19 południk i inne sztuki - Juliusz Machulski

Kup ebooka

66.50 zł
51.67 zł (53,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Antoni Czechow powiedział kiedyś, że aby napisać sztukę teatralną, trzeba mieć wielki talent. No, powiedzmy... Najważniejsze jest, żeby mieć pomysł, a reszta przyjdzie sama. Ale oczywiście talent nie przeszkadza. Uważam, że dramatopisarzem zostaje się z potrzeby serca albo na zamówienie. Ja zostałem z tego drugiego powodu.

Pierwszą sztukę napisałem dla Teatru Sensacji "Kobra", będąc jeszcze osiemnastoletnim studentem polonistyki. Czyli ponad pół wieku temu, w roku 1973. Tekst nazywał się Śmierć w najszczęśliwszym dniu. Mój ojciec, aktor Jan Machulski, w owych czasach podobne "Kobry" reżyserował i ciągle narzekał na słabość tekstów, które dostawał. Czytałem je wszystkie, a pewnego dnia powiedziałem: "Tak to i ja bym potrafił napisać". Ojciec na to: "To napisz!". To napisałem. Redakcja Teatru Sensacji na szczęście zainteresowała się tekstem nieznanego amerykańskiego autora. Nieznanego, bo napisałem ją pod pseudonimem Jerry McKee - jako że w "komunie" prawdziwa "Kobra" powinna być amerykańska, a przynajmniej anglosaska. W czasach, kiedy prawa autorskie w krajach komunistycznych nie obowiązywały, telewizji wystarczało, że razem z ojcem "przetłumaczyliśmy" ten tekst z angielskiego. Nikt nie zawracał sobie głowy tantiemami autorskimi. Jan Machulski wyreżyserował spektakl i zagrał w nim główną rolę, a "Kobra" została wyemitowana 7 marca 1974 roku, na trzy dni przed moimi dziewiętnastymi urodzinami. Zdecydowałem jednak, że nie zamieszczę jej w tym zbiorze, bo uważam, że był to tekst poniżej moich możliwości. Wtedy jednak zadziałał. Śmierć w najszczęśliwszym dniu nie była ani gorsza, ani lepsza od większości realizowanych Teatrów Sensacji. ("Kobra" jest dostępna na VOD TVP, więc jak ktoś bardzo by chciał, może ją na własne ryzyko obejrzeć).

Pierwszą sztuką, którą napisałem pod własnym nazwiskiem, było dwadzieścia lat późniejsze Jury. Tekst zamówił Paweł Potoroczyn, wówczas prezes oficyny wydawniczej ZEBRA, która właśnie wydała mój dziennik z planu filmu Tańczący z V.I.P.-ami. Nasza współpraca tak dobrze się układała, że Paweł zaproponował, bym napisał sztukę, którą on wyprodukuje i z którą będziemy jeździć po Polsce, święcąc tryumfy artystyczne i finansowe. Z tych objazdowych planów nic nie wyszło, został tylko tekst, który potem, dzięki wstawiennictwu Jerzego Stuhra, udało mi się zrealizować w krakowskim Teatrze Telewizji. To był czas denominacji i nowych banknotów i wymyśliłem komisję, jury właśnie, decydujące o tym, czyja podobizna znajdzie się na nowych monetach, ergo: kto z Polaków był wielki.

Tytułowy 19 południk napisałem kolejne dziesięć lat później na zamówienie szefa redakcji teatralnej TVP Jacka Wekslera. Nic dla autora nie jest bardziej pociągające niż to, że nie tylko jemu zależy, żeby sztuka powstała, a dodatkowe wyposażenie mnie w carte blanche słowami: "Niech pan pisze, co panu serce dyktuje", spowodowało, że takiej ofercie nie mogłem się oprzeć. Andrzeja Leppera mianowano właśnie wicemarszałkiem Sejmu i tak mnie to zbulwersowało, że napisałem political fiction o tym, co by było, gdyby prezydentem Polski został pospolity cham, bigot i ksenofob. Wtedy byłem pewien, że taka sytuacja nigdy się nie wydarzy, więc jechałem po kolokwialnej "bandzie". Dziś widzę, że niestety profetycznie przewidziałem prezydenckie wybory z 2025 roku. Spektakl był gotowy latem 2003 roku, ale długo czekał na emisję, bo TVP miała wątpliwości, czy jest cenzuralny, i dopiero gdy obejrzeli go premier Leszek Miller i prezydent Aleksander Kwaśniewski, spektakl dostał zielone światło i pozwolenie na emisję 1 grudnia 2003 roku.

Ale tak naprawdę moją dramaturgiczną matką chrzestną została Ewa Pilawska, szefowa Teatru Powszechnego w Łodzi. W 2008 zaprosiła mnie do wzięcia udziału w konkursie na tekst dla Polskiego Centrum Komedii, którego jest pomysłodawczynią i dyrektorką artystyczną. Napisałem wtedy komedię rodzinną Next-ex, wykorzystując archetypiczny motyw "ojca narzeczonej". Sztuka zdobyła nagrodę w konkursie i tak się spodobała publiczności, że Ewa Pilawska otworzyła bramy teatru dla mojej twórczości i na zamówienia jej Centrum Komedii napisałem cztery następne sztuki: Matka brata mojego syna (2010) o tym, jak pisarz w wieku emerytalnym zamarzył sobie o przedłużeniu dynastii; Brancz (2014), w którym przy okazji wielkanocnego posiłku w eleganckim hotelu wychodzą nieprzepracowane rodzinne traumy; Atrament. Wczoraj. Żyrafa (2022) o nieszczęśliwej miłości i chorobie alzheimera oraz Meczycho (2025), rzecz dla miłośników futbolu, ale nie tylko. Ostatnia z nich czeka na tegoroczną premierę w Łodzi. Trzy pierwsze zrealizowałem także w Teatrze TVP.

W 2015 na prośbę szefowej tegoż teatru Ewy Millies-Lacroix napisałem rodzinną komedię kryminalną pt. Rybka canero, która próbowała odnowić format "Kobry". Dla mnie była to okazja, żeby znowu spotkać się z ulubionymi aktorami.

Ostatnią z "niepoważnych" sztuk jest - jeszcze pachnąca farbą drukarską i czekająca na realizację - Wnuczka Picassa (2026) zamówiona przez Wojciecha Majcherka, wicedyrektora Teatru TVP na 70-lecie powstania Teatru Sensacji "Kobra". Realizacja przewidziana jest na lato tego roku.

Co do sztuk "poważnych" to napisałem trzy, wszystkie historyczne i kostiumowe.

W 2007 roku zaproponowano mi napisanie scenariusza filmu o Powstaniu Warszawskim, który miałbym później zrealizować. Z tych planów nic nie wyszło, ale na kanwie jednego z wątków tej opowieści stworzyłem spektakl Przerwanie działań wojennych o negocjacjach dotyczących zakończenia powstania między dowództwem powstania a generałem Erichem von dem Bachem. Jest to jedyny tekst dramatyczny, który napisałem w oparciu o wspomnienia innego autora - w tym wypadku pułkownika Kazimierza Iranka-Osmeckiego, szefa wywiadu AK.

Od końca lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku chodził mi po głowie pomysł sztuki o Niccolu Machiavellim, emblematycznym, choć kompletnie opacznie rozumianym XVI-wiecznym polityku. Chciałem, żeby zagrał go Jurek Stuhr. Ale przez dwadzieścia lat nic z tego pomysłu nie wychodziło, bo nijak nie mogłem wymyślić zakończenia. Kiedy więc Karolina Rozwód, świeżo mianowana dyrektorka Teatru Starego w Lublinie, przy okazji mojej filmowej wizyty zapytała, czy nie napisałbym tekstu dla jej teatru, zmobilizowało mnie to jako kolejna propozycja nie do odrzucenia. I tak w 2014 powstała Machia - jedyny mój spektakl na scenę, który osobiście wyreżyserowałem. Adam Ferency w tytułowej roli okazał się świetnym wyborem, a sekundowali mu dzielnie Piotr Głowacki i Marta Ledwoń. Okazało się, że historia Machiavellego jest na tyle współczesna, że przedstawienie utrzymało się na afiszu Teatru Starego przez dziesięć sezonów. Uważam je za mój najlepszy, a w każdym razie ulubiony do dziś tekst dramatyczny.

I wreszcie ostatnia, ale nie najmniej ważna sztuka. Jedyna, która powstała z potrzeby serca, na niczyje zamówienie. To Księżyc i Wąż - historia XVI-wiecznej rywalizacji dwóch kobiet o względy jednego mężczyzny: króla Francji Henryka II. Taki feministyczny i do dziś aktualny pierwiastek odnalazłem w relacjach żony francuskiego króla Katarzyny Medycejskiej i jego metresy Diany de Poitiers. Ten tekst wciąż czeka na inscenizację.

Sonia Draga jest Wydawczynią z wizją, która wierzy we mnie do tego stopnia, że wydaje już czwartą książkę mojego autorstwa, za co jestem jej niebywale wdzięczny. Życzę Wam, Drodzy Czytelnicy, ciekawej lektury.

Autor

Osoby:

BARTOSZ CZOP - prezydent elekt

FRANCISZEK CIUMAK - premier

BŁAŻEJ PAJDA - szef kancelarii prezydenta

SZYMON NAPIERZAK - sekretarz prezydenta

MARIA SOLSKA - szefowa kancelarii eksprezydenta

KAROLINA BRZEZIŃSKA - dziennikarka

KAZIMIERZ CZECHMESZYŃSKI - eksprezydent RP

PATRYK - asystent eksprezydenta

BOGDAN DZIADUL - opozycjonista

STEFAN DZIADUL - opozycjonista

KLAUS VON KATAMARRAN - ambasador Niemiec

ALEKSANDER CHIEROW - ambasador Rosji

SAMANTHA ADAMS - ambasador USA

MARINUS - człowiek znikąd

oraz

KAMERZYSTA i DŹWIĘKOWIEC TV

Akcja dzieje się w grudniu 2003 roku w gabinecie prezydenta RP w Pałacu Prezydenckim oraz w pubie Katakumby.

W czerwcu 2003 roku w narodowym referendum siedemdziesiąt trzy procent Polaków opowiedziało się przeciwko przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej.

Tego samego roku miało miejsce wielkie zaćmienie słońca, a wkrótce potem na niebie pojawiła się kometa. Nad Warszawą widziano również mogiłę i krzyż ognisty w obłokach. Przez następne miesiące i lata siedemnastu kolejnych premierów nie było w stanie utworzyć rządu, a w listopadzie 2003 roku przeważającą większością głosów na prezydenta RP wybrany został BARTOSZ CZOP.

Scena 1. Gabinet w Pałacu Prezydenckim

Zza dużych, ozdobnych drzwi prowadzących z gabinetu do prezydenckich antyszambrów słychać podniecone głosy przekrzykujących się dziennikarzy i elektroniczny szelest aparatów fotoreporterów. W gabinecie stoją przed drzwiami trzy wysoko postawione osoby w minorowych nastrojach. Są to: eksprezydent CZECHMESZYŃSKI, MARIA - dyskretnie elegancka szefowa kancelarii oraz PATRYK - asystent prezydenta.

CZECHMESZYŃSKI trzyma w ręku złotą figurkę orła z rozpostartymi skrzydłami, wysadzanym rubinami krzyżem na piersi i cierniową koroną na głowie.

Cała trójka najwyraźniej czeka na kogoś, kto jest jeszcze w hallu za drzwiami wśród okrzyków i fleszów.

CZECHMESZYŃSKI: (kręcąc głową z niedowierzaniem) Jak to się mogło stać?

MARIA: Głos sprzątaczki znaczy tyle samo, co głos profesora.

PATRYK: (lekko sepleniąc) Czyli mimo wszystko sukces! Demokracja działa!

CZECHMESZYŃSKI: (spoglądając na niego przeciągle) Ale co zrobiliśmy nie tak? I żeby aż do tego stopnia?

MARIA: Większość parlamentarna, rząd, a teraz jeszcze to nieszczęście!

PATRYK: Czyli, panie prezydencie, jak się zachowujemy? Wyniośle?

CZECHMESZYŃSKI: Zupełnie nie wiem. Wydawało mi się, że cywilizowanie ma sens. Wpuszczenie w obieg. Pudrowanie buntownika...

MARIA: Mam nadzieję, że pan pamięta, że się z panem nie zgadzałam, panie prezydencie?

CZECHMESZYŃSKI: Nie? To w takim razie co pani proponuje?

MARIA: To, co zawsze mówiłam: wziąć gruby kij, potężną pałę... Póki jeszcze nie jest za późno...

CZECHMESZYŃSKI: Już jest za późno. A poza tym nie ma pani racji. W końcu głosowało na niego osiemnaście milionów! Sześćdziesiąt pięć procent uprawnionych!

PATRYK: Bo była ładna pogoda.

CZECHMESZYŃSKI: (poluzowuje sobie kołnierzyk koszuli. Sapie) Nie, nie... Wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze... Tak czuję... Jak człowiek spotka się z człowiekiem oko w oko, kiedy nastąpi bezpośrednia relacja, to perspektywa ulega zmianie.

MARIA: Chciałabym, żeby pan miał rację, panie prezydencie...

CZECHMESZYŃSKI: Pamiętam, jak wręczałem order naszemu nobliście. Ściskam mu rękę, gratuluję, a on powiada: "No, nareszcie będę mógł przestać pana nienawidzić". Ja na to: "Ależ dlaczego, mistrzu? Co ja panu takiego zrobiłem?". A on: "Nic. Po prostu dotąd nie znałem pana osobiście".

MARIA: Może nienawidził pana za to, że za późno dostał ten order?

CZECHMESZYŃSKI: Czasami zastanawiam się, Marysiu, po czyjej jest pani stronie?

MARIA: (spogląda wymownie na złotego orła trzymanego przez PATRYKA) Ja bym mu nie przekazywała Godła Wolności. To jak wręczanie złodziejowi kluczyków do samochodu razem z autocasco.

CZECHMESZYŃSKI: Mimo wszystko złodziejem jeszcze nie jest! Jeśli pani ma lepszy pomysł na powitanie, chętnie posłucham.

MARIA: Wziąć grubą pałę...

PATRYK: Może by nie podawać mu ręki, panie prezydencie?

MARIA: Ten człowiek w jeden dzień potrafi zepsuć tyle, że dwa pokolenia nie zdołają tego potem naprawić!

MARIA urywa, bo tylnymi drzwiami od gabinetu wchodzi sekretarz prezydenta elekta - SZYMON NAPIERZAK, młodzieniec o szczerej twarzy i ujmującej powierzchowności. Uśmiecha się szeroko do czekających i zamyka za sobą drzwi.

SZYMON: Witam! Nazywam się Szymon Napierzak i jestem sekretarzem prezydenta. Co tak państwo stoicie? Siadajcie, siadajcie, bardzo proszę! Pan prezydent będzie z nami lada moment. Może są jakieś życzenia? Służę uprzejmie.

CZECHMESZYŃSKI robi przeczący gest dłonią. W tym momencie potężne drzwi otwierają się i wyłania się z nich prezydent elekt - BARTOSZ CZOP we własnej osobie. Jest zaczerwieniony i spocony, kołnierzyk koszuli ma rozpięty, krawat przekrzywiony. Właśnie zapina rozporek. Prezydent elekt CZOP chrząka, na jego widok siedzący wstają.

CZECHMESZYŃSKI: (przybierając stosowny ton) Niech mi będzie wolno, panie prezydencie, przekazać panu symbol prezydentury Rzeczypospolitej...

CZOP: (przerywając mu) No, już dobra, dobra! Mieliście czas, żeby się nagadać przez pięć lat. Teraz sio mi stąd! A kysz! Sio! Sio! (wymachując rękami, chce wygonić wszystkich z gabinetu)

CZECHMESZYŃSKI: (speszony) Jednak istniejąca procedura przewiduje...

CZOP: Uszy panu zatkała woskowina czy po polsku pan nie rozumie? Do widzenia się z państwem! To teraz mój gabinet! Nie zapraszałem was tutaj! Szymek, wygoń ich stąd!

SZYMON: (nieco zmieszany, uśmiecha się, przepraszająco rozkładając ręce) Jak państwo słyszeli, pan prezydent elekt za chwilę będzie bardzo zajęty...

CZECHMESZYŃSKI: (coraz bardziej speszony) Nie mieliśmy okazji poznać się osobiście. Chciałem uścisnąć dłoń... Pogratulować... W końcu obaj mamy serce po lewej stronie...

CZOP: (wykonując znany gest brania "na lewo") Zaraz, zaraz! Po lewej stronie?! Że na lewo? Od dziś już nic nie będzie "na lewo". Ukaram złodziei, co Polskę rozkradli!

CZECHMESZYŃSKI: Widzę, że chce pan kontynuować kierunek mojej prezydentury.

CZOP: Chyba rzeczywiście woskowina... Nie słyszy nic a nic. Szymek, no co z tobą jest?

SZYMON otwiera drzwi wyjściowe z salonu i z niezręcznym uśmiechem wskazuje je dawnej ekipie.

MARIA: (patrząc na CZOPA z tłumioną złością) Może by pan nie przerywał, a wysłuchał, co starszy i mądrzejszy człowiek ma panu do powiedzenia!?

CZOP: (spogląda na MARIĘ, jakby ją widział po raz pierwszy) Kobieto!? To pani mi przerywa! Opamiętaj się, kobieto! Nie przerywa się prezydentowi Rzeczypospolitej wybranemu przez naród! Pani jest źle wychowana! Wstydziłabyś się, kobieto!

MARIA: (z naciskiem) Pan prezydent chciałby tylko przekazać władzę swemu następcy...

CZOP: (poprawiając ją) Po pierwsze - były prezydent! Po drugie - łaski nie potrzebuję, bo władzę od narodu wziąłem sobie sam! Sio mnie stąd, mówię! Kadencja skończona! Koryto się urwało! Wynocha!

CZECHMESZYŃSKI, ciągle z Godłem Wolności w dłoniach i wierną świtą przy boku, mijając uśmiechającego się niepewnie SZYMONA, z godnością zmierza do drzwi. CZOP dogania go i wyrywa mu z rąk złotego orła.

CZOP: Ale figurkę zostaw! Mnie się należy i moim wyborcom! Za to, że pogonili złodziei z pałacu.

SZYMON: (zamykając za wychodzącymi drzwi, z zakłopotaniem) Życzymy miłego dnia!

CZOP: (całuje orła w krzyż na piersi i stawia go na stole, po czym z westchnieniem ulgi siada na kanapie. Nagle w wysokiej popielniczce zauważa pozostawione przez kogoś cygaro. Podnosi je ze wstrętem) Wiali, że aż cygara pozostawiali. Jak w Zaleszczykach! (próbując je zgasić, krztusi się dymem. Ze wstrętem oddaje cygaro SZYMONOWI) Wywal tego kopcia, Szymek! I daj mi jakiegoś drinka, bo się uduszę!

SZYMON gorliwie rzuca się do wypełnienia polecenia.

CZOP: (obserwuje SZYMONA ukradkiem) Przejmujesz się czymś, Szymek?

SZYMON: (podając CZOPOWI kieliszek) Nie... Przepraszam...

CZOP: Nie denerwuj się tak! To dopiero nasz pierwszy dzień!

SZYMON: (z naciskiem) Nie denerwuję się, panie prezydencie.

CZOP: Nie chciałbym, żebyś za miesiąc mnie się tu wykończył.

SZYMON: A, bo tylko tak mi trochę żal było tego starego...

CZOP: Żal? Żal! Przypomnij sobie, co oni tu nawyprawiali przez pięć lat!

SZYMON: Jasne! Jasne! Jako polityk dostał za swoje, tylko człowieka mi żal...

CZOP: (żartobliwie grozi mu palcem) Tylko mnie się tu nie rozklej! Kto ma miękkie serce, musi mieć twardą dupę! O tym se czasem, Szymek, pomyśl!

SZYMON: Jasne, panie prezydencie! To się już nie powtórzy, bo Czechmeszyński tu nie wróci.

CZOP: No, ja myślę!

Słychać pukanie do drzwi.

CZOP: Zobacz, Szymek, kogo tam diabli nadali.

SZYMON: (podchodzi do drzwi, uchyla je niezbyt szeroko, zerka przez nie i odwraca się do CZOPA) To pan premier... Wpuścić?

CZOP: Pewnie! Przecież to nasz premier! (sadowi się w fotelu za biurkiem, po czym daje znak SZYMONOWI, by zaprosił gościa)

SZYMON: (oficjalnie) Prezes Rady Ministrów pan Franciszek Ciumak.

W drzwiach staje zaanonsowany premier CIUMAK.

CIUMAK: (kłaniając się nisko) Moje uszanowanie, panie prezydencie!

CZOP: (uśmiecha się z godnością, ale długo nie wytrzymuje. Wyskakuje zza biurka, podbiega i łapie CIUMAKA w ramiona. Ściska go i całuje w oba policzki) No i widzisz, Franek?! Widzisz? Udało się! A co ja mówiłem?!

CIUMAK: Gratuluję, panie prezydencie! W imieniu rządu, swoim własnym i małżonki.

CZOP: Co się wygłupiasz, Franek! Zapomniałeś, jak mi na imię? Tu nikogo nie ma! Tylko Szymek.

CIUMAK: (odwraca się, ściska rękę SZYMONOWI i klepie go po plecach) Nie zapomniałem, tylko to jakoś tak... No, w końcu co prezydent, to prezydent!

CZOP: Dla ciebie byłem i jestem Bartosz! No, powiedz: "Witaj, Bartosz!".

CIUMAK: (chwilę uśmiecha się głupio, ale wreszcie decyduje się spełnić prośbę, wyrzucając z siebie jednym tchem) Witaj, Bartosz!

CZOP: No i bardzo dobrze! A teraz powiedz: "Czechmeszyński jest dupa!".

CIUMAK: (ociągając się) Może jednak nie... To w końcu prezydent. Były, ale zawsze...

CZOP: Co ci zależy? No to powiedz: "Pan były prezydent Czechmeszyński jest dupa!".

CIUMAK: No, nie wypada chyba... On mnie w końcu mianował...

CZOP: Nikomu łaski nie robił! Wygraliśmy wtedy wybory. No, powiedz: "Pan były prezydent Czechmeszyński jest dupa!".

CIUMAK: Nie gniewaj się, Bartosz, ale jeśli można, to wolałbym nie... Może kiedy indziej...

CZOP: (machając ręką) Miękki jesteś, Franek. A trzeba twardym być! Jak Szymek! No, Szymek! Mów!

SZYMON: Słucham?

CZOP: Nie "słucham" - tylko mów! "Czechmeszyński jest dupa!"

SZYMON: (uśmiecha się niepewnie. Patrzy to na CZOPA, to na CIUMAKA, w końcu wzrusza ramionami) A proszę bardzo: Czechmeszyński jest dupa!

W tym momencie przez drzwi w głębi gabinetu wchodzi szef kancelarii - BŁAŻEJ PAJDA. Jest cały spocony i widać, że nienajlepiej się czuje.

BŁAŻEJ: Przepraszam cię, Bartosz, ale taka mnie biegunka złapała jak nigdy. To z nerwów chyba.

CZOP: (do CIUMAKA) Zesrał się ze strachu, jak żem go mianował szefem kancelarii!

WSZYSCY, nawet BŁAŻEJ, głośno się śmieją.

CZOP: No, to teraz mamy komplet. Premier, Sejm i Prezydent! Trójca Święta!

BŁAŻEJ: (zmieniając ton na oficjalny) Sraczka sraczką, ale ja tu w innej sprawie, panie prezydencie, ambasador Niemiec czeka w przedpokoju...

CZOP: A w jakiej sprawie, bo nie zamawiałem?

SZYMON wybucha śmiechem, co bardzo się CZOPOWI podoba.

BŁAŻEJ: Złożyć hołd i coś w sprawie umowy bilateralnej dotyczącej wyspy.

CZOP: Wyspy? Wszystko jedno... (zdejmuje marynarkę i nagle - z radości albo by ukryć zdenerwowanie - wchodzi z butami na kanapę i zaczyna po niej skakać) A to dobre! Szkop czeka potulnie pod drzwiami, aż go łaskawie wpuszczę! Tak jest! Trzeba ich trzymać krótko! Przy mordzie!

Premier CIUMAK i szef kancelarii BŁAŻEJ się nie śmieją. Raczej są przerażeni.

BŁAŻEJ: Czy na pewno chcesz go przyjąć... Panie prezydencie?

CZOP: (nie przestaje skakać) Chodźta tu do mnie poskakać!

CIUMAK: Nie wiem, czy mamy czas... I czy wypada.

CZOP: (nie przerywając skakania) Jak ja, prezydent, mogę, to ty też, premier! Chono mi tu! I ty, Błażej kancelista i ty, Szymek sekretarz! Nie rozumiecie, chłopy, że teraz my tu, kruca, kręcimy lody? To polecenie służbowe! No, jazda na kanapy!

Ociągając się, trzej dostojnicy państwowi wchodzą na kanapę i zaczynają skakać. SZYMON zdejmuje buty i skacze tylko w skarpetkach.

CZOP: Frajda, co? Frajda?

SZYMON: Frajda, panie prezydencie!

BŁAŻEJ: Wielka frajda!

CZOP: A co? Nie mówiłem? Prezydent wie, co frajda! Błażej? Ile ten Krzyżak już czeka?

BŁAŻEJ: Z pół godziny.

CZOP: I niech czeka, faszysta! (niespodziewanie zeskakuje z kanapy na ziemię)

Cała trójka natychmiast idzie za jego przykładem. SZYMON wkłada buty.

CZOP: (do CIUMAKA) Franek, a może by tak ogłosić stan wyjątkowy? Rozwiązać parlament? Co myślicie? Szymek?

CIUMAK: To się chyba nie opłaca, Bartosz... Panie prezydencie... W parlamencie mamy większość, poza tym ludzie chcieliby raczej jakichś pozytywnych wiadomości...

SZYMON: (zawiązując sznurowadła) Ludzie liczą, że zaprowadzi pan porządek.

CZOP: (znudzony) Zaprowadzę. Porządek, ład i spokój. Zlikwiduję bezrobocie, przestępczość, podniosę emerytury... Na wszystko mam pomysły i niedługo to wykonam.

CIUMAK: Tak, tak! Wszyscy czekają!

CZOP: Tylko na początek chciałbym dać coś efektownego.

SZYMON: To może podpisać jakiś akt łaski?

CZOP: Akt łaski? W życiu! Dla bandytów będę bezwzględny! Chcecie w zarysie poznać mój plan walki z bandytyzmem?

CIUMAK: (zaciekawiony) Mów, panie prezydencie... Bartosz...

CZOP: Tylko zależy, ile na dziś mamy tych bandytów.

CIUMAK: Jeden telefon i zaraz wszystko wiemy!

SZYMON: Mam dzwonić?

BŁAŻEJ: Potem, Szymek, potem. Z kilkanaście tysięcy na bank.

CZOP: Mnie chodzi o takich najbardziej, no wiecie... Bandytów bardzo niebezpiecznych, w rodzaju morderca z premedytacją. Takich, co to kiedyś by się dało w łeb i spokój!

CIUMAK: Na pewno kilkuset, może z tysiąc by się uzbierało.

CZOP: (złowieszczo) Od kilkuset można by zacząć! Choćby jutro!

BŁAŻEJ: Co masz, Bartosz, na myśli? Panie prezydencie...

CZOP: (zapala się coraz bardziej. Wyraźnie widać, że jego plan to wynik godzin żmudnych przemyśleń) Bierzemy, powiedzmy, pięciuset najbardziej zagorzałych i bezbożnych bandziorów, wsadzamy ich do, powiedzmy, dwóch autobusów...

SZYMON: Do dwóch się nie zmieszczą! Potrzeba co najmniej trzech, i to piętrowych!

CZOP: No dobra, niech będzie do trzech. I tymi piętrusami wieziemy ich w ramach resocjalizacji na wycieczkę nad morze...

CIUMAK: Na razie brzmi to bardzo humanitarnie...

CZOP: A jak! Czekaj tylko... No i wieziemy ich niby nad to morze, że tam jod i inne zdrowotne pierdoły, i tak cyrklujemy, żeby przejeżdżać koło poligonu w Drawsku...

SZYMON: W Drawsku?

CZOP: (tajemniczo) W Drawsku. I to akurat w czasie manewrów...

SZYMON: Logistycznie dałoby się to zgrać, panie prezydencie.

CZOP: I się zgra. No i tam, koło tego Drawska, autobusy zrobią sobie postój na przyjęcie prowiantu. A w tym czasie umówiony dowódca poligonu przywali w tych bandziorów ze trzy SS-20. I szlus!

CIUMAK: SS-20 nie mamy już na wyposażeniu.

CZOP: No to Scudem, Pershingiem, co tam jest pod ręką! Ważne, że zniknie problem bandziorów. Nie trzeba będzie ich karmić, leczyć, resocjalizować...

BŁAŻEJ: A jak dowódca poligonu się nie zgodzi?

CZOP: (pryncypialnie) Musi. Zgodnie z rozdziałem piątym, artykuł sto trzydzieści cztery, paragraf jeden konstytucji jako najwyższy zwierzchnik sił zbrojnych RP wydam mu rozkaz!

BŁAŻEJ: Ale co na to opinia międzynarodowa? Mogą mieć nam za złe... Prawa człowieka i takie tam pierdy.

CZOP: No co ty, Błażej, takiś dzisiaj na nie? Za kogo ty mnie masz? Za Czechmeszyńskiego? Powie się, że zaszła tragiczna pomyłka, że ojej, rakieta miała polecieć tam, a poleciała owam. Że bardzo nam przykro, że ubolewamy i że to był wypadek przy pracy... U Ruskich bez przerwy się tak dzieje!

CIUMAK: (ze zrozumieniem) Friendly fire...

CZOP: Może być i fajer! Najważniejsze (otrzepuje ręce), że mamy z głowy pięciuset zbrodniarzy, złodziei, zboczeńców, pedałów... Zresztą pedalizm powinien być karany.

BŁAŻEJ: Tak myślisz, Bartosz...?

SZYMON: Przepraszam, ale pedalizm, znaczy homoseksualizm, nie jest przestępstwem.

CZOP: Pedalstwo nie jest!? Ale będzie, Szymek, będzie! Obiecałem to tysiącom zdrowych polskich rodzin i słowa dotrzymam... Ale o tym potem... No i jak podoba się wam mój plan?

BŁAŻEJ: (zamyślony) Jest to propozycja dość drastyczna...

CZOP: Ale skuteczna!

CIUMAK: Mogą być trudności z jej akceptacją przez parlament...

CZOP: No co ty, premier! Chyba mnie nie słuchałeś?! Jaki parlament?! Przecież to ma być ściśle tajne! Humanitarna wycieczka, która zakończyła się tragedią! Fatalny zbieg okoliczności!

CIUMAK: Rzeczywiście. Wszystko można zatachlować.

SZYMON: A co z kierowcami?

CZOP: Z kim?

SZYMON: No przecież te autobusy będą musieli prowadzić jacyś kierowcy. Poświęci się ich?

CZOP: No nieee! Aleś ty krwiożerczy, Szymek! Kierowcy będą wiedzieli, o co chodzi! Wyjdą se w odpowiednim czasie na siku albo kupę. Ludziom pracy włos nie może spaść z głowy.

CIUMAK: (z ulgą) A, to odetchnąłem!

SZYMON: Tylko musieliby pozamykać za sobą te autobusy na klucz, żeby tamci nie mogli wyjść.

CZOP: To jest oczywiste, ale plan, co? Podoba się?

CIUMAK: Myślę, że mając trochę czasu, można by wygenerować odpowiednie poparcie społeczne. Oczywiście ex post.

BŁAŻEJ: Bez wątpienia.

CZOP: A tobie, Szymek? Podoba się?

SZYMON w milczeniu kiwa głową.

BŁAŻEJ: To co z tym ambasadorem? Prosić?

CZOP: Nie da się tego uniknąć? O czym on chce gadać?

BŁAŻEJ: Chyba o wyspie... Są zaniepokojeni brakiem odpowiedzi.

CZOP: Dobra. Proś go. Zaraz mu tu zrobię hołd pruski!

CIUMAK: (patrząc na zegarek) To ja już chyba będę leciał. Bardzo fajnie tu u ciebie... Panie prezydencie...

BŁAŻEJ: Będzie jeszcze fajniej. W przyszłym tygodniu sprowadzę panu prezydentowi bilard!

CZOP: Nie chcę bilarda?! Wolę piłkarzyki!

CIUMAK: Moje uszanowanie i dziękuję za przyjęcie.

Premier CIUMAK kłania się nisko, a prezydent CZOP ściska go i całuje w oba policzki.

CZOP: Widzisz, Franku, do czegośmy doszli? I to nawet całkiem nieźle wygląda: premier wychodzi po poważnej debacie u prezydenta i wtedy prezydent przyjmuje ambasadora sąsiedzkiego państwa. Przecież on, ten ambasador, jest za głupi, żeby zgadnąć, że my tu głównie po kanapach skakalim!

CIUMAK: W życiu nie przyszłoby mu to do głowy, to fakt!

CZOP: (uśmiechnięty, nagle coś sobie uświadamia) Zaraz?! A jak my się z nim dogadamy? Kto umie po szwabsku?

BŁAŻEJ: On musi gadać po naszemu! Od czego jest ambasador!

CZOP: (uspokojony) No, to dawać go tutaj!

SZYMON: (niepewnie) Przyjmie go pan tak, bez marynarki?

CZOP: Bez! Żeby mu pokazać brak szacunku!

SZYMON kiwa głową i rusza, by otworzyć drzwi. Premier CIUMAK wychodzi, przepuszczając przed sobą ambasadora Niemiec - VON KATAMARRANA.

VON KATAMARRAN: (od progu) Ja gratuluję! Sukces niebywały, pan prezydent! Ja gratuluję!

CZOP: (spocony, wyciąga do niego rękę) No, umie się robić tą politykę. Co tu kryć...

VON KATAMARRAN: (stoi na środku pokoju, czekając, aż zostanie przedstawiony pozostałym, albo przynajmniej zaproszony, by usiadł) No tak. Nazywam się Klaus von Katamarran i jestem ambasadorem Republiki Federalnej Niemiec...

CZOP: (zdziwiony) A po co pan to mówi? Przecież ja to wiem! Inaczej bym pana nie wpuścił...

VON KATAMARRAN: (speszony) Ja... Naturalnie! Chciałem się przedstawić panom, bo tego pana (wskazuje na BŁAŻEJA) znam, ale ten pan (patrzy na SZYMONA) nieznany mi jest.

CZOP: Ten pan? To tylko mój sekretarz, Szymon Napierzak. Swój chłop.

SZYMON kłania się z szacunkiem, a VON KATAMARRAN podaje mu rękę.

CZOP: No, to jak już wszyscy się znają, to co, siadamy?

VON KATAMARRAN z uśmiechem kiwa głową i WSZYSCY zajmują miejsca.

VON KATAMARRAN: Naturalnie oprócz gratulacji sprowadza mnie tu jeszcze sprawa natury biznesowej, która się nazywa wyspa Uznam...

CZOP: (zniecierpliwiony) Oj, jak Boga kocham. Tylko nie Uznam! Na to będzie jeszcze czas. Jak uznam za stosowne (śmieje się z własnego żartu). Nie poganiajcie mnie, ambasador!

VON KATAMARRAN: Naturalnie, naturalnie... Szanowny Pan Kanclerz Republiki Federalnej Niemiec prosi mnie, żebym się dowiedział, nieoficjalnie, ma się rozumieć, jakie jest pana prezydenta stanowisko w tej sprawie, bo z pańskich wypowiedzi w czasie kampanii trudno było zrozumieć... Nie wynikało... A niepokoi nas, że mówi się różnie na ten temat...

CZOP: (wzdycha zrezygnowany) Dobra. Co chcesz wiedzieć, Klaus?

VON KATAMARRAN: Poprzedni prezydent praktycznie już wyspę Uznam nam sprzedał. Zresztą i tak w większej części już do nas należała. Zapomniał jednak podpisać kontrakt. Chcemy tam luksusowy kurort urządzić, w rodzaju tego, co mamy w Sylt nad Morzem Północnym. Strona polska czerpałaby część zysków. Moje pytanie następujące jest: Kiedy pan prezydent podpisać kontrakt zechce? Strona niemiecka już są gotowi, czekamy tylko podpisać drogi pan prezydent Czop...

CZOP: Mój podpis? To drobiazg.

VON KATAMARRAN: (uradowany) Wirklich? Drobiazg?

CZOP: (śmiejąc się) Drobiazg. Mam krótkie nazwisko.

VON KATAMARRAN: (pojmuje żart i również zaczyna się śmiać) Gott sei dank! Bo to różnie ludzie mówią...

CZOP: Ale mam jeden warunek...

VON KATAMARRAN: Ja wiem! Ja wiem! Żeby projekt robiony był polską siłą roboczą. Wszystko załatwione. Robotnik polski arbeitet! Już!

CZOP: Nie przerywaj i słuchaj pan! Nic pan nie wie!

VON KATAMARRAN: Nie wiem? To słucham...

CZOP: Jesteśmy sojusznikami, tak?

VON KATAMARRAN: No tak. Bardzo. W NATO.

CZOP: Przyjaciółmi?

VON KATAMARRAN: Oczywiście! Freunde. Sąsiadami! Bardzo.

CZOP: Na śmierć i życie?

VON KATAMARRAN: Jawohl!

CZOP: A jak przyjaciel, sąsiad, drugiemu zrobi coś bardzo brzydkiego?

VON KATAMARRAN: Brzydkiego? Przyjaciel? Chyba że niechcący?

CZOP: No... Powiedzmy nawet, że niechcący... To co powinien zrobić?

VON KATAMARRAN: Przeprosić?

CZOP: Tak. Przeprosić. I jeszcze co?

VON KATAMARRAN: Naprawić winę...?

CZOP: Właśnie. Naprawić, czyli odkupić winę albo szkodę. Jak szybko powinien naprawić szkodę?

VON KATAMARRAN: No, jak najszybciej się da!

CZOP: Natychmiast?

VON KATAMARRAN: Tak, tak! Sofort! Natychmiast! Bardzo!

Wchodzi SZYMON, wnosząc na tacy dwa drinki. Stawia je przed rozmawiającymi. VON KATAMARRAN i CZOP biorą kieliszki.

VON KATAMARRAN: Dziękuję bardzo.

CZOP: No to na co, Klaus, czekasz?

VON KATAMARRAN: (podnosząc kieliszek) Prosit!

CZOP: Klaus, przyjacielu z NATO, który wyrządziłeś mi krzywdę, na co jeszcze czekasz?

VON KATAMARRAN: (zmieszany) Nie rozumiem?

CZOP: Kiedy zamierzasz odbudować nam Warszawę?!

VON KATAMARRAN: (oszołomiony) Wie bitte? Co proszę?

CZOP: To, że twoi koledzy swego czasu zburzyli nam Warschau!

VON KATAMARRAN: Moi koledzy zburzyli Warschau...?!

CZOP: (rozglądając się po kolegach) A co? Może moi?

VON KATAMARRAN: To nie tak!

CZOP: Nie tak? To może sama się rozleciała?

VON KATAMARRAN: Co pan prezydent? Co pan? Ja nie mam nic wspólnego. Urodzony w pięćdziesiątym piątym jestem!

CZOP: To dobrze. Czyli jesteś w pełni sił i teraz masz strasznie dobry powód, Klaus, żeby ją odbudować. Inaczej z koncepcji wyspa Uznam - nici!

VON KATAMARRAN: Ale Willy Brandt przeprosił! W latach sześćdziesiątych zapłaciliśmy sto milionów marek. I dziś też płacimy odszkodowania! Reparacje...!

CZOP: (patrzy na VON KATAMARRANA z pobłażliwą pogardą) Odszkodowania?! Dwa i pół tysiąca euro za pocztowca gdańskiego? No, Klaus, bez jaj! Nie rozśmieszaj mnie! Dwa i pół tysiąca euro!? To jak nie będę miał ci wydać reszty z trzech tysięcy, to zastrzelę ci dziadka albo chociaż psa, tak? Tak, Klaus? Zastanów się!

VON KATAMARRAN: (chłodno) Muszę ostrzec, że pańskie demarche ma znamiona obraza międzynarodowa. Muszę natychmiast powiadomić Berlin!

CZOP: (ironicznie) Kancelarię Rzeszy?!

VON KATAMARRAN: (z coraz większym niedowierzaniem patrzy na prezydenta CZOPA, oburzony) Das ist eine Frechheit! Auf Wiedersehen, Herr President!

CZOP: Heil Hitler!

VON KATAMARRAN, czerwony jak burak, wychodzi z gabinetu, trzaskając drzwiami. Szef kancelarii, BŁAŻEJ, nie może powstrzymać się od śmiechu.

BŁAŻEJ: Aleś mu, Bartosz, powiedział.

CZOP: Niech wie, że ja to nie Czechmeszyński! Koniec z lizaniem dupy! Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz! (podchodzi do barku i nalewa sobie kieliszek wódki)

BŁAŻEJ: A Ruski?

CZOP: Co Ruski?

BŁAŻEJ: Bo ruski ambasador też czeka.

CZOP: Ruski też nie będzie pluł! Ale, ale (po chwili zadumy)! A czemu to Amerykańce nie przyszli z hołdem?

BŁAŻEJ: Właśnie zmienili ambasadora. Nowy nie zdążył przylecieć.

CZOP: Aha. A już myślałem, że się obraził albo co.

BŁAŻEJ: Co ty, Bartosz, oni się nigdy nie obrażają! Kultura u nich taka. Atlantycka.

CZOP: To się jeszcze zobaczy, która kultura lepsza! Atlantycka czy bałtycka!

BŁAŻEJ: To co z tym kacapem? Dawać go?

CZOP: (wypijając wódkę) Dawaj go, zaborcę! Dawaj! Póki jestem rozgrzany!

BŁAŻEJ wychodzi.

SZYMON: (nieśmiało) Tylko może...

CZOP: Tylko może co, Szymek?

SZYMON: Gdyby pan prezydent może oględniej... Żeby nie drażnić niedźwiedzia...

CZOP: Pamiętaj, Szymek, że to niedźwiedź na glinianych nogach... Zaborca w mordę kopany!

Wchodzi BŁAŻEJ, a wraz z nim ambasador Rosji CHIEROW z koszykiem. Na widok CZOPA uśmiecha się nieszczerze i rozkłada ramiona.

CHIEROW: Nu, Bartosz, maładiec! Dzień dobryj! (rzuca się na CZOPA i chce go całować)

CZOP: (odpycha go spokojnie, ale stanowczo. Udaje, że przegląda jakieś papiery. Chłodno) Sie masz, Sasza. Mów szybko, o co chodzi, bo nie mam czasu.

CHIEROW: Oj, Bartosz niecharoszyj. A ja tiebie podarok przynios!

CZOP: A na chuj mnie twój podarek, Sasza?

CHIEROW: Wied my druzja, tak czy nie?

CZOP: Może i druzja, i co z tego?

CHIEROW: To, że ty teraz prezydent i ja chaczu złożyć tobie pakłon.

CZOP: No to składaj pokłon i co dalej, Sasza?

CHIEROW: (wyciąga z kosza butelkę wódki) Wypijem co, Bartosz?! Za drużbu!

CZOP: Co ty, ochujałeś, Sasza?! Gorzałkę mi przynosisz, żeby spić prezydenta Najświętszej Rzeczypospolitej na służbie?

CHIEROW: Na kakoj jeszcze służbie?

CZOP: Jak to jakiej!? Narodu! O co ci chodzi? Streszczaj się! I zapamiętaj sobie - nigdy nie piję wódki!

CHIEROW: (demonstracyjnie chowa butelkę wódki do papierowej torby. Zmienia ton na oficjalny) Okiej, jeśli ty tak sa mnoju... Ja przyszedł, sztoby pan prezydient dał bumagu na ten korytarz, co obieszczał.

CZOP: Jaki korytarz! Sam żeś obeszczał korytarz! O czym ty mówisz?!

CHIEROW: Umowa była, prawda? Dagawor! Staniesz prezydientom, pozwolisz na koridor iż Kaliningrada czerez Polszu?

CZOP: Jaki dagawor? Co ty bredzisz, ambasador!

CHIEROW: Nu, pieniondze my dali na twaju kampaniu!

CZOP: Byliście nam winni, to dobrze, że oddaliście.

CHIEROW: Niszto nie byli wam winni.

CZOP: Byliście winni za całą naszą historię od trzystu lat! Za Katyń, za Wilno, za Lwów, za powstania, za zabory! Co, nie?!

CHIEROW: Pieniondze byli za korydor. Takoj dogawor był!

CZOP: Nie dam ci żadnego korydora, ty capie! Już Hitler chciał korydor i nie dostał! Myślisz, że tobie dam?

CHIEROW: Ładna. Tylko priedupreżdaju, szto mój prezydient budzjet bardzo niezadowolony.

CZOP: Twój prezydent może mnie w dupę pocałować. Jesteśmy w NATO.

CHIEROW: Tak się nie robi, Bartosz!

CZOP: Nie robi? A siedemnasty września? A nóż w plecy? To było fajnie? Tak się robi?

CHIEROW: To był Sowieckij Sajuz, my teraz Rasija.

CZOP: Dla mnie jeden chuj, rozumiesz, Sasza?! I do widzenia się z tobą. Nie nachodź mnie więcej.

CHIEROW: (przygląda się CZOPOWI z uśmiechem, w którym nie da się wyczytać nic dobrego) To bardzo płocho, pan prezydent! To srywajet nasze otnoszenija państwowe.

CZOP: Niech srywajet! Wiesz, jak się mój naród ucieszy!?

CHIEROW: (kipi z wściekłości, ale dyplomatyczna szkoła bierze górę. Skłania się lekko. Z sarkazmem) Bardzo dziękuję, pan prezydent. Wy oczeń błagadarnyj! (wychodzi)

BŁAŻEJ: Aleś mu dowalił, Bartosz!

CZOP: A co!? Nie będzie mi tu zaborca dyktować! Jak ja lubię być tym prezydentem!

Scena 2. Katakumby

Katakumby to ulokowany w piwnicy pub. Przy stoliku zebrała się tu niewielka grupa opozycji: była szefowa kancelarii - MARIA, eksprezydent CZECHMESZYŃSKI, PATRYK oraz nieznany dotąd niezbyt wysoki dżentelmen o sprytnym oczku - STEFAN DZIADUL. Siedzą nad filiżankami z wypitą już kawą i kiwają w milczeniu głowami. Jasne jest, że już wiele razy wałkowali ten temat, ale nie mają pomysłu na inny.

PATRYK: A notowania?

STEFAN DZIADUL: (czytając z gazety) Czop - siedemdziesiąt osiem procent poparcia.

MARIA: Powinni go aresztować, zanim został prezydentem.

PATRYK: Ba!

MARIA: (sarkastycznie do eksprezydenta) Ale nie! Chciał pan być Kazimierzem Sprawiedliwym, ludzkim panem! Wybaczać błędy, podawać rękę, przymykać oczy, cywilizować. No, to teraz mamy Frankensteina...

PATRYK: W zasadzie to Frankenstein był szalonym naukowcem, który stworzył monstrum. Samo monstrum nie miało nazwiska.

MARIA: To dziś ma! Nazywa się Czop!

CZECHMESZYŃSKI: A co?! Mieliśmy go zrobić więźniem politycznym? Męczennikiem?

MARIA: A co w tym złego?! Zresztą można go było posadzić za nieopłacone podatki albo za jazdę po pijanemu.

STEFAN DZIADUL: Za to to trzeba by posadzić pół parlamentu!

MARIA: Ale nie naszą połowę.

CZECHMESZYŃSKI: (coraz bardziej rozeźlony) Dobrze, dziś wiemy, że to był błąd! No i co to zmienia?

PATRYK: Golem! Tu raczej mamy do czynienia z golemem!

MARIA: (zniecierpliwiona) Czy to klasyczne wykształcenie nie męczy cię czasem, Patryk?

CZECHMESZYŃSKI: To wszystko przez media. Traktowały go za poważnie. Z zachwytem. Jak gwiazdę futbolu.

MARIA: Trzeba go było aresztować przy pierwszym złamaniu prawa!

PATRYK: Podobno już pierwszego dnia urzędowania obraził ambasadorów Niemiec i Rosji...

MARIA: A ten rakietowy atak pod Drawskiem? Ten niby wypadek?

PATRYK: W sumie sprytnie! Za jednym zamachem pozbyć się ośmiuset czterdziestu sześciu najcięższych przestępców...

MARIA: No nie, Patryk! Na miłość boską! To w końcu jednak byli ludzie!

PATRYK: No niby tak. Ale w sumie to szczęście w nieszczęściu.

CZECHMESZYŃSKI: Trzeba mieć tylko nadzieję, że sądy się nie pomyliły i rzeczywiście byli to zbrodniarze.

STEFAN DZIADUL: (z zainteresowaniem) Wy mówicie serio?! Że to w Drawsku to on? Nie no, chwila! W to nigdy nie uwierzę! Taki cwany to on nie jest!

PATRYK: (patrzy przez chwilę na STEFANA DZIADULA, zastanawiając się) Przepraszam... Nie obraź się, stary, ale... Ty chyba jesteś Stefan, tak? Czy Bogdan?

STEFAN DZIADUL: Stefan Dziadul.

PATRYK: No właśnie. Bo nigdy nie mogę was odróżnić. Nawet jak jesteście razem...

STEFAN DZIADUL: Mój brat, Bogdan Dziadul, jest chory.

PATRYK: No tak! Jak Bogdan jest chory, to ty jesteś Stefan!

STEFAN DZIADUL: Można spróbować postawić go przed Trybunałem Stanu za naruszenie konstytucji...

MARIA: Wtedy obowiązki prezydenta przejmie marszałek sejmu. Taki sam menel z tej samej bandy! Konstytucyjnie nie da się go... ich... pokonać.

CZECHMESZYŃSKI: To co proponuje pani biednemu krajowi? Zamach stanu?

MARIA: Ba! Ale z kim go zrobić?

STEFAN DZIADUL: Zamach stanu?! No sorry, Marysiu, ale moja partia tego nie poprze!

PATRYK: Ani moja!

CZECHMESZYŃSKI: Właśnie! Co na to powie Europa?

MARIA: Do bani z taką opozycją! A Europa ciągle jeszcze nie doszła do siebie po tym, jak się na nią wypięliśmy.

STEFAN DZIADUL: To akurat dobrze się stało. Chcieli nas wykorzystać i figa z makiem!

PATRYK: Kto kogo chciał wykorzystać? Trzeba się było cieszyć, że się na nas nie poznali i nas chcą! Ale te barany jak wy głosowały przeciw!

DZIADUL: Przeciw Europie nihilistów.

MARIA: (do DZIADULA) No i jak my możemy coś razem zdziałać, Bogdan?

STEFAN DZIADUL: (poprawiając ją) Stefan. Słuchajcie, chodzą plotki, że Czop to agenciak.

MARIA: Agenciak?

STEFAN DZIADUL: Agenciak.

MARIA: Czyj agenciak?

STEFAN DZIADUL: NKWD.

MARIA: Co ty opowiadasz, Bogdan?

PATRYK: (ironicznym szeptem) Bogdan jest chory! To jest Stefan!

MARIA: Co ty opowiadasz, Stefan! NKWD rozwiązali w czterdziestym szóstym!

STEFAN DZIADUL: No to KGB, GRU czy jak mu tam dziś! Ważne, że za nim stoją Ruscy. Dali mu pieniądze na kampanię wyborczą.

PATRYK: Ale jak - Ruscy?! Czop siedział w azbeście, w Chicago! Osiem lat!

MARIA: Jak mogliby do niego dotrzeć?

STEFAN DZIADUL: A co, mieli dojść do niego z Moskwy? Wtedy wszystko byłoby jasne. Dla niepoznaki dotarli do niego przez swoje agendy w Chicago.

Zapada chwila milczenia.

MARIA: To bzdura!

STEFAN DZIADUL: Bzdura? A z czego by się finansował? Z roli? Z ojcowizny?

MARIA: Dotacje, składki. Taki typowy trybun ludowy. Jak, nie przymierzając, Danton.

PATRYK: Danton przynajmniej skończył prawo!

MARIA: Myślisz, że nikogo się nie boi, bo ma za sobą Rosję? Ale Rosja dziś nic nie może!

STEFAN DZIADUL: Ho, ho!

PATRYK: Poza tym Czop strasznie obraził tego Chierowa, ruskiego ambasadora.

STEFAN DZIADUL: Obraził, żeby nikt go nie podejrzewał, że jest agenciakiem. No bo komu jest na rękę, że Czop robi to, co robi?

CZECHMESZYŃSKI: Niby że co robi?

PATRYK: Destabilizuje nasz kraj pośrodku europejskich struktur!

Przez chwilę panuje pełna zastanowienia cisza.

MARIA: Komu to na rękę? No, najbardziej to chyba jemu samemu.

WSZYSCY milczą. Wreszcie DZIADUL daje odpowiedź.

STEFAN DZIADUL: Światowemu terroryzmowi!

MARIA: No, tutaj toś, Bogdan, przesadził!

STEFAN DZIADUL: (pobłażliwie) Przesadził? A co wy tak naprawdę o nim wiecie?

Pytanie zawisa w próżni.

MARIA: (po chwili, jakby dla uporządkowania pamięci, wymienia cechy osobowości CZOPA) No, pięćdziesiąt pięć lat, wykształcenie podstawowe, żona, troje dzieci, nie pije, nie pali, katolik, antysemita...

PATRYK: ...macho, szowinista, jednym słowem - typowy Polak. Jak sześćdziesiąt pięć procent naszych rodaków, którzy na niego głosowali.

STEFAN DZIADUL: (uśmiecha się z politowaniem) Tak jest! I z tego, co mówisz, Marysiu, wynika, że bardziej nam po drodze do talibów niż do Belgów.

MARIA: Oj, zostaw! To demagogia...

STEFAN DZIADUL: (uśmiecha się tajemniczo) To jest twardszy czop do zgryzienia, niż nam się wydaje.

MARIA: To wiemy, i co z tego?

STEFAN DZIADUL: Osobiście wierzę, że nie wszyscy w tym kraju zgłupieli.

PATRYK: Optymista!

STEFAN DZIADUL: Myślisz, że wszyscy kupili hasło: "Jedzcie gówno - miliony much nie mogą się mylić!?".

MARIA: Nigdy nie przypuszczałam, że tak nisko upadniemy.

CZECHMESZYŃSKI: Poczekajmy, to dopiero miesiąc...

PATRYK: Proszę państwa! Wyluzujmy się, to jest tylko Polska! Tu nic nigdy nie będzie do końca udane. Ale na szczęście z tego samego powodu nic nie będzie do końca złe! To nasza specjalność!

STEFAN DZIADUL: Miejmy nadzieję, że masz rację...

MARIA: A stan wojenny?

STEFAN DZIADUL: A co, udany był? Nie żartuj, Marysiu. Stany wojenne to są w Argentynie albo w Chile... U nas to było dziadostwo!

MARIA: Nie przesadzaj, Stefan, nie było tak źle...

PATRYK: I o to chodzi - "Nie było tak źle". A powinno być bardzo źle! Było za dobrze - czyli źle! Bo my nic nie potrafimy zrobić do końca! Nic dobrego, niestety, i nic złego - na szczęście.

MARIA: Obyś się nie mylił. Oby on nie był pierwszym, który coś zrobi do końca...

STEFAN DZIADUL: Jestem pewien, że ktoś za nim stoi.

MARIA: Stefan, ta twoja spiskowa teoria dziejów!

CZECHMESZYŃSKI: Ale kto? Gdybyśmy wiedzieli, można by jakoś to zneutralizować.

STEFAN DZIADUL: Boję się, że to może być jakaś ETA, IRA, Żyrinowski czy Al-Ka'ida.

CZECHMESZYŃSKI: Naprawdę?

MARIA: Przesadzasz, Boguś. Jak zwykle.

PATRYK: Niemożliwe! Czop nie zna języków.

STEFAN DZIADUL: Trzeba go sprowokować?

MARIA: Co masz na myśli?

STEFAN DZIADUL: Bogdan Dziadul ma pewien pomysł, tylko musi wyzdrowieć. Może polecę mu kupić antybiotyk...

Scena 3. Pałac Prezydencki

CZOP w samej koszuli i czerwonych szelkach zapamiętale gra z SZYMONEM w piłkarzyki. Nagle drzwi bezszelestnie się otwierają i staje w nich szef kancelarii - BŁAŻEJ.

BŁAŻEJ: (chrząkając) Bartosz... Panie prezydencie... Masz pan gościa.

CZOP: Zaraz, kochany... Teraz nie mogę, bo wygrywam!

SZYMON: (tymczasem udaje mu się strzelić gola) Remis! Siedem do siedmiu!

CZOP: To się nie liczy! Zagadał mnie szef kancelarii!

SZYMON: Jak to się nie liczy?! Uczciwy gol padł! Jest remis!

CZOP: Nie liczy się, nie liczy. Poza tym podkręcałeś!

BŁAŻEJ: To co? Dawać tu tę dupę, laseczkę, czy nie?

CZOP: (na dźwięk słowa "dupa" przerywa grę) To jest kobita?

BŁAŻEJ: No. Można powiedzieć, że dziewczyna nawet.

CZOP: Ładna?

BŁAŻEJ: Można powiedzieć, że tak...

CZOP: To dawaj ją! A my, Szymek, dokończymy mecza później.

SZYMON: Od stanu siedem do siedmiu!

CZOP: Od stanu siedem do sześciu dla prezydenta!

SZYMON: Gol padł prawidłowo!

CZOP: (do SZYMONA) Cicho mnie teraz! (do BŁAŻEJA) Dawaj ją tutaj! (poprawia zwichrzone włosy, wkłada marynarkę i siada w fotelu za okazałym biurkiem)

BŁAŻEJ znika za drzwiami i po chwili wraca, wprowadzając DZIENNIKARKĘ, młodą i bardzo ładną dwudziestokilkuletnią dziewczynę w mini, z reporterskim magnetofonem na ramieniu. CZOP na jej widok wstaje dostojnie i skinieniem ręki wskazuje krzesło przed biurkiem. DZIENNIKARKA uśmiecha się na powitanie i podchodzi do krzesła. Siada. CZOP zauważa z niechęcią, że BŁAŻEJ i SZYMON rozsiadają się wygodnie na kanapie w oczekiwaniu na to, co się będzie działo.

CZOP: Coście się tak porozsiadali?! To jest rozmowa pomiędzy mną a panią...

DZIENNIKARKA: Nazywam się Karolina Brzezińska.

CZOP: Właśnie... Brzezińska. Tak się nazywa ta pani. Dziękuję wam. Jak będzie trzeba, zadzwonię po was.

SZYMON i BŁAŻEJ z nieukrywanym rozczarowaniem opuszczają pokój.

CZOP: Czy pani jest spokrewniona ze Zbigniewem?

KAROLINA: Zbigniewem?

CZOP: Zbigniewem... No, z Ameryki... Brzezińskim.

KAROLINA: Nie. Brzeziński to dość popularne nazwisko.

CZOP: Popularne? A w takim razie - co panią do mnie sprowadza?

KAROLINA: Minął już miesiąc od rozpoczęcia pańskiej prezydentury. Słuchacze naszego radia bardzo chcieliby poznać pańskie odpowiedzi na kilka pytań...

CZOP: Słuchacze waszego radia mają szczęście, że reprezentują ich taaakie nogi!

KAROLINA: (uśmiecha się raczej z grzeczności) "Taaakie nogi" będą szczęśliwe, mogąc zadać pierwsze pytanie.

CZOP: (bez zażenowania taksuje dziewczynę) No... Słucham, słucham?

KAROLINA: Podobno ma pan odpowiedzi na wszystkie pytania.

CZOP: A czy to źle, jak ktoś się zna na sprawowaniu władzy?

KAROLINA: Czy to prawda, że chciałby pan przywrócić karę śmierci?

CZOP: Nie tylko ja. Siedemdziesiąt pięć procent Polaków tego pragnie i ja im to umożliwię. I to niedługo. A od siebie mogę dodać rodakom, że będzie to kara śmierci publiczna.