzech tygodni nie poszedł wieczorem do Klubu Osiedlowego - było to ryzykowne postępowanie, bo z całą pewnością sprawdzano obecność. W zasadzie członek Partii nie miał czasu wolnego, a samotności mógł zakosztować dopiero w łóżku. Jeśli akurat nie pracował, nie jadł lub nie spał, to powinien uczestniczyć w życiu zbiorowości, a robienie czegokolwiek, co sugerowałoby chęć odosobnienia się - choćby spacer w pojedynkę - uważano za ryzykowne. W nowomowie ukuto na to odpowiednie określenie: "wsobstwo", co oznaczało indywidualizm i dziwactwa. A jednak tego konkretnego dnia, po wyjściu z ministerstwa, Winstona skusiło łagodne kwietniowe powietrze. Po raz pierwszy w tym roku niebo miało cieplejszy odcień i perspektywa spędzenia długich godzin w gwarnym Klubie Osiedlowym, udziału w wyczerpujących nudnych grach, słuchania odczytów w podsycanej dżinem atmosferze fałszywego koleżeństwa wydała się nie do zniesienia. Powodowany nagłą chęcią zawrócił z drogi na przystanek autobusowy i zagłębił się w labirynt Londynu: najpierw skierował się na południe, potem na wschód, wreszcie na północ, gubiąc się pośród nieznanych ulic, nie dbając, dokąd tak naprawdę zdąża.

"Jeśli jest nadzieja, to w prolach", napisał w pamiętniku. Słowa te wciąż pobrzmiewały mu w uszach - było to wyrażenie mistycznej prawdy i zarazem bezsprzeczny absurd. Winston zabrnął w mroczną okolicę obskurnych slumsów na północny wschód od dawnego dworca kolejowego Saint Pancras. Szedł wybrukowaną uliczką niskich jednopiętrowych domów o poobijanych drzwiach, które wychodziły bezpośrednio na chodnik i osobliwie przypominały szczurze nory. Tu i ówdzie między kocimi łbami stały kałuże brudnej wody. W ciemnych bramach i wąskich zaułkach po obu stronach tłoczyło się zadziwiająco dużo ludzi - dorodne dziewczyny o ordynarnie pomalowanych ustach pożądane przez młodzieńców, spuchnięte kobiety w rozczłapanych butach zapowiadające sobą, jak za dziesięć lat będą wyglądać wspomniane dziewczęta, platfusowaci, zgarbieni starcy i bose, obdarte dzieci bawiące się w kałużach, przepłaszane przez matki gniewnymi okrzykami. Mniej więcej co czwarte okno było bez szyby, zabite deskami. Większość ludzi nie zwracała uwagi na Winstona, zaledwie kilka osób zerknęło na niego z ostrożną ciekawością. Przed bramą paplały dwie olbrzymie baby o czerwonych dłoniach splecionych na fartuchach. Zbliżający się Winston złowił strzęp rozmowy:

- No to mówię jej, dajże ty mi spokój. Jakbyś była na moim miejscu, zrobiłabyś tak samo. Łatwo się czepiać. Ciesz się, że nie masz moich problemów.

- Racja. Dobrześ jej powiedziała.

Zacietrzewione głosy nagle umilkły. Kiedy Winston przechodził obok, kobiety popatrzyły na niego wrogo w zapadłej ciszy. Być może nie była to wrogość, tylko czujność, mimowolne napięcie jak w reakcji na pojawienie się nieznanego zwierzęcia. Partyjny niebieski kombinezon przedstawiał zapewne niecodzienny widok w tej okolicy. Więcej, wycieczka do podobnych miejsc była nader nierozsądnym posunięciem, chyba że miało się konkretną sprawę do załatwienia. Groziło natknięcie się na patrol i zatrzymanie. "Dokumenty, towarzyszu. Co tu robicie? O której godzinie wyszliście z pracy? To wasza trasa do domu?" - i tak dalej, i tak dalej. Fakt, nie obowiązywał nakaz wracania do domu określoną drogą, niemniej gdyby Myślicja dowiedziała się o łażeniu po mieście, wystarczyłoby to, aby wzbudzić podejrzenia.

Raptem na ulicy zapanowało zamieszanie. Ze wszystkich stron dobiegały ostrzegawcze okrzyki, ludzie pierzchali do bram jak zające. Z bramy wyskoczyła młoda kobieta, zgarnęła malutkie dziecko bawiące się w kałuży, owinęła je fartuchem i przepadła z powrotem, a wszystko to wykonała jednym płynnym ruchem. W tej samej chwili z bocznego zaułka nadbiegł w kierunku Winstona mężczyzna w czarnym garniturze pomiętym jak akordeon.

- Cygaro! - wrzasnął, wskazując niebo. - Uważaj, kierowniku, wali prosto na nas! Padnij!

Z niewiadomego powodu "cygarem" nazywano pociski rakietowe. Winston natychmiast runął jak długi. Podobne ostrzeżenia ze strony prolów niemal zawsze okazywały się trafne. Jakby szósty zmysł podpowiadał im, że za kilka sekund nadleci pocisk, choć przecież rakiety poruszały się z prędkością ponaddźwiękową. Winston zakrył rękami głowę. Rozległ się jazgot, od którego zadygotały ulice, a potem coś w rodzaju gradu spadło mu na plecy. Po chwili wstał i zorientował się, że przysypały go odłamki szkła z pobliskiego okna.

Ruszył w drogę. Dwieście metrów dalej pocisk rakietowy zburzył skupisko domów. W niebo wystrzelił pióropusz czarnego dymu, a niżej, w obłokach tynku, zbierali się już ludzie dokoła gruzów. Na chodniku leżała sterta cegieł, wśród których Winston dojrzał smugę czerwieni. Podszedł bliżej i zobaczył ludzką dłoń urwaną w nadgarstku. Poza zakrwawionym kikutem ręka była tak pobielała, że przypominała odlew z gipsu.

Kopnął ją do rynsztoka i skręcił w zaułek po prawej stronie, żeby uniknąć tłumu. Po trzech, czterech minutach opuścił obszar dotknięty atakiem i znów zobaczył obskurne ulice, tak gwarne, jakby nic nie zaszło. Dochodziła dwudziesta i w knajpach uczęszczanych przez prolów (zwanych "pubami") panował tłok. Zza nieustannie rozkołysanych brudnych drzwi wahadłowych zalatywało moczem, trocinami i skwaśniałym piwem. We wnęce przy frontonie wysuniętego domu stało w ścisku trzech mężczyzn - środkowy trzymał złożoną gazetę, którą razem uważnie czytali. Winston był zbyt daleko, aby dojrzeć twarze, jednak ich postawa wyrażała całkowite zaabsorbowanie. Najwyraźniej chłonęli jakieś ważne doniesienia. Kiedy znalazł się ledwie kilka kroków od grupki, odsunęli się nagle od siebie i dwaj z nich wdali się w gwałtowną sprzeczkę. Wydawało się, że zaraz pięści pójdą w ruch.

- Ogłuchłeś, psiamać, czy jak? Ile razy żem ci mówił, że od miesięcy nie wygrał żaden numer z siódemką na końcu!

- Właśnie że wziął wygrał!

- Takiego! W domu mam zapisane wyniki z ostatnich dwóch lat. Notuję regularnie jak w zegarku. I mówię ci, że żadna liczba zakończona...

- Właśnie że siódemka wygrała. Pamiętam nawet tę zasraną końcówkę, cztery, zero, siedem. To był luty, druga niedziela miesiąca...

- W lutym? Za cholerę. Mam to zapisane czarno na białym. I powtarzam ci...

- Dajcie se siana, co? - wtrącił trzeci mężczyzna.

Spierali się o totolotka. Po pokonaniu około trzydziestu metrów Winston spojrzał za siebie. Wciąż się kłócili, mając przejęte, roznamiętnione twarze. Loteria, co tydzień wypłacająca olbrzymie wygrane, była jedynym wydarzeniem o charakterze publicznym, które prole traktowali z powagą. Całkiem możliwe, że dla milionów z nich trafienie w totolotka stanowiło główny, jeśli nie jedyny, cel w życiu. Ten hazard był źródłem zachwytu i ekscytacji, pociechą i bodźcem intelektualnym. Gdy chodziło o Loterię, wtedy nawet półanalfabeci potrafili dokonywać skomplikowanych obliczeń i dawali dowody niebywałej pamięci. Istniał cały półświatek ludzi, którzy utrzymywali się wyłącznie ze sprzedawania systemów gry, prognoz i amuletów szczęścia. Winston nie miał nic wspólnego z prowadzeniem Loterii, podległej Ministerstwu Dostatku, wiedział jednak (podobnie jak wszyscy członkowie Partii), że wygrane są w dużej mierze iluzoryczne. W istocie wypłacano tylko drobne kwoty, bo główna pula przypadała nieistniejącym osobom. Z powodu braku łączności z prawdziwego zdarzenia między prowincjami Oceanii utrzymywanie tej fikcji nie nastręczało trudności.

A jednak jeśli była jakakolwiek nadzieja, to w prolach. Tej myśli należało się trzymać. Początkowo, wyrażona słowami, brzmiała całkiem rozsądnie, natomiast gdy Winston mijał tych ludzi na mieście, stawała się desperackim aktem wiary. Ulica, w którą skręcił, biegła w dół. Odnosił wrażenie, że nie pierwszy raz znalazł się w tej okolicy i że w pobliżu ciągnie się główna arteria. Z przodu doleciał gwar podniesionych głosów. Ulica skręcała ostro, po czym kończyła się schodami prowadzącymi do zaułka, w którym na kilku straganach sprzedawano zwiędłe warzywa. Wreszcie Winston zorientował się, gdzie jest. Zaułek wiódł do dużej ulicy, a za rogiem, pięć minut marszu od tego miejsca, znajdował się składzik ze starzyzną, w którym Winston znalazł brulion używany jako pamiętnik. W pobliskim sklepie z przyborami piśmiennymi kupił pióro i atrament.

Zatrzymał się na moment przed schodami. Po drugiej stronie zaułka był obskurny pub z oknami tak oblepionymi kurzem, że szyby wyglądały jak wykonane z matowego szkła. Przygarbiony, acz żwawy starzec o siwych wąsach najeżonych jak u krewetki pchnął drzwi wahadłowe i wszedł do środka. Zapatrzony Winston uświadomił sobie nagle, że starzec, na oko co najmniej osiemdziesięciolatek, był mężczyzną w średnim wieku, gdy wybuchła Rewolucja. Człowiek ten i paru jemu podobnych stanowili ostatnie ogniwo łączące współczesność z dawnym światem kapitalizmu. W samej Partii pozostało niewielu takich, których poglądy ukształtowały się jeszcze przed Rewolucją. Starsze pokolenie prawie w całości wykruszyło się podczas wielkich czystek w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, a garstkę niedobitków zmuszono strachem do całkowitej kapitulacji ideologicznej. Jeśli uchował się ktokolwiek, kto mógł rzetelnie opowiedzieć o świecie z początku stulecia, to jedynie jakiś prol. Nagle w umyśle Winstona objawił się fragment przepisany z podręcznika do historii i do głosu doszło zuchwałe pragnienie. Wejdzie do pubu, nawiąże znajomość ze starcem i go wypyta. Zwróci się do niego słowami: "Opowiedz mi o czasach, gdy byłeś dzieckiem. Jak się wtedy żyło? Lepiej czy gorzej niż teraz?".

Zszedł pośpiesznie po schodkach, aby nie zdążył dopaść go strach, i przeciął wąską uliczkę. To było oczywiste szaleństwo. Wprawdzie nie obowiązywał zakaz rozmów z prolami i bywania w ich pubach, jednak takie zachowanie było nietypowe i nie mogło ujść uwagi. Gdyby napatoczył się patrol, Winston mógłby spróbować wykręcić się napadem słabości, lecz zapewne nie uwierzono by jego tłumaczeniom. Pchnął drzwi i w twarz natychmiast uderzyła go mdła woń skwaśniałego piwa. Kiedy przestąpił próg, gwar głosów przycichł. Czuł na sobie spojrzenia, które przyciągał jego niebieski kombinezon. Na długą chwilę przerwano rzuty strzałkami pod przeciwległą ścianą. Starzec, który zwrócił uwagę Winstona, stał przy barze i wykłócał się o coś z barmanem, rosłym, postawnym młodzieńcem o haczykowatym nosie i ogromnych bicepsach. Wokół zgromadził się wianuszek gapiów ze szklankami w dłoniach.

- Grzecznie się chyba pytam, nie? - powiedział starzec, napinając ramiona jak do bitki. - Chcesz mi wmówić, że w tej zawszonej mordowni nie ma ani jednego kufla?

- Kufla? A co to takiego, do cholery? - spytał barman, nachylając się do przodu i opierając opuszkami palców o ladę.

- Ludzie, słuchajcie! Ma się za barmana, a nie wie, co to kufel piwa! Kufel to tyle co pół kwarty! Cztery kwarty dają galon! Następnym razem będę cię musiał uczyć abecadła?

- W życiu o czymś takim nie słyszałem - odparł oschle barman. - Nalewamy pół litra albo litr. Szklanki stoją tu, na półce.

- Mnie się marzy kufelek - nie dawał za wygraną starzec. - Przecież mógłbyś mi tak nalać. Za moich czasów nie było żadnych cholernych litrów.

- Jak ty byłeś młody, to myśmy jeszcze łazili po drzewach! - odparł barman, zerkając na innych klientów.

Po sali przetoczyła się salwa śmiechu i najwyraźniej prysł niepewny nastrój spowodowany wejściem nieznajomego. Pokrytą siwym zarostem twarz oblał rumieniec. Starzec odwrócił się, mrucząc pod nosem, i wpadł wprost na Winstona. Winston wziął go delikatnie za ramię.

- Mogę postawić panu piwo?

- Miło z pana strony - odrzekł starzec, prostując ramiona. Jakby nie zauważył niebieskiego kombinezonu. - Dawaj mi kufel! - krzyknął zaczepnie do barmana. - Pełne z kożuszkiem!

W wiadrze pod ladą barman opłukał dwie szklanki z grubego szkła i napełnił je ciemnobrunatnym piwem - jedynym trunkiem dostępnym w pubach dla prolów. Zakazywano im picia dżinu, choć w rzeczywistości mogli go zdobyć bez trudu. Znów rozkręciła się gra w rzutki, a grupka mężczyzn przy barze zaczęła rozmawiać o kuponach loteryjnych. Na moment zapomniano o obecności partyjniaka w kombinezonie. Pod oknem Winston dostrzegł stół sklecony z surowych desek, przy którym mógł rozmawiać ze starcem bez obawy bycia podsłuchiwanym. Było to potwornie niebezpieczne, lecz w sali nie zamontowano teleekranu, o czym się upewnił, wchodząc do środka.

- Mógł mi nalać pół kwarty - utyskiwał starzec, siadając ze szklanką. - Pół litra to za mało. Nie starcza mi. A litr to znowuż za dużo. Pęcherz wtedy mi trzeszczy. I cena za wysoka.

- Zapewne widziałeś pan w życiu sporo nowego od czasów dzieciństwa - rzucił na próbę Winston.

Starzec przeniósł spojrzenie jasnoniebieskich oczu z tarczy wiszącej na ścianie do lady, a z lady do drzwi męskiej toalety, zupełnie jakby sądził, że Winston ma na myśli zmiany dokonane w pubie.

- Dawniej piwo było lepsze - stwierdził w końcu. - I tańsze! Za moich czasów za kufel, jasne pełne się nazywało, człowiek płacił cztery pensy. To było jeszcze przed wojną, wiadomo.

- Przed którą? - spytał Winston.

- Ech, tyle ich - odparł mało zrozumiale starzec. Podniósł szklankę i znów wyprostował ramiona. - Pańskie zdrowie pijemy!

Grdyka w chudej szyi zaczęła się poruszać zadziwiająco gwałtownie, a piwo zniknęło ze szklanki. Winston podszedł do lady, żeby zamówić następną kolejkę. Starzec jakby zapomniał o swoich zastrzeżeniach wobec litrowych porcji.

- Jesteś o wiele starszy ode mnie - powiedział Winston. - Gdy ja się urodziłem, ty pewnie byłeś już dorosłym człowiekiem. Pamiętasz, jak się żyło w dawnych czasach, przed Rewolucją? Ludzie w moim wieku niewiele o tym wiedzą. Wszystkiego dowiadujemy się z książek, ale być może to nie do końca prawda. Chętnie posłucham twoich wspomnień. W książkach do historii piszą, że życie przed Rewolucją było zupełnie inne niż teraz. Że panował potworny ucisk, niesprawiedliwość, bieda tak duża, że trudno sobie wyobrazić. Tutaj, w Londynie, całe masy ludzi zaznawały wyłącznie głodu od urodzenia aż do śmierci. Połowa chodziła boso. Pracowało się dwanaście godzin na dobę, w wieku dziewięciu lat kończyło szkołę, spało po dziesięć osób w jednej izbie. Zarazem była garstka ludzi, ledwie kilka tysięcy, którzy mieli bogactwo i władzę. Nazywali się kapitalistami. Posiadali wszystko. Mieszkali we wspaniałych wielkich rezydencjach, mieli po trzydziestu służących, jeździli automobilami i czterokonnymi powozami, pili szampana, nosili cylindry...

Starzec ożywił się gwałtownie.

- Cylindry! - zakrzyknął. - Dziwne, że pan o nich gada, bo ledwie wczoraj mi się przypomniały, nie wiedzieć czemu. Pomyślałem sobie, żem od lat nie widział cylindra. Wyszły z użycia. Ostatni raz włożyłem taki na pogrzeb bratowej. To było... czekaj pan, dokładnie nie powiem, ale z pięćdziesiąt lat temu. Nie miałem, wypożyczyłem na uroczystość, wiadomo.

- Właściwie nie chodzi mi o same cylindry - odrzekł cierpliwie Winston. - Chodzi o to, że światem rządzili kapitaliści, a także paru adwokatów, księży i tak dalej, którzy się przy nich upaśli. Wszystko pozostawało tylko do ich dyspozycji. Wy, szarzy ludzie, robotnicy, byliście niewolnikami. Mogli z wami zrobić to, co im się żywnie podobało. Mogli was wyekspediować do Kanady jak stado bydła. Mogli sypiać z waszymi córkami, jeśli naszła ich chęć. Mogli was skazać na chłostę tak zwanym bykowcem. Musieliście im czapkować. Każdy kapitalista chodził w obstawie pachołków, którzy...

Starzec znów się ożywił.

- Pachołki! A tego słowa to ja nie słyszałem od wieków. Pachołki! Proszę, zamierzchłe czasy wracają! Wspomnę panu, jak dawno temu szedłem sobie w niedzielę po południu do Hyde Parku, coby posłuchać wystąpień. Z Armii Zbawienia jacyś byli, katolicy, Żydzi, Hindusi, każdy. Trafił się taki jeden, nazwiska nie pamiętam, co faktycznie gadać potrafił! Nie certolił się z nimi. "Pachołki!", tak do nich, "pachołki burżuazji!". "Sługusy klasy panującej!". "Pasożyty!", tak ich też nazwał. I jeszcze "hieny", to pamiętam. Kierował to do Partii Pracy, wiadomo.

Winston miał wrażenie, że mówią różnymi językami.

- Mnie chodzi tylko o jedno - próbował wyjaśnić. - Czy uważasz, że teraz cieszysz się większą wolnością niż wtedy? Czy czujesz, że jesteś traktowany jak istota ludzka? Dawniej bogacze, będący na szczycie...

- Izba Lordów, znaczy się - wtrącił zadumany starzec.

- Dobra, niech będzie, że Izba Lordów. Pytam po prostu, czy tamci ludzie traktowali cię jako gorszego człowieka tylko dlatego, że byłeś biedny, a oni bogaci. Czy to prawda na przykład, że musiałeś im mówić "wielmożny panie" i czapkować?

Starzec zamyślił się głęboko. Upił prawie pół szklanki i dopiero potem odpowiedział:

- Tak. Lubili, żeby na ich widok uchylić czapki. To jakby na znak szacunku. Mnie się to nie podobało, ale to robiłem. Musiałem, trzeba uczciwie powiedzieć.

- Czy rzeczywiście, a tak wyczytałem w książkach, ci ludzie i ich służący spychali was z chodnika w rynsztok?

- Jednego razu taki faktycznie mnie popchnął - odrzekł starzec. - Pamiętam, jakby to było wczoraj. Wypadły akurat regaty na Tamizie, a wtedy zawsze robiło się gorąco. Na Shaftesbury Avenue otarłem się o młodego przechodnia. Elegant był, koszula, cylinder, czarny surdut. Szedł zygzakiem od krawężnika do krawężnika, no to wpadłem na niego, ale całkiem przypadkiem. On do mnie, żebym uważał, jak łażę. Ja do niego, czy sobie kupił na własność całą cholerną ulicę. On wtedy, żebym z nim nie zadzierał, bo mi urwie ten mój głupi łeb. Upiłeś się, mówię mu, zaraz zawołam posterunkowego. No i klnę się, że wtedy wyciągnął do mnie łapska i tak mnie pchnął, że mało nie wpadłem pod autobus. Młody jeszcze wtedy byłem i zaraz bym mu przysolił, tylko że...

Winston poczuł wszechogarniającą bezsilność. Pamięć starca okazała się śmietniskiem bezwartościowych szczegółów. Można było go przepytywać cały dzień, a i tak nie usłyszeć nic konkretnego. Być może partyjne bryki opowiadały prawdę - do pewnego stopnia może nawet całą prawdę. Winston podjął ostatnią próbę.

- Chyba nie wyraziłem się dość jasno. Wyjaśnię, o co mi chodzi. Masz dużo lat, połowę życia przeżyłeś przed Rewolucją. W tysiąc dziewięćset dwudziestym piątym byłeś już dorosłym człowiekiem. Czy na podstawie tego, co pamiętasz, mógłbyś powiedzieć, że wtedy żyło się lepiej niż teraz? Czy gorzej? Gdybyś miał do wyboru, to wolałbyś żyć wtedy czy dziś?

Starzec spojrzał w zadumie na tarczę do rzutków. Dopił piwo, wolniej niż przedtem. Następnie odparł z pewną filozoficzną dobrotliwością, jakby alkohol podziałał na niego łagodząco:

- Wiem, czego pan ode mnie oczekuje. Oczekuje pan, że powiem, cobym znów chciał być młody. Niejeden by powiedział, że najbardziej wolałby być młody. Bo jak się jest młodym, to ma się zdrowie i siły. A jak człowiek dożyje moich lat, to ciągle mu coś dolega. W stopach mam jakąś wredną niemoc, a pęcherz to mi nieźle daje popalić. W nocy sześć, siedem razy muszę wstawać z wyrka. Ale starość ma swoje zalety. Człowiek mniej się martwi. Nie musi użerać się z kobietami, a to kamień z serca. Da pan wiarę, że od trzydziestu lat nie zadałem się z żadną? I co ważniejsze, nie piliło mnie do tego.

Winston oparł się plecami o parapet. Brnięcie dalej nie miało sensu. Zamierzał postawić następną kolejkę, lecz starzec wstał nagle i powlókł się do cuchnącego ustępu z boku sali. Dodatkowe pół litra zrobiło swoje. Winston siedział przez moment, wpatrzony w pustą szklankę. Ledwo się zorientował, że po chwili nogi poniosły go na ulicę. Za najwyżej dwadzieścia lat, pomyślał, nikt już nie będzie znał odpowiedzi na to doniosłe, a jakże proste pytanie: "Czy przed Rewolucją życie było lepsze niż dziś?". W istocie już teraz nikt jej nie znał, bo nieliczni, rozsiani tu i tam, mieszkańcy dawnego świata nie potrafili dokonać porównania między jedną a drugą epoką. Pamiętali bezlik bezużytecznych szczegółów: kłótnię w pracy, poszukiwanie zapodzianej pompki do roweru, wyraz twarzy dawno zmarłej siostry, kłęby kurzu w wietrzny poranek przed siedemdziesięciu laty, lecz wszystkie ważne fakty umknęły im z pola widzenia. Przypominali mrówkę, która dostrzega mały przedmiot, nie ogarnia zaś wzrokiem dużego. Skoro pamięć zawodziła, a słowo pisane uległo zafałszowaniu, to twierdzenia Partii o polepszeniu warunków życia należało przyjąć na wiarę, bo nie istniał i nigdy już nie zaistnieje żaden punkt odniesienia, aby to zweryfikować.

W tym momencie tok myśli dobiegł końca. Winston zatrzymał się i podniósł wzrok. Znajdował się w wąskiej uliczce z szeregiem domów mieszkalnych przetykanych kilkoma mrocznymi sklepikami. Wprost nad jego głową wisiały trzy zaśniedziałe kule z metalu, niegdyś zapewne pokryte pozłotą. Miejsce wydawało się znajome. No jasne! Stał przed sklepem ze starzyzną, w którym kupił pamiętnik.

Przeszył go strach. Już kupno brulionu było posunięciem wielce ryzykownym, obiecał więc sobie, że nigdy tutaj nie wróci. Jednak wystarczyła chwila głębszego zamyślenia, a nogi same go tu poniosły. A przecież miał nadzieję, że przed podobnymi samobójczymi krokami uchroni go prowadzenie pamiętnika. Zauważył, że sklep wciąż jest otwarty, choć dochodziła dwudziesta pierwsza. Zaświtało mu w głowie, że jeśli wejdzie, mniej będzie rzucał się w oczy, niż gdyby sterczał na środku ulicy, przestąpił więc próg. W razie czego powie, że szuka żyletek.

Sklepikarz właśnie zapalił wiszącą lampę naftową, która wydzielała przenikliwą, ale przyjazną woń. Był mężczyzną około sześćdziesiątki, wątłym i przygarbionym, o długim nosie i łagodnych oczach zniekształconych grubymi szkłami, nadających jego twarzy wyraz życzliwości. Włosy miał prawie całkiem zbielałe, lecz krzaczaste brwi pozostały czarne. Okulary, powolne, płynne ruchy i znoszona marynarka z aksamitu upodabniały go do intelektualisty, jakby był literatem lub muzykiem. Głos miał stonowany, może już zdarty, akcent zaś mniej toporny niż większość prolów.

- Rozpoznałem pana przez szybę! - powiedział w pierwszej chwili. - To pan kupił u mnie ten skarbczyk dla dziewczynek. Z pięknego papieru, oj, pięknego. Czerpany, tak się dawniej mówiło. Takiego nie robią już, och... z pięćdziesiąt lat, śmiem twierdzić. - Spojrzał znad okularów na Winstona. - Czym dziś mogę panu służyć? A może tylko się pan rozgląda?

- Akurat przechodziłem obok, więc zajrzałem - odparł Winston niezobowiązująco. - Nie szukam nic konkretnego.

- To i dobrze, bo chyba trudno byłoby mi pana zadowolić. - Mężczyzna zatoczył miękką dłonią dokoła. - Sam pan widzi, pusto, można by powiedzieć. W zaufaniu wyznam panu, że branża antyków i staroci upada. Nie ma popytu, nie ma też towaru. Meble, porcelana, szkło, z czasem wszystko się zużyło. A przedmioty z metalu oczywiście przetopiono. Od lat nie widziałem mosiężnego lichtarza.

W rzeczywistości sklepik był zapchany po brzegi, jednak mało co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Prawie całą podłogę zajmowały ustawione pod ścianami stosy niezliczonych zakurzonych ram. W witrynie wyłożono tace pełne śrub i nakrętek, zdartych dłut, scyzoryków o ułamanych ostrzach, zmatowiałych zegarków, które nawet nie udawały, że są sprawne, oraz najrozmaitszej innej tandety. Na małym stoliku w kącie leżała wyglądająca zachęcająco kolekcja drobiazgów: emaliowane tabakierki, broszki z agatem i tym podobne. Gdy Winston zbliżył się do stolika, jego spojrzenie przyciągnął gładki okrągławy przedmiot połyskujący delikatnie w blasku lampy naftowej.

Wziął go do ręki. Była to ciężka bryła szkła, z jednej strony wypukła, z drugiej płaska, tworząca prawie idealną półkulę. Barwa i powierzchnia tchnęły osobliwą miękkością wody deszczowej. W środku bryły znajdował się, powiększony przez jej zaokrągloną powierzchnię, dziwny skręcony kształt w jasnoczerwonym kolorze podobny do róży lub zawilca morskiego.

- Co to jest? - spytał urzeczony Winston.

- Koral - odparł stary sklepikarz. - Pochodzi najpewniej z Oceanu Indyjskiego. Kiedyś zatapiano takie w szkle. Ten zrobiono co najmniej sto lat temu. Wygląda, że nawet dawniej.

- Piękne.

- Owszem, piękne - przyznał mężczyzna z uznaniem. - Dziś mało kto potrafi to docenić. - Odkaszlnął. - Gdyby się pan zdecydował na kupno, cena wynosi cztery dolary. Pamiętam czasy, kiedy za takie cacko płaciło się osiem funtów, a osiem funtów, teraz trudno mi przeliczyć, to był kawał grosza. Lecz kogo dziś interesują antyki, choć tak niewiele ich zostało!

Winston bez wahania zapłacił cztery dolary i wsunął zachwycający przedmiot do kieszeni. Jego uwagę zwróciło nie tyle piękno szklanej półkuli, ile bijący z niej duch przynależności do zupełnie innych czasów. Wodniste, gładkie szkło nie przypominało żadnego, jakie dotąd widział. Urok tego przedmiotu potęgowała jego bezużyteczność, choć dawniej zapewne służył za przycisk do papieru. Ciążył Winstonowi w kieszeni, na szczęście jednak niezbyt ją wypychał. Podobna rzecz w posiadaniu członka Partii mogła budzić zdziwienie, a nawet stanowić okoliczność obciążającą. Każda staroć, a właściwie każdy ładny przedmiot rodził podejrzenia. Stary sklepikarz wyraźnie się ucieszył, kiedy dostał cztery dolary. Ani chybi zadowoliłyby go trzy albo nawet dwa, zdał sobie sprawę Winston.

- Na piętrze jest jeszcze jedna salka, jeśli miałby pan ochotę zajrzeć. Chociaż niewiele pan tam znajdzie, kilka szpargałów. Wezmę światło, skoro idziemy.

Mężczyzna zapalił drugą lampę i zgarbiony poprowadził Winstona powolnym krokiem po zadeptanych stromych schodkach i dalej małym korytarzem do pomieszczenia, w którym okno wychodziło nie na ulicę, lecz na wybrukowane podwórko i las kominów. Winston zauważył, że pokój jest umeblowany, jakby ktoś tutaj mieszkał. Na podłodze leżał dywan, na ścianie wisiał obraz lub dwa, przy kominku, na którego gzymsie tykał staroświecki szklany zegar z dwunastogodzinnym cyferblatem, stał wyświechtany głęboki fotel. Pod oknem znajdowało się ogromne łóżko z materacem, zajmujące prawie czwartą część powierzchni.

- Mieszkaliśmy tu z żoną, póki nie umarła - powiedział właściciel przepraszającym tonem. - Teraz wyprzedaję nasze meble. To piękne łóżko z mahoniu, tylko trzeba by je wpierw odpluskwić. Dziś jednak byłoby uznane za mało ustawne.

Trzymał lampę w uniesionej ręce, żeby lepiej zaprezentować pomieszczenie, które w nikłym świetle wydało się Winstonowi osobliwie przytulne. Błysnęła mu myśl, że zapewne bez kłopotu wynająłby ten pokój za kilka dolarów tygodniowo, gdyby poważył się na takie ryzyko. Należało szybko wybić sobie z głowy ten wariacki, nierealny pomysł, a jednak otoczenie wzbudziło w nim dziwną tęsknotę, jakby wspomnienie pradawnych czasów. Miał wrażenie, że doskonale wie, jakie uczucia budzi pobyt w takim miejscu, odpoczynek w fotelu przy kominku, ze stopami wyciągniętymi w stronę płomieni, z wodą gotującą się na herbatę, w całkowitej samotności, w niezachwianym poczuciu bezpieczeństwa, nieinwigilowany, nieścigany przez żadne głosy, w ciszy zmąconej jedynie gwizdem czajnika i przyjaznym tik-tak zegara.

- Nie ma teleekranu - mruknął mimo woli.

- Ach, nigdy sobie tego nie sprawiłem - odparł sklepikarz. - Za drogie. Jakoś nie czułem potrzeby. O, proszę, widzi pan ten ładny stół tam w kącie? Rozkładany. Trzeba by oczywiście wprawić nowe zawiasy, gdyby chciał pan rozsunąć blat.

Uwagę Winstona przyciągnęła jednak mała biblioteczka w pobliskim kącie. Okazało się, że w środku są same szpargały. W dzielnicach prolów książki tropiono i niszczono z taką samą sumiennością jak wszędzie indziej. Było mało prawdopodobne, aby w całej Oceanii zachował się choćby jeden egzemplarz wydany przed 1960 rokiem. Stary sklepikarz, wciąż z lampą w dłoni, stanął przed obrazem w ramie z palisandru, wiszącym z boku kominka, naprzeciw łóżka.

- Natomiast jeśli interesowałyby pana zabytkowe ryciny... - zagaił ostrożnie.

Winston podszedł, aby przyjrzeć się obrazowi. Był to staloryt przedstawiający okrągławy budynek z prostokątnymi oknami i niewysoką wieżą od frontu. Dokoła biegło niskie ogrodzenie, a w głębi stał pomnik. Winston patrzył przez długą chwilę. Widok wydawał mu się mgliście znajomy, choć pomnik do niego nie pasował.

- Rama jest przytwierdzona do ściany - oznajmił starszy mężczyzna - ale mógłbym odkręcić śrubki, jakby co.

- Poznaję ten budynek - wydukał w końcu Winston. - Teraz to ruina, stoi na samym środku ulicy przed Pałacem Sprawiedliwości.

- Zgadza się. Naprzeciw sądów. Zbombardowali go... och, tyle lat temu. To był kościół Świętego Klemensa od Duńczyków, tak się nazywał. - Sklepikarz uśmiechnął się przepraszająco, jakby świadom, że powiedział coś niedorzecznego, po czym dodał: - Owoce za ćwierć pensa, dudnią dzwony u Świętego Klemensa.

- Słucham?

- Och, "owoce za ćwierć pensa, dudnią dzwony u Świętego Klemensa", to taka rymowanka z dzieciństwa. Jak dalej szło, to nie pamiętam, ale kończyło się słowami "oto świeczka, byś trafił do łóżka, oto topór, by ci głowa spadła, gdzie poduszka". To była taka zabawa. Przemykało się pod złączonymi rękami, a jak śpiewali o toporze, to opuszczali ręce, żeby złapać przebiegającego. A po drodze wymieniało się nazwy kościołów. Wszystkich w Londynie. To znaczy tych najważniejszych.

Winston zastanawiał się mgliście, w którym stuleciu zbudowano kościół. Z reguły trudno było oszacować wiek londyńskich budowli. Każdy duży i imponujący gmach, jeśli wyglądał na dość nowy, przypisywano czasom porewolucyjnym, a wszystko, co starsze, umieszczano w mało wyrazistym okresie zwanym średniowieczem. Oficjalnie epoka kapitalizmu nie wydała nic wartościowego. Z dzieł architektury nie można było uczyć się historii tak samo jak z podręczników. Pomniki, inskrypcje, tablice pamiątkowe, nazwy ulic - systematycznie zmieniono wszystko, co mogło rzucić światło na przeszłość.

- Nie wiedziałem, że kiedyś to był kościół - powiedział Winston.

- Tak naprawdę sporo się takich ostało, choć teraz są wykorzystywane do czego innego. Jak ten wierszyk szedł dalej? Mam, przypomniałem sobie: "Owoce za ćwierć pensa, dudnią dzwony u Świętego Klemensa. Pomarańcza, cytryna, wołają dzwony u Świętego Marcina". Ćwierćpensówka to była moneta, miedziak taki, coś jak nasz obecny cent.

- Gdzie był kościół Świętego Marcina? - spytał Winston.

- Świętego Marcina? Stoi do dziś. Na placu Zwycięstwa, obok galerii sztuki. To ten z trójkątnym dachem nad portykiem, z kolumnami i rzędem szerokich schodów.

Winston doskonale znał ten budynek. Teraz mieściło się w nim muzeum, w którym organizowano wystawy propagandowe: pokazywano modele pocisków rakietowych i pływających fortec w zmniejszonej skali, odlane z wosku sceny zbrodni wojennych dokonanych przez żołnierzy wrogich armii i tym podobne.

- Ten kościół nazywał się Świętego Marcina Wśród Pól - dodał stary sklepikarz - chociaż w tych okolicach to ja żadnych pól sobie nie przypominam.

Winston nie kupił ryciny. Byłby to przedmiot jeszcze bardziej niestosowny niż szklany przycisk do papieru, nieporęczny do przeniesienia, chyba że obraz zostałby wyjęty z ram. Zamarudził jeszcze kilka minut w sklepie, gaworząc z właścicielem, który - jak się okazało - nie nazywał się Weeks, na co mógłby wskazywać napis nad wejściem, lecz Charrington. Pan Charrington był sześćdziesięciotrzyletnim wdowcem i mieszkał w tym budynku od trzydziestu lat. Przez cały ten czas zamierzał zmienić szyld, lecz nigdy się do tego nie zabrał. W trakcie rozmowy w umyśle Winstona uparcie pobrzmiewały strzępy zapomnianej rymowanki. "Owoce za ćwierć pensa, dudnią dzwony u Świętego Klemensa, pomarańcza, cytryna, wołają dzwony u Świętego Marcina". Osobliwe, bo gdy recytował to w myśli, miał wrażenie, że istotnie słyszy bicie dzwonów, dzwonów dawnego Londynu, który gdzieś przetrwał, zakamuflowany i zapomniany. Słyszał ich głos rozpięty między widmami wież kościelnych. A przecież jeśli pamięć go nie myliła, w istocie nigdy w życiu nie słyszał brzmienia kościelnego dzwonu.

W końcu rozstał się z panem Charringtonem i sam zszedł na dół, bo nie chciał, aby sklepikarz widział jego ukradkowe spojrzenia rzucane na boki w drzwiach. Postanowił, że po upływie stosownego czasu, powiedzmy miesiąca, zaryzykuje ponowną wizytę w tym miejscu. Być może nie było to bardziej niebezpieczne od opuszczenia wieczoru w Klubie Osiedlowym. Kompletnym wariactwem wydawał się natomiast powrót do sklepu po kupnie brulionu, skoro Winston nie wiedział, czy może ufać sklepikarzowi. A jednak...

Tak, przyjdę tu jeszcze, pomyślał znowu. Kupi inne piękne bibeloty. Weźmie ten obraz kościoła św. Klemensa, wyjmie go z ram i schowany pod kurtką kombinezonu zaniesie do domu. Wydobędzie pozostałe zwrotki rymowanki z pamięci pana Charringtona. Nawet szalona myśl wynajęcia pokoju na piętrze znów przemknęła Winstonowi przez głowę. Na moment poczuł radosną beztroskę, więc na ulicę wyszedł, nie rozejrzawszy się dokoła. Zaczął nawet nucić pod nosem do zaimprowizowanej melodii:

- Owoce za ćwierć pensa, dudnią dzwony u Świętego Klemensa, pomarańcza, cytryna, wołają...

Nagle serce ściął mu lodowaty strach, kiszki o mało nie puściły. W odległości najwyżej dziesięciu metrów zobaczył zbliżającą się postać w niebieskim kombinezonie. Była to dziewczyna z Wydziału Literatury Pięknej, owa brunetka. Zapadała noc, lecz mimo to rozpoznał ją bez trudu. Spojrzała mu prosto w twarz, następnie pomaszerowała dalej, jakby w ogóle go nie dostrzegła.

Przez kilka sekund stał jak sparaliżowany. W końcu ruszył w prawo i powlókł się przed siebie, nie zauważając, że obrał zły kierunek. Jedno przynajmniej się wyjaśniło. Teraz nie ulegało już wątpliwości, że dziewczyna go szpieguje. Z pewnością przyszła za nim, bo prawdopodobieństwo przypadkowego spotkania w ciemnym zaułku tego wieczoru w okolicy położonej całe kilometry od miejsc uczęszczanych przez partyjniaków było bliskie zera. Nie miało większego znaczenia, czy kobieta jest agentką Myślicji, czy powodowana gorliwością działa na własną rękę. Wystarczyło, że go szpicluje. Przypuszczalnie widziała też, że poszedł do pubu.

Nogi miał jak z ołowiu. Ukryta w kieszeni szklana półkula obtłukiwała mu udo przy każdym kroku, więc najchętniej wyjąłby ją i wyrzucił. Nie do zniesienia był ucisk w żołądku. Przez kilka minut Winstona dławił strach, że skona, jeśli zaraz nie znajdzie ubikacji. W tej dzielnicy nie było publicznych toalet. Jednak potem skurcz minął, pozostawiając po sobie tępy ból.

Uliczka okazała się ślepym zaułkiem. Winston przystanął i przez kilka sekund zastanawiał się, co robić. Wreszcie zawrócił i ruszył tam, skąd przyszedł. Po drodze pomyślał, że dziewczynę napotkał zaledwie przed paroma minutami, więc gdyby teraz pobiegł, zdołałby ją dogonić. Mógłby pójść za nią, a kiedy dotarliby do odludnego zaułka, roztrzaskałby jej łeb brukowcem. Zresztą nadałby się kawał tego szkła w kieszeni, był dostatecznie ciężki. Winston szybko przepędził tę myśl z głowy, bo perspektywa jakiegokolwiek wysiłku fizycznego wydawała się nie do zniesienia. Nie dałby rady biec, nie dałby rady zadać ciosu. Poza tym kobieta była młoda i rosła, broniłaby się. A może pójść szybko do Klubu Osiedlowego i zostać tam do zamknięcia, aby zyskać choć częściowe alibi na ten wieczór? Lecz to również przekraczało jego siły. Ogarnęła go ołowiana niemoc. Pragnął tylko jak najszybciej dotrzeć do domu i usiąść w ciszy.

Minęła dwudziesta druga, gdy w końcu wrócił. O dwudziestej trzeciej trzydzieści wyłączano sieć elektryczną. Poszedł do kuchni i wypił prawie całą filiżankę dżinu Victory. Następnie klapnął przy stoliku we wnęce i wyjął brulion z szuflady. Zwlekał z jego otwarciem. Z teleekranu dobiegało nachalne wycie kobiety śpiewającej patriotyczną pieśń. Winston siedział wpatrzony w marmurkową okładkę brulionu, usiłując bez skutku odciąć się świadomością od tych ryków.

To w nocy dopadali człowieka, zawsze w nocy. Jedynym ratunkiem było zabić się, żeby nie wpaść w ich ręce. Niewątpliwie niektórzy ludzie tak postępowali. Wielu zaginionych było w istocie samobójcami. Lecz w świecie, gdzie broń palna i szybkodziałająca niezawodna trucizna okazywały się niedostępne, targnięcie się na własne życie wymagało desperackiej odwagi. Winston z zadziwieniem pomyślał o biologicznej bezużyteczności bólu i strachu, o zawodności ludzkiego ciała, które zastyga sparaliżowane akurat wtedy, gdy konieczny jest dodatkowy wysiłek. Mógł na zawsze uciszyć brunetkę, gdyby zareagował dostatecznie szybko, ale właśnie w obliczu skrajnego niebezpieczeństwa stracił władzę w członkach. Zastanowiła go myśl, że w chwili kryzysu człowiek nie walczy z wrogiem zewnętrznym, lecz zawsze z własnym ciałem. Jeszcze w tej chwili, mimo wypitego dżinu, tępy ból w żołądku uniemożliwiał mu skupienie. Podobnie jest, uznał Winston, we wszystkich wymagających bohaterstwa i tragicznych sytuacjach. Na polu bitwy, w izbie tortur, na pokładzie tonącego statku - sprawa, o którą walczymy, ulega zapomnieniu, bo ciało puchnie do tego stopnia, że wypełnia sobą cały wszechświat, i jeśli nawet nie paraliżuje nas strach i nie wyjemy z bólu, życie jest w każdej chwili zmaganiem z głodem, zimnem, bezsennością, zgagą, zapaleniem okostnej.

Otworzył pamiętnik. Trzeba było coś napisać. Kobieta w teleekranie śpiewała następną pieśń. Jej głos wwiercał się w mózg jak odłamki szkła. Winston próbował pomyśleć o O'Brienie, dla którego pisał pamiętnik, lecz nękały go wizje tego, co go czeka, kiedy wpadnie w ręce Myślicji. Pół biedy, gdyby zabijali od razu. Każdy zatrzymany spodziewał się śmierci. Ale przed śmiercią obowiązywał nieuchronny rytuał przesłuchań: pełzanie po podłodze, skamlanie o litość, trzask łamanych kości, wybijanie zębów, kosmyki włosów zlepione skrzepłą krwią (nikt o tym nie mówił, ale wszyscy wiedzieli).

Dlaczego trzeba przez to przechodzić, skoro koniec zawsze był taki sam? Czy nie można skrócić swojego życia o te kilka dni lub tygodni męczarni? Nikt nie uniknął zdemaskowania, każdy przyznawał się do winy. Jeżeli raz dopuściłeś się myśloczynu karalnego, mogłeś mieć pewność, że twoja śmierć jest kwestią czasu. Dlaczego więc każdemu był pisany ten horror, który i tak niczego nie zmieniał?

Ponownie, tym razem z lepszym skutkiem, Winston przywołał w wyobraźni postać o O'Briena. "Spotkamy się tam, gdzie nie ma ciemności", brzmiały słowa. Wiedział, co to znaczy, a przynajmniej tak sądził. Miejscem wolnym od ciemności była wyimaginowana przyszłość, która nigdy nie nastanie, ale w której na zasadzie przeczucia można było duchowo uczestniczyć. Natrętne śpiewy dobiegające z teleekranu, od których puchły uszy, nie pozwoliły Winstonowi pójść za tokiem tej myśli. Wsunął papierosa do ust. Połowa tytoniu natychmiast wykruszyła mu się na język - gorzki miał, który z trudem dawało się wypluć. W umyśle pojawiła się twarz Wielkiego Brata, przesłaniając O'Briena. Podobnie jak kilka dni wcześniej Winston wydobył z kieszeni monetę i spojrzał. Oblicze patrzyło na niego, ociężałe, spokojne, opiekuńcze, lecz co to za uśmiech krył się pod ciemnym wąsem? Znane słowa zadudniły Winstonowi w uszach jak donośne podzwonne:

WOJNA TO POKÓJ

WOLNOŚĆ TO NIEWOLA

IGNORANCJA TO SIŁA

ROZDZIAŁ 1

Było przedpołudnie, kiedy Winston wyszedł z boksu do ubikacji.

Z przeciwległego końca jaskrawo oświetlonego długiego korytarza nadchodziła samotna postać. Znowu ta brunetka. Minęły cztery dni, odkąd natknął się na nią przed sklepem ze starzyzną. Z bliższej odległości zobaczył, że prawą rękę nosi na temblaku, mało rzucającym się w oczy, bo był tego samego koloru co kombinezon. Najpewniej doznała kontuzji, gdy obracała jeden z kalejdoskopów, na których "doszlifowywano" fabuły powieści. W Wydziale Literatury Pięknej takie wypadki były na porządku dziennym.

Dzieliły ich może cztery metry, gdy nagle dziewczyna potknęła się i runęła jak długa. Z jej ust dobył się głośny krzyk bólu, bo przygniotła sobie zwichniętą rękę. Winston stanął w pół kroku. Brunetka dźwignęła się na kolana. Jej twarz przybrała ziemistą barwę, wskutek czego czerwone wargi stały się jeszcze bardziej wyraziste. Wbiła błagalny wzrok w Winstona, a z jej oczu wyzierał nie strach, lecz ból.

Coś dziwnego drgnęło w jego sercu. Miał przed sobą wroga, który usiłował doprowadzić go do zguby, a zarazem ludzką istotę, cierpiącą, z połamanymi kośćmi. Odruchowo ruszył na pomoc. Gdy zobaczył, jak kobieta upada na zabandażowaną rękę, poczuł ten ból we własnym ciele.

- Coś poważnego? - spytał.

- Nie, nic się nie stało. Tylko nadgarstek. Zaraz mi przejdzie.

Głos jej się rwał, jakby serce dudniło w piersi. Wyraźnie zbladła.

- Nic sobie nie złamaliście, towarzyszko?

- Nie, wszystko w porządku. Po prostu zabolało na moment.

Wyciągnęła do niego zdrową rękę, więc pomógł jej wstać. Szybko odzyskała rumieńce, wyglądała już znacznie lepiej.

- Nic mi nie jest! - zapewniła krótko. - Uderzyłam się tylko w nadgarstek. Dziękuję, towarzyszu!

Po tych słowach ruszyła dalej prężnym krokiem, jakby nic nie zaszło. Całe zdarzenie trwało najwyżej pół minuty. Panowanie nad mimiką było nawykiem, który przerodził się w instynkt, w dodatku gdy nastąpił upadek, oboje znajdowali się na wprost teleekranu. Mimo to Winston z najwyższym trudem zamaskował swoje zdumienie, bo kiedy pomógł dziewczynie się podnieść, wsunęła mu coś ukradkiem w dłoń. Nie ulegało wątpliwości, że zrobiła to umyślnie. W ręku trzymał teraz coś małego i płaskiego. Znikając za drzwiami ubikacji, wcisnął to do kieszeni i obmacał opuszkami palców. Okazało się, że jest to kilkakrotnie złożona kartka.

Stanął przed pisuarem i rozpostarł ją bez wyjmowania z kieszeni. Z całą pewnością była to jakaś wiadomość. Korciło go, aby wejść do kabiny i przeczytać natychmiast, zdawał sobie jednak sprawę, że byłaby to szalona lekkomyślność. Ludzi w ubikacjach bez przerwy podglądano z teleekranów, co do tego każdy miał stuprocentową pewność.

Wrócił do boksu, usiadł, rzucił niedbale kartkę w papiery leżące na biurku, włożył okulary i przysunął mowopis. "Pięć minut - powiedział sobie - żebym miał przynajmniej pięć minut!". Serce waliło mu w piersi przeraźliwie głośno. Na szczęście wykonywał akurat rutynowe zadanie, które polegało na korekcie długiej listy danych i nie wymagało szczególnego skupienia.

Winston był pewien, że wiadomość ma charakter polityczny. Dostrzegał tylko dwie możliwości. Pierwsza, o wiele bardziej prawdopodobna: dziewczyna jest agentką Myślicji, tak jak się obawiał. Nie rozumiał, dlaczego Myślicja wybrała akurat taki sposób nawiązania kontaktu, zapewne jednak były ku temu powody. Kartka mogła zawierać groźbę, wezwanie do stawiennictwa, rozkaz popełnienia samobójstwa. Może to pułapka. Ale była też inna, właściwie nierealna, możliwość, która uparcie zakiełkowała mu w głowie, choć usiłował zdusić ją w zarodku. A mianowicie że nadawcą wiadomości nie jest Myślicja, lecz jakaś podziemna organizacja. Być może Bractwo jednak istnieje! Być może dziewczyna jest jego członkinią! Owszem, była to myśl ze wszech miar niedorzeczna, zaświtała jednak Winstonowi w głowie, gdy tylko poczuł kartkę w palcach. Dopiero po upływie kilku minut objawiła mu się ta inna, bardziej prawdopodobna ewentualność. I chociaż rozum podpowiadał, że wiadomość jest najpewniej wyrokiem śmierci, to Winston wciąż nie chciał w to uwierzyć, wciąż chwytał się niedorzecznej nadziei, a serce waliło mu jak oszalałe i z najwyższym trudem panował nad drżeniem głosu, gdy dyktował dane do mowopisu.

Po skończonej pracy zwinął plik papierów i włożył go do poczty pneumatycznej. Upłynęło osiem minut. Poprawił okulary na nosie i z westchnieniem przysunął bliżej kolejną stertę papierów, na wierzchu której leżała przekazana kartka. Wygładził ją. Widniały na niej duże litery napisane niewprawną ręką:

KOCHAM CIĘ

Przez dłuższą chwilę był tak osłupiały, że nawet nie wrzucił kompromitującej kartki do luki w pamięci. W końcu to zrobił, lecz najpierw przeczytał ponownie, aby się upewnić, że słowa te naprawdę napisano, choć uświadamiał sobie, że okazywanie świstkowi papieru nazbyt dużego zainteresowania może być niebezpieczne.

W następnych godzinach praca szła mu opornie. Od koncentracji na żmudnych zadaniach jeszcze trudniejsze okazało się ukrycie własnego rozemocjonowania przed okiem teleekranu. Czuł, jakby ogień trawił mu wnętrzności. Obiad w zatłoczonej i dusznej stołówce wypełnionej gwarem był istną katorgą. Winston miał nadzieję, że zakosztuje chwili samotności, ale na nieszczęście ten imbecyl Parsons klapnął obok niego, ostrym smrodem spoconego ciała prawie tłumiąc metaliczną woń gulaszu, i wygłosił monolog o przygotowaniach do Tygodnia Nienawiści. Szczególnie entuzjazmował się dwumetrową głową Wielkiego Brata wykonaną na tę okazję z papier-mâché przez jego córkę i jej zastęp Małych Szpiegów. Irytujące było to, że z powodu gwaru panującego w stołówce Winston ledwo słyszał, co Parsons mówi, i bez przerwy musiał go prosić o powtórzenie jakiejś bezmyślnej bzdury. W pewnej chwili dostrzegł w przelocie brunetkę, siedzącą z dwiema innymi kobietami przy stoliku na końcu sali. Zachowywała się tak, jakby go nie zauważyła. Drugi raz nie spojrzał.

Popołudnie okazało się znośniejsze. Po obiedzie Winston otrzymał do załatwienia dość trudną sprawę delikatnej natury, która wymagała kilku godzin wytężonej pracy i niepodzielnego skupienia. Należało sfałszować komplet bilansów produkcyjnych sprzed dwóch lat, aby zdyskredytować wpływowego członka Partii Wewnętrznej, który popadł w niełaskę. Winston świetnie się sprawdzał w takiej roli i na dwie godziny zdołał przegonić z głowy myśli o dziewczynie. Lecz potem w pamięci znów pojawiła się jej postać, czemu towarzyszyło wściekłe, obezwładniające pragnienie samotności, bo chciał przemyśleć spokojnie to, co się stało. Niestety tego wieczoru musiał się stawić w Klubie Osiedlowym. Pożarł kolejny niesmaczny posiłek w stołówce i udał się pośpiesznie do klubu, gdzie wziął udział w śmiertelnie poważnej parodii "kółka dyskusyjnego", rozegrał dwa mecze w ping-ponga, wypił kilka szklaneczek dżinu i wysłuchał półgodzinnego wykładu zatytułowanego "Anglosoc w świecie szachów". Umierał z nudów, lecz tym razem nawet go nie kusiło, aby darować sobie wieczór w klubie. Na widok słów KOCHAM CIĘ wezbrała w nim ochota do życia i podejmowanie niepotrzebnego ryzyka wydało się nagle głupotą. Dopiero gdy wybiła dwudziesta trzecia, Winston znalazł się z powrotem w domu i w łóżku i nareszcie mógł się skupić - leżał po ciemku, dzięki czemu był nieuchwytny dla teleekranu, pod warunkiem że zachowywał ciszę.

Musiał rozwiązać konkretny problem: jak skontaktować się z dziewczyną i zaaranżować spotkanie. Przestał podejrzewać, że zastawiono na niego pułapkę. Upewniło go o tym wyraźne podenerwowanie brunetki, gdy przekazała mu kartkę. Właściwie była nieprzytomnie przerażona. Nie przyszło mu nawet do głowy, aby odtrącić jej starania. Zaledwie pięć dni wcześniej rozmyślał o rozłupaniu dziewczynie czaszki kamieniem, lecz w tej chwili nie miało to znaczenia. Wyobrażał sobie jej nagie młode ciało, o którym wcześniej marzył. Dotąd brał ją za idiotkę taką samą jak wszyscy, za kobietę o mózgu omamionym kłamstwami, sercu pełnym nienawiści, łonie zimnym jak lód. Teraz dopadała go gorączka na myśl o tym, że mógłby utracić tę kobietę, że może mu się wyślizgnąć to młode ciało o białej skórze. Najbardziej bał się tego, że jeśli dostatecznie szybko nie nawiąże kontaktu, dziewczyna zwyczajnie się rozmyśli. A jednak zaaranżowanie spotkania przedstawiało gigantyczną trudność, przypominało próbę wykonania ruchu w partii szachów, gdy dostało się już mata. W którąkolwiek stronę Winston się obrócił, wszędzie natykał się na teleekrany. Gdy przeczytał kartkę, w ciągu kilku minut pomyślał o wszystkich możliwych sposobach porozumienia się i teraz, w spokoju, analizował je po kolei, jakby w komplecie narzędzi szukał tego, które okaże się najodpowiedniejsze.

Było oczywiste, że ponowne spotkanie w okolicznościach podobnych jak tego ranka nie wchodzi w grę. Gdyby brunetka pracowała w Wydziale Archiwów, byłoby to stosunkowo proste. Tymczasem Winston nie orientował się nawet za dobrze, gdzie znajduje się Wydział Literatury Pięknej, ponadto nie miał tam żadnych spraw do załatwienia. Gdyby wiedział, gdzie dziewczyna mieszka lub o której kończy pracę, mógłby doprowadzić do spotkania na ulicy, ale próba śledzenia jej była niebezpieczna, bo oznaczała wyczekiwanie przed gmachem ministerstwa, co z pewnością zwróciłoby uwagę. Wysłanie listu pocztą było wykluczone. Tajemnica korespondencji nie obowiązywała, wszyscy wiedzieli, że przesyłki są otwierane przed doręczeniem. W istocie mało kto w tych czasach pisał listy. Gdy z rzadka zachodziła konieczność wysłania listownej wiadomości, korzystano ze specjalnych gotowców z wydrukowaną listą sformułowań, spośród których wykreślano niepotrzebne. Poza tym Winston nie znał nazwiska ani adresu brunetki. W końcu uznał, że najbezpieczniejszym miejscem do nawiązania kontaktu będzie stołówka. Gdyby udało mu się napotkać ją samą przy stoliku gdzieś na środku sali, niezbyt blisko teleekranów, i gdyby dokoła panował gwar... - wystarczyłoby wtedy pół minuty, aby zamienić kilka słów.

Przez kolejny tydzień życie Winstona przypominało niespokojny sen. Nazajutrz brunetka zjawiła się w stołówce dopiero wtedy, gdy wychodził, bo zabrzmiał już gwizdek kończący przerwę. Najwyraźniej przydzielono ją do drugiej zmiany. Minęli się bez spojrzenia. Dzień później przyszła do stołówki o zwykłej porze, lecz usiadła w towarzystwie trzech koleżanek bezpośrednio pod teleekranem. Przez kolejne trzy nieznośne dni w ogóle się nie pokazała. Winston mógłby przysiąc, że jego umysł i ciało opanowała jakaś nieznośna nadwrażliwość, przeczulenie, wskutek czego każdy ruch, każdy dźwięk, kontakt z kimś innym, każde słowo, które usłyszał lub wypowiedział, powodowały katusze. Nawet we śnie prześladował go obraz dziewczyny. W tych dniach ani razu nie sięgnął po pamiętnik. Jeśli cokolwiek sprawiało mu ulgę, to tylko praca, w której potrafił się zatracić na dziesięć minut. Nie miał bladego pojęcia, co się stało z dziewczyną, a rozpytywać przecież nie mógł. Może wyparowała, może popełniła samobójstwo, może przeniesiono ją na drugi koniec Oceanii - najgorsze i zarazem najbardziej prawdopodobne było to, że się rozmyśliła, więc go unika.

Pojawiła się następnego dnia. Nie miała już temblaka, tylko opatrunek z plastra na nadgarstku. Na jej widok Winston poczuł tak przemożną ulgę, że nie mógł się powstrzymać, aby nie popatrzeć na nią przez kilka sekund. Nazajutrz niewiele brakowało, aby udało mu się nawiązać kontakt. Kiedy wszedł do stołówki, brunetka siedziała przy stoliku z dala od ściany, w dodatku była zupełnie sama. Zjawił się wcześnie i sala świeciła pustkami. Kolejka przesuwała się powoli do przodu, wreszcie Winston zbliżył się do punktu wydawania posiłków, ale wtedy nastąpiła dwuminutowa zwłoka, bo ktoś poskarżył się, że nie dostał pastylki sacharyny. Dziewczyna wciąż siedziała sama, gdy Winston wreszcie ruszył z tacą w jej stronę. Szedł swobodnie, udając, że wypatruje wolnego miejsca w głębi. Znajdował się już tylko parę kroków od brunetki. Jeszcze dwie sekundy i znajdzie się u celu.

- Smith! - rozległ się głos z tyłu.

Winston udawał, że nie słyszy.

- Smith! - zawołano ponownie, tym razem głośniej.

Nie miał wyboru, odwrócił się. Uśmiechnięty Wilsher, młody blondyn o głupawej twarzy, zapraszał go do zajęcia wolnego miejsca przy swoim stoliku. Niemądrze byłoby odmówić. Skoro napotkał znajomego, nie mógł pójść dalej i przyłączyć się do jedzącej samotnie dziewczyny, bo zbytnio rzuciłoby się to w oczy. Usiadł, zdobywając się na przyjazny uśmiech. Zobaczył tuż przed sobą durnowatą twarz blondyna i wyobraził sobie, że roztrzaskuje ją oskardem. Kilka minut później wszystkie miejsca przy stoliku brunetki były już zajęte.

Z pewnością widziała, że Winston skierował się w jej stronę, i właściwie odczytała jego zachowanie. Nazajutrz postarał się zjawić w stołówce o wczesnej porze. I proszę, siedziała już przy stoliku, znów sama i znów daleko od teleekranu. W kolejce stanął za niewysokim "chrabąszczem" o szybkich ruchach, płaskiej twarzy i podejrzliwych świdrowatych oczkach. Gdy wreszcie odwrócił się z załadowaną tacą od lady, zobaczył, że mężczyzna skierował się prosto do stolika dziewczyny. Znów stracił nadzieję. Przy następnym stoliku było jedno wolne krzesło, lecz coś w wyglądzie mężczyzny wskazywało na zamiłowanie do wygody, które zapewne każe mu uniknąć zbędnego tłoku przy obiedzie. Winston szedł z zamarłym sercem. Wszystko na nic, jeśli nie znajdzie się sam na sam z dziewczyną. W tym momencie rozległ się potężny huk. Niski mężczyzna runął na podłogę, upuszczając tacę i rozbryzgując strugi zupy i kawy. Podniósł się i rzucił Winstonowi wrogie spojrzenie, bo najwyraźniej podejrzewał go o podstawienie mu nogi. No i dobrze. Pięć sekund później Winston, z dziko bijącym sercem, przysiadł się do dziewczyny.

Nie spojrzał na nią. Zestawił naczynia z tacy i zaczął jeść. Zdawał sobie sprawę, że powinien się z nią porozumieć jak najszybciej, zanim ktoś dołączy, lecz sparaliżował go strach. Upłynął tydzień, odkąd dziewczyna przekazała mu kartkę. Być może się rozmyśliła, na pewno się rozmyśliła! Niemożliwe, aby ten romans się ziścił, coś takiego nie zdarza się w prawdziwym życiu. Winston nie zdobyłby się chyba na ani jedno słowo, gdyby nagle nie dostrzegł Amplefortha, wierszoklety o owłosionych uszach, który dreptał bezradnie po sali w poszukiwaniu wolnego miejsca. W pewien niezobowiązujący sposób Ampleforth garnął się do Winstona, zapewne więc przysiadłby się, gdyby go zauważył. Nie było czasu do stracenia. Winston i dziewczyna jedli jakby nigdy nic. Posiłkiem był rzadki gulasz, właściwie zupa, z zielonej fasoli. Żadne z dwojga nie podniosło głowy; miarowo wiosłowali łyżkami w wodnistej paćce. Wreszcie Winston odezwał się przyciszonym głosem:

- O której kończysz pracę?

- O osiemnastej trzydzieści.

- Gdzie możemy się spotkać?

- Obok pomnika na placu Zwycięstwa.

- Tam pełno teleekranów.

- Nie szkodzi, byleby był tłum.

- Dasz mi znak?

- Nie. Podejdź do mnie wtedy, gdy znajdę się w tłumie. I nie patrz na mnie. Tylko trzymaj się blisko.

- O której?

- O dziewiętnastej.

- Dobrze.

Ampleforth nie dostrzegł Winstona i usiadł przy innym stoliku. Mimo to zakończyli rozmowę. Unikali swojego wzroku na tyle, na ile było to możliwe w przypadku dwóch osób siedzących naprzeciwko siebie. Dziewczyna szybko dokończyła obiad i wyszła, a Winston został dłużej, żeby zapalić papierosa.

Na placu Zwycięstwa pojawił się przed wyznaczoną porą. Okrążył ogromną żłobioną kolumnę, którą wieńczył posąg Wielkiego Brata patrzącego w niebo na południu, bo tam właśnie w Bitwie o Lądowisko Numer Jeden rozgromiono eurazjatyckie siły powietrzne (kilka lat wcześniej uznawane za siły ostazjatyckie). W głębi ulicy stał pomnik, który podobno przedstawiał Olivera Cromwella na koniu. Minęło pięć minut po umówionej porze, a dziewczyny wciąż nie było. Winstona znów dopadł strach. Nie przyjdzie, zmieniła zdanie! Ruszył wolnym krokiem na kraniec placu od strony północnej i z nikłą satysfakcją rozpoznał kościół Świętego Marcina, którego dzwony - w czasach, gdy kościoły miały dzwony - wołały "pomarańcza, cytryna". I wtedy właśnie dojrzał dziewczynę, stojącą przy cokole. Czytała lub udawała, że czyta plakat, którym oklejono kolumnę. Nie mógł podejść od razu, musiał poczekać, dopóki dokoła nie zgromadzi się więcej osób. Wszędzie z przodu były teleekrany. Nagle rozległy się okrzyki i z lewej strony nadjechały z łoskotem ciężkie pojazdy. Wszyscy rzucili się biegiem przez plac. Dziewczyna zwinnie przeskoczyła obok lwów przy kolumnie i dołączyła do reszty. Winston ruszył za nią. Z okrzyków usłyszanych po drodze zorientował się, że nadjechał konwój z eurazjatyckimi jeńcami.

Gęsty tłum zapełnił południową część placu. Winston, z natury unikający tłoku, tym razem przepychał się i parł do przodu. Wkrótce znalazł się na wyciągnięcie ręki od dziewczyny, lecz dalszą drogę zatarasowali mu ogromny prol i równie wysoka kobieta, prawdopodobnie jego żona, których ciała tworzyły mur nie do przebicia. Winston zdołał przesunąć się bokiem i naparł z całej siły, wciskając ramię. Przez moment ogarnęło go uczucie, jakby dwa kamienie młyńskie miały zetrzeć go w proch, lecz zaraz potem przedarł się do przodu, lekko spocony. Stanął obok brunetki. Dotykali się ramionami, ale uparcie patrzyli wprost przed siebie.

Ulicą nadjeżdżała powoli długa kolumna ciężarówek. Na pakach pilnowanych przez uzbrojonych w pistolety maszynowe strażników o kamiennych obliczach siedzieli stłoczeni Azjaci w wyświechtanych oliwkowych mundurach. Smutne mongoloidalne twarze patrzyły z niewzruszonością na boki. Chwilami, gdy koła podskakiwały na wybojach, słychać było szczęk żelaza, bo jeńcy mieli nogi skute kajdanami. Ciężarówka za ciężarówką posępne twarze przesuwały się do przodu. Winston wiedział, że jeńcy tam są, ale dostrzegał ich tylko w przelocie. Dziewczyna przywarła do niego całym ramieniem. Jej policzek znalazł się tak blisko, że niemal czuć było ciepło jej skóry. Podobnie jak w stołówce to ona od razu przejęła inicjatywę. Odezwała się tym samym beznamiętnym głosem jak poprzednio, ledwo poruszając ustami, z których płynął pomruk zagłuszany gwarem i warkotem ciężarówek.

- Słyszysz mnie?

- Tak.

- Masz wolne w niedzielę po południu?

- Tak.

- To słuchaj uważnie. Musisz zapamiętać. Pójdziesz na dworzec Paddington...

Z iście wojskową precyzją, która zdumiała Winstona, dziewczyna opisała trasę. Półgodzinna podróż koleją, ze stacji skręcić w lewo, potem dwa kilometry drogą, brama bez górnej żerdzi, polna ścieżka, dalej łąka między krzakami, do zwalonego drzewa porośniętego mchem. Zupełnie jakby w głowie miała mapę.

- Zapamiętasz to wszystko? - wyszeptała na koniec.

- Tak.

- Skręcasz w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo. Brama bez górnej żerdzi.

- Dobrze. O której?

- Około piętnastej. Może będziesz musiał moment zaczekać. Przyjdę inną drogą. Na pewno wszystko zapamiętałeś?

- Tak.

- To teraz odejdź szybko.

Ostatnie słowa były zbyteczne, lecz przez chwilę nie mogli wydostać się z tłumu. Ciężarówki wciąż nadjeżdżały, ludzie wciąż się gapili niezaspokojeni. Na początku rozległo się trochę gwizdów i powarkiwań, głównie z ust członków Partii, ale wkrótce ucichły. Dominującym uczuciem była zwykła ciekawość. Cudzoziemcy, obojętnie, Eurazjaci czy Ostazjaci, stanowili niecodzienne zjawisko. Widywano ich tylko w roli jeńców, a nawet wtedy wyłącznie przez moment. Nikt też nie wiedział, jaki los ich spotyka - z wyjątkiem tych, których wieszano publicznie jako zbrodniarzy wojennych. Pozostali znikali, prawdopodobnie trafiali do obozów pracy. Okrągłe mongoloidalne twarze ustąpiły miejsca innym o bardziej europejskich rysach, brudnym, zarośniętym, zmizerowanym. Znad nieogolonych policzków spoglądały na Winstona kolejne pary oczu, niekiedy z osobliwym przejęciem, po czym zaraz zerkały w bok. Zbliżał się koniec konwoju. W ostatniej ciężarówce Winston dojrzał starszego mężczyznę ze zmierzwioną siwą brodą, który stał z wysuniętymi do przodu rękami, jakby przywykł do noszenia kajdanek. Była najwyższa pora, aby się rozejść. Lecz właśnie wtedy, kiedy wciąż stali w gęstym ścisku, dziewczyna sięgnęła po dłoń Winstona i uścisnęła ją szybko.

Trwało to najwyżej dziesięć sekund, a jednak wydawało się, że ich ręce spotkały się na dłużej. Winston miał dość czasu, aby poznać jej dłoń w najdrobniejszych szczegółach. Zawarł znajomość z długimi palcami, kształtnymi paznokciami, stwardniałą od pracy, pokrytą pęcherzami skórą, miękkim nadgarstkiem. Teraz rozpoznałby tę dłoń na pierwszy rzut oka. W tej samej chwili błysnęła mu myśl, że nawet nie wie, jakiego koloru są oczy dziewczyny. Prawdopodobnie piwne, choć ludzie o ciemnych włosach czasem mieli niebieskie. Odwrócić głowę i wreszcie spojrzeć na nią - byłoby to niewyobrażalne szaleństwo. Splótłszy dłonie w zbitym tłumie, patrzyli wprost przed siebie i zamiast oczu brunetki Winston zobaczył żałobny wzrok starego jeńca o siwej czuprynie.

ROZDZIAŁ 2

Winston podążał leśną przecinką w plamach światła i cienia, wchodząc w kałuże złotego blasku, ilekroć w górze rozstępowały się konary. Ziemia pod gęstwiną drzew z lewej strony mieniła się dzwonkami, powietrze pieściło skórę. Był drugi dzień maja. Z głębi lasu docierało gruchanie cukrówek.

Zjawił się nieco wcześniej. Podróż przebiegła bez żadnych przeszkód. Dziewczyna najwyraźniej miała doświadczenie w podobnych sprawach, więc Winston czuł o wiele mniejszy strach niż zwykle. Zakładał, że znalazła bezpieczne miejsce na spotkanie. Z reguły na wsi nie było więcej swobody niż w Londynie. Oczywiście w lasach nie instalowano teleekranów, należało jednak liczyć się z ukrytymi mikrofonami, które nagrywały i identyfikowały głos, ponadto wycieczka w pojedynkę nieuchronnie rzucała się w oczy. Wyjazd w promieniu stu kilometrów nie wymagał specjalnej adnotacji w dokumentach, niemniej po dworcach krążyły patrole, które legitymowały każdego członka Partii i zadawały niewygodne pytania. Tym razem patroli nie było, ponadto po wyjściu z domu Winston upewnił się dzięki wielokrotnym dyskretnym spojrzeniom przez ramię, że nikt go nie śledzi. W pociągu roiło się od prolów w odświętnym nastroju z powodu ładnej pogody. Wagon z drewnianymi ławkami, w którym jechał, był zapchany po brzegi przez jedną olbrzymią rodzinę - od bezzębnej prababci po miesięczne niemowlę - która wybrała się w odwiedziny do "pociotków" na wsi, aby - co bez ceregieli wyznano współpasażerowi - zaopatrzyć się w czarnorynkowe masło.

Przecinka stała się szersza, a chwilę później Winston dotarł do ścieżki, o której mówiła dziewczyna: był to wydeptany przez bydło szlak biegnący wśród krzaków. Nie miał zegarka, wiedział jednak, że jest przed piętnastą. Ziemia była tutaj tak gęsto porośnięta dzwonkami, że nieuchronnie po nich deptał. Przykląkł i zaczął zrywać kwiatki - po części dla zabicia czasu, po części dlatego, że poczuł mglistą chęć, aby dać dziewczynie bukiecik na powitanie. Zebrał garść i właśnie wciągnął do nosa lekko mdławy zapach, gdy nagle zamarł, słysząc wyraźny trzask gałązki pod czyjąś stopą. Zrywał dalej. W tej sytuacji było to jedyne rozsądne zachowanie. Być może to brunetka, a być może ktoś go śledzi. Zerknięcie przez ramię oznaczałoby przyznanie się do winy. Wziął kolejny kwiatek i jeszcze jeden. Nagle poczuł na ramieniu lekki dotyk dłoni.

Podniósł wzrok. Brunetka. Pokręciła głową, najpewniej po to, aby dać mu znak, że powinien milczeć, następnie rozsunęła gałęzie krzaków i szybkim krokiem poprowadziła go wąską ścieżynką w las. Najwyraźniej była wcześniej w tej okolicy, bo z wprawą omijała podmokłe miejsca. Winston szedł jej śladem, wciąż ściskając bukiet w dłoni. W pierwszej chwili doznał ulgi, lecz teraz, gdy widział przed sobą wysportowane szczupłe ciało przepasane w talii szkarłatną szarfą uwydatniającą krągłość bioder, owładnęło nim poczucie własnej marności. Wciąż bał się, że dziewczyna odwróci się i spojrzy na niego uważnie, po czym odsunie się zniechęcona. Deprymowało go wonne powietrze i soczyste listowie. Już w drodze ze stacji poczuł się brudny i anemiczny w promieniach majowego słońca - nieszczęśnik zamknięty w czterech ścianach, z londyńską sadzą wżartą w pory skóry. Był świadom, że dziewczyna nie widziała go dotąd w dziennym świetle i pod otwartym niebem. Dotarli do zwalonego drzewa, o którym wcześniej mówiła. Przeskoczyła przez pień i rozgarnęła krzaki, które na pierwszy rzut oka wydawały się nieprzebytą gęstwiną. Winston ruszył za nią i zobaczył, że znaleźli się na naturalnej polance, niewielkim wzniesieniu pośród rosłych drzewek tworzących zasłonę dokoła. Dziewczyna zatrzymała się i odwróciła do Winstona.

- Jesteśmy na miejscu.

Patrzył na nią z odległości kilku kroków. Nie miał odwagi się zbliżyć.

- Nie odezwałam się na przecince, bo gdzieś mógł być ukryty mikrofon - wyjaśniła. - Pewnie nie było, ale lepiej nie ryzykować. Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że te świnie rozpoznają głos. Tutaj jest bezpiecznie.

Wciąż nie mógł się zdobyć na śmiałość, aby do niej podejść.

- Bezpiecznie? - powtórzył mało inteligentnie.

- Tak. Popatrz na to. - Dokoła stały młode jesiony tworzące lasek, wyrosłe z pni ściętych drzew, nie grubsze niż ludzki przegub. - Za rzadka roślinność, żeby schować mikrofon! Zresztą byłam tu wcześniej.

Prowadzili zwykłą rozmowę. Winston w końcu zebrał się na odwagę i zbliżył się do dziewczyny. Stała przed nim wyprostowana, a na jej twarzy odmalowywał się lekko ironiczny uśmiech, bo może zastanawiała się, dlaczego zwlekają. Kwiatki spadły deszczem na ziemię, jakby same wyślizgnęły się z ręki. Wziął dziewczynę za przegub.

- Uwierzysz, że do tej chwili nawet nie wiedziałem, jakiego koloru masz oczy? - odezwał się. A jednak piwne, zobaczył teraz, dość jasne, do tego czarne rzęsy. - Wreszcie widzisz mnie wyraźnie. Powiedz: możesz na mnie patrzeć bez odrazy?

- No pewnie.

- Mam trzydzieści dziewięć lat. I żonę, której nie mogę się pozbyć. I żylaki. I pięć sztucznych zębów.

- Nic mnie to nie obchodzi.

W następnej chwili, nie wiadomo za czyją inicjatywą, padli sobie w ramiona. W pierwszej chwili Winston czuł tylko niedowierzanie. Młode kobiece ciało napierało na niego, kaskada ciemnych włosów przesłoniła mu wzrok, dziewczyna uniosła ku niemu twarz, a on całował jej wydatne czerwone usta. Splotła dłonie na jego karku, szeptała: skarbie, najdroższy, kochany. Pociągnął ją na ziemię. W ogóle nie stawiała oporu, mógłby z nią zrobić wszystko, na co przyszłaby mu ochota. Lecz w istocie jedynym doznaniem fizycznym był kontakt z drugim człowiekiem. Oraz niedowierzanie i duma. Winston był szczęśliwy, że to wszystko dzieje się naprawdę, nie czuł jednak pożądania. Może stało się to zbyt szybko, może młodość i uroda dziewczyny przerażały go, może za bardzo przywykł do życia bez kobiet - nie znał powodu. Ona uniosła się i wyjęła kwiatek z włosów. Usiadła, oparła się o Winstona i objęła go ręką w pasie.

- Nie przejmuj się, mój drogi. Nie trzeba się śpieszyć. Mamy dla siebie całe popołudnie. Wspaniała kryjówka, zgadzasz się? Znalazłam to miejsce, gdy pewnego razu zgubiłam się na wycieczce. Gdyby ktoś nadchodził, usłyszelibyśmy go z odległości stu metrów.

- Jak masz na imię?

- Julia. Twoje imię znam. Jesteś Winston. Winston Smith.

- Skąd wiesz?

- Jestem chyba lepiej zorientowana od ciebie, mój drogi. Powiedz: co myślałeś o mnie wcześniej?

Nie miał najmniejszej pokusy, aby kłamać. Mało tego, wyjawienie na samym początku tego, co najgorsze, wydawało mu się ofiarowaniem złożonym na ołtarzu miłości.

- Na sam twój widok czułem nienawiść - odparł Winston. - Chciałem cię zgwałcić, a potem zamordować. Dwa tygodnie temu poważnie myślałem o tym, żeby rozwalić ci głowę brukowcem. Jeśli chcesz wiedzieć, to podejrzewałem, że masz coś wspólnego z Myślicją.

Dziewczyna roześmiała się zachwycona, odbierając te słowa jako wyraz uznania dla jej przebiegłości.

- Z Myślicją, niemożliwe! Na serio tak podejrzewałeś?

- No, może nie do końca. Ale twój wygląd, no przecież jesteś młoda, świeżutka, zdrowa, sama rozumiesz, więc dopuszczałem...

- Podejrzewałeś, że jestem wzorową członkinią Partii. Lojalną w myśli i czynie. Transparenty, marsze, hasła, gry, wycieczki krajoznawcze i cała reszta. Myślałeś, że gdybym miała choć cień podejrzenia, bez wahania zadenuncjowałabym cię jako myślozbója, żeby cię wykończyli?

- Owszem, coś w tym stylu. Przecież wiesz, że wiele młodych kobiet tak by zrobiło.

- Wszystko przez to cholerstwo - powiedziała, zrywając z siebie szkarłatną szarfę Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej i rzucając ją na pierwszą lepszą gałąź.

Następnie, jakby dotknięcie własnego ciała o czymś jej przypomniało, wsunęła dłoń do kieszeni kombinezonu i wyjęła małą tabliczkę czekolady. Przełamała ją na pół i jedną część podała Winstonowi. Jeszcze zanim ją wziął, zorientował się po zapachu, że to wyjątkowy gatunek. Była lśniąca i ciemna, owinięta w sreberko. Na ogół pod mianem czekolady sprzedawano brunatną kruchą masę, która przypominała, jeśli w ogóle można było to z czymś porównać, smród palonych śmieci. Lecz kilka razy w życiu Winston posmakował takiej czekolady, jaką teraz poczęstowała go Julia. Pierwszy powiew aromatu obudził w nim wspomnienie, którego nie mógł przyszpilić, silne jednak i niepokojące.

- Skąd to masz? - spytał.

- Czarnorynkowa - odparła Julia z obojętnością. - Owszem, na pierwszy rzut oka jestem właśnie taka, jak myślałeś. Umiem prowadzić grę. W Małych Szpiegach byłam zastępową. Trzy wieczory w tygodniu mam wolontariat w Młodzieżowej Lidze Antyseksualnej. Spędziłam setki godzin na oblepianiu Londynu tymi ich cholernymi agitkami. W pochodach zawsze trzymam jeden koniec transparentu. Wyglądam na zadowoloną, nie wymiguję się od czynu partyjnego. Zawsze trzeba wrzeszczeć z tłumem, oto moja rada. Wtedy nic ci nie grozi.

Pierwszy kwadracik czekolady rozpłynął się na języku Winstona. Smakowała przepysznie. Na obrzeżach jego świadomości wciąż majaczyło to niezidentyfikowane wspomnienie, doznanie dotkliwe, lecz niedające się uchwycić w konkretny kształt, niczym przedmiot widziany kątem oka. Przegnał to odczucie świadom, że jest to echo jakiegoś dawnego czynu, który najchętniej by cofnął, gdyby miał taką moc.

- Wydajesz się bardzo młoda - powiedział. - Masz z dziesięć, piętnaście lat mniej ode mnie. Co cię pociąga w takim mężczyźnie jak ja?

- Coś w twojej twarzy. Pomyślałam więc, że zaryzykuję. Potrafię rozpoznać ludzi, którzy nie dali się urobić. Gdy tylko cię zobaczyłam, zorientowałam się, że jesteś przeciwko nim.

Na myśli miała najprawdopodobniej Partię, zwłaszcza Partię Wewnętrzną, z której szydziła z tak nieskrywaną nienawiścią, że Winston poczuł się nieswojo, choć wiedział, że są w bezpiecznym miejscu. Najbardziej zdumiewał go jej ordynarny język. Członkom Partii nie wolno było przeklinać i Winston rzadko to robił, przynajmniej na głos. Julia natomiast nie potrafiła wspomnieć o Partii, a zwłaszcza o Partii Wewnętrznej, bez okraszenia swojej wypowiedzi słowami, które widywało się nabazgrane kredą w obskurnych zaułkach. Nie miał jednak nic przeciwko przeklinaniu. Było po prostu jednym z przejawów buntu Julii przeciwko Partii i jej władzy, ponadto wydawało się naturalne i zdrowe jak prychnięcie konia, który czuje woń podłego siana. Zeszli z polany i znów ruszyli przecinką nakrapianą światłocieniem, obejmując się nawzajem, gdy tylko szerokość ścieżki na to pozwalała. Winston ze zdziwieniem poczuł, że po uwolnieniu od szarfy talia Julii wydaje się miększa. Rozmawiali cichymi głosami. Julia powiedziała, że poza polaną należy zachować ciszę. Doszli do skraju lasu i wtedy przystanęła.

- Dalej nie idziemy, bo na otwartym terenie ktoś mógłby nas zauważyć. Dopóki trzymamy się drzew, nic nam nie grozi.

Stali w cieniu krzaków leszczyny. Wciąż czuli na twarzach ciepłe słońce, przedzierające się przez gęstwinę liści. Winston popatrzył na pole z przodu i wówczas doznał powolnego wstrząsającego objawienia. Znał przecież to miejsce. Zapomniane obskubane pastwisko przecięte ścieżką biegnącą pośród kretowisk. Nad nierównym żywopłotem po przeciwnej stronie kołysały się na wietrze ledwo dostrzegalnie gałęzie wiązów, których rozedrgane liście przypominały kobiece włosy. Z pewnością w pobliżu, poza zasięgiem wzroku, biegł strumień, w którego zakolach kryły się jelce.

- Czy gdzieś tutaj płynie woda? - spytał szeptem Winston.

- Tak, płynie. Na skraju sąsiedniego pola. Są tam ryby, i to jakie wielkie. Widać, jak się czają w rozlewiskach pod wierzbami, każda porusza ogonem.

- Złota Kraina - mruknął. - Prawie.

- Złota Kraina?

- Nieważne. Taka okolica czasem pojawia się w moich snach.

- Patrz! - powiedziała półgłosem Julia.

W odległości pięciu kroków na gałęzi rosnącej na wysokości ich twarzy przysiadł drozd. Być może nie zauważył ludzi. Wygrzewał się w świetle, oni stali w cieniu. Rozpostarł skrzydła i zaraz je stulił starannie, schylił łepek na moment, jakby składał hołd słońcu, i nagle wydał z siebie trele. W popołudniowej ciszy jego śpiew miał zaskakującą moc. Przytuleni do siebie Winston i Julia słuchali z zachwytem. Mijała minuta za minutą, a pieśń trwała, zdumiewająco różnorodna, niepowtarzalna, jakby ptaszek popisywał się swoją wirtuozerią. Niekiedy milkł na sekundę, rozkładał i składał skrzydełka, nadymał dropiatą pierś i znów zanosił się śpiewem. Winston patrzył z czcią. Dla kogo i po co drozd świergocze? Przecież nie przysłuchiwała się temu żadna samiczka ani rywal. Co kazało mu przysiąść na skraju odludnego lasu i wylewać z siebie pieśń prosto w pustkę? Winstonowi przyszło na myśl, że może jednak w pobliżu jest ukryty mikrofon. Rozmawiał z Julią wyłącznie szeptem, którego nie dałoby się wychwycić, ale z trelami drozda rzecz miała się inaczej. Być może daleko stąd przy odbiorniku dyżurował jakiś urzędniczyna podobny do chrabąszcza, słuchając z najwyższą uwagą - słuchając właśnie ptasiego świergotu. Stopniowo potok dźwięków wyrugował z głowy Winstona wszelkie rozważania. Było tak, jakby skropił go jakiś eliksir zmieszany z promieniami słońca przedzierającymi się przez liście. Winston przestał myśleć i tylko czuł. Pod ręką miał ciepłą miękką talię Julii. Obrócił dziewczynę przodem do siebie. Wydawało się, że ich ciała stapiają się w jedno. Pod jego dłońmi jej skóra była uległa jak woda. Zwarli się ustami, ale inaczej niż w trakcie pierwszych łapczywych pocałunków. Wreszcie odsunęli twarze i westchnęli głęboko. Spłoszony drozd odfrunął z łopotem skrzydeł.

Winston przysunął wargi do ucha Julii.

- Teraz - wyszeptał.

- Ale nie tutaj. Wracajmy do kryjówki. Tam będzie bezpieczniej.

Szybkim krokiem, niekiedy przy akompaniamencie gałązek trzaskających pod stopami, wrócili na polankę. Gdy znaleźli się pośród kręgu młodych drzewek, Julia odwróciła się twarzą do Winstona. Oboje mieli przyśpieszony oddech, ale w kącikach jej ust błąkał się uśmiech. Przez chwilę patrzyła na niego, potem sięgnęła do suwaka swojego kombinezonu. Tak, ziściły się jego sny. Niemal tak szybko, jak sobie wcześniej wyobrażał, ściągnęła z siebie ubranie i rzuciła je na bok tym samym śmiałym gestem, który zdejmował z barków brzemię całego systemu ucisku. Jej białe ciało jaśniało w słońcu. Lecz na razie jego wzrok przykuła piegowata twarz rozciągnięta w lekkim, psotnym uśmiechu. Winston ukląkł przed Julią i wziął ją za ręce.

- Robiłaś to już?

- No pewnie. Setki razy... no, może dziesiątki.

- Z partyjniakami?

- Tylko z partyjniakami.

- Z Wewnętrznej też?

- Nie, z tymi świniami nigdy. Ale niejeden by reflektował, gdybym tylko kiwnęła palcem. Nie są tacy święci, za jakich chcą uchodzić.

Winstonowi serce zabiło szybciej. Robiła to dziesiątki razy - ech, szkoda, że nie setki, nie tysiące. Dziką nadzieją napawało go wszystko, co miało posmak zdemoralizowania. Kto wie, może w samym środku Partia była przeżarta zepsuciem, a kult pracowitości i samoograniczeń stanowił zasłonę, za którą kryła się rozpusta. Gdyby Winston zdołał zarazić ich wszystkim trądem albo syfilisem, zrobiłby to z największą ochotą! Cokolwiek, byleby ta władza spróchniała, osłabła, zachwiała się w posadach! Pociągnął Julię ku sobie, żeby uklękła naprzeciw niego.

- Posłuchaj. Im więcej mężczyzn miałaś, tym bardziej będę cię kochał. Rozumiesz?

- Tak, doskonale rozumiem.

- Nienawidzę czystości, nienawidzę dobra! Nie chcę, żeby gdziekolwiek ostała się cnota. Pragnę, aby wszyscy byli zepsuci do szpiku kości.

- W takim razie znalazłeś idealną kobietę dla siebie, mój drogi. Jestem zepsuta do szpiku kości.

- Lubisz to robić? Nie chodzi o to, że ze mną. Czy w ogóle lubisz?

- Uwielbiam!

Nic lepszego nie mógł usłyszeć. Nie miłość do konkretnej osoby, lecz zwierzęcy instynkt, prosta, czysta chuć - oto była moc, która mogła pokonać Partię. Winston przewrócił Julię na trawę pośród rozsypanych dzwonków. Tym razem nie miał zahamowań. Zaraz potem przyśpieszony oddech spowolnił i odsunęli się od siebie zdjęci słodką niemocą. Słońce przygrzewało jakby mocniej. Oboje zrobili się senni. Winston sięgnął po rzucony kombinezon i okrył nim dziewczynę. Niemal natychmiast zasnęli i obudzili się dopiero po półgodzinie.

Ocknął się pierwszy. Usiadł i popatrzył na piegowatą twarz wciąż zmożoną spokojnym snem, z dłonią pod policzkiem. Poza ustami trudno było dopatrzyć się w niej piękna. Przyjrzawszy się uważniej, zobaczył kilka zmarszczek dokoła oczu. Krótko przycięte ciemne włosy były wyjątkowo gęste i miękkie. Znowu pomyślał, że nie zna nazwiska Julii ani jej adresu.

Silne młode ciało, w tej chwili bezbronne w okowach snu, budziło w nim ckliwe, opiekuńcze uczucia. Lecz nie powróciła wolna od myśli czułość, która go opanowała pod leszczyną podczas koncertu drozda. Zsunął kombinezon z Julii i przypatrzył się z boku jej białemu, gładkiemu ciału. Dawniej, pomyślał, mężczyzna patrzył na dziewczynę łakomie i do tego wszystko się sprowadzało. Lecz w tych czasach nie istniała ani czysta miłość, ani czyste pożądanie. Żadne uczucie nie było nieskazitelne, bo we wszystko mieszał się strach i nienawiść. Pieszczoty Julii i Winstona były walką, szczytowanie odniesionym zwycięstwem. Ciosem zadanym Partii. Aktem o wymowie politycznej.

ROZDZIAŁ 3

- Moglibyśmy jeszcze kiedyś tu przyjechać - powiedziała Julia. - Na ogół kryjówki można użyć bezpiecznie dwa razy. Ale to dopiero za miesiąc, półtora.

Gdy się obudziła, jej zachowanie natychmiast się zmieniło. Stała się czujna i konkretna, włożyła ubranie, zawiązała szarfę na biodrach i zaczęła mówić o powrocie do domu. Winstonowi wydawało się naturalne, że to ona wszystkim kieruje. Wykazywała pragmatyczny spryt, którego jemu brakowało, ponadto doskonale znała okolice Londynu dzięki odbytym wycieczkom krajoznawczym. Kazała mu wrócić całkowicie inną trasą i wysiąść na innym dworcu.

- Nie wolno jechać tą samą drogą - stwierdziła stanowczo, jakby to była arcyważna, niepodważalna zasada.

Julia postanowiła wyruszyć pierwsza, a Winston musiał odczekać pół godziny.

Opisała mu miejsce, w którym mieli się spotkać za cztery dni, po pracy. Była to ulica targowa w jednym z uboższych kwartałów, na której zwykle panował tłok i hałas. Julia zamierzała kręcić się wśród straganów, udając, że szuka sznurowadeł albo nici. Gdyby uznała, że okolica jest bezpieczna, wydmuchałaby nos na widok Winstona, w przeciwnym razie miał ją minąć jak nieznajomą. Jeżeli dopisałoby im szczęście, to wtopieni w tłum mogliby porozmawiać przez kwadrans i zaaranżować następne spotkanie.

- Teraz muszę już iść - oznajmiła, gdy tylko przyswoił jej wskazówki. - O dziewiętnastej trzydzieści powinnam być z powrotem, żeby przepracować dwie godziny w Młodzieżowej Lidze Antyseksualnej, rozdawać ulotki czy coś, niech to cholera. Otrzep mnie, dobrze? Nie mam gałązek we włosach? Na pewno? W takim razie do zobaczenia, mój kochany, do zobaczenia!

Padła mu w ramiona, pocałowała go namiętnie, a chwilę później prześlizgnęła się między jesionami i prawie bezszelestnie przepadła w lesie. Winston nadal nie znał jej nazwiska ani adresu, nie miało to jednak większego znaczenia, bo odwiedziny w domu i wymiana listów były wykluczone.

Tak się złożyło, że nie spotkali się więcej na polanie. Przez cały maj tylko raz udało im się pójść na prawdziwą schadzkę. Było to w innej kryjówce znanej Julii, konkretnie w dzwonnicy zburzonego kościoła na odludnej wsi, gdzie trzydzieści lat wcześniej spadła bomba atomowa. Samo miejsce okazało się wyśmienitym schronieniem, natomiast dojazd rodził wielkie ryzyko. Poza tym spotykali się tylko na ulicy, każdego wieczoru w innej części miasta i nie na dłużej niż pół godziny. Wówczas rozmawiali, no, w pewien sposób. Gdy snuli się po zatłoczonych chodnikach, nigdy ramię w ramię, nigdy na siebie nie patrząc, prowadzili osobliwą, przerywaną wymianę myśli, która przygasała i ożywała naprzemiennie jak światło latarni morskiej. Milkli raptownie na widok partyjnego kombinezonu lub teleekranu znajdującego się w pobliżu, po czym kilka minut później podejmowali niedokończony wątek, by zaraz znów ucichnąć po dojściu do miejsca rozstania, wreszcie kontynuowali nazajutrz bez jednego słowa wstępu. Najwyraźniej Julia była przyzwyczajona do takich kontaktów, które nazywała "rozmową na raty". Wykazywała też zadziwiającą zdolność do mówienia bez poruszania ustami. Tylko raz w ciągu blisko całego miesiąca wieczornych spotkań udało im się pocałować. Szli w milczeniu bocznym zaułkiem (z dala od głównych ulic Julia się nie odzywała), gdy nagle usłyszeli ogłuszający ryk, ziemia zadrżała, pociemniało i do Winstona dotarło, że leży na ziemi obolały i przerażony. Zapewne gdzieś blisko uderzył pocisk rakietowy. Centymetry od siebie zobaczył twarz Julii, trupiobladą, białą jak prześcieradło. Nawet z jej ust odpłynęła krew. Nie żyje! - pomyślał. Przygarnął ją i zaczął obcałowywać ciepłą żywą twarz. Między ich wargi wdarł się pył. Oboje pokryła gruba warstwa miałkiego tynku.

Zdarzało się również, że docierali wieczorem na umówione miejsce, lecz musieli się minąć jak obcy ludzie, bo zza rogu właśnie wyłonił się patrol albo w górze nadleciał śmigłowiec. Gdyby nawet groziło im mniejsze niebezpieczeństwo, i tak zabrakłoby czasu, aby widywać się częściej. Winston pracował sześćdziesiąt godzin w tygodniu, Julia jeszcze więcej, a ich dni wolne zależały od nawału obowiązków i nie zawsze się zbiegały. Ona rzadko miała do dyspozycji cały wieczór. Zadziwiająco dużo czasu pochłaniało jej uczestnictwo w odczytach i demonstracjach, kolportaż tekstów Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej, przygotowywanie transparentów z okazji Tygodnia Nienawiści, zbieranie datków w ramach kampanii oszczędnościowej i tym podobna działalność. Mimo wszystko się opłaca, stwierdziła, bo to świetny kamuflaż. Gdy przestrzegało się drugorzędnych zasad, można było łamać zasady naczelne. Nakłoniła nawet Winstona, aby poświęcił kolejny wieczór i zgłosił się na ochotnika w fabryce zbrojeniowej, w której stawiali się do pracy gorliwi członkowie Partii. Tak więc raz w tygodniu przez cztery godziny umierał z nudów przy skręcaniu małych metalowych elementów, prawdopodobnie części zapalników do bomb, w smaganej przeciągami i słabo oświetlonej hali, w której stukot młotków mieszał się upiornie z muzyką płynącą z teleekranów.

Gdy spotkali się w dzwonnicy kościoła, mogli wreszcie uzupełnić luki w prowadzonych dotąd rozmowach. Nastało upalne popołudnie. Powietrze na małym kwadratowym poddaszu było nagrzane i zatęchłe, cuchnęło gołębim łajnem. Usiedli na pokrytej gałązkami i kurzem podłodze i rozmawiali przez długie godziny, wstając co jakiś czas na zmianę, aby zerknąć przez ambrazury i upewnić się, że nikt nie nadchodzi.

Julia miała dwadzieścia sześć lat. Mieszkała w baraku robotniczym z trzydziestoma koleżankami ("Ciągle w tym babskim smrodzie! Jak ja nie cierpię kobiet", rzuciła przy okazji) i była zatrudniona, jak się trafnie domyślił Winston, przy automatach powieściopisarskich w Wydziale Literatury Pięknej. Lubiła swoją pracę, która sprowadzała się do obsługi i konserwacji elektrycznego silnika o dużej mocy i zawodnej konstrukcji. Nie była wyjątkowo "łebska", ale miała zdolności manualne i znała się na maszynach. Potrafiła opisać cały proces tworzenia powieści, od ogólnej dyrektywy Komisji Planowania aż po ostateczne korekty dokonywane przez Zespół Redakcyjny. Nie interesował jej jednak efekt finalny. "Nie mam ciągot do czytania", oświadczyła. Książki były dla niej po prostu towarem, który należało produkować tak samo jak marmoladę lub sznurowadła.

Pamięcią sięgała nie dalej niż początek lat sześćdziesiątych, a jedynym znanym jej człowiekiem, który często wspominał czasy przedrewolucyjne, był dziadek, ale przepadł, kiedy miała osiem lat. W szkole została kapitanem drużyny hokejowej i przez dwa lata z rzędu wygrywała zawody gimnastyczne. W Małych Szpiegach została zastępową, w Lidze Młodzieżowej zaś sekretarzem oddziału, po czym przeszła do Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej. Zawsze cieszyła się nieskazitelną opinią. Skierowano ją nawet (niewątpliwa oznaka świetnej reputacji) do pracy w Pornosku, sekcji Wydziału Literatury Pięknej zajmującej się drukowaniem tandetnej pornografii rozprowadzanej wśród prolów. Julia wyznała, że między sobą personel nazywał tę sekcję "Szambo". Była tam zatrudniona przez rok i pomagała wydawać zafoliowane książeczki pod takimi tytułami jak "Lubię klapsy" i "Noc w żeńskim internacie", kupowane pokątnie przez proletariacką młodzież, która była przekonana, że pozyskuje dobra zakazane prawem.

- Jakie są te książki? - spytał zaciekawiony Winston.

- Och, potwornie tandetne. W dodatku śmiertelnie nudne. Wymyślono tylko sześć fabuł, których elementy są zamieniane. No ale ja pracowałam przy kalejdoskopach, nie należałam do Zespołu Redakcyjnego. Mój drogi, nie mam drygu do pisania, nawet do pisania takich gniotów.

Winston ze zdumieniem usłyszał, że z wyjątkiem szefów działów w Pornosku zatrudniano same kobiety. Krążyła teoria, że mężczyźni - których popęd płciowy trudniej kontrolować - byliby bardziej podatni na świńskie treści.

- Mężatki też są niemile widziane - dodała Julia.

Kobiety miały pozostać istotami czystymi. No cóż, Winston trafił przynajmniej na jedną, która czysta nie była.

Pierwszy romans Julia miała w wieku szesnastu lat z partyjniakiem po sześćdziesiątce, który później popełnił samobójstwo, żeby uniknąć aresztowania.

- Całe szczęście, że to zrobił - powiedziała - bo na pewno by mnie wsypał, jak zmusiliby go do mówienia.

Potem byli rozmaici mężczyźni. Życie Julia postrzegała w sposób nieskomplikowany. Człowiek chciał się zabawić, a oni, czyli Partia, robili wszystko, aby to uniemożliwić, pozostawało więc sprytnie łamać obowiązujące zasady. Za tak samo naturalne uważała to, że "oni" chcą odebrać ludziom radość życia, jak i to, że należy za wszelką cenę uniknąć wpadki. Nienawidziła Partii, a nienawiść tę wyrażała w najdosadniejszych słowach, nie krytykowała jej jednak z pozycji ideologicznych. Doktryna zupełnie Julii nie interesowała, o ile nie wpływała na jej własne życie. Winston zauważył, że dziewczyna w ogóle nie używa nowomowy oprócz garści słów, które weszły do powszechnego użytku. Nigdy dotąd nie słyszała o Bractwie i nie wierzyła w jego istnienie. Każdy zorganizowany sprzeciw wobec Partii uważała za głupotę, bo był z góry skazany na niepowodzenie. Łamać zasady i żyć - oto dowód inteligencji. Winston zastanawiał się mgliście, ilu jest ludzi podobnych do niej w młodym pokoleniu, które wychowano w świecie porewolucyjnym, które nie znało niczego innego i autorytet Partii postrzegało jako rzecz wieczną niczym niebo nad głową, nie buntowało się przeciw jej władzy, tylko robiło uniki jak zając tropiony przez ogara myśliwskiego.

Nie poruszyli tematu ślubu, bo była to ewentualność nazbyt nieprawdopodobna, aby się nad nią zastanawiać. Niewyobrażalne wydawało się, żeby jakakolwiek komisja usankcjonowała takie małżeństwo, nawet gdyby Winston zdołał pozbyć się Katherine. Słowem, marzenie ściętej głowy.

- Jaka ona jest, ta twoja żona? - spytała Julia.

- Była... znasz takie określenie w nowomowie jak "dobrozum"? Czyli czysta ortodoksja, niezdolność do powzięcia choćby jednej niewłaściwej myśli.

- Nie, pierwsze słyszę, ale ludzi takich spotykam na pęczki.

Winston zaczął opowiadać historię swojego małżeństwa, ale, o dziwo, Julia znała jej zasadnicze wątki. Opisała Katherine, jakby ją widziała lub nawet dotykała - to, jak żona sztywniała na całym ciele, gdy Winston próbował ją dotknąć, jak zdawała się odpychać go z całej siły nawet wtedy, gdy mocno go obejmowała. W towarzystwie Julii Winstonowi z łatwością przychodziła rozmowa o tych sprawach, ponadto Katherine dawno przestała być wspomnieniem bolesnym, pozostała najwyżej niemiłym.

- Może bym z nią wytrzymał, gdyby nie jedno - wyznał i opisał oziębły małżeński rytuał, do którego był zmuszany raz w tygodniu. - Nie cierpiała tego, ale nic by jej nie powstrzymało. Wiesz, jak to nazywała? Nie zgadniesz!

- Powinnością wobec Partii - odpowiedziała natychmiast Julia.

- Skąd wiesz?

- Mój drogi, ja też chodziłam do szkoły. Pogadanki na temat spraw męsko-damskich raz w tygodniu dla uczniów powyżej szesnastego roku życia. To samo w ruchach młodzieżowych. Całymi latami wtłukują nam to do głowy. I w wielu wypadkach odnosi skutek. Ale nie zawsze wiadomo, jak jest, bo ludzie są dwulicowi.

Zaczęła drążyć temat. Dla Julii prawie wszystko prędzej czy później prowadziło do jej własnej seksualności. W tym przypadku okazywała dużą wnikliwość. W odróżnieniu od Winstona doskonale rozumiała motywację leżącą u podłoża purytanizmu władzy. Nie chodziło tylko o to, że popęd płciowy stanowi odrębny świat leżący poza kontrolą partyjnych ideologów, należało więc go zdusić w miarę możności. Ważniejsze było to, że niezaspokojenie tego popędu jest źródłem histerii, którą bez trudu można przekuć w zapał bojowy i kult przywódcy. Julia wyraziła to następująco:

- Jak ludzie idą do łóżka, to potem czują się szczęśliwi i nic ich nie interesuje. Partia nie może dopuścić do takiej sytuacji. Chce, byśmy bez przerwy tryskali energią. Te wszystkie marsze, skandowane hasła, wymachiwanie flagami to po prostu wypaczona seksualność. Gdybyś czuł się dobrze wewnętrznie, to po co miałbyś się ekscytować Wielkim Bratem, Planami Trzyletnimi, Dwiema Minutami Nienawiści i całą resztą tego cholerstwa?

Święta prawda, pomyślał Winston. Istniał bezpośredni, bliski związek między wstrzemięźliwością płciową a ortodoksją ideologiczną. Bo jak inaczej można było wciąż podsycać strach, nienawiść i obłędną łatwowierność członków Partii, jeśli nie poprzez zdławienie niepohamowanego pociągu cielesnego, który stawał się siłą napędową? Głos natury oznaczał zagrożenie dla Partii, dlatego należało go obrócić na swoją korzyść. Tę samą taktykę zastosowano wobec instynktu rodzicielskiego. Nie dało się zlikwidować instytucji rodziny, mało tego, ludzi zachęcano do otaczania swego potomstwa miłością wręcz staroświecką. Jednocześnie poddane indoktrynacji dzieci wykorzystywano przeciwko rodzicom, uczono szpiegowania i donoszenia o ich ewentualnych odchyleniach. W ten sposób rodzina stała się przedłużeniem Myślicji: każdy dorosły był dzień i noc otoczony przez małych szpiclów, którzy znali jego życie osobiste.

Nagle Winston wrócił wspomnieniami do Katherine. Bez wątpienia zadenuncjowałaby go władzom, gdyby nie była za głupia, żeby dostrzec jego nieprawomyślność. Dawne dni przywołał dławiący popołudniowy upał, od którego czoło miał zroszone potem. Winston zaczął opowiadać Julii o tym, co się wydarzyło - a raczej o mało nie wydarzyło - w równie skwarny letni dzień jedenaście lat wcześniej.

Było to trzy, cztery miesiące po ślubie. Zgubili drogę na wycieczce krajoznawczej gdzieś w Kencie. Ociągali się w tyle tylko przez kilka minut, skręcili jednak w złą stronę i raptem ścieżka skończyła się nad wyrobiskiem dawnej kopalni kredy. Stanęli nad przepaścią głęboką na dziesięć, może dwadzieścia metrów, a w dole leżały głazy. Nie było kogo spytać o drogę. Katherine uświadomiła sobie, że się zgubili, i natychmiast zrobiła się bardzo niespokojna. Przebywanie choćby przez chwilę z dala od hałaśliwej grupy wycieczkowiczów wydawało jej się czymś nagannym. Chciała pośpiesznie wrócić ścieżką i skręcić w inną stronę. Lecz akurat w tym samym momencie Winston dostrzegł kępki krwawnicy rosnące w rozstępach urwiska. W jednej, najwyraźniej zakwitłej z tego samego korzenia, dominowały dwie barwy: amarantowa i ceglastoczerwona. Nigdy dotąd nie widział nic podobnego, zawołał więc Katherine, żeby podeszła i popatrzyła.

- Spójrz! Widzisz te kwiaty? Tę kępę prawie na samym dole? Zobacz, dwa kolory.

Już się oddalała, wróciła jednak naburmuszona. Wychyliła się nad krawędź, żeby dojrzeć wskazane miejsce. Winston stał tuż za nią, trzymając ją w talii, aby nie straciła równowagi. I właśnie wtedy uprzytomnił sobie, że są całkowicie sami. Nigdzie nie było żywej duszy, nie drgnął nawet jeden listek, nie zaćwierkał żaden ptak. W takim miejscu prawdopodobieństwo zainstalowania ukrytego mikrofonu było bardzo nikłe, poza tym mikrofony rejestrowały tylko dźwięk. Nastała najgorętsza senna pora popołudnia. Słońce przygrzewało mocno, twarz swędziała Winstona od potu. Wtedy nawiedziła go ta myśl.

- Dlaczego jej nie zepchnąłeś? - spytała Julia. - Ja bym to zrobiła.

- Wiem, moja droga, że byś zrobiła. Ja też bym zrobił, gdybym był tym człowiekiem, którym jestem teraz. A może... sam już się gubię.

- Żałujesz, że jej nie zrzuciłeś?

- Tak. W sumie to żałuję.

Siedzieli razem na zakurzonej podłodze. Winston przyciągnął Julię do siebie. Oparła głowę na jego ramieniu, a miły zapach jej włosów przytłumił woń gołębich odchodów. Jest taka młoda, pomyślał, ciągle ma oczekiwania wobec życia i nie rozumie, że zrzucenie uciążliwej osoby w przepaść niczego nie rozwiąże.

- W gruncie rzeczy to by niewiele zmieniło - powiedział.

- No to dlaczego żałujesz, że jej nie pchnąłeś?

- Dlatego, że lepiej coś zrobić, niż nie zrobić nic. W tej grze, w której przyszło nam uczestniczyć, nie da się zwyciężyć. Zarazem pewne porażki są gorsze od innych.

Poczuł, że Julia wzrusza ramionami na znak sprzeciwu. Zawsze okazywała dezaprobatę, gdy mówił coś podobnego. Nie chciała dopuścić do siebie myśli, że jednostka z zasady jest skazana na klęskę. Zdawała sobie sprawę, że jej własna zguba została przesądzona, że prędzej czy później Myślicja dopadnie ją i zgładzi, lecz cząstką umysłu wierzyła w możliwość zbudowania utajonego świata, w którym można by było żyć do woli. Wystarczy fart, spryt, odwaga. Nie rozumiała, że nie ma czegoś takiego jak szczęście, że zwycięstwo jest możliwe wyłącznie w odległej przyszłości, której nie dożyją, i że od chwili wystąpienia przeciw Partii najlepiej było myśleć o sobie jako o trupie.

- Jesteśmy już martwi - rzekł Winston.

- Jeszcze nie - zaprzeczyła rzeczowym tonem.

- Zgoda, fizycznie wciąż żyjemy. Ale umrzemy za pół roku, za rok, najdalej za pięć lat. Boję się śmierci. Jesteś młoda, więc ty pewnie boisz się nawet bardziej. Oczywiście spróbujemy to odwlec jak najdłużej. Jednak to bez większej różnicy. Dopóki ludzie pozostają ludźmi, życie i śmierć są tym samym.

- Brednie! Wolisz iść do łóżka ze mną czy z kościotrupem? Nie cieszysz się, że żyjesz? Nie sprawia ci przyjemności, że możesz powiedzieć: oto ja, moja ręka, noga, jestem namacalny, żywy! Nie cieszy cię to?

Obróciła się i naparła biustem na Winstona. Poczuł przez kombinezon dotyk dojrzałych, ale wciąż jędrnych piersi. Było tak, jakby jej ciało wlewało w niego odrobinę swej młodości i wigoru.

- Owszem, cieszy - przyznał.

- Więc przestań truć o umieraniu. A teraz posłuchaj, mój drogi, musimy zaplanować następne spotkanie. Moglibyśmy chyba znowu wyskoczyć do lasu. Odczekaliśmy wystarczająco długo. Tylko tym razem musisz pojechać inną trasą. Wszystko już obmyśliłam, wsiądziesz do pociągu... czekaj, narysuję ci.

Z typowym dla siebie pragmatyzmem zgarnęła na kupkę trochę kurzu i zaczęła w nim skrobać gałązką z gołębiego gniazda.

ROZDZIAŁ 4

Winston rozejrzał się po zaniedbanym pokoiku nad sklepem pana Charringtona. Obok okna stało przykryte złachmanionymi kocami olbrzymie łóżko z wałkiem bez pokrowca. Na gzymsie kominka upływ czasu odmierzał staromodny zegar z dwunastogodzinnym cyferblatem. Na rozkładanym stole w kącie połyskiwał łagodnie w półmroku szklany przycisk, który Winston kupił poprzednim razem.

Za metalową kratką kominka zobaczył poobijany blaszany prymus, rondelek i dwie filiżanki, wszystko zapewnione przez pana Charringtona. Rozpalił w prymusie i nastawił wodę w garnku. Miał kopertę wypchaną kawą Victory i kilka pastylek sacharyny. Zegar wskazywał dwadzieścia po siódmej, a więc była dziewiętnasta dwadzieścia. Julia miała się zjawić za dziesięć minut.

To szaleństwo, istne szaleństwo, podszeptywał głos rozsądku, świadome, nieuzasadnione szaleństwo, wręcz samobójstwo. Ze wszystkich przestępstw, które mógł popełnić członek Partii, to właśnie było najłatwiejsze do wykrycia. Pomysł objawił się jako wizja, kiedy Winston ujrzał w wyobraźni refleksy szklanego przycisku na politurze stołu z rozkładanym blatem. Zgodnie z przewidywaniami pan Charrington chętnie przystał na wynajęcie pokoju. Uradowała go perspektywa zarobienia dodatkowych kilku dolarów. Nie zgorszył się ani nie okazał nadmiernie domyślny, kiedy stało się jasne, że Winston potrzebuje pokoju jako gniazdka miłosnego. Zapatrzył się tylko przed siebie i posługując się ogólnikami, dał dowód daleko posuniętej dyskrecji, właściwie to najchętniej stałby się niewidzialny. Prywatność, stwierdził, to ważna sprawa. Każdy czasem odczuwa potrzebę, aby pobyć w samotności. Gdy mamy osobny kąt, zwykła grzeczność wymaga, aby ci, którzy o tym wiedzą, zachowali to dla siebie. Dodał jeszcze, o mało nie rozpływając się w powietrzu, że z kamienicy jest drugie wyjście, które prowadzi na podwórze i sąsiedni zaułek.

Na zewnątrz ktoś śpiewał. Winston wyjrzał przez okno ukryty bezpiecznie za firanką. Czerwcowe słońce nadal wisiało wysoko na niebie, a na podwórku skąpanym w blasku przepasana obwisłym fartuchem olbrzymia kobieta o krzepkich czerwonych ramionach, masywna jak normańska twierdza, człapała między balią a sznurem, rozwieszając w rzędzie białe kwadratowe kawałki tetry, w których Winston rozpoznał pieluchy. Ilekroć w ustach nie trzymała spinacza, zawodziła mocnym kontraltem:

Był to miłości odruch beznadziejny,

Co roskwit krótko jak wiosenny sad,

Pienkne uczucia i marzenia wzbudził

I serce me na zawsze skrad!

Piosenka ta od tygodni krążyła po Londynie. Należała do setek podobnych, nagrywanych z myślą o prolach przez jedną z podsekcji Wydziału Muzyki. Słowa powstawały bez ingerencji człowieka na urządzeniu zwanym wersyfikatorem. Hoża baba śpiewała tak melodyjnie, że w jej ustach nawet przerażająca szmira nabrała przyjemnych tonów. Winston słyszał jej zawodzenie i szuranie butów po chodniku, krzyki dzieci na ulicy, a w oddali stłumione odgłosy ruchu samochodowego, a jednak w pokoju panowała osobliwa cisza, a to dzięki nieobecności teleekranu.

"Szaleństwo, istne szaleństwo!", pomyślał znowu. Było wprost niemożliwe, aby schadzki na piętrze dało się ukryć dłużej niż przez kilka tygodni. Lecz nie oparli się pokusie, żeby mieć własne miejsce pod dachem, w dodatku dogodnie położone. Po randce w dzwonnicy kościoła długo nie mogli się spotkać. Z powodu nadchodzącego Tygodnia Nienawiści drastycznie wydłużono godziny pracy. Został wprawdzie miesiąc do tego wydarzenia, ale szeroko zakrojone, skomplikowane przygotowania oznaczały dodatkowe obciążenie dla każdego. W końcu jednak udało im się znaleźć kilka wolnych godzin tego samego popołudnia. Uzgodnili, że wrócą na leśną polanę. Poprzedniego wieczoru spotkali się przez moment na ulicy. Winston jak zwykle ledwo popatrzył na Julię, kiedy przeciskali się w tłumie z przeciwnych stron, lecz ukradkowe spojrzenie upewniło go, że jest bledsza niż zwykle.

- Nic z tego - mruknęła, gdy uznała, że mogą bezpiecznie rozmawiać. - Nici z jutra.

- Co?

- Jutro po południu nie mogę.

- Dlaczego?

- Z dość prozaicznego powodu. Zaczął mi się wcześniej.

Winston poczuł wściekły gniew. W trakcie miesięcznej znajomości zmienił się charakter jego pożądania. Na początku niewiele w tym było autentycznej zmysłowości. Pierwszy raz wydawał się po prostu aktem woli. Lecz już za drugim było inaczej. Zapach włosów Julii, smak jej ust, dotyk skóry wrosły w Winstona i świat dokoła. Jej obecność stała się fizyczną koniecznością; nie tylko jej pragnął, ale w swoim przekonaniu miał do niej prawo. Gdy usłyszał od Julii, że nie mogą się spotkać nazajutrz, poczuł się oszukany. Lecz w tej samej chwili tłum pchnął ich ku sobie i zetknęli się dłońmi. Julia momentalnie uścisnęła opuszki jego palców, a gest ten obudził w nim raczej czułość, nie zaś pożądanie. Winston pomyślał, że gdy mężczyzna żyje z kobietą, takie rozczarowania są zjawiskiem normalnym i dość częstym. Ogarnęła go tkliwość, jakiej dotąd nie czuł w stosunku do Julii. Żałował, że nie są małżeństwem z dziesięcioletnim stażem. Zapragnął przechadzać się z nią po ulicach jawnie i bez strachu, rozmawiać o błahych sprawach, kupować to i owo na potrzeby wspólnego domu. Nade wszystko zapragnął, aby mieli miejsce, w którym mogliby się spotykać tylko we dwoje wolni od przymusu pójścia do łóżka za każdym razem. To właśnie następnego dnia po spotkaniu na ulicy Winston wpadł na pomysł, żeby wynająć pokój u pana Charringtona. Gdy zasugerował to Julii, okazała niespodziewany entuzjazm. Jednak oboje zdawali sobie sprawę, że to obłęd. Można było odnieść wrażenie, że świadomie igrają z ogniem. Usiadłszy teraz na brzegu łóżka, Winston znów pomyślał o kazamatach Ministerstwa Miłości. Osobliwe, jak ten nieuchronny horror na zmianę pojawiał się i znikał w ludzkim umyśle. Czekał o wyznaczonej porze w przyszłości, poprzedzał śmierć tak nieuchronnie jak liczba 99 poprzedza 100. Nie sposób było go uniknąć, być może udałoby się tylko odwlec, a jednak raz po raz świadomym aktem woli człowiek robił coś, co przybliżało koniec.

W tym momencie na schodach rozległy się szybkie kroki i do pokoju wpadła Julia. Niosła torbę montera uszytą z szorstkiego brązowego płótna, z którą Winston widywał ją czasem na korytarzach ministerstwa. Objął Julię, ale szybko wyślizgnęła się z jego uścisku, jakby torba jej przeszkadzała.

- Momencik! Pokażę ci, co załatwiłam. Pewnie przyniosłeś tę wstrętną kawę Victory? Tak myślałam. Możesz ją wyrzucić, obejdziemy się bez niej. Patrz.

Uklęknęła, otworzyła torbę i wyciągnęła klucze francuskie i śrubokręt ułożone na wierzchu. Niżej znajdowało się kilka paczuszek starannie owiniętych w papier. Pierwsza, którą Julia podała Winstonowi, wyglądała dziwnie, ale jakby znajomo. Zawierała ciężką miałką substancję, która odkształcała się pod naciskiem palców.

- To chyba nie cukier, co?

- Tak, najprawdziwszy cukier. Nie sacharyna, cukier! A tu masz bochenek prawdziwego chleba, nie to cholerne ohydztwo, które jemy co dzień. I jeszcze słoiczek dżemu. Proszę, mleko w puszce. I spójrz! Z tego jestem najbardziej dumna. Musiałam wziąć kawałek worka, bo...

Nie potrzebowała wyjaśniać, dlaczego owinęła pakunek, albowiem aromat już wypełnił całe pomieszczenie - silny, odurzający zapach, który zdawał się przywoływać dzieciństwo, a który czasem pojawiał się nawet w tych czasach, ulatywał z głębi korytarza, nim zatrzaśnięto drzwi, albo rozchodził się tajemniczo po zatłoczonej ulicy, ot, chwilowe doznanie, które zaraz mijało.

- Kawa - szepnął Winston. - Prawdziwa kawa.

- Kawa na użytek Partii Wewnętrznej. Mamy cały kilogram.

- Jakim cudem udało ci się to wszystko zdobyć?

- Dostawy dla aktywu partyjnego. Tym świniom niczego nie brakuje, mają dosłownie wszystko. Kelnerzy, służący, oni zawsze coś zachachmęcą i... Zobacz, przyniosłam też małą paczuszkę herbaty.

Winston przykucnął obok Julii. Rozerwał róg opakowania.

- Prawdziwa herbata, nie liście jeżyn!

- Ostatnio pojawiło się sporo herbaty. Zdobyliśmy Indie czy coś - odparła mało konkretnie Julia. - Posłuchaj, mój drogi, chcę, żebyś się odwrócił plecami na trzy minuty. Idź, usiądź po drugiej stronie łóżka. Ale nie podchodź do okna. I nie podglądaj, dopóki ci nie powiem.

Winston zapatrzył się w rozkojarzeniu na firankę. Na podwórzu kobieta o czerwonych ramionach nadal krążyła między balią a sznurem z praniem. Wyjęła z ust kolejne dwa spinacze i zaśpiewała z przejęciem:

Mówio ludziska, że czas leczy rany,

Że wszystko zapomnieć się daje,

Lecz od uśmiechów i łez przez te lata

Serce moje boleśnie się kraje!

Znała na pamięć całą ckliwą piosenkę. Melodyjny głos przesycony pogodną melancholią wzlatywał do góry w słodkim letnim powietrzu. Można było odnieść wrażenie, że kobieta ucieszyłaby się, gdyby ten czerwcowy wieczór trwał po wsze czasy, a sterta prania okazała się niewyczerpana, mogłaby bowiem przez następne tysiąc lat piać nonsensy przy rozwieszaniu pieluch. Winstona naszła nagle myśl, że nigdy nie słyszał, aby członek Partii coś sobie sam spontanicznie śpiewał. Uznano by to za przejaw nieprawomyślności i groźne dziwactwo, jak mówienie do siebie pod nosem. Być może ochoty do śpiewu nabierali ludzie, którym głód zaglądał w oczy.

- Już możesz - powiedziała Julia.

Gdy się odwrócił, w pierwszej chwili prawie jej nie poznał. Właściwie spodziewał się, że ujrzy ją nagą. Pomylił się. Odmiana była o wiele bardziej zdumiewająca. Julia się umalowała.

Prawdopodobnie poszła ukradkiem do sklepu w proletariackiej dzielnicy i kupiła zestaw do makijażu. Wargi miała pociągnięte czerwoną szminką, na policzkach róż, nos przypudrowany, do tego cieniowane oczy, aby wydawały się jaśniejsze. Umalowała się mało umiejętnie, ale w tych sprawach Winston nie miał większego rozeznania. Nigdy dotąd nie widział ani nawet sobie nie wyobrażał partyjniaczki w makijażu. Dokonana metamorfoza była olśniewająca. Dzięki kilku retuszom w odpowiednich miejscach Julia nie tylko wyglądała znacznie ładniej, ale też bardziej kobieco. Krótkie włosy i męski kombinezon jedynie potęgowały efekt. Gdy Winston wziął ją w ramiona, owionęła go sztuczna woń fiołków. Natychmiast przypomniał sobie półmrok w suterenie i czarną jamę ustną tamtej kobiety. Używała tego samego zapachu, ale w tej chwili to nie miało znaczenia.

- I perfumy! - powiedział.

- Tak, najdroższy, perfumy też. Wiesz, co zrobię następnym razem? Skombinuję prawdziwą sukienkę i włożę ją zamiast tych cholernych spodni. I jeszcze jedwabne pończochy i szpilki! W tym pokoju będę damą, a nie członkinią Partii.

Zrzucili z siebie ubrania i położyli się do ogromnego łoża z mahoniu. Po raz pierwszy Winston rozebrał się do naga w obecności Julii. Do tej pory nazbyt się wstydził swojego bladego wymizerowanego ciała, żylaków nabrzmiałych na łydkach i sinej plamy nad kostką. Brakowało pościeli, lecz koc, na którym się położyli, był złachany, przez to gładki w dotyku, a sprężystość wielkiego łóżka zaskoczyła ich oboje.

- Na pewno pełno tu pluskiew, ale kogo to obchodzi - powiedziała Julia.

W tych czasach dwuosobowe łóżka widywano jedynie w domach prolów. W dzieciństwie Winston sypiał niekiedy w takim, Julia natomiast nie pamiętała, aby kiedykolwiek leżała w czymś podobnym.

Wkrótce oboje zasnęli. Kiedy Winston się obudził, wskazówki zegara zbliżały się do dziewiątej. Nie poruszył się, bo Julia spała z głową opartą w zgięciu jego łokcia. Prawie cały makijaż wtarła w jego twarz i zagłówek, ale plamy różu wciąż uwydatniały piękno jej kości policzkowych. Żółta smuga słońca padła na skraj łóżka i rozświetliła kominek, przy którym bulgotała woda na prymusie. Prolka na podwórzu przestała śpiewać, lecz z ulicy wciąż dobiegały przytłumione dziecięce wołania. Winston zastanawiał się, czy w wymazanej przeszłości takie wylegiwanie się na łóżku w chłodzie letniego wieczoru było czymś zupełnie normalnym - nadzy kobieta i mężczyzna kochają się, kiedy przyjdzie im ochota, rozmawiają, o czym chcą, nie czują przymusu, aby wstać, po prostu leżą bezczynnie, wsłuchani w przytłumione dźwięki z ulicy. Czy możliwe, że kiedyś coś takiego było dozwolone? Julia obudziła się, przetarła oczy i wsparta na łokciu spojrzała na prymus.

- Połowa wody się wygotowała - zauważyła. - Zaraz wstanę i zaparzę nam kawę. Mamy jeszcze godzinę. O której gaszą światło w twoim bloku?

- O dwudziestej trzeciej trzydzieści.

- U mnie o dwudziestej trzeciej. Ale do baraku trzeba wracać wcześniej, bo... Ej, a masz, wynocha, wstrętny potworze!

Wychyliła się nagle z łóżka, chwyciła but z podłogi i rzuciła nim w kąt pokoju, wykonując ramieniem chłopięcy wymach, tak samo jak pamiętnego przedpołudnia na oczach Winstona rzuciła słownikiem w postać Goldsteina podczas Dwóch Minut Nienawiści.

- Co to było? - spytał zaskoczony.

- Szczur. Wystawił wstrętny ryj spod boazerii. Na pewno jest tam dziura. Ale nieźle się wystraszył.

- Szczury! - wzdrygnął się Winston. - W naszym pokoju!

- Są wszędzie - powiedziała Julia obojętnym tonem, wyciągając się z powrotem na łóżku. - U nas grasują w kuchni. Są takie dzielnice w Londynie, gdzie się od nich roi. Wiesz, że atakują dzieci? Poważnie. Na niektórych ulicach kobiety boją się zostawić niemowlę bez opieki choćby na kilka minut. Najgorsze są te wielkie brunatne bestie. Paskudne jest to, że te potwory...

- Przestań już! - krzyknął Winston, zaciskając powieki.

- Najdroższy mój, ale zbladłeś. Co się dzieje? Brzydzisz się szczurów?

- Ze wszystkich ohydztw na świecie akurat szczur!

Julia przytuliła go, obejmując rękami i nogami, jakby chciała dodać mu otuchy ciepłem swojego ciała. Dopiero po chwili otworzył oczy. Przez dłuższy moment miał wrażenie, że znalazł się z powrotem w świecie koszmaru, który nawiedzał go od czasu do czasu przez całe życie. Było zawsze tak samo. Stał przed ścianą gęstego mroku, a po drugiej stronie czaiło się coś nie do zniesienia, nazbyt przerażającego, aby się z tym zmierzyć. We śnie najsilniejsze było poczucie samooszukiwania się, bo w istocie Winston wiedział, co znajduje się za ścianą. Gdyby zdobył się na nadludzki wysiłek, co przypominało wyrwanie sobie kawałka mózgu z czaszki, odsłoniłby tę tajemnicę. Lecz zawsze budził się za wcześnie, nie dokonawszy odkrycia, niemniej łączyło się to z tym, co mówiła Julia, kiedy brutalnie jej przerwał.

- Przepraszam - mruknął. - Nic się nie stało. Po prostu nie cierpię szczurów.

- Nie martw się, najdroższy, nie damy im się tutaj rozpanoszyć. Kiedy będziemy wychodzili, zatkam dziurę kawałkiem worka. Następnym razem przyniosę gips i porządnie wszystko uszczelnię.

Chwila panicznego lęku powoli minęła. Lekko zawstydzony Winston usiadł oparty o wezgłowie. Julia wstała, wciągnęła kombinezon i zaparzyła kawę. Z garnka dobywał się tak silny i ponętny aromat, że zamknęli okno, aby nikt z zewnątrz nie zwrócił na to uwagi i nie zaczął węszyć. Jeszcze lepsza od smaku kawy była jej jedwabista konsystencja dzięki rozpuszczonemu cukrowi - Winston prawie zapomniał o takich doznaniach po długich latach używania sacharyny. Z jedną ręką w kieszeni, z kromką chleba posmarowaną dżemem w drugiej Julia krążyła po pokoju, spoglądając obojętnie na biblioteczkę, wyjaśniając, jak najlepiej naprawić rozkładany stół, wciskając się w wyświechtany fotel, żeby sprawdzić, czy jest wygodny, przypatrując się z pobłażliwym rozbawieniem niedorzecznemu zegarowi z dwunastogodzinną tarczą. Do łóżka wróciła ze szklanym przyciskiem, aby obejrzeć go w lepszym świetle. Winston wyjął jej go z rąk, jak zawsze zauroczony łagodną wodnistością szkła.

- Jak myślisz, co to jest tak naprawdę? - spytała Julia.

- Chyba nic. Znaczy, chodzi mi o to, że to przedmiot raczej bezużyteczny. Dlatego właśnie tak mi się podoba. Okruch historii, który przeoczyli. Przesłanie sprzed stu lat. Pod warunkiem że ktoś umiałby je odczytać.

- A ten obraz? - ruchem głowy Julia wskazała staloryt wiszący na przeciwległej ścianie. - Też ma sto lat?

- Więcej. Stawiałbym, że z dwieście. Ale ciężko powiedzieć. W dzisiejszych czasach trudno określić wiek czegokolwiek.

Podeszła do ściany, żeby się przyjrzeć.

- O, tędy wylazł ten potwór - stwierdziła, kopiąc w boazerię bezpośrednio pod ryciną. - Co to za budynek? Gdzieś już go chyba widziałam.

- To kościół, przynajmniej kiedyś to był kościół. Kościół Świętego Klemensa od Duńczyków. - Winston przypomniał sobie fragment wierszyka, którego nauczył go pan Charrington, wyrecytował więc z lekką tęsknotą w głosie: - Owoce za ćwierć pensa, dudnią dzwony u Świętego Klemensa!

Ku jego zaskoczeniu Julia dopowiedziała:

- Pomarańcza, cytryna, wołają dzwony u Świętego Marcina. Towary z obcych lądów, krzyczą dzwony nad gmachem sądów. Nie pamiętam, jak to idzie dalej, ale pamiętam sam koniec. Oto świeczka, byś trafił do łóżka, oto topór, by ci głowa spadła, gdzie poduszka!

Czuli się, jakby podali dwa człony hasła. Lecz z pewnością po "dzwony nad gmachem sądów" były dalsze słowa. Być może, odpowiednio zachęcony, pan Charrington zdołałby wygrzebać je z pamięci.

- Kto cię tego nauczył? - spytał Winston.

- Dziadek. Mówił mi ten wierszyk, jak byłam mała. Potem wyparował, miałam wtedy osiem lat. No, w każdym razie zniknął. Zastanawiałam się, co to jest cytryna - dodała Julia rozkojarzona. - Bo pomarańcze to widziałam. Okrągłe żółtawe owoce z grubą skórką.

- Ja pamiętam cytryny - powiedział Winston. - W latach pięćdziesiątych można było je kupić. Kwaśne tak bardzo, że od samego zapachu cierpły zęby.

- Założę się, że za tym obrazem siedzi pełno pluskiew. Któregoś dnia zdejmę go i porządnie wszystko wyszoruję. Chyba już pora się zbierać. Muszę jeszcze zmyć makijaż. Mordęga! Potem tobie trzeba zetrzeć szminkę z twarzy.

Winston wciąż leżał. W pokoju robiło się coraz ciemniej. Odwrócił się w kierunku światła i wpatrywał w szklany przycisk. To nie sam zatopiony koral, lecz wnętrze szklanej półkuli okazało się niezmiennie fascynujące. Wielka głębia i zarazem przejrzystość niczym przestwór. Jakby powierzchnia szkła była nieboskłonem zamykającym mały świat w atmosferze swojej kapsuły. Odnosił wrażenie, że mógłby wejść do środka, mało tego, że już się tam znajduje razem z mahoniowym łóżkiem, rozkładanym stołem, zegarem, ryciną, a nawet z samym przyciskiem. Szklany przycisk stał się pokojem, w którym przebywali Winston i Julia, a koral ich życiem, zawieszonym w czymś na kształt wieczności wewnątrz przeźroczystej bryły.

ROZDZIAŁ 5

Syme przepadł. Pewnego ranka nie zjawił się w pracy; kilka mało rozgarniętych osób odważyło się skomentować jego nieobecność. Nazajutrz już nikt o nim nie wspomniał. Trzeciego dnia Winston wyszedł na korytarz Wydziału Archiwów, żeby zobaczyć tablicę ogłoszeń. Wywieszono na niej między innymi wydrukowaną listę członków Komisji Szachowej, do której należał Syme. Wyglądała niemal dokładnie tak jak wcześniej - niczego nie wykreślono - ale zawierała o jedno nazwisko mniej. To nie pozostawiało żadnych złudzeń. Syme przestał istnieć - w istocie nigdy nie istniał.

Panował duszny skwar. W labiryncie ministerstwa pozbawione okien, klimatyzowane pomieszczenia utrzymywały normalną temperaturę, lecz na zewnątrz nagrzany chodnik parzył stopy, a w godzinie szczytu smród w metrze był straszliwy. Przygotowania do Tygodnia Nienawiści toczyły się pełną parą, personel wszystkich ministerstw wyrabiał nadgodziny. Należało zorganizować pochody, mityngi, defilady wojska, wykłady, pokazy figur woskowych, wystawy, seanse filmowe, programy teleekranowe, należało postawić trybuny, zawiesić portrety, ukuć nowe hasła, napisać pieśni, puścić w obieg plotki, dokonać fotomontaży. Zespół Julii w Wydziale Literatury Pięknej oddelegowano od powielania powieści do sporządzania ulotek na temat zbrodni wojennych przeciwnika. Oprócz wypełniania zwykłych obowiązków Winston poświęcał teraz sporą część dnia na przeglądanie archiwalnych wydań "Timesa", aby zmieniać treść lub poprawiać styl doniesień informacyjnych, na które zamierzano się powoływać w oficjalnych przemówieniach. Późnym wieczorem, kiedy na ulicach grasowały głośne tłumy prolów, miasto ogarniała osobliwie gorączkowa atmosfera. Pociski rakietowe spadały teraz częściej niż dotąd i niekiedy w oddali widać było ogromne eksplozje, których nikt nie potrafił wyjaśnić i o których opowiadano niestworzone rzeczy.

Skomponowano i bez końca odtwarzano przez teleekrany nową pieśń, która miała być lejtmotywem Tygodnia Nienawiści (nazwano ją Pieśnią Nienawiści). Miała dziki, gwałtowny rytm, który trudno było nazwać muzyką, a który przypominał dudnienie bębna. Wywrzaskiwana przez setki gardeł do taktu maszerujących stóp pieśń ta budziła grozę. Przypadła prolom do gustu, więc teraz rywalizowała na ulicach o północy z wciąż popularną Był to miłości odruch beznadziejny. Dzieci Parsonsów grały ją dzień i noc, do obłędu, na grzebieniu owiniętym skrawkiem papieru toaletowego. Wieczory Winstona były teraz bardziej zapełnione niż dotąd. Oddziały ochotników, skrzykniętych przez Parsonsa, szykowały wystrój ulic na Tydzień Nienawiści - szyto transparenty, malowano plakaty, na dachach instalowano maszty i z narażeniem życia rozpinano nad jezdniami linki do zawieszania serpentyn. Parsons chełpił się, że w samym bloku Victory Mansions zużyją czterysta metrów tkaniny flagowej. Był w swoim żywiole, wesoły jak ptaszek. Upał i praca fizyczna stanowiły doskonały pretekst, aby wieczorami paradował w szortach i rozpiętej koszuli. Był wszędobylski - pchał, ciągnął, piłował, wbijał gwoździe, poprawiał usterki, zagrzewał wszystkich do pracy koleżeńskimi napomnieniami, z każdej fałdy swojej skóry buchając niewyczerpanymi strugami potu o kwaśnej woni.

W całym Londynie znienacka pojawiły się nowe plakaty. Pozbawione treści ukazywały ogromną, wysoką na trzy, cztery metry postać uzbrojonego w karabin maszynowy eurazjatyckiego żołnierza z kamienną twarzą o mongoloidalnych rysach, maszerującego w olbrzymich buciorach, gotowego do puszczenia serii z biodra. W efekcie zastosowanego skrótu perspektywicznego na widza patrzyła czeluść lufy. Plakatami zaklejono każde wolne miejsce w mieście; było ich więcej niż portretów Wielkiego Brata. W prolach, na ogół obojętnych na koleje wojny, wywołało to krótkotrwałą gorączkę patriotyzmu. Dostrajając się do ogólnej atmosfery, pociski rakietowe zbierały żniwo krwawsze niż zwykle. Jeden spadł na zatłoczone kino w Stepney, powodując śmierć kilkuset ludzi pod gruzami. Wszyscy mieszkańcy dzielnicy przemaszerowali w długim kondukcie żałobnym, a pogrzeb ofiar przerodził się w manifestację oburzenia. Inny pocisk trafił w pustą parcelę, używaną jako plac zabaw, w efekcie czego wybuch rozerwał na strzępy kilkanaścioro dzieci. Zorganizowano kolejne spontaniczne demonstracje, spalono podobiznę Goldsteina, z murów zerwano setki plakatów przedstawiających eurazjatyckiego żołnierza i wrzucono je do płomieni, a w trakcie zamieszek splądrowano niektóre sklepy. Potem gruchnęła plotka, że to szpiedzy naprowadzają pociski rakietowe falami radiowymi, podpalono więc mieszkanie starszej kobiety i mężczyzny podejrzewanych o obce pochodzenie, którzy ponieśli śmierć wskutek zaczadzenia.

W pokoju na piętrze u pana Charringtona Julia i Winston, jeśli tylko udało im się spotkać, leżeli na ogołoconym łóżku pod oknem, oboje nadzy dla ochłody. Szczur nie wrócił, natomiast ohydne robactwo pleniło się z powodu upału. Wydawało się jednak, że to nie ma znaczenia. Niezależnie od tego, czy wokół panowała czystość, czy powierzchnie lepiły się od brudu, pokój ten był ich rajem. Zaraz po przyjściu posypywali wszystko pieprzem kupionym na czarnym rynku, zrzucali ubranie i kochali się spoceni, potem zasypiali i w końcu budzili się, aby zobaczyć, że robaki przegrupowały się i dokonują kontrnatarcia.

W czerwcu spotkali się cztery, pięć, sześć, nie - w sumie siedem razy. Winston wyzbył się nawyku popijania dżinu o każdej porze. Najwyraźniej nie odczuwał już takiej potrzeby. Przytył, wrzód na nodze mniej dawał się we znaki, pozostawiając po sobie tylko brązowy kleks nad kostką, minęły też poranne napady kaszlu. Życie przestało być nieznośną katorgą; nie korciło go już, by stroić głupie miny do teleekranu ani kląć na całe gardło. Teraz, gdy mieli bezpieczną kryjówkę, co tam kryjówkę, prawie dom, nie doskwierało mu tak bardzo, że spotykają się nieczęsto i wyłącznie na kilka godzin. Liczyło się to, że pokój nad składzikiem ze starzyzną naprawdę istnieje. Świadomość, że czeka na nich w nienaruszonym stanie, podnosiła Winstona na duchu prawie tak samo jak pobyt w nim. Ten pokój był osobnym światem, rezerwatem ocalałym z przeszłości, w którym grasowały wymarłe zwierzęta. Pan Charrington, doszedł do wniosku Winston, też jest wymarłym okazem. W drodze na piętro zazwyczaj ucinał z nim sobie kilkuminutową pogawędkę. Wydawało się, że staruszek prawie nigdy nie wychodzi na miasto i nie ma klienteli. Żył jak zjawa między małym ciemnym składzikiem a jeszcze mniejszą kuchnią na zapleczu, gdzie przygotowywał sobie posiłki i gdzie w otoczeniu innych przedmiotów stał niewiarygodnie staromodny gramofon z olbrzymią tubą. Wydawał się ucieszony z okazji do rozmowy. Snując się pośród swych bezwartościowych towarów, długonosy i zgarbiony, w grubych okularach i marynarce z aksamitu, przypominał bardziej kolekcjonera niż handlarza. Z powściągliwym entuzjazmem dotykał palcem tego lub tamtego bibelotu - porcelanowego korka, malowanego wieczka pękniętej tabakierki, medalionu z kosmykiem włosów dawno zmarłego dziecka - nigdy jednak nie sugerował, że Winston powinien coś kupić, jakby wystarczał mu sam podziw drugiego człowieka. Rozmowa z nim przypominała słuchanie tonów zdartej pozytywki. Z zakamarków pamięci pan Charrington wydobywał kolejne okruchy zapomnianych rymowanek. Jedna opowiadała o stadzie dwudziestu czterech kosów, inna o krowie z odgiętym rogiem, jeszcze inna o śmierci nieszczęsnego koguta Robina.

- Przyszło mi do głowy, że to może pana zainteresować - mówił, śmiejąc się cicho i autoironicznie, ilekroć recytował kolejne fragmenty.

Nie potrafił jednak przypomnieć sobie więcej niż kilka linijek.

Winston i Julia zdawali sobie sprawę - właściwie nigdy o tym nie zapomnieli - że to, co się dzieje, nie potrwa długo. Niekiedy perspektywa rychłej śmierci wydawała się tak namacalna jak łóżko, na którym leżeli. Tulili się wtedy do siebie z iście desperacką zmysłowością, jak potępione dusze kurczowo uczepione resztek ostatniej przyjemności, bo za moment zegar wybije feralną godzinę. Lecz zdarzały się także chwile, kiedy owładnęło nimi złudzenie nie tylko bezpieczeństwa, ale i nieprzemijalności. Dopóki przebywali w tym pokoju, oboje mieli poczucie, że nie może im się stać nic złego. Dotarcie na miejsce było trudne i najeżone niebezpieczeństwami, sam pokój jednak stanowił sanktuarium. Było tak jak wtedy, gdy Winston spojrzał w głąb przycisku do papieru i poczuł, że mogliby wślizgnąć się do wnętrza szklanego świata, a wtedy czas by się zatrzymał. Często oddawali się marzeniom o ucieczce. Szczęście ich nie opuści, będą więc mogli dalej żyć w ten sposób, aż do grobowej deski. Albo Katherine umrze i dzięki sprytnym zabiegom Winston i Julia zdołają wziąć ślub. Albo popełnią razem samobójstwo. Albo znikną, zmienią wygląd nie do poznania, nauczą się mówić z proletariackim akcentem, znajdą pracę w fabryce i niewykryci będą żyć spokojnie w jakimś miejskim zaułku. To wszystko było niedorzeczne, zdawali sobie z tego sprawę. W istocie ucieczka nie wchodziła w grę. Nie zamierzali nawet przeprowadzić jedynego planu, który był realny: samobójstwa. Żyć w niepewności z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, tkając teraźniejszość, która nie miała przyszłości, wydawało się nieodpartym odruchem, podobnie jak płuca człowieka zawsze biorą kolejny wdech, jeśli nie zabrakło powietrza.

Czasem rozmawiali nawet o aktywnym zaangażowaniu się w działalność przeciwko Partii, nie mieli jednak pojęcia, jak zrobić pierwszy krok. Jeśli nawet okryte złą sławą Bractwo istniało naprawdę, to nawiązanie z nim kontaktu wydawało się niemożliwością. Winston powiedział Julii o dziwnej więzi łączącej go - a przynajmniej tak sądził - z O'Brienem, o tym, że czasem odczuwa chęć, aby podejść do tego człowieka, poinformować go, że jest wrogiem Partii, i poprosić o pomoc. O dziwo Julia nie uznała tego za nierozsądne posunięcie. Nawykła do oceniania ludzi po twarzy, nie była więc zaskoczona, że Winston nabrał zaufania do O'Briena wyłącznie na podstawie błyskawicznej wymiany spojrzeń. Ponadto uważała za oczywiste, że w głębi ducha wszyscy albo prawie wszyscy nienawidzą Partii i chętnie łamaliby narzucone zasady, gdyby nie narażało ich to na sankcje. Zarazem nie sądziła, że istnieje lub choćby może zaistnieć szeroka zorganizowana opozycja. Gadki o Goldsteinie i jego podziemnej organizacji, stwierdziła, to stek bzdur wymyślonych przez Partię w określonym celu, należy więc udawać, że się w to wierzy. Niezliczoną ilość razy na zlotach partyjnych i spontanicznych demonstracjach Julia domagała się zlikwidowania ludzi, których nazwiska usłyszała pierwszy raz w życiu i w których winę nie wierzyła w najmniejszym stopniu. Gdy organizowano procesy pokazowe, zajmowała miejsce w zastępach Ligi Młodzieżowej, które otaczały gmach sądu od rana do nocy, skandując raz po raz: "Śmierć zdrajcom!". W trakcie Dwóch Minut Nienawiści gorliwiej niż inni obrzucała postać Goldsteina wyzwiskami. A jednak miała liche pojęcie o tym, kim jest ten człowiek i jaką doktrynę reprezentuje. Wychowała się w czasach porewolucyjnych i była zbyt młoda, aby pamiętać spory ideologiczne lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Takie zjawisko jak niezależny ruch polityczny nie mieściło się w granicach jej wyobraźni, poza tym Partia była przecież niezwyciężona. Będzie istnieć zawsze i niezmiennie. Przeciwstawić się jej można było wyłącznie poprzez ciche nieposłuszeństwo i w najlepszym razie sporadyczne akty przemocy, takie jak zgładzenie kogoś albo wysadzenie czegoś w powietrze.

Pod pewnym względem Julia okazała się znacznie bystrzejsza od Winstona i znacznie mniej podatna na partyjną propagandę. Któregoś dnia, gdy w rozmowie wspomniał o wojnie z Eurazją, zaskoczyła go rzuconym od niechcenia stwierdzeniem, że jej zdaniem wojny w ogóle nie ma. Pociski rakietowe, które codziennie spadały na Londyn, były najprawdopodobniej wystrzeliwane przez rząd Oceanii, "żeby ludzie nie przestali się bać". Taka ewentualność nigdy nie przyszła Winstonowi do głowy. Poczuł też zazdrość, gdy Julia powiedziała mu, że w trakcie Dwóch Minut Nienawiści musi się bardzo pilnować, aby nie wybuchnąć śmiechem. Zarazem ideologię partyjną kwestionowała tylko wtedy, gdy ograniczała jej własne życie. Często przyjmowała oficjalną wersję wydarzeń, bo różnica między prawdą a fałszem nie wydawała się jej aż tak istotna. Wierzyła na przykład, usłyszawszy o tym w szkole, że to Partia wynalazła samolot. (Z własnych czasów szkolnych pod koniec lat pięćdziesiątych Winston pamiętał, że Partia podawała się tylko za wynalazcę śmigłowca; kilkanaście lat później, kiedy Julia poszła do szkoły, dorobkiem partii był już samolot, a w przyszłym pokoleniu miał nim być zapewne silnik parowy). Gdy jednak powiedział jej, że samolot skonstruowano, zanim się urodził i zanim nastała Rewolucja, nie wzbudziło to w niej żadnego zainteresowania. W końcu jakie to ma znaczenie, kto wynalazł samolot? Winston przeżył mały wstrząs, kiedy po zdawkowo rzuconej uwadze zorientował się, że Julia nie pamięta, że cztery lata wcześniej Oceania była w stanie wojny z Ostazją i w sojuszu z Eurazją. Całą tę wojnę uważała za wielką brednię, najwyraźniej jednak nie zauważyła, że nieprzyjacielem jest teraz ktoś inny.

- Myślałam, że zawsze biliśmy się z Eurazją - powiedziała od niechcenia.

Lekko się wtedy zaniepokoił. Owszem, samolot wynaleziono na długo przed narodzinami Julii, ale przetasowanie w sojuszach nastąpiło zaledwie cztery lata wcześniej, kiedy była już dorosłą osobą. Spierali się o to przez blisko kwadrans. W końcu, po naleganiach Winstona, Julia wytężyła pamięć i stwierdziła bez przekonania, że faktycznie dawniej to nie Eurazja, lecz Ostazja była wrogiem. Mimo to uważała całą sprawę za błahostkę.

- Kogo to obchodzi? - spytała zniecierpliwiona. - Zawsze jest jakaś cholerna wojna, poza tym wiadomo, że te wszystkie doniesienia z frontu to kłamstwa.

Czasem opowiadał jej o Wydziale Archiwów i ordynarnych fałszerstwach, których się dopuszczał. I znowu, nie wydawała się zgorszona. Na myśl o zatarciu granicy między prawdą a kłamstwem nie czuła przepaści otwierającej się u jej stóp. Wspomniał o sprawie Jonesa, Aaronsona i Rutherforda i doniosłym skrawku papieru, który wpadł mu w ręce. Nie wywarł jednak na Julii większego wrażenia. W pierwszej chwili nie zrozumiała nawet wymowy tej historii.

- To byli twoi koledzy? - spytała.

- Nie, nigdy ich nie poznałem. Byli członkami Partii Wewnętrznej. Poza tym znacznie starszymi ode mnie. Należeli do dawnych czasów, sprzed Rewolucji. Znałem ich ledwo z widzenia.

- To czym się martwisz? Przecież ludzie bez przerwy są likwidowani.

Próbował jej wytłumaczyć.

- To był wyjątkowy przypadek. Nie chodziło tylko o to, że ktoś stracił życie. Czy uświadamiasz sobie, że przeszłość, poczynając od wczoraj, została wymazana? Jeśli w ogóle gdzieś przetrwała, to w kilku namacalnych przedmiotach pozbawionych słów, jak ten kawał szkła tutaj. Już dziś nie wiemy prawie nic o Rewolucji i poprzedzających ją latach. Każdy zapis albo usunięto, albo sfałszowano, każdą książkę ocenzurowano, każdy obraz przemalowano, każdy pomnik, ulicę i budynek przemianowano, zmieniono każdą datę. Proces ten trwa dzień w dzień, w każdej minucie. Historia wstrzymała bieg. Nie istnieje nic oprócz teraźniejszości, w której Partia ma zawsze rację. Wiem oczywiście, że przeszłość zafałszowano, ale nigdy nie będę mógł tego udowodnić, mimo że sam biorę w tym udział. Bo gdy już to się dokonuje, nie pozostają żadne tego ślady. Jedyny dowód istnieje w mojej głowie, a nie mam pewności, czy jakikolwiek inny człowiek zachował takie same wspomnienia jak ja. A w tym jedynym przypadku w całym swoim życiu zdobyłem konkretne świadectwo tego, co się wydarzyło. Wydarzyło wiele lat wcześniej.

- I co z tego wynika?

- Nic nie wynikło, bo wyrzuciłem ten papier po kilku minutach. Ale gdyby to samo wydarzyło się dzisiaj, postąpiłbym inaczej.

- Ja nie! - odparła Julia. - Byłabym gotowa ryzykować, ale tylko gdy coś jest tego warte, a nie dla strzępów starej gazety. Co byś z tym zrobił, gdybyś to zachował?

- Pewnie nic. Lecz to był dowód. Być może zasiałbym tu i ówdzie trochę wątpliwości, zakładając, że zdobyłbym się na odwagę, aby to komuś pokazać. Nie wyobrażam sobie, że za naszego życia udałoby się coś zmienić. Ale można sobie wyobrazić, że tu i tam dochodzi do odruchów sprzeciwu, że skrzykują się małe grupy ludzi, że to narasta, że ocaleje trochę dowodów, aby następne pokolenie mogło podjąć to, co po nas zostało.

- Najdroższy, nie interesuje mnie następne pokolenie. To my mnie interesujemy.

- Buntujesz się tylko od pasa w dół - skwitował.

Uznała to za błyskotliwą, dowcipną ripostę i zachwycona zarzuciła mu ręce na szyję.

W najmniejszym stopniu nie ciekawiły jej konsekwencje oddziaływania partyjnej ideologii. Ilekroć zaczynał mówić o zasadach anglosocu, o dwumyśleniu, przepisywaniu historii, negacji obiektywnej rzeczywistości lub używał określeń z nowomowy, Julia wyglądała na znudzoną i zdezorientowaną, mówiła, że nigdy nie zwraca uwagi na te rzeczy. Wszyscy mieli świadomość, że to bzdury, więc po co się tym zamartwiać? Wiedziała, kiedy wiwatować, a kiedy buczeć, czego więcej trzeba? Gdy upierał się przy rozmowie na ten temat, zazwyczaj zasypiała, co było niepokojące. Należała do ludzi, którzy potrafili zasnąć o każdej porze i w każdej pozycji. Rozmawiając z Julią, Winston uświadomił sobie, jak niezwykle łatwo utrzymywać pozory prawomyślności, nawet jeśli się nie wie, czym jest ta prawomyślność. Pod pewnym względem światopogląd Partii najmocniej odciskał się na umysłach ludzi niezdolnych do jego zrozumienia. Można było ich skłonić do zaakceptowania najbardziej rażącego zakłamywania rzeczywistości, bo nigdy w pełni nie docierał do nich ogrom tego, czego od nich żądano, poza tym nie interesowali się wydarzeniami na tyle, aby dostrzec, co w istocie się wyprawia. Dzięki nieświadomości pozostawali przy zdrowych zmysłach. Po prostu łykali wszystko grzecznie bez szkody dla siebie, bo nie zostawał po tym żaden osad, podobnie jak po ziarenku niestrawionym przez układ pokarmowy ptaka.

ROZDZIAŁ 6

Nareszcie stało się. Winston otrzymał oczekiwany sygnał. Wydawało mu się, że czekał na to przez całe życie.

Szedł długim korytarzem w ministerstwie i właśnie dotarł do miejsca, w którym Julia wsunęła mu karteczkę do ręki, gdy nagle uświadomił sobie, że podąża za nim ktoś roślejszy od niego. Osoba ta odchrząknęła krótko, jakby to był wstęp do rozmowy. Winston zatrzymał się gwałtownie i odwrócił. Zobaczył O'Briena.

W końcu znaleźli się twarzą w twarz i Winstonowi serce zabiło dziko. Pierwszą reakcją był odruch ucieczki. Nie mógłby chyba wydusić z siebie ani słowa. O'Brien zbliżył się płynnym krokiem, przyjaznym gestem chwycił Winstona za łokieć i po chwili szli ramię w ramię. Przemówił z powagą tym samym ugrzecznionym tonem, jaki odróżniał go od większości członków Partii Wewnętrznej:

- Miałem nadzieję, że nadarzy się sposobność, aby z wami porozmawiać, towarzyszu. Któregoś dnia przeczytałem jeden z waszych artykułów w "Timesie". Rozumiem, że nowomowa interesuje was naukowo?

Winston odzyskał trochę zimnej krwi.

- Naukowo to raczej nie - odparł. - Jestem zwykłym amatorem. To nie moja domena. Nigdy nie miałem nic wspólnego z tworzeniem języka.

- Ale używacie bardzo eleganckich sformułowań. To nie tylko moja opinia. Rozmawiałem ostatnio z waszym kolegą, a to znawca. W tej chwili wypadło mi z głowy jego nazwisko.

Winston znów poczuł bolesny niepokój w sercu. Z całą pewnością O'Brien miał na myśli Syme'a, bo kogo innego? Lecz Syme nie tylko nie żył, ale był wymazany, nieobecny. Najmniejsza wzmianka o nim stanowiła śmiertelne niebezpieczeństwo. Słowa O'Briena były na pewno zamierzonym sygnałem, szyfrem. Poprzez włączenie Winstona w mały myśloczyn O'Brien zrobił z nich dwóch parę wspólników. Nadal szli nieśpiesznie korytarzem, lecz nagle O'Brien przystanął. Z osobliwie rozbrajającą łagodnością, którą zawsze przywoływał w tym geście, poprawił okulary na nosie. I mówił dalej:

- Tak naprawdę chciałem powiedzieć, że w waszym artykule, towarzyszu, zauważyłem dwa słowa, które wyszły z użytku. Ale wyszły z użytku dopiero niedawno. Widzieliście dziesiąte wydanie słownika nowomowy?

- Nie. Chyba się jeszcze nie ukazało. W Wydziale Archiwów ciągle używamy dziewiątego wydania.

- Zdaje się, że dziesiąte zaplanowano dopiero za kilka miesięcy. Ale w obiegu jest kilka egzemplarzy sygnalnych. Mam jeden. Może chcielibyście do niego zajrzeć?

- Jak najbardziej - odparł Winston, w lot dostrzegając, do czego zmierza O'Brien.

- Niektóre zaproponowane rozwiązania są bardzo pomysłowe. Zmniejszenie liczby czasowników, to z pewnością przypadnie wam do gustu, tak myślę. Więc jak, przysłać gońca ze słownikiem? Obawiam się jednak, że bez przerwy zapominam o takich sprawach. Może lepiej, gdybyście wpadli po niego do mnie w dogodnej porze? Chwileczkę, dam wam adres, towarzyszu.

Stali przed teleekranem. Rozkojarzonym ruchem O'Brien obmacał dwie kieszenie, po czym wyjął mały notatnik oprawiony w skórę i złote pióro. Zapisał adres, wyrwał kartkę i podał ją Winstonowi, a wszystko to wprost przed ekranem, aby każdy, kto obserwował ich na drugim końcu urządzenia, widział, co zostało przekazane.

- Wieczorami na ogół jestem w domu - oznajmił. - Jeśli akurat mnie nie będzie, mój służący wyda wam słownik.

Oddalił się, pozostawiając Winstona z karteczką, której nie było potrzeby ukrywać. Niemniej Winston wyuczył się adresu na pamięć, a kilka godzin później wepchnął świstek do zrzutni wraz ze stertą innych papierów.

Rozmawiali ze sobą najwyżej kilka minut, lecz spotkanie mogło mieć tylko jeden cel. Wszystko zostało obmyślone po to, aby Winston poznał adres O'Briena. Było to konieczne, bo nie istniały żadne pośrednie sposoby ustalenia miejsca zamieszkania drugiego człowieka. Nie było spisów adresowych. "Jeśli kiedykolwiek będziesz chciał się ze mną spotkać, znajdziesz mnie tutaj" - oto, co w istocie powiedział O'Brien. Być może w słowniku będzie ukryta jakaś wiadomość. Tak czy owak jedno nie ulegało wątpliwości: podziemie, o którym marzył Winston, faktycznie istniało, a on właśnie nawiązał z nim kontakt.

Zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później zareaguje na wezwanie O'Briena. Być może nazajutrz, a być może po długiej zwłoce - tego nie wiedział. To, co się przed chwilą wydarzyło, należało uznać za kolejny etap procesu rozpoczętego wiele lat wcześniej. Pierwszym krokiem była mimowolna skrywana myśl, drugim decyzja o pisaniu pamiętnika. Od myśli Winston przeszedł do słów, a teraz od słów do czynów. Ostatni etap rozegra się w Ministerstwie Miłości. Pogodził się z tym. Określony koniec zawierał się w początku. Było to przerażające, a raczej, ujmując rzecz ściślej, stanowiło przedsmak śmierci, jakby każdego dnia z Winstona uchodziło coraz więcej życia. Nawet w trakcie rozmowy z O'Brienem, gdy zrozumiał sens słów, jego ciałem targnął lodowaty dreszcz. Miał wrażenie, jakby wtrącono go do wilgotnego grobu, co gorsza, że ten grób od dawna na niego czekał.

ROZDZIAŁ 7

Winston obudził się zapłakany. Półprzytomna Julia odwróciła się do niego i mruknęła niewyraźnie:

- Co się dzieje?

- Śniło mi się... - zaczął i urwał.

Wydawało się to zbyt skomplikowane, aby wyrazić słowami. Najpierw był sen, a później wspomnienie, które zakiełkowało w jego umyśle sekundę po przebudzeniu.

Leżał na wznak z zamkniętymi oczami wciąż przepełniony aurą tego snu. Wyrazistego, promiennego snu, w którym zobaczył całe swoje życie niczym pejzaż w letni wieczór wymyty deszczem. Wszystko toczyło się wewnątrz szklanego przycisku do papieru, ale powierzchnią był nieboskłon, a świat poniżej zalało łagodne czyste światło, dzięki czemu wzrok sięgał nieskończenie daleko. Sen był naznaczony - w pewnym sensie wyrażał się - gestem, który dawniej wykonała jego matka i który powtórzyła Żydówka widziana w kronice filmowej, usiłująca osłonić swoje dziecko od kul, zanim chwilę później wybuch rozerwał ich oboje na strzępy.

- Wiesz, do tej pory wierzyłem, że zabiłem własną matkę.

- Dlaczego miałbyś to zrobić? - spytała Julia wciąż na wpół śpiąca.

- Nie zabiłem jej. To znaczy nie własnymi rękami.

We śnie Winston przypomniał sobie ostatnie chwile z matką, a zaraz po przebudzeniu w pamięci powrócił łańcuch drobnych zdarzeń z tym związanych. Zapewne przez całe lata wypychał to wspomnienie ze swojej świadomości. Nie znał dokładnej daty, ale nie mógł mieć więcej niż dziesięć lat, najwyżej dwanaście, kiedy to wszystko się stało.

Ojciec zniknął jakiś czas wcześniej, ale kiedy, Winston tego nie pamiętał. Lepiej zapamiętał tamte niepewne, burzliwe czasy, regularne napady paniki z powodu nalotów i krycie się na stacjach metra, wszechobecne gruzowiska, niezrozumiałe obwieszczenia wywieszane na rogach ulic, bandy wyrostków w koszulach tego samego koloru, długie kolejki przed piekarniami, urywany terkot karabinów maszynowych dobiegający z oddali - a nade wszystko to, że zawsze brakowało jedzenia. Pamiętał, jak całymi popołudniami przetrząsał z innymi chłopcami okrągłe kosze na śmieci i sterty odpadków, wygrzebywał żyłki pozostałe po liściach kapusty, obierki po ziemniakach, czasem nawet czerstwą skórkę od chleba, z której zeskrobywał brud, czyhał na przejeżdżające ciężarówki, które utartą trasą woziły paszę dla zwierząt, bo gdy podskakiwały na wybojach, sypał się z nich czasem makuch.

Gdy ojciec zniknął, matka nie okazała gwałtownej rozpaczy ani choćby zaskoczenia, nastąpiła w niej jednak nagła zmiana. Straciła chęć do życia. Nawet dla Winstona było oczywiste, że matka czeka na coś, co według niej nieuchronnie nastąpi. Nadal wypełniała swoje obowiązki - gotowała, prała, cerowała, słała łóżko, zamiatała podłogę, odkurzała gzyms kominka - zawsze powoli, wykonując osobliwie oszczędne ruchy, jakby była manekinem z własnym napędem. Wydawało się, że jej duże kształtne ciało zastyga samo z siebie. Przez długie godziny potrafiła siedzieć prawie bez ruchu na łóżku, tuląc swoją małą córeczkę, drobniutkie schorowane, ciche dziecko w wieku dwóch lub trzech lat, którego wymizerowana buzia nabrała małpich rysów. Niekiedy matka chwytała też Winstona w objęcia i przyciskała go do serca przez długą chwilę bez słowa. Pomimo młodych lat i samolubstwa rozumiał, że wiąże się to z tym, co ma się wydarzyć, a o czym nigdy nie wspominała.

Pamiętał pokój, w którym mieszkali, ciemne, zatęchłe pomieszczenie w połowie zajęte przez łóżko z białą narzutą. We wnęce kominka stała jednopalnikowa kuchenka gazowa, na ścianie wisiała półka, na której trzymali żywność, a na klatce schodowej znajdował się wspólnie używany zlew z brązowej kamionki. Winston przypominał sobie posągową postać matki pochyloną nad kuchenką, aby zamieszać coś w rondlu. Lecz przede wszystkim pamiętał bezustanny głód i paskudne, zaciekłe awantury przy posiłkach. Bez przerwy nękał matkę pytaniami, dlaczego nie ma wystarczająco dużo jedzenia, czasem doskakiwał do niej z krzykiem (pamiętał nawet ton swojego głosu, osobliwie tubalnego, bo przedwcześnie przechodził mutację), kiedy indziej silił się na żałosne pochlipywanie, aby dostać większą porcję. A przecież matka z własnej woli dawała mu dokładki. Uważała za oczywiste, że on, "chłopiec", powinien jeść więcej, ale bez względu na to, ile dostał, zawsze chciał jeszcze. Przy każdym posiłku błagała go, aby nie był samolubem, aby pamiętał, że jego siostrzyczka jest chora i też musi się najeść, lecz wszystko na próżno. Wrzeszczał rozwścieczony, gdy przestawała nakładać chochlą, próbował wyrwać jej rondel i łyżkę z rąk, podkradał z talerza siostry. Zdawał sobie sprawę, że skazuje je obie na głód, ale nie umiał się powstrzymać, mało tego, uważał nawet, że ma prawo tak postępować. Zdawały się to usprawiedliwiać kiszki grające mu marsza w brzuchu. Pomiędzy posiłkami, kiedy matka nie pilnowała, przetrząsał nędzne zapasy żywności na półce.

Pewnego dnia otrzymali przydział czekolady, której nie widzieli od tygodni, a może miesięcy. Winston wyraźnie zapamiętał przepyszny kęs. Na ich troje przypadła dwuuncjowa tabliczka (w tamtych czasach wciąż ważono w uncjach). Wydawało się oczywiste, że należało ją podzielić na trzy równe części. Nagle Winston usłyszał swój donośny głos - jakby mówił ktoś obcy - domagający się całej tabliczki. Matka odpowiedziała, że nie powinien być taki łakomy. Wywiązała się długa zacięta kłótnia, która ciągnęła się i ciągnęła: krzyki, biadolenie, łzy, napomnienia, targi. Siostrzyczka, uczepiona matki obiema rączkami jak małpka, spoglądała znad jej ramienia na Winstona dużymi smutnymi oczami. W końcu matka odłamała trzy czwarte tabliczki i podała Winstonowi, a resztę podsunęła córeczce. Dziewczynka wzięła czekoladę, popatrzyła na nią tępo, być może nie wiedząc, co trzyma w paluszkach. Winston przypatrywał się jej przez chwilę. Następnie gwałtownym ruchem ręki wyrwał jej kawałek i skoczył do drzwi.

- Winston, wracaj, wracaj! - zawołała matka. - Oddaj jej czekoladę!

Zatrzymał się, ale nie cofnął. Matka wpatrywała się w niego rozpaczliwie. Za chwilę miało się coś wydarzyć, ale nawet teraz, gdy wspominał to zdarzenie, nie wiedział, co to było. Siostra, świadoma, że została skrzywdzona, zakwiliła słabym głosem. Matka objęła ją mocno i przytuliła do piersi. Coś obecnego w jej ruchach podpowiedziało Winstonowi, że dziewczynka umiera. Odwrócił się i uciekł schodami na dół, a skradziona czekolada lepiła mu palce.

Nigdy więcej nie zobaczył matki. Gdy już zjadł czekoladę, poczuł lekki wstyd i przez kilka godzin włóczył się po ulicach, aż w końcu głód zagnał go do domu. Kiedy wrócił, matki nie było. W tamtych czasach stawało się to powoli normalne. Z mieszkania nic nie zniknęło - oprócz matki i siostry. Nie zabrały żadnych ubrań, zostało nawet matczyne palto. Winston nadal nie wiedział ze stuprocentową pewnością, że jego matka nie żyje. Równie dobrze mogła trafić do obozu pracy. Co się tyczy siostry, to być może przeniesiono ją, tak jak Winstona, do jednej z kolonii dla bezdomnych dzieci (nazywanych ośrodkami resocjalizacyjnymi), które powstały w rezultacie wojny domowej. Albo trafiła do obozu pracy wraz z matką, albo porzucono ją gdziekolwiek bez środków do życia, aby umarła.

Sen pozostawał wyrazisty, zwłaszcza ten opiekuńczy, troskliwy ruch ręki, w którym zawierał się cały sens. Winston wrócił pamięcią do innego snu sprzed dwóch miesięcy. Tak samo jak matka siedziała na obskurnym łóżku przykrytym białą narzutą, z dzieckiem przytulonym do piersi, Żydówka siedziała na tonącym statku, pod wodą, osuwając się coraz głębiej z każdą chwilą, patrząc na niego z dołu spośród ciemniejącej toni.

Winston opowiedział Julii o zniknięciu swojej matki. Nie otwierając oczu, przekręciła się na bok i ułożyła w wygodniejszej pozycji.

- Wyobrażam sobie, że byłeś wtedy małym wrednym potworem - powiedziała. - Wszystkie dzieci to potwory.

- Tak. Ale w tej historii chodzi o to, że...

Jej regularny oddech wskazywał, że znów morzył ją sen. A on pragnął mówić dalej o swojej matce. Z tego, co pamiętał, nie odnosił wrażenia, że była wyjątkową kobietą, cóż dopiero bardzo inteligentną, a jednak cechowała ją pewna szlachetność, czystość, po prostu dlatego, że trzymała się własnych zasad. Jej uczucia były jej uczuciami, nie mógł ich zmienić świat zewnętrzny. Do głowy by jej nie przyszło, że dany czyn nie ma znaczenia tylko dlatego, że jest nieskuteczny. Gdy się kogoś kochało, to się go kochało, a jeśli nie można było dać mu nic innego, to nadal obdarzało się go miłością. Kiedy zniknął ostatni kęs czekolady, matka zamknęła swoje dziecko w ramionach. Niewiele to dało, nie przybyło od tego czekolady, nie uchroniła w ten sposób córeczki od śmierci, ani prawdopodobnie siebie, ale dla niej był to naturalny odruch. Uchodźczyni na statku też objęła chłopczyka ręką, co nie osłoniłoby go od kul bardziej niż kartka papieru. Potwornością było to, że Partia wmówiła ludziom, że ich odruchy, uczucia nie mają znaczenia, jednocześnie zaś odebrała im wszelki wpływ na bieg spraw. Kiedy człowieka chwyciły macki Partii, wtedy to, co czuł lub czego nie czuł, to, co robił lub od czego się powstrzymał, nie zmieniało absolutnie nic. Bez względu na to, co się działo, człowiek znikał i więcej nie słyszano o nim ani o jego życiu. Był wymazany z dziejów do czysta. A jednak jeszcze dwa pokolenia wstecz nie wydawało się to tak arcyważne, bo nie próbowano zmieniać biegu historii. Kierowano się osobistą lojalnością, której nie kwestionowano. Liczyły się relacje międzyludzkie, a gest wyrażający całkowitą bezradność - porwanie w objęcia, uronienie łzy, słowo wyszeptane do umierającego człowieka - miał wartość sam w sobie. Nagle do Winstona dotarło, że prole nadal żyli w takim stanie. Byli wierni nie partii, krajowi czy idei, ale sobie nawzajem. Po raz pierwszy w życiu nie czuł pogardy do prolów, nie pomyślał o nich wyłącznie jako o bezwładnej sile, która pewnego dnia się uaktywni i doprowadzi do odrodzenia tego świata. Prole zachowali człowieczeństwo. Nie mieli skamieniałego wnętrza. Ocalały w nich pierwotne uczucia, których Winston musiał się powtórnie uczyć, podejmując świadome wysiłki. Przypomniał sobie, najwyraźniej bez związku ze swoimi przemyśleniami, że kilka tygodni wcześniej zobaczył leżącą na chodniku urwaną rękę, którą kopnął do rynsztoka, jakby była głąbem kapusty.

- Prole to istoty ludzkie - powiedział na głos. - A my nie.

- Dlaczego nie? - spytała Julia, znów otwierając oczy.

Zastanowił się na moment.

- Czy przyszło ci kiedykolwiek do głowy, że najlepiej byłoby, gdybyśmy po prostu stąd wyszli, zanim będzie za późno, i nigdy więcej się nie spotkali?

- Tak, najdroższy, przyszło mi to do głowy, i to kilka razy. A jednak się na to nie zdecyduję.

- Dotąd dopisywało nam szczęście - powiedział Winston - ale to niedługo się zmieni. Jesteś młoda. Wyglądasz normalnie, niewinnie. Jeśli będziesz się trzymać z daleka od takich jak ja, możesz przeżyć jeszcze z pięćdziesiąt lat.

- Nie, wszystko już przemyślałam. Zrobię tak jak ty. Nie bądź taki przygnębiony. Nauczyłam się unikać kłopotów.

- Być może uda nam się przeżyć razem jeszcze pół roku, rok, nie wiadomo. Lecz z pewnością skończy się rozstaniem. Czy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo samotni będziemy się wtedy czuli? Gdy wreszcie nas dopadną, nie będziemy mogli zrobić nic, dosłownie nic, aby pomóc sobie nawzajem. Jeśli się przyznam, zastrzelą cię. Jeśli się nie przyznam, też cię zastrzelą. Nic, co bym zrobił lub powiedział albo czego bym nie powiedział, nie uchroni cię od śmierci nawet przez pięć minut. Żadne z nas nie będzie wiedziało, czy drugie żyje, czy zostało zabite. Będziemy całkowicie bezsilni. Liczy się tylko to, że nie powinniśmy zdradzić siebie nawzajem, choć to niczego nie zmieni ani na jotę.

- Jeżeli chodzi ci o przyznanie się do winy, to na pewno to zrobimy - odparła Julia. - Wszyscy się przyznają. Nic na to nie poradzisz. Torturują człowieka.

- Nie chodzi mi o przyznanie się do winy. Przyznanie się to nie zdrada. Nie ma znaczenia to, co mówisz lub robisz, liczą się tylko uczucia. Największą zdradą byłoby, gdyby udało im się zmusić mnie, abym przestał cię kochać.

Zamyśliła się.

- Tego nie dadzą rady zrobić - odparła w końcu. - Tego jedynego nie dadzą rady zrobić. Potrafią zmusić cię do powiedzenia wszystkiego, wszystkiego, ale nie mogą cię zmusić, abyś w to uwierzył. Nie mogą wejść do twojego serca.

- Nie, nie mogą - przyznał z większą nadzieją w głosie - to prawda. Nie mogą wejść do serca. Gdy czujemy, że warto zachować człowieczeństwo, nawet jeśli to niczego nie zmienia, wtedy ich pokonamy.

Winston pomyślał o nieustannej inwigilacji za pomocą teleekranów. Szpiegowały ludzi za dnia i w nocy, ale gdy zachowywało się zimną krew, można było je przechytrzyć. Pomimo całego technicznego zaawansowania nie opanowały umiejętności wnikania w ludzkie myśli. Być może było inaczej, gdy tamci mieli już człowieka w swoich łapskach. Nikt nie wiedział, co dzieje się wewnątrz Ministerstwa Miłości, ale przecież można się było domyślić: tortury, szprycowanie prochami, czułe instrumenty rejestrujące reakcje układu nerwowego, stopniowe przełamywanie oporu poprzez deprywację snu, izolację i uporczywe przesłuchania. Informacji nie sposób było utrzymać w tajemnicy. Ustalano ją w drodze śledztwa, wyciskano z człowieka za pomocą tortur. Lecz jeśli celem było nie tyle zachowanie życia, ile zachowanie człowieczeństwa, to w ostatecznym rozrachunku co za różnica? Tamci nie mogli zmienić uczuć człowieka. Jeśli już, sam człowiek też nie mógł ich zmienić, nawet jeśli tego pragnął. Mogli obnażyć w najdrobniejszym szczególe wszystko, co zrobił, powiedział, pomyślał, ale skrytość serca, pozostająca tajemnicą nawet dla niego, była nieprzenikniona.

ROZDZIAŁ 8

Wreszcie się dokonało, poważyli się na ten krok!

Stali w podłużnym pomieszczeniu rozjaśnionym nikłym światłem. Teleekran przyciszono, dobiegały z niego tylko pomruki, a puszysty granatowy dywan sprawiał wrażenie stąpania po aksamicie. Pod przeciwległą ścianą, za biurkiem z lampą pod zielonym abażurem, siedział O'Brien, a po obu jego stronach piętrzyły się sterty papierów. Nie raczył podnieść głowy, gdy służący zaanonsował przybycie Julii i Winstona.

Winston bał się, że nie zdoła wydusić z siebie głosu, bo serce biło mu jak oszalałe. Zrobiliśmy to, w końcu zrobiliśmy, tylko o tym mógł myśleć. Taka wizyta była bardzo nierozważnym krokiem, a zjawienie się we dwoje wprost szaleństwem - choć na miejsce dotarli inną trasą i spotkali się dopiero przed drzwiami O'Briena. Przekroczenie progu wymagało żelaznych nerwów. Zwykli ludzie rzadko mieli okazję zobaczyć domy członków Partii Wewnętrznej czy choćby nawet dotrzeć do ich dzielnicy. Atmosfera tego ogromnego bloku mieszkalnego, zamożność i przestronność, nieznane aromaty wykwintnego jedzenia i wybornego tytoniu, ciche i niewiarygodnie szybkie windy sunące w górę i w dół, służba w białych marynarkach śpiesząca to tu, to tam - wszystko to było onieśmielające. Choć Winston miał dobry pretekst, aby tutaj przyjść, przy każdym kroku dopadał go strach, że zza rogu nagle wyskoczy strażnik w czarnym mundurze, zażąda okazania dokumentów i każe im się wynosić. Lecz służący O'Briena wpuścił ich oboje bez szemrania. Był niewysokim brunetem w białej marynarce, o nieprzeniknionej trójkątnej twarzy, być może Chińczykiem. Poprowadził ich korytarzem wyłożonym dywanami, o ścianach pokrytych kremową tapetą i białą lamperią, a wszystko było nieskazitelnie czyste. To też onieśmielało. Winston nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek widział korytarz, którego ściany nie byłyby usmolone od kontaktu z ludzkim ciałem.

O'Brien wpatrywał się z uwagą w świstek papieru trzymany w palcach. Jego nalana twarz, pochylona do tego stopnia, że było widać całą długość nosa, sprawiała groźne i zarazem inteligentne wrażenie. Siedział bez ruchu przez może dwadzieścia sekund. Następnie przysunął sobie mowopis i podyktował w mieszanym żargonie urzędniczym:

- Pozycje od jeden przecinek pięć do jeden przecinek siedem pełne zatwierdzenie stop sugestia w pozycji sześć niedorzeczność dwaplus na granicy myśloczynu wykreślić stop niekontynuacja prac budowlanych do przeduzyskania pluspełnej wyceny kosztów bieżących urządzeń stop koniec przekazu.

Wstał sztywno z krzesła i podszedł do nich obojga bezszelestnie po dywanie. Wydawało się, że gdy ucichł żargon nowomowy, O'Brien stracił odrobinę urzędniczej oficjalności, ale wyraz twarzy miał posępniejszy niż zwykle, jakby wbrew jego woli przeszkodzono mu w pracy. Przez strach, który Winston czuł, przedarło się nagle ukłucie zwykłego zażenowania. Dopadła go myśl, że zapewne kompletnie się przeliczył w swoich rachubach. Bo jaki w rzeczywistości miał dowód, że O'Brien jest dysydentem politycznym? Żadnego poza wymianą spojrzeń i jedną sugestywną wypowiedzią: oprócz tego tylko własne sekretne wyobrażenia oparte na marzeniach sennych. Winston nie mógłby się nawet posłużyć wymówką, że przyszedł po słownik, bo w ten sposób nie wytłumaczyłby obecności Julii. Gdy O'Brien mijał teleekran, jakaś myśl przyszła mu do głowy. Zatrzymał się, odwrócił bokiem i wcisnął guzik w ścianie. Rozległ się ostry trzask. Głos spikera umilkł.

Z ust Julii dobył się cichy dźwięk, jakby pisk wyrażający zdumienie. Mimo przerażenia Winston był zbyt zaskoczony, aby pohamować język.

- Możecie wyłączać teleekran! - powiedział.

- Owszem - odparł O'Brien. - Tacy jak ja mają ten przywilej.

Stał teraz naprzeciwko nich. Jego rosła postać górowała nad nimi, a wyraz twarzy wciąż pozostawał nieodgadniony. Czekał uparcie, aby Winston zaczął rozmowę, ale o czym? Wciąż było całkiem możliwe, że jest po prostu zajętym urzędnikiem, który zastanawia się, dlaczego przeszkodzono mu w pracy. Milczenie się przeciągało. Po wyłączeniu teleekranu zapadła grobowa cisza, w oczekiwaniu mijały kolejne sekundy. Winston z trudem wytrzymywał wzrok O'Briena. Wreszcie posępna dotąd twarz rozciągnęła się w powolnym uśmiechu. Charakterystycznym ruchem mężczyzna poprawił okulary na nosie.

- Kto ma to powiedzieć, ja czy wy? - spytał.

- Ja powiem - odparł natychmiast Winston. - Czy teleekran naprawdę jest wyłączony?

- Tak, wszystko jest wyłączone. Zostaliśmy tylko my troje.

- Przyszliśmy, bo... - urwał, gdyż po raz pierwszy uświadomił sobie mglistość kierujących nim pobudek. Nie wiedział, jakiej konkretnie pomocy oczekuje od O'Briena, trudno więc było mu wyjaśnić, po co się zjawił. Mówił jednak dalej, świadom, że jego słowa brzmią nijako, pretensjonalnie: - Wydaje nam się, że istnieje jakieś podziemie, jakaś tajna organizacja występująca przeciwko Partii i że wy, towarzyszu, do niej należycie. Chcielibyśmy się przyłączyć i działać. Nie wierzymy w zasady anglosocu. Jesteśmy wrogami Partii. Do tego myślozbójami. I parą cudzołożników. Mówię to, ponieważ chcemy się zdać na waszą łaskę i niełaskę. Jeśli zażądacie, towarzyszu, abyśmy obciążyli się jeszcze bardziej, jesteśmy gotowi to zrobić.

Urwał i zerknął przez ramię, bo miał wrażenie, że otworzyły się drzwi. I rzeczywiście, wszedł bez pukania służący o azjatyckiej twarzy. Winston zobaczył, że mężczyzna niesie karafkę i kieliszki na tacy.

- Martin jest jednym z nas - powiedział O'Brien beznamiętnym tonem. - Martin, daj to tutaj, postaw na stoliku. Wystarczy krzeseł? Usiądźmy więc wygodnie i porozmawiajmy. Martin, przysuń sobie krzesło. To narada. Możesz przestać być służącym na dziesięć minut.

Mały człowieczek zajął miejsce całkiem rozluźniony, a jednak wciąż zachowywał postawę służącego, postawę lokaja cieszącego się szczególnym traktowaniem. Winston przypatrywał mu się kątem oka. Uderzyło go, że całe życie tego mężczyzny jest odgrywaniem roli, że za niebezpieczną uważa on choćby chwilową rezygnację z utrzymywania pozorów. O'Brien wziął karafkę za szyjkę i napełnił kieliszki ciemnoczerwonym trunkiem. W pamięci Winstona do głosu doszło mgliste wspomnienie czegoś widzianego dawno temu na murze albo ogrodzeniu - ogromnej butelki składającej się z lampek elektrycznych, które poruszały się na wszystkie strony i wlewały do kieliszka. Z góry trunek wydawał się prawie czarny, natomiast w karafce migotał jak rubin. Aromat był słodkokwaśny. Winston zobaczył, że Julia podnosi kieliszek i pociąga nosem z autentycznym zaintrygowaniem.

- To się nazywa wino - oznajmił O'Brien z lekkim uśmiechem. - Zapewne czytaliście o nim w książkach. Obawiam się, że niewiele wina trafia do rąk członków Partii Zewnętrznej. - Znów spoważniał i uniósł kieliszek. - Wydaje się właściwe, byśmy zaczęli od wzniesienia toastu. Za zdrowie naszego Przywódcy. Za zdrowie Emmanuela Goldsteina.

Winston gorliwie chwycił kieliszek. O winie czytał i marzył. Podobnie jak szklany przycisk do papieru i na poły zapomniane wierszyki pana Charringtona należało do utraconej romantycznej przeszłości, do "dawnych czasów", jak lubił to nazywać w myślach. Z jakiegoś powodu zawsze przypisywał winu intensywnie słodki smak, jakby to była konfitura z jeżyn, oraz natychmiastowe odurzające działanie. Lecz teraz, przełknąwszy łyk, przeżył małe rozczarowanie. Tak naprawdę, po latach zapijania się dżinem, ledwie poczuł cokolwiek na języku. Po chwili odstawił pusty kieliszek.

- A więc jest ktoś taki jak Goldstein? - spytał.

- Jest i ma się dobrze. Ale gdzie jest, tego nie wiem.

- A konspiracja, podziemie? Czy to prawdziwa organizacja? Nie bujdy Myślicji?

- Nie, prawdziwa. Nazywamy ją Bractwem. Jednak o Bractwie nigdy nie dowiecie się więcej niż to, że istnieje i jesteście jego członkami. Za moment do tego wrócę. - O'Brien spojrzał na zegarek. - Nierozważnie jest, nawet w przypadku aktywu Partii Wewnętrznej, gasić teleekran na dłużej niż pół godziny. Nie powinniście byli przychodzić tu razem i będziecie musieli wyjść osobno. Ty, towarzyszko - skłonił głowę przed Julią - pójdziesz pierwsza. Mamy do dyspozycji około dwudziestu minut. Rozumiecie chyba, że muszę zacząć od zadania kilku pytań. Na co jesteście gotowi, ogólnie rzecz biorąc?

- Na wszystko, co w naszej mocy - odrzekł Winston.

O'Brien obrócił się lekko na krześle, żeby siedzieli twarzą w twarz. Właściwie ignorował Julię, jakby z góry założył, że Winston będzie mówił za oboje. Na moment zamknął powieki. Odezwał się beznamiętnym niskim głosem, jakby to była rutyna, odmawianie swoistego katechizmu, jakby już znał większość odpowiedzi.

- A jesteście gotowi na śmierć?

- Tak.

- Jesteście gotowi zabijać?

- Tak.

- Popełniać akty sabotażu, które mogą doprowadzić do śmierci setek niewinnych ludzi?

- Tak.

- Zdradzić ojczyznę dla obcego mocarstwa?

- Tak.

- Jesteście gotowi oszukiwać, dokonywać fałszerstw, szantażować, wykolejać umysły dzieci, rozprowadzać narkotyki wywołujące uzależnienie, zachęcać do prostytucji, rozsiewać choroby weneryczne, zrobić wszystko, co spowoduje demoralizację i osłabi władzę Partii?

- Tak.

- Gdyby jakimś zrządzeniem losu naszym celom przysłużyło się oblanie twarzy dziecka kwasem solnym, czy gotowi bylibyście na taki krok?

- Tak.

- Gotowi utracić swoją tożsamość i przez resztę życia udawać kelnera albo dokera w porcie?

- Tak.

- Jesteście gotowi popełnić samobójstwo, jeśli dostaniecie od nas takie polecenie?

- Tak.

- Jesteście gotowi obydwoje rozdzielić się i nigdy więcej nie spotkać?

- Nie! - krzyknęła Julia.

Wydawało się, że minęła długa chwila, zanim Winston zareagował. Na moment jakby stracił mowę. Raz za razem poruszał bezgłośnie językiem, próbując wyartykułować pierwszą głoskę każdej z dwóch możliwych odpowiedzi. Dopiero gdy usłyszał własny głos, zorientował się, co chciał odrzec.

- Nie.

- Dobrze, że szczerze to przyznaliście - rzekł O'Brien. - My musimy wiedzieć wszystko. - Odwrócił się do Julii i dodał z lekkim ożywieniem: - Uświadamiasz sobie, że jeśli nawet on przeżyje, to być może jako całkiem inna osoba? Być może będziemy zmuszeni dać mu nową tożsamość. Jego twarz, ruchy, kształt dłoni, kolor włosów, nawet głos, to wszystko będzie wtedy inne. Nasi chirurdzy potrafią zmienić wygląd człowieka nie do poznania. Czasem zachodzi taka konieczność. Czasem nawet amputujemy kończyny.

Winston nie mógł się powstrzymać przed ponownym ukradkowym spojrzeniem na mongoloidalną twarz Martina. Nie zobaczył żadnych blizn. Julia pobladła nieco, aż na jej policzkach ukazały się wyraźne piegi, ale śmiało patrzyła na O'Briena. Mruknęła coś potakująco.

- Dobrze. Zatem sprawa rozstrzygnięta.

Na stoliku leżała srebrna papierośnica. Dość niedbałym ruchem ręki O'Brien pchnął ją w kierunku pozostałych, następnie sam się poczęstował, wstał i zaczął się przechadzać powoli w tę i we w tę, jakby lepiej myślało mu się na stojąco. Papierosy okazały się wyśmienite, grube i mocno napchane tytoniem, a bibułka była wyjątkowo jedwabista. O'Brien znów spojrzał na zegarek.

- Martin, lepiej wracaj już do swojej służbówki - polecił. - Za kwadrans włączę. Przed odejściem przyjrzyj się dobrze tym towarzyszom. Ty ich jeszcze zobaczysz. Ja być może nie.

Jak wcześniej w drzwiach wejściowych, tak i teraz wzrok niskiego mężczyzny prześlizgnął się po ich twarzach. W jego zachowaniu nie było ani śladu serdeczności. Starał się zapamiętać ich wygląd, ale nie był nimi w ogóle zainteresowany, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Winstonowi przyszła do głowy myśl, że być może człowiek po operacji plastycznej nie potrafi zmienić wyrazu twarzy. Bez jednego słowa pożegnania służący Martin wyszedł i bezszelestnie zamknął za sobą drzwi. O'Brien przechadzał się w tę i z powrotem, z jedną ręką wciśniętą do kieszeni swojego czarnego kombinezonu, w drugiej trzymając papierosa.

- Rozumiecie - odezwał się ponownie - że będziecie działać na ślepo, jakbyście byli w ciemności. Zawsze będziecie w ciemności. Będziecie otrzymywać i wykonywać rozkazy, nie znając nawet powodów. Później przyślę wam Książkę, z której dowiecie się prawdy o naszym ustroju i o strategii przyjętej przez nas do jego zniszczenia. Po przeczytaniu Książki staniecie się pełnoprawnymi członkami Bractwa. Lecz oprócz ogólnych celów, do których dążymy, i konkretnych zadań do wykonania w danej chwili nigdy nie będziecie wiedzieć niczego na pewno. Zaręczam wam, że Bractwo istnieje, ale nie potrafię stwierdzić, czy ma stu członków, czy dziesięć milionów. Nie będziecie nawet na tyle zorientowani, aby móc powiedzieć, że jest ich choćby kilkunastu. Będziecie się kontaktowali z trzema, czterema łącznikami, którzy będą znikać i się zmieniać. To był wasz pierwszy kontakt, więc zostanie zachowany. Otrzymane rozkazy będą pochodzić ode mnie. Jeśli zajdzie konieczność porozumienia się z wami, kontakt nastąpi przez Martina. Gdy w końcu zostaniecie schwytani, przyznacie się do wszystkiego. To nieuchronne. Ale niewiele będzie tego, do czego się przyznacie, głównie do swoich czynów. Będziecie mogli zdradzić tylko garstkę nieliczących się ludzi, nikogo więcej. Prawdopodobnie nie zdradzicie nawet mnie. Bo wtedy być może nie będę już żył albo stanę się kimś zupełnie innym, człowiekiem o drugiej twarzy.

Wciąż chodził po miękkim dywanie. Pomimo zażywności poruszał się z zadziwiającym wdziękiem. Widać to było nawet po tym, jak wciskał dłoń do kieszeni albo obracał papierosa. Roztaczał dokoła aurę nie tyle siły, ile pewności siebie i wyrozumiałości zabarwionej ironią. Bez względu na to, z jak wielkim przejęciem mówił, nie było w tym zawziętości typowej dla fanatyka. Gdy wspominał o morderstwach, samobójstwach, chorobach wenerycznych, amputowanych kończynach, operacjach plastycznych, robił to z lekkim sarkazmem. "To nieuniknione - zdawał się mówić - tak musimy postąpić bez najmniejszego wahania. Ale przestaniemy tak postępować, gdy życie znów będzie warte przeżycia". Winstona zalała fala podziwu, niemalże czci dla O'Briena. Na moment zapomniał o tajemniczej postaci Goldsteina. Gdy patrzyło się na barczyste ramiona O'Briena i jego nalaną twarz, jakże brzydką i zarazem szlachetną, nie sposób było uwierzyć, że można go pokonać. Potrafił opracować każdą strategię, przewidzieć każde niebezpieczeństwo. Wydawało się, że nawet Julia jest pod wrażeniem. Zasłuchana zapomniała dopalić papierosa.

- Na pewno słyszeliście pogłoski o Bractwie. I wyrobiliście sobie o nim własne mniemanie. Przypuszczalnie wyobrażacie sobie ogromną siatkę spiskowców, którzy spotykają się potajemnie w piwnicach, wypisują odezwy na murach, rozpoznają się nawzajem za pomocą haseł albo specjalnego uścisku dłoni. Nic z tych rzeczy. Członkowie Bractwa nie mają żadnej możliwości rozpoznawania się nawzajem, a każdy zna tożsamość tylko kilku innych. Nawet sam Goldstein, gdyby wpadł w ręce Myślicji, nie mógłby przekazać pełnej listy członków ani informacji, która doprowadziłaby do sporządzania takiej listy. Taka lista nie powstanie. Bractwa nie można zlikwidować, gdyż nie jest organizacją w tradycyjnym sensie. Jego wyłączne spoiwo stanowi idea, która jest niezniszczalna. W dążeniach wesprze was tylko ta idea, nic innego. Nie będzie braterstwa broni, nie będzie słów zachęty. Prędzej czy później zostaniecie schwytani i nikt wam nie pomoże. Nigdy nie pomagamy naszym członkom. W najlepszym razie, gdy trzeba kogoś uciszyć, udaje nam się przemycić żyletkę do celi więziennej. Będziecie musieli przywyknąć do życia bez widocznych rezultatów i bez nadziei. Przez pewien czas będziecie działać, potem zostaniecie schwytani, przyznacie się i poniesiecie śmierć. To będą jedyne widoczne dla was skutki waszych starań. Nie ma mowy, aby za naszego życia nastąpiła jakakolwiek dostrzegalna zmiana. Jesteśmy martwi. Nasze prawdziwe życie zawiera się w przyszłości. Będziemy w niej uczestniczyć tylko jako garść prochu i odłamki kości. Jak daleko jest ta przyszłość, tego nie wie nikt. Być może upłynie tysiąc lat. Obecnie możliwe jest tylko poszerzanie krok po kroku tej enklawy normalności. Nie możemy działać zbiorowo. Naszą świadomość możemy szerzyć tylko od jednostki do jednostki, z pokolenia na pokolenie. W boju z Myślicją nie ma innego sposobu.

O'Brien przystanął i po raz trzeci spojrzał na zegarek.

- Towarzyszko, czas już na ciebie - zwrócił się do Julii. - Czekaj, zostało jeszcze pół karafki. - Napełnił kieliszki i podniósł swój za nóżkę. - Za co tym razem? - spytał z tą samą lekką nutą ironii. - Za pokrzyżowanie szyków Myślicji? Za śmierć Wielkiego Brata? Za ludzkość? Za przyszłość?

- Za przeszłość - odparł Winston.

- Tak, przeszłość jest ważniejsza - przyznał O'Brien poważnym tonem.

Opróżnili kieliszki i chwilę później Julia podniosła się, żeby wyjść. O'Brien zdjął z szafki małe pudełko i wręczył dziewczynie białą tabletkę, którą kazał jej położyć na języku.

- Nie należy wychodzić na miasto, gdy zalatuje od nas winem - rzekł. - Windziarze są bardzo czujni.

Gdy tylko drzwi zamknęły się za Julią, O'Brien jakby zapomniał o jej istnieniu. Zrobił znowu kilka kroków i przystanął.

- Musimy omówić szczegóły - odezwał się. - Zakładam, że macie jakąś kryjówkę?

Winston opowiedział o pokoju nad składzikiem pana Charringtona.

- Na razie to wystarczy - stwierdził O'Brien. - Później coś wam załatwimy. Kryjówki należy regularnie zmieniać. Tymczasem jak najszybciej wyślę wam egzemplarz KSIĄŻKI - nawet on, zauważył Winston, wymawiał to słowo, jakby było pisane wersalikami - książki Goldsteina, rozumie się. Ale zdobycie jej może potrwać parę dni. Jak możesz się domyślić, w obiegu nie ma wielu egzemplarzy. Myślicja tropi je i niszczy tak szybko, że nie nadążamy z drukowaniem. Lecz to im niewiele pomoże, bo Książka jest niezniszczalna. Nawet gdyby przepadł ostatni egzemplarz, moglibyśmy ją odtworzyć niemal słowo w słowo. Czy do pracy nosisz teczkę?

- Z reguły tak.

- Jak wygląda?

- Czarna, bardzo wyświechtana. Z dwoma paskami.

- Czarna z dwoma paskami, bardzo wyświechtana. Świetnie. Pewnego dnia w bliskiej przyszłości, choć w tej chwili nie potrafię podać ci dokładnej daty, w jednym z komunikatów dla ciebie na porannej zmianie będzie błąd drukarski, poprosisz więc o powtórzenie. Nazajutrz pójdziesz do pracy bez teczki. W ciągu dnia nieznajomy mężczyzna dotknie cię w ramię na ulicy i powie: "Chyba upuścił pan teczkę". Poda ci rzekomo zgubioną teczkę, w której będzie egzemplarz książki Goldsteina. Oddasz ją przed upływem dwóch tygodni.

Na moment zapadło milczenie.

- Za parę minut będziesz musiał iść - odezwał się wreszcie O'Brien. - Spotkamy się znowu... Jeśli spotkamy się znowu...

Winston spojrzał na niego.

- To tam, gdzie nie ma ciemności - dopowiedział z wahaniem.

O'Brien kiwnął głową, nie wyglądając na zaskoczonego.

- Tam, gdzie nie ma ciemności - powtórzył, jakby rozpoznał hasło. - A tymczasem czy chciałbyś coś powiedzieć przed wyjściem? Masz jakieś ważne informacje? Jakieś pytania?

Winston się zamyślił. Nie, nie było żadnych pytań, które cisnęłyby mu się na usta, a jeszcze mniej palił się do wygłaszania górnolotnych frazesów. W jego wyobraźni zamiast czegoś związanego bezpośrednio z O'Brienem lub Bractwem pojawił się kolaż złożony z obrazów ciemnego pokoju, w którym jego matka spędziła ostatnie dni swego życia, i klitki nad sklepem pana Charringtona, ze szklanym przyciskiem do papieru i stalorytem w ramie z palisandru. Niemal natychmiast odpowiedział:

- Czy kiedykolwiek słyszał towarzysz wierszyk, który zaczyna się słowami "Owoce za ćwierć pensa, dudnią dzwony u Świętego Klemensa"?

O'Brien znów kiwnął głową. Swoim poważnym ugrzecznionym tonem wyrecytował całą zwrotkę:

- Owoce za ćwierć pensa, dudnią dzwony u Świętego Klemensa. Pomarańcza, cytryna, wołają dzwony u Świętego Marcina. Towary z obcych lądów, krzyczą dzwony nad gmachem sądów. I wszelka pyszna słodycz, biją dzwony po całym Shoreditch.

- Zna towarzysz ostatnią linijkę! - zakrzyknął Winston.

- Tak, znam. Ale obawiam się, że na ciebie już pora. Czekaj, lepiej dam ci pastylkę.

Gdy Winston wstał, O'Brien wysunął rękę i potężnym uściskiem dłoni omal nie zmiażdżył mu palców. Przy drzwiach Winston odwrócił się, lecz gospodarz już usunął go ze swojej świadomości. Czekał z ręką na włączniku teleekranu. W tle Winston dostrzegł biurko z lampą pod zielonym abażurem, mowopisem i drucianymi koszykami wyładowanymi plikami papierów. Spotkanie dobiegło końca. Winston pomyślał, że w ciągu pół minuty O'Brien wróci do przerwanej - jakże ważnej - pracy na rzecz Partii.

ROZDZIAŁ 9

Winston był galaretowaty ze zmęczenia. Słowo "galaretowaty" trafiało w sedno i przyszło mu do głowy spontanicznie. Wydawało się, że jego ciało jest nie tylko rozlazłe jak galareta, ale także przezroczyste. Czuł, że gdyby podniósł rękę, zobaczyłby przenikające ją światło. Całą krew i limfę wysączyła z niego mordercza praca, pozostawiając tylko skórę, kości i stargane nerwy. Wszystkie doznania były spotęgowane. Kombinezon drapał go w ramiona, chodnik łaskotał w podeszwy stóp, nawet otwarcie i zamknięcie dłoni wymagało wysiłku, od którego trzeszczały stawy.

W ciągu pięciu dni przepracował ponad dziewięćdziesiąt godzin, podobnie jak wszyscy inni w ministerstwie. Wreszcie przygotowania dobiegły końca i do następnego ranka Winston nie miał już nic do roboty, żadnych partyjnych zadań do wykonania. Mógł spędzić sześć godzin w kryjówce i kolejne dziewięć we własnym łóżku. Wlókł się teraz obskurną uliczką zalaną łagodną poświatą popołudniowego słońca w kierunku składziku pana Charringtona, wypatrując ewentualnych patroli, mając zarazem irracjonalną pewność, że tego dnia nie grozi mu zatrzymanie. Ciężka teczka obijała go o kolano przy każdym kroku, wywołując mrowienie w nodze. W teczce znajdowała się Książka, którą Winston dostał sześć dni wcześniej, lecz której jeszcze nie otworzył ani nawet na nią nie spojrzał.

Szóstego dnia Tygodnia Nienawiści, po manifestacjach, przemówieniach, okrzykach i śpiewach, po wymachiwaniu transparentami i afiszami, po projekcjach filmów i pokazach figur woskowych, warkocie werbli i pisku trąbek, tupocie maszerujących stóp, chrzęście gąsienic czołgowych, ryku odrzutowców, huku dział - po sześciu dniach tego wszystkiego, kiedy podniecenie osiągnęło punkt szczytowy, a powszechna nienawiść do Eurazji przerodziła się w taką histerię, że gdyby tłum dorwał w swoje ręce dwa tysiące eurazjatyckich żołnierzy, których zamierzano powiesić ostatniego dnia obchodów, z całą pewnością rozerwałby ich na strzępy, akurat wtedy ogłoszono, że Oceania nie jest w stanie wojny z Eurazją. Ocenia była w stanie wojny z Ostazją. Eurazja okazała się sojusznikiem.

Oczywiście nie przyznano się, że zaszła zmiana. Po prostu nagle podano wszem i wobec, że wrogiem jest Ostazja, nie Eurazja. Winston brał wtedy udział w demonstracji na jednym ze śródmiejskich placów. Zapadł wieczór, a blade twarze i czerwone transparenty były skąpane w jaskrawym świetle. Na placu tłoczyło się kilka tysięcy osób, w tym wycieczka około tysiąca uczniów w mundurkach Małych Szpiegów. Na podeście, okrytym szkarłatną tkaniną, do zebranych przemawiał członek Partii Wewnętrznej, niewysoki szczupły mężczyzna o nieproporcjonalnie długich rękach i dużej łysej głowie z kilkoma kosmykami wiotkich włosów. Ten mały Rumpelstiltskin, z grymasem nienawiści na twarzy, chwycił mikrofon jedną dłonią, a drugą, olbrzymią u końca kościstej ręki, grzmocił złowrogo powietrze nad sobą. Dudniącym głosem, metalicznym za sprawą wzmacniaczy, wyliczał niekończące się potworności: masakry, deportacje, grabieże, gwałty, torturowanie jeńców, naloty lotnicze na ludność cywilną, kłamliwa propaganda, nieuzasadnione akty agresji, zerwane traktaty. Czy można było nie uwierzyć, czy można było nie poczuć wściekłego gniewu? Co kilka minut żywiołowość tłumu sięgała zenitu i głos mówcy zagłuszały niepohamowane dzikie ryki wyrywające się z tysięcy gardeł. Najbardziej nieludzkie okrzyki wydawała grupa dzieci. Przemówienie trwało już chyba dwadzieścia minut, gdy raptem na podest wbiegł posłaniec i wsunął mówcy karteczkę do ręki. Partyjniak rozłożył ją i przeczytał bez przerywania swojej tyrady. W jego głosie, postawie i zasadniczej treści przemówienia nic się nie zmieniło, tylko nazwy pojawiły się inne. Tłum nie potrzebował ani jednego słowa wyjaśnienia, aby zrozumieć, co się dzieje. Oceania jest w stanie wojny z Ostazją! Zaraz potem powstało ogromne zamieszanie. Okazało się, że transparenty i plakaty, którymi przystrojono plac, są niewłaściwe! Na połowie z nich widniały nieodpowiednie twarze. Przecież to sabotaż! Z całą pewnością robota agentury Goldsteina! Nastąpiła chwilowa dezorganizacja, z murów zrywano plakaty, transparenty darto na strzępy i wdeptywano w ziemię. Mali Szpiedzy wykazali się bezprzykładnym poświęceniem, wdrapując się na dachy, żeby odciąć chorągiewki łopoczące na kominach. W ciągu dwóch, trzech minut uporano się ze wszystkim. Mówca, wciąż ściskając mikrofon i ściągając ramiona, wolną ręką grzmocąc powietrze, kontynuował swoje wystąpienie jakby nigdy nic. Później z tłumu znów dobiegły piekielne ryki. Nienawiścią pałano tak samo jak przed chwilą, tylko jej obiekt był inny.

Gdy potem Winston o tym rozmyślał, doszedł do wniosku, że największe wrażenie wywarło na nim płynne przejście mówcy od "Eurazji" do "Ostazji" w połowie zdania, bez najmniejszego wahania czy zaburzenia składni. W tamtej chwili Winstona pochłonęło jednak coś innego. Kiedy zapanował chaos i zrywano plakaty, z tyłu puknął go w ramię niedostrzeżony dotąd mężczyzna, który powiedział:

- Przepraszam, chyba upuściliście teczkę.

Winston bez słowa podniósł teczkę roztargnionym ruchem. Zdawał sobie sprawę, że miną całe dnie, zanim będzie miał sposobność zajrzeć do Książki. Gdy manifestacja dobiegła końca, udał się do Ministerstwa Prawdy, choć dochodziła już dwudziesta trzecia. Podobnie zrobili wszyscy inni pracownicy resortu. Właściwie zbędne były polecenia widoczne na teleekranach, wzywające każdego na stanowisko.

Oceania toczyła wojnę z Ostazją, Oceania zawsze toczyła wojnę z Ostazją. Spora część piśmiennictwa politycznego z ostatnich pięciu lat nagle stała się nieaktualna. Wszelkiego rodzaju doniesienia i zapiski, gazety, książki, ulotki, filmy, nagrania, zdjęcia - ich treść należało błyskawicznie sprostować. Choć nie wydano żadnego rozporządzenia, było powszechnie wiadomo, że szefowie wydziałów oczekują, aby w ciągu tygodnia usunięto wszystkie odniesienia do wojny z Eurazją i sojuszu z Ostazją. Okazało się to tytanicznym zadaniem, tym bardziej że o wymaganych korektach nie wolno było mówić wprost. Wszyscy w Wydziale Archiwów pracowali osiemnaście godzin na dobę, łapiąc zaledwie dwie, trzy godziny snu. Z piwnicy przyniesiono materace, które ułożono w korytarzach: posiłki składały się z kanapek i kawy Victory rozwożonych na wózkach przez personel stołówki. Za każdym razem, gdy Winston przerywał pracę, aby się przespać, starał się zostawić puste biurko, lecz gdy wracał do obowiązków, półprzytomny i obolały, okazywało się, że blat znowu zasypała lawina zwojów, jak śnieg grzebiąc na wpół mowopis i zsuwając się na podłogę, zatem najpierw należało ułożyć wszystko w staranny plik, aby mieć przestrzeń do pracy. Najgorsze wydawało się to, że zadanie wymagało więcej niż tylko mechanicznych czynności. Owszem, często wystarczyło podstawić jedną nazwę za drugą, jednak przy korygowaniu szczegółowych opisów wydarzeń musiano się skupić i posłużyć wyobraźnią. Trzeba było mieć także sporą wiedzę geograficzną, aby przenieść wojnę z jednej części świata do drugiej.

Trzeciego dnia Winstona zaczęły nieznośnie boleć oczy, a szkła okularów co kilka minut dopraszały się wyczyszczenia. Odnosił wrażenie, że wykonuje katorżniczą pracę fizyczną, której wykonania miał prawo odmówić, lecz którą obsesyjnie pragnął doprowadzić do końca. Wcale mu nie przeszkadzało - w tych nieczęstych chwilach, gdy przypominał sobie prawdziwy przebieg zdarzeń - że każde słowo wymruczane do mowopisu, każdy ruch kopiowego ołówka jest świadomym kłamstwem. Zależało mu tak samo jak wszystkim w Wydziale Archiwów, aby dokonać idealnego zafałszowania historii. Rankiem szóstego dnia napływ papierowych zwojów spowolnił. Przez następne pół godziny nic nie wypadło z rury; potem tylko jeden zwój, wreszcie nastąpił koniec. Mniej więcej w tym samym czasie wszędzie osłabło natężenie pracy. Po wydziale przetoczyło się głębokie, choć ukradkowe, westchnienie ulgi. Dokonano wielkiego dzieła, należało to jednak utrzymać w tajemnicy. Teraz nikt już nie mógłby doszukać się żadnych źródeł, które świadczyłyby, że kiedykolwiek toczono wojnę z Eurazją. O dwunastej ogłoszono, że wszyscy pracownicy ministerstwa są wolni aż do następnego ranka. Winston wziął teczkę z Książką - dotąd trzymaną między stopami podczas pracy i pod głową w trakcie snu - poszedł do domu, ogolił się i o mało nie zasnął w wannie, choć woda była letnia.

Przy akompaniamencie niemal zmysłowego trzasku swoich stawów ruszył schodami na piętro nad składzikiem pana Charringtona. Był zmęczony, lecz stracił ochotę na sen. Otworzył okno, rozpalił w małym brudnym prymusie i nastawił rondelek z wodą na kawę. Za moment miała się zjawić Julia, ale teraz zyskał wreszcie wolną chwilę, by zajrzeć do Książki. Usiadł w zniszczonym fotelu i odpiął klamry w teczce.

Zobaczył gruby tom w amatorsko wykonanej oprawie, bez tytułu i nazwiska autora na czarnej okładce. Również druk wydawał się odrobinę niestaranny. Kartki były wyświechtane i odłaziły od grzbietu, jakby książka przeszła przez wiele rąk. Na stronie tytułowej napisano:

TEORIA I PRAKTYKA KOLEKTYWIZMU

OLIGARCHICZNEGO

Emmanuel Goldstein

Winston zaczął czytać:

"ROZDZIAŁ PIERWSZY. IGNORANCJA TO SIŁA. Od początku spisywanych dziejów, a prawdopodobnie od końca neolitu, na świecie istnieją trzy klasy społeczne: wyższa, średnia i niższa. Podlegały one dodatkowym podziałom, miały niezliczone nazwy i różną liczebność, rozmaicie też układały się stosunki między nimi na przestrzeni wieków, jednak podstawowa struktura społeczna pozostała niezmieniona. Pomimo gwałtownych przewrotów i z pozoru nieodwracalnych przeobrażeń wciąż obowiązuje ta sama prawidłowość, podobnie jak żyroskop wraca do równowagi bez względu na to, jak daleko był wychylony.

Cele poszczególnych klas społecznych są całkowicie nie do pogodzenia"...

Winston przerwał lekturę, głównie po to, aby ponapawać się tym, że czyta w warunkach wygody i bezpieczeństwa. Był sam: wreszcie uwolniony od teleekranów i szpicli podsłuchujących przez dziurkę od klucza, uwolniony nawet od nerwowego odruchu oglądania się przez ramię i zakrywania książki ręką. Miłe letnie powietrze pieściło mu policzki. Z oddali dobiegały niewyraźne okrzyki dzieci, a w pokoju ciszę mąciło jedynie owadzie cykanie zegara. Winston wcisnął się głębiej w fotel i oparł stopy o kratę kominka. To właśnie jest błogość, to właśnie jest wieczny spokój. Nagle, jak człowiek, który wie, że przeczyta cały tekst wielokrotnie, otworzył Książkę w innym miejscu, trafiając na początek rozdziału trzeciego. Podjął na nowo lekturę:

"ROZDZIAŁ TRZECI. WOJNA TO POKÓJ. Rozpad świata na trzy wielkie supermocarstwa można było przewidzieć, a w istocie przewidziano, już w pierwszej połowie XX wieku. Wraz z wchłonięciem Europy przez Rosję i Imperium Brytyjskiego przez Stany Zjednoczone powstały dwie z istniejących obecnie potęg: Eurazja i Oceania. Trzecia, Ostazja, wyłoniła się jako odrębne państwo dopiero po kolejnym dziesięcioleciu chaotycznych zmagań. Tu i ówdzie granice pomiędzy trzema supermocarstwami są umowne, gdzie indziej kształtują się w zależności od zmiennych kolei wojny, na ogół jednak przebiegają według podziałów geograficznych. Eurazja zajmuje całą północną część kontynentu eurazjatyckiego, od Portugalii po cieśninę Beringa. Oceania to obie Ameryki, wyspy Oceanu Atlantyckiego, w tym Wyspy Brytyjskie, Australazja i południowa część Afryki. Ostazja, mniejsza od dwóch poprzednich, o słabo zarysowanej granicy zachodniej, obejmuje Chiny i kraje leżące na południe, Wyspy Japońskie oraz spory, lecz niestały pod względem wielkości obszar Mandżurii, Mongolii i Tybetu.

Te trzy supermocarstwa, przy takim lub innym układzie sił, bez przerwy toczą ze sobą wojnę, która trwa od dwudziestu pięciu lat. Wojna przestała być jednak desperackim i niszczycielskim zmaganiem zbrojnym, jakim była we wczesnych dekadach XX wieku. To raczej bój o ograniczonych celach, a strony walczące nie są w stanie wyeliminować siebie nawzajem, nie mają na względzie żadnych materialnych zysków i nie dzielą ich istotne różnice ideologiczne. Nie oznacza to jednak, że postrzeganie i prowadzenie wojny stały się mniej okrutne, bardziej cywilizowane. Wręcz przeciwnie, amok wojenny jest nieprzerwany i powszechny we wszystkich trzech mocarstwach, a takie akty bestialstwa jak gwałt, grabież, mordowanie dzieci, zakuwanie całych populacji w kajdany oraz odwet dokonywany na jeńcach, obejmujący nawet gotowanie i zakopywanie żywcem, uchodzą za coś normalnego, wręcz godnego pochwały, gdy dopuszczają się ich swoi, a nie wróg. Lecz w kategoriach fizycznych wojna wymaga uczestnictwa niewielkiej liczby ludzi, przeważnie znakomicie wyszkolonych specjalistów, co oznacza stosunkowo niskie straty. Starcia zbrojne, jeżeli w ogóle do nich dochodzi, są prowadzone na mgliście zarysowanych pograniczach, o których położeniu przeciętny człowiek ma blade pojęcie, lub na szlakach morskich w pobliżu pływających fortec strzegących punktów o znaczeniu strategicznym. W dużych skupiskach ludności wojna to ciągły niedostatek dóbr konsumpcyjnych i sporadyczna eksplozja pocisku rakietowego, zbierająca żniwo kilkuset ofiar. Charakter wojny uległ zmianie, a ujmując rzecz precyzyjniej, zmieniły się jej priorytety. Motywy, które odegrały niewielką rolę w światowych wojnach pierwszej połowy XX wieku, teraz stały się decydujące i determinują podejmowane działania.

Aby zrozumieć istotę obecnej wojny - pomimo zmiennych sojuszy jest to wciąż ta sama wojna - należy sobie po pierwsze uświadomić, że nie doprowadzi ona do zdecydowanego rozstrzygnięcia. Żadne z trzech mocarstw nie może być ostatecznie pokonane, choćby sprzymierzyły się przeciw niemu dwa pozostałe. Panuje niezachwiana równowaga sił, a naturalne granice stanowią nieprzebyty szaniec obronny. Eurazję chroni jej ogromna przestrzeń lądowa, Oceanię bezmiar Atlantyku i Pacyfiku, Ostazję z kolei płodność i pracowitość jej populacji. Ponadto nie ma już o co walczyć w kategoriach materialnych. Po upowszechnieniu samowystarczalnej gospodarki, w której produkcja i konsumpcja zostały sprzęgnięte razem, walka o zdobycie nowych rynków zbytu straciła sens, a rywalizacja o surowce przestała być sprawą życia i śmierci. Każde z trzech mocarstw ma na tyle rozległe terytorium, że w obrębie własnych granic może pozyskać niemal wszystkie potrzebne surowce. Jeżeli wojna w ogóle ma jakikolwiek cel pod względem ekonomicznym, to jest nim zdobycie taniej siły roboczej. Poza granicami trzech mocarstw znajduje się bezpański obszar w kształcie nieregularnego czworoboku zamieszkany przez jedną piątą populacji świata, a jego wierzchołkami są Tanger, Brazzaville, Darwin i Hongkong. To właśnie o panowanie nad tym gęsto zaludnionym regionem oraz nad Arktyką bez przerwy toczą wojnę trzy mocarstwa. W praktyce jednak żadne nie jest w stanie utrzymać kontroli nad całym spornym obszarem. Jego poszczególne części przechodzą bez przerwy z rąk do rąk, a o kolejnych zmianach sojuszy przesądza okazja do zdobycia tego lub tamtego zakątka dzięki nagłemu, zdradzieckiemu zerwaniu dotychczasowego przymierza.

Wszystkie sporne tereny mają złoża cennych minerałów, niektóre dostarczają ważnych płodów rolnych, takich jak kauczuk, który w chłodniejszym klimacie trzeba produkować metodą syntetyczną, co jest znacznie kosztowniejsze. Lecz nade wszystko obszary te są niewyczerpanym źródłem taniej siły roboczej. To mocarstwo, które zawładnie Afryką równikową, krajami Bliskiego Wschodu, południowymi Indiami lub wyspami Indonezji, zyska do dyspozycji dziesiątki, setki milionów źle opłacanych pracowitych kulisów. Mieszkańcy tych obszarów, mniej lub bardziej jawnie sprowadzeni do statusu niewolników, trafiają nieustannie z rąk do rąk kolejnych zdobywców i są bez końca wykorzystywani tak samo jak węgiel czy ropa naftowa w wyścigu zbrojeń i rywalizacji o nowe terytoria. Należy zaznaczyć, że starcia zbrojne nigdy nie wykraczają poza obręb spornych obszarów. Granica Eurazji bez ustanku przesuwa się w tę i z powrotem od dorzecza Konga po północne wybrzeże Morza Śródziemnego; wyspy Oceanu Indyjskiego i Pacyfiku są na zmianę opanowywane przez Oceanię i Ostazję, w Mongolii linia podziału między Eurazją a Ostazją nigdy nie zastyga, zaś wszystkie trzy mocarstwa zgłaszają roszczenia do ogromnych terenów wokół bieguna północnego, w dużej mierze niezamieszkanych i niezbadanych, jednak równowaga sił pozostaje właściwie nienaruszona, a obszary stanowiące serce trzech państw są bezpieczne. Ponadto praca wyzyskiwanych ludów z okolic równika nie jest niezbędna do funkcjonowania globalnej gospodarki. Nie stanowi wkładu w bogactwo świata, gdyż całą produkcję pochłania wojna, której jedynym celem jest uzyskanie lepszej pozycji do toczenia kolejnej wojny. Wysiłek zniewolonych przyczynia się wyłącznie do eskalacji nieprzerwanego konfliktu zbrojnego. Gdyby ich nie było, światowy ustrój społeczny oraz sposoby jego podtrzymywania pozostałyby niezmienione.

Podstawowy cel działań wojennych (zgodnie z zasadami dwumyślenia jest on uznany i zarazem nieuznany przez kierownictwo Partii Wewnętrznej) stanowi zużycie wytworzonych towarów bez podnoszenia stopy życiowej. Już pod koniec XIX wieku w społeczeństwach uprzemysłowionych zaczął pojawiać się problem, co począć z nadwyżką dóbr konsumpcyjnych. Obecnie, kiedy większość ludzi cierpi głód, problem ten zszedł na plan dalszy, lecz być może byłoby tak nawet wtedy, gdyby zrezygnowano z celowego eliminowania nadwyżek. Dzisiejszy świat to obraz głodu, nędzy i ruiny w porównaniu ze światem sprzed roku 1914, a wydaje się taki w jeszcze większym stopniu, gdy weźmiemy pod uwagę, o jakiej przyszłości marzyli ludzie z tamtego okresu. Na początku XX wieku umysł prawie każdego wykształconego człowieka wypełniała wizja przyszłego społeczeństwa - dobrobytu, ładu, wydajnej pracy i czasu wolnego - wizja połyskliwego sterylnego świata ze szkła, stali i śnieżnobiałego betonu. Nauka i technika rozwijały się w zawrotnym tempie i wydawało się naturalne, że nic już tego nie zatrzyma. Stało się jednak inaczej, po części wskutek zubożenia spowodowanego długą serią wojen i rewolucji, po części dlatego, że postęp naukowy i techniczny zależał od empirycznego myślenia, które nie mogło być uprawiane w skrajnych reżimach politycznych. Ogólnie rzecz biorąc, dzisiejszy świat jest znacznie bardziej prymitywny niż ten sprzed pięćdziesięciu lat. Owszem, rozwinęły się niektóre zacofane obszary, wynaleziono również urządzenia, które znajdują zastosowanie w wojskowości i inwigilacji policyjnej, niemniej badania i eksperymenty naukowe w zasadzie zanikły, a ze spustoszeniami spowodowanymi wojną atomową w latach pięćdziesiątych nigdy się w pełni nie uporano. Jednak niebezpieczeństwa mechanizacji bynajmniej nie należą do przeszłości. Kiedy pojawiły się pierwsze maszyny, dla wszystkich ludzi myślących stało się jasne, że nastąpił kres ludzkiego mozołu, a zatem, w dużej mierze, kres nierówności społecznych. Gdyby właśnie w tym celu używano maszyn, w ciągu kilku pokoleń wyeliminowano by głód, katorżniczą pracę, brak higieny, analfabetyzm i choroby. I choć na względzie miano inne cele, to niejako automatycznie - wskutek wytwarzania dóbr, które wbrew zamysłowi trafiały jednak do podziału - uprzemysłowienie przyczyniło się do istotnego podniesienia stopy życiowej przeciętnego człowieka w ciągu pięćdziesięciu lat między schyłkiem wieku XIX a połową XX.

Uświadomiono sobie, że powszechny wzrost zamożności grozi zachwianiem - właściwie załamaniem - struktury społecznej. W świecie, w którym obowiązuje krótki dzień pracy, wszyscy mają w bród żywności, mieszkają w domach z bieżącą wodą i lodówką, posiadają samochód albo nawet samolot, zniknęłaby najoczywistsza, a być może najistotniejsza forma nierówności społecznej. Gdyby dostatek stał się zjawiskiem powszechnym, zatarłyby się różnice. Bez wątpienia można było wyobrazić sobie społeczeństwo, w którym bogactwo, w rozumieniu posiadanych dóbr materialnych i komfortowego życia, dzielone jest po równo, natomiast władza pozostaje w rękach nielicznej uprzywilejowanej kasty. Lecz w praktyce społeczeństwo takie miałoby wątłe podstawy. Albowiem gdyby wszyscy bez wyjątku zyskali poczucie bezpieczeństwa i czas wolny, wielkie masy ludzkie, które w normalnych okolicznościach są utrzymywane w ignorancji na skutek ubóstwa, wykształciłyby się i nauczyły myśleć na własny rachunek, a wtedy prędzej czy później uświadomiłyby sobie, że uprzywilejowana mniejszość nie ma racji bytu i jej władzę należy obalić. W dłuższej perspektywie fundamentem społeczeństwa hierarchicznego musiały być nędza i ciemnota. Powrót do dawnej gospodarki rolnej, o czym marzyli niektórzy myśliciele na początku XX wieku, był niepraktycznym rozwiązaniem. Kolidował z pogonią za mechanizacją, która stała się na wpół instynktowna prawie na całym świecie, ponadto kraj, który pozostałby przemysłowo zacofany, byłby militarnym słabeuszem i z pewnością musiałby się podporządkować bardziej rozwiniętym rywalom.

Utrzymanie mas w nędzy poprzez ograniczenie wytwarzania dóbr także okazało się niezadowalającym rozwiązaniem. Tak właśnie było na ostatnim etapie rozwoju kapitalizmu, mniej więcej w latach 1920-1940. Gospodarkę wielu krajów doprowadzono do stagnacji, przestano uprawiać ziemię i rozbudowywać środki produkcji, wielkie rzesze ludzi pozbawione pracy żyły z głodowego zasiłku. Ale to także doprowadziło do słabości militarnej, a ponieważ niedostatek będący następstwem takiej polityki był zjawiskiem wymuszonym, nieuchronnie narodził się opór. Zatem problem polegał na tym, jak utrzymać machinę przemysłu w ciągłym ruchu bez zwiększania ogólnoświatowej zamożności. Towary należało produkować, ale nie rozprowadzać. W praktyce jedyną drogą osiągnięcia tego celu była nieprzerwana wojna.

Istotą wojny jest zniszczenie, niekoniecznie ludzkiego życia, natomiast z całą pewnością wytworów ludzkiej pracy. Wojna to sposób, aby zetrzeć na proch, wysadzić w stratosferę lub zatopić na dnie morza dobra, które w przeciwnym razie mogłyby posłużyć do nadmiernej poprawy egzystencji szerokich mas, a stąd, w dłuższej perspektywie, do ich emancypacji. Jeśli nawet środki prowadzenia wojny nie ulegają zniszczeniu, to ich wytwarzanie pozostaje dogodnym sposobem zaangażowania siły roboczej do produkcji tego, co nie jest towarem konsumpcyjnym. Pływająca forteca, na przykład, wymaga nakładu pracy potrzebnego do zbudowania kilkuset statków handlowych. Ostatecznie trafia ona na złom jako przestały sprzęt bojowy i nie przynosi nikomu żadnej materialnej korzyści, a wtedy angażuje się ogromne moce produkcyjne, aby skonstruować kolejną. Z reguły przemysł zbrojeniowy pochłania wszelkie nadwyżki pozostałe po zaspokojeniu najbardziej podstawowych potrzeb ludności. W praktyce te potrzeby są zawsze niedoszacowane, w rezultacie czego występuje chroniczny niedobór niezbędnych towarów, co postrzega się jest jako korzyść. Celowo realizowana jest polityka utrzymywania nawet faworyzowanych grup na granicy niedostatku, ponieważ powszechne braki zwiększają wartość drobnych przywilejów, zatem pogłębiają różnice między grupami w społeczeństwie. Według kryteriów z początku XX wieku nawet członek Partii Wewnętrznej wiedzie skromne, pracowite życie. A jednak nieliczne luksusy, które osładzają mu codzienność - duże wygodne mieszkanie, gatunkowa odzież, lepsza żywność, napoje i tytoń, dwaj, trzej służący, prywatne auto lub śmigłowiec - sytuują go w zupełnie innym świecie niż członka Partii Zewnętrznej, a członek Partii Zewnętrznej z kolei ma podobnie uprzywilejowaną pozycję w porównaniu z uciskanymi masami, które określamy mianem "prolów". W społeczeństwie panuje atmosfera typowa dla oblężonego miasta, w którym kęs koniny przesądza o pełnym brzuchu lub głodzie. Jednocześnie świadomość toczenia wojny, a zatem poczucie zagrożenia, sprawia, że naturalnym, nieuchronnym warunkiem przetrwania wydaje się oddanie całej władzy w ręce niewielkiej kasty.

Wojna, co zostanie tutaj wykazane, nie tylko prowadzi do koniecznego zniszczenia, lecz jeszcze czyni to w sposób psychologicznie akceptowany. W zasadzie bez większego trudu można by roztrwonić nadwyżkę mocy produkcyjnych na wznoszenie świątyń czy piramid, kopanie i zasypywanie dołów, a nawet wytwarzanie ogromnych ilości towarów przeznaczonych do spalenia. Lecz takie zabiegi zapewniałyby wyłącznie ekonomiczne podwaliny ustroju hierarchicznego. A co z emocjonalnymi? Rzecz nie leży w morale mas, których nastawienie jest nieistotne dopóty, dopóki wykonują swoją pracę, lecz w morale samej Partii. Nawet od najniższej rangi członka Partii oczekuje się kompetencji i pracowitości, a nawet inteligencji w wąsko zakreślonych granicach, musi on jednak być zarazem godnym zaufania, naiwnym fanatykiem, którym kierują strach, nienawiść, uwielbienie i iście orgiastyczne poczucie triumfu. Innymi słowy, powinien mieć mentalność odpowiadającą stanowi wojny. Nie liczy się, czy wojna istotnie się toczy ani też - skoro wykluczone jest czyjekolwiek decydujące zwycięstwo - jak układają się jej koleje. Ważne tylko, aby obowiązywał stan wojny. Rozdwojenie umysłowe, którego Partia wymaga od swych członków i o które o wiele łatwiej w atmosferze wojny, stało się teraz zjawiskiem niemal powszechnym, a im wyższa ranga, tym wyraźniej rzuca się ono w oczy. To właśnie w łonie Partii Wewnętrznej amok wojenny i nienawiść do wroga są najsilniejsze. Ze względu na piastowanie kierowniczych funkcji członkowie Partii Wewnętrznej nieuchronnie zdają sobie sprawę, że to lub inne doniesienie z frontu jest kłamstwem, być może nawet zdają sobie sprawę, że cała ta wojna to jedno wielkie oszustwo, bo albo w ogóle się nie toczy, albo toczy się z przyczyn innych niż podawane oficjalnie, lecz świadomość tę skutecznie neutralizują techniki dwumyślenia. Niemal mistyczna wiara każdego członka Partii Wewnętrznej w realność wojny pozostaje więc niezachwiana, podobnie jak przeświadczenie o ostatecznym zwycięstwie Oceanii i jej władzy nad światem.

Wszyscy członkowie Partii Wewnętrznej wierzą w rychłe zwycięstwo Oceanii jak w święty sakrament. Zostanie ono osiągnięte albo poprzez stopniowy podbój kolejnych terytoriów, co doprowadzi do ogromnej przewagi nad wrogiem, albo dzięki skonstruowaniu nowej, bezkonkurencyjnej broni. Badania nad bronią tego typu prowadzone są bez ustanku i stanowią jedną z niewielu dziedzin, w których wciąż rozwijają się wynalazczość i myślenie spekulatywne. We współczesnej Oceanii nauka w dawnym rozumieniu tego słowa właściwie przestała istnieć. W nowomowie nie ma nawet takiego określenia. Dociekania empiryczne, będące w przeszłości podstawą wszystkich dokonań naukowych, stoją w sprzeczności z fundamentalnymi założeniami anglosocu. Postęp techniczny jest dozwolony tylko wtedy, gdy może zostać wykorzystany do dalszego ograniczenia wolności człowieka. We wszystkich wartościowych dziedzinach życia świat albo stoi w miejscu, albo wręcz się cofa. Ziemię orze się pługiem konnym, książki zaś pisze maszyna. Lecz w sprawach najwyższej wagi - a więc w sferze wojny i inwigilacji policyjnej - wciąż zaleca się, a przynajmniej toleruje, podejście empiryczne. Dwojakim celem Partii jest uczynić sobie ziemię poddaną oraz raz na zawsze wyeliminować niezależne myślenie. Dlatego Partia musi rozwiązać dwa zasadnicze problemy. Jeden to, jak wbrew woli człowieka poznać jego myśli, drugi zaś, jak w ciągu kilku sekund i bez uprzedzenia zgładzić kilkaset milionów ludzi. Wszelka dozwolona działalność naukowa skupia się właśnie na tych dążeniach. Współczesny naukowiec to albo połączenie psychologa i inkwizytora - gorliwie docieka sensu ludzkiej mimiki, gestów i tonu głosu, sprawdza skuteczność narkotyków, terapii wstrząsowej, hipnozy i tortur fizycznych w wydobywaniu zeznań - albo jest chemikiem, fizykiem czy biologiem, zainteresowanym tylko tymi aspektami swojej dziedziny naukowej, które mogą posłużyć ludobójstwu. W przepastnych laboratoriach Ministerstwa Pokoju oraz w ośrodkach badawczych ukrytych w brazylijskiej dżungli, na australijskiej pustyni i na odludnych wysepkach Antarktydy zespoły specjalistów eksperymentują niestrudzenie. Jedni skupiają się na obmyślaniu logistyki przyszłych wojen, inni konstruują coraz większe pociski rakietowe, wytrzymalsze opancerzenie i materiały wybuchowe o piorunującej sile rażenia, kolejni starają się wyhodować zarazki chorobotwórcze odporne na wszelkie przeciwciała, opracować bardziej zabójcze gazy bojowe i rozpuszczalne trucizny, które można wyprodukować w takiej ilości, aby zniszczyć roślinność całego kontynentu, jeszcze inni usiłują skonstruować pojazd, który poruszałby się pod ziemią niczym okręt podwodny w oceanie oraz samolot uniezależniony od częstych lądowań, są też tacy, którzy badają o wiele bardziej iluzoryczne możliwości, jak na przykład skupienie promieni słonecznych dzięki soczewkom zawieszonym tysiące kilometrów stąd, w przestrzeni kosmicznej, czy wywoływanie trzęsień ziemi i tsunami wskutek wykorzystania wysokiej temperatury wnętrza Ziemi.

Przedsięwzięcia te są dalekie od realizacji, a żadne z trzech mocarstw nie zyskuje w tym wyścigu istotnej przewagi nad konkurentami. Zastanawiające jest to, że przecież wszystkie dysponują - w postaci bomby atomowej - bronią o znacznie większej sile rażenia, niż prawdopodobnie miałyby nowe wynalazki naukowców. Choć Partia, jak zwykle, sobie przypisuje jej wynalezienie, to w istocie pierwsze bomby tego typu pojawiły się już na początku lat czterdziestych, a mniej więcej dziesięć lat później zostały użyte na dużą skalę. Właśnie wtedy kilkaset bomb atomowych zrzucono na ośrodki przemysłowe, głównie w europejskiej części Związku Radzieckiego, Europie Zachodniej i Ameryce Północnej. W konsekwencji elity rządzące doszły do wniosku, że użycie kolejnych bomb doprowadziłoby do upadku struktury społecznej, a co za tym idzie, do końca ich władzy. Dlatego ataki ustały, choć nie zawarto ani nawet nie zasugerowano żadnego oficjalnego porozumienia. Trzy mocarstwa nadal produkowały bomby i gromadziły arsenały w nadziei na ostateczne rozstrzygnięcie wojny, które w ich przekonaniu miało nadejść prędzej czy później. Tymczasem wynalazczość w dziedzinie wojskowości wyhamowała na trzydzieści, czterdzieści lat. Częściej niż dotąd wykorzystuje się śmigłowce, bombowce zastąpił w dużej mierze pocisk samosterujący, a szybki, lecz zawodny okręt wojenny wyparła prawie niezatapialna pływająca forteca, poza tym jednak rozwój ustał. W powszechnym użytku wciąż są czołg, okręt podwodny, torpeda, ciężki karabin maszynowy, jak również karabin strzelecki i granat ręczny. I wbrew doniesieniom w prasie i na teleekranach o nieustannych rzeziach nie powtórzyły się już mordercze bitwy znane z wcześniejszych wojen, kiedy to w ciągu tygodni życie traciły setki tysięcy lub nawet miliony ludzi.

Żadne z trzech supermocarstw nigdy nie waży się na ryzyko przeprowadzenia operacji, która groziłaby jego klęską. Jeśli w ogóle inicjuje się większe działania, to tylko w formie nagłego ataku na siły sojusznika. Wszystkie mocarstwa stosują lub udają, że stosują, taką samą strategię. Dążą do tego, aby synchronizując akcje zbrojne z negocjacjami i zdradzieckimi manewrami, kręgiem swoich baz wojskowych otoczyć jedno z dwóch konkurencyjnych państw, potem podpisać z nim układ o nieagresji i tak długo zachowywać pokojowe relacje, aż uśpi się jego czujność. W uzyskanym w ten sposób czasie można rozmieścić rakiety z głowicami atomowymi we wszystkich strategicznych punktach, a w końcu odpalić je równocześnie, powodując zniszczenia tak ogromne, że wykluczające ewentualny odwet. Wtedy nastąpi pora podpisania z pozostałym mocarstwem traktatu o przyjaźni, a wszystko w ramach przygotowań do kolejnego ataku. Nie trzeba wyjaśniać, że plany te to mrzonki niemające szansy na realizację. Ponadto jedyne działania bojowe koncentrują się w pobliżu równika i bieguna północnego; nigdy nie dokonuje się inwazji na rdzenne tereny nieprzyjaciela. To właśnie tłumaczy, dlaczego w niektórych regionach granice między mocarstwami wytyczone są arbitralnie. Na przykład Eurazja bez trudu mogłaby podbić Wyspy Brytyjskie, geograficznie stanowiące część Europy, a Oceania przesunąć swoje granice aż do Renu, a nawet Wisły. Lecz to pogwałciłoby milcząco respektowaną przez wszystkie strony zasadę integralności kulturowej. Gdyby Oceania zagarnęła tereny zwane dawniej Francją i Niemcami, koniecznością byłaby eksterminacja tamtejszej ludności - zadanie o kolosalnej skali - lub wchłonięcie około stu milionów mieszkańców stanowiących społeczeństwo o podobnym stopniu zaawansowania technicznego. Wszystkie trzy mocarstwa borykają się z tym samym problemem. Warunkiem przetrwania ich ustroju jest całkowity brak kontaktu z cudzoziemcami - z wyjątkiem jeńców i ciemnoskórych niewolników. Nawet na aktualnego sojusznika patrzy się z podejrzliwością. Przeciętny Oceańczyk nigdy nie widział mieszkańca Eurazji ani Ostazji, pomijając jeńców wojennych, a znajomość języków obcych jest zakazana. Gdyby bowiem pozwolono mu zetknąć się z cudzoziemcami, przekonałby się, że są takimi samymi istotami jak on, a większość z tego, co o nich słyszał, to kłamstwa. Zamurowany świat, w którym żyje, ległby w gruzach i być może prysłyby strach, nienawiść i kołtuństwo, które są podstawą morale tego człowieka. Dlatego wszystkie strony konfliktu zdają sobie sprawę, że bez względu na to, jak często Persja, Egipt, Jawa i Cejlon trafiają z jednych rąk do drugich, głównych granic państwowych nie może przekraczać nic oprócz wystrzelonych rakiet.

Pod tym wszystkim kryje się coś, co się dostrzega, ale przemilcza, a mianowicie że warunki bytowe we wszystkich trzech mocarstwach są właściwie takie same. W Oceanii obowiązuje ideologia nazwana anglosoc, w Eurazji neobolszewizm, w Ostazji używa się chińskiego określenia tłumaczonego na ogół jako "kult śmierci", choć być może sens lepiej oddałoby "wymazanie jaźni". Oceańczykowi nie wolno znać zasad dwóch pozostałych ideologii, wpaja się mu natomiast wstręt do nich jako do przejawów szokującego barbarzyństwa wymierzonego w moralność i zdrowy rozsądek. W istocie jednak trudno byłoby odróżnić te trzy ideologie, a wspierane przez nie ustroje społeczne są wręcz identyczne. Wszędzie występuje ta sama hierarchiczna struktura w formie piramidy, kult przywódcy o niemal boskim statusie i gospodarka całkowicie podporządkowana wojnie i przez nią napędzana. Z tego wynika, że żadne z trzech mocarstw nie tylko nie może zatriumfować nad pozostałymi, ale również nie odniosłoby z tego żadnej korzyści. Wręcz przeciwnie, dopóki pozostają w stanie konfliktu, dopóty podpierają się nawzajem jak trzy karabiny ustawione w kozioł. I jak zwykle elity władzy wszystkich trzech państw są równocześnie świadome i nieświadome tego, co się dzieje. Życie poświęcają na podbój całego świata, lecz zarazem zdają sobie sprawę, że wojna powinna trwać bez końca, bez niczyjego ostatecznego zwycięstwa. A ponieważ znikło niebezpieczeństwo totalnej klęski, można zaprzeczać rzeczywistości, co jest cechą naczelną anglosocu i konkurencyjnych systemów ideologicznych. Należy w tym miejscu powtórzyć to, co zostało stwierdzone wcześniej, a mianowicie że przewlekłość wojny zmieniła zasadniczo jej charakter.

W minionych wiekach wojna, niemalże z definicji, prędzej czy później dobiegała końca, najczęściej w formie czyjegoś wyraźnego zwycięstwa lub porażki. Dawniej była też jednym z najlepszych sposobów umocowania wspólnoty ludzkiej w realności świata fizycznego. Wszyscy władcy we wszystkich stuleciach usiłowali narzucić poddanym fałszywą wizję rzeczywistości, nie mogli jednak upowszechniać iluzji, która osłabiałaby wartość bojową własnych sił zbrojnych. Dopóki klęska powodowała utratę niepodległości lub inne niepożądane następstwa, dopóty należało ze wszystkich sił zabezpieczyć się przed przegraną. Zatem nie wolno było lekceważyć twardych realiów. W filozofii, religii, etyce czy polityce dwa plus dwa mogło równać się pięć, lecz przy konstruowaniu działa lub samolotu suma musiała wynieść cztery. Mało przedsiębiorcze narody prędzej czy później padały ofiarą podboju, a dążenie do rozwoju technicznego nie sprzyjało szerzeniu iluzji. Ponadto efektywność oznaczała umiejętność wyciągania lekcji z przeszłości, a to wymagało wyrobienia sobie właściwego o niej pojęcia. Oczywiście gazety i podręczniki zawsze przedstawiały ubarwioną i stronniczą wersję wydarzeń, lecz fałszowanie, jakie obserwujemy dzisiaj, byłoby wówczas nie do pomyślenia. Perspektywa wojny stanowiła gwarancję zbiorowej poczytalności - dla elit władzy gwarancję prawdopodobnie najważniejszą. Dopóki wojnę można było wygrać lub przegrać, dopóty rządzący musieli stąpać twardo po ziemi.

Kiedy jednak wojna zmienia się w konflikt trwający bez końca, przestaje stanowić zagrożenie. W warunkach nieprzerwanej wojny nie ma żadnych bezwzględnych potrzeb w kategoriach wojskowych. Postęp techniczny może ulec zahamowaniu, a najbardziej oczywiste fakty da się zakwestionować lub pominąć. Jak wykazano powyżej, w dziedzinie wojskowości wciąż prowadzi się badania, które można od biedy uznać za naukowe, lecz w zasadzie jest to snucie fantazji, a brak rezultatów nie ma znaczenia. Efektywność, nawet sprawność bojowa, przestała być konieczna. W Oceanii jedynym efektywnie działającym organem jest Myślicja. Jako że wszystkie trzy supermocarstwa są niepokonane, każde stanowi odrębny świat, w którym można bezkarnie szerzyć najbardziej wypaczone idee. Rzeczywistość daje o sobie znać wyłącznie w aspektach podstawowych potrzeb bytowych - jedzenia i picia, dachu nad głową, odzieży - oraz wystrzeganiu się nieszczęść w rodzaju połknięcia trucizny czy wypadnięcia z okna na ostatnim piętrze. Wciąż obowiązuje rozróżnienie między życiem a śmiercią i przyjemnością a bólem, ale nic ponadto. Odcięty od świata zewnętrznego i od przeszłości mieszkaniec Oceanii przypomina człowieka zawieszonego w przestrzeni kosmicznej, niewiedzącego, gdzie jest góra, gdzie dół. Rządzący takim państwem sprawują władzę absolutną, o jakiej nie mogli nawet pomarzyć faraonowie ani cesarze rzymscy. Muszą tylko zapobiegać śmierci głodowej nadmiernej liczby swoich poddanych oraz utrzymywać technikę wojskową na tak samo niskim poziomie jak nieprzyjaciel. Jeśli zapewnią to minimum, mogą dowolnie wypaczać rzeczywistość. Zatem jeżeli stosować kryteria znane z przeszłości, dzisiejsza wojna to zwykłe oszustwo. Przypomina starcia jeleni, których poroża wyrosły pod takim kątem, że nie sposób wyrządzić krzywdy przeciwnikowi. Lecz choć wojna jest fikcją, spełnia określoną funkcję. Prowadzi do spożytkowania nadwyżki produkcyjnej i przyczynia się do umocnienia określonej atmosfery społeczno-politycznej, niezbędnej do utrzymania ustroju hierarchicznego. Wojna, jak zostanie wykazane, jest dzisiaj sprawą wewnętrzną danego państwa. W przeszłości władcy wszystkich krajów, choć być może dostrzegali, że w ich wspólnym interesie leży ograniczenie destrukcyjności wojny, toczyli ze sobą konflikty zbrojne, a zwycięzcy zawsze łupili terytoria pokonanych. W naszych czasach państwa ze sobą nie walczą. Wojnę toczy władza przeciw własnym obywatelom, a celu nie stanowi podbój nowych ziem ani obrona własnych, lecz zachowanie panującego ustroju hierarchicznego w nienaruszonym stanie. Samo określenie "wojna" jest więc mylące. Właściwie można stwierdzić, że z powodu swojej ustawiczności wojna przestała istnieć. Ta osobliwa presja, której poddani byli ludzie od czasów neolitu aż do początków XX wieku, przeminęła i została zastąpiona czymś zgoła innym. Gdyby trzy mocarstwa, zamiast walczyć ze sobą, postanowiły żyć w pokoju z poszanowaniem swoich granic, efekt byłby w dużej mierze podobny. W tym wypadku każde z nich pozostałoby odrębnym światem, uwolnionym na zawsze od wszelkiego otrzeźwiającego wpływu zagrożenia z zewnątrz. Trwały pokój niczym nie różniłby się od niekończącej się wojny. Taki właśnie jest głęboki sens partyjnego hasła: WOJNA TO POKÓJ, choć olbrzymia większość członków Partii rozumie je powierzchownie".

Winston przerwał lekturę na moment, a gdzieś w oddali zadudnił pocisk rakietowy. Wciąż czuł błogą rozkosz, że w samotności, niepodglądany przez teleekran, czyta zakazaną książkę. Samotność i poczucie bezpieczeństwa odbierał jako doznania fizyczne, pospołu z bólem zmęczonego ciała, miękkością fotela, muśnięciami lekkiego wietrzyka na policzku od strony okna. Książka go zafascynowała, a może raczej pokrzepiła. W pewnym sensie nie dowiedział się z niej nic nowego, lecz właśnie między innymi na tym polegała jej atrakcyjność. Głosiła to, co sam by napisał, gdyby potrafił uporządkować swoje rozproszone myśli. Była dziełem podobnego umysłu, tyle że umysłu o wiele tęższego, mniej strachliwego i funkcjonującego bardziej systematycznie. Najlepszymi książkami, skonstatował Winston, są te, które mówią nam to, co już wiemy. Właśnie wrócił do pierwszego rozdziału, gdy usłyszał kroki Julii na schodach; zerwał się z fotela, aby ją przywitać. Rzuciła na podłogę brązową torbę z narzędziami i padła mu w ramiona. Od ich ostatniego spotkania upłynął ponad tydzień.

- Mam Książkę - powiedział, gdy w końcu odsunęli się od siebie.

- Naprawdę? To dobrze - odparła bez większego zainteresowania i prawie natychmiast uklękła przy piecyku, aby zaparzyć kawę.

Do tematu Książki powrócili dopiero po półgodzinie spędzonej w łóżku. Wieczorny chłód skłonił ich do przykrycia się kocem. Z dołu dobiegały znajomy śpiew i szuranie butów na kamiennych płytach. Krzepka kobieta o czerwonych rękach, którą Winston widział, kiedy pierwszy raz zawitał do tego pokoju, była stałym elementem podwórka. Wydawało się, że o każdej porze dnia kursuje bez przerwy między balią a sznurem, na zmianę to zatykając sobie usta spinaczem do bielizny, to zanosząc się donośnym śpiewem. Julia ułożyła się na boku i zapadała w sen. Winston sięgnął po Książkę z podłogi i usiadł oparty o wezgłowie.

- Musimy ją przeczytać - oznajmił. - I ja, i ty. Wszyscy członkowie Bractwa muszą ją znać.

- Ty przeczytaj pierwszy - odrzekła z zamkniętymi oczami. - Najlepiej na głos. Będziesz mógł mi wyjaśniać wszystko po drodze.

Zegar wskazywał szóstą, a więc osiemnastą. Zostały im trzy, cztery godziny. Winston położył Książkę na kolanach i zaczął czytać:

"ROZDZIAŁ PIERWSZY. IGNORANCJA TO SIŁA.

Od początku spisywanych dziejów, a prawdopodobnie od końca neolitu, na świecie istnieją trzy klasy społeczne: wyższa, średnia i niższa. Podlegały one dodatkowym podziałom, miały niezliczone nazwy i różną liczebność, rozmaicie też układały się stosunki między nimi na przestrzeni wieków, jednak podstawowa struktura społeczna pozostała niezmieniona. Pomimo gwałtownych przewrotów i z pozoru nieodwracalnych przeobrażeń wciąż obowiązuje ta sama prawidłowość, podobnie jak żyroskop wraca do równowagi bez względu na to, jak daleko był wychylony"...

- Śpisz, Julio?

- Nie, najdroższy. Czytaj dalej. To wspaniałe.

"Cele poszczególnych klas społecznych są całkowicie nie do pogodzenia. Klasa wyższa pragnie zachować status quo. Klasa średnia dąży do zamiany miejsc z wyższą. Cel klasy najniższej - jeśli takowy cel występuje, bo stałą jej cechą jest nazbyt wielkie upodlenie trudami życia, aby choć w porywach miała świadomość czegokolwiek wykraczającego poza codzienne życie - to wyeliminowanie wszelkich różnic i stworzenie społeczeństwa, w którym wszyscy ludzie są równi. Tak oto w dziejach przewija się raz po raz ta sama walka. Przez długie okresy wydaje się, że klasa wyższa ma zapewnioną władzę, lecz prędzej czy później przychodzi chwila, kiedy panujący tracą wiarę w siebie albo zdolność do skutecznego rządzenia, względnie występuje jedno i drugie zjawisko. Zostają wtedy obaleni przez klasę średnią, która pozyskuje poparcie dołów społecznych, udając, że walczy o wolność i sprawiedliwość. Gdy tylko cel jest osiągnięty, klasa średnia sprowadza niższą do poprzedniej niewolniczej roli, a sama staje się klasą wyższą. Niedługo potem od jednej lub obu tych klas odrywa się nowa klasa średnia i cała walka rozpoczyna się od nowa. Ze wszystkich trzech klas tylko niższa nie osiąga swoich celów nawet na krótko. Przesadą byłoby twierdzenie, że na przestrzeni wieków nie dokonał się żaden postęp materialny. Nawet obecnie, w czasach zastoju, warunki bytowe przeciętnego człowieka są lepsze niż kilkaset lat temu. Lecz ani wzrost dostatku, ani złagodzenie obyczajów, ani reformy społeczne czy rewolucje nie przybliżyły choćby o milimetr realizacji powszechnej równości. Z perspektywy klasy niższej żadna zmiana dziejowa nie znaczyła nic więcej niż zmianę nazwy klasy panującej.

U schyłku XIX wieku dla wielu obserwatorów ta prawidłowość dziejowa stała się oczywista. Pojawiły się wówczas szkoły myślicieli, którzy historię interpretowali jako proces cykliczny i twierdzili, że nierówność jest niezmienną cechą ludzkiej cywilizacji. Pogląd ten, rzecz jasna, zawsze miał zwolenników, lecz teraz sformułowano go w sposób nowatorski. W przeszłości doktryna uzasadniająca konieczność istnienia hierarchicznej struktury społecznej była domeną klasy wyższej. Szerzyli ją królowie i arystokracja, jak również kler i kręgi prawnicze oraz podobne grupy pasożytujące na elicie władzy, a wymowę tej doktryny łagodzono obietnicą nagrody w wyimaginowanych zaświatach. Klasa średnia, dopóki walczyła o prymat, zawsze chętnie robiła użytek z takich idei jak wolność, sprawiedliwość, braterstwo. Teraz jednak ideę braterstwa zaczęli atakować ci, którzy jeszcze nie doszli do władzy, a zaledwie do niej aspirowali. W przeszłości klasa średnia wszczynała rewolucje pod sztandarem równości, następnie po odniesieniu zwycięstwa ustanawiała własną tyranię. Natomiast przedstawiciele nowej klasy średniej bez ogródek zapowiadali zaprowadzenie reżimu. Socjalizm, doktrynę, która pojawiła się na początku XIX wieku i była ostatnim ogniwem w myśleniu sięgającym buntów niewolników w starożytności, głęboko skaziły utopijne poglądy wcześniejszych stuleci. Lecz każda kolejna odmiana socjalizmu pojawiająca się po roku 1900 coraz jawniej zrywała z hasłami wolności i równości. Nowe ideologie stworzone w połowie stulecia - anglosoc w Oceanii, neobolszewizm w Eurazji oraz, używając powszechnie stosowanego określenia, "kult śmierci" w Ostazji - świadomie dążyły do umocnienia niewoli i nierówności. Te nowe ideologie wyrosły oczywiście z poprzednich, dlatego zachowały ich terminologię oraz deklarowały kontynuację ich dążeń. Lecz prawdziwym celem było zahamowanie postępu i biegu historii w dogodnym momencie. Wahadło dziejów znów miało się wychylić, po czym zastygnąć na zawsze. Jak zwykle klasę wyższą zamierzała usunąć i zastąpić klasa średnia, lecz tym razem dzięki świadomej strategii nowa elita chciała na zawsze zachować władzę.

Nowe doktryny były po części owocem rozwoju wiedzy i świadomości historycznej, które prawie nie istniały przed XIX stuleciem. Teraz pojmowano cykliczność dziejów, a przynajmniej takie panowało przekonanie, a skoro rozumiano procesy, można je było kształtować. Lecz główny powód stanowiło to, że na początku XX wieku technicznie możliwe stało się zaprowadzenie idei równości między ludźmi. Oczywiście nadal panowała nierówność pod względem wrodzonych zdolności, a wyspecjalizowanie w tej lub innej dziedzinie dokonywało się z korzyścią dla jednych kosztem innych, znikła wszakże potrzeba utrzymywania podziałów klasowych i wielkich różnic majątkowych. Dawniej przepaść klasowa była nie tylko nieuchronna, ale też pożądana. Nierówność stanowiła cenę rozwoju cywilizacji. Jednak wraz z początkiem industrializacji sytuacja się zmieniła. Choć ludzie nadal wykonywali różne prace, mogli teraz żyć na tym samym poziomie społecznym i materialnym. Zatem z perspektywy nowych warstw, które dążyły do przejęcia władzy, równość nie była już ideą wartą wcielenia w życie, lecz niebezpieczeństwem, którego należało unikać. W bardziej zacofanych czasach, kiedy społeczeństwo żyjące w sprawiedliwości i pokoju było odległym marzeniem, łatwo przychodziło uwierzyć w te ideały. Marzenie o ziemskim raju, gdzie wszyscy będą żyć razem w braterstwie, obywając się bez praw i wyzysku, od tysięcy lat nawiedzało ludzką wyobraźnię. Wizja ta przemawiała nawet do tych grup, które korzystały na każdej zmianie historycznej. Spadkobiercy rewolucji francuskiej, angielskiej i amerykańskiej po części wierzyli w swoje hasła mówiące o prawach człowieka, wolności słowa, równości wobec prawa i tym podobnych, a nawet do pewnego stopnia działali pod ich wpływem. Lecz w latach trzydziestych XX wieku wszystkie główne nurty myśli politycznej miały już charakter autorytarny. Ideę raju na ziemi zdyskredytowano dokładnie wtedy, gdy stała się możliwa do zrealizowania. Każda nowa teoria polityczna, bez względu na swoje miano, prowadziła do ustroju hierarchicznego i władzy reżimu. W warunkach ogólnego zaostrzenia kursu około roku 1930 praktyki, z którymi dawno zerwano, niekiedy setki lat wcześniej - uwięzienie bez procesu sądowego, traktowanie jeńców wojennych jak niewolników, egzekucje publiczne, wymuszanie zeznań torturami, wykorzystywanie zakładników, deportacje całych narodów - nie tylko znów się upowszechniły, lecz były szeroko akceptowane i bronione przez ludzi, którzy uważali siebie za światłych postępowców.

Dopiero po dziesięcioleciu batalii między państwami, wojen domowych, rewolucji i kontrrewolucji we wszystkich częściach świata anglosoc i konkurencyjne ideologie wyłoniły się jako w pełni opracowane doktryny polityczne. Ich zapowiedź stanowiły różne ustroje, zwykle uznawane za totalitarne, które wykształciły się we wcześniejszych latach tego stulecia, a podział globu wyłoniony z długotrwałego chaosu okazał się do przewidzenia. Tak samo do przewidzenia było to, kto konkretnie zawładnie światem. Nowa arystokracja składała się w dużej mierze z biurokratów, naukowców, techników, kadry związków zawodowych, speców od reklamy, socjologów, nauczycieli, dziennikarzy i zawodowych polityków. Ludzie ci, wywodzący się z uposażonej klasy średniej i wyższych warstw klasy pracującej, zostali ukształtowani i scaleni przez jałowy świat zmonopolizowanego przemysłu i scentralizowanej władzy. W porównaniu ze swymi poprzednikami w dawnych wiekach byli mniej chciwi, mniej skuszeni luksusem, żądniejsi władzy jako takiej, a nade wszystko bardziej świadomi swoich dążeń i wobec tego bardziej bezwzględni w eliminowaniu opozycji. To fundamentalna różnica. W zestawieniu z obecną tyranią wszystkie poprzednie należy uznać za nieudolną amatorszczyznę. Elity władzy w przeszłości zawsze były w pewnej mierze zarażone liberalizmem, zadowalały się podejmowaniem mało skutecznych działań i tłumiły wyłącznie jawny bunt, na ogół niezainteresowane tym, co myślą poddani. Według współczesnych kryteriów nawet średniowieczny Kościół katolicki jawi się jako instytucja tolerancyjna. Po części powodem było to, że w dawnych czasach żadna władza nie dysponowała dostatecznymi środkami, aby objąć całe społeczeństwo stałą inwigilacją. Dopiero wynalezienie druku ułatwiło manipulowanie opinią publiczną, a film i radio stanowiły kolejny etap tego procesu. Wraz z rozwojem telewizji i postępem technicznym, który przyczynił się do upowszechnienia urządzeń nadawczo-odbiorczych, prywatne życie dobiegło końca. Policja mogła objąć całodobową obserwacją - oficjalna propaganda zaś bombardować przekazem - każdego obywatela, a przynajmniej każdego obywatela wartego inwigilowania i zmanipulowania, z jednoczesnym wyeliminowaniem innych źródeł informacji. Tak oto po raz pierwszy pojawiła się możliwość nie tylko wymuszenia całkowitego posłuszeństwa wobec woli państwa, ale też uzyskania pełnej jednomyślności wśród obywateli.

Po rewolucjach lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych społeczeństwo jak zwykle przeorganizowało się w klasę wyższą, średnią i niższą. Lecz nowa klasa wyższa, w odróżnieniu od poprzedników, nie działała na oślep, bo zdawała sobie sprawę, czego wymaga zabezpieczenie jej interesów. Od dawna uświadamiano sobie, że jedyną niezawodną podstawą dla oligarchii jest kolektywizm. Dobrobyt i przywileje najłatwiej utrzymać, kiedy są dorobkiem całej zbiorowości. Tak zwane "zniesienie własności prywatnej", które nastąpiło w połowie stulecia, oznaczało w gruncie rzeczy skupienie dóbr w rękach o wiele mniejszej garstki ludzi niż dawniej, z tą wszakże różnicą, że nowymi właścicielami była zwarta grupa, nie rozproszone jednostki. Żaden członek Partii nie posiada nic jako osoba prywatna oprócz kilku rzeczy osobistych. W Oceanii to Partia jest kolektywnym właścicielem wszystkiego, ponieważ wszystko kontroluje, a wytwarzanymi dobrami rozporządza według własnego uznania. W okresie porewolucyjnym Partia stała się hegemonem właściwie bez większego trudu, bo cały proces przejęcia władzy ukazano jako kolektywizację. Zawsze sądzono, że po wywłaszczeniu kapitalistów nieuchronnie zapanuje socjalizm. Kapitalistów faktycznie wywłaszczono, to nie ulega wątpliwości - odebrano im fabryki, kopalnie, ziemię, domy, środki transportu, słowem wszystko, a skoro znikła własność prywatna, uznano, że aktywa te są własnością społeczną. Anglosoc, który wyrósł z wcześniejszego ruchu socjalistycznego i odziedziczył jego terminologię, tak naprawdę zrealizował główny punkt programu socjalistów, zaś efektem, zamierzonym i przewidzianym, jest dziś trwała nierówność materialna.

Lecz zachowanie ustroju hierarchicznego to problem o wiele głębszy. Elita może utracić władzę tylko z czterech powodów. Albo zostaje pokonana przez siły z zewnątrz, albo rządzi tak nieudolne, że popycha masy do buntu, albo pozwala na powstanie silnej i niezadowolonej klasy średniej, albo wreszcie traci ufność we własne siły i wolę rządzenia. Przyczyny te występują w połączeniu, z reguły w różnym natężeniu pojawiają się wszystkie cztery. Elita, która potrafiłaby ustrzec się wymienionych procesów, zachowałaby władzę po wsze czasy. W ostatecznym rozrachunku decydującym czynnikiem jest psychologiczne nastawienie rządzących.

Począwszy od połowy obecnego stulecia pierwsze z czterech niebezpieczeństw w istocie znikło. Trzy mocarstwa, które podzieliły świat między sobą, są niepokonane, a upaść mogłyby wyłącznie w wyniku zmian demograficznych, które władza o tak szerokich kompetencjach może powstrzymać. Drugie zagrożenie również ma charakter teoretyczny. Masy nigdy same z siebie nie dokonują przewrotu, poza tym nie zbuntują się tylko dlatego, że są uciskane. Dopóki brak im skali porównawczej, dopóty nie mają świadomości, że są ofiarą uciemiężenia. Powtarzające się w dawnych czasach kryzysy gospodarcze były niepotrzebne, a teraz im się zapobiega, zaś inne równie duże wstrząsy, do których dochodzi, nie mają następstw politycznych, bo wszelkie sposoby wyrażania niezadowolenia są wykluczone. Co się tyczy problemu nadwyżki produkcji, który w naszym społeczeństwie istnieje podskórnie od czasów industrializacji, jego rozwiązaniem jest stan ciągłej wojny (zob. rozdział 3), który pozwala też na odpowiednią mobilizację społeczeństwa. Zatem z perspektywy obecnej elity władzy jedynym realnym niebezpieczeństwem jest wyłonienie się nowej grupy ludzi zdolnych, niedocenianych i żądnych władzy oraz szerzenie się liberalizmu i sceptycyzmu we własnych szeregach. Słowem, to problem o charakterze wychowawczym, kwestia nieustannego urabiania świadomości zarówno kierownictwa, jak i szerszej egzekutywy, usytuowanej na szczeblu bezpośrednio poniżej. Świadomość mas wystarczy kształtować w sposób negatywny.

W świetle powyższego każdy sam wywnioskowałby, jak wygląda ustrój Oceanii, gdyby nawet go nie znał. Miejsce na szczycie tej piramidy zajmuje Wielki Brat. Jest nieomylny i wszechmocny. Każdy sukces, każde osiągnięcie, każde zwycięstwo, każde odkrycie naukowe, wszelka wiedza, mądrość, szczęście, cnoty przypisuje się bezpośrednio jego przywództwu i wynikającej z tego inspiracji. Nikt nigdy nie widział Wielkiego Brata. Jest twarzą na plakatach, głosem z teleekranu. Możemy mieć uzasadnione przekonanie, że nigdy nie umrze - tak samo jak panuje spora niepewność co do tego, kiedy się urodził. Wielki Brat to figura, za pośrednictwem której Partia postanowiła ukazywać się światu. Jego rolą jest skupianie na sobie miłości, strachu, nabożnego szacunku, słowem uczuć, które łatwiej budzi pojedynczy człowiek niż organizacja. Bezpośrednio poniżej Wielkiego Brata znajduje się Partia Wewnętrzna. Jej liczebność jest ograniczona do sześciu milionów członków, co stanowi niespełna dwa procent ludności Oceanii. Poniżej Partii Wewnętrznej znajduje się Partia Zewnętrzna, którą, o ile pierwszą nazywa się mózgiem państwa, można przyrównać do mięśni. Jeszcze niżej stoją ciemne masy, które zwyczajowo nazywamy "prolami", a które stanowią być może aż osiemdziesiąt pięć procent ludności. Posługując się wcześniejszą klasyfikacją, możemy stwierdzić, że prole to klasa niższa, albowiem sprowadzone do rangi niewolników ludy z regionu równika podbijane na zmianę przez mocarstwa nie są ani stałym, ani niezbędnym elementem tej struktury społecznej.

Z zasady przynależność do tych trzech warstw nie jest dziedziczna. Dziecko rodziców będących funkcjonariuszami Partii Wewnętrznej nie staje się automatycznie jej członkiem. O przynależności do jednego lub drugiego odłamu decyduje egzamin zdawany w wieku szesnastu lat. Nie ma dyskryminacji rasowej ani wyraźnej dominacji którejś prowincji. Na najwyższych szczeblach Partii znajdujemy Żydów, Murzynów i czystej krwi Indian z Ameryki Południowej, zaś administracja zarządzająca regionami wywodzi się zawsze z miejscowej ludności. W żadnej części Oceanii mieszkańcy nie mają odczucia, że są kolonią zarządzaną z odległej stolicy. Oceania w ogóle nie ma stolicy, a miejsce pobytu głowy państwa jest wielką niewiadomą. Poza tym, że angielski pełni funkcję lingua franca Oceanii, a nowomowa funkcję języka urzędowego, państwo nie jest scentralizowane. Elitę władzy łączą nie więzy krwi, lecz wyznawanie wspólnej doktryny. To prawda, że nasze społeczeństwo cechuje się rozwarstwieniem - do tego sztywnym - według tego, co na pierwszy rzut oka wydaje się dziedzicznością. Obserwujemy znacznie mniejszy ruch między różnymi grupami niż w kapitalizmie, a nawet w epoce przedindustrialnej. Owszem, dochodzi do pewnej wymiany między dwiema odnogami Partii, ale tylko do tego stopnia, aby z Wewnętrznej usunąć słabeuszy, a ambitnych członków Zewnętrznej poskromić poprzez awans. W praktyce proletariuszom nie wolno wstąpić do Partii. Najzdolniejszych, którzy mogliby stać się zarzewiem niezadowolenia, namierza i eliminuje Myślicja. Lecz ten stan rzeczy nie musi trwać wiecznie i nie jest traktowany pryncypialnie. Partia nie tworzy klasy społecznej w dawnym rozumieniu. Nie dąży do przekazania władzy potomkom; gdyby nie można było zatrzymać najzdolniejszych jednostek na najwyższym szczeblu, Partia byłaby gotowa pozyskać całe nowe pokolenie spośród proletariatu. To, że w kluczowym okresie nie stosowała zasady dziedziczności, przyczyniło się w dużej mierze do zneutralizowania opozycji. Socjalista starej daty, nawykły do zwalczania tego, co nazywano "przywilejami klasowymi", zakładał, że elita władzy nieoparta na dziedziczności będzie nietrwała. Nie rozumiał, że ciągłość oligarchii nie musi mieć charakteru rodowego, nie dostrzegał również, że panowanie arystokracji krwi nigdy nie trwało nazbyt długo, tymczasem organizacje członkowskie, takie jak Kościół katolicki, istniały niekiedy setki, nawet tysiące lat. Istotą systemu oligarchicznego nie jest dziedziczenie z ojca na syna, lecz trwałość określonego światopoglądu i sposobu życia, które umarli narzucają żywym. Elita władzy rządzi dopóty, dopóki może wyznaczać swoich następców. Partii nie interesuje przedłużenie linii rodowej, lecz własne przetrwanie. Nie ma znaczenia, kto sprawuje władzę - pod warunkiem że zostaje zachowany ustrój hierarchiczny. Wszelkie poglądy, obyczajowość, gusty, życie uczuciowe, postawy charakterystyczne dla naszych czasów ukształtowane są tak, żeby podtrzymywać mistyczną aurę wokół Partii oraz zamaskować rzeczywistą istotę stosunków społecznych. Jakikolwiek opór fizyczny lub choćby próby jego podjęcia są obecnie wykluczone. Proletariat nie stanowi żadnego zagrożenia dla władzy. Pozostawiony sam sobie będzie trwał z pokolenia na pokolenie przez kolejne stulecia, tyrając, płodząc potomków i umierając, pozbawiony nie tylko wszelkiego odruchu sprzeciwu, lecz również możliwości wyobrażenia sobie innego świata. Mógłby stać się niebezpieczny tylko wtedy, gdyby wskutek postępu technicznego wymagał lepszego wykształcenia, lecz skoro rywalizacja militarna i gospodarcza przestała mieć znaczenie, poziom oświaty powszechnej się obniża. Władza z obojętnością traktuje to, jakie poglądy wyznają lub jakich nie wyznają masy. Nie trzeba im nawet odbierać swobody myślenia, bo są pozbawione inteligencji. Natomiast u członków Partii nie toleruje się najdrobniejszego odstępstwa od oficjalnej linii choćby w najbłahszych sprawach.

Od urodzin aż do śmierci członek Partii żyje pod nadzorem Myślicji. Nawet gdy jest sam, nie może być całkowicie pewien, że rzeczywiście jest sam. Bez względu na to, gdzie przebywa i co robi - śpi lub czuwa, pracuje lub odpoczywa, kąpie się lub leży w łóżku - może być śledzony, bez uprzedzenia i skrycie. Wszystko, co robi, ma znaczenie. Jego przyjaźnie, rozrywki, nastawienie do żony i dzieci, wyraz twarzy, gdy przebywa sam, słowa, które mamrocze przez sen, sposób poruszania się, są starannie analizowane. Z całą pewnością zostanie wykryte nie tylko każde wykroczenie, lecz nawet najmniejsza oznaka ekscentryczności, najmniejsza zmiana nawyków czy nerwowy gest, które mogą świadczyć o rozdarciu wewnętrznym. Członek Partii jest pozbawiony możliwości jakiegokolwiek wyboru, ale jego czynów nie reguluje żadne prawo ani wyraźnie sformułowany kodeks postępowania. W Oceanii nie ma prawa. Myśli i czyny, które po wykryciu zasługują na wyrok śmierci, nie są oficjalnie zakazane, a niekończące się czystki, aresztowania, tortury, więzienie i wyparowania to nie kara za przestępstwo, które w istocie popełniono, lecz likwidowanie tych, którzy być może w przyszłości przestępstwo by popełnili. Od członka Partii oczekuje się nie tylko właściwych poglądów, ale też właściwych odruchów. Wiele wymaganych przekonań i postaw nie zostało wyraźnie sprecyzowanych, bo wtedy odkryto by niejedną sprzeczność tkwiącą w anglosocu. Jeśli członek jest osobą z natury prawomyślną (w nowomowie to "dobrozum"), wtedy niezależnie od okoliczności będzie wiedział bez zastanowienia, co należy uważać i czuć. Ponadto gruntowny trening myślowy przebyty w dzieciństwie, skupiony wokół takich określeń nowomowy jak "myślostop", "czernobiel" i "dwumyślenie", wyklucza chęć i możliwość głębszych dociekań w jakiejkolwiek sprawie.

Członek Partii nie powinien mieć żadnych uczuć osobistych, musi za to bez chwili wytchnienia pałać entuzjazmem do władzy, nieustannie zionąć nienawiścią do wrogów i zdrajców, upajać się zwycięstwami i korzyć przed potęgą i mądrością Partii. Niezadowolenie z jałowej, małowartościowej egzystencji celowo przekierowywane jest na zewnątrz i wyładowywane dzięki takim inicjatywom jak Dwie Minuty Nienawiści, a rozważania, które mogłyby doprowadzić do postawy sceptycznej lub wręcz buntowniczej, są zawczasu wyeliminowane wskutek wpojenia dyscypliny wewnętrznej na wczesnym etapie życia. Pierwszym i najprostszym etapem zaprowadzania tej dyscypliny, przyswajanym nawet przez najmłodsze dzieci, jest, w nowomowie, "myślostop". "Myślostop" oznacza umiejętność natychmiastowego zduszenia w zarodku, jakby odruchowo, każdej potencjalnie niebezpiecznej myśli. Obejmuje także niezdolność do wychwytywania analogii, dostrzegania błędów logicznych, zrozumienia choćby najprostszych argumentów, jeśli wymierzone są w anglosoc, a także znużenie lub wstręt w reakcji na każde rozważanie, które prowadziłoby do nieprawomyślności. Tak więc "myślostop" to prewencyjna głupota. Lecz sama głupota nie wystarczy. Wręcz przeciwnie, prawomyślność w pełnym tego słowa znaczeniu wymaga takiej kontroli nad własnymi procesami mentalnymi, jaką ma człowiek guma nad swoim ciałem. Fundament społeczeństwa Oceanii stanowi wiara, że Wielki Brat jest wszechmocny, a Partia nieomylna. Lecz ponieważ w rzeczywistości Wielki Brat nie jest wszechmocny, a Partia nie jest nieomylna, zachodzi potrzeba ciągłej, niestrudzonej elastyczności w podejściu do faktów. Kluczowym określeniem jest "czernobiel". Jak wiele innych słów z nowomowy, termin ten ma dwa sprzeczne znaczenia. Zastosowany wobec przeciwnika, dotyczy zwyczaju bezczelnego twierdzenia, że białe jest czarne - wbrew oczywistym faktom. Zastosowany wobec członka Partii oznacza lojalną gotowość do uznania, że białe jest czarne - gdy wymagają tego interes i dyscyplina partyjna. Oczekuje się od niego wiary, więcej nawet, niepodważalnej wiedzy, że białe jest czarne, oraz puszczenia w niepamięć, że kiedykolwiek uważano inaczej. To wymaga nieustannego cenzurowania przeszłości, możliwego dzięki zabiegowi, który obejmuje wszystko inne i w nowomowie określany jest mianem "dwumyślenia".

Cenzurowanie przeszłości konieczne jest z dwóch powodów, z których jeden ma charakter drugorzędnego środka zapobiegawczego. Otóż członkowie Partii, podobnie jak proletariat, tolerują swoje ciężkie warunki bytowe po części dlatego, że nie mają skali porównawczej. Należy ich odciąć od przeszłości, podobnie jak należy ich odciąć od świata zewnętrznego, powinni bowiem wierzyć, że wiedzie im się lepiej niż ich przodkom, a poziom życia przeciętnego człowieka nieustannie się podnosi. Lecz o wiele ważniejszym powodem cenzurowania przeszłości jest potrzeba zagwarantowania nieomylności Partii. Nie chodzi tylko o to, że przemówienia, statystyki i zapisy wszelkiego rodzaju należy bez przerwy uaktualniać, aby wykazać, że Partia nigdy się nie myli w swoich przewidywaniach, lecz także o to, że nigdy nie wolno się przyznać do żadnej zmiany w doktrynie czy układach politycznych. Zmiana zdania lub zmiana obranej linii postępowania jest przyznaniem się do słabości. Jeśli na przykład dzisiejszym wrogiem jest Eurazja lub Ostazja (wszystko jedno), państwo to musi być wrogiem zawsze, od początku. Jeżeli fakty mówią co innego, wtedy trzeba je zmienić. Dlatego historia wciąż jest pisana na nowo. To codzienne zafałszowywanie przeszłości, dokonywane przez Ministerstwo Prawdy, stanowi tak samo niezbędny warunek zachowania stabilności reżimu jak represje i inwigilacja prowadzone przez Ministerstwo Miłości.

Zmienny charakter przeszłości to fundamentalny dogmat anglosocu. Uważa się, że minione zdarzenia nie istnieją obiektywnie, przetrwały tylko w formie zapisów i ludzkich wspomnień. Zatem przeszłość jest tym, o czym zgodnie świadczą świadectwa historyczne i pamięć. A skoro pod kontrolą Partii znajdują się wszelkie archiwa i umysły jej członków, jest oczywiste, że przeszłość jawi się tak, jak sobie tego życzy Partia. Wynika stąd i to, że choć przeszłość podlega zmianie, nigdy nie została zretuszowana w żadnym konkretnym przypadku. Albowiem gdy przybiera określony kształt pod dyktando chwili obecnej, wtedy nowa wersja jest przeszłością, każda inna zaś zostaje wykluczona. Ma to zastosowanie również wtedy - a dzieje się tak dość często - kiedy to samo wydarzenie trzeba kilkakrotnie przerobić nie do poznania w ciągu jednego roku. Za każdym razem Partia jest wyrazicielem prawdy absolutnej, zaś prawda absolutna jest zawsze tożsama z tym, co obowiązuje obecnie. Jak zobaczymy, kontrola nad przeszłością zależy przede wszystkim od odpowiedniego wyćwiczenia pamięci. Aby mieć pewność, że wszystkie źródła pisane pozostają w zgodzie z ortodoksją bieżącej polityki, wystarczy zastosować działania o charakterze mechanicznym. Ale należy także pamiętać, że wydarzenia potoczyły się w przeszłości wedle obecnych wymogów. Do tego trzeba przetasować swoje wspomnienia oraz przerobić świadectwa historyczne, a potem zapomnieć o tych zabiegach. Tej sztuczki można się nauczyć tak samo jak innych technik mentalnych. Umiejętność tę opanowuje większość członków Partii, a na pewno ci, którzy są inteligentni i prawomyślni. W staromowie nazywa się to, całkiem otwarcie, "kontrolą rzeczywistości". W nowomowie to "dwumyślenie", lecz określenie to jest o wiele bardziej pojemne.

Dwumyślenie oznacza umiejętność wyznawania dwóch sprzecznych poglądów jednocześnie. Inteligentny członek Partii wie, jak powinien przerobić swoje wspomnienia, zatem zdaje sobie sprawę, że wypacza rzeczywistość, lecz stosując dwójmyślenie, przekonuje sam siebie, że realia nie zostały przeinaczone. Proces ten musi być świadomy, gdyż wymaga precyzji, zarazem nieświadomy, inaczej zrodziłby poczucie fałszu i winy. Dwumyślenie to sedno anglosocu, ponieważ zasadnicza działalność Partii sprowadza się do stosowania świadomego oszustwa z jednoczesnym zachowaniem determinacji w drodze do celu, zwykle towarzyszącej nieskazitelnej uczciwości. Rozsiewać kłamstwa i zarazem autentycznie w nie wierzyć, zapominać o wszystkich niewygodnych faktach, a potem, gdy zajdzie konieczność, przywołać je na tak długo, jak trzeba, zaprzeczać istnieniu obiektywnej rzeczywistości i równocześnie przez cały czas uważnie śledzić negowane realia - to wszystko jest niezbędne. Nawet przy stosowaniu słowa "dwumyślenie" należy stosować dwumyślenie. Albowiem używając go, człowiek przyznaje się do manipulowania rzeczywistością; sięgając po zabieg dwumyślenia, przekreśla tę świadomość i tak bez końca, a wtedy kłamstwo wciąż o krok wyprzedza prawdę. W ostatecznym rozrachunku to właśnie za pomocą dwumyślenia Partia potrafi - i z tego, co wiemy, będzie potrafiła przez następne tysiące lat - powstrzymać bieg dziejów.

Wszystkie dawne oligarchie utraciły władzę dlatego, że skostniały, lub dlatego, że uwiędły. Jedne padły ofiarą własnej bezmyślności i arogancji - nie zdołały dostosować się do zmiennych okoliczności i zostały obalone; inne zrobiły się liberalne, tchórzliwe, szły na ustępstwa, gdy powinny były stosować siłę, co również prowadziło do ich upadku. Można powiedzieć, że runęły albo wskutek świadomości, albo nieświadomości. Osiągnięciem Partii jest stworzenie systemu, w którym oba te stany mogą współistnieć. Na żadnym innym fundamencie dominacja Partii nie mogłaby mieć trwałego charakteru. Jeśli ktoś pragnie rządzić społeczeństwem, i to rządzić po wsze czasy, musi zaburzyć poczucie rzeczywistości. Albowiem tajemnica sprawnych rządów polega na połączeniu wiary we własną nieomylność z umiejętnością wyciągania wniosków z błędów popełnionych przez wcześniejsze elity władzy.

Nie trzeba tłumaczyć, że najsubtelniejszymi użytkownikami dwumyślenia są ci, którzy je wymyślili i którzy wiedzą, że jest to skomplikowany system manipulacji. W naszym społeczeństwie ludzie, którzy najlepiej orientują się w tym, co się dzieje, to równocześnie ci, którzy są jak najdalej od właściwego postrzegania świata. Ogólnie rzecz biorąc, im większe rozeznanie, tym większa ułuda; im ktoś jest inteligentniejszy, tym mniej poczytalny. Świetną ilustracją tej zależności będzie to, że psychoza wojenna narasta wraz z awansem po szczeblach hierarchii. Najbardziej racjonalny stosunek do wojny mają zniewolone ludy zamieszkujące sporne tereny. Dla nich wojna to po prostu nieprzerwany kataklizm, który przetacza się po nich jak fale powodzi. Nie ma znaczenia, która strona zwycięża. Wiedzą, że każda nowa okupacja oznacza taki sam trud na rzecz nowych panów, którzy traktują je identycznie jak poprzedni. Znajdujący się w odrobinę lepszej sytuacji robotnicy nazywani "prolami" tylko w przebłyskach zdają sobie sprawę ze stanu wojny. Jeśli zachodzi potrzeba, można w nich wywołać obłędny strach i nienawiść, lecz pozostawieni sami sobie zapominają na długo o toczącej się wojnie. To w szeregach Partii, zwłaszcza Partii Wewnętrznej, napotykamy autentyczny ferwor wojenny. W podbój świata święcie wierzą ci, którzy zdają sobie sprawę z jego nierealności. To osobliwe połączenie przeciwieństw - wiedzy z ignorancją, cynizmu z fanatyzmem - należy do głównych cech społeczeństwa Oceanii. Oficjalna ideologia roi się od sprzeczności nawet wtedy, gdy nie ma dla nich racji bytu. Partia odrzuca i oczernia wszystkie pierwotne idee socjalizmu, a czyni to w imię socjalizmu właśnie. Szerzy bezprzykładną w dawnych stuleciach pogardę dla klasy pracującej, zarazem stroi swoich członków w uniformy wzorowane na odzieży roboczej dawnych pracowników fizycznych. Systematycznie podkopuje więzy rodzinne, jednocześnie swego przywódcę obwołuje mianem bezpośrednio odwołującym się do relacji rodzinnych. Nawet nazwy czterech ministerstw, które rządzą społeczeństwem, odzwierciedlają bezczelne, celowe zafałszowywanie realiów. Prawdziwą domeną Ministerstwa Pokoju jest bowiem wojna, Ministerstwa Prawdy - kłamstwo, Ministerstwa Miłości - tortury, a Ministerstwa Dostatku - głód. Te sprzeczności nie są sprawą przypadku, nie wynikają też ze zwykłej hipokryzji; to świadomy zabieg dwumyślenia. Albowiem tylko poprzez godzenie sprzeczności można po wsze czasy utrzymać władzę. To jedyny sposób przerwania odwiecznego koła historii. Jeśli chce się raz na zawsze zapobiec nastaniu równości między ludźmi, jeśli klasa wyższa, jak ją nazwaliśmy, ma na wieki wieków pozostać u sterów, to rozpowszechnionym stanem umysłu powinien być kontrolowany obłęd.

Pozostaje jedna kwestia, którą dotąd pomijaliśmy. A mianowicie: dlaczego chciano zapobiec nastaniu równości społecznej? Załóżmy, że mechanizmy tego procesu zostały rzetelnie opisane, jaki jest więc cel tego ogromnego, starannie zaplanowanego przedsięwzięcia wstrzymującego bieg historii w tym konkretnie momencie?

Oto dochodzimy do tajemnicy stanowiącej sedno wszystkiego. Jak widzieliśmy, tajemnicza aura Partii, a zwłaszcza Partii Wewnętrznej, zasadza się na dwumyśleniu. Lecz jeszcze głębiej kryje się pierwotny powód, nigdy niekwestionowany instynkt, który z początku był siłą napędową prowadzącą do zdobycia władzy i zaowocował dwumyśleniem, Myślicją, ciągłą wojną i wszystkimi innymi elementami. W istocie ten motyw to"...

Nagle Winston usłyszał głęboką ciszę, podobnie jak człowiek rejestruje brzmienie nowego dźwięku. Odniósł wrażenie, że od dłuższej chwili Julia pozostaje w bezruchu. Leżała na boku, naga od talii w górę, z dłonią wsuniętą pod policzek, z lokiem ciemnych włosów przesłaniającym oczy. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała powoli i miarowo.

- Julio.

Milczenie.

- Julio, słuchasz mnie?

Spała. Zamknął Książkę, położył ją ostrożnie na podłodze, wyciągnął się na łóżku i przykrył siebie i dziewczynę kocem.

Pomyślał, że wciąż nie poznał fundamentalnej tajemnicy. Rozumiał jak, nie rozumiał dlaczego. Właściwie nie dowiedział się nic nowego ani z rozdziału pierwszego, ani z trzeciego, po prostu tylko usystematyzował to, z czego zdawał sobie sprawę. Lektura utwierdziła go jednak w przekonaniu, że nie jest szalony. Bycie mniejszością, nawet mniejszością jednoosobową, nie czyniło nikogo obłąkańcem. Istniała prawda i istniał fałsz, a ten, kto obstawał przy prawdzie, choćby wbrew całemu światu, był człowiekiem normalnym. Przez okno padła ukosem na poduszkę żółta smuga zachodzącego słońca. Winston zamknął oczy. Światło, które oblało jego twarz i gładkie ciało przytulonej do niego dziewczyny, zrodziło w nim senną, acz silną pewność siebie. Winston poczuł się bezpiecznie, wszystko dobrze się układało. Zapadł w sen, szepcząc do siebie: "Normalność to nie kwestia statystyki", mając poczucie, że w tych słowach kryje się głęboka mądrość.

Obudził się z wrażeniem, że spał bardzo długo, lecz zerknięcie na staroświecki zegar upewniło go, że jest dopiero dwudziesta trzydzieści. Drzemał jeszcze przez chwilę, a potem po podwórzu poniósł się znajomy gromki śpiew:

Był to miłości odruch beznadziejny,

Co roskwit krótko jak wiosenny sad,

Pienkne uczucia i marzenia wzbudził

I serce me na zawsze skrad!

Bzdurna piosnka najwyraźniej nie straciła na popularności. Słyszało się ją to tu, to tam. Przeżyła nawet Pieśń Nienawiści. Hałasy zbudziły Julię, która przeciągnęła się rozkosznie i wstała z łóżka.

- Zgłodniałam - oznajmiła. - Zaparzmy kawę. O cholera, zgasło, woda jest zimna. - Podniosła prymus i nim potrząsnęła. - Oleju nie ma.

- Chyba moglibyśmy dostać trochę od pana Charringtona.

- Dziwne, przecież sprawdziłam, że było pełno. Trzeba coś włożyć na siebie, bo się ochłodziło.

Winston też wstał i się ubrał. Niezmordowany głos piał:

Mówio ludziska, że czas leczy rany,

Że wszystko zapomnieć się daje,

Lecz od uśmiechów i łez przez te lata

Serce moje boleśnie się kraje!

Winston podszedł do okna, zapinając pasek kombinezonu. Słońce skryło się za domami, podwórze spowił półmrok. Płyty kamienne były mokre, jakby po umyciu, niebo też sprawiało wrażenie, że zostało wypłukane, tak świeży i jasny wydawał się błękit między kominami. Praczka niestrudzenie chodziła w tę i z powrotem, to zatykając sobie usta spinaczami, to odtykając, śpiewając na zmianę i milknąc, rozwieszała kolejne pieluchy, coraz ich więcej i więcej. Winston zastanawiał się, czy kobieta zarabia praniem na życie, czy też dźwiga brzemię opieki nad dwadzieściorgiem lub trzydzieściorgiem wnucząt. Julia podeszła z boku i teraz razem, z pewnym rodzajem fascynacji, obserwowali postać na środku podwórza. Kiedy kobieta przyjęła swoją charakterystyczną postawę, wyciągając grube ramiona w kierunku sznurka i wypinając zad potężny jak u klaczy, Winston po raz pierwszy zobaczył w niej piękno. Nigdy dotąd nie przyszło mu do głowy, że ciało pięćdziesięcioletniej kobiety, rozdęte potwornie przez porody, po czym zahartowane, stwardniałe, wreszcie gruzłowate jak miąższ przejrzałej rzepy, może być ładne. A jednak było. Dlaczego by nie? - pomyślał. Masywne, bezkształtne ciało podobne do bryły granitu, z zaognioną poczerwieniałą skórą, tak się miało do ciała młodej dziewczyny jak owoc dzikiej róży do samego jej kwiatu. Dlaczego owoc uznać za gorszy?

- Piękna jest - mruknął.

- Przecież ma z metr w pasie, jak nie więcej - odparła Julia.

- Między innymi na tym polega jej uroda.

Bez trudu objął gibką talię dziewczyny. Przywarła do niego biodrem i kolanem. Ze spotkania ich ciał nie miało się narodzić dziecko. Tego jednego nie wolno im było zrobić. Tylko z ust do ust, z umysłu do umysłu, mogli przekazywać swoją tajemnicę. Kobieta na podwórzu nie miała umysłu, dysponowała za to silnymi rękami, gorącym sercem i płodnym łonem. Winston zastanawiał się, ile dzieci urodziła. Ani chybi z piętnaścioro. Rozkwitła na krótko, być może na rok, jak dzika róża, po czym rozdęła się niczym dojrzały owoc, zrobiła twarda, czerwona, wulgarna, a jej życie sprowadzało się do prania, szorowania, cerowania, gotowania, zamiatania, polerowania, szycia i znowu szorowania i prania, najpierw dla dzieci, potem dla wnucząt, i tak przez bite trzydzieści lat. A jednak u kresu tego wszystkiego miała ochotę śpiewać. Mistyczny szacunek, jaki Winston poczuł do tej kobiety, łączył się dziwnie z widokiem tego bezchmurnego jasnego nieba, które rozciągało się między kominami aż po bezkres. Co za osobliwa myśl, że to niebo jest takie samo dla wszystkich, w Eurazji, w Ostazji, także tutaj. A ludzie żyjący pod tym niebem też się zasadniczo od siebie nie różnili - wszędzie, na całym świecie, żyły miliardy identycznych osób, nieświadomych istnienia siebie nawzajem, rozdzielonych murem nienawiści i kłamstwa, a jednak tak bardzo do siebie podobnych, ludzi, którzy nie nawykli do myślenia, lecz którzy w swych sercach, trzewiach i mięśniach zgromadzili siłę zdolną pewnego dnia poruszyć światem. Jeśli jest jakakolwiek nadzieja, to w prolach! Winston nie przeczytał Książki do końca, wiedział jednak, że tak właśnie brzmi ostateczne przesłanie Goldsteina. Przyszłość należy do prolów. Ale czy mógł mieć pewność, że gdy nadejdzie ich czas, zbudują świat mniej obcy jemu, Winstonowi Smithowi, niż ten stworzony przez Partię? Owszem, bo przynajmniej będzie to świat wolny od obłędu. Tam, gdzie zapanowała równość, możliwa jest poczytalność ludzkiego rozumu. Prędzej czy później to się dokona: siła przerodzi się w świadomość. Prole byli nieśmiertelni - to nie ulegało wątpliwości, gdy Winston patrzył na tę dzielną postać na podwórzu. W końcu ci ludzie się przebudzą, choćby za tysiąc lat. A do tego czasu będą trwać wbrew wszystkiemu, niczym ptaki, przekazując sobie nawzajem żywotność, której Partia nie miała i nie mogła wykorzenić.

- Pamiętasz tego drozda, który nam śpiewał pierwszego dnia na skraju lasu? - spytał.

- Śpiewał nie nam, tylko dla własnej przyjemności - odrzekła Julia. - A właściwie nawet nie to. Po prostu śpiewał.

Ptaki śpiewały, śpiewali prole, Partia nie śpiewała. Jak świat długi i szeroki, w Londynie, Nowym Jorku, Afryce i Brazylii, na tajemniczych zakazanych obszarach poza granicami państwa, na ulicach Paryża i Berlina, w wioskach na bezkresnych stepach Rosji, na bazarach Chin i Japonii - wszędzie żyła ta sama masywna niezłomna postać, zeszpecona przez pracę i wielokrotną ciążę, tyrająca przez całe życie, od narodzin aż do śmierci, a mimo to rozśpiewana. Pewnego dnia z tych potężnych lędźwi narodzi się plemię świadomych istot ludzkich. My jesteśmy martwi, pomyślał Winston, to do nich należy przyszłość. Można było uczestniczyć w tej przyszłości, jeśli zachowało się żywotny umysł, tak jak oni zachowywali żywotne ciało, a wtedy rozkrzewi się tajna doktryna, że dwa plus dwa równa się cztery.

- Jesteśmy martwi - odezwał się.

- Jesteśmy martwi - powtórzyła posłusznie Julia.

- Jesteście martwi - rozbrzmiał za ich plecami głos jak stal.

Odskoczyli na boki. Winston poczuł nagłe zimno w trzewiach. Zobaczył białka oczu Julii, wybałuszonych ze strachu. Jej twarz zrobiła się ziemista. Róż na policzkach nabrał wyrazistości, jakby nie miał nic wspólnego ze skórą pod spodem.

- Jesteście martwi - powtórzył głos.

- To zza ryciny - szepnęła Julia.

- Zza ryciny. Nie ruszać się bez rozkazu.

Wreszcie, to wreszcie się stało! Zastygli bezradni, patrząc sobie w oczy. Uciekać przed śmiercią, wybiec z tego domu, zanim będzie za późno - ta myśl w ogóle nie przyszła im do głowy. Nieposłuszeństwo wobec twardego głosu dobiegającego ze ściany było niemożliwe. Rozległ się trzask, jakby odpięto zacisk, następnie brzęk tłuczonego szkła. Rycina spadła na podłogę, odsłaniając ukryty teleekran.

- Teraz nas widzą - powiedziała Julia.

- Teraz was widzimy - oznajmił głos jak stal. - Stanąć na środku pokoju. Plecami do siebie. Ręce na kark. Nie dotykać się.

Nie dotykali się, ale Winston miał wrażenie, że czuje, jak Julia dygocze na całym ciele. A może to on dygotał. Z trudem powstrzymał dzwonienie zębami, nie mógł jednak zapanować nad drżeniem kolan. Z dołu, z ulicy i z głębi domu dobiegł tupot nóg. Jakby na podwórzu zaroiło się od ludzi. Coś wleczono po kamiennych płytach. Śpiew prolki ucichł nagle, za to rozległ się donośny przeciągły szczęk, jakby potoczyła się rzucona balia, a potem natłok gniewnych okrzyków i głośne wycie z bólu.

- Otoczyli dom - stwierdził Winston.

- Otoczyliśmy dom.

Usłyszał, że Julia szczęknęła zębami.

- Chyba trzeba się pożegnać na zawsze - powiedziała.

- Możecie się pożegnać - rzekł głos. Zaraz potem rozległy się inne, cieńsze, kulturalne tony, które wydały się Winstonowi znajome:

- A skoro o tym mowa, to dla przypomnienia: "Oto świeczka, byś trafił do łóżka, oto topór, by ci głowa spadła, gdzie poduszka".

Coś trzasnęło za plecami Winstona. Przez okno wepchnięto koniec drabiny, którym wyważono ramę. Ktoś już wdrapywał się na parapet. Po schodach zadudniły gwałtownie kroki. Nagle w pokoju zaroiło się od umięśnionych mężczyzn w czarnych mundurach i podkutych butach, z pałkami w rękach.

Winston przestał dygotać. Właściwie nawet nie poruszał oczami. Liczyło się tylko jedno: zastygnąć, zastygnąć, żeby nie dać im pretekstu do bicia! Mężczyzna o gładkiej szczęce zapaśnika, w której usta były tylko cienką szczeliną, zatrzymał się przed nim, wymownie przesuwając pałką między dwoma palcami. Winston spojrzał mu w oczy. Poczucie bezradności, gdy tak stał z dłońmi splecionymi na karku, wystawiony przodem na ciosy, było nie do zniesienia. Funkcjonariusz wysunął koniec białego języka, oblizał niewidoczne wargi i ruszył dalej. Rozległ się kolejny trzask. Ktoś zgarnął ze stolika szklany przycisk do papieru i rozbił go o kominek.

Po dywaniku potoczył się okruch korala, pomarszczona różowa materia podobna do cukrowej różyczki na torcie. Jaki mały, pomyślał Winston, jaki mały był zawsze! Z tyłu rozległo się głuche uderzenie i jęk, po czym otrzymał tak mocne kopnięcie w kostkę, że omal nie stracił równowagi. Jeden z mężczyzn grzmotnął Julię pięścią w splot słoneczny, aż złożyła się wpół jak scyzoryk i runęła. Miotała się po podłodze, próbując złapać oddech. Winston nie odważył się poruszyć głową ani o milimetr, lecz jej zsiniała twarz z rozdziawionymi ustami raz po raz pojawiała się w polu jego widzenia. Pomimo przerażenia odczuwał teraz we własnym ciele ten jej piekielny ból i jeszcze bardziej dojmującą walkę o haust powietrza. Znał to - straszliwe, rozdzierające łupanie, które tłumią duszące się płuca. Dwóch funkcjonariuszy chwyciło Julię za kolana i ramiona i wyniosło ją z pokoju jak worek. Na moment Winston zobaczył jej wykrzywioną ziemistą twarz odwróconą do dołu, z zamkniętymi oczyma i wciąż zaróżowionymi policzkami. Potem już jej nie widział.

Stał jak skamieniały. Dotąd nikt go nie uderzył. Przez jego głowę przewijały się samorzutnie różne myśli, niezbyt istotne. Zastanawiał się, czy dopadli pana Charringtona. I co zrobili z praczką na podwórzu. Dotarło do niego, że musi oddać mocz, co go trochę zdziwiło, bo zrobił to dwie, trzy godziny wcześniej. Zauważył, że zegar na kominku wskazuje dziewiątą, a więc dwudziestą pierwszą. Dlaczego w takim razie jest tak jasno? Czy w sierpniu o dwudziestej pierwszej nie powinien zapaść zmierzch? A może pomylili z Julią godziny - może przespali całą noc i gdy się obudzili, była ósma trzydzieści rano, a nie dwudziesta trzydzieści? Nie drążył dalej, bo to przestało być istotne.

Na korytarzu rozległy się lżejsze kroki i do pokoju wszedł pan Charrington. Zachowanie umundurowanych na czarno funkcjonariuszy natychmiast stało się powściągliwsze. W wyglądzie pana Charringtona zaszła zmiana. Jego spojrzenie padło na przycisk roztrzaskany na podłodze.

- Sprzątnąć te skorupy - rzekł ostrym tonem.

Jeden z tamtych pochylił się, aby wykonać rozkaz. Z głosu pana Charringtona zniknął proletariacki akcent. Winston zdał sobie nagle sprawę, że właśnie ten głos słyszał z teleekranu. Pan Charrington wciąż miał na sobie starą marynarkę z aksamitu, lecz jego siwe włosy były teraz czarne. Pozbył się również okularów. Rzucił Winstonowi szybkie ostre spojrzenie, jakby chciał potwierdzić jego tożsamość, po czym nie poświęcił mu więcej uwagi. Wciąż można było rozpoznać w nim niedawnego pana Charringtona, ale stał się innym człowiekiem. Był wyprężony, a jego ciało się rozrosło. W twarzy zaszły jedynie drobne zmiany, które jednak przesądziły o całkowitym przeobrażeniu. Czarne brwi stały się mniej krzaczaste, zmarszczki znikły, rysy odmłodniały, nos zrobił się krótszy. Ukazało się zimne, czujne oblicze mężczyzny lat mniej więcej trzydziestu pięciu. Winstonowi błysnęła w głowie myśl, że po raz pierwszy w życiu wie, że patrzy na funkcjonariusza Myślicji.

ROZDZIAŁ 1

Nie wiedział, gdzie jest, najprawdopodobniej w pomieszczeniach Ministerstwa Miłości, ale pewności nie miał. Umieszczono go w wysokiej celi bez okien, pośród ścian pokrytych połyskującymi białymi kafelkami. Niewidoczne lampy zalewały przestrzeń zimnym światłem i słychać było niski szum, zapewne z powodu wentylacji. Dokoła przy ścianach ciągnęła się ława czy też półka na tyle szeroka, by można było na niej usiąść, z przerwą na drzwi, naprzeciwko których znajdował się sedes bez deski klozetowej. Oprócz tego zainstalowano cztery teleekrany, po jednym na każdej ścianie.

Winston czuł tępy ból w brzuchu, niezmienny, odkąd wrzucili go do furgonu i wywieźli. Dopadł go także głód, dokuczliwe, niezdrowe doznanie. Być może od ostatniego posiłku upłynęły już dwadzieścia cztery godziny, może nawet trzydzieści sześć. Nadal nie wiedział - i prawdopodobnie tak miało pozostać - czy gdy go aresztowano, był ranek, czy wieczór. Od chwili zatrzymania nie dostał nic do jedzenia.

Zastygł nieruchomo na wąskiej ławie i położył dłonie na kolanach. Nauczył się siedzieć jak posąg. Tamci wrzeszczeli z teleekranu, gdy wykonywało się nagłe ruchy. Głód doskwierał mu coraz mocniej. Nade wszystko Winston pragnął kromki chleba. Przyszło mu do głowy, że w kieszeni kombinezonu uchowało się może trochę okruchów. Być może nawet - ta myśl się objawiła, bo chwilami coś łaskotało go w udo - znajduje się tam spory kawałek. W końcu pokusa, aby to sprawdzić, wzięła górę nad strachem i Winston wsunął dłoń do kieszeni.

- Smith! - ryknął głos z teleekranu. - Sześć zero siedem dziewięć Smith W! W celach ręce trzymać na widoku!

Znieruchomiał i znów położył dłonie na kolanach. Wcześniej zabrano go do innego miejsca, najwyraźniej do zwykłego więzienia albo aresztu wykorzystywanego przez uliczne patrole. Nie miał pojęcia, jak długo go tam przetrzymywano, na pewno przynajmniej kilka godzin - bez zegara i okien trudno było połapać się w upływie czasu. Panował tam hałas i nieludzki smród. Umieszczono go w celi podobnej do tej, w której znajdował się teraz, tyle że było tam ohydnie brudno i tłoczno - trzymano razem dziesięć, piętnaście osób. W większości byli to pospolici przestępcy, choć trafiło się także paru więźniów politycznych. Winston siedział w milczeniu oparty o ścianę, poszturchiwany przez brudne ciała, zbyt przejęty strachem i bólem brzucha, by zwracać uwagę na otoczenie, choć dostrzegał uderzającą różnicę w zachowaniu partyjniaków i pozostałych więźniów. Ci pierwsi byli milczący i przerażeni, drudzy zaś zachowywali się, jakby było im wszystko jedno. Bluzgali na strażników, stawiali wściekły opór, gdy rekwirowano im mienie, wypisywali wulgaryzmy na podłodze, posilali się jedzeniem przemyconym w zakamarkach ubrania, a nawet zakrzykiwali teleekran, kiedy głos usiłował przywołać ich do porządku. Niektórzy byli w dobrych stosunkach ze strażnikami, znali ich przezwiska, próbowali wyłudzać od nich papierosy przez judasza. Strażnicy z kolei traktowali pospolitych kryminalistów bardziej wyrozumiale, i to nawet wtedy, gdy siłą musieli zaprowadzić posłuch. W celi rozmawiano przeważnie o obozach pracy, do których większość zatrzymanych spodziewała się trafić. "Tam da się żyć, jak człowiek ma chody i jest obcykany", usłyszał Winston. Był to świat łapówek, kumoterstwa i wszelkiego rodzaju wymuszeń, świat homoseksualizmu i prostytucji, w którym pędzono nielegalny bimber z ziemniaków. Na oddziałowych wybierano wyłącznie pospolitych przestępców, przeważnie gangsterów i morderców, którzy tworzyli swoistą obozową arystokrację. Politycznym przypadały najgorsze prace.

Przez celę bez przerwy przewijali się najróżniejsi ludzie: handlarze narkotyków, złodzieje, bandyci, spekulanci, pijacy, prostytutki. Niektórzy pijacy byli tak agresywni, że pozostali więźniowie musieli ich obezwładnić wspólnymi siłami. W pewnej chwili czterech strażników wtaszczyło za ręce i nogi kopiącą, rozwrzeszczaną kobietę, wyniszczonego życiem ogromnego babsztyla o wielkich obwisłych piersiach i kędziorach siwych włosów potarganych w trakcie szamotaniny. Ściągnęli jej buty, bo wciąż próbowała wymierzać kopniaki i cisnęli ją wprost na kolana Winstona, omal nie łamiąc mu kości. Kobieta wyprostowała się i pożegnała strażników okrzykiem "P... skurwysyny!". Potem, zauważywszy, że podpiera ją niepewne podłoże, przesiadła się z kolan Winstona na ławkę.

- Pardon, kochanieńki - powiedziała - sama z siebie bym na ciebie nie klapnęła, to te skurwiele. Nie wiedzą, jak traktować kobietę. - Urwała, postukała się w klatkę piersiową i beknęła. - Pardon jeszcze raz. Coś ze mną nie w porządku.

Nachyliła się i zwymiotowała obficie na podłogę.

- Teraz lepiej - stwierdziła z zamkniętymi oczami i się wyprostowała. - Nie trzeba dusić w sobie, zawsze tak mówię. Jak coś ci leży na żołądku, od razu wyrzuć to z bebechów.

Otrząsnęła się i odwróciła, żeby znów spojrzeć na Winstona. Natychmiast poczuła do niego sympatię. Objęła go ogromnym ramieniem i przyciągnęła do siebie, chuchając wonią piwa i wymiocin.

- Jak nazwisko, kochanieńki? - spytała.

- Smith.

- Smith? Ale jaja. Ja też nazywam się Smith. Rany - dodała rozmarzona - mogłabym być twoją matką.

Mogłaby, pomyślał Winston. Pasowałaby wiekiem i posturą, ponadto być może ludzie gruntownie się zmieniali po dwudziestu latach spędzonych w obozie pracy.

Oprócz tej kobiety nikt się do niego nie odezwał. O dziwo pospolici przestępcy ignorowali politycznych. "Politków", tak ich nazywali z pogardliwą obojętnością. Partyjniacy bali się otworzyć usta do kogokolwiek, zwłaszcza do swoich towarzyszy. Tylko raz, gdy dwie członkinie Partii musiały się ścieśnić razem na ławce, w panującym rejwachu Winston dosłyszał kilka wyszeptanych pośpiesznie słów, szczególnie wzmiankę o "pokoju sto jeden". Nie wiedział, o co chodzi.

Do drugiej celi przywieziono go być może dwie lub trzy godziny temu. Tępy ból brzucha nie mijał, czasem tylko słabł, czasem się nasilał, a pod jego wpływem myśli ulatniały się lub kłębiły. Gdy ból doskwierał mocniej, Winston mógł myśleć tylko o nim i upragnionym pożywieniu. Kiedy nieco zelżał, pojawiała się panika. Czasem z tak wielką klarownością wyobrażał sobie to, co go czeka, że serce biło mu jak szalone i tracił oddech. Czuł uderzenie pałki w łokcie, nacisk podkutych butów na golenie, widział siebie tarzającego się po podłodze, wołającego błagalnie o litość ustami pełnymi wybitych zębów. O Julii prawie nie myślał. Nie potrafił się na niej skoncentrować. Kochał ją i nigdy by jej nie zdradził, ale to był tylko zwykły fakt, taki sam jak zasady działań matematycznych. Nie czuł do niej teraz miłości i właściwie nie zastanawiał się, co się z nią stało. Częściej z iskierką nadziei rozmyślał o O'Brienie. Być może O'Brien wie, że ich aresztowano. Mówił, że Bractwo nigdy nie stara się ratować swoich członków. Ale pozostawała żyletka, na pewno ją przyślą, jeśli będzie taka możliwość. Winston zyska może z pięć sekund, zanim strażnik wpadnie do celi. Ostrze jak gorący lód zagłębi się w ciało, nawet trzymające ją palce będą rozcięte do kości. Wszystko sprowadzało się do tego bezradnego ciała, które dygotało i kuliło się w reakcji na najmniejszy ból. Winston nie miał pewności, czy zdobędzie się na użycie żyletki, nawet jeśli pojawi się taka szansa. Bardziej naturalne wydawało się kurczowe uczepienie się życia chwila po chwili, zgoda na kolejne dziesięć minut przetrwania, choćby z całą pewnością było wiadomo, że na końcu czekają tortury.

Czasem próbował policzyć porcelanowe kafelki, którymi wyłożono ściany celi. Powinno być łatwo, a jednak prędzej czy później zawsze gubił się w rachubach. Częściej zastanawiał się, gdzie się znajduje i która jest godzina. W pewnej chwili nabrał pewności, że na zewnątrz zajaśniał dzień, lecz zaraz potem był tak samo przekonany, że zapadł gęsty mrok. Intuicyjnie wyczuwał, że w tej celi światła nigdy nie gasną. To właśnie było miejsce, w którym nie ma ciemności; teraz zrozumiał, dlaczego O'Brien wychwycił tę aluzję. W siedzibie Ministerstwa Miłości nie było okien. Cela Winstona mogła się znajdować równie dobrze w samym środku budynku albo na jego obrzeżach, dziesięć pięter pod ziemią lub trzydzieści pięter w górze. W wyobraźni Winston się przemieszczał, usiłując za pomocą ciała wyczuć, czy umieszczono go wysoko pod niebem, czy wetknięto głęboko pod powierzchnię ziemi.

Z zewnątrz dobiegł odgłos maszerujących stóp. Stalowe drzwi otworzyły się ze szczękiem. Do środka wszedł sprężystym krokiem młody oficer w schludnym czarnym mundurze połyskującym elementami z wypolerowanej skóry. Winston zobaczył bladą twarz o regularnych rysach, która przypominała maskę z wosku. Oficer skinął na dwóch strażników, aby wprowadzili eskortowanego więźnia. Do celi wtoczył się poeta Ampleforth. Drzwi zamknęły się ze szczękiem.

Ampleforth obrócił się niepewnie w jedną i drugą stronę, jakby wypatrywał innych drzwi, którymi mógłby wyjść, a potem zaczął krążyć po celi. Wciąż nie dostrzegał Winstona. Spojrzenie stroskanych oczu wbił w ścianę mniej więcej metr nad jego głową. Był bez butów, a z dziur w skarpetach sterczały brudne duże palce. Nie golił się od kilku dni, bo jego twarz aż do kości policzkowych porastał szczeciniasty zarost, nadając mu łotrowski wygląd, który nie pasował do wysokiej, ale wątłej postury i nerwowego zachowania.

Winston ocknął się z odrętwienia. Trudno, uznał, że musi pomówić z Ampleforthem, choćby miało się skończyć wrzaskiem z teleekranu. Być może to on jest posłańcem z żyletką.

- Ampleforth - odezwał się Winston.

Nie było reakcji z teleekranu. Poeta zastygł, odrobinę przestraszony. Powoli skupił spojrzenie na Winstonie.

- Ach, Smith! Ty też!

- Za co cię zamknęli?

- Prawdę mówiąc... - Usiadł nieporadnie na ławie naprzeciw Winstona. - Przecież istnieje tylko jedno przestępstwo, czy nie tak?

- I tyś je popełnił?

- Najwyraźniej. - Przyłożył dłonie do głowy i docisnął je do skroni, jakby próbował pobudzić pamięć. - Tak to jest - rzekł mało zrozumiale. - Przypominam sobie jeden przypadek, być może to było wtedy. Bez wątpienia postąpiłem nierozważnie. Dopracowywaliśmy ostateczne wydanie poezji Kiplinga. No i pozwoliłem wtedy, aby na końcu wersu zostało słowo "Bóg". Nie mogłem się zmusić do jego usunięcia - dodał niemal oburzony, podnosząc twarz, żeby spojrzeć na Winstona. - Zmiana tego wersu była niemożliwa, bo musiało się rymować z "próg". Czy wiesz, że w całym naszym języku jest tylko kilkadziesiąt słów, które rymują się z "Bóg"? Łamałem sobie nad tym głowę wiele dni. Nic innego nie dało się z sensem zrymować.

Zmienił się wyraz jego twarzy. Znikło z niej poirytowanie i przez moment wydawał się prawie z siebie zadowolony. Spod brudu i skąpego zarostu wyłoniło się swoiste intelektualne ciepło, radość badacza, który ustalił nowy, nic nieznaczący fakt.

- Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy - ciągnął - że o dziejach naszej poezji przesądziło to, że angielszczyzna jest mało rymotwórcza?

Nie, to akurat nigdy nie przyszło Winstonowi do głowy. Ponadto w obecnych okolicznościach nie wydawało mu się to szczególnie istotne czy interesujące.

- Wiesz, która jest godzina?

Ampleforth znów wyglądał na zaskoczonego.

- Nie zastanawiałem się nad tym - odparł. - Aresztowali mnie chyba dwa dni temu, może trzy. - Potoczył spojrzeniem po ścianach, jakby nieśmiało spodziewał się zobaczyć okno. - Tutaj noc nie różni się od dnia. Nie widzę, jak można śledzić upływ czasu.

Przez chwilę toczyli mało składną rozmowę, a potem, bez wyraźnego powodu, z teleekranu dobiegł wrzask nakazujący im milczenie. Winston siedział cicho, z rękami na kolanach. Ampleforth, za duży, aby było mu wygodnie na wąskiej ławie, wiercił się na boki, najpierw splatając szczupłe dłonie na jednym kolanie, potem na drugim. Teleekran warknął na niego, aby się nie ruszał. Upływał czas, dwadzieścia minut, godzina - trudno było ocenić. Potem znowu rozległ się tupot butów na zewnątrz. Winston poczuł ucisk w dołku. Niedługo, bardzo niedługo, stukot buciorów będzie zapowiedzią, że nadeszła jego kolej.

Otwarto drzwi. Do celi wszedł ten sam oficer o lodowatym obliczu. Krótkim kiwnięciem głowy wskazał Amplefortha.

- Pokój sto jeden - rzekł.

Ampleforth powlókł się nieporadnie, eskortowany przez strażników, a na jego twarzy odmalowała się dezorientacja pomieszana z niepokojem.

Winstonowi wydawało się, że potem upłynęło mnóstwo czasu. Znów nasilił się ból brzucha. Jego umysł grzązł raz po raz w tych samych rozważaniach, jak bile wpadające do tych samych łuz. Było tylko sześć myśli. Ból brzucha, kawałek chleba, krew i wrzaski, O'Brien, Julia, żyletka. Nagle poczuł ukłucie w trzewiach, bo usłyszał narastający tupot butów. Gdy drzwi się otwarły, do środka wpadł powiew powietrza niosący silną woń zimnego potu. Do celi wszedł Parsons. Miał na sobie szorty khaki i sportową koszulę.

Winston był tak zdumiony, że na moment zapomniał o swoim położeniu.

- Ty tutaj?

Parsons rzucił mu spojrzenie, które nie wyrażało ani zainteresowania, ani zaskoczenia, lecz tylko niedolę. Zaczął chodzić nerwowo po celi, najwyraźniej niezdolny usiąść w spokoju. Gdy przy każdym kroku prostował pulchne kolana, widać było, że nogi mu się trzęsą. Oczy miał uporczywie wytrzeszczone, jakby wypatrywał czegoś w oddali.

- Za co cię wsadzili? - spytał Winston.

- Za myśloczyn! - wybełkotał płaczliwie Parsons. Ton jego głosu wyrażał z jednej strony całkowite przyznanie się do winy, z drugiej zaś niedowierzanie i przerażenie, że taka zbrodnia może być mu przypisana. Przystanął przed Winstonem i zaczął pytać z przejęciem: - Chyba mnie nie zastrzelą, co, stary? Przecież nie zastrzelą kogoś, kto nic nie zrobił, tylko coś sobie pomyślał, bo czy można się od tego powstrzymać? Wiem, że dadzą mi się wytłumaczyć. Mam do nich pełne zaufanie! Przecież znają moje zasługi, co nie? Wiesz, kim jestem. Porządny ze mnie człowiek. Może nie najbystrzejszy, ale za to gorliwy. Starałem się służyć Partii ze wszystkich sił, nie było tak? Wykręcę się co najwyżej pięcioma latami, jak myślisz? Najwyżej dziesięcioma, nie? Z takiego faceta jak ja może być spory pożytek w obozie pracy, prawda? Chyba mnie nie zastrzelą za to, że raz mi się noga powinęła?

- Jesteś winny? - spytał Winston.

- Jasne, że jestem winny! - krzyknął Parsons, posyłając służalcze spojrzenie w stronę teleekranu. - Chyba nie myślisz, że Partia mogłaby aresztować niewinnego człowieka? - Na jego ropuszej twarzy odmalował się spokój, a nawet wyraz nabożności. - Stary, myśloczyn to nie przelewki - rzekł sentencjonalnie. - Podstępna sprawa. Może się w tobie zagnieździć bez twojej świadomości. Wiesz, jak ze mną było? Wlazło we mnie we śnie! Tak, to święta prawda. Pracowałem, ile sił, starałem się robić swoje, w ogóle nie miałem pojęcia, że coś złego zalęgło się w mojej głowie. A potem zacząłem gadać przez sen. Wiesz, co wylazło z moich ust? - Zniżył głos jak ktoś, kto z powodów medycznych musi mówić o wstydliwych przypadłościach. - Precz z Wielkim Bratem! Tak właśnie mówiłem! Wygląda na to, że mówiłem nieraz. Tak między nami, stary, to wyznam szczerze, że cieszę się, że mnie zgarnęli, zanim to zabrnęło jeszcze dalej. Wiesz, co zamierzam powiedzieć, jak stanę przed sądem? "Dziękuję", tak im powiem, "dziękuję, że uratowaliście mnie, zanim było za późno".

- Kto cię zadenuncjował?

- Moja córeczka - odparł Parsons ze swego rodzaju posępną dumą. - Podsłuchiwała przez dziurkę od klucza. Usłyszała, co wygadywałem, i następnego dnia pognała na Myślicję. Bystra jak na siedmioletnią smarkulę, co? Nie mam do niej o to pretensji. Właściwie to jestem z niej dumny. To świadczy, że wpoiłem jej właściwą postawę.

Wykonał kilka kolejnych nerwowych ruchów, rzucając tęskne spojrzenie w kierunku klozetu. I nagle ściągnął szorty.

- Wybacz, stary - powiedział. - Nie dam rady dłużej trzymać.

Posadził duży zad na muszli. Winston zakrył twarz rękami.

- Smith! - wrzasnął głos z teleekranu. - Sześć zero siedem dziewięć Smith W! Odsłonić twarz. W celach nie zakrywać twarzy.

Winston opuścił dłonie. Parsons wciąż się wypróżniał, długo i obficie. Potem okazało się, że spłuczka nie działa i w celi śmierdziało ohydnie przez długie godziny.

Wreszcie Parsonsa zabrano. Z niewyjaśnionych powodów pojawiło się i zniknęło więcej więźniów. Jednym z nich była kobieta, którą wywołano do "pokoju sto jeden" i która, jak zauważył Winston, skuliła się i pobladła w reakcji na te słowa. Minęło tyle czasu, że jeśli przywieziono go tutaj rankiem, nastałoby już popołudnie, a jeśli wtedy było popołudnie, to w tej chwili środek nocy. W celi przetrzymywano teraz sześcioro więźniów, mężczyzn i kobiety. Wszyscy siedzieli w bezruchu. Naprzeciw Winstona miejsce zajął mężczyzna z cofniętym podbródkiem i wydatnymi zębami, przez co mocno przypominał dużego niegroźnego gryzonia. Pulchne cętkowane policzki miał tak nadęte, jakby zachomikował w nich porcje jedzenia. Przeskakiwał bojaźliwie po twarzach spojrzeniem swych jasnoszarych oczu, odwracając głowę, gdy tylko napotykał czyjś wzrok.

Drzwi się otworzyły i wprowadzono kolejnego więźnia, na którego widok Winstona aż zmroziło. Mężczyzna sprawiał wrażenie wrednego, choć przeciętnego człowieka, być może był jakimś inżynierem lub technikiem. Szokująco wyglądała jego wymizerowana twarz, przypominająca trupią czaszkę. Z powodu wychudzenia usta i źrenice wydawały się nieproporcjonalnie duże, z oczu zaś wyzierała nieukojona mordercza nienawiść.

Mężczyzna usiadł na ławce niedaleko Winstona. Winston nie spojrzał na niego drugi raz, a jednak obraz umęczonego trupiego oblicza tak mocno wrył mu się w pamięć, jakby znajdowało się wprost przed jego oczami. Nagle zdał sobie sprawę, co się dzieje. Ten człowiek był o krok od śmierci głodowej. Wydawało się, że ta sama myśl objawiła się jednocześnie wszystkim współwięźniom. Na całej ławie zapanowało lekkie poruszenie. Mężczyzna z cofniętym podbródkiem rzucał nerwowe spojrzenia kościotrupowi i skruszony zaraz szybko odwracał wzrok, po czym znów robił to samo, jakby ulegał nieodpartemu urokowi. Zaraz potem zaczął się wiercić. Wreszcie wstał, poczłapał nieporadnie przez całą celę, wcisnął rękę do kieszeni kombinezonu i speszony wyciągnął dla wygłodniałego mężczyzny utytłany kawałek chleba.

Z teleekranu ryknęło wściekle, ogłuszająco. Mężczyzna z cofniętym podbródkiem podskoczył w miejscu. Zabiedzony więzień szybko schował ręce za plecami, jakby chciał pokazać całemu światu, że nie zamierzał przyjąć pomocy.

- Bumstead! - krzyknięto z teleekranu. - Dwa siedem jeden trzy Bumstead J! Puścić ten kawałek chleba!

Mężczyzna z cofniętym podbródkiem rzucił chleb na podłogę.

- Zostać na miejscu. Twarzą do drzwi. Nie ruszać się.

Więzień spełnił polecenie. Jego pulchna twarz drżała niepohamowanie. Drzwi otworzyły się ze szczękiem. Do środka wmaszerował ten sam młody oficer, a za nim wyłonił się niski barczysty strażnik o ogromnych łapskach. Strażnik stanął naprzeciw mężczyzny z cofniętym podbródkiem i na znak oficera wyprowadził straszliwy cios, wykonawszy zamach całym ciałem, prosto w usta tamtego. Siła uderzenia wyrzuciła nieszczęśnika w powietrze. Pofrunął przez całą celę i wylądował pod klozetem. Leżał przez chwilę jakby ogłuszony, a z ust i nosa popłynęła ciemna krew. Półprzytomny wydał z siebie słabowity jęk albo pisk. W końcu przekręcił się na brzuch i dźwignął niepewnie na czworakach. Z ust wypluł strugę krwi i śliny oraz pękniętą na pół protezę dentystyczną.

Więźniowie siedzieli całkowicie nieruchomo, z rękoma ułożonymi na kolanach. Mężczyzna z cofniętym podbródkiem dowlókł się do swojego miejsca. Połowa jego twarzy szybko siniała. Spuchnięte usta wyglądały jak bezkształtna jaskrawoczerwona rana z czarną dziurą pośrodku.

Co chwila na jego pierś pod kombinezonem skapywała strużka krwi. Wciąż biegał od twarzy do twarzy spojrzeniem swoich jasnoszarych oczu, jeszcze bardziej skruszony niż wcześniej, jakby chciał się przekonać, czy pozostali pogardzają nim za przeżyte przed chwilą upokorzenie.

Drzwi otworzyły się kolejny raz. Szybkim ruchem ręki oficer wskazał wychudłego mężczyznę.

- Pokój sto jeden - powiedział.

Obok Winstona rozległ się jęk i coś gwałtownie się poruszyło. Kościotrup padł na kolana, składając błagalnie dłonie.

- Towarzyszu oficerze! - zawołał. - Nie musicie mnie tam zabierać, przecież powiedziałem już wszystko! Czego jeszcze chcecie ode mnie? Przecież przyznam się do wszystkiego, do wszystkiego! Powiedzcie tylko, czego chcecie, a ja od razu się przyznam. Sporządźcie zeznanie, a ja je podpiszę. Wszystko, tylko nie pokój sto jeden!

- Pokój sto jeden - powtórzył oficer.

Twarz mężczyzny, dotąd blada, przybrała kolor, którego Winston nigdy nie widział na ludzkim obliczu. Był to zdecydowanie, bezsprzecznie odcień zieleni.

- Zróbcie ze mną, co chcecie! - krzyczał mężczyzna. - Głodzicie mnie od tygodni. Skończcie z tym, dajcie mi umrzeć, zastrzelcie mnie. Powieście. Skażcie na dwadzieścia pięć lat. Chcecie, żebym jeszcze kogoś wydał? Powiedzcie kogo, a zeznam wszystko, co trzeba, nieważne, o kogo chodzi i co z nim zrobicie. Mam żonę i troje dzieci. Najstarsze nie skończyło jeszcze sześciu lat. Możecie im wszystkim poderżnąć gardła na moich oczach, będę tylko stał i patrzył. Byle nie do pokoju sto jeden!

- Pokój sto jeden - powtórzył oficer.

Spanikowany mężczyzna potoczył wzrokiem dokoła, jakby pod wpływem myśli, że mógłby podstawić innego współwięźnia. Skupił wzrok na zmasakrowanej twarzy mężczyzny z cofniętym podbródkiem. Wystawił do przodu wątłe ramię.

- To jego powinniście wziąć, nie mnie! - wrzasnął. - Nie słyszeliście, co mówił, jak dostał w mordę. Dajcie mi chwilę, a powtórzę każde jego słowo. To on jest przeciwko Partii, nie ja. - Strażnicy zrobili krok do przodu. Mężczyzna podniósł głos aż do pisku: - Nie słyszeliście, co wygadywał! - powtórzył. - Teleekran najpewniej się zepsuł. To jego chcecie. Jego weźcie, nie mnie!

Dwaj barczyści strażnicy pochylili się, aby wziąć mężczyznę za ręce. Ale on w tej samej chwili rzucił się na podłogę i uchwycił jednej z metalowych nóg podpierających ławę. Zaskowyczał przeciągle jak zwierzę. Strażnicy złapali go, aby oderwać od nogi, ale uczepił się jej z zadziwiającą siłą. Szarpali go być może przez dwadzieścia sekund. Pozostali więźniowie siedzieli w milczeniu, z rękami na kolanach, patrząc wprost przed siebie. Skowyt ucichł, mężczyzna miał już tylko tyle energii, by trzymać się metalowej nogi. Ale potem wydał z siebie inny krzyk, bo strażnik kopniakiem złamał mu palce jednej dłoni. Następnie postawiono go na nogi.

- Do pokoju sto jeden - powiedział oficer.

Mężczyzna został wyprowadzony, stawiając niepewne kroki, zwieszając głowę i ściskając się za połamane palce, ostatecznie pozbawiony woli walki.

Upłynęło sporo czasu. Jeśli wyniszczonego mężczyznę zabrano o północy, to teraz nastał już ranek, a jeśli rankiem, to nastało popołudnie. Winston był sam od wielu godzin. Siedzenie na wąskiej ławie powodowało ból, więc wstawał, żeby się rozruszać, niepowstrzymywany przez teleekran. Kawałek chleba wciąż leżał tam, gdzie rzucił go mężczyzna z cofniętym podbródkiem. Z początku trudno było nie patrzeć na ten kęs jedzenia, lecz wkrótce głód ustąpił pragnieniu. W ustach Winston miał lepką suchość i wstrętny smak. Nieustanny szum i jaskrawe światło wywoływały uczucie omdlenia, poczucie pustki w głowie. Wstawał, bo ból w kościach był nie do zniesienia, ale zaraz potem siadał, bo zbytnio był skołowany, aby utrzymać się na nogach. Gdy tylko udało mu się zapanować choćby odrobinę nad doznaniami fizycznymi, powracało uczucie przerażenia. Chwilami myślał z przebłyskiem nadziei o O'Brienie i żyletce. Było możliwe, że żyletka zostanie przemycona w jedzeniu, jeśli w ogóle podadzą mu posiłek. Myślał też mgliście o Julii. Gdzieś indziej cierpiała prawdopodobnie o wiele bardziej niż on. Być może w tej właśnie chwili wyła z bólu. Pomyślał: "Czy gdybym poprzez zwielokrotnienie swojego cierpienia mógł uratować Julię, czy zdobyłbym się na to? Tak, zdobyłbym się". Ale to był wybór dokonany tylko w umyśle, dokonany dlatego, że Winston uznał to za swoją powinność. Nie poczuł całym sobą swojej decyzji. W takim miejscu nie czuło się niczego oprócz bólu i obawy przed bólem. Ponadto czy w ogóle jest możliwe, aby odczuwając ból, człowiek pragnął go zwiększyć z jakiegokolwiek powodu? Na to pytanie Winston nie znał jeszcze odpowiedzi.

Znów rozległ się tupot butów. Drzwi się otworzyły. Do środka wszedł O'Brien.

Winston zerwał się na nogi. Wstrząs, jakiego doznał na ten widok, sprawił, że zapomniał o wszelkiej ostrożności. Po raz pierwszy od wielu lat zapomniał o obecności teleekranu.

- To was też dopadli!

- Mnie dopadli dawno temu - odparł O'Brien z lekką ironią i zarazem niemal ubolewaniem. Przesunął się na bok. Z tyłu wyłonił się zwalisty strażnik z długą czarną pałką w ręku. - Przecież wiesz, Smith. Nie oszukuj się. Wiedziałeś, od początku wiedziałeś.

Tak, Winston zrozumiał teraz, że wiedział od początku. Ale nie było czasu na rozmyślania. Widział tylko pałkę w ręku strażnika. Cios może spać wszędzie, na głowę, na skroń, przedramię, łokieć...

Łokieć! Niemal sparaliżowany osunął się na kolana, ściskając strzaskany łokieć drugą ręką. Cały świat zalało żółte światło. Niepojęte, niepojęte, że jedno uderzenie może wywołać aż taki ból! Światło przygasło i wtedy Winston zobaczył tamtych dwóch pochylonych nad sobą. Strażnik śmiał się z jego konwulsji. Zatem przynajmniej jedno pytanie doczekało się odpowiedzi. Nigdy, z żadnego powodu, człowiek nie jest gotów na większy ból. Jeśli o to chodzi, można było pragnąć tylko jednego: aby ból ustał. Bo nie ma na świecie nic gorszego niż ból fizyczny. W obliczu tego kończy się wszelkie bohaterstwo, myślał Winston raz po raz, gdy wił się na podłodze, bezradnie ściskając niewładną lewą rękę.

ROZDZIAŁ 2

Poczuł, że leży na czymś przypominającym łóżko polowe, tyle że wyższym, oraz że jest obezwładniony, więc nie może się poruszyć. Na jego twarz padało światło jeszcze jaskrawsze niż dotąd. Z boku stał O'Brien, patrzył na niego w skupieniu. Po drugiej stronie ukazał się mężczyzna w białym kitlu, ze strzykawką w ręku.

Po otwarciu oczu Winston powoli rozeznał się w otoczeniu. Odnosił wrażenie, że wpłynął do tego pomieszczenia z zupełnie innego świata, podwodnego świata położonego głęboko poniżej. Nie miał pojęcia, jak długo się tam znajdował. Od chwili aresztowania nie widział ani światła słonecznego, ani nocy. Pamięć się rwała. Momentami jego świadomość, nawet ta, którą człowiek zachowuje podczas snu, zapadała się, a potem, po okresie pustki, powracała. Lecz czy te okresy trwały dni, tygodnie czy ledwie sekundy, nie sposób było się połapać.

Koszmar zaczął się od pamiętnego uderzenia w łokieć. Później Winston zrozumiał, że to była ledwie przygrywka, rutynowe przesłuchanie, któremu poddawano prawie każdego więźnia. Lista popełnionych przestępstw ciągnęła się długo - szpiegostwo, sabotaż i tym podobne - i oczywiście wszyscy się do nich przyznawali. Przyznanie się było formalnością, a tortury - twardymi realiami. Ile razy go skatowano, jak długo trwało bicie, tego już nie pamiętał. Zawsze dopadało go jednocześnie pięciu, sześciu mężczyzn w czarnych mundurach. Czasem w ruch szły pięści, czasem pałki, kiedy indziej stalowe pręty albo buty. Nierzadko tarzał się po podłodze, bez wstydu jak zwierzę, wił się w beznadziejnych ciągłych staraniach, aby uniknąć kopniaków, czym zachęcał tamtych do wzmożonego wysiłku, do zadawania ciosów w żebra, w brzuch, po łokciach, goleniach, w krocze, jądra, kość ogonową. Niekiedy trwało tak długo, aż niewybaczalnym, podłym okrucieństwem wydawało się nie to, że strażnicy wciąż go katują, lecz że nie może stracić przytomności. Kiedy indziej nerwy zawodziły go tak bardzo, że wołał o litość, zanim rozpoczęło się bicie i sam widok pięści wzniesionej do ciosu wystarczał, aby z ust popłynęło wyznanie popełnionych zbrodni, rzeczywistych i zmyślonych. Zdarzało się również, że postanawiał nie przyznać się do niczego, a wtedy każde słowo trzeba było z niego wyduszać między jękami bólu, bywały też chwile, gdy powodowany słabością próbował zawrzeć ze sobą kompromis i myślał: "Przyznam się, ale jeszcze nie teraz. Wytrzymam, dopóki ból nie stanie się nie do zniesienia. Jeszcze trzy kopniaki, dwa, a potem powiem im wszystko, co chcą usłyszeć". Czasem bito go tak mocno, że potem ledwo mógł ustać, rzucano go na kamienną podłogę celi jak worek kartofli, żeby przez kilka godzin dochodził do siebie, bo później czekało go nowe katowanie. Zdarzały się też dłuższe okresy wytchnienia. Mgliście pamiętał ten czas, bo wtedy zazwyczaj spał lub popadał w otępienie. Przypomniał sobie celę z pryczą z desek i jakby półką sterczącą ze ściany, z blaszaną miednicą do mycia się i posiłkami złożonymi z gorącej zupy, chleba, niekiedy nawet kawy. Pamiętał chamowatego fryzjera, który zjawił się, aby zgolić mu zarost i przystrzyc włosy, oraz zobojętniałych, rzeczowych mężczyzn w białych kitlach, którzy mierzyli mu tętno, sprawdzali odruchy, podwijali powieki, obmacywali go obcesowo w poszukiwaniu złamanych kości i wstrzykiwali środki nasenne, aby zasnął.

Bicia stały się coraz rzadsze, teraz służyły głównie za straszak, za koszmar, do którego w każdej chwili można było go wrzucić z powrotem, gdyby jego zeznania uznano za niezadowalające. Obecnie przesłuchiwali go nie brutale w czarnych mundurach, lecz partyjni inteligenci, niewysocy korpulentni mężczyźni o szybkich ruchach i połyskujących szkłach okularów, którzy zajmowali się nim na zmianę w trakcie sesji trwających nieprzerwanie - tak mu się wydawało, bo pewności nie miał - dziesięć, dwanaście godzin. Nowi śledczy dopilnowywali, aby zawsze czuł lekki ból, ale najczęściej posługiwali się innymi środkami perswazji. Bili go po twarzy, wykręcali mu uszy, ciągnęli za włosy, kazali stać na jednej nodze, zabraniali wyjść, aby oddał mocz, świecili oślepiającym światłem w oczy, aż mu łzawiły, ale celem tego wszystko było głównie poniżenie i pozbawienie umiejętności argumentowania i rozumowania. Prawdziwym orężem okazało się nieugięte przesłuchiwanie, które ciągnęło się bez końca, godzina za godziną, aby się potknął, wpadł w zastawioną pułapkę, tłumaczył się z przekręconych zeznań, oskarżany na każdym kroku o zaprzeczanie samemu sobie, aż w końcu wybuchał płaczem w równym stopniu ze wstydu, co z powodu starganych nerwów. Czasem płakał kilka razy w trakcie jednej sesji. Najczęściej obrzucali go wyzwiskami i przy każdym jego wahaniu grozili, że znów oddadzą go w łapy strażników, lecz niekiedy zmieniali nastawienie, nazywali go towarzyszem, apelowali do niego w imię anglosocu i Wielkiego Brata, pytali błagalnie, czy nawet w tych okolicznościach nie zostało w nim choć tyle lojalności wobec Partii, aby chciał naprawić wyrządzone zło. Po godzinach takich przesłuchań miał nerwy w strzępach, więc na takie wezwania również reagował żałosnym płaczem. Koniec końców uporczywe głosy starły go na miazgę o wiele skuteczniej niż kopniaki i ciosy pięścią. Stał się ustami, które zeznawały, ręką, która podpisywała wszystko, czego od niego żądano. Zależało mu już tylko na tym, aby dowiedzieć się, do czego ma się przyznać, a potem zrobić to jak najszybciej, zanim udręka rozpocznie się od nowa. Przyznał się do zabójstwa czołowych członków Partii, kolportażu ulotek o wywrotowej treści, sprzeniewierzenia funduszy państwowych, sprzedawania tajemnic wojskowych, wszelkiego sabotażu. Przyznał się, że na rzecz rządu Ostazji szpiegował już od 1968 roku. Przyznał się, że wierzy w Boga, że podziwia kapitalizm, że jest zboczeńcem seksualnym. Przyznał się, że zamordował swoją żonę, chociaż wiedział, zapewne tak jak śledczy, że ona żyje. Przyznał się, że od lat utrzymuje osobiste kontakty z Goldsteinem, że jest członkiem podziemnej organizacji, do której należy prawie każda znana mu osoba. Łatwo było przyznać się do wszystkiego i zadenuncjować wszystkich. Poza tym, w pewnym sensie, mówił prawdę. Przecież był wrogiem Partii, a w oczach Partii nie zachodziła żadna różnica między myślą a czynem.

Pojawiały się też inne wspomnienia. Wyłaniały się w umyśle bez związku z czymkolwiek, jak odrębne obrazy na czarnym tle.

Znajdował się w celi, w której równie dobrze mogło być jasno lub ciemno, bo nie dostrzegał niczego oprócz pary oczu. W pobliżu tykało powoli i miarowo jakieś urządzenie. Te oczy jakby rosły i stawały się coraz bardziej świetliste. Nagle Winston uniósł się ze swojego miejsca, zanurkował w te źrenice i został wchłonięty.

Był przywiązany do krzesła w otoczeniu różnych przyrządów i zalany oślepiającym światłem. Mężczyzna w białym kiltu odczytywał wskazania zegarów. Z zewnątrz dobiegł tupot buciorów. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Wmaszerował ten sam oficer o woskowatej twarzy, a za nim dwóch strażników.

- Pokój sto jeden - powiedział.

Mężczyzna w kitlu nie odwrócił się, nie spojrzał nawet na Winstona. Wpatrywał się w tarcze przyrządów.

Winston turlał się po ogromnym korytarzu, szerokim na kilometr, zalanym pięknym złotym światłem, rycząc ze śmiechu i jednocześnie na całe gardło spowiadając się ze swoich win. Przyznawał się do wszystkiego, nawet do tego, co zataił podczas tortur. Opowiadał historię swojego życia słuchaczom, którzy już ją znali. Wokół byli kolejni strażnicy, śledczy, mężczyźni w białych kitlach, O'Brien, Julia, pan Charrington, wszyscy turlali się razem w głąb korytarza i wyli ze śmiechu. Przyszłość zawierała w sobie jakieś straszne zdarzenie, które dziwnym zrządzeniem losu uległo pominięciu i nie nastąpiło. Wszystko układało się dobrze, ból ustał, ostatnie szczegóły jego życia zostały naświetlone, zrozumiane i wybaczone.

Dźwignął się z pryczy prawie stuprocentowo przekonany, że dobiegł go głos O'Briena. W trakcie wszystkich przesłuchań miał wrażenie, że O'Brien znajduje się tuż obok, tylko poza zasięgiem wzroku, bo ani razu go nie zobaczył. To właśnie on wszystkim kierował. To on nasłał strażników na Winstona, to on zabronił im skatować go na śmierć. To on decydował, kiedy więzień powinien wyć z bólu, kiedy powinien mieć chwilę wytchnienia, kiedy go nakarmić, kiedy pozwolić mu pospać, wstrzyknąć mu narkotyki do żył. To on zadawał pytania i sugerował odpowiedzi. To on był oprawcą, obrońcą, śledczym, przyjacielem. Pewnego razu - Winston nie pamiętał, czy wydarzyło się to podczas zwykłego snu, czy wywołanego środkami odurzającymi, a może w chwili przebudzenia? - usłyszał szept do ucha: "Nie martw się, jesteś pod moją opieką. Obserwowałem cię przez siedem lat. Teraz nastał moment zwrotny. Ocalę cię, zrobię z ciebie ideał". Nie miał pewności, czy to był głos O'Briena, ale niechybnie ten sam, który innym razem, we śnie siedem lat wcześniej, rzekł: "Spotkamy się tam, gdzie nie ma ciemności".

Winston nie pamiętał, jak skończyły się przesłuchania. Najpierw długo panowała kompletna pustka, a potem dokoła zmaterializowała się cela lub pomieszczenie, w którym się znajdował. Leżał właściwie na wznak i nie mógł się ruszyć. Miał skrępowane wszystkie stawy. Nawet głowę mu unieruchomiono. Stojący obok O'Brien patrzył na niego poważnym, dość smutnym wzrokiem. Widziana od dołu jego twarz wydawała się toporna i zmęczona, pod oczami pojawiły się wory, a od podbródka po nos zmarszczki świadczące o utrudzeniu. Był starszy, niż Winston wcześniej sądził, miał może czterdzieści osiem, pięćdziesiąt lat. Wysunął rękę nad pokrętło z cyferblatem.

- Mówiłem ci, że jeśli się znowu spotkamy, to właśnie tutaj - powiedział.

- Tak.

Nagle, bez żadnego uprzedzenia poza drobnym ruchem dłoni O'Briena, ciało Winstona zalała fala bólu. Bólu przerażającego, bo nie było wiadomo, co się dzieje, pojawiło się tylko uczucie, że zadają mu śmiertelną ranę. Nie miał pojęcia, czy to się dzieje naprawdę, czy to tylko wrażenie wywołane elektrowstrząsami, ale jego ciało wiło się w konwulsjach, kości były powoli wyrywane ze stawów. Czoło miał mokre od potu, lecz najgorszy był strach, że pęknie mu kręgosłup. Zacisnął zęby. Oddychał mocno przez nos, usiłując zachować ciszę jak najdłużej.

- Boisz się, że za chwilę coś ci trzaśnie - powiedział O'Brien wpatrzony w jego twarz. - Zwłaszcza że zgruchoczemy ci stos pacierzowy. Wyobrażasz sobie wyraźnie, jak kręgi się rozpadają, a spomiędzy nich wycieka płyn rdzeniowy. O tym właśnie myślisz, prawda, Winston?

Nie odpowiedział. O'Brien szarpnął pokrętłem. Fala bólu minęła tak samo szybko, jak się pojawiła.

- To było ustawione na czterdzieści. Widzisz, że skala na tarczy sięga setki. Proszę więc, abyś podczas naszej rozmowy pamiętał, że mam możliwość zadania ci bólu w każdej chwili i o dowolnym natężeniu. Jeśli zaczniesz kłamać, stosować wybiegi albo po prostu strugać głupka, natychmiast zawyjesz z bólu. Czy mnie rozumiesz?

- Tak - odparł Winston.

O'Brien złagodniał. Zamyślony poprawił okulary na nosie i przespacerował się kilka kroków w jedną i drugą stronę. Wreszcie przemówił spokojnie, cierpliwie. Zachowaniem przypominał teraz lekarza, nauczyciela, a nawet księdza, któremu bardziej zależy na tłumaczeniu i perswazji niż wymierzeniu kary.

- Winston, poświęcam ci czas, bo jesteś tego wart - rzekł. - Zdajesz sobie doskonale sprawę, co z tobą nie tak. Zdajesz sobie z tego sprawę, choć wypierasz tę świadomość. Jesteś chory umysłowo. Cierpisz na zaburzenia pamięci. Nie potrafisz przywołać rzeczywistych zdarzeń, za to wmawiasz sobie, że pamiętasz coś innego, co tak naprawdę nigdy się nie wydarzyło. Na szczęście to uleczalna przypadłość. Dotąd się z tego nie wyleczyłeś, bo nigdy nie powziąłeś takiego postanowienia. To wymaga drobnego aktu woli, na który nie było cię stać. Jeszcze teraz, dobrze o tym wiem, trzymasz się kurczowo swojej dolegliwości w przekonaniu, że to jest cnota. Posłużmy się przykładem. Z którym państwem Oceania obecnie toczy wojnę?

- Kiedy mnie aresztowano, Oceania toczyła wojnę z Ostazją.

- Z Ostazją. Bardzo dobrze. I Oceania zawsze była w stanie wojny z Ostazją, tak czy nie?

Winston westchnął. Otworzył usta, aby odpowiedzieć, ale się zreflektował. Nie mógł oderwać wzroku od tarczy przyrządu.

- Chcę usłyszeć prawdę, Winston. Twoją prawdę. Co pamiętasz, jak ci się zdaje?

- Pamiętam, że tydzień przed moim aresztowaniem nie toczyliśmy wojny z Ostazją. Byliśmy z nią sprzymierzeni. Walczyliśmy za to z Eurazją. Tak było przez cztery lata. Wcześniej...

O'Brien uciszył go ruchem dłoni.

- Kolejny przykład - powiedział. - Parę lat temu cierpiałeś na bardzo poważne urojenia. Wierzyłeś, że trzej ludzie, trzej byli członkowie Partii o nazwisku Jones, Aaronson i Rutherford, którzy zostali skazani na śmierć za zdradę i sabotaż po pełnym przyznaniu się do winy, nie byli winni zbrodni, o które ich oskarżono. Uważałeś, że widziałeś jednoznaczne świadectwa dowodzące, że tamci trzej złożyli fałszywe zeznania. Miałeś halucynacje w związku z pewnym zdjęciem. Wierzyłeś święcie, że trzymałeś to zdjęcie w ręku. Było to coś w rodzaju tego.

W palcach O'Briena pojawił się skrawek gazety. Przez być może pięć sekund pozostawał w polu widzenia Winstona. Tak, to było to samo zdjęcie, bezsprzecznie. Może pochodziło z innego egzemplarza gazety, ale Winston widział teraz to samo zdjęcie Jonesa, Aaronsona i Rutherforda na imprezie w Nowym Jorku, na które natrafił przypadkiem jedenaście lat wcześniej i które natychmiast zniszczył. Ujrzał strzęp gazety na mgnienie oka, a potem go zabrano, lecz zobaczył, niezaprzeczalnie to zobaczył! Podjął rozpaczliwy, nieludzki wysiłek, aby przekręcić górną połowę ciała, ale nie drgnął w żadną stronę choćby na milimetr. Na moment zapomniał nawet o pokrętle. Pragnął tylko wziąć znów to zdjęcie w palce, zobaczyć je choćby na ułamek sekundy.

- Ono istnieje! - krzyknął.

- Nie - odparł O'Brien.

Ruszył przez pomieszczenie. W ścianie naprzeciwko znajdowała się luka w pamięci. O'Brien uniósł kratkę i powiew ciepłego powietrza porwał niewidoczny dla Winstona kruchy skrawek papieru, aby strawiły go płomienie. O'Brien odwrócił się od ściany.

- Popiół - rzekł. - Właściwie nawet nie popiół dający się zidentyfikować, tylko proch. Nie istnieje. Nigdy nie istniało.

- Właśnie że istniało! Istnieje! Istnieje w pamięci. Ja pamiętam. Ty pamiętasz.

- Ja nie pamiętam - zaprzeczył O'Brien.

Winstona dopadła bezradność. Oto dwumyślenie. Poczuł obezwładniającą bezsilność. Gdyby miał pewność, że O'Brien kłamie, wtedy nie musiałby się przejmować. Lecz możliwe było, że O'Brien naprawdę zapomniał już o istnieniu zdjęcia. Jeśli tak, zapomniałby także o swojej decyzji, aby wyprzeć to z pamięci, a także o samym akcie zapomnienia. Skąd można mieć pewność, że to tylko zwykły podstęp? Być może to obłąkańcze cenzurowanie umysłu faktycznie się dokonuje. Właśnie ta myśl ostatecznie go pokonała.

O'Brien patrzył na niego badawczo. Jeszcze bardziej niż dotąd przypominał nauczyciela mozolącego się z niesfornym, ale obiecującym uczniem.

- Istnieje hasło partyjne dotyczące kontrolowania przeszłości - powiedział. - Powtórz je, proszę.

- Ten, kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość, a ten, kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość - zacytował posłusznie Winston.

- Ten, kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość - powtórzył O'Brien, kiwając powoli głową z aprobatą. - Czy twoim zdaniem przeszłość rzeczywiście istnieje?

Winstona znów dopadło uczucie beznadziei. Spojrzał na tarczę przyrządu. Nie wiedział, czy od bólu wybawi go odpowiedź twierdząca, czy przecząca; nie wiedział nawet, co sam uważa za prawdę.

O'Brien uśmiechnął się lekko.

- Nie jesteś metafizykiem - rzekł. - Do tej chwili w ogóle nie zastanawiałeś się nad tym, co znaczy istnieć. Doprecyzuję swoje pytanie. Czy przeszłość istnieje w sposób konkretny, w przestrzeni? Czy znajduje się gdzieś, czy wciąż się dzieje w świecie przedmiotów materialnych?

- Nie.

- Więc gdzie istnieje przeszłość, jeśli w ogóle?

- Jest zapisana w świadectwach historycznych.

- Zapisana w świadectwach. I...?

- I w umyśle. W ludzkiej pamięci.

- W pamięci. Doskonale. My, Partia, kontrolujemy zapisy historyczne i wszelką ludzką pamięć. Zatem kontrolujemy przeszłość, czy nie tak?

- Ale jak możecie powstrzymać ludzi od pamiętania konkretnych rzeczy?! - wykrzyknął Winston, na moment zapominając o przyrządach. - Przecież to się dzieje bezwiednie. Poza czyjąkolwiek władzą. Jak możecie kontrolować pamięć? Mojej nie kontrolowaliście!

O'Brien znów zrobił surową minę. Położył dłoń na pokrętle.

- Wręcz przeciwnie - odparł. - To ty nie kontrolowałeś swojej pamięci. Dlatego tu wylądowałeś. Jesteś tutaj, bo nie miałeś dość pokory, samodyscypliny. Nie chciałeś się zdobyć na akt uległości, co jest ceną zachowania zdrowego rozsądku. Wolałeś być wariatem, jednoosobową mniejszością. Winston, zrozum, że tylko umysł zdyscyplinowany może poznać rzeczywistość. Ty wierzysz, że rzeczywistość jest czymś obiektywnym, postrzeganym na zewnątrz, istniejącym na własnych prawach. Wierzysz też, że natura rzeczywistości jest bezsporna. Kiedy łudzisz się, że coś widzisz, sądzisz, że wszyscy widzą to samo co ty. Ale zapewniam cię, że rzeczywistość nie ma charakteru zewnętrznego. Rzeczywistość istnieje tylko w ludzkim umyśle, nigdzie indziej. I to nie w umyśle jednostki, która popełnia błędy i szybko umiera, lecz w umyśle Partii, która stanowi nieśmiertelną zbiorowość. Prawdą jest to, co Partia uznaje za prawdę. Rzeczywistość można postrzegać wyłącznie oczami Partii. To właśnie trzeba ci wpoić na powrót. A do tego potrzebny jest akt samozniszczenia, wysiłek woli. Najpierw musisz się ukorzyć, dopiero potem możesz wydźwignąć się z szaleństwa.

Urwał na dłuższą chwilę, jakby chciał, żeby jego słowa wybrzmiały odpowiednio.

- Pamiętasz - odezwał się ponownie - jak napisałeś w pamiętniku, że wolność to możliwość stwierdzenia, że dwa plus dwa równa się cztery?

- Tak.

Podniósł lewą dłoń, wierzchem zwróconą do Winstona, zgiął kciuk i wyprostował pozostałe cztery palce.

- Ile palców ci pokazuję?

- Cztery.

- A jeśli Partia orzeknie, że nie cztery, tylko pięć, to ile?

- Cztery.

Ostatnie słowo przeszło w okrzyk bólu. Strzałka na zegarze podskoczyła do pięćdziesięciu pięciu. Ciało Winstona zalała fala potu, powietrze wdzierało się do płuc, a każdy wydech powodował głębokie jęki, których nie powstrzymały nawet zaciśnięte zęby. O'Brien patrzył na niego, wciąż pokazując cztery palce. Przekręcił pokrętło w lewo, lecz tym razem ból zmniejszył się tylko odrobinę.

- Ile palców, Winston?

- Cztery.

Strzałka sięgnęła sześćdziesiątki.

- Ile palców?

- Cztery! Cztery! Przecież nie mogę powiedzieć inaczej! Cztery!

Strzałka zapewne znów podskoczyła, lecz Winston nie patrzył już na przyrządy. Jego pole widzenia wypełniła surowa twarz i cztery palce. Palce prężyły się jak kolumny, ogromne, zamazane, rozdygotane, ale niewątpliwie tylko cztery.

- Ile palców, Winston?

- Cztery! Przestań, przestań! Tak nie wolno! Cztery, cztery!

- Ile palców?

- Pięć! Pięć, pięć!

- Nie, Winston, nic z tego. Kłamiesz. Ciągle myślisz, że są cztery palce. Ile palców, jeśli łaska?

- Cztery! Pięć! Cztery! Ile chcesz! Tylko już przestań, przestań, boli!

Nagle zorientował się, że siedzi, a O'Brien obejmuje go ramieniem. Być może stracił przytomność na kilka sekund. Poluźniono więzy, które dotąd go krępowały. Było mu zimno, dygotał niepohamowanie, szczękał zębami, a po policzkach spływały łzy. Na moment uczepił się O'Briena jak niemowlę, czerpiąc osobliwą otuchę z obejmującego go ciężkiego ramienia. Miał poczucie, że ten człowiek jest jego obrońcą, że ból nadszedł z zewnątrz, z innego źródła, że to O'Brien uwolni go od cierpienia.

- Mało bystrym uczniem jesteś - powiedział O'Brien łagodnym tonem.

- Nic na to nie poradzę - wybełkotał Winston. - Jak mogę nie widzieć tego, co mam przed oczami? Dwa plus dwa to cztery.

- Czasem cztery, Winston. A czasem pięć. Czasem trzy. A czasem wszystko naraz. Musisz się bardziej postarać. Niełatwo zerwać z szaleństwem.

O'Brien położył go na łóżku. Więzy na kończynach znów się zacisnęły, ale ból ustąpił, podobnie jak minął dygot, pozostały tylko wyczerpanie i zimno. O'Brien kiwnął głową do mężczyzny w białym kitlu, który dotąd stał nieruchomo przez cały czas. Tamten pochylił się i zajrzał uważnie Winstonowi w oczy, sprawdził mu tętno, przyłożył ucho do piersi, postukał to tu, to tam, po czym skinął głową do O'Briena.

- Jeszcze raz - powiedział O'Brien.

Ból znowu przeszył ciało. Strzałka sięgnęła zapewne siedemdziesięciu, siedemdziesięciu pięciu jednostek na skali. Tym razem Winston zacisnął powieki. Wiedział, że przed oczami wciąż ma palce, cztery. Liczyło się tylko to, aby dotrwać do momentu, gdy miną drgawki. Nie był świadomy, czy krzyczy. Ból znów się zmniejszył. Winston otworzył oczy. O'Brien poruszył pokrętłem.

- Ile palców? - spytał.

- Cztery. Chyba cztery. Gdybym mógł, chciałbym zobaczyć pięć. Staram się zobaczyć pięć.

- Na czym ci zależy: by mnie przekonać, że widzisz pięć palców, czy naprawdę zobaczyć pięć palców?

- Naprawdę zobaczyć.

- Jeszcze raz - rozkazał O'Brien.

Strzałka sięgnęła być może osiemdziesięciu, dziewięćdziesięciu jednostek. Chwilami Winston tracił pojęcie, skąd bierze się ból. Wydawało się, że pod jego zaciśniętymi powiekami tańczy teraz bezlik palców, które wsuwają się i wysuwają, przeplatają między sobą. Próbował je zliczyć, choć nie wiedział, dlaczego to robi. Zdawał sobie sprawę, że policzenie ich jest niemożliwe i łączy się to jakoś z tajemniczą tożsamością liczby cztery i pięć. Ból znów zelżał. Gdy Winston otworzył oczy, zobaczył to samo co przedtem. Nieprzebrane palce, niczym gąszcz chodzących drzew, przewijały się we wszystkich kierunkach, splatały, rozplatały. Zacisnął mocno powieki.

- Ile palców ci pokazuję, Winston?

- Nie wiem, nie wiem. Zabijecie mnie, jeśli jeszcze raz tak zrobicie. Cztery, pięć, sześć, przysięgam, że nie wiem.

- O, tak już lepiej - pochwalił O'Brien.

W przedramię Winstona wbito igłę. Niemal w tej samej chwili po całym jego ciele rozlało się błogie, kojące ciepło. Ból stał się tylko wspomnieniem. Winston otworzył oczy i spojrzał z wdzięcznością na O'Briena. Widok nalanej pooranej twarzy, jakże brzydkiej i zarazem inteligentnej, dodał mu otuchy. Gdyby Winston mógł się poruszyć, wyciągnąłby rękę i położył mu na ramieniu. Nigdy nie kochał go bardziej niż właśnie w tej chwili, i to nie dlatego, że ustał ból. Powróciło dawne uczucie, że w gruncie rzeczy nie ma znaczenia, czy O'Brien jest przyjacielem, czy wrogiem. Bo był kimś, z kim można porozmawiać. Być może człowiek bardziej niż miłości pragnie zrozumienia. O'Brien katował Winstona do granic obłędu, a za chwilę z pewnością miał go wysłać na śmierć. Lecz to bez znaczenia, bo w pewnym sensie to sięgało głębiej niż przyjaźń, ta łącząca ich zażyłość, która najprawdopodobniej nigdy nie zostanie wyrażona słowami, jednak w innych okolicznościach mogliby się gdzieś spotkać i porozumieć. Wpatrzony w niego O'Brien miał teraz wyraz twarzy wskazujący, że myśli to samo. Wreszcie odezwał się swobodnym, konwersacyjnym tonem:

- Winston, czy wiesz, gdzie jesteś?

- Nie wiem. Mogę się domyślać, że w Ministerstwie Miłości.

- Wiesz, jak długo tu jesteś?

- Nie wiem. Dni, tygodnie, miesiące, chyba jednak miesiące.

- A jak ci się wydaje, dlaczego przywozimy ludzi do tego miejsca?

- Żeby składali zeznania.

- Nie, powód jest inny. Spróbuj jeszcze raz.

- Żeby ich ukarać.

- Nie! - wykrzyknął O'Brien. Głos zmienił mu się nie do poznania, a twarz stała się zacięta i ożywiona. - Nie! Nie po to, żeby wyciągnąć z ciebie zeznania i cię ukarać! Mam ci powiedzieć, dlaczego cię tu przywieźliśmy? Żeby cię wyleczyć! Żebyś odzyskał rozum! W końcu zrozumiesz, Winston, że nikt, kto trafia w nasze ręce, nie wychodzi stąd niewyleczony. Nie interesują nas te durne przestępstwa, które popełniłeś. Partii nie obchodzi namacalny czyn, lecz wyłącznie myśl. My nie niszczymy naszych wrogów, my ich zmieniamy. Rozumiesz, co o czym mówię?

Pochylił się nad Winstonem. Z bliska jego twarz wydawała się olbrzymia i szkaradnie brzydka, bo widziana od dołu. Odmalowywało się na niej uniesienie, obłąkańcza ekstaza. Winstona znów dopadła beznadzieja. Gdyby mógł, wtarłby się w łóżko. Był pewien, że O'Brien zaraz szarpnie pokrętłem powodowany zwykłym rozochoceniem. A jednak tylko się odwrócił. Przemaszerował kilka kroków w tę i we w tę. I ciągnął spokojniejszym tonem:

- W pierwszej kolejności musisz zrozumieć, że w tym miejscu nie ma męczenników. Czytałeś o prześladowaniach religijnych w przeszłości. W średniowieczu działała inkwizycja. Skończyło się fiaskiem. Chciała wykorzenić herezję, a przyczyniła się do jej rozkrzewienia. Na miejsce każdego heretyka spalonego na stosie pojawiało się tysiące nowych. Dlaczego? Bo inkwizycja zabijała swoich wrogów otwarcie, w dodatku likwidowała ich, gdy trwali przy swoim. Ludzie ginęli, bo nie chcieli wyrzec się swych przekonań. Naturalnie cała chwała przypadała wtedy ofierze, a inkwizycja, która ją spaliła, okrywała się hańbą. Później, w wieku dwudziestym, były totalitaryzmy, jak to nazwaliśmy. Naziści w Niemczech i komuniści w Rosji. Rosjanie prześladowali nieprawomyślność jeszcze okrutniej niż inkwizycja. Sądzili, że wyciągnęli wnioski z błędów popełnionych w przeszłości, w każdym razie zdawali sobie sprawę, że zwalczanej sprawie nade wszystko nie wolno przysparzać męczenników. Zanim więc wytoczyli wrogom proces pokazowy, musieli odebrać im godność. Należało ich złamać torturami i izolacją, aż stawali się godnymi pogardy, rozdygotanymi ludzkimi wrakami, gotowymi przyznać się do wszystkiego, lżącymi sobie podobnych, oskarżającymi siebie nawzajem, chowającymi się za plecami innych, skamlącymi o litość. A jednak po kilku latach to wszystko się powtarzało. Zamordowani stawali się męczennikami, a o ich upodleniu zapominano. I znowu, dlaczego tak było? Po pierwsze dlatego, że przyznanie się do winy było wymuszone i jawnie nieprawdziwe. My nie popełniamy takich błędów. Wszystkie złożone tutaj zeznania są prawdziwe. My czynimy je prawdą. A nade wszystko nie pozwalamy, aby umarli powstawali przeciwko nam. Musisz przestać myśleć, że potomność cię zrehabilituje. Winston, przyszłe pokolenia nigdy o tobie nie usłyszą. Zostaniesz wymazany do czysta z biegu historii. Przemienimy cię w gaz i wystrzelimy w stratosferę. Nic po tobie nie zostanie, ani nazwisko w spisach ludności, ani wspomnienie w żywym mózgu. Zostaniesz unicestwiony zarówno w przeszłości, jak i przyszłości. Będzie tak, jakbyś nigdy nie istniał.

Po co więc zadawać sobie trud i mnie torturować? - jęknął w duchu Winston z natychmiastową goryczą. O'Brien zastygł w pół kroku, jakby usłyszał tę myśl. Przysunął swoją dużą brzydką twarz, mrużąc nieco oczy.

- A teraz główkujesz, że skoro postanowiliśmy cię zniszczyć do szczętu, aby nic, co powiesz lub zrobisz, nie miało najmniejszego znaczenia, to po co w ogóle zadajemy sobie trud, żeby cię przesłuchiwać. Tak pomyślałeś, prawda?

- Tak - przyznał Winston.

O'Brien uśmiechnął się lekko.

- Jesteś skazą na wzorze. Plamą, którą należy wywabić. Czy nie tłumaczyłem ci przed chwilą, że różnimy się od prześladowców w przeszłości? Nie zadowalamy się wymuszonym posłuszeństwem ani nawet najżałośniejszą uległością. Gdy w końcu skapitulujesz, musisz to zrobić z własnej woli. Nie likwidujemy heretyka tylko dlatego, że stawia opór. Mało tego, dopóki stawia opór, dopóty go nie zniszczymy. My nawracamy, opanowujemy umysł, przeobrażamy. Wypalamy z heretyka wszelkie zło i złudzenia, następnie przeciągamy go na naszą stronę, ale nie pozornie, lecz naprawdę, aby był z nami ciałem i duszą. Zanim go zabijemy, stanie się jednym z nas. Dla Partii jest nie do przyjęcia, aby gdziekolwiek na świecie istniała nieprawowita myśl, bez względu na to, jak utajniona i bezsilna by była. Nawet w chwili śmierci nie możemy pozwolić na najmniejsze odstępstwo. W dawnych czasach heretyk szedł na stos jako heretyk, głosząc swoją herezję, niejako triumfując. Nawet ofiara sowieckich czystek mogła wciąż mieć bunt w sercu, gdy szła korytarzem, by dostać kulę w potylicę. My zaś najpierw zaprowadzamy ład w mózgu, dopiero potem roztrzaskujemy go strzałem w czaszkę. Nakazem dawnych despotów było: "Nie będziesz robił tego i tego". Nakazem totalitaryzmów: "Będziesz robił to i to". Nasz zaś brzmi: "Jesteś tym i tym". Nikt, kto wylądował w tym miejscu, nie wystąpi przeciwko nam. Wszyscy zostają wyprani do czysta. Nawet ci trzej żałośni zdrajcy, w których niewinność dawniej wierzyłeś: Jones, Aaronson i Rutherford. Koniec końców złamaliśmy ich. Sam uczestniczyłem w przesłuchaniach. Widziałem, jak stopniowo słabną, skamlą, korzą się, zalewają się łzami, aż wreszcie robili to nie z bólu czy strachu, lecz z poczucia winy. Gdy z nimi skończyliśmy, byli już tylko ludzkimi skorupami. Pozostał w nich jedynie żal z powodu czynów, które popełnili, oraz miłość do Wielkiego Brata. Rozczulające było patrzeć na oznaki ich miłości do niego. Błagali, aby ich szybko zastrzelono, bo chcieli umrzeć z czystymi myślami.

O'Brien niemal się rozmarzył. Na jego twarzy wciąż odmalowywało się uniesienie, obłąkańcza ekstaza. On nie udaje, pomyślał Winston. To nie dwulicowiec, wierzy w każde swoje słowo. Najbardziej druzgocąca wydawała się Winstonowi świadomość własnej niższości intelektualnej. Obserwował ociężałą, a jednak pełną wdzięku postać chodzącą w tę i we w tę, przesuwającą się w polu jego widzenia. Jako człowiek O'Brien przerastał go pod każdym względem. Nie było takiej myśli, którą Winston powziął lub mógłby powziąć, a której tamten wcześniej nie poznał, nie przeanalizował i nie odrzucił. Jego umysł potrafił pomieścić umysł Winstona. Lecz w takim razie czy może być prawdą, że O'Brien oszalał? Nie, Winston uznał, że szalony jest on sam. O'Brien przystanął i spojrzał na niego. Znów przemówił surowym tonem:

- Tylko sobie nie wyobrażaj, że zdołasz się uratować, bo całkowicie poddasz się naszej woli. Nie oszczędzamy nikogo, kto choć raz pobłądził. Jeśli nawet pozwolimy ci dożyć resztę lat, i tak nigdy się od nas nie uwolnisz. To, co dzieje się z tobą tutaj, zostanie w tobie na zawsze. Musisz to zrozumieć zawczasu. Złamiemy cię do tego stopnia, że już się nie pozbierasz. Doznasz przeżyć, z których się nie otrząśniesz, nawet gdybyś żył tysiąc lat. Już nigdy nie będziesz zdolny do zwykłych ludzkich uczuć. Wszystko w tobie obumrze. Nie będziesz zdolny do miłości ani przyjaźni, zapomnisz, co to radość życia, śmiech, ciekawość, odwaga, prawość. Będziesz pusty w środku. Wyciśniemy z ciebie ostatnią kroplę, a potem wypełnimy cię naszą treścią.

Zamilkł i dał znak mężczyźnie w białym fartuchu. Winston miał świadomość, że za jego głową przywleczono jakieś ciężkie urządzenie. O'Brien usiadł przy łóżku, aż jego twarz znalazła się prawie na tej samej wysokości co twarz Winstona.

- Trzy tysiące - zwrócił się do mężczyzny w białym kitlu, przemawiając nad głową więźnia.

Na skroniach Winston poczuł dociśnięte lekko wilgotne dwie podkładki. Zląkł się. Nadchodził ból, inny niż dotąd. O'Brien położył mu uspokajająco, niemal życzliwie dłoń na ręku.

- Tym razem nie będzie bolało - zapewnił. - Patrz mi cały czas w oczy.

W tej samej chwili rozległa się ogłuszająca eksplozja, a przynajmniej tak się wydawało, choć czy na pewno usłyszeli jakikolwiek hałas? Niewątpliwie błysnęło oślepiające światło. Winston nie poczuł bólu, po prostu leżał jak długi. Chociaż już wcześniej był rozciągnięty na wznak, miał osobliwe wrażenie, że padł plackiem dopiero teraz. Straszliwe bezbolesne uderzenie rozpłaszczyło go. Stało się też coś w jego głowie. Gdy odzyskał widzenie, przypomniał sobie, kim jest i gdzie się znajduje, rozpoznał też pochyloną nad nim twarz. Lecz mimo to gdzieś w umyśle otwarła się duża pusta wyrwa, jakby usunięto mu kawałek mózgu.

- To minie - rzekł O'Brien. - Popatrz mi w oczy. Z którym państwem Oceania toczy wojnę?

Winston się zamyślił. Wiedział, co to jest Oceania, wiedział, że należy do jej obywateli. Przypomniał sobie również o Eurazji i Ostazji, lecz kto z kim walczył, o tym nie miał pojęcia. Tak naprawdę w ogóle nie był świadomy, że trwa jakaś wojna.

- Nie pamiętam - odparł.

- Oceania toczy wojnę z Ostazją. Teraz sobie przypominasz?

- Tak.

- Oceania zawsze była w stanie wojny z Ostazją. Od twojego urodzenia, od początku istnienia Partii, od zarania dziejów wojna ta ciągnie się bez przerwy, zawsze ta sama. Pamiętasz?

- Tak.

- Jedenaście lat temu wymyśliłeś bajkę o trzech mężczyznach, których skazano na śmierć za zdradę. Udawałeś, że wpadł ci w ręce kawałek gazety, który dowodził ich niewinności. Taka gazeta nigdy nie istniała. Wymyśliłeś to, a potem w to uwierzyłeś. Teraz przypomniałeś sobie dokładnie tę chwilę, kiedy to wymyśliłeś. Pamiętasz ją?

- Tak.

- Pokazałem ci palce dłoni. Widziałeś pięć palców. Pamiętasz to?

- Tak.

O'Brien podniósł lewą rękę, wystawiając cztery palce i zginając kciuk.

- Jest pięć palców. Widzisz pięć?

- Tak.

I faktycznie przez ułamek sekundy widział wszystkie pięć, lecz zaraz zmieniła się sceneria jego umysłu. Najpierw zobaczył całą dłoń, bez zniekształceń, potem wszystko znowu stało się normalne i poczuł napór dawnego strachu, nienawiści, dezorientacji. Lecz wcześniej, na moment - nie wiedział jak długi, może trzydzieści sekund - doznał świetlistej pewności, gdy każda sugestia podsunięta przez O'Briena wypełniała pustkę w jego głowie i stawała się absolutną prawdą, gdy dwa plus dwa mogło się równać trzy tak samo jak pięć, jeśli zachodziła potrzeba. Chwila ta prysła, gdy O'Brien opuścił ramię. I choć Winston nie mógł jej przywołać z powrotem, zapamiętał ją tak, jak człowiek pamięta silne doznanie na jakimś etapie swego życia, gdy był inną osobą.

- Teraz widzisz, że to możliwe - powiedział O'Brien.

- Tak.

Wstał wyraźnie usatysfakcjonowany. Winston dostrzegł, że po jego lewej stronie mężczyzna w białym kitlu przełamuje ampułkę i napełnia strzykawkę. O'Brien posłał Winstonowi uśmiech. Staroświeckim ruchem ręki poprawił okulary na nosie.

- Czy pamiętasz - odezwał się znowu - jak w swoim pamiętniku napisałeś, że to nieważne, czy jestem wrogiem, czy przyjacielem, bo przynajmniej jestem człowiekiem, który cię rozumie i z którym można porozmawiać? Miałeś rację. Rozmowa z tobą sprawia mi przyjemność. Pociąga mnie twój umysł. Przypomina mój własny, tyle że ty jesteś szaleńcem. Zanim zakończymy sesję, możesz mi zadać kilka pytań, jeśli masz ochotę.

- Mogę zadać każde pytanie?

- Każde. - O'Brien dostrzegł, że Winston wpatruje się w tarczę urządzenia. - Wyłączone - zapewnił. - To jak brzmi twoje pierwsze pytanie?

- Coście zrobili z Julią?

Znów się uśmiechnął.

- Julia cię zdradziła, Winston. I to natychmiast, bez wahania. Rzadko widuję, aby ktoś tak szybko przeszedł na naszą stronę. Gdybyś ją teraz zobaczył, z trudem byś ją rozpoznał. Buntowniczość, cwaniactwo, brawura, rozpusta, wszystko to z niej wypaliliśmy. Było to idealne, wręcz podręcznikowe nawrócenie.

- Torturowaliście ją?

Na to O'Brien nie udzielił odpowiedzi.

- Następne pytanie - rzekł.

- Czy Wielki Brat naprawdę istnieje?

- Oczywiście, że istnieje. Partia istnieje. Wielki Brat jest ucieleśnieniem Partii.

- Istnieje w taki sam sposób, w jaki istnieję ja?

- Ty nie istniejesz - odparł O'Brien.

Po raz kolejny Winstona dopadło poczucie bezsilności. Znał, a przynajmniej potrafił sobie wyobrazić, argumenty dowodzące jego nieistnienia, ale były przecież nonsensowne, były tylko żonglerką słowną. Czy twierdzenie "Nie istniejesz" nie zawiera w sobie logicznego absurdu? Ale po co to mówić? Jego umysł aż się skurczył w przeczuciu niepodważalnych, szalonych argumentów, którymi O'Brien by go zasypał i pokonał.

- Wydaje mi się, że istnieję - odpowiedział znużonym tonem. - Jestem świadomy swojej tożsamości. Urodziłem się i pewnego dnia umrę. Mam ręce i nogi. Zajmuję określone miejsce w przestrzeni. Żaden inny materialny przedmiot nie może jednocześnie zajmować tego miejsca. Czy właśnie w tym sensie istnieje Wielki Brat?

- To nieistotne. Po prostu istnieje.

- Czy Wielki Brat kiedykolwiek umrze?

- Oczywiście, że nie. Jak mógłby umrzeć? Następne pytanie.

- Czy Bractwo istnieje?

- Tego, Winston, nigdy się nie dowiesz. Jeśli postanowimy puścić cię wolno, gdy już z tobą skończymy, i jeśli nawet dożyjesz dziewięćdziesiątki, nadal nie będziesz wiedział, czy odpowiedź na to pytanie jest twierdząca, czy przecząca. Przez całe życie będzie to w twoim umyśle nierozwiązana zagadka.

Winston leżał w milczeniu. Jego klatka piersiowa opadała i unosiła się trochę szybciej niż dotąd. Wciąż nie zadał pytania, które jako pierwsze przyszło mu do głowy. Czuł, że musi je zadać, ale język odmawiał posłuszeństwa. Na twarzy O'Briena widać było cień rozbawienia. Nawet szkła okularów zdawały się połyskiwać ironicznie. On wie, dotarło nagle do Winstona, wie, o co chcę spytać! I na tę myśl słowa same popłynęły z ust.

- Czy to jest pokój sto jeden?

Wyraz twarzy O'Briena się nie zmienił.

- Przecież doskonale wiesz, co znajduje się w pokoju sto jeden - odparł rzeczowym tonem. - Każdy wie, co się tam znajduje.

Uniósł palec w kierunku człowieka w białym fartuchu. Najwyraźniej sesja dobiegła końca. W przedramię Winstona zagłębiła się igła. Niemal natychmiast zapadł w sen.

ROZDZIAŁ 3

- Twoja reedukacja przebiega etapami - powiedział O'Brien. - Nauka, rozumienie, potem akceptacja. Czas zacząć drugi etap.

Winston jak zwykle leżał na wznak, lecz ostatnio poluźniono mu więzy. Wciąż był przypięty do łóżka, mógł jednak poruszać trochę kolanami i rękami w łokciach, a także odwracać głowę na boki. Strzałka na zegarze przestała być aż tak przerażająca. Winston unikał sztychów bólu, jeśli wykazał się bystrością umysłu - tylko gdy dawał dowody głupoty, O'Brien poruszał pokrętłem. Czasem przez całą sesję urządzenie pozostawało nietknięte. Nie wiedział jednak, ile sesji się odbyło. Wydawało się, że cały proces ciągnie się od bardzo dawna - zapewne od tygodni, najpewniej - a przerwy między poszczególnymi przesłuchaniami trwały nawet kilka dni, kiedy indziej zaś ledwie godzinę lub dwie.

- Gdy tak leżysz - kontynuował O'Brien - często zastanawiasz się, właściwie nawet o to pytałeś, dlaczego Ministerstwo Miłości poświęca ci tyle czasu i wysiłku. Gdy byłeś wolnym człowiekiem, intrygowało cię w zasadzie to samo pytanie. Dostrzegałeś mechanizmy funkcjonowania społeczeństwa, w którym przyszło ci żyć, ale nie rozumiałeś motywów leżących u jego podstaw. Czy pamiętasz, gdy w pamiętniku napisałeś: "Rozumiem jak, nie rozumiem dlaczego"? To właśnie kiedy zastanawiałeś się nad tym "dlaczego", zacząłeś wątpić w swoją poczytalność. Przeczytałeś Książkę, to znaczy książkę Goldsteina, a przynajmniej jej fragmenty. Czy znalazłeś w niej cokolwiek, czego byś wcześniej nie wiedział?

- A ty ją czytałeś? - spytał Winston.

- Ja ją napisałem. To znaczy przyczyniłem się do jej powstania. Jak wiesz, żadna książka nie jest dziełem jednostki.

- Czy zawarta jest w niej prawda?

- W sensie opisowym tak. Ale program, który głosi, to nonsens. Potajemne gromadzenie wiedzy, stopniowe szerzenie oświecenia, a w ostatecznym rozrachunku bunt proletariatu i obalenie rządów Partii. Odgadłeś, że takie jest przesłanie tej Książki. Wszystko to jedna wielka bzdura. Proletariusze nigdy nie wszczną buntu, nawet za tysiąc i milion lat. Nie mogą. Nie muszę ci wyjaśniać dlaczego, przecież wiesz doskonale. Jeśli kiedykolwiek snułeś marzenia o gwałtownym przewrocie, musisz dać sobie z tym spokój. Nie ma możliwości obalenia Partii. Będzie rządziła już zawsze. Niech to posłuży za punkt wyjścia dla twoich rozważań. - O'Brien zbliżył się do łóżka. - Już zawsze! - powtórzył. - A teraz wróćmy do pytań: jak i dlaczego. Rozumiesz całkiem dobrze, jak Partia utrzymuje się przy władzy. A teraz powiedz mi, dlaczego przy władzy trwamy. Jaka jest nasza motywacja? Dlaczego w ogóle pragnęliśmy zdobyć władzę? Proszę, mów - dodał, bo odpowiedzią było milczenie.

Winston zwlekał dłuższą chwilę. Obezwładniło go uczucie znużenia. Twarz O'Briena rozjaśnił blask obłąkańczego zapału. Winston wiedział, co usłyszy. Że Partia nie pragnęła władzy dla samej władzy, lecz dla dobra większości. Że walczyła o władzę, bo człowiek w swej masie to słaba i tchórzliwa istota, niepotrafiąca unieść brzemienia wolności ani skonfrontować się z prawdą, musi więc mieć nad sobą władzę i być systematycznie oszukiwana przez tych, którzy są silniejsi. Że przed ludzkością leżał wybór między wolnością a szczęściem, a dla większości to drugie jest lepsze. Że Partia to wieczny opiekun słabszych, kadry oddane czynieniu zła, z którego bierze się dobro, poświęcające własne szczęście dla pożytku innych. Straszliwe, najstraszliwsze jest to, pomyślał Winston, że O'Brien wierzy w swoje słowa. Widać to było w jego twarzy. O'Brien wiedział wszystko. Po tysiąckroć przerastając Winstona, wiedział, jaki naprawdę jest świat, w jakim upodleniu żyją masy ludzkie, za pomocą jakich kłamstw i barbarzyństwa Partia powstrzymuje zmianę ich położenia. Pojął to, rozważył i co z tego wynikło? - tylko to, że ostateczny cel uświęca wszystko. Co można zrobić, pomyślał Winston, w starciu z szaleńcem, który jest inteligentniejszy, który wysłuchuje twoich racji, ale uporczywie trwa przy swoim obłędzie?

- Rządzicie nami dla naszego dobra - powiedział słabym głosem. - Uważacie, że ludzie nie potrafią rządzić się sami, a zatem...

Szarpnął się i omal nie wrzasnął na całe gardło. Jego ciało przeszył ból. O'Brien przesunął pokrętło do trzydziestu pięciu jednostek.

- To było głupie, Winston, bardzo głupie! Powinieneś być mądrzejszy, nie wygadywać takich bzdur. - Wyregulował pokrętło z powrotem na zero i ciągnął: - Teraz sam podam ci odpowiedź na moje pytanie. Oto ona. Partia chce władzy wyłącznie dla samej władzy. Nie interesuje nas dobro innych, interesuje nas jedynie władza. Nie bogactwo, nie luksusy, nie długie życie ani szczęście. Tylko władza, czysta władza. Zaraz zrozumiesz, co oznacza czysta władza. Od wszystkich oligarchii z przeszłości różnimy się tym, że wiemy, co robimy. Wszyscy inni, nawet ci, którzy nas przypominają, byli bandą tchórzy i hipokrytów. W swoich metodach niemieccy naziści i radzieccy komuniści zbliżyli się do nas, lecz nigdy nie mieli dość odwagi, aby uświadomić sobie własne motywy. Udawali, może nawet sami w to wierzyli, że władzę przejęli jakby wbrew sobie i wyłącznie na określony czas, że tuż za rogiem znajduje się raj, w którym ludzie będą wolni i równi. My jesteśmy inni. Wiemy, że nikt nigdy nie zdobywa władzy z zamiarem jej późniejszego oddania. Władza to nie środek wiodący do celu, lecz cel sam w sobie. Dyktatury nie zaprowadza się po to, aby ugruntować rewolucję, lecz rozpętuje się rewolucję po to, aby zaprowadzić dyktaturę. Celem prześladowań są prześladowania. Celem tortur są tortury. Celem władzy - władza. Czy zaczynasz mnie wreszcie rozumieć?

Winston był zaskoczony, nie pierwszy już raz, zmęczeniem odmalowującym się na twarzy O'Briena. Była to twarz zacięta, brutalna, mięsista, ze wszech miar inteligentna i pełna kontrolowanej namiętności, wobec której czuł się bezradny, a jednak twarz bezsprzecznie zmęczona. Widział worki pod oczami, skórę obwisłą na policzkach. O'Brien nachylił się, celowo przybliżając wyczerpane oblicze.

- Myślisz sobie - rzekł - że mam starą i zmęczoną twarz. Myślisz, że rozprawiam o władzy, a nie potrafię nawet powstrzymać rozkładu własnego ciała. Czy nie rozumiesz, że jednostka jest ledwie komórką? Zmęczenie komórki oznacza żywotność całego organizmu. Czy umierasz, gdy obetniesz sobie paznokieć? - Odwrócił się od łóżka i zaczął przechadzać po celi, z ręką w kieszeni. - Jesteśmy kapłanami władzy. Władza to Bóg. Lecz w tej chwili dla ciebie władza to tylko słowo. Pora, byś zaczął pojmować, co oznacza władza. Po pierwsze, musisz zrozumieć, że władza to zbiorowość. Jednostka ma władzę tylko w tej mierze, w jakiej potrafi przestać być jednostką. Znasz hasło naszej Partii: "Wolność to niewola". Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że można je odwrócić? Niewola to wolność. Gdy ludzka istota jest sama i wolna, zawsze będzie skazana na porażkę. Nie może być inaczej, bo kresem każdego człowieka jest śmierć, a to przecież klęska największa. Lecz jeśli stać go na całkowitą, bezgraniczną uległość, na odcięcie się od swojej tożsamości, wówczas może się wtopić w Partię do tego stopnia, że jest Partią, a wówczas staje się wszechmocny i nieśmiertelny. W drugiej kolejności powinieneś zrozumieć, że władza to władza nad ludźmi. Nad ich ciałami, ale przede wszystkim nad ich umysłami. Władza nad materią, nad rzeczywistością postrzeganą na zewnątrz, jak byś to nazwał, nie ma większego znaczenia. Nasza kontrola nad materią już w tej chwili jest absolutna.

Na chwilę Winston zapomniał o pokrętle. Natężył się, aby się dźwignąć do pozycji siedzącej, ale skończyło się tylko bolesną szarpaniną.

- Jak możliwe, że kontrolujecie materię?! - wybuchnął. - Przecież nie macie władzy nad klimatem ani prawem grawitacji. Są jeszcze choroby, ból, śmierć...

O'Brien uciszył go ruchem ręki.

- Kontrolujemy materię, bo kontrolujemy umysł - powiedział. - Rzeczywistość znajduje się w głowie. Pojmiesz to stopniowo, Winston. Nie ma granic dla naszych dokonań. Niewidzialność, lewitacja, wszystko jest w naszej mocy. Gdybym chciał, mógłbym się unieść z tej podłogi jak bańka mydlana. Ale nie chcę, bo Partia tego nie chce. Musisz się wyzbyć tych dziewiętnastowiecznych wyobrażeń o prawach natury. To my tworzymy prawa natury.

- Kłamstwo! Nie daliście nawet rady zawładnąć całym światem. A Eurazja, a Ostazja? Nie pokonaliście ich.

- To nieistotne. Podbijemy te kraje, gdy będzie nam to odpowiadało. A nawet gdyby nie, co za różnica? Możemy je wymazać z rzeczywistości. To Oceania jest całym światem.

- Ale przecież nasz świat to tylko drobinka kurzu. Człowiek jest mały i bezradny! Od jak dawna istnieje? Przez miliony lat Ziemia była niezamieszkana.

- Nonsens. Ziemia ma tyle lat, ile mamy my, nie więcej. Jakim cudem mogłaby być starsza? Wszystko, co istnieje, istnieje w ludzkiej świadomości.

- Przecież skały kryją mnóstwo kości wymarłych zwierząt, mamutów, mastodontów, ogromnych gadów, które żyły tutaj na długo przed tym, gdy usłyszano o człowieku.

- Widziałeś kiedykolwiek te kości, Winston? Oczywiście, że nie widziałeś. Bo to wymysł dziewiętnastowiecznych biologów. Przed człowiekiem nie było niczego. Po człowieku, jeśli w ogóle nastąpi jego koniec, też nie będzie niczego. Poza człowiekiem nie ma nic.

- Przecież oprócz nas istnieje cały wszechświat. Spójrz na gwiazdy! Niektóre znajdują się miliony lat świetlnych stąd! Na zawsze pozostają poza naszym zasięgiem.

- A czym są gwiazdy? - spytał obojętnie O'Brien. - To iskierki ognia położone kilka kilometrów stąd. Moglibyśmy do nich dotrzeć, gdybyśmy chcieli. Albo je wymazać. To Ziemia stanowi centrum wszechświata. Słońce i gwiazdy krążą wokół niej.

Winston znów szarpnął się konwulsyjnie, ale tym razem zachował milczenie.

O'Brien ciągnął, jakby w reakcji na sprzeciw:

- Oczywiście możemy uznać, że to nieprawda, gdy wymagają tego pewne względy. Gdy nawigujemy okrętem na morzu albo przewidujemy zaćmienie, wtedy wygodnie nam uznać, że Ziemia krąży wokół Słońca, a gwiazdy znajdują się miliony milionów kilometrów stąd. Ale co z tego? Naprawdę uważasz, że stworzenie dwutorowego układu astronomicznego nie leży w naszych możliwościach? Gwiazdy mogą się znajdować blisko lub daleko zależnie od potrzeby. Naprawdę myślisz, że nasi matematycy nie daliby temu rady? Zapomniałeś, co to jest dwumyślenie?

Winston skulił się na łóżku. Cokolwiek by powiedział, szybka riposta powalała go jak cios maczugą. A jednak mimo wszystko wiedział, że to on ma rację. Przekonanie, że nic nie istnieje poza umysłem - przecież musi być jakiś sposób wykazania, że to fałsz? Przecież już dawno temu udowodniono, że to błędne rozumowanie. Ukuto nawet na to pewne określenie, które wypadło Winstonowi z głowy. O'Brien spojrzał na niego, a w kącikach jego ust zamajaczył uśmiech.

- A mówiłem, że metafizyka nie jest twoją silną stroną - powiedział. - Słowo, które starasz się sobie przypomnieć, to solipsyzm. Ale jesteś w błędzie. To nie solipsyzm. Jeśli już, to raczej solipsyzm zbiorowy. A jednak to co innego, w istocie przeciwieństwo. To tylko dygresja - dodał odmienionym tonem. - Prawdziwa władza, władza, o którą musimy się bić dzień i noc, to władza nie nad rzeczami, lecz nad ludźmi. - Zamilkł i znów przybrał postawę nauczyciela wypytującego pojętnego ucznia. - Powiedz mi, jak jeden człowiek zyskuje władzę nad drugim?

Winston się zamyślił.

- Skazując go na cierpienie - odparł.

- Otóż to. Skazując na cierpienie. Posłuszeństwo to za mało. Jak możesz mieć pewność, czy drugi człowiek jest posłuszny twojej czy może swojej woli, skoro nie cierpi? Władza kryje cię w zadawaniu bólu i upadlaniu. Władza kryje się w rozrywaniu ludzkiego umysłu na strzępy i składaniu go w nową całość pod nasze dyktando. Czy zaczynasz już dostrzegać, jaki świat stworzyliśmy? To dokładne przeciwieństwo głupich hedonistycznych utopii, które wyobrażali sobie dawni reformatorzy. To świat strachu, zdrady i męczarni, świat depczących i deptanych, świat, w którym w miarę jego doskonalenia będziemy coraz bardziej, a nie mniej, okrutni. W naszym świecie postęp oznacza przysparzanie coraz większego cierpienia. Utrzymywano, że fundamentem dawnych cywilizacji były miłość albo sprawiedliwość. Nasz porządek wznosi się na nienawiści. W naszym świecie jedynymi uczuciami będą strach, wściekłość, triumf i samoponiżenie. Wszystko inne zniszczymy, dosłownie wszystko. Już teraz przełamujemy dawne nawyki myślowe, które przetrwały z czasów przedrewolucyjnych. Przecięliśmy więzy łączące rodzica z dzieckiem, człowieka z człowiekiem, mężczyznę z kobietą. Nikt już nie ma odwagi zaufać własnej żonie, dzieciom, przyjacielowi. W przyszłości w ogóle nie będzie żon ani przyjaciół. Niemowlęta będą odbierane matkom już przy narodzinach, tak jak zabiera się kurze zniesione jajko. Pociąg seksualny zostanie wypleniony. Prokreacja będzie coroczną formalnością jak prolongata kartek żywnościowych. Zlikwidujemy orgazm. Nasi neurologowie już nad tym pracują. Nie będzie żadnej lojalności poza lojalnością wobec Partii. Nie będzie żadnej miłości poza miłością do Wielkiego Brata. Nie będzie żadnego śmiechu poza triumfalnym śmiechem z pokonanego wroga. Nie będzie sztuk pięknych, literatury, nauki. Gdy wreszcie staniemy się wszechmocni, nauka przestanie być potrzebna. Nie będzie różnicy między pięknem a brzydotą. Przeminą ciekawość i radość życia. Wszelkie przyjemności zostaną wyrugowane. Lecz zawsze, nie zapominaj o tym, Winston, zawsze będziemy upajać się władzą, coraz silniej i subtelniej. Zawsze, w każdej chwili, będzie możliwy dreszczyk triumfu, cudowne doznanie biorące się z deptania bezsilnego wroga. Jeśli chcesz ujrzeć obraz przyszłości, wyobraź sobie żołnierski but depczący ludzką twarz. Już na zawsze.

Zamilkł, jakby spodziewał się reakcji. Winston znów usiłował wtopić się w łóżko. Nie potrafił wydusić z siebie słowa, serce miał skamieniałe. O'Brien ciągnął:

- I pamiętaj, że tak będzie już zawsze. Zawsze będzie twarz, którą należy podeptać. Zawsze znajdzie się heretyk, wróg publiczny, ktoś, kogo należy pokonać i upokorzyć, raz po raz. Wszystko, co przeżyłeś, odkąd wpadłeś w nasze ręce, będzie trwało i przybierało coraz gorszy obrót. Szpiegostwo, zdrady, aresztowania, tortury, egzekucje, zniknięcia, to się nigdy nie skończy. Nastanie świat terroru w równej mierze, co triumfu. Im potężniejsza będzie Partia, tym mniej wyrozumiała. Im słabsza będzie opozycja, tym silniejszy despotyzm. Goldstein i jego nieprawomyślność pozostaną z nami na zawsze. Każdego dnia, w każdej chwili Goldstein będzie pokonywany, dyskredytowany, ośmieszany, opluwany, a jednak przetrwa. Ta mistyfikacja, którą rozgrywałem przed tobą przez ostatnie siedem lat, będzie odtwarzana raz za razem, z pokolenia na pokolenie, lecz w subtelniejszej formie. Zawsze znajdziemy heretyka zdanego na naszą łaskę i niełaskę, wrzeszczącego z bólu, złamanego, godnego pogardy - a koniec końców całkowicie skruszonego, ocalonego przed samym sobą, pełzającego u naszych stóp z własnej woli. Taki świat budujemy, Winston. Świat zwycięstwa za zwycięstwem, triumfu za triumfem, niekończącego się, nieustannego nacisku na nerw władzy. Widzę, że zaczynasz sobie uświadamiać, jaki to świat. Na końcu nie tylko to zrozumiesz, ale jeszcze zaaprobujesz, powitasz z otwartymi ramionami, staniesz się jego częścią.

Winston otrząsnął się na tyle, że odzyskał głos.

- Nie dacie rady! - powiedział słabowitym głosem.

- Co mają znaczyć te słowa?

- Nie uda wam się stworzyć takiego świata, jaki właśnie opisałeś. To niemożliwe. Mrzonka.

- A to dlaczego niemożliwe?

- Nie da się zbudować cywilizacji na fundamencie strachu, nienawiści i okrucieństwa. Nie przetrwałaby.

- Dlaczego nie?

- Zabrakłoby jej żywotności. Rozsypałaby się. Dokonała samozagłady.

- Bzdura. Naiwnie sądzisz, że nienawiść jest uczuciem bardziej wyczerpującym niż miłość. Niby dlaczego miałoby tak być? A gdyby nawet tak było, to co za różnica? Przypuśćmy, że postanowilibyśmy szybciej się zużywać. Że przyśpieszylibyśmy tempo ludzkiego życia, że człowiek stawałby się zgrzybiałym starcem w wieku trzydziestu lat. I co by to zmieniło? Czy nie możesz zrozumieć, że śmierć jednostki nie jest śmiercią? Partia to nieśmiertelność.

Jak zwykle głos O'Briena wtłoczył w Winstona uczucie bezradności. Ponadto pojawił się strach, że z powodu obstawania przy swoim pokrętło pójdzie w ruch. A jednak Winston nie potrafił milczeć. Bezsilny, pozbawiony argumentów na poparcie swojego stanowiska, czując tylko nieartykułowane przerażenie w reakcji na usłyszane słowa, zdobył się na odpowiedź:

- Właściwie to nie wiem, nic mnie to nie obchodzi. Po prostu nie uda wam się. Coś was pokona. Życie was pokona.

- Przecież to my kontrolujemy życie we wszystkich jego przejawach. Wyobrażasz sobie, że jest coś, co nazywamy ludzką naturą, że ta natura będzie wstrząśnięta tym, co robimy, i zwróci się przeciw nam. Ale to my kształtujemy ludzką naturę. Ludzie są nieskończenie plastyczni. A może szukasz ratunku w tym dawnym przekonaniu, że proletariat lub niewolnicy powstaną i nas obalą? Wybij to sobie z głowy. Są bezradni jak zwierzęta. Ludzkość to Partia. Pozostali znajdują się poza nawiasem i się nie liczą.

- Wszystko mi jedno. W końcu was pokonają. Prędzej czy później przejrzą na oczy, zobaczą, kim naprawdę jesteście, i rozerwą was na strzępy.

- Dostrzegasz jakiekolwiek oznaki, że dzieje się coś takiego? Albo jakikolwiek powód, aby tak się stało?

- Nie, ale wierzę w to. Wiem, że poniesiecie klęskę. We wszechświecie istnieje coś, nie wiem, co to jest, jakiś duch, zasada, której nigdy nie pokonacie.

- Wierzysz w Boga, Winston?

- Nie.

- Więc czym jest ta zasada, która ma nas pokonać?

- Nie wiem. To duch ludzki.

- Uważasz się za człowieka?

- Tak.

- Jeśli jesteś człowiekiem, to ostatnim. Twój rodzaj wymarł, a my jesteśmy jego spadkobiercami. Czy dociera do ciebie, że zostałeś sam? Wypadłeś poza bieg historii, nie istniejesz. - Zachowanie O'Briena nagle się zmieniło i spytał ostrym tonem: - Uważasz, że przerastasz nas moralnie, bo kłamiemy i jesteśmy okrutni?

- Tak uważam.

O'Brien milczał. Za to nagle rozbrzmiały dwa inne głosy. Po chwili w jednym z nich Winston rozpoznał swój. Odtwarzano nagranie jego rozmowy z O'Brienem z tamtego wieczora, kiedy przystąpił z Julią do Bractwa. Usłyszał, że zobowiązuje się do kłamstw, kradzieży, fałszerstw, zabijania, działania na rzecz narkomanii i prostytucji, szerzenia chorób wenerycznych, oblania witriolem dziecięcej buzi. O'Brien wykonał drobny gest wyrażający zniecierpliwienie, jakby ta demonstracja nie była warta zachodu. Wcisnął klawisz i głos ucichł.

- Wstań z łóżka - rozkazał.

Więzy zostały poluźnione. Winston zsunął się na podłogę i wyprostował niepewnie.

- Jesteś ostatnim z ludzi - rzekł O'Brien. - Jesteś stróżem ludzkiego ducha. Powinieneś zobaczyć siebie w całej okazałości. Rozbierz się.

Winston rozsupłał sznurek spinający kombinezon, z którego już dawno wyrwano zamek błyskawiczny. Nie pamiętał, czy od chwili aresztowania kiedykolwiek zdjął z siebie całe ubranie. Pod kombinezonem ciało okrywały brudne zażółcone szmaty, w których z trudem można było rozpoznać dawną bieliznę. Gdy zsunął wszystko na podłogę, zobaczył, że w głębi pomieszczenia znajduje się trójdzielne lustro. Ruszył w tamtą stronę, lecz zaraz zatrzymał się gwałtownie. Z jego gardła wyrwał się mimowolny krzyk.

- No już - ponaglił O'Brien. - Stań między skrzydłami, abyś widział siebie także z boków.

Winston zastygł przerażony. W lustrze zobaczył zgarbionego kościotrupa o ziemistej skórze. Wygląd tej postaci był przerażający i to nie tylko dlatego, że rozpoznał w niej siebie. Zbliżył się do lustra. Wskutek przygarbienia głowa wydawała się wysunięta do przodu - spustoszone oblicze więźnia, z guzowatym czołem zakończonym łysym czerepem, haczykowatym nosem i pokiereszowanymi policzkami, znad których patrzyły złowrogie, czujne oczy. Policzki były pobrużdżone, usta zapadłe. Bezsprzecznie zobaczył swoją twarz, wydawała się jednak zmieniona o wiele bardziej niż jego wnętrze. Wyryte w niej przejścia nie miały nic wspólnego z dawnym życiem. Wyłysiał plackami. W pierwszej chwili uznał, że także osiwiał, bo czerep był szary. Okazało się jednak, że oprócz dłoni i owalu twarzy całe ciało ma szare od wielotygodniowego brudu wtartego w skórę. Tu i tam pod warstwą kurzu widać było czerwone blizny po ranach, a wrzód nad kostką stał się zaognionym obrzękiem z łuszczącą się skórą. Lecz najbardziej przerażające było wycieńczenie całego ciała. Klatkę piersiową Winston miał jak szkielet, nogi tak mu zwiotczały, że kolana stały się szersze od ud. Teraz zrozumiał, dlaczego O'Brien chciał, aby zobaczył się z boków. Krzywizna kręgosłupa była niewyobrażalna, cienkie ramiona ściągnięte do przodu, pierś zapadnięta, wychudzona szyja uginała się pod ciężarem głowy. Gdyby musiał zgadywać, powiedziałby, że widzi ciało sześćdziesięcioletniego mężczyzny cierpiącego na złośliwą chorobę.

- Czasem wydawało ci się - przemówił O'Brien - że moja twarz, twarz członka Partii Wewnętrznej, jest stara i zniszczona. A co myślisz o swojej twarzy? - Chwycił Winstona za ramię i obrócił go, aby popatrzyli sobie w oczy. - Przyjrzyj się, w jakim jesteś stanie. Widzisz ten ohydny brud, którym zarosłeś? Patrz na tę maź między palcami nóg. A ten wstrętny ropiejący czyrak na nodze? Wiesz, że śmierdzisz jak stary cap? Zapewne przestałeś zwracać na to uwagę. Przyjrzyj się swojemu wycieńczonemu ciału. Widzisz? Kciukiem i palcem wskazującym objąłbym twoje ramię. Kark bym ci złamał jak patyk. Wiesz, że odkąd wpadłeś w nasze ręce, straciłeś dwadzieścia pięć kilogramów? Nawet kłaki wychodzą ci całymi garściami. Patrz. - Pociągnął i wyrwał Winstonowi kosmyk włosów z głowy. - Otwórz usta. Dziewięć, dziesięć, jedenaście zębów ci zostało. A ile ich miałeś, gdy się tu znalazłeś? Mało tego, te, które zostały, i tak ci wypadają. Proszę bardzo! - Chwycił silnymi palcami jeden z pozostałych przednich zębów. Szczękę Winstona ściął ból. O'Brien wyrwał mu ząb z korzeniem. Po czym rzucił go przez całą celę. - Próchniejesz - powiedział. - Rozsypujesz się na kawałki. Kim jesteś? Workiem ohydztwa. A teraz odwróć się i znowu spójrz w lustro. Widzisz to coś naprzeciwko siebie? Oto ostatni człowiek. Jeśli jesteś istotą ludzką, to tak właśnie wygląda ludzkość. Ubierz się.

Powolnymi sztywnymi ruchami Winston zaczął wciągać ubranie. Dotąd nie zdawał sobie sprawy, jak jest wychudzony i słaby. W jego głowie kołatała tylko jedna myśl: że tkwi w tym więzieniu dłużej, niż mu się wydawało. Gdy już okrył ciało nędznymi szmatami, nagle dopadło go uczucie żałości nad swoim wyniszczonym ciałem. Bez zastanowienia osunął się na mały stołek obok łóżka i zalał łzami. Był świadom swojej szpetoty, plugawości, tego, że jest workiem gnatów okrytym wstrętnymi łachami, który w tej chwili siedzi i płacze w jaskrawym świetle. Mimo to nie mógł się pohamować. O'Brien niemal życzliwym gestem położył mu dłoń na ramieniu.

- To nie będzie trwać wiecznie - powiedział. - Możesz się od tego uwolnić, kiedy tylko zechcesz. Wszystko zależy od ciebie.

- To twoja robota! - łkał Winston. - To ty doprowadziłeś mnie do tego stanu.

- Nie, to ty sam się doprowadziłeś. Skazałeś się na to, gdy postanowiłeś wystąpić przeciw Partii. Wszystko zawierało się w tej pierwszej decyzji. Nie stało się nic, czego nie mógłbyś przewidzieć. - Urwał, ale zaraz mówił dalej: - Pokonaliśmy cię, Winston. Złamaliśmy cię. Widziałeś, jak wygląda twoje ciało. A twój umysł jest dokładnie w takim samym stanie. Nie wydaje mi się, aby pozostała w tobie choćby odrobina dumy. Kopano cię, chłostano, lżono, wyłeś z bólu, tarzałeś się po podłodze we własnej krwi i wymiocinach. Skamlałeś o litość, zdradziłeś wszystkich i wszystko. Czy możesz wskazać choćby jedno poniżenie, którego ci oszczędzono?

Winston przestał szlochać, choć łzy nadal ciekły mu z oczu. Podniósł wzrok na O'Briena.

- Nie zdradziłem Julii - rzekł.

O'Brien popatrzył na niego w zamyśleniu.

- Nie - przyznał. - To akurat święta prawda. Nie zdradziłeś Julii.

Serce Winstona znów przepełniło uczucie osobliwej czci dla O'Briena, której najwyraźniej nic nie potrafiło zniszczyć. Jaki inteligentny, pomyślał, jaki inteligentny! O'Brien zawsze rozumiał wszystko, co się do niego mówiło. Każdy inny człowiek na jego miejscu odparłby natychmiast, że Winston zdradził Julię. Bo czy było coś, czego nie udało im się wydobyć z niego torturami? Przecież wyjawił im wszystko, co o niej wiedział, o jej charakterze, nawykach, dawnym życiu, w najdrobniejszych szczegółach zrelacjonował to, co zaszło w trakcie ich spotkań, treść wspólnych rozmów, posiłki złożone z czarnorynkowej żywności, akty cudzołóstwa, mało konkretne knowania przeciw Partii, wszystko. A jednak - w tym sensie, w jakim Winston pojmował to słowo - nie zdradził Julii. Nie przestał jej kochać, jego uczucia do niej pozostały niezmienione. O'Brien zrozumiał bez konieczności dalszych wyjaśnień, co Winston miał na myśli.

- Powiedz, kiedy mnie zastrzelą?

- Być może nieprędko. Jesteś trudnym przypadkiem. Ale nie trać nadziei. Prędzej czy później każdy zostaje wyleczony. I owszem, na samym końcu cię zastrzelimy.

ROZDZIAŁ 4

Czuł się o wiele lepiej. Codziennie - jeśli można mówić o dniach, gdy nie odróżnia się dnia od nocy - nabierał sił i odzyskiwał utracone kilogramy.

Jaskrawe światło i szum pozostały takie same, ale cela była wygodniejsza niż poprzednie. Na pryczy leżały poduszka i koc, był też stołek do siedzenia. Zezwolono mu na kąpiel i dość często pozwalano myć się w miednicy. Dostał nawet ciepłą wodę do mycia. Zapewnili mu nową bieliznę i czysty kombinezon. Wrzód na nodze posmarowali maścią. Wyciągnęli resztę zepsutych zębów i wstawili sztuczną szczękę.

Upłynęły zapewne całe tygodnie i miesiące. Teraz mógłby nawet śledzić upływ czasu, gdyby mu na tym zależało, albowiem o regularnych porach dostawał posiłki. Ocenił, że są trzy w ciągu doby; niekiedy zastanawiał się mgliście, czy dzieje się to w nocy, czy za dnia. Jedzenie było zaskakująco smaczne, co trzeci posiłek składał się z mięsa. Pewnego razu Winston dostał nawet paczkę papierosów. Nie miał zapałek, ale uparcie milczący strażnik, który przynosił mu posiłki, poratował go ogniem. Gdy zapalił pierwszy raz, zrobiło mu się niedobrze, lecz nie dał za wygraną, a paczka starczyła mu na długo, bo wydzielał sobie pół papierosa po każdym posiłku.

Zaopatrzyli go w białą tabliczkę z przywiązanym do rogu ogryzkiem ołówka. Z początku Winston nie robił z tego użytku. Nawet jeśli nie spał, był całkowicie otępiały. Nierzadko leżał bez ruchu między posiłkami, czasem zapadając w sen, czasem trwając w półprzytomnym odrętwieniu, a otwarcie oczu wydawało się ponad jego siły. Od dawna przywykł do spania z twarzą oblaną rzęsistym światłem. Nie sprawiało mu to większej różnicy - sny wydawały się wtedy nawet spójniejsze. W tym okresie miewał ich dużo, wszystkie szczęśliwe. Znajdował się w Złotej Krainie albo z matką, Julią i O'Brienem siedział pośród zalanych słońcem ogromnych wspaniałych ruin - nie robili nic szczególnego, po prostu wygrzewali się w cieple i rozmawiali o przyjemnych sprawach. Jeśli na jawie w ogóle rozmyślał, to właśnie o tym, co mu się wcześniej przyśniło. Wydawało się, że teraz, gdy wyeliminowano bodziec w postaci bólu, Winston przestał być zdolny do wysiłków intelektualnych. Nie nudził się, nie miał ochoty do rozmów ani zajęć. Całkowicie zadowalało go to, że jest sam, niebity i nieprzesłuchiwany, ma pełny żołądek i może się umyć.

Stopniowo spał coraz mniej, a jednak wciąż nie wykazywał chęci, aby wstać z łóżka. Pragnął tylko leżeć w ciszy i czuć, że powracają siły. Obmacywał się tu i tam, aby się upewnić, że to nie złudzenie, że mięśnie naprawdę krzepną, a skóra staje się jędrniejsza. W końcu nie ulegało wątpliwości, że przytył, bo uda miał teraz grubsze od kolan. Wtedy, z początku niechętnie, zaczął się systematycznie gimnastykować. Niedługo potem potrafił przemaszerować trzy kilometry, mierząc odległość od ściany do ściany, a skulone ramiona się wyprostowały. Spróbował wykonywać bardziej wyczerpujące ćwiczenia; był zdumiony i upokorzony, że nie daje rady. Nie mógł przyśpieszyć kroku, nie potrafił utrzymać stołka w wyciągniętej ręce, a stanie na jednej nodze niechybnie kończyło się upadkiem. Robił przysiad, ale gdy się wyprostowywał, w łydkach i udach czuł rozdzierający ból. Kładł się płasko na brzuchu, żeby robić pompki, ale okazywało się to beznadziejne, ciało nie drgnęło nawet na milimetr. Lecz po kilku kolejnych dniach - i kolejnych posiłkach - nawet to zadanie udało mu się wykonać. I wreszcie nadszedł dzień, gdy Winston zrobił sześć pompek z rzędu. Zaczął być dumny ze swojej krzepy i podsycał w sobie sporadycznie nadzieję, że jego twarz też odzyskuje dawny wygląd. Lecz gdy dotknął dłonią swojego łysego czerepu, przypomniał sobie zniszczone poorane oblicze, które patrzyło na niego z lustra.

Sprawność odzyskiwał także umysł. Winston usiadł na pryczy, oparty plecami o ścianę, położył tabliczkę na kolanach i przystąpił do swojej reedukacji.

Skapitulował, nie ulegało wątpliwości. W istocie, dostrzegał to teraz, poddać się był gotów znacznie wcześniej, niż świadomie podjął decyzję o rezygnacji. Kiedy znalazł się w kazamatach Ministerstwa Miłości - mało tego, już w tamtej chwili, gdy stali z Julią bezradni przed teleekranem, a głos jak stal wydawał im polecenia - pojął, jak dziecinne i płytkie są jego starania, aby wystąpić przeciw Partii. Zdawał sobie sprawę, że Myślicja obserwowała go przez siedem lat niczym chrabąszcza pod lupą. Wiedzieli o każdym jego kroku i każdym wypowiedzianym na głos słowie, potrafili odgadnąć wszystkie jego myśli. Nawet biały paproszek odkładali starannie na okładkę pamiętnika. Odtworzyli mu nagrania, pokazali zdjęcia. Niektóre zdjęcia przedstawiały go z Julią, owszem, nawet w trakcie... Nie mógł dłużej walczyć z Partią. Poza tym Partia miała słuszność - to chyba oczywiste, bo czy zbiorowy nieśmiertelny umysł może tkwić w błędzie? Jakimi zewnętrznymi kryteriami można ocenić jego wyroki? Poczytalność była kwestią statystyki. Sprowadzała się do nauki, aby myśleć tak jak oni. Tylko że...

Trzymany w palcach ołówek wydawał się gruby i nieporęczny. Winston zaczął spisywać myśli, które przychodziły mu do głowy. Zanotował dużymi krzywymi wersalikami:

WOLNOŚĆ TO NIEWOLA

Potem, prawie od razu, dopisał poniżej:

DWA PLUS DWA RÓWNA SIĘ PIĘĆ

Nagle się zaciął. Nie mógł się skupić, jakby umysł wzbraniał się przed czymś. Zdawał sobie sprawę, że wie, co powinno się pojawić w następnej kolejności, lecz w tej chwili nie potrafił sobie tego przypomnieć. W końcu nie tyle wygrzebał to z pamięci, ile świadomie wydedukował, gdyż samo nie chciało się objawić:

WŁADZA TO BÓG

Przytaknął wszystkiemu. Przeszłość podlegała zmianie. Przeszłość nigdy nie została zmieniona. Oceania toczyła wojnę z Ostazją. Oceania zawsze toczyła wojnę z Ostazją. Jones, Aaronson i Rutherford byli winni przestępstw, o które ich oskarżono. Nigdy nie widział zdjęcia, które zadawałoby temu kłam. Zdjęcie nie istniało, to on wszystko zmyślił. Przypomniał sobie sprzeczne fakty, lecz były to wspomnienia fałszywe, efekt samooszukiwania się. Jakże łatwe się to okazało! Wystarczyło skapitulować i reszta potoczyła się sama. Przypominało to płynięcie pod prąd, cofanie się pod naporem wody na przekór wytężonych wysiłków, a przecież wystarczyło zmienić kierunek i płynąć z nurtem. Nie zmieniało się nic oprócz nastawienia człowieka: dokonywało się to, co było z góry przesądzone. Właściwie Winston nie potrafił zrozumieć, dlaczego w ogóle postanowił się zbuntować. Wszystko było łatwe, tyle że...

Prawdą mogło być cokolwiek. Tak zwane prawa natury były stekiem bzdur. Prawo grawitacji też było bzdurą. "Gdybym chciał - powiedział O'Brien - mógłbym się unieść z tej podłogi jak bańka mydlana". Winston to rozgryzł. "Skoro on myśli, że unosi się z podłogi, i jednocześnie ja myślę, że to widzę, wtedy to się dzieje naprawdę". Nagle, niczym dziób zanurzonego wraku przebijający się przez powierzchnię wody, w jego głowie pojawiła się myśl: "Nie dzieje się naprawdę. Tylko sobie wyobrażamy. Ulegamy złudzeniu". Natychmiast odgonił tę myśl. Opierała się na oczywistej fałszywej przesłance. Zakładała bowiem, że gdzieś na zewnątrz nas istnieje "prawdziwy" świat, w którym dzieją się "prawdziwe" rzeczy. Ale jak może istnieć taki świat? Czy wiemy cokolwiek o czymkolwiek bez pośrednictwa umysłu? Wszelkie zdarzenia mają miejsce w głowie. To, co dzieje się w głowach wszystkich ludzi, dzieje się naprawdę.

Winston bez trudu obnażył fałszywą przesłankę, więc nie groziło mu ulegnięcie jej wpływowi. Uświadomił sobie jednak, że taka błędna myśl w ogóle nie powinna mu przyjść do głowy. Przecież gdy tylko pojawia się niebezpieczna treść, umysł musi natychmiast przeskoczyć na tryb jałowy. To powinien być automatyzm, reakcja odruchowa. "Myślostop", jak nazywano to w nowomowie.

Postanowił wyćwiczyć się lepiej w stosowaniu myślostopu. Stawiał przed sobą rozmaite tezy - "Partia twierdzi, że Ziemia jest płaska", "Partia twierdzi, że lód jest cięższy od wody" - i wprawiał się w niedostrzeganiu i nierozumieniu racji, które temu przeczyły. Nie było to łatwe zadanie, wymagało sporej umiejętności rozumowania i improwizacji. Problem natury arytmetycznej na przykład, który rodziło twierdzenie, że "dwa plus dwa równa się pięć", przekraczał jego możliwości intelektualne. Konieczna była także swoista ekwilibrystyka umysłowa, umiejętność precyzyjnego stosowania logiki i jednoczesna nieświadomość najbardziej topornych błędów w rozumowaniu. Głupota okazała się tak samo niezbędna jak inteligencja i podobnie niełatwa do wyszlifowania.

Przez cały ten czas zastanawiał się równocześnie, kiedy go zastrzelą. "Wszystko zależy od ciebie", powiedział O'Brien, lecz Winston zdawał sobie sprawę, że żadnym świadomym czynem nie zdoła przyśpieszyć swojego końca. To może stać się za dziesięć minut, a może za dziesięć lat. Być może przez długie lata będą go przetrzymywać w izolatce, wyślą do obozu pracy, może zwolnią na pewien czas, bo niekiedy tak robili. Całkiem możliwe, że przed egzekucją powtórzy cię cały ten dramat z aresztowaniem i przesłuchaniami. Jedynym pewnikiem było to, że śmierć nigdy nie przychodzi w oczekiwanym momencie. Tradycja - niepisana tradycja, którą się znało, choć nikt nigdy o niej nie mówił - polegała na tym, że strzelali od tyłu, zawsze w potylicę, bez ostrzeżenia, gdy szło się korytarzem z celi do celi.

Pewnego dnia - choć to niewłaściwe określenie, bo równie dobrze mógł być środek nocy, a więc lepiej: pewnego razu - Winston popadł w osobliwą błogą zadumę. Szedł korytarzem, czekając na kulę. Wiedział, że za moment padnie strzał. Wszystko było załatwione, wyprostowane, pojednane. Skończyły się wątpliwości, przerzucanie się argumentami, ból, strach. Odzyskał zdrowie i siłę. Szedł lekkim krokiem, napawając się ruchem w przestrzeni, z uczuciem, jakby spacerował w słońcu. Nie przebywał już w wąskich białych korytarzach Ministerstwa Miłości, szedł ogromnym rozjaśnionym przejściem szerokim na kilometr, które zapamiętał z majaków wywołanych wstrzykiwanymi mu środkami odurzającymi. Potem znajdował się w Złotej Krainie, podążał ścieżką pośród pastwiska objedzonego przez króliki. Pod stopami czuł sprężystą ziemię, a na twarzy łagodne ciepło promieni słonecznych. Na skraju pola dostrzegł wiązy lekko kołyszące się na wietrze, a gdzieś w oddali płynął potok, w którego zielonych zakolach pod wierzbami pływały jelce.

Nagle podskoczył z przerażenia. Pot buchnął mu na plecach. Usłyszał własny krzyk:

- Julio! Julio! Julio, moja ukochana Julio!

Na moment dopadło go przemożne złudzenie jej obecności. Wydawało się, że Julia nie tyle znajduje się obok niego, ile są razem, złączeni. Jakby wniknęła w jego skórę. W tej chwili kochał ją bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, gdy spotykali się jeszcze jako wolni ludzie. Przeczuł, że ona żyje i potrzebuje jego pomocy.

Osunął się na pryczę, próbując zapanować nad sobą. Co najlepszego narobił? Ile dodatkowych lat więzienia będzie go kosztowała ta chwila słabości?

W następnej chwili usłyszał tupot butów dobiegający z zewnątrz. Taki emocjonalny wybuch z pewnością zostanie ukarany. Zorientują się, jeśli nie zrobili tego wcześniej, że złamał zawartą z nimi umowę. Był posłuszny Partii, ale wciąż jej nienawidził. W dawnych czasach swoją nieprawomyślność ukrywał pod pozorem konformizmu. Teraz cofnął się o krok dalej: skapitulował umysłem, miał jednak nadzieję, że serce zachował nieskażone. Wiedział, że nie ma racji, ale wolał tkwić w błędzie. Oni to rozszyfrują - O'Brien go rozgryzie. Tym jednym głupim wołaniem Winston przyznał się do wszystkiego.

Gehenna zacznie się od początku i być może potrwa całe lata. Przeciągnął dłonią po twarzy, usiłując oswoić się z nowymi cechami. Policzki były kościste i głęboko pobrużdżone, nos spłaszczony. Już po tym, gdy ostatni raz widział się w lustrze, otrzymał nowe pełne uzębienie. Trudno zachować nieodgadnione oblicze, gdy człowiek nie wie, jak wygląda jego twarz. Ponadto kontrolowanie mimiki to za mało. Po raz pierwszy dotarło do niego, że jeśli chce dochować tajemnicy, musi ją ukrywać również przed samym sobą. Trzeba pamiętać, że nosimy ją w sobie, ale tylko w razie konieczności należy ją dopuścić do świadomości w formie, którą można ubrać w słowa. Odtąd, zrozumiał Winston, musi nie tylko mieć właściwe myśli, ale także właściwe uczucia i sny. I przez cały czas swoją nienawiść powinien ukrywać głęboko w sobie jak torbiel, która z jednej strony jest częścią ciała, z drugiej zaś czymś obcym.

Pewnego dnia postanowią go zastrzelić. Nie wiadomo, kiedy to nastąpi, ale być może uda się wyczuć tę chwilę kilka sekund wcześniej. Zawsze w potylicę, zawsze podczas marszu korytarzem. Dziesięć sekund wystarczy. W tym czasie świat we wnętrzu Winstona wywróci się na nice. Nagle, bez słowa ostrzeżenia, bez złamania kroku, bez drgnięcia choćby jednego mięśnia twarzy - zasłona spadnie i bum! grzmotną haubice jego nienawiści. Nienawiść wypełni go jak ogromny huczący płomień. I niemal w tej samej sekundzie drugie bum! padnie strzał, za późno lub za wcześnie. Roztrzaskają mu mózg, zanim będą się mogli o niego upomnieć. Myśl heretycka uleci bez kary, bez skruchy, już na zawsze poza ich zasięgiem. W ten sposób zrobią dziurę we własnym doskonałym dziele. Umrzeć z nienawiścią do nich - oto prawdziwa wolność.

Zamknął oczy. To było trudniejsze od przyswojenia sobie dyscypliny intelektualnej. Bo była to kwestia upodlenia siebie, samookaleczenia. Musiał zanurzyć się w najohydniejszym ohydztwie. Co jest najstraszniejsze, najobrzydliwsze ze wszystkiego? Pomyślał o Wielkim Bracie. Olbrzymia twarz (zawsze widział ją na plakatach, więc zakładał, że ma metr szerokości) o bujnych czarnych wąsach i oczach podążających nieustannie za przechodniem, objawiła się w jego umyśle jakby z własnej woli. Co tak naprawdę Winston czuł do Wielkiego Brata?

W korytarzu zadudniły kroki. Stalowe drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Do celi wszedł O'Brien. Za nim pojawił się oficer o woskowatej twarzy i strażnicy w czarnych mundurach.

- Wstawaj - rozkazał O'Brien. - Chodź.

Winston zatrzymał się naprzeciw niego. O'Brien chwycił go silnymi dłońmi za ramiona i przyjrzał mu się uważnie.

- Kombinujesz, żeby mnie oszukać. To niemądre. Wyprostuj się. Patrz mi w oczy. - Zamilkł, lecz zaraz dodał łagodniejszym tonem: - Robisz postępy. Pod względem umysłowym już prawie wszystko z tobą w porządku. Jednak emocjonalnie tkwisz w miejscu. Powiedz mi, Winston, i pamiętaj, żadnych kłamstw, bo wiesz, że potrafię je wykryć, powiedz zatem: co tak naprawdę czujesz do Wielkiego Brata?

- Nienawiść.

- Nienawiść. Dobrze. A zatem pora, abyś zdobył się na ostatni krok. Musisz kochać Wielkiego Brata. Samo posłuszeństwo nie wystarczy, potrzebna jest miłość.

Pchnął Winstona lekko w kierunku strażników.

- Pokój sto jeden - rozkazał.

ROZDZIAŁ 5

Na wszystkich etapach uwięzienia w tym gmachu bez okien wiedział, a przynajmniej tak mu się wydawało, w której jego części jest przetrzymywany. Być może wskazówką były niewielkie różnice ciśnienia. Cele, w których katowali go strażnicy, mieściły się w piwnicach. Pomieszczenie, w którym przesłuchiwał go O'Brien, znajdowało się wysoko pod samym dachem. Teraz z kolei zamknięto go wiele metrów pod ziemią, najniżej, jak dało się zejść.

Było przestronniej niż w większości cel, w których dotąd przebywał. Lecz Winston ledwo zwracał uwagę na otoczenie. Odnotował tylko, że siedzi przed dwoma małymi stolikami przykrytymi zielonym rypsem. Jeden stał w odległości zaledwie metra lub dwóch, drugi trochę dalej, przy drzwiach. Winstona przywiązano do krzesła, tak mocno, że nie mógł poruszyć nawet głową. Od tyłu potylicę blokowała jakaś podkładka, zmuszając go do patrzenia wprost przed siebie.

Przez chwilę znajdował się sam, potem otworzyły się drzwi i wszedł O'Brien.

- Pytałeś mnie kiedyś - odezwał się - co jest w pokoju sto jeden. Odpowiedziałem wtedy, że przecież wiesz. Wszyscy wiedzą. Pokój sto jeden kryje to, co jest najgorsze na świecie.

Drzwi znowu się otworzyły. Pojawił się strażnik niosący drucianą klatkę albo koszyk. Postawił ten przedmiot na drugim stole. O'Brien zasłaniał widok, więc Winston nie mógł dojrzeć wyraźnie, co to jest.

- To od konkretnej osoby zależy - podjął O'Brien - co tak naprawdę będzie najgorsze na świecie. Pogrzebanie żywcem, spłonięcie na stosie, utonięcie, nabicie na pal albo pięćdziesiąt innych odmian śmierci. Dla niektórych może to być coś banalnego, niekoniecznie związanego z utratą życia.

Przesunął się odrobinę w bok, żeby Winston mógł lepiej zobaczyć przedmiot na stole. Była to podłużna druciana klatka z rączką u góry. Z przodu przymocowano coś podobnego do maski szermierczej, wklęsłą stroną zwróconego do zewnątrz. Nawet z odległości trzech czy czterech metrów Winston dostrzegł, że klatka podzielona jest wzdłuż na dwie części, a w każdej z przegródek tkwi zwierzę. Szczury.

- W twoim wypadku - rzekł O'Brien - najgorszą rzeczą na świecie są szczury.

Gdy Winston zerknął na klatkę, natychmiast przeszył go lęk przed nieznanym. Teraz jednak pojął sens przypominającej maskę konstrukcji z przodu klatki i kiszki o mało mu nie puściły.

- Nie możecie tego zrobić! - zapiszczał załamującym się głosem. - Tak nie wolno, nie wolno, to niemożliwe!

- Pamiętasz te chwile paniki, które dopadały cię w snach? Przed tobą ściana czerni, huk rozrywający bębenki uszne. Za ścianą czaiło się coś strasznego. Zdawałeś sobie sprawę, że wiesz, co tam jest, ale nie miałeś odwagi dopuścić tego do świadomości. Za ścianą czekały szczury.

- O'Brien! - zawołał Winston, próbując zapanować nad swoim głosem. - Przecież nie musisz! Co mam zrobić?

O'Brien nie odpowiedział wprost. Przybrał belferski ton, którym czasem się posługiwał. Zamyślony zapatrzył się w ścianę, jakby zwracał się do publiczności siedzącej za plecami Winstona:

- Ból sam w sobie to często za mało. Zdarza się, że człowiek opiera się bólowi aż do śmierci. Ale na każdego znajdzie się coś, czego nie jest w stanie wytrzymać, o czym nie może nawet pomyśleć. Odwaga i tchórzostwo nie wchodzą tu w grę. Gdy spadamy z wysoka, uchwycenie się liny nie jest wyrazem tchórzostwa. Kiedy wynurzamy się z toni, nabranie powietrza w płuca też nie jest aktem tchórzostwa. Tak działa zwykły instynkt, którego nie sposób zdławić. To samo ze szczurami. Dla ciebie są koszmarem, który przekracza twoją wytrzymałość. Argumentem siły, którego nie potrafisz odeprzeć, nawet gdybyś pragnął. W zetknięciu ze szczurami zrobisz to, czego się od ciebie zażąda.

- Czyli co? Co? Jak mam to zrobić, skoro nie wiem, czego chcesz?

O'Brien podniósł klatkę i przeniósł ją na bliższy stół. Postawił ją ostrożnie na blacie. Winston usłyszał szum krwi w uszach. Miał poczucie całkowitego osamotnienia. Wydawało mu się, że siedzi pośrodku wielkiej płaskiej równiny, pustyni spalonej słońcem, a wszystkie dźwięki docierają z bardzo daleka. Lecz klatka znajdowała się w odległości niecałych dwóch metrów. Szczury były ogromne, w tym wieku, kiedy zawzięty pysk nabiera krzepkości, a sierść z szarej robi się brązowa.

- Szczur - O'Brien wciąż zwracał się do niewidzialnej publiczności - to gryzoń, tyle że mięsożerny. To chyba powszechnie wiadomo. Każdy słyszał, co się dzieje w ubogich dzielnicach naszego miasta. W niektórych kwartałach kobiety boją się zostawić dziecko bez opieki w domu nawet na pięć minut. Bo wtedy szczury niechybnie zaatakują. W jednej chwili obżarłyby dziecko do kości. Rzucają się też na chorych i umierających. Ze zdumiewającą inteligencją rozpoznają ludzi bezbronnych.

W klatce rozległy się głośne piski. Winstonowi wydawało się, że dobiegają z bardzo daleka. Szczury zaczęły walczyć, próbowały dopaść siebie nawzajem przez dzielącą je ściankę. Potem usłyszał rozpaczliwy jęk. Ten odgłos dochodził jakby z zewnątrz.

O'Brien podniósł klatkę i uruchomił w niej jakiś mechanizm. Głośno trzasnęło. Winston rozpaczliwie próbował wyrwać się z więzów. Jego wysiłki okazały się beznadziejne, bo całe ciało, nawet głowę, miał unieruchomione. O'Brien przysunął klatkę. Znajdowała się teraz niecały metr od twarzy Winstona.

- Nacisnąłem pierwszą dźwignię - oznajmił. - Rozumiesz, jak to działa. Maska obejmie całą twoją twarz, bez możliwości ucieczki. Gdy nacisnę drugą dźwignię, klapka się podniesie, a wygłodzone bestie wystrzelą jak z procy. Widziałeś kiedy atak szczura? Rzucają się i wgryzają w twarz. Czasem najpierw dopadają oczy. Kiedy indziej przegryzają policzki i zjadają język.

Klatka była coraz bliżej, jakby rosła. Winston usłyszał serię przenikliwych jęków rozlegających się nad jego głową. Z całych sił starał się powstrzymać atak paniki. Jedyną nadzieją było myśleć, myśleć, nawet jeśli pozostał tylko ułamek sekundy. Nagle poczuł w nosie uderzenie ohydnej stęchłej woni szczurów. Targnęła nim fala mdłości, zaczął tracić przytomność. Wszystko pociemniało. Na moment stracił rozum, był tylko wyjącym zwierzęciem. Potem przedarł się przez ciemność, a w głowie zaświtał mu pomysł. Jest tylko jedna droga ratunku. Od szczurów musi się odgrodzić innym człowiekiem, zasłonić się ciałem innej istoty ludzkiej.

Okrągły brzeg maski był na tyle szeroki, że całkowicie odcinał widok otoczenia. Druciana klatka znajdowała się w odległości wysuniętej dłoni. Szczury przeczuwały już, co się szykuje. Jeden podskakiwał nerwowo, drugi, stary król rynsztoków, o złuszczonej sierści, stanął w pionie, oparty przednimi różowymi łapkami o kratę, i węszył w podnieceniu. Winston spojrzał na jego wąsiska i żółte kły. Znowu dopadła go panika. Czuł się ślepy, bezbronny, bezrozumny.

- W cesarstwie chińskim powszechnie stosowano tę karę - oznajmił O'Brien pouczającym tonem.

Maska zaciskała się Winstonowi wokół twarzy. Druciana siatka otarła się o policzki. I nagle - nie, to nie było wytchnienie, tylko nadzieja, iskierka nadziei. Za późno, być może za późno pojął, że na całym świecie jest tylko jedna osoba, którą może obciążyć swoją karą - jedno jedyne ludzkie ciało, które mógłby wcisnąć między siebie a szczury. Wykrzyczał rozpaczliwie raz po raz:

- Zróbcie to Julii! Zróbcie to Julii! Nie mnie, tylko jej! Nie obchodzi mnie, co z nią będzie. Niech jej zedrą skórę z twarzy, niech ją obeżrą do kości. Nie mnie! Julii to zróbcie! Nie mnie!

Runął do tyłu w otchłań, coraz dalej od szczurów. Nadal był przywiązany do krzesła, lecz spadł pod podłogę, przebił się przez mury gmachu, przez jądro ziemi, przez oceany, atmosferę, prosto w kosmos, przestrzenie międzygwiezdne - hen, daleko, daleko od szczurów. Znalazł się całe lata świetlne od Ministerstwa Miłości, choć O'Brien wciąż stał obok. Na policzku wciąż czuł zimny dotyk drucianej siatki. Ale przez spowijającą go ciemność dobiegł inny metaliczny trzask.

Wiedział, że klapka zamknęła się na dobre, nie otworzyła.

ROZDZIAŁ 6

"Kasztanowa" świeciła pustkami. Ukośne promienie słońca padały przez okno na zakurzone stoły. Nastała spokojna pora o godzinie piętnastej. Z teleekranów płynęły blaszane tony muzyki.

Winston siedział w swoim kącie wpatrzony w pustą szklaneczkę. Raz po raz podnosił wzrok na wielką twarz, która obserwowała go z przeciwległej ściany. "Wielki Brat patrzy", głosił napis pod wizerunkiem. Kelner podszedł nieproszony i dolał mu dżinu Victory oraz dodał kilka kropel z innej butelki, zaopatrzonej w korek ze sterczącą rurką. Była to sacharyna przyprawiona goździkami - specjalność lokalu.

Winston zasłuchał się w dźwięki z teleekranu. W tej chwili dobiegała tylko muzyka, lecz w każdej chwili mógł zabrzmieć komunikat specjalny Ministerstwa Pokoju. Doniesienia z frontu afrykańskiego były nad wyraz niepokojące. Właściwie, z przerwami, Winston martwił się tym przez cały dzień. Wojska eurazjatyckie (Oceania toczyła wojnę z Eurazją; Oceania zawsze toczyła wojnę z Eurazją) posuwały się na południe w zastraszającym tempie. W komunikacie o dwunastej nie wskazano konkretnych obszarów, lecz nie mógł wykluczyć, że polem walk jest już ujście rzeki Kongo. Zagrożone były Brazzaville i Leopoldville. Nie musiał patrzeć na mapę, aby zrozumieć, co to znaczy. Nie chodziło tylko o ewentualną utratę Afryki Środkowej - po raz pierwszy w całej wojnie niebezpieczeństwo groziło rdzennym terenom Oceanii.

W Winstonie drgnęło gwałtowne uczucie - właściwie nie strach, tylko nieokreślone poruszenie - po czym zaraz prysło. Przestał myśleć o wojnie. W tym okresie nie potrafił skupić się na jednej sprawie dłużej niż chwilę. Wziął szklaneczkę i wypił całą zawartość jednym haustem. Jak zwykle zadrżał z obrzydzenia w reakcji na dżin, a nawet targnął nim odruch wymiotny. Alkohol był wstrętny. Sacharyna i goździki, same w sobie ohydnie mdłe, nie mogły zamaskować zwietrzałej oleistej woni. Najgorsze było to, że zapach dżinu, towarzyszący mu w dzień i w nocy, w jego głowie był nierozerwalnie związany ze smrodem tych...

Nigdy nie nazywał ich po imieniu, nawet w myślach, oraz - jeśli to możliwe - w ogóle ich sobie nie wyobrażał. Był jakby na poły świadom ich istnienia, przyczajonych blisko jego twarzy, roztaczających odór, który ranił mu nos. Odbiło mu się przez sine wargi, bo dżin podszedł mu do gardła. Odkąd wyszedł na wolność, przytył i odzyskał dawną cerę, właściwie nawet miał teraz ciemniejszą. Rysy twarzy nabrzmiały, skóra na nosie i policzkach była czerstwa i rumiana, nawet łysina zaróżowiła się o jeden odcień za mocno. Kelner, znów nieprzywołany, przyniósł mu szachy i aktualny numer "Timesa", otwarty na rubryce szachowej. Zobaczywszy, że szklaneczka znów jest opróżniona, wrócił z dżinem i ją napełnił. Winston nie musiał niczego zamawiać, bo tutaj znano jego nawyki. Szachy zawsze na niego czekały, stolik w rogu był zarezerwowany; miał go dla siebie nawet w porach, gdy kawiarnia pękała w szwach, bo nikt nie chciał być widziany w jego towarzystwie. Nigdy nie zadał sobie trudu, aby liczyć wypijane porcje dżinu. O nieregularnych porach podsuwano mu brudny świstek, którym był rachunek, ale odnosił wrażenie, że ilości zawsze nie doszacowano. Nie miałoby znaczenia, gdyby było odwrotnie. W obecnych czasach nie brakowało mu pieniędzy. Dostał pracę, ciepłą posadkę, lepiej płatną niż dawny etat.

Muzyka płynąca z teleekranu ucichła i odezwał się głos. Winston uniósł głowę, aby posłuchać. Nie był to jednak komunikat z frontu, lecz krótkie ogłoszenie Ministerstwa Dostatku. W poprzednim kwartale, jak się okazało, produkcję sznurowadeł przewidzianą w Dziesiątym Planie Trzyletnim przekroczono o 98 procent.

Przyjrzał się problemowi szachowemu i ustawił figury. Była to skomplikowana końcówka rozgrywana dwoma skoczkami. "Kolej na białe, mat w dwóch ruchach". Winston podniósł wzrok na portret Wielkiego Brata. Białe zawsze są górą, pomyślał, odczuwając niejasne zadziwienie. Zawsze, bez wyjątku, tak przedstawiał się porządek rzeczy. Od początku świata czarne nie odniosły zwycięstwa w żadnym problemie szachowym. Czy nie symbolizuje to aby wiekuistego, niezmiennego triumfu Dobra nad Złem? Ogromna twarz wpatrywała się w niego, przepełniona spokojną mocą. Białe zawsze wygrywają.

Spiker z teleekranu ucichł na moment, po czym ciągnął innym, grobowym głosem:

- Prosimy się nie rozchodzić, o piętnastej piętnaście zostanie podany ważny komunikat. O piętnastej piętnaście! Wiadomości najwyższej wagi. Prosimy nie przegapić. O piętnastej piętnaście!

Potem znów rozbrzmiały blaszane tony.

Serce Winstonowi zabiło mocniej. Chodziło o komunikat z frontu; intuicja podpowiadała mu, że usłyszy złe nowiny. Cały dzień przez jego głowę przewijała się myśl o druzgocącej klęsce w Afryce, powodując przypływ drobnych uniesień. Oczami wyobraźni widział wojska eurazjatyckie szturmujące nienaruszalną dotąd granicę i zalewające kraniec Afryki jak kolumny mrówek. Czy nie można ich oskrzydlić? W swojej głowie widział wyraźnie zarys wybrzeża Afryki Zachodniej. Chwycił w palce białego skoczka i przestawił go na szachownicy. Oto właściwe miejsce. Wyobrażał sobie czarne hordy prące na południe, ale zobaczył także inną armię, zmobilizowaną w cudowny sposób, nagle rozlokowaną na tyłach wroga, odcinającą go od linii zaopatrzenia na lądzie i morzu. Miał poczucie, że siłą woli powoła tę armię do życia. Lecz należało działać szybko. Bo gdyby tamtym udało się opanować całą Afrykę, gdyby pozakładali lotniska i bazy okrętów podwodnych na Przylądku, przecięliby Oceanię na pół. A to mogłoby oznaczać wszystko: klęskę, rozpad, nowy podział świata, koniec Partii! Winston westchnął głęboko. W jego wnętrzu toczył bój zadziwiający splot uczuć - choć w zasadzie nie splot, bo falami napływały kolejne emocje i trudno było się połapać, która przeważa.

Chwila rozstrojenia minęła. Odstawił skoczka na miejsce, lecz nie mógł skupić się na szachach. Znów błądził myślami. Prawie nieświadomie napisał palcem na zakurzonym blacie:

2 + 2 = 5

Julia mówiła: "Nie mogą wejść do twojego serca". Ale przecież mogą. "To, co dzieje się z tobą tutaj, zostanie w tobie na zawsze", powiedział O'Brien. To były słowa prawdy. Są takie zdarzenia, nawet własne czyny, po których człowiek się nie podniesie. W piersi coś zostało zabite, wypalone, unicestwione.

Spotkał Julię, nawet z nią rozmawiał. Nie wiązało się z tym żadne niebezpieczeństwo. Wyczuwał intuicyjnie, że tamci prawie w ogóle nie interesują się teraz jego poczynaniami. Można było zaaranżować drugie spotkanie, jeśli któreś z nich dwojga miałoby na to ochotę. Wpadli na siebie przypadkiem. To wydarzyło się w parku pewnego paskudnego zimnego dnia w marcu, kiedy ziemia stwardniała jak żelazo, trawa wyschła i nigdzie nie było żadnego kwiatu z wyjątkiem kilku krokusów, które wychynęły na świat, aby rozszarpał je wiatr. Szedł szybkim krokiem, ze zgrabiałymi rękami i załzawionymi oczyma, gdy nagle zobaczył ją w odległości niecałych dziesięciu metrów. Od razu uderzyło go to, że zmieniła się w jakiś nieokreślony sposób. Minęli się bez słowa, lecz potem zawrócił i ruszył za nią, niezbyt pośpiesznie. Wiedział, że nic mu nie grozi, że nikt się nim nie interesuje. Julia się nie odezwała. Pomaszerowała na ukos przez trawnik, jakby chciała uwolnić się od jego towarzystwa, ale potem pogodziła się z sytuacją. Chwilę później znaleźli się w zagajniku poszarpanych krzaków ogołoconych z liści, mało przydatnym jako zasłona przed wścibskim okiem i ochrona przed wiatrem. Przystanęli. Panował paskudny ziąb. Wiatr świstał w gałęziach i nękał nieliczne bure krokusy. Winston objął Julię w talii.

Teleekranów nie było, z pewnością jednak dokoła zainstalowano ukryte mikrofony, ponadto stali na widoku. Lecz to nie miało znaczenia, nic nie miało znaczenia. Mogli położyć się na trawie i to zrobić, gdyby chcieli. Ciało Winstona stężało w reakcji na tę przerażającą myśl. Julia nie zareagowała w żaden sposób na jego rękę na swoich biodrach, nie próbowała się nawet odsunąć. Teraz zrozumiał, jaka zmiana w niej zaszła. Cerę miała bardziej ziemistą, a na czole i skroni bliznę, częściowo zasłoniętą włosami. Lecz zmiana polegała jeszcze na czymś innym. Julia była szersza w talii, i co zadziwiające, mniej gibka. Przypomniał sobie, jak pewnego razu, po wybuchu rakiety, pomógł wyciągnąć trupa z gruzów - był zdumiony nie tylko niebywałym ciężarem zwłok, ale także ich sztywnością i nieporęcznością, aż miał wrażenie, że dźwiga kamień, nie ludzkie ciało. Właśnie to samo poczuł teraz. Przyszło mu do głowy, że jej skóra też wydawałaby się inna pod jego palcami.

Nie próbował jej pocałować i milczeli uparcie. Gdy ruszyli z powrotem przez trawnik, po raz pierwszy zerknęła wprost na niego. Było to błyskawiczne spojrzenie, pełne jednak pogardy i niechęci. Zastanawiał się, czy ta niechęć brała się wyłącznie z przeszłości, czy też spowodowana jest także jego spuchniętą twarzą i łzami, które wiatr wyciskał mu z oczu. Usiedli na dwóch żelaznych krzesłach, obok siebie, ale niezbyt blisko. Zobaczył, że Julia otwiera usta, aby przemówić. Przesunęła kilka centymetrów nogę w niezgrabnym bucie i celowo zdeptała gałązkę. Zauważył, że ma szersze stopy niż dawniej.

- Zdradziłam cię - powiedziała prosto z mostu.

- I ja cię zdradziłem - odrzekł.

Znów posłała mu szybkie niechętne spojrzenie.

- Czasem grożą ci czymś, czego nie jesteś w stanie wytrzymać, nie jesteś w stanie wytrzymać nawet myślenia o tym - ciągnęła. - Wtedy mówisz, żeby nie robili tego tobie, tylko komuś innemu, takiemu-a-takiemu. Potem nawet można się oszukiwać, że to był wybieg, że powiedziałeś tak, żeby ich powstrzymać, że wcale tak nie myślałeś. Ale to nieprawda. Bo w tamtej chwili tak właśnie myślałeś. Bo wydawało się, że nie ma innej drogi ratunku, więc chciałeś się uratować właśnie w ten sposób. Pragniesz, aby to przydarzyło się tej drugiej osobie. Nie obchodzi cię, jak bardzo będzie cierpiała. Zależy nam tylko na własnym losie.

- Zależy nam tylko na własnym losie - powtórzył jak echo.

- A potem nieodwracalnie zmieniają się uczucia do tej drugiej osoby.

- Tak, zmieniają się - przyznał.

Nie zostało nic więcej do powiedzenia. Wiatr rozpłaszczał cienkie kombinezony na ich ciałach. Prawie od razu siedzenie razem w milczeniu wydało im się niezręczne, ponadto było za zimno, aby tak trwać w bezruchu. Julia bąknęła, że chce zdążyć na metro, i wstała, aby odejść.

- Musimy się znowu spotkać - powiedział Winston.

- Tak, musimy się spotkać - odparła.

Przez pewien czas szedł z nią niezdecydowany, pół kroku z tyłu. Nie odezwali się już. Niby nie próbowała się od niego uwolnić, szła jednak tak szybko, żeby za nią nie nadążył. Postanowił towarzyszyć jej do stacji metra, lecz nagle to podążanie za nią na zimnie wydało mu się bezsensowne i nieznośne. Dopadło go przemożne pragnienie, aby nie tyle rozstać się z Julią, ile wrócić do "Kasztanowej", która jawiła się w tej chwili miejscem tak atrakcyjnym jak nigdy dotąd. Rozmarzony wyobraził sobie swój stolik w kącie, z gazetą, szachami i dolewanym raz po raz dżinem. Przede wszystkim byłoby tam ciepło. W następnej chwili, bynajmniej nie przypadkiem, pozwolił, aby mała grupka ludzi rozdzieliła go z Julią. Ruszył bez przekonania szybciej, nadrabiając dystans, lecz zaraz zwolnił kroku, odwrócił się i poszedł w przeciwnym kierunku. Obejrzał się po pokonaniu pięćdziesięciu metrów. Na ulicy nie było tłoku, lecz nie potrafił jej wypatrzeć wśród ludzi. Mogła być każdą z tych kilkunastu śpieszących sylwetek. Być może nie umiał już rozpoznać od tyłu jej pogrubionej, sztywnej postaci.

"Bo w tamtej chwili tak właśnie myślałeś". Owszem, tak właśnie myślał. Nie tylko to powiedział, ale pragnął tego całym sobą. Pragnął, aby to ją, nie jego, wydano tym...

W muzyce płynącej z teleekranu zaszła zmiana. Wkradła się chropawa, szydercza nuta. A potem - być może to wcale się nie działo, tylko wspomnienie przybrało złudną formę dźwięków - zaśpiewał głos:

Pod gałęziami z kasztanami

Wzajemna zdrada między nami...

Do oczu napłynęły łzy. Przechodzący obok kelner zauważył pustą szklaneczkę i zaraz wrócił z butelką dżinu.

Winston podniósł szkło i powąchał zawartość. Z każdym kolejnym łykiem alkohol robił się bardziej, a nie mniej, ohydny. Lecz był żywiołem, w którym się nurzał. Był jego życiem, śmiercią i zmartwychwstaniem. To właśnie dżin pozwalał mu popaść w otępienie każdego wieczoru i oprzytomnieć każdego ranka. Gdy się budził, rzadko przed jedenastą, mając zaropiałe powieki, spieczony przełyk i obolałe plecy, jakby pękł mu kręgosłup, nie dałby rady dźwignąć się na nogi, gdyby nie butelka i filiżanka czekające przy łóżku. Południową porę przesiadywał ze zmartwiałą twarzą, z butelką pod ręką, słuchając teleekranu. Od piętnastej do zamknięcia był stałym elementem "Kasztanowej". Nikt już nie interesował się jego życiem, nie budził go żaden gwizd, nie upominał go żaden głos z teleekranu. Niekiedy, być może dwa razy w tygodniu, szedł do zakurzonego, jakby zapomnianego biura w Ministerstwie Prawdy i pracował trochę, a przynajmniej tak to się nazywało. Oddelegowano go do podpodkomisji jednej z podkomisji, które wydzielały się z niezliczonych komisji do rozwiązywania drobnych problemów związanych z opracowaniem jedenastego wydania słownika nowomowy. Zajmowano się tym, co określono mianem "sprawozdania śródrocznego", lecz Winston nigdy nie ustalił, z czego konkretnie zdawano sprawę. Miało to coś wspólnego z zagadnieniem, czy przecinki należy umieszczać w nawiasach, czy poza nimi. W podpodkomisji zasiadało jeszcze czterech innych ludzi, wszyscy byli podobni do niego. W niektóre dni zbierali się i natychmiast rozchodzili, przyznawszy uczciwie, że nie mają nic do roboty. Lecz zdarzało się też, że przystępowali do pracy z dużą ochotą, ostentacyjnie prowadząc protokół posiedzenia i sporządzając zarysy obszernych wniosków, których nigdy nie precyzowali - toczyli rozdmuchany, zawiły spór o to, o co tak naprawdę się spierają, dokonywali subtelnych rozróżnień semantycznych w definicjach słów, stosowali dalekie dygresje, a nawet groźby odwołania się do wyższej instancji. Potem nagle jakby życie z nich uchodziło. Wtedy siedzieli przy stole i patrzyli jeden na drugiego zgasłymi oczami, jak duchy pierzchające w porze piania kogutów.

Teleekran ucichł na moment. Winston znów uniósł głowę. Zaraz podadzą komunikat! Ale nie, po prostu zmienili melodię. Pod powiekami miał mapę Afryki. Ruchy wojsk tworzyły diagram: czarna strzałka przedzierała się pionowo na południe, biała poziomo na wschód, przebijając ogon tej pierwszej. Spojrzał na niewzruszone oblicze widoczne na plakacie, jakby szukał w nim wsparcia. Czy to możliwe, że druga strzałka w ogóle nie istnieje?

Jego ożywienie znów przygasło. Wypił kolejny łyk dżinu, wziął w palce białego skoczka i przestawił go na próbę. Szach. Ale najwyraźniej było to błędne posunięcie, bo...

W głowie pojawiło się nieproszone wspomnienie. Zobaczył pokój w blasku świecy, z ogromnym łóżkiem przykrytym białą narzutą, oraz siebie, chłopca lat dziewięciu lub dziesięciu, siedzącego na podłodze, potrząsającego pudełkiem z kostkami do gry, śmiejącego się na całe gardło. Naprzeciw niego siedziała matka, również roześmiana.

Wydarzyło się to zapewne około miesiąca przed jej zniknięciem. Nastała chwila pojednania, bo dokuczliwy głód w żołądku na moment uległ zapomnieniu i odżyła jego dawna miłość do matki. Doskonale pamiętał ten dzień, nagłe ulewy, deszczówkę ściekającą strugami po szybie, aż w środku zrobiło się zbyt ciemno, aby czytać. Nuda dwojga dzieci w niedoświetlonym zagraconym pokoju stała się nie do zniesienia. Winston marudził i narzekał, na próżno domagając się jedzenia, łażąc z kąta w kąt i przestawiając wszystko, kopiąc w lamperię, aż sąsiedzi zaczęli walić w ścianę, a siostrzyczka co chwilę popłakiwała. W końcu matka powiedziała:

- Przestań już, to kupię ci grę. Ładną grę, spodoba ci się.

Następnie wyszła na deszcz, do pobliskiego sklepiku wielobranżowego, który czasem jeszcze otwierano, po czym wróciła z grą "Węże i drabiny" w tekturowym pudełku. Winston wciąż pamiętał woń namokłej tektury. Był to nędzny komplet. Plansza okazała się pęknięta, a małe drewniane kostki tak nieporadnie wystrugane, że nie chciały leżeć płasko na ściankach. Winston patrzył na prezent nadęty, bez większego zainteresowania. Lecz matka zapaliła ogarek świecy i zasiedli do gry na podłodze. Chwilę później pokrzykiwał podekscytowany i śmiał się, bo pionki wspinały się ochoczo po drabinach, po czym zsuwały po wężach, prawie do punktu wyjścia. Rozegrali osiem partii, każde z nich zwyciężyło w czterech. Siostrzyczka, zbyt mała, aby zrozumieć zasady, siedziała oparta o podgłówek i śmiała się, bo śmieli się oni. Przez całe popołudnie byli razem szczęśliwi, jak dawniej, w pierwszych latach jego życia.

Przegonił te obrazy z głowy. Były podszyte fałszem. Od czasu do czasu nękały go takie wspomnienia. Nie stanowiły problemu, o ile dostrzegało się, czym są w istocie. Niektóre rzeczy się wydarzyły, inne nie. Winston odwrócił się do stołu i znów wziął białego skoczka. Niemal w tej samej chwili figura upadła z trzaskiem na szachownicę. Podskoczył, jakby ktoś wbił mu szpilkę.

W powietrzu zabrzmiał przenikliwy tusz trąbki. Rozpoczął się komunikat. Zwycięstwo! Poprzedzenie komunikatu sygnałem trąbki zawsze oznaczało zwycięstwo. Jakby prąd przeszył wszystkich w kawiarni. Nawet kelnerzy natężyli się i nastawili ucha.

Dźwięki trąbki spowodowały okropną wrzawę. Z teleekranu płynął rozgadany głos, lecz został zagłuszony przez wiwaty dobiegające z dworu. Nowina rozeszła się po ulicach lotem błyskawicy. Winston dosłyszał z teleekranu dość, aby zorientować się, że wszystko potoczyło się tak, jak sobie wyobraził: armada okrętów wojennych dokonała niespodziewanego ataku na tyłach wroga, biała strzałka rozerwała ogon czarnej. W ogólnym hałasie Winston złowił triumfalne słowa: "szeroko zakrojona operacja strategiczna", "doskonała koordynacja", "doszczętny pogrom", "pół miliona wziętych do niewoli", "kompletna demoralizacja", "opanowanie całej Afryki", "bliski koniec wojny", "zwycięstwo", "największa wiktoria w dziejach ludzkości", "zwycięstwo, zwycięstwo, zwycięstwo!".

Winston nerwowo poruszał stopami pod stołem. Wciąż siedział na krześle, ale w swojej wyobraźni biegł, pędził, znajdował się wśród tłumów na ulicy, wznosił ogłuszające wiwaty. Znów spojrzał na portret Wielkiego Brata. Oto kolos, który kroczy przez świat! Niezłomny bastion, który powstrzymuje azjatyckie hordy! Pomyślał, że ledwie dziesięć minut wcześniej - owszem, jeszcze dziesięć minut temu - przeżywał zwątpienie, zastanawiając się, czy z frontu nadejdą wieści o triumfie, czy o klęsce. To było coś więcej niż tylko rozbicie armii eurazjatyckiej! Od pierwszego dnia w Ministerstwie Miłości w Winstonie zaszła wielka zmiana, lecz ostateczne, fundamentalne, uzdrawiające przeobrażenie dokonało się dopiero w tej chwili.

Głos z teleekranu wciąż snuł opowieść o jeńcach, łupach, rzezi, ale okrzyki na zewnątrz nieco przygasły. Kelnerzy wrócili do pracy. Jeden z nich podszedł z butelką dżinu. Rozmarzony Winston nie zwrócił uwagi na napełnianie szklaneczki. Już nie biegł, już nie wiwatował. Znalazł się z powrotem w Ministerstwie Miłości, wszystkie jego grzechy zostały mu wybaczone, a duszę miał czystą jak biały śnieg. Siedział na ławie oskarżonych, przyznawał się do wszystkiego, obciążał wszystkich. Eskortowany przez uzbrojonego strażnika szedł korytarzem wyłożonym białymi kafelkami, czując tak, jakby spacerował w słońcu. Długo oczekiwana kula roztrzaskiwała mu głowę.

Podniósł wzrok na ogromne oblicze. Czterdzieści lat zabrało mu odgadnięcie, jaki to uśmiech kryje się pod ciemnymi wąsami. Co za okrutne i niepotrzebne nieporozumienie! Co za uparte odcięcie się z własnej woli od życiodajnej piersi! Z obu stron nosa spłynęły dwie łzy o zapachu dżinu. Ale to dobrze, wszystko było dobrze, walka dobiegła końca. Winston odniósł zwycięstwo nad samym sobą. Kochał Wielkiego Brata.

APENDYKS

ZASADY NOWOMOWY

Nowomowa, a więc język urzędowy Oceanii, została stworzona po to, żeby być wyrazem ideologii anglosocu, a więc angielskiego socjalizmu. W roku 1984 nie było jeszcze nikogo, kto używał nowomowy jako wyłącznego narzędzia porozumiewania się w mowie i piśmie. Drukowano w niej wstępniaki w "Timesie", lecz były to tylko popisy specjalistów. Liczono, że do roku 2050 nowomowa wyprze ostatecznie staromowę (ustandaryzowany język stosowany dotąd powszechnie). Do tego czasu stopniowo pozyskiwała użytkowników, albowiem w codziennym życiu członkowie Partii coraz częściej sięgali po zaczerpnięte z niej słowa i konstrukcje gramatyczne. Wersja stosowana w roku 1984 i zawarta w dziewiątym i dziesiątym wydaniu słownika nowomowy wciąż miała charakter tymczasowy i posiłkowała się wieloma zbędnymi słowami i przestarzałymi formami, które zamierzano usunąć w późniejszym terminie. Tutaj zajmujemy się ostateczną, udoskonaloną wersją, zamieszczoną w jedenastej edycji słownika.

Celem nowomowy było nie tylko zapewnienie odpowiedniego środka wyrazu dla światopoglądu i nawyków mentalnych właściwych wyznawcom anglosocu, lecz także wyeliminowanie wszystkich innych torów myślenia. Gdyby nowomowa została przyjęta do użytku raz na zawsze, a staromowa popadła w zapomnienie, myśl heretycka - a zatem myśl odstępująca od zasad anglosocu - byłaby po prostu niemożliwa, przynajmniej w tej mierze, w jakiej myśl wyrażona jest słowami. Słownictwo nowomowy zostało stworzone w taki sposób, żeby każdy członek Partii mógł precyzyjnie wyrazić właściwy sens, jednocześnie wyłączając wszelkie inne znaczenia i wykluczając możliwość ich nadania poprzez zastosowanie metod pośrednich. Cel ten osiągnięto po części dzięki wynalezieniu nowych słów, lecz głównie poprzez wyeliminowanie słów uznanych za niepoprawne, a także pozbawienie tych zachowanych znaczenia nieprawomyślnego oraz w miarę możności znaczeń ubocznych. Posłużmy się przykładem. Słowo "wolny" nadal istniało w nowomowie, ale można go było używać tylko w kontekstach w rodzaju "pies wolny od pcheł" albo "pole wolne od chwastów". Nie można zaś było go stosować w dawnych kontekstach, takich na przykład jak "wolny obywatel" czy "wolna myśl", albowiem wolność polityczna i intelektualna przestały istnieć jako idee, zatem straciły prawo do bycia nazwanymi w konkretny sposób. Oprócz rugowania wyraźnie nieprawomyślnych słów redukcję słownika postrzegano jako cel sam w sobie i nie pozwolono przetrwać żadnemu słowu, bez którego można było się obejść. Nowomowę opracowano nie po to, aby zakres myślenia się poszerzał, lecz zawężał, a osiągnięto to pośrednio dzięki zminimalizowaniu zasobu słów.

Podstawą nowomowy był język potoczny, choć wiele wyrażonych w niej zdań, nawet niezawierających nowo ukutych słów, byłoby niezrozumiałych dla zwykłych użytkowników. Słownictwo nowomowy podzielono na trzy osobne kategorie, zwane leksykonem A, leksykonem B (złożenia) i leksykonem C. Prościej będzie omówić każdą z tych klas osobno, lecz osobliwości gramatyczne nowego języka można przedstawić w części poświęconej leksykonowi A, gdyż te same zasady obowiązują we wszystkich trzech kategoriach.

LEKSYKON A. Zbiór ten składa się ze słów potrzebnych w życiu codziennym - używanych do opisu takich czynności jak jedzenie, picie, praca, ubieranie się, chodzenie po schodach, jazda środkami transportu, ogrodnictwo, gotowanie i tym podobne. Składa się niemal w całości ze słów używanych wcześniej, takich jak "cios", "bieg", "drzewo", "cukier", "dom", "pole" - lecz w porównaniu z dotychczasowym językiem zasób był nadzwyczaj mały, a znaczenie poszczególnych wyrazów o wiele ściślej zdefiniowane. Wyeliminowano wszelkie dwuznaczności i niuanse semantyczne. Starano się sprawić, aby słowo z tego leksykonu było zbiorem wyraźnych dźwięków odnoszących się do jednego jasno określonego desygnatu. Posługiwanie się leksykonem A w twórczości literackiej, sporach politycznych czy rozważaniach filozoficznych byłoby po prostu niemożliwe. Opracowano go do wyrażania prostych myśli służących konkretnemu celowi, zwykle dotyczących namacalnych przedmiotów lub czynności.

Gramatyka nowomowy miała dwie charakterystyczne cechy. Pierwszą była niemal całkowita wymienność różnych części mowy. Każde słowo (w zasadzie dotyczyło to nawet bardzo abstrakcyjnych słów, takich jak "jeśli" lub "kiedy") mogło być użyte w roli czasownika, rzeczownika, przymiotnika albo przysłówka. Między formą czasownika a rzeczownika mającymi ten sam rdzeń nie było żadnych różnic, a zasada ta pociągała za sobą wyparcie wielu dawnych form. Dążono do sytuacji, którą mamy w wypadku słowa "piec", będącego zarówno rzeczownikiem, jak i czasownikiem w formie bezokolicznikowej. Nie kierowano się przy tym żadną regułą etymologiczną: w niektórych wypadkach postanawiano zachować rzeczownik, w innych czasownik. Jeśli nawet rzeczownik i czasownik o podobnym znaczeniu nie były etymologicznie pokrewne, jeden lub drugi eliminowano. Nie było więc słowa "kopać", bo znaczenie to zawierały czasorzeczowniki "noga-ć" i "łopata-ć". Przymiotniki tworzono poprzez dodanie przyrostka "-ny" do czasorzeczowników, a przysłówki poprzez dodanie przyrostka "-nie". Tak oto powstały "głupotny" i "głupotnie". Niektóre dotychczasowe przymiotniki zachowano, na przykład "dobry", "silny", "duży", "czarny", "miękki", ale ogółem było ich niewiele. Większość okazała się niepotrzebna, bo prawie każdy sens przymiotnikowy można było oddać poprzez dodanie "-ny" do czasorzeczownika. Nie zachowano żadnych znanych nam przysłówków oprócz tych zakończonych na "-nie"; tego przyrostka używano niezmiennie. Tak oto przysłówek "grubo" zastąpiono słowem "grubnie".

Ponadto każde słowo - i znów w zasadzie dotyczyło to wszystkich słów w nowomowie - mogło mieć swoje przeciwieństwo poprzez dodanie przedrostka "nie-" lub zyskać silniejszą wymowę dzięki przyrostkowi "-plus" albo "-dwaplus". I tak oto "niechłodny" oznaczało "ciepły", "niechłodnyplus" i "niechłodnydwaplus" kolejno "cieplejszy" i "najcieplejszy". Można było także, jak w obecnie używanym języku, tworzyć słowa, dodając przedrostki "przed-", "po-", "od-", "do-" itp. Okazało się, że dzięki takim zabiegom zadowalano się bardzo ograniczonym słownictwem. Zatem skoro "niedobry" jest przeciwieństwem "dobrego", to mając słowo "silny", obywano się bez słowa "słaby", bo jego sens wyrażało "niesilny". Konieczne było wyłącznie podjęcie decyzji - przynajmniej w wypadku dwóch słów tworzących naturalną parę antonimów - co wyrugować. "Szybki" mogło zostać zastąpione przez "niepowolny" lub "powolny" przez "nieszybki".

Drugą cechą charakterystyczną gramatyki nowomowy była jej regularność. Poza kilkoma wyjątkami omówionymi poniżej fleksją rządziły te same zasady. Odmiana czasowników nieregularnych uległa uproszczeniu, a więc: "ciąć"/"ja cię", "wiedzieć"/"ja wiedzę", "stać"/"ja stam" itd. Liczbę mnogą rzeczowników tworzono przez dodanie "-i" lub "-y", czyli "człowiek"/"człowieki", "osioł"/"osioły". Przymiotniki stopniowano wyłącznie poprzez dodanie przyrostka "-ejszy" w stopniu wyższym oraz przedrostka "naj-" w stopniu najwyższym: "dobry", "dobrzejszy", "najdobry", "duży", "dużejszy" i "najduży", zaś z form nieregularnych takich jak "lepszy" całkowicie zrezygnowano.

Nieregularną odmianę dopuszczano w wypadku zaimków, niektórych przymiotników i czasowników posiłkowych. Niekiedy godzono się na to także w ramach słowotwórstwa ze względu na szybką i łatwą wymowę. Za złe uznawano słowo, które wymawiano z trudem lub najprawdopodobniej byłoby niewłaściwie usłyszane przez odbiorcę; czasem zatem, za decydujące kryterium uznając eufonię, do zapisu danego wyrazu włączano dodatkowe litery lub zachowywano zapis archaiczny. Lecz te wyjątki występowały zazwyczaj w leksykonie B. Dlaczego tak wielką wagę przywiązywano do łatwej wymowy, stanie się jasne w późniejszej części tej rozprawy.

LEKSYKON B. Zbiór ten składał się ze słów, które stworzono celowo dla potrzeb polityki, to jest słów, które nie tylko miały wydźwięk polityczny, lecz powinny narzucić ich użytkownikowi właściwą postawę ideologiczną. Bez pełnego zrozumienia zasad anglosocu poprawne stosowanie tych słów przedstawiało nie lada trudność. W niektórych wypadkach neologizmy te miały swoje odpowiedniki w staromowie, a nawet w leksykonie A, na ogół jednak wymagały obszernego omówienia, w którym zatarciu ulegały odcienie znaczeniowe. Słowa z leksykonu B stanowiły swoisty odpowiednik stenotypii, bo często cały wachlarz pojęć upychano w kilku literach, w dodatku z większą precyzją i siłą oddziaływania niż przy użyciu zwykłego języka.

Wszystkie słowa z leksykonu B były złożeniami. [Złożenia takie jak mowopis znajdowały się oczywiście również w leksykonie A, lecz pełniły funkcje skrótów pozbawionych ładunku ideologicznego]. Składały się z dwóch lub więcej wyrazów albo części wyrazów, zestawionych razem, aby tworzyć łatwo wymawiane słowo. Efektem scalania był zawsze czasorzeczownik odmieniany wedle zwykłych zasad. Posłużmy się znowu przykładem. Słowo "dobrozum" jako rzeczownik znaczyło w ogólnym zarysie "prawomyślność", a jako czasownik "dobrozum-ieć" oznaczało "myśleć w sposób właściwy".

Słowa z leksykonu B tworzono bez żadnych zasad etymologicznych. Składowymi mogły być tematy wyrazowe zaczerpnięte z wszelkich części mowy układane w najrozmaitszym porządku i obrabiane w najprzeróżniejszy sposób, aby zapewnić łatwą wymowę z jednoczesnym zachowaniem zawartości semantycznej. Na przykład w złożeniu "myślostop" "myśl" zastosowana jest w pierwszej kolejności, podobnie jak w "myślicja", natomiast "staromyśl" ma szyk odwrotny. Na skutek prymatu eufonii nieregularne złożenia były powszechniejsze w leksykonie B niż w A. Na przykład od nazw ministerstw Minipra, Minipo, Minimi i Minido utworzono formy przymiotnikowe "miniprany", "minipony", "miniminy" i "minidony", bo bardziej skomplikowane złożenia byłyby trudne do wymówienia.

Niektóre słowa z leksykonu B miały zniuansowane znaczenie, ledwo zrozumiałe dla osób, które nie opanowały całego języka. Weźmy na przykład zdanie zaczerpnięte z "Timesa": "Staromyśliciele nietrzewioczują anglosocu", co w staromowie znaczyłoby po prostu: "Ludzie, których idee zostały uformowane przed Rewolucją, nie są w stanie emocjonalnie zrozumieć angielskiego socjalizmu". Lecz takie tłumaczenie nie oddawałoby całego znaczenia. Po pierwsze, aby w pełni zrozumieć zdanie z nowomowy przytoczone powyżej, należy mieć wyraźne pojęcie, co oznacza "anglosoc". Ponadto tylko osoba świetnie zaznajomiona z "anglosocem" może docenić siłę wyrazu czasownika "trzewioczuć", które sugeruje ślepą, gorliwą aprobatę, trudną do wyobrażenia w czasach dzisiejszych, oraz wymowę rzeczownika "staromyśliciel", który nierozerwalnie wiąże się z ideą zła i dekadencji. A jednak szczególną funkcją niektórych słów nowomowy, na przykład słowa "staromyśl", nie było przekazywanie sensu, tylko jego zniszczenie. Słowa te, z konieczności nieliczne, miały coraz szerszy zakres semantyczny, aż w końcu zawierały całe treści charakterystyczne dla wielu słów, z których w konsekwencji można było zrezygnować, aby popadły w niepamięć. Największa trudność, przed jaką stanęli twórcy słownika nowomowy, nie polegała na słowotwórstwie, lecz na ugruntowaniu znaczeń nowo utworzonych słów, a więc na określeniu, które stare słowa zostały przez nie wyparte.

Jak już widzieliśmy w wypadku słowa "wolny", niektóre słowa, dawniej mające nieprawomyślny wydźwięk, zachowano ze względu na ich użyteczność, jednak po bezwarunkowym oczyszczeniu ich z niewłaściwego znaczenia. Niezliczone słowa w rodzaju "honor", "sprawiedliwość", "moralność", "internacjonalizm", "demokracja", "nauka" i "religia" zwyczajnie przestały istnieć. Treść tych pojęć zamknięto w kilku "hurtowych" słowach, a tym samym je wyeliminowano. Wszystkie pojęcia związane z ideami na przykład wolności i równości zgrupowano w jednym słowie "myśloczyn", zaś wszystkie związane z ideą obiektywności i racjonalności upchano w słowie "staromyśl". Większa precyzja mogłaby być niebezpieczna. Od członków Partii wymagano postawy podobnej do starożytnych Izraelitów, którzy wiedzieli, nie wiedząc prawie nic, że wszystkie inne narody czczą "fałszywych bogów". Nie musieli wiedzieć, że bogowie ci noszą imiona: Baal, Ozyrys, Moloch, Asztarot i tak dalej - prawdopodobnie im mniej o nich słyszeli, tym lepiej miała się ich prawomyślność. Znali Jahwe i jego przykazania, wiedzieli zatem, że wszyscy inni bogowie, o innych imionach i atrybutach, są fałszywi. W podobny sposób członek Partii wiedział, na czym polega właściwe postępowanie, a ewentualne odstępstwa postrzegał w nadzwyczaj mglistych uogólnionych kategoriach. Jego życie seksualne na przykład było w całości regulowane przez dwa terminy nowomowy: "seksoczyn" (niemoralne zachowania seksualne) oraz "dobroseks" (czystość seksualna). Termin "seksoczyn" obejmował wszelkie niewłaściwe praktyki, zatem cudzołóstwo, nierząd, stosunki homoseksualne i inne uznawane za zboczenia, a także stosunek seksualny odbyty wyłącznie dla przyjemności. Nie było potrzeby wyszczególniania tych wykroczeń, ponieważ wszystkie stanowiły przestępstwo identycznej rangi i były zasadniczo karane śmiercią. W ramach leksykonu C, złożonego z określeń naukowych i technicznych, być może zachodziła konieczność nadawania nazw poszczególnym odstępstwom od właściwych zachowań seksualnych, lecz przeciętny obywatel nie miał potrzeby się nimi posługiwać. Wiedział, jakie znaczenie niesie ze sobą słowo "dobroseks" - to normalny stosunek między mężem i żoną w celu spłodzenia potomstwa, bez możliwości odczuwania przyjemności przez kobietę. Wszystko inne stanowiło "seksoczyn". Posługując się nowomową, trudno było zgłębiać nieortodoksyjną myśl dalej niż poza uświadomienie sobie, że jest nieortodoksyjna - za tą linią graniczną nie istniały już żadne słowa.

Cała zawartość leksykonu B miała zabarwienie ideologiczne. Było wiele eufemizmów. Takie określenia jak na przykład "wczasobóz" (obóz pracy przymusowej) albo "minipok" (Ministerstwo Pokoju, czyli naprawdę Ministerstwo Wojny) oznaczały swoje niemal dokładne przeciwieństwo. Inne z kolei wyrażały wprost i szczerze rozumienie rzeczywistego charakteru społeczeństwa Oceanii. Przykładem tego może być pogardliwe "prolekarma", oznaczające tanią rozrywkę i propagandowe dziennikarstwo, którymi Partia karmiła masy ludzkie. Jeszcze inne słowa okazywały się dwuznaczne, miały konotację "dobra", kiedy odnosiły się do Partii, i konotację "zła", gdy odnosiły się do wrogów ustroju. Oprócz tego funkcjonowało sporo słów, które na pierwszy rzut oka wydawały się skrótowcami, a których ideologiczne zabarwienie wywodziło się nie z semantyki, lecz z ich formy strukturalnej.

W miarę możliwości wszystkie słowa, które były lub mogły być nośnikami treści politycznych, starano się umieścić w leksykonie B. Nazwy organizacji, gremiów, doktryn, państw, instytucji, gmachów użyteczności publicznej były obowiązkowo skracane do użytecznych form, to jest do pojedynczego, łatwo wymawianego słowa złożonego z jak najmniejszej liczby sylab, zachowującego sens podstawy słowotwórczej. Na przykład Wydział Archiwów Ministerstwa Prawdy, a więc miejsce pracy Winstona Smitha, nazywano Archiwyd, Wydział Literatury Pięknej - Litewyd, a Wydział Teleprogramów - Telewyd i tak dalej. Czyniono tak nie tylko z uwagi na oszczędność czasu. Nawet w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku skracane słowa i wyrażenia były charakterystyczne dla języka polityki - zauważono wręcz, że skłonność do takich skrótowców najbardziej rzuca się w oczy w reżimach i organizacjach totalitarnych. Przykładem niech będą takie słowa jak "nazi", "gestapo", "komintern", "inprecorr", "agitprop". Na początku praktykę tę stosowano jakby intuicyjnie, natomiast w nowomowie czyniono z niej użytek z pełną świadomością. Uważano, że skracając w ten sposób nazwę, zawęża się i lekko modyfikuje jej znaczenie, usuwając tym samym skojarzenia, które w przeciwnym razie by do niej przylgnęły. Na przykład określenie "międzynarodówka komunistyczna" przywodzi na myśl niejednorodne powszechne braterstwo człowieka, czerwone flagi, barykady, Karola Marxa i Komunę Paryską. Słowo "komintern" zaś sugeruje homogeniczną organizację i precyzyjnie sformułowaną doktrynę. Odnosi się do zjawiska tak łatwo rozpoznawalnego i o celu tak zawężonym jak powiedzmy stół albo krzesło. "Komintern" to słowo, które można wypowiedzieć niemal bezmyślnie, tymczasem "międzynarodówka komunistyczna" jest zwrotem, przy którym użytkownik musi się zatrzymać przynajmniej na krótki moment. W ten sam sposób skojarzenia budzone przez słowo "minipra" są mniej liczne i łatwiej kontrolowalne niż te związane z nazwą "ministerstwo prawdy". Tłumaczy to nie tylko zwyczaj powszechnego skracania wyrazów, lecz także niemal przesadną dbałość o to, aby każde słowo dało się łatwo wymówić.

W nowomowie względy eufoniczne ustępowały wagą jedynie uściśleniu zawartości semantycznej. Regularność gramatyczną poświęcano bez wahania, jeśli zachodziła taka konieczność. I słusznie, ponieważ względy polityczne nade wszystko wymagały przykrojonych słów o sprecyzowanym znaczeniu, które można było wypowiadać szybko i które w umyśle użytkownika nie budziły wielu skojarzeń. Słowa z leksykonu B zyskały na sile oddziaływania dzięki temu, że prawie wszystkie były do siebie podobne. Niemal bez wyjątku - "dobrozum", "minipok", "prolkarma", "seksogrzech", "wczasobóz", "anglosoc", "trzewioczuć", "myślicja" i niezliczone inne - składały się z dwóch, trzech sylab, a akcent padał na przedostatnią sylabę. Ich używanie zachęcało do mowy przypominającej terkot lub monotonne staccato. Właśnie taki przyświecał im cel. Dążono do tego, aby mowa, a zwłaszcza wypowiedzi na tematy "nieobojętne ideologicznie", była w jak największej mierze pozbawiona świadomości. W życiu codziennym zapewne zachodziła czasem konieczność, aby wypowiedź poprzedził namysł, ale członek Partii wezwany do wydania osądu natury moralnej lub ideologicznej musiał umieć wypluć z siebie właściwą opinię z automatyzmem i szybkością serii z karabinu maszynowego. Szkolenie przystosowywało go do tego, a nowy język stanowił najbardziej niezawodne narzędzie wiodące do celu, zaś faktura słów, o chropawym brzmieniu i umyślnej brzydocie w duchu anglosocu, dodatkowo przysłużyła się temu procesowi.

Podobnie jak przysłużyło się ograniczone słownictwo. W porównaniu z naszym było niewielkie i wciąż wymyślano nowe sposoby jego uszczuplania. Nowomowa różniła się od prawie wszystkich języków tym właśnie, że każdego roku zasób jej słów kurczył się, a nie powiększał. Każde takie ograniczenie postrzegano jako korzyść, bo im mniejsza dowolność wyboru, tym mniejsza pokusa myślenia. W ostatecznym rozrachunku dążono do tego, aby mowa artykułowana dobywała się z krtani bez udziału ośrodków wyższych w mózgu. Cel ten został bez ogródek wyrażony słowem "mowa-kwa-kwa", oznaczającym posługiwanie się językiem przypominające kwacze kwakanie. Podobnie jak wiele innych słów z leksykonu B "mowa-kwa-kwa" była określeniem dwuznacznym. Jeśli poglądy w niej wyrażone uważano za prawomyślne, miała wydźwięk pochwały - kiedy w "Timesie" uznano, że pewien mówca partyjny to "mowakwaczplus", oznaczało to duże, upragnione pochlebstwo.

LEKSYKON C. Ten zbiór miał charakter uzupełnienia dwóch poprzednich i składał się wyłącznie z terminów naukowo-technicznych. Przypominały nasze dzisiejsze określenia i były wywiedzione z tych samych rdzeni, lecz jak zwykle zadbano o to, aby uściślić ich sens i pozbawić je niepożądanych dodatkowych znaczeń. Poddane były tym samym regułom gramatycznym co słowa z pierwszych dwóch zbiorów. Bardzo niewiele słów z leksykonu C występowało w codziennym obiegu lub w języku polityki. Każdy naukowiec i technik mógł znaleźć wszystkie potrzebne mu słowa w spisie przyporządkowanym jego specjalności, miał zaś bardzo niewielkie pojęcie o określeniach charakterystycznych dla innych dziedzin. Zaledwie kilka słów było wspólnych wszystkim dyscyplinom naukowym, brakowało tych mogących wyrażać uprawianie nauki w rozumieniu dążenia umysłowego i dociekań poznawczych niezależnych od poszczególnej specjalizacji. Mało tego, nie było odrębnego słowa "nauka", bo cały potrzebny sens z tym związany zawarto już w słowie "anglosoc".

Z powyższego wynika, że w nowomowie wyrażanie nieprawomyślnych sądów, może poza tymi na bardzo niskim poziomie, zakrawało na niepodobieństwo. Można było oczywiście wygłaszać buntownicze opinie o bardzo prymitywnym wydźwięku, swojego rodzaju bluźnierstwa. Dało się zatem powiedzieć: "Wielki Brat jest niedobry". Lecz takiej wypowiedzi, która dla ucha prawomyślnego odbiorcy, brzmiała jak oczywisty absurd, nie sposób było obronić rozsądną argumentacją, bo brakowało potrzebnych do tego słów. Idee wrogie wobec anglosocu można było wyrażać tylko w mglistej, pozawerbalnej formie, a jeśli bywały nazywane, to ogólnymi mianami, które łączyły w sobie wielość znaczeń i stanowiły ich generalne potępienie. W istocie nowomowę do nieprawomyślnych celów można było wykorzystać wyłącznie poprzez nielegalne przełożenie niektórych słów z powrotem na staromowę. Na przykład hasło "wszyscy ludzie są równi" dawało się wygłosić w nowomowie, ale tylko na takiej samej zasadzie, na jakiej w staromowie stwierdzamy "wszyscy ludzie są rudzi". Nie zawierało żadnych błędów gramatycznych, natomiast wyrażało oczywistą nieprawdę - no bo czy wszyscy ludzie mają taki sam wzrost, wagę albo siłę fizyczną? Idea równości społecznej przestała istnieć, a charakterystyczny dla niej sens słowa "równy" został skutecznie wykorzeniony. W 1984 roku, kiedy staromowa wciąż była podstawowym narzędziem komunikacji, nadal istniała teoretycznie groźba, że użytkownik słów w nowomowie pamięta ich wcześniejsze znaczenie. W praktyce uniknięcie tego nie było trudne dla nikogo wyćwiczonego w dwumyśleniu, mimo to w ciągu kilku pokoleń nawet nikłe prawdopodobieństwo takiego lapsusu miało zostać wyeliminowane. Człowiek od dziecka wychowywany w nowomowie jako jedynym dostępnym języku nie miał pojęcia o dodatkowych znaczeniach słowa "równy" i "wolny" - "równy pod względem praw obywatelskich" "wolna myśl" - podobnie jak ktoś, kto nigdy nie słyszał o szachach nie był świadom ubocznego znaczenia słów "królowa" i "wieża". Wiele rodzajów przestępstwa i zbrodni znalazło się poza jego zasięgiem po prostu dlatego, że nie miały nazw, a więc były nie do pomyślenia. Przewidywano, że z biegiem lat cechy charakterystyczne nowomowy nabiorą wyrazistości: słów będzie ubywało, ich znaczenie stanie się coraz ściślej określone, a prawdopodobieństwo ich niewłaściwego użycia coraz bardziej nikłe.

W chwili gdy staromowa zostałaby wykorzeniona, zerwano by ostatnie ogniwo łączące teraźniejszość z przeszłością. Historię już napisano na nowo, tu i ówdzie przetrwały jednak resztki dawnej literatury, niedostatecznie ocenzurowane i wciąż zrozumiałe dla użytkowników pamiętających staromowę. W przyszłości takie teksty, jeśli w ogóle by się uchowały, stałyby się nieprzystępne i nieprzetłumaczalne. Przełożenie jakiejkolwiek wypowiedzi z nowo- na staromowę było niemożliwe, chyba że dotyczyła procesu o charakterze technicznym, niesprecyzowanej codziennej czynności lub w swojej intencji była prawomyślna ("dobrozum"). W praktyce oznaczało to, że nie dałoby się przetłumaczyć w całości żadnej książki napisanej przed około 1960 rokiem. Literatura przedrewolucyjna miała być "przełożona ideologicznie" - to znaczy podlegać rewizji w treści, jak i w języku. Weźmy, na przykład, znany ustęp z Deklaracji Niepodległości:

"Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi prawo do życia, wolność i dążenia do szczęścia, że celem zabezpieczenia tych praw wyłonione zostały wśród ludzi rządy, których sprawiedliwa władza wywodzi się ze zgody rządzonych, że jeżeli kiedykolwiek jakakolwiek forma rządu uniemożliwiałaby osiągnięcie tych celów, to naród ma prawo taki rząd zmienić lub obalić i powołać nowy"...

Przetłumaczenie tych słów na nowomowę z zachowaniem wierności oryginałowi byłoby niepodobieństwem. Najlepiej można by oddać cały fragment jednym słowem: "myśloczyn". Pełne tłumaczenie mogłoby mieć charakter wyłącznie ideologiczny, skutkiem czego słowa Jeffersona stałyby się pochwałą rządów totalitarnych.

W istocie sporo dawnej literatury przekładano właśnie w ten sposób. Ze względu na prestiż uznano za konieczne zachowanie pamięci o niektórych postaciach historycznych, z jednoczesnym wpisaniem ich dokonań w linie partyjną anglosocu. Podjęto się zatem tłumaczenia twórczości różnych pisarzy, takich jak Shakespeare, Milton, Swift, Byron, Dickens i paru innych, a po zakończeniu tego zadania ich oryginalne dzieła, wraz z innymi resztkami dawnej literatury pięknej, miały zostać zniszczone. Tłumaczenia okazały się procesem powolnym i trudnym, nie łudzono się zatem, że zostaną ukończone w pierwszym czy drugim dziesięcioleciu XXI wieku. Było też sporo tak zwanego piśmiennictwa fachowego - niezbędne instrukcje obsługi i tym podobne - które należało poddać podobnej obróbce. To właśnie ze względu na czasochłonność opracowań wstępnych przekładów ostateczne wydanie słownika nowomowy zaplanowano dopiero na rok 2050.