1303 (#1) - Krystian Kłomnicki

-
Proszę czekać

4

Wnętrze nagrzewało się przyjemnie, mimo to z wielkich okien wychodzących na zachód i takich samych na przeciwległej ścianie wschodniej nie zdołały jeszcze zejść kwiaty lodowe. W niszy ogromnego kominka płonął ogień, ale nie ogrzał pomieszczenia na tyle, by mogła zdjąć kurtkę oraz czapkę. Zbliżyła się do paleniska i usiadła na drewnianym krześle. Zaczęła intensywnie myśleć, ale ból stłuczonej skroni tylko przybierał na sile. Dotknęła pękniętej skóry i spojrzała w okno. Ssanie w żołądku przechodziło w mdłości. Nie potrafiła sobie niczego przypomnieć, nawet tego, kim jest i co robi w tym nieznanym sobie miejscu. Instynktownie przeszukała wszystkie kieszenie w spodniach oraz kurtce i niczego nie znalazła.

Wstała nagle i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu.

Z zewnątrz budynek wyglądał na duży, więc zrodziła się w jej głowie myśl, że gdzieś musi być kolejne pomieszczenie. Ściany zewnętrzne, jak i te wewnątrz, tworzyły surowe bale pokryte mchem, przykryte dwupołaciowym dachem krytym szarą, betonową dachówką. Ta wyzierała spod cienkiej warstwy śniegu z dwoma świetlikami o półowalnym kształcie. Wyglądało to jak wielkie ślepia z przymrużonymi powiekami, bo budowla zapadła w zimowy sen. Pod jedną ze ścian ustawiony był niewielki, drewniany stolik i cztery drewniane krzesła. Piąte stało przy palenisku, gdzie wcześniej je postawiła. Poza tym niczego więcej tu nie było. Przyglądała się uważnie surowym belkom, jakby spodziewała się dojrzeć coś, o czym wiedziały tylko jej oczy, bo w głowie niczego takiego nie było. Dołożyła jeszcze łupków do ognia, aby rozświetlić wnętrze, które pochłonął mrok, gdy blada tarcza słońca spadła za śnieżny horyzont. Następnie znów usiadła na krześle.

Była śmiertelnie zmęczona, zziębnięta i głodna. Oparła brodę o dłonie i wpatrywała się w ogień. Drewna nie zostało zbyt wiele - oby wystarczyło do rana. O świcie spróbuje się stąd wydostać. Nic jej jednak nie martwiło tak bardzo jak świadomość, że nie wiedziała, kim jest. Co to za przeklęte miejsce?! I skąd to stłuczenie na skroni? Czy dotarła tutaj sama? Westchnęła, a uczucie niepokoju narastało w jej klatce piersiowej.

- Pięć krzeseł - powiedziała i gwałtownie odwróciła się w stronę stołu pod ścianą, w której były drzwi wejściowe.

Jeszcze raz otaksowała wnętrze.

Ogień z paleniska rozrzucał po pomieszczeniu ruchome cienie, a trzask pękających polan zdawał się być odgłosem ich kroków.

6

Spojrzała w stronę drewnianych krzeseł i stołu, gdy spostrzegła, że kończył się opał. Jeśli będzie trzeba, to podłoga również trafi do paleniska. Jednak nie zamierzała tu pozostawać ani minuty dłużej. Musi się wydostać z tego dziwnego miejsca. Jeśli braknie opału, to tej nocy może nie przetrwać. Zamarznie jak jedno z tych drzew na zewnątrz. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że one, w przeciwieństwie do niej, wraz nadejściem wiosny znów obudzą się do życia. Próba wydostania się stąd już w samym progu okazywała się być falstartem. Zabójcze zimno oraz brak orientacji w terenie zmuszały ją do pozostania w miejscu, w którym za wszelką cenę musiała utrzymać ogień.

Ale jak przezwyciężyć trawiący jej ciało głód?

Gdy w ścianie, tuż obok kominka, dostrzegła wgłębienie, natychmiast wyciągnęła rękę i ostrożnie wsunęła w nie palce. Wtedy zrozumiała, że to była klamka - drzwi bowiem wraz z nią zlewały się z kolorem i fakturą ściany, bo zrobione były z tych samych belek, co dom, jakby ktoś tylko wyciął je w nich. Pociągnęła ją i niepewnie otwierała drzwi, zza których napływały ciemność oraz chłód.

Przyświecając sobie ogniem, który zjadał drugi koniec ostatniej polany, wsunęła się do wypełnionego mrokiem pomieszczenia. Jej oczom ukazała się spiżarnia, a piętrzące się na ścianach półki obłożone były małymi paczuszkami. Pomiędzy półkami dostrzegła kolejne drzwi, a za nimi kryło się niewielkie pomieszczenie z toaletą. W suficie odkryła właz, do którego prowadziła dostawiona drabinka. W spiżarce znalazła lampę naftową oraz kanister z paliwem. Instynktownie zaczęła napełniać zbiornik, jakby robiła to na co dzień z tą różnicą, że kierował nią nie rozum, a potworny głód. Wyniosła kilka szeleszczących paczek z twardymi sucharami, kanister z paliwem oraz lampę, której knot podpaliła. Po chwili mrok ustąpił ruchomemu światłu oświetlającemu pomieszczenie.

Wrzuciła jedno krzesło do paleniska i zaczęła dobierać się do sucharów. Miała spory problem z rozdarciem plastikowego opakowania i dopiero po uporczywej walce udało jej się rozerwać je zębami. Zajadała twarde i suche, ale jakże smakowite, suchary - tuż obok, na podłodze, stała naftówka, a jej knot podkręcony był do maksimum. Już sama bliskość światła sprawiała, że było jej cieplej.

Mrok z potężną siłą musiał napierać na wielkie szyby, bo trzeszczały i zdawało się, że w końcu nie wytrzymają jego natarcia i w kawałkach wpadną do wewnątrz budynku, a wtedy trzydziestostopniowy mróz, który je zabielił, zrobi z jego mieszkanką swoje.

Po zaspokojeniu nieco głodu, włożyła drugie krzesło do ognia, po czym zabrała naftówkę i postanowiła na spokojnie przejrzeć pomieszczenie gospodarcze, które odkryła.

Poza sucharami, na drewnianych półkach znalazła kilka konserw. Nic nie było podpisane, a jedynie oznaczone jakimiś numerami. Do rąk wzięła dużą, srebrną torbę, również z samymi oznaczeniami. Potrząsnęła nią - było w niej coś sypkiego. Choć nie było tego wiele, to ktoś najwidoczniej zaczął robić zapasy. Spod półki wygrzebała czajnik na wysokich nóżkach, kilka kubków i talerzy. Znalazła również... siekierę i... Chwilę myślała, wpatrując się w długie narzędzie z ząbkowanym, metalowym dziobem na końcu rękojeści, które obracała. Krótko ważyła myśli: to ręczna piłka do cięcia drewna! Zmarszczyła czoło ze zdziwienia, że tyle wie o czymś, co wydawało się, że trzyma w rękach pierwszy raz w życiu. Zabrała ze sobą czajnik, kubek oraz torbę z sypką zawartością. Wiedziona jedynie instynktem, wyszła na zewnątrz i bez chwili zastanowienia, zaczęła nabijać naczynie śniegiem - mrok uderzył w jej twarz lodowatym tchnieniem. Na chwilę zastygła w bezruchu, patrząc w głąb zamrożonej ciemności, z której pobłyskiwały drobiny opadającego z drzew śniegu. Nie tracąc czasu, wróciła do domu i postawiła czajnik na ogniu. Przyszła kolej na trzecie krzesło. Chwilę myślała i jak kopnięta przeszła do pomieszczenia. Były przecież półki, którymi nakarmi kominek! Zwaliła wszystko, co na nich stało, segregując przy okazji wpadające w jej ręce rzeczy takie jak butelka gazu do zapalniczki, scyzoryk... Koc i złożony leżak, które były wciśnięte w kąt, a tuż obok na napoczętym wagonie papieru stała maszyna do pisania. Pod podeszwą buta coś chrupnęło. Gdy go uniosła, wzięła do ręki niewielką, kolorową paczuszkę.

- Miętowe gumy do żucia? - przeczytała i zastanawiała się, ale nie było na to czasu, bo musiała szybko napalić w kominku.

Sprawdziła jeszcze, co kryło się na poddaszu. Znalazła tam tylko niezagospodarowaną, pustą przestrzeń. Wyniosła deski, układając je blisko kominka. Kilka z nich od razu włożyła do ognia i już po chwili wszystko zaczęło się zmieniać. Ogień przybrał na sile i nie tylko pomagał doświetlać wnętrze pomieszczenia, ale znacznie je nagrzewał - pomimo tego wielkie szyby nadal były zamrożone.

Gdy woda w czajniku się zagotowała, kobieta wzięła do rąk aluminiową torbę i zaczęła ją obracać, potrząsać, wąchać i wreszcie zabrała się za jej otwarcie. Torba pękła, a z jej środka wysypał się drobny, brązowy proszek.

- Kawa - powiedziała i ściągnęła brwi, po czym zaciągnęła się wspaniałym aromatem. To zabawne, że potrafiła z głowy nazywać pewne rzeczy, a nie miała pojęcia, kim jest i jak tutaj trafiła...

Dotknęła stłuczonego miejsca, o którym teraz sobie przypomniała. Było spuchnięte i, gdy o nim pomyślała, zaczęło ją boleć. Nie czekając już ani chwili dłużej, wsypała kilka łyżeczek proszku do kubka i zalała go gorącą wodą, a wspaniały aromat od razu buchnął w jej twarz. Wciągnęła go, a dziurki w nosie rozszerzyły się, jakby chciały nasycić się samym zapachem naparu.

Pod wpływem aromatu z kubka zaniepokoiła się, a serce nagle zabiło jej szybciej. Kobieta zerwała się z krzesła. W głowie wirowały jej jakieś obrazy, ale były one jak potrzaskany witraż, którego kawałki należało dopiero złożyć w całość. Przełknęła ciężko ślinę i dotknęła zranionego miejsca na głowie, przenosząc wzrok w ogień.

Gwałtownie cofnęła się i przyglądała uważnie ogniowi. Potrząsnęła głową, przymrużyła powieki i pochyliła się, robiąc ostrożnie krok do przodu, by się lepiej przyjrzeć płomieniom, które przybierały... To niemożliwe... To tylko jakieś przywidzenie! Odwróciła się w stronę okien wychodzących na zachód, a krople wody żłobiły delikatne żyłki na mętnej od mrozu szybie, co przywodziło kobiecie na myśl spływające po twarzy łzy. Znów spojrzała w stronę ogniska w niszy - w płomieniach nie było już tego, co przed chwilą, choć nie była pewna, co tak naprawdę widziała.

Usiadła wreszcie na krześle przed ogniem i, siorbiąc napar, myślała tylko o tym, aby przetrwać do poranka.

5

Na zewnątrz wszystko skąpane było w bordowym blasku wschodu, a pnie drzew, pokryte jeszcze grubszą warstwą śniegu, przypominały zamarznięte i pobrudzone posoką postacie - gałęzie, niczym ich kończyny, były powykręcane i zastygłe z przerażenia czy też bólu, a może jednego i drugiego. Widok surowego krajobrazu przerażał ją równie mocno. Mróz szczypał ją w twarz i wdzierał się przez usta i nozdrza do płuc, nie szczędząc bólu. W krótkiej chwili kobieta uświadomiła sobie, że nie wie, dokąd iść. Zmrożony, suchy śnieg chrupał pod podeszwami, a zimno wdzierało się przez obuwie i zaczęło dotkliwie dobierać się do palców stóp. Było jeszcze zimniej niż wtedy, gdy wyszła ostatnim razem na zewnątrz budynku.

Pomimo dojmującego zimna, chciwie taksowała surowy krajobraz, chcąc nasycić nim oczy. A może chciała tylko dostrzec coś, co pomoże się jej stąd wydostać? Mroźne i rześkie powietrze szybko postawiło ją na nogi, a zmęczenie spowodowane nieprzespaną nocą odchodziło z każdym wdechem.

Słońce bardzo wolno wspinało się po fioletowym niebie barwiącym się na niebiesko. Śnieg opłukiwał się z czerwieni, a cisza pogłębiała się. Co jakiś czas tylko suche drobiny wiszącego na drzewach śniegu wykruszały się ze śnieżnej otuliny gałęzi i opadały z delikatnym, ledwo słyszalnym puknięciem. Im wyżej znajdowała się tarcza słoneczna, tym więcej spadało na ziemię śnieżnych drobin, jakby strącały je promienie, a wtedy dźwięk zmieniał się w szepty.

Drgnęła i zaparło jej dech, gdy pomiędzy drzewa uciekło echo potężnego trzasku. Pod naporem zalegającego na gałęziach śniegu jedna z nich złamała się niemal z hukiem gromu i z dudnieniem spadła na ziemię. Dostrzegła ruch kątem oka i tam skierowała swoje przerażone spojrzenie. Drżąca nie tylko z zimna, na bezdechu, i z szumem krwi, który niemal rozrywał jej bębenki w uszach, oraz z pulsującym bólem rany na czole, patrzyła bez mrugnięcia powiekami na to, co zalegało pod drzewem. Wyglądało to jak wielkie ramię kogoś, kto spadł z drzewa i ostatkiem sił poruszał ręką. Gałąź przekręcała się bardzo powoli, jak ktoś, kto usiłuje wstać po upadku, bo wraca mu świadomość. Nagle przewróciła się i znieruchomiała. Dopiero wtedy kobieta przełknęła ślinę. Zapomniała o dojmującym mrozie, który gryzł jej płatki uszu, wystające spod czapki, twarz oraz palce u stóp i rąk.

- To tylko sucha gałąź - wyszeptała i, nie spuszczając jej z oczu, wycofywała się w stronę wejścia do budynku.