(pierwszy)
Rankiem następnego dnia po ukończeniu szkoły średniej, kiedy to rzuciła
go dziewiętnasta z kolei dziewczyna o imieniu Katherine, Colin
Singleton, niegdyś uznawany za cudowne dziecko, postanowił wziąć kąpiel.
Zdecydowanie wolał brać kąpiel niż prysznic, gdyż jedną z jego
podstawowych zasad życiowych było nigdy nie robić na stojąco tego, co
można zrobić na leżąco. Gdy tylko zaczęła lecieć gorąca woda, Colin
wszedł do wanny, usiadł i z dziwnie obojętną miną przyglądał się, jak
poziom wody się podnosi, stopniowo zakrywając jego skrzyżowane nogi.
Zarejestrował, choć bez szczególnego przejęcia, że jest już zdecydowanie
za wysoki na tę wannę - wyglądał w niej niczym dorosła osoba udająca
małe dziecko.
Woda zalewała jego szczupły, choć niezbyt umięśniony brzuch, a Colin
myślał o Archimedesie. Jako czterolatek przeczytał książkę o tym greckim
filozofie, który podczas kąpieli zauważył, że objętość bryły można
zmierzyć objętością wypartej przez nią cieczy. Dokonawszy tego odkrycia,
krzyknął ponoć: "Eureka!", po czym nagi wybiegł na ulice miasta. Autor
książki twierdził, że wiele doniosłych odkryć wieńczył taki właśnie
moment objawienia. Colin bardzo chciał dokonać wielu doniosłych odkryć,
więc kiedy mama wróciła wieczorem do domu, zapytał:
- Mamusiu, czy ja kiedyś wykrzyknę "Eureka!"?
- Kotku - odpowiedziała, biorąc go za rękę - co się stało?
- Chcę wykrzyknąć "Eureka!" - wyjaśnił takim tonem, jakim inne dziecko
powiedziałoby, że marzy o Wojowniczym Żółwiu Ninja.
Mama pogładziła go wierzchem dłoni po policzku i uśmiechnęła się,
nachylając się tak blisko, że wyczuł zapach kawy i kosmetyków.
- Oczywiście, maleńki. Na pewno tak będzie.
Jednak matki kłamią. Wszystkie.
Colin wziął głęboki wdech i zsunął się do wanny, zanurzając głowę.
Płaczę, pomyślał, otwierając oczy, by popatrzeć przez szczypiącą od
mydła wodę. Czuję się, jakbym płakał, więc chyba płaczę, ale nie mogę
tego sprawdzić, ponieważ jestem pod wodą. Jednak nie płakał. O dziwo,
czuł się na to zbyt przygnębiony. Zbyt mocno zraniony. Tak jakby
Katherine zabrała ze sobą tę jego część, która była zdolna do płaczu.
Wyjął zatyczkę z odpływu, wstał, a następnie wytarł się i ubrał. Kiedy
wyszedł z łazienki, zobaczył, że na łóżku siedzą mama i tata. Obecność
obojga rodziców w jego pokoju nigdy nie była dobrym znakiem. W ciągu
kilku ostatnich lat oznaczała, że:
1. Babcia/dziadek/ciocia Zuzia (której nie znałeś, i to wielka szkoda,
bo możesz wierzyć nam na słowo, była wspaniałą kobietą) nie żyje.
2. Przez dziewczynę o imieniu Katherine zaniedbujesz naukę.
3. Dzieci powstają w wyniku aktu, który kiedyś wyda ci się intrygujący,
ale na razie być może troszkę cię przerazi. Poza tym ludzie czasami
wykonują czynności związane z robieniem dzieci, ale tak naprawdę
niemające tego na celu, jak na przykład całowanie się nie tylko po
twarzy.
Nigdy nie oznaczało to, że:
4. Dziewczyna o imieniu Katherine dzwoniła, kiedy siedziałeś w wannie.
Przeprasza. Nadal cię kocha, zrozumiała, że popełniła okropny błąd, i czeka na ciebie w salonie.
Mimo wszystko Colin żywił irracjonalną nadzieję, że rodzice przyszli do
jego pokoju, by przekazać mu wieści z kategorii czwartej. Zasadniczo był
pesymistą, ale w kwestii wszystkich Katherine czynił wyjątek: zawsze
miał nadzieję, że do niego wrócą. Wezbrało w nim tak silne przekonanie,
iż ją kocha, a ona kocha jego, że aż poczuł w ustach metaliczny smak
adrenaliny, bo może to jeszcze nie koniec, może znów poczuje jej dłoń w swojej i usłyszy pewny, zuchwały głos, który zniżała do szeptu, by
powiedzieć "Kocham cię", szybko i cicho, tak jak zawsze. Wyznawała mu
miłość, jakby ujawniała tajemnicę, i to wielkiej wagi.
Tato wstał i podszedł do niego.
- Katherine zadzwoniła na moją komórkę - powiedział. - Niepokoi się o ciebie.
Położył dłoń na ramieniu syna, po czym obaj postąpili krok do przodu i się objęli.
- Bardzo się martwimy - wyznała mama. Była drobną kobietą o kręconych
brązowych włosach z pojedynczym pasmem siwizny nad czołem. - I jesteśmy
zaskoczeni - dodała. - Co się stało?
- Nie wiem - cicho odrzekł Colin w ramię ojca. - Po prostu... miała mnie
dosyć. Zmęczyła się. Tak powiedziała.
Wtedy mama się rozpłakała. Przez chwilę przytulali się całą trójką w gmatwaninie rąk. W końcu Colin wyplątał się z objęć rodziców i usiadł na
łóżku. Czuł niepohamowaną potrzebę, by natychmiast pozbyć się ich z pokoju, i miał wrażenie, że jeżeli zaraz nie wyjdą, to wybuchnie.
Dosłownie. Jego wnętrzności rozprysną się po ścianach, a cudowny umysł
rozmaże się po kapie przykrywającej łóżko.
- Trzeba będzie znaleźć chwilę, żeby oszacować różne możliwości -
powiedział tato, który doskonale potrafił szacować. - Nie chodzi mi o to, by szukać dobrej strony tej sytuacji, ale wygląda na to, że będziesz
miał więcej wolnego czasu tego lata. Może zapiszesz się na letni kurs na
Northwestern?
- Naprawdę muszę pobyć trochę sam, przynajmniej dzisiaj - odrzekł Colin,
starając się zachować spokój, żeby rodzice wyszli, zanim jednak
eksploduje. - Może szacowaniem zajmiemy się jutro?
- Oczywiście, kotku - zgodziła się mama. - Siedzimy w domu cały dzień.
Przyjdź do nas, kiedy będziesz chciał. Kochamy cię. Jesteś zupełnie
wyjątkowym człowiekiem, Colinie, nie wolno ci myśleć inaczej przez tę
dziewczynę, bo jesteś najwspanialszym, najbystrzejszym chłopakiem...
I właśnie wtedy ten zupełnie wyjątkowy, najwspanialszy i najbystrzejszy
chłopak rzucił się do łazienki i porzygał się jak kot. W sumie było to
coś w rodzaju eksplozji.
- Synku! - przeraziła się mama.
- Chcę tylko zostać sam - powtórzył z łazienki. - Proszę.
Gdy wrócił do pokoju, rodziców już nie było.
Przez następnych czternaście godzin, nie robiąc przerw na jedzenie,
picie czy ponowne wymiotowanie, Colin przeglądał księgę tegorocznych
absolwentów, którą dostał zaledwie cztery dni wcześniej. Prócz typowych
dla takiej publikacji banialuk zawierała wpisy od siedemdziesięciu dwóch
kolegów i koleżanek. Dwanaście z nich było zwykłymi autografami,
pięćdziesiąt sześć osób podziwiało jego inteligencję, dwadzieścia pięć
deklarowało, że chciałoby go poznać lepiej, jedenaście, że fajnie było
go mieć na zajęciach z angielskiego, siedem użyło zwrotu "zwieracz
źrenicy"3, a siedemnaście udzielało oszałamiającej rady:
"Zachowaj luz!". Colin Singleton mógł zachować luz mniej więcej tak jak
płetwal błękitny mógł zachować smukłą sylwetkę czy Bangladesz bogactwo.
Prawdopodobnie tych siedemnaście osób żartowało. Zastanawiało go też,
jakim cudem dwudziestu pięciu uczniów z klasy, z większością których
chodził do jednej szkoły przez dwanaście lat, chciało poznać go lepiej?
Jakby do tej pory nie mieli takiej możliwości.
Ale przede wszystkim przez tych czternaście godzin odczytywał wciąż na
nowo wpis od Katherine XIX:
Col, za wszystkie miejsca, w których byliśmy. I w których będziemy.
Szepczę bez ustanku: "Kocham Cię".
K-a-t-h-e-r-i-n-e
W końcu uznał, że dla kogoś w jego stanie łóżko jest zbyt wygodne, więc
zszedł z niego i położył się na plecach na podłodze, prostując nogi.
Układał anagramy do "Kocham cię", aż trafił na taki, który mu się
spodobał: "Cicho, męka". A potem leżał w cichej męce i powtarzał w myślach wpis, który znał na pamięć. Chciało mu się płakać, ale zamiast
tego czuł tylko tępy ból pod splotem słonecznym. Płacz coś dodaje: płacz
to ty plus łzy. Natomiast to, co przeżywał Colin, było jakimś koszmarnym
przeciwieństwem płaczu. To było ty minus coś. Bezustannie rozmyślał nad
tym jednym słowem "kocham", szarpany palącym bólem pod żebrami.
Bolało jak najgorsze cięgi, jakie kiedykolwiek zebrał. A zebrał ich
całkiem sporo.
(drugi)
Bolało tak mniej więcej do dziesiątej wieczorem, kiedy to korpulentny,
kędzierzawy młodzieniec libańskiego pochodzenia wpadł bez pukania do
jego pokoju. Colin uniósł głowę i spojrzał na gościa ponuro.
- Co to, kurde, ma być? - spytał Hassan podniesionym głosem.
- Rzuciła mnie - wyjaśnił Colin.
- To wiem. Słuchaj, sitzpinkler4, naprawdę marzę o tym,
żeby cię pocieszyć, ale mógłbym teraz ugasić pożar domu zawartością
mojego pęcherza. - Przemknął koło łóżka i otworzył drzwi do łazienki. -
Boże drogi, Singleton, coś ty jadł? Śmierdzi jak... AAAA! RZYGI! RZYGI!
FUJ!
Colin pomyślał: Racja, toaleta, zapomniałem spuścić wodę.
- Wybacz, jeśli nie trafiłem - powiedział Hassan po powrocie. Usiadł na
krawędzi łóżka i trącił stopą bezwładne ciało Colina. - Musiałem zatykać
nos obiema rękami, więc Magiczna Różdżka dyndała swobodnie. Prawdziwe
wahadło mocy! - Colin się jednak nie zaśmiał. - Boże, musisz być w fatalnej formie, ponieważ a) dowcipy o Magicznej Różdżce są moją
specjalnością, b) kto zapomina spłukać własne wymiociny?
- Chcę wpełznąć w jakąś dziurę i umrzeć - beznamiętnie wyznał Colin
wprost w kremowy dywan.
- O kurde! - skomentował Hassan, powoli wypuszczając powietrze.
- Pragnąłem w życiu tylko tego, by Katherine mnie kochała i bym mógł
osiągnąć coś znaczącego. No i popatrz. No popatrz tylko...
- Patrzę. I zapewniam cię, kafir5, że nie podoba mi się ten
widok. I zapach też, jeśli mogę dodać. - Hassan położył się na łóżku,
pozwalając przyjacielowi jeszcze przez chwilę rozpaczać.
- Zupełna porażka. A jeżeli już nic się nie zmieni? Jeżeli za dziesięć
lat będę ślęczał w jakiejś pierdzielonej klitce nad księgą przychodów i uczył się na pamięć wyników baseballu, łudząc się, że "moja" drużyna
skopie innym tyłki, i nie będę miał Katherine ani nigdy nie zrobię nic
znaczącego, i zostanę kompletnym zerem?
Hassan usiadł, kładąc dłonie na kolanach.
- Widzisz, dlatego musisz uwierzyć w Boga. Ponieważ ja nawet nie liczę
na to, że będę miał własną klitkę, a jestem szczęśliwy jak świnia w kupie gnoju.
Colin westchnął, bo choć Hassan nie był wcale tak bardzo religijny,
często w żartach usiłował go nawracać.
- Jasne. Wiara w Boga. Superpomysł! Chciałbym też wierzyć, że polecę w przestrzeń kosmiczną na grzbiecie gigantycznego pingwina i bzyknę
Katherine XIX w stanie nieważkości.
- Singleton, nie spotkałem jeszcze człowieka, któremu wiara w Boga
byłaby bardziej potrzebna niż tobie.
- A tobie potrzebne są studia - odparował Colin. Hassan mruknął coś pod
nosem. Skończył liceum wcześniej niż kumpel, ale wziął sobie rok
wolnego, mimo że przyjęto go na Uniwersytet Loyola w Chicago. Ponieważ
znów nie zapisał się na zajęcia w semestrze jesiennym, zanosiło się, że
rok wolnego wkrótce przejdzie w dwa lata.
- Nie zmieniaj tematu - zaprotestował. - To nie ja jestem tak zdołowany,
że nie mogę dźwignąć się z podłogi ani spłukać własnych rzygów, koleś. A wiesz dlaczego? Bo Bóg jest ze mną.
- Przestań mnie dręczyć. - Wysiłki kolegi nadal nie rozbawiły Colina.
Hassan zerwał się z łóżka, usiadł okrakiem na plecach przyjaciela i przytrzymał go za ramiona.
- Nie ma Boga prócz Allaha, a Mahomet jest jego Prorokiem! - zawołał. -
Powtarzaj za mną, sitzpinkler! La ilaha illa-llah!6 -
Colin zaczął się w końcu śmiać, z trudem łapiąc oddech pod ciężarem
Hassana, który też wybuchnął śmiechem. - Próbuję ocalić twój chudy tyłek
przed piekłem!
- Złaź ze mnie, bo inaczej znajdę się tam dość prędko - wysapał Colin.
Hassan wstał i nagle zapytał poważnie:
- No więc na czym dokładnie polega problem?
- Problem polega dokładnie na tym, że mnie rzuciła. Że jestem samotny. O Boże, znów jestem samotny! A poza tym przegrałem życie, gdybyś nie
zauważył. Jestem skończony. Jestem tylko "byłym"! Byłym chłopakiem
Katherine XIX. Byłym cudownym dzieckiem. Byłym potencjalnym geniuszem.
Aktualnym bezwartościowym zerem. - Jak wiele razy wyjaśniał Hassanowi,
istnieje ogromna różnica między określeniami "cudowne dziecko" i "geniusz".
Cudowne dzieci bardzo szybko uczą się tego, co inni już wiedzą, geniusze
zaś odkrywają to, czego nikt inny jeszcze nie wie. Cudowne dzieci kują,
geniusze tworzą. Znakomita większość cudownych dzieci wcale nie wyrasta
na cudownych dorosłych. Niestety Colin miał niemalże absolutną pewność,
że on sam należy do tej nieszczęsnej większości.
Hassan usiadł na łóżku i pogładził się po zarośniętym szczeciną drugim
podbródku.
- Czy prawdziwym problemem jest Katherine, czy twój geniusz?
- Tak bardzo ją kocham - odrzekł Colin. Ale tak naprawdę w jego umyśle
oba problemy były ze sobą ściśle powiązane. Chodziło o to, że ten
wyjątkowy, wspaniały, bystry chłopak... Cóż, wcale taki nie był. Czuł, że
nie ma żadnego znaczenia jako człowiek. Colin Singleton, słynny cudowny
dzieciak, słynny weteran związków z Katherine'ami, słynny nerd i sitzpinkler, nie miał znaczenia ani dla Katherine XIX, ani dla świata.
Zupełnie nagle nie był niczyim chłopakiem i niczyim geniuszem. A to - by
użyć trudnego słowa, którego można się spodziewać po nieprzeciętnie
inteligentnej osobie - było naprawdę słabe.
- Ponieważ kwestia geniuszu - kontynuował Hassan, jakby Colin wcale nie
wyznał miłości - się nie liczy. Chodzi ci tylko o sławę.
- Wcale nie. Chcę mieć jakieś znaczenie -
podkreślił Colin.
- Jasne. Jak powiedziałem, pragniesz sławy. Sława równa się dzisiaj
popularności. A nie będziesz następną amerykańską top model, na sto
procent. Chcesz więc być następnym amerykańskim top geniuszem, a teraz
po prostu - nie odbieraj tego zbyt osobiście - biadolisz, że to się
jeszcze nie stało.
- Nie pomagasz - mruknął Colin w dywan. Po chwili uniósł twarz i spojrzał na przyjaciela.
- Wstawaj - zarządził Hassan, wyciągając do niego rękę. Colin chwycił
ją, podciągnął się, a potem próbował puścić, ale przyjaciel tylko
wzmocnił uścisk. - Kafir, masz bardzo skomplikowany problem, który
można bardzo łatwo rozwiązać.
(trzeci)
- Wyruszamy w podróż samochodem - oznajmił Colin. U jego stóp stała
wypchana torba i leżał plecak wypakowany książkami. Chłopcy i rodzice
Colina siedzieli naprzeciwko siebie na dwóch identycznych czarnych
skórzanych sofach.
Mama rytmicznie kręciła głową niczym zdegustowany metronom.
- Ale dokąd? - zapytała.
- I dlaczego?
- Bez urazy, proszę pani - odrzekł Hassan, kładąc stopy na stoliku do
kawy (czego nie wolno było robić) - ale umyka pani sedno. Nie istnieje
żadne "dokąd" ani "dlaczego".
- Pomyśl o tym wszystkim, co mógłbyś robić w wakacje, Colinie. Mógłbyś
pouczyć się sanskrytu - odezwał się tato. - Wiem, że bardzo ci na tym
zależało7. Naprawdę będziesz szczęśliwy, jeżdżąc samochodem
bez celu? To do ciebie niepodobne. Zachowujesz się, jakbyś skapitulował.
- Przed czym, tato?
Tato się zastanowił. Zawsze się zastanawiał po usłyszeniu pytania, a następnie formułował wypowiedź pełnymi zdaniami bez żadnych zająknięć
czy powtórzeń - jakby nauczył się jej na pamięć.
- Z przykrością to mówię, Colinie, ale jeśli chcesz się dalej rozwijać
intelektualnie, musisz pracować znacznie ciężej niż do tej pory. Inaczej
możesz zmarnować swój potencjał.
- W zasadzie - odparł Colin - wydaje mi się, że już go zmarnowałem.
Być może to dlatego, że Colin nigdy w życiu nie rozczarował swoich
rodziców: nie pił, nie brał narkotyków, nie palił papierosów, nie
malował oczu czarną kredką, nie przesiadywał po nocach, nie dostawał
złych ocen, nie przekłuł sobie języka ani nie wytatuował na plecach:
"KATHERINE FOREVER". Może czuli się winni, że go w jakimś sensie
zawiedli i to przez nich znalazł się w opłakanym położeniu? A może
chcieli spędzić kilka tygodni sami, żeby na nowo rozniecić ogień
miłości? W każdym razie pięć minut po przyznaniu się do zmarnowania
potencjału Colin Singleton siedział za kierownicą swojego długaśnego
szarego oldsmobile'a znanego jako Katafalk Szatana.
- Dobra, teraz tylko musimy podjechać do mnie - oznajmił Hassan - wziąć
trochę ciuchów i jakimś cudem przekonać moich rodziców, żeby puścili
mnie w podróż po Ameryce.
- Możesz powiedzieć, że znalazłeś pracę, na przykład na jakimś obozie
czy coś w tym rodzaju - podpowiedział Colin.
- Jasne, tylko że nie zamierzam okłamywać mamy, bo tylko skończone bydlę
łże własnej matce.
- Hm.
- No, ale ktoś inny mógłby ją okłamać. Jakoś bym to przeżył.
- Dobra - zgodził się Colin.
Kilka minut później zaparkowali na drugiego w dzielnicy Ravenswood w Chicago i wyskoczyli z auta. Colin wpadł do domu tuż za przyjacielem.
Mama Hassana drzemała w fotelu w starannie urządzonym salonie.
- Hej, mamo! - zawołał chłopak. - Pobudka!
Przebudziła się i z uśmiechem przywitała chłopców po arabsku. Colin
zaczął mówić w tym samym języku:
- Rzuciła mnie dziewczyna, jestem bardzo przygnębiony, więc razem z Hassanem wybieramy się na... hm... takie wakacje, kiedy zwiedza się świat
samochodem. Nie znam tego słowa po arabsku.
Pani Harbish pokręciła głową i wydęła usta.
- A nie mówiłam, żebyś nie zadawał się z dziewczynami? - powiedziała po
angielsku z wyraźnym obcym akcentem. - Hassan jest grzecznym chłopcem,
nie zajmuje się "randkowaniem". I popatrz, jaki jest szczęśliwy.
Powinieneś brać z niego przykład.
- Tego właśnie będzie mnie uczył podczas wyjazdu - zapewnił ją Colin,
choć trudno byłoby bardziej minąć się z prawdą. Hassan wtoczył się z powrotem do pokoju, taszcząc częściowo zapiętą torbę, z której
wysypywały się ubrania.
- Ohiboke8, mamo - powiedział, schylając się, żeby pocałować
ją w policzek.
Wtem do salonu wszedł ubrany w piżamę pan Harbish.
- Nigdzie nie pojedziesz! - oświadczył po angielsku.
- Tato! Muszę. Spójrz na niego. Jest zupełnie zdołowany. - Colin zerknął
na pana Harbisha, starając się wyglądać na możliwie najbardziej
zdołowanego. - Pojedzie ze mną albo beze mnie, a tak przynajmniej będzie
miał kogoś, kto się nim zaopiekuje.
- Colin to dobry chłopak - zapewniła męża pani Harbish.
- Będę dzwonił codziennie - dodał Hassan. - Nie wyjedziemy wcale na
długo. Wrócimy, gdy tylko mu się poprawi.
Colin, improwizując, wpadł na pomysł.
- Chcę załatwić Hassanowi pracę - zwrócił się do pana Harbisha. - Obaj
musimy się nauczyć, że naprawdę warto ciężko pracować.
Pan Harbish przyjął jego słowa pomrukiem aprobaty, po czym zwrócił się
do syna:
- Przede wszystkim musisz się nauczyć, że nie warto oglądać tej okropnej
Sędzi Judy. Jeżeli przed upływem tygodnia zadzwonisz z informacją, że
masz robotę, to możesz sobie zostać, jak długo zechcesz i gdzie
zechcesz.
Hassan jakby nie zauważył przytyku.
- Dziękuję, tato - wymamrotał potulnie.
Ucałował mamę w oba policzki i pospieszył do drzwi.
- Co za drań! - wybuchnął, gdy już znalazł się bezpiecznie w Katafalku.
- Może oskarżać mnie o lenistwo, ale ubliżać najlepszej w Ameryce
telewizyjnej sędzi, to już totalne przegięcie!
Hassan zapadł w sen koło pierwszej w nocy, a Colin, rozbudzony dzięki
kupionej na stacji kawie z dużą ilością śmietanki oraz upojony poczuciem
samotności na autostradzie nocą, pędził na południe przez Indianapolis
drogą I-65. Noc była ciepła jak na początek czerwca, a ponieważ w Katafalku Szatana w tym tysiącleciu nie działała klimatyzacja, Colin
uchylił okna. Cudowne w prowadzeniu samochodu było to, że na tyle
pochłaniało uwagę - auto zaparkowane na poboczu, może to gliny; zwolnij;
trzeba wyprzedzić tego tira; włącz migacz; spójrz w tylne lusterko;
sprawdź martwe pole i, dobrze, na lewy pas - że nie czuł palącej dziury
w brzuchu.
By zająć czymś myśli, przypominał sobie inne dziury w innych
wnętrznościach. Pomyślał o arcyksięciu Franciszku Ferdynandzie
zamordowanym w roku 1914. Spoglądając na krwawiącą ranę w swojej piersi,
arcyksiążę powiedział:
- To drobiazg.
Mylił się. Bez wątpienia arcyksiążę Franciszek Ferdynand miał znaczenie
dla świata, choć nie był ani cudownym dzieckiem, ani geniuszem: zamach
na niego dał początek pierwszej wojnie światowej, więc następstwem jego
śmierci było 8 528 831 kolejnych.
Colin tęsknił za Katherine. Tęsknota rozbudzała go bardziej niż kawa,
więc kiedy Hassan godzinę wcześniej zaproponował, że go zmieni za
kierownicą, Colin się nie zgodził. Prowadzenie samochodu pomagało mu -
zwolnić do stu dziesięciu; Boże, ależ mi wali serce, nie znoszę smaku
kawy; ale jestem nakręcony; wyprzedzić ciężarówkę; dobrze; na prawy pas;
a teraz tylko moje reflektory przeciwko ciemności. Dzięki temu samotność
nie rozdzierała go na strzępy. Prowadzenie auta było czymś w rodzaju
myślenia - jedynym, jaki mógł znieść. Ale mimo to tuż poza zasięgiem
przednich świateł ciągle majaczyła myśl: zostałem porzucony. Przez
dziewczynę o imieniu Katherine. Po raz dziewiętnasty.
Jeśli chodzi o dziewczyny (a w wypadku Colina często o nie chodziło),
każdy ma swój typ. Jego typu nie określały cechy fizyczne, lecz
lingwistyczne: lubił imię Katherine. Nie Katy, Kat, Kitty czy Cathy,
Rynn, Trina, Kay, Kate lub, Boże broń, Catherine. K-A-T-H-E-R-I-N-E. Do
tej pory chodził z dziewiętnastoma dziewczynami. Wszystkie miały na imię
Katherine. I wszystkie - co do jednej - go porzuciły.
Colin wierzył, że na świecie istnieją dwa rodzaje ludzi: Porzucający i Porzucani. Wiele osób uważa się za reprezentantów obu kategorii naraz,
ale mylą się: człowiek ma predyspozycje albo do jednego losu, albo do
drugiego. Porzucający nie zawsze muszą łamać serca, a Porzucani nie
zawsze muszą mieć serca złamane, lecz wszystkich charakteryzuje
inklinacja w tę lub w tamtą stronę9.
Może Colin powinien był już przywyknąć do rytmu uczuciowych wzlotów i upadków? Przecież umawianie się z kimś kończy się zawsze tak samo, czyli
kiepsko. Jeśli się nad tym zastanowić, co Colin robił często, wszystkie
związki kończą się (1) zerwaniem, (2) rozwodem albo (3) śmiercią. Lecz
Katherine XIX była inna - czy może inna się wydawała. Kochała go, a on
żarliwie odwzajemniał jej miłość. I nadal tak było - odkrył, że jadąc
teraz samochodem, cały czas powtarza w myślach: "Kocham cię, Katherine".
To imię brzmiało inaczej, gdy odnosiło się do niej. Przestawało być
tylko imieniem, na punkcie którego od dawna miał obsesję, a stawało się
słowem opisującym wyłącznie tę jedyną, słowem pachnącym bzem,
określającym błękit jej oczu i długość rzęs.
Na tylnym siedzeniu Hassan sapał i powarkiwał, jakby śnił, że jest
owczarkiem niemieckim. Wiatr wpadał przez uchylone okna, a Colin wciąż
dumał o Porzucających, Porzucanych i o arcyksięciu. Czuł nieustające
palenie w brzuchu. To jest dziecinne i żałosne, myślał. Jesteś żenujący.
Daj sobie spokój, daj sobie spokój, daj sobie spokój. Ale w sumie nie do
końca wiedział, co oznacza "to".
Katherine I: Początek (początku)
Rodzice uważali go za zupełnie zwykłe dziecko aż do pewnego czerwcowego
poranka. Colin, który miał wówczas dwadzieścia pięć miesięcy, siedział w wysokim krzesełku, jedząc śniadanie nieokreślonego warzywnego
pochodzenia, a jego ojciec po drugiej stronie małego kuchennego stołu
czytał "Chicago Tribune". Malec był chudy jak na swój wiek, ale wysoki,
i miał wielką szopę brązowych loków, które otaczały jego głowę z iście
einsteinowską nieprzewidywalnością.
- "Wydrapana grahama" - powiedział, przełknąwszy kęs. - Nie chcę
zielonego - dodał, mając na myśli swój posiłek.
- Co mówisz, kolego?
- "Wydrapana grahama". Poproszę frytki, dziękuję10.
Tato odwrócił gazetę i spojrzał na nagłówek na frontowej stronie. To
było pierwsze wspomnienie Colina: ojciec powoli opuszczający gazetę i uśmiechający się do niego. Oczy miał okrągłe ze zdumienia i radości, a uśmiech promienny.
- CINDY! NASZ SYN CZYTA GAZETĘ! - zawołał.
Rodzice Colina należeli do tych ludzi, którzy naprawdę, ale to naprawdę
lubią czytać. Mama uczyła francuskiego w prestiżowej i drogiej szkole
Kalman w centrum, a tata był profesorem socjologii na Uniwersytecie
Northwestern, na północ od miasta. Zatem po "Wydrze pana Grahama"
rodzice zaczęli z Colinem czytać wszędzie i zawsze - głównie po
angielsku, ale czasami też z francuskich książeczek z obrazkami.
Cztery miesiące później zapisali go do przedszkola dla wybitnie
uzdolnionych dzieci. Niestety przedszkole oznajmiło, że chłopiec
reprezentuje zbyt wysoki poziom, a poza tym nie przyjmują maluchów
nieprzyuczonych do nocnika. Skierowali Colina do psychologa na
Uniwersytecie Chicagowskim.
I tak cudowne dziecko, nie zawsze powstrzymujące mocz, wylądowało w małym, pozbawionym okien gabinecie na South Side na rozmowie z panią
profesor w rogowych okularach. Pani kazała mu znajdować schematy w ciągach liczb i liter oraz przestawiać wielokąty. Pytała, który obrazek
nie pasuje do reszty. Zadawała nieskończenie wiele cudownych pytań i Colin ją za to uwielbiał. Do tej pory większość pytań dotyczyła tego,
czy się zsikał w majtki i czy mógłby łaskawie zjeść jeszcze trochę tych
nieszczęsnych warzyw.
Po godzinnym przesłuchaniu pani profesor oznajmiła:
- Chciałabym ci podziękować za niezwykłą cierpliwość, Colinie. Jesteś
bardzo wyjątkowym dzieckiem.
"Jesteś bardzo wyjątkowym dzieckiem". Colin miał często słyszeć to
zdanie, a mimo to jakimś sposobem nigdy nie miał go dość.
Pani w rogowych okularach zaprosiła do gabinetu mamę Colina. Opowiadała
jej o tym, że syn jest błyskotliwy i wyjątkowy, a Colin bawił się
drewnianymi klockami z literami alfabetu. Wbił sobie drzazgę,
przerabiając KULA na LUKA - był to pierwszy anagram, jaki pamiętał.
Pani profesor wyjaśniła mamie, że tak uzdolnionego chłopca trzeba
wspierać, ale nie wywierać na niego nadmiernej presji, i ostrzegła:
- Proszę nie mieć wygórowanych oczekiwań. Dzieci takie jak Colin bardzo
szybko przetwarzają informacje. Potrafią w niezwykły sposób koncentrować
się na zadaniach. Ale Colin ma takie same szanse na zdobycie Nagrody
Nobla jak każde inne przeciętnie inteligentne dziecko.
Tego wieczoru ojciec podarował mu nową książkę: Brakujący element
Shela Silversteina. Colin siedział na kanapie obok taty i małymi
rączkami przerzucał wielkie strony, czytając szybko i przerywając tylko
po to, by zapytać, czy "może" oznacza to samo co "morze". Kiedy
skończył, zdecydowanym gestem zamknął książeczkę.
- Podobała ci się? - zapytał tato.
- Tak - potwierdził chłopiec. Lubił książki, ponieważ uwielbiał sam akt
czytania, magię przemieniającą linie na papierze w słowa w jego głowie.
- A o czym była? - dopytywał ojciec.
Colin położył książkę na kolanach taty i odpowiedział:
- Kółko zgubiło swoją część. Ta część jest w kształcie pizzy.
- W kształcie pizzy czy kawałka pizzy? - Tato z uśmiechem pogładził syna
wielką dłonią po głowie.
- Masz rację, tatusiu. Kawałka pizzy. I kółko jej szuka. Znajduje dużo
niepasujących części, aż w końcu trafia na swój kawałek. Ale zostawia
go. I to już koniec.
- Nie czujesz się czasami jak kółko, któremu brakuje kawałka? - zadumał
się ojciec.
- Tatusiu, ja nie jestem kółkiem, jestem chłopcem.
Uśmiech ojca przygasł: cudowne dziecko umiało czytać, ale nie rozumiało.
Gdyby tylko Colin pojął, że brakuje mu jakiejś części, że nieumiejętność
dostrzeżenia siebie w historii o kółku stanowi problem nie do
naprawienia, wiedziałby, że reszta świata z czasem go dogoni. Odwołując
się do innej historii, którą znał na pamięć, ale nie do końca rozumiał:
gdyby tylko wiedział, że opowieść o żółwiu i zającu dotyczy czegoś
więcej niż żółwia i zająca, zaoszczędziłby sobie sporo rozczarowań.
Trzy lata później poszedł do pierwszej klasy w szkole Kalman - za darmo,
ponieważ jego mama tam pracowała - i był zaledwie o rok młodszy od
swoich kolegów. Ojciec zmuszał go do coraz bardziej wytężonej nauki, ale
Colin nie należał do tych cudownych dzieci, które idą na studia w wieku
jedenastu lat. A poza tym rodzice chcieli, by edukacja syna przebiegała
w miarę normalnym trybem ze względu na, jak to ujmowali, "korzyści
towarzyskie".
Jednak życie towarzyskie Colina nigdy nie wyglądało korzystnie. Niezbyt
dobrze szło mu zawieranie przyjaźni. Po prostu miał zainteresowania
całkiem odmienne niż koledzy. Na przykład ulubionym zajęciem Colina
podczas przerw było udawanie robota. Podchodził do Roberta Casemana
sztywnym krokiem z bezwładnie zwieszonymi ramionami i monotonnym głosem
oznajmiał:
- JESTEM ROBOTEM. ODPOWIEM NA KAŻDE PYTANIE. CHCESZ WIEDZIEĆ, KTO BYŁ
CZTERNASTYM PREZYDENTEM USA?
- No dobra - mówił Robert - mam pytanie: czemu jesteś takim upierdem,
Krzywy Kinolu?
Mimo że imię Colina wymawiało się inaczej, ulubioną zabawą Roberta
Casemana w pierwszej klasie było przezywanie go "Krzywym Kinolem",
dopóki Colin się nie rozpłakał, co następowało dość szybko, ponieważ
był, jak to ujmowała mama, "wrażliwym chłopcem". Przecież on tylko
chciał się pobawić w robota. Co w tym złego?
W drugiej klasie Robert Caseman i jego ferajna trochę dojrzeli. W końcu
zrozumieli, że "słowa nie ranią, za to kije i kamienie kości połamią",
więc wymyślili Ręczną Rozrywkę11. Kazali Colinowi kłaść się na
ziemi (a on z jakiegoś powodu się zgadzał), po czym czterech kolesiów
chwytało go za kończyny i każdy ciągnął w swoją stronę. Przypominało to
rozciąganie na kole tortur, tyle że w wykonaniu siedmiolatków nie
groziło śmiercią, za to było poniżające i głupie. Colin czuł się przez
to, jakby nikt go nie lubił, co właściwie było prawdą. Pocieszała go
jedynie myśl, że pewnego dnia będzie coś znaczył. Będzie sławny, a oni
nie. Mama twierdziła, że przede wszystkim dlatego go dręczą.
- Są po prostu zazdrośni - wyjaśniała. Ale Colin wiedział lepiej. Nie
byli zazdrośni, lecz zwyczajnie go nie lubili. Czasami prawda bywa
bardzo prosta.
Zatem Colin i jego rodzice odczuli wielką ulgę, gdy tuż po rozpoczęciu
trzeciej klasy chłopak zaistniał towarzysko, zdobywając (przelotnie)
serce najładniejszej ośmiolatki w Chicago.
(czwarty)
Colin zjechał na parking w pobliżu Paducah w Kentucky około trzeciej nad
ranem. Odchylił oparcie fotela, aż spoczęło na nogach przyjaciela
leżącego na tylnym siedzeniu, i zasnął. Obudził się jakieś cztery
godziny później, bo przygnieciony Hassan energicznie wierzgał.
- Kafir, całkiem zdrętwiałem! Przesuń to cholerstwo do przodu, błagam.
Colinowi śniła się Katherine. Pociągnął dźwignię i oparcie fotela
gwałtownie się wyprostowało.
- Ja pierdzielę - jęknął Hassan. - Czyżby wczoraj coś zdechło w moich
ustach?
- Śpię - burknął Colin.
- Bo czuję w nich smak otwartego grobu. Zapakowałeś pastę do zębów?
- To ma własną nazwę. Fetor hepaticus12. Dochodzi do tego w późnym sta...
- Nikogo to nie obchodzi - przerwał mu Hassan, który mówił tak zawsze,
gdy przyjaciel zaczynał pędzić w nieplanowanym kierunku. - Pasta?
- Kosmetyczka w torbie w bagażniku - odpowiedział Colin.
Hassan trzasnął drzwiami, a po chwili łupnął też pokrywą bagażnika, więc
Colin przetarł oczy i stwierdził, że pewnie i tak już nie zaśnie.
Podczas gdy przyjaciel klęczał na betonie twarzą w kierunku Mekki, Colin
poszedł do toalety (graffiti w kabinie zadawało pytanie: "CHCESZ DUPNĄĆ
LOLKA?". Colin zastanawiał się, czy chodzi o zapalenie trawy, czy może
niejaki Lolek oferuje usługi seksualne, a potem pierwszy raz od chwili,
gdy leżał bez ruchu na dywanie w sypialni, oddał się swojej największej
pasji. Ułożył anagram: "dupnąć Lolka" - "kolnąć pudla").
Wyszedł w ciepły poranek i usiadł przy stole piknikowym naprzeciwko
przyjaciela, który katował blat scyzorykiem przyczepionym do kluczy.
- Co robisz? - Colin złożył ramiona na stole i oparł na nich głowę.
- Kiedy byłeś w ubikacji, usiadłem przy tym stole piknikowym w jakimś
Pierdzielowie w stanie Kentucky i zauważyłem, że ktoś wyciął na nim
napis "BÓG NIENAWIDZI GIEJA", co prócz tego, że stanowi ortograficzny
koszmar, jest niedorzeczne. Przerabiam go więc na "Bóg nienawidzi
bagietek". Z czym trudno się nie zgodzić. Wszyscy nienawidzą bagietek.
- J'aime les baguettes - wymamrotał Colin.
- Ty aime wiele durnych rzeczy.
Kiedy Hassan mozolił się nad tym, by Bóg nienawidził bagietek, myśli
Colina powędrowały następującym torem: (1) bagietki, (2) Katherine XIX,
(3) rubinowy naszyjnik, który jej kupił pięć miesięcy i siedemnaście dni
wcześniej, (4) większość rubinów pochodzi z Indii, (5) niegdyś
podlegających Zjednoczonemu Królestwu, którego (6) premierem był Winston
Churchill, i (7) czy to nie ciekawe, że wielu dobrych polityków, takich
jak Churchill i Gandhi, było łysych, podczas gdy (8) wielu złych
dyktatorów, takich jak Hitler, Stalin i Saddam Husajn, nosiło wąsy? Ale
(9) Mussolini nosił wąsy tylko czasami i (10) wielu dobrych naukowców
miało wąsy, na przykład Włoch Ruggero Oddi, który (11) odkrył (i nazwał
swoim imieniem) zwieracz przewodu żółciowego, będący jednym z mniej
znanych zwieraczy, podobnie jak (12) zwieracz źrenicy.
Skoro o zwieraczu mowa: Hassan Harbish pojawił się w szkole Kalman w dziesiątej klasie, po całej dekadzie pobierania nauki w domu. Był
całkiem bystry, choć oczywiście nie zasługiwał na miano cudownego
dziecka. Tej jesieni zaczął chodzić na zajęcia z rachunków razem z Colinem, który był dziewiątoklasistą. Ale nie rozmawiali ze sobą,
ponieważ Colin całkiem zrezygnował z nawiązywania przyjaźni z osobami
niemającymi na imię Katherine. Nienawidził prawie wszystkich uczniów
Kalman, co i tak nie miało znaczenia, bo oni w znacznej większości
również go nienawidzili.
Mniej więcej dwa tygodnie po rozpoczęciu roku szkolnego Colin zgłosił
się na zajęciach, a pani Sorenstein powiedziała:
- Słucham cię, Colinie?
Chłopak przyciskał palcami lewe oko w geście świadczącym o wyraźnym
cierpieniu.
- Mogę na chwilę wyjść? - zapytał.
- Czy to nie może poczekać?
- Obawiam się, że do zwieracza źrenicy wpadła mi rzęsa - wyjaśnił Colin,
a klasa ryknęła śmiechem. Pani Sorenstein pozwoliła mu wyjść, więc
poszedł do łazienki i patrząc w lustro, wyciągnął rzęsę z oka, w którym
rzeczywiście znajduje się zwieracz źrenicy.
Po lekcji przysiadł na szerokich kamiennych schodach przed tylnym
wejściem do szkoły, żeby zjeść kanapkę z masłem orzechowym bez
galaretki. I tam znalazł go Hassan.
- Słuchaj - powiedział - jestem w szkole dopiero dziewiąty raz w życiu,
a jednak jakoś zakumałem, co można, a czego nie można mówić. I na pewno
nie należy opowiadać o swoim zwieraczu.
- To część oka - wyjaśnił obronnym tonem Colin. - Wykazałem się wiedzą.
- Słuchaj, koleś, musisz wiedzieć, do kogo się zwracasz. To hasło
powalałoby na konferencji oftalmologicznej, ale na lekcji rachunków
wszyscy się tylko zastanawiali, jakim cudem wetknąłeś sobie rzęsę akurat
tam.
I tak się zaprzyjaźnili.
- Muszę przyznać, że nie mam najlepszego zdania o Kentucky - oznajmił
Hassan.
Colin podniósł głowę i oparł podbródek na przedramieniu. Przez chwilę
toczył wzrokiem po parkingu. Nigdzie nie było widać jego brakującego
kawałka.
- Tutaj też wszystko mi o niej przypomina. Planowaliśmy wycieczkę do
Paryża. Wiesz, ja nawet nie miałem ochoty jechać do Paryża, ale lubiłem
sobie wyobrażać, jaka Katherine będzie podekscytowana w Luwrze.
Chodzilibyśmy do eleganckich restauracji i może pili czerwone wino.
Nawet sprawdzaliśmy hotele w Internecie. Chcieliśmy na to wydać kasę z Dzieciaków bystrzaków13.
- Stary, jeśli Kentucky przypomina ci Paryż, to jesteśmy w czarnej
dupie.
Colin usiadł prosto i spojrzał na zaniedbany trawnik przy parkingu. A potem skierował wzrok na stolikowe rękodzieło Hassana.
- Baguettes - wyjaśnił.
- O rany! Dawaj kluczyki.
Colin sięgnął do kieszeni i leniwym ruchem rzucił kluczyki nad stołem.
Hassan złapał je, wstając, i skierował się do Katafalku Szatana.
Niepocieszony Colin po chwili ruszył za nim.
Sześćdziesiąt kilometrów dalej, nadal w Kentucky, Colin zwinął się w kłębek, opierając głowę o okno pasażera, i zaczął wreszcie zapadać w sen, gdy nagle Hassan zawołał:
- Największy Drewniany Krucyfiks na Świecie - następny zjazd!
- Nie będziemy oglądali Największego Drewnianego Krucyfiksu na Świecie.
- Ależ tak! Musi być kolosalny!
- Hass, po co mielibyśmy go oglądać?
- Jesteśmy w podróży! Tu chodzi o przygodę! - Hassan uderzył pięścią w kierownicę, żeby podkreślić swój entuzjazm. - Donikąd nam się nie
spieszy. Naprawdę chcesz umrzeć, nie zobaczywszy Największego
Drewnianego Krucyfiksu na Świecie?
Colin przemyślał sprawę.
- Tak. Po pierwsze, żaden z nas nie jest chrześcijaninem. Po drugie,
spędzenie wakacji na oglądaniu kretyńskich przydrożnych atrakcji do
niczego nie prowadzi, a po trzecie, krucyfiksy przypominają mi o niej.
- O kim?
- O niej.
- Kafir, ona była ateistką!
- Nie zawsze - miękko odrzekł Colin. - Dawno temu nosiła krzyżyk. Zanim
zaczęliśmy ze sobą chodzić. - Wyjrzał przez okno na rosnące na poboczu
sosny, które szybko zostawały za nimi. Jego nieomylna pamięć przywołała
obraz srebrnego krucyfiksu.
- Jako sitzpinkler budzisz moją odrazę - oznajmił Hassan, ale dodał
gazu i minął zjazd.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. I tu tłumacz bezradnie rozkłada ręce. Język angielski jest rajem dla szaradzistów, w przeciwieństwie do języka polskiego. Ale zapraszamy czytelników do intelektualnego wysiłku. Może ktoś podejmie wyzwanie? (przyp. tłum.) (Przypisy, jeśli nie zostały oznaczone inaczej, pochodzą od autora). [wróć]
2. W przekładzie Jolanty Kozak (przyp. tłum.). [wróć]
3. Więcej na ten temat później. [wróć]
4. Niemieckie slangowe określenie ofermy, dosłownie oznaczające mężczyznę, który sika na siedząco. Ach, ci zwariowani Niemcy - mają nazwy na wszystko. [wróć]
5. Kafir to nieuprzejme arabskie słowo oznaczające kogoś niebędącego muzułmaninem, zazwyczaj tłumaczone jako "niewierny". [wróć]
6. Islamskie wyznanie wiary, transliterowane z arabskiego: "Nie ma Boga prócz Allaha". [wróć]
7. Choć to żałosne, tato mówił prawdę. Colin rzeczywiście chciał się uczyć sanskrytu. To coś w rodzaju Mount Everestu martwych języków. [wróć]
8. "Kocham cię" po arabsku. [wróć]
9. Graficzne przedstawienie tej koncepcji może pomóc ją zrozumieć. Colin wyobrażał sobie dychotomię Porzucający/Porzucany jako krzywą Gaussa. Większość ludzi plasuje się gdzieś pośrodku, np. są albo umiarkowanymi Porzucającymi, albo umiarkowanymi Porzucanymi. Na obu biegunach znajdują się Katherine'y i Colinowie. [wróć]
10. Jak każda sprytna małpka Colin dysponował bogatym słownictwem i ubogą ortografią. Nie wiedział, że Graham pisany wielką literą to imię, a "wydra" i "pana" to osobne słowa. Wybaczmy mu. Miał tylko dwa lata. [wróć]
11. Nazwę tę, tak dla ścisłości, wymyślił Colin. Inni nazywali to ćwiczenie "rozciąganiem", ale pewnego razu tuż przed rozpoczęciem zabawy, Colin zawołał: "Tylko nie róbcie mi Ręcznej Rozrywki!". Określenie było tak trafne, że z miejsca się przyjęło. [wróć]
12. Rzeczywiście ta dolegliwość nazywa się fetor hepaticus i jest symptomem późnego stadium chorób wątroby. Oddech wtedy ma zapach gnijącego trupa. [wróć]
13. Więcej na ten temat później, ale w skrócie - jakiś rok wcześniej Colinowi wpadło trochę gotówki. [wróć]
14. Prócz wielu, wielu innych następujące tematy zdecydowanie nikogo nie obchodziły: zwieracz źrenicy, mitoza, architektura baroku, żarty, w których puentą jest równanie fizyczne, brytyjska monarchia, rosyjska gramatyka oraz istotna rola, jaką odegrała sól w historii ludzkości. [wróć]