1671. Panama w ogniu piratów - Jarosław Molenda

Reflow text when sidebars are open.
Panama jest jednym z najbardziej znanych na świecie krajów tak zwanej wolnej strefy handlowej. Pod banderą panamską pływa wiele statków. Nie ma chyba nikogo, kto nie słyszałby o kapeluszach panama. Kraj ten słynie też z przynależności do ścisłej czołówki światowej, jeśli chodzi o wielkość międzynarodowego centrum bankowego. Pięć wieków wcześniej nic nie zapowiadało takiego rozwoju tego regionu.
Początkowo, po wyprawie Rodriga de Bastidasa w 1501 roku w kierunku Przesmyku Panamskiego, przez dwie dekady ta część Nowego Świata nie budziła większego zainteresowania Hiszpanów. Dopiero zawiązanie w 1524 roku spółki, w której udziałowcami zostali konkwistadorzy Francisco Pizarro i Diego de Almagro oraz ksiądz Hernando de Luque, działający jako przedstawiciel trzeciego wspólnika, Gaspara de Espinozy, spowodowało, że Panama stała się punktem wyjścia do podboju Peru.
Nie sposób też nie wspomnieć o wcześniejszej o dwa lata wyprawie Pascuala de Andagoi do "kraju Birú", choć w rzeczywistości odwiedził on tylko niewielki fragment pacyficznego wybrzeża dzisiejszej Kolumbii. Dalszej eksploracji przeszkodził wypadek, jakiemu uległ sam dowódca. Wypadł mianowicie z łodzi podczas jednego z rekonesansów, a nadszarpnięte zdrowie zmusiło go do powrotu do Panamy.
Wprawdzie "kraina Birú" nie miała nic wspólnego z właściwym Peru (oczywiście poza kierunkiem geograficznym, który trzeba było obrać, aby tam dotrzeć z Panamy), ale po latach sam Andagoya będzie rozpowszechniał wersję, według której tylko wspomniany wypadek przeszkodził mu w staniu się odkrywcą Peru, stwarzając nieoczekiwaną okazję dla sukcesu Pizarra i Almagra.
Zanim do niego doszło, niebagatelną rolę odegrali Vasco Nú?ez de Balboa i Pedro Árias Dávila, najczęściej nazywany w skrócie Pedrariasem. To jednak ten pierwszy jest kluczową postacią w historii hiszpańskiego podboju Ameryki, łączącą pierwszych żeglarzy-odkrywców, takich jak Kolumb, z dowódcami-zdobywcami, jak Cortez i Pizarro. Zdaniem Rufino Blanco Fombony, historyka z pierwszej połowy zeszłego stulecia:
"Balboa i Hernan Cortez tworzą parę najwybitniejszych conquistadorów. Balboi, jak i Cortezowi, okrucieństwo nie było obce, nie stanowiło ono jednak zasadniczej cechy w harmonii tych bohaterskich żywotów. Balboa, bardziej nieszczęśliwy niż Cortez, spotkał na swej drodze perfidnego i potężnego wroga, który przerwał mu lot w chwili, gdy zrywał się do niego całym pędem, sądząc, że skrzydła jego są dość silne na to. Miał ogromną inteligencję i wolę, giętkość polityka, niewielkie skrupuły (podobno w swej młodości był rajfurem) i nieprzebrane zasoby energii. Odkrycie Peru było jego główną zasługą, patentem na chwałę pośmiertną. Zdobycia Peru on i tylko on powinien był dokonać. Był tej miary człowiekiem!" .
Wprawdzie to Pedrarias uczynił Panamę stolicą, imię Balboi nie zostało jednak zapomniane, a we współczesnej Panamie spotyka się je na każdym kroku. Olbrzymi biały pomnik tego zdobywcy stoi tam przy Avenida Balboa, jednej z głównych i chyba najładniejszej alei biegnącej wzdłuż zatoki. Jego imieniem nazwane jest główne miasto i port w Strefie Kanału, a także obiegowa jednostka monetarna Republiki Panamskiej.
Tony złota i srebra zrabowane przez Pizarra, jego towarzyszy i następców, a później kruszec wydobyty w kopalniach przez zagnanych tam Indian - całe to bogactwo musiało być wyładowane w Panamie. Stąd transportowano złoto i srebro w poprzek przesmyku do wybrzeża atlantyckiego, gdzie ponownie ładowano je na statki płynące do Hiszpanii. Te ogromne i cenne ładunki nie mogły być składowane oraz transportowane przez góry i bagna równie niedbale jak deski do budowy statków za czasów Balboi.
Trzeba było zbudować brukowaną drogę i przerzucić kamienne mosty. Jej trasa została wytyczona przez indiańskich budowniczych w sposób zadziwiający nawet współczesnych inżynierów. Nie chodziło tu tylko o pokonanie przeszkód terenowych, lecz także o omijanie obszarów zalewanych w porze deszczowej i zbudowanie minimalnej liczby mostów. W ten sposób powstała arteria zwana do dziś drogą złotą lub królewską. Trzeba było również wznieść solidne magazyny i strzegące ich fortece.
W dziejach tego regionu zapisali się nie tylko Hiszpanie, lecz także Anglicy, a zwłaszcza dwóch, którym udało się przeprowadzić rajdy korsarskie zaliczane do najśmielszych. Byli to Francis Drake i Henry Morgan. Zajęcie przez tego ostatniego najpierw w 1668 roku Portobelo, a trzy lata później splądrowanie Panamy należało do najbardziej udanych operacji morsko-lądowych XVII stulecia.
Ich śmiałość jest porównywalna z atakiem holenderskiego admirała Michiela de Ruytera na flotę brytyjską zakotwiczoną w Medway poprzedniego lata. De Ruyter spalił wiele okrętów wojennych, odholował brytyjski okręt flagowy "Royal Charles" do Holandii i wywołał panikę w miastach i wsiach dolnej Tamizy i Medway.
Ta upokarzająca porażka nastąpiła wkrótce po Wielkim Pożarze Londynu i Wielkiej Zarazie, tak więc wiadomość o wyczynie Morgana podbudowała ciężko doświadczonych mieszkańców stolicy Anglii. Fakt, że kilka miesięcy wcześniej kraj ten podpisał układ pokojowy z Hiszpanią, niewiele znaczył. Król Karol II wysłuchał uprzejmie protestów ambasadora Hiszpanii, lecz odmówił odwołania gubernatora Jamajki, który zlecił rajd, i zwrócenia łupu zdobytego przez ludzi Morgana.
Portobelo i Panama to tylko najgłośniejsze z wyczynów w tej historii gwałtu i przemocy. W owym czasie setki miast i wsi zostało splądrowanych, wiele z nich kilkakrotnie. W całym basenie Morza Karaibskiego mieszkańcy nadbrzeżnych osad tak się przyzwyczaili do napadów, że automatyczną reakcją na pojawienie się obcego żagla na horyzoncie było pośpieszne wycofanie się w lasy, po którym następowały negocjacje w sprawie okupu. W historii cywilizacji rzadko się zdarzało, by kilka tysięcy desperatów mogło zaprowadzić rządy terroru na tak olbrzymim obszarze lub mieć tak duży wpływ na postępowanie cywilizowanych państw.
W psychologicznym obrazie hiszpańskiego konkwistadora trzy charakterystyczne główne warstwy, które podkreśla John Horace Parry, to jego niezaspokojona żądza złota, ziemi i niewolników; tradycyjna ambicja powalania na kolana pogan i zdobycia dusz dla Chrystusa oraz - rzecz bardziej subtelna, lecz nie mniej oczywista - jego umiłowanie wielkich czynów dla nich samych. Właśnie ta duma, to pragnienie sławy czyniły szare masy osadników tak podatne na przemówienia przywódców typu Corteza, popychały do popierania decyzji, o których wiedzieli, że są nierozważne, jednoczyły ich w obliczu niebezpieczeństwa i prowadziły do porywania się na cele pozornie niemożliwe .
Dla Hiszpana istnieje zasadnicza różnica między wyobraźnią, która go pobudza, i zdolnością rozumowania, która rzadko daje mu impuls do działania - twierdził cytowany już Rufino Blanco Fombona. Nawet Kolumb pewnego dnia napisał - jakby w jakiejś szaleńczej malignie - że nie pomogły mu żadne książki ani mapy, lecz że spełniła się w nim przepowiednia proroka Izajasza. Ostatnie lata swego życia wielki żeglarz spędził na sporządzaniu spisu wszystkich przepowiedni, ale to nie z tego powodu zyskał miano szaleńca. Jego zgubą okazały się próby ich naginania do własnych przypadków i potrzeb. Trudno jednak nie przyznać, że dla południowca wyczyn jest tym wspanialszy, im bardziej absurdalny... Za pomocą liczb i kompasu nikt nie nakłoni go do opuszczenia stałego lądu i szukania przygód w nieznanym świecie, ale fantazja potrafi przenieść go niemal z dnia na dzień na przeciwległy kraniec ziemi. Wszystko co bohaterskie wzmaga jego entuzjazm, gdyż odpowiada jego teorii kontrastów.
To dzięki takiemu pojmowaniu świata Vasco Nú?ez de Balboa jako pierwszy Europejczyk ujrzy Ocean Spokojny od strony Ameryki, a inny Hiszpan, Diego Méndez de Segura i Włoch Bartolomeo Fieschi przepłyną z Jamajki na Haiti w niepozornych łupinach, by dostarczyć listy Kolumba. Załogom obu łodzi, w których skład wchodziło po dziesięciu wioślarzy, zarówno Indian, jak i chrześcijan, udało się w ten sposób pokonać dystans prawie dwustu kilometrów.
Po traktacie podpisanym 7 czerwca 1494 roku w Tordesillas Hiszpania i Portugalia podzieliły pomiędzy siebie rozległe kontynenty, ale pomimo tego monopolu przez długi czas Ameryka pozostanie zaledwie kreską na mapie. Gdzieniegdzie znajdują się niewielkie osady, czasem tylko obozowiska szałasów, dokąd jednak prawie co miesiąc przybywają coraz to nowe grupy niezadowolonych ze swego położenia desperatów, wśród których znajduje się obszarpany hidalgorodem z Jerez de los Caballeros w Estremadurze.
Przyszedł na świat w 1475 roku, a ponieważ klepał biedę, w 1500 roku na karaweli kupca z Sewilli - Rodriga de Bastidasa - wyruszył do Nowego Świata, wprawiającego w gorączkowy stan całą Hiszpanię. Pierwsze okręty dotarły do półwyspu Guajira, który obecnie wchodzi w skład terytorium Kolumbii, już w 1499 roku. Dowodził nimi Alonso de Ojeda, piloto, czyli głównym nawigatorem był Juan de la Cosa - zdaniem Bartolomé de Las Casasa - "Bask, który wówczas był najlepszym żeglarzem, jaki pływał po tych morzach" . Innym członkiem załogi, który przejdzie do historii, był wówczas Amerigo Vespucci.
Jednak konkretne zainteresowanie tym regionem przejawili dopiero Bastidas oraz Juan de la Cosa, którzy odbyli rejs ze wzmiankowanego półwyspu do Przesmyku Panamskiego, odkrywając i nadając nazwę Cartagena naturalnej przystani. Udało im się nawiązać przyjacielskie kontakty z kacykami z plemienia Sinú, dzięki czemu wrócili z dobrej jakości złotem.
Wyprawa Bastidasa, w której uczestniczył Balboa, miała charakter pokojowy i handlowy, bez zapędów kolonizacyjnych. Jednak rok później królowie katoliccy polecili zakładać osady wzdłuż południowego wybrzeża Morza Karaibskiego, z zastrzeżeniem wydanym 30 października, zakazującym ciemiężenia krajowców z wyjątkiem kanibali, co w praktyce dawało Hiszpanom carte blanche w kwestii wykorzystania autochtonów. Zanim jednak dojdzie do opisywanych wypadków, swój pośredni w nich udział odnotuje Balboa.
Początkowo osiadł na Hispanioli, gdzie otrzymał przydziałowe repartimiento. Wszystkie indiańskie społeczności musiały przejść przez luźno zorganizowany system przymusowych robót publicznych, znany w Nowej Hiszpanii pod mylącą nazwą repartimiento, a w Peru (gdzie Inkowie już wcześniej korzystali z podobnego systemu) pod nazwą mita.
Według tego systemu, wobec społeczności tubylczych zamieszkujących jakiś obszar można było wysuwać żądania dostarczenia do wykonywania robót publicznych zmieniających się stale grup robotników o ściśle określonej liczbie ludzi, na określony czas i za ściśle określonym wynagrodzeniem. Jednak Balboa do tego stopnia nieudolnie gospodarował, iż wkrótce popadł w takie długi, że nie mógł spokojnie przejść ulicami Santo Domingo.
Gdy w Hiszpanii zorientowano się, że środkowa część wielkiego łuku od ujścia Orinoko na wschodzie po wybrzeża dzisiejszego Hondurasu na północnym zachodzie nie została choćby pobieżnie poznana, wydano przywilej królewski na przeprowadzenie akcji osadniczej właśnie na tym obszarze dwóm ambitnym szlachcicom: Alonso de Ojedzie i Diego de Nicuesie.
Przydzielono im terytoria, którym nadano nazwy Nowa Andaluzja i Złota Kastylia. Były one oddzielone od siebie rzeką Atrato oraz zatoką Urabá, do której ta rzeka uchodzi. Cały ten niepozorny i w istocie drugorzędny fragment kontynentu amerykańskiego określano mianem Tierra Firme (Stały Ląd). Po dotkliwej porażce, jaką poniósł z rąk Indian z osady Calamar w pobliżu dzisiejszej Cartageny, a potem mieszkańców wioski Turbaco, Ojeda postanowił posuwać się w kierunku południowo-zachodnim. W lutym 1510 roku na wschodnim wybrzeżu zatoki Urabá założył osiedle pod nazwą San Sebastián.
Niewiele później Diego de Nicuesa, szukając odpowiedniego miejsca do położenia podwalin pod osadę mającą być ośrodkiem administracyjnym Złotej Kastylii, podczas przybrzeżnej żeglugi rozkazał: "Zatrzymajmy się tu w imię Boże!". Stąd założona wówczas przez jego ludzi osada zyskała nazwę Nombre de Dios (Imię Boże) .
Gdy do Balboi doszły słuchy o wyprawie w tamtym kierunku awanturniczego prawnika Martína Fernándeza de Enciso, który ze stu pięćdziesięcioma ludźmi wyruszał wspomóc Ojedę, obmyślił niezwykły sposób ucieczki przed prześladującymi go wierzycielami. Kiedy na początku 1510 roku dwa okręty miały już opuścić port, Balboa dostał się na jeden z nich - według najpopularniejszej tradycji - ukryty w beczce z solonym mięsem.
Germán Arciniegas w swoim stylu komentował rozbieżności co do sposobu, w jaki Balboa przepłynął Morze Karaibskie: "Od tego momentu historycy zaczynają swój wiekopomny spór: jedni usiłują wyciągnąć go z beczki, inni - ze zwojów żagli. Obie te operacje okazują się nader skomplikowane, zważywszy że Balboa nie wyruszył sam, lecz zabrał ze sobą psa" .
Podobno Enciso - a fakt ten podaje Bartolomé de Las Casas w swojej Historia de las Indias - gdy dowiedział się o istnieniu tego pasażera na gapę, był gotów wysadzić go na pierwszej napotkanej bezludnej wysepce, bowiem "wedle prawa winien był śmierci", lecz w końcu - chociaż istniał absolutny zakaz włączania do składu wypraw opieszałych dłużników - przychylił się do próśb wielu ludzi, którzy wstawili się za Balboą .
Po przybyciu do San Sebastián zastali tylko zgliszcza osady oraz część niedobitków, a wśród nich niejakiego Francisca Pizarra. Ojeda, nie doczekawszy się okrętu z zaopatrzeniem, wrócił na Hispaniolę. W dodatku dwie karawele Enciso utknęły na mieliźnie u wejścia do zatoki Darién, przez co sytuacja zaczęła się robić niewesoła.
To właśnie Balboa będzie głównym motorem napędowym dalszych działań. Zdopingował załogi do ściągnięcia jednostek z mielizny i skierowania się do leżącej w głębi zatoki Darién małej zatoki Urabá, gdzie podczas poprzedniego rejsu z Bastidasem widział indiańskie osiedle, którego mieszkańcy dysponowali przedmiotami ze złota.
Latem 1511 roku Balboa i jego ludzie wykazywali wielki hart ducha, gdy tropikalna ulewa zniszczyła całość zasiewów, a do widma głodu dołączyła plaga nietoperzy i moskitów. Interesującą wzmiankę na temat natury różnych kąśliwych owadów można przeczytać u Aleksandra von Humboldta, który w latach 1799-1804 podróżował w towarzystwie francuskiego botanika, Amata Bonplanda, odwiedzając między innymi Wenezuelę (rejs rzeką Orinoko), Kubę, Kolumbię, Ekwador, Peru, Meksyk:
"Rozmaite gatunki komarów latają osobno, nie mieszając się, o różnej zaś porze dnia kłują inne owady. Spokój zazwyczaj trwa kwadrans przed "objęciem warty" - jak powiadają misjonarze - przez nowy gatunek komarów. Po odwrocie jednego gatunku nie od razu następny zajmuje jego miejsce. Jednak od wpół do szóstej rano do piątej wieczorem pełno jest w powietrzu moskitów. Na godzinę przed zachodem słońca miejsce moskitów zajmują małe komary, zwane tempraneros, których nazwa pochodzi stąd, że wylatują także o świcie. Latają one zaledwie półtorej godziny i znikają koło siódmej, jak zwykło się tu mówić - po oddzwonieniu na Anioł Pański. Po kilkunastu minutach zaczynają się kłuć zancudos, komary o długich nóżkach. Zancudo posiada kłującą ssawkę, która wywołuje nader dotkliwy ból i pozostawia przez kilka tygodni ślad w postaci bąbli. Brzęczą one podobnie jak europejskie, tylko głośniej. Zancudos od tempraneros Indianie rozróżniają "po śpiewie". Te ostatnie są owadami zmierzchu wieczornego i brzasku porannego, podczas gdy zancudos to owady nocne, znikające o świcie" .
Przyszli zdobywcy Peru, na czele z Francisco Pizarrem, zanim wyruszyli w głąb inkaskiego imperium, najpierw na wyspie Galio, a później na pobliskiej Gorgonie zmagali się z głodem, zimnem i moskitami, których było tyle, że "wystarczyłyby, aby zatruć życie wszystkim poddanym tureckiego sułtana" .
Tymczasem towarzysze Balboi postanowili u ujścia rzeki Tuira założyć osadę o przydługiej nazwie Santa María la Antigua del Darién, z której pozostanie wkrótce tylko ostatni człon. Zaledwie wszakże zagospodarowali się na nowym miejscu, a już wśród awanturniczych założycieli pojawił się problem zwierzchnictwa. Prestiż Encisa z każdym dniem bowiem ulegał osłabieniu na rzecz wpływów Balboi, więc wkrótce otrzymał on propozycję objęcia funkcji alcalde mayor, pod warunkiem uznania zwierzchnictwa byłego pasażera na gapę.
Enciso odmówił i wybrał usunięcie się na Hispaniolę, skąd pożeglował do Hiszpanii, aby na dworze królewskim rozwinąć akcję mającą na celu odzyskanie własnej pozycji i zdyskredytowanie Balboi. López de Gómara w swojej wersji Historia General de las Indias napisał wprost, że Balboa sam zasługiwał na karę i zniewagę, jakie zaaplikował Enciso, "wszak popełnił i zawinił tym, o co drugiego oskarżył, czyniąc się sędzią, kapitanem i gubernatorem" .
Balboa chciał się zabezpieczyć, dlatego razem z Enciso na dwór udał się Martín Zamudio, aby przedstawić zasługi Balboi. Towarzyszył im Juan de Valdivia, który miał na Hispanioli nie tylko zdobyć niezbędne zaopatrzenie dla osady, ale i za pomocą prezentów ze złota wyjednać poparcie dla Balboi ze strony sprawującego urząd gubernatora starszego syna Kolumba, Diega, jak i królewskiego skarbnika Miguela de Pasamonte, bardzo wpływowego funkcjonariusza, prawdziwej szarej eminencji w Santo Domingo. To dzięki jego protekcji Cortez zaczął robić karierę, zanim sprzyjające okoliczności i własne przymioty uczyniły z niego zdobywcę Meksyku .
Tymczasem w obozie Balboi uświadomiono sobie, że La Antigua znajdowała się już na terytorium przyznanym Nicuesie, którego los zresztą wówczas był nieznany. W ten sposób Hiszpanie podzielili się na trzy frakcje: lojalnych wobec Encisa, stronników Balboi oraz zwolenników poddania się zwierzchności Nicuesy. Niebawem ta ostatnia frakcja dość niespodziewanie zyskała na znaczeniu wraz z przybyciem dwóch karaweli z sześćdziesięcioma ludźmi pod wodzą Rodriga de Colmenaresa (był on oficerem Nicuesy pozostawionym na Hispanioli w celu zgromadzenia większej ilości zapasów) .
Pod wpływem Colmenaresa i jego ludzi postanowiono wezwać Nicuesę do objęcia zwierzchnictwa nad Darién. Ten oczywiście ofertę delegacji przyjął z entuzjazmem, który jednak szybko przekształcił się wręcz w butę. Fakt ten nieco dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę opinię Bartolomé de Las Casasa, którego zdaniem Nicuesa wychowany jako paź królewskiego wuja był: "człowiekiem rozważnym, dworakiem miłym w rozmowie".
Balboa, choć oczywiście był przeciwnikiem objęcia przywództwa przez Nicuesę, umiał zachować umiar i dystans. Widząc wrogie nastawienie ludzi, które groziło nawet rękoczynami wobec Nicuesy, zapobiegł temu, łagodząc - przynajmniej przejściowo - sytuację. Polecił też wybatożyć niejakiego Beniteza, który publicznie, w gwałtownych słowach wzywał do przeciwstawienia się Nicuesie. W końcu to Balboa poradził Nicuesie, aby ten dla własnego bezpieczeństwa dopóty nie opuszczał okrętu, dopóki on sam ponownie nie przybędzie. Do tej rady, na swoje nieszczęście, Nicuesa się nie zastosował.
Niepomny tego, że niespodziewana propozycja przeprowadzki uratowała go od niechybnej śmierci, zaczął się odgrażać, iż ukarze wszystkich winnych, którymi w jego mniemaniu byli mieszkańcy nowego osiedla, i odbierze im złoto, które nielegalnie, bo bez jego pozwolenia, zostało zdobyte i należało do niego jako gubernatora . Już wcześniej kazał wychłostać Lope de Olano za odłączenie się swoimi brygantynami od jego, Nicuesy, karaweli.
Wprawdzie po długich błaganiach swych podwładnych Nicuesa odstąpił od zamiaru deportacji Olano z etykietką zdrajcy, ale zarządził porzucenie założonej przez Olano osady, widząc zapewne w dalszym jej trwaniu wyzwanie podważające jego kwalifikacje dowódcy. A uczynił to tak stanowczo, że odrzucił nawet prośby podwładnych o poczekanie do momentu, gdy będzie można zebrać kukurydzę, która lada dzień miała dojrzeć. Podobno Nicuesa miał powiedzieć, iż "więcej warte jest życie niż chleb i że nie chce przebywać dłużej w tym złym kraju" .
Według niektórych czyn ów miał się przyczynić do tragicznego końca Nicuesy, bo jego najzaciętszymi wrogami stali się ci spośród ludzi Balboi, którzy - tak jak Olano - pochodzili z Baskonii. Do najbardziej zaciętych oponentów należał Martín Zamudio i to pod nieobecność Balboi, a z przyzwoleniem Zamudio, aresztowano Nicuesę. Pod naciskiem popleczników Olano odrzucono prośbę Nicuesy, aby go potraktować jako prostego żołnierza i pozwolić na osiedlenie się na terenie Darién .
Trzeba podkreślić, że Nicuesa nie przybrał takiej postawy dopiero w Darién. Już w Nombre de Dios traktował ludzi twardo i - zgodnie z opisem Las Casasa - "stał się bardzo niecierpliwy, źle usposobiony i nietowarzyski, bardzo źle traktował tych niewielu, którzy mu pozostali, nie zważając na głód i udręki, jakie znosili, widząc jedni drugich umierających z nieprzerwanego cierpienia, którego było aż nadto" .
Nicuesa wraz z kilkunastoma towarzyszami został siłą wsadzony na starą brygantynę, na której polecono mu wracać do Hiszpanii i tam stanąć przed królem. Nie wiadomo, co naprawdę stało się z Nicuesą, ale prawdopodobnie utonął, ponieważ nikt już go więcej nie widział. Pewności nie miał też Las Casas, który stwierdzając: "nie wiem, czy z premedytacją wybrali najgorszą" - nawiązywał do stanu brygantyny, na której pokładzie znalazł się Nicuesa.
Misja Martína Zamudio w Hiszpanii wobec wpływów Enciso zarzucających Balboi uzurpację władzy oraz przyczynienie się do śmierci Nicuesy nie mogła się powieść. Zamudio, zamiast stanąć przed królewską Radą Indii, ukrył się z obawy przed aresztowaniem. Na szczęście starania Valdivii zakończyły się pełnym powodzeniem, gdyż wrócił z zapasami żywności i broni oraz wiadomością o ustanowieniu Balboi przez Diega Kolumba swoim zastępcą na kontynencie.
Rok 1513 to dla poczynań Balboi data znamienna - wtedy podjął się przedsięwzięcia, które zadecydowało o jego osobistym sukcesie, choć jak się później okazało, nie wszystkie jego skutki odpowiadały zamierzeniom i aspiracjom konkwistadora. Już wcześniej zresztą dręczyła go niepewność, czy owo powodzenie nie jest tylko przejściowym uśmiechem losu. Według Las Casasa Balboa "stał się jeszcze bardziej niż dotąd ostrożny i obawiający się swego upadku, każdego dnia bojąc się, że przybędzie z Kastylii ktoś, kto go pozbawi stanowiska i zada klęskę" .
Pierwsza z prawdziwego zdarzenia ekspedycja badawcza pod jego dowództwem opuściła Darién w 1512 roku. Jej celem było dotarcie na terytorium wodza o imieniu Dabeiba - głównego dostawcy złota według Indian z wybrzeża. Domena tego kacyka miała leżeć gdzieś w górzystym interiorze na południu. W trakcie dwóch wypadów Balboa zbadał Río Atrato z jej dopływami, zbliżając się do gór odległych o zaledwie dwa dni marszu.
W liście do króla informował potem, że kacyk Dabeiba zdobywa złoto z bogatej krainy zamieszkanej przez ludożerczych Karibów, w zamian za złoto oferując sąsiadom chłopców i dziewczęta na żony czy na rytualne ofiary, a także dostarczając ryby, sól i bawełnianą odzież. Franciszkański kronikarz Pedro Simón przytaczał w swoich Noticias historiales de las conquistas de Tierra Firme wstrząsające szczegóły o tym, iż kacykowie mordowali jeńców, aby wytopić z nich tłuszcz do lamp, a mięso sprzedawali .
Przyganiał kocioł garnkowi - chciałoby się powiedzieć - skoro Europejczycy również sięgali po tak radykalne środki. Bernal Díaz del Castillo w swoim pamiętniku z okresu konkwisty Meksyku kilkakrotnie wspomina o stosowanej przez podkomendnych Corteza praktyce opatrywania ran tłuszczem pochodzącym z ciał poległych w starciach nieprzyjaciół: "Wypaliliśmy rany ludzi i koni tłuszczem z Indianina" .
Balboa stosunkowo niechętnie używał siły, preferując raczej w miarę możliwości środki pokojowe. Ten lekkomyślny, zbankrutowany awanturnik wykazał się wprost wyjątkowym - wśród całej czeredy konkwistadorów - rozumem i zmysłem organizacyjnym, co potwierdza opinia Pedro Mártira de Anghiery, Mediolańczyka, kronikarza hiszpańskiej konkwisty: "Balboa z porywczego awanturnika przedzierzgnął się w rozumnego i poważnego wodza" .
Potrafił postępować z autochtonami, zdobywając w ten sposób przyjaźń kilku miejscowych wodzów, którzy nawet przyjęli chrzest. Oczywiście działo się tak tylko wtedy, gdy wodzowie spełniali wolę białych w wyniku mniej lub bardziej łagodnej "perswazji", jak to było choćby w przypadku kacyków Torecha, Chiapes, Coquera czy Tumaco.
Jednak z tego schematu wyłamał się kacyk Pacra, który nie dał się namówić na wydanie złota. Tortury zastosowane przez Hiszpanów też nie przyniosły rezultatu i kacyka zaszczuto psami bojowymi. Balboa, usprawiedliwiając się z tego aktu okrucieństwa, w liście do króla przedstawił niewątpliwie mocno przerysowany obraz tego indiańskiego wodza:
"Był tak brzydki, brudny i okropny, że nie sposób wyobrazić sobie czegoś bardziej odrażającego. Natura poprzestała na nadaniu mu ludzkich kształtów. Co się tyczy reszty, był nieokrzesaną, dziką i potworną bestią, a jego obyczaje odpowiadały jego postaci i fizjonomii" .
Jednak to dzięki temu, że Balboa poślubił czy też przyjął w darze córkę jednego z kacyków, został ostrzeżony przez Indiankę o przygotowywanej rewolcie tubylców, podobnie jak dziesięć lat później Cortez w Cholula. W Meksyku główną rolę odegrała Malinche, znana później jako do?a Marina, której od przybyłej na przeszpiegi indiańskiej matrony imieniem Alabahba udało się podstępem wydobyć plany o szykowanej napaści.
Podobnie było z przygotowywanym przez paragwajskich Indian sprzysiężeniem antyhiszpańskim, odkrytym w Wielkim Tygodniu 1539 roku dzięki informacji Indianki służącej u jednego z oficerów Domingo Martíneza de Irali. Analogiczne sytuacje miały miejsce w przypadku podkomendnego Francisco Pizarra - Diego Palomino w San Miguel oraz żołnierza i kronikarza w jednej osobie, Ciezy de Leóna, podczas ekspedycji, którą dowodził Jorge de Robleda.
Gdy Balboa był w stanie zrozumieć miejscowe narzecze, dowiedział się - o czym donosił w liście do króla z 20 stycznia 1513 roku - że: "Indianie twierdzą, iż jest inny ocean, oddalony o trzy dni drogi stąd [...] mówią, że ocean ten jest bardzo wygodny do podróżowania łodzią, ponieważ jest zawsze spokojny. [...] Wierzę, że na morzu tym znajduje się wiele wysp [...] oni mówili mi, że jest tam obfitość pereł ogromnej wielkości i miejscowi kacykowie, a nawet pospolici Indianie mają ich pełne kosze" .
Brzmiało to ekscytująco, dlatego 1 września tego samego roku wyruszył do krainy skarbów, mając początkowo pod swoją komendą stu dziewięćdziesięciu Hiszpanów i sześciuset Indian pod wodzą zaprzyjaźnionego kacyka Comogro. Pewnego dnia stanął na szczycie grzbietu górskiego, skąd w oddali spostrzegł połyskującą taflę wodną. Balboa, odkrywając Pacyfik, miał ponoć wypowiedzieć następujące słowa:
"Kroczcie za mną, gdyż z łaską Chrystusową będziecie najbogatszymi Hiszpanami, którzy przybyli do Indii i uczynicie największą przysługę waszemu królowi, jakiej nigdy żaden poddany nie wyświadczył swojemu władcy, i zdobędziecie honor i sławę [z tego] co tylko odtąd zostanie odkryte, podbite i nawrócone na naszą katolicką wiarę" .
Być może udzielił mu się nawet nastrój mistycyzmu, jaki w pewnym momencie ogarnął również samego Krzysztofa Kolumba. To, że dane mu było ujrzeć bezkres wód Pacyfiku i wrócić, nie utraciwszy w licznych potyczkach z Indianami ani jednego żołnierza, osobiście nie odnosząc nawet jednej rany, przynosząc za to łup wartości ponad stu tysięcy pesos i hołdując po drodze wielu kacyków, Balboa skłonny był przypisywać siłom nadprzyrodzonym. Według słów Las Casasa Balboa miał wyznać: "A Bóg i Jego błogosławiona Matka, co nas wspierali, żebyśmy tu przybyli i to zobaczyli, będą nam pomagać, abyśmy mogli cieszyć się tym, co tutaj znajdziemy" .
Prawda przedstawia się tak, że zanim dotarli do Pacyfiku, na rekonesans udał się Francisco Pizarro z dwoma towarzyszami, i to jeden z nich, niejaki Alonso Martín, jako pierwszy wkroczył w fale oceanu. Dopiero trzy lub cztery dni później to samo uczynił Balboa. Dobrze o nim świadczy jako o człowieku i dowódcy to, że nie pośpieszył po tanią sławę. Dzieląc zawsze dolę i niedolę ze swymi podkomendnymi, nie chciał opuszczać chorych i rannych, których w szeregach ekspedycji była spora liczba. Potwierdza to hiszpański kronikarz Fernández de Oviedo:
"Jeśli którykolwiek z jego ludzi bywał zmęczony lub chory, Balboa go nie opuszczał. Przeciwnie... wychodził z kuszą, by upolować ptaka i zanieść go choremu, którego pielęgnował i pocieszał jak syna lub brata. W całych Indiach żaden dowódca mu nie dorównywał" .
Gdy Francisco Pizarro jeszcze na przesmyku po starciu z Indianami pozostawił na polu bitwy jednego rannego żołnierza, Balboa nakazał mu wrócić po niego, mówiąc: "Tak jak cenicie własne życie, nigdy nie powinniście zostawiać choć jednego z moich żołnierzy na polu bitwy" . Wprawdzie Balboą kierowało nie tyle współczucie dla rannego, ile troska o nieuszczuplanie własnych sił, ale przyszły pogromca Inków nie zapomniał tej lekcji. Jeszcze przed Coaque w czasie trudnego marszu na północnych rubieżach Peru miał osobiście pomagać słabszym i chorym w pokonywaniu licznych przeszkód terenowych.
Podobne przykłady troski o niebędących w pełni sił współtowarzyszy można spotkać w historii ekspedycji eksplorujących wenezuelski interior czy też andyjską sierrę. Również w Meksyku Cortez po "smutnej nocy" wydał rozkaz, aby konni pomogli niedomagającym towarzyszom, czy to sadowiąc ich na zadach swoich koni, czy to pozwalając im trzymać się strzemion lub końskich ogonów. Owa solidarność, jaką prezentowali konkwistadorzy (aczkolwiek i tu zdarzały się wyjątki), była kwalifikacją moralną niezwykle funkcjonalną z punktu widzenia założonych celów i obranych dążeń.
Dopiero po dotarciu całej grupy Balboa w pełnej zbroi i ze sztandarem w ręce wkroczył do wody po pas, nazywając ją Wielkim Morzem Południowym, zatokę zaś chrzcząc imieniem świętego Michała - patrona tego wiekopomnego dnia. Ponadto oficjalnie w imieniu monarchy objął je hiszpańskim panowaniem, a towarzyszący ekspedycji pisarz zakończył urzędowe sprawozdanie z tej podniosłej ceremonii słowami:
"Tych dwudziestu dwóch i pisarz Andrés de Valderrábano byli pierwszymi, którzy zanurzyli stopy w Morzu Południowym i własnoręcznie zaczerpnęli wody, biorąc ją w usta, aby przekonać się, czy jest ona słona, tak jak ta z innego morza; a stwierdziwszy, że tak jest, złożyli dzięki Bogu" .
Takie nieco teatralne i jeszcze dość średniowieczne w wyrazie formy proklamacji objęcia panowaniem hiszpańskim nie należały do rzadkości. Kolumb wymyślił nawet nową flagę, słynną chorągiew zielonego krzyża . Cortez w Tabasco szpadą zrobił trzy nacięcia na pokaźnych rozmiarów drzewie i wyzywał na pojedynek każdego, kto by się ośmielił zakwestionować władztwo hiszpańskie nad tymi ziemiami. Podobnie Jiménez de Quesada najpierw wyrwał kępę trawy i stawiając stopę w wyrwie, objął ziemię Czibczów w posiadanie cesarza Karola V. Następnie dosiadł konia i wyciągając miecz, wyzwał każdego, czy to na koniu, czy to pieszego, kto zaprzeczy jego prawu do założenia miasta Bogota .
Miejsce owych "zaślubin" z morzem stało się bazą wypadową Balboi, skąd dopłynął do dużej wyspy, którą określił mianem Wyspy Króla, a dalej do archipelagu nazwanego Wyspami Perłowymi, ponieważ ich mieszkańcy ze znakomitym skutkiem zajmowali się połowem perłopławów. W trakcie rejsu wzdłuż wybrzeży Zatoki Panamskiej (aż do wysokości półwyspu Azuero i wyspy Coiba) dochodziły go wzmianki o leżącym na południu potężnym państwie Birú. Musiał jednak odłożyć wyprawę w tamtym kierunku, gdyż powiadomienie króla o dokonanych odkryciach uznał za ważniejsze.
Tak więc 19 stycznia 1514 roku wkroczył triumfalnie do Darién, przynosząc ze sobą nie tylko intrygujące wiadomości, lecz także wielkie skarby. Oprócz bowiem pereł konkwistadorzy obłowili się jeszcze złotem i srebrem, jakie znaleźli wśród plemion, których wsie napotkali na swej drodze. Raport i quinto real (czyli należny królowi hiszpańskiemu podatek w wysokości dwudziestu procent zamorskich zdobyczy) wywarły odpowiednie wrażenie na dworze i złagodziły wrogie nastroje wobec Balboi, ale jak to zwykle bywa, wzbudziły też zawiść i chęć wykorzystania na swoją korzyść odkrycia dokonanego przez kogo innego.
Wprawdzie Balboa został uznany za adelantado Morza Południowego oraz gubernatora Panamy i Coiby, ale funkcja wielkorządcy Darién przypadła w udziale siedemdziesięcioczteroletniemu wówczas Pedrariasowi, którego - po zdobyciu przez niego sławy w walkach z Maurami - określano mianem Szejtana-Zapaśnika. Okaże się on jednym z najnikczemniejszych ludzi w dziejach podboju Nowego Świata.
W tym świetle swoiście podwójnego znaczenia nabiera tytuł adelantado, który na mocy kapitulacji otrzymywali dowódcy wypraw zdobywczych. Tytuł ten, mający swe źródło - jak tyle innych instytucjonalnych form konkwisty - w rzeczywistości społecznej półwyspu w epoce walk z Maurami, oznaczał gubernatora granicznej krainy, którą należało nie tylko utrzymać, ale i poszerzyć o nowe terytoria. Etymologicznie termin ów wywodzi się od hiszpańskiego czasownika adelantar - posuwać się naprzód, czynić postępy .
Ale słowo adelantar może oznaczać także wyprzedzenie kogoś. I to drugie znaczenie - zdaniem Andrzeja Tarczyńskiego - może nawet lepiej oddaje istotę kondycji konkwistadorów. Bo przecież sukces i sławę zyskali ci właśnie, którzy dzięki własnej inteligencji, talentom organizacyjnym, dyplomatycznym i militarnym zdołali uprzedzić rzeczywistych lub tylko potencjalnych współzawodników.
I odwrotnie, ci, którzy ponieśli klęskę, najczęściej działali pod presją czasu (przede wszystkim chodziło o nieprzekroczenie terminu, po którym kapitulacja traciła swą moc i prawo podboju mogło zostać przez Koronę udzielone następnemu pretendentowi). Wszyscy wielcy przegrani wśród konkwistadorów w gruncie rzeczy ponieśli klęskę w wyścigu z czasem, ale nie tylko to leżało u przyczyn ich porażki.
Epopeja amerykańska wymagała od swych protagonistów, czy to konkwistadorów, czy to korsarzy, cech i dyspozycji, których byli pozbawieni przedstawiciele kręgów elitarnych, rozpowszechnionych za to wśród jednostek usytuowanych na średnich szczeblach drabiny społecznej lub jeszcze niżej. Nie bez kozery Germán Arciniegas rozdział poświęcony Balboi zatytułował: Pacyfik odkryty przez ludzi z gminu.
Pedrarias swoje stanowisko zawdzięczał ponadto mariażowi z do?ą Beatriz de Bobadilla, sławną markizą Moya, znaną z przyjacielskiej zażyłości z królową Izabelą Katolicką. Szybko - jak na owe czasy - zorganizowano ekspedycję złożoną z prawie dwóch tysięcy żołnierzy i awanturników, przyciągniętych zwyczajowo nadzieją łatwego wzbogacenia się, których rozmieszczono na pokładach ponad dwudziestu okrętów. Tymczasem w przeciwnym kierunku i o wiele wolniej podążał kolejny posłaniec od Balboi - Pedro de Arbolancha.
Jego misja na dwór mogła stanowić przełom, ale na miejsce dotarł, gdy wyprawa Pedrariasa już wyszła w morze. Gwoli ścisłości należy dodać, że już pojawienie się na dworze poprzednich wysłanników Balboi, Rodrigo de Colmenaresa i Juana de Caicedo, w połowie 1513 roku wzbudziło poważne wątpliwości co do zasadności tej nominacji i dopiero opinia biskupa Fonseki, wpływowego doradcy króla, przeważyła szalę na stronę Pedrariasa. Na próżno Las Casas modlił się, aby ten nigdy nie pojawił się w Darién, "gdyż był jako płomień, który spalił i spustoszył liczne prowincje, z którego to powodu nazywaliśmy go Furor Domini" . Cytowany już wielokrotnie Andrzej Tarczyński zauważa:
"Balboa jako archetyp konkwistadora to niewątpliwie osobnik zorientowany na samodzielność społeczną o charakterze ekspansywnym - inicjuje działania, wierzy w doprowadzenie podjętego dzieła do końca, a ponadto pociąga swą inicjatywą innych. Jego adwersarze zaś - Enciso, Nicuesa, a nawet Pedrarias - to jednostki przejawiające ekspansywne dążności do przystosowania osobistego, a więc szukające jedynie potwierdzenia własnej wartości w oczach bliźnich, indywidua zainteresowane w najwyższym stopniu pozytywnym wizerunkiem własnej jaźni odzwierciedlonej" .
Pedrarias był człowiekiem - jak to się dzisiaj kolokwialnie mówi - nie do zdarcia. Ponoć omal nie został przez pomyłkę pochowany. Wystawiono już jego ciało w klasztorze w Torrejón, uważając go za zmarłego. Gdy miano go zanieść do grobu, jeden ze służących przytknął ucho do trumny i usłyszał, że coś się wewnątrz porusza. Zdjęto wieko, a wtedy Pedrarias westchnął i otworzył oczy. Na pamiątkę tego wydarzenia zarządził, by co roku odprawiano mszę żałobną, której miał słuchać z własnego grobowca wybudowanego w kościele . Gdy wyruszał w podróż, zawsze zabierał ze sobą trumnę, choć nie wiadomo, czy podobnie uczynił, udając się na Przesmyk Panamski.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.