15 000 dni filmowej podróży - Andrzej Haliński

-
Proszę czekać
 
 

Annie, mojej żonie,

za cierpliwość i wyrozumiałość

 

Mój mentor, człowiek, który mnie ukształtował - Wojciech Jerzy Has

 
 
 

Przyrzekam pisać prawdę i tylko prawdę,

 

o ile oczywiście nie rani ona uczuć kogoś z bliskich

 

bądź nie powoduje

 

niezamierzonych kłopotów rodzinnych

 

współtowarzyszy filmowej niedoli

 

____________________________________

Andrzej Haliński

 
 
ZAMIAST WSTĘPU

Jedziemy z Jerzym Hoffmanem z naszego hotelu na miejsce kolejnych zdjęć pod Zbarażem. To już któryś tydzień kręcenia "Ogniem i mieczem" na poligonie wojskowym w Biedrusku pod Poznaniem, a nas od wielu dni nurtuje poważny problem: jak by tu powiesić ciało Longinusa, aby nie wypadło śmiesznie, a wprost przeciwnie, do głębi serc wzruszająco? Sienkiewicz napisał w swej powieści, że Longinusa Podbipiętę powieszono na wieży bojowej, zwanej przez Kozaków hulajhorodyną. Jak miałoby jednak wzruszyć widownię gołe dwumetrowe ciało Wiktora Zborowskiego dyndające na monstrualnej drewnianej konstrukcji?

Samochód staje przed zamkniętym przejazdem kolejowym. Milczymy chwilę, patrząc bezmyślnie na znajomą okolicę i znak drogowy zagradzający nam przejazd... aż tu nagle, jak na komendę, zwracamy się do siebie:

- Słuchaj! A jakby go tak rozciągnąć na czymś takim? Będzie się chyba dobrze kojarzył z ukrzyżowaniem?

Obydwaj mamy na myśli znak drogowy, tzw. krzyż Świętego Andrzeja. Takie porozumienie dusz i współpraca to sama przyjemność!

Na rozgrzanym upałem polu, pod zbudowaną na wzgórzu dekoracją Zbaraża, podniecony Hoffman tłumaczy Wiktorowi, co będziemy z nim wyprawiać, a ja szkicuję naprędce naszym wspaniałym góralskim budowniczym ten przedmiot tortur. Zborowski nieco nieufnie spogląda to na reżysera, to - z dala - na mnie, ale nie poddajemy się. Przypomina mi się, że Wiktor jeszcze przed zdjęciami wykazywał daleko idącą zapobiegliwość. Owszem, bardzo pilnie chodził na lekcje jazdy konnej, poobijany okrutnie zawzięcie szermował, ale umowy aktorskiej z producentem nie chciał podpisać. Domagał się, aby znalazł się w niej zapis, iż nie ma mowy o wsiadaniu na inflancką kobyłę, jak to w książce jasno opisano. Na nic zdały się prośby i groźby, aż któregoś dnia, przyciśnięty do muru, wymamrotał tym swoim wspaniałym, dudniącym basem:

- Róbcie, co chcecie, ale ja nie dam z siebie zrobić pośmiewiska tak jak Wiesiek w "Potopie". Za nic nie dam się zwalić przed całą ekipą.

Nikt nic nie zrozumiał. Nawet Hoffman nie mógł sobie przypomnieć, o co może chodzić, tak więc natarto na Longinusa jeszcze bardziej. Wiktor, urodzony gawędziarz, powoli snuł mrożącą krew w żyłach opowieść:

- Wiesiek Gołas mi opowiadał, co się stało, kiedy dał się posadzić na specjalnie dobraną, piękną srokatą kobyłkę. Tak hetmana Czarnieckiego malowano i opisywano. Za nim ustawiono szeregami husarię dosiadającą pełnej krwi arabów, oczywiście były to same ogiery. Galopujący wzdłuż szeregów hetman cieszył się ich ogromnym zainteresowaniem, a właściwie nie on sam, tylko jego kobyłka. Karne z zasady szeregi husarii nerwowo falowały, a masztalerzom z największym trudem udawało się utrzymać konie za uzdę. Wszystko było niby w porządku, aż do momentu, kiedy pan hetman skinął buławą i krzyknął: "Do ataku!". Husaria ruszyła z impetem, a hetmańska ponętna kobyłka wraz z hetmanem na grzbiecie zostali w mgnieniu oka pokryci kłębowiskiem dorodnych ogierów. Ledwo uszli z życiem, ale i tak jeszcze długo Gołas był przedmiotem nieskromnych żartów najpośledniejszego gatunku...

Wiktor skończył i smętnie pochylił głowę, a parodiując granego przez siebie Longinusa, zamruczał z litewskim akcentem:

- Ot, co jest, brateńki!

Następnego dnia, po solennych przyrzeczeniach złożonych przez naszego specjalistę od spraw końskich Tomasza Biernawskiego, który poprzysiągł, że Longinus jeździć będzie na specjalnie dobranym, bardzo spokojnym wałachu udającym kobyłę, Wiktor Zborowski umowę podpisał, a producenci odetchnęli z ulgą.

Wiadomo było bowiem od samego początku, że tylko Wiktor Zborowski może zagrać Longinusa Podbipiętę. Urodził się przecież po to, aby zagrać tę rolę.

Krzyż dla niego tymczasem już powstał i dubler Wiktora zaczął się do niego przymierzać. Grzmiały salwy z dział umieszczonych na murach Zbaraża, galopująca husaria wzniecała tumany kurzu, a wojska kozackie z wrzaskiem szturmowały wykopy przed fortecą. Znużony potwornym upałem i chwilowo nikomu niepotrzebny, postanowiłem zrejterować nad pobliskie jezioro. Byłem zupełnie sam na pomoście. Położyłem się, zapatrzyłem w chmury. Co ja tu właściwie robię? Tak daleko od domu? Dlaczego ja jestem tutaj, a mój dorosły syn w Toronto?

Nieproszone, zaczęły napływać obrazy z przeszłości...

 

Andrzej Haliński, Biedrusko, czerwiec 1999 r.

 
 
ARCHITEKT Z WARSZAWY

Zatytułowałem te wspomnienia "15 000 dni filmowej podróży". Tyle ich właśnie spędziłem na planach filmowych, tułając się po miejscach, gdzie zamiast przysłowiowego diabła dobranoc mówili chuligani, w upały i mrozy zapierające dech w piersiach, w przepięknych krajobrazach i obskurnych miasteczkach, w obrzydliwych hotelach urządzonych wedle przaśnych gustów projektantów epoki towarzyszy Władysława Gomułki i Edwarda Gierka, ale i w eleganckich pomagnackich rezydencjach.

Od lat zabierałem się do spisania chociażby części anegdot filmowych, śmiesznych, gorszących, pouczających, a czasem tragicznych sytuacji, których byłem świadkiem i uczestnikiem. Wielu przyjaciół, a nawet przygodnych słuchaczy szczerze mnie do tego namawiało: "Musisz to spisać! Te historyjki powinny żyć i krążyć dalej! Pisz koniecznie!".

Ostatecznie decyzję za mnie podjął człowiek, który od lat zaszczyca moją rodzinę swoją przyjaźnią, znany pisarz i kompozytor Jarosław Abramow-Newerly:

- Ty, bratku, nie bądź taki skromniś i pisz. Wiesz, ile pisarz musi przeżyć w życiu upokorzeń?

To miała być zachęta? On dobrze wiedział, co mówi! Razem pobieraliśmy lekcje pokory przez lata emigracji w Kanadzie. Tam też się zaprzyjaźniliśmy i trwa to do dzisiaj, mimo mojego powrotu do kraju kilka lat temu. Nie tak jednak łatwo się zdecydować, mając w pamięci słynne powiedzenie Juliana Tuwima: "Z potrzeby serca piszą tylko grafomani, a zawodowcy wyłącznie dla pieniędzy...".

Mam teraz więcej czasu, skończyłem 75 lat, z czego w filmie spędziłem 50, a więc może spróbować przenieść na papier ulotne wspomnienia, dopóki jeszcze pamięć funkcjonuje, chociaż nikt mi za to nie zapłaci, a do tego będę pisał do szuflady? A niech tam, spróbuję...

Podróży filmowej dzień pierwszy

Moja przygoda z filmem rozpoczęła się przypadkowo i, powiedziałbym, dość banalnie w 1972 roku. Byłem na skraju rozpaczy, sfrustrowany nudą biura architektonicznego noszącego szumną nazwę Mazowieckie Biuro Projektów. To szare gmaszysko, pięknie położone przy ul. Królewskiej w Warszawie, z którego okien rozpościerał się widok na ogród Saski, miało podobno służyć Układowi Warszawskiemu, ale coś się nie udało - niesprawdzona plotka mówi, że budowlę wzniesiono pomyłkowo tyłem do ulicy, a frontem do podwórka. Nie jest to niemożliwe, albowiem Warszawa pełna jest podobnych przypadków, i to w samym centrum.

Jednego z nudnawych zimowych wieczorów, osamotniony przez żonę, która wyjechała za granicę, poszedłem na imieniny mojego przyjaciela i sąsiada na Saskiej Kępie, Piotra Dudzińskiego.

Wszyscyśmy zazdrościli mu ojca, podsekretarza stanu w Ministerstwie Pracy i Płacy. Dziś brzmi to nieco abstrakcyjnie, a więc młodszym czytelnikom należy się wyjaśnienie, skąd ta niespodziewana zazdrość.

Otóż w owych czasach nie wystarczyło skończyć studia i znaleźć sobie pracę. Nad wszystkim czuwał wszechwładny pełnomocnik rektora do spraw zatrudnienia i pierwszym zadaniem każdego absolwenta wyższej uczelni było uniknięcie jego sideł. Celem tego potencjalnego łapówkarza było równomierne pokrycie naszej socjalistycznej ojczyzny warstwą ludzi wykształconych. Dla mnie, świeżo upieczonego architekta, miał na przykład nader nęcącą propozycję nie do odrzucenia, a mianowicie stanowisko wykładowcy w Technikum Budowlanym w Krasnymstawie. Urodziłem się w Krakowie, wychowałem we Wrocławiu i Warszawie, a więc łatwo można sobie wyobrazić, jak entuzjastycznie odniosłem się do pomysłu zostania kolejnym doktorem Judymem. Moja odpowiedź musiała nie do końca zadowolić pana pełnomocnika, albowiem fioletowy na twarzy poderwał się zza biurka i wskazał wymownie drzwi. Jeszcze po drugiej stronie słyszałem ryki zapowiadające moją rychłą zgubę. Z całej sprawy wyniosłem taką korzyść, że wiem, gdzie leży to miasteczko - po powrocie do domu sięgnąłem po mapę i je znalazłem.

Piotr uniknął podobnych zmagań z losem: "cudownym" jego zrządzeniem dostał skierowanie do pracy w Przedsiębiorstwie Realizacji Filmów "Zespoły Filmowe" na ul. Puławskiej 61 w Warszawie. Zaraz też wyjechał do Łodzi, która za sprawą Wyższej Szkoły Filmowej i największej Wytwórni Filmów Fabularnych była wtedy prawdziwą mekką filmowców. W powszechnej świadomości kojarzyła się, po części zresztą zasłużenie, z rozpustnymi aktorkami i statystkami, nieustającymi bankietami ekip filmowych, beztroskim i dostatnim życiem reżyserów, bardziej przypominającym zabawę niż konkretną pracę.

Wróćmy jednak do owego wieczoru... Po paru kieliszkach zacząłem okropnie marudzić, że dłużej tego nie wytrzymam i chyba wyemigruję do Szwecji.

- Stary, czyś ty na głowę upadł? - zdumiał się Piotr. - Przyjedź do Łodzi, a ja cię poznam z głównym scenografem naszego filmu. Właśnie szukają jeszcze jednego oprócz mnie pomocnika. Wyobraź tylko sobie! Zamiast tych szpetnych typowych bloków projektowanie i budowanie w halach secesyjnych wnętrz hotelu i restauracji, małego żydowskiego miasteczka pod Krakowem. No mówię ci, Murzyni, słonie i strusie w pochodzie przez zrujnowany żydowski cmentarz! Wyobrażasz to sobie? Umówię cię, kiedy tylko będziesz mógł.

Milczałem, lekko oszołomiony, podejrzewając, że - jak się to zresztą często zdarzało - za dużo "przyjął".

Wróciłem do domu, położyłem się w naszej małżeńskiej sypialni, nieco jedynie większej niż podwójny materac. Należy tu chyba dodać, że byliśmy wraz ze świeżo poślubioną żoną Anną szczęśliwymi posiadaczami tzw. M3 z ciemną kuchnią. Leżałem, nie mogąc zasnąć, a sufit wirował nade mną wraz ze słoniami, strusiami, targowiskiem na rynku żydowskiego miasteczka...

Raz kozie śmierć. I tak dłużej tego biura nie wytrzymam!

Zasypiając, uświadomiłem sobie, że dopiero co dowiedziałem się telefonicznie od Anny, że będziemy mieli dziecko.

Sam do siebie wymamrotałem:

- Niezły czas na rzucanie z takim trudem znalezionej pracy w Warszawie, ale musi mnie zrozumieć. Pogadam z nią, jak tylko wróci z zagranicy.

Wróciła i zrozumiała! Dopiero po latach ja z kolei doceniłem jej wyrozumiałość i mądrość życiową. Ale wtedy mieliśmy po 27 lat!

Cały następny tydzień upłynął, zanim w ciężkiej atmosferze wymówek, pretensji i awantur udało mi się dostać zwolnienie z zaszczytnej posady w biurze projektów, zwanej oficjalnie pomocą techniczną. Paranoja lat 70. objawiała się m.in. w tym, że mój etat, niewymagający nawet pełnej matury, obejmował przycinanie papieru i inne tego rodzaju fascynujące zajęcia, a ja ze swoim tytułem magistra inżyniera architekta nie miałem prawa blokować tego etatu. Wiem, że to trudno zrozumieć, ale tak było. Salomonowym wyrokiem dopuszczono mnie więc do samodzielnego projektowania, wstydliwie ukrywając mizerną pensję wynoszącą całe 1 260 zł. Ściskając mocno papier uwalniający mnie od jurysdykcji wspomnianego pełnomocnika, jeszcze raz obejrzałem się za siebie, spojrzałem w okno mojego pokoju...

Goodbye, błękitne fartuchy kreślarskie z dumnym emblematem Miastoprojektu Mazowsze, poranne wyścigi długim korytarzem z czajnikami herbacianymi do jednej jedynej łazienki, pogoń za kadrową, grubym, złośliwym babskiem, niezgrabnie umykającym po schodach przed gromadą inżynierów błagających o możliwość podpisania listy obecności mimo popełnienia potwornego przestępstwa, jakim było spóźnienie o dwie minuty! Złośliwy chichot ciecia, uzbrojonego w przestarzały karabin KBK, jakby żywcem przeniesionego z komedii wszech czasów "Zezowate szczęście" z niezapomnianym Bogumiłem Kobielą. Bawcie się tak dalej, ale beze mnie!

Do Łodzi

Ze skromną walizeczką w ręce dotarłem zatłoczonym porannym tramwajem do dworca centralnego. Nie był to okazały budynek znany z pocztówek z Warszawy. Odsłonięte, zagłębione poniżej poziomu ulicy tory. Perony, na które schodziło się po drewnianych, niezależnie od pory roku bardzo śliskich schodach. Jedynym budynkiem widocznym z tej dziury w ziemi była butna sylweta Pałacu Kultury.

Osłaniając się przed wiatrem hulającym po zaśmieconym, dawno niesprzątanym peronie, z niecierpliwością czekałem na pociąg ku mojej życiowej przygodzie, a może i lepszej przyszłości.

Pociąg był prawie pusty. Z nieprzytulnego, zimnego przedziału wyszedłem na korytarz zapalić papierosa. Pierwszy tego dnia mocny bez filtra nastroił mnie pozytywniej do świata. Mijaliśmy Ursus. Na powyginanym ze starości ogrodzeniu dostrzegłem zatarty przedwojenny slogan reklamowy "Radion sam pierze".

- Czy mogę prosić o ogień?

Obok mnie stał elegancki starszy pan w okularach w złoconych oprawkach. Nerwowo odnalazłem w kieszeni moją dumę, szwedzką zapalniczkę, którą kupiłem sobie w czasie ostatnich saksów w fabryce cegieł pod Lund. Przypalił, przyglądając mi się z zaciekawieniem. Nie rwałem się do pogawędki z nieznajomym, więc wycofałem się do przedziału i udawałem, że czytam.

Prawie wyskoczyłem z hamującego ze zgrzytem pociągu i tak znalazłem się po raz pierwszy na dworcu Łódź Fabryczna.

Nigdy przedtem nie byłem w tym przedziwnym mieście. Nie mogłem więc mieć nawet śladu przeczucia, że przez następnych 12 lat będę regularnie odjeżdżał z tego oto miejsca w piątek i przyjeżdżał tu w poniedziałek, a dworzec prawie wcale przez te lata się nie zmieni.

Piotr czekał na mnie. Wyglądał na prawdziwego filmowca - długi furmański kożuch, czarny golf, ciemne okulary w grubej oprawie. Całości dopełniały długie ciemne włosy, swobodnie opadające na kłaki kożucha. Po "niedźwiedziu" zapytał krótko:

- Zrobimy po browarze?

Uznałem, że widocznie tak trzeba. Była 9 rano. Stanęliśmy w kolejce do drewnianej budki na peronie. Po trzech piwach z poszczerbionych, niedomytych kufli świat wydał mi się bardziej przystępny niż poprzednio. Piotr pańskim gestem zaprosił mnie do karnie oczekującej na niego taksówki z produkcji filmu i po kilkunastu minutach wysiadaliśmy przed fabryką snów.

Na korytarzach było tłoczno i gwarnie. Piotr zakomenderował:

- Najpierw coś zjemy!

Bar zwany w filmowym żargonie "tramwajem" mieścił się na pierwszym piętrze. Długi rząd stolików i krzeseł ustawionych przy ścianie w korytarzu. Obok, przy kontuarze, jeszcze dłuższa kolejka. Potem wszystko to wydało mi się normalne, nawet to, że pierwszą w życiu filmową jajecznicę zjadłem w towarzystwie dwóch rycerzy i zebry. Grzechocząc upiornie plastikowymi zbrojami, starali się trafić łyżeczką do ust. Sztywne pancerze uniemożliwiały spojrzenie w dół. Tylko co druga łyżeczka trafiała do celu, zawartość pozostałych lądowała na pancerzach. Zebra, po zdjęciu łba, miała o wiele łatwiejsze zadanie. Jej futro ze sztucznego tworzywa było elastyczne.

Pracownia scenograficzna też zrobiła na mnie wrażenie. Na ścianach wisiały piękne projekty autorstwa znanego krakowskiego scenografa, Jerzego Skarżyńskiego. Kilka stołów kreślarskich, przy nich serdecznie witający się ze mną rysownicy. Kątem oka zauważyłem, że tak na luzie, od ręki rysują detale gipsowe, popękane marmurowe posadzki... Nie zdążyłem się wszystkiemu przyjrzeć, kiedy stanąłem przed człowiekiem, od którego - jak się spodziewałem - zależało moje być albo nie być w branży filmowej. Przez biurko patrzył na mnie badawczo zza grubych rogowych okularów pan Andrzej Płocki, prawa ręka głównego scenografa.

A przed nim siedział przy filiżance kawy... uśmiechnięty starszy pan z pociągu. Ten w złoconych okularach.

Już po wszystkim, pomyślałem, trzeba było jakoś lepiej potraktować tego filmowego rekina. Pewnie to sam producent!

- Proszę, niech pan siada - usłyszałem głos Płockiego. - A więc, panowie, nie będę ukrywał, że zrobimy rodzaj testu. Mamy do narysowania, według nieskrępowanej niczym wizji plastycznej, elewację budynku sanatorium, który zimą będziemy budowali w Konstancinie pod Warszawą. Abyście panowie sobie nie przeszkadzali, posadzimy was w osobnych pokojach, a obecnych tu kolegów bardzo proszę o nieudzielanie żadnych porad...

Mówił coś jeszcze, ale ja już nie słuchałem. Miałem ochotę zapytać, o której jest pociąg powrotny do Warszawy. Dotarło też do mnie, że w biurze Miastoprojektu Mazowsze spaliłem za sobą wszystkie mosty. Za wcześnie! Bardzo nierozsądnie!

Jedynym pocieszeniem był fakt, że ten starszy w złotych okularkach to nie żaden rekin filmowy, ale staje do tego egzaminu na równi ze mną. Spojrzałem na malarską wizję Skarżyńskiego i szczerze pożałowałem, że na studiach niezbyt przykładałem się do historii architektury. Co tu dużo mówić, byłem z nią co najmniej na bakier i z trudnością rozróżniałem style architektoniczne. A niech tam! Raz kozie śmierć. I tak nic z tego nie będzie.

- Panie Andrzeju, przecież sam pan mnie prosił, żebym ściągnął jakiegoś kumpla z wydziału architektury!

- Panie Piotrze! Pozwoli pan, że będę postępował tak, jak uważam za stosowne? Zdaje pan sobie sprawę, w jak ogromnym przedsięwzięciu bierzemy udział i jaką wagę przykłada pan Has do plastyki w swoich filmach!

Piotr wycofał się, mamrocząc pod nosem jakieś przekleństwa. Na pożegnanie rzucił mi przepraszające spojrzenie.

Usiadłem do stołu. Mieszanka żalu i desperacji spowodowała, że postanowiłem zaprojektować coś na granicy czystego szaleństwa. Nie miałem przecież nic do stracenia. Zacząłem rysować całkowicie przeciwko sobie jakiś kretyński (tak mi się wtedy wydawało) budynek upstrzony wieżyczkami i krużgankami, opleciony lianami i dzikim winem, z popękanym tynkiem, spod którego wyłaniały się ogromne muszle morskie. Niezbyt dobrze już dzisiaj pamiętam, co jeszcze na tym rysunku się znalazło. Skończyłem szybko, położyłem rysunek nonszalanckim gestem przed panem Płockim i zacząłem się ubierać. Nie widziałem nigdzie Piotra, ale przez szparę w drzwiach zobaczyłem, że pan w złotych okularach patrzy na mnie jakimś takim zgnębionym wzrokiem.

- Już pan skończył? Nie chce pan jeszcze czegoś dodać? Zostało mnóstwo czasu, wyznaczyliśmy sobie godzinę.

- Nic już więcej nie wymyślę, a poza tym cholernie chce mi się palić.

Kończyłem papierosa, kiedy drzwi się otworzyły i wyszedł pan w złotych okularach.

- Bardzo serdecznie gratuluję, panie kolego. Bardzo serdecznie! Pewnie się kiedyś spotkamy, jestem Jerzy Miller. Mów mi Jurek.

Zbaraniałem. Kiwnąłem głową i ruszyłem za Piotrem, który pojawił się jak spod ziemi, by zaprowadzić mnie do biura produkcji, gdzie miałem podpisać swoją pierwszą w życiu umowę o dzieło w charakterze drugiego scenografa w filmie, który do dziś należy do kanonu kinematografii polskiej, czyli "Sanatorium pod Klepsydrą" w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa.

Mój wariacki, podyktowany desperacją rysunek po pewnych modyfikacjach został zrealizowany i budynek sanatorium, do którego kilkakrotnie w filmie podchodzi Jan Nowicki, to właśnie to - w całej swej krasie i perwersyjnej brzydocie.

Mój pierwszy samodzielny projekt. Kolaż rysunku z realizacją

 
 
WOJCIECH JERZY HAS"SANATORIUM POD KLEPSYDRĄ"

- Panie Marianie! Jedziemy do Savoya - zakomenderował Piotr i taksówka ruszyła spod wytwórni. Zapadał zmierzch. Jechaliśmy słabo oświetlonymi ulicami, a ja z zaciekawieniem przyglądałem się przez okno wołgi obdrapanym łódzkim kamienicom. Wydały mi się wyjątkowo szpetne. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że Łódź składa się właściwie z jednej ulicy - Piotrkowskiej - i kilkunastu użytecznych dla filmu pałaców, byłych rezydencji przemysłowców i bankierów, którzy w XIX wieku dokonali cudu. Stworzyli w ciągu kilkudziesięciu lat potężny przemysł bawełniany, a wraz z nim miasto nazywane polskim Manchesterem.

Pożegnaliśmy pana Mariana i umówiwszy się z nim na rano przed wejściem, dumnie wkroczyliśmy do holu niegdyś jednego z najwykwintniejszych hoteli w mieście. Obskurna recepcja i brudny, malutki pokój, który panienka z okienka mi przydzieliła, na chwilę ostudziły moją radość. Windziarz, potężne, mocno zezujące chłopisko, któremu zostałem przedstawiony, przyjrzał mi się starannie i widocznie zaakceptował, bo twarz wykrzywiła mu się w czymś w rodzaju uśmiechu.

- Piotrek, dlaczego on mi się tak przyglądał?

- Stary, on był po wojnie reprezentantem Polski w zapasach w wadze ciężkiej. Wszystko było dobrze, dopóki nie pojechali na jakiś mecz towarzyski do Irkucka. Tamtejszy czempion tak nim walnął o matę, że nigdy nie odzyskał całkowicie mowy, bełkocze, no i sam widziałeś ten zez. Nie dali rady tego wyleczyć. Chłop ma obsesję i ciągle marzy, że jeszcze spotka tego Ruska...

- Czy ja wyglądam na rosyjskiego zapaśnika?

- Nieważne. W każdym razie wycieczki radzieckie Orbis stara się umieszczać w innym hotelu. Tak na wszelki wypadek.

Pan Władek z czasem pokochał nas obu, załatwił mi jeden z najlepszych pokoi i miał łzy w oczach, kiedy później wyprowadzaliśmy się do świeżo otworzonego Hotelu Mazowieckiego. Ten ostatni miał jednak ogromną zaletę: był rzut beretem od wytwórni.

Łódzkiego SPATiF-u czar

- No! Trzeba nareszcie coś porządnie zjeść, no i wychylić za wspólny los - oznajmił Piotrek, kiedy już rozgościłem się w swoim pokoju. - Ale walimy do miasta, bo tu trują, a poza tym o 19 zaczyna się koszmarny dansing.

Piotr ponownie wziął sprawy w swoje ręce, i słusznie, bo on tu już był właściwie u siebie. Przeszliśmy w poprzek dwie ulice oraz jakiś skwerek i już byliśmy w szatni SPATiF-u na ul. Kościuszki.

- Pamiętaj, jakbyś się zgubił, to ten skwerek nazywa się Skwer ZMS, a potem to już trafisz na Piotrkowską obok Grandu, a w bocznej uliczce za nim jest nasz Savoy.

Szatniarz powitał Piotra jak stałego bywalca, nie pytając wcale o kartę wstępu, okazywania której kategorycznie żądał złowrogi napis przy wejściu (ja miałem w przyszłości dopiero się starać o członkostwo klubu, ale prawdę powiedziawszy, trwało to krótko dzięki możnym protektorom). Wspaniały filmowy kożuch zawisł pomiędzy bliźniaczo podobnymi, jakby pochodzącymi z jednego warsztatu, a przy nich moja "marynarska" kurteczka. Po marmurowych schodach weszliśmy do sali, całej w ciemnych boazeriach, ale mój przewodnik bez wahania pomaszerował dalej. Za podwójnymi kryształowymi drzwiami znajdowała się wspaniała salka, "coś á la w podobie", jak mawia się w Łodzi, brytyjski klub z ogromnym mahoniowym bufetem.

Wysoki, sztywny, jakby nieobecny kelner strzepnął serwetką stolik i wskazał nam bez słowa miejsca. Podobnie dystyngowanie, patrząc ponad nami, podsunął pod nos menu. Później, zaprzyjaźniwszy się z panem Adamem, dowiedziałem się, skąd ten sposób bycia, z którym trzeba się było pogodzić, albowiem kto nie był obsługiwany przez pana Adama, ten się po prostu nie liczył w filmowej Łodzi. Kelner chuchnął w dwa kieliszki, przetarł ścierką i spojrzał na nas wymownie. Piotr rozparł się wygodnie, popatrzył ponad panem Adamem i rzucił nonszalancko:

- Tylko kwas proszę nie taki zimny jak poprzednio.

O rany! Kwas chlebowy znałem tylko ze słyszenia, od ludzi bywających w Rosji. Tak naprawdę nie bardzo wierzyłem, że ten legendarny ruski popitek w ogóle istnieje. Połówka żytniej, czyli tzw. uśmiech sołtysa, była tak oczywista, że nie wypadało chyba o niej nawet wspominać. Pan Adam dystyngowanie polał, a Piotr wzniósł kieliszek i z tajemniczą miną uroczyście oświadczył:

- Twoje, stary! Tylko na raz i porządnie odchyl głowę, nie zamykając oczu.

Wypiliśmy... i wtedy zrozumiałem, o co chodziło z tymi otwartymi oczami. Sufit naszej sali ozdobiony był tak nieprawdopodobną sztukaterią, że mogło się od samego jej widoku zakręcić w głowie. Misterne gipsowe róże splatały się w wieńce wśród nieznanych mi orientalnych kwiatów. Wisiały tuż nad nami, a można by rzec, że z każdym kieliszkiem coraz bliżej. Sącząc kwas, rozejrzałem się dyskretnie po sali. A było na co popatrzeć. Znani aktorzy, reżyser specjalizujący się w filmach dla dzieci i o dzieciach, mężczyzna piękny, z głową rzymskiego senatora. Przy stoliku obok dwie bardzo piękne dziewczyny, które niesłusznie wziąłem za prostytutki. Nie miałem pojęcia, że te nie są tu wpuszczane. Co innego porządne panienki z dobrych domów marzące o karierze u boku znanego reżysera bądź aktora. Te były w lokalu mile widziane i łaskawie przez ajentkę, panią Janinę, traktowane.

W końcu wzrok mój padł na przedziwnego człowieka. Niewielkiego wzrostu, w nieskazitelnie uszytym, ale do granic możliwości wytartym smokingu, palił beznamiętnie papierosa w staromodnej szylkretowej fifce. Miał woskowobladą, pooraną zmarszczkami twarz i włosy gładko uczesane na brylantynę. Postać żywcem przeniesiona z filmu amerykańskiego z lat 40. Fred Astaire? Co ja plotę? Przecież to niemożliwe! A w dodatku ten dżentelmen wstał chwiejnie i przyżeglował do naszego stolika:

- Można do was, chłopaki? Ale dzisiaj nudy. Nikogo tu nie ma.

Skrzywił się z obrzydzeniem i nie pytając, nalał sobie wódki do kieliszka, który pan Adam dyskretnie mu podsunął.

Kilka miesięcy później zaprzyjaźniony już byłem z łódzkim Fredem Astaire'em, czyli Edwardem Radulskim, do tego stopnia, że wysłuchiwałem w gronie przyjaciół opowieści i wspomnień z jego fascynującego życia. Przed wojną był wspaniałym stepistą w nocnych lokalach, a w czasie wojny występował w prawdziwej rewii Freda Astaire'a w USA. W wielu filmach z tamtych lat zbliżenia stepujących nóg mistrza robiono na nogach Radulskiego. Edek często na naszą prośbę brał laseczkę i tańczył na szklanym blacie stołu obficie posypanym solą. Człowiek ten urodził się w nocnym lokalu i unikał jasności dnia jak zarazy. Spał długo, często do popołudnia, a potem przemykał w cieniu kamienic do SPATiF-u, skąd wychodził dopiero po zamknięciu, czyli przed wschodem słońca.

Ale o tym wszystkim miałem się dowiedzieć później, a teraz już naprawdę była najwyższa pora, żeby wrócić do Savoya. Ten dzień dostarczył mi tylu wrażeń, że młody architekt z biura projektów mógłby je sobie rozłożyć na wiele miesięcy, a to był dzień pierwszy...

Przywołaliśmy pana Adama, chcąc zapłacić, a on godnie napłynął z rachunkiem. Chmurny był, zdaniem mojego przyjaciela, ponad wszelką miarę.

- Stało się coś, panie Adamie? Co pan taki jakiś dzisiaj nie taki?

- A tam, panowie. Szkoda gadać. Byli tu przed wami tacy muzycy w długich sukniach, takich, wiecie, co to teraz wariaci latają w nich po mieście... Moja córka też słucha tego rzępolenia z ich płyt, ale mnie nazwa tego zespołu wyleciała z pamięci... Może wiecie? Robią się na takich Hindusów, taka teraz, panie, moda...

- Grupa Osjan! - wyrwało mi się.

- Jakbyś pan zgadł. To ci. Ja do nich, rozumiecie panowie, jak do słynnych muzyków. Obrus zmieniłem, kieliszki kryształowe specjalnie wyjąłem, karty podaję, a oni co?

- No co? - zapytaliśmy zgodnie.

- Zamówili cztery razy marchewkę z groszkiem, dwa razy mizerię, ale bez śmietany, buraczki gotowane, no, calutki stół dodatków... Wegetarianie! Panowie, wegetarianie! Rachunek wyniósł 14,20. Dali 15 i najstarszy jeszcze powiedział: "Reszty nie trzeba". No, trzymajcie mnie! A do baru mlecznego poszli następnym razem!

Pan Adam, zrzuciwszy z siebie ciążące mu od popołudnia brzemię, skasował nas, nic, trzeba podkreślić, nie dopisując do rachunku, za co należał mu się przyzwoity napiwek.

No to na sieroty przez skwer ZMS, obok studenckiego klubu "pod siódemkami", prosto do Savoya...

Pomostem wstrząsnął potężny grzmot! Zerwałem się na równe nogi i rozejrzałem wokoło. Pan Adam, Edek Radulski, Łódź, wszystko odpłynęło w dał... Jezioro było idealnie spokojne, a palącego niemiłosiernie słońca nie przysłaniała nawet najmniejsza chmurka. Skąd ten huk, który wziąłem za piorun? Aha, przecież zdjęcia szturmu Zbaraża w pełni! Może coś się stało? Biegiem na pobliskie wzgórze. U podnóża twierdzy istne pandemonium. Konie galopują w różnych kierunkach, kaskaderzy wraz z masztalerzami próbują opanować sytuację. Trafiłem akurat na sądny dzień filmu. Nasz znakomity pirotechnik, Kazio Wróblewski, na prośbę reżysera wykonał próbną salwę ze wszystkich, czyli sześćdziesięciu dział rozmieszczonych na murach. W dole husaria w pełnym rynsztunku starannie ustawiona do kadru, a nad nią wrze praca pirotechników zbrojących ładunkami stalowe rury imitujące lufy dział. Walnęło! Niespodziewające się niczego konie runęły przed siebie, demolując, co tylko stało na ich drodze. Rekord pobił wałach Podbipięty, który grał inflancką kobyłę. Ten flegmatyczny stwór wielkości średniego słonia jednym skokiem pokonał rowy obronne, które do tej pory bezskutecznie szturmowała piechota zaporoska, i pogalopował w siną dal. A na jego grzbiecie oczywiście jeździec, który jakimś cudem utrzymał się w siodle. Na szczęście był nim wspaniały kaskader o ksywie "Długi", jedyny, który wzrostem dorównywał Wiktorowi i z tej racji dublował go w najbardziej niebezpiecznych scenach. Kiedy zapanował jaki taki spokój, zza murów wychylił się Kazio i słodziutko zapytał:

- Panie reżyserze, chyba damy mniej tego ładunku, bo nam rury popękają.

- Ani mi się waż! Było wspaniale, tylko trzeba uprzedzać konie.

Było to jedno z groźniej wyglądających przypadkowych zdarzeń, których w filmach z udziałem koni jest zwykle co niemiara. A przecież tych trzysta pięćdziesiąt rumaków przeszło mordercze, wielotygodniowe szkolenie, przyzwyczajano je do huku, synchronizacji w galopie i do innych "wojennych" sytuacji. Niezastąpionym wodzem tego obozu był Marek Zalewski, człowiek słusznej postury, obdarzony tubalnym głosem, władczy, na co dzień dyrektor ośrodka konnego Derby w Poznaniu.

Kiedy wreszcie zapanował względny spokój, Józef Jarosz, kierownik zdjęć, ogłosił przerwę obiadową. W pobliskim lasku ustawiony był tzw. camp, czyli szereg autobusów i przyczep kempingowych, a między nimi stoliki pod parasolami upstrzonymi napisami "Okocim" (ten browar był jednym ze sponsorów naszego filmu). Oczywiście natychmiast uformowała się długa kolejka do barobusu. Dla starszyzny, czyli reżysera, operatorów, głównych aktorów i ich świty, wyznaczono specjalną przyczepę, gdzie można było zjeść szybciej, a nawet być obsłużonym przez personel kuchni. Wszyscy przyjmowali to jako rzecz normalną i ten nieco feudalny obyczaj nie raził nikogo oprócz... Bohuna. Nie widziałem, ażeby Sasza Domogarow chociaż raz dał się namówić: zawsze pokornie stał w kolejce wraz ze statystami. Nie była to żadna demonstracja, tylko tak objawiało się jego wysoko rozwinięte poczucie solidarności z całą ekipą. Muszę przyznać, że podbił tym moje serce, albowiem mnie też często jedzenie stawało kością w gardle, gdy widziałem przez okienko przyczepy tłoczący się tłum.

Z Aleksandrem Domogarowem zaprzyjaźniliśmy się od pierwszego dnia jego pobytu w Polsce. Przyjechał do nas pełen obaw, jak też poliaczki potraktują Rosjanina. Bardzo wrogo czy tylko z dystansem? Tak go nastawili w Moskwie, że kiedy przekonał się o naszej szczerej sympatii, z miejsca stał się takim polonofilem, że rosyjskie media do tej pory mu to pamiętają. Nie sposób było nie pokochać tego otwartego i wspaniałego człowieka. Kobiety to osobna historia. Nie spotkałem chyba żadnej, która oparłaby się jego wdziękowi i urodzie. A kiedy śpiewał wieczorami romanse Aleksandra Wertyńskiego, miękły wszystkie, bez względu na wiek i stan cywilny. Nie ominęło to nawet mojej żony! Ku memu szczeremu zadziwieniu ona również w jego obecności poruszała się inaczej i z przyjemnością zasiadała przy wspólnym stoliku... No cóż! Nic na to nie poradzę.

Na szczęście dla wielu mężów Sasza był czujnie pilnowany przez żonę Nataszę, aktorkę i piosenkarkę, która towarzyszyła nam przez wiele dni zdjęciowych.

Wracając na chwilę do wspomnianego systemu obiadowego... Może jestem przewrażliwiony, ale z kilku amerykańskich i kanadyjskich produkcji, w których uczestniczyłem, wyniosłem przekonanie i przyzwyczajenie, że wszelkie udogodnienia socjalne, np. hotel i catering, muszą być jednakowe dla wszystkich. Na usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że tu trzeba było wykarmić ponad pięćset osób, a więc tym z nas, którzy musieli być wcześniej na planie, siłą rzeczy należały się jakieś przywileje. Ja tu gderam nad trzydaniowym obiadem, a kiedyś...

Hasowe biesiadowania

Kiedyś zdobyczą socjalną wywalczoną przez Związki Zawodowe Pracowników Kultury i Sztuki była "zupa z wkładką", przywożona w żołnierskim kotle i rozlewana do wojskowych metalowych talerzy, bo przecież tekturowe można było sobie co najwyżej pooglądać w amerykańskich filmach. Akcja rozgrywała się zwykle w ogrodzie ze starannie przystrzyżoną trawką i drzewkami, między którymi Jack Nicholson obsługiwał grill, a jego goście w nieskazitelnie białych ubraniach na takie właśnie tekturowe talerze nakładali sobie półkilogramowe steki. Naszą zupę określały ścisłe przepisy: musiało jej być pół litra z "wkładką długości 9 cm". Najczęściej wrzucano do zupy kiełbasę zwyczajną, i to krojoną po skosie, czyli tak naprawdę dostawało się połowę tego, co "się należało". W dodatku nie wszystkie ekipy były na tyle cwane, a kierownicy planu obrotni, aby załatwić nawet taką socjalną zdobycz.

Wojciech Has na planie "Pismaka"

 

W kilku filmach Wojciecha Hasa mistrzem aprowizacji był drugi kierownik produkcji, Paweł Rakowski, który w najtrudniejszych warunkach plenerowych radził sobie wyśmienicie. Pojawiał się jak dobry duch i z kufra samochodu wyciągał kotły wypełnione smakowitą wojskową grochówką z wkładką o wiele większą, niż stanowiły przepisy. Stał nad nami, siedzącymi w kucki na trawie, jak dumna kwoka przyglądająca się swoim kurczętom. Ta zaradność w sytuacjach trudnych i brak szacunku dla głupich przepisów doprowadziły Pawła Rakowskiego później, w latach zmian systemowych, do pozycji właściciela kwitnącej firmy produkcyjnej Skorpion Art.

Filmy kręcone z Wojciechem Hasem były szkołą, która ukształtowała mnie na całe moje dalsze życie zawodowe, ale też, co nie mniej ważne, przy nim pojąłem sens gotowania. Polubiłem to zajęcie do tego stopnia, że jeszcze dzisiaj to ja jestem w naszym domu kucharzem. Kocham pichcić - i to w miarę upływu lat coraz bardziej.

Has wyselekcjonował sobie grupę biesiadników, wśród których znalazłem się i ja. Do dzisiaj nie mam bladego pojęcia, dlaczego ten wybitny reżyser od pierwszego naszego spotkania obdarzył mnie zaufaniem i sympatią. Mocna grupa biesiadująca początkowo w wynajętej willi, a potem w jego małym blokowym mieszkaniu składała się z Andrzeja Płockiego, wspomnianego już scenografa, Macieja Marii Putowskiego, wspaniałego dekoratora wnętrz, oraz Basi Conio, żony Wojtka. Nasze "wielkie żarcia" zaczynały się bardzo późno. Po wyczerpujących zdjęciach, mniej więcej około 9 wieczorem, zabieraliśmy się do roboty. Już w dekoracjach omawialiśmy menu oraz dzieliliśmy zadaniami przy zakupach. Wojtek nieodmiennie był przy nich obecny, albowiem wszystko musiało być "jak trzeba", i nawet kształt główki czosnku oraz jej zapach miały kolosalne znaczenie.

Andrzej i Maciek pracowali już z Wojtkiem przy "Lalce", znali się więc od wielu lat, ale dla mnie ten świat był tak egzotyczny, że z zapałem nowicjusza rzuciłem się do roboty i studiowania wyrafinowanych różnic między potrawami.

- Jak kręcisz ten majonez? Ile razy mam ci powtarzać, że cały czas w jedną stronę, bo ci siądzie? Co to jest? Zobacz, to jest jakaś breja, a nie krakowski majonez! - ryczał na mnie Has, bo tracąc czucie w ręce, zmieniłem prawą na lewą, co oczywiście wpłynęło na kierunek kręcenia. Jego czujne oko natychmiast to dostrzegło. Kupny majonez nadawał się, jego zdaniem, do smarowania osi w chłopskich wozach. Jednym skokiem potrafił dopaść do garnka z rakami, których pilnował Płocki przecierający co chwila zaparowane grube okulary.

- Co tak mało koperku? Chcesz, żeby śmierdziały mułem? Proszę bardzo! Sam sobie będziesz to żarł, a my pójdziemy do SPATiF-u? Baśka! Wódka zmrożona? Kiedy ją wsadziłaś do zamrażalnika, pewnie przed chwilą?

W kuchni był tyranem. W pracy zresztą jeszcze większym, ale nikomu nie przeszło nawet przez myśl, żeby się na niego obrazić. Był kochanym brutalem o wielkim, pełnym ciepła sercu. Bardzo przywiązany do swoich stałych współpracowników, ale tylko tych wiernych jego projektom. Ktokolwiek wyłamał się z "dworu", mając nawet najpoważniejsze powody, zostawał zdrajcą. To nie były żarty! Był skreślony raz na zawsze. Wiem coś o tym, albowiem i mnie się to przydarzyło, ale dopiero po 15 latach.

Maciej Maria Putowski był dekoratorem wnętrz, od którego bardzo wiele się nauczyłem, ale przede wszystkim zawdzięczam mu pasję kolekcjonerską i miłość do antyków. Maciek nie tylko miał wielką wiedzę, ale był też tytanem pracy. Niespożyta energia w dekoracjach, a wieczorem... smakosz nad smakosze! Nasze gotowania w Hasowym domu byłyby niewykonalne, gdyby on nie przytargał z Warszawy ogromnej walizy przypraw. Nie byle jakich! Maciek miał żonę Amerykankę. Marcela zwoziła mu z całego świata najbardziej wyrafinowane dodatki, które nawet proste dania zmieniały w delicje.

Między nami krakusami

W pewnym sensie bardzo podobny do Wojciecha Hasa jest Jerzy Hoffman. Także bardzo ciepły, czasem jak duże dziecko, ufny i otwarty na ludzi. Jak się do kogoś przekona i go polubi, staje się jego dozgonnym przyjacielem. Kucharzyć także lubi i umie jak mało kto. Tych dwóch wielkich reżyserów, ludzi wspaniałych, spina klamrą tę moją podróż przez tytułowe 15 000 dni.

Muszę przyznać, że miałem wielkie szczęście w życiu, pracując u boku twórców znanych, a jednocześnie miłych i przyjaznych, co nie zdarza się w światku filmowym zbyt często.

Oprócz wspomnianych wyżej złotymi zgłoskami zapisał się w mojej pamięci Janusz Majewski. Koneser i kolekcjoner dzieł sztuki, człowiek zrównoważony i taktowny, konsument urody życia, wykwintnych potraw i trunków. Lata panowania Franciszka Józefa uważał - i uważa nadal - za najszczęśliwszy okres w dziejach ludzkości, a swojemu podziwowi dla Jego Wysokości dał wyraz w imionach ukochanego wnuka, który oczywiście mieszka w Wiedniu.

Nie wiem, czy to kwestia przypadku. Podejrzewam, że nie, ale wszyscy, łącznie ze mną, urodziliśmy się w Krakowie, a dopiero potem losy wygnały nas poza obrys Rynku i Plant krakowskich. Jedynie Janusz urodził się we Lwowie, ale wychował i wyedukował w Krakowie, a więc można go śmiało zaliczyć do krakusów. Mój ojciec i dziadek także nosili imiona Najjaśniejszego Pana.

Has, mimo że ponad 30 lat spędził w Łodzi, tak naprawdę nigdy nie wyjechał z Krakowa. Wszędzie, gdzie mieszkał, brał Kraków ze sobą. Szczerze nienawidził Warszawy, fatalnie czuł się na filmowych oficjałkach, był chory na samą myśl, że musiałby złożyć wizytę ministrowi kultury. Tak szybko, jak tylko było to możliwe, pakował teczkę i ze słowami: Wracamy do Krakowa! - jechał do Łodzi, bo jego Kraków to było teraz malutkie mieszkanko na ulicy Nowotki i Wytwórnia Filmów Fabularnych. Mam wrażenie, że ten wielki samotnik nigdy, do ostatnich swoich dni nie poznał miasta. Nie chciał go poznać, bo to miał być Kraków. Jan Nowicki podobno też nigdy nie wyjechał z rodzinnego Kowala, a to, że życie spędza w Krakowie, to tylko tak się złożyło. Szkoła teatralna, Stary Teatr, kawiarnie na Rynku. Jego zdaniem to jedyne prawdziwe miasto w tym kraju i dlatego je tolerował. Miasto z zachowaną duszą. Po związaniu się z Mártą Mészáros zyskał jeszcze Budapeszt.

Chyba wystarczy o tym naszym Krakowie, bo to już se newrati, jak mawiają bracia Czesi.

 

Przerwa obiadowa się skończyła i wrogie wojska polskie i zaporoskie zgodnie podreptały pod Zbaraż. Ja nie musiałem, albowiem wiedziałem, że czujne oko mojej niezastąpionej współpracownicy Anki Bohdziewicz dostrzeże wszelkie zagrożenie i w porę usunie problem. Anna z takim oddaniem nadzorowała budowę twierdzy, że teraz siłą chyba trzeba by ją było stamtąd wyciągać. Przyjechał natomiast drugi reżyser Zbyszek Gruz, nasz "wielki planista" rozwiązujący w największych polskich filmach łamigłówki teoretycznie nie do rozwiązania. Jak pogodzić pogodę, miejsca zdjęć i terminy aktorów. Teraz miał problem, gdzie i kiedy ostatecznie będziemy kręcić zamek w Toporowie, w którym król czeka niecierpliwie na wieści z oblężonego Zbaraża. Zdecydowaliśmy z Hoffmanem już dawno, że będzie to zamek w Pieskowej Skale, a więc pora tam zacząć przygotowania.

Wróciłem na chwilę do hotelu, żeby się spakować, wsiadłem do samochodu i zacząłem się przebijać upiorną drogą Poznań - Warszawa. Nie wiem, czy jest gorsza trasa w Polsce, ale chyba nie. Setki TIR-ów wyprzedzających się nawzajem, głębokie koleiny w asfalcie zmuszające do napiętej uwagi, cygańskie pałace-monstra pod Kłodawą, paskudne rumuńskie i bułgarskie prostytutki wybiegające prawie do połowy szosy... Makabra. Miałem serdecznie dość tej trasy, zwłaszcza że przy okazji kręcenia tego filmu przemierzyłem ją dziesiątki razy. Nie było na co patrzeć, więc cofnąłem się w czasie...

Chleb nasz powszedni

Wspaniale było gotować i biesiadować z Hasem, nieźle karmił SPATiF, ale to nie była kulinarna codzienność. Moje bardzo skromne wynagrodzenie i życie podzielone na dwa domy dość szybko sprowadziły mnie na ziemię. A to oznaczało, że trzeba było coś sobie w pośpiechu kupić, i to w jednym z dwóch czynnych wieczorem sklepów na Piotrkowskiej. Nauczyłem się, że prawdziwy filmowiec musi wozić ze sobą grzałkę, talerzyk i podstawowy zestaw sztućców. Bez tego groziło wieczorne przeżuwanie podłej jakości wędliny i zapijanie jej zimną oranżadą albo wodą z kranu. Wcale nie żartuję! Woda sodowa była dostępna jedynie z ulicznych saturatorów, a o piwie można było tylko pomarzyć. Sklepy z roku na rok coraz bardziej świeciły pustkami.

W barach wytwórni filmowej królowała rano sałatka jarzynowa z majonezem, którą można było sobie urozmaicić kawałkiem luncheon meat, czyli przysmakiem śniadaniowym z puszki. Tak stało na etykietce mielonki, do tego w dwóch językach. Patrzyliśmy na nią z ogromną podejrzliwością, zastanawiając się, z jakich też części świni składa się ten jasnoróżowy marmurek. Pomimo to kolejka w bufecie była gigantyczna, tak że naprawdę większy sens miało wypicie w pośpiechu herbaty i połknięcie kanapki w hotelu niż stanie prawie godzinę po to paskudztwo. Moja praktyczna żona przygotowywała mi w ciągu tygodnia wyborny smalec z jabłkiem i cebulką w słoiczkach i zawekowane mięso, żebym miał chociaż trochę smaku domu. Tylko tak spreparowane jedzenie dawało się przetrzymać bez lodówki przez kilka dni. Bardzo cenne były pokoje w hotelu o podwójnych, starego typu oknach: między szybami w chłodne dni nasze zapasy wytrzymywały nawet dłużej niż tydzień.

Teraz, kiedy mam nadciśnienie i za wysoki poziom cholesterolu, a jem głównie ryby i drób, zimny pot mnie oblewa na samo wspomnienie tamtych czasów.

Bardziej wyrafinowane metody pichcenia stosowane przez wytrawnych filmowych włóczykijów polegały na gotowaniu ziemniaków i parówek w umywalce. Wkładało się do niej grzałkę elektryczną o dużej mocy i jeżeli wcześniej umywalka nie pękła, ziemniaki były gotowe w ciągu kilku minut. Poznałem też amatora jajek sadzonych na stopie żelazka. Ci, którzy brzydzili się umywalek, byli zmuszeni do targania dodatkowych sprzętów kempingowych, np. kuchenki elektrycznej albo spirytusowego kochera.

Tak było właściwie aż do końca 1985 roku, kiedy to wyjechałem na prawie 10 lat do Ameryki, a kiedy powróciłem na ojczyzny łono, tutejsze sklepy przypominały amerykańskie, a niektóre nawet je przerastały asortymentem towarów z kolorowymi etykietkami. Mam więc sporą lukę w porównaniu z wieloma kolegami, tak że nie będę więcej zanudzał opisami uciążliwości dnia codziennego, których znaczna część niewątpliwie mnie ominęła.

Byliśmy za to młodzi i były to sprawy drugorzędne. Film przede wszystkim!

Czeladnik filmowy

Pod okiem Piotra Dudzińskiego i Maćka Putowskiego zacząłem się uczyć nowego zawodu. Przecież ja nawet nie umiałem trafić do hali zdjęciowej! Długi szereg warsztatów, w których powstawały elementy dekoracji, wprawił mnie w prawdziwy zachwyt. Codzienny ich obchód stał się obowiązkiem, a wykonywałem go z niekłamaną ochotą. Najpierw biegłem do stolarni, gdzie królował pan Józef Łyskawka, szef i fachman pełną gębą. Nasza znajomość, która potem przeszła we wzajemne uznanie, zaczęła się od wstydliwego nieporozumienia. Pan Płocki powierzył mi rysowanie detali i nadzór nad wykonawstwem dekoracji w dwóch halach zdjęciowych. Moim pierwszym rysunkiem była ogromna płachta skomplikowanego okna w stylu wybujałej secesji. Odwaliłem ten rysunek jak prawdziwy, dyplomowany architekt, wykreśliłem w tuszu, ze wszystkimi detalami i szczegółowym opisem. Zajęło mi to pełne dwa dni. Oddałem. Wkrótce zadzwonił telefon ze stolarni.

- Mówi Łyskawka. Proszę mi tu przysłać tego zapaleńca, który to okno narysował!

Poszedłem, przekonany, że przy moich brakach z historii sztuki jak nic coś sknociłem. Wszedłem do pachnącego świeżym drewnem warsztatu. Potężnej budowy siwe chłopisko w granatowym fartuchu popatrzyło na mnie spode łba i mówi:

- To pan, młody człowieku, chce mnie po 30 latach w fachu uczyć, jak się łączy kawałki drewna w oknie i która część ma wchodzić w którą? Jak ja tego nie wiem, to co ja, do cholery, tu robię?

- Ja nie chciałem pana obrazić, naprawdę! Chciałem, żeby nie było problemów...

Pan Józef wyraźnie złagodniał.

- Panie kolego. Pana zadanie to narysować, może być nawet ręcznie, zarys, kształt tego, co pan potrzebuje w dekoracji, i proszę zostawić nam resztę. Po jaką cholerę pan marnuje życie na takie wykreślanie niepotrzebnych nikomu detali? My i tak zrobimy po swojemu i będzie gites. Zgoda?

Uścisnąłem wyciągniętą rękę i od tego dnia była między nami sztama, a to miało swoją wagę, bo czasami potrzebne były rzeczy "na wczoraj" i Józef co prawda psioczył i cholerował, ale zawsze wykonywał na czas. Często zachodziłem do tego warsztatu, uczyłem się rozróżniać gatunki drewna po zapachu, gruby Wacek uczył mnie toczyć skomplikowane profile z brzozowej niekształtnej kłody, młody Krauze fornirował...

A tuż obok była sztukatornia, gdzie drobniutki pan Madejski wraz z trzema braćmi Osmulskimi odlewał w gipsie antyczne popiersia i wazy, kafle piecowe, drobne figurki i co tylko człowiek sobie zażyczył. Nawet nie trzeba było wysilać się z rysunkami: ich piwnice kryły setki gotowych form i odlewów. Wszyscy ci wspaniali rzemieślnicy potrafili się do tego cieszyć, kiedy dostawali trudne i nietypowe zadanie!

Trudno sobie to wyobrazić w czasach, kiedy wszystko stało się jakieś takie byle jakie. Te warsztaty umarły wraz z WFF 1 akurat w okresie, kiedy nie było mnie w kraju. Po powrocie z bijącym ze wzruszenia sercem przekroczyłem szklane drzwi i zobaczyłem puste korytarze, szyldy jakichś małych firm wynajmujących tanio pomieszczenia biurowe. Szybko wyszedłem z opustoszałej wytwórni i nie wróciłem tam nigdy więcej. "Moja" już nie istniała, odeszła w nicość, ale pozostały wspomnienia.

Dekoracja w "Sanatorium pod Klepsydrą"

 

Nasze dekoracje do "Sanatorium pod Klepsydrą" były zbudowane z takim rozmachem i wykonane z tak wielką pieczołowitością, że ściągały tłumy ciekawskich z branży i nie tylko. To był prawdziwy triumf, a ja miałem w nim swoją malutką cząsteczkę. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo udział w tym przedsięwzięciu pomoże mi w przyszłości.

Z tego filmu wyniosłem coś jeszcze bardzo cennego: bliskie koleżeństwo z Janem Nowickim. Boję się użyć słowa przyjaźń, albowiem nie wiem, jak on odbiera to, co nas łączy. Trwa to coś w każdym razie do dnia dzisiejszego. Możemy nie spotykać się latami, a przy kolejnej wspólnej pracy rozmawiamy tak, jakbyśmy rozstali się dosłownie wczoraj. Jankowi zawdzięczam też imię mojego syna. Byłem pewny, że Anna urodzi córkę i wszystko, włącznie z imieniem - Joanna - miałem przygotowane na takie właśnie wydarzenie. W myślach już kupowałem małe sukieneczki, a tu masz babo placek, urodził się syn. Poszliśmy z Jankiem do SPATiF-u.

- Słuchaj, mam syna.

No, brawo. Mężczyzna powinien spłodzić syna...

...zbudować dom i posadzić drzewo... Znam to. Muszę szybko wymyślić imię, bo inaczej będzie w domu drugi Andrzej i będzie nam się myliła korespondencja.

To, bracie, nie takie proste. Zamów coś, to pomyślimy.

Myśleliśmy tak prawie przez całą półlitrówkę. Ze wstrętem odrzuciliśmy modnych Rafałków, Robertków i Arturków. Janek skreślił z listy całą prasłowiańszczyznę w postaci Przemysławów, Sławomirów i Mściborów. W końcu jeszcze raz przyjrzał mi się uważnie i mówi:

Ty mi, bracie, wyglądasz na człowieka, który ruszy w świat, no to trzeba dać dziecku szansę na imię, które da się zaadaptować w różnych językach. Co byś powiedział na Tomasza? Patrz! Thomas, Tom, Tomassino...

Nie byłem przekonany. Całkiem możliwe, że moje uprzedzenia brały się z piosenki Ludwika Sępolińskiego: "Tomasz, ach Tomasz, powiedz, gdzie ty to masz?". Mimo to w końcu uznaliśmy, że to najlepszy z naszych pomysłów i nic mądrzejszego nie wymyślimy. Trzeba przyznać, że Janek miał tego wieczoru jasnowidzenie, bo przecież mój syn mieszka na stale w Toronto i używa na przemian polskiego imienia Tomasz i angielskiego Tom!

Kilka miesięcy później Janek został także ojcem i ponownie zasiedliśmy przy tym samym stoliku obrad. Tym razem stanęło na Łukaszu.

Mimo że nasze życie filmowe toczyło się nadal wspaniale, a w kinematografii pojawiło się wiele nowych, ciekawych projektów, zaczęły nam doskwierać od pewnego czasu wydarzenia na filmowym podwórku rzutujące mocno na pracę i humor.

"Prawdziwi Polacy"

Równolegle z naszym filmem powstawało dzieło pod tytułem "Hubal" w reżyserii Bohdana Poręby, z Ryszardem Filipskim w roli tytułowej. Nie byłoby to takie bulwersujące, ostatecznie każdy może zakłamywać historię jak tylko sobie życzy i jest to jego sprawa. Pod pewnymi jednak warunkami: po pierwsze, że nie czyni tego za państwowe pieniądze i - po drugie - że przy okazji nie zatruwa życia innym. A tak niestety nie było.

Twórcy i czołowi aktorzy filmu w jakiś chory sposób zaczęli się utożsamiać z granymi przez siebie postaciami. Po pracy na przykład pojawiali się na planie ubrani w samodziałowe marynarki, bryczesy i wysokie buty. Brakowało jedynie szpicrut w rękach (ale cienką białą laseczkę widziałem). Na domiar złego prorok tego ugrupowania, reżyser Poręba, założył organizację Grunwald o wyraźnie antysemickim programie. Było to najwyraźniej na rękę tym mecenasom sztuki w partii, którzy ten film forowali, a sami byli kontynuatorami wielkiej nagonki antyżydowskiej z 1968 roku.

Miałem do tych wydarzeń bardzo osobisty stosunek, albowiem w tej awanturze straciłem najbliższych przyjaciół, których rodzice zostali zmuszeni do emigracji, a były i inne, znacznie poważniejsze racje, o których nie chcę się szeroko rozwodzić. Na ten temat napisano już tyle poważnych rozpraw, że ze spokojnym sumieniem ograniczę się do naszych filmowych spraw.

Ja miałem do wybryków Grunwaldu stosunek pogardliwy i traktowałem je jako kolejną próbę "załapania się" za pomocą sprawdzonych w przeszłości metod. Has natomiast darzył grunwaldowców nienawiścią szczerą i wcale tego nie krył. Największą obelgą, jaką można było usłyszeć z jego ust, było:

- Tak to sobie możesz robić u Poręby.

Sam film "Hubal" skwitował krótko i racjonalnie mój nieżyjący już ojciec, przedwojenny oficer artylerii konnej, uczestnik kampanii wrześniowej, zobaczywszy na ekranie brodatego Ryszarda Filipskiego w roli legendarnego majora, który z resztką plutonu wodził miesiącami za nos całą hitlerowską armię:

- Brodaty major? To bzdura. Baby we wsiach goliły nas rano czym popadło. Nikt z nas nie stanąłby do walki nieogolony. No i konie niewyczyszczone. Kto im naopowiadał takich bzdur?

To był cały jego komentarz do dzieła Poręby. Ojciec był oficerem z zasadami, po najlepszych szkołach oficerskich, wychowanym w tak srogo pojmowanych zasadach honoru, że po przegranej kampanii z 1939 r. zgłosił się z grupą kolegów do dowódcy z prośbą o pozwolenie na popełnienie samobójstwa. Stali przed swoim majorem, ściskając w rękach pistolety. Ten mądry człowiek popatrzył na nich zmęczonym wzrokiem, skinął głową i poprosił o ich broń.

- Ja to zrobię za was. W tył zwrot!

- Ależ panie majorze! Nie w tył głowy!

- To nie wasz problem, jak i kiedy. Co z wami zrobić, to problem waszego dowódcy, czyli mój.

Zabrawszy niebezpieczne zabawki, przyjrzał się wyprostowanym jak struny młodym oficerom, a potem każdemu po kolei wymierzył podkutym oficerskim butem mocnego kopniaka w dupę.

- A teraz do roboty, gówniarze. Zabić się to żadna sztuka. Myślicie, że wojna się skończyła? Jutro każdy z osobna zgłosi się do mnie po kontakty i pseudonimy konspiracyjne. Zrozumiano? No to odmaszerować! Aha, pistolety możecie zabrać. Przydadzą się wam jeszcze.

Tymczasem pod wpływem agresywnej propagandy Zjednoczenia Patriotycznego "Grunwald" kompania reżysera poczynała sobie coraz śmielej. W bufetach zdarzały się idiotyczne scysje między pejsatymi aktorami a oficerami Hu - balowej kawalerii.

Dla zabawy dałem się namówić do zagrania epizodu, postaci zubożałego kupca próbującego sprzedać resztki zetlałych materiałów. Byłem bardzo przejęty moim nowym filmowym wcieleniem - szedłem w chałacie i mycce z przyklejonymi pejsami długim korytarzem wytwórni. W kontrowym świetle dostrzegłem przed sobą krzywawe nogi w bryczesach i usłyszałem pobrzękiwanie podkuć oficerskich butów. Na mój widok nierozpoznawalna jeszcze sylwetka wyraźnie zwolniła, a gdy się nieco zbliżyłem, poznałem Ryszarda Filipskiego. Znaliśmy się słabo, ale myślę, że kojarzył mnie z Hasem.

- A, to ty? Idziesz na halę?

Musiał czuć się fatalnie. Jego bojowy nastrój został rozbrojony, wyraźnie nie wiedział, jak się zachować. W milczeniu zeszliśmy po schodach.

Czy ta paranoja nie zaszła już za daleko? Zadawałem sobie to pytanie aż do naszej grupowej wyprawy do SPATiF-u. Były czyjeś imieniny, więc postanowiliśmy wcześniej zakończyć zdjęcia i nieco się zrelaksować. Wchodziliśmy po dobrze nam znanych marmurowych schodach sporą gromadką, której przewodził Wojtek Has. Po otwarciu drzwi znaleźliśmy się oko w oko z oficerami Hubala wsłuchanymi w tubalny głos reżysera. Siedzieli przy stoliku bogato obstawionym butelkami. Niestety, na próżno próbuję sobie przypomnieć, z czyich ust wyrwało się zawołanie:

- Panowie oficerowie! Hasydzi przyszli!

Te słowa przepełniły czarę. Nasz krewki przywódca porwał krzesło i bez namysłu zdzielił najbliżej siedzącego. Nie dałbym głowy, czy to nie był sam Poręba. Rozpętała się ogólna bijatyka. Na moment zamajaczyła przede mną twarz Staszka, aktora, z którym dawniej znalem się dość dobrze. Dawniej, ale nie w tym momencie. Walnąłem, twarz znikła. Byliśmy górą, głównie dzięki zaskoczeniu. Niestety, w czasie odwrotu panów oficerów runęła część bariery wspaniałych schodów i lokal przez kilka dni był zamknięty z powodu remontu. Paradoksalne, ale ta potyczka położyła kres idiotycznym zaczepkom.

W "Szpilkach" ukazała się nawet notatka w dziale plotek towarzyskich (przytaczam z pamięci):

"Jak donosi nasz łódzki korespondent, na schodach klubu aktora spotkała się grupa schodzących z góry twórców filmu "Hubal" z wchodzącą na górę ekipą "Sanatorium pod Klepsydrą". Dalszych szczegółów brak".

Te wszystkie wybryki stowarzyszenia Grunwald i kierowanego przez Bohdana Porębę Zespołu Realizatorów Filmowych o znamiennej nazwie "Profil" skwitował kilka lat później z właściwym sobie wdziękiem kierownik produkcji Jan Szymański, o którym sporo będzie w dalszych wspomnieniach.

Staliśmy z Jankiem pod drzwiami gabinetu dyrektora Zespołów Filmowych w ich siedzibie w Warszawie, przy ul. Puławskiej 61. Czekaliśmy na posłuchanie w sprawie wyjazdu na dokumentację do Włoch, a dokładniej do Wenecji i Florencji. Tam to Stach miał zawieźć Marynię - kręciliśmy "Rodzinę Połanieckich" - w podróż poślubną.

Po schodach schodził Ryszard Filipski, który po artystycznej i politycznej klęsce swojego "Zamachu stanu" ogłosił właśnie w prasie zamiar całkowitego wycofania się z filmu jako aktor i reżyser. Podobno rozgoryczony i obrażony na cały świat kupił spore gospodarstwo rolne i miał zamiar się poświęcić hodowli koni. Bardzo dobry aktor, który niepotrzebnie zaplątał się w rozgrywki partyjne, starając się jednocześnie zachować w miarę czyste ręce.

Janek, zobaczywszy go, rozpromienił się.

- Rysiu, słyszałem, że masz zamiar kupić rolę i hodować konie?

- Tak, mam tego gówna po dziurki w nosie.

- A wiesz, że to dla ciebie świetne zajęcie. Nareszcie będziesz mógł swobodnie zadbać o czystość rasy... i to do tego arabskiej!

Gdyby spojrzenie mogło zabijać! Filipski poszedł bez słowa jak zmyty, a my zataczaliśmy się ze śmiechu, dopóki nie wezwano nas do dyrekcji.

Nie wszystko dało się jednak skwitować zręcznym bon motem. Czasami słowa mogły boleśnie ranić, o czym przekonał się Henryk Szlachet...

[...]