WSTĘP
PONAD 10 LAT TEMU ODKRYŁEM NIEZWYKŁY ŚLAD NA STAREJ MAPIE. Nie wskazywał on drogi do ukrytego skarbu. Znaczył więcej: sugerował, że historia świata taka, jaką znamy i przekazujemy przez stulecia, powinna zostać radykalnie zrewidowana.
Moją pasją była historia średniowiecza, a zwłaszcza mapy wczesnych odkrywców. Uwielbiałem badać stare dokumenty, odrysowywać przez kalkę kontury lądów, studiować zmieniające się kształty linii brzegowej i raf. Podążałem za przypływami i odpływami, za niewidzialnymi prądami, kierunkami wiatrów, odkrywając warstwa za warstwą wiedzę ukrytą w mapie.
Badania rozpocząłem w bibliotekach stanu Minnesota. James Ford Bell Library University of Minnesota dysponowała ciekawym zbiorem wczesnych map, z których jedna szczególnie mnie zainteresowała. Znajdowała się w zbiorze sir Thomasa Phillipsa, bogatego brytyjskiego kolekcjonera urodzonego w końcu XVIII stulecia, ale pozostawała praktycznie nieznana, dopóki zbioru nie odkryto ponownie pół wieku temu.
Mapę, datowaną na 1424 rok, podpisał wenecki kartograf o imieniu Zuane Pizzigano. Ukazywała Europę i fragmenty Afryki. Porównawszy ją ze współczesną mapą, zdałem sobie sprawę, że kartograf prawidłowo nakreślił linię brzegową Europy. To wybitne na tle swej epoki osiągnięcie kartograficzne samo w sobie nie stanowiło rewelacji. Jednak moją uwagę przyciągnął niezwykły szczegół mapy. Kartograf narysował na niej grupę czterech wysp, położonych daleko na zachodnim Atlantyku. Nazwy, które im nadał - Satanazes, Antilia, Saya i Ymana - nie przypominały żadnej współczesnej nazwy geograficznej, a poza tym na obszarze, w którym je umieścił twórca mapy, nie ma żadnych wielkich wysp. Mógł to być efekt błędu w obliczaniu długości geograficznej, bo Europejczycy nie opanowali tej trudnej sztuki aż do XVIII stulecia. Ale mnie przyszło do głowy, że są to wyspy wyimaginowane, istniejące wyłącznie w wyobraźni tego, kto narysował mapę.
Spojrzałem znów. Dwie największe namalowano wyrazistymi kolorami, Antilię ciemnoniebieskim, Satanazes czerwienią. Pozostała część mapy nie została pokolorowana i zdawało się, że Pizzigano chciał podkreślić ważne, odkryte ostatnio tereny. Wszystkie nazwy na mapie uznałem za zapisane w średniowiecznym portugalskim. Antilia - anti, "po przeciwnej stronie", i ilha, "wyspa" - czyli wyspa po drugiej, w stosunku do Portugalii, stronie Atlantyku; poza tym nic nie pozwalało jej zidentyfikować. Nazwa Satanazes - Wyspy Szatana albo Diabła - bardzo się wyróżniała. Na największej z wysp, Antili, zaznaczono największą liczbę miast, co wskazywało, że była najlepiej znana. Na Satanazes widniało tylko pięć takich miejsc z enigmatycznymi słowami con albo ymana.
Moje zainteresowanie wzrosło. Co to za wyspy? Czy naprawdę istniały? Data powstania mapy, jej pochodzenie i autentyczność nie ulegały wątpliwości, skoro jednak była prawdziwa, to przedstawiała miejsca, w których - wedle przyjętej powszechnie wersji historii - żaden Europejczyk nie postawił nogi przez następne 70 lat. Po kilku tygodniach analizowania innych map i dokumentów doszedłem do przekonania, że Antilia i Satanazes to w rzeczywistości karaibskie wyspy Puerto Rico i Gwadelupa. Zbyt wiele znalazłem punktów zbieżnych, żeby miał to być przypadek - co oznaczało, że ktoś dokładnie wymierzył te wyspy na 70 lat przed tym, nim Kolumb dotarł do Karaibów. Nieprawdopodobna rewelacja - to nie Kolumb odkrył Nowy Świat! Aż do tej pory uważaliśmy jego podróż za punkt zwrotny, od którego poczynając Europejczycy - z Portugalczykami na czele - zaczęli wielkie podróże odkrywcze, długą, niespokojną ekspansję w skali całego globu, trwającą następne pół tysiąca lat.
Dla poparcia mojego odkrycia potrzebowałem dalszych dowodów. Zwróciłem się o pomoc do eksperta w dziedzinie średniowiecznego portugalskiego, profesora Joao Camilo dos Santos, który wtedy przebywał w ambasadzie portugalskiej w Londynie. Profesor dokładnie obejrzał mapę Pizzigana i skorygował moje tłumaczenia: con/ymana oznaczało "tutaj wybucha wulkan". Te słowa umieszczono w południowej części Satanazes, dokładnie tam, gdzie współcześnie znajdują się trzy wulkany na Gwadelupie. Czy były czynne przed 1424 rokiem? Bardzo podekscytowany skontaktowałem się ze Smithsonian Institute w Waszyngtonie. Uzyskałem informację, że wulkany wybuchały dwukrotnie pomiędzy 1400 a 1440, ale wcześniej przez 100 lat i później, przez dwa i pół wieku, pozostawały uśpione. Co więcej, w owym czasie na Karaibach nie doszło do wybuchu innych wulkanów. Poczułem, że znalazłem mocny dowód na to, iż ktoś dotarł do Karaibów i założył tam kolonię na 68 lat przed Kolumbem.
Profesor Camilo dos Santos polecił mnie kustoszowi archiwów państwowych w Torre de Tombo w Lizbonie i w pewne piękne jesienne popołudnie rozpocząłem tam dalsze badania, z nadzieją, że znajdę potwierdzenie hipotezy o lądowaniu Portugalczyków na Karaibach. Ku memu zaskoczeniu doszedłem do wręcz przeciwnych wniosków: Portugalczycy nie znali tych terenów w czasach, gdy Pizzigano sporządzał swoją mapę. Ukazane one zostały również na innej, nieco późniejszej mapie - autorstwa anonimowego kartografa - która nie trafiła do rąk Portugalczyków aż do 1428 roku. Na dodatek znalazłem rozkaz, który portugalski książę, Henryk Żeglarz, wydał swoim kapitanom w 1431 roku, nakazujący im odnalezienie wyspy Antilii ukazanej na mapie z 1428 roku. Ale jeśli nie Portugalczycy, to kto odkrył i opisał Antilię i Satanazes? Kto przekazał informację o nich Pizziganowi i innym kartografom?
Rozpocząłem dalsze badania, śledząc wzloty i upadki średniowiecznych państw. Po kolei wyeliminowałem praktycznie wszystkie floty świata, które byłyby w stanie podjąć się tak ambitnej podróży w pierwszych dekadach XV stulecia. W Wenecji, najstarszej i największej potędze morskiej w Europie, panował zamęt. Stary doża był chory, a jego następcy uznali, że Wenecja powinna porzucić morską tradycję i stać się potęgą lądową. Północne państwa europejskie prawie nie posiadały statków zdolnych przepłynąć kanał La Manche, a co dopiero mówić o odkrywaniu nowych światów. Egipt nękały wojny domowe - w 1421 roku pojawiło się nie mniej niż pięciu sułtanów. Świat islamski także się rozpadał; Portugalczycy najechali jego północnoafrykańskie ośrodki, a potężne niegdyś azjatyckie imperium władcy Mongołów, Tamerlana, kruszyło się i rozpadało.
Kto jeszcze mógł badać Karaiby? Postanowiłem sprawdzić, czy istnieją inne mapy ukazujące kontynenty opisane przed wyprawami Europejczyków. Odkryłem, że Patagonia i Andy zostały naniesione na mapy 100 lat przed tym, jak zobaczył je pierwszy przybysz z Europy, Antarktydę zaś precyzyjnie narysowano na 400 lat przed pojawieniem się tam Europejczyków. Na innej mapie ukazano wschodnie wybrzeże Afryki z perfekcyjnie naniesionymi długościami geograficznymi - osiągnięcie, którego Europejczykom nie udało się dokonać przez następne trzy wieki. Na jeszcze innej pojawiła się Australia; na trzy stulecia przed Cookiem. Niektóre mapy pokazywały Karaiby, Grenlandię, Arktykę oraz pacyficzne i atlantyckie wybrzeża zarówno Ameryki Północnej, jak i Południowej na długo przed tym, jak przybyli tam Europejczycy.
Żeby sporządzić mapy całego świata z taką precyzją, odkrywcy - kimkolwiek byli - musieli opłynąć kulę ziemską. Byli biegli w astronawigacji i znaleźli metodę określania długości geograficznej. Umieli żeglować miesiącami po oceanach, nie zawijając do brzegu, a to znaczyło, że posiedli umiejętność odsalania wody morskiej. Jak później odkryłem, poszukiwali także metali, by je wydobywać. Uprawiali rośliny i przewozili je - a także zwierzęta - po całym globie. Zmienili oblicze średniowiecznego świata. Stało się to dzięki najbardziej nieprawdopodobnym wyprawom w dziejach ludzkości, które zostały całkowicie zapomniane. Większość dokumentów zniszczono, a osiągnięcia praktyczne poszły w niepamięć.
Te rewelacje wydały mi się zarówno zdumiewające, jak i przerażające. Gdybym zapragnął je badać, musiałbym rzucić wyzwanie całej akademickiej wiedzy o historii naszej cywilizacji. Każdy uczeń zna nazwiska największych europejskich odkrywców i żeglarzy, których wyczyny rozbrzmiewały echem przez stulecia. Bartolomeu Dias (1450-1500) wypłynął z Portugalii w 1487 roku i jako pierwszy opłynął południowy kraniec Afryki - Przylądek Dobrej Nadziei. Zagnany na południe przez sztorm, kiedy nie znalazł tam lądu, zawrócił na północ, okrążył przylądek i wylądował na wschodnim wybrzeżu Afryki. Vasco da Gama (1469-1525) poszedł w ślady Diasa 10 lat później. Popłynął wzdłuż wschodniego wybrzeża Afryki, przebył Ocean Indyjski i dotarł do Indii, otwierając pierwszy morski szlak dla handlu korzeniami. Dwunastego października 1492 roku Krzysztof Kolumb (1451-1506) zobaczył ląd: Bahamy. Przeszedł do historii jako pierwszy Europejczyk, który ujrzał Nowy Świat, choć sam Kolumb do końca wierzył, że dotarł do Azji. Wyprawił się jeszcze trzykrotnie za ocean, odkrywając wiele karaibskich wysp i ląd stały - Amerykę Środkową. Ferdynand Magellan (1480-1521) odkrył cieśninę między Atlantykiem a Pacyfikiem, która po dziś dzień nosi jego imię. Jego załoga popłynęła dalej na zachód i dokonała pierwszego opłynięcia kuli ziemskiej, choć sam Magellan nie dożył triumfalnego powrotu ekspedycji do Hiszpanii, gdyż zginął na Filipinach 27 kwietnia 1521 roku.
Wszyscy ci odkrywcy mają ogromny dług wdzięczności wobec wielkiego człowieka - Henryka Żeglarza (1394-1460), portugalskiego infanta, którego siedziba w południowo-zachodniej Portugalii wyrosła na akademię odkrywców, kartografów, budowniczych statków i twórców przyrządów nawigacyjnych. Tu zrewolucjonizowano europejskie statki, rozwinięto i usprawniono techniki i instrumenty nawigacyjne, stąd ruszały wielkie wyprawy odkrywcze i kolonizacyjne.
Gdy zakończyłem badania w Torre de Tombo, w myślach miałem zamęt. Spędzałem wieczory w barze na nabrzeżu, patrząc na posąg Henryka Żeglarza. Teraz rozumiałem jego enigmatyczny uśmiech. Obaj znaliśmy tajemnicę: książę deptał po śladach prawdziwych odkrywców Nowego Świata. Im dłużej nad tym rozmyślałem, tym bardziej czułem się zaintrygowany. Kim byli ci mistrzowie rzemiosła żeglarskiego, którzy odkryli i opisali nowe lądy i oceany, nie zostawiając po sobie innego śladu niż enigmatyczne mapy?
Ich tożsamość odkryłem w dziwny sposób. Wybrzeża Patagonii, masyw Andów, Antarktyda, Szetlandy Południowe narysowano z zadziwiającą precyzją. Odkrywcy przebyli - od Ekwadoru na północy do przylądka Antarktydy na południu - tak kolosalne odległości, że musieli mieć wielką flotę. W owym czasie istniał tylko jeden kraj dysponujący źródłami surowców, wiedzą naukową, statkami i doświadczeniem żeglarskim wystarczającymi, żeby zorganizować taką imponującą podróż odkrywczą. Ten kraj to Chiny. Myśl o poszukiwaniu niepodważalnych dowodów, że chińska flota odkryła świat dużo wcześniej, niż zrobili to Europejczycy, napawała mnie lękiem. Sam pomysł dotarcia do szczegółów wydarzeń sprzed prawie 600 lat był wyzwaniem, ale w tym przypadku występowała przeszkoda jeszcze potężniejsza, niemal nie do przezwyciężenia. W połowie XV wieku prawie wszystkie chińskie mapy i dokumenty z epoki zostały rozmyślnie zniszczone przez urzędników dworskich w następstwie gwałtownej zmiany kierunku w polityce zagranicznej. Chiny, po dokonaniu odkryć wielkiej wagi, skoncentrowały się na sprawach wewnętrznych państwa. Wszystko, co mogłoby przywodzić na myśl ekspansjonistyczną przeszłość, wytarto z kronik.
Musiałbym więc szukać dowodów gdzie indziej, ale bałem się nawet zacząć poszukiwania. Zdawało się to arogancją graniczącą z pychą, że emerytowany kapitan okrętu podwodnego porywa się na odkrycie, którego nie dokonało tyle wielkich umysłów; lecz choć byłem zaledwie amatorem w porównaniu z wybitnymi uczonymi, miałem nad nimi istotną przewagę w pewnej kwestii. W 1953 roku, gdy w wieku 15 lat wstąpiłem do Royal Navy, Wielka Brytania nadal była światowym mocarstwem, dysponującym wielkimi flotami i wspierającymi je bazami rozsianymi po całym globie. Podczas 17-letniej służby opłynąłem Ziemię w ślad za wielkimi europejskimi odkrywcami. Między rokiem 1968 a 1970 dowodziłem HMS "Rorqual", który przeprowadziłem z Chin do Australii a następnie przez Pacyfik i do obu Ameryk.
Przez peryskop łodzi podwodnej obserwowałem wybrzeża, klify i góry, które pierwsi odkrywcy widzieli z pokładów swoich statków. Szybko zrozumiałem, że to, co widać z poziomu morza, niekoniecznie odpowiada temu, co w istocie znajduje się na lądzie. W tamtych dniach nawigacja satelitarna nie istniała; musieliśmy szukać drogi, posługując się gwiazdami. Patrzyłem na te same gwiazdy, których szukali europejscy odkrywcy, i zliczałem pozycję, mierząc wysokość i położenie Słońca, tak jak oni próbowali to robić. Gwiazdy wykorzystywane w astronawigacji przez żeglarzy na południowej półkuli to Canopus i Krzyż Południa. Odegrały one istotną rolę w wydarzeniach, które miałem jeszcze poznać. Gdybym podczas służby w marynarce wojennej nie zdobył doświadczenia w astronawigacji, ta książka nigdy nie zostałaby napisana.
Laik, bez względu na to, jak wybitnym specjalistą jest w innych dziedzinach, na mapie widzi tylko zarysy, które mogą, ale nie muszą być zniekształconymi odwzorowaniami znanych lądów. Doświadczony nawigator, patrząc na tę samą mapę, umie odczytać znacznie więcej: którędy płynął kartograf, który jako pierwszy naniósł kontury na mapę, w którym kierunku, szybko czy też wolno, blisko brzegu czy daleko, co wiedział o szerokości i długości, a nawet - czy działo się to we dnie, czy w nocy. Nawigator, jeśli dysponuje odpowiednią wiedzą na temat lądów i oceanów, potrafi także wyjaśnić, dlaczego mapa przedstawia jako wyspę szczyt góry, albo z jakiego powodu wielką masę lądu ukazano jako mielizny, rafy i wyspy, i dlaczego niektóre lądy bywają oddawane w dziwacznie rozdętej formie.
Widywałem mapy z XV i początków XVI stulecia, ukazujące części świata nieznane wówczas Europejczykom. Są tam nieścisłości - niektóre lądy przedstawione zostały całkowicie błędnie albo zniekształcone, albo w miejscach, w których w ogóle nie ma lądu. Jako że przedstawiony na nich obraz świata przeczy przyjętej historii odkryć, przez długi czas odrzucano je jako bajki, fałszerstwa albo - w najlepszym razie - zagadkowe anomalie. Ale ja wracałem raz po raz do tych starych map i w miarę jak je studiowałem i oceniałem, zaczął się przede mną wyłaniać nowy obraz średniowiecznego świata.
Ustaliłem, że kilka chińskich flot naprawdę dokonało wypraw odkrywczych w początkach XV stulecia. Ostatnia i największa z nich - przedsięwzięta przez cztery floty połączone w jedną ogromną armadę - wyruszyła w pierwszych miesiącach roku 1421. Ostatnie statki, które przetrwały podróż, wróciły do Chin latem i jesienią 1423 roku. Nie zachowały się dzienniki wypraw, ale z map wynika, że podróżnicy nie tylko okrążyli Przylądek Dobrej Nadziei, przepłynęli Atlantyk i nanieśli na mapy wyspy, które widziałem na mapie Pizzigana z 1424 roku, ale potem popłynęli do Antarktydy, Arktyki, Ameryki Północnej i Południowej, i przemierzyli Pacyfik, by dotrzeć do Australii. Chińczycy rozwiązali problemy z obliczaniem szerokości i długości geograficznej i sporządzili precyzyjne mapy zarówno ziemi, jak i nieba.
Chińska amah opiekowała się mną przez pierwsze pięć lat mojego życia - do dziś pamiętam smutek, kiedy się rozstawaliśmy. Od tego czasu kilkakrotnie odwiedzałem Chiny, lecz mimo zainteresowania tym wielkim krajem, moja wiedza dotycząca jego historii była bardzo powierzchowna. Zanim mogłem prześledzić niewiarygodne trasy chińskich podróży odkrywczych, musiałem zanurzyć się w nieznanym świecie chińskiego średniowiecza. Była to dla mnie podróż odkrywcza sama w sobie. Im więcej się dowiadywałem, tym większy respekt czułem wobec tej starożytnej, uczonej i niewiarygodnie wyrafinowanej cywilizacji. Ich nauka i technologia, ich wiedza o świecie tak bardzo przerastały naszą w tamtej epoce, że musiało minąć trzy, cztery, a w niektórych wypadkach pięć stuleci, zanim europejska wiedza mogła się zmierzyć z chińską.
Gdy już poznałem lepiej tę wielką cywilizację, przez dziesięć lat podróżowałem po świecie, śledząc trasy chińskich wypraw odkrywczych. Prowadziłem poszukiwania w archiwach, muzeach i bibliotekach, odwiedzałem starożytne pomniki, zamki, pałace i wielkie porty morskie późnego średniowiecza, badałem skaliste cyple, rafy koralowe, samotne plaże i odległe wyspy. Wszędzie, dokąd się udałem, znajdowałem coraz więcej dowodów na poparcie mojej tezy. Okazało się, że garstka chińskich dokumentów i wskazówek żeglarskich uratowała się z akcji niszczenia archiwaliów. Były to pisane w pierwszej osobie sprawozdania; dwa z nich autorstwa chińskich historyków, jedno pióra europejskiego kupca, a pozostałe sporządzone przez pierwszych europejskich odkrywców, którzy ruszyli za Chińczykami i odkryli ślady oraz przedmioty pozostawione przez poprzedników.
Przetrwało też mnóstwo źródeł materialnych: chińska porcelana, jedwab, ofiary wotywne, wyroby rzemiosła, rzeźbione kamienne tablice pozostawione przez chińskich admirałów jako pomniki ich wyczynów, wraki chińskich dżonek u wybrzeży Afryki, Ameryki, Australii i Nowej Zelandii oraz nowe gatunki flory i fauny, przeniesione z odległych miejsc świetnie rozwijające się w czasach, gdy pojawili się pierwsi Europejczycy. Wszystko potwierdzało wiarygodność map, które na początku przykuły moją uwagę. Ważne informacje zawarte w mapach, zawsze dobrze widoczne, umknęły wielu wybitnym historykom zajmującym się Chinami nie z braku staranności, ale po prostu z braku znajomości astronawigacji i oceanów. Jeśli znalazłem coś, czego oni nie zauważyli, to tylko dlatego, że wiem, jak interpretować te niezwykłe mapy ukazujące kursy i zasięg podróży flot pomiędzy rokiem 1421 a 1423.
Kolumb, da Gama, Magellan i Cook później dokonali tych samych "odkryć", ale wiedzieli, że stąpają po śladach innych, gdyż brali ze sobą w podróż kopie chińskich map. Pozwolę sobie użyć słynnego cytatu: jeśli widzieli dalej niż inni, to dlatego, że stali na ramionach olbrzymów.
DRUGIEGO LUTEGO 1421 ROKU NIE BYŁO NA ZIEMI potężniejszego mocarstwa niż Chiny. W ten dzień chińskiego Nowego Roku królowie i posłowie z Azji, Arabii, Afryki i wysp Oceanu Indyjskiego zebrali się wśród wspaniałości Pekinu, by złożyć hołd Synowi Niebios, cesarzowi Zhu Di, znanemu jako Yongle. Jego statki, wielkie jak lewiatany, żeglowały po oceanach ze zdumiewającą precyzją. Przywiozły władców i ich przedstawicieli, żeby pokłonili się cesarzowi i stali się świadkami otwarcia jego majestatycznej i tajemniczej, otoczonej murami stolicy - Zakazanego Miasta. Przybyły nie mniej niż dwadzieścia trzy głowy państw. Ale władca Świętego Cesarstwa Rzymskiego, cesarz Bizancjum, doża wenecki oraz królowie Anglii i Francji nie pojawili się. Nie zaproszono ich, bo ich zacofane kraje nie mogły zaoferować towarów ani pochwalić się wartymi zainteresowania osiągnięciami naukowymi.
Zhu Di urodził się jako czwarty syn chłopa, Zhu Yuanzhanga, który później został pierwszym cesarzem dynastii Ming, mimo że sam był synem wyrobnika-najmity z jednej z najuboższych części Chin1. W 1352 roku, na osiem lat przed narodzeniem przyszłego Yongle, straszliwa powódź nawiedziła Chiny. Rzeka Żółta wystąpiła z brzegów, zalewając ogromne połacie pól uprawnych, zmywając wioski i szerząc głód i choroby w całym regionie. Odkąd w 1279 roku wielki Kubilaj, wnuk Dżyngis-chana, dokonał podboju Chin, krajem rządzili Mongołowie. Ale w 1352 roku wieśniacy z okolic Kantonu nad Rzeką Perłową, nawiedzani przez głód i choroby, eksploatowani przez mongolskich panów, chwycili za broń. Zhu Yuanzhang przyłączył się do rewolty i szybko wyrósł na jej przywódcę. Skrzyknął żołnierzy i chłopów pod swoje sztandary. W ciągu następnych trzech lat bunt rozlał się na całe Chiny. Przez całe dziesięciolecia pokoju okrutni niegdyś mongolscy wojownicy, bicz dla całej Azji, rozleniwili się. Warstwy panujące, podzielone wewnętrznymi sporami, okazały się słabym przeciwnikiem dla armii zebranej przez ojca Zhu Di. Jego wojska w 1356 roku zdobyły Nankin i odcięły dostawy zboża do północnej stolicy Mongołów, Dadu (obecnie Pekin).
Zhu Di miał osiem lat, gdy armia jego ojca wkroczyła do samego Dadu, a ostatni cesarz z dynastii mongolskiej, Togon Temur, uciekł na stepy północy, do centralnej Mongolii. Zhu Yuanzhang ogłosił powstanie nowej dynastii - Ming, a sam mianował się jej pierwszym cesarzem, przyjmując tytuł okresu panowania2. Zhu Di wstąpił do chińskiej kawalerii i okazał się odważnym i zdolnym oficerem. W wieku 21 lat został wysłany na kampanię przeciwko wojskom mongolskim okupującym górzystą południowo-zachodnią prowincję Yunnan, graniczącą ze współczesnymi Tybetem i Laosem, a w 1382 roku rozkazano mu zniszczyć Kunming, ostatnią twierdzę Mongołów w tej prowincji. Zająwszy miasto, Chińczycy wyrżnęli dorosłych obrońców i wykastrowali tych jeńców, którzy jeszcze nie osiągnęli wieku męskiego. Tysiącom młodych mongolskich chłopców odcięto penisy i jądra. Wielu zmarło od szoku i zakażeń; tych, którzy przeżyli, wcielono do cesarskiej armii jako eunuchów lub uczyniono sługami i dworzanami.
Eunuchowie służyli władcom w całym starożytnym świecie, w Rzymie, Grecji, Afryce Północnej i w wielu krajach Azji jako "pałacowi posługacze, byli też nadzorcami haremów i szpiegami"3. Odegrali istotną rolę w historii Chin4. Co zdumiewające, byli niezwykle lojalni wobec cesarzy, którzy nakazali przecież, by ich okaleczono. Na dworze cesarskim eunuchowie występowali co najmniej od VIII wieku p.n.e., a w samej stolicy i jej okolicach zatrudnionych ich było co najmniej 70 000. Tylko pozbawieni przyrodzenia mężczyźni mogli zostać osobistymi sługami cesarza, strzec kobiet z jego rodziny i pomieszczeń zajmowanych przez jego konkubiny w Wielkim Terenie Wewnętrznym, za pałacowymi bramami. Cesarze utrzymywali tysiące konkubin, co było zarówno symbolem ich władzy, jak i miało zapewnić dostateczną liczbę męskich spadkobierców w czasach, gdy śmiertelność niemowląt była wysoka. Gwarantowało to ciągłość dynastii i kultu przodków, stanowiącego istotną część chińskich rytuałów. Krewnych i bliskich cesarza, trzymano z dala od pomieszczeń dla kobiet. Nie wolno im było tam wchodzić pod karą śmierci. Brak w otoczeniu cesarskim sprawnych seksualnie mężczyzn dawał też pewność, że każde dziecko urodzone przez konkubinę spłodzone zostało przez cesarza.
Eunuchowie pomagali także utrzymywać aurę świętości i tajemniczości otaczającą osobę cesarza. Bogowie nadawali co prawda cesarzom "mandat niebiański" legitymizujący władzę, ale mogli unieważnić go, jeśli cesarz okazał się człowiekiem pełnym słabości i złym władcą. Zakazano spoglądać na cesarza; nawet wysocy urzędnicy w obecności władcy musieli spuszczać wzrok, a kiedy szedł ulicą, stawiano ekrany, żeby chronić go przed oczyma gapiów. Tylko "zniewieściali, służalczy eunuchowie", niewolniczo zależni od cesarza, uważani byli za wystarczająco zastraszonych, żeby stać się świadkami jego prywatnych słabostek i szaleństw5.
Ma He, jeden z chłopców wykastrowanych w Kunmingu, został przydzielony do dworu przyszłego Yongle, gdzie jego nazwisko zmieniono na Zheng. Wielu z Mongołów, przepędzonych przez Yongle i jego ojca, przyjęło wiarę muzułmańską. Zheng He, który był muzułmaninem, a przy tym wspaniałym żołnierzem, stał się najbliższym doradcą Yongle. Był potężnym mężczyzną; niektóre źródła mówią, że miał ponad 2 metry wzrostu, ważył ponad 100 kilogramów i "kroczył jak tygrys"6. Zhu Di mianowany został księciem Yan - regionu, którego ośrodkiem był Pekin - i gdy obarczono go nowymi i ważniejszymi obowiązkami obrony północnych prowincji Chin, Zheng He wybrał się z nim. Zhu Di obrał za kwaterę byłą stolicę Mongołów, Dadu, i przemianował ją na Pekin. W 1387 roku, po 30 latach walk, Chiny zostały oczyszczone z ostatnich pozostałości po mongolskich rządach.
Cesarz Hongwu, ojciec Zhu Di, w ostatnich latach życia oszalał. Przeprowadził systematyczną czystkę wśród dowódców swoich wojsk, eliminując każdego, kto choćby teoretycznie mógł zagrozić jego władzy. Dziesiątki tysięcy oficerów i urzędników zostało straconych. Wielu starszych dowódców popełniło samobójstwo, nie chcąc ściągać hańby i niełaski na rodziny przez swą dymisję albo egzekucję.
Po śmierci pierworodnego syna Hongwu wybrał na następcę swego wnuka, Zhu Yunwena, znanego pod tytułem Jianwen, bratanka Zhu Di. Nie ufał on stryjowi, uważając go za Mongoła. Matka Zhu Di, mongolska księżniczka, rzeczywiście była już ciężarna, gdy Hongwu pojął ją za żonę. Kiedy stary cesarz umarł sześć lat później, w 1398 roku, Jianwen kontynuował jego politykę eliminowania potencjalnych rywali. Latem następnego roku wysłano na północ zabójców, by zgładzili Zhu Di, który porzucił swój piękny dom, przez kilka miesięcy włóczył się po mieście i sypiał w rynsztokach. Symulował obłęd, był brudny i zaniedbany, trudno było w nim rozpoznać księcia krwi cesarskiej. Oddział egzekucyjny zignorował nieszkodliwego włóczęgę. Zhu Di, wspomagany przez lojalną straż przyboczną, składającą się z eunuchów pod dowództwem Zheng He, w tajemnicy gromadził siły, by uderzyć na niedoszłych zabójców. W Pekinie zgromadził 800 ludzi, a do parku, w którym ustalono miejsce zbiórki, zagnał stado gęgających gęsi, żeby zagłuszyły brzęk broni i pancerzy. Zaskoczeni zabójcy zostali wybici. Zwycięski Zhu Di natychmiast zaczął gromadzić i ćwiczyć wojsko.
Jianwen natychmiast wysłał półmilionową armię, żeby zmiażdżyć Zhu Di. Nadchodziła jednak jesień, a oddziały maszerowały na północ od Nankinu tylko w letnich mundurach i słomianych sandałach. Wielu zamarzło, gdy nadciągnęła bezlitosna zima. Armia Zhu Di odbywała manewry pod Pekinem, gdy oddziały wroga zaatakowały miasto. W zwycięskiej dla Zhu Di bitwie uczestniczyły nawet kobiety, zrzucając z murów miejskich garnki na głowy napastników.
W 1402 roku Zhu Di na czele wielkiej armii ruszył na południe, na Nankin. Mieszkańców stolicy dzieliły wewnętrzne spory. Mandaryni, wykształcona elita, nienawidzili eunuchów dworskich. Ich głęboko zakorzeniona niechęć była równie stara jak cesarskie Chiny. Eunuchowie, jako osobiści słudzy, mieli dostęp do cesarza i ciągnęli ze swej pozycji korzyści materialne. Ale o ile eunuchowie zawiadywali Wielkim Terenem Wewnętrznym, jedynie mandaryni sprawowali funkcje w Wielkim Terenie Zewnętrznym, za murami pałacu.
Plan cesarskiego Nankinu z Wu bei ji. Ten XVII-wieczny traktat o sztuce wojennej ilustrowany jest rycinami z wcześniejszych podręczników. Stocznie znajdują się z prawej strony za mostem.
Mandarynem zostawało się po wielu latach intensywnych studiów nauk Konfucjusza (551-479 p.n.e.), "wielkiego mędrca", który krytykował oddawanie władzy w ręce eunuchów. Nie otrzymywali oni konfucjańskiego wykształcenia i awansowali wyłącznie dzięki cesarzowi. Zgodnie z etyką konfucjańską ład społeczny osiągnąć można na drodze eliminacji zakłóceń tao (wzajemnego oddziaływania sił natury). Tao określało życie ludzi, ich rangę, obrządki im przypisane i pozycję w hierarchii społecznej. Według konfucjańskiej definicji dobrego rządu "książę powinien być księciem... poddany poddanym, ojciec ojcem, a syn synem"7. Uporządkowana ciągłość stanowiła podstawę konfucjanizmu i zarazem władzy mandarynów, którzy za kręgosłup społeczeństwa uważali wieśniaków, a nie cudzoziemców lub kupców. Rolnicy oznaczali stabilność, podczas gdy kupcy i cudzoziemcy nieustannie zakłócali tao.
Mandarynom z otoczenia Jianwena udało się zepchnąć na margines eunuchów dworskich i pozbawić ich w dużej mierze władzy i wpływów, które wcześniej posiadali, gdy więc armia Zhu Di pojawiła się pod murami Nankinu, eunuchowie otworzyli bramy miasta na oścież. Zhu Di zdobył smoczy tron8 i ogłosił się cesarzem, przybierając tytuł dynastyczny Yongle. Jianwena nigdy nie odnaleziono. Sądzono, że uciekł przebrany za mnicha. Zheng He pozostał u boku nowego cesarza jako jeden z eunuchów z wewnętrznego kręgu na dworze Zhu Di. Mieli oni doświadczenie w sprawach państwowych i wpływ na rządy, widywali często cesarza i znali jego nastroje oraz życzenia, a jako że wolno im było wchodzić do pomieszczeń dla konkubin, doskonale orientowali się w sieci intryg, którą snuło 2000 trzymanych tam kobiet.
Eunuchowie znów stali się siłą polityczną, a najwyższą pozycję zdobył wielki eunuch Zheng He. W fałdach jedwabnej białej szaty nosił wysadzaną klejnotami szkatułkę zawierającą zeschnięte szczątki odciętego penisa i jąder, co zyskało mu przezwisko San Bao Taijian, Eunuch z Trzema Klejnotami. Szkatułka zawierająca jego bao - "klejnoty męskości" - miała towarzyszyć mu na tamten świat, gdzie ponownie stałby się mężczyzną w pełnym znaczeniu tego słowa. Ale na tym ziemskim padole zaprzysiągł służbę Yongle, swojemu patronowi i władcy, trzeciemu cesarzowi z dynastii Ming.
Zanim upłynął rok, Zheng He, mimo że nigdy nie pływał po morzu, został mianowany dowódcą jednej z największych flot, jakie kiedykolwiek zbudowano. Jednym z pierwszych rozkazów cesarza Yongle było podwojenie rozmiarów stoczni w Longjiang, niedaleko Nankinu; te największe stocznie w Chinach zajmowały teraz kilka kilometrów kwadratowych nad brzegami Jangcy. Wzniesiono tam siedem ogromnych suchych doków, połączonych z rzeką szeregiem śluz i podzielonych na trzy części, w których budowano trzy statki jednocześnie9. Yongle pragnął dokonać tego, co nie udało się nawet Kubilajowi: stworzyć cesarstwo morskie łączące oceany.
Plan stoczni w Longjiang z Longjiang chang zhi, historii stoczni za czasów Zheng He, opublikowanej w 1553 roku. Budynki widać z lewej strony, pochylnie i doki z prawej.
Do IX stulecia dalekie podróże morskie niemal bez wyjątków pozostawały domeną cudzoziemców. Od IX wieku Chiny rozwinęły własną flotę oceaniczną. Władcy dynastii Song i Yuan (mongolskiej) utrzymywali wielkie floty, wysyłali emisariuszy za morza i prowadzili handel zagraniczny, stopniowo przejmując od dominujących niegdyś w tej dziedzinie Arabów handel korzeniami. Yongle, który odziedziczył flotę wojenną i handlową, zamówił 1681 nowych statków, a wśród nich wiele gigantycznych dziewięciomasztowych statków skarbowych*, nazwanych tak ze względu na wielką wartość i ilość dóbr, które mogły przewozić w swoich przepastnych ładowniach. Do ich budowy skierowano 10 000 cieśli, żaglomistrzów i budowniczych okrętów z południowych prowincji. Poza 250 statkami skarbowymi w skład floty wchodziło 3500 innych jednostek, a dokładniej 1350 okrętów patrolowych i tyle samo okrętów wojennych, które operowały z baz znajdujących się na stałym lądzie albo na wyspach; 400 większych wojennych okrętów pomocniczych i tyleż samo statków transportowych do przewozu zboża, wody i koni dla floty. Statki cesarskie miały żeglować po oceanach świata, z zadaniem opracowania map, podporządkowania zagranicznych władców i wreszcie włączania całego świata w chiński system lenny, w którym władcy składali trybut w zamian za przywileje handlowe i ochronę przed wrogami, ale Chiny zawsze odpłacały się swoim partnerom handlowym dobrami większej wartości - jedwabiami i porcelaną po zniżkowych cenach, często sprzedawanymi na nisko oprocentowany kredyt. W taki sposób wasale znajdowali się w ciągłej zależności od Chin. Statki obarczono również zadaniem ścigania zbiegłego Jianwena: "Są tacy, którzy twierdzą, że znajduje się za granicą. Cesarz rozkazał Zheng He, aby go wytropił"10. Wszyscy bowiem powinni wiedzieć, że na smoczym tronie zasiada prawowity władca: Cesarz na Końskim Grzbiecie, Syn Niebios - Yongle.
Ledwie Yongle objął tron cesarski, postanowił przenieść stolicę do swojej niedawnej twierdzy w Pekinie. Starzejący się Tamerlan pragnął dokonać ostatniego i największego podboju - zdobyć Chiny - a Yongle postanowił wyjść niebezpieczeństwu na spotkanie. Tamerlan (zeuropeizowana forma od Timur-i-Lang, czyli Timur Chromy, przydomek ten uzyskał w związku z ranami od strzał odniesionymi w bitwie), okazał się godnym następcą swoich przodków, Dżyngis-chana i chana Kubilaja. "Kochał dzielnych i mężnych żołnierzy, przy pomocy których otwierał śluzy strachu, rozdzierał ludzi na sztuki jak lew i przenosił góry"11. Ze swej stolicy w Samarkandzie, panując nad Jedwabnym Szlakiem, drogą handlową wiodącą przez Azję Środkową, Tamerlan prowadził kampanie na całym kontynencie, podbijając północne Indie, Persję i Syrię, i pokonując Turków pod Ankarą w 1402 roku. Teraz jego wzrok zwrócił się na Wschód, a celem stało się zniszczenie chińskich armii, zrzucenie z tronu Yongle i odnowienie władzy Mongołów w Chinach.
Nowy cesarz, by stawić czoło potencjalnemu zagrożeniu, zabrał ze sobą do Pekinu dwór chroniony przez milionową armię, ale jego wizja nowej cesarskiej stolicy zakładała znacznie więcej niż uczynienie z niej fortecy mającej pokrzyżować plany Tamerlana. Kubilaj zbudował Dadu według tradycyjnego chińskiego wzorca. Odwrócił bieg rzek, żeby okrążały miasto. Yongle wcielił w swój plan podstawowe elementy zabudowy stolicy Kubilaja, ale zburzył jego założenie pałacowe i zastąpił je klasycznym kompleksem cesarskim: Zakazanym Miastem. Stolica Chin była 1500 razy większa niż ówczesny Londyn, a zamieszkiwało ją 50 razy więcej ludzi.
Wzniesienie największego miasta na świecie, żeby olśnić własny lud oraz zastraszyć wrogów i władców świata, stanowiło tylko część mistrzowskiego planu Yongle. Cesarz postanowił też naprawić Wielki Mur, zbudowany przez Pierwszego Cesarza Qin, Qin Shi huangdi, podczas panowania dynastii Qin (221-206 p.n.e.). Qin Shi huangdi zjednoczył wojujące między sobą chińskie prowincje i jako pierwszy rządził całym krajem. Mur, wzniesiony wielkim kosztem, żeby strzec północnych granic Chin przed atakiem, w ciągu następnych 1600 lat się rozpadł. Yongle rozpoczął odbudowę, dodając wieże strażnicze i wieżyczki wzdłuż zachowanych 5000 kilometrów muru i wydłużając go o 1400 kilometrów.
Ale zamierzenia Yongle sięgały jeszcze dalej. Wysłał ekspedycje do wschodnich sąsiadów Chin i na Jedwabny Szlak, żeby odtworzyć imperium handlowe, którym Chiny władały w złotym wieku dynastii Tang, ponad 500 lat wcześniej.
Yongle chciał osiągnąć wszystkie swoje ambitne cele w ciągu dwóch dekad. W całej jego polityce przewijała się myśl, że Chińczycy powinni na powrót uwierzyć w siebie i swoją świetną historię. Mongołów wygnano, Chiny były znów chińskie. Yongle nieustannie napawał troską fakt, że nie był dziedzicem wyznaczonym przez ojca; musiał ciągle dowodzić, że bogowie uznali jego wstąpienie na smoczy tron. Toteż jako pierwsze nakazał wznieść budynki należące do wielkiego kompleksu ceremonialnego, Świątyni Nieba, znajdującej się w centrum nowego Zakazanego Miasta. Miały być nie tylko sceną dorocznych ceremonii, które winien odprawiać cesarz, Syn Nieba, lecz także sercem cesarstwa chińskiego. Z kolei w centrum Pekinu tworzono nowe, wspaniałe obserwatorium. Yongle interesował się astronomią, szczególnie zaś wspaniałą tradycją, którą Chińczycy odziedziczyli w tej dziedzinie. Chińscy astronomowie od 2000 lat opisywali przebieg wydarzeń na nocnym nieboskłonie. Odnotowali pojawienie się nowej gwiazdy w 1300 roku p.n.e., relacjonowali kolejne pojawienia się komety Halleya od 240 roku p.n.e., a do 1054 roku n.e. obserwowali supernowe w Mgławicy Kraba oraz towarzyszące im pulsary, kwazary i gwiazdy neutronowe.
Mongołowie podczas ponadstuletnich rządów zaniedbali tę bezcenną spuściznę. W pierwszym roku swojego panowania Yongle przywrócił praktykę conocnego opisywania gwiazd krążących po niebie. Jego astronomowie zaznaczyli na mapach nie mniej niż 1400 gwiazd i potrafili przewidzieć z dużą dokładnością zaćmienia zarówno Słońca, jak i Księżyca. Yongle powołał składający się z wybitnych astronomów komitet, którego zadaniem było "porównywanie i korygowanie rysunków ukazujących gwiazdy wyznaczające kierunki geograficzne"12, zdołał też nakłonić japońskiego szoguna, króla Korei i księcia Ulug Bega, wnuka Tamerlana, żeby uczynili to samo. Yongle wymagał od astronomów doskonalenia nowych metod wykorzystania obserwacji gwiazd do precyzyjnej nawigacji i poprawnego lokalizowania na mapach nowych ziem, które odkryją podczas wypraw. Wielkie obserwatorium pekińskie miało stać się punktem odniesienia, z którego będzie się badać i nanosić na mapy cały świat i wszystkie odkrycia - krótko mówiąc, miało to być centrum znanego wszechświata.
Przeniesienie stolicy z Nankinu do Pekinu było najbardziej złożonym i ambitnym przedsięwzięciem w dziejach całej dynastii Ming. Przeprowadzka rozpoczęła się w 1404 roku, kiedy to przymusowo przeniesiono na północ 10 000 gospodarstw, żeby powiększyć liczbę mieszkańców Pekinu. Do zrealizowania wizji Yongle potrzebna była ogromna armia robotników. Setki tysięcy wyrobników popędzono na północ; strzegło ich około 335 dywizji wojska nawet wtedy, gdy Chinom przestały zagrażać mongolskie hordy Tamerlana. Wielki pan wojny opuścił Samarkandę na czele ogromnej armii w styczniu 1405 roku. Zamierzał pomaszerować na wschód przez góry, założyć obozy niedaleko chińskiej granicy i wiosną uderzyć w głąb Chin, gdzie chciał zaskoczyć cesarskie wojska. Tamerlan, stary i chory, był za słaby, żeby jechać konno, lecz choć niesiono go w lektyce, trudy i niedostatki podróży przez jałowy kraj w samym środku zimy okazały się dla niego nie do zniesienia. Umarł 18 lutego, nie zobaczywszy nawet chińskiej granicy. Jego armia podzieliła się na rywalizujące ze sobą frakcje i uległa rozproszeniu.
Plany Yongle dotyczące Pekinu pozostały niezmienione mimo wieści o śmierci Tamerlana. Wyżywienie pierwszych budowniczych wkrótce okazało się trudnym wyzwaniem. Okres wegetacji na północy był krótki; można było uprawiać proso, ale ryżu już nie, a żyto i jęczmień dawały słabe plony. Brakowało zboża, żeby nakarmić napływające fale robotników. Yongle wysłał swojego trzeciego syna, Zhu Gaozhi, żeby objął dowództwo wojskowe w Pekinie; każdemu, kto zasiał zboże wokół Pekinu, gwarantowano ulgi podatkowe. Kiedy te środki okazały się nie dość skuteczne, cesarz postanowił naprawić i poszerzyć Wielki Kanał, żeby móc transportować zboże na północ.
Budowę kanału rozpoczęto w 486 roku p.n.e. Był on jednym z cudów starożytnego świata. Począwszy od 584 roku n.e. kanał rozbudowywano, a poszczególne odcinki połączono w system o długości 1800 kilometrów - do dziś jest to najdłuższa droga wodna stworzona ręką człowieka. Zbudowano go jednak za straszliwą cenę - połowa z 6 000 000 robotników zginęła podczas pracy. Problemy finansowe i lokalne powstania związane z budową kanału stały się jedną z przyczyn szybkiego upadku dynastii Sui (581-618 n.e.).
Wielki Kanał był główną arterią handlową pomiędzy północą a południem Chin, ale jego przepustowość nie mogła sprostać zapotrzebowaniom. Prace wykonano w dwóch etapach. Pogłębianie i odbudowa odcinka północnego rozpoczęły się w 1411 roku. Udrożniono 200 kilometrów kanału i zbudowano 38 śluz, jako że Pekin leżał o ponad 30 metrów powyżej poziomu Rzeki Żółtej. Zatrudniono przy tym 300 000 robotników. Odcinek południowy, od Rzeki Żółtej do Jangcy, otwarto w 1415 roku. Ukończony kanał prowadził z Pekinu na północy do Hangzhou na wybrzeżu, na południe od Szanghaju. Pływało po nim nie mniej niż 3000 płaskodennych barek transportujących zboże. Ilość przewożonych towarów wzrosła z 2 800 000 pikuli (w przybliżeniu 170 000 000 kilogramów) w 1416 roku do 5 000 000 w następnym roku.
Zapotrzebowanie na ziarno dla wyżywienia siły roboczej w Pekinie wywoływało braki w zaopatrzeniu i głód w innych rejonach Chin. Zapotrzebowanie na drewno budulcowe do realizacji wielkich planów Yongle spowodowała wyrąb na wielką skalę. Nie licząc drewna potrzebnego do budowy Zakazanego Miasta, na każdy statek skarbowy z wielkiej floty cesarskiej szło wiele hektarów najlepszego lasu tekowego. Cesarska marynarka wojenna wspierana była przez nowo powstałą flotyllę statków pomocniczych i setki mniejszych statków transportowych zbudowanych również po to, żeby przewozić towary między portami chińskimi a indyjskimi i afrykańskimi. Jeszcze więcej drewna wykorzystywano do budowy tysięcy barek na zboże kursujących po Wielkim Kanale. Pod siekierami padły dziesiątki tysięcy, jeśli nie setki tysięcy hektarów lasów. Annam (północna część współczesnego Wietnamu) i Wietnam także zostały ogołocone z drzew, co stało się zarzewiem pierwszego z wielu powstań przeciwko chińskiemu panowaniu.
Frachtowiec zbożowy z czasów wczesnej dynastii Ming; rycina z Tian gong kai wu (Wykorzystanie mechanizmów przyrody) z 1637 roku.
Yongle musiał stawić czoło także problemom wewnętrznym. Skala i koszty jego wielce ambitnych planów wywoływały coraz zacieklejszy opór ze strony mandarynów, a nawet cesarz nie mógł się podjąć tak ogromnego zadania, jak zbudowanie Zakazanego Miasta, bez ich współpracy. Mandaryni odpowiadali za podnoszenie podatków na sfinansowanie projektów Yongle i - jak to bywa z urzędnikami dworskimi na całym świecie - mieli tysiąc sposobów, żeby spowolnić lub zahamować realizację planów, którym nie sprzyjali. Ale cesarz dążył do zrealizowania swojego marzenia, używając, jak to było w jego zwyczaju, zarówno przebiegłości, jak i bezwzględności. Posunął się do tego, że wykorzystał pojawienie się qilina - mitycznego stworzenia, w rzeczywistości zwykłej żyrafy. Przywiózł ją admirał Zheng He z Afryki Wschodniej, do której jego flota dopłynęła podczas podróży rozpoczętej w 1405 roku.
Qilin to ważne zwierzę chińskiej mitologii. Mówi się o nim, że ma ciało jelenia piżmowego, ogon wołu, łeb wilka, końskie kopyta i mięsisty róg jak jednorożec. Według legendy, qilin objawił się młodej kobiecie, Yan Zhengzai, w VI stuleciu p.n.e., rzucił jej do ręki kawałek nefrytu z wyrytą przepowiednią, iż będzie nosić w łonie "króla bez tronu"13. Kobieta urodziła Konfucjusza, którego filozofia zdominowała chińską myśl na ponad dwa tysiąclecia.
Yongle otrzymał qilina 16 listopada 1416 roku. Natychmiast ogłosił, że pojawienie się zwierzęcia oznacza, iż Niebiosa uznają władzę cesarza. Zwołał też radę, żeby określić raz na zawsze korzyści płynące z przeniesienia stolicy z Nankinu do Pekinu. Poeta dworski napisał panegiryk. A mandaryni, zaskoczeni pojawieniem się niebiańskiego stworzenia, pozwolili cesarzowi działać.
Całe Chiny zostały teraz zmobilizowane do realizacji cesarskiego planu. Wysłano brygady, by wyrąbały jeszcze więcej drzewa tekowego w lasach prowincji Jiangxi, Shanxi i Sichuan oraz w Annamie i Wietnamie. Zbudowano piece, by wypalić ogromne ilości cegieł. Rzemieślników, żołnierzy i robotników rekrutowano w całym cesarstwie. Ogółem 1 000 000 ludzi zatrudniono bezpośrednio przy budowie Zakazanego Miasta, a 3 500 000 wzięło w tym udział pośrednio. Strzegł ich wszystkich 1 000 000 żołnierzy.
Teraz, gdy barki mogły mogły przewieźć żywność dla ogromnej masy robotników, prace w Zakazanym Mieście uległy przyspieszeniu. Ulepszono system fos, murów i mostów dawnego Dadu. Rozpoczęto też budowę rezydencji cesarskiej, pałacu zachodniego w Zakazanym Mieście. W marcu 1417 cesarz opuścił Nankin, a do końca roku większość budynków pałacowych była już ukończona. W 1420 roku odcinki murów w południowej części miasta, które zawaliły się podczas rządów Mongołów, zostały odbudowane. Później, w tym samym roku ukończono Świątynię Nieba. Wzniesiono już wystarczająco dużo budynków, żeby dwór mógł na stałe przeprowadzić się na północ, i w chiński Nowy Rok, 2 lutego 1421 roku, uroczyście otwarto nową stolicę.
Żeby podkreślić ważność tej okazji, wszyscy przedstawiciele najważniejszych państw musieli wykonać przed cesarzem słynny pokłon kontou: uklęknąć i trzykrotnie dotknąć głową podłogi. Absolutna dominacja Chin podkreślona została upokorzeniem dwóch najpotężniejszych ludzi na ziemi: syna i wnuka wielkiego Tamerlana. Pierwszy ich pokłon przed cesarzem został uznany za niezadowalający i jeden z eunuchów Yongle, Haji Maulana, kazał im powtórzyć ceremoniał. Dopiero po trzecim pokłonie cesarz stwierdził, że jest zadowolony.
Pokłon zagranicznych władców przed chińskim cesarzem stanowił kulminację 15-letniego okresu gorliwej działalności dyplomatycznej.
Chińska polityka zagraniczna całkowicie różniła się od polityki Europejczyków, którzy wiele lat później zastąpili Chińczyków na Oceanie Indyjskim. Chińczycy woleli osiągać swoje cele za pomocą handlu, wpływów i przekupstwa niż w drodze otwartego konfliktu i bezpośredniej kolonizacji. Yongle wysyłał co kilka lat we wszystkie strony znanego świata potężne floty obładowane podarkami i towarami; wielkie statki skarbowe z rzędami armat i wojskiem na pokładach także przypominały o cesarskiej potędze: same Chiny dysponowały siłą ognia wystarczającą, by obronić zaprzyjaźnione kraje przed inwazją i stłumić powstania przeciwko ich władcom. Statki skarbowe wracały do Chin z wszelkimi rodzajami egzotycznych towarów: "śliną smoka [ambrą], kadzidłem, złotym bursztynem", "lwami, złotem nakrapianymi lampartami i wielbłądzimi ptakami [strusiami] wysokimi na sześć albo siedem stóp" z Afryki; złotogłowiem z Kalikatu, usianym perłami i drogocennymi kamieniami; słoniami, papugami, drewnem sandałowym, pawiami, drewnem budowlanym, kadzidłem, cyną i kardamonem z Syjamu (czyli współczesnej Tajlandii).
Ci władcy, którzy uznali Chiny za suwerena, wynagradzani byli tytułami, protekcją i korzystali z chińskich placówek handlowych. W południowo-wschodniej Azji lojalnych władców Malakki faworyzowano kosztem Jawy i Sumatry; cesarz osobiście skomponował poemat dla sułtana malakkańskiego. Syjamczycy rozszerzali swoje przywileje handlowe ze szkodą dla niepokornych mieszkańców Kambodży. Jednym z pierwszych aktów Yongle było wysłanie posła Yu Shiji do króla Korei, Yi Pang-Wona, i przyznanie mu honorowego tytułu chińskiego. Koreańczycy potrzebowali chińskich lekarstw, książek i instrumentów astronomicznych; w zamian za nie zgodzili się zbudować obserwatorium i współpracować z uczonymi Yongle w pracach kartograficznych. Sprzedawali lamparty, foki, złoto, srebro i konie; 1000 koni w 1403 roku, 10 000 w następnym, a w 1410 roku niechętnie uznali, że należy napełnić harem Yongle dziewicami.
Ledwie Yongle wygnał ostatnich Mongołów z Chin, wyprawił swojego eunucha Yisiha, żeby spacyfikował sprawiającą wieczne kłopoty Mandżurię. W 1413 roku lud Dżurdżenów z Mandżurii odpowiedział, wysyłając poselstwo do Pekinu. Jego członkowie obsypani zostali tytułami, podarunkami i przywilejami handlowymi. Usilnie zabiegano o względy Japończyków. Trzeci szogun Ashikaga Yoshimitsu padł przed cesarzem plackiem jako "jego poddany, król Japonii"14. W nagrodę otwarto szereg portów, za pośrednictwem których odbywał się handel z Japonią - w Ningbo, Quanzhou i Kantonie. W Japonii, podobnie jak w Korei, wzniesiono obserwatorium astronomiczne.
Następnie Yongle zwrócił swoją cesarską uwagę na Tybet. Inny eunuch, Haoxian, stanął na czele poselstwa na dwór słynnego świątobliwego karmapy, przywódcy jednej z czterech sekt tybetańskiego buddyzmu, i przywiódł go do Chin. Procesja mnichów buddyjskich spotkała karmapę za murami miasta, a Yongle nadał mu tytuł "Boskiego syna Indii od niebios po ziemię, Wynalazcy alfabetu, Buddy wcielonego, Tego, który gwarantuje dobrobyt królestwa, Źródła retoryki". Karmapie wręczono czarny kwadratowy kapelusz z wysadzanym diamentami emblematem - kolejne wcielenia karmapy używają go od tej pory.
Włączanie różnych krajów do chińskiego systemu lennego dawało ich władcom i posłom okazję do odwiedzenia stolicy najstarszej i najświetniejszej cywilizacji świata. Chociaż główną troską cesarza było uzyskanie respektu władców i zhołdowanie wszystkich krajów, czyniono też wielkie wysiłki, żeby poznać ich historię, geografię i zwyczaje. Pekin miał się stać nie tylko największym miastem świata, ale również jego stolicą intelektualną z bibliotekami zawierającymi wiedzę na każdy temat. W grudniu 1404 roku Yongle mianował dwóch stałych doradców, Yao Guangxiao i Liu Ji, nadzorcami projektu opracowania Yongle Dadian, kompendium obejmującego całą znaną literaturę i wiedzę. Do pomocy przydzielono im 2180 uczonych. Powstała wielka, składająca się z 4000 tomów encyklopedia, zawierająca około 50 000 000 znaków chińskiego pisma. Ukończono ją tuż przed uroczystym otwarciem Zakazanego Miasta.
Równolegle z tym wielkim dziełem Yongle nakazał zestawić myśli 120 filozofów i mędrców z czasów dynastii Song i złożyć je w Zakazanym Mieście wraz z kompletnymi komentarzami autorstwa myślicieli żyjących od XI do XIII wieku. Ponadto, oprócz tego bogactwa wiedzy akademickiej, na straganach pekińskiego rynku można było kupić setki drukowanych powieści. Było to coś niespotykanego w ówczesnym świecie. W Europie Gutenberg wydał drukiem Biblię dopiero 30 lat później. Europa, znajdująca się w przededniu renesansu, który przekształcił jej kulturę i wiedzę naukową, pozostawała daleko w tyle za Chinami. Biblioteka króla Anglii Henryka V (1387-1422) zawierała sześć ręcznie pisanych ksiąg - z czego trzy wypożyczone od zakonnic - a florentyńczyk Francesco Datini, najbogatszy europejski kupiec owej epoki, posiadał dwanaście ksiąg, z czego osiem poświęconych było tematom religijnym!
Wizyta w tym intelektualnym raju była także okazją zażycia wielu doczesnych uciech.
Władcy i posłowie na pokładach ogromnych statków jedli smakołyki, spijali najlepsze wina i zabawiali się z konkubinami, których jedynym zadaniem było zadowolić zagranicznych dygnitarzy. Po oficjalnym otwarciu Zakazanego Miasta odbył się okazały bankiet. Jego skala i bogactwo podkreślały pozycję Chin - na samym szczycie cywilizowanego świata. W porównaniu z Chinami Europa wydawała się zacofana, nieokrzesana i barbarzyńska. Zaślubiny Henryka V z Katarzyną de Valois odbyły się w Londynie zaledwie trzy tygodnie po otwarciu Zakazanego Miasta. W Pekinie zabawiało się 26 000 gości, którzy zjedli dziesięć dań serwowanych na zastawie z najpiękniejszej porcelany; zaledwie 600 gości uczestniczyło w ślubie Henryka. Podano im sztokfisza (solonego dorsza) na podstawkach z czerstwego chleba służącego jako talerze. Katarzyna de Valois podczas wesela była skromnie ubrana; ulubiona konkubina Yongle ubrana była w najcieńsze jedwabie, a jej biżuterię zdobiły krwawniki z Persji, rubiny z Cejlonu, indyjskie diamenty i nefryty z Chotanu (w chińskim Turkiestanie). Jej perfumy zawierały ambrę z Pacyfiku, mirrę z Arabii, drzewo sandałowe z Moluków.
Chińska armia liczyła 1 000 000 żołnierzy wyposażonych w broń palną; Henryk V mógł wystawić 5000 ludzi uzbrojonych jedynie w łuki, miecze i piki. Flota, która miała odwieźć gości Yongle do domów, liczyła ponad 100 statków z 30 000 ludzi załogi; kiedy Henryk wybierał się na wojnę z Francją - w czerwcu tego roku - przerzucił swoje wojsko przez kanał La Manche czterema łodziami rybackimi, z których każda wiozła 100 ludzi. Żeglować mogły tylko za dnia.
Przez następne miesiące po uroczystym otwarciu Zakazanego Miasta władcy oraz posłowie doświadczyli w Pekinie cesarskiej gościnności - raczyli się najlepszym jedzeniem i doskonałym winem, korzystali z najwspanialszych rozrywek i względów najpiękniejszych konkubin wprawnych w sztuce miłości.
Wreszcie 3 marca 1421 roku odbyła się wielka ceremonia mająca upamiętnić dzień powrotu posłów do ich rodzinnych krajów. Zebrano ogromną gwardię honorową: "Na przedzie dowódcy dziesięciu tysięcy, dalej tysięcznicy, razem było ich około stu tysięcy mężczyzn... Za nimi, uszykowane w rzędy, ustawiono oddziały wojskowe, w sile dwustu tysięcy ludzi... A stali tak cicho, że zdawało się, iż nikt nie oddycha"15. W samo południe brzęknęły cymbały, słonie opuściły trąby, a z pojemników w kształcie żółwi i żurawi rozeszła się woń kadzidła. Cesarz, kroczący w kłębach kadzidlanego dymu, przybył, żeby obdarować odjeżdżających ambasadorów. Wśród podarków były skrzynie z niebieską i białą porcelaną, zwoje jedwabiu i bawełny, bambusowe skrzynki z nefrytem. Wielkie floty stały w gotowości, żeby ich zabrać z powrotem do Ormuzu, Adenu, La'Sa i Dżofaru w Arabii; do Mogadiszu, Brawy, Malindi i Mombasy w Afryce; na Cejlon, do Kalikatu, Koczinu i Kambaju w Indiach; do Wietnamu, na Jawę, Sumatrę, Malakkę i Borneo w południowo-wschodniej Azji. I we wszystkie strony świata.
Admirał Zheng He, ubrany w mundur galowy - długą czerwoną szatę - obsypał cesarza komplementami i przedstawił mu swojego zastępcę oraz zameldował, że armada składająca się z czterech wielkich flot gotowa jest do drogi, a jedna część, dowodzona przez Wielkiego Eunucha Yang Qinga, wyruszyła z portów już w ubiegłym miesiącu. Po odwiezieniu posłów w rodzinne strony flota miała "płynąć aż do końca świata i zbierać daniny od barbarzyńców mieszkających za morzami... zapoznawać wszystko, co żyje pod słońcem, z zasadami konfucjańskiej harmonii"16. W nagrodę za długą wierność Zheng He otrzymał już wcześniej dowództwo pięciu17 flot skarbowych, których zadaniem było nawiązywanie stosunków handlowych i rozprzestrzenianie chińskich wpływów w Azji, Indii, Afryce i na Bliskim Wschodzie. Teraz miał stanąć na czele jednej z największych flot, jakie widział świat. Yongle wynagrodził także innych eunuchów za pomoc w wyzwalaniu Chin. Wielu dowódców wojskowych z czasów wojny przeciwko Mongołom zostało teraz admirałami i kapitanami oceanicznej floty skarbowej. Zheng He był "szefem" tego przedsięwzięcia. Do czwartej wyprawy floty pływały oddzielnie. Podczas tej wielkiej - szóstej z kolei - podróży każdy z lojalnych eunuchów miał dowodzić jedną flotą. Zheng He nakazano poprowadzić je na Ocean Indyjski, a potem wrócić do Chin.
Podarki dla posłów załadowano na wozy, cesarz wygłosił krótką mowę i po ostatnim pokłonie kawalkada wyruszyła. Za konwojem zdążającym powoli w stronę położonego o 1,5 kilometra na wschód Wielkiego Kanału biegli słudzy. Czekała na nich flotylla barek z jedwabnymi daszkami. Zaprzęgi - po 10 do 12 koni na jedną barkę - stały w gotowości na brzegach. Do uprzęży przymocowano bambusowe tyki. Gdy posłowie znaleźli się na pokładach, świsnęły bicze, a krzepkie zwierzęta pociągnęły barki. Rozpoczęła się długa podróż w stronę wybrzeża.
Dwa dni później, po przejściu 36 śluz, przybyli do Tanggu (niedaleko współczesnego miasta Tianjin) nad brzegiem Morza Żółtego. Tu posłowie ujrzeli widok, który na długo musiał się zapisać w ich pamięci. Maszty 100 wielkich dżonek stojących na kotwicy chwiały się wysoko nad głowami widzów - statki wielokroć przewyższały kryte słomianymi strzechami domy stojące w rzędach wzdłuż brzegu zatoki. Otaczała je flotylla mniejszych statków transportowych. Wielkie dżonki oceaniczne miały 150 metrów długości (444 chi - standardowa chińska jednostka miary odpowiadająca mniej więcej 32 centymetrom) i 50 metrów szerokości. Mogłoby się w nich pomieścić 50 łodzi rybackich. Na dziobach wykonano rzeźby przedstawiające węże, których płonące oczy miały odstraszać złe duchy. Proporczyki spływały z wierzchołków lasu tysiąca masztów; pod nimi, na dziewięciu masztach każdej z dżonek, zwinięte były żagle z czerwonego jedwabiu, lekkiego, ale niezwykle mocnego. "Gdy żagle wypełnią się wiatrem, wyglądają jak wielkie chmury na tle nieba"18.
Armada przypominała konwój z II wojny światowej - w centrum płynął wielki jak lewiatan statek flagowy, otoczony chmarą dżonek transportowych, z których większość miała 30 metrów długości i 10 metrów szerokości. Na skrajach żeglowały eskadry szybkich, zwrotnych okrętów wojennych. W trakcie podróży statki handlowe innych krajów, zwłaszcza z Wietnamu i Indii, dołączały do konwoju, korzystając z ochrony okrętów i okazji, jaką dawała przemierzająca oceany wspaniała armada będąca sama w sobie nieomal krajem prowadzącym handel zagraniczny. Każdy ze statków skarbowych miał 16 wewnętrznych przedziałów wodoszczelnych, z których dwa można było zalać, nie zatapiając statku. Niektóre z nich można było zalewać częściowo, żeby służyły jako zbiorniki dla tresowanych wydr morskich, używanych do łowienia ryb; korzystali z nich też nurkowie wchodzący na pokład lub zanurzający się w morzu. Wydry, trzymane na długich sznurach, zaganiały ławice ryb w sieci. Tę metodę połowu praktykuje się do dziś w niektórych częściach Chin, Malezji i w Bengalu. Salon admirała mieścił się przy rufie na górnym pokładzie statku. Pod nim znajdowało się 60 komnat dla zagranicznych ambasadorów i posłów ze świtami. Ich konkubiny ulokowano w przyległych kajutach, z których większość dysponowała balkonami z widokiem na morze. W mniej okazałych, choć nie mniej obszernych kabinach kwaterowali chińscy ambasadorowie - po jednym dla każdego kraju, który flota odwiedzi. Każdy z ambasadorów miał dziesięciu pomocników występujących jako szefowie protokołu i 52 eunuchów służących za sekretarzy. Kajuty załogi znajdowały się na niższych pokładach.
W 1407 roku Zheng He założył w Nankinie szkołę językową, Si Yi Guan, żeby szkolić tłumaczy. Szesnastu najlepszych absolwentów należało do załogi, co umożliwiało admirałom porozumiewanie się z władcami od Indii po Afrykę w języku arabskim, perskim, suahili, hindi, tamilskim i w wielu innych. Jedną z największych cnót Yongle była tolerancja religijna; na pokładach dżonek zwyczajowo znajdowali się uczeni w piśmie wyznawcy islamu, hinduizmu i buddyzmu, żeby służyć marynarzom radą i przewodnictwem duchowym. Buddyzm, ze swoją nauką wszechogarniającego współczucia i tolerancji, był od stuleci religią większości Chińczyków. W najmniejszej mierze nie wchodził w konflikt z konfucjanizmem, który jest raczej kodeksem cnót obywatelskich niż religią. Podczas szóstej i ostatniej wyprawy flot skarbowych, która miała trwać do 1423 roku, na pokładzie znalazł się mnich buddyjski Shenghui i przywódcy religijni Ha San i Pu Heri19. Po uroczystym otwarciu Zakazanego Miasta i poświęceniu wzbudzającej szacunek encyklopedii Yongle Dadian tysiące uczonych znalazło się bez zajęcia. Dla Yongle rzeczą oczywistą było, że należy ich wysłać za morza na wielkie podróże odkrywcze. Za pośrednictwem tłumaczy chińscy matematycy, astronomowie, inżynierowie i architekci mogliby rozmawiać z uczonymi z terenu całego basenu Oceanu Indyjskiego i uczyć się od nich. Gdy tylko ambasadorzy i ich orszaki zejdą z pokładów, ogromne statki z labiryntami kabin spełnią rolę laboratoriów naukowych. Metalurdzy będą poszukiwać minerałów w dalekich krajach, lekarze zajmą się wyszukiwaniem nowych roślin leczniczych, medykamentów i sposobów leczenia, które mogą pomóc w zwalczaniu chorób i epidemii, a botanicy będą zbierać cenne rośliny jadalne. Chińscy agronomowie i rolnicy mieli za sobą tysiące lat doświadczenia w tworzeniu krzyżówek roślin.
Palma areka, rysunek z Zhenglei bencao (Klasyfikowanej farmaceutycznej historii naturalnej) z 1468 roku. U góry całe drzewo, pod spodem owoc. Napis z lewej głosi, że palma areka rośnie na morzach południowych.