Odrzucona nota
Ostry dzwonek telefonu. Jeden, drugi, trzeci... Pełniący nocny dyżur
radca Ignacy Jankowski podniósł słuchawkę.
- Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej - powiedział.
- Tu sekretariat towarzysza Potiomkina. Chciałbym mówić z ambasadorem.
- O tej porze?
- Tak, to bardzo pilne.
- Chwileczkę, zaraz go obudzę.
Wyrwany z pierwszego snu ambasador Wacław Grzybowski spojrzał na zegar.
Była 2.15. Co się stało? - pomyślał. - Czego oni mogą tak nagle chcieć?
- Słucham.
- Tu sekretariat towarzysza Potiomkina. Komisarz ma powiadomić was o ważnym oświadczeniu naszego rządu. Czy możecie przyjechać do niego o godzinie trzeciej?
- Tak. Mogę się co najwyżej kilka minut spóźnić.
- W porządku, przekażę.
Grzybowski, 52-letni, wysoki, szczupły mężczyzna o lekko siwiejących
skroniach, zastanawiał się chwilę, jaki strój przewiduje etykieta na tę
nietypową porę: już nie wieczór, a jeszcze nie rano. Zdecydował się na
tużurek, ten najbardziej wszechstronny ubiór wszystkich dyplomatów.
Polecił zbudzić kierowcę, przygotować samochód, a Jankowskiemu
powiedział, że będzie mu potrzebny wraz z attaché wojskowym pułkownikiem
Stefanem Brzeszczyńskim i oficerem szyfrowym na godzinę czwartą.
Pełniący służbę przy bramie ambasady milicjant spojrzał na wyjeżdżający
samochód, zasalutował i, najwyraźniej zaskoczony, pobiegł do telefonu.
Ambasador uśmiechnął się: po raz pierwszy od czasu objęcia placówki w Moskwie będzie jechał bez zwykłej "obstawy"...
Był przygotowany na złe wiadomości. Przez kilka ostatnich dni ukazywały
się w "Prawdzie" i "Izwiestiach" artykuły gwałtownie atakujące Polskę z powodu jej polityki w stosunku do Białorusinów i Ukraińców. Ten sam
temat podjęły rozgłośnie radiowe. Podawano równocześnie przypadki
naruszeń granicy przez polskie samoloty wojskowe. W zestawieniu z poufnymi wiadomościami o zakrojonej na szeroką skalę mobilizacji
ambasador miał podstawy do przypuszczeń, że pod takim czy innym
pretekstem nastąpić może wypowiedzenie polsko-sowieckiego paktu o nieagresji. Rzeczywistość miała się okazać o wiele gorsza.
W siedzibie Ludowego Komisariatu Spraw Zagranicznych oczekiwał już I zastępca komisarza, Władimir Potiomkin, który po kilku słowach
oficjalnego powitania odczytał przybyłemu tekst noty podpisanej przez
przewodniczącego rady Komisarzy Ludowych Wiaczesława Mołotowa. Brzmiała
ona:
"Wojna polsko-niemiecka ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa
polskiego. W ciągu 10 dni działań wojennych Polska utraciła wszystkie
swoje ośrodki przemysłowe i kulturalne. Warszawa nie jest już stolicą
Polski. Rząd polski jest w rozkładzie i nie okazuje żadnych oznak
żywotności. Oznacza to, że państwo polskie i jego rząd przestały
istnieć. Dlatego też układy zawarte między ZSRS a Polską straciły swą
ważność.
Pozbawiona kierownictwa Polska stała się dogodnym polem dla wszelkiego
rodzaju przypadków i niespodzianek, które mogą stanowić zagrożenie ZSRS.
Z tych powodów rząd sowiecki, który dotychczas pozostawał neutralny, nie
może dłużej zachowywać tej postawy wobec takiej rzeczywistości. Rząd
sowiecki nie może dłużej obojętnie patrzeć na to, że pokrewne mu narody
ukraiński i białoruski, które żyją na terytorium Polski, zostały
pozostawione swemu losowi.
W tych okolicznościach rząd sowiecki nakazał dowództwu Armii Czerwonej
wydać wojskom rozkaz przekroczenia granicy w celu wzięcia w obronę życia
i mienia ludności zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi.
Równocześnie rząd sowiecki oświadcza, iż gotów jest użyć wszelkich
środków, aby wywikłać naród polski z nieszczęsnej wojny, w którą został
on wciągnięty przez swoich nierozumnych kierowników, i zapewnić mu
warunki spokojnego życia".
Gdy skończył, ambasador odpowiedział mu po chwilowym namyśle:
- Odmawiam przyjęcia do wiadomości treści tej noty i przekazania jej
mojemu rządowi. Wyrażam najbardziej kategoryczny protest przeciwko jej
treści i formie. Jest to jednostronne zerwanie istniejących i wiążących
obydwa państwa układów, a w szczególności zawartego w lipcu tysiąc
dziewięćset trzydziestego drugiego roku paktu o nieagresji, którego
ważność wygasa dopiero z końcem tysiąc dziewięćset czterdziestego
piątego roku. Żaden z argumentów, zmierzających najwidoczniej do
potraktowania tych układów jako świstka papieru, nie wytrzymuje krytyki.
Mam zupełnie pewne i aktualne informacje, że głowa państwa polskiego i jego rząd znajdują się na terytorium Rzeczypospolitej. Funkcjonowanie
rządu jest z natury rzeczy ograniczone w wyniku trwającej wojny, ale nie
to jest w tej chwili najistotniejsze. Suwerenność państwa istnieje tak
długo, dopóki walczy jego wojsko, a nie będzie pan chyba utrzymywał, że
armia polska już się nie bije...
Grzybowski nie zgodził się również z przedstawioną mu oceną położenia
mniejszości narodowych. Stwierdził, że ta ludność czynnie udowodniła
swoją solidarność z Polską w jej wojnie przeciwko Niemcom. Wspomniał o formowanym legionie czeskim, który także przyłączył się do tej walki.
- Wielokrotnie w naszych rozmowach apelował pan do słowiańskiej
solidarności - mówił. - W świetle tych faktów chciałbym zapytać: a gdzie
jest wasza słowiańska solidarność? Podczas wielkiej wojny terytoria
Serbii i Belgii były okupowane, lecz nikomu do głowy nie przyszło, aby z tego powodu uznawać układy z tymi państwami za nieistniejące. Napoleon
był kiedyś w Moskwie, lecz tak długo, jak istniała i walczyła armia
Kutuzowa, uważano, że Rosja nie upadła.
- Panie ambasadorze - przerwał Potiomkin - weźmie pan na siebie ciężką
odpowiedzialność przed historią w razie nieprzyjęcia dokumentu tak
wielkiej wagi. Chciałbym ponadto dodać, że rząd sowiecki nie ma już w Polsce swego przedstawiciela, a w związku z tym tylko tą drogą, za pana
pośrednictwem, możemy zakomunikować rządowi polskiemu powziętą decyzję.
- Gdybym zgodził się na przekazanie tej noty swojemu rządowi, byłoby to
dowodem braku szacunku nie tylko dla niego, lecz także dla rządu
sowieckiego - odparł Grzybowski. - Mam oczywiście obowiązek
poinformowania mojego rządu o agresji, prawdopodobnie już popełnionej,
ale niczego więcej nie zrobię. Mam również nadzieję, że wasz rząd mimo
wszystko powstrzyma Armię Czerwoną od zbrojnego najazdu, gdy nasze
wojska nadal stawiają opór Niemcom, walczą w obronie ojczyzny.
- Najwidoczniej nie bierze pan pod uwagę krytycznego położenia i niemożności zahamowania niemieckiego naporu. Na podstawie własnych
źródeł informacji rząd sowiecki doszedł do przekonania, że wojska
niemieckie nieuchronnie dojdą do granic ZSRS.
- Ale nawet najbardziej pesymistyczne oceny położenia wojskowego nie
mogą zwolnić waszego rządu z dwustronnie podpisanych umów i zobowiązań.
Wojna dopiero się zaczyna, nie można wykluczyć, że posuwanie się Niemców
w głąb Polski będzie im przysparzać rosnących trudności. Proszę sobie
przypomnieć rok tysiąc osiemset dwunasty...
- No cóż, wobec stanowiska, jakie pan zajął, muszę całą sprawę
przedyskutować z moim rządem.
- Proszę bardzo, poczekam.
Oczekiwanie trwało do godziny 4.30. Potiomkin wrócił do swego gabinetu z posępną miną i oświadczył:
- Przekazałem swoim zwierzchnikom z jak największą dokładnością
wszystko, co mi pan powiedział. Rząd sowiecki nie może jednak zmienić
raz powziętej decyzji.
- Wobec tego ja także pozostanę przy tym, co oznajmiłem. Mogę jedynie
poinformować swój rząd o fakcie agresji. Żegnam.
Grzybowski nie przyjął zatem noty, zachował własny pogląd na bieg
wydarzeń i po powrocie do ambasady, wkrótce po godzinie 5.00 nadał
radiogram do urzędującego na Pokuciu ministra spraw zagranicznych Józefa
Becka, który zapoznał się z jego treścią około godziny 11.00. W ambasadzie tymczasem odbyła się narada. Zebrani jednogłośnie
stwierdzili, że wskutek nowej sytuacji, zaskakującej dla strony
polskiej, należy niezwłocznie zażądać wiz wyjazdowych. Dalszy pobyt
personelu ambasady w Moskwie stawał się bezcelowy, mogły natomiast
wystąpić nieprzewidziane komplikacje, utrudniające wyjazd do Polski.
Jak doszło do tych dramatycznych, brzemiennych w następstwa wydarzeń
pamiętnego dnia 17 września 1939 roku?
Strategicznym, dalekosiężnym celem Adolfa Hitlera jako przywódcy III
Rzeszy było zdobycie dla narodu niemieckiego wystarczającej - w jego
mniemaniu - przestrzeni życiowej. Dał temu wyraz w książce "Mein Kampf",
będącej swego rodzaju biblią ruchu narodowosocjalistycznego, i głosił
ten pogląd przy innych okazjach, szermując hasłem "naprawy krzywd
traktatu wersalskiego". Od sloganów i pogróżek przeszedł wreszcie do
czynów.
Po wchłonięciu Austrii i rozwiązaniu za zgodą mocarstw zachodnich
"problemu sudeckiego", już od jesieni 1938 roku skierował swój wzrok na
Polskę, licząc początkowo na jej ustępstwa w kwestii Gdańska i eksterytorialnej arterii komunikacyjnej na Pomorzu. Gdy w maju 1939
roku, po kilku wcześniejszych sondażach, otrzymał wyrażoną przez
ministra Becka kategoryczną odpowiedź odmowną, zdecydował się na
rozstrzygnięcie zbrojne. Hitler nie miał złudzeń, że tym razem nie
dojdzie do powtórzenia "wariantu czeskiego" - bezkrwawej aneksji,
zapoczątkowanej na mocy układu monachijskiego. Postanowił zatem
odizolować Polskę nie tylko od jej zachodnich sprzymierzeńców, lecz
także od Wschodu. Nie chciał zwłaszcza dopuścić do utworzenia koalicji
swych głównych przeciwników z udziałem Związku Sowieckiego, co mogło
postawić Niemcy w obliczu wojny na dwa fronty.
Zamierzony zwrot w zdecydowanie dotychczas antykomunistycznej polityce
III Rzeszy trafił - jak miało się niebawem okazać - na podatny grunt. Od
czasu układu monachijskiego spoglądano na Francję i Wielką Brytanię z podejrzliwością, nie wierząc ani w szczerość deklarowanej przez te
mocarstwa chęci powstrzymania niemieckiej ekspansji, ani też w skuteczność stosowanych w tym celu metod postępowania. Przemawiając na
XVIII Zjeździe Partii Komunistycznej w maju 1939 roku, sowiecki dyktator
Józef Stalin oświadczył, że ZSRS jest zwolennikiem wzmocnienia stosunków
ze wszystkimi państwami na zasadzie wzajemnego poszanowania interesów i nie da się wciągnąć w konflikty przez "podżegaczy wojennych, którzy
przywykli do tego, by inni wyciągali za nich kasztany z ognia". W całym
jego wystąpieniu nie było żadnych akcentów antyniemieckich, a właśnie w czasie trwania zjazdu Hitler wydał rozkaz zajęcia Czech i utworzył
satelickie państwo słowackie. Programowy referat Stalina odczytano w Berlinie jako zapowiedź zmiany kursu w dotychczasowych stosunkach
sowiecko-niemieckich. Nie były to tylko gabinetowe spekulacje, skoro już
w maju i czerwcu Wiaczesław Mołotow, następca Litwinowa na stanowisku
komisarza spraw zagranicznych, odbył dwie rozmowy z ambasadorem Niemiec
w Moskwie, Friedrichem von Schulenburgiem, i obaj zgodnie uznali, że
mimo istniejących różnic układ o przyjaźni i neutralności z 1926 roku
między tymi państwami w istocie nie wygasł i mógłby być podstawą nowego
porozumienia. Zarysowała się realna perspektywa dalszej wymiany zdań i zbliżenia stanowisk, niezachwiana z powodu podjętych później w Moskwie
sowiecko-francusko-brytyjskich rokowań wojskowych. Przebiegały one od
początku w atmosferze wzajemnych uprzedzeń i utknęły w martwym punkcie,
gdy 1 sierpnia komisarz obrony Kliment Woroszyłow wysunął propozycję
wyrażenia zgody na przemarsz Armii Czerwonej przez obszar Polski i Rumunii. Nieuczestnicząca w rokowaniach strona polska uznała, że w sprawie o tak kluczowym znaczeniu rząd ZSRS powinien zwrócić się drogą
dyplomatyczną do Warszawy. Na żadne pośrednictwo negocjatorów
francuskich i brytyjskich, nieupoważnionych do występowania w charakterze oficjalnych rzeczników stanowiska Moskwy, nie mogła udzielić
zgody. Wyłaniały się na tym tle także inne wątpliwości i obawy. "Nie
mamy gwarancji, że Rosjanie, raz wszedłszy na nasze ziemie na wschodzie,
wezmą w ogóle udział w wojnie" -oświadczył minister Beck w przekazanej
19 sierpnia francuskiemu ambasadorowi w Warszawie negatywnej odpowiedzi.
Impas w rokowaniach nie pozostał bez echa w Berlinie.
16 sierpnia minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop
przedstawił propozycję zawarcia niemiecko-sowieckiego paktu o nieagresji, pośrednictwa w normalizacji stosunków sowiecko-japońskich
oraz wspólnej gwarancji dla państw nadbałtyckich. Dwa dni później
Mołotow poinformował o zgodzie rządu ZSRS na zawarcie układu, który
powinien regulować wszystkie kwestie wzajemnych interesów we wschodniej
Europie. Sugerował jednocześnie przybycie Ribbentropa do Moskwy 26 lub
27 sierpnia. Hitler wysłał wówczas osobisty list do Stalina, prosząc o przyspieszenie tej wizyty: pierwotny termin ataku na Polskę wyznaczony
był na 26 sierpnia...
Ostatecznie Ribbentrop przyleciał do Moskwy 23 sierpnia i jeszcze tego
dnia, po zgodnie i pośpiesznie przeprowadzonych rokowaniach, pakt o nieagresji został zawarty. Rzeczywiste intencje i następstwa tego
porozumienia zawierał załączony do niego "Tajny protokół dodatkowy"
następującej treści:
"Z okazji podpisania paktu o nieagresji między Rzeszą Niemiecką a Związkiem Socjalistycznych Republik Sowieckich, niżej podpisani
pełnomocnicy obu Stron poruszyli w ściśle poufnej wymianie zdań sprawę
wzajemnego rozgraniczenia stref interesów obydwu stron. Wymiana ta
doprowadziła do następujących ustaleń:
W wypadku terytorialno-politycznych przekształceń na obszarach
należących do państw bałtyckich (Finlandia, Estonia, Łotwa i Litwa)
północna granica Litwy tworzy automatycznie granicę strefy interesów
Niemiec i ZSRS, przy czym obie Strony uznają roszczenia Litwy do rejonu
Wilna.
W wypadku terytorialno-politycznego przekształcenia terytoriów
należących do Państwa Polskiego, strefy interesów Niemiec i ZSRS będą
rozgraniczone w przybliżeniu przez linię Narew - Wisła - San.
Zagadnienie, czy interesy obu Stron czynią pożądanym utrzymanie
odrębnego Państwa Polskiego i jakie mają być granice tego państwa, może
być ostatecznie rozstrzygnięte dopiero w toku dalszych wydarzeń
politycznych, w każdym razie obie Strony rozważą tę sprawę w drodze
przyjaznego porozumienia.
Jeśli idzie o Europę Południowo-Wschodnią, to strona sowiecka podkreśla
swoje zainteresowanie Besarabią. Ze strony niemieckiej stwierdza się
zupełne désintéressement odnośnie tego terytorium.
Protokół niniejszy traktowany będzie przez obie Strony jako ściśle
tajny.
Podpisali: za rząd Rzeszy Niemieckiej J. von Ribbentrop, jako
pełnomocnik rządu ZSRS W. Mołotow".
31 sierpnia na nadzwyczajnej sesji Rady Najwyższej ZSRS jednogłośnie
ratyfikowano zawarty układ. Jego nieoficjalny załącznik, oznaczający
wykreślenie Polski z mapy Europy, pozostawał jeszcze w cieniu i nie
podlegał żadnej dyskusji. Decydując się na takie ułożenie stosunków z rządem III Rzeszy, Stalin kierował się własnym wyrachowaniem. Sojusz
wojskowy z mocarstwami zachodnimi niósł groźbę uwikłania Związku
Sowieckiego w wojnę z Niemcami, porozumienie z Hitlerem zapewniało
znacznie większe korzyści kosztem niewielkiego wysiłku Armii Czerwonej.
Układ pozwalał na zajęcie wyczekującego stanowiska w rozpoczynającej się
wojnie, otwierał drogę do przesunięcia zachodniej granicy na głębokim
przedpolu Białorusi i Ukrainy, rozszerzał dostęp do Bałtyku, zapewniał
wreszcie przywrócenie normalnych stosunków z Japonią, co nastąpiło po
zakończeniu sprowokowanego przez nią zatargu zbrojnego na Dalekim
Wschodzie. W tych uwarunkowaniach tkwiła istota polityki Stalina, który
u progu wojny odrzucił wszelkie skrupuły prawne i moralne wobec
wymienionych w pakcie Ribbentrop-Mołotow państw trzecich.
Nieuniknioną konsekwencją tego układu stała się dla Związku Sowieckiego
konieczność zbrojnego wystąpienia i zagarnięcia obszarów położonych na
wschód od linii rozgraniczenia interesów, a także znalezienia formuły,
która mogłaby usprawiedliwić inwazję przed światową opinią publiczną. Te
kwestie podnoszone były w wymianie depesz dyplomatycznych na linii
Moskwa-Berlin, wobec Polski zastosowano początkowo grę pozorów. Już
drugiego dnia wojny ambasador Mikołaj Szaronow zwrócił się do ministra
Becka z zapytaniem, dlaczego Polska nie wszczęła jeszcze pertraktacji w sprawie dostaw materiałów wojennych ze Związku Sowieckiego, a takie
obietnice czynił komisarz obrony Kliment Woroszyłow w swym wywiadzie,
zamieszczonym 27 sierpnia na łamach dziennika "Izwiestia". Beck
niezwłocznie polecił ambasadorowi Grzybowskiemu zbadanie tej oferty.
Okazało się, że w opinii rządu sowieckiego sytuacja uległa zmianie na
skutek przystąpienia do wojny Francji i Wielkiej Brytanii. W grę mogła
wchodzić wyłącznie sprawa zakupu surowców. Dla strony polskiej nawet i to nie było bez znaczenia, postanowiono więc delegować wiceprezesa
Stowarzyszenia Eksportowego Przemysłu Wojennego, majora Kazimierza
Zarębskiego, w celu przeprowadzenia wstępnych rozmów. Wyjechał on do
ZSRS dopiero 12 września i po kilkudniowym pobycie w Kijowie udał się do
Moskwy, gdzie przybył 17 września, już po rozmowie Grzybowskiego z Potiomkinem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki