17 czerwca - Alex Schulman

Kup ebooka

41.50 zł
33.20 zł (41,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zaczęło się od martwego szczura w piwnicy.

Odkryłem go, kiedy poszedłem do swojej komórki po jesienną kurtkę. Był późny wrzesień i na dworze zrobiło się zimno. Właśnie miałem otworzyć kratę do boksu, gdy zobaczyłem go w środku między dwoma kartonami. Nie mógł leżeć tam długo, bo wokół niego widziałem świeże odchody; w jego zastygłym spojrzeniu odbijało się światło jarzeniówki pod sufitem. Wydawał się żywy, choć był martwy. Stałem przez chwilę i wpatrywałem się w niego, czując narastające obrzydzenie, po czym się odwróciłem i szybko pobiegłem po kamiennych schodach na górę. Szczur został tam, gdzie leżał. W kolejnych tygodniach nieraz ogarniało mnie przygnębienie na myśl o tym, że on wciąż tam jest. Wiedziałem, że kiedyś będę musiał zająć się tym problemem. Ale wiedziałem też, że ten dzień jeszcze nie nastał.

Zaczęły przychodzić mejle od wspólnoty mieszkaniowej. Szczur wydzielał już nieprzyjemny zapach, co wywoływało niepokój. Ponieważ zostawiałem te wiadomości bez odpowiedzi, pewnego dnia ktoś zadzwonił do moich drzwi - za progiem stał przewodniczący zarządu, tak wściekły, że ledwie mógł znaleźć słowa. Powiedział, że najwyższa pora, aby szczur zniknął.

I tak oto martwy szczur uruchomił całą tę historię. Wieczorem zszedłem do piwnicy. Całe moje ciało protestowało. Zgarnąłem go miotłą na szufelkę, a kiedy potem niosłem przed sobą po schodach, niemal kręciło mi się w głowie z mdłości.

Cisnąłem truchło na rabatę na wewnętrznym dziedzińcu.

Komórka miała zostać zdezynfekowana, dlatego musiałem przenieść kartony do mieszkania. Ustawiłem je jeden na drugim w przedpokoju. Tkwiły tam nietknięte przez jakiś czas. W pewne październikowe popołudnie, kiedy chciałem włożyć kurtkę, żeby pójść do sklepu, niechcący zawadziłem o górne pudło - z ciekawości zdjąłem wieko i zajrzałem do środka. Był to karton ze wszystkim, co zabrałem z mieszkania taty po jego śmierci kilka lat wcześniej. Znajdował się w nim fartuch, który zawsze nosił, gdy gotował. Leżała tam też teczka z zachowanymi przez niego komiksami, które rysowałem jako dziecko. Było także kilka albumów ze zdjęciami - przejrzałem je szybko i odłożyłem z powrotem. Już miałem zamknąć pudło, gdy zobaczyłem coś znajomego. Na samym dnie dostrzegłem notes telefoniczny taty.

Przerzuciłem sfatygowane od częstego przewracania kartki. Na każdej stronie tyle śladów upływającego czasu: jedne numery przekreślone i zastąpione innymi, czasem zapisane tępym ołówkiem, czasem piórem wiecznym i atramentem w różnych kolorach. Na marginesach jakieś bazgroły z nudy. Kółka w kółkach. Jakiś trójkąt. Rozpoznałem charakter pisma taty. Na jednej ze stron widniał numer telefonu do domu, w którym jako dziecko spędzałem każde lato. Tylko pięć cyfr. Wpatrywałem się w nie bez ruchu. Po chwili powróciło do mnie wspomnienie - krótka sekwencja scen z jednego z tamtych długich wieczorów nad jeziorem, gdy słońce wisiało nisko, a stary drewniany dom prześwitywał między brzozami. Jako mały chłopiec stałem wtedy na skraju wody. Rzuciłem kamień w gładką taflę i nagle poczułem się winny, że zniszczyłem lustrzaną powierzchnię jeziora, jakbym zrobił coś niewybaczalnego i zakazanego, coś, co będzie miało konsekwencje. Rozejrzałem się, aby się upewnić, że nikt mnie nie widział. Wspomnienie pojawiło się i zniknęło dość szybko, ale miałem wrażenie, jakby ciepłe wieczorne słońce jeszcze przez chwilę spoczywało na moim czole.

26217.

Mama zawsze odbierała telefon, wypowiadając tylko numer. Żadnego nazwiska, żadnego "halo", jedynie sam numer. Tak więc każda rozmowa zaczynała się od pewnego dystansu i chłodu. Mówiła "dwadzieścia sześć, dwadzieścia jeden, siedem". Czasem myślałem sobie, że szkoda tej siódemki - pozostałe cyfry miały towarzystwo swoich koleżanek, a siódemka była sama.

Przyglądałem się tym pięciu cyfrom. Jak wyjaśnić to, co zrobiłem potem? Impuls chwili. Mglisty niepokój, któremu po prostu uległem. Wyjąłem swój telefon komórkowy i wstukałem numer, tak by pojawił się na wyświetlaczu.

I zadzwoniłem.

Najpierw panowała cisza, a potem rozległy się długie, odległe sygnały i szum między nimi, połączenie wydawało się słabe i w każdej chwili mogło się zerwać. Po pięciu sygnałach już miałem zrezygnować, gdy usłyszałem znajomy odgłos - trzeszczenie kabla, który zawsze się skręcał, kiedy ktoś podnosił słuchawkę.

- Tak, halo.

Zaledwie dwa krótkie słowa, lecz ani cienia wątpliwości, że to tata. Poznałem go po tonie, po tej defensywnej nucie pojawiającej się w jego głosie, kiedy odbierał telefon, po tym natychmiastowym oporze, jakby właściwie nie chciał rozmawiać. Nie mogłem wydobyć z siebie ani słowa.

- Halo? - powtórzył.

Cisza i przytłumiony szum.

- Halo... - odezwałem się wreszcie.

- Tak?

Przycisnąłem słuchawkę do ucha tak mocno, że aż zabolało, i nasłuchiwałem odgłosów w tle. Dobiegł do mnie trzask zamykanych i otwieranych drzwi szafek. Ktoś musiał odkręcić kran, bo zaczęła pracować pompa wodna. Po chwili gdzieś z tyłu rozległ się poirytowany głos mamy:

- Kto to?

Odłożyłem słuchawkę i wciąż nie ruszając się z przedpokoju, czułem, jak wali mi serce.

Gdy nadszedł wieczór, umyłem zęby i położyłem się spać. W łóżku grałem jeszcze w Tetrisa. Zwykle, kiedy potem gasiłem lampę i patrzyłem w ciemność, klocki Tetrisa spadały na mnie. Wtedy szybko zasypiałem i spałem głęboko. Jednak ta noc nie była spokojna. Znów widziałem dom nad jeziorem, jakieś wspomnienie nieustannie przewijało się przez mój sen. Zarzucamy sieć, jezioro jest dziwnie ciemne, a kiedy tata zanurza wiosła w wodzie - one znikają. Łódka zbliża się do styropianowej bojki i tata każe mi wyjąć ją z wody. Przechylam się przez burtę, lecz nie mam odwagi zanurzyć rąk. Tata wpada w furię: "Weź ją! No weź!". Ale bojka przepływa obok, a ja nic nie robię, bo woda jest jak czarne lustro, boję się, że nagle ktoś z głębiny mnie pochwyci i wciągnie na dno, aż do samych kamieni.

Następnego dnia uznałem to wszystko raczej za żenujące. Było jasne, że to nie tata odebrał, kiedy dzwoniłem - źle usłyszałem, wybrałem numer, który kiedyś należał do naszego dawnego domu letniskowego, a teraz jest przypisany do jakiegoś innego miejsca, no i po prostu odezwał się mężczyzna o głosie przypominającym głos mojego ojca. I tyle.

Wybrałem się na spacer. Był niedzielny poranek. Sztokholm niemal świecił pustkami, na ulicach widać było jedynie właścicieli psów, którzy szarpali smyczami, gdy tylko ich pupile próbowały dobrać się do wymiocin zalegających na asfalcie po sobotniej nocy. Szedłem od siebie, z Gärdet, do Tessinparken, mijając po drodze Stureplan. Przy Strandvägen zostawiłem za sobą kutry rybackie przerobione na mieszkalne barki. Na pokładach tkwili już ich właściciele, popijając kawę; lubili tam przesiadywać i być oglądani.

Kiedy wróciłem, w mieszkaniu było zimno. Ugotowałem dwa jajka; po odcięciu czubków uniosła się z nich para i wzbiła w postaci dwóch cienkich smużek ku sufitowi. We włączonym telewizorze leciał jakiś mecz tenisowy.

Właśnie miałem zacząć jeść, kiedy przyszła mi do głowy pompa wodna. Pamiętałem ją świetnie z czasów dzieciństwa, brzmiała jak alarm w elektrowni jądrowej. Znajdowała się w toalecie i sprawiała, że każda moja wizyta tam zamieniała się w koszmar, bo wiedziałem, że w dowolnej chwili może się uruchomić. Kiedy szedłem do tego przybytku, moja siostra Tora zakradała się do kuchni i odkręcała kran. Robiła to celowo, żeby mi dokuczyć, bo kiedy tylko pompa zaczynała pracować, uciekałem z ubikacji z płaczem ze spuszczonymi spodniami i wybiegałem po kamiennych schodkach aż na trawnik. Wściekły ryk pompy. I cichy chichot mojej siostry, kiedy mnie mijała, idąc w kierunku hamaka.

Tamta pompa wodna brzmiąca jak sygnał alarmowy. Przez całe czterdzieści pięć lat mojego życia nie natknąłem się na taką, która wydawałaby podobny odgłos. A wczoraj podczas rozmowy znów ją usłyszałem. Włączyła się i potem ucichła. To nie wyobraźnia - to była pompa z mojego dzieciństwa.

Wyjąłem telefon i spojrzałem na numer, który wczoraj wybrałem. Pięć czarnych cyfr w kolumnie ostatnich połączeń wychodzących. Długość rozmowy: czternaście sekund. Wyciszyłem telewizor i zawiesiłem palec wskazujący tuż nad tym numerem na ekranie. To było tak głupie, tak niewyobrażalnie niedorzeczne. Roześmiałem się krótko. I zadzwoniłem ponownie. Identyczne długie sygnały jak poprzedniego dnia, ale teraz podniesiono słuchawkę już po dwóch.

- Tak, słucham?

I znowu zgłosił się tata. Tym razem postarałem się szybciej zebrać w sobie, lekko odchrząknąłem.

- Kto mówi? - zapytałem.

- A kogo pan szuka? - odpowiedział tata bez wahania.

I w tym momencie przypomniałem sobie, jak on zawsze złościł się na ludzi, którzy dzwoniąc, się nie przedstawiali. Przypomniałem sobie jego kazania na ten temat - to nie osoba odbierająca ma wyjaśniać, jak się nazywa, tylko ten, kto dzwoni, powinien podać swoje nazwisko i poinformować, czego sobie życzy.

- Halo? - powtórzył tata. - Kogo pan szuka?

- Ja... - zacząłem i umilkłem.

Nie potrafiłem wymyślić, co powiedzieć; zrozumiałem, że szansa zaraz może przepaść. Tym razem w kuchni było cicho, żadnego pobrzękiwania ani krzątaniny.

I wtedy stało się to coś, co miało mnie ostatecznie przekonać. Usłyszałem oddech taty. Jego charakterystyczny oddech przez nos, spokojne unoszenie się klatki piersiowej, ciężkie i miarowe, niedźwiedzie. Pamiętam, jak czasami mnie pocieszał, kiedy byłem smutny - ten jego uścisk, w którym wszystko stawało się miękkie, a on był wszędzie wokół. "No już, chłopcze", mówił i tulił mnie do siebie. "No już, chłopcze". Mój oddech był szybki i płytki, jakby w każdej chwili miał się urwać, ale tata oddychał spokojnie, naturalnie, miarowo jak fale uderzające o brzeg. Słyszałem to teraz przez słuchawkę bardzo wyraźnie - wydawało się to niemożliwe, niepojęte i całkiem szalone, ale nie ulegało najmniejszej wątpliwości.

- Tato - szepnąłem.

Zamilkł.

- Słucham?! - powiedział po chwili.

A więc byliśmy tam znowu - on i ja. Nasze oddechy.

- Kogo pan szuka? - zapytał w końcu, teraz już trochę mniej pewnym głosem.

I nagle mama gdzieś w tle, jej poirytowany głos w głębi, jak ciche jęknięcie: "O co chodzi?". Słyszałem jej nerwowe ruchy, kiedy weszła do kuchni, szybkie szuranie kapciami po podłodze.

O co chodzi?

Ileż razy słyszałem, jak dokładnie w ten sposób wyrażała swoją dezaprobatę, gdy na przykład przy jedzeniu za głośno stukałem sztućcami albo upuściłem coś na podłogę. Tata podniósł teraz na mnie głos, jakby chciał okazać z nią solidarność.

- Kim pan jest? Kogo pan szuka?

Szybko przerwałem połączenie. Siedziałem dalej z telefonem w dłoni. Jajka przestały parować, przez okno zajrzało słońce, powoli przesunęło się nade mną i zniknęło. W mieszkaniu zrobiło się szaro, właściwie powinienem zapalić jakieś światło, nie mogłem jednak podnieść się z kanapy. Telewizor ostrzegał, że zaraz się wyłączy z powodu braku aktywności.

Mama i tata.

Ja, który przez tyle lat nie zastanawiałem się nad swoim dzieciństwem, ujrzałem teraz moją rodzinę w kuchni starego domu. Plecy mamy stojącej w szlafroku nad wielkimi puzzlami. Strząsnęła słupek popiołu z papierosa, nie patrząc nawet na popielniczkę, ze wzrokiem utkwionym w układance spokojnie lustrowała elementy. Widziałem tatę - siedział przygnębiony przy kuchennym stole. Patrzył na ciężkie od deszczu niebo, szukając niebieskich prześwitów w powłoce chmur. Moja siostra Tora - galopem, jakby w przelocie - wypadła ze swojego pokoju, żeby coś wziąć, coś zjeść, całkowicie nieobecna, ze słuchawkami na uszach. Kuchnię przeszył ostry i wysoki rytmiczny dźwięk, po czym znów jej nie było. Ale siebie tam nie widziałem.

Nie słyszałem w trakcie rozmowy swojego głosu - lecz czy to takie dziwne? Czy to nie był mój największy trik z dzieciństwa: nie istnieć? Wtapiałem się, stawałem się niewidzialny, mogły minąć godziny, zanim ktoś mnie zauważył. Któregoś razu siedziałem w kuchni, gdy mama i tata się kłócili. Krzyczeli na siebie i mama wybiegła z domu, jak zawsze z tą samą groźbą: "Odchodzę!". Trzask drzwi wejściowych, a potem jej postać przemknęła za oknem. Po chwili samochód z piskiem opon ruszył polną drogą pod górę, a tata stał w kuchni nieszczęśliwy. Kiedy wreszcie mnie zauważył, wpadł we wściekłość: "A ty tu siedzisz i podsłuchujesz?!". To nie była prawda - ja po prostu zastosowałem swoją sztuczkę.

Chłopiec, który nigdy nie odzywał się ani słowem - czy znajdował się gdzieś w pobliżu podczas naszej rozmowy? A jeśli tak, to co robił? Siedział przy stole i rysował jeden ze swoich komiksów? Spojrzał lękliwie w górę, kiedy tata podniósł głos?

Telewizor w salonie zgasł. W mieszkaniu zaległa cisza. Od rozmowy minęły godziny, a ja nie mogłem się uspokoić, serce wciąż biło mi szybko. Kilka krótkich słów wypowiedzianych przez moich rodziców dawno temu, które w swojej drodze przez dekady nabierały mocy, zamieniło się w falę przypływu toczącą się naprzód, a gdy w końcu fala dotarła aż tutaj, jej siła była ogromna. Zrozumiałem, że jeśli nie będę ostrożny - zmiażdży mnie.

Nawet jeśli tamtego wieczoru nie sformułowałem myśli w ten sposób, uświadomiłem sobie, że mam wybór. Pozbyć się numeru, nigdy więcej pod niego nie dzwonić, zapomnieć, że to się kiedykolwiek zdarzyło. Albo otworzyć drzwi na oścież i rzucić się w to. Czy mogłem pójść inną drogą niż ta, na którą się zdecydowałem? Prawdopodobnie nie. Następny krok był dla mnie oczywisty. Przecież musiałem, prawda? Bo inaczej jaki miałoby to sens?

Postanowiłem wtedy, w tym popołudniowym półmroku, mimo że przepełniał mnie niepokój i serce nie chciało się uspokoić: kiedy tata odbierze następnym razem, poproszę, żeby pozwolił mi porozmawiać z samym sobą.

Następnego dnia stawiłem się w komisariacie policji przy Bergsgatan na swoim pierwszym w życiu przesłuchaniu. Od pewnego czasu byłem zawieszony w pracy i w pewnym sensie ta sytuacja stała się już dla mnie codziennością. Kiedy zostałem wezwany na przesłuchanie, nie odebrałem tego jako czegoś szczególnie dramatycznego - wręcz odczułem ulgę, że został uczyniony pierwszy krok ku temu, by moje życie wróciło do normalności. Policjantka o życzliwym spojrzeniu wyszła po mnie i zaprowadziła do pokoju przesłuchań. Czułem się raczej jak uczestnik wycieczki edukacyjnej, a nie jak ktoś podejrzany o popełnienie przestępstwa. W małym pomieszczeniu był stół i dwa krzesła po obu jego stronach. Zauważyłem, że krzesło, na którym usiadłem, jest przykręcone do podłogi.

- Dlaczego krzesło jest przykręcone do podłogi? - zapytałem.

- Ponieważ zdarza się, że ludzie stają się agresywni i próbują rzucać przedmiotami.

- Stół też? - dopytałem.

- Tak.

- Nie musi się pani obawiać - powiedziałem.

- Czego?

- Że będę ciskał meblami.

Kobieta roześmiała się cicho.

- Nie. Wcale się nie obawiam.

Ta wymiana zdań została przytoczona dokładnie. Później wystąpiłem o transkrypcję przesłuchania. Policjantka stwierdziła na wstępie, że jestem podejrzany o pobicie w związku z incydentem w szkole w dzielnicy Larsboda w okręgu Farsta, i poprosiła, żebym własnymi słowami opisał, co się wydarzyło. Nie widziałem żadnego problemu. Po prostu zacząłem od samego początku.

Było popołudnie w pierwszych tygodniach semestru, dzień pracy dobiegał końca i właśnie szedłem z ostatniej lekcji do pokoju nauczycielskiego, kiedy zobaczyłem, że dwóch uczniów bije się na korytarzu. Zareagowałem, próbując ich rozdzielić, co tylko jeszcze bardziej rozwścieczyło jednego z nich. Chwyciłem go więc za ramiona i odciągnąłem na bok. Trzymałem go, dopóki nie pojawili się inni nauczyciele i sytuacja się nie uspokoiła. I to wszystko. Zapomniałem o całym wydarzeniu, ani razu nie wróciłem do niego myślami, aż tydzień później dyrektor wezwał mnie do siebie i poinformował, że rodzice złożyli zawiadomienie na policję. Byłem podejrzany o użycie przemocy fizycznej, w związku z czym dyrektor zawiesił mnie w obowiązkach do czasu zakończenia policyjnego dochodzenia. W gruncie rzeczy rozumiałem jego decyzję. Przypuszczam, że to standardowa procedura - nauczyciela, którego zgłoszono na policję, trzeba zawiesić, nawet jeśli nic nie wskazuje na to, że zrobił coś złego. Od tamtej pory całymi dniami siedziałem w domu i czekałem, aż policja zadzwoni, żebyśmy mogli to wyjaśnić. Powiedziałem funkcjonariuszce, że cieszę się, iż w końcu zostałem wezwany. Chciałem wrócić do pracy.

Robiła notatki, gdy mówiłem, a potem zapytała, czy chcę coś jeszcze dodać - i wtedy nagle przyszła mi do głowy myśl, by podzielić się osobistą refleksją o dzisiejszej szkole, o uczniach mających masę praw, ale zwolnionych z wszelkich obowiązków, oraz o rodzicach, którzy zamiast zapytać swoje dziecko, dlaczego się biło, zgłaszają na policję nauczyciela, który przerwał bójkę. Powstrzymałem się jednak, stwierdziłem, że nie mam nic więcej do powiedzenia, na co policjantka zebrała swoje papiery, a ja pomyślałem, że przesłuchanie dobiega końca, tymczasem ona wyjęła jakąś fotografię, która błysnęła w świetle jarzeniówek. W szpitalu zrobiono zdjęcie obrażeń ucznia.

W protokole odnotowano, że reaguję gwałtownym westchnięciem, kiedy ona pokazuje mi to zdjęcie. Sińce były widoczne na całym przedramieniu chłopca, od nadgarstka aż do zgięcia w łokciu, w różnych kolorach - od sinego i czerwonego po fioletowy, różowy i żółty. Policjantka spytała, co mam do powiedzenia na temat tego, co zobaczyłem, nie zdołałem jednak wydusić ani słowa - siedziałem tylko i wpatrywałem się w te kolorowe plamy pokrywające rękę chłopaka.

Od niedawna zacząłem liczyć kroki i gdy później sprawdziłem swój krokomierz z tamtego dnia, okazało się, że potrzebowałem siedmiu tysięcy kroków, żeby rano dotrzeć na komisariat, i aż dwunastu tysięcy, żeby z niego wrócić. Na mapie widać było, jak dziwnie szedłem - krążyłem po ulicach tam i z powrotem.

Tego samego wieczoru usiadłem na kanapie i ponownie wybrałem numer do starego letniego domu. Ale nikt nie odebrał.

Spróbowałem jeszcze raz.

Sygnały następowały jeden po drugim, każdy kolejny wydawał się dłuższy, jakby ktoś je przeciągał, rozciągał jak ścięgna. Piętnaście sygnałów, może dwadzieścia, a potem cisza, zostałem rozłączony. Tego wieczoru zadzwoniłem jeszcze trzy razy.

Położyłem się wcześnie i w łóżku przez chwilę grałem w Tetrisa, a potem zgasiłem światło i usiłowałem zasnąć. Ale przewracałem się z boku na bok, serce znowu się rozszalało. Leżałem całkiem rozbudzony w zaciemnionej sypialni i słuchałem dzikich uderzeń w klatce piersiowej, i wtedy przed moimi oczami pojawił się siniak - rósł, a kolory stawały się coraz intensywniejsze: zielony, czerwony, niebieski i fioletowy. Widziałem, jak jarzy się na suficie niczym zorza polarna.

Nie można tak po prostu zadzwonić do swojego dzieciństwa i liczyć na odrobinę szczęścia. Może i uda się dodzwonić, ale nie uda się w nie wejść. Trzeba być przygotowanym, wiedzieć dokładnie, co się powie - trzeba mieć plan. Czwarty dzień był ważny pod tym względem i stanowił punkt zwrotny, ponieważ właśnie wtedy zrozumiałem znaczenie metody.

Obudziłem się późno i jeszcze leżąc w łóżku, analizowałem sytuację. Miałem: numer telefonu, bezpośrednią linię do kuchni w moim starym domu letniskowym. I tym samym mogłem porozmawiać z członkami mojej rodziny, także z tymi nieżyjącymi, ale przede wszystkim z samym sobą jako dzieckiem.

Oczywiste przeszkody: strażnicy blokujący dostęp. Mój ojciec, który nie lubił telefonów jako takich, za każdym razem, gdy słyszał dzwonek, przyjmował postawę obronną. Poza tym w ogóle był mało towarzyski, tak naprawdę nie przepadał za ludźmi. W gruncie rzeczy miły, tylko niebezpiecznie wybuchowy - tykająca bomba mogąca wybuchnąć w dowolnej chwili. No i moja matka, kobieta niespokojnie kręcąca się po kuchni. Nieracjonalna i porywcza, podejrzliwa wobec wszystkiego. Nawet jeśli nie odbierała telefonu, i tak znajdowała się gdzieś w pobliżu, trzaskała drzwiczkami szafek, hałasowała naczyniami. Trzeba było jakoś przebić się przez jej humory, znaleźć sposób, żeby obejść jej temperament.

Dwie osoby, dwa charaktery orbitujące wokół telefonu w kuchni; czwartego dnia przed południem zacząłem szkicować pierwsze zarysy strategii. Zamierzałem zadzwonić i przedstawić się jako dyrektor szkoły, do której chodziłem jako dziecko. Pomysł był niegłupi, chociaż trochę ryzykowny. Moi rodzice bowiem mieli dosyć złożony stosunek do autorytetów. Szybko się podporządkowywali, ale ich uległość łatwo mogła się odwrócić. Jeżeli władza, której się poddali, choćby w najmniejszej mierze ich upokorzyła, odparowywali cios z pełną siłą. Jak wtedy, gdy tata został zatrzymany podczas kontroli drogowej na E4. Początkowo był wobec policjantów do tego stopnia uległy, że ja i moja siostra wymieniliśmy na tylnym siedzeniu zawstydzone spojrzenia - przez to jego lizusostwo, jego komiczny głos - potem jednak musiał nastąpić nagły zwrot, którego nawet nie zauważyliśmy; zobaczyliśmy tylko, jak tata na oczach zszokowanego policjanta drze dowód rejestracyjny.

Zrobiłem kawę i usiadłem przy stole w kuchni. Przed sobą położyłem mały notes z pomocniczymi słowami kluczami - strategia i metoda. Następnie wybrałem numer, rozległy się sygnały, po czym odebrała moja siostra. To ogromna niespodzianka - tak bardzo skupiłem się na mamie i tacie, że nawet nie brałem pod uwagę ewentualności, że do telefonu może podejść Tora.

- Dwadzieścia sześć, dwadzieścia jeden, siedem.

Odpowiedziała tak samo jak mama. Oczywiście. Grzeczna córeczka mamusi. A kiedy usłyszałem jej głos, od razu zobaczyłem ją przed sobą - z długą grzywką zakrywającą czoło, jak stoi tam cicha i zamknięta w sobie, ze słuchawką przy uchu; widziałem jej dziwną pozę - jak obejmuje się za biodro, jakby chciała samą siebie podtrzymać, podeprzeć swoje ciało, żeby się nie rozpadło.

- Cześć, czy mogę mówić z Vidarem? - zapytałem.

Po drugiej stronie cisza, chwila nieufności, ale potem:

- Moment.

Położyła słuchawkę na kuchennym stole, a ja słyszałem jej powolne kroki, gdy wychodziła z kuchni - nie spieszyła się! Dotarła do drzwi wejściowych i naciskając klamkę, jednocześnie je kopnęła, bo zawsze tak się robiło, gdy po deszczu drewno napęczniało. Potem stanęła na kamiennych schodkach i zawołała: "Vidar! Telefon!". Okno w kuchni musiało być otwarte, ponieważ słyszałem odgłosy z dworu - śpiew ptaków i lekki szum wiatru w koronach drzew. A z tego wyciągnąłem wniosek: trwało lato nad jeziorem z moich dziecięcych lat. Wyjrzałem przez własne okno i zobaczyłem żółte liście spadające z coraz bardziej nagich klonów - tutaj jesień zmierzała ku zimie, ale u Tory drzewa kipiały bujną zielenią.

Mijały minuty.

Gdzie ja się podziewałem? Byłem nad jeziorem? Pomagałem tacie przy sieci? Czekałem już tak długo, że w końcu pomyślałem, iż moja siostra, nie dostawszy odpowiedzi ode mnie, po prostu dała sobie spokój i zajęła się czymś innym. Ale wtedy na schodkach przed domem rozległy się kroki. Mamrotanie i ciekawość w głosie jej młodszego brata: "Kto to?". Obojętna odpowiedź starszej siostry: "Nie wiem".

Słyszałem, jak chłopiec podchodzi do stołu w kuchni, podnosi słuchawkę, mówi cienkim głosem:

- Halo?

Od razu wiedziałem, że to ja, a mimo to nie mogę na sto procent powiedzieć, że rozpoznałem ten głos. Głosy mamy i taty, a nawet siostry, poznałem natychmiast. Tu jednak było inaczej. Zupełnie jakby na głos chłopca została nałożona jakaś powłoka, jakby tak właśnie musiało być - jakby wszechświat zdecydował, że za każdym razem, gdy ktoś rozmawia sam ze sobą, na rozmowę kładzie się cienka błona, wibracja, żeby człowiek nie zwariował.

- Czy to Vidar? - zapytałem.

- Tak - odpowiedział.

- Dzwonię nie w porę?

- Nie.

- Co robiłeś?

- Nic szczególnego, grałem w piłkę.

- Z tatą?

Cisza. Zaniepokojony chłopiec po drugiej stronie zastanawiał się teraz, kim jest ten obcy mężczyzna i do czego zmierza tymi pytaniami.

- Nie, on nigdy nie chce grać.

- Grałeś sam? - zapytałem.

- Tak. RFN przeciwko Szkocji. Dziś po południu w telewizji. Ja rozgrywam te mecze wcześniej.

- Rozumiem - odpowiedziałem. I wszystko sobie przypomniałem. Boisko poniżej domu, nad samym jeziorem. Z bramką zrobioną przez tatę - dwa słupki ze zwykłych desek, które gołymi rękami wbił w ziemię. Spędzałem tam wszystkie długie dni lata, dryblując z piłką przeciwko nikomu, byłem nie tylko napastnikiem drużyny światowej klasy, ale też komentatorem telewizyjnym, który relacjonował swoje własne zwody, a kiedy strzeliłem gola, wyrzucałem ręce do nieba i biegłem w stronę narożnika, żeby przyjąć owacje publiczności. Wszystkie te godziny, kiedy byłem tam sam. Poczułem coś w rodzaju współczucia dla samego siebie i nie potrafiłem wymyślić nic, co mógłbym teraz powiedzieć chłopcu. Cisza narastała, słyszałem jego lekki oddech, aż w końcu zapytał grzecznie:

- Ale... kim pan jest?

Odchrząknąłem.

- Nie bardzo wiem, jak to wyjaśnić, jednak musisz mi zaufać. Jestem twoim przyjacielem. Rozumiesz?

- Okej.

- Zadzwoniłem, żeby tylko usłyszeć, jak się miewasz.

Cisza.

- Zadzwoniłem, żeby się upewnić, że u ciebie wszystko w porządku.

Chłopiec nie odpowiedział. I wtedy, wśród panującej ciszy, eksplodowała seria ostrych dźwięków. Klapa sedesu z hukiem opadła na deskę klozetową, rozległ się szum spuszczanej wody, natychmiast uruchomiła się wściekła pompa wodna, a drzwi toalety gwałtownie się otworzyły. Mama weszła do kuchni.

- Kto to? - zapytała cicho, a ja usłyszałem jej kroki, gdy mijała chłopca, zmierzając do lodówki.

- Nie wiem - bąknął.

Mama się zatrzymała. Nagle zainteresowana, zaniepokojona.

- Jak to nie wiesz? - rzuciła. - Chyba musisz wiedzieć, z kim rozmawiasz?

- On mi nie powiedział - wyjaśnił.

Po drugiej stronie małe zamieszanie. Mama wymamrotała coś niesłyszalnego, zatrzeszczało i przejęła słuchawkę. Była teraz blisko, całkiem blisko, jej usta przy samej słuchawce.

- O co chodzi? - rzuciła.

To było intymne i wydawało się niebezpieczne. Rozłączyłem się.

Długo siedziałem bez ruchu. Rozmowa wciąż jeszcze trwała we mnie - oddechy, śpiew ptaków za oknem, pospieszne kroki mamy brzmiące jak szepty, niepokój chłopca. To było prawdziwe, to się działo. A mimo to nie potrafiłem uwolnić się od myśli: Czy ja zaczynam wariować? Czy to początek psychozy?