1941 Najkrótsza noc - Mariusz Tkaczyk

-
Proszę czekać

Prolog

Nowy Jork, Stany Zjednoczone, 31 sierpnia 1940 roku.

Mężczyzna siedział za biurkiem i przeglądał kolejne raporty, które przyniósł dwie godziny wcześniej sekretarz. Za oknami miał widok z góry na prawie cały Manhattan. W pełnym skupieniu wyciszonego gabinetu robił swoje dopiski na dokumentach. Interesy mogłyby iść lepiej. Zyski globalne były tylko dwudziestoprocentowe, ale interesami zajmował się jego ojciec 30 lat wcześniej. Te, które mu zostawił, były tak ogromne, że pieniądze się same pomnażały, a on zaczął poświęcać uwagę całkiem innym sprawom. Raporty przeczytał uważnie. Znalazł błędy, naniósł odpowiednie uwagi. Ludzie się niczego nie nauczyli. Uważali, że mogą go bezkarnie oszukać, przeciwstawić się jego firmom, próbować ocalić swoją własność, kiedy do jego dyspozycji stały wszystkie instytucje państwa, każda gazeta i głos w radiu.

Kiedy skończył, odłożył raporty i sięgnął po dużą mapę świata zwiniętą w stojaku. Rozłożył ją na biurku, wygładził i przycisnął rogi przedmiotami z biurka. Jutro zaczynie się drugi rok wojny. Wojny odległej od Ameryki, która toczyła się gdzieś na końcu świata. Wojny pieczołowicie przygotowywanej od piętnastu lat. Pieniądze popłynęły z Ameryki tam, gdzie mogły najwięcej zdziałać. Co wywołało w kraju Wielki Kryzys, ale to nie było jego zmartwienie. On nic na tym nie stracił, a wręcz przeciwnie. Pokonani podnieśli się z kolan żądni zemsty, a zwycięzców upokorzono w Nadrenii i Monachium. Ambasadorzy docierali wszędzie i wszystkim obiecywali sojusze i wsparcie. Spisano obietnice dawane królom operetkowych krajów, które nigdy nie miały być dotrzymane. A ludzie byli tylko ludźmi, zawsze gotowymi walczyć o każdą bzdurę.

Świat miał się zmienić. Słabi mieli zostać zniszczeni przez silnych. Imperium Brytyjskie miało upaść, a Stany Zjednoczone będą rządzić światem. Z pieniędzmi, które już nie będą miały pokrycia w złocie i można je będzie drukować dzień i noc. Nie wszyscy w wewnętrznym kręgu o tym wiedzieli. Tylko Rothschildowie, ale oni zdążyli się już z tym pogodzić. Będą rządzić pieniędzmi świata z Londynu, ale słońce będzie w końcu zachodzić nad resztkami Imperium. Reszta myślała, że jak zwykle chodzi tylko o wielkie zyski z wojny. A kiedy się zorientują, przyznają mu rację, chociaż nie będą mieli ojczystych krajów, do których mogliby wrócić. Ale oni przecież nigdy nie mieli swojego kraju. Może dwa tysiące lat temu.

Siedział tak chwilę i patrzył na płaski świat, a potem wyjął z szuflady kredki i jak dziecko w przedszkolu zaczął kolorować mapę. Te miejsca, które były jeszcze białe. Bo mapa była już w większości pomalowana. Stany Zjednoczone? Od bieguna do Kanału Panamskiego, strategiczne wyspy na Atlantyku i Pacyfik współdzielony z Imperium Brytyjskim. Na południu Ameryk konfederacja mówiących po hiszpańsku dzikusów z dżungli i z południowych pampasów. Zjednoczona Afryka i Unia arabów na półwyspie. Wielkie Indie i wielkie Chiny. Ale ciągle miał wątpliwości. Kto miał dostać pokonane Niemcy? Czy ma je przyłączyć do Unii Europejskiej? Tylko że są za silne i natychmiast zdominują mizerną resztę. Czy je podzielić na pół, czy może oddać całe Rosji? Jeśli by to zobaczyli Warburgowie to chyba by natychmiast dostali zawału. Iran? Stalin stanowczo chciał mieć dostęp do Oceanu Indyjskiego. A Anglicy uważali, że to ich poletko i ich ropa. Tu musi być stanowczy. Rosja sama musi wybrać czy chce Turcję, czy Iran. Trzeba się jeszcze zastanowić... Pomalował jeszcze Włochy na brązowo, dodając je do Unii Europejskiej, a Finlandię na czerwono. I dopisał w nazwie republika radziecka. Podobne dopiski miała już Polska, Czechosłowacja, Rumunia i wiele innych krajów.

Podrapał się po haczykowatym nosie. No cóż, każe wydrukować tę nową mapę świata, żeby stała się oficjalna. Albo jeszcze zaczeka z pół roku...

Rozmowy

Cap Gris Nez, Francja, 1 września 1940 roku.

Skalisty przylądek nad Kanałem La Manche zwykle nie był szczególnie uczęszczanym miejscem. Co pewien czas pojawiali się na nim ludzie. Przybywali z daleka, żeby popatrzeć na białe klify Dover po drugiej stronie cieśniny. Z różnymi zamiarami, które można było rozpoznać po czasie spędzonym na obserwacji. Jeśli było to kilka krótkich spojrzeń, mieszkańcy lądu po drugiej stronie mogli spać spokojnie. A jeśli goście zasiedzieli się na dłużej, oznaczało to, że mają całkiem inne zamiary. W 55 roku przed naszą erą Cezar wysłuchiwał tutaj swoich szpiegów i zwiadowców, planując wyprawę na drugą stronę. 1690 rok powitał Ludwika XIV konferującego z admirałem de Tourville, który po zwycięstwie pod Beachy Head otworzył Francuzom drogę przez Kanał. W lipcu 1805 roku cesarz Napoleon, siedząc na krześle, patrzył przez lunetę i klął swojego admirała Villeneuve'a za nieudolność. W 1940 roku pośród niskich krzewów przylądka pojawili się Niemcy. I wydawało się, że chcą zabawić na dłużej.

- Cholerni angole! - Porucznik Kurt Miller dał się ponieść emocjom, ale jego sąsiad przy lornecie polowej nawet nie oderwał wzroku od spektaklu, który rozgrywał się na wodzie.

Ponad 500 metrów od szczytu klifu, z którego obserwowali Kanał, brytyjski Hurricane po oddaniu serii z karabinów maszynowych właśnie kończył zgrabną pętlę i wracał w stronę Dover. Jego cel biały wodnosamolot Heinkel He 59 z Seenotdienst, ratownictwa morskiego Luftwaffe, nieuszkodzony kołysał się spokojnie na małych falach. Dwóch członków załogi zeszło po drabince na pływak i próbowało wyciągnąć na pokład jakiegoś nieszczęsnego pilota, który spadł na spadochronie pół godziny wcześniej.

- I w dodatku trafił się jakiś słabo widzący, nie zauważył czerwonych krzyży. - Dodał porucznik - Jeśli już takich wysyłają do walki, to będziecie ich strącać na kopy.

- Tak pięknie to nie jest. Rzeczywiście ciężko tych krzyży nie zauważyć na skrzydłach i kadłubie. - Podporucznik w szaro-niebieskim mundurze Luftwaffe i z ręką na temblaku odsunął się od lunety. - Oni od sierpnia celowo strzelają do naszych ratowników jak do kaczek.

- Ach. To pewnie to sławne brytyjskie fair play...

- Tak. Zabawa dżentelmenów.

- Tylko czy oni nie wiedzą, że wojna już się skończyła? Może powinniście im zrzucić jakieś ulotki albo gazety. Najlepiej po angielsku. - Miller wyjął z kieszeni paczkę przydziałowych papierosów w czerwonym opakowaniu, Milde Sorte. - Zapali pan poruczniku?

Pilot Hurricana Jack Haig nie wiedział. A jeśli ktoś chciałby go o to zapytać, to by powiedział, że ta cholerna wojna zaczęła się wczoraj. Poprzedniego dnia, w sobotę jego 72 dywizjon przeleciał ze spokojnego Acklington, gdzie do tej pory stacjonował, do Biggin Hill pod Londynem. Czyli do centrum piekła. Lądowali na pasach, na których jeszcze zasypywano dziury po porannym nalocie He 111. Wśród zniszczonych budynków lotniska przeszli szybką odprawę i poderwano ich w powietrze, gdzie próbowali przechwycić uciekające Ju 88 i bf 110, które zbombardowały lotnisko Hornchurch. A kiedy bez sukcesu wrócili wieczorem przed 19, musieli czekać w powietrzu na zasypanie, chociaż części nowych dziur na pasach, które zrobiły bomby z wieczornego nalotu Dornierów z pułku III/KG76 specjalizujących się w atakach z małej wysokości. Całą noc ekipy naprawcze przywracały zasilanie elektryczne i łączność w centrum operacyjnym, odgruzowywały zbombardowane hangary i wyrównywały pasy startowe. A w niedzielę o jedenastej Niemcy znowu wrócili. Dywizjon poderwano w powietrze i kontroler usiłował naprowadzić go na Heinkle, które bombardowały Detling. Ale w powietrzu czekała na nich nieprzyjemna niespodzianka w postaci myśliwców bf 109, których tym razem rozkazy operacyjne nie uwiązały do ścisłej osłony bombowców. Niemieccy myśliwcy w niechlujnym szyku, czwórkami robili to, co lubili najbardziej, czyli swobodne polowanie. Albo inaczej atak lotem nurkowym od strony słońca z przewagą wysokości na nieświadomych ich obecności przeciwników. Pierwszymi ofiarami zostali dwaj skrzydłowi piloci ostatniej trójki, pięknej dla oka formacji dywizjonu. A potem nastąpił chaos walk kołowych i po dwóch minutach tylko nietknięta druga trójka z lewoskrzydłowym Jackiem Haigiem, prawoskrzydłowym sierżantem Peterem Shortem i prowadzącym klucza porucznikiem Percym Burtonem usiłowała doścignąć rozsypane po niebie Heinkle, rozpaczliwie usiłujące wrócić cało na własne lotnisko w Lile-Nord, St. Trond, Le Culot czy raczej gdziekolwiek, byle po drugiej stronie kanału.

Niemieccy piloci He 111 na wysokości trzech i pół tysiąca metrów usiłowali wydusić wszystko z dwóch silników swoich bombowców. Pod koniec lat trzydziestych był to najszybszy samolot bombowy na świecie, ale teraz to "wszystko", to było 370 km/h wobec 460 km/h ścigającej ich trójki Hurricanów, która dodatkowo szła w górę i usiłowała zyskać przewagę wysokości. Nad Dover trójka Anglików rozdzieliła się i płytkim lotem nurkowym każdy z nich zaatakował swojego Heinkela z lewej strony, od tyłu. Gdyby Niemcy tworzyli formację klucza, to ogień z trzech wieżyczek mógłby przynajmniej nastraszyć atakujących, a tak każdy strzelec w górnej wieżyczce Heinkela miał pojedynczy kaem przeciwko ośmiu w każdym Hurricanie. Haig zanurkował pierwszy i nie trafił żadną z dwóch krótkich serii, prowadzący klucza zaczął strzelanie na 300 metrach, ale pociski, które podziurawiły kadłub przed górną wieżyczką i prawe skrzydło He 111 nie spowodowały żadnych odczuwalnych zniszczeń. A Peter Short stoczył przegraną walkę z nowym refleksyjnym celownikiem GM-2 swojego Hurricana. Podświetlone koło z krzyżem celowniczym rozmazywało się na szybce i pilot oddał dwie krótkie serie, celując w górną wieżyczkę. Obie niecelne. Wszystko to trwało 20 sekund. Brytyjskie myśliwce po ataku wyszły w górę, a piloci spojrzeli w kierunku Heinkli, z nikłą nadzieją, że zobaczą, chociaż dym za uciekającymi Niemcami. Ale nie zobaczyli nic. Heinkle znalazły chmurę i zniknęły nad Kanałem.

Trzy Hurricany utworzyły ponownie dosyć kulawy klucz i wdrapały się na 5 tysięcy metrów. Porucznik Barton wobec chmur zalegających w kierunku Calais postanowił przelecieć wzdłuż Kanału w drugą stronę, gdzie niebo było bezchmurne. A nóż trafią jakichś wracających Niemców? Bo inaczej będzie się musiał zmierzyć z zakazem zapuszczania się nad Kanał wydanym przez dowództwo 11 Grupy Myśliwskiej. Martwił się też amunicją, bo sam strzelał ponad 10 sekund. Dlatego też, gdy pojawił się na dole, odcinający się na tle wody biały He 59, wydelegował skrzydłowego.

- Żółty 3, bierz ten wodnosamolot. Będziemy cię osłaniać.

- Potwierdzam. - I żółty 3, czyli osobiście Jack Haig wykonał swój nieudany atak obserwowany w Cap Griz Nez. Dowódca z góry obserwował skutki i odezwał się ponownie.

- Żółty 3 czy możesz to powtórzyć? Czy mamy ci pomoc?

- Tak żółty jeden, zejdę jeszcze raz. - Ale po tym, co zobaczył na dole, sierżant Haig nabrał wątpliwości. - Tylko że oni podnoszą pilota z wody. Potwierdź żółty jeden.

- Tu żółty jeden. Potwierdzam. - I porucznik Burton dodał jeszcze cicho do mikrofonu. - Takie mamy rozkazy.

- Co za skurwysyn! - Gefreiter Schulz usiłował krótkim bosakiem zahaczyć kamizelkę ratunkową mało przytomnego pilota, który podskakiwał na fali. Jeśli drugi sierżant byłby ciekaw i spytał go, który konkretnie, to Schulz miał aktualnie czterech kandydatów. Na pierwszym miejscu był na pewno durny pilot myśliwca, który ich ostrzelał. Na drugim kontroler z Ostendy, który zamiast wysłać motorówkę z Calais, wysłał ich jak latającego baranka na rzeź. Kolejnym kandydatem był oberfeldwebel Sellhorn z bazy. Kiedy okazało się, że Anglicy walą do nich, jak do tarcz strzelniczych nie załatwił dla wszystkich farby maskującej, a wodnopłat Schulza czekał ostatni w kolejce. Ostatni kandydat nie współpracował przy wyciąganiu, moczył się w wodzie i w dodatku nie był Niemcem.

- Zginę tu, ratując cholernego angola!

Drugi sierżant, który razem z nim usiłował nie spaść z pływaka i jeszcze trzymał go za pasek, nie miał takich wątpliwości.

- Wszystko mi jedno gdzie chcesz zginąć. Tylko się pośpiesz! Bo musimy się stąd wynosić.

- Dobra, dobra. Już go prawie mam. - Hak bosaka tym razem się nie ześlizgnął i ciało pilota wylądowało na lewym pływaku Heinkela. Schulz wyprostował się i spojrzał na kolegę. - Idź do środka i przynieś linę. Chyba ciągle jest nieprzytomny. Obwiążemy go i będziesz go wciągał do góry, a ja z dołu.

- Mam tylko nadzieję, że zdążymy, zanim wróci. - Drugi sierżant spojrzał na niebo nad Kanałem.

Ale nie zdążyli.

Hurricane Haiga zatoczył półkole, wspinając się na 2 tysiące metrów.

- Takie mamy rozkazy... - Rozmyślał pilot. - A jeśli spadnę tu do morza, to nikt mnie nie wyciągnie. Nasi nie przypłyną i Niemcy nie przylecą. Ponure umieranie w wodzie... Dość. Musi załatwić ten wodnosamolot. Poprzednio celował w kabinę, to może teraz silniki? Gdzie on ma zbiorniki paliwa? Chyba w skrzydłach blisko kadłuba. I niech to będzie płytsze nurkowanie. Będzie więcej czasu na strzelanie.

- Tu żółty 3. Atakuję. Bez odbioru.

Zaczął strzelać z czterystu metrów. Pociski początkowo siekły wodę, ale gdy trochę wyrównał, zaczęły trafiać Heinkla w skrzydło i kadłub.

Na drabince zginęli obaj niemieccy sierżanci z załogi i brytyjski pilot z 79 dywizjonu, którego ratowali. Wybuchł lewy skrzydłowy zbiornik paliwa i Heinkel zaczął się palić. Pilot i nawigator wyskoczyli do morza. A Haig poderwał Hurricana z nurkowania do góry i nie zobaczył efektów swojego ataku.

Po francuskiej stronie Kanału też próbowali zdążyć. A konkretnie obsługa działa Flak 19 z baterii przeciwlotniczej Luftwaffe. Rankiem transporter półgąsienicowy ciągnąc działo, wyjechał z Calais, dotarł na przylądek przed południem i tu zaczęły się problemy. Dowódca działa feldwebel Hans Greiner, powinien rozłożyć działo na końcu przylądka, w sąsiedztwie posterunku obserwacyjnego Luftwaffe. Tylko brzeg przylądka właśnie obsiadły jak mewy świeżą padlinę, wysokie szarże Wehrmachtu. Na pomysł tej wycieczki wpadli oficerowie Kriegsmarine w czasie narady i gry wojennej w Dunkierce. Chcieli, żeby oficerowie armii na własne oczy zobaczyli, że kanał nie jest takim trochę większym strumieniem i nie da się szybko przerzucić mostu, ani przepłynąć go składanymi łodziami desantowymi.

- Sierżancie, jak już feldmarszałek von Runstedt i wszyscy generałowie się napatrzą na Anglię, to rozstawi pan swoje działo. W końcu dzisiaj nie jest to sprawa życia czy śmierci, bo to nie Anglicy szykują się do inwazji. - Hans usłyszał to od zwyczajnego kapitana, który przypadkiem chyba zaplątał się wśród tylu wyższych szarż.

Tak więc działo stało nadal na kołach, za plecami oficerów z lornetkami, 50 metrów od krawędzi klifu. A Greiner przez sieć łączności Luftwaffe z radiostacji na posterunku usiłował złapać swojego dowódcę baterii i przekazać mu te wieści. W tym czasie jak zauważył, jego ludzie, zamiast rozkładać się na siedzeniach i ziewać czy palić papierosy, umiejętnie udawali, że są szalenie zajęci przy dziale i ciągniku. Są dobrze wyszkoleni. Żaden oficer się do nich nie przyczepi.

A połączenia nie udało się na razie nawiązać.

- Sierżancie w takim razie przekażcie do Calais, że trzecie działo drugiej baterii jest na pozycji. I niech to przekażą dowódcy drugiej baterii, jak będzie łączność. - A ja sobie popatrzę na morze.

A potem angielski Hurricane ostrzelał He 19 na wodzie. Pierwsza natrętna myśl, jaka mu przyszła do głowy była taka, że on tutaj odpowiada za obronę przeciwlotniczą. I w tym momencie szkolenie przejęło odpowiedzialność za jego ruchy. Biegnąc w kierunku swoich ludzi, usłyszał jeszcze zza pleców "Cholerni angole!", ale nie zwracał już na to uwagi.

- Działo zająć stanowisko! - Krzyknął i jego ludzie rzucili się do armaty.

- Przetoczyć tam, pięć metrów przed krawędzią. - Pokazał ręką w kierunku klifu i grupy generałów.

Załoga złapała siedmiotonowe działo i zaczęła je przetaczać, generałowie rozpierzchli się na lewo i prawo zbierając po drodze lunety polowe.

- Opuszczać! - Usłyszał znajome odliczanie fliegera Rittera obsługującego przednią wciągarkę. - Trzynaście, czternaście, piętnaście... opuszczać dalej! Przód i tył gotowe!

- Odtoczyć podwozie! - Zobaczył, jak odciągają przedni i tylny wózek, Ratha poziomującego kluczem przedni ogon łoża i podnoszącego rękę na znak, że skończył.

- Wbić kołki! - W międzyczasie założono kątomierz, a dalmierzysta wyciągnął sprzęt z pudła.

- Lufa wolna! - Minęło chyba prawie dwie minuty. Celowniczy wdrapał się na siodełko, a Greiner złapał go za ramię. - Kierunek zasadniczy! - i pokazał na białego Heinkla.

- Działo gotowe!

- Heinkel odległość 620 metrów.

Odsunął się w prawo od działa i spojrzał na niebo nad Kanałem. Hurricane, który wyrwał do góry, teraz wracał w płytkim nurkowaniu.

- Sierżancie mamy tylko przeciwpancerne. - Greiner odwrócił się do mówiącego Rittera, który pokazywał na wiklinowe kosze z amunicją leżące za działem.

- Wiem. - Mruknął do Rittera, a głośno krzyknął. - Ładuj przeciwpancerny!

- Lewo 10,cel myśliwiec, przeciwpancernym. Odległość 2000, wysokość 600. - Celowniczy gorączkowo nanosił poprawki. - Ognia!

Hawker Hurricane nietknięty leciał dalej i otworzył ogień do Heinkla.

- Zrób to, co poprzednio. No zrób. - Pomyślał gorączkowo Greiner. A potem podał nowe namiary. - Lewo 20, myśliwiec, przeciwpancernym. Odległość 500, wysokość 200.

Heinkel trafiony w zbiornik paliwa zaczął płonąć, Hurricane przestał strzelać i wychodził w górę.

- No zrób to jeszcze raz tak samo. - Zaklinał Greiner.

Pilot Hurricana nie zamierzał nic zmieniać w sposobie latania. Wyszedł wysoką świecą w niebo, lekko skręcając w lewo. Celowniczy poczekał, aż samolot ustawi się największą widoczną powierzchnią.

- Ognia! - Lufa działa pieszczotliwie zwanego "acht acht" cofnęła się, wypluwając 9-kilogramowy pocisk przeciwpancerny. Jego lot na tym dystansie trwał niecałe pół sekundy. Trafił w kabinę Hurricana od dołu i urwał pilotowi prawą nogę. Przebijając przedni, grawitacyjny zbiornik paliwa zgubił czepiec balistyczny i ochronny, a samą skorupą wybił z kadłuba silnik Merlina. Jego zapalnik uderzeniowy w ogóle nie zadziałał. I wcale nie musiał, bo iskry spowodowały wybuch paliwa, a myśliwiec bez dziobu jeszcze chwilę się wznosił, a potem spadł do morza, zabijając nieprzytomnego pilota.

Na przylądku rozległy się wiwaty. Hans miał ochotę przysiąść na chwilę na wózkach działa albo chociaż na wysokiej trawie, ale szybko znalazł go znajomy kapitan.

- Sierżancie, ty tu dowodzisz? Marszałek chce złożyć gratulacje.

Hans nigdy na żywo nie widział jeszcze marszałka na żywo, ale skoro wiedział, kogo ma szukać, rozpoznał go po liściach dębu na patkach kołnierzowych. Zasalutował.

- Feldwebel Greiner 2 bateria 102 pułku przeciwlotniczego melduje się na rozkaz.

- Spocznijcie sierżancie. - Feldmarszałek Gerd von Rundstedt wyciągnął rękę do Hansa. - Pragnę wam pogratulować sprawności i celnego strzelania.

- Dziękuję marszałku, ale to zasługa moich działonowych i celowniczego Karla Ratha.

- Ale to pan ich szkolił i dowodzi. - Von Rundstedt spojrzał mu w oczy. - I szybko rozgonił pan moich generałów. Może powinienem wziąć pana do sztabu?

- Lepiej nie, panie marszałku.

- Może macie rację, kapitan Schulze też sobie radzi. Jeszcze raz gratuluję.

Hans Greiner z ulgą wrócił do działa. Teraz będą mogli namalować pierwszy pierścień na lufie.

Porucznik Percy Barton zszokowany patrzył na obie kule ognia poniżej. Mniejsza po strąconym Hurricanie szybko zniknęła, ale Heinkel nadal się palił.

- Żółty jeden. Jakie rozkazy? - Natarczywy głos w słuchawkach przywołał go do rzeczywistości.

- Wracamy do domu. Kurs 280.

Obydwa ostatnie w powietrzu Hurricany z 72 dywizjonu zrobiły zwrot na północny zachód i weszły na wysokość pięciu tysięcy metrów. Myśliwi wracający do domu bez zdobyczy.

- A tak myśliwy staje się zwierzyną. - Pomyślał Uwe Steinhilper, patrząc w dół na dwa angielskie Hurricany lecące prostym kursem i mijające właśnie brytyjski brzeg Kanału. - Co prawda chyba nie moją, tylko oberleutnanta Joachima Müncheberga. Takie życie...

Dwa niemieckie bf 109E wisiały ponad kilometr wyżej od Hurricanów wracających do Anglii. Należały do 7 dywizjonu, 26 pułku myśliwskiego dowodzonego aktualnie przez majora Adolfa Gallanda. Rano i po południu osłaniały bombowce i Müncheberg, który był dowódcą dywizjonu, zestrzelił podczas drugiego lotu, w walce kołowej angielskiego Spitfira. Potem jak zwykle z braku paliwa musieli wracać i wylądowali na sąsiedzkim lotnisku w Maquise. Tylko, zamiast zatankować, uzupełnić amunicję i wracać do siebie, do Caffiers, dowódca zamierzał dodać kolejne zestrzelenie i odebrać wkrótce swój Krzyż Rycerski.

- Więc znowu jesteśmy nad Kanałem. Dopiero trzeci raz dzisiaj. To taki piękny i relaksujący dzień, że nawet tyłek i plecy mnie dzisiaj nie bolą. - Steinhilper delikatnie przechylił drążek sterowy do siebie, żeby utrzymać swoją pozycję. Trochę powyżej i po prawej stronie bf 109 dowódcy. Wysokościomierz pokazał 5200 metrów. No cóż, jak przystało na dobrego katzschmarka, podążał wiernie jak pies za swoim panem, strzegąc mu pleców i zadowalając się resztkami. Tylko może los się odwróci. Tydzień wcześniej, niezadowolony z działań myśliwców nad Anglią feldmarszałek Erchard Milch awansował na dowódców asów myśliwskich, dzięki czemu Müncheberg, który do tej pory był katzschmarkiem, czyli skrzydłowym Gallanda, dostał dowództwo dywizjonu. A teraz zapowiada się łatwe polowanie, ale jeśli nie trafią pierwszą serią, to będzie rycerska walka kołowa na małej wysokości. Dobrze, że to nie Spitfiry...

Na razie musi się rozglądać w ciasnej kabinie Messerschmitta i czekać na sygnał do ataku.

- Atakuję! Za mną! - Bf 109 Müncheberga położył się na lewe skrzydło i zanurkował, Steinhilper sekundy później zrobił to samo. Dwa działka pierwszego Messerschmitta przeorały kabinę i kadłub prowadzącego Brytyjczyka. Drugi Hurricane rzucił się za nim do nurkowania i jak zauważył Steinhilper, oddał nawet serię z karabinów maszynowych. Delikatnym naciśnięciem pedałów naprowadził dziób swojego bf 109 na wroga, który tymczasem wszedł w ostry korkociąg i sam wszedł w środek koła celownika. Uwe wcisnął spust i jednocześnie obydwa działka i skrzydłowe kaemy rzygnęły pociskami. Messerschmitt przemknął za ogonem Hurricana i wyprostował lot. Steinhilper rozglądał się po niebie, chcąc się zorientować w sytuacji.

- Dobra robota Uwe. - Usłyszał w słuchawkach. Dowódca zorientował się wcześniej. Pierwszy Hurricane był wrakiem na ziemi, a drugi oddalał się na zachód, porządnie dymiąc z silnika. - Dołącz do mnie. Wracamy do domu.

Sierżant Peter Short nie zauważył Niemca nurkującego od strony słońca, ale zauważył pociski dziurawiące kabinę i kadłub Hurricana dowódcy. Zaraz potem przemknął w dół bf 109 z żółtymi końcami skrzydeł i dziobem, nie do pomylenia z brytyjskimi samolotami.

- Poruczniku biorę tego huna! - Krzyknął do mikrofonu i rzucił swojego Hurricana do nurkowania za Messerschmittem. Z dwustu metrów otworzył ogień. Za niemieckim myśliwcem pokazała się cienka strużka dymu. Nie zdążył powtórzyć serii, bo silnik Merlina się zakrztusił.

- To znowu ten cholerny gaźnik. - Pomyślał i wyprowadził myśliwiec z nurkowania w ostry korkociąg, żeby zmusić silnik do działania.

A potem usłyszał pociski dziurawiące jego Hurricana i nic nie zobaczył, bo przednią szybę zalał glikol z trafionej chłodnicy.

- Spokojnie, spokojnie, nic się jeszcze nie dzieje. - Spojrzał na boki przez pleksiglasową osłonę kabiny. Zobaczył zielone pola na dole, ale nie dojrzał żadnego samolotu ani swojego, ani wrogiego.

- Żółty jeden! Trafili mnie! Poruczniku, gdzie pan jest? - Ale słuchawki radia nie odpowiedziały. Wyrównał lot na tysiącu metrów i zauważył coraz gęstszy dym.

- Żółty jeden! Mój Hurricane się pali. Opuszczam samolot. - I znowu nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Ciągle leciał ponad 300 km/h i z zatrzaśniętą osłoną. Szarpnął dwa razy przetyczkę nad głową bez skutku. Dopiero za trzecim razem rozrywając rękawiczkę, udało się zgubić bolce, a luźna osłona odleciała w tył. Rozpiął pasy, powoli wyprostowywał się, aż pęd powietrza zrobił swoje i wyrzucił go na zewnątrz. Uniknął zderzenia ze statecznikiem poziomym, a po trzech sekundach szarpnął za linkę spadochronu, a ten szczęśliwie się otworzył.

Żyję. Te dziesięć szylingów za składanie spadochronu, to najlepiej wydane w życiu pieniądze - pomyślał Short, kołysząc się pod otwartą czaszą. Wiatr zaniósł go nad puste pole obok jakichś zabudowań, a na jego końcu paliły się szczątki samolotu, który wyprzedził go w drodze na dół.

A potem było zderzenie z twardą ziemią i próby rozpięcia spadochronu, który przeciągnął go piętnaście metrów po polu.

Short siadł na ziemi i bezskutecznie szukał zapalniczki w kieszeniach kurtki. Od strony zabudowań biegli do niego ludzie, tak na oko sądząc, chyba cała okoliczna wioska. Co więcej, każdy wyposażony był w jakiś poręczny sprzęt rolniczy, chociaż przeważały widły.

- Brakuje im tylko pochodni w rękach. I powinni coś krzyczeć... - Peter przypomniał sobie seans filmowy, na który wkradł się z kumplami ze szkoły podstawowej. A potem przez dwa miesiące miał po nim koszmary. - Dobrze, że ja nie jestem pozszywanym z kawałków Borisem Karloffem.

Najżwawszy wysoki pięćdziesięciolatek, który wysforował się przed resztą biegnących, rozejrzał się i przezornie zwolnił, aż kilku następnych do niego dołączy. A potem wycelował widły, które niósł ze sobą prosto w głowę pilota. Z tylnych szeregów dobiegły pierwsze nieśmiałe i niewyraźne na razie okrzyki. Coś jakby "Zabić szkopa!"

Peterowi jeszcze trzęsły się ręce, więc rozsypał na ziemię kilka papierosów z paczki, zanim udało mu się utrzymać jednego w dłoni. W tym czasie kilka obserwujących go z zaciętymi minami osób powiększyło się do sporego tłumu. Najwyższy czas coś zrobić, zanim zginie w milczeniu, przebity widłami. Albo zagonią go do najbliższego wiatraka i spalą...

- Jak mniemam, pan jest właścicielem tej posiadłości? - Zwrócił się do tego, który przybiegł pierwszy.

- Hmm... Ano ja jestem. - Usłyszał w odpowiedzi.

- A ja jestem sierżant Short z lotnictwa. Niezmiernie mi przykro, że wylądowałem na pańskim polu i mogłem zniszczyć rośliny, które tu rosną... - Tu spojrzał na gołą ziemię. - Albo mogłyby wyrosnąć...

- On nie szkop. - Zawiedzionym głosem oznajmił farmer reszcie tłumu.

- Jak widać, ja nie szkop. A teraz potrzebuję transportu do bazy Biggin Hill, jeśli łaska. - Najbliższe widły widocznie opadły ku dołowi. - I jeszcze...

- Tak?

- Czy ktoś mógłby mi służyć ogniem? - Peter wskazał ręką kraniec pola. - Trochę mi nie wypada przypalać papierosa od własnego samolotu...

- Przepraszam, że się nie przedstawiłem poruczniku. Jestem Kurt Miller z 4 pancernej. - Porucznik w czarnym mundurze przełożył paczkę papierosów do lewej ręki, a prawą wyciągnął w kierunku oficera Luftwaffe.

- Miło poznać. - Ten ją uścisnął. - Johan Steiner 7 Dywizja lotnicza.

- Czyli jest pan uziemionym asem przestworzy poruczniku? - Miller pokazał palcem lewą rękę Steinera na temblaku.

- Tak jakby. Tylko nie z tych dzielnie latających. - Steiner pokazał najpierw ręką na niebo, a potem na plakietkę na piersi i się uśmiechnął. - Z takich asów notorycznie spadających z nieba na ziemię.

- Aha, spadochroniarze. Przepraszam, że nie poznałem od razu.

- A ja w pierwszej chwili wziąłem pana za SS-mana i chciałem podziękować za uratowanie dupy w Holandii.

- Niestety nie byłem w Holandii. Przejechaliśmy przez Belgię do Dunkierki... A jak tam było?

- Jak zawsze. Do dupy. Zrzucili nas pierwszego dnia. Opanowaliśmy most pod Dortrechtem na rzece Waal. A potem wszyscy Holendrzy w okolicy uparli się, żeby nas zabić. Samochody pancerne, piechota, kutry na rzece, ale się utrzymaliśmy. Cztery dni. Przyjechali esesmani z Leibstandarte i nas zluzowali, a Holendrzy się w międzyczasie poddali.

- No tak. Anglicy twierdzą, że lądujecie przebrani za księży i zakonnice.

- W życiu nie założyłem sukienki ani nikt kogo znam. Ci angole są jacyś zboczeni... - Steiner zaciągnął się papierosem. - Co do pana broni to czytałem też gdzieś, że wymyślili sobie, że mamy czołgi z tektury.

- A to nie oni, to Polacy w zeszłym roku. I nawet ta ich kawaleria próbowała na nas szarżować z szablami i lancami.

- Ale daliście radę?

- Jak widać, stoję tu cały i zdrowy. Szable się nie sprawdziły. - Miller uśmiechnął się gorzko. - Jakby umieli używać swoich Boforsów, to mógłbym tu nie stać. Bo okazało się, że nie mamy najlepszych czołgów na świecie...

- Nie boi się pan, że będę musiał pana zadenuncjować w gestapo, za sianie defetyzmu?

- Mnie? Przecież ja kocham czołgi! Rzuciłem studia na politechnice, żeby nimi jeździć. - Ponownie gorzki uśmiech zagościł na twarzy Millera. - A pan poruczniku? Kiedy przyszło panu do głowy, żeby wyskakiwać z całkiem dobrego samolotu w powietrzu?

- W 1937 roku. Myślałem, że to będzie coś niesamowitego, więc sam się zgłosiłem do przeniesienia z piechoty do kompanii spadochronowej Wehrmachtu. Potem wcielili nas do Luftwaffe. I potem już się nad tym nie zastanawiałem. Ani w Polsce, ani w Norwegii, ani w Holandii. A teraz już wiem, że to jest niesamowite i na nic innego bym tego nie zamienił.

- I będzie pan tam lądował? - Miller pokazał na angielski brzeg Kanału. - Jeśli to nie ściśle tajne oczywiście.

- Prędzej czy później pewnie obaj tam trafimy. A ja wolę samolot od tych kołyszących łupinek na morzu.

- To prędzej czy później?

- Jeśli tylko nasze asy przestworzy przestaną się obijać to prędzej. My to wiemy i Anglicy wiedzą też.

- A jeśli później?

- To dopiero w przyszłym roku. - Odparł, krzywiąc się, Steiner. - W październiku zaczynają się sztormy. To znaczy duże fale, wiatr i takie tam. Można się porzygać. I jeszcze muszą być jakieś korzystne przypływy i odpływy albo coś w tym rodzaju. Woda podobno podnosi się tu i opada cztery metry w ciągu dnia.

- Żartuje sobie pan ze mnie poruczniku?

- Na pewno nie. Chyba że to Kriegsmarine nas obu robi w konia. Ja się nie znam się na morzu.

- Czyli wysadzają mój czołg na plaży i za chwilę zalewa go woda?

- Jakoś tak. Tylko nie za chwilę. Może za godzinę. - Steiner poprawił na ramieniu chustę podtrzymującą gips. - Ale potem znowu opada i może pan odzyskać swój czołg. Tylko trochę mokry. A jeśli pan nie zamknął włazów, to trzeba będzie jeszcze wygonić ryby czy inne morskie stwory.

- Nie jest tak źle. Dostaliśmy kilka podwodnych czołgów z taką wielką rurą do nieba. Sam je widziałem. - Miller się uśmiechnął. - Stąd do Anglii nie przejadą po dnie, ale na plaży to chyba dadzą radę.

- Może i tak...

- A jak tajna narada? Jeśli to nie tajemnica wojskowa. Udana?

- Chyba nie bardzo. Generałowie marnie dogadują się z admirałami.

- A mamy jeszcze admirałów i jakieś okręty po Norwegii?

- Admirałom okręty chyba nie są niezbędne do szczęścia. - Tym razem Steiner wyciągnął papierosy i poczęstował Millera. - Wystarczą jakieś kajaki. Dużo małych kajaków.

- A o co się kłócą?

- Normalnie. O to ilu żołnierzy zmieści się w kajaku? I czy na jeden kajak do przeprawy wystarczy jedno wiosło, czy potrzeba dwóch.

- Całe szczęście, że moich czołgów nie można przewieźć kajakiem. - Miller wyraźnie się ucieszył.

- Niech pan się poruczniku nie cieszy przedwcześnie, bo ktoś wpadnie na pomysł, żeby go ustawić na dziesięciu i może nie utonie.

- Będzie, co będzie, nie ma się czym martwić...

- Pewnie. - Steiner machnął zdrową ręką. - A co tu na ten brzeg sprowadziło pancerniaka?

- Hmm... Pewne zaszłości wojenne z czerwca. - Miller się zamyślił. - Zrobiłem coś, czego nie powinienem...

- Zbałamucił pan z córkę swojego dowódcy?

- Niestety nie.

- A może żonę? - Steiner był nieustępliwy.

- Też nie. Jakby to powiedzieć... - Miller chwilę się zastanawiał czy odpowiedzieć. - Wygrałem bitwę, na którą mi zabroniono pojechać.

- To chyba dobrze poruczniku. Może panu przypną Żelazny Krzyż?

- Albo to, albo rozstrzelają. Sami jeszcze nie wiedzą. - Porucznik się skrzywił. - Zdjęli mnie z dowodzenia. Generał miał zdecydować, co ze mną zrobić. Tylko generał się zmienił w międzyczasie. Żeby złapać nowego, wysłali mnie na konferencję, a potem tutaj. No i jestem. A mój nowy dowódca generał Hans von Boineburg-Lengsfeld właśnie wrócił do Paryża. Tak więc teraz muszę sobie zorganizować jakiś transport z tego zadupia.

- I tu los się do pana uśmiecha poruczniku. Nie mam wprawdzie dla pana czołgu, ale mam miejsce w Horchu, który zawiezie nas do pięknego Paryża. Póki nie odzyskam sprawności w ręce, wracam do kompanii szkolnej na Tempelhofie do Berlina.

- Będę nieskończenie wdzięczny...

- To proszę być o godzinie 16 na końcu tego miasteczka. Tam, gdzie wszyscy zaparkowali i szukać zakurzonego Horcha z orłem na boku, bez plandeki. I mnie.

- Jeszcze raz dziękuję. A co tu oprócz morza można jeszcze oglądać przez trzy godziny? - Miller zatoczył ręką półkole, pokazując okoliczne krzaki i nieliczne drzewa.

- Chyba w tym miasteczku widziałem gospodę. A jeśli ładne Francuzki nie dopiszą, to kilometr na zachód jest bateria albo dwie naszych dział kolejowych. Jeśli będzie pan miał szczęście, to trafi na strzelanie. A może nawet Anglicy się odgryzą. Podobno ustawili jakieś wielkie działo w Dover...

- Gospoda brzmi trochę atrakcyjniej. - Miller spojrzał ostatni raz na Kanał. - Ale może rzucę też okiem na działa. Nigdy nie widziałem ich w akcji.

- Ja też nie, ale podobno robią wrażenie.

- Ciekawe czy na Anglikach też?

- To zależy, jak są celne.

- Anglia to duża wyspa. Trudno spudłować.

Peter Short z ulgą zamknął drzwi baraku oficera dyżurnego w Biggin Hill. Ostrożnie, bo po ostatnim bombardowaniu barak zapadł się z jednej strony i wyglądało na to, że pierwszy mocniejszy podmuch wiatru poskłada go jak domek z kart. Na zewnątrz było już ciemno.

Mieszkańcy Felbridge, czyli wioski, obok której spadł, po odłożeniu wideł na bok okazali się na wyraz uczynni. Dostał jedzenie, a dwunastoletni dzieciak z kartką w ręku popedałował do nieodległego East Grinstead, żeby zgłosić jego znalezienie. Około 18 pojawił się samochód przysłany z bazy i w ciągu godziny był z powrotem na lotnisku.

- Dziękuję za raport sierżancie. Tego Messerschmitta zaliczymy panu jako uszkodzonego i nic więcej. Przykro mi, że pana dywizjon stracił dzisiaj czterech pilotów. Przenocujemy pana, a rano wyślemy do pozostałych, bo 72 dywizjon odesłaliśmy do Croydon. Jak pan zauważył, porządnie dziś oberwaliśmy. - Kapitan skrzywił się za biurkiem. - Żałuję, że tak krótko pan tu przebywał sierżancie. Kantyna jest jeszcze czynna, dostanie pan coś do jedzenia.

- Sir! - Short zasalutował i wyszedł na zewnątrz.

Stojąc jak otępiały przed barakiem, zastanawiał się, co ma ze sobą zrobić.

- Sierżancie! Czy pan jest z 72? - Dobiegło go z ciemności.

- Tak. - Odparł Short.

- Jestem John Ellis z 610. - Z mroku wyłoniła się sylwetka niewysokiego oficera. - Czy ma pan chwilę?

- Tak. A o co chodzi kapitanie?

- Bardzo mi przykro, że pana dywizjon dostał dzisiaj takie baty od szkopów. - Kapitan podszedł bliżej i wyciągnął rękę na powitanie. - To mój dywizjon zmienialiście tu w bazie. A ja tu zostałem i miałem was trochę wprowadzić. Wczoraj, ale nie zdążyłem z powodu tego... zamieszania.

- Tak kapitanie?

- Więc jeśli ma pan ochotę, to umówmy się w kantynie za pół godziny. Zdąży się pan przebrać i odświeżyć.

- Dobrze kapitanie. - Odpowiedział na głos Short. A pomyślał, że mógłby samotnie wypić dwa piwa i odespać cały ten cholerny dzień.

Wieczór wcale nie zakończył się w kantynie. Kapitan Ellis wyciągnął Shorta z bazy, a małomówny kierowca, który jechał z bazy po zaopatrzenie, podwiózł ich obrzeżami miasteczka pod pomalowany na biało i zielono jednopiętrowy budynek z szyldem Old Jail. Short poprzedniego dnia dowiedział się o pubie King's Arms i nieśmiało zasugerował go jako bliższą alternatywę. Kapitan był nieugięty. To jest nasz pub dla pilotów, no i trafiają tu ładniejsze dziewczyny. Peter na razie był zawiedziony dziewczynami, ale sądząc po tempie picia ginu, jakie narzucił kapitan, wkrótce nie będzie to miało żadnego znaczenia.

- A więc ściągnęli was tu prosto z północy? I do tej pory tak naprawdę nie walczyliście?

- Ale przecież nas szkolili...

- Tylko w czym? - Ellis upił kolejny łyk. - W ustawianiu równej formacji? Jak równo zakręcać sekcją?

- No tak...

- Sierżancie to jest chore. Leigh-Mallory w Duxford ćwiczy to swoje wielkie skrzydło, a przysyła tu was z północy zielonych jak szczypiorek na wiosnę. Żeby was dziesiątkowali pierwszego dnia. Czy on myśli, że jak wreszcie szkopy zobaczą pięć dywizjonów w równej, pięknej formacji jak na defiladzie, to zesrają się w gacie i sami pospadają z nieba?

Short nie przerywał monologu kapitana.

- Słuchasz sierżancie?

- Tak.

- Chcesz przeżyć? - Short skinął twierdząco głową. - A zwyciężać?

- Też.

- To słuchaj uważnie, póki jestem jeszcze trzeźwy. - Ellis stuknął pustą szklanką o blat stołu. - Samolot. Hurricane jest trochę wolniejszy od Messerschmitta, nie ma szans w nurkowaniu a w walce kołowej, dopóki nie trafisz na asa z drugiej strony to na remis. Jak ci wejdzie na ogon, to wywijaj się, jak umiesz. Tylko nigdy do góry, bo bf 109 jest szybszy. Z reguły to wy walczycie z bombowcami a my na Spitfirach z osłoną. Z ilu jardów strzelasz?

- Z trzystu jak się da.

- A trafiłeś już w coś? Może jesteś sierżancie strzelcem wyborowym?

- Nie. Chyba nie.

- To każ ustawić zbieżność karabinów zbrojmistrzowi na 70 jardów i nie marnuj pocisków na strzelanie do Niemców powyżej stu.

- Zapamiętam.

- Pożar już przećwiczyłeś i jesteś szczęściarzem sierżancie. Jak się pokaże pierwszy płomień na silniku, to się nie zastanawiaj, tylko od razu wyskakuj. W Hurricanach nie wszystkie zbiorniki są izolowane i palą się jak cholera...

- Widziałem... A chciałem się zapytać, czemu mi się celownik rozmazał na szybie?

- Ruszałeś głową na boki sierżancie przed strzelaniem?

- Może trochę tak.

- No to następnym razem nie ruszaj...

- Rozumiem. I coś jeszcze?

- A i jeszcze niech się sierżant nie wywyższa i dobrze żyje ze swoimi mechanikami. - Ellis się uśmiechnął i dodał. - I kolegami. Stawiasz następną kolejkę.

Peter przepchał się do oblężonego baru i zamówił całą butelkę. Barman za ladą otaksował go wzrokiem, jakby był gówniarzem, który zakradł się w czapce ojca i z domalowanymi wąsami do pubu, na pierwsze w życiu piwo. Ale to był bar pilotów i wkrótce z półlitrową butelką ginu, powrócił do stolika i nalał im obu.

Ellis wypił i stuknął pustą szklanką dwa razy.

- Latanie. My latamy czterema sekcjami V po trzy samoloty, równo jak na paradzie. I wszyscy, zamiast się rozglądać dookoła, pilnują położenia i równych odległości i wtedy spadają na nas Messerschmitty, których nikt nie zauważył. Niemcy wydaje się, latają bezładną kupą, ale tylko na pozór. Oni latają dwójkami, prowadzący to ten, co strzela i ten drugi, który go osłania z tyłu i góry.

- Właśnie mnie chyba dopadł ten drugi. A prowadzący dowódcę.

- Nie ciebie pierwszego.

- A co ja mam na to poradzić?

- Rozglądać się dookoła. Zmieniać kurs i być czujnym nawet nad własnym lotniskiem.

- A co z bombowcami, każdy z nas trafił i nic im nie zrobiliśmy?

- Strzelać z bliska, z każdej pozycji, z dołu, z góry, z boku i z przodu. Ja na swojego pierwszego Heinkla wywaliłem wszystkie pociski z magazynków, zanim spadł. Dorniery z tą dużą kabiną są najłatwiejsze, ale reszta wcale tak łatwo nie spada. Celuj w silniki i będzie dobrze. I podchodź jak najbliżej.

- A strzelcy?

- Niemcom w Heinklach, ręce trzęsą się na spuście bardziej niż nam.

- I to wszystko? Cała tajemnica to strzelać z bliska?

- Tak. I wtedy zostaje się asem i trafia na tablicę. - Ellis pokazał ręką na małą tablicę z wypisanymi nazwiskami, na ścianie obok szynkwasu. - Albo umiera młodo.

- Za przyjaciół którzy odeszli. - Wypili.

- Głowa. - Kapitan znowu zabębnił pustą szklanką o blat. - Odpoczywaj, złap dystans, spróbuj nie oszaleć. My wszyscy mamy już dosyć. Przez ostatnie miesiące albo siedzimy na tyłkach długie godziny na lotnisku w gotowości, albo latamy po sześć razy w ciągu dnia. Ciągle mam sraczkę, ręce mi się trzęsą, strzelam do chmur, mam ochotę zadusić oficera dyżurnego, a potem generała Parka.

- Ze mną nie jest jeszcze tak źle, jestem tylko zmęczony i trochę sfrustrowany.

- To powiedz mi to za dwa tygodnie. - John Ellis złapał do połowy opróżnioną butelkę. - A teraz chodźmy.

- Dokąd tym razem? - Spytał, wstając Short.

Ellis pokazał ręką stolik w kącie, z dosyć hałaśliwym towarzystwem. Młody porucznik w mundurze RAF niepewnie stojąc na stole, wymachiwał właśnie rękami, pokazując chyba jakieś skomplikowane manewry powietrzne, a jego towarzysze próbowali ocalić swoje szklanki i butelki stojące na blacie. - Tam. Poznam pana z kimś, kto lata na Hurricanach.

Długą godzinę później, drogą Jail Lane w kierunku kwater pilotów zataczały się dwie niewyraźne postacie w granatowych mundurach RAFu. Pierwsza trzymała się środka drogi i próbowała utrzymać linię prostą. Druga ukośnymi zygzakami od krawędzi do krawędzi drogi usiłowała nadążyć za tą pierwszą, aż w pewnym momencie zniknęła w krzakach na poboczu.

- Sierżancie jesteś tam gdzieś? - kapitan Ellis zatrzymał się chwiejnie na środku drogi.

- Jestem. - Odpowiedział cichy głos z ciemności.

- Cały i zdrowy?

- Niech pan mówi jeszcze do mnie, to znajdę wyjście z tej dżungli.

- I jak pan widzi nową kom... koncpe... konncepcję naszego dowództwa?

- Ten weaver, strażnik to trup... kompletny, zakopany trup. Musi zakosami dotrzymać kroku dywizjonowi i jeszcze uważać na wszystko dookoła... - Short wydostał się z krzaków. - Pierwszy lepszy szkop go załatwi, a potem po kolei resztę, kapitanie.

- Tak sierżancie, zgadzam się. - Ellis poczekał na Shorta i powoli ruszyli w kierunku bazy. - A jakieś suk... Sugestie?

- Musimy uczyć się od szkopów...

Amiens zniknęło za wzgórzem, a wraz z nim światła z ostatnich domów na obrzeżach. Było pożądaną przerwą w podróży w połowie drogi do Paryża. Nie zobaczyli słynnej katedry, ale za to udało im się zjeść późną kolację. A teraz Horch w ciemnościach telepał się 40 kilometrów na godzinę, brukową drogą między drzewami.

- Niech pan się spróbuje przespać poruczniku. - Za kierownicą zmieniali się Miller z sierżantem kierowcą i teraz młody sierżant wytrzeszczał oczy, próbując coś zobaczyć w słabych światłach samochodu. Steiner na tylnym siedzeniu próbował ocalić gips na ręce od kontaktu z bocznymi drzwiami.

- Jakoś nie mogę... Może to przez ten brak plandeki? - Kurt Miller od kilku minut usiłował znaleźć na przednim siedzeniu Horcha pozycję do wypoczynku. - Ale i tak wygodniej niż w moim czołgu.

- A jakim pan jeździ?

- Panzer II.

- To z tych większych czy mniejszych?

- Niestety mniejszych. Takich mamy teraz najwięcej, a miały być tylko do szkolenia. Trzy osoby w środku, 2-centymetrowe działko i karabin maszynowy. Pancerz taki, że każda broń przeciwczołgowa oraz każdy czołg wroga go dziurawi.

- To, jak wygraliśmy z Francuzami? - Sierżant nacisnął na hamulec, bo zauważył niechlujnie zasypaną ziemią dziurę w bruku i wszyscy polecieli do przodu.

- Strategią, taktyką i... wolą walki?

- A Triumf Woli walki, widziałem w kinie...

- Ja też, tylko nic z niego nie pamiętam, bo byłem tam z dziewczyną. - Miller uśmiechnął się na to wspomnienie.

- Czyli ktoś teraz za panem tęskni i nie może się doczekać aż powrotu?

- Chyba niespecjalnie, nawet nie pisze.

- Niech się pan nie martwi poruczniku, rano będziemy w Paryżu. Zobaczy pan paryżanki. - Pocieszył go Steiner.

- A jakie są? Widział je pan?

- Fantastyczne. Ale miałem tylko pół dnia i nie zdążyłem żadnej poznać bliżej...

- A spotykają się z naszymi żołnierzami? - Miller się zainteresował. - Bo słyszałem, że tylko dziwki.

- Dziwki nie dziwki. Ciężko je rozróżnić, bo wszystkie ubierają się jak drogie kurwy. Człowiekowi na sam widok rośnie w spodniach. I palą papierosy.

- Papierosy to chyba tylko te jakieś... sufrażystki albo lesbijki?

- Widzę, że pan się zainteresował tematem. - Steiner się uśmiechnął. - To do ataku poruczniku, żadnych wymyślnych manewrów, okrążenia czy ataku z flanki tylko atak czołowy. Francuzów już zwyciężyliśmy, pora na Francuzki.

- Tak zrobię. - Miller sięgnął po papierosy. - Jeśli mnie wcześniej nie rozstrzelają.

- Tylko niech pan uważa i nic od nich nie podłapie...

Londyn, Wielka Brytania, 2 września 1940 roku.

- Cholerne huny. - Pomyślał, staff sergeant Alistair Hamish Boyle, stojąc na korytarzu zatłoczonego wagonu pociągu. Złożył wielką płachtę The Daily Telegraph i jaszcze raz spojrzał na pierwszą stronę. "Wszystkie 320 dzieci uratowano ze storpedowanego statku". Na szczęście uratowano też jakieś przystojne kobitki opatulone w koce. Co widać było na dużym zdjęciu. "RAF dominuje w powietrzu!" Spojrzał na sąsiedni artykuł i czytał dalej. "Wczoraj strącono 25 Niemców a własne straty to 1:6." To, czemu te cholerne huny wciąż tu przylatują i rzucają bomby? Na szczęście nasi się odgryzają, jak wynikało z następnego artykułu. "Pożary w Berlinie po atakach bombowych RAF!" Cholerna wojna, może szczęśliwie rzucą którąś Adolfowi na głowę i wreszcie się skończy...

Wagon zatrząsł się na rozjazdach, a Boyle złapał się ramy okna i spojrzał przez nie na rozległe torowisko i szare budynki magazynów dookoła.

- Stolica świata schowana przed światem za slumsami i fabrykami. I tak jest za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżam. - Hamish wrócił do oglądania gazety. Capstan NavyCut Cigarettes i Johnnie Walker to najlepsi przyjaciele mężczyzny na wojnie, głosiły reklamy. Może jeszcze czekolada, pomyślał i jakaś chętna kobieta od czasu do czasu.

Dlaczego pomyślał o kobietach? Właśnie przez kobietę telepie się teraz do Londynu, zamiast siedzieć w ogródku swojego małego domu w Brixton, popijać piwo i oglądać samoloty na niebie. I po co wymyślił sobie ten urlop, żeby odwiedzić żonę?

W grudniu 1939 roku bateria Hamisha Boyla razem z resztą 4th City of London Regiment pojechała na kontynent. Maj 1940 zastał ich w osłonie lotnisk koło Abbeville. A potem był tylko odwrót. Do Merville dojechali z dwoma 3-calowymi działami, a w Dunkierce zostało im tylko jedno i wkrótce skończyła się amunicja. Odstał swoje, w długiej kolejce na plaży do ewakuacji i szczęśliwie dotarł do Anglii. Tutaj od razu wzięto go do odtwarzania macierzystego pułku ze zdemoralizowanych żołnierzy, którzy uratowali się z Francji. Najpierw wysłano ich do Walii do Aberystwyth, gdzie dostali nowe przeciwlotnicze 3-calówki, a potem do ochrony Coventry. Pod koniec sierpnia Niemcy nie pokazywali się nad Coventry, zajęci bombardowaniem Kentu i lotnisk RAF, więc wymusił trzydniowy urlop na swoim dowódcy. Postanowił, że zrobi niespodziankę żonie, do której ostatnio pisał z Francji.

Dzisiaj powinienem przeczytać na pierwszej stronie tytuł wielkimi literami "Morderstwo w Brixton!" - pomyślał Hamish. A pod spodem. "Ofiara Anna Boyle lat 48 i Joseph Hunt lat 54, miejscowy mleczarz, zostali zamordowani przez zazdrosnego męża, który niespodziewanie wrócił z wojska do domu i przyłapał ich w intymnej sytuacji. Policja bez trudu pochwyciła mordercę w miejscowym pubie The Duke of Edinburgh".

Sierżant się zamyślił. Nie miał ochoty nikogo zabijać, chyba był zbyt zaskoczony. Wszedł do domu i powiedział "kochanie wróciłem!". Jak w marnym dowcipie. A potem znalazł gołą żonę w łóżku i faceta naciągającego spodnie. Kopnął go w klejnoty i raz za razem walił w twarz pięścią, gdy tamten się usiłował podnieść, a jego żona w tym czasie coś niezrozumiale krzyczała. Po dwóch minutach facet przestał się podnosić, a Hamish się zasapał i musiał usiąść na brzegu łóżka. Zakrwawiony, w połowie ubrany, ze spodniami na kostkach kochanek wykorzystał okazję i poczołgał się w kierunku drzwi. Mąż wstał i na pożegnanie kopnął go w żebra. Coś chrupnęło pod wojskowym trzewikiem, mleczarz zawył i poczołgał się korytarzem w kierunku drzwi wyjściowych.

Hamish przesiedział bez słowa całe popołudnie w salonie, popijając gin a żona, drobna blondynka w tym czasie bezsensownie trajkotała ...bo zostawiłeś mnie samą i nie dałeś znaku życia, ...myślałam, że zginąłeś w czasie ewakuacji, ...pomógł mi budować schron w ogrodzie. Potem skończył się gin i poszedł do pubu, gdzie nikt go specjalnie gorąco nie powitał. Za to wszyscy znacząco na niego patrzyli i śmiali się za jego plecami. Siedzącego w kącie pubu znalazł w końcu konstabl. Powiedział mu, że Harta odwieziono do szpitala i nic jeszcze nie powiedział o tym, kto go tak załatwił.

- Rozmawiałem z twoją żoną. Prześpij się i wyjedź z samego rana sierżancie. Bo będę musiał cię zatrzymać, jeśli Hart zezna, kto go tak urządził. - Hamish skończył piwo i dał się wyprowadzić konstablowi. Wrócił do domu, przespał noc w ubraniu, a rano nadal nie odzywając się do żony, zamknął za sobą drzwi i wyruszył do Londynu.

- Victoria Station, koniec trasy! - Krzyknął głośno konduktor na korytarzu, przerywając mu rozmyślania.

Pociąg zwolnił, wjechał pod dach dworca, a w oknie pojawiły się szerokie perony. Zazgrzytały hamulce. Sierżant wraz z tłumem podróżnych wyszedł na peron.

- Inwazja niemiecka w Dover! - Krzyczał na peronie omijany przez ludzi starszy gazeciarz w czapce z daszkiem.

- Akurat. - Pomyślał Hamish. - Jeśli by to była prawda, to właśnie poganiałbym swoich kanonierów do strzelania na plaży.

- Niemieccy szpiedzy lądują w Kencie na spadochronach! Przebrani za zakonnice i księży!

W obliczu takich bezeceństw dwie przechodzące kobiety kupiły gazetę.

- Moja papuga wyczuwa naloty! Twierdzi pani Smith z Cantenbury. - Gazeciarz nie dawał za wygraną, ale tłum na peronie znacznie się już przerzedził. - Czy obrona powietrzna skonfiskuje wszystkie ptaki?

Boyle minął gazeciarza i wyobraził sobie dalmierzystę ze swojego działa, z papugą na ramieniu. Do kompletu powinien mieć jeszcze przepaskę na jednym oku. A kapitan Doyle wygłosi mowę przed strzelaniem, mając nadzieję, że każda papuga spełni swój obowiązek.

Doszedł do końca peronu i stanął niezdecydowany przed dużą trafiką W.H. Smith & Son. Przypomniał sobie, że powinien pójść na lewo w kierunku Hudson's Place, a gdy się odwracał, ktoś go mocno potrącił.

Porucznik Jerzy Boruc czuł się zagubiony. Można powiedzieć, że był w tym stanie od ponad roku. A tutaj w tłumie obcych ludzi, mówiących mało zrozumiałym językiem, to uczucie się jeszcze potęgowało. Wielka, ciemna, słabo oświetlona hala z plątaniną belek pod dachem i lasem ponurych stalowych kolumn zwabiła go do środka, bo zabłądził w plątaninie sąsiednich uliczek i postanowił gdzieś uzyskać pomoc. A tu przewalały się tłumy ludzi, chociaż już dawno minął poranny szczyt. Wyjął z kieszeni rozpiętego płaszcza cienką książeczkę i kartkę papieru z adresem. I wtedy ktoś na niego wpadł. Boruc podniósł głowę, żeby zidentyfikować typa, który to zrobił. Zobaczył krępego, średniego wzrostu żołnierza w brytyjskim mundurze z trzema paskami i małą koroną powyżej na rękawie. Z ogorzałą twarzą pięćdziesięciolatka, który spoglądał na niego spode łba.

- Przepraszam. Czy mógłby mi pan pomóc? - Porucznik znalazł w książeczce odpowiednie wyrażenie i przeczytał je, jak mu się wydawało po angielsku. I dodał. - Sierżancie?

- Ano mógłbym. Tylko w czym?

Boruc niewiele zrozumiał z wypowiedzi sierżanta, ale przyjął, że odpowiedź była twierdząca. Zajrzał ponownie do poradnika.

- Ja iść do... - I podał Anglikowi małą kartkę papieru z adresem.

- Rubens Hotel, 39 Buckingham Palace Road. - Przeczytał Boyle. Czyli gdzieś blisko pałacu. Gdzie leżał pałac, jeszcze pamiętał.

- Musisz wyjść tym wyjściem za moimi plecami. Przejdziesz 2 albo 3 przecznice i skręcisz w lewo... - I w tym momencie zauważył, że dziwny żołnierz wpatruje się w niego z miną sugerującą kompletny brak zrozumienia. - Czy rozumiesz?

Porucznik pokręcił głową w lewo i prawo i rozłożył bezradnie ręce.

- No to pokażę. - Sierżant lekko się zirytował, a potem odwrócił plecami do żołnierza i pokazał prawą ręką na północ. - Tam. Czy teraz rozumiesz?

- Tak. - Boruc zajrzał ponownie do poradnika. - Dziękuję bardzo!

A sierżantowi nagle ten obcokrajowiec wydał się podejrzany. Ubrany w dziwny dwurzędowy płaszcz wojskowy z zerwanymi pagonami? A może to cholerny szpieg zrzucony wczoraj na spadochronie. Dzisiaj zamierza zabić króla. A ja mu pomagam.

- A skąd jesteś? - Zapytał, kiedy oddawał kartkę z adresem.

- From Poland. - Odpowiedź padła po dłuższej chwili wertowania cienkiej książeczki.

- Holland? - Boyle się upewnił. - Amsterdam?

- Nie! Polska. Warszawa. - Boruc tym razem mówił bez słownika.

- Pan jest na pewno sojusznikiem? Nigdy nie widziałem takiego munduru. - Boyle pokazał ręką na płaszcz Polaka.

Anglik chyba dziwił się jego mundurowi. To nic nowego. Każdy napotkany patrol przyjął sobie za punkt honoru wciągnąć go w dłuższą pogawędkę.

- A czy jakiś wrogi pan widział sierżancie? - Miał ochotę go zapytać, ale jego poradnik nie uwzględniał tak wyszukanego słownictwa.

- Francuski. - Pokazał najpierw palcem płaszcz, a potem na orzełka na czapce. - Ja być porucznik Boruc. Armia Polska.

Boyle został w końcu usatysfakcjonowany, żadnej swastyki ani czarnego krzyża na mundurze. Cholerni cudzoziemcy, przegrali swoje wojny. A teraz mamy walczyć za nich. I cholerny porucznik, własnej dupy by nie znalazł, jeśli nie dostanie planu i instrukcji od sierżanta.

- Sierżant Boyle. Powodzenia poruczniku.

- Dziękuję bardzo. - Boruc pożegnał sierżanta. Przypomniał sobie jeszcze raz kierunek i wolno poszedł w kierunku drugiego wyjścia. Miał nadzieję, że to już niedaleko.

I rzeczywiście okazało się, że nie było daleko. Po dwudziestu minutach znalazł wielką szarą kamienicę z polską flagą obok drzwi wejściowych. A teraz siedział w małym pokoju z dwoma polskimi oficerami w podobnych do jego francuskich mundurach.

- Niech się pan nie denerwuje poruczniku. To nie jest żaden sąd nad panem - powiedział pułkownik siedzący za biurkiem. I pokazał palcem na drugiego oficera siedzącego z boku pod ścianą. - A major Skotnicki też nie pożera na obiad poruczników.

- Domyślam się. - Boruc spojrzał na drugiego oficera.

- Proszę nam w skrócie opowiedzieć, jak pan do nas trafił. - Powiedział major.

- W skrócie to zmobilizowano mnie i służyłem we wrześniu w 55 pułku piechoty. Najpierw w okolicach Leszna na południe od Poznania, potem wycofywaliśmy się na Łódź, a rozbito nas pod Wyszogrodem. Przedarłem się do Warszawy, a potem do Lublina. Udało mi się dotrzeć do Stanisławowa, a potem przeszedłem granicę rumuńską. Uciekłem z obozu internowania przez Jugosławię do Grecji. Statkiem dotarłem do Francji i skierowano mnie do polskiego pułku szkolnego w Coëtquidan. Zanim weszliśmy do walki, wojna się skończyła. Uciekliśmy statkiem do Anglii. Dwa miesiące przeleżałem w szpitalu pod Londynem i na rehabilitacji.

- To jakieś kontuzje wojenne?

- Takie raczej mało wojenne. - Boruc uśmiechnął się połową twarzy. - Zapłaciliśmy kapitanowi małego węglowca, żeby nas zabrał z Granville do Anglii. Tylko że załoga się zbuntowała na morzu i chciała wracać do domu, do Holandii. Dostałem nożem pod żebra i zrzucono mnie z pokładu do ładowni, gdzie połamałem nogę i bark. A teraz już jestem cały.

- I szczęśliwie dopłynęliście?

- Tak, chociaż kapitan zalał się w trupa, a mechanik uruchamiał silniki z nożem na gardle, bo nikt z nas się na tym nie znał.

- No to chrzest morski pan przeszedł. - Pułkownik postukał ołówkiem w kartkę papieru, którą miał rozłożoną na stole. - Weryfikację tożsamości też. Pewnie ciekawi pana, po co pana tak naprawdę tu wezwaliśmy? Do tej hotelowej prowizorki.

- Rozkaz to rozkaz, mamy rząd, wojsko i wojnę. Więc będę walczył dalej.

- Oczywiście, że tak. Dostanie pan skierowanie do Szkocji, tam znowu organizujemy armię. Chociaż w tym momencie jest to armia mocno oficerska i czekamy na ochotników ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. - Pułkownik spojrzał na majora. - Natomiast my z majorem mamy za zadanie wyjaśnić do końca co się stało we wrześniu 1939 i, że tak powiem ostatecznie odsiać ziarno od plew w tej nowej armii. Na rozkaz generała. Wie pan, jakie są teraz stosunki w wojsku.

- Wiem.

- Dlatego prosimy pana o szersze streszczenie przebiegu służby w 1939. Pomoże nam to zrozumieć, dlaczego przegraliśmy wojnę z Niemcami.

- Z całym szacunkiem. To do tej pory panowie jeszcze tego nie wiecie?

- A pan porucznik pozjadał wszystkie rozumy i to wie? - Z boku odezwał się major.

- No chyba nie tylko ja jeden. - Boruc odwrócił głowę do mówiącego - W obozie we Francji, pewien major chciał zaśpiewać "Pierwszą Brygadę" i ledwie uszedł z życiem z kantyny.

- Tak. Ta pieśń ostatnio bardzo straciła na popularności. - Major się skrzywił. - Niestety nie możemy zrobić porządku do końca, bo jak pan zauważył, jest wojna i jesteśmy gośćmi u obcych. Ale będziemy próbować.

- To od czego mam zacząć?

- Od początku poruczniku. Od początku.

- Zmobilizowano mnie 22 marca 1939 roku. Dostałem przydział na dowódcę plutonu w 8 kompanii 55 Poznańskiego pułku piechoty do Leszna. Wyszliśmy z koszar i obsadziliśmy granicę z Niemcami. Do września nic się nie zdarzyło.

- Na pewno poruczniku? - Wszedł mu w słowo pułkownik.

- No tak. W czerwcu zaczęły się bunty poborowych. Państwo nie płaciło rodzinom, zbliżały się żniwa, mieliśmy dezerterów, ale posadziliśmy dwóch żydów prowodyrów i zrobił się spokój.

- A jakie były rozkazy?

- Obsadzać granicę. Były plotki, że uderzymy na Niemców w kwietniu razem z Wielkopolską Brygadą Kawalerii. W kierunku Breslau przepraszam Wrocławia, ale oficjalnie nic takiego do mnie nie dotarło.

- I tak do końca sierpnia byliście rozwinięci przed Poznaniem?

- Tak okopywaliśmy się w polu. - Boruc się zamyślił. - A 1 września uderzyliśmy na Niemcy.

- Tak? - Major zachęcił go do rozwinięcia tematu.

- Nie. Przepraszam, 1 września nic się nie działo, na Niemcy uderzyliśmy następnego dnia. Moja kompania miała wypchnąć Niemców z Rawicza, a potem osłanialiśmy nasze czołgi i kawalerię z brygady, które poszły w głąb Niemiec. Szkopy zdążyli chyba uciec, bo żadnego na oczy nie widziałem. A potem nas odwołali do Leszna, bo w miasteczku pojawili się dywersanci z V kolumny i strzelali do naszych, a w okolicy podpalali stogi na polach...

- Tak było w całym kraju poruczniku. Wszystkie oddziały na zachodzie walczyły z dywersantami.

- Tylko że, ... - Porucznik poprawił się na krześle, które robiło się coraz bardziej niewygodne. - Tylko dywersanci, których zabiliśmy w mieście, mieli naszą broń i dokumenty, a dwóch, których przyłapaliśmy przy podpalaniu, było z batalionu Obrony Narodowej i twierdziło, że wykonywali rozkazy dowództwa.

- Zdarza się...

- 3 września dostaliśmy rozkaz wycofywania się z Poznańskiego w kierunku Wisły. I szliśmy tak cały tydzień wymieszani z uchodźcami, nie widząc Niemców na oczy, tylko ich samoloty. Żołnierze nie dawali rady, rzucali sprzęt, gubili się i... - Boruc przełknął ślinę w ustach. - Dezerterowali. Z kompanii została połowa. Tak doszliśmy do Kutna, bo Łódź już zajęli Niemcy. I poszliśmy całym pułkiem do ataku przez rzekę... Bzurę. Tylko Niemców prawie nie było, bo wyszliśmy na ich tyły. A oni już byli pod Warszawą. Mieliśmy chyba dojść do Skierniewic, żeby się połączyć z naszą kawalerią i odciąć Niemców pod Warszawą. Ale to się nie udało. Przez dwa dni szło nam dobrze, a potem pojawiła się ich piechota i nas zatrzymała. I potem przez dwa dni oni nas lali w dzień artylerią i ostrzałem a my ich w nocy bagnetami. Wszystko się spieprzyło i musieliśmy uciekać z powrotem za rzekę, do lasu. Zostało nas 20 z całej kompanii. Przeszliśmy nocą lasami przez linie Niemców, bo nas okrążyli. Do Warszawy doszło nas czterech 20 września i wtedy dowiedzieliśmy się, że trzy dni wcześniej uderzyli na nas ze wschodu sowieci. Komenda skierowała nas do Lublina, a potem do Stanisławowa. Tam się dowiedzieliśmy, że Warszawa skapitulowała. Zrzuciliśmy mundury i udało nam się szczęśliwie przemknąć do Rumunii.

- Jak większość z nas poruczniku. - Pułkownik skończył coś zapisywać. - Dziękuję za tę opowieść, jeszcze tylko kilka pytań od pana majora.

- Poruczniku czy którykolwiek z rozkazów na początku września sugerował, że ma pan działać według wcześniej ustalonego planu obronnego?

- Nie rozumiem pytania. To przecież wojsko. Zawsze musi być plan.

- No cóż... okazuje się, że nikt nie słyszał o żadnym planie obronnym na zachodzie. - Major wstał z krzesła i podszedł do okna. - Jakieś plotki? Aluzje?

- Jakieś plotki były w marcu. Mieliśmy podobno uderzyć na Niemcy na kierunku Głogowa, żeby odciąć Wrocław. Ale to tylko plotki. Nikt tego nie widział na papierze.

- A atak 2 września brygady generała Abrahama jak dla pana wyglądał? Czy wynikał spontanicznie z sytuacji, czy był to realizowany plan?

- Szczerze mówiąc, to nie wiem panie majorze. Gońcy przynoszą rozkazy, a ja je wykonuję. A generałowie rzadko zwierzają się porucznikom ze swoich zamierzeń. - Boruc poprawił się na swoim krześle. - Ja tam jestem prostym piechociarzem i nie wiem co tam nasi chłopcy malowani, panowie kawalerzyści sobie myśleli i robili.

- No cóż, jeśli chciał pan poruczniku wyrazić tradycyjny podziw dla kawalerii, to dobrze pan trafił, bo ja jestem kawalerzystą. - Major usiadł na swoim krześle, a pułkownik się uśmiechnął zza biurka. - I też nie rozumiem, po co 1 września wjechałem na swoim siwku do Prus Wschodnich.

- Jeśli jeszcze mogę być w czymś pomocny... to we Francji ktoś już to chyba poskładał do kupy. Widziałem na mapie te niemieckie podwójne kleszcze. Mniejsze złapały nas przed Warszawą, a te większe zatrzasnęły się chyba w Brześciu. Niemcy ominęli wszystkie nasze armie, a nasze wojska rozsypały się bez walki po tygodniu wycofywania się...

- Poruczniku my wiemy, jak przegraliśmy tę bitwę. Nie wiemy tylko dlaczego... - Tym razem odezwał się pułkownik. - I dlatego ścigamy cienie. A plan obronny, jeśli był w ogóle, to niewiele lepszy od planu pewnego, dawno zapomnianego króla, który chciał rozstawić swoich żołnierzy co 10 metrów wzdłuż granicy. Być może mieliśmy tylko plan ataku na Niemcy i do niego ustawiono nasze wojska.

- Mówiąc takie rzeczy panie pułkowniku, nie ma pan chyba wielu przyjaciół w wojsku?

- Wystarczy mi jeden poruczniku, ten na samej górze.

- Czy wobec tego jeszcze jestem potrzebny pułkowniku?

- Może jeszcze to. Czy nie usłyszał pan może przypadkiem w Polsce, Rumunii albo Francji, z jakiego powodu nasz były Wódz Naczelny uciekł 7 września z częścią Sztabu Generalnego z Warszawy do Brześcia?

- Nie panie pułkowniku. Tylko same obelżywe komentarze do tego faktu. Nawet pan major, chociaż jest kawalerzystą odpornym na kalumnie, mógłby mnie zastrzelić na miejscu, gdyby je usłyszał.

- W takim razie dziękuję poruczniku. - Pułkownik wstał zza biurka. - Czy odebrał pan dokumenty i rozkazy wyjazdu do Szkocji?

- Tak panie pułkowniku. - Boruc też się podniósł z krzesła.

- To życzę powodzenia. Tylko jeszcze niech pan porucznik przejdzie do pokoju obok i ładnie spisze na kartce, to wszystko, co nam opowiedział. Albo nawet na kilku i odda majorowi Skotnickiemu przed wyjściem.

Hamish w parku siedział na ławce ustawionej tyłem do rzeki i rozmasowywał prawą rękę. To chyba po tej cholernej wizycie w Whitehallu, ręka mu zdrętwiała od ciągłego salutowania. Mimo wartowników udało mu się dotrzeć do portierni w hallu przy głównym wejściu. I nawet zainteresował sierżanta siedzącego za stołem swoją bajeczką o konieczności znalezienia dawno niewidzianego członka rodziny. Niestety oficer dyżurny był nieugięty, nie wpuścił go dalej i sierżant spędził pół godziny na twardej ławce, aż pojawił się colour sergeant John Maiden. I nawet się nie zdziwił na jego widok, chociaż ostatnio widzieli się w 1938 roku.

- Witaj John. Kopę lat. Mam sprawę. Pilną i poufną. - Cicho przywitał się Boyle.

- Nie teraz i nie tutaj. - Maiden rozejrzał się dookoła. - O drugiej mam przerwę. Spotkajmy się piętnaście po drugiej w parku przy rzece przy tym pierwszym pomniku takiego gościa w berecie, płaszczu i z książką. A tak w ogóle to miło cię widzieć Hamish.

A teraz od pół godziny siedział na ławce i patrzył, jak pomnik obsrywają na zmianę gołębie i mewy. Na razie górą były gołębie, jak wynikało z obserwacji.

- Cholerne szczury ze skrzydłami zjedzą wszystko, co nie ucieka, a potem siedzą i srają jak jakiś hrabia w swoim pałacu.

Maiden się spóźniał. Jak zawsze odkąd sięgał pamięcią, ale na pewno przyjdzie jak zawsze, bo są przyjaciółmi. I dlatego, że ma dług u Hamisha, niespłacalny od dwudziestu lat. W 1920 roku służyli razem w Iraku, w baterii 4-calowych moździerzy Stokesa. Podczas ostrzału jednej z Irackich wiosek w delcie, w przegrzanej i niewyczyszczonej lufie moździerza eksplodował wystrzeliwany pocisk. Wybuch zwalił ich z nóg, a odłamki utkwiły w obu nogach Maidena, który stał bliżej. Boyle pierwszy oprzytomniał i zauważył, że to wszystko, co ich spotkało, jest niczym wobec zbliżającej się coraz bardziej małej chmury gazu. Gazu zwanego po Wielkiej Wojnie iperytem, którym właśnie strzelali do odległej o 400 metrów wioski. Obsługa sąsiedniego moździerza już zaczęła ucieczkę.

A on musiał zdecydować czy zostać prawdopodobnie martwym bohaterem, czy na pewno przeżyć. To chyba na skutek oszołomienia wybuchem podbiegł do otwartych skrzyń z pociskami, gdzie wszyscy kanonierzy porzucili swoje maski i hełmy przed strzelaniem, bo z regulaminem wygrała rutyna, wygoda i cholerny upał. Z maskami wrócił do leżącego Maidena, ogłuszył go pięścią, bo ten zaczął wyć i rzucał głową na lewo i prawo, potem założył mu na głowę hełm i podpiętą do niego maskę. A potem drugą sobie. I wlokąc po kamienistym spalonym gruncie nieprzytomnego kolegę, zdążył przed chmurą iperytu.

- Jak żyjesz Hamish? - John Maiden lekko kulejąc, pojawił się w końcu przed pomnikiem. - Nie znudziło ci się w końcu to wojowanie?

- A co ja mam robić innego? Hodować kapustę w ogródku?

- Na przykład. - Maiden usiadł na ławce. - A co wieczór zasiadać w pubie i opowiadać swoje przygody w dalekich krajach. Wszystkim, którzy stawiają kufelek.

- To chyba tobie się to marzy. Ciągle jesteś chłopcem na posyłki dla szych?

- I nikt do mnie nie strzela, śpię w swoim łóżku i nie czołgam się w błocie.

- Po prostu się zestarzałeś dziadku.

- A ty jesteś starszy ode mnie. I nosi cię na wakacje na kontynent.

- Ale już wróciłem.

- A jak tam było?

- Na początku nuda, potem jeden wielki burdel i bieganie, jakby wszyscy dostali sraczki. A na końcu uciekanie.

- Szwabskie czołgi was załatwiły...

- Strzelaliśmy do nich jak do kaczek...

- A tak poważnie?

- Dwa razy na nas wjechały, waliliśmy z daleka i uciekły.

- Prawie jak za starych dobrych czasów.

- Tak, tylko turbany nie miały dokąd uciec. Szybka wojenka. Zajeżdżaliśmy pod oazę, samochody pancerne nas osłaniały, robiliśmy swoje i do domu na kolację. A sępy miały używanie.

- Chyba że szlag trafiał moździerz. - Maiden się skrzywił. - To wtedy zostawały nam pamiątki. Co cię sprowadza do wielkiego Londynu?

- A jak powiem, żeby pożyczyć 15 funtów, to uwierzysz?

- No coś ty. Mogę co najwyżej pół suwerena. Nie jestem cholernym Rotszyldem i nie jeżdżę po Picadilly karetą zaprzężoną w zebry.

- Żartowałem. - Boyle zapatrzył się w żwir alejki. - Mam inny kłopot.

- No to wal.

- To trudne.

- No i... - Maiden popatrzył na Boyla.

- No dostałem urlop do domu i... nakryłem swoją starą, jak baraszkowała z mleczarzem. Zlałem gnoja i wysłałem do szpitala. Konstabl się mnie czepił. - Hamish nadal nie podnosił głowy. - Muszę gdzieś stąd wyjechać. Daleko.

- No to przykro. Mogę ci pożyczyć na trumnę dla gnoja. - Maiden się zamyślił. - Hamish, a ty nie jesteś już za stary do wojska? Może do szkolenia dziadków Home Guard?

- Nie, ja muszę stąd wyjechać. Nie mogę tam wracać i na nią patrzeć.

- Dobra spróbuję ci coś znaleźć. Ty nadal jesteś w przeciwlotniczym?

- Tak w 3-calówkach, jesteśmy teraz w Coventry. Dam ci adres.

- I niańczysz młodzików?

- Jak najgorszy hycel. Przecież sam wiesz, że jak wojsko stoi w mieście, to ciągle trzeba ich pilnować, bo się oddalają. Albo na dziwki, albo do mamy.

- Prawda. Nadal pamiętasz coś z normalnej artylerii?

- Wszystko pamiętam.

- Coś tam słyszałem, że na Malcie mają problem z jakimś działem. Chciałbyś na Maltę?

- Wszystko jedno, może być Malta, Gib albo Singapur byle było ciepło i byle by nie tutaj, bo skończę w moor...

- Ale wiesz, że kiedyś będziesz musiał wrócić.

- Dopiero jak skończy się ta cholerna wojna.

- Dobra, załatwię ci coś szybko Hamish.

- Dzięki, będę ci dłużny.

- No to może po jednym za stare, dobre czasy. - Maiden wyciągnął z kieszeni bluzy płaską piersiówkę, odkręcił korek i podał Boylowi.

- Za króla i ojczyznę. - Boyle pociągnął duży łyk i oddał piersiówkę Maidenowi. - I za starego Winstona co dowodził nami w Iraku, żeby coś teraz też wymyślił.

- I za tego obsranego gościa na pomniku. - Dodał Maiden, przełykając. - Kimkolwiek był.

A na pomniku niewzruszony gołębiami prostował się William Tyndale, który uważał, że droga do Boga prowadzi przez słowo, dostępne dla wszystkich. Jego droga skończyła się w Brukseli, gdzie najpierw uduszono go sznurem, a potem spalono na stosie, jak jego angielskie Biblie.

Moskwa, Związek Radziecki, 2 września 1940 roku.

Natan Abrahamowicz Babel kolejny raz złapał butelkę z resztką wódki, usiłującą spaść z małego rozkładanego stolika pod oknem przedziału. Pociąg mijał kolejną podmoskiewską miejscowość, a wagony przetaczały się po rozjazdach, trzęsąc się niemiłosiernie.

- Powinienem chyba dopić tę resztkę i przestać się przejmować głupią butelką. - Pomyślał siedzący pod oknem młody człowiek w mundurze. - Ale wtedy bym chyba umarł z nudów w tej dwunastogodzinnej podróży z Mińska do Moskwy.

Jego jedyny towarzysz z zamkniętego przedziału aktualnie chrapał na leżąco, zajmując wszystkie trzy miejsca naprzeciwko. Nawet poprzedniego wieczoru, kiedy jeszcze był trzeźwy, nie miał nic ciekawego do powiedzenia.

- Tisze jedziesz, dalsze budiesz. - Natan spojrzał przez okno, gdzie pojawił się jakiś opuszczony peron kolejowy w połowie zarośnięty trawą. Bezpieczne tematy rozmowy, czyli czy jutro będzie jeszcze ciepło, czy już zaczną się deszcze, skończyły im się po półgodzinie. A każdy inny, nie mówiąc już o służbowych, niósł ze sobą poważne ryzyko. Sąsiedzi, jadący razem z nimi w dwóch specjalnych wagonach podczepionych do regularnego pociągu Mińsk-Moskwa, tylko raz pojawili się w drzwiach, poszukując alkoholu. Po powitaniu wystarczył im jeden rzut oka do środka przedziału, by natychmiast wytrzeźwieć, pożegnać i panicznie uciec z powrotem na korytarz. Wieść się rozeszła po obu wagonach i nikt ich już nie niepokoił.

- Jak wilki i owce w jednym wagonie. - Babel spojrzał w górę na czapkę leżącą na półce pod sufitem. - Owce skupiły się w swoim kącie, czekając na egzekucję, tylko że wilki nie były dzisiaj głodne.

Jeśli nawet wojskowi nie rozpoznali od razu munduru ani jego granatowych patek dowódcy drużyny, ani nawet odznaki zasłużonego z sierpem i młotem ułożonymi na mieczu, to czapka z czubem, budionnowka mówiła wszystko. Czapka należała w zasadzie do zimowych sortów mundurowych, ale zapracowana w nowej sytuacji na zachodzie Związku Radzieckiego formacja nie mogła dopilnować wszystkiego i Babel nosił ją od pół roku. Na złość wojskowym, bo zarówno on, jak i chrapiący młodszy lejtnant należeli do organów NKWD.

A wojskowi od trzech lat na sam widok funkcjonariuszy organów robili w spodnie. W 1937 po sfingowanym procesie, gdzie sfabrykowane dowody usłużnie dostarczyli Niemcy, Stalin pozbył się potencjalnego rywala do władzy marszałka Michaiła Tuchaczewskiego. Wyrok śmierci zapoczątkował lawinę czystek w Armii Czerwonej. Do 1940 roku straciło życie albo dzięki uśmiechowi losu zostało zesłanych dożywotnio do łagrów dwie trzecie wyższych oficerów i tysiące niższych, a armia dostała się w niepodzielne władanie politruków, wiernych członków partii z doświadczeniem wojskowym uzyskanym na dwumiesięcznych przyśpieszonych kursach doszkalających.

- Chyba skończę tę butelkę. Tylko lejtnantowi nie zostanie nic na klina. - Natan przechylił butelkę i pociągnął do końca. - Trudno. Tylko nie pamiętał, ile wypili przez wieczór i noc. Dwie czy trzy butelki? Chyba trzy, ale należy się, w końcu jest na urlopie. I to żadna hańba dla munduru...

Podniósł się i krytycznie obejrzał w małym lustrze na ścianie wagonu. Ogoli się u brata. Poprawił patki i obejrzał dokładnie mundur. Całe życie był przyzwyczajony do innych i ciągle dziwił go brak naramienników, ale tutaj traktowali je jako burżuazyjny przeżytek.

A jego ojciec dawno temu chodził w innym mundurze i w śmiesznej czapce. Znalazł to na starych zdjęciach na dnie szuflady biurka w domu. Ojciec któregoś dnia w końcu uległ namowom jego i jego brata Arona i opowiedział swoje krótkie życie wojskowe przed urodzeniem Natana.

W lipcu 1920 roku został zmobilizowany w szeregi jak na ironię losu, 18 "Żelaznej dywizji" piechoty. Polska od odzyskania niepodległości w 1918 toczyła wypowiedziane i niewypowiedziane wojny ze wszystkimi sąsiadami, a zwłaszcza z komunistami walczącymi o władzę nad Rosją. Pod koniec 1919 wojska polskie stanęły nad Dźwiną i Berezyną a rokowania ani nie przyniosły pokoju i ustalenia granic z bolszewikami, ani decyzji o wspólnej z Denikinem ofensywie na Moskwę. Zdobycie Kijowa w kwietniu następnego roku było strzałem w próżnię, bo większość Ukraińców nie paliła się do współpracy z Polakami. Bolszewicy nieatakowani na zachodzie w ciągu pół roku uporali się z przeciwnikami na kilku innych frontach i przerzucili wojska naprzeciw Polski. W czerwcu uderzyli na Ukrainie, a w lipcu na Białorusi zmuszając wojsko polskie do wycofania się do Lwowa i nad Wisłę. A Abraham Babel nie został bohaterem znad Wkry, bo 17 sierpnia w najbardziej newralgicznym momencie Bitwy Warszawskiej, kiedy potrzebowano każdego żołnierza, a 5 armia Władysława Sikorskiego toczyła walkę na śmierć i życie z trzema armiami sowieckimi Timoszenki, internowano go wraz z 18 tysiącami żołnierzy i oficerów polskich pochodzenia żydowskiego. Jako niepewny albo wręcz wrogi element w armii, który przy pierwszej okazji dezerteruje lub co gorsze przechodzi do wroga i strzela swoim w plecy. W obozie przesiedział trzy tygodnie, w sam raz, by nie zdążyć na ostatnią polską ofensywę nad Niemnem i październikowy rozejm. A potem wrócił do swojego sklepiku w Warszawie.

On sam też pamiętał upokorzenia w gimnazjum i na pierwszym roku studiów na Uniwersytecie Warszawskim, getto ławkowe i wyganianie z sal wykładowych, by reszta w spokoju mogła modlić się do swojego fałszywego Boga. A nowym bogiem synów Abrahama został komunizm siedzący za wschodnią granicą kraju i światowa rewolucja, która fascynowała biednych Żydów, w czasie gdy bogaci robili z nią interesy. Starszy syn Aron uciekł do Rosji Radzieckiej w 1931 i nikt nie wiedział, czym tam się zajmował. Tylko z ogólnikowych listów przesyłanych przez wspólnotę żydowską wynikało, że robi tam jakąś bliżej nieokreśloną karierę.

On sam został fascynatem tworzenia państwa żydowskiego w Palestynie. Jak część europejskich żydów aszkenazyjskich, którzy wywodzili się ze stepów wschodniej Ukrainy i pragnęli za wszelką cenę znaleźć jakieś swoje historyczne korzenie we własnej religii. Państwo Polskie starało się to ułatwić na wszelkie sposoby, aby pozbyć się ich ze swojego terytorium. Regularne linie kolejowe łączyły wszystkie większe polskie miasta z rumuńskim portem w Konstancy, skąd polskie statki pasażerskie utrzymywały stałe połączenie z Hajfą. Do przewożenia ludzi i broni.

Jego ojciec z komunizmu się śmiał, szczególnie ze wspólnych żon. I mawiał, że Wielki Izrael na Bliskim Wschodzie powstanie dopiero jak wszystkich tam żyjących wymordują. A on jest na to za stary i w dodatku ma swoje geszefty w branży tekstylnej, czyli sklepik na ulicy Chłodnej.

Natan od 1938 studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim. We wrześniu 1939 zagubił się w czasie mobilizacji, a potem uciekał na wschód razem z rzeszą uchodźców. Gdy dotarł do Lwowa, zgarnęła go Robotniczo-chłopska Armia Czerwona i umieściła w obozie. Skąd wyciągnął go brat. Brat był bowiem starszym lejtnantem w organach NKWD, poręczył za niego i wciągnął go do służby.

- Towarzyszu za 15 minut będziemy w Moskwie. - Konduktor pojawił się w drzwiach przedziału. Nie przejmował się ani wojskowymi, ani funkcjonariuszami organów. Jeździł z nimi od lat i dorabiał sobie, sprzedając alkohol. Trzecią butelkę kupili właśnie od niego za 15 rubli. Prawie trzy razy drożej niż w kantynie. - Obudzi towarzysz kolegę?

- Tak towarzyszu. - Odpowiedział Babel konduktorowi. - A na który dworzec, bo nie pamiętam?

- Wy towarzyszu i wojskowi z ostatnich wagonów na Dworzec Białoruski, peron specjalny przed samym dworcem. Odczepiamy tam ostatnie wagony. - Konduktor zostawił otwarte drzwi na korytarz i zaczął przemieszczać się do następnego przedziału. - Będę na korytarzu.

- A więc drugi raz Moskwa. - Pomyślał Natan Abrahamowicz. Ciągle uczył się Rosji, ale zdążył nauczyć się już, że Moskwa jest wszystkim. Możesz wylądować w Kijowie, Leningradzie czy Władywostoku, ale jak wiedzą, że przyjechałeś z Moskwy, to jesteś bogiem. Chociaż oczywiście powszechnie wiadomo, że żadnego Boga nie ma. Nawet Jehowy.

Trzeba obudzić lejtnanta...

Peron specjalny okazał się niezbyt długą betonową budowlą, pozbawioną jakichkolwiek elementów, takich jak ławki czy dach, które by zachęcały do oczekiwania na pociąg. A wysiadającym delikatnie sugerowały, zjeżdżaj stąd jak najszybciej. Wojskowi, którzy wysypali się z dwóch wagonów specjalnych, szybko to zrozumieli i instynktownie podążyli między obskurnymi magazynami do baraku z dyżurką stojącego przy bramie wjazdowej. Za nimi niezbyt pewnym krokiem podążył młodszy lejtnant NKWD, który czuł, że przydałby mu się klin w popołudniowej walce z kacem. A na Natana czekał na peronie o głowę wyższy i potężnie zbudowany osobnik w granatowych szarawarach, wysokich do kolan skórzanych butach, okrągłej czapce i bluzie mundurowej NKWD z oznaczeniami starszego lejtnanta na patkach.

- Bracie! Skąd wiedziałeś, że nas tutaj wysadzą? - Natan wypuścił z objęć brata Arona.

- Zapomniałeś już, gdzie służymy? - Aron popatrzył na niższego, młodszego brata. - Przecież ja wiem wszystko!

- No tak... a dlaczego ja tego nie wiem?

- Bo masz niższy stopień. - Aron się uśmiechnął. - No chodź. Ten samochód z kierowcą jest dla nas. Za pół godziny będziemy na Arbacie.

- A może się po drodze gdzieś zatrzymamy. Muszę zrobić zakupy.

- Jakie zakupy Natan? Prosto do domu, mamy wszystko, co potrzeba. A zwiedzał Moskwę będziesz sobie od jutra.

- Tylko wiesz... Miałem dla ciebie butelkę Araratu, ale sam wiesz, jak się jeździ pociągami. Sąsiad w podróży był z organów i nie mogłem odmówić.

- Wiem. Nic się nie stało, a butelek mam w domu dostatek. Pełnych.

- To chociaż Nataszy muszę kupić kwiaty. Nie wypada mi tak z pustymi rękami.

- Niech ci będzie. A teraz wsiadaj. - Aron otworzył tylne drzwi dużego czarnego citroena.

- Iwan gdzie dostaniemy jakieś kwiaty?

- Teraz w poniedziałek lejtnancie? - Kierowca trochę się zdziwił pytaniem.

- No nigdy nie umawiałeś się z dziewczynami?

- Umawiałem się, tylko nigdy nie potrzebowałem do tego kwiatków. - Iwan odwrócił głowę do tyłu. - Towarzyszu lejtnancie wiecie, że mnie tu przeniesiono z Leningradu...

- I pewnie jesteście jednym z tych sławnych leningradzkich kochanków? Tylko że my nie i są nam teraz potrzebne.

- No są jakieś kwiaciarnie, ale ja nie wiem gdzie, bo nie znam tak jeszcze miasta. - Iwan się zastanawiał. - Może przed jakimś kinoteatrem albo przy Patriaszych Prudach, tylko to nam trochę nie po drodze. A najbliżej to chyba jakieś babuszki z kwiatami znajdziemy tutaj przed dworcem pasażerskim.

- To zajedź najpierw pod dworzec.

Iwan miał rację. Na prawo od głównego wejścia przycupnęły trzy babuszki z bukietami kwiatów. Bracia wysiedli, ale Natan pokręcił nosem na niezbyt okazałe kwiatki.

- Może znajdziemy jakieś lepsze?

- Piękne georginki dla pięknej panny, kupujcie oficerowie. - Najodważniejsza babcia zachwalała swoje małe bukiety z różowych dalii przybranych wrzosami.

- Widzisz, kobieta ci mówi, że badyle są piękne, to się słuchaj. Natasza to romantyczka. Nawet woli takie małe.

Młodszy brat został właścicielem bukiecika za 30 kopiejek. A potem pojechali najpierw długą Twerską, potem skręcili w Sadową. Iwan naciskał gaz w citroenie i jechali 70 km na godzinę pustymi ulicami. Zwolnili dopiero na wąskiej Powarskiej, po drodze mijając kinoteatr. Natan długo patrzył na plakat z zapowiedziami.

- I co tam grają? - Aron to zauważył.

- "Muzyka i miłość". To chyba nie dla mnie. Za muzyką nie przepadam a miłość to...

- Ach miłość. Musimy ci znaleźć jakąś pannę. Będziesz ganiał do kina codziennie. Już Natasza się postara.

- Po prostu dawno nie byłem w kinie, chyba ostatnio zimą przed wojną. I chętnie bym znowu zobaczył "Wiesjołyje riebiata". To jest dopiero sztuka!

- Ach sztuka! Musisz zobaczyć nasze metro, linię arbacką. Na chuj nam jakaś kultura, sztuka i muzea, jeśli codziennie na drodze do pracy możesz oglądać coś tak pięknego.

- Aron, ja nie mam tyle urlopu, żeby ganiać za dziewczynami i jeszcze jeździć po mieście.

- Nic się nie martw. Już my ci wszystko zorganizujemy.

- Nie, naprawdę już starczy. W życiu tak nie jadłem. - Natan zdjął i powiesił na oparciu krzesła bluzę mundurową. Natasza nie zwracała uwagi na jego protesty, tylko postawiła na stole kolejne talerze.

- To już przekąski tylko dla was. - Uśmiechnęła się do Natana. - Ja ogarnę jeszcze kuchnię i idę spać. Niektórzy muszą rano chodzić do pracy.

- Przekąski? Łosoś i kawior to jedzenie bogaczy. Tak dużo wam płacą? - Zapytał Natan. - A może do pierwszego będziecie teraz przymierać głodem?

- Nie jest tak źle. - Odpowiedział Aron. - Nie. Nie będziemy przymierać głodem, chociaż Nataszy kiepsko płacą w tej bibliotece, chyba ze 250 rubli. Tylko mnie dużo lepiej i możemy kupować w sklepach specjalnych.

- Jakie 250. - Żachnęła się Natasza. - Jak mi odliczą podatek, pożyczki, składki na partię, na obronę i na pomoc międzynarodową to dostaję 166 rubli.

- Dobrze, że chociaż mamy jedną głowę do finansów w rodzinie. - Aron uśmiechnął się do żony. - Nigdy nie zginiemy z głodu.

- Ty to już lepiej nic nie mów. Chociaż i tak nie mówisz i tygodniami cię nie tu ma. Wolałabym, żebyś mniej przynosił, a więcej siedział na tyłku w Moskwie.

- Taka służba. To z niej mamy to nowe mieszkanie.

- Piękne i duże. I trzy pokoje. Już wam gratulowałem, ale jeszcze raz nie zaszkodzi. - Natan podniósł butelkę wódki i nalał w dwa kieliszki.

- Mieli go jacyś burżuje a teraz mamy my. I mam blisko do pracy w Rosyjskiej Bibliotece Państwowej, trzy stacje metra.

- Za was. - Natan podniósł kieliszek, spojrzał na Arona i wypił. - Żeby wam się dobrze działo. Jutro i w przyszłości.

- Jutrem będziemy się martwić jutro. Dobranoc chłopaki. - Natasza zebrała puste talerze i wychodząc z pokoju, zamknęła za sobą drzwi. - I nie siedźcie długo, to już druga butelka.

Aron wstał z krzesła, sprawdził, czy drzwi na korytarz są zamknięte, a potem pozamykał okna w pokoju i zaciągnął zasłony. Natan patrzył na niego bez zdziwienia. A po chwili zapytał. - Włączyć radio?

- Włącz i zrób głośniej. - Aron podszedł do kredensu i wyciągnął pełną butelkę wódki. - Czego żona nie wie, tego żona nie zezna w śledztwie.

- Bracie, nie skończyliśmy jeszcze poprzedniej. - Natan przewrócił oczami. Odbiornik zarzęził i spiker Radia Moskwa zapowiedział jakiś utwór fortepianowy. - Chcesz mnie zabić? Wypiłem ponad butelkę w pociągu.

- Będzie nam potrzebna. - Starszy brat usiadł za stołem i nalał następną kolejkę. - I teraz mów do mnie po polsku, jeszcze nie zapomniałem.

- To o czym chcesz rozmawiać?

- Jak sobie radzisz w służbie?

- Chyba dobrze. - Natan się chwilę zastanawiał. - W lipcu skończyłem szkolenie. I skierowali mnie do pułku konwojowego. Latem jeździliśmy aresztować kułaków na Ukrainie. A potem na odzyskaną Białoruś, pilnowaliśmy transportów wichrzycieli do obozów.

- A odznaka i awans za co?

- A to za armię.

- Co ci armia zrobiła? - Aron nalał następną kolejkę.

- A to była zawiła intryga, rozgryźliśmy ją dopiero potem w śledztwie. Opowiadać?

- Opowiadaj.

- No to armia, to był batalion czołgów. W grudniu wyzwalali Finlandię, a oficer polityczny nie dogadywał się z kombatem. Dostali rozkaz ataku i wjechali w jakieś bagno. Finowie zaczęli podpalać czołgi, które ugrzęzły. Kombat chciał się wycofać i wrócić z osłoną własnej piechoty, politruk mu nie pozwolił. Dowódca w końcu nie wytrzymał, pojechał z kompanią sztabową i osłonił odwrót, a polityczny stchórzył. Odtąd zaczęła się wojna między czołgistami a partią. W sierpniu stacjonowali w Mińsku, a politrukowi ciągle nie udało się odwołać kombata. Więc wymyślił sobie, że podrzuci oficerom jakieś książki czy podręczniki tego marszałka, wiesz tego, którego już nie ma i wezwie nas na śledztwo.

Natan przegryzł łososia i spróbował łyżką kawioru z salaterki.

- No to pojechaliśmy ciężarówką jednym plutonem. A tam politruk pobity, żołnierze milczą. Nasz lejtnant zdecydował, że weźmiemy wszystkich oficerów. A tu nagle z koszar wyjechały te ich lekkie betjuszki, BT 7. Zablokowali nam ciężarówkę i wyjazd przez bramę. Potem bezczelnie zażądali swoich dowódców, bo niby mają jakieś manewry i obrócili na nas wieżyczki z działami. Lejtnant wdał się w pyskówkę, wyciąga swojego nagana, ale co będzie do czołgu w pancerz walił? Siedzimy tak wszyscy w ciężarówce, aż mi się zachciało. Wyszedłem z karabinem, znalazłem krzaki koło wartowni, załatwiłem, co trzeba i patrzę, że z boku wartowni jest jakiś budyneczek i tam mnóstwo kabli dochodzi. Myślę łącznica. Znalazłem drzwi niezamknięte. Wchodzę do środka. A tam dwóch żołnierzyków ze słuchawkami. Pierwszy się do mnie zerwał i krzyczy "czego!" To ja mu kolbą przez łeb i mówię "tego!" A do drugiego "łącz natychmiast z pułkiem konwojowym". Zameldowałem, jak jest i po godzinie przyjechała kompania naszych z kaemami i samochodem pancernym i załatwiła sprawę.

Ja dostałem medal i awans za inicjatywę, politruk chyba łagier za nieudolność a wojskowi zamiast pod ścianę, pojechali na Syberię.

- Rok temu cały batalion by poszedł pod mur. - Aron się zastanowił. - A teraz wojsko nam zhardziało. Morale im się poprawia.

- Morale to im się poprawia jak za nimi stoi kompania cekaemów z pułku zaporowego.

- Prawda. - Aron potwierdził.

- Tylko za czołgami to nic nie da. Jak uciekną przed wrogiem, to rozjadą naszych.

- Nie bój się nic. Już my mamy swoje czołgi też.

- To chyba od tej wojny z Finami, podobno była tam straszna rzeź naszych.

- No i partia im odpuściła, ale wiesz Natan, że partia ma zawsze rację.

- Wiem. Kapitan powiedział, że może wyślą mnie do szkoły oficerskiej, to będę bliżej ciebie.

- Zaręczam ci Natan, że wcale nie chcesz być bliżej mnie.

- Dlaczego? - Natan rozlał następną kolejkę.

- Opowiem ci dowcip. - Aron wypił ze swojego kieliszka.

- Towarzyszowi Stalinowi zaginęła gdzieś w gabinecie fajka. Dzwoni więc do Berii. Beria mówi "Już my się tym zajmiemy towarzyszu przewodniczący". Następnego dnia znowu telefon. Beria szybko, zanim Stalin coś powie, rzuca do słuchawki. Towarzyszu Stalin aresztowaliśmy 1500 osób. Stu się przyznało do kradzieży, zdrady stanu i rozstrzelaliśmy. 1200 osób przyznało się do współudziału i jadą do łagrów, pracujemy nad ostatnimi... Na to odzywa się Stalin: Nie trzeba Beria, nie trzeba. Znalazłem fajkę, spadła pod biurko.

Natan uśmiechnął się szeroko.

- To nie dowcip. - Dodał Aron. - A ja tam pracuję. Na Kremlu i tam, gdzie mnie poślą.

- Nic nie mówiłeś.

- Przenieśli mnie w styczniu. A w zasadzie to dostałem awans.

- I co teraz robisz?

- Chciałbyś nie wiedzieć, a ja nie powinienem ci mówić. Ale cóż takie czasy, poznasz niewłaściwego człowieka, a za pół roku pójdziesz pod ścianę razem z rodziną za nic. To ci coś powiem. Tylko niech ci się nawet po pijaku nie wymsknie.

- Przecież wiesz, że mam mocną głowę.

- I tak trzymaj. - Aron otworzył ostatnią butelkę. - Pracuję teraz u majora Błochina. Zasadniczo moja robota to pluton egzekucyjny, a często nie pluton, tylko dwa razy z rewolweru w tył głowy.

- Pierwszego dnia jak mnie przenieśli, wzywa mnie Wasilij i mówi do mnie. - Towarzyszu Babel wykonasz wyrok na Bablu. Tylko uważajcie towarzyszu, żeby nikt się nie pomylił w nazwiskach. A i nie stań po złej stronie lufy. Takie żarciki czasami się go trzymają.

- A kto to był ten Babel? - Natan się zainteresował. - Jakaś nasza rodzina?

- Nie. Taki jeden ważny literat, ale miał pecha i sypiał z żoną Jeżowa.

- Tego Jeżowa, którego nigdy nie było? - Upewnił się Natan.

- Tego samego.

- I wzięli cię do takiej ważnej roboty, mimo że ty żyd i Polak.

- Ale komunista. Oni nawet wolą, żeby to obcy trzymali swoich za mordę. A żadnej Polski już nie będzie. Nigdy.

- Dlaczego?

- Jakoś tak pod koniec marca major Wasilij załatwił nam wszystkim nowe niemieckie pistolety, gumowe rękawice i skórzane fartuchy. I powiedział, szykujcie się na wyjazd na wakacje.

- Do rzeźni?

- Tak do rzeźni. Prawie dwa miesiące strzelaliśmy w głowę Polakom, głównie oficerom co ich wzięliśmy w 39 i takim różnym innym. A potem my ich zakopali. - Aron nalał następną kolejkę. - I dlatego nie będzie już żadnych Polaków. Kogo nie zastrzelimy, to wywieziemy za Ural, a Niemcy zrobią to samo po drugiej stronie granicy.

- Ojciec został w Warszawie a tam Niemcy. A Niemcy żydów nie lubią...

- Niemcy to teraz nasi najlepsi przyjaciele.

- Towarzysz Stalin to nasz najlepszy przyjaciel, ale to tajne. Ciszo-sza. - Natan oparł głowę na stole, rozlewając wódkę z kieliszka i natychmiast usnął.

Aron wypił wódkę ze swojego i zaczął się zastanawiać czy ma tyle siły, żeby zawlec brata do pokoju gościnnego i wciągnąć do łóżka. Chyba tak, ale potem jeszcze musi wyłączyć radio i zdjąć buty, bo Natalia inaczej go wyrzuci z łóżka. I musi wstać rano do pracy.

Albo już wcale nie musi, bo praca sama zastuka do drzwi o świcie, jeśli ktoś usłyszał ich rozmowę i zdążył donieść. Kto to wie jakie nowe wynalazki do słuchania wymyślili w obozach nasi wspaniali naukowcy.

Nowy Jork, Stany Zjednoczone, 3 września 1940 roku.

Maszyna do pisania na biurku obok znowu zrobiła bam, bam, bam, szuuu, które spotęgowało się z takim samym odgłosem dochodzącym z całej hali. A więc sekretarka wróciła do pracy, a on musi nadal czekać, aż naczelny znajdzie dla niego czas. Jeff Bridges, siedząc obok jej biurka, ostrożnie podniósł filiżankę kawy, żeby się napić. Musiał przyznać, że cholernie dobrej jak na Nowy Jork. Prawie tak dobrej, jak ta, którą pijał w Richmond. No i tutaj nie spławiono go od razu jak w Post, Herald czy szmatławym Timesie. Siedziba New York News mieściła się na Bronksie przy 170 ulicy całe mile od prestiżu centrum, władzy i pieniędzy. Sam budynek z czerwonej cegły wyglądał bardziej na halę fabryczną niż redakcję gazety i daleko mu było na przykład do splendoru The News Building przy 42 ulicy. Parter zajmowała drukarnia, dwa piętra powyżej redakcja, a kto mieszkał powyżej, nawet nie starał się domyślać. Tylko bardzo chciał tu pracować. Albo raczej, bardzo chciał mieć w końcu jakąś stałą robotę w Nowym Jorku, bo po to właśnie przyjechał tu z Wirginii pół roku wcześniej.

Drzwi do gabinetu naczelnego odgrodzonego od reszty tanią ścianką z fakturowanego szkła się otworzyły i stanął w nich niski pięćdziesięciolatek w koszuli z podwiniętymi rękawami i kamizelce.

- Marto proszę zawołać Paula i Franka z działu politycznego.

- Już idę. - Sekretarka wstała z krzesła i skinęła głową w kierunku Jeffa.

- Pan Bridges? - Naczelny odwrócił głowę i popatrzył na siedzącego młodego człowieka.

- Tak. - Jeff poderwał się z krzesła. - To ja.

- Przepraszam, ale musi pan jeszcze poczekać kilka minut. Chyba że się panu śpieszy, to Marta umówi pana na jutro.

- Poczekam.

Po chwili wróciła Marta z dwoma mężczyznami w marynarkach, którzy zniknęli wewnątrz gabinetu. Mimo lekkiego trzaśnięcia drzwiami te nie zamknęły się do końca i Jeff słuchał głosów z gabinetu w chwilach, kiedy sekretarka przerywała swoje pisanie na maszynie.

- ...będziemy drążyć sprawę tej nominacji. Kurwa! To spisek, żeby republikanie wystawiali miernotę demokratę w wyborach przeciwko Rooseveltowi. To nie są żadne wybory. To farsa.

- To może dajmy jutro na pierwszą oświadczenie Tafta. Dosyć półsłówek i aluzji. Musimy im ...

- ... a to, że Joe Kennedy podwinął ogon pod siebie, to nie żaden przypadek. Musiał go ktoś przycisnąć, może angole. Zaplanujcie wywiad z Lindberghiem i pomyślcie kto tam z America First Committee, nadaje się jeszcze do cytowania.

- No na pewno to Patterson i McCormic, ale to cholerna konkurencja z Daily News i Tribune. Przecież ich nie będziemy cytować?

- No nie. A ktoś inny?

- Lillian Gish. Możemy zrobić z nią jedynkę. I jakieś wielkie zdjęcie z młodości. Czytelnicy się ucieszą cyckami i utoną w tych wielkich oczach.

- Tylko ona dawno w niczym nie zagrała...

- Nie jesteśmy jakimś plotkarskim brukowcem, ale niech będzie. Umówcie się i zaplanujcie ze dwa wywiady. Dalej.

- Można jeszcze wrócić do sprawy republikańskiej konwencji wyborczej w czerwcu. No... były pewne pogłoski, że przewodniczącego Ralpha E. Williamsa ktoś otruł na zebraniu. A potem na konwencji, ktoś szastał lewymi kartami do głosowania.

- Dobrze. Wyślijcie jakiegoś młodego, niech porozmawia z członkami komisji i powęszy. Jeśli się nie mylę to chyba była sekcja zwłok. Nie darujemy Lippmanowi i Lamontowi tego Willkiego.

- I jeszcze...

- ... i nadal nie dajemy wojny w Europie na jedynkę. To nie nasza sprawa, dziesięć razy mogli już podpisać pokój. Ja ciągle pamiętam wielką wojnę. Trumny we Francji i te rzędy kalek wysiadające w porcie...

Jeff nie wiedział, czy na jego twarzy widać szok i niedowierzanie, jakie go ogarnęły po tym, co podsłuchał. Chyba nie, bo Marta nadal od czasu do czasu spoglądała na niego życzliwie. A on usiłował poukładać sobie w głowie, to czego właśnie się dowiedział. Te rozmyślania przerwało mu wejście wysokiego mężczyzny, który szybkim, pewnym krokiem zbliżył się do biurka sekretarki. Sekretarka poderwała się z miejsca.

- Dzień dobry panie Maney.

- Dzień dobry Marto. James jest u siebie, czy gdzieś gania po mieście?

- Jest u siebie. Takie małe kolegium. - Marta się uśmiechnęła.

- To dobrze. Muszę z nim porozmawiać. - Philip Maney zdjął jasny płaszcz i razem z kapeluszem sprawnie umieścił na wysokim wieszaku.

- Teraz? To muszę im przerwać...

- Dziękuję Marto, sam trafię. - Philip bez pukania otworzył drzwi do gabinetu naczelnego, a po chwili obydwaj szefowie działu politycznego wycofali się do sekretariatu, a potem poszli do siebie. Ponownie nie udało im się zamknąć drzwi do końca.

Jeff pytająco spojrzał na sekretarkę i pokazał palcem na gabinet.

- Właściciel. - Marta nachyliła się do młodzieńca i cicho szepnęła. Bridges kiwnął głową ze zrozumieniem i powrócił do czujnego nasłuchiwania głosów z gabinetu.

- ... skurwysyny zażądali spłaty całości do końca miesiąca. A ja nie mam pieniędzy, bo wstawiliśmy nową maszynę...

- ... a Patrick miał telefon, że mamy sobie szukać nowego dostawcy papieru. Bo oni za dwa tygodnie skończą dostawy i jeszcze...

- ... na wszystkim nie możemy oszczędzać. I nie mam kogo wywalić na bruk, i tak jest ich za mało.

- Załatwię jakieś pieniądze, może z AFC. Porozmawiam z młodym Kennedym.

- Dobrze, oni mają pieniądze i chyba jakiś bank.

- W ostateczności pójdę lizać tyłek do Astorów czy Guggenheimów, chyba jeszcze pamiętają, co Morgan zrobił im na Titanicu...

- ... to jest kurwa, czysta polityka. Chcą nas zakneblować na amen.

- Dzisiaj rano jeszcze dzwoni do mnie małpka od żydów z Timesa i mówi, że odkupi ode mnie gazetę. Bo chyba sobie nie radzę. Szkoda, że przez telefon nie można nikogo strzelić w pysk. Ale jakoś sobie poradzimy...

A Jeff odkąd usłyszał magiczne słowo "oszczędność", przestał nadstawiać ucha i pogrążył się w niewesołych rozmyślaniach o swoich perspektywach zatrudnienia. Słowo to oznaczało permanentny amerykański kryzys, głodowe płace i harówkę przez cały dzień, jeśli miało się pracę. Albo grzebanie w śmietnikach, kradzieże i wegetację na ulicy, jeśli nie. Nagle poczuł ręką Marty na ramieniu.

- Pan Newton, teraz pan przyjmie.

Jeff wszedł do gabinetu i ostrożnie domknął drzwi. Naczelny był sam. Nie zauważył, kiedy wyszedł Philip Maney.

- Proszę usiąść młody człowieku. Przepraszam, że pan musiał tak długo czekać.

- Nie szkodzi, przywykłem do czekania. - Bridges uśmiechnął się lekko.

- Mam dla pana dobrą i złą wiadomość. I zacznę od tej złej. - James Newton skrzywił się i napił kawy z dużego kubka. - Nie przyjmiemy pana do redakcji. Bardzo mi przykro, że tak wyszło, ale niestety dzisiaj nam się trochę zmieniła sytuacja... finansowa.

- Rozumiem.

- Proszę, zwracam artykuły. - Newton przesunął w kierunku Jeffa cienką teczkę z wycinkami czterech artykułów z Richmond Daily i życiorysem, którą Bridges zostawił tydzień wcześniej w redakcji. - A dobra wiadomość jest taka, że umie pan pisać. Oddziela pan rzeczy ważne od tych nieistotnych i dba o szczegóły. A nawet zauważyłem trochę własnego stylu i humoru.

- Dziękuję.

- I chętnie powitałbym pana u nas.

- Ale?

- Ale mnóstwo ludzi nas nie lubi za to, co robimy i piszemy o polityce i wojnie w Europie. Uparli się, żeby nas doprowadzić do bankructwa. Jeśli przeglądał pan nasze numery, to mam nadzieję rozumie.

- Trochę rozumiem, a trochę nie. Przecież wszyscy mówią, że nie chcą wojny. Kongres, politycy nawet prezydent.

- Oni to mówią, bo mają taki zawód. A za nimi stoją bankierzy z tłustymi łapkami, którzy na wojnie zarabiają i szepczą im do ucha "więcej, więcej".

- Chce mi pan powiedzieć, że mój dziadek zginął we Francji w 1918, dla pieniędzy? I cała Wielka Wojna była po to, a nie dla wolności i demokracji?

- Młody człowieku... Tak. Bankierom urosły góry pieniędzy a wolności i demokracji przybyło tyle. - Newton zacisnął kciuk i sąsiedni palec prawej ręki i pokazał Jeffowi. - A teraz, jeśli pozwolimy Rooseveltowi robić, to co robi, to ta wojna będzie jeszcze większa.

- Ale oni nie mogą nic zrobić, jeśli większość ludzi nie będzie chciała wojny.

- I po to jesteśmy my. Żeby im patrzyć na ręce. Żeby nie dopuścić do tego, co robił Woodrow Wilson. W 1915 J.P. Morgan wysłał Lusitanię, liniowiec z pasażerami wypchany materiałami wybuchowymi, żeby się kręcił dookoła Anglii, aż go jakiś niemiecki u-boot w końcu trafi torpedą. A potem jeszcze zafałszowali niemieckie depesze. - Newton napił się kawy. - Nie chcę więcej mieszać panu w głowie. Proszę zajrzeć do nas za trzy miesiące, nie ma pan daleko. Zobaczymy, co będzie. Powodzenia młody człowieku.

- Dziękuję za spotkanie. - Jeff uścisnął rękę naczelnego i wyszedł z gabinetu ze zwieszoną głową. Pożegnał sekretarkę Martę i dostał od niej świeży numer gazety. A potem powlókł się schodami na dół, minął portiera i wyszedł na słoneczną ulicę.

Albert Anastasia pocił się w za ciasnym płaszczu i okrągłej czapce taksówkarza, we wnętrzu nowego, żółtego Plymoutha Taxi Cab. Samochód stał po północnej stronie 170 ulicy przed skrzyżowaniem z Walton Avenue i słońce powoli podgrzewało go do temperatury piekarnika.

Cholerna robota! Nic dziwnego, że taksówkarze strajkowali w maju. A w zimie pewnie marzną. I za mało im płacą. Na szczęście nie jestem taksówkarzem - pomyślał Alberto. - Ale mnie też za mało płacą. A taksówkarz, który jeździł tą gablotą jeszcze do dzisiejszego poranka, nie miałby nic do dodania, bo popłynął w krótki rejs na dno rzeki Hudson w dokach. 50 kilogramów żelaznego łańcucha gwarantowało, że już z niego nie powróci.

Anastasia rozejrzał się kolejny raz dookoła. Na ulicy było pusto, wysoki angol ciągle stał za skrzyżowaniem, przed budynkiem z czerwonej cegły, gdzie zniknął jego cel. I tylko jakiś młodzik w marynarce, który stamtąd wyszedł dziesięć minut wcześniej, rozsiadł się na murku po przeciwnej stronie ulicy i przeglądał gazetę. Po jego prawej stronie, na Walton Avenue niewidoczny z taksówki powinien czekać mały żydek Buggsy Goldstein w czarnym Fordzie. I niech lepiej czeka i patrzy na znak angola, żeby odpalić silnik we właściwej chwili. Ale tak jak on, był zawodowcem i zrobi, co trzeba. A to zlecenie śmierdziało z daleka. Ich cel był łatwy do śledzenia i można było zdjąć w każdej chwili na ulicy. Najlepiej z Thompsona, pół magazynka w pierś, potem do samochodu, a wieczorem na kolację z dziewczynami. Komplikacją okazał się osobliwy wysoki Anglik, którego razem ze zleceniem narzucił im syndykat, a właściwie osobiście Meyer Lansky, który nie był nawet bossem żadnej z pięciu rodzin nowojorskich. A mimo tego wszyscy uważnie go słuchali. Anglik dowodził przy tym zleceniu, co było osobistą obrazą dla Alberto i całej Murder Incorporation znanej ze swojej skuteczności. Cel, wysoki przedsiębiorca w jasnym płaszczu i kapeluszu miał zginąć w wypadku pod kołami samochodu. Tak zaplanował to Anglik, który nawet pojawił się na naradzie w cukierni Midnight Rose's, gdzie się spotykali. Kto zmusił Lanskiego do takiego układu, pozostanie pewnie słodką tajemnicą na wieki. A przynajmniej do momentu, kiedy Alberto Anastasia się wścieknie na szefa za łamanie zasady, że załatwiamy tylko własne czarne owce, idące na układ z oficjalną władzą. A potem na angola, który za dużo o nich wiedział i udawał wielkiego twardziela.

Tylko teraz trzeba jeszcze wykonać zlecenie, a godzinę wcześniej się nie udało. Gdy cel pojawił się przed kamienicą w centrum, jakiś gnojek w identycznym żółtym Plymouthu zdążył przed nim do machającego portiera, zajeżdżając mu drogę i jeszcze pokazał mu środkowy palec. W normalnych okolicznościach Alberto wyciągnąłby gnojka z samochodu, zawiózł na Brooklyn, do pizzerii Mario. Odciął mu ten palec i kazał Mariowi zapiec go w cieście z pomidorami. A gnojek z taryfy mógłby ocalić życie, pałaszując szybko i ze smakiem ten specjał. Tylko okoliczności nie były normalne i na polecenie angola przyjechali za celem tutaj na Bronks.

- Wreszcie! - Alberto naciągnął czapkę głęboko na głowę i uruchomił Plymoutha. Za Anglikiem przy wejściu pokazały się dwie osoby, cel i portier machający na niego rękę. Anglik podniósł w umówiony sposób gazetę i ze skraju chodnika przesunął się pod ścianę. A on wolno przejechał skrzyżowanie, zaraz potem wcisnął gaz i skręcił kierownicę w prawo. Kątem oka zauważył, że portier rozpaczliwie usiłuje odskoczyć pod ścianę. Przedsiębiorca, który się zamyślił, dopiero odwracał głowę w jego stronę i nie miał szansy uciec.

Jeff zrezygnowany przysiadł na murku naprzeciwko budynku redakcji i rozłożył przed sobą gazetę, którą dostał. Ogłoszeń o pracę było kilka, ale żadne z nich nie było dla niego. Będzie musiał znowu włazić w tyłek Frankowi, żeby go gdzieś polecił i wziąć się za kelnerowanie. Frank był jednym z jego dwóch współlokatorów w małej zatęchłej norze na Bronksie, gdzie aktualnie mieszkał. Musi zacząć pracować, bo miał niecałe dwa dolary w kieszeni, a w rezerwie tylko złotą papierośnicę. Albo pozłacaną, jak twierdził właściciel lombardu w sutenerze jego kamienicy i nie chciał dać za nią nawet 20 dolarów. Przerzucił gazetę do końca i złożył. Kryzys nadal trwał w Ameryce, a na świecie trwała wojna. A jemu wkrótce będzie potrzebny płaszcz, bo lato się skończyło.

Od razu zauważył wychodzącego Philipa Maneya, może dlatego, że ten miał już płaszcz na jesień i o nic nie musiał się martwić. Potem portier zamachał ręką na żółtą taksówkę z wielką chromowaną chłodnicą i zderzakami. Taksówka wolno przejechała skrzyżowanie, a potem zrobiła coś dziwnego. Przyspieszyła, skręciła na chodnik i walnęła w ścianę po lewej stronie drzwi wejściowych.

Wtedy Jeff poderwał się z murku i zaczął biec.

Alberto zamortyzował uderzenie przedramionami, na szczęście kierownica się nie połamała. Lekko oszołomiony otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Pamiętał, żeby nie patrzeć nikomu w oczy. Ale nikt nie patrzył na niego. Portier wołał o pomoc z drugiej strony taksówki, zza jego pleców zwłoki Philipa Maneya prawie przepołowione zderzakiem, oglądał Anglik, a z drugiej strony ulicy biegł młodzik. Najpierw lekko się zataczając, potem coraz szybciej pobiegł w stronę, z której nadjechał i skręcił w lewo, za róg budynku. Czarny Ford stał trzydzieści metrów dalej. Anastasia przebiegł ulicę, wskoczył w otwarte tylne drzwi, a Buggsy wdusił gaz i odjechali Walton Avenue na północ.

- Musimy sobie załatwiać większe i lepsze samochody. - Pomyślał Antonio, zrzucając czapkę i płaszcz taksówkarza na tylnym siedzeniu Forda. Walnąłem się w bark, w tych wąskich drzwiach.

Z drzwi budynku wysypali się ludzie i razem usiłowali odciągnąć wrak Plymoutha od ściany, Maney wyglądał na martwego, a jego kapelusz wiatr przesuwał w tę i z powrotem na środku ulicy. Nie wiadomo skąd pojawił się posterunkowy, obejrzał zwłoki przy ścianie, potem zagadnął kogoś, kto w odpowiedzi wskazał mu wysokiego mężczyznę z gazetą w ręku.

- Widział pan kierowcę?

- Widziałem. Uciekł tam prosto wzdłuż ulicy. - Mężczyzna mówił z dziwnym akcentem i pokazał ręką w kierunku Webster Avenue.

- Dziękuję. - Policjant spojrzał na Jeffa. - A pan coś widział?

Jeff zaniemówił na to oczywiste kłamstwo, które przed chwilą usłyszał. Na własne oczy widział, jak szofer znika za rogiem. Spojrzał w zimne szare oczy człowieka, który stał obok i intensywnie się w niego wpatrywał. I się przestraszył.

- Nie.

Konstabl głośno gwiżdżąc, pobiegł wzdłuż 170 ulicy. Wysoki mężczyzna zniknął za rogiem. A Jeff stał w bezruchu, tylko ręce mu drżały, a oddech przyśpieszył.

Późnym popołudniem wysoki Anglik, który niedawno spacerował i machał gazetą na Bronksie, wysiadł z samochodu na 50 ulicy i prawie wbiegł do wieżowca Rockefeller Center przez obrotowe drzwi. Minął recepcję i poszedł prosto do wind. Jego cel był na 36 piętrze, a świeża tabliczka na korytarzu głosiła British Passport Control Office. Skinął głową strażnikowi, a recepcjonistka powitała go, wstając.

- Dzień dobry panie Stephenson.

- Dzień dobry Maggie. Przyślij, proszę najpierw Charlesa z depeszami, a potem jak zadzwonię Montgomery'ego Hyde'a. Kto o mnie dzisiaj pytał?

- Wszyscy... - Maggie zajrzała do notatnika na biurku. - A Walter Lippmann dzwonił nawet trzy razy. Może to coś pilnego.

- Dobrze, będę pamiętał.

- I goniec zostawił ten maszynopis dla pana. Mówił, że pilny od Roberta Sherwooda.

- No to będę u siebie.

William Stephenson wszędzie był u siebie, milioner urodzony w Kanadzie, od 1931 roku współpracował z sekcją D MI-6 organizującą sabotaż, dywersję i propagandę. W lipcu 1940 na polecenie Churchilla, dyrektor MI-6 Stewart Menzies wysłał go do Stanów Zjednoczonych, jako szefa całego wywiadu brytyjskiego u amerykańskich kuzynów, ukrytego pod nazwą British Security Coordination.

- Wejdź Charles. - Stephenson głośno powiedział, gdy usłyszał pukanie do drzwi. - I czego Londyn chce dzisiaj od nas?

- Dodatkowych placówek w portach na wschodnim wybrzeżu, wspierających flotę.

- Rozumiem, że dostaniemy dodatkowych ludzi i fundusze.

- Nie.

- Czyli wszystko po staremu. Sami musimy żebrać u Amerykanów.

- Jeszcze niepokoją się tymi niszczycielami...

- Przecież to już dawno załatwione. Teraz to tylko pyskówki i formalności prawne. Daj mi te depesze.

- Mam jeszcze jedną. Specjalną z jednorazowym kodem. Sam musisz sięgnąć do sejfu i rozszyfrować.

- To pewnie od premiera. Jesteś wolny.

Charles zamknął za sobą drzwi. A Williamowi całe dwadzieścia minut zajęło ręczne rozszyfrowanie długiej depeszy. A potem przeczytał ją jeszcze raz. I zadzwonił po Montgomery'ego.

- Witaj Will. Jak twój dzień? - Powiedział, wchodząc bez pukania Hyde.

- Męczący. Załatwiałem definitywnie sprawę News.

- Czyli nie zrozumieli aluzji z zeszłego tygodnia?

- Nie tylko nie zrozumieli, ale zaczęli się stawiać.

- Poszło gładko?

- Z małym poślizgiem czasowym. - Stephenson napił się kawy. - Ale wolałbym, żeby to robili nasi ludzie. Chociaż ci nasi nowi znajomi znają się na tej robocie, to określiłbym ich jak obleśne zwierzęta. A duży spocony makaroniarz, który prowadził taksówkę, przez cały dzień miał ochotę poderżnąć mi gardło.

- Mamy jeszcze taką robotę w Filadelfii.

- I znowu będę musiał ich wysłać, bo nie mamy swoich ludzi.

- Ale nie mamy ludzi, bo...

- Wiem. Bo są w Norwegii, Francji, Holandii...

- Kto ich nam załatwił?

- Nasi amerykańscy przyjaciele na samej górze.

- Hoover czy prezydent?

- Powiedziałem na górze. - William pokazał palcem na sufit. - Czy prezydent jest na górze?

- A tak w związku z prezydentem. Jego ludzie ze sztabu zaczęli się niepokoić o wybory i o Willkiego.

- Teraz po konwencjach partyjnych to nam jest w zasadzie wszystko jedno, kto wygra. Ale my chyba wolimy kalekę. Roosevelt jest we wszystko wprowadzony, a Willkie to amator i trzeba by zaczynać od podstaw. Powiedz im, że uruchomimy wszystkie nasze środki, gazety, radio i sondaże.

- I jeszcze ci senatorowie od Ustawy o neutralności - Wheeler i Nye. Nadal obrzucamy ich gównem w mediach? Czy kończymy?

- Nie, dopóki prosty czytelnik nie uzna, że są gorsi od Hitlera. Pogoń do roboty naszych literatów z 35 piętra, niech to zrobią w końcu dobrze. I załatw w Gallupie i Market Analysts sondaże na nich.

- Dobrze, że Donovan już wrócił z Londynu. - Hyde wstał z krzesła. - Wszystko będzie prostsze...

- Ja też mam taką nadzieję. Nie uciekaj jeszcze. Mam tu coś specjalnego z Londynu.

- Co takiego? - Montgomery ponownie usiadł.

- Coś tylko dla nas dwóch. Może jeszcze wprowadzę kogoś, ale to absolutnie tajne. - Stephenson spojrzał na Hyde'a.

- Jakżeby inaczej.

- Winston chce planu natychmiastowego przystąpienia do wojny wściekłych Stanów Zjednoczonych, na wypadek niemieckiej inwazji na naszą wyspę.

- Tego jeszcze nie ćwiczyliśmy. Może wynajmiemy jakichś aktorów z Hollywood, wsadzimy ich w niemieckie mundury, wyładujemy na Brooklynie i każemy maszerować i hailować przez miasto, a potem zdobywać ratusz. - Montgomery zapalił się do pomysłu. - A na niebie samoloty wymalują napis "Poddajcie się wy amerykańskie świnie".

- Dobrze kombinujesz. Ja bym tylko aktorów wymienił na dwudziestometrową małpę, machającą z Empire State Building wielką flagą ze swastyką.

- A tak poważnie. Przecież wiemy, że żadnej inwazji już nie będzie. Po co nam to teraz.

- Wiesz, jak Winston się do czegoś zapali, to trudno go powstrzymać. - William się zastanowił. - A może wie więcej niż my?

Po chwili milczenia obaj wybuchnęli śmiechem. Hyde wyszedł jeszcze rozbawiony, a Stephenson wziął do ręki kilka kartek maszynopisu zostawionych przez gońca. Ziewnął głośno. A teraz musi przeczytać i zatwierdzić przemówienie wyborcze Roberta E Sherwooda napisane dla Franklina Delano Roosevelta na jutrzejsze wystąpienie.

Ulice

Paryż, Francja, 4 września 1940 roku.

Kurt Miller stał na środku dużego wybrukowanego placu i oglądał kolumnę, która wyglądała jak wielki penis we wzwodzie. Co miała symbolizować? Nie wiedział. Może my Francuzi mamy wielkie fiuty, o których wy zagraniczni impotenci możecie tylko pomarzyć. A może coś innego... Strzegły jej, nie wiadomo przed czym, cztery orły na rogach cokołu i rozłożyste miejskie latarnie. Plac nazywał Place Vendôme, jak udało mu się sprawdzić na tabliczce. Jak nazywała się kolumna, nie wiedział. Na cokole przedstawiono płaskorzeźbę z różnymi poręcznymi, aczkolwiek przestarzałymi narzędziami do robienia dziur w ludziach, a na samej kolumnie po spiralnej linii ludzie chyba wspinali się do nieba. Zapewne ci, którym udało się uniknąć spotkania z tymi narzędziami. Kurt, paląc papierosa, musiał kontemplować kolumnę, bo za wcześnie pojawił się na miejscu umówionego spotkania. No i nie chciał wyjść na żałosnego mięczaka, który skamle pod drzwiami o litość.

Spotkanie było umówione na godzinę dziesiątą, z dowódcą 4 dywizji pancernej, generałem Hansem von Boineburg-Lengsfeld w hotelu Ritz, który mieścił się przed placem. Za piętnaście dziesiąta Miller uznał, że czas obcowania z kulturą francuską minął i wszedł do środka.

Generałowie to sobie żyją - pomyślał po wejściu, gdzie portier powitał go po niemiecku.

Hotel przy Rue de Tr?vise, gdzie skierowała go wczoraj armia, wydał mu się teraz namiotem barbarzyńców ze stepów. A jeszcze wczoraj uznał go za największy luksus, jaki go spotkał w życiu. I patrząc na wyglansowanych portierów, ucieszył się, że wczoraj dał mundur do odprasowania, a rano został ogolony przez fryzjera. Co prawda dopiero piąty zaczepiony na ulicy Francuz odgadł, że szuka golibrody, a nie że natychmiast zamierza mu poderżnąć gardło.

Po dłuższej chwili przestał wgapiać się w zdobienia, dywany, żyrandole oraz meble i przeszedł przez hall, żeby znaleźć recepcję. Gdy podał nazwisko generała, wymuskany typ za ladą gdzieś zadzwonił, a potem kazał mu iść za młodym boyem. Najpierw do windy, a potem do drzwi na drugim piętrze.

Otworzył kapitan, a porucznik Miller się zameldował. Apartament wyglądał, jakby go żywcem przeniesiono z opowieści o królach Francji, a dobrym słowem, które go bliżej określało było "koronacyjny". On sam musiał zapłacić za swój luksus sporo tych franków, które dostał dwa dni temu jako część wypłaty. Dostał 320 Reichsmarek żołdu porucznika, a 72 marki dodatku frontowego zniknęły bezpowrotnie po kapitulacji Francji.

Ile zapłacił generał? I ile dostaje? - pomyślał Kurt. - Pewnie nigdy się nie dowiem...

Gdyby był bardzo dociekliwy, to wyszłoby na jaw, że pełny generał zarabia 1700 marek. I nigdy nie miał szansy dowiedzieć się o nagrodach i gratyfikacjach przelewanych na konta generałów idących w dziesiątki tysięcy marek. Premii za wierność.

Kapitan wprowadził go do salonu z kominkiem. Na rokokowej kanapie przed niskim stolikiem i kominkiem zagłębionym w ścianie siedziały dwie osoby. Zasalutował, a obydwaj siedzący wstali.

- Porucznik Kurt Miller melduje się na rozkaz.

- Proszę siadać poruczniku. - Generał pokazał mu fotel po drugiej stronie stolika. - A to jeśli pan nie rozpoznał mojego gościa to SS-obergruppenführer Dietrich, dowódca pułku Leibstandarte Adolf Hitler.

- Tak jest!

- To tak oznacza, że pan usiądzie czy, że zna obergruppenführera? - Generał i Dietrich usiedli na kanapie.

- Oczywiście usiądę panie generale, a mundur obergruppenführera nie jest mi obcy. - Kurt usiadł na fotelu.

- Dzisiaj pan przyjechał poruczniku? - Sepp Dietrich napił się z kieliszka stojącego na stoliku. - I jak znajduje pan Paryż?

- Ładny, duży i taki raczej wesoły...

- Tyle wrażeń na jeden poranek poruczniku? - Generał się uśmiechnął.

- Nie panie generale przyjechałem wczoraj wieczorem. - Kurt usiłował przeczytać etykietę na dużej, otwartej butelce stojącej na stoliku. - Wie pan z podparyskiego Meaux, gdzie są nasze czołgi.

- Dziękuję poruczniku. Ja wiem, gdzie znajduje się moja dywizja. - Generał też się napił. - W końcu jestem jej dowódcą...

- Tak jest. - Samo wyrwało się z ust Millera, bo nic głupszego od tego, co już powiedział, nie przyszło mu do głowy.

- No dobrze. To teraz przejdźmy do sedna sprawy. - Generał pokazał teczkę z papierami leżącą na stoliku. - Mam tu wszystkie raporty. Pański, kapitana Schäfera i sturmhauptführera Witta. Oraz wniosek o sąd wojskowy. W związku z tym, że nie jestem jednak wszechwiedzący, chciałbym usłyszeć od pana, co się zdarzyło 21 czerwca.

Między 8 a 12 czerwca została rozbita Linia Weyganda, na której pozostałe wojska francuskie usiłowały zatrzymać Niemców po klęsce we Flandrii. 4 dywizja pancerna razem z resztą korpusu pancernego generała von Kleista przebiła się przez zaciekłą obronę nad Marną i rozpoczęła marsz w głąb Francji, w kierunku Lyonu. Cztery dywizje pancerne i jeden z niewielu zmotoryzowanych w armii niemieckiej związków piechoty, czyli pułk Leibstandarte parły na wschód, aby dojść do Morza Śródziemnego i wyjść na tyły sześciu słabych dywizji francuskiej Armii Alpejskiej, która do tej pory skutecznie powstrzymywała atak Włochów.

W tej sytuacji pluton czołgów z 2 kompanii 35 Batalionu czołgów znalazł się 20 czerwca wieczorem w małym francuskim miasteczku La Chabane w departamencie Loary, blokując skrzyżowanie lokalnych dróg i osłaniając od południa przeprawę przez Loarę w Roanne i podejścia do Lyonu gdzie znajdowała się reszta dywizji. Pluton pod dowództwem porucznika Kurta Millera liczył aktualnie 3 czołgi Panzer II, wzmocnione jednym Panzer III z plutonu sztabowego oraz dwoma motocyklistami z kompanii zwiadowczej. Nie niepokojeni przez nikogo spędzili tam noc.

Następnego dnia sytuacja wokół, zaczęła się komplikować. Na prawo od 4 dywizji pancernej sztab pułku Leibstandarte w Vichy zdecydował, że trzeba zabezpieczyć drogę Vichy - Saint-Etienne tak daleko, jak się da. O dziesiątej pierwsi wyruszyli strzelcy motocyklowi i dwa samochody pancerne z kompanii zwiadu. Za nimi miała posuwać się 8 kompania załadowana na 13 ciężarówek. Ale ciężarówki SS-manów były zbieraniną złomu z całej Europy. Nawet 3-tonowe Ople Blitz były w wersjach wojskowej i cywilnej, zmobilizowane w 1939 roku. A od samego rana mechanicy grzebali w silnikach czeskiej Tatry i zrabowanego w Polsce Citroena, co poskutkowało jeszcze dwudziestominutowym spóźnieniem. Zwiadowcy, którzy wyjechali wcześniej, zrobili to, co lubili najbardziej, czyli przycisnęli gaz. Wszystko szło według planu, aż do miasteczka Le Mayet-de-Montagne pozbawionego drogowskazów, gdzie motocykle pojechały w prawo, bliżej kompleksu leśnego, a pół godziny później ciężarówki z piechotą w lewo.

A po następnej pół godzinie zwiadowcy wpadli w zasadzkę na krzyżówce Saint-Priest-la-Prugne. Pierwszy motocykl z koszem trafiła seria pocisków z karabinu maszynowego, z domu stojącego za małym mostkiem. Drugi podczas hamowania wpadł na przewróconą maszynę prowadzącego, a kolejna seria sprawiła, że strzelcy zwalili się na drogę. Reszta szybko wyhamowała i rozjechała się na boki, strzelcy opuścili pojazdy, a gdy chcieli obejść dom, dostali się pod gęsty ogień karabinowy z gospodarstwa położonego powyżej. Wtedy do przodu wysunęły się dwa lekkie czterokołowe wozy rozpoznawcze Sd.Kfz.221 i dojechały do mostka. Strzelcy w wieżyczkach otworzyli ogień ze swoich MG 34 do piętrowego domu, żeby uciszyć karabin maszynowy na poddaszu. Francuska obsługa rzuciła się na podłogę, gdy kule przelatując przez rozbite okno, dziurawiły dach.

W tym czasie obersturmführer dowodzący motocyklistami wyciągnął mapę, a potem znalazł kryjącego się za drzewem łącznościowca z radiostacją plecakową.

- Jürgen połącz się z piechotą i powiedz, żeby się pośpieszyli, bo jesteśmy pod ostrzałem. To skrzyżowanie na górze z dwoma gospodarstwami nazywa się Saint Priest la coś tam.

Gdy ucichł karabin maszynowy na poddaszu, strzelcy w wozach przenieśli ogień na budynki na wzgórzu za skrzyżowaniem, a oba samochody pancerne powoli przejechały przez mostek.

- Wstawać! Naprzód! - Obersturmführer poderwał swoich ludzi. - Oberscharführer sprawdź, czy nasi żyją i weź ich kaem z amunicją. Naprzód! Wziąć ten dom za mostem.

Pięciu SS-manów przebiegło przez most i dotarło do ślepej ściany domu z oknem na poddaszu. Wyciągnęli granaty i szykowali się do szybkiego skoku za róg, żeby drzwiami wbiec do środka. Sierżant na drodze przy wywróconych motocyklach pokręcił przecząco głową i przeciągnął ręką po gardle. A jego ludzie ustawiali MG 34 z lewej strony mostku.

- Chyba jakoś z tego wyjdziemy, ale nigdy nie miałem jeszcze czterech zabitych jednego dnia. - Pomyślał wściekły.

Tylko chwilę później zza domu, poprzeczną drogą wyjechały na środek skrzyżowania, jeden za drugim, dwa francuskie czołgi. Gdyby nie mała wieżyczka na szczycie wyglądałby na żywcem przeniesione z wojny 1918. To te cholerne 35s Somua. Ale kiedy pierwszy zakręcił się na drodze i ustawił przodem, zobaczył krótką lufę wystającą z kadłuba, zrozumiał, jak bardzo się pomylił.

- Jezu to te ciężkie Renaulty! Wracać za most! - Dowódca krzyknął głośno. - Jeden to byłoby za dużo. A są dwa.

Czołowy Char B1 Bis strzelił z 47 milimetrowego działka w wieży i trafił samochód zwiadowczy z pięćdziesięciu metrów. Ten stanął w miejscu i zaczął dymić. Strzelec drugiego transportera rozpaczliwie posyłał serię za serią w pancerz francuskiego czołgu, ale jego kierowca był bardziej przytomny. Wrzucił wsteczny bieg i wykorzystując wrak, w którym zginęli koledzy jako osłonę, uciekł za mostek. Kaem czołgu nie strzelał i SS-mani, którzy przekroczyli rzeczkę, zdążyli się wycofać do parowu. Dwóch z żołnierzy z piątki, która była pod domem rzuciło granaty w kierunku czołgów i pod osłoną ich wybuchów wszyscy pobiegli z powrotem.

- Kurwa! Nie mamy nic, żeby im chociaż porysować pancerz. Żadnych pionierów z ładunkami wybuchowymi.

Załogi czołgów nic sobie nie robiły z wybuchów granatów na drodze. Drugi czołg znalazł sobie miejsce na skrzyżowaniu, obrócił się przodem do Niemców i strzelił z 75 milimetrowej haubicy w kadłubie. Wrak 4 tonowego samochodu zwiadowczego przesunęło z drogi na most. Załogi uruchomiły kaemy i Niemcy przylegli do ziemi.

- Na co my trafiliśmy w tym górskim zadupiu? Skąd oni się zrobili nagle tacy odważni? - Przypomniał sobie, że piechota holuje działko przeciwpancerne, tylko nie pamiętał jakie. Jeśli to PaK 36, to nic nie wskórają przeciwko tym czołgom. Jeśli jakimś zrządzeniem losu 50-milimetrowe PaK 38, to może chociaż je unieruchomią, strzelając w gąsienice. Tylko zanim nadjedzie piechota, musi zrobić to, co do niego należy. Wyciągnąć swoich ludzi z parowu i wysłać patrole. Na lewo od skrzyżowania, żeby sprawdzić, czy da się je obejść i na prawo, żeby sprawdzili, ile jest tej cholernej piechoty na wzgórzu. Chyba że Francuzi zamierzali zrobić coś, co widział tylko raz na oczy tego lata. Atakować.

W tym momencie nieostrzeliwanym żołnierzom na poddaszu wróciła odwaga. Podnieśli swój lekki kaem Châtellerault i ze złożonym dwójnogiem, oparli go o wyszczerbiony parapet okna. Jedynym widocznym celem okazał się SS-man oddalony o 150 metrów, siedzący na ziemi naprzeciw jakiejś skrzynki. Strzelec sprawdził ustawienia celownika, przymierzył i wystrzelił wszystkie 25 pocisków z magazynka. Trzy pierwsze pociski z serii trafiły Niemca w plecy, zabijając na miejscu, czwarta i piąta w radio, a reszta poruszyła pierwsze opadłe tego lata liście.

- Kurwa! Strzelajcie w to okno! - Obersturmführer krzyknął do kryjących się swoich ludzi. Ciekawe czy radiowiec się zdążył połączyć...

Hauptsturmführer Witt, dowódca 8 kompanii nachylił się do tylnego okna kabiny i kazał kierowcy prowadzącego opla ruszać. A potem dał znak ręką reszcie kolumny, że chwilowy postój na drodze w dolinie się skończył. Łącznościowiec odebrał wiadomość od motocyklistów, gdy stanęli na drodze przed jakimś francuskim miasteczkiem usadowionym na zboczu doliny.

Witt zastanawiał się właśnie, czy wysłać jedną ciężarówkę przodem na zwiad. Ufał swoim zwiadowcom, ale ci przez ostatni tydzień zajmowali się głównie gnaniem do przodu i braniem do niewoli na słowo francuskich oddziałów, a jego kameraden musieli po nich sprzątać. Łączność urwała się gwałtownie, ale sytuacja była jasna. Czekało ich jeszcze 10 kilometrów kiepskich górskich dróg, a potem częścią ludzi zablokuje skrzyżowanie, a razem z resztą spróbuje ich obejść bokiem.

Kolumna ruszyła drogą w dół, a kierowca opla zobaczył, że za mostkiem na dnie doliny, czekają ich zakręty i znowu cholerny podjazd przed budynkami. Ile jeszcze wytrzyma silnik w ciężarówce?

Witt siedział na bocznej ławie i oglądał kolejne miasteczko tak jak większość znudzonych SS-manów wychylających się z ciężarówek bez plandek. Wjechali między niskie domy i objechali wysoki kamienny kościół po prawej. Potem zobaczył skrzyżowanie i drogę odchodzącą prostopadle w lewo. Kierowca zwolnił, żeby się upewnić co do dalszej trasy.

- Prosto czy w lewo?

- Prosto.

Przejechali ponad sto metrów i kierowca zauważył, że coś blokuje wąską drogę.

- Panzer! Cholerny czołg! - Kierowca opla nacisnął na hamulec.

- Jaki kurwa czołg? - Witt wpadł na kabinę ciężarówki przy hamowaniu, ale natychmiast się poderwał na nogi.

- Tam stoi. Nie mam gdzie zjechać. - Rozgorączkowany kierowca pokazał ręką przed siebie. - To nasz?

Za nimi reszta kolumny hamowała, a kierowcy szóstego w kolejności samochodu udało się nawet nie nadziać na lufę działa, które holowała poprzedzająca go ciężarówka. Tylko ostatniemu w kolumnie Citroenowi hamulce odmówiły posłuszeństwa i wpadł na Tatrę przed kościołem.

Witt wychylił się do przodu, ponad kabiną opla i przyjrzał czołgowi, który stał przodem do nich i blokował przejazd na wąskiej drodze. Miał dziwny niebieski kamuflaż, małą, ale wysoką wieżę, wielkie gąsienice, ale przede wszystkim grubą wielką lufę wystającą z kadłuba między gąsienicami. Z całą pewnością nie był nasz.

Spojrzał szybko na miasteczko, w którym utknęli. Stali na zboczu góry, na prawo przy samej drodze stały domy, na lewo po metrowym spadku zaczynała się łąka, rozrzucone zabudowania i rzeczka na dnie doliny.

- Z wozu! Oberscharführer weźcie dwóch ludzi... - Dowódca zabębnił niecierpliwie pięścią w dach kabiny. Ale kiedy usłyszał wystrzały karabinowe, a jeden pocisk zrykoszetował od blachy dachu, krzyknął krótko. - Wszyscy wysiadać!

Zeskoczył na łąkę poniżej drogi i zobaczył, jak jego ludzie robią w większości to samo. A potem usłyszał wystrzał z działa gdzieś na końcu kolumny i zobaczył błysk na wieży nieruchomego czołgu. Jego kaem zaczął masakrować ciężarówki na drodze...

Porucznik rezerwy Pierre Blanchard, chociaż na głos nikomu by się to tego nie przyznał, bał się jak nigdy w życiu. Nawet w 1917 we Flandrii, kiedy siedział w głębokim okopie z maską przeciwgazową, a oficer groził im pistoletem w ręku i krzyczał "Out! En avant! Attaquer!", żeby zmusić ich do wyjścia na zewnątrz. A teraz powodem strachu była banda małych skurwieli, których dostał pod komendę.

Małe skurwiele to był oddział nazywany goum, marokańskich ochotników, górali z Meghrebu. Oddział zasadniczo utworzono, żeby zastąpić w Północnej Afryce Francuzów, których potrzebowano w metropolii. Nie pojechał też do walki z Włochami w Libii, bo w maju wysłano go do Marsylii, planując przydzielić albo do Armii Alpejskiej, albo jako rezerwę dla regularnej 1 dywizji marokańskiej. Podczas gdy w maju Marokańczycy zyskiwali chwałę na polach Flandrii, goumierzy w Marsylii zyskiwali uznanie miejscowego półświatka oraz coraz większą wściekłość dowódców garnizonu. Trwało to do 8 czerwca, kiedy wydano im nowiutkie karabiny powtarzalne MAS Modéle 36 w miejsce starych, które dostali w Afryce. Przydzielono dowódcę kapitana, a jako jego zastępcę właśnie porucznika Blancharda. Dostali też z powrotem swoich krewnych i kolegów siedzących w areszcie garnizonowym za kradzieże oraz dziesięciu wojskowych żandarmów. Całą tę gromadkę wysłano koleją do Saint-Étienne. A potem na północ do Saint Just gdzie połączyli się z plutonem ciężkich czołgów. Kapitan odebrał rozkazy przez telefon w miasteczku, bo piechota nie dostała radiotelegrafisty, a czołgi nie miały własnych radiostacji. 20 czerwca przemaszerowali, za czołgami na skrzyżowanie dróg. A o świcie kapitan wysłał połowę swoich sił, czyli 100 Marokańczyków i 3 czołgi do zabezpieczenia odległego o 4 kilometry Laprugne, oddając ich pod dowództwo porucznika. I jeszcze ku zadowoleniu tegoż, pięciu żandarmów na rowerach.

Czołgi nie były specjalnie szybkie, więc niewiele wyprzedziły maszerujących górską drogą piechurów. Jeden z nich zepsuł się i stanął przy wjeździe do miasteczka, a dwa pozostałe kazał ustawić tak, żeby mogły szybko wesprzeć wysunięte posterunki z karabinami maszynowymi. Jeden między domami przy zakręcie drogi w kierunku Vichy, a drugi na bocznej drodze odchodzącej od głównej na skrzyżowaniu przy kościele. Resztę Marokańczyków podzielił na trzy grupy i kazał im trzymać się blisko czołgów, o co dodatkowo mieli zadbać żandarmi. Sam został przy zepsutym czołgu z grupą odwodową.

Wesoło uśmiechający się Marokańczycy, ubrani w pasiaste fioletowe chałaty z kapturami, na których nosili pasy i ładownice, na ulicach Marsylii wyglądali śmiesznie, ale tutaj na pagórkach Masywu Centralnego wtapiali się w otoczenie lepiej niż Francuzi. Porucznik obszedł posterunki i powrócił na swoje stanowisko przy czołgu, który utknął na środku drogi. W związku z tym, że żaden z jego podkomendnych nie szykował się do poderżnięcia mu gardła, podszedł do unieruchomionego czołgu. Jego dowódca sierżant siedział na błotniku gąsienicy, palił papierosa i głaskał swoje wąsy.

- Sierżancie jak tam naprawa?

- Pracujemy poruczniku.

- Nie pomaga pan? - Pierre wskazał ręką na otwarty właz boczny.

- Ja tam się na tym nie znam. Jak coś będą chcieli ode mnie, to krzykną.

- A co się zepsuło?

- Chyba pompa paliwowa i coś z elektryką. Czyli praktycznie, nigdzie nie pojedziemy, a wieżę muszę obracać ręcznie.

- To chyba nie wzbogaciło znacznie mojej wiedzy wojskowej o czołgach.

- A chce pan porucznik liznąć więcej wiedzy?

- Chętnie. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego potwora.

- No to lekcja pierwsza i ostatnia... - Sierżant zeskoczył z błotnika. - To, co mamy dla szkopów. Małe działo 47 mm i kaem na górze, a na dole duża haubica 75 mm. Z tyłu silnik, z przodu siedzimy we czterech. To znaczy, wszyscy siedzą, tylko ja kurwa stoję.

- No to kurwa współczuję...

- Wchodzimy tędy. - Pokazał na otwarty boczny właz. - A ja czasem górą, tamtym ciasnym włazem na wieży, co się otwiera na dwie połówki. I za każdym razem się modlę, żeby nie skręcić karku, bo nie ma się czego złapać.

- A kto strzela? - Pierre zajrzał przez otwarty właz i zobaczył walające się po dnie kabiny skrzynki i pociski luzem.

- Z wieży ja kaemem. I działem, jak mi radiowiec łaskawie poda pocisk. I jeszcze celuję, sprzątam i prasuję...

- A reszta załogi?

- Kierowca kieruje, strzela haubicą jak mu mechanik załaduje. Mechanik tak jak teraz usiłuje wkręcić na miejsce wszystko, co wykręcił przed chwilą. Tylko zawsze mu zostają jakieś części na zapas. No i nie dostaliśmy radiostacji. Drucik jest bezrobotny, ale ma zdrowe nogi, to się przyda.

- My też żadnej nie dostaliśmy. Za to żandarmi mają rowery.

- A więc macie szybszą łączność... - Sierżant ściszył głos. - A ta pana wesoła gromadka? Nie uciekną, jak usłyszą strzały.

- Podobno nie. Podobno to wielcy wojownicy z Afryki. Podrzynają gardła wszystkim wrogom, tymi swoimi wielkimi nożami.

- Ale my nie jesteśmy ich wrogami?

- Tego do końca nie jestem pewien. - Blanchard szepnął konspiracyjnie. I wcale się nie uśmiechając, dodał. - I dlatego są tu ze mną żandarmi, a pan sierżancie ma czołg...

- A Niemcy przyjdą tu? Bo nie mamy za dużo paliwa i amunicji... a naprawę sam pan ogląda.

- W końcu przyjdą, jutro albo za tydzień. Albo nas ominą i wjadą do Marsylii. Zobaczymy.

- No to ja sobie jeszcze posiedzę na słońcu poruczniku...

- A ja może zrobię obchód posterunków. Zobaczę, co zdążyli ukraść w miasteczku nasi wojownicy.

- Poruczniku szkopy! - Żandarm na rowerze machał ręką i krzyczał od samego skrzyżowania.

- Gdzie? - Blanchard podbiegł do niego.

- Za zakrętem na drodze stoją ciężarówki.

- A Niemcy co robią?

- Chyba siedzą w środku...

- Daj mi rower. A ty biegnij do naszych i powiedz, żeby byli w gotowości.

Porucznik wsiadł na wysoki rower i zaczął jechać do posterunku na zakręcie. Początkowo wężykiem od krawędzi do krawędzi drogi, a potem coraz szybciej. Zdyszany żandarm odprowadził go wzrokiem i po chwili zastanowienia, gdzie będzie miał bliżej i pobiegł z powrotem na skrzyżowanie i drogą w dół doliny.

Blanchard dojechał do posterunku z kaemem i zaczął oglądać ciężarówki przez lornetkę. Rzeczywiście brunatnoczerwona flaga ze swastyką rozłożona na masce pierwszej ciężarówki nie budziła żadnych wątpliwości co do tożsamości gości zmierzających do miasteczka. Zza pierwszej widać było jeszcze trzy, więc pewnie jest ich więcej, ale nie więcej niż kompania, bo inaczej mieliby jakichś swoich zwiadowców. Co jeszcze mógł zrobić? Wszystko zależało od tego, co zrobią Niemcy. Jeśli wysiądą z samochodów i rozwiną piechotę, to on przesunie swoich ludzi na obrzeża i zatrzymają ich w polu. Tylko będzie musiał pchnąć goumierów na górę, żeby ich tamtędy nie obeszli. Jeśli wyślą pieszy patrol, zdejmie go kaem i skończy się tak samo. A jeśli będą chcieli wjechać do miasteczka ciężarówkami? Może ich albo ostrzelać na drodze, albo wpuścić do środka między swoje czołgi. Uśmiechnięci Marokańczycy, dowódca tej grupą i kaemista oraz żandarm trzymający rower patrzyli na niego z uwagą.

- Przenieście kaem za murek naprzeciw kościoła, żeby strzelec widział skrzyżowanie. I wyślij 10 ludzi na drugą stronę drogi między domy. Tam, gdzie stoi czołg. I wszyscy macie się schować, żeby was nie było widać z drogi. Zrozumiałeś? - Zwrócił się do starszego Marokańczyka. Ten kiwnął głową i poszedł do swoich ludzi. A potem spojrzał na żandarma. - Czekaj przy drodze. A jeśli Niemcy się ruszą ciężarówkami, pojedziesz z rozkazem. Wszyscy mają czekać, aż my strzelimy a dopiero potem atakować.

Nastąpiło małe zamieszanie, a on musiał poprawić ustawienie cekaemu, który przenieśli goumierzy. Teraz stał na trójnogu, zasłonięty od strony drogi drewnianą jednoskrzydłową bramą, w ponad metrowej wysokości kamiennym murze.

- Poruczniku jadą! - Marokańczyk biegł z posterunku obserwacyjnego i machał rękami.

- Wszyscy?

- Tak.

- Ile ciężarówek?

- Dziesięć. - I goumier dla pewności pokazał wszystkie dziesięć palców u obu rąk.

Porucznik spojrzał na żandarma, a ten wsiadł na rower i popedałował przez skrzyżowanie w dół. A potem patrzył przez szparę między deskami na przejeżdżających Niemców i liczył ciężarówki.

Cztery.

- Puis-je? - Cicho szeptał uśmiechający się gumier, siedzący za Hotchkissem. Uśmiech ledwie było widać, bo głowę miał obwiązaną jakąś chustą a na to nasadzony hełm.

Porucznik pokręcił przecząco głową.

Sześć.

Dziesięciu strzelców schowanych za murem też wyszczerzyło zęby.

Osiem.

Porucznik złapał prawą ręką za odsunięty wcześniej rygiel bramy.

Dziesięć.

Ale w tym momencie zobaczył nadjeżdżającą jedenastą. Mieszkańcom Afryki przydałoby się więcej palców u rąk.

- Puis-je? - Usłyszał znowu. Jeszcze nie.

Dwanaście.

Kolumna ciągle jechała.

Trzynaście.

A potem stanęła i usłyszał zgrzyty i odgłos uderzenia. Teraz.

Porucznik pchnął skrzydło bramy.

- Strzelaj!

Marokańczyk nacisnął spust, ale nie utrzymał tylnego uchwytu Hotchkissa i cała seria poszła w ścianę kościoła. A przekręcona taśma zacięła się w połowie długości, po ponad 100 pociskach.

Niemcy wyskakiwali na drogę. Porucznik machnął ręką na goumierów, którzy się ociągali za murem.

- Strzelać!

Minęło może dwadzieścia minut walki. Niewiele ciał Niemców leżało przy ciężarówkach. Większość wycofała się poniżej drogi i skutecznie odgryzała otaczającym ich goumierom. Część przeskoczyła na prawo między domy i stamtąd słychać było sporadyczne strzały polujących na nich Marokańczyków. Czołgi blokowały drogi, bo nie mogły jeździć po spadku, a jego Char B1 wyjechał z ukrycia za kościołem, zmiażdżył dwie ostatnie ciężarówki z zatrzymanej kolumny i utrzymywał skrzyżowanie. Obydwaj dowódcy, Francuz i Niemiec doszli do tych samych wniosków. Nastąpił pat. Niemcy nic nie mogli zrobić czołgom, które ich blokowały, a goumierzy mieli za małą siłę ognia, żeby zgnieść Niemców. Należało więc coś zmienić w tej sytuacji.

Blanchard znalazł żandarma siedzącego na kamieniu koło kościoła i dał mu kartkę z meldunkiem.

- Przeczytaj, jakbyś zgubił. A potem weź rower i oddaj meldunek kapitanowi na skrzyżowaniu. Niech cię goumierzy przeprowadzą górą po prawej.

Pierre przekradł się obrzeżem miasteczka, a potem w połowie drogi między Lapourge a skrzyżowaniem Saint-Priest spotkał swoje lustrzane odbicie, kolegę z drugiej części oddziału. Obaj żandarmi jadący w przeciwnych kierunkach na rowerach zatrzymali się na środku drogi.

- Dzień dobry Pierre.

- Witaj Henry. Jedziesz do nas z meldunkiem?

- Tak. A ty do nas?

- Jak widać. Uważaj, bo strzelamy się ze szkopami w miasteczku, znajdź brudasów, niech cię przeprowadzą na lewo od drogi, bo porucznik jest za Niemcami, po drugiej stronie.

- My też się strzelamy. Nie dojeżdżaj do skrzyżowania, tylko wjedź ścieżką z tyłu na górę, bo cię trafią.

- Aha. A co masz zameldować? Jeśli to nie jest tajne?

- Żeby porucznik zostawił czołg i pluton strzelców. A z resztą oddziału wrócił nam pomóc.

- No to ja mam to samo do kapitana, żeby nam przysłał wsparcie.

- Trzeba się śpieszyć.

- To powodzenia.

- Nawzajem.

Hauptsturmführer znalazł swojego łącznościowca pod ścianą domu, zasłoniętego od strony drogi.

- Nadal nic? - Witt się przysiadł.

- Próbowałem nawet z Luftwaffe. Tylko to nie jest ten sprzęt. - Sturmmann przy nadajniku pokręcił przecząco głową.

- Spróbuj z kimkolwiek. - Zamknął na chwilę oczy. - Jakieś czołgi z 4 pancernej powinny się tu pętać w okolicy, masz chyba ich częstotliwości.

SS-mann ze słuchawkami zaczął gorączkowo przeszukiwać kieszenie bluzy, a potem schowki w plecaku nadajnika. Gdy znalazł, ustawił nową częstotliwość.

- Tu Wezera 5 odbiór, tu Wezera 5 odbiór. Do wszystkich. Tu Wezera 5...

- Tu Czerwony 8. Kim jesteś Wezera 5? Nie mam cię na liście. Odbiór. - W słuchawkach zatrzeszczało.

- Tu Wezera 5 przedstaw się Czerwony.

- Nie ze mną takie gierki Wezera.

Łącznościowiec zdjął słuchawki.

- Hauptsturmführer złapałem kogoś, ale nie mam tego kryptonimu. Żąda, żebym się przedstawił. Co mam robić?

- Powiedz, kim jesteśmy. I że wpadliśmy w pułapkę w Laprugne. - Witt machnął ręką. - Francuzi chyba już nie mają ludzi do takich gierek.

SS-man założył słuchawki i mikrofon.

- Tu Wezera 5, Czerwony jesteś tam. Odbiór.

- Jestem. Zdecydowałeś się?

- Tu kompania SS w Laprugne, przygwoździły nas tu czołgi i piechota. Proszę o wsparcie. Odbiór.

- Poczekaj Wezera. - Rudi Weller zdjął słuchawki od radioodbiornika czołgowego Fu 5 i wychylił się z włazu. - Poruczniku mam tu chyba naszych na linii. Proszą o pomoc. I strasznie trzeszczy.

- Już idę. - Kurt Miller podniósł się z trawy przy drodze, na której leżał i wskoczył do czołgu. - Co mówią?

- Że są z SS i wpadli po uszy w jakimś Laprugne. Tylko że ja ich nie mam w spisie.

- Może są, może nie. - Porucznik wyciągnął mapę. - Mogliby być z Leibstandarte... w Laprunge... no to ze cztery kilometry stąd.

- To by się zgadzało, na granicy zasięgu radia.

- No to zaryzykujemy. Zapytaj, jak ich nazywają w Heer za plecami?

Radiotelegrafista założył ponownie słuchawki i powtórzył pytanie do mikrofonu.

- Asphalt soldaten. - Odpowiedź przyszła po dłuższej chwili.

- Zgadza się. - Powiedział Miller. - Przedstaw nas.

- Tu Panzer Regiment 35, co możemy dla was zrobić? Odbiór.

- Jesteśmy otoczeni w środku miasteczka, Francuzi mają czołgi i co najmniej kompanię piechoty.

- Jakie czołgi?

- Duże. Trzy. Chyba te ich Somua.

- Gdzie stoją?

- Jeden przy wyjeździe na południe na drodze, drugi na skrzyżowaniu przy kościele a trzeci na bocznej drodze na dnie doliny. My jesteśmy w zabudowaniach między drogami. Odbiór

- Zrozumiałem. Czekaj Wezera. Odbiór.

Porucznik popatrzył na mapę. Do miasteczka miał cztery kilometry dziwnie zakręconej drogi po górach. I z pięć pięknych miejsc na zasadzkę. Tylko po to, żeby w żadną nie wpaść, miał motocyklistów. Jeśli SS-man się nie pomylił, to wjadą do miasteczka boczną drogą pod górę. Akurat z boku Francuzów. Tylko te trzy cholerne Somuy, lepsze od wszystkich jego maszyn. Jeśli można będzie zdjąć je po kolei, to powinno się udać.

- Moje Panzer II na wabia, a Panzer III będzie strzelać... Jakie szczęście, że dostał nową armatę 50 mm. - Pomyślał i się skrzywił.

- Powiedz asfaltom, że będziemy w ciągu godziny i jeszcze się połączymy. A potem wywołaj mi wszystkich na odprawę. Natychmiast. - Kurt Miller zawrócił z włazu. - I nadal nie mamy łączności z nikim?

- Nie poruczniku.

- A w trybie telegraficznym?

- Też nie. Jesteśmy za daleko.

Motocyklista leżący w krzakach naprzeciw małego mostu na dole doliny przyglądał się uważnie kupie kamieni po prawej stronie drogi. Wyglądało na to, że na kamieniach ustawiono kaem, ale nie widział w jego sąsiedztwie żadnych ludzi. Czy ma o tym powiedzieć porucznikowi od czołgów, czy nie? Porucznik leżący obok niego z lornetką klął już od dobrej minuty. A co tam, najwyżej obleci go jakaś powtórzona wiązanka, bo porucznik był młody i nie zdążył jeszcze nabrać obycia towarzyskiego. W związku z tym zaczął się powtarzać.

- Poruczniku tam po prawej Francuzi mają chyba posterunek. Tylko że tam stoi kaem i nie ma żadnych ludzi...

- Jesteście kurwa pewni szeregowy?

- Niech pan sam spojrzy.

Motocyklista miał rację i to była pierwsza dobra wiadomość tego dnia. A poza tym były same złe. SS-mani źle rozpoznali czołgi i zamiast trzech średnich Somua, Kurt zobaczył trzy ciężkie B1 Bis Renault. Zobaczył też dziwnych żołnierzy w pasiastych mundurach strzelających z pola przy drodze w kierunku zabudowań. Skąd ich wzięli Francuzi. Może z Indochin albo Shangri-La. Ale tym nie musiał się przejmować, chyba że umieli lewitować...

- Ale gdzie mogli pójść i zostawić kaem?

- Może do tej stodoły za potrzebą?

- Wszyscy naraz?

- Jak dostali nasze konserwy...

- To zrobimy tak. Podczołgasz się za mostkiem, weźmiesz ten kaem i załatwisz wszystkich, którzy się tam kryją. Masz czym?

- Mam MP 38 przy motocyklu.

- Dobrze. Twój kolega mnie odwiezie do czołgów, a potem ci tu pomoże. A ja wrócę, kopnąć w dupę tego dużego na drodze.

To cholerne samobójstwo. Tylko jakie piękne... Trzy niemieckie czołgi, jeden za drugim, pędziły prawie 40 kilometrów na godzinę po drodze w dół doliny. Pierwszy jechał większy Panzer III, a za nim dwa małe Panzer II. Miller stał w otwartym górnym włazie ostatniego. Dojechali do mostku i zwolnili. Po prawej dwóch motocyklistów w długich płaszczach kuliło się za kupą kamieni z francuskim karabinem maszynowym. A 70 metrów dalej tyłem do nich na drodze stał Renault B1 i strzelał z haubicy do zabudowań. Prowadzący Panzer III zaczął hamować i zatrzymał się czterdzieści metrów od francuskiego czołgu. Drugi panzer wyjechał na pole z prawej i go oskrzydlał. Strzelili prawie jednocześnie.

Porucznik Blanchard spojrzał z zazdrością na spoconego żandarma siedzącego przy rowerze. Zrobił swoje i może odpocząć. A on nie. Kapitan rozkazał mu wracać na skrzyżowanie i wzmocnić jego siły, bo atakują go niemieckie czołgi. Co za niespodzianka. Co maiał zrobić? Wyśle żandarma z powrotem z meldunkiem o swojej sytuacji. Jak ten odpocznie, bo na razie wyglądał, jakby właśnie pokonał Gino Bartaliego w Tour de France. I musi zdecydować, co ma robić dalej. Mógł się oczywiście od razu wycofać. Tylko wtedy musiałby zostawić miasteczko i uszkodzony czołg Niemcom. Albo szybko rozgnieść Niemców. Co prawda na propozycję ataku zboczem czołgista z Chara na skrzyżowaniu puknął się w czoło. Może mógłby posłać jeden czołg wzdłuż rzeczki na dole, bo tam była mniejsza stromizna. I dać mu jakieś wsparcie na przykład dziesięciu goumierów tkwiących bezużytecznie na dwóch wysuniętych posterunkach i jeden lekki kaem, a Hotchkissa przeniesie, żeby blokował drogę na dół. Nagle usłyszał cztery głośne wystrzały z armaty, a za chwilę jeszcze dwa. Co jest do cholery?

Na bliski huk armat Marokańczycy w stodole pośpiesznie podciągali spodnie i łapali za karabiny. Tylko ostatni spojrzał jeszcze tęsknie na dziewczynkę leżącą na klepisku. Nieprzytomna, dwunastoletnia Julia, pół godziny wcześniej z uśmiechem zaniosła dzbanek świeżego mleka dzielnym żołnierzom w dziwnych ubraniach, którzy siedzieli przy drodze. Dzielni żołnierze uśmiechali się do niej, a potem złapali i zanieśli do pobliskiej stodoły. Pierwszy pokazał jej wielki nóż i powiedział, że obetnie jej głowę, jeśli się będzie dalej wyrywała, a drugi dał pięścią w twarz i straciła przytomność. Czterech Marokańczyków z posterunku po kolei udawało, że są mężczyznami, a piąty już nie zdążył. Teraz wszyscy wybiegli na pole i zobaczyli strzelające niemieckie czołgi. Trzech podniosło swoje MASy i zaczęło strzelać do najbliższego Panzer II, a dwóch z obsługi kaemu pobiegło do kopca kamieni odzyskać swój sprzęt. Za kamieniami leżeli dwaj niemieccy zwiadowcy. Pierwszy strzelił motocyklista z MP 38 i skosił dwóch biegnących, a potem odezwał się zdobyczny Châtellerault i po chwili cała załoga posterunku leżała martwa na polu.

Dowódca Renaulta usiłował dojrzeć skutki strzału z własnej haubicy, gdy usłyszał dwa bliskie huki, a czołg zadrżał od uderzeń.

- Ktoś do nas strzela! Widzicie coś?

Kierowca oderwał wzrok od celownika haubicy i spojrzał w duży przedni wizjer. Widać było pole i zabudowania, gdzie ukrywali się Niemcy. Potem znowu usłyszeli bliski huk i poczuli uderzenia.

Spojrzał w wąską, boczną szczelinę z lewej strony i zobaczył niemiecki czołg trzydzieści metrów dalej.

- Szwabski czołg z lewej! - Krzyknął. - Blisko!

- Obróć nas przodem w lewo, do Niemca. Szybko! - Dowódca w tym czasie usiłował odwrócić wieżę i nakierować działo na wroga.

- Joachim wal w gąsienicę! - Miller stał ciągle w otwartym włazie, bo jego czołg na wąskiej drodze nie mógł ominąć prowadzącego panzer III i strzelać do Chara. Panzer III strzelał już trzy razy w płytę pancerną z tyłu bez widocznych skutków, a panzer II pięć i chyba Francuzi się z tego uśmiali. Renault zaczynał się obracać w miejscu, poprzecznie do drogi i odsłonił swój bok.

- Duży, masz radiator na widoku! - Kurt chyba niepotrzebnie uświadomił dowódcę panzer III. Wieści w kręgu czołgistów rozchodziły się szybko i wszyscy już wiedzieli, że ten ciężki francuski czołg może zatrzymać tylko armata przeciwlotnicza "acht-acht" albo celne strzały w boczne płyty radiatora, albo włazu z drugiej strony. Francuz właśnie wystawiał na strzał radiator, ale jego wieża już obracała się w kierunku dwóch czołgów niemieckich. Panzer III wystrzelił kolejny pocisk, który przebił radiator i zatrzymał się na silniku. Francuski dowódca wystrzelił i trafił niemiecki czołg w płytę czołową wieżyczki. Pocisk rozleciał się na pancerzu bez widocznego efektu.

- Henri podaj przeciwpancerny! Przeciwpancerny!

Radiotelegrafista francuski gorączkowo usiłował znaleźć właściwe pociski wśród odłamkowych przygotowanych do strzelania przeciwko piechocie. Nie zdążył, bo Niemcy w międzyczasie zdążyli trafić jeszcze dwa razy. Silnik Renaula stanął, w tylnym przedziale pokazał się ogień, a dym zaczął wypełniać pomieszczenie załogi.

- Palimy się!

- Zamknij drzwi do silnika. - Dowódca przysiadł, żeby zobaczyć, co się dzieje na dole. A potem zapytał kierowcę - Pojedziemy?

- Nie.

- No to wyskakiwać na mój znak. - Podniósł się do wizjera wieży. Niemiec ciągle stał w tym samym miejscu.

- Teraz! - Nacisnął spust karabinu maszynowego, a jego załoga zaczęła przeciskać się przez boczny właz.

Panzer III przed nim znowu wystrzelił, ale Char się palił, a jego wieża przestała strzelać. Nie widział, co robi drugi panzer II na polu.

- Joachim zostaw Francuza. Objedź go i bierz tę piechotę za drogą między domami. Duży osłaniaj nas od krzyżówki. - Miller krzyknął do mikrofonu i oddał go radiotelegrafiście. A potem przez interkom połączył się z kierowcą. - Christian odwróć nas na pole z lewej. Bierzemy piechotę.

Porucznik Blanchard walnął jeszcze raz w płytę boczną kolbą rewolweru. Nic. Gdzie siedzi kierowca? Z lewej strony.

- Tylko teraz kurwa nie strzelajcie. - Pomyślał, obiegł gąsienicę i pomachał lewą ręką przed wizjerem. Chwilę potem otworzyły się połówki górnego włazu i wychylił dowódca.

- Poruczniku...

- Nie ma czasu. Szwabskie czołgi są na dole, na drodze. Nasz się pali. Wycofajcie się trochę na skrzyżowanie.

- Ile?

- No dziesięć metrów, będziecie kryć drogę.

- Ile czołgów?

- Widziałem dwa.

Char wycofał się pod kościół, a potem obrócił. Na wprost po prawej stronie drogi palił się czołg dowódcy ich plutonu. Po lewej stronie mały niemiecki czołg zamierzał przeciąć drogę w odległości stu metrów od nich. Gdy wjechał bokiem na drogę, oba działa francuskiego czołgu wystrzeliły jednocześnie. Pocisk z górnego działa 47 mm przebił cienki, boczny pancerz i zabił niemieckiego kierowcę i radiooperatora. Kierowca nie wycelował dokładnie i przeciwpancerny pocisk 75 mm odstrzelił wieżyczkę panzer II, przy okazji przecinając jego dowódcę na pół.

- No to mamy remis. - Powiedział Miller do kapitana z SS. - W panzer III skończyły się przeciwpancerne, a ja nic nie zrobię tym potworom. Pan ma jakieś pomysły hauptsturmführer?

- Sam nie wiem. Mamy PaK 36 na drodze między ciężarówkami. Wygląda na nieuszkodzone. Jakby pan mógł zabawić tego nieruchomego przez dłuższą chwilę, to moglibyśmy wyskoczyć na drogę, odzyskać działo i puknąć z boku tego na skrzyżowaniu. Bo na razie to nawet palca nie możemy pokazać.

- I niby co? Francuzi mają umrzeć ze śmiechu po takim ostrzale?

- Ci jakoś nie umarli. - Witt pokazał na czterech francuskich jeńców, czołgistów, pod ścianą. Goumierzy się nie poddali i zginęli wzięci między czołgi i SS-manów.

- Bo mieliśmy pociski do pięćdziesiątki, a zostały nam same odłamkowe.

- Moi się nie boją. Jakbyśmy mogli podejść od tyłu i otworzyć ten ich właz na górze to jeden granat by załatwił sprawę. Tylko ten kaem nas skosi po drodze.

- To jest jakaś idea... - Miller przez chwilę analizował wszystkie głupie pomysły, jakie mu przyszły do głowy. - Ale ja się boję.

- Tak? - Hauptsturmführer Witt spojrzał na niego z niesmakiem.

- Boję się, bo teraz muszę zapytać dowódcę panzer III, czy ma jaja równie duże, jak ja.

- Teraz! Teraz! Niech rusza! - Porucznik odłożył lornetkę i krzyknął do radiotelegrafisty. Ten krzyknął to samo do swojego mikrofonu. Miller zobaczył, że trójka rusza drogą, omijając wraki Chara i dwójki. - Ruszaj! Za nim!

Dwadzieścia minut wcześniej przeżył zabawę z kotka i myszkę z nieruchomym Charem na drodze. Jego kierowca jeździł w tę i z powrotem po polu w dolinie, wystawiając się na strzał Francuzowi. Ale ich nie trafili, a w tym czasie SS-mani Witta wbiegli między uszkodzone ciężarówki i ustawili działo przeciwpancerne w kierunku drugiego Chara. I nie dali się odpędzić piechocie. Francuski dowódca czołgu nie wytrzymał nerwowo uderzeń niemieckich pocisków w prawą burtę i po dwunastym trafieniu w boczny właz zaczął odwracać czołg na skrzyżowaniu.

Wtedy obydwa niemieckie czołgi ruszyły drogą pod górę na pełnym gazie. 20 ton, rozpędzonego do trzydziestu kilometrów na godzinę panzerkampfwagen III wjechało w bok ciężkiego czołgu francuskiego i wepchnęło go po bruku, na niski murek przy kościele i wrak ciężarówki. Jadący za nim panzer II Millera ominął go z prawej strony i strzelając z kaemu, rozjechał stanowisko Hotchkissa. Za czołgami na skrzyżowanie wybiegli SS-mani, strzelając do goumierów. Osłaniali młodego strzelca, który wdrapał się od tyłu na Chara i przez niedomknięty właz wieży, wrzucił dwa granaty do środka. Francuzi na skrzyżowaniu się poddali, a niemieccy strzelcy okrążali kościół w poszukiwaniu swoich odciętych kolegów. Miller wysiadł z czołgu i zapalił. Powtórki raczej nie będzie, bo Panzer III wycofał się, gubiąc gąsienicę, a jego dowódca wysłuchiwał właśnie od kierowcy długiej listy rzeczy, które nie działały. Piechota powinna sobie poradzić z Francuzami osłaniającymi ostatni, nieruchomy czołg.

Jeńcy siedzieli pod kamiennym murem nieopodal kościoła. Jeden oficer, ośmiu czołgistów, dwóch żandarmów i czternastu Marocains jak powiedział o nich francuski porucznik. Pilnowali ich SS-mani. Miller patrzył na nich, paląc wycyganionego od dowódcy panzer III papierosa. Hauptsturmführer Witt odbierał meldunki swoich ludzi, przeszukujących postrzelane ciężarówki i znoszących zwłoki kolegów. Reszta francuskiej piechoty wycofała się, strzelając, na okoliczne wzgórza, porośnięte niskimi drzewami i nikt na razie nie zamierzał ich ścigać. Jeden motocyklista Millera właśnie gnał z powrotem do La Chabanne, żeby sprowadzić czołg, który tam zostawił, drugi ostrożnie szukał walczących gdzieś z przodu zwiadowców Leibstandarte. Powinni chyba wyciągnąć ciała kolegów ze zniszczonego czołgu, ale na razie wszyscy zajmowali się nieruchom ym panzer III.

Nagle wyczuł jakieś poruszenie wśród SS-manów. Dwóch żołnierzy, którzy przynieśli ciało kolegi, coś z ożywieniem pokazywało swojemu kapitanowi. Miller usłyszał tylko jego głośne pytanie "Ilu?"

- Co się dzieje hauptsturmführer? - Zaniepokojony porucznik podszedł do SS-manów.

- Niech pan sam zobaczy. - Odpowiedział Witt, pokazując ręką na leżące zwłoki SS-mana.

- No nie żyje.

- Głowa. Jego głowa.

- O kurwa! - Kurtowi zebrało się na wymioty. Martwy żołnierz miał krwawe rany po obu stronach głowy i czerwoną pręgę na gardle.

- Teraz pan widzi?

- Tak...

- Hauptsturmführer jeszcze dwóch! - Zdyszany SS-mann wybiegł zza domu. - Heckmann i Klimke z drugiego plutonu.

- Znajdźcie Krausego, on zna trochę francuski. - Wściekły Witt zaczął wykrzykiwać rozkazy. - A ty przyprowadź francuskiego porucznika.

Miller wrócił do swojego czołgu napić się wody. SS-mani z Wittem obstąpili francuskiego porucznika, gwałtownie gestykulując. Po ośmiu minutach rozmowy zobaczył, że Francuz pada na ziemię po ciosie w twarz. Gdy się podniósł, Witt przestał na niego zwracać uwagę i zaczął wydawać ciche rozkazy.

Niepostrzeżenie wokół siedzących jeńców pojawiło się więcej żołnierzy z bronią, a naprzeciwko muru obsługa rozstawiała na dwójnogu MG 34. Dwóch SS-manów w towarzystwie tłumacza kazało wstać pierwszemu strzelcowi ubranemu w pasiasty płaszcz. Pokazali, że ma go zdjąć i odłożyć na ziemię mały plecak i ładownice. A potem jeszcze dwa długie noże przymocowane do pasa. Jeden z pilnujący go wysypał ich zawartość na bruk. A następnie uważnie oglądając, znalazł ludzkie ucho i podniósł je na czubku bagnetu. Tłumacz kazał usiąść uśmiechającemu się Marokańczykowi i zawołał drugiego. W jego plecaku znaleźli cztery. Też się uśmiechał.

Witt machnął ręką, żeby przestali, potem nachylił się do żołnierza z runami i dwoma kwadratami na patkach i cicho coś do niego powiedział. Sierżant SS kazał wstać francuskim czołgistom i żandarmom, a potem odejść w prawo. Niemcy cofnęli się, a Witt odwrócił się do tyłu i mijając kaemistów, przeciągnął ręką po gardle. Strzelec nacisnął spust i lekko przesunął lufę od lewej do prawej, opróżniając oba bębny magazynka. Marokańczycy umarli na siedząco pod kamienną ścianą. Kilka chwil później sierżant uważnie oglądał poskręcane ciała pod murem. Jeden z postrzelonych Marokańczyków otworzył oczy i uśmiechnął się do niego. Sierżant przyłożył mu do głowy lufę Mausera, pociągnął za spust i splunął na zwłoki.

- A jak to się skończyło? - Generał spojrzał na porucznika.

- Ja wziąłem obydwa panzer II, a SS-mani cztery ciężarówki, które jeszcze jeździły, działo i pojechaliśmy do zwiadowców.

- A potem?

- Francuzi wieczorem się wycofali, a motocykliści znaleźli potem dwa ciężkie Renaulty, porzucone na drodze bez paliwa.

- I zostawił pan La Chabane nieobsadzone?

- Tak, ale tylko na jeden dzień. Wróciłem z czołgami następnego dnia rano.

- I co myślisz Sepp? - Von Boineburg-Lengsfeld zapytał siedzącego obok Dietricha.

Obergruppenführer się zamyślił. Joachim Sepp Dietrich był, o czym wszyscy wiedzieli, ochroniarzem Hitlera. Zabójcą odpowiedzialnym za zastrzelenie całego dowództwa SA i jego szefa Ernsta Rohma w 1934. A nieliczni wiedzieli, że był działonowym w czołgu w czasie Wielkiej Wojny.

- Chcesz go?

- Tak. Wojna to wojna, w chaosie musi podejmować szybkie decyzje. W końcu po to jest oficerem.

- Ja też się zgadzam.

- I nie popełnił żadnej zbrodni.

- Poruczniku, major Schäfer oskarżył pana o złamanie rozkazów na polu walki. I wnioskował o sąd polowy. Nie wykonał pan rozkazu o zabezpieczeniu miasta La Chabane i samowolnie się pan oddalił, narażając całą dywizję.

- Tak generale.

- Niniejszym oddalam wniosek. - Powiedział generał. - Ale ze względu na pozaregulaminowe działania, jakie prowadzi major Schäfer, zmuszony jestem pana przenieść. Zgadza się pan?

- Panie generale... - Porucznik zaczął mówić, ale Dietrich mu przerwał.

- Ten major ma chyba coś do pana poruczniku i obsrywa pana gdzie tylko może. Niestety może, bo jest też kuzynem naszego nowego feldmarszałka Wilhelma Keitela, szefa Oberkommando der Wehrmacht. I generał nie narażając siebie, nie obroni pana przed procesem. Natomiast ja mam to w dupie i mogę. - Dietrich podniósł do ust kieliszek. - Chce pan zostać asfaltowym żołnierzem?

- Obergruppenführer ja nigdy...

- Proszę się nie tłumaczyć, rozmawiałem z hauptsturmführerem Wittem. - Dietrich usiadł wygodniej. - Zastanawia się pan po co?

- No chyba obergruppenführer, nie zabrakło panu tych wielkich chłopaków na wartę przed Kancelarią Rzeszy? Sam pan widzi, że ja nie jestem taki... wyjściowy.

- Jeśli Wehrmacht da nam w końcu rekrutować ludzi, a ci dusigrosze Heydrich i Himmler wyłożą wreszcie pieniądze, to Leibstandarte będzie dywizją z batalionem czołgów. Oczywiście, jeśli przestały się panu podobać czołgi, to zawsze znajdziemy dla pana wyjściowy mundur, karabin i kawałek chodnika przed Kancelarią Rzeszy do udeptania. Jaka jest pana odpowiedź?

- Zgadzam się. - Powiedział Miller. - I dziękuję.

- No cóż, musi się pan z nami zintegrować, batalion wartowniczy pana nie ominie. Tak jak szkolenie w Bad Tölz. - Dietrich się uśmiechnął. - Witamy na pokładzie, jak mówią chyba w Kriegsmarine. Zgłosi się pan za 3 dni w Metzu z rozkazem przeniesienia, ze swojej dywizji. Bo na razie nasz dowódca SS-oberführer, mądrala Himmler, zamiast funduszy wręczy nam nowy sztandar.

- Niechętnie ci go oddaję Sepp. - Odezwał się generał. - Ale wolałbym nie toczyć wojny z Keitelem. Tak będzie lepiej dla wszystkich. Jeszcze szampana?

- Zostawił pan coś cennego w jednostce poruczniku?

- Nie. Chyba nie, oprócz kolegów z załogi.

- I chce się pan jeszcze łzawo pożegnać?

- Jeśli obergruppenführer pozwoli...

- Dobrzy są?

- Tak.

- To może ich też ściągniemy do nas. To niech będzie, za cztery dni. I jeszcze drobiazg... - Sepp się zastanowił przez chwilę.

- Tak?

- Mam nadzieję, że nie miał pan żadnych żydów w rodzinie...

Kotlet był mały, zupa słona i wszystko zasypane jakimś zielskiem. Nic dziwnego, że piją tyle wina. Za to menu w restauracji było po niemiecku. Tylko ceny wołały już o pomstę do nieba. Porucznik chciał zjeść niezbyt drogi obiad i w tym celu znalazł miejsce, gdzie oprócz nielicznych oficerów jedli też żołnierze. Widocznie trafiłem na bogatych sierżantów. Po tygodniu takiego stołowania miałbym tylko na chleb i wodę do końca miesiąca. Ciekawe ile dostanie żołdu w SS? Jeśli Dietrich mówił szczerze to chyba mniej niż w Heer... Ale co tam, teraz miał dla siebie cały mały stolik na ulicy i jeszcze świeciło słońce. No i prawie cały dzień w Paryżu do wykorzystania.

Pod Łukiem Triumfalnym były tłumy żołnierzy. Kurt Miller zrobił zdjęcia grupie roześmianych Niemców na tle monumentu, a potem oni zrobili mu. Dał im adres rodziców w Berlinie i jakieś drobne, a oni obiecali wysłać po wywołaniu. I to będzie jedyny prezent dla nich, bo nie miał pojęcia co im może kupić. Inni Niemcy wynosili ze sklepów paczkami, perfumy, kapelusze i buty dla swoich żon, dziewczyn czy francuskich kochanek. Francuski robiły im to, o czym Niemki nigdy nie słyszały. A ci Niemcy, którzy chcieli namówić na to swoje dziewczyny z kraju, kupowali tu hurtowo prezenty. Na szczęście on nie musiał się wysilać, bo w Berlinie żadna na niego nie czekała. Po długim spacerze wąskimi ulicami poczuł się zmęczony, a przecież zobaczył tylko operę i jakieś kościoły.

Postanowił zobaczyć jeszcze wieżę Eiffla, po drugiej stronie Sekwany, a potem pomyśleć jak spędzić upojny wieczór. Od kolegów z plutonu dostał co do tego zadziwiająco dokładne wskazówki, połączone z wymaganiami finansowymi. Wojskowe burdele jakoś go nie kusiły. Co prawda jako oficer, nie musiał przy wejściu poddawać swojej fujary oglądowi przez znudzonego felczera, ale musiałby się wpisać na pamiątkę do rejestru. No i atmosfera tych przybytków w Paryżu szybko spadła do poziomu niemieckich, jak twierdził Christian Knapp, kierowca jego czołgu. Najtaniej w mieście miało być w Lasku Bulońskim, nieopodal. Tylko dziewczyny mogły sprzedać wszystko od opryszczki do czegoś, o czym wolał nawet nie myśleć. I jeśli ktoś lubił to robić na trawie, a w trakcie wysłuchiwać pojękiwania po francusku i niemiecku, z sąsiednich krzaków i ławek. A także gwizdków policjantów i żandarmów, patrolujących zarośla. Droższe dziewczyny stały przy placu Pigalle. Mógł też się udać do burdelu dla oficerów, takich jak One Two Two czy Sphinx. Jego czołgiści rozmarzyli się, wymieniając te nazwy, znane im tylko z opowieści. Jak głosiły plotki, piękne Francuski tańczyły nagie na scenie, szampan lał się strumieniami, a łóżka i obsługa były iście królewskie. Tak jak ceny. No i trzeba być oficerem...

Powoli przeszedł przez most, oglądając Sekwanę, a potem skręcił w prawo przy kościele, nadbrzeżnym bulwarem kierując się na stalową wieżę. W cieniu drzew stały kobiety. To znaczy prostytutki, bo zobaczył, jak zaczepiają trzech żołnierzy w mundurach Luftwaffe idących przed nim. Ciekawe czy z tych tańszych, czy droższych? Jeden z żołnierzy wdał się w dyskusję łamanym francuskim i w pewnym momencie wywrócił puste kieszenie spodni. Najbliższa kobieta splunęła mu pod nogi i pokazała zaciśniętą pięść. Żołnierze się roześmiali i poszli dalej. Czyli jednak z tych droższych...

- Soldat, regarde ici. Pour cinquante francs, je te ferai du bien avec tes l?vres. - Usłyszał, gdy je mijał. A wysoka blondynka rozchyliła bluzkę i pokazała piersi. Niezbyt duże. - Jamais auparavant dans votre vie, vous ne l'aviez si bien.

- Może jak będę wracał. - Powiedział Kurt, który nic nie zrozumiał z jej przemowy, ale zrozumiał pokaz. Uśmiechnął się, kręcąc głową na boki. - I jeśli ci cycki urosną.

- A moje ci się podobają? - Usłyszał od drugiej, która też rozchyliła bluzkę. Biust miała równie mały, jak poprzednia.

Pokręcił głową, spojrzał na trzecią i zapytał. - A ty mi nic nie pokażesz?

- Nie stać cię. - Usłyszał od niej po niemiecku.

- Skąd wiesz? - Przyjrzał jej się uważnie. Średniego wzrostu blondynka miała falujące włosy do ramion, kapelusik, marynarkę i spódnicę zakrywającą kolana. Wyglądała na maszynistkę z urzędu. - Nie kupię kota w worku.

- Nie biorę pieniędzy.

- A jakbyś brała to ile?

- Dużo.

- 50 franków? Sto?

- Próbuj dalej...

- Więcej? - Kurt wyciągnął z kieszeni zwitek franków i pomachał jej przed nosem.

- Nie wezmę od ciebie pieniędzy.

- A co takiego? Jesteś może diabłem i skradniesz mi duszę?

- Jeśli spędzimy razem noc, to wezmę wszystko, co masz. - Dziewczyna uśmiechnęła się spod kapelusza. - Zostawię cię bezdomnego, w ostatniej koszuli, spodniach i boso.

- A ja jestem idiotą i pobiegnę za tobą w radosnych podskokach?

- Tak... - Położyła mu palec na ustach. - Właśnie to zrobisz.

- Muszę cię ostrzec, że mogłaś trafić lepiej. - Porucznik złapał ją za palec. - Słabo znasz nasze mundury, trzeba było zaczepić jakiegoś majora albo pułkownika.

- Ty już lepiej nic nie mów. Bo będziesz dzisiaj samotnie w hotelu trzepał kapucyna. W towarzystwie butelki kiepskiego wina musującego, które ci sprzedadzą jako szampana.

- No to nic nie mówię... Pójdziemy tam? - Kurt pokazał na widoczną kratownicę wieży. - A ty masz jakoś na imię?

- Ivonne. - Dziewczyna wzięła go pod ramię. - Ivonne Chavanell.

Powoli poszli bulwarem. A dziewczyny z małymi piersiami zaczęły coś wykrzykiwać za jego plecami.

- Collaborateur putain! Collaborateur putain!

Domyślił się, że to coś bardzo obraźliwego, ale wcale go to nie obchodziło.

- Dlaczego nie weszliśmy do poprzedniej knajpy? - Porucznik rozejrzał się po sali klubu. - Wyglądała całkiem przyjemnie.

- Bo to była knajpa dla pedałów. - Ivonne po drugiej stronie stolika oglądała swoje paznokcie.

- A ta niby nie jest? Ci kolesie z długimi włosami wyglądają niezbyt męsko.

- Narzekasz, bo musiałeś dać pięćdziesiąt franków kierownikowi sali?

- Ponad trzy reichsmarki. I nadal nie wiem za co...

- Mamy najlepszy stolik przy scenie. - Dziewczyna napiła się wina i odwróciła głowę w kierunku najbliższych stolików, gdzie siedzieli głównie młodzi ludzie, dość dziwnie ubrani.

W długie prawie do kolan marynarki, wąskie i krótkie spodnie. Mieli też szerokie krawaty, a część nie zdjęła kapeluszy nasadzonych na czubek głowy. To pewnie ci, którzy nie dorobili się jeszcze takiego czuba z włosów na głowie, jakimi szczyciła się reszta. Większość trzymała parasole, a wszyscy wyglądali na znudzonych. Na sali porucznik był jedynym Niemcem w mundurze.

- A nasze towarzystwo...

- To zazous. Takie bogate gnojki.

- A czemu tak wyglądają?

- To taka demonstracja...

- A co demonstrują? - Świeżo ostrzyżony Kurt spojrzał krzywo na towarzystwo z sąsiedniego stolika.

- W skrócie? Czy ci dokładnie wyjaśnić?

- W skrócie.

- Pocałujcie nas wszyscy w dupę.

Kurt wyciągnął z kieszeni bluzy swoje papierosy i poczęstował dziewczynę. Ta odmówiła, bo miała swoje długie i cienkie. Zapalili oboje, a na scenie muzycy zaczęli rozstawiać instrumenty.

- Czego będziemy słuchać?

- Swingu.

- To taka murzyńska muzyka?

- Jak na to wpadłeś?

- Doktor Goebbels mówił przez radio, czego dobrzy Niemcy nie powinni słuchać.

- A czego powinni?

- No normalnej muzyki...

- A może wolisz niemieckie marsze wojskowe. - Ivonne spojrzała na niego. - Zdaje się, że widziałam wojskową orkiestrę twoich w Tuileries. Może pójdziemy posłuchać i potupać podkutymi butami?

- Nie, posiedźmy tutaj. Potupać możemy jutro. Pożyczę ci buty...

Na scenę wyszedł niski Francuz.

- Szanowni państwo miło mi przedstawić gwiazdę dzisiejszego wieczoru. Na scenie w Pam-Pam. Niezapomniany Django Reinhardt i jego zespół po powrocie z trasy koncertowej u naszych byłych sojuszników.

W całej sali rozległy się brawa i gwizdy. Na scenie wąsaty gitarzysta w białej marynarce, z papierosem w ręce zrobił dwa kroki do przodu i ukłonił się publiczności.

- Witajcie. Mam nadzieję, że się będziecie dobrze bawić. Brakuje nam Grappeliego i jego skrzypiec, ale jak wiecie, został po wolniejszej stronie kanału...

- Widzę też, że mamy tu na sali jednego zdobywcę, z rasy panów. - Reinhardt zaciągnął się papierosem. - Ze specjalną dedykacją dla niego i jego żydowskiej dziwki, prosto z czarnej Ameryki. Swing!

Na sali znowu rozległy się brawa. Ivonne zerwała się z krzesła i nachyliła do gitarzysty na scenie.

- Jak ja mu to przetłumaczę, to wszystkich was wsadzą. - Szepnęła do Reinhardta.

- Jak ci się nie podoba, to weź go na koncert Piaf do Ritza. - Odpowiedział jej na ucho.

Dziewczyna lekko poczerwieniała na twarzy i usiadła na krześle przy stoliku.

- Co się stało? Co on powiedział?

- Nic takiego.

- Nie podoba mu się, że jesteśmy razem.

- Nie. Jak go trochę znam, to nic mu się nigdy nie podoba.

- Chcesz tu zostać?

- Tak.

Na scenie zaczął grać kontrabasista i szybko dołączył ze swoją gitarą Django. Utwór powinien zacząć skrzypek, ale go nie mieli. Publiczność i tak od razu rozpoznała "Minor swing".

Było rano, a słońce bezskutecznie usiłowało pokonać grube zasłony w oknach. Kurt siedział na łóżku i palił papierosa obok śpiącej dziewczyny. I myślał o wieczorze i nocy. I o tym, że zostawi jej wszystkie pieniądze oprócz tych potrzebnych na podróż do Metzu. Bo życie jest drogie i wszystko na kartki. Nawet papierosy sześć paczek na miesiąc... A niedługo wszystko będzie na kartki, nawet amour. I żeby nie zapomniała i czekała na niego... Chyba rzeczywiście zgłupiał do reszty.

- Dzień dobry.

- Obudziłem cię?

- Nie, tak sobie leżę. Musisz dzisiaj wyjechać?

- Muszę.

- Szkoda...

- Ja też żałuję. A tak właściwie, to nie spytałem jeszcze, kim jesteś. Masz męża?

- Co za niestosowne pytanie. - Ivonne przeciągnęła się i ponownie opadła na poduszki. - Ja cię nie pytam, czy zostawiłeś kogoś w Niemczech.

- Nikogo.

- Jak będziesz do mnie wysyłał listy, to ci wszystko napiszę.

- A skoro jeszcze jesteśmy w łóżku...

- To chciałbyś się znowu kochać?

- Zgaduję, że ci się podobało.

- Oh! Wy Niemcy w łóżku zachowujecie się zupełnie jak ta wasza armia, zachodzicie nas od tyłu i od razu strzelacie bez ostrzeżenia.

- No wiesz, jest wojna madame.

- Madame, to się mówi do starej szefowej burdelu.

- To jak mam mówić?

- Ivonne. Po prostu Ivonne.

- I co teraz? Powtórzymy jeszcze raz?

- A teraz to zrobisz tak, żebym i ja miała z tego przyjemność...

- To znaczy jak? - Dla Kurta była to pewna nowość.

- Pokażę ci.

Warszawa, Polska, 12 września 1940 roku.

- Raus! Raus! Pod ścianę! - Niemiecki żandarm w długim płaszczu machał pistoletem trzymanym w prawej ręce i krzyczał na przechodniów, którzy mieli właśnie nieszczęście znaleźć się na ulicy Nowy Świat. Janusz Kietliński stał już pod tą ścianą i z dłoniami opartymi na murze oglądał sypiący się z niej tynk. Za jego plecami stał wysoki niemiecki żołnierz z garnizonu, w rękach trzymał Karabiner 98k Mausera i zaganiał nim inne ofiary. Niemieckie ciężarówki pojawiły się prawie jednocześnie na sąsiednich skrzyżowaniach i zablokowały kawałek ulicy między Świętokrzyską i Ordynacką. Tramwaj, którym jechał, utknął w środku. Cholerny pech. A dzień zaczął się tak pięknie...

Dwie godziny wcześniej Janusz stawił się na spotkanie w jednym z baraków magazynowych przy dworcu Warszawa Gdańska. Spotkanie oznaczało finalizację czarnorynkowej transakcji, a w zasadzie kradzieży niemieckiego wyposażenia wojskowego. Stronę okradaną reprezentowali dwaj sierżanci Wehrmachtu odpowiedzialni za zabezpieczenie transportu, stronę kradnącą Andrzej Opolski, rekin warszawskiego czarnego rynku wraz ze swoim pomocnikiem, a Kietliński był zaufanym tłumaczem. Uzgodnione 15 tysięcy złotych przeszło z rąk do rąk, a pomocnicy udali się na bocznicę, żeby odłączyć jeden z wagonów od wojskowego składu. Janusz dyskretnie zainkasował 300 złotych, a na stoliku pojawiła się butelka wódki i kieliszki. Po dwudziestu minutach rozmowy łamanym niemieckim wrócił drugi sierżant i kiwnął potakująco. Opolski został właścicielem 8 tysięcy żelaznych racji polowych Wehrmachtu, a obaj sierżanci będą mogli tarzać się w warszawskiej rozpuście przez dłuższy czas, a nawet wysłać do domów francuskie perfumy. Kupione na warszawskim Kierclaku, jako że ominęło ich letnie plądrowanie Francji. Kietliński trochę żałował, że nie udało mu się dostać ani jednej racji dla siebie. Składały się z paczki sucharów, konserwy mięsnej i małej okrągłej puszki Scho-ka-koli, czyli niemieckiej czekolady. Może kupi sobie później na bazarze, a może nie. Tajemnicą było dla niego, jak Opolski zamierza sprzedać swój łup, bo każdy jego element był oznaczony jako własność armii niemieckiej. A za to groziła kara śmierci...

"Wird mit dem Tode bestraft" - podlega karze śmierci. W okupowanej Polsce, czy jak ją Niemcy nazwali teraz Generalnym Gubernatorstwem, właściwie wszystko groziło śmiercią. Czarnorynkowy handel mięsem, słuchanie radia, kupno białego pieczywa, nadmierne zużycie elektryczności, ukrywanie Żydów. A jeśli ktoś stosował się do wszystkich narzuconych przepisów, to cicho umierał z głodu, pracując za marną pensję i jedząc tylko przydziałową żywność na wydawane przez okupanta kartki. O ile udało mu się ją kupić.

Gdy skończyli butelkę, pożegnali się ze znacznie bogatszymi teraz Niemcami, a Janusz wsiadł koło dworca w tramwaj numer 14, żeby zdążyć na następne spotkanie w centrum Warszawy. Wsiadł, powiedziane trochę na wyrost, bo kilka pierwszych przystanków przejechał na zewnątrz, na tylnym zderzaku. Tramwaj jechał wolno jak wszystkie inne, bo Niemcy kazali maszynistom oszczędzać prąd. Do środka udało mu się dostać dopiero przy Nalewki, gdy mijali dzielnicę żydowską, do której właśnie zaczęto przesiedlać żydów z całego miasta. Tylny wagon i pół przedniego wagonu były zatłoczone do granic możliwości, przód motorowego świecił pustką i tabliczką "Nur fur Deutsche".

- Czy ktoś z państwa nie zechciałby zapłacić za bilet... - Nieśmiały głos chudego konduktora rozległ się w wagonie, gdy wjechali na Nowy Świat.

Czterech, widocznie bogatszych z domu pasażerów zechciało zapłacić po 25 groszy. Zresztą przy wysiadaniu i tak oddadzą bilety konduktorowi. Plotka głosiła, że zyski z transportu miejskiego zabierali Niemcy, tak jak połowę wagonów tramwajowych w 1939, więc wszyscy bojkotowali opłaty.

- Jak daleko jeszcze do Niepodległości? - Ostatni z kupujących postanowił błysnąć starym dowcipem. Tramwaj numer 14 nie jeździł przez ulicę Niepodległości.

- Jeszcze roczek góra... - Odpowiedział konduktor zniechęcony. Po upadku Francji dowcip się znacznie zdezaktualizował.

I wtedy motorniczy zobaczył ciężarówki wjeżdżające na tory i blokujące drogę. Łapanka. Nie mógł zrobić nic więcej niż szybko zahamować, może pasażerom uda się uciec. Jego kolega w podobnym przypadku zwiększył prędkość i przejechał Niemcom przed nosem, rozkładając bezradnie ręce, w związku z niesprawnymi hamulcami. Niestety Niemcy też się czegoś nauczyli i ciężarówka tym razem blokowała tory.

Tramwaj stanął, a Kietliński wyskoczył z wozu i rozejrzał się dookoła. A potem pokornie dał się zapędzić pod ścianę. Część pasażerów i przechodniów biegnąc, próbowała zniknąć w bramach. On nie próbował, bo nie znał tych miejsc i pewnie by skończył w ślepym zaułku. Niemcy natomiast mieliby pretekst, jeśli nie do strzelenia w plecy, to co najmniej do podejrzliwości. Żołnierze i żandarmi wpadli też do dwóch otwartych bram kamienic i wyganiali tych, którym udało się schronić na podwórkach. Usłyszał dwa strzały, a więc komuś się nie udało.

Po dziesięciu minutach stania, jego sąsiada odwrócono i usłyszał z boku "papiren!" A więc to był szczęśliwie niemiecki żandarm, nie gestapo, nie Kripo ani żaden wspomagający policję volksdeutsch. Jego sąsiad gdzieś zniknął i teraz przyszła jego kolejka.

- Odwróć się! - Wielka łapa żandarma chwyciła go za ramię i odwróciła w miejscu.

- Papiren! - Łamanym polskim odezwał się Niemiec. Podał Niemcowi dokumenty. Przedwojenny dowód osobisty z warszawskim zameldowaniem i zaświadczenie z Arbeitsamtu o zatrudnieniu z podaniem zawodu. Przepustka i pozwolenie na pracę z Rüstungskommando. Zaraz się okaże, jak są dobrze podrobione.

- Ty palacz w kotłowni na lotnisku wojskowym?

- Ja.

- Dlaczego nie jesteś w pracy?

- Mieć noc praca. Teraz wolny. - Odpowiedział, kalecząc język niemiecki.

Żandarm przeglądał dokumenty. Wykonała je komórka legalizacyjna ZWZ, więc były doskonale podrobione w odróżnieniu od fałszywek oferowanych na bazarach. Specjalista z gestapo albo doświadczony inspektor z Kripo, po uważnym obejrzeniu, w razie wątpliwości zadzwoniłby na Okęcie. Tylko że tutaj byli na ulicy.

Wszystko zależy od tego, po co Niemcy tu przyjechali. Jeśli to łapanka odwetowa, to wszyscy obecni na tej ulicy są już martwi i nie pomogą mu żadne papiery. Mężczyzn, kobiety i dzieci wywiozą pod miasto, zastrzelą i zakopią. Jeśli zwykła, to ma jakąś szansę. Albo wyląduje w więzieniu jako uzupełnienie listy zakładników w oczekiwaniu egzekucji. Albo do obozu pracy. Nieobecność gestapo sugerowała, że to łapanka na roboty do Niemiec. Wielkie łapanki odbyły się w lipcu tego roku. Brak zaświadczenia o zatrudnieniu kończył się dla tysięcy ludzi w obozie przejściowym na terenie szkoły przy Skaryszewskiej. Pod murem tego obozu codziennie koczował tłum krewnych liczących na wiadomości, usiłujących podrzucić żywność uwięzionym albo wynegocjować zwolnienie. Albo mogą go puścić wolno. W dokumentach miał w końcu wpisaną pracę dla Rzeszy.

Żandarm oddał mu dokumenty.

- Plecak! Opróżnij! - Ale nie zamierzał się jeszcze poddać.

- Jezu! Jak to dobrze, że nie dostałem żadnej pamiątki, po porannej transakcji. - Pomyślał Kietliński, zdejmując plecak.

- Co to za śmierdzące szmaty? - Niemiec rozgrzebał rzeczy z plecaka, na bruku.

- Moje ubranie robocze.

- Zabieraj to z powrotem, bo wszyscy się tu udusimy ze smrodu.

- Ja. - Janusz zapakował wszystko do plecaka i zarzucił go na postrzępiony sweter.

- A teraz zjeżdżaj stąd! Tam! - Żandarm pokazał ręką przejście między ciężarówką na ulicy a ścianą.

Przeszedł między stojącymi żołnierzami, minął ciężarówki, do których zapędzano ludzi i był na razie wolny.

Kiedy uspokoił mu się oddech, Janusz zorientował się, że jest spóźniony na spotkanie. Przyspieszył krok na tyle, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Minął ruiny kamienicy przy Nowym Świecie, trafionej bombą w 1939 i po chwili skręcił w prawo, w ulicę Chmielną. Spotkanie miało się odbyć w kamienicy pod numerem dwudziestym prawie na rogu Szpitalnej. Po ulicy spacerowały samotne dziewczyny, a jeszcze więcej ich okupowało bramy i wejścia do kamienic. Chmielna była bowiem jednym z kilku miejsc w Warszawie, gdzie mężczyzna za większą lub mniejszą opłatą mógł się poczuć szczęśliwszy niż zwykle. Kilka dziewczyn otaksowało go wzrokiem, ale żadna nie próbowała go zaczepić. Widocznie nie wyglądał na potencjalnego klienta. Niemcy nie walczyli z prostytucją, a polskich policjantów zwanych "granatowymi", nie było dzisiaj widać.

Po prawej stronie bramy kamienicy leżał duży kamień. Oznaczał, że jego spotkanie może odbyć się bezpiecznie. Gdyby leżał po drugiej stronie bramy, Kietliński poszedłby dalej. A znaczyłoby to, że w kamienicy zamiast przełożonego ze Związku Walki Zbrojnej czeka na niego gestapo.

- Chyba wszyscy jesteśmy teraz konspiratorami. - Pomyślał Janusz, mijając na schodach dozorczynię. Być może to właśnie ona jest wtajemniczona w zabezpieczenie lokalu. Dotarł na drugie piętro i zapukał do drzwi.

- Witam serdecznie! Jaka to pilna potrzeba pana sprowadza? - Blondynka w skąpej sukience otworzyła mu drzwi.

- Dzień dobry. Czy Zuzanna dzisiaj pracuje? - Janusz podał umówione hasło.

- Nie, ale Marta jest wolna. Wejdzie pan? - Powiedziała blondynka i był to odzew, który mówił, że lokal jest bezpieczny a on oczekiwany.

- Tak. Jak mus to mus... - Kietliński wszedł do mieszkania, które na co dzień pełniło funkcję małego burdelu.

W salonie pomachała mu ręką brunetka w krótkiej koszuli nocnej, która siedziała na kanapie. Znając życie i fantazję konspiracji, pewnie miała na imię Marta. Chociaż był tutaj kolejny raz, nigdy nie miał odwagi jej zapytać. Przeszedł przez salon i bez pukania otworzył drzwi przy oknie, prowadzące do jednej z sypialni, gdzie zwykle dziewczyny udawały się ze swoimi klientami. W środku na łóżku siedział postawny mężczyzna w marynarce. I nie był wcale zapóźnionym klientem, który nie zdążył się ubrać, tylko jego przełożonym z komórki wywiadu polskiego państwa podziemnego. Andrzej Olszewski był zastępcą szefa referatu "Północ" w wydziale wywiadu ofensywnego.

- Siadaj i streszczaj się Janusz. Spóźniłeś się, a ja mam niedługo następne spotkanie. - Mężczyzna wyciągnął rękę na powitanie.

- Wpadłem w łapankę na Nowym Świecie. - Kietliński przysiadł na brzegu dużego łóżka.

- Ale jak widzę, jesteś cały?

- Tak, bo łapanka była na roboty do Niemiec. A ja mam dobre papiery.

- Dużo osób wzięli?

- Wyglądało, że ponad dwieście.

- Muszę popytać, bo zaczyna się całkiem jak w maju. I znowu sukinsyny zapełnią całą Skaryszewską... - Olszewski wstał z łóżka i podszedł do okna. - A jak nasze interesy?

- Skończyłem dzisiaj tę transakcję na kolei i trochę porozmawiałem ze szkopami. Do Prus Wschodnich jedzie 21 dywizja piechoty z całym sprzętem. Strzelcy, pułk artylerii, batalion zwiadowców i reszta wsparcia, saperzy i ppanc... No a z plotek... - Kietliński się zastanowił. - Mówią, że jeszcze dwie dywizje mają nam tu przysłać wkrótce. I zwalniają do domu część starszych poborowych.

- A coś o inwazji na Anglię? Londyn jest tym żywotnie zainteresowany...

- Bezpośrednio to nic. Tylko jeśli tu nam przysyłają żołnierzy, to może żadnej inwazji nie będzie.

- Niech się w Londynie zastanawiają. Rozumiem, że ta 21 to pewne?

- Tak. Właśnie jej wyposażenie nam sprzedali.

- A te informacje z plotek?

- Podobno jedna piechoty i jedna pancerna. Tylko to na razie plotki.

- No dobrze, to podtrzymuj kontakt z tym złodziejem, tylko ostrożnie. Nie wiadomo do czego może się nam jeszcze przydać. Masz coś jeszcze dla mnie?

- Dzisiaj nic więcej. Próbuję kontaktów z Niemcami na Odolanach przez naszych kolejarzy, ale to jeszcze potrwa. Pracujemy ciągle nad wyjazdem do Gdańska. Tylko muszą mi dorobić porządną legendę i papiery na wejście do portu, a na razie mam za słabe kontakty.

- Potrzebujesz czegoś ekstra?

- Nie, na razie muszę się dogadać z fałszerzami. No i jeszcze nie wiem, co będą musieli dorabiać.

- Czyli teraz jesteś wolny?

- W zasadzie tak...

- Bo mamy taką jedną sprawę do sprawdzenia... na wchodzie, ale ktoś wymyślił, że będzie potrzebny człowiek z biegłym niemieckim, udający gestapowca. Pisałbyś się na to?

- Daleki wyjazd?

- Dosyć daleki i może zabrać nawet miesiąc, zanim tu wrócisz. Nie powiedzieli mi dlaczego, ale twierdzą, że bardzo ważny. Jakąś wiadomość, która do nas dotarła, należy koniecznie potwierdzić. Chcesz się zgłosić?

- Tak. - Kietliński popatrzył na sufit. - Gdańsk chwilowo odpada, tutaj niewiele się na razie przydaję... Tak. Jeśli się na coś przydam to tak.

- A z udawaniem gestapowca sobie poradzisz?

- Dam radę. Widziałem, jak się zachowują. Tylko ktoś musi mi dorobić dobrą legendę i trochę wyjaśnić to i owo.

- To w takim razie cię polecę. Spotkajmy się za trzy dni.

- Tutaj czy na Mokotowie?

- Tutaj. Jeśli cię wezmą, to dostaniesz ode mnie bezpośredni kontakt. Nic więcej nie wiem. I nie chcę wiedzieć.

- No to do niedzieli. Ty wychodzisz pierwszy?

- Tak. I za długo tu dzisiaj siedzę, a przecież jestem żonaty...

- I nigdy cię nie kusiło?

- Za każdym razem mnie kusi. Szczególnie ta Marta.

- To ta brunetka? - Kietliński się zainteresował. - Powiedz.

- Sam się musisz zapytać. - Olszewski się uśmiechnął. - Ale wiesz...

- Wiem. Lepiej nie. Cholerna konspiracja.

Janusz, wychodząc dziesięć minut po Olszewskim, minął na schodach żołnierza Wehrmachtu, który jeszcze się uśmiechając, zapinał spodnie.

- Gute mädchen - szepnął Niemiec konspiracyjnie.

- Ja! - Potwierdził Kietliński i zbiegł na dół.

Leżący kamień zniknął sprzed bramy. Pewnie przyda się w innym miejscu. Janusz wyszedł na Chmielną, popatrzył na kamienicę przedwojennej Gazety Polskiej z reklamą Chevroleta na dachu i poszedł powoli w kierunku Dworca Głównego.

Po drodze zastanawiał się, czy nie skręcić w prawo i znaleźć nową kawiarnię Fregata na ulicy Mazowieckiej. Opolski opowiedział mu o niej i o ciastkach, które tam sprzedają, a on od tej pory zaczął się ślinić na samą myśl. Prowadziły ją panie z towarzystwa, żony, córki siedzących w obozach, oflagach i tych rozstrzelanych. A przepisy na ciasta to były, wyciągnięte z szuflad, najtajniejsze rodzinne przepisy kulinarne. Każdy próbuje jakoś przeżyć. Chciałby zjeść takie prawdziwe ciastko, a nie takie przypalone kawałki z przydziałowych trocin i melasy, jakie piekła ciotka, u której miał pokój. Ale dać za małe ciastko 8 złotych... Mimo wszystko nie było go stać.

Przeszedł Chmielną do Marszałkowskiej i już był przy dworcu Warszawa Główna albo jak głosił napis powyżej "Warschau Hauptbahnhof". Niemcy zaczęli nadawać swoje nazwy ulicom, jakby właśnie poczuli się jak w domu. Aleja Jerozolimska, którą podążał, jeszcze się uchowała od zmian. Reprezentacyjny plac Piłsudskiego przemianowali na Adolf Hitler Platz. Nigdy nie poczują się tu jak u siebie. Przeczyła temu naklejka na plakacie werbunkowym na roboty do Niemiec dla Polaków. "Chcesz umierać na suchoty - jedź do Niemiec na roboty", namalowany na ścianach rysunek żółwia, który zachęcał do pracy dla okupanta, "Pracuj powoli". A pod samym dworcem wiatr przesuwał po bruku porzucone przez wysiadających ulotki. Pozdrowienia od komendanta garnizonu, witające żołnierzy Wehrmachtu w Warszawie. "Strzeżcie się polskich kobiet. Zarażą was wszelkimi chorobami wenerycznymi. Okradną z dokumentów i broni. Zachowajcie trzeźwość..."

Nowi Niemcy wychodzący z dworca nie wyglądali na szczęśliwych. Pewnie we Francji bardziej im się podobało...

Berlin, Niemcy, 18 września 1940 roku.

- Nie chcę takiego Priema! Wypchaj się. - Niski dziewięciolatek krytycznie patrzył na kartkę pocztową, którą wyciągnął z tornistra jego kolega.

- Ale obiecałeś, że się zamienisz. - Jego kolega w krótkich spodenkach wyraźnie posmutniał.

- Bo myślałem, że będzie kolorowy. Mogę ci dać czarno-białego Gallanda.

- Mam już Gallanda. Potrzebuję Möldersa.

- No to się napatrz, bo ja się nie zamienię. - Uparty dzieciak wyciągnął kolorową pocztówkę z ilustracją obersta Möldersa w kabinie Messerschmitta bf 109 i pomachał drugiemu przed oczami.

- Obiecałeś, obiecałeś.

- Ale z was dzieciaki - odezwał się milczący do tej pory trzeci chłopiec.

- Sam jesteś dzieciak. I nawet nic nie masz.

- A właśnie, że mam. Tylko nie takie dziecinne pocztówki jak wasze.

- Nic nie masz.

- No to wam pokażę... - Trzeci chłopiec wyciągnął z kieszeni powykręcany na wszystkie strony kawałek metalu.

- A co to jest?

- To spada z nieba po nalotach.

- To kawałek prawdziwej angielskiej bomby? - Obydwaj zbieracze pocztówek z podziwem wpatrywali się w odłamek.

- Taaak...

Inspektor Emil Neumann przysłuchujący się tej rozmowie z pobliskiej ławki uśmiechnął się na to oczywiste kłamstwo. Pocztówki po piętnaście fenigów na pewno były bezpieczniejsze. Kawałek metalu był bowiem odłamkiem pocisku przeciwlotniczego. Jednym z tysięcy, jakie spadały z nieba w czasie nalotów jak deszcz. Miasto przestało być bezpiecznym miejscem na ziemi. Albo jak by napisał jakiś romantyczny poeta, od 2 września 1939 roku było widać gwiazdy nad Berlinem. Bo wprowadzono w nim zaciemnienie. I w związku z tym na ulice wypełzły różne potwory.

A on powinien je łapać albo zapędzać z powrotem do ich jam. A nie wygrzewać się w południe na ławce. Powinien prowadzić śledztwo w sprawie seryjnego mordercy i gwałciciela, który wyrzucał kobiety z pociągów. Tylko że śledztwo zeszło na manowce i inspektorzy Kripo właśnie sprawdzali tysiące cudzoziemskich robotników w obozach na przedmieściach. Jemu zaś instynkt podpowiadał, że należy wrócić do pierwszych ofiar na przedmieściu Friedrichsfelde i ich sąsiadów. ale tym będzie się martwił później. Teraz ma do załatwienia nierozwiązaną sprawę zaginięć trzech dziewczynek w Köpenick. Sprawę, której nie rozwiązano i od której go odsunięto po skargach zastępcy gauleitera dzielnicy. Bo nie pozwolono mu wejść na teren posesji, którą stellvertreter dostał po rodzicach i zajrzeć do szopy, którą następnego dnia rzekomo ktoś podpalił. Sąsiadka widziała w niej światło całą noc, czego bała się oficjalnie zeznać. A stellvertreter Bauer w towarzystwie gauleitera osobiście pofatygowali się na Prinz Albrecht Strasse, żeby złożyć na niego skargę.

- Odczep się ode mnie i nie podskakuj wyżej, niż możesz. Jestem niewinny i nic nie znajdziesz w żadnym sejfie... - To były ostatnie słowa stellvertera, jakie usłyszał na korytarzu komendy policji, gdy zostali sami.

Dlatego właśnie siedział tu w dzielnicy Wilmersdorf na Düsseldorfer Strasse przed nowoczesną kamienicą. Funkcjonariusz NSDAP posiadał w niej na pierwszym piętrze mieszkanie służbowe, po deportowanej rodzinie żydowskiej. A w nim sejf, jak dowiedział się inspektor. Z pieczołowicie przechowywanymi pamiątkami po zbrodni, jakie miał nadzieję znaleźć. Obok niego na ławce siedział Klaus, którego inspektor wsadził do więzienia Plötzensee osiem lat temu. A nie zrobił tego przed dwoma laty, gdy ten włamał się do sejfu ze składkami partyjnymi. Obydwaj byli ubrani w szare płaszcze i nasunięte na czoło filcowe kapelusze, a on dodatkowo miał duże okulary. Z takim wyglądem podstarzałych funkcjonariuszy, właściwie powinni otwarcie zacząć walić w drzwi, krzycząc "Gestapo! Otwierać!" A na razie siedzieli i czekali.

Dozorczyni się nie spóźniła. Codziennie przed trzynastą wracała z krótkiego spaceru do rzeźnika i piekarni. Kiedy zaczęła zbliżać się do kamienicy, Neumann trącił Klausa łokciem w ramię.

- Teraz?

- Tak. - Inspektor rozejrzał się i nie zauważył nikogo innego na ulicy. Uczniowie zniknęli w którejś z okolicznych bram, pewnie marząc o tym, że prawdziwa bomba spadnie na sąsiedni dom i będą mieli wspaniałe pamiątki. Obaj szybko podnieśli się z ławki.

Dozorczyni przekręciła i wyjęła klucz z zamku, a potem pchnęła do środka drzwi do kamienicy. W tym momencie ręka ze szmatą nasączoną chloroformem zakryła jej twarz, a druga pchnęła ją do środka klatki schodowej. Szarpała się gwałtownie przez 20 sekund, aż straciła przytomność. Neumann położył ją pod oknem dozorcówki i zaczął szukać klucza do jej drzwi. Znalazł pasujący po kilku sekundach, otworzył drzwi i rzucił pęk kluczy Klausowi.

- Zamknij zewnętrzne drzwi.

- Który klucz?

- Ten największy.

Sam chwycił nieprzytomną dozorczynię od tyłu, zawlókł do dyżurki i posadził na podłodze pod ścianą.

- Poszukaj zapasowych kluczy. Może są tu gdzieś. - Klaus wsadził głowę do ciasnego pomieszczenia, bo we trójkę już się nie mieścili.

Inspektor otworzył szufladę na górze szafki i przez chwilę oglądał leżące klucze. Potem otworzył dół szafki i znalazł tam tylko miskę z zupą i niezbyt czyste szmaty.

- Nie ma klucza od piątki. - Spojrzał na Klausa. - Robimy, jak ustaliliśmy.

Ten skinął głową i wysunął się na zewnątrz. Inspektor wyszedł z dozorcówki i przymknął drzwi, a potem kiwnął na kolegę i poszli schodami na pierwsze piętro. Klaus podszedł do drzwi z numerem pięć pośrodku dosyć długiego korytarza i nie pukając, zaczął manipulować przy zamku. Neumann w tym czasie zakleił wizjer w mieszkaniu numer 3, skąd było widać cały korytarz i wrócił do kasiarza w momencie, kiedy ten otwierał drzwi do mieszkania. Razem weszli do środka.

- Rękawiczki. - Klaus postawił swoją torbę na podłodze i wyjął z niej dwie pary.

Emil się nie wahał i założył swoje od razu, jako że znał dobrze metody śledztwa swojego wydziału. A jak dobrze pójdzie, to właśnie jego koledzy z pracy będą tu węszyć.

- Szukamy sejfu.

- Jeśli jakiś jest... - Mruknął pod nosem Klaus, wytarł klamki drzwi wejściowych i zamknął je na zasuwkę. Rozeszli się po mieszkaniu.

Sejf był we wnęce koło kuchni, przesłonięty kotarą. Inspektor znalazł go po trzech minutach poszukiwań w szafach i za obrazami. Zawołał Klausa.

Kasiarzowi wystarczył jeden rzut oka.

- Franz Garny, Frankfurt. - Zawyrokował i zdjął płaszcz.

- To dobrze, czy źle? - Inspektor patrzył na wysoką, ciemnogranatową, półtorametrowej wysokości szafkę.

- Dzielony na dwie części. Na górze zamek szyfrowy. - Kasiarz pokazał na dwa pokrętła. Płaskie górne z wizerunkiem głowy Merkurego i dolne w kształcie rzeźbionej rączki. - Pół godziny.

- A na dole?

- Jeden zamek mechaniczny na klucz. Jeszcze nie wiem jaki. Ze dwadzieścia minut. - Kasiarz oglądał jeszcze sejf z tyłu. - Ale jak pan tu znajdzie gdzieś klucz, to będzie szybciej. Zwykle chowają go gdzieś w szufladzie.

- Postaram się.

- Mam otworzyć cały czy wystarczy sama góra? Tam są skrytki i najcenniejsze rzeczy.

- Cały, ale zacznij od góry.

- Ty tu rządzisz.

- Jak to otworzysz?

- A czy ja się zapytałem, po co tu jesteśmy?

- Nie.

- To niech pan inspektorze nie pyta i lepiej nie patrzy. - Klaus otworzył swoją skórzaną torbę. - I niech pan zrobi więcej bałaganu w tym mieszkaniu i coś w końcu podwędzi. My tu kradniemy, a nie przyszliśmy na popołudniową herbatkę do ciotki.

- Ja chcesz. - Neumann patrzył, jak jego kolega wyciąga z torby słuchawki i pęki cienkich drutów. - Jeśli będziesz mnie potrzebować, to powiedz.

Bezmyślnie wywalał na podłogę zawartość szaf i szuflad, aż dotarł do wiszącego w szafie munduru galowego stellvertera. Mundur NSDAP był używany do oficjalnych wystąpień i miał kolor jasnobrunatny albo rzadkiego kału jak twierdzili niektórzy. Stąd oficjeli partii nazywano czasami Goldfasan, czyli bażant złocisty. Emil przejrzał kieszenie, a potem rzucił go na kupę innych ubrań i wrócił do myślenia.

Poszukiwania mordercy należy zawsze zacząć od najbliższej okolicy. Wśród rodziny, znajomych sąsiadów, nawet szukając psychopaty, który zabija dla przyjemności, pozornie nieznane sobie ofiary. To zawsze zaczyna się gdzieś w sąsiedztwie, gdzie wydaje mu się, że panuje nad wszystkimi okolicznościami.

Tak samo było z Bauerem. Neumann dotarł do plotek sprzed piętnastu lat o molestowaniu dzieci w okolicy. I odbył rozmowę z inspektorem na emeryturze, który badał i nie rozwiązał sprawy dwóch gwałtów, ale pamiętał podejrzanych. A dowodów nie pozwolono mu znaleźć.

Tak samo będzie z seryjnym mordercą pociągowym, który dostał napadu odwagi, kiedy zarządzono zaciemnienie. To najpewniej kolejarz mieszkający gdzieś we Friedrichsfelde.

Na razie znalazł jakieś pieniądze w szufladach i pod bielizną w szafie, dwa zegarki, jakąś damską biżuterię i kilkanaście kluczy.

- Ciągle jestem najlepszy. - Pomyślał Klaus, kiedy ostatnia zapadka wróciła na miejsce. Drzwi od sejfu się uchyliły. Po ich wewnętrznej stronie tabliczka głosiła "Franz Garny, Cassen Fabrik, Frankfurt a M.", a więc i tutaj miał rację. W środku była jedna półka i zamykany na klucz schowek. A także jakieś papiery i pieniądze. Teraz czas na dolną część.

- Otworzyłem górę. Znalazł pan klucze? - Kasiarz znalazł Neumanna w sypialni niszczącego nożem kuchennym kołdry i poduszki.

- Na stole w kuchni. - Odpowiedział Emil. - Czy teraz mogę popatrzeć? Już tu skończyłem.

- No to spójrzmy na klucze... te klucze. - Klaus wyłowił ze stołu trzy klucze złączone jednym kółkiem.

- Jeden dwustronny, żeby otworzyć dół. - Duży klucz gładko przekręcił się w dolnym zamku.

- I jeden wraz z identycznym zapasowym do schowka... Schowek był otwarty.

- Sezamie otwórz się...

- To jakieś zaklęcie kasiarzy?

- Tak, żeby w środku nie było pusto.

- No i nie jest... - Powiedział Neumann. - Nadstaw torbę, dostaniesz wszystkie pieniądze.

- A te inne fanty...

- Wyrzucę do rzeki po drodze.

- Szkoda...

- I nawet nie myśl, żeby coś samemu zabrać.

- Nie myślę. Sporo tych pieniędzy. Wygląda, że ponad dwadzieścia tysięcy... Podzielimy potem?

- Nie. Ty bierzesz wszystkie, tylko nie szalej. A teraz weź torbę, wyjdź i nie patrz.

Na dole sejfu nie było nic ciekawego, jakieś papiery z banków i zaświadczenia. A w górnej części czekała na niego niespodzianka. Po opróżnieniu jej z pieniędzy znalazł najpierw pudełko z naszyjnikiem, który od razu dorzucił do zegarków. A potem srebrny łańcuszek z krzyżykiem i dwie kolorowe pocztówki z Hanną Reitsch z bukietem kwiatów na tle gór i latającego śmigłowca. Między ogniwami łańcuszka były brunatne grudki a na pocztówkach zaschnięta krew.

Powinien osobiście go zastrzelić. Albo wezwać ekipę kolegów z komendy głównej. Rodzice powinni zidentyfikować łańcuszek, z kart zdejmą krew do porównania i odciski palców... tylko z czym je porównać skoro nie znaleziono ciał. Więc zamiast tego, zgotuje mu piekło. Tylko teraz zastanawiał się, czy to mu wystarczy...

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął grubą kopertę. Zawsze załatwiał swoje sprawy sam, ale żeby tu dotrzeć i uzyskać sfałszowane dokumenty musiał ściągnąć wiele długów wdzięczności.

Jako pierwsze wyjął zaświadczenie o przynależności do gminy żydowskiej dziadków ojca Bauera, potem zaświadczenie o obrzezaniu ojca i przynależności do gminy. W tym fałszerstwie brała udział sekretarka w Urzędzie Czystości Rzeszy i znajomy fałszerz drukarz.

Jako ostatnie trafiły do sejfu dwie karty perforowane, dziwnie przycięte kawałki sztywnego i giętkiego papieru podziurawione w wielu miejscach. Technik z urzędu statystycznego pracujący przy maszynie sortującej Hollerith D11, którego kiedyś niesłusznie oskarżono o malwersację, twierdził, że zawierają dane rodziców Bauera wraz z wyznawaną żydowską religią ze spisu powszechnego w 1933 roku. Neumann musiał uwierzyć mu na słowo, bo dla niego była to niezrozumiała magia. Chociaż technik próbował wytłumaczyć mu, jak działa to przetwarzanie i organizowanie informacji w przemyśle, wojsku i gestapo, a ostatnio działało kiepsko, bo karty produkowała w Stanach Zjednoczonych amerykańska firma International Business Machine i razem z częściami zamiennymi do maszyn, docierały do Niemiec długą okrężną drogą przez Hiszpanię i Szwecję.

Na koniec wyjął napisany po hebrajsku dokument, w którym komitet żydowski dziękuje zastępcy gauleitera za wysoką wpłatę tysiąca pięciuset reichsmarek na fundusz państwa żydowskiego w Palestynie. Ten położył na stole w kuchni tak, aby każdy, kto wejdzie do mieszkania, go zauważył.

- Skończyłem Klaus. Obejrzyjmy jeszcze raz mieszkanie. - Emil znalazł Klausa siedzącego w salonie.

- Obszedłem je już dwa razy. Nic naszego nie zostało.

- To może jeszcze pozdejmuję obrazy ze ścian.

- Racja przecież szukaliśmy sejfu.

- No to teraz wychodzimy. Pamiętasz co mamy zrobić?

- Pamiętam. A ty pamiętaj, żeby zdjąć rękawiczki przed wyjściem.

Klaus wyjął ze swojej torby dużą butelkę z benzyną z nadpaloną szmatą, która tkwiła w szyjce i pieczołowicie umieścił ją na podłodze korytarza blisko kuchni. Potem wyszli, zostawiając niezamknięte drzwi. Na korytarzu Klaus z mniejszej butelki polał benzyną futrynę drzwi. Neumann zapalniczką ją podpalił. Zbiegli schodami na parter. Tam zdjęli z dłoni bawełniane rękawiczki. Neumann wszedł do stróżówki i podsunął pod nos nieprzytomnej ciągle dozorczyni otwartą małą butelkę z mieszaniną mentolu, amoniaku i olejków eterycznych. I dwa razy przyłożył jej ręką w twarz. Stanęli przy drzwiach wyjściowych, Klaus je uchylił i zlustrował ulicę.

- Pusto.

- Pożar! Pali się! Straż! - Krzyknęli razem głośno, a potem jeszcze raz i wyszli powoli z kamienicy na pustą ulicę.

Poszli powoli w lewą stronę, a potem skręcili w prawo na rogu Emser Strasse.

- Na pewno cię nie podwieźć Klaus?

- Nie. Trzymajmy się planu. Przejdę się powoli do metra na Uhlandstrasse.

- To ja tu skręcam do samochodu. I muszę jeszcze pojechać nad Sprewę. Do zobaczenia Klaus.

- Do zobaczenia. Masz, czego chciałeś? - Zapytał Klaus.

- Mam. - Odpowiedział Neumann. Tylko ciągle czuł ciężar rewolweru w kieszeni.

Biuro nic się nie zmieniło przez ostatni tydzień, kiedy był na urlopie. Poniedziałek i te same brudne okna, przez które bało się wpadać światło, mimo że w tym reprezentacyjnym gmachu przy Alexanederplatz w Berlinie powinny błyszczeć. Te same obite biurka, zawalone papierami i stare trzeszczące krzesła. Nic tu się nie wymienia od lat, a tylko naprawia. Spojrzał na połamane krzesło w kącie. To pamiątka po tym, jak inspektor Radke usiłował przesłuchać zastraszonego dozorcę kamienicy, w której zamordowano kobietę. Ten na każde pytanie odpowiadał szybko "Nic nie wim. Nic nie wim". Po dziesięciu minutach zadawania pytań spokojny zawsze Radke złamał ołówek, obszedł biurko i wykopał krzesło spod siedzącego dozorcy. A potem krzyczał na niego "A teraz coś wisz?" Jego biurko pod ścianą, z dala od okien miało przyklejony narożnik. To pewien atleta z cyrku, w czasie przesłuchania chciał zademonstrować swoją tężyznę. A za biurkami siedzieli ci sami zmęczeni ludzie.

- Emil, wróciłeś do nas z emerytury?

- Dopiero za dwa lata, ale jeśli mnie chcecie puścić wcześniej, to nie będę protestował.

- To gdzie byłeś?

- Na wakacjach na Rugii.

- I jak było?

- Zakwaterowali mnie w jednym pokoju z wycieczką BDM z Bawarii, w hotelu Prora. Resztę jako dżentelmen przemilczę.

- Dziewczyny woziły cię na wózku nad Bałtyk i przeżuwały za ciebie jedzenie?

- Nie tylko. Sprawdzały, czy moja laska do podpierania jest ciągle twarda.

- A jest?

- Nie wiem, zostawiłem im na pamiątkę...

- To miałeś wreszcie wakacje.

- Tak... przez tydzień podlewałem kapustę w ogródku. A tutaj co nowego?

- Jakieś dwa morderstwa. A w tamtej sprawie niewiele. Sprawdzamy samobójstwa na kolei, czy czegoś nie przeoczyliśmy.

- Cofnijcie się do napadów z zeszłego roku.

- Jak będziesz tak marudził, to przebierzemy cię za kobietę i będziesz jeździł S-Bahnem po nocy, na wabia.

- Tak, tylko kto na mnie poleci...

- Jeśli nikt, to szef wklei ci sprawę jubilera na Kurfürstendamm. Kratę wyrwali samochodem w czasie nalotu.

- Cholerne zaciemnienie...

- Tak. Odkurzasz sobie wieczorem pierścionki i kolczyki, a potem grają trąbki Meyera i biegniesz do schronu. A za trzy godziny masz pustą wystawę i resztę sklepu.

- A jak nowe szefostwo? Zostajemy tu czy nas przeniosą?

To pytanie Neumanna skwitowało pół minuty milczenia. A potem cicho odezwał się najbliżej siedzący Heckmann.

- Nasz nowy najwyższy szef chce nas mieć na oku... Nigdzie nas nie przeniesie. I jeszcze przyśle nam wsparcie... Takie bardziej bijące i mniej myślące. Szybciej będziemy rozwiązywać sprawy...

Emil pokręcił głową, a potem powiesił płaszcz na wysokim lekko kiwającym się wieszaku i usiadł za biurkiem. Nie na długo, bo w drzwiach prowadzących do biura szefa detektywów pokazał się Kastner.

- Neumann jak już się nagadałeś tutaj, to chodź do mnie się wyspowiadać.

Emil wstał zza biurka i poszedł do drzwi, w których zniknął szef.

- Niczym nie zgrzeszyłem w tym tygodniu.

- No co ty powiesz...

- Pielęgnowałem ogródek.

- Zamknij za sobą drzwi i siadaj.

- Siedzę.

- Co ty znowu narozrabiałeś? - Kastner pochylił się w jego stronę i ściszył głos. - Od piątku rano mam tu dom wariatów z tobą. Słucham plotek i się denerwuję.

- Nic nie zrobiłem.

- W piątek rano Streckenbach z departamentu administracji położył łapę na twoich aktach osobowych. Potem sam nasz szef, gruppenführer Nebe zadzwonił do mnie i kazał mi przynieść wszystkie akta spraw, które prowadziłeś ostatnio. A godzinę później po to samo dzwonili z III departamentu, Sicherheitsdienst. W co ty wdepnąłeś i co ma do tego kontrwywiad SS?

- Nie wiem.

- Na pewno nie wiesz?

- W tym roku miałem tylko zwykłe morderstwa i rabunki.

- I nie nadepnąłeś nikomu na odcisk? A ten gauleiter z Köpenick?

- To było w lutym. Prehistoria.

- Bo dostaliśmy zgłoszenie o włamaniu do niego w zeszłym tygodniu, ale sprawę od razu przejęło gestapo.

- Nic o tym nie wiem.

- W środę 25 września masz się stawić w biurze RSHA na Prinz Albrecht Strasse u obergruppenführera Heydricha o dwunastej.

- Czy jestem zawieszony?

- Nie. Masz tu siedzieć za biurkiem i nigdzie nie wyjeżdżać, dopóki ci nie pozwolę.

- Co mam tu robić za biurkiem cały dzień?

- Do środy coś ci znajdę. Policzysz krzesła na piętrze. Wyjdź.

Neumann oglądał swoje porysowane biurko.

- Czy się udało? - Zadał sobie to pytanie kolejny raz.

- Czy było warto? - I kolejny raz odpowiedział. - Tak. Cokolwiek się stanie.

Otworzył starą teczkę i bezmyślnie przerzucał kartki, myśląc o zastępcy gauleitera. Jak powiedział niewidomy do swojej głuchej narzeczonej. To była miłość od pierwszego wejrzenia...

Londyn, Wielka Brytania, 24 września 1940 roku.

Sierżant John Maiden stał w bezruchu przy windzie, na korytarzu w Ministerstwie Wojny. Właściwie to z wypiętą piersią salutował dłonią grupie generałów otaczających premiera, który wolno zmierzał do wyjścia. Nowy szef Imperialnego Sztabu Generalnego generał John Dill coś do niego mówił, ale Winston sprawiał wrażenie nieobecnego. Może był zmęczony, bo cały poranek spędził w podziemnym bunkrze przy King Charles Street, śledząc depesze z operacji floty w Dakarze. A może - pomyślał Maiden, "ole' Winston" jest od rana nawalony whiskey i nic już do niego po południu nie trafia...

Generał Dill nie widząc żadnej reakcji rozmówcy, też się poddał. Jego gradowa mina świadczyła, że chętnie znalazłby sobie jakąś ofiarę do wyładowania frustracji i spojrzał na sierżanta.

Sierżant wyprężony jak struna zmobilizował jeszcze swoje ostatnie siły, żeby wciągnąć brzuch i nie poruszyć ręką ciągle przyłożoną do głowy. Generał patrzył na niego krytycznie przez pięć sekund i podążył za premierem.

Ja musztrę miałem w małym palcu, kiedy ty jeszcze biegałeś w krótkich spodenkach - pomyślał Maiden. - A może myślałeś, że trafiłeś w końcu na Polaka?

Po ministerstwie krążyły plotki o salutujących dwoma palcami polskich oficerach. Ten gest zwyczajowo w Wielkiej Brytanii oznaczał "Wal się!" Albo w najlepszym wypadku był to sposób salutowania młodszych skautów. Sierżant bardzo chciałby to zobaczyć na własne oczy i potem minę oficera, któremu tak zasalutowano.

Opuścił prawą rękę i jeszcze raz popatrzył na wychodzącego premiera. Wizyta zwykle oznaczała, że coś się dzisiaj działo na świecie. A co takiego, John dowie się później. Na razie musiał wysłać do Coventry papiery, które ciągle ściskał lewą ręką. Czyli rozkazy przenoszące sierżanta Alistaira Hamisha Boyle, specjalistę artylerii do garnizonu na Malcie.

Co też ten Hamish sobie wymyślił? Maltę codziennie bombardowali Włosi i otwarcie mówiło się o inwazji w najbliższym czasie. A jeśli nawet nie będzie inwazji, to wszyscy tam wkrótce wymrą z głodu, bo jak słyszał każdy rejs statków z zaopatrzeniem to rosyjska ruletka.

Albo on sam dzisiaj też umrze z głodu, bo kiedy załatwiał to przeniesienie, zapomniał o porze wydawania posiłków. I teraz będzie musiał odstać swoje na zewnątrz, w długiej kolejce pod kolumnami do kantyny. I będzie szczęśliwy, jeśli zdąży przed zamknięciem o piętnastej, a dziewczyny znajdą mu jeszcze coś jadalnego.

- Spóźniłeś się Stewart.

- Przepraszam, miałem pewne sprawy premierze.

- Jakie sprawy?

- Szukałem u nas przecieku w sprawie "Menance".

- I co znalazłeś winnych?

Stewart Menzies chwilę milczał.

- U nas nie było żadnych przecieków. Wyjście francuskich krążowników to przypadek. Tylko jeśli nasze okręty pętają się dwa tygodnie po całym wybrzeżu zachodniej Afryki, a Francuzi De Gaulle'a pokazują się miejscowym, to nawet najgłupszy się w końcu domyśli...

- Czyli obwiniasz mnie?

- Nie premierze.

- Wsiadaj ze mną, przejedziemy się i porozmawiamy. - Winston podszedł do ciemnoniebieskiego, czterodrzwiowego Austina a inspektor ze Scotland Yardu Walther Thompson otworzył tylne drzwi.

- Do tego? A gdzie Daimler z głośnikami?

- Dzisiaj nie planuję żadnych przemów do ludzi. Walther i tak mi nie pozwoli... - Ochroniarz skinął głową.

Menzies wsunął się obok na tylne siedzenie a Thompson obok kierowcy.

- Dokąd jedziemy premierze? - zapytała Irene Kaye. Kapral w mundurze WAAF zastępująca dzisiaj stałego kierowcę.

- Zawieź nas gdzieś blisko na świeże powietrze, do parku z ławką. Zalecenie lekarzy.

- Czy może być Parliament Square?

- Tak. Bardzo dobrze.

Premier siedział w milczeniu, ale w środku ciągle był wściekły. Kolejna partia pokera zapowiadała się na klęskę. I ciągle nie wiedział dlaczego... Zawsze wyciągał cztery asy z rękawa, a w tym czasie gamoniowaci przeciwnicy jakoś składali pokera z blotek.

Dawno temu Gallipoli, gdzie Turcy nie przestraszyli się pancerników ostrzeliwujących forty na Dardanellach. Więc trzeba było, przywieźć piechotę i efekt zaskoczenia diabli wzięli...

Potem Norwegia, która miała być pułapką na flotę Hitlera. A finalnie okazała się klęską, mimo że wywiad dostarczył prawie komplet informacji o planach Niemców. Admirałowie nie zrozumieli rozkazów i popłynęli na północ, blokując wyjście na Atlantyk, a szwaby bezkarnie wysadzili desant we wszystkich portach, w których chcieli. Powinien zmienić admirałów...

A teraz Dakar gdzie Francuzi nie przestraszyli się ani jego okrętów, ani De Gaulle'a i jego ludzi. Artylerzyści z Barhama i Resolution nie potrafili trafić we francuski pancernik Richelieu stojący przy nabrzeżu. A lotniskowiec Ark Royal stracił już sześć samolotów w atakach na port. Wolni Francuzi i generał Irving dowodzący piechotą morską nie mieli jaj, żeby wylądować. Na koniec admirał Cunningham chciał się wycofać i ustanowić blokadę portu. Więc wysłał im rozkazy, żeby kontynuowali. Rano francuskie bombowce zaatakowały Gibraltar, ale według raportu straty były niewielkie, a większość bomb wylądowała w morzu. Po serii klęsk potrzebny jest teraz jakikolwiek sukces, który by poprawił morale. Nawet nad Francuzami. A gra będzie się toczyć dalej, dopóki ma jeszcze co postawić... I muszę jeszcze powiesić za jaja tych, którzy wpuścili francuskie krążowniki na Atlantyk.

Austin zatrzymał się przed bramą, a Thompson wysiadł, spojrzał na wieżę z Big Benem i zlustrował okolicę. Potem otworzył tylne drzwi i pokazał swoim podopiecznym pustą ławkę pod drzewami. Churchill usiadł pierwszy i wyciągnął cygaro.

- Podpalić? - Spytał Menzies.

- Powinieneś już wiedzieć Stewart, że nie palę na świeżym powietrzu. Dym się marnuje. Co masz tajnego dzisiaj?

- Inne źródła potwierdziły wiadomość, którą dostaliśmy przez Szwajcarię.

- To znaczy?

- Hitler idzie na Rosję w przyszłym roku. Generałowie rozpoczęli planowanie.

- Ultra?

- Ultra częściowo, ale to źródło raczej taktyczne. A my mamy lepsze źródła strategiczne.

- Więc za dużo w nią inwestujemy?

- Nie. Jest i będzie nieoceniona na polu bitwy.

- Więc Berlinowi można wierzyć...

- Nadal ostrożnie. Dostajemy tak dużo informacji, że nie jesteśmy tego w stanie zweryfikować. Co prawda podali dziesięć różnych terminów ataku na Francję. I podobno wszystkie były prawdziwe, tylko Hitler był niezdecydowany.

- Ale dokładnych planów nie podał.

- Jak się teraz okazało, podał. Tylko mu nie uwierzyliśmy. To bardzo dobre źródło.

- No i jak mówisz, przysyła nam tu łodziami podwodnymi tych śmiesznych agentów. Z walizkami pełnymi pieniędzy, żeby MI-5 miało rozrywkę.

- Albo chce nam zamydlić oczy, kryjąc tych ważnych...

- Albo jest zdesperowany.

- To wkrótce będzie okazja, żeby go sprawdzić.

- Jaka okazja?

- Naszego przyjaciela wysyłają do Hiszpanii. Ma wynegocjować z Franco przystąpienie Hiszpanii do wojny albo co najmniej przemarsz wojsk niemieckich do Gibraltaru.

- Ale my sami też coś z tym robimy?

- Tak, mamy swoje dojścia i ludzi.

- Coś jeszcze?

- Nowe propozycje pokojowe przez Portugalię.

- Coś się u szkopów zmieniło? Nie. Nie odpowiadaj. To nie ma żadnego znaczenia, ja zdecydowałem, że będziemy walczyć.

- Chcą coraz więcej. - Menzies się skrzywił. - Teraz żadnego powrotu do status quo. Kontynent dla Niemców, reszta dla nas.

- Widziałem, jak się skrzywiłeś Stewart. Też uważasz, jak większość tych pajaców z mojego rządu i Izby Gmin, że ta wojna nas zrujnuje i stracimy imperium?

- Tak premierze. A Sowieci i Amerykanie postawią swoje flagi na gruzach.

- Bzdury...

- Amerykanie ciągle boją się, że zawrzemy pokój.

- Dopóki ja jestem tutaj, żadnego pokoju nie będzie. Tylko kapitulacja Hitlera.

- A potem będziemy musieli zapłacić rachunek w złocie za okręty i czołgi...

Chwilę milczeli.

- Czasami wydaje mi się, że możesz mieć rację...

- Czasami wcale nie chciałbym jej mieć. - Odpowiedział szef szpiegów. - W zamian za przystąpienie do Wielkiej Wojny Ameryki żydzi zażądali od nas Palestyny. Czego zażądają tak naprawdę teraz?

- To wszystko nieważne. Hitler buduje swoje imperium, ale my sami mamy w tym setki lat doświadczeń i nie damy mu czasu, żeby się nauczył. - Winston Churchill podniósł się z ławki. - Dość już tego świeżego powietrza. Źle wpływa na myślenie...

I odpuść nam nasze winy...

Berlin, Niemcy, 25 września 1940 roku.

Reinhard Heydrich popatrzył uważnie na siadającego gościa.

- Dziękuję, że poświęca mi pan czas panie McKittrick.

- To ja dziękuję za przyjęcie herr obergruppenführer.

- Czy pańskie dotychczasowe rozmowy przebiegły owocnie?

- Tak doskonale. Przedstawiono mnie też wczoraj führerowi.

- A o czym chciałby pan rozmawiać ze mną dzisiaj?

- Oczywiście o pieniądzach...

- Ha, ha, ha. - Obergruppenführer Heydrich zaśmiał się po swojej stronie biurka. - Wiem, że już pan rozmawiał z naszymi specami od liczenia pieniędzy Walterem Funkiem i Emilem Pauhlem z Reichsbanku.

- Tak. Tylko jak to można określić, o aktualnych szczegółach technicznych. A chciałbym wymienić z panem opinie na temat przyszłości naszej współpracy.

- Panie McKittrick nasza współpraca zawsze była owocna i mamy dług wdzięczności wobec Banku Rozrachunków Międzynarodowych.

- Nie tylko wdzięczności...

- Nigdy nie zapomnimy o 70 milionach dolarów, które wspomogły nasz budżet w 1930 roku.

- Mam nadzieję... bo oczywiście muszą być do końca spłacone.

- I będą. Niemcy zawsze spłacają swoje długi. Oczywiście pamiętamy też darowizny na fundusz NSDAP i za te zobowiązania odwdzięczymy się politycznie. To było chyba w sumie 35 milionów?

- Tak, ale już nam to wynagradza nasza współpraca międzynarodowa i wdzięczność przemysłowców wobec nowej sytuacji politycznej. - Thomas McKittrick prezes Bank for International Settlements napił się herbaty z filiżanki stojącej na małym stoliku.

- Mam nadzieję...

- Nie jest tajemnicą, że stosunki amerykańsko-niemieckie mogą się pogorszyć.

- Jeśli tak, to na pewno nie z naszej winy.

- Mimo wszystko jest to prawdopodobny scenariusz, na który musimy być przygotowani. A nasza oficjalna współpraca zostanie uznana za zdradę.

- To pozostanie nam nieoficjalna.

- Niestety takie przedsięwzięcia jak na przykład Union Banking Corporation i wszelkie starania pana Prescotta Busha także będą zagrożone. I nie uda nam się ich obronić.

- No cóż, będziemy regulować zobowiązania, ale jednak mamy nadzieję na dalszą współpracę. Szczególnie na obszarze chemii i przetwarzania paliw.

- Nasz pomysł jest taki, aby wszelkie kontakty biznesowe przenieść już teraz na teren Szwajcarii. Bank for International Settlements w Bazylei i banki szwajcarskie obejmą patronatem filie zainteresowanych przedsiębiorstw i... instytucji oraz będą rozliczać w sposób dyskretny międzynarodowe płatności.

- Czy amerykańskie firmy na to pójdą?

- Zrobiliśmy wywiad i wszyscy są zainteresowani.

- W takim razie rząd Rzeszy ze swojej strony nie będzie czynił żadnych przeszkód. A szczegóły niech uzgodnią stali przedstawiciele w Bazylei.

- Dziękuję obergruppenführer. Wprawdzie nie ma powodu do pośpiechu, ale przezorny człowiek zawsze powinien się ubezpieczyć.

- No i banki w Szwajcarii na tym skorzystają.

- Wszyscy na tym skorzystamy.

- To ja mam jeszcze pytania panie McKittrick. - Heydrich otworzył na biurku teczkę wypełnioną dokumentami.

- Słucham uważnie.

- Czy bank byłby zainteresowany przyjęciem dzieł sztuki oraz wyrobów ze złota i kamieni szlachetnych zamiast pieniędzy przy spłacaniu kredytów?

- Interesująca propozycja, ale musiałbym najpierw zbadać czy istnieje odpowiednio duży rynek zbytu wśród kolekcjonerów amerykańskich i brytyjskich.

- Proszę więc mieć to w pamięci, a ja wyślę szczegółowy wykaz tego, czym dysponujemy do Szwajcarii.

- Będę zobowiązany, ale proszę się nie spodziewać odpowiedzi natychmiast.

- Druga sprawa. Rozumiem, że czechosłowackie złoto znajduje się pod pieczą BIS w Londynie i na naszych rachunkach?

- Tak, chociaż przez Niemiecki upór w tej sprawie postawiliśmy w niezręcznej sytuacji naszego przyjaciela prezesa Banku Anglii sir Montagu Normana i Otto Niemeyera.

- Czyli można go już użyć na poczet kredytów?

- Jak najbardziej, ale dyskretnie. I proszę na przyszłość informować nas wcześniej o podobnej sytuacji. Będziemy znacznie ostrożniejsi.

- Niestety większość francuskiego złota popłynęła za ocean. A polskie jak się dowiedzieliśmy, wylądowało w Afryce pod kontrolą Francuzów.

- Szkoda. I jak słyszałem rząd brytyjski, będzie miał wobec niego swoje plany.

- Prawdziwa szkoda. Myślę, że finalnie i tak trafi pod wasze skrzydła.

- Już wkrótce złoto nie będzie miało żadnego znaczenia. - Zaśmiał się Thomas. - Pracujemy nad tym.

- Ach wy bankierzy ciągle wam mało...

- Nic na to nie poradzę. - McKittrick sięgnął po dużą torbę wypełnioną elegancko opakowanymi pudełkami. - I jeszcze kilka drobnych spraw. A przepraszam, zapomniałem. I proszę przyjąć małe prezenty dla pańskiej żony Liny i dzieci...

Inspektor wolałby czekać na korytarzu, ale nic na to nie mógł poradzić. Sekretarz obergruppenführera od czasu do czasu patrzył na niego z uwagą, zza swojego biurka. Jak dzieciak, który po kolei wyrywa nogi pająkowi, żeby sprawdzić, bez ilu ten sobie poradzi z chodzeniem. Emil Neumann o ile dobrze pamiętał, miał dwie i do obu był bardzo przywiązany. Na korytarzu mógłby popatrzeć na niebo albo na jesienny ogród, a tu gdzie siedział wyłącznie na puste ściany albo udającego pracę SS-mana w czarnym mundurze. Budynek na Prinz Albert Strasse 8, w którym przebywał, zaprojektowano dla artystów, jako akademię sztuk pięknych. W związku z tym miał piękne duże przestrzenie w środku oświetlane wielkimi oknami. Gestapo i inne agencje partii w ekspresowym tempie przerabiały je na małe cele dla więźniów na parterze i w piwnicy oraz niewiele większe klitki dla funkcjonariuszy na piętrze. Tylko gabinet szefa na drugim piętrze pozostał nietkniętą salą wykładową, gdzie każdy wchodzący człowiek czuł swoją małość. No może z wyjątkiem jego gospodarza...

Zadzwonił cicho telefon i sekretarz poderwał się zza biurka, żeby otworzyć drzwi. Wysoki, przedwcześnie posiwiały, czterdziestoletni mężczyzna w garniturze żegnając się, opuścił tyłem gabinet Reinharda Heydricha.

- Do zobaczenia wkrótce panie McKittrick.

- Mam nadzieję na równie przyjemne spotkanie herr obergruppenführer.

- Wybaczy pan, że nie odprowadzę go do wyjścia...

- Oczywiście.

Drzwi na korytarz otworzył SS-man w czarnym galowym mundurze.

- Proszę za mną. - Powiedział do bankiera.

Heydrich stojący w drzwiach spojrzał na sekretarza.

- Joachim chodź teraz do mnie.

Sekretarz zniknął za drzwiami gabinetu, a Neumann został chwilowo sam w sekretariacie. Ze swoimi myślami i pytaniem. Co ja tu robię do cholery? Jeśli jego zeszłotygodniowe działania zostałyby odkryte, to siedziałby teraz w małej celi dwa piętra niżej, czekając na specjalistę od przesłuchań z gestapo ze sprzętem. A nie na szefa Biura Bezpieczeństwa Rzeszy, który osobiście chciał go poznać.

A co on o nim wiedział? Niewiele. Kilka faktów i plotki krążące po komendzie policji. Były oficer Kriegsmarine wyrzucony z marynarki za aferę miłosną. Od dziesięciu lat w SS, protegowany Heinricha Himmlera. Żona, dzieci i dom w Wannesse na przedmieściach Berlina. Zaprzyjaźniony z szefem niemieckiego wywiadu wojskowego Abwehry Wilhelmem Canarisem. Mieszkają i knują po sąsiedzku. Bo Heydrich był też szefem wywiadu SS. Co jeszcze? Gra na skrzypcach, co rano jeździ konno, podobno jest pilotem i walczył nad Holandią, dopóki mu Hitler nie zabronił. I na koniec szef wszystkich nowo niemieckich policjantów i oprawców, zimny, mściwy psychopata, którego powinien prewencyjnie zatrzymać, zanim kogoś jeszcze zamorduje...

- Joachim, czy masz notatki z tamtych poprzednich rozmów?

- Tak wszystkie są tutaj.

- I są umówieni na czternastą?

- Tak to ci sami Żydzi co poprzednio.

- A teraz mam tego Neumanna?

- Czeka od pół godziny.

- Ten staruszek w sekretariacie to inspektor?

- Tak obergruppenführer.

- Wyobrażałem sobie kogoś innego. Nie wygląda na specjalnie energicznego.

- Zawsze można go będzie trochę... podkręcić albo zastąpić kimś innym.

- Z akt wydawał się dostatecznie sprytny. Na razie nie mamy nikogo innego. - Reinhard Heydrich spojrzał przez okno na mały ogród. - Przyślij go za piętnaście minut, niech się jeszcze spoci. A potem tego Hansa Nowaka.

- Niech pan siada inspektorze. - Heydrich pokazał ręką na krzesło stojące metr przed biurkiem. - Pewnie jest pan ciekawy, po co tutaj pana wezwano?

- Oczywiście jestem obergruppenführer.

- A jeśli sam by się musiał domyśleć, to na co by pan postawił?

- No cóż... - Neumann poprawił się na niewygodnym krześle. - Jeśli bym zawalił jakieś śledztwo albo ktoś poskarżył się na moje metody, to bym wylądował na dywaniku u oberinspektora Kastnera. Chyba że byłby to ktoś wysoko postawiony, wtedy rozmawiałbym z gruppenführerem Nebe.

- Na razie dobrze.

- Podobnie w przypadku pochwały...

- Tak. - Heydrich się uśmiechnął.

- Gdybym był wrogiem państwa, siedziałbym na parterze tego budynku, czekając na śledztwo... No, chyba że zrobiłem coś tak złego, że wymaga pańskiej osobistej interwencji.

- Na przykład?

- No... zabrudziłem błotem śnieżnobiały mundur marszałka Göringa? Albo namówiłem Kristinę Söderbaum, żeby przestała występować w filmach? Nic więcej mi nie przychodzi do głowy.

- Inspektorze reichsführer Himmler powiedział, że funkcjonariusze Geheime Staatspolizei są ludźmi obdarzonymi ludzką życzliwością i absolutną prawością, którzy traktują zatrzymanych uprzejmie i kulturalnie. A dzięki znajomości technik śledczych i umiejętności zbierania dowodów potrafią odróżnić prawdziwych wrogów państwa od lojalnych obywateli. A my nie mamy żadnego interesu w tym, żeby pana oskarżyć o coś, co nie miało miejsca.

- Więc czemu obergruppenführer zaszczyca mnie rozmową?

- Czy pan inspektorze nie lubi nowych Niemiec?

- Niemcy to moja ojczyzna i dla niej pracuję. Lubienie to nie jest odpowiednie słowo. Widziałem już w życiu tyle, że nie komentuję każdej zmiany.

- Widzę, że nie zmuszę pana do prostych odpowiedzi... Wobec tego przejdźmy do rzeczy. Mam dla pana propozycję zawodową.

- Jaką?

- Pracy dla mnie.

- Obergruppenführer proszę mi wybaczyć, ale ja już pracuję dla pana.

- Tak, ale potrzebuję osobistego śledczego, który będzie się poruszał ostrożnie, bo rzecz dotyczy najwyższych szczebli.

- Czy muszę odpowiedzieć teraz?

- Tak.

Neumann patrzył w okno przez dwadzieścia sekund, słuchając tykania zegara spod ściany i szelestu kartek, które na biurku przekładał Heydrich.

- Będzie to dla mnie przyjemność pracować dla pana obergruppenführer.

- Dobrze, że pan się szybko zgodził. Jakieś pytania?

- Czy muszę się zapisać do partii? Będę w gestapo?

- Nie to nie jest obowiązkowe. - Heydrich się przyjaźnie uśmiechnął, a przynajmniej tak mu się wydawało. Bo Neumann zobaczył to jako przelotny grymas na masce twarzy rozmówcy. - Inspektorze przeniosę pana oficjalnie w szeregi SD, służby bezpieczeństwa.

- Czy będę musiał pracować w mundurze?

- Nie, po cywilnemu. Szybko dostosuje się pan do otoczenia. Lubi pan chyba szare płaszcze i filcowe kapelusze.

- Ja obergruppenführer?

- Tak mówi ktoś, kto pana widział na Dusseldorfer Strasse w zeszłym tygodniu, ale może mu się przywidziało? Bo był pan przecież na urlopie?

- Musiało mu się przywidzieć. - Neumann usiłował przełknąć ślinę, bo nagle zaschło mu w gardle. - Praca w ogródku jest dla mnie wystarczająco absorbująca.

- No cóż, jestem pod wrażeniem pańskich sposobów wymierzania sprawiedliwości. - Heydrich pokazał Emilowi trzymaną w ręce teczkę osobową inspektora. - Tak się szczęśliwie dla pana złożyło, że potrzeba nam kogoś podobnie myślącego w kontrwywiadzie.

- Dziękuję za zaufanie. - Neumann zaciskał palce na udach, żeby nie było widać, że trzęsą mu się ręce.

- Wiem, o co by pan chciał zapytać, ale się boi. - Heydrich już się nie próbował uśmiechać. - Co z gauleiterem?

- Tak. - Cicho wyszeptał Emil.

- Jest w Dachau. Będzie odpracowywał swoje kłamstwa rasowe... A dzieci niech spoczywają w Köpenick. Nikomu nie posłuży rozgrzebywanie pozostałości po szopie.

- Dziękuję...

- Ani szukanie osób, które pomogły to przeprowadzić... Dopóki będę pewny lojalności i oddania.

- Do czego tak naprawdę ja jestem potrzebny obergruppenführer?

- Mamy pewne informacje i dowody, że wszystkie nasze tajemnice wyciekają do wrogów, jak Ren do Morza Północnego. A nasi tak zwani koledzy z Wilhelmstrasse albo to ignorują, albo w tym aktywnie uczestniczą. Mimo że przyjaźnię się z admirałem Canarisem, ma pan tam znaleźć winnych i dowody. Jak najszybciej.

- Czy mam współpracować z Sicherheitsdienst, czy ma to być poufne śledztwo?

- Dopóki nie zdecyduję inaczej, pracuje pan tutaj wyłącznie dla mnie, a w razie problemów SS-Gruppenführer Heinrich Müller z gestapo, też będzie wprowadzony.

- Dziękuję. Nie zawiodę pańskiego zaufania.

- Oczekuję pańskich raportów co tydzień. Więcej szczegółów poda panu mój sekretarz. Powodzenia.

Neumann powoli wstał z krzesła.

- Niech pan jeszcze chwilę zaczeka inspektorze. - Heydrich nacisnął guzik przy biurku. - Ponieważ jestem człowiekiem z natury nieufnym, dostanie pan pomocnika. Nie jest też panu całkowicie nieznany...

- Oczywiście obergruppenführer.

- To rottenführer Hans Nowak. Będzie nad panem czuwał. Żeby wrogowie nie zrobili panu krzywdy. - Heydrich się lekko uśmiechnął. - I żeby sam pan sobie nie zrobił. Może pan odejść.

Za drzwiami, w sekretariacie czekał na niego wysoki brunet w szarym mundurze, wyższy od niego o dwie głowy. Inspektor uważnie spojrzał na skądś znajomą twarz.

- Pójdzie pan ze mną inspektorze. Wprowadzę pana trochę.

- Ile to już lat minęło? - Zapytał Neumann na korytarzu.

- Sześć. - Nowak spojrzał na niego z góry.

- A przypomnisz mi, za co cię wsadziłem na trzy lata.

- Na dwa lata. - Odpowiedział były bokser i okazjonalny bandyta. - Za niewinność...

- I to ty masz mnie chronić.

- Niech się pan nie martwi szefuniu. Zawsze mogę przywalić, komu trzeba.

- Tak pamiętam...

- No to chodźmy. Pokażę panu nasz nowy pokój.

Reinhard Heydrich i sekretarz usiedli przy stoliku pod oknem. Obaj przeglądali swoje notatki.

- Przypomnij mi, jak się nazywają, bo już zapomniałem?

- Pino Ginzburg i Mosze Auerbach.

- Mogłem się spodziewać, że nie Hans Müller.

- Bo to Żydzi obergruppenführer, rozmawiał pan z nimi w zeszłym roku.

- I jak sądzisz Joachim. Czego będą chcieli?

- Moim zdaniem dalszej współpracy.

- Trwa wojna. Nie możemy ich już wozić do Palestyny...

- Wiem, wysyłamy ich od 1933. To się nazywało Haavara, czyli w ludzkim języku porozumienie przewozu. Dzięki temu wyjechało prawie 60 tysięcy. No i zarobiliśmy na tym trochę i jeszcze na eksporcie naszych wyrobów. Robili nam też dobrą prasę razem z bojówkami Rosh Betar.

- A potem?

- A w 1938 przestali chcieć wyjeżdżać. I wtedy było to pierwsze spotkanie.

- A już pamiętam... Musieliśmy zacząć im pomagać w decyzji.

- Tak gestapo się spisało. A płaciła Agencja Żydowska.

- I jeszcze załatwiliśmy te wojskowe obozy szkoleniowe we Włoszech.

- Myślę, że będą chcieli wrócić do układu. Może znaleźli jakieś bezpieczne kanały przerzutowe.

- Oni są z tej agencji i mają pełnomocnictwa?

- Twierdzą, że tak. Tylko jak ich sprawdziliśmy przez nasze źródła, to wyszło, że to podkładacze bomb z Hagany. Mordują arabów i umilają życie Anglikom na Bliskim Wschodzie. Mogą też poprosić o dostawy broni i materiałów wybuchowych.

- Mam się zgodzić?

- Jeśli zapłacą i sami sobie ją dowiozą, to możemy wszystko wysłać do Grecji albo Turcji.

- Obiecaliśmy führerowi Niemcy wolne od Żydów. A tych przybyło z Polski i Francji. No i budżet NSDAP nie jest z gumy. A nasz szef Himmler chce rozbudować Waffen SS. Tylko skąd wziąć na to pieniądze?

- Obergruppenführer nie musi im pan odpowiadać od razu. Niech przedstawią propozycję i posiedzą kilka dni w hotelu, a pan się skonsultuje i zastanowi.

- Tak zrobimy. Czy to ostatnie spotkanie dzisiaj?

- Tak.

- To może wcześniej bym coś zjadł...

Warszawa, Polska, 5 października 1940 roku.

- I to jest nasz plan? - Janusz Kietliński krytycznie spojrzał na swoje odbicie w wysokim, stojącym lustrze. Zobaczył wysokiego SS-mana, w szarym mundurze. - To jest na pewno dobry mundur?

- Powinien pan mieć więcej zaufania do ludzi. - Odezwał się mężczyzna siedzący na krześle.

- Ale oficerowie chyba mają chyba czarne mundury? - Kietliński nie dawał za wygraną.

- A ilu ich oglądałeś z bliska?

- No kilku na tej ich defiladzie...

- Czarne mają od święta. Tak się ubierają normalnie.

- Cholernie podobne do wojskowych.

- Bo sukinsyny nie chcą się za bardzo wyróżniać.

Janusz ponownie spojrzał na swoje odbicie.

- Andrzej, czyli ja mam być kapitanem?

- Tak. SS hauptsturmführer, Dwa paski i trzy kwadraty na patce. Węzły na naramiennikach. Czapka z trupią główką.

- A dlaczego drugą patkę mam pustą? I co to jest to SD wpisane w romb na rękawie?

- Nie wiem, tam chyba jest miejsce na oznaczenie oddziału bojowego, a SD to Sicherheitsdienst. Pani Jadzia sama to wyhaftowała.

- I mam tylko ten jeden order z mieczem i swastyką?

- To nie jest order, to odznaka sportowa SA. Nic innego nie wymyśliliśmy.

- Czyli wygrałem bieg z pałką w ręku dookoła więzienia?

- Tak jakby.

- Ale i tak mam mundur ładniejszy od twojego.

- Kwestia gustu. Jeśli się już naoglądałeś do syta to teraz ja.

Mężczyzna wstał z krzesła i podszedł do lustra. A potem założył na głowę niebieską czapkę z czerwonym otokiem i gwiazdą opasującą sierp i młotem nad daszkiem.

- No wypisz i wymaluj, major Bezpieczeństwa Państwowego.

- Znaczy, stawiasz ich tam wszystkich pod ścianą?

- To mały posterunek z jednym oficerem. Może nawet nie podciągnęli jeszcze linii telefonicznej, chociaż za bardzo bym na to nie liczył. No i ja jestem z Głównego Zarządu Bezpieczeństwa Państwowego, departament INO - innostrancy, czyli zagraniczni. Zjadamy na śniadanie pograniczników.

- A skąd mamy te mundury?

- Jeśli koniecznie musisz wiedzieć to z przedwojennego magazynu dwójki. Ocaliliśmy różne rzeczy, zanim Abwehra go wywąchała.

- Niech pani Jadzia jeszcze raz nas obejrzy.

Pani Jadwiga była właścicielką domu przy ulicy Stefana Czarneckiego na warszawskim Żoliborzu. Osiedle jednopiętrowych domów zajmowały głównie rodziny wojskowych, a mąż pani Jadwigi, kapitan Wojska Polskiego aktualnie przebywał w niemieckim obozie jenieckim. Ona zaś zaczęła zarabiać na życie szyciem. Kietliński zastukał w zamknięte drzwi pokoju i je otworzył.

- Pani Jadwigo obejrzy nas pani?

- Tak kochanieńki, tylko wpuście trochę światła do pokoju.

- A sąsiedzi nic nie zobaczą?

- Sąsiedzi są tacy jak ja. A z ulicy nie widać pokoju na piętrze.

Kietliński odsunął zasłonę z połówki okna i do pokoju zajrzało popołudniowe słońce.

- I jak wyglądamy? Czy teraz pasują?

- Obydwaj wyglądacie, że od razu, za przeproszeniem, w mordę lać.

- Czyli dobrze?

- Tak teraz są dopasowane, już można je wykończyć.

- Skończy pani dzisiaj?

- Skończymy kochanieńki. Tylko te płaszcze... Ten szwabski dziewczyny szyją od początku, a ten drugi przerabiamy ze starych sortów sowieckich.

- Proszę zrobić, ile się da. Jak dobrze pójdzie, to nie będziemy ich zakładać ani pokazywać.

- Zdążymy. To teraz je zdejmijcie. - Kobieta stanęła w drzwiach.

- To jutro rano ktoś się zgłosi do pani i odbierze.

- Zostaniecie na obiad?

- Nie. Musimy już iść i nie będziemy pani objadać.

- Po prawdzie to nie ma z czego, zupa z margaryny i buraków.

- Na pewno pyszna, ale naprawdę nam pilno. - Kietliński zdjął czapkę. - Wie pani, sprawy...

Janusz usiadł na łóżku i zaczął ściągać wysokie buty. Buty były trochę za małe i zastanawiał się, jak to przetrzyma. Może się trochę rozchodzą w drodze. To będzie długa podróż.

- Kiedy ruszamy?

- Jak skompletujemy wyposażenie. Za dwa, trzy dni. - Mężczyzna w mundurze NKWD także ściągał wysokie skórzane buty i szło mu lepiej.

- Czego nam jeszcze brakuje?

- Samochodu, płaszczy i części dokumentów.

- A broń?

- Broń dostaniesz przed wyjazdem pod Warszawą w Ząbkach. Odrobiłeś lekcję?

- Jaką lekcję?

- Twój szef to... ? - Andrzej spojrzał na przebranego SS-mana. - Po niemiecku.

- SS-sturmbannführer Johanes Müller.

- Pracujesz w...

- Abteilung IV Geheime Staatspolizei im Distrikt Warschau.

- A dowódca SS w Warszawie to...

- SS-gruppenführer Paul Moder

- I jesteś jeszcze...

- Oficerem oddelegowanym do współpracy z NKWD.

- A twój kierowca to...

- SS-sturmmann Paul Storch.

- Dobrze. Przeczytaj jeszcze dwadzieścia razy i zniszcz te notatki przed wyjazdem.

Zaczęli rozpinać i zdejmować mundury.

- A jak tam będzie?

- Gdzie?

- No na wschodzie.

- Nie wiem, sam się boję. Wielu moich znajomych zniknęło w Wilnie i Lwowie. Dowództwo ciągle tam próbuje montować nowe siatki i nie chcą uwierzyć, że metody gestapo w porównaniu z NKWD są dziecinne. Przynajmniej dowiedzieliśmy się, że współpracują i mieli te wspólne konferencje w Zakopanem i Krakowie. W przerwach między chlaniem i ruchaniem dyskutowali jak nas szybciej zabijać.

- A ten człowiek, który się wydostał. Można mu wierzyć?

- Tak naprawdę to wszyscy będziemy tam wystawieni, jak śledzik na widelcu. Nikomu nie można ufać, w każdej wsi jest trzech donosicieli. Tajnych. I pięciu z urzędu. A naszych wywożą do Azji.

- Ty to umiesz dodać mi odwagi. - Janusz zaczął ściągać mundurowe spodnie. - Chyba nie chcesz, żebym zabrudził spodnie przed wyjazdem?

- Zobaczymy, może to kolejna prowokacja, żeby kogoś zwabić w pułapkę. A może nie i on naprawdę dowiedział się, że naszych jeńców rozwalili i zakopali.

- A Rydz-Śmigły w 1939 wydał rozkaz, żeby z nimi nie walczyć.

- Cywil, wojskowy, dla organów w sowietach to jeden chuj. Jak przyjdzie rozkaz, to własnego brata zastrzelą.

- Andrzej ty jesteś z II Oddziału?

- Niby z naszego starego wywiadu?

- Tak. Za dużo wiesz o tym wszystkim...

- Janusz, ty nic nie chcesz wiedzieć. Żadnych nazwisk ani pseudonimów. Po tej akcji o sobie zapomnimy. Domysły zostaw dla siebie, aż po grób. Albo na czarną godzinę, kiedy mołojec z organów NKWD będzie ci wyrywał paznokcie obcążkami.

Moskwa, Związek Radziecki, 7 października 1940 roku.

Tabliczka na drzwiach głosiła Naczelnik Oddziału Komendantury Oddziału Administracyjno-Gospodarczego. Aron Babel zapukał dwa razy i usłyszał krótkie - Wejść! Nowy gabinet majora wcale nie był okazały. Za to miał widok na plac Dzierżyńskiego, a nie na wewnętrzny dziedziniec. Tylko jak Aron zdążył poznać Wasilija, temu ostatniemu było to pewnie obojętne. Widać też było, że się jeszcze nie zadomowił po przeprowadzce. Tak było na Łubiance, dzisiaj zmieniasz pokoje na lepsze, a jutro możesz zniknąć bez śladu. Nikt się nie zadomawiał i nie stawiał zdjęć rodziny na biurku. I lepiej było nie sprawdzać szuflad po poprzednikach, bo zwykle zostawały tam pamiątki.

- Dzień dobry towarzyszu majorze.

- Dzień dobry Aron. Siadajcie.

- Towarzyszu wzywaliście mnie...

- Tak Aron wzywałem, dlatego teraz tu jesteście. - Wasilij się nie uśmiechnął. Nigdy się nie uśmiechał w pracy. Zwłaszcza teraz, gdy nowy szef w NKWD, ludowy komisarz spraw wewnętrznych Ławrentij Beria próbował przenieść go w pobliże miejsca, gdzie posłał swojego, nikczemnego wzrostu poprzednika Nikołaja Iwanowicza Jeżowa. Czyli pół metra pod ziemię. Tu jednak weto postawił sam towarzysz Stalin, nie chcąc pozbywać się swojego ulubionego egzekutora.

- Wypoczęliście trochę?

- Tak towarzyszu majorze.

- A jak wasz brat. Dobrze się sprawuje w służbie?

- Dobrze, dostał pochwałę i poślą go do szkoły oficerskiej.

- Masz jakieś zaległe sprawy?

- Tak jedną w więzieniu tagańskim. Tego Ukraińca.

- To oddasz to Aleksiejowi Okuniewowi.

- Nie wiedziałem, że znowu wrócił do służby.

- Tak wyleczyli go i jest pełen entuzjazmu. Damy mu to na rozruch.

- A ja?

- No to jak odpocząłeś, to mam dla ciebie inne zadanie.

Aron Babel stał wyprężony i czekał na dalsze słowa Błochina. A ten wyjął z szarej teczki dwie kartki papieru i położył przed sobą na biurku.

- Wiesz lejtnancie, że nasza praca w Twerze nie była jedyną po oswobodzeniu Białorusi i Ukrainy?

- Nie wiedziałem, ale powinienem się domyślić. W 1939 przybyło nam nieukształtowanych obywateli, a więc i pracy.

- Dobrze Aron. W kijowskim okręgu pewien nadgorliwy lejtnant zebrał plotki i donosy od ludności o masowych grobach pod miastem. Napisał meldunek, a potem chciał przeprowadzić śledztwo.

- Czy ktoś przemówił mu do rozumu towarzyszu majorze?

- Kiedy to doszło do nas, oficerowi wytłumaczono, że to Polacy wymordowali ukraińskich więźniów w 1920. Nie wiadomo czy uwierzył. A teraz gdy przeniesiono go do nadzoru obozu pracy nad Morzem Białym, będzie miał dużo czasu na przemyślenia. A dla nas to jest problem, bo towarzysz komisarz Beria zarzuci nam niestaranność w pracy. A jak będzie chciał to i sabotaż...

- Ale my służymy, najlepiej jak umiemy.

- Wiem towarzyszu. Było w tym trochę zwyczajnego pecha, bo to miejsce pod Kijowem, gdzie od lat pozbywali się ciał. Natomiast nie możemy tego zignorować.

- Tak. - Aron spojrzał w okno.

- Dlatego weźmiecie dwóch młodych i pojedziecie sprawdzić wszystkie pięć miejsc naszych ostatnich prac. Ocenicie czy są dobrze ukryte i czy miejscowi nie stwarzają pogłosek. Tu na kartkach macie te wszystkie pięć miejsc. - Błochin posunął dwie kartki po biurku w kierunku Arona.

- To dosyć daleko majorze... - Babel wziął kartki i szybko je przejrzał.

- Dlatego możecie korzystać z aeroplanów i pociągów. Jak to zaplanujecie?

Lejtnant podszedł do mapy Związku Radzieckiego wiszącej na ścianie.

- Najpierw do Charkowa pociągiem...

- Aeroplanem Babel będzie szybciej, to osiemset kilometrów. Czy wy już lataliście w życiu? A może się boicie?

- Funkcjonariusz bezpieczeństwa niczego się nie boi, towarzyszu majorze. - Aron spojrzał na Błochina i znowu na mapę. - Ale jeszcze nigdy nie latałem.

- No to teraz polecicie.

- Potem do Kijowa pociągiem. A następnie z powrotem na górę... Mińsk, Smoleńsk i Twer. A stamtąd wrócę samochodem.

- Widzę, że wolicie mocno trzymać się ziemi.

- Tak towarzyszu majorze. Czy te nazwiska na kartce to wprowadzeni oficerowie z okręgów?

- Tak z nimi będziecie się kontaktować i naradzać, ale odpowiadacie przede mną. Jak będziecie potrzebowali, to wyślę wam wsparcie do zakopywania, ale łopatę ze sobą weźcie.

- Tak towarzyszu majorze. Kiedy mam wyruszyć?

- Jutro. A rozkazy inspekcji odbierzecie w sekretariacie.

- Rozkaz. I miłego dnia towarzyszu majorze.

- Dziękuję. Nie wiem, czy będzie miły. Kierownik Isaj Dawidowicz Berg pokaże nam swoją nową ciężarówkę ze spalinami wchodzącymi do środka. Podobno tym razem naczepa jest szczelna i można nawet dwunastu ludzi wsadzić do środka.

- Towarzysz Berg to racjonalizator, tylko na razie z techniką jest trochę na bakier...

- Zobaczymy, jak się spisze. Weźmiemy sześciu z więzienia na Butyrkach i zawieziemy na poligon w Butowie. To 24 kilometry. Jak będziemy ich musieli zakopać jeszcze żywych, to chyba Berga zakopię razem z nimi.

- Tak majorze. Ha, ha.

Droga Warszawa-Białystok, Polska, 8 października 1940 roku.

Więzień na tylnej kanapie forda pochylił się do przodu i oparł głowę o fotel kierowcy.

- Przestań się ruszać. - Cicho powiedział siedzący obok SS-mann.

- Nie mogę. Swędzi mnie pod bandażem.

- Jak nie przestaniesz, to ci przyłożę. - SS-hauptsturmführer podniósł z siedzenia pałkę i machnął nią przed głową siedzącego obok więźnia.

- Dobrze. - Więzień wyprostował głowę.

- I przestań się uśmiechać, bo ruscy zobaczą i nas wszystkich zastrzelą.

- Nie mogę. To nerwy.

- I się tak nie ruszaj, bo ci blizny odpadną.

- Długo jeszcze? Bo zaraz oszaleję...

- Im dłużej, tym gorzej. Pewnie czekają na połączenie.

- Jak... - zaczął mówić siedzący z przodu sierżant gestapo.

- Spreche Deutsch! - cicho syknął na niego SS-hauptsturmführer Wolf albo inaczej, przebrany w mundur SS-mana Janusz Kietliński.

- Jak nie wyjdzie za dziesięć minut, to odpalam silnik i wiejemy. - Po niemiecku dokończył kierowca.

- Siedź i czekaj. - Ale sam prawą ręką rozpiął górę kabury, którą miał przy pasie.

W samochodzie z podniesionymi szybami zapadła cisza. Pogranicznik z NKWD ciągle zerkał na nich podejrzliwie, ale przynajmniej przestał celować swoim karabinem w samochód.

A do tej pory szło im dobrze. Z Warszawy wyjechali wieczorem, bocznymi drogami omijając niemieckie posterunki. Samochód, czterodrzwiowy ciemnozielony Ford Y, też spisywał się nieźle i wyglądał dosyć oficjalnie. Chociaż Janusz wolał, by był czarny. Pięćdziesiąt kilometrów za Warszawą zjechali dwadzieścia metrów w las, wyłączyli światła i czekali.

- Długo tak będziemy tu jeszcze siedzieć? - Marcin udający więźnia, widocznie się niecierpliwił.

- Aż przyjdzie pora. - Odpowiedział mu Andrzej przebrany w mundur NKWD.

- Oszalejemy tu, zanim dojedziemy na granicę.

- Przydałoby się po kieliszku...

- Butelki są razem z jedzeniem w bagażniku. I tam zostaną, na lepszą okazję.

- Myślę, że teraz jest już ta lepsza okazja. Jak nie wypiję, to mi żołądek eksploduje i narobię w spodnie.

- Śmiało, nie żałuj sobie. Smród jakoś zniesiemy. Będziesz tylko bardziej wiarygodny jako więzień. - Andrzej się zaśmiał. - Narobił w spodnie, wracając na łono ukochanej ojczyzny.

- I wtedy zdejmiemy ci bandaż z głowy i owiniemy na dupie.

- Śmiejcie się, śmiejcie.

- Ciągle tylko narzekasz, a jesteśmy dopiero pod Warszawą.

- Lubię narzekać. Cholera, znowu się odkleiło. - Marcin przeciągnął dłonią po twarzy i między palcami została mu sztuczna blizna.

- Może tak przestałbyś się macać po twarzy. Będziemy musieli włączyć latarkę, żeby ci to przykleić z powrotem.

- Nie moja wina, że to cholernie swędzi. Mogliśmy się przekraść bez tego całego cyrku. - Więzień popatrzył na dwóch SS-manów i enkawudzistę.

- Andrzej ty to wymyśliłeś. Mogliśmy? - Janusz przyświecał latarką, podczas gdy Andrzej przyklejał z powrotem bliznę na twarzy więźnia.

- Może i mogliśmy. Sprawdzimy z powrotem.

- Jeśli będzie jakieś "z powrotem".

- Widzę, że optymizm wychodzi wam uszami. - Andrzej wytarł klej z ręki w szmatę. - Ty teraz przyciskaj, aż złapie.

- Może byłoby łatwiej...

- Może i tak, a może nie. Wiele razy już przechodziłem sowiecką granicę, tylko że ona była wtedy gdzie indziej.

- I jak tam było?

- Ciemno jak teraz. Zimno. Przeciskanie się po krzakach. Świeżo zaorana ziemia, żeby znaleźć nasze ślady rano. Przywieranie do ziemi na znak przewodnika i te cholerne ciężkie plecaki.

- A w plecakach co? Wódka?

- No co ci przyszło do głowy. Wozić wódkę do Rosji to tak jakby próbować sprzedać Eskimosom śnieg. Igły, nici drobne narzędzia i takie tam różne rzeczy dla ludzi. Tam nic nie mają.

- A z powrotem?

- Złoto i co tam popadło. Zresztą, jak wrócimy, to sobie pożyczcie książkę "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy" tam wszystko napisane. Tylko że to teraz przeszłość. Pod koniec lat trzydziestych przechodzenie było już prawie niemożliwe. A teraz może być łatwiej, bo po obu stronach nasi. A może i trudniej, bo bezpieka trzyma już wszystko za mordę. Ugościsz obcego we wsi, to teraz dziesięciu naraz doniesie i całą wieś za tydzień wywiozą na wschód.

- Nasi nie doniosą.

- Nie bądź taki pewien. Będziemy omijać wszystkie znane kontakty, a jak będziemy potrzebować, to ja kilka osób znam. Osobiście.

- Długo jeszcze mamy tu stać?

- Aż w Moskwie wszyscy będą spali.

- A Niemcy nas łatwo puszczą?

- Dla Niemców papier z rozkazem ważny, a my papiery mamy na glanc zrobione. To nie pierwsza taka sprawa, że więźniów sobie wymieniają. Niemiec obejrzy papiery, zagada do Janusza i już. A u Rosjan strach w głowie, to będą chcieli zrzucać odpowiedzialność wyżej. Tylko że Beria będzie już spał. - Andrzej korbką opuścił szybę w przednich drzwiach. Powiało chłodem. - Przynajmniej taką mam nadzieję...

Andrzej poprawił kaburę przy pasie i ponownie spojrzał na lejtnanta pogranicznika czytającego przy biurku po raz drugi jego dokumenty. Pokój był słabo oświetlony i młody lejtnant musiał trzymać kartki przed oczami.

- Przestańcie zgrywać idiotę towarzyszu lejtnancie. Napatrzyliście się już dosyć, a teraz to robicie mi na złość. Czy sukces towarzysza was w oczy kole?

- Towarzyszu majorze nigdy nie widziałem takich dokumentów.

- Znaczy, chcieliście powiedzieć, że krótko służycie?

- Znaczy, powinni wystawić je nasi w Moskwie.

- I uważacie towarzyszu, że najpierw powinienem się udać do Zarządu Głównego OGPU po dokumenty, a potem wracać do Niemiec po więźnia i dopiero wtedy was tu zaszczycać?

- Tak po prawdzie by się należało...

- A zamierzacie pełnić służbę zaszczytnie i długo, czy wam się już znudziła?

- Nie straszcie mnie towarzyszu majorze.

- Ja nie straszę. Próbowaliście już dzwonić do komendy w Białymstoku i dyżurny powiedział wam, żebyście mu nie zawracali głowy. - Andrzej podszedł do biurka lejtnanta i oparł na nim ręce. - To może teraz razem zadzwonimy na Łubiankę i poprosimy, żeby obudzić towarzysza komdiwa Wasilija Czernyszowa od więziennictwa albo nawet samego ludowego komisarza Berię. Jak myślicie, towarzysz komisarz się ucieszy? Dostaniecie pochwałę i medal?

- Towarzyszu, może poczekajmy do rana...

- Nie po to tłukę się z giermancami po nocy samochodem, żeby tu w polu nocować. Dojedziemy rano do Mińska, to sobie pobiorę w komendzie rozkazy.

- Dobrze. Wygraliście. Tylko proszę podać nazwisko więźnia, to wpiszę do raportu.

- Nikt tu nie wygrywa. Wcale nie musicie wiedzieć, jak się nazywa. I nie będziecie wiedzieć, kogo będziemy tu wieźć z powrotem towarzyszu. To sprawa komendanta Mierkułowa w Smoleńsku i Zarządu Głównego. A w zasadzie to specjalna przesyłka dla towarzysza Berii od Hansa Franka z Krakowa, zaświadczona przez łącznika kapitana Wasiljewa.

- Ale ja muszę...

- Jak mówiliście, że się nazywacie towarzyszu lejtnancie? Maselnikow?

- Tak.

- Będę musiał powiedzieć, że jesteście gorszym służbistą niż giermancy. Opóźniacie mnie tu już piętnaście minut. Czy myślicie, że wam to pomoże w służbie?

- Nie wiem.

- Myślę, że nie. Ale może zapomnę o tym. Mam już swoje lata i pamięć już nie ta, co dawniej. Tak więc towarzyszu lejtnancie Maselnikow, wpiszecie sobie do raportu, co trzeba. A mnie, obu giermancom i osobnikowi, o którym nic nie chcecie wiedzieć, wypiszecie dokument o przekroczeniu granicy. Ja będę z nimi wracał za kilka dni i mam nadzieję, że spotkam tu całkiem nowego radzieckiego lejtnanta, który więcej myśli a mniej czyta.

- Dobrze towarzyszu majorze.

- Dobrze. To ja teraz wyjdę wytłumaczyć naszym sojusznikom, czemu tu tyle stoimy, a wy towarzyszu za chwilę przyniesiecie mi wszystkie wypisane dokumenty. Będę czekał w samochodzie.

Przebrany za majora NKWD Andrzej wyszedł z pokoju dyżurnego i lekko trzasnął drzwiami. Potem minął łącznościowca i sierżanta za biurkiem i wyszedł na zewnątrz świeżo wzniesionego baraku. Samochód stał na poboczu przy strażnicy, a żołnierz w długim płaszczu z karabinem stał dziesięć metrów przed jego maską, tak jak mu kazano. Otworzył do tyłu przednie drzwi i usiadł obok kierowcy.

- Jedziemy?

- Czekamy na papiery.

- Albo na kulkę w łeb.

- Chyba nie, o ile lejtnant zmądrzał.

- A potem?

- Prosto przed siebie. Tylko będę się musiał potem tłumaczyć każdemu enkwudziście, jak głupi Niemcy zabłądzili na prostej drodze i ominęli od północy Mińsk. I potem przejechali bocznymi drogami między Wilnem i Baranowiczami do Wilejki. A tam poprosimy i jakiś uczynny funkcjonariusz wskaże nam drogę na Smoleńsk.

- Kontaktujemy się z naszymi po drodze?

- Boże broń. Kontaktujemy się wyłącznie z komendantami rejonowymi organów. Pobieramy służbową benzynę i nocujemy w hotelach, gdzie nas skierują. A ty Marcin w miejscowym areszcie.

- Blizny mi się odklejają.

- Nic się nie martw, po drodze zrobimy ci prawdziwe...

- Ten porucznik wyszedł z baraku. - Kierowca usiłował coś dojrzeć w półmroku. - Ma jakieś papiery w ręce.

- No to jednak pojedziemy dalej.

Smoleńsk, Związek Radziecki, 22 października 1940 roku.

Obwodowy Zarząd NKWD w Smoleńsku mieścił się, jakżeby mogło być inaczej, na ulicy Dzierżyńskiego 13. Według zasad komitet partii jest pewnie przy Alei Lenina. I tylko wojskowi mieli kłopot jak nazwać ulicę przy komendzie RKKA. Lew Trocki zniknął, jakby go nigdy nie było. Marszałek Tuchaczewski haniebnie wąchał kwiatki od spodu, a Siemion Budionny jakoś nie chciał bohatersko polec na koniu. Zasady w Związku Radzieckim są proste, pomyślał lejtnant Aron Babel, dlatego łatwo tu znaleźć swoje miejsce. A jak będzie miał czas, to może sprawdzi, przy jakiej ulicy siedzą wojskowi w Smoleńsku.

- Siadajcie towarzyszu lejtnancie. Zawsze to miło gościć oficerów z samej centrali. - Kapitan bezpieczeństwa państwowego Władimir Zubcow, też był na swoim miejscu. I chociaż mówiło się, że organy pracują przez okrągłą dobę, dla większości funkcjonariusz ta "okrągła doba" trwała od 8 do 18. Zastępca szefa zarządu smoleńskiego NKWD, szczęśliwie dla Arona nie zdążył jeszcze wyjść do domu.

- A wasze nazwisko Babel? Jesteście może jakimś krewnym tego literata Babla, co napisał "Armię konną"?

- Niestety nie towarzyszu. - Aronowi wróciły obrazy fragmentów mózgu, czaszki i krwi lądujących na ścianie po pierwszym niezbyt celnym strzale.

- Mocna rzecz. Musicie kiedyś przeczytać, jak Pierwsza Konarmia walczyła z Polakami dwadzieścia lat temu.

- Będę pamiętał towarzyszu kapitanie. - Pamiętał też, że ręka strasznie mu drżała i do drugiego strzału prawie wcisnął lufę pistoletu w głowę, przywiązanego do krzesła Isaaka.

- Przeglądałem wasze dokumenty. Oczywiście będę pomocny. Zakwaterujemy was dzisiaj, a jutro dam wam samochód z kierowcą.

- Może towarzyszu kapitanie dostałbym też jakiś plan, jeśli to nie kłopot.

- A na co wam mapa. Kierowca będzie wiedział gdzie.

- Na wszelki wypadek. Bo w Mińsku towarzysz z zarządu nie był uprzejmy i błądziliśmy przez dwa dni po lasach. - Aron wyjął z kieszeni duży notes, otworzył na czystych stronach i podsunął Zubcowowi. - I podobnie pod Kijowem.

- Niech wam będzie. Zawsze jestem uprzejmy dla kolegów. - Zubcow zaczął szkicować w notesie. - To jest kilka kilometrów pod miastem na zachód. Droga wylotowa na Krasnoje i Orszę. Mija się stację kolejową Gniezdowo i za dwa kilometry skręca w lewo, w las do Dniepru.

- A czemu tak blisko?

- Dlaczego blisko?

- No wszyscy towarzysze tak wymyślili, że zaraz pod miastem. A może trzeba było na większym odludziu.

- Bo wygodnie. A na odludzie kolej nie dochodzi i jak tych wszystkich dowieźć?

- Może i macie rację.

- Ten teren to w zasadzie nasza resortowa dacza nad Dnieprem, ale teraz nikt już tam nie chce jeździć i się opalać.

- Rozumiem.

- Tu jest dacza na końcu drogi, a tu wykopaliśmy doły. I jeszcze tutaj i tu. - Zubcow skończył kreślenie i zaczął przeglądać notes.

- Zapisaliście tu, cztery tysiące siedmiuset dwudziestu.

- Takie mamy dane w Moskwie. Czy się zgadza?

- Powinno się zgadzać, o ile pamiętam. My tu już nie trzymamy żadnych dokumentów. Wszystko pojechało do archiwum.

- Dziękuję kapitanie za współpracę.

- A gdzie indziej jak wypadła ta... inspekcja lejtnancie? O ile to nie jest tajne.

- To zawsze tajne, ale raczej dobrze. Tylko w Kijowie musieliśmy wezwać funkcjonariuszy z pułku konwojowego, żeby trochę popracowali łopatami.

- Nikt nie chodzi w takie miejsca.

- A ta dacza kapitanie? Ktoś jej pilnuje?

- Teraz nie. Dozorca, który tam siedział, się wziął i zastrzelił. Ale wam klucze niepotrzebne, tam posprzątane.

- Czy teren jest ogrodzony?

- Od drogi jest trochę płotka i drutu. I są nasze tablice. To leśne uroczysko i jak mówiłem, nikt tam nie chodzi.

- No cóż, ja jutro muszę.

- Taka praca towarzyszu. Jest już po osiemnastej. Napijecie się ze mną, żeby całkiem humoru nie stracić.

- Zawsze chętnie towarzyszu kapitanie.

- Albo mam lepszy pomysł. Koniecznie musicie ze mną wyjść na jednego, do restauracji Moskwa. Wprawdzie to nie to samo co w Moskwie, ale umila nam życie. No i hotel będziecie mieć na miejscu.

Hotel i restauracja na pierwszy rzut oka nie obiecywały zbyt wiele. W pokoju było stare łóżko i lekko nieświeża pościel. W restauracji Zubow zajął stolik blisko estrady, na której coś hałaśliwego grał mały zespół. Stolik był solidny, nie kiwał się na boki, więc wódka z kilku oczekujących go kieliszków się nie miała szansy wylać na blat. No i przy stoliku z kapitanem Zubcowem siedziały dwie ładne brunetki w sukienkach, które wyglądały trochę jak frywolne koszule nocne.

- Tutaj lejtnancie Babel, poznajcie towarzyszki Irinę i Nataszę.

- Witam towarzyszki. - Babel usiadł na krześle obok Zubcowa.

- No to wypijmy. - Kapitan podniósł swój kieliszek. - Lejtnant musi nadrobić.

- Za spotkanie.

- Irina to moja wielka miłość. A Natasza bardzo się wami interesuje...

- Kapitanie zostawiłem żonę w Moskwie.

- Aaa... żonaty. Pewnie jakaś szczęściara z baletu?

- Nie towarzyszu, z biblioteki. Nie wszystkie piękne kobiety tańczą w Bolszoju.

- I bardzo dobrze. - Zubow podniósł następny kieliszek. - Wypijmy jeszcze.

- Lejtnant może być jak marynarz, co ma żonę w każdym porcie, tylko on ma w każdej Moskwie - zaśmiała się Irina. - No wiecie, bo też jesteśmy w Moskwie...

- Ach te moje kobietki...

Zespół szczęśliwie miał przerwę w graniu, a dziewczyny zniknęły w toalecie. Babel właśnie próbował wepchnąć sobie do ust kolejny kawałek kotleta, którymi uszczęśliwił ich kelner. Jego żołądek usiłował zaprotestować, ale Aron na siłę musiał go wypełnić, bo czekała na niego kolejna bateria pełnych kieliszków.

- I jak znajdujecie towarzyszu nasze dziewczyny.

- Kapitanie czy to są te...

- Tak lejtnancie. A macie z tym problem?

- To chyba nielegalne towarzyszu kapitanie.

- Bez obaw są zdrowe i badane.

- Ale mimo wszystko...

- Linia partii jest słuszna. - Zubcow uporał się ze swoim kotletem. - Walczymy z prostytucją, bo roznosi choroby weneryczne.

- Ale pan im płaci.

- Nic nie płacę.

- I nie skarżą się?

- A czemu się mają skarżyć, prezenty dostają. Oswabadzaliśmy w czerwcu Łotwę, to różnych suwenirów zabezpieczyliśmy dwie ciężarówki.

- I te sukienki...

- Tak. Dziewczyny poubierane są, że palce lizać. Sam widzisz.

- No są takie inne...

- A nasze przodownice konsomołki jakoś mnie nie biorą. No i lepiej mieć osobistą pieczę nad wszystkim nielegalnym.

Dziewczyny z zaczerwienionymi twarzami wróciły do stolika. Irina siadła Zubcowowi na kolanach a Natasza obok Arona.

- A niech nam lejtnant coś wesołego o Moskwie opowie. Jakie tam imprezy?

- Ja tam nie chodzę po lokalach. - Aron wypił szybko kolejny kieliszek. - Żona mi zabrania...

- Oj tam, taki ładny chłopiec. Na pewno coś opowie.

- No to był taki jeden elegancki prywatny lokal. Same wysokie szarże tam uczęszczały, niżej majora nie wpuszczali.

- Widzisz Władimir za wysokie progi... - zaśmiała się Irina.

- No i pewnego razu wpada tam zastępca komisarza ludowego i prosi szefową lokalu, wybierzcie mi najdroższą dziewczynę, bo będę świętował. Ona chwilę pomyślała i mówi. Idź do pokoju i czekaj. On czeka w półmroku, a tu wchodzi wysoka piękna jak łania kobieta w krótkiej sukience i zaczyna się rozbierać. On pyta, czy mogę zapalić światło, bo chciałbym cię całą obejrzeć. Ona mówi, że tak i zapala lampę. Na to on dostał apopleksji, bo zobaczył swoją nową, młodą żonę.

- Ha, ha, ha. I nawet nie pochędożył.

- Podobno odwieźli go do kliniki.

- A zapłacił, chociaż?

- Ha, ha, ha...

- Irina a gdzie twój mąż? - Zubcow trząsł się ze śmiechu.

- Już ja bym mu dała, gdybym go spotkała tu w knajpie na chlaniu. Żadna klinika by mu nie pomogła.

Wszyscy wypili kolejkę. Aron poczuł, że żołądek podchodzi mu do gardła. Babel pochylił się do ucha Zubcowa i cicho poprosił.

- Kapitanie, a może byśmy trochę przystopowali?

- Nie chcę. - Kapitan powiedział równie cicho. - Ale wiesz dokładnie, co tu robiliśmy?

- Wiem.

- Skąd?

- Robiłem to samo w Twerze.

- I dlatego wszyscy tak tu pijemy, od palacza w kotłowni, który też pomagał, do naczelnika kapitana bezpieczeństwa Jemieliana Iwanowicza Kuprijanowa. - Zubcow się wyprostował. - Kelner przynieś jeszcze raz to samo.

Natasza nachyliła się do niego z drugiej strony.

- Macie swoje sekrety.

- Takie służbowe.

- A ty kochasz swoją żonę? Czy to też sekret służbowy?

- Tak i oczywiście to żaden sekret.

- A jak ona ma na imię?

- Natasza.

- No widzisz, ja też.

- Co za szczęśliwy przypadek.

- No to w takim przypadku, to nie żadna zdrada...

Kietliński inaczej sobie wyobrażał tę wyprawę. Miała to być bohaterska misja na terenie wroga, gdzie za sprawą przewag żywcem wziętych z przygód pana Zagłoby, rozwikłano by wielką tajemnicę. A dzielni śmiałkowie już dawno powinni być w domu, opowiadając przy kominku swoją historię. Tymczasem tłukli się kiepsko resorowanym Fordem po wertepach zaznaczonych na mapie jako boczne drogi i spali na siedząco w samochodzie albo jak się zdarzyło dwa razy, w kiepskim hotelu. Wszystkich bolały plecy, byli ciągle głodni i zmęczeni. Najlepiej trzymał się Andrzej przebrany za majora enkawudzistę, który śmiało rozmawiał z rosyjskimi milicjantami, wojskowymi i oficerami bezpieczeństwa. A reszta miała wtedy nerwy w strzępach, niewiele rozumiejąc z tych rozmów. Według planu mieli dojechać w okolice Wilejki i w majątku ziemskim u znajomych Andrzeja zostawić samochód i dalej bezdrożami przekraść się konno w okolice Smoleńska. Plany się zmieniły na miejscu, bo z dworku wywieziono wszystkich polskich mieszkańców, a nad stadniną piecze trzymali teraz Rosjanie. Po krótkiej naradzie postanowili jechać dalej Fordem, licząc na szczęście i dotychczasowe przebrania. W Olechnowicach koło Wołożyna przekroczyli opuszczoną teraz, granicę między Polską a Sowietami. Potem minęli Pieszczenice, Borysów i wjechali na drogę prowadzącą do Smoleńska. Mapa, którą mieli ze sobą, była schematyczna, ale Andrzej, który osobiście rozmawiał ze zbiegłym z Rosji świadkiem, miał w miarę dokładny opis miejsca. Z lewej strony szosy pokazała się na chwilę szeroka rzeka, od której odbijało się zachodzące słońce.

- Co to za rzeka?

- Dniepr. - Odpowiedział Andrzej siedzący obok kierowcy.

- To znaczy, że jesteśmy w końcu na miejscu?

- Zobaczymy...

- Z prawej mamy jakiś budynek. I są tablice OGPU.

- No to jesteśmy. To ośrodek wypoczynkowy. - Andrzej spojrzał w lewo. - A teraz czekamy na te cholerne tory.

- Na te po lewej? - Odezwał się kierowca.

- Tak. A teraz jak będą najbliżej to mamy skręcić w prawo w las. - Andrzej odwrócił się do tyłu. - Marcin ty pilnuj torów, a ty Janusz patrz do tyłu czy coś nie jedzie, to podobno uczęszczana droga.

- A ja co mam robić? - Zapytał kierowca.

- Na razie zwolnij jeszcze. Powiem ci, gdzie będziemy skręcać w prawo.

Po dwustu metrach odezwał się z tylnego siedzenia Marcin.

- Tory się oddalają.

- Wypatrujcie przecinki albo drogi z prawej. Jak tam z tyłu?

- Pusto.

Andrzej sam wypatrzył boczną drogę.

- Tutaj, skręcaj w prawo.

Ford potoczył się wolno po piaszczystej drodze, a ta po pięćdziesięciu metrach się skończyła. Kierowca zgasił silnik i po chwili wyłączył światła. Dalej był tylko ciemny sosnowy las.

Katyń koło Smoleńska, Związek Radziecki, 23 października 1940.

Kierowca nowego czarnego Gaza M1 "Mołotowca", jako jedyny próbował rozmawiać. Tylko że pasażerowie, których zabrał rano spod hotelu, nie byli specjalnie rozmowni. Obaj młodsi sierżanci, siedzący z tyłu walczyli z kacem po wieczornym pijaństwie w hotelu, a lejtnant Aron Babel usiłował zapomnieć o poprzedniej nocy z Nataszą. I próbował nie usnąć na siedzeniu obok kierowcy.

- Pan lejtnancie nie śpi, zaraz będziemy na miejscu.

- Tak szybko?

- Tu już Gniezdowo, stacja kolei. Stąd woziłem autobusem tych...

- Więźniów?

- Tak. - Kierowca na chwilę zamilkł. - Zaraz będziemy skręcać, taki piękny las i dacza była...

- Jak to, była?

- No towarzyszu lejtnancie, już tam nie jeździmy.

- Ale drogę jeszcze pamiętacie?

- Droga prosta. Tu skręcamy i nad Dniepr.

- Daleko? - Lejtnant patrzył na sosnowy las dookoła.

- Pół kilometra. O już widać daczę. Tam staniemy.

Samochód stanął przy ogrodzonym budynku. Babel wysiadł pierwszy i się przeciągnął.

- No młodzi wysiadać! Słoneczko świeci i pogoda w sam raz na spacer po Patriarszych Prudach i karmienie kaczek w stawie. Albo na kąpiel w Dnieprze. - Rzeka była siedemdziesiąt metrów za daczą.

- Towarzysz lejtnant nie ma litości dla niższych stopniem. - Sierżanci otworzyli tylne drzwi Gaza i wyszli na drogę.

- Nie ma nic lepszego na kaca jak spacer po lesie z samego rana.

- A może towarzyszu byśmy zażyli, koniecznie leczniczo coś lepszego. - Wyższy sierżant wyciągnął z samochodu butelkę wódki.

- Dobrze, ale jak na kulturalnych ludzi przystało. Po małym łyku i idziemy do roboty. - Zgodził się łaskawie Babel.

Butelka przechodziła z rąk do rąk a kierowca, który niczego nie zamierzał leczyć, też dostał.

- No to się zbliżcie. - Lejtnant wyciągnął swój notes i otworzył na szkicu kapitana Zubowa. - Obejdziemy najpierw na lewo od tej drogi, potem przy drodze na prawo. Jak skończymy, to podwieziesz nas do szosy, bo tam też kopali doły.

- Było wygodniej i szybciej wozić niż tutaj. - Kierowca nie zamierzał brać udziału w oględzinach.

- Notesów nie zapomnieli? - Zwrócił się Aron do sierżantów.

- Mamy, mamy. - Sierżant tęsknie spojrzał na samochód, gdzie została do połowy opróżniona butelka obok pistoletów maszynowych PPD.

- A co to za czort tu się pcha. - Babel pierwszy zobaczył zielony samochód osobowy, który wyjechał drogą z lasu.

- Może to towarzysz kapitan, chce nas mieć na oku?

- Albo kogoś wysłał...

- To nie jest żaden z naszych samochodów. - Kierowca przysunął się do lejtnanta. - To amerykański.

Zielony Ford zatrzymał się bokiem, pięć metrów od Gaza.

Czekali w lesie do świtu, trzęsąc się z zimna. W sumie nie było to nic nowego, tylko każda noc była zimniejsza od poprzedniej. Rano z ulgą wyszli z samochodu i na śniadanie podzielili puszkę wołowiny na czterech. Andrzej jako najbardziej pasujący wizualnie do radzieckiej rzeczywistości poszedł w kierunku szosy, z której skręcili, a pozostali rozeszli się wachlarzem po lesie. Po godzinie spotkali się ponownie przy samochodzie. Wszyscy mieli mokre buty, a Michał utykał.

- No mówcie. - Andrzej odezwał się pierwszy.

- Na zachód nic, tylko ten cholerny las. - Odpowiedział Janusz.

- Żadnej drogi?

- Nie, tylko znalazłem jakieś zardzewiałe beczki na paliwo. Żadnych zwłok.

- Na południe też tylko las i doły. Wpadłem do jednego. - Michał pokazał lewą nogę. - I chyba coś skręciłem, bo mnie boli, jak chodzę.

- A na wschodzie tylko sosny. - Kierowca otrzepywał swój mundur SS z pajęczyn. - Tak dla odmiany.

- A co na szosie?

- A na szosie nic nie jeździ.

- Znaczy lud pracujący miast i wsi dzisiaj nie pracuje. - Marcin, wyżymał wilgotne nogawki spodni, bo jako jedyny z towarzystwa nie miał wysokich butów. - Może dzisiaj niedziela?

- Środa. Coś ciekawszego niż w lesie?

- Kolej niedaleko, co ją wczoraj mijaliśmy. Tablice.

- Jakie? Do Smoleńska niedaleko?

- Lepsze: "Teren OGPU Wstęp wzbroniony" po naszej stronie szosy. - Andrzej jako jedyny był zadowolony z rozpoznania. - A trzysta metrów dalej następna droga w las. To na pewno jest tutaj.

- To będziemy sprawdzać.

- Tak, jak tylko wyczyścimy te mundury.

Po dwudziestu minutach Ford ruszył tyłem z powrotem i wyjechał na szosę. Tablice rzeczywiście były. Czerwone z białymi rosyjskimi literami.

- A co to, to OGPU? Jakaś supertajna policja? - Janusz miał wątpliwości. - Myślałem, że ty udajesz oficera NKWD.

- Takie sowieckie gestapo. W 1934 włączyli to do NKWD. Nikomu się nie chciało przemalowywać tablic w lesie.

- No to mamy następną drogę.

- Ciekawe czy jest dłuższa.

Leśna droga była dłuższa i wyglądało, że dokądś prowadzi. Po sześciuset metrach wybojów wyjechali spomiędzy drzew. Zobaczyli czarny samochód, czterech ludzi i ogrodzoną willę.

- Kurwa!

- Co robimy?

- Jedź wolno i zaparkuj koło nich. - Andrzej szybko zdecydował. - Będę rozmawiał.

- A my? - Janusz nie widział dobrze Rosjan. - Co mamy robić?

- Przygotujcie broń.

- Na pewno?

- Może to tylko miejscowe organa. Tylko ja mam kiepskie wytłumaczenie, dlaczego zjechaliśmy z głównej drogi do lasu.

Z samochodu wysiadł major. Babel podszedł dwa kroki i zasalutował.

- Towarzyszu majorze starszy lejtnant Babel.

- Witajcie towarzyszu. Jestem major Kriponos. Czy wy kierujecie tą placówką?

- Nie towarzyszu majorze ja tu tylko prowadzę inspekcję. Ośrodek jest zamknięty.

- No to szkoda, myślałem, że chwilę odpoczniemy u towarzyszy.

- A tam w samochodzie?

- To Niemcy i specjalna przesyłka dla towarzysza komisarza Berii.

- Więc jedziecie towarzyszu majorze do Moskwy?

- Tak, ale jak tracę czujność, to cholerni giermancy mylą drogę. No i uparli się jechać samochodem i zabrać kogoś w drodze powrotnej...

Major zaczął się rozwodzić o niedolach współpracy z sojusznikami i ciężkiej pracy w wywiadzie zagranicznym. A lejtnant Babel czuł, że coś mu się ten major nie podoba. Nie wiedział dlaczego. Major wyglądał, jak trzeba. Od furażka na głowie, poprzez kitel, szarawary, aż do skórzanych sapogów. Babel na Łubiance naoglądał się różnych majorów i ten mu czemuś nie pasował. Patrzył i patrzył, aż znalazł szczególik. Patki powinny być krapowyje, czyli ciemno-czerwone, a nie malinowyje. On sam nosił w kolorze malinowym, ale na początku lat trzydziestych, kiedy był starsziną, bo potem się zmieniły. Major bezpieczeństwa powinien to wiedzieć i wyglądać jak trzeba. Przyjrzał się ponownie. No i nie ma na rękawie znaczka NKWD. Dziwne. A co jeszcze powinien wiedzieć, jeśli jest rzeczywiście z Zarządu Głównego z Moskwy?

- Taka cholerna praca, ciągle w drodze, dupa i plecy bolą. Służba nie wybiera, ale wolałbym posiedzieć chwilę w centrali.

- To wasz szef komisarz Diekanozow wcale by się nie ucieszył, gdyby to usłyszał.

- Władimir to swój chłop, zrozumiałby. Służymy tam, gdzie nas poślą.

- Towarzyszu majorze Władimir Diekanozow wcale by tego nie zrozumiał, bo od roku nie jest szefem INO. - Lejtnant rozpiął kaburę i wyciągnął rewolwer. - Nie znacie własnego szefa?

- Lejtnancie proszę się nie wygłupiać. - Andrzej spojrzał na enkawudzistę i oparł rękę na kaburze swojego pistoletu. - Znam swojego dowódcę.

- Szefem INO jest Paweł Fitin, spotkałem go na Łubiance. Powinieneś to wiedzieć majorze albo kimkolwiek tam jesteś. - Aron był coraz pewniejszy. - I to nie jest droga na Moskwę, tylko na Briańsk.

- Lejtnancie zapłacicie za to.

- Może tak a może nie. A na razie wy wszyscy pojedziecie ze mną do komendy okręgowej w Smoleńsku i tam sobie wszystko wyjaśnimy.

- Lejtnancie ja mam tu rozkaz o numerze 0078. - Andrzej nie dawał za wygraną. - Wiecie, co znaczą te dwa zera? Że więzień i moja podróż są tajne i nikomu oprócz zarządu głównego nie muszę się tłumaczyć.

- Majorze pojedziecie ze mną. - Babel odwrócił głowę do swoich sierżantów, którzy stali jak słupy soli. - Anton, Sasza broń.

Sasza, który stał bliżej samochodu, otworzył tylne drzwi i podał automat drugiemu sierżantowi.

Kierowca Forda od początku rozmowy oficerów trzymał ręką przy lewym boku niemiecki MP 38 ze złożoną kolbą, który dostał na drogę. Tylko nigdy jeszcze z niego nie strzelał. Rozmowa prowadzona po rosyjsku chyba nie szła po myśli Andrzeja, bo rosyjski enkawudzista w pewnym momencie złapał za swój pistolet. O dziwo nie był belgijski rewolwer Nagant 7,62 jaki Andrzej miał w swojej kaburze. Jeśli dojdzie do strzelaniny, to na razie oficer NKWD był zasłonięty przez Andrzeja, dwaj żołnierze bez broni stali na widoku a ich kierowca stał po drugiej stronie rosyjskiego samochodu. Rozmowa ucichła a jeden z żołnierzy podał z samochodu drugiemu automat z dziwnym okrągłym magazynkiem.

- Chyba nie ma na co dłużej czekać. - Powiedział cicho po polsku kierowca.

Prawą ręką otworzył drzwi, a potem złapał niemiecki pistolet maszynowy przy podstawie magazynka, wycelował i nacisnął spust. Łuski poleciały do wnętrza Forda, odbijając się od przedniej szyby. Sierżant Sasza dostał pięć pocisków w pierś, wypuścił automat i upadł. Drugi sierżant zanurkował na tylną kanapę Gaza. Rosyjski kierowca szarpał się z kaburą, a lejtnant strzelił do kierowcy Forda i trafił w szybę, bo poraziło go w oczy słońce. Więzień Marcin opuszczał korbką tylną szybę, Kietliński wysiadł z drugiej strony i próbował wycelować w lejtnanta. Andrzej skoczył w bok i widząc, że lejtnant do niego nie strzela, schował się za maskę Forda. Kierowca z MP 38 wystrzelił resztę magazynka w kierunku lejtnanta, ale nie trafił, bo nie mógł się dobrze złożyć z przedniego fotela. Lejtnant niecelnie strzelił do niego dwa razy i zniknął za Gazem.

- Dawaj w awtomatczika. - Aron schowany za maską Gaza krzyknął do Saszy, któremu udało się przeczołgać po kanapie i stanąć za samochodem. Ten odciągnął zamek, wskoczył na próg Gaza i trzymając lewą ręką pod magazynkiem swój świeżo wyfasowany z magazynu PPD 40 Diegtariewa, strzelił znad dachu. Szczęśliwie przełącznik był ustawiony na ogień ciągły. Celował w kierowcę, ale nie trafił, a lufa poszła do góry i reszta serii trafiła przebranego więźnia na tylnym siedzeniu. Aron podniósł się nad maskę i trzy razy strzelił do mężczyzny na przednim siedzeniu, który chyba zmieniał magazynek. Nagle wszystko ucichło.

- Dostaliśmy tego z automatem. I chyba też jednego w samochodzie. - Powiedział do kierowcy, chowającego się obok. - Nie chowaj się tak, tylko kryj tę stronę.

A potem przesunął się do sierżanta.

- Czemu nie strzelasz?

- Zaciął się.

- Wyjmij magazynek i sprawdź. - Rosjanie skopiowali magazynki bębnowe z fińskiego Suomi, ale żeby pasowały do PPD, musieli usunąć jedną szczękę magazynka. I całość była dosyć niestabilna, nawet przy podtrzymywaniu ręką od spodu.

Sasza wcisnął pocisk na wierzchu i podpiął ponownie do pistoletu maszynowego.

- Ile masz bębnów?

- Tylko ten. Nie dostaliśmy zapasu. Tam przy Antonie leży pełen.

- A w tym dużo zostało?

- Tak połowa. Może czterdzieści.

- To przestaw na pojedynczy.

Sierżant wychylił się nad dach i oddał dwa strzały. Aron na wszelki wypadek zmienił magazynek na pełny w swoim Waltherze PP.

- To zrobimy tak. Kierowca kryje z tamtej strony a ty z tej. Ja się prześliznę po krzakach z tyłu i ich obejdę z boku. Będziemy mieli pod słońce, ale trudno. I powiedz kierowcy, żeby się tak nie kulił.

Po drugiej stronie też trwała narada.

- Marcin nie żyje. Zabrałem jego magazynki i pistolet.

- A ty jak tam? Możesz strzelać? - Andrzej spojrzał na kierowcę skrzywionego z bólu.

- Jedną ręką.

- To masz pistolet Marcina. Oddaj maszynowy. Będziesz tu za maską.

Janusz wychylił się z tyłu Forda i strzelił do lejtnanta oddalającego się w kierunku lasu. Natychmiast strzelili Rosjanie zza samochodu.

- Jeden ucieka do lasu.

- Nie ucieka, tylko chce nas zajść z boku. - Andrzej oglądał niemiecki MP. - Idź za nim Janusz i dopadnij go w lesie, nawet jak by chciał uciec na szosę. A my się zabawimy z tym Alem Capone z automatem.

Sierżant Sasza nie trafił oddalającego się mężczyznę w zielonym mundurze i schował ponownie za tylnym wspornikiem Gaza. Przebierańcy znowu do niego strzelali, ale z pistoletów nic mu nie zrobią. Podtrzymywał bęben lewą ręką i PPD przestał się zacinać. Wychylił się znowu, stojąc na progu, ale tym razem usłyszał ciągły terkot automatu i zobaczył fałszywego majora wychylającego się zza tyłu samochodu. Nie zdążył wycelować, bo poczuł, że coś rozrywa mu żołądek. Wypuścił pistolet maszynowy i upadł na plecy.

- Sasza co z tobą? - Kierowca wychylił się znad maski i strzelił w samochód naprzeciwko.

Sasza nie mógł odpowiedzieć, bo czuł tylko potworny ból i widział niebo. A potem zobaczył nad sobą majora, poczuł ukłucie w piersi i przestał widzieć cokolwiek. Chwilę później zginął kierowca Gaza.

Kietliński schował się za drzewem i miał nadzieję, że żaden jego kawałek nie wystawia się na cel. Rosjanin był tam gdzieś z przodu i zamierzał go zabić. A jemu kończył się drugi magazynek. Stał w bezruchu i próbował nasłuchiwać, bo umilkły wystrzały obok samochodów. Usłyszał cichy trzask suchej gałęzi z lewej. Rosjanin próbował go obejść. Przesunął się cicho w prawo, żeby drzewo nadal go zasłaniało. Trzask powtórzył się bliżej. To dziesięć metrów czy dwadzieścia? Rosjanin ma osłonę czy nie? Kolejny trzask. Janusz z wyciągniętym pistoletem wychylił się po prawej stronie drzewa. Zobaczył lejtnanta NKWD skradającego się koło drzewa piętnaści metrów dalej. Strzelił ze swojego Visa, ale trafił w drzewo obok. Rosjanin też wystrzelił, a potem drzazgi z drzewa wpadły mu w twarz i odruchowo zasłonił ją lewą ręką. Kietliński strzelił do niego dwa razy i tym razem trafił. Lejtnant wypuścił pistolet i upadł na ziemię, po drodze uderzając głową w drzewo. Podszedł powoli do ciała. Rosjanin wyglądał na martwego, więc obszukał mu kieszenie, zabrał mapnik i broń. A potem wolno poszedł w kierunku samochodów, nie wiedząc, co oznacza cisza.

- Sumienny sukinsyn. I jak ładnie wszystko opisał. - Andrzej przeglądał notes z mapnika lejtnanta. - Nadal mi się nie chce wierzyć.

- Mnie też nie. - Kietliński zakładał na siebie zakrwawioną bluzę sierżanta NKWD. Szło mu lepiej niż kierowcy, który miał lewą rękę przestrzeloną na wylot.

- I planiki ładne narysował. Nadal nie wierzę, że tyle ludzi można zabić.

- Napisał ilu razem?

- Nie, ale pisze, że w Charkowie 3760, a w Kijowie 2700. W Mińsku 3870.

- A tutaj?

- Smoleńsk 4720. - Andrzej przerzucał strony. - A potem jeszcze Twer 6430.

- To razem ponad dwadzieścia tysięcy.

- Jak ja ich znam, to im szkoda tylu mordować. Zwykle wysyłają do obozów na Syberię do pracy. Żeby tam zdechli na chwałę proletariatu.

- Zaraz zobaczymy ile w tym prawdy. Mam aparat i filmy w samochodzie.

- To wyjmij szybko wszystko, wrzucimy tam ciała. Niech się NKWD dziwi, jak znajdzie w lesie swoich w niemieckich mundurach.

- Spalimy samochód?

- Nie. Jeszcze ktoś zobaczy ogień albo dym i się zainteresuje.

- A w tym ruskim samochodzie można zrobić coś z dziurami?

- Mogę czymś zasmarować. - Kierowca uporał się z bluzą. - Żeby nie wyglądały na takie świeże.

- Dobrze to przerzuć nasze graty z Forda. Potem go wepchniemy w las.

- A wy co będziecie robić.

- To po co tutaj przyjechaliśmy. Znaleźć ciała i jakieś dokumenty, jeśli NKWD coś przegapiło. Może listy.

- Ile mamy czasu?

- Zanim ktoś się zainteresuje? Myślę, że cztery godziny będą bezpieczne. Koło 16 ktoś się może zacząć dziwić, że jeszcze nie wrócili.

- No chodźmy. - Janusz wziął łopatę ze złamanym trzonkiem, którą znalazł w krzakach.

- Gdzie zaczniemy?

- Tutaj na lewo od drogi jest najbliżej. Jeśli ten skrupulant nic nie pomylił w rysowaniu.

- Jeśli. To cholernie duży las. - Andrzej jeszcze raz zerknął na notes.

- Ale jeśli ich tu leży cztery tysiące, to możemy właśnie po nich chodzić.

- No to gdzie zacząć?

Kietliński, który prowadził, doszedł właśnie do niewielkiego pagórka i przystanął.

- Tutaj - Odpowiedział Andrzejowi.

Ziemię z lekko wystającego nad poziom gruntu kopca, z jednej strony wymyły deszcze. Widać było szarą dłoń i część ręki wystającej z płaszcza mundurowego. Dotknął ją lekko butem, a ten się zagłębił w szarej mazi. Pod spodem pokazał się wojskowy but i kawałek nogi. I jeszcze charakterystyczna polska czapka wojskowa zwana rogatywką.

Wzdrygnął się i uciekł kilkanaście metrów w głąb lasu. A potem jeszcze poczuł odór. Pusty żołądek mu się zbuntował i zwymiotował żółcią na piasek.

Potem zobaczył następną rękę wystającą z ziemi.

- I tutaj też.