6
Spojrzała w stronę drewnianych krzeseł i stołu, gdy spostrzegła, że kończył się opał. Jeśli będzie trzeba, to podłoga również trafi do paleniska. Jednak nie zamierzała tu pozostawać ani minuty dłużej. Musi się wydostać z tego dziwnego miejsca. Jeśli braknie opału, to tej nocy może nie przetrwać. Zamarznie jak jedno z tych drzew na zewnątrz. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że one, w przeciwieństwie do niej, wraz nadejściem wiosny znów obudzą się do życia. Próba wydostania się stąd już w samym progu okazywała się być falstartem. Zabójcze zimno oraz brak orientacji w terenie zmuszały ją do pozostania w miejscu, w którym za wszelką cenę musiała utrzymać ogień.
Ale jak przezwyciężyć trawiący jej ciało głód?
Gdy w ścianie, tuż obok kominka, dostrzegła wgłębienie, natychmiast wyciągnęła rękę i ostrożnie wsunęła w nie palce. Wtedy zrozumiała, że to była klamka - drzwi bowiem wraz z nią zlewały się z kolorem i fakturą ściany, bo zrobione były z tych samych belek, co dom, jakby ktoś tylko wyciął je w nich. Pociągnęła ją i niepewnie otwierała drzwi, zza których napływały ciemność oraz chłód.
Przyświecając sobie ogniem, który zjadał drugi koniec ostatniej polany, wsunęła się do wypełnionego mrokiem pomieszczenia. Jej oczom ukazała się spiżarnia, a piętrzące się na ścianach półki obłożone były małymi paczuszkami. Pomiędzy półkami dostrzegła kolejne drzwi, a za nimi kryło się niewielkie pomieszczenie z toaletą. W suficie odkryła właz, do którego prowadziła dostawiona drabinka. W spiżarce znalazła lampę naftową oraz kanister z paliwem. Instynktownie zaczęła napełniać zbiornik, jakby robiła to na co dzień z tą różnicą, że kierował nią nie rozum, a potworny głód. Wyniosła kilka szeleszczących paczek z twardymi sucharami, kanister z paliwem oraz lampę, której knot podpaliła. Po chwili mrok ustąpił ruchomemu światłu oświetlającemu pomieszczenie.
Wrzuciła jedno krzesło do paleniska i zaczęła dobierać się do sucharów. Miała spory problem z rozdarciem plastikowego opakowania i dopiero po uporczywej walce udało jej się rozerwać je zębami. Zajadała twarde i suche, ale jakże smakowite, suchary - tuż obok, na podłodze, stała naftówka, a jej knot podkręcony był do maksimum. Już sama bliskość światła sprawiała, że było jej cieplej.
Mrok z potężną siłą musiał napierać na wielkie szyby, bo trzeszczały i zdawało się, że w końcu nie wytrzymają jego natarcia i w kawałkach wpadną do wewnątrz budynku, a wtedy trzydziestostopniowy mróz, który je zabielił, zrobi z jego mieszkanką swoje.
Po zaspokojeniu nieco głodu, włożyła drugie krzesło do ognia, po czym zabrała naftówkę i postanowiła na spokojnie przejrzeć pomieszczenie gospodarcze, które odkryła.
Poza sucharami, na drewnianych półkach znalazła kilka konserw. Nic nie było podpisane, a jedynie oznaczone jakimiś numerami. Do rąk wzięła dużą, srebrną torbę, również z samymi oznaczeniami. Potrząsnęła nią - było w niej coś sypkiego. Choć nie było tego wiele, to ktoś najwidoczniej zaczął robić zapasy. Spod półki wygrzebała czajnik na wysokich nóżkach, kilka kubków i talerzy. Znalazła również... siekierę i... Chwilę myślała, wpatrując się w długie narzędzie z ząbkowanym, metalowym dziobem na końcu rękojeści, które obracała. Krótko ważyła myśli: to ręczna piłka do cięcia drewna! Zmarszczyła czoło ze zdziwienia, że tyle wie o czymś, co wydawało się, że trzyma w rękach pierwszy raz w życiu. Zabrała ze sobą czajnik, kubek oraz torbę z sypką zawartością. Wiedziona jedynie instynktem, wyszła na zewnątrz i bez chwili zastanowienia, zaczęła nabijać naczynie śniegiem - mrok uderzył w jej twarz lodowatym tchnieniem. Na chwilę zastygła w bezruchu, patrząc w głąb zamrożonej ciemności, z której pobłyskiwały drobiny opadającego z drzew śniegu. Nie tracąc czasu, wróciła do domu i postawiła czajnik na ogniu. Przyszła kolej na trzecie krzesło. Chwilę myślała i jak kopnięta przeszła do pomieszczenia. Były przecież półki, którymi nakarmi kominek! Zwaliła wszystko, co na nich stało, segregując przy okazji wpadające w jej ręce rzeczy takie jak butelka gazu do zapalniczki, scyzoryk... Koc i złożony leżak, które były wciśnięte w kąt, a tuż obok na napoczętym wagonie papieru stała maszyna do pisania. Pod podeszwą buta coś chrupnęło. Gdy go uniosła, wzięła do ręki niewielką, kolorową paczuszkę.
- Miętowe gumy do żucia? - przeczytała i zastanawiała się, ale nie było na to czasu, bo musiała szybko napalić w kominku.
Sprawdziła jeszcze, co kryło się na poddaszu. Znalazła tam tylko niezagospodarowaną, pustą przestrzeń. Wyniosła deski, układając je blisko kominka. Kilka z nich od razu włożyła do ognia i już po chwili wszystko zaczęło się zmieniać. Ogień przybrał na sile i nie tylko pomagał doświetlać wnętrze pomieszczenia, ale znacznie je nagrzewał - pomimo tego wielkie szyby nadal były zamrożone.
Gdy woda w czajniku się zagotowała, kobieta wzięła do rąk aluminiową torbę i zaczęła ją obracać, potrząsać, wąchać i wreszcie zabrała się za jej otwarcie. Torba pękła, a z jej środka wysypał się drobny, brązowy proszek.
- Kawa - powiedziała i ściągnęła brwi, po czym zaciągnęła się wspaniałym aromatem. To zabawne, że potrafiła z głowy nazywać pewne rzeczy, a nie miała pojęcia, kim jest i jak tutaj trafiła...
Dotknęła stłuczonego miejsca, o którym teraz sobie przypomniała. Było spuchnięte i, gdy o nim pomyślała, zaczęło ją boleć. Nie czekając już ani chwili dłużej, wsypała kilka łyżeczek proszku do kubka i zalała go gorącą wodą, a wspaniały aromat od razu buchnął w jej twarz. Wciągnęła go, a dziurki w nosie rozszerzyły się, jakby chciały nasycić się samym zapachem naparu.
Pod wpływem aromatu z kubka zaniepokoiła się, a serce nagle zabiło jej szybciej. Kobieta zerwała się z krzesła. W głowie wirowały jej jakieś obrazy, ale były one jak potrzaskany witraż, którego kawałki należało dopiero złożyć w całość. Przełknęła ciężko ślinę i dotknęła zranionego miejsca na głowie, przenosząc wzrok w ogień.
Gwałtownie cofnęła się i przyglądała uważnie ogniowi. Potrząsnęła głową, przymrużyła powieki i pochyliła się, robiąc ostrożnie krok do przodu, by się lepiej przyjrzeć płomieniom, które przybierały... To niemożliwe... To tylko jakieś przywidzenie! Odwróciła się w stronę okien wychodzących na zachód, a krople wody żłobiły delikatne żyłki na mętnej od mrozu szybie, co przywodziło kobiecie na myśl spływające po twarzy łzy. Znów spojrzała w stronę ogniska w niszy - w płomieniach nie było już tego, co przed chwilą, choć nie była pewna, co tak naprawdę widziała.
Usiadła wreszcie na krześle przed ogniem i, siorbiąc napar, myślała tylko o tym, aby przetrwać do poranka.