15 dni bez głowy - Dave Cousins

-
Proszę czekać

Wto­rek

Trzaśnięcie drzwi wejścio­wych. Mama wróciła.

Z łomo­tem rzu­ca w ko­ry­ta­rzu swo­je rze­czy jak jakiś zezwłok i idzie pro­sto do kuch­ni. Słyszę głuche stuk­nięcie bu­tel­ki sta­wia­nej na sto­le, trzask zakrętki, a po­tem po­wol­ny bul­got, kie­dy płyn leje się do kie­lisz­ka.

Mama kasz­le, przy­su­wa so­bie krzesło i sia­da.

Za­pach dymu pa­pie­ro­so­we­go napływa do dużego po­ko­ju, gdzie ja i Jay sie­dzi­my ci­cho. Scho­dzi­my jej z dro­gi, dopóki nie na­dej­dzie Wesoła Go­dzi­na - czas, kie­dy za­działa ma­gia pierw­sze­go drin­ka i mama znów się uśmiech­nie.

- Gdzie moi cu­dow­ni chłopcy? Gdzie się scho­wa­li?

To jest sy­gnał, że można bez­piecz­nie wyjść. Zaczęła się Wesoła Go­dzi­na.

Idzie­my do kuch­ni. Jay bie­gnie pro­sto w jej objęcia, a ona jest cała w skow­ron­kach, uśmie­cha się i całuje go. Ja stoję przy drzwiach, aż przy­wołuje mnie ge­stem i też przy­tu­la. Od za­pa­chu pa­pie­rosów i tłuszczu z fry­tek aż kręci w no­sie.

Jay opo­wia­da jej, jak było w szko­le. Ona słucha, uśmie­cha się i do­le­wa so­bie. Płyn w kie­lisz­ku jest gęsty i czer­wo­ny.

Po ja­kimś cza­sie prze­sta­je słuchać. Wzrok robi jej się szkli­sty, a uśmiech gaśnie. Jay wciąż mówi, jego wy­so­ki głosik sześcio­lat­ka jest zbyt hałaśliwy. Na sto­le leży nóż, którym Jay kręci, pa­plając. "A po­tem na prze­rwie Matt po­wie­dział... świst... ale my nie chcie­liśmy się w to bawić... świst, klink... więc ja po­wie­działem, żebyśmy le­piej... klink, świst, klink". Kie­dy nóż potrąca bu­telkę, ma­mie drgają po­wie­ki.

Biorę Jaya za rękę i mówię mu, że czas do łóżka.

Krzy­wi się.

- Nie idę spać.

- Owszem, idziesz. Naj­wyższa pora.

- Nie.

- No już, Jay.

- Nie będziesz mi mówił, co mam robić.

Spogląda na mamę. Mama z tru­dem sku­pia spoj­rze­nie.

- O co cho­dzi, ko­cha­nie?

- Nie muszę jesz­cze iść spać, praw­da?

- Oczy­wiście, że nie, słonko. Chodź tu i przy­tul się do ma­mu­si.

Mój bra­ci­szek spogląda na mnie trium­fal­nie i włazi jej na ko­la­na. Wzru­szam ra­mio­na­mi i daję im spokój. Ale nie od­chodzę za da­le­ko.

Wesoła Go­dzi­na rze­czy­wiście trwa mniej więcej go­dzinę. Cza­sem mniej. Go­rzej jest, kie­dy mama nie pije, bo nie mamy pie­niędzy. Ci­ska się wte­dy po miesz­ka­niu, krzycząc na mnie i na Jaya, że wszędzie jest bałagan. Albo nie wsta­je z łóżka przez cały dzień, albo za­my­ka się w łazien­ce i przez drzwi słychać, jak płacze. Cza­sem sie­dzi tam bez końca, więc muszę za­bie­rać Jaya na dwór, żeby wy­si­kał się za kubłami na śmie­ci.

O ósmej uda­je mi się za­pa­ko­wać Jaya w piżamę. Wle­cze się na czwo­ra­kach do łazien­ki, ogląda się na mnie i szcze­ka. To zupełnie nor­mal­ne za­cho­wa­nie - w każdym ra­zie dla Jaya. Nie pamiętam, kie­dy zaczął mieć kręćka na punk­cie czwo­ro­nogów, ale uda­je psa, odkąd się tu prze­pro­wa­dzi­liśmy. Nie robi tego cały czas, tyl­ko wte­dy, kie­dy wie, że się wkurzę. Tak jak te­raz.

- No już, Jay, umyj zęby.

Wy­ci­skam pastę i po­daję mu szczo­teczkę.

Potrząsa głową.

- Jak nie będziesz mył zębów, to ci wy­padną.

Jay uja­da i szcze­rzy się na mnie.

Nie mamy na to cza­su. Jeśli mama się zo­rien­tu­je, że Jay jesz­cze nie jest w łóżku, zro­bi nam piekło.

- Wsta­waj! - Chwy­tam go za ramię i próbuję zmu­sić, żeby pod­niósł się z podłogi.

Jay war­czy i gry­zie mnie w nad­gar­stek.

Za­sko­czo­ny upusz­czam szczo­teczkę.

- Ugryzłeś mnie! - Nie bolało, ale na skórze zo­stał mi wyraźny od­cisk jego zębów.

Pa­trzy na mnie z wesołym błyskiem w oku.

Te­raz już je­stem na­prawdę wku­rzo­ny.

- Do­brze!

Biorę go pod pa­chy i sta­wiam na no­gach. Jay wije się i wykręca, usiłując znów mnie ugryźć, ale je­stem od nie­go sil­niej­szy i on o tym wie. Pod­noszę szczo­teczkę i przy­ci­skam mu do buzi. Cały czer­wo­ny, pa­trzy na mnie wście­kle, za­ci­skając usta. A po­tem na­gle bu­zia mu się kur­czy i za­czy­na płakać.

W pa­ni­ce próbuję go objąć, zro­bić co­kol­wiek, żeby tyl­ko go uci­szyć.

Ten dźwięk to jed­na z nie­wie­lu rze­czy, które są w sta­nie prze­niknąć Chmurę. Chmu­ra to coś, co następuje po Wesołej Go­dzi­nie i trwa dużo dłużej. Pole siłowe dymu ze szlugów i oparów wina z naszą mamą w środ­ku. Przy­po­mi­na mi to ten sta­ry pro­gram te­le­wi­zyj­ny Gwiaz­dy w ich oczach, gdzie uczest­nik wcho­dzi do stu­dia jako jed­na oso­ba, a po­tem wyłania się z kłębów dymu jako ktoś zupełnie inny. Ale z mamą jest tak, że ciągle wygląda tak samo - to tyl­ko jej oso­bo­wość się zmie­nia. No i to chy­ba nie nada­wałoby się do te­le­wi­zji.

Słyszę, jak idzie ko­ry­ta­rzem, hałasując ni­czym King Kong i klnąc, kie­dy obi­ja się o ścia­ny.

- Co tu się, u diabła, dzie­je?

Jay na se­kundę prze­sta­je płakać. Pa­trzy na nią wiel­ki­mi ocza­mi, ale jest jesz­cze za mały, żeby wy­czuć ostrzeżenie w jej głosie. Znów za­czy­na chli­pać i po­ka­zu­je na mnie.

- Lau...ren­ce... złapał mnie... za rękę.

Mama wy­ry­wa mi szczo­teczkę Jaya i rzu­ca mi ją w twarz.

- Na miłość boską! Ni­czym nie umiesz się zająć, nie robiąc przy tym zamętu? - Język ma czar­ny, a od za­pa­chu z jej ust aż skręca mi się żołądek.

Cze­ka na od­po­wiedź, ale czy to jest py­ta­nie, na które da się od­po­wiedzieć? Więc wzru­szam ra­mio­na­mi. Zła de­cy­zja. Mama nie zno­si, kie­dy to robię. No­tuję so­bie w pamięci, żeby pil­no­wać tego na przyszłość, tuż przed tym, jak ude­rza mnie moc­no w twarz.

- Nie od­po­wia­daj mi wzru­sze­niem ra­mion.

- Prze­pra­szam.

Pod­ty­ka Jay­owi szczo­teczkę.

- Myj­cie zęby i do łóżek. Nie­do­brze mi się robi na wasz wi­dok.

Jest pięć po ósmej. Mam piętnaście lat i muszę iść spać pięć po ósmej.

Jay bie­rze się do szczot­ko­wa­nia. Nie pa­trzy w moją stronę.

Twarz mnie pie­cze i czuję, że puch­nie mi skóra pod okiem. To moja wina, po­wi­nie­nem był prze­wi­dzieć, co się sta­nie.

Kładę się na łóżku Jaya i czy­tam mu bajkę. Już mi prze­ba­czył wielką aferę z my­ciem zębów. Chy­ba ma wy­rzu­ty su­mie­nia, że mama mnie ude­rzyła.

- Płakałeś - mówi.

- Nie płakałem. Tyl­ko trochę mnie za­piekło. Cza­sem łzawią człowie­ko­wi oczy, ale to nie to samo co płacz.

- Nie bolało cię?

- Nie, nie bar­dzo - kłamię.

Na su­fi­cie w na­szym po­ko­ju są gwiazd­ki. Kie­dyś błysz­czały w ciem­ności. Mama ułożyła je na wzór praw­dzi­wych kon­ste­la­cji, sko­pio­wa­nych z książki z bi­blio­te­ki. Gdy się tu wpro­wa­dzi­liśmy, urządziła całe miesz­ka­nie, każde po­miesz­cze­nie po­ma­lo­wała na inny ko­lor. W dużym po­ko­ju była taka strasz­na brązowa ta­pe­ta w kwiat­ki i pew­ne­go wie­czo­ru mama po pro­stu zaczęła zry­wać ją ze ścia­ny wiel­ki­mi pa­sa­mi. Myślałem, że zwa­rio­wała. A po­tem ra­zem z Jay­em przyłączy­liśmy się do niej. Wszy­scy tro­je ska­ka­liśmy po po­ko­ju w rytm pusz­czo­nych na cały re­gu­la­tor pio­se­nek Qu­eenów, ulu­bio­ne­go ze­społu mamy, i rzu­ca­liśmy w po­wie­trze kawałki pa­pie­ru, aż fru­wały wokół nas jak śnieżyca.

Ale to było wie­ki temu. Kie­dy mama jesz­cze próbowała.

Po prze­pro­wadz­ce tu­taj mie­liśmy zacząć wszyst­ko od początku - w miej­scu, gdzie nikt nas nie znał, miej­scu bez hi­sto­rii.

Miesz­ka­my na ostat­nim piętrze bu­dyn­ku o na­zwie Par­kview He­ights. Blok ma trzy piętra: na par­te­rze jest ciąg sklepów, czy­li Par­kview Pa­ra­de, a po­tem są trzy po­zio­my miesz­kań. Nie­da­le­ko znaj­du­je się park, ale stąd go nie widać. Nie­ste­ty wśród miesz­kańców funk­cjo­nu­je ta­kie po­wie­dze­nie: "Kie­dy wia­do­mo, że ktoś zna­lazł się na dnie? Gdy bu­dzi się w He­ights!". Mamy ka­ra­lu­chy w kuch­ni i cieknący se­des, a jeśli otwo­rzy się okno cho­ciaż na chwilę, smród ze smażalni w Pa­ra­de od razu prze­ni­ka całe miesz­kanie.

Nie stać nas na nic lep­sze­go. Mama boi się złożyć po­da­nie o zasiłek, bo wte­dy mo­gli­by spraw­dzić, jak było w Brid­ge­well, i zaczęliby za­da­wać py­ta­nia. A kie­dy lu­dzie za­czy­nają za­da­wać py­ta­nia, nie za­wsze po­do­bają im się two­je od­po­wie­dzi i wte­dy właśnie robi się strasz­nie.

Tak jak ostat­nim ra­zem. Ko­bie­ta z podkładką do no­to­wa­nia przyszła wte­dy do nas i po­wie­działa, że naj­le­piej byłoby, gdy­byśmy z Jay­em za­miesz­ka­li u kogoś in­ne­go, dopóki mama nie sta­nie na nogi. To było ja­kieś dzie­sięć se­kund przed tym, za­nim mama wy­rzu­ciła ją za drzwi. Jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru wsie­dliśmy w pociąg, który przy­wiózł nas tu­taj. Nie­sa­mo­wi­ta Zni­kająca Ro­dzi­na. Za­sta­na­wiałem się, co pomyślą so­bie lu­dzie w szko­le, kie­dy tak po pro­stu wy­pa­ruję, a po­tem uświa­do­miłem so­bie, że połowa z nich pew­nie wca­le tego nie za­uważy. Wyjeżdżasz dokądś, a inni na­wet nie zdają so­bie z tego spra­wy, bo w ogóle nie wie­dzie­li o two­im ist­nie­niu. To nie jest faj­ne.

Na stojącym przy łóżku bu­dzi­ku ze Sco­obym jest dwu­dzie­sta pięćdzie­siąt pięć. Już czas.

Spraw­dzam, czy Jay śpi, po czym wsu­wam rękę pod ma­te­rac i wyciągam ko­pertę z kar­ta­mi te­le­fo­nicz­ny­mi. Mama ukradła je z kio­sku, w którym kie­dyś pra­co­wała. Chy­ba­by mnie udu­siła, gdy­by się do­wie­działa, że podwędziłem jej łup. Mama cie­szyła się, że będzie­my mo­gli dzwo­nić za dar­mo, ale nig­dy nie sko­rzy­stała z tych kart, bo nie chciało jej się pójść do au­to­ma­tu. Zresztą wte­dy obo­je mie­liśmy już komórki, dopóki mama swo­jej nie zgu­biła i nie buchnęła mi mo­jej. To było wie­le mie­sięcy temu. Od bar­dzo daw­na nie wi­działem jej z komórką, więc pew­nie tę też zgu­biła. Obie­cała, że kupi mi nową, jak do­sta­nie lepszą pracę, ale nie liczę na to. Do­brze, że mam przy­najm­niej te kar­ty.

Wsu­wam je do tyl­nej kie­sze­ni spodni i otwie­ram okno. Po­wie­trze jest gęste jak ma­jo­nez i śmier­dzi smażoną rybą. Sia­dam na pa­ra­pe­cie, po czym przekładam nogi na drugą stronę. Cze­kam chwilę, po­zwa­lając, aby objął mnie upał, a po­tem się ześli­zguję.

Tuż pod oknem na­sze­go po­ko­ju dach piętra poniżej two­rzy dwu­me­tro­wy gzyms, biegnący przez całą długość blo­ku. Jego po­wierzch­nia wygląda jak sto­pio­ny ser, roz­grza­na pach­nie ele­ky­rycz­nością. Ze szpar przy brze­gu wy­cie­ka coś lep­kie­go i czar­ne­go, jeśli przy­le­pi się do rąk, na wie­le dni zo­stają brązowe pla­my.

Idę na ko­niec da­chu i skręcam. Tego kawałka nie znoszę - mu-szę opuścić się z krawędzi. Szu­kam sto­pa­mi wątłej dra­bin­ki przy­mo­co­wa­nej z boku bu­dyn­ku, sta­rając się nie myśleć o twar­dym be­to­nie trzy piętra niżej. Dra­bin­ka pro­wa­dzi do schodów ewa­ku­acyj­nych, chwiej­nych i za­rdze­wiałych, które dud­nią i kle­koczą pod moim ciężarem. Stop­nie na sa­mym dole są od­gro­dzo­ne łańcu­chem, więc skaczę w bok, na je­den z wiel­kich po­jem­ników na śmie­ci stojących przy dro­dze do­jaz­do­wej na tyłach sklepów. Rozglądam się, czy ni­ko­go nie ma, i daję susa na zie­mię.

Jak na ra­zie miałem szczęście. Nie myślę o tym, co będzie, kie­dy go za­brak­nie. Może na­wet dziś wie­czo­rem. Mówię so­bie, że to nie­ważne. Wy­star­czy się za­nad­to nie przej­mo­wać, a wszyst­ko będzie OK. Ale przede wszyst­kim nie za­sta­na­wiam się nad tym, co po­wie­działaby mama, gdy­by wie­działa, co robię. Zo­sta­wia­nie Jaya sa­me­go z nią to ry­zy­ko, zwłasz­cza gdy jest w ta­kim na­stro­ju jak te­raz, ale muszę to zro­bić dla do­bra nas wszyst­kich.

Większość sklepów w Pa­ra­de ma zasłonięte wi­try­ny, je­dy­nie spożyw­czak Sa­va­Shop­pa, pral­nia sa­mo­obsługo­wa i mo­no­po­lo­wy są wciąż czyn­ne. Idę przez par­king do bud­ki te­le­fo­nicz­nej. Gdy otwie­ram drzwi, wita mnie smród sików i petów. Trzęsę się, ale to nor­mal­ne. Cho­dzi o to, żeby nie myśleć o tym, co się robi, tyl­ko to zro­bić.

Pod­noszę ciężką słuchawkę i spraw­dzam, czy nie jest ob­le­pio­na gumą albo oplu­ta, po czym wy­do­by­wam z kie­sze­ni jedną z kart po­de­bra­nych ma­mie i wstu­kuję nu­mer. Znam go na pamięć. Słucham sy­gnału i cze­kam, aż ktoś od­bie­rze.

Szkla­ne ścia­ny bud­ki są za­sma­ro­wa­ne graf­fi­ti, ale przez szpa­ry widzę okna na­sze­go miesz­ka­nia. Gdy­by mama wyj­rzała na zewnątrz, mogłaby mnie zo­ba­czyć, ale nie wyj­rzy. Myśli, że je­stem w swo­im łóżku. Nie ru­szy się, dopóki nie skończy jej się al­ko­hol, a ja wrócę dużo wcześniej. Chy­ba że Jay się obu­dzi... Nie, nie mogę się te­raz roz­pra­szać.

Wresz­cie w słuchaw­ce od­zy­wa się ra­do­sny ko­bie­cy głos i po chwi­li je­stem na an­te­nie.

Jeśli nie myślę o tym, że występuję w ra­diu, jest OK. Po pro­stu ga­dam so­bie z pro­wadzącym, który ma na imię Baz. Za­da­je mi różne py­ta­nia, to wszyst­ko. Wca­le nie je­stem na an­te­nie, udając swo­je­go ojca i próbując wy­grać luk­su­so­we wa­ka­cje.

Muszę tyl­ko pamiętać o głosie. Żeby brać udział w grze, trze­ba mieć osiem­naście lat, dla­te­go po­daję się za swo­je­go tatę. Nie ma stra­chu, nie do­wie się o tym, bo nie żyje. Miał na imię Da­niel i fak­tycz­nie miał szkoc­ki ak­cent, ale chciałem za­ma­sko­wać swój głos, więc pa­ro­diuję pana Bu­cha­na, opie­ku­na na­sze­go roku. Jak na ra­zie lu­dzie w stu­diu chy­ba mi wierzą, a to mój trze­ci dzień.

Baz mówi do słucha­czy, za­raz będzie mnie za­po­wia­dał. Wolałbym, żeby się po­spie­szył. Naj­gor­sze do znie­sie­nia jest cze­ka­nie.

- Wi­ta­my po­now­nie na­sze­go obec­ne­go mi­strza Da­nie­la Ro­acha! Jak tam, Dan? Czu­jesz, że szczęście ci sprzy­ja? Za­wsze na początku trze­ba zadać so­bie to py­ta­nie: CZY MAM DZIŚ SZCZĘŚCIE?

Tak właśnie to mówi - wiel­ki­mi li­te­ra­mi. Wca­le nie czuję, że mam szczęście. Nogi mi się trzęsą i chce mi się siku.

- Chy­ba tak. - Wzru­szam ra­mio­na­mi, choć to nie ma zna­cze­nia, gdy jest się w ra­diu.

- CHY­BA? - po­wta­rza Baz. - W ta­kim ra­zie zo­bacz­my, czy to wy­star­czy, żeby Da­niel po­zo­stał w grze. Pamiętaj­cie, musi tyl­ko od­po­wie­dzieć po­praw­nie na TRZY PY­TA­NIA i będzie o krok bliżej do ro­dzin­nych wa­ka­cji all in­c­lu­si­ve. A wszyst­ko dzięki uprzej­mości na­szych przy­ja­ciół z Har­da­cre Ho­li­da­ze. - W słuchaw­ce roz­le­ga się dżin­giel biu­ra podróży. "Nie zwy­czaj­ne wa­ka­cje, tyl­ko wa­ka­cje two­je­go życia".

- Więc, dro­gi Dan­ny, wszyst­ko w TWO­ICH RĘKACH, bez pośpie­chu! - Baz robi pauzę dla efek­tu, a może cze­ka na moją od­po­wiedź.

Za­sy­cha mi w ustach.

- Da­nie­lu - mówi Baz - je­steś gotów?

Ob­li­zuję war­gi.

- Tak.

- Pierw­sze py­ta­nie.

Na zewnątrz prze­jeżdża sa­mochód z dud­niącą mu­zyką.

- Pierw­sza woj­na świa­to­wa zakończyła się w roku: A: 1945, B: 1918 czy C: 1939? Czy­tam jesz­cze raz. W KTÓRYM roku na­szej ery zakończyła się pierw­sza woj­na świa­to­wa? A: 1945, B: 1918 czy C: 1939?

Od­dy­cham z ulgą. Pew­nie na an­te­nie brzmi to jak hu­ra­gan.

- B: 1918.

Baz mil­czy.

- To PIERW­SZA woj­na świa­to­wa, Dan­ny. Mówisz, że się skończyła, za­brała za­baw­ki i poszła do domu w 1918 roku?

- Tak. - Wiem, że mam rację. Oma­wia­liśmy pierwszą wojnę w dzie­wiątej kla­sie. A może to była dru­ga woj­na? Robi mi się zim­no. Na­gle nie je­stem pe­wien.

- To PO­PRAW­NA od­po­wiedź! - oznaj­mia Baz i nie­mal słyszę, jak się uśmie­cha. - Łatwi­zna na początek. Kręci cię hi­sto­ria, Dan?

- Nie­spe­cjal­nie. Mie­liśmy o tym na lek­cjach - od­po­wia­dam bez za­sta­no­wie­nia.

Baz się śmie­je.

- Ja pew­nie też się o tym uczyłem w szko­le, ale ja mam pro­blem, żeby przy­po­mnieć so­bie, co robiłem wczo­raj. Gdy­by ktoś mógł mi po­wie­dzieć, co się ze mną działo wczo­raj, niech za­dzwo­ni.

Mam ochotę kopnąć się w kostkę za taką bez­myślność. Prze­cież udaję czter­dzie­sto­lat­ka, który nie cho­dzi już do szkoły.

- Nasz mistrz na­prawdę do­brze dziś zaczął - ciągnie Baz. - Naj­wy­raźniej wiesz co nie­co o hi­sto­rii, ale czy znasz się na spo­rcie?

- Nieźle - od­po­wia­dam, ale to bzdu­ra, nie mam bla­de­go pojęcia o spo­rcie.

- Szko­da - mówi on - bo na­sze następne py­ta­nie do­ty­czy... MU­ZY­KI. - Śmie­je się i włącza je­den ze swo­ich efektów dźwięko­wych. - Sor­ry, nie próbuję cię zniechęcić? - Wciąż chi­chocząc, czy­ta: - Da­niel, który z tej trójki NIE należał do le­gen­dar­ne­go ze­społu The Be­atles? Czy był to A: Ri­chard Star­key, B: Pete Best czy C: Ju­lian Len­non? Je­steś FA­NEM Be­atlesów, Dan?

- Są w porządku! - Znów zaschło mi w gar­dle. Nie znam od­po­wie­dzi, domyślam się jed­nak, że to pod­chwy­tli­we py­ta­nie. Nie ko­jarzę żad­ne­go z tych na­zwisk, ale je­dy­ne, które wygląda mi na Be­atle­sa, to C. Tyl­ko że to był John Len­non, nie Ju­lian. Tak mi się przy­najm­niej wy­da­je.

- Je­steś wciąż z nami, mi­strzu?

- Tak.

- Muszę ci przy­po­mnieć, że czas mija.

Przełykam ślinę.

- C: Ju­lian Len­non. - Już kie­dy wy­ma­wiam te słowa, wiem, że się po­my­liłem.

Baz wzdy­cha.

- Żeby wszyst­ko było ja­sne, Dan. Mówisz, że C: Ju­lian Len­non NIE grał ze słyn­ny­mi chłopa­ka­mi z Li­ver­po­olu?

- Zga­dza się. - I tak nie mogę zmie­nić zda­nia, taki jest re­gu­la­min. Muszą wziąć pierwszą od­po­wiedź. Je­stem kre­ty­nem.

- Masz AB­SO­LUTNĄ rację! - wy­krzy­ku­je Baz, pod­czas gdy w stu­diu roz­le­ga się na­gra­ny aplauz. - Ri­chard Star­key, le­piej zna­ny jako Rin­go Starr, oraz Pete Best byli per­ku­si­sta­mi w słyn­nej czwórce. Ju­lian, jak wie Dan­ny, to syn Joh­na Len­no­na, ale NIG­DY NIE GRAŁ z ze­społem. Świet­nie, Dan! Wi­dzisz, mówiłem ci, że to łatwe!

- Tak - przy­znaję, ocie­rając pot z czoła.

- Jesz­cze tyl­ko jed­no i ko­niec. - Baz zniża głos. - Da­niel, je­steś gotów?

- Je­stem.

- Py­ta­nie nu­mer trzy.

W miesz­ka­niu nad smażalnią za­pa­la się światło i widzę mi­go­ta­nie te­le­wi­zo­ra w oknie na­sze­go dużego po­ko­ju.

- Jak na­zy­wa się kawałki ko­lo­ro­we­go pa­pie­ru, które rzu­ca się w po­wie­trze na we­se­lach? Czy to A: con­fet­ti, B: pa­pi­rus czy C: pa­pry­ka?

- Con­fet­ti, od­po­wiedź A.

- Łał! Szyb­ko się z tym upo­rałeś, Da­niel! Coś mi POD­PO­WIA­DA, że nie­daw­no byłeś na we­se­lu.

- Nie.

- Ale je­steś żona­ty?

Wy­ka­zuję się re­flek­sem, żeby po­wie­dzieć "tak", i zdaję so­bie sprawę, że właśnie wy­znałem tysiącowi słucha­czy, że poślubiłem własną matkę.

- Jak długo?

- Co?

Baz śmie­je się.

- Jak długo ty i piękna pani Ro­ach je­steście małżeństwem? Tyl­ko mi nie wma­wiaj, że ZA­PO­MNIAŁEŚ. Mam na­dzieję, że ona tego nie słucha, bo in­a­czej będziesz miał KŁOPO­TY, przy­ja­cie­lu!

Na­wet nie wie, jak bli­ski jest praw­dy.

- Nie, nie słucha... mam na­dzieję. - Po raz pierw­szy tego wie­czo­ru nie skłamałem.

- Miałeś SZCZĘŚCIE, Dan, bo to bar­dzo do­bra od­po­wiedź! Lu­dzie nie ob­rzu­cają się na we­se­lach pa­pryką ani pa­pi­ru­sem, przy­najm­niej nie tam, skąd po­chodzę. Zda­rzają się ka­mie­nie i bu­tel­ki, ale nig­dy PA­PRY­KA! Tego do­pie­ro trud­no byłoby się po­zbyć z fra­ka. Kie­dy lu­dzie idą na we­se­le, rzu­cają con­fet­ti. CO OZNA­CZA, mój dro­gi Da­nie­lu, że grasz da­lej! - W tle roz­le­ga się me­lo­dia kończąca pro­gram. - A więc do zo­ba­cze­nia JU­TRO WIE­CZO­REM! O tej sa­mej po­rze, w tym sa­mym miej­scu, Ra­dio Ham na fa­lach śred­nich...

Otwie­ram drzwi bud­ki i biorę głęboki od­dech. Je­stem spo­co­ny jak mysz, ale uśmie­cham się od ucha do ucha. Udało mi się. Trzy wie­czo­ry już za mną, jesz­cze tyl­ko sie­dem. Jeżeli utrzy­mam się przez dzie­sięć dni, wy­gram wa­ka­cje. A jeśli jest coś, co ucie­szy mamę na tyle, żeby prze­stała pić, to tyl­ko dwu­ty­go­dnio­we wa­ka­cje all in­c­lu­si­ve w ciepłych kra­jach.

Śred­nio faj­na środa

Ryk fałszującej mu­zy­ki wy­ry­wa mnie ze snu. Wyciągam rękę i ude­rzam w stojący przy łóżku bu­dzik ze Sco­obym, po czym na­pa­wam się spo­ko­jem...

Mi­goczące czer­wo­ne cy­fry po­ka­zują mi­nutę po piątej. Po dru­giej stro­nie po­ko­ju Jay coś mam­ro­cze, ale się nie bu­dzi. W miesz­ka­niu pa­nu­je ci­sza. Za­my­kam oczy naj­wyżej na se­kundę, ale gdy je otwie­ram, ja­kimś spo­so­bem jest już piąta sie­dem. Zsu­wam nogi na podłogę i wstaję. Je­stem całkiem nie­przy­tom­ny.

Za­pa­lam światło w kuch­ni i ka­ra­lu­chy roz­bie­gają się w po­szu­ki­wa­niu kryjówki. Ka­ra­lu­chy pod po­du­chy! - ma­wia mama, co wca­le nie jest śmiesz­ne w miesz­ka­niu ta­kim jak na­sze.

Ze sto­su brud­nych na­czyń w zle­wie wyciągam ku­bek, opłukuję go pod kra­nem, a po­tem cze­kam, aż za­go­tu­je się woda w czaj­ni­ku.

Oprócz tego, że mama pra­cu­je w smażalni w Pa­ra­de, ran­ka­mi sprząta też biu­ra w dziel­ni­cy prze­mysłowej na dru­gim końcu mia­sta. Za­czy­na o wpół do siódmej, ale jeśli piła po­przed­nie­go wie­czo­ru - czy­li pra­wie za­wsze - nie daje rady wstać. Mama musi pra­co­wać w obu miej­scach, żeby za­ro­bić na czynsz, i dla­te­go co rano je­stem na no­gach o piątej i pil­nuję, żeby zwlokła się z łóżka.

Cza­sem jed­nak to się w ogóle nie uda­je i wte­dy ja muszę je­chać za­miast niej. Nie ma zna­cze­nia, które z nas się tam zja­wi, dopóki ktoś prze­ciągnie pla­sti­kową prze­pustkę przez czyt­nik, żeby był dowód, że tam była. Jeśli biu­ra są po­sprzątane, mama do­sta­je wypłatę. A dopóki za­ra­bia, mamy co jeść i dach nad głową. Wszy­scy tu miesz­ka­my, dla­cze­go więc wszy­scy nie mie­li­byśmy się do tego dokładać? - mówi mama i trud­no się z tym nie zgo­dzić. Właści­wie dys­ku­to­wa­nie z mamą na ja­ki­kol­wiek te­mat to nie­zbyt do­bry po­mysł.

Wsy­puję do kub­ka dwie łyżecz­ki kawy roz­pusz­czal­nej i mie­szam. Mama lubi mocną kawę. Nie ma mle­ka, więc do­daję więcej cu­kru, a po­tem idę ko­ry­ta­rzem, niosąc ku­bek.

Drzwi do sy­pial­ni mamy są za­mknięte. Pu­kam i ob­ra­cam gałkę.

Woń al­ko­ho­lu ude­rza we mnie, jak­by ktoś beknął mi pro­sto w twarz.

- Mamo?

Śpi z otwar­ty­mi usta­mi, wciąż ma na so­bie większość ciuchów z wczo­raj.

Pod­chodzę, omi­jając rze­czy po­roz­rzu­ca­ne na podłodze, i sta­wiam ku­bek przy łóżku.

- Mamo? Mamo!

To stra­ta cza­su. Wiem, że nie od­po­wie - na sto­le w kuch­ni stały dwie pu­ste bu­tel­ki po wi­nie.

Mam ochotę wylać jej kawę na głowę, ale to chy­ba też by jej nie obu­dziło. Za­miast tego włączam ra­dio, podkręcam głośność i wy­chodzę.

Wpełzam z po­wro­tem do łóżka i nasłuchuję, co się dzie­je za ścianą. Ra­dio na­gle cich­nie, mama coś krzy­czy. Nie mogę zro­zu­mieć, co dokład­nie, ale sens jest wy­star­czająco ja­sny. Leżę w ciem­ności, cze­kając, aż prze­sta­nie się mio­tać po miesz­ka­niu.

Wresz­cie roz­le­ga się trzask drzwi wejścio­wych i znów mogę od­dy­chać. Wróci do­pie­ro, kie­dy Jay i ja będzie­my już w szko­le.

Nie ma sen­su, żebym próbował te­raz zasnąć, choć je­stem tak zmęczo­ny, że czuję się cho­ry. Idę więc do kuch­ni, zdra­puję pleśń z ko­lej­ne­go kub­ka i robię so­bie kawę z do­dat­kową porcją cu­kru. A po­tem wy­my­kam się na dach, żeby po­pa­trzeć na wschód słońca.

Mama zwy­mio­to­wała do wan­ny. Muszę spłukać ciem­nobrązową maź, za­nim będę mógł wziąć prysz­nic. Od za­pa­chu aż skręca mi żołądek, a słodko-gorz­ka kawa pod­cho­dzi do gardła. Nie ma mydła, więc myję się szam­po­nem. Stoję pod stru­mie­niem wody, aż robi się zim­na.

Kie­dy zakręcam ku­rek, słyszę te­le­wi­zor, co ozna­cza, że Jay już wstał. Owi­jam się w pa­sie ręczni­kiem i idę za dźwiękiem do dużego po­ko­ju. Leci od­ci­nek Sco­oby-Doo. Ludożercy ga­niają Kudłate­go i Sco­oby'ego po wy­spie, a Jay re­cho­cze tak strasz­nie, że pra­wie spa­da z ka­na­py. Każę mu zmy­kać do po­ko­ju i się ubie­rać.

Mu­si­my od­wie­dzić pral­nię. Obwąchuję trzy szkol­ne ko­szul­ki wa­lające się po podłodze i wy­bie­ram tę, która nie pach­nie aż tak źle jak po­zo­stałe, a po­tem psi­kam się pod pa­cha­mi do­dat­kową porcją dez­odo­ran­tu.

Nie ma nic na śnia­da­nie, więc biorę dwa fun­ty z mo­net roz­sy­pa­nych na to­a­let­ce mamy. Po dro­dze do szkoły możemy wstąpić do skle­pu.

Wścib­ska Wen­dy cze­ka na nas, kie­dy idzie­my ko­ry­ta­rzem na par­te­rze, cho­ciaż uda­je, że to czy­sty przy­pa­dek. Wciąż ma na so­bie szla­frok, a śmiesz­ne, far­bo­wa­ne na czar­no włosy upchnięte pod siatką. Na­prawdę na­zy­wa się El­li­son i miesz­ka pod je­dynką przy drzwiach wejścio­wych. Czy ktoś wcho­dzi, czy wy­cho­dzi, za­wsze jest na po­ste­run­ku i wie wszyst­ko o wszyst­kich.

- Dzień do­bry, chłopcy! - Szcze­rzy się jak pies, po­ka­zując żółte zęby i dziąsła.

Ki­wam głową, a Jay tyl­ko się na nią gapi. Ale Wen­dy lubi Jaya - jak wszy­scy. To je­den z tych blond aniołków, którymi za­chwy­cają się obcy na uli­cy. Jest taki ślicz­ny, że mnóstwo lu­dzi bie­rze go za dziew­czynkę. Jaya to wku­rza, ja się z tego śmieję.

Wen­dy schy­la się, przy­su­wając twarz do jego twa­rzy.

- Ale szczęściarz z cie­bie, że star­szy brat od­pro­wa­dza cię do szkoły!

Jay wzru­sza ra­mio­na­mi.

- To nie jest mój brat, tyl­ko brat przy­rod­ni, bo on ma in­ne­go tatę niż ja.

Mru­gam. Wen­dy tra­fił się sma­ko­wi­ty kąsek. Mama do­sta­nie szału, jeśli się do­wie, że Jay jej o tym po­wie­dział, choć równie do­brze mogłaby się sama domyślić. Jay i ja nie je­steśmy ani trochę po­dob­ni. O ile Jay to dzie­ciak, do którego lu­dzie na uli­cy się uśmie­chają, o tyle na mój wi­dok ra­czej prze­chodzą na drugą stronę. Przede wszyst­kim mam po­nad metr osiem­dzie­siąt i w twa­rzy coś ta­kie­go, że lu­dziom robi się nie­swo­jo. Tak jak­by moje rysy nie pa­so­wały do sie­bie, jak źle do­bra­ne ciu­chy. Wy­obraźcie so­bie je­den z tych por­tretów pamięcio­wych, które po­li­cja po­ka­zu­je cza­sem w te­le­wi­zji, i do­daj­cie do tego brązowe jak błoto kręcone włosy, a będzie­cie wie­dzieć, jak wyglądam.

- Ma­mu­sia po­sta­no­wiła po­spać dziś dłużej? - pyta Wen­dy głosem słod­kim jak sy­rop, ale wiem, do cze­go zmie­rza.

- Jest w pra­cy - od­po­wia­da Jay. Oczy­wiście Wen­dy już to wie, w końcu od świtu wa­ru­je przy drzwiach wejścio­wych.

- Mam na­dzieję, że byliście grzecz­ni sami w miesz­ka­niu? - mówi, patrząc na mnie.

Uni­kając jej wzro­ku, łapię Jaya za rękę i ciągnę go do drzwi.

- Chodź, Jay, bo się spóźnimy!

- Nie szarp mnie tak!

- No to chodź.

Na dwo­rze wy­ry­wa mi się.

- Nie mu­sisz wykręcać mi ręki!

Nie od­po­wia­dam, ale kie­dy wcho­dzi­my do skle­pu, po­zwa­lam mu w ra­mach re­kom­pen­sa­ty wy­brać na śnia­da­nie to, na co ma ochotę. Uśmie­cha się sze­ro­ko i po­da­je mi paczkę chrupków Mon­ster Munch.

Sia­da­my na mur­ku na końcu Pa­ra­de i wy­pi­ja­my na spółkę puszkę le­mo­nia­dy. Ciągle jest wcześnie, ale czuję, jak upał na­ra­sta, a mnie szczy­pie pod pa­cha­mi.

Mija nas au­to­bus z dzie­cia­ka­mi z mo­jej szkoły, co zna­czy, że pora się zbie­rać.

Sztur­cham Jaya.

- Gotów, chrup­ko­wy po­two­rze?

Krzy­wi się.

- Nie je­stem po­two­rem.

- Je­steś.

- Nie! Gdy­bym był, to­bym tego nie jadł. - Ma­cha mi przed no­sem paczką Mon­ster Munch.

- Dla­cze­go?

- Bo to małe po­twor­ki! Byłbym ka­ni­ba­lem!

Śmieję się, cho­ciaż on mówi śmier­tel­nie poważnie.

- Jeśli dziś wie­czo­rem znów okaże się, że nie ma nic do je­dze­nia, czy będzie­my mu­sie­li stać się ka­ni­ba­la­mi i kogoś pożreć? - pyta rze­czo­wo, kie­dy scho­dzi­my w dół do szkoły.

- Może.

Za­sta­na­wia się nad tym.

- Nie chciałbym zjeść Wścib­skiej Wen­dy.

Śmieję się, ja też bym nie chciał, choć nie miałbym nic prze­ciw­ko temu, żeby zo­stała zje­dzo­na przez kogoś in­ne­go.

Szkoła Jaya jest nie­da­le­ko. Do­chodzę z nim do furt­ki, cze­kam, aż znik­nie w środ­ku, po czym ru­szam bie­giem. Szkoła śred­nia Har­da­cre znaj­du­je się na dru­gim końcu mia­sta. Jeśli będę miał szczęście, dotrę tam równo z dzwon­kiem. Dwa­dzieścia mi­nut bie­giem z torbą książek na ple­cach jest wy­star­czająco okrop­ne przy nor­mal­nej po­go­dzie, a co do­pie­ro w tym upa­le!

Kie­dy do­cie­ram na miej­sce, na dzie­dzińcu już ni­ko­go nie ma. Prze­ga­piłem spraw­dza­nie obec­ności i zaczął się apel, więc muszę iść do se­kre­ta­ria­tu i wpi­sać się do książki spóźnień. Zdążam aku­rat, żeby usta­wić się ze wszyst­ki­mi w ocze­ki­wa­niu na pierwszą lekcję - dyszący i spo­co­ny jak ke­bab.

Okrop­nie tu gorąco. Bolą mnie nogi. Nie mogę usie­dzieć w miej­scu. Do­brze, że zo­stało już tyl­ko pół go­dzi­ny do końca. Próbuję się sku­pić na tym, co mówi pan Bu­chan, wodząc pal­cem po tekście na stro­nie, ale ro­zu­miem z nie­go tyle, że równie do­brze mogłyby to być hie­ro­gli­fy.

Głos na­uczy­cie­la jest ciepły i ryt­micz­ny, kart­ka miękka pod mo­imi pal­ca­mi. Prze­staję wal­czyć i po­wie­ki opa­dają mi na mo­ment. Tak jest le­piej, prze­cież bez pro­ble­mu mogę słuchać z za­mkniętymi ocza­mi.

Budzę się, kie­dy pan Bu­chan rzu­ca mi na ławkę dzieła ze­bra­ne Szek­spi­ra. Przez kil­ka se­kund nie wiem, gdzie je­stem.

- Cieszę się, że do nas wróciłeś, Lau­ren­ce! - Drgają mu brwi.

Nie od­zy­wam się, ście­ram tyl­ko ślinę z kącika ust, licząc na to, że nikt nie za­uważył.

- Może mógłbyś nam wyjaśnić, dla­cze­go Mak­bet mówi: "Na nic zasłony, bal­da­chi­my - śpiących / Nękają złe sny"? A może chciałbyś nam opo­wie­dzieć jakiś swój sen?

Ktoś pry­cha.

- Nie, proszę pana.

Czuję na so­bie wzrok całej kla­sy.

Bu­chan wzdy­cha i potrząsa głową.

- Spróbuj zo­stać z nami, Lau­ren­ce, przy­najm­niej do końca lek­cji.

Przy­ta­kuję i z płonącymi po­licz­ka­mi znów wpa­truję się w książkę, ale słowa nadal nie mają dla mnie sen­su, bo te­raz myślę o moim śnie. Kosz­ma­rze, w którym ko­bie­ta z teczką przy­cho­dzi za­brać Jaya.

Za­wsze jest tak samo: ktoś nie­sie ko­ry­ta­rzem Jaya w piżamce ze Sco­obym. Jay krzy­czy moje imię, wyciąga do mnie ręce, ale ja nie mogę się ru­szyć. Po­tem za­uważam, że na podłodze jest pełno pu­stych fla­szek, i próbuję je ominąć, ale sto­py śli­zgają mi się na szkle. Zdaję so­bie sprawę, że podłoga nie jest już twar­da, to oce­an kołyszących się i obi­jających się o sie­bie z brzękiem bu­te­lek. Tonę w nim. Gęste czer­wo­ne mo­rze wpływa mi do ust i do nosa, wciąga mnie w głąb, aż grzęznę - i nic nie mogę zro­bić, kie­dy ko­bie­ta z teczką za­bie­ra Jaya.

Wte­dy się budzę.

Zla­ny po­tem.

W ciem­ności.

Roz­le­ga się dzwo­nek na ko­niec lek­cji, ale pan Bu­chan pro­si, żebym zo­stał. Wiem, na co się za­no­si. Mam tyl­ko na­dzieję, że nie po­trwa to długo, bo muszę ode­brać Jaya.

- Wyglądasz, jak­byś wrócił z woj­ny, chłopcze. - Na­uczy­ciel sia­da na ławce na­prze­ciw­ko i zer­ka na mnie. - Niezłą masz śliwę pod okiem.

Za­po­mniałem o tym.

- Biłem się z bra­tem. - Łatwo jest kłamać, kie­dy robi się to nie­ustan­nie.

- To chy­ba duży chłopak, sko­ro tak ci przyłożył.

To za­baw­ne, więc się śmieję, roz­luźniam - i popełniam błąd.

- Ma sześć lat - mówię.

Ale Bu­chan się śmie­je, więc może wszyst­ko jest OK.

- Ba­wi­liśmy się. Cza­sem trochę za bar­dzo się rozkręca.

Na­uczy­ciel kiwa głową i krzyżuje ręce.

- Ro­zu­miem, że nie je­steś fa­nem Szek­spi­ra?

Wzru­szam ra­mio­na­mi. W za­sa­dzie to nie ob­cho­dzi mnie Szek­spir.

- Wiem, że ucznio­wie cza­sem się nudzą, ale chy­ba je­steś pierw­szy, który zasnął na mo­jej lek­cji.

- Prze­pra­szam pana, na­prawdę nie chciałem.

- Właści­wie mnie to nie dzi­wi - stwier­dza Bu­chan, marszcząc brwi. - Wyglądasz okrop­nie. Kie­dy ostat­nio porządnie się wy­spałeś?

Czuję, jak jego spoj­rze­nie prze­ni­ka moją skórę i kości czasz­ki, tak jak­by mógł zaj­rzeć mi pro­sto do głowy. Nie mogę prze­stać mówić, muszę odwrócić jego uwagę, żeby nie zo­ba­czył, co jest w środ­ku.

- Fa­cet w miesz­ka­niu obok ciągle na­sta­wia te­le­wi­zor na pełen re­gu­la­tor. Chy­ba jest głuchy albo coś. - Wzru­szam ra­mio­na­mi. - Cza­sem ciężko jest zasnąć.

- Wy­obrażam so­bie. - Bu­chan gładzi się po podbródku. - Może two­ja mama mogłaby z nim po­ga­dać? Wyjaśnić, że przez ten hałas nie możesz spać.

Ki­wam głową.

- Może. - Pie­cze mnie pod pa­cha­mi. Czuję kwaśny za­pach potu zmie­sza­ny z dez­odo­ran­tem, którym spry­skałem się rano.

- Ro­zu­miem, że to dla­te­go opusz­czasz spraw­dza­nie obec­ności? Masz kłopo­ty ze wsta­wa­niem? - Bu­chan zer­ka na kartkę, którą trzy­ma w rękach. Nie za­uważyłem jej wcześniej. - Do­stałem tę no­tatkę od two­jej wy­cho­waw­czy­ni, pani Con­nol­ly. Po­wie­działa, że w tym ty­go­dniu trzy razy nie było cię przy spraw­dza­niu obec­ności i że dziś też się spóźniłeś.

- Prze­pra­szam. - Nie mogę mu po­wie­dzieć, że nie zdążam, bo muszę od­pro­wa­dzić do szkoły młod­sze­go bra­ta.

- Oba­wiam się, że "prze­pra­szam" nie wy­star­czy, Lau­ren­ce. Dzie­siąta kla­sa ma duży wpływ na to, jak ci pójdzie na małej ma­tu­rze, i le­piej, żebyś nie na­brał zwy­cza­ju spóźnia­nia się, kie­dy będą się zbliżać ważne eg­za­mi­ny. Miło mi stwier­dzić, że nie mam skarg do­tyczących pra­cy na lek­cji, naj­wy­raźniej od­ra­biasz też za­da­nia do­mo­we, ale punk­tu­al­ność to ważna część szkol­ne­go życia, Lau­ren­ce. - Bu­chan wzdy­cha. - A jeśli cho­dzi o przy­sy­pia­nie na lek­cjach, nie wszy­scy moi ko­le­dzy będą tak wy­ro­zu­mia­li jak ja.

Ki­wam głową. Bu­chan jest w porządku. Jest opie­ku­nem na­sze­go roku i za­cho­wu­je się tak, jak­by na­prawdę mu zależało. Pro­blem w tym, że przez to robi się nie­bez­piecz­ny - sta­je się jed­nym z tych lu­dzi, którzy myślą, że po­ma­gają, a tym­cza­sem tyl­ko po­gar­szają sprawę. Le­piej będzie, jeśli nikt nie będzie zwra­cał na mnie uwa­gi. Mam w no­sie, że będę nie­wi­dzial­ny dla większości z nich. Nie­wi­dzial­ność jest su­per, to su­perzdolność, którą za­wsze wy­bie­ram. Większość lu­dzi chce mieć siłę, możliwość wi­dze­nia przez ścia­ny albo umiejętność la­ta­nia. Nie ja. Gdy­by tyl­ko można było zniknąć.

- Po­sta­ram się wsta­wać wcześniej - mówię, przy­po­mi­nając so­bie, jak dziś rano oglądałem wschód słońca.

Bu­chan uśmie­cha się i ma­cha swoją kartką.

- Do­bry po­mysł. Jeśli na­wa­lisz jesz­cze trzy razy, oba­wiam się, że będziesz mu­siał się co dzień mel­do­wać. To ozna­cza zdo­by­cie pod­pi­su pani Con­nol­ly przy spraw­dza­niu obec­ności, a po­tem od każdego na­uczy­cie­la przez cały dzień. Poza tym co­dzien­nie po lek­cjach przy­cho­dzi się do mnie z ra­por­tem, a two­ja mama co wieczór musi go pod­pi­sy­wać. - Krzyżuje ra­mio­na. - Myślę, że nie­po­trzeb­ne ci te kłopo­ty. Zo­bacz­my więc, czy da się tego uniknąć, co?

Ki­wam głową. To by było na tyle, jeśli cho­dzi o nie­wi­dzial­ność. Poza tym, jeśli będę mu­siał przycho­dzić do Bu­cha­na przed wyjściem, będę się spóźniał po Jaya - co mi przy­po­mi­na, że po­wi­nie­nem się po­spie­szyć.

- Czy mogę już iść?

- Tak, oczy­wiście. Wra­caj do domu. I może połóż się dziś wcześniej?

- Tak.

- Sen jest ważny, Lau­ren­ce. To wiel­ki uzdro­wi­ciel. Jak mówi Mak­bet, "po­tra­fi roz­wikłać splątaną nić każdej tro­ski" i jest "naj­po­sil­niej­szym skład­ni­kiem uczty życia". - Bu­chan uśmie­cha się i wsta­je. - Wie­działeś, że po­zba­wie­nie snu sto­su­je się jako tor­turę?

Potrząsam głową. Nie wie­działem.

Czuję na so­bie wzrok Bu­cha­na, kie­dy pa­kuję książki. Jego spoj­rze­nie mówi: "Jest coś, co przede mną ukry­wasz", a uśmiech jest pro­po­zycją: "Możesz ze mną po­roz­ma­wiać. Po­mogę ci". Jakaś część mnie chce mu po­wie­dzieć. Może zna­lazłby ja­kieś roz­wiąza­nie, może wszyst­ko byłoby le­piej? Wy­star­czy, że otworzę usta...

Wy­chodzę na ko­ry­tarz. Moje ta­jem­ni­ce po­zo­stały nie­tknięte. Ko­szul­ka przy­kle­ja mi się do pleców i mam wrażenie, że ser­ce za­raz wy­sko­czy mi z pier­si. Kil­ka razy od­dy­cham głęboko i ru­szam do wyjścia. Będę mu­siał biec całą drogę, żeby ode­brać Jaya.

Skręcam za róg i wpa­dam na Ha­ni­fa z mo­jej gru­py an­giel­skie­go.

- Hej, Ro­ach. W porządku? Bu­chan cię prze­czołgał?

Wzru­szam ra­mio­na­mi, a po­tem ściągam brwi, tak żeby spo­tkały się pośrod­ku jak u Bu­cha­na.

- Wiem, że ucznio­wie cza­sem się nudzą - pa­ro­diuję na­uczy­cie­la naj­le­piej jak po­tra­fię - ale chy­ba nikt wcześniej nie zasnął na mo­jej lek­cji!

Śmiech Hana roz­brzmie­wa w pu­stym ko­ry­ta­rzu. Kle­pie mnie po ra­mie­niu i potrząsa głową.

- Je­steś nie­sa­mo­wi­ty, sta­ry! Po­wi­nie­neś występować w te­le­wi­zji!

Albo w ra­diu, myślę so­bie.

Głupio mi, że się wyśmie­wam z Bu­cha­na, ale co mam zro­bić? Za dużo razy byłem nowy w szko­le. Cza­sem po­ma­ga, kie­dy umiesz rozśmie­szyć lu­dzi. Z twarzą taką jak moja człowiek ma do wy­bo­ru dwie rze­czy: albo być Ram­bo, albo błaznem. Je­den twar­dziel w ro­dzi­nie wy­star­czy.

Han za­my­ka szafkę i idzie obok mnie.

- Nie ogar­niam tego całego Szek­spi­ra. O czym w ogóle ten fa­cet gada?

- Nie mam pojęcia! - Otwie­ra­my gwałtow­nie drzwi i upał wali w nas jak rozpędzo­ny au­to­bus.

- Człowie­ku! Ale gorąco! - Han szarp­nięciem zdej­mu­je kra­wat i wpy­cha go do kie­sze­ni. - Idziesz po­grać?

- Nie mogę.

Wzru­sza ra­mio­na­mi.

- No to do zo­ba­cze­nia, sta­ry.

Patrzę, jak od­cho­dzi, a po­tem od­wra­cam się i ru­szam bie­giem pod górę, czując, jak fru­stra­cja i gniew sta­piają mi się w brzu­chu w żelazną bryłę.

Słychać je już w połowie pod­jaz­du - dzie­cia­ki w klu­bie ma­lu­cha wrzeszczą, jak­by je za­rzy­na­li. Roz­po­znaję głos Jaya wśród in­nych. Szko­da mi go stąd za­bie­rać, ale mamę stać, żeby zapłacić opie­kun­ce tyl­ko za go­dzinę.

Wci­skam dzwo­nek i widzę przez ma­tową szybę, jak An­gie pod­cho­dzi do drzwi: ka­lej­do­skop pod­sta­wo­wych ko­lorów.

- Cześć, Lau­ren­ce, ko­cha­ny! - Roz­pro­mie­nia się na mój wi­dok, tak jak­by ze wszyst­kich lu­dzi na całym świe­cie miała na­dzieję zo­ba­czyć właśnie mnie. - Wejdź, wejdź! - Marsz­czy brwi. - Co ci się stało? - Ma na myśli moje oko.

- Grałem w rug­by w szko­le. - Ale ze mnie do­bry kłamca.

- Rug­by? W let­nim se­me­strze? - No może nie aż taki do­bry.

Wzru­szam ra­mio­na­mi.

- Taki to­wa­rzy­ski me­czyk dla tre­nin­gu.

- No to mam na­dzieję, że wy­gra­liście. Za­wsze uważałam rug­by za bar­ba­rzyński sport. - An­gie potrząsa głową. - Może się cze­goś na­pi­jesz? Pew­nie zaschło ci w gar­dle od tego upału.

- Nie, dzięki.

Za każdym ra­zem od­by­wa się ten sam ry­tuał. An­gie pro­po­nu­je mi coś do pi­cia albo ciast­ko, albo paczkę chipsów, a ja od­ma­wiam. Nie dla­te­go, że nie mam ocho­ty. Po pro­stu chcę jak naj­szyb­ciej stąd wyjść. Przy An­gie czuję się jak wam­pir w świe­tle dzien­nym.

Cze­kam w ko­ry­ta­rzu, a ona idzie po Jaya. Słyszę, jak mały się skarży, że jest w sa­mym środ­ku za­ba­wy. Po­tem zja­wia się, spo­co­ny i zły. Jest z nim kil­ko­ro in­nych dzie­ciaków i wszyst­kie gapią się na mnie, aż An­gie każe im so­bie iść. Włożenie butów zaj­mu­je Jay­owi całe wie­ki, ale wresz­cie wy­cho­dzi­my i znów mogę od­dy­chać.

- Har­ry uważa, że je­steś dziw­ny - stwier­dza Jay, wlokąc się za mną.

- Kto to jest Har­ry? Ten mały gru­bas?

- Har­ry nie jest gru­by!

- A ja nie je­stem dziw­ny.

Zer­ka na moje kost­ki.

- Mówi, że masz za krótkie spodnie.

- A może mam za długie nogi?

Jay rzu­ca mi po­gar­dli­we spoj­rze­nie, ale się nie od­zy­wa.

Nie­ste­ty Har­ry ma rację, moje spodnie są za krótkie. Tyl­ko że to naj­mniej­sze z mo­ich zmar­twień. Myślę o tym, co po­wie­dział Bu­chan, i za­sta­na­wiam się, co robi Han, pod­czas gdy ja ugrzązłem tu­taj jako niańka mo­je­go bied­ne­go bra­cisz­ka.

Słucham pro­gra­mu Baza w ra­diu stojącym w kuch­ni. Za­raz za­cznie się quiz. Jak mam pójść do bud­ki, sko­ro mama jesz­cze nie wróciła? Już daw­no po­win­na być. W środę kończy pracę o siódmej, więc na­wet jeśli po dro­dze wstąpi jesz­cze do mo­no­po­lo­we­go, za­wsze wra­ca najpóźniej kwa­drans po.

Muszę więc za­brać Jaya ze sobą. Nie mogę ry­zy­ko­wać, zo­sta­wiając go sa­me­go w domu. Jeśli mama wróci i zo­ba­czy, że sie­dzi sam, będzie woj­na ato­mo­wa. Jeżeli zo­stała dłużej w smażalni, żeby pomóc pani Choi, może nas zo­ba­czyć, jak będzie­my w bud­ce. Ale będę mu­siał podjąć to ry­zy­ko. Jeśli nie za­dzwo­nię na czas do ra­dia, zo­stanę zdys­kwa­li­fi­ko­wa­ny.

Zo­sta­wiam na sto­le ku­chen­nym kartkę dla mamy, że za­brałem Jaya do par­ku. Pew­nie do­sta­nie mi się za to, że jesz­cze nie położyłem go spać, ale dam so­bie radę.

Mu­sisz być ci­cho - mówię Jay­owi, kie­dy wci­ska­my się we dwójkę do bud­ki.

Krzy­wi się.

- Dziw­nie tu pach­nie.

- Wiem. Nie przej­muj się tym.

- Po co tu przy­szliśmy?

- Mówiłem ci, że muszę za­dzwo­nić.

- Do kogo?

- Do kogoś ze szkoły, do kum­pla. Cho­dzi o za­da­nie do­mo­we. Nie od­zy­waj się przez chwilę.

Kie­dy wy­bie­ram nu­mer, Jay po­ka­zu­je mi język.

- Ra­dio Ham. - Roz­le­ga się w słuchaw­ce.

- Dzień do­bry. Tu Da­niel Ro­ach do Bo­nan­zy Baza.

- Dzień do­bry, czy te­le­fo­nu­je pan z tego sa­me­go nu­me­ru co za­wsze? Che­ryl od­dzwo­ni do pana.

- Dziękuję. - Odkładam słuchawkę na widełki.

Jay marsz­czy brwi.

- Ty się nie na­zy­wasz Da­niel Ro­ach, tyl­ko Lau­ren­ce Ro­ach. Dla­cze­go tak po­wie­działeś?

- To szyfr. Mamy spe­cjal­ne ksyw­ki, tak dla zgry­wy.

- Aha - mówi Jay. - Tak samo ba­wi­my się z Mat­tem. Ja je­stem War­kot, a on Dzi­ka Be­stia, ale jeśli bawi się z nami Bil­ly, to on musi być Be­stią, a Matt jest Pio­ru­nem, ale Bil­ly zwy­kle gra w piłkę, więc Matt może być Be­stią, a cza­sem, jeśli chcę, ja je­stem Pio­ru­nem.

Dzwo­ni te­le­fon.

- Cześć, Da­niel, tu Che­ryl.

- Cześć, Che­ryl - wi­tam się, naśla­dując pana Bu­cha­na.

- Jak się dziś czu­jesz?

- W porządku.

- Do­bra ro­bo­ta. Je­steś w połowie, świet­nie so­bie ra­dzisz.

- Sta­ram się.

- Gdy skończy się ta pio­sen­ka, za ja­kieś dwie mi­nu­ty, od razu prze­cho­dzi­my do qu­izu. Więc kie­dy usłyszysz Baza, to zna­czy, że je­steś na an­te­nie. OK? Po­wo­dze­nia.

- Dzięki.

- Cze­mu tak śmiesz­nie mówisz? - Jay pa­trzy na mnie, krzyżując ręce.

- Uda­je­my też różne głosy. Te­raz mu­sisz być ci­cho.

Jay marsz­czy brwi.

- Dla­cze­go? Nie będziesz mi mówił, co mam robić.

- Proszę, Jay! Tyl­ko kil­ka mi­nut. Muszę się sku­pić.

Jay krzy­wi się, po czym od­wra­ca się do mnie tyłem. Mu­zy­ka cich­nie...

- Oto wybiła DZIE­WIĄTA! - Dud­ni mi w uchu głos Baza. - Co zna­czy, że już czas! Na wielką BO­NANZĘ BAZA! - W stu­diu roz­le­ga się dźwięk klak­sonów i sza­leńcze wi­wa­ty. - Po­wi­taj­cie znów, bo to jego czwar­ty dzień w grze, na­sze­go MI­STRZA, pana DA­NIE­LA RO­ACHA! Wszyst­ko do­brze, mi­strzu­niu?

- OK.

Baz śmie­je się.

- To właśnie w to­bie UWIEL­BIAM, przy­ja­cie­lu. Nic cię nie ru­sza. Za­wsze chłodny jak lód. A bra­ku­je ci tyl­ko, po­licz­cie, chłopcy i dziewczęta, sied­miu dni do wy­gra­nia WA­KA­CJI ŻYCIA, czy­li wy­jaz­du all in­c­lu­si­ve do ciepłych krajów. Wszyst­ko dzięki na­szym bar­dzo do­brym przy­ja­ciołom z Har­da­cre Ho­li­da­ze! - Roz­brzmie­wa dżin­giel biu­ra podróży. - Da­nie­lu, muszę ci zadać to py­ta­nie: czu­jesz, że szczęście ci dziś sprzy­ja?

Jay przy­ci­ska buzię do ścia­ny bud­ki i liże szkło. Odciągam go.

- Spa­daj! - Pa­trzy na mnie wście­kle.

- Rany! - wy­krzy­ku­je Baz pro­sto w moje ucho. - Wszyst­ko w porządku, mi­strzu­niu?

- Tak, dzięki, prze­pra­szam. - Zdaję so­bie sprawę, że za­po­mniałem o ak­cen­cie. Właśnie ode­zwałem się do Baza swo­im zwykłym głosem!

- Wygląda na to, że masz dziś wie­czo­rem PO­MOC­NI­KA - mówi Baz.

Za­uważył? Na pew­no.

- Nie... to... je­den z mo­ich synów.

- Ach! Kto to taki? Przed­staw nas!

- Hm, jest ze mną Ja­mes.

- Wi­taj, Ja­mes! - mówi Baz. - Ile ma lat, Da­nie­lu?

- Sześć.

- Nie je­stem two­im sy­nem - obu­rza się Jay.

- A to co? - Baz chi­cho­cze. - Hej, daj mu słuchawkę, Dan, PO­GA­DA­MY z nim.

Ser­ce wali mi ostrze­gaw­czo. Jay na żywo w ra­diu to ostat­nie, cze­go bym chciał.

- Sam nie wiem... On jest trochę nieśmiały.

- Nie je­stem nieśmiały! - za­prze­cza Jay bar­dzo głośno.

- Tak, czuję, że mam dziś szczęście, Baz - mówię szyb­ko, próbując zmie­nić te­mat. Patrzę na Jaya groźnie i kładę pa­lec na ustach.

- Miło mi to słyszeć, przy­ja­cie­lu - od­po­wia­da Baz. - MIŁO mi to słyszeć. Miej­my na­dzieję, że Ja­mes będzie dzi­siaj twoją ma­skotką.

- Tak - wy­du­szam z sie­bie, pod­czas gdy Jay wbi­ja zęby w moją nogę i za­czy­na mnie gryźć. Z buzią za­tkaną dżin­sa­mi przy­najm­niej nie będzie robił hałasu.

Wra­ca­my do miesz­ka­nia, w którym cze­kają na nas tyl­ko ka­ra­lu­chy. Zgnia­tam kartkę w kulkę i wrzu­cam do ko­sza, a po­tem przy­po­mi­nam Jay­owi, że czas iść do łóżka.

- Nie idę spać.

- Owszem, idziesz.

- Nie będziesz mi mówić, co mam robić.

- Nie ma mamy, więc będę.

Jay spi­na się cały, próbując wymyślić ri­postę.

- Po­wiem ma­mie, że zmu­siłeś mnie, żebym po­szedł z tobą do bud­ki.

- I co z tego? - Nie wziąłem tego pod uwagę, ale to nie ma zna­cze­nia. Wytłumaczę jej, że mu­siałem za­dzwo­nić do Hana w spra­wie pra­cy do­mo­wej. Mama i tak rzad­ko słucha opo­wieści Jaya.

Jay war­czy i sta­je na czwo­ra­kach, a po­tem zbliża się do mnie, kłapiąc zębami. Za­sta­na­wiam się, czy wszyst­kie sześcio­lat­ki są ta­kie, czy tyl­ko ja mam szur­niętego bra­ta?

Przy­najm­niej udało mi się dziś przejść do następne­go eta­pu, i to po­mi­mo "po­mo­cy" Jaya. Py­ta­nia były łatwe i od­po­wie­działem na wszyst­kie trzy. Zo­stało jesz­cze tyl­ko sześć dni. Osiem­naście pytań. Za­czy­nam wie­rzyć, że na­prawdę mogę wy­grać.

Wy­obrażam so­bie minę mamy, kie­dy po­da­ruję jej te wa­ka­cje. Właśnie wróciła ze smażalni i sie­dzi przy sto­le ku­chen­nym, z pa­pie­ro­sem w jed­nej ręce i kie­lisz­kiem wina w dru­giej. Pa­trzy przed sie­bie nie­ru­cho­mym wzro­kiem. Po­daję jej ko­pertę, a ona spogląda na nią, marszcząc brwi. Może myśli, że to jakiś list ze szkoły z wia­do­mością, że mnie wy­rzu­ci­li albo coś ta­kie­go - aż do­strze­ga w środ­ku bro­szurę Har­da­cre Ho­li­da­ze.

Mama po­chy­la się i odkłada pa­pie­ro­sa do po­piel­nicz­ki, żeby mieć wol­ne ręce, bo te­raz jest za­cie­ka­wio­na. Wyj­mu­je bi­le­ty i ulotkę ze zdjęcia­mi miej­sca, do którego je­dzie­my, a po­tem pa­trzy na mnie. Jej wzrok już nie jest bez wy­ra­zu. Jej twarz się zmie­nia. Tak jak­by ktoś, kim była - kogo pamiętam sprzed lat - właśnie wrócił. Uśmie­cha się i po po­licz­kach płyną jej łzy, ale to są łzy szczęścia, które mi­goczą w jej oczach.

Od­ra­biam lek­cje, a po­tem robię so­bie kawę i idę do dużego po­ko­ju. Jay śpi na ka­na­pie. Wyłączam te­le­wi­zor i niosę go do łóżka. Kręci się i mam­ro­cze coś o Dzi­kiej Be­stii, ale się nie bu­dzi. Ze­ga­rek ze Sco­obym po­ka­zu­je dwu­dziestą drugą trzy­dzieści.

Mama pew­nie do­stała dziś wypłatę i poszła do pubu. Wpad­nie z łomo­tem przed północą i zaśnie na ka­na­pie, co ozna­cza, że ja będę mu­siał od­ro­bić za nią po­ran­ne sprząta­nie.

A to przy­po­mi­na mi o tym, co po­wie­dział pan Bu­chan: jeśli spóźnię się jesz­cze trzy razy, będę mu­siał się mel­do­wać. Mama nie będzie za­chwy­co­na.

Do­ty­kam obo­lałego miej­sca wokół oka. Muszę zna­leźć jakiś sposób, żeby zdążać na spraw­dza­nie obec­ności. Za­sta­na­wiam się, czy mógłbym być i nie­wi­dzial­ny, i nad­ludz­ko szyb­ki? Może to by po­mogło.

Leżę w ciem­ności, nasłuchując, czy mama nie wra­ca. Jest północ, a ja je­stem zupełnie przy­tom­ny. Za pięć go­dzin za­dzwo­ni bu­dzik.

W niektórych kra­jach sto­su­je się po­zba­wie­nie snu jako ro­dzaj tor­tu­ry.