13. Poprzeczna
Przez otwarte okno napłynął niepokojący zapach jesieni. Choć było już
pewnie po dziesiątej, w pokoju, z powodu wysokich drzew otaczających
dom, jak zwykle panował półmrok. Agata przekręciła się na drugi bok i naciągnęła kołdrę na głowę. Zanim ponownie uśnie, przypomni sobie
przerwany właśnie sen: na obitym blachą stole w jasno oświetlonym
pomieszczeniu przypominającym prosektorium leży całkiem naga dziewczyna.
Nigdzie nie widać ran ani krwi, jej twarz emanuje jakimś dziwnym
spokojem, a długie blond włosy spadają poza krawędź blatu. Agata ma
nieodparte wrażenie, że jest ona żywa i martwa jednocześnie, że za
chwilę otworzy oczy i wyciągnie do niej rękę.
"Muszę trochę przystopować z horrorami!" - myśli, zwijając się w kłębek.
Chwilę później zasypia.
Nikogo nie obchodzi, że wstanie dopiero po południu.
Książki, jak niecierpliwi żołnierze, ustawione równiutko i pogrupowane
tematycznie, są już gotowe. Matematyka obok fizyki i chemii, potem
biologia i geografia, za nią języki, wreszcie historia. Każdemu
podręcznikowi towarzyszy gruby zeszyt w kolorowej okładce, podpisany
starannym, równym, wciąż nieco dziecinnym pismem. Zosia lubi szkołę i lubi się uczyć. Nadal ciepłe i słoneczne, ostatnie dni wakacji
nastrajają ją pogodnym optymizmem. Zresztą nie ma żadnego powodu do
paniki, to dopiero druga klasa.
Rzut oka na pokój: łóżko pościelone, kubek z resztką wczorajszej herbaty
zaniesiony do kuchni, czytana wieczorem książka, Zemsta Fredry,
lektura obowiązkowa w przyszłym roku szkolnym, otwarta czeka na biurku.
Tymczasem trzeba wyprowadzić psa i zrobić zakupy. Na stole w kuchni leży
kartka, skreślona pośpiesznie przez matkę, i pięćdziesiąt złotych.
Godzinę później w tym samym miejscu znajdą się paragon i reszta
wyliczona co do grosza, sprawunki zaś zostaną schowane do szafek i lodówki. Niczego spoza listy Zosia sobie nie kupi.
W rytm głośnej muzyki Klaudia tańczy przed lustrem. Umalowana, wygląda
na więcej niż czternaście lat. Obcisły sweterek w kolorze zielonym,
ledwo dopięty na biuście i odsłaniający pępek oraz, niestety, kilka
kilogramów nadwagi, które chyba nie są dla niej problemem, ostro
kontrastuje z krótką, zjadliwie żółtą spódnicą. Połyskująca spinka a
la jablonex i podobny długi klips w jednym uchu (drugie zasłonięte jest
włosami) dopełniają całości. Klaudia patrzy na siebie zadowolona.
Pokazuje język, jakby ćwiczyła przed spotkaniem kogoś, na kim chce
wywrzeć wrażenie, kto ma zrozumieć, że z Klaudią nie pójdzie mu łatwo,
że musi się postarać. Bardzo postarać. A wtedy, kto wie, może...?
*
Na fotografii klasowej zrobionej niespełna rok wcześniej żadna nie
przypomina jeszcze tej osoby, którą wkrótce miała się stać. Wszyscy
zapomnieli, wrzuciwszy zdjęcia na dno nieposprzątanych szuflad, że Agata
miała wtedy na sobie schludny pomarańczowy T-shirt! Od dawna ubiera się
wyłącznie na czarno; tylko w poszarpane czarne podkoszulki, poszarpane
czarne spodnie i poszarpane czarne swetry. Wtedy miała włosy koloru
ciemny blond - teraz czarne, wpadające w granat, z długą, zakrywającą
oczy grzywką. I na dodatek uśmiechała się do obiektywu! Co ją, do licha,
tak rozbawiło? Czyżby fotograf powiedział coś śmiesznego? Na pewno nikt
już tego nie pamięta. To był zwykły dzień, taki spęd pod jedną ścianę na
godzinie wychowawczej. Facet po prostu chciał sobie dorobić, a przez
przypadek zarejestrował coś, a raczej kogoś, kogo już nie ma.
Wtedy Agata nie była jeszcze najbardziej znienawidzoną, najbardziej
pyskatą i złośliwą uczennicą w całej szkole. Była po prostu Agatą Wrotek
z I b. Teraz wystarczy powiedzieć "Agata" i już wiadomo, o kogo chodzi. Nauczyciele, zbliżając się do
klasy, biorą głęboki oddech i przypominają sobie całą swoją wiedzę
psychologiczną, ale to i tak nie wystarcza. Zawsze się okazuje, że mają
jej za mało. Nie ma dnia, by Agata nie rozpętała burzy. Zaczyna się na
ogół niewinnie: jakieś pytanie dotyczące przerabianego tematu, a potem
nerwówka, krzyki, afera.
Nikt z klasy nie próbował zgłębiać fenomenu Agaty. Przyzwyczaili się i już. Jest częścią krajobrazu, jak komin ZWAR-u przy Pożaryskiego. Siedzi
sama, w ostatniej ławce, z głową opartą na dłoni, skupiona, przyczajona,
uważna. Z nikim się nie kumpluje, jakoś tak wyszło. Właściwie powinni
być jej wdzięczni, że sobie jeździ po belfrach, ale to się często obraca
przeciwko klasie. Zdenerwowany nauczyciel traci luz i od razu chce się
mścić. Jak? Wiadomo: dostają więcej prac domowych, mają częściej
kartkówki, powtórzenia, odpytywanie.
Wszelkie próby naprawienia Agaty, jeśli ktoś w ogóle chciałby się
wysilić, spełzłyby na niczym. Z nią nie da się pogadać. Od razu się
najeża i krzyczy. Zresztą większość klasy już i tak się do niej nie
odzywa, a jej jest chyba wszystko jedno. Zamknęła się i nastroszyła
kolce, żeby nikt nie próbował. I tak jest dobrze.
To zdjęcie z pierwszej klasy pokazuje, że Klaudia kiedyś czesała się w kucyki! Tego też już pewnie nikt by sobie nie mógł przypomnieć. Z dołeczkami w zaróżowionych policzkach wyglądała najwyżej na jedenaście
lat. Może zainspirowała ją Britney Spears, choć ona równie szybko
porzuciła pozę grzecznej dziewczynki. Klaudia, kierując się modą, ale
jeszcze bardziej swoją naturą uwodzicielki, nie pozostawia wątpliwości,
że okres słodkiego, niewinnego dziewczątka ma już za sobą. Zresztą nigdy
siebie takiej nie lubiła. Zawsze ją ciągnęło do chłopaków, od
najwcześniejszych lat. Lubiła przebywać w ich towarzystwie, ocierać o nich, całować się, obnażać. Pozbawiona skrępowania, była łatwym łupem,
choć sama nigdy się za taki nie uważała. Sądziła, że to ona rozdaje
karty.
Dziewicą przestała być w piątej klasie, trochę przypadkiem, trochę z wyrachowania. Snuł się za nią taki jeden, w sumie sąsiad. Strasznie ją
kręciło, że był już w liceum. Właściwie dorosły. Zawsze, kiedy go
spotykała na podwórku, zatrzymywał się i próbował jej dotknąć. Czuła
takie przyjemne gorąco. Marzyła, żeby ją zabrał w jakieś piękne miejsce,
do kina, do parku albo na lody, żeby ją całował, mówił, że ją kocha.
Poszłaby za nim wszędzie.
I wreszcie stało się: spotkali się na schodach do piwnicy. Ona poszła po
ziemniaki, on, niby rozmawiając, razem z nią. Najpierw się całowali.
Pachniał piwem i papierosami, zdarł z niej bluzkę i zaczął miętosić
piersi, chyba zdziwiony, że się mu nie opiera. Trwało to wszystko dwie,
trzy minuty. Zrobił swoje i wyszedł, jakby go ktoś gonił, a ona została
z bólem krocza, krwawieniem i setką pytań, na które nigdy nie
odpowiedział.
Zosia właściwie wcale się nie zmieniła. Ten sam kolor włosów, ten sam
styl ubierania, delikatny uśmiech. Tylko że oni już wiedzieli, co kryje
się za tym uśmiechem. Jak zniewala on dorosłych, a wkurza całą resztę.
Jeszcze przed pierwszym semestrem zrozumieli, że Zosia stanie się ich
wiecznym wyrzutem sumienia. Uosabiała wszystko, czym nie byli: grzeczna,
bez nałogów, nie urywała się z lekcji, zawsze przygotowana, pedantka. I jeśli Agacie wybaczali jakoś jej hardy charakter, który mieścił się w granicach szeroko rozumianej normy, Zosia była kimś, kogo nie trawili.
Nie można robić wszystkiego dobrze! Zresztą, co znaczy: dobrze? Jeśli
istnieją jakieś zasady normalnego zachowania, to jest oczywiste, że na
drugie śniadanie nie przynosi się do szkoły karotki, tylko colę
(ewentualnie light) albo red bulla, że kupuje się w szkolnym automacie
na dużej przerwie batona albo w sklepie naprzeciwko chipsy, a nie zjada
przyniesioną z domu kanapkę z pumpernikla z białym serem, w dodatku
zapakowaną w papier! Kto dziś zawija kanapki w papier?!
Przez całą pierwszą klasę Zosia nigdy nie miała butów na obcasie ani
obcisłej bluzki. Ubierała się dość koszmarnie, co powodowało, że
dziewczyny nie miały z nią o czym gadać - oczywiście gdyby któraś
chciała się zlitować. Żadna nie chciała. Spotykały się czasami w klopie,
kiedy próbowała przedrzeć się przez chmury dymu z ich papierosów.
Unikała tego, jak mogła, bo nie była aż tak głupia, żeby nie czuć ich
pełnych dezaprobaty spojrzeń. Ale w końcu sama się o to prosiła.
Odstawała od reszty, widać taki był jej sposób na życie.
Jeśli ktoś stoi w kontrze do wszystkich, musi być albo bardzo silny,
albo bardzo głupi. I pomyśleć, że nawet ją wybrali w pierwszej klasie na
przewodniczącą! Teraz już nie popełnili tego błędu. Wtedy, rok temu,
byli jeszcze tak naprawdę zahukanymi szóstoklasistami, którzy dopiero
zaczęli gimnazjum, teraz dla jaj wybiorą Klaudię. Dostanie więcej niż
połowę głosów. Wychowawczyni będzie zszokowana:
- Co macie do zarzucenia Zosi? - zapyta. Nic.
Po prostu jej nie lubią.
Agata nienawidzi przyjęć. Tych wszystkich ćwierkających cioć i babć,
tarmoszących ją za włosy i domagających się czułości. Ale to chyba nie
jest przyjęcie? Przy długim, pustym stole siedzi kilkunastu milczących,
zastygłych w bezruchu mężczyzn. Ubrani na czarno, w płaszczach i kapeluszach, niewidzącym wzrokiem wpatrują się w przestrzeń, jakby na
coś czekali. Zupełnie nie zwracają uwagi na nagą dziewczynę z długimi
jasnymi włosami, siedzącą naprzeciwko Agaty.
Agatę krępuje nagość dziewczyny, która milcząca i nieporuszona patrzy na
nią beznamiętnie. Agata chce coś powiedzieć, ale głos więźnie w gardle,
próbuje wstać, lecz ciało jest jej całkowicie nieposłuszne. Może tylko
omiatać pomieszczenie spanikowanym wzrokiem, bezradnie szukając pomocy.
Chciałaby zrozumieć, co to za miejsce i jak się tu znalazła, ale
olbrzymia jasna sala bez okien i drzwi nie daje żadnej odpowiedzi.
"Umarłam? Kiedy?" - zastanawia się, ale to głupie, bo nie pamięta, żeby
chorowała, nie może też sobie przypomnieć żadnego wypadku i wreszcie,
wciąż śniąc, odzyskuje spokój: to sen. Znów ten sen o jasnowłosej
dziewczynie.
Co znaczy?
Czy sny w ogóle coś znaczą?
Klaudia zaciąga się papierosem i machając gwałtownie ręką, próbuje
skierować dym w stronę okna. Matka ma węch jak charcica, znów będzie
awantura. Ale Klaudia dawno już przestała się przejmować jej krzykami.
Zresztą do perfekcji ma opanowaną metodę rozbrajania min. Choćby
odczuwała nie wiadomo jaki wstręt, zawsze się przemoże i rzuci matce na
szyję:
- Dobrze, że już jesteś! Przytul mnie! - łasząc się do matki, załatwi
wszystko, wciśnie każdy bajer. - Pamiętasz, jak byłam twoją malutką
córeczką? - i tak dalej, aż do mdłości. W gruncie rzeczy matka chyba
tylko na to czeka. Czasami jednak nastawia się na czujność i musi trochę
powarczeć. Może myśli, że na tym polega wychowanie? Wtedy jest trudniej,
ale i tak Klaudia zawsze postawi na swoim. Trzyma matkę z dala od prawdy
o sobie, dla jej własnego dobra. Zresztą z nią nie da się pogadać, jest
zawsze zmęczona, ciągle po nocnym dyżurze w szpitalu, a przed robotą w prywatnym domu opieki, wciąż senna i właściwie marzy tylko o tym, żeby
móc wreszcie wskoczyć pod koc. Życie córki mało ją interesuje. Prześpi
się trochę, albo i nie, i już znowu gdzieś leci. Ciągle jej nie ma. I luz.
Klaudia psika w każdy kąt aerozolem o zapachu konwalii, by zabić zapach
tytoniu. Robi to dosłownie w ostatniej chwili. Kilka sekund później
matka dzwoni do drzwi. Objuczona reklamówkami, z miną skazańca idącego
na ścięcie, stoi w drzwiach, patrzy na córkę zmęczonym wzrokiem i bez
słowa wzdycha, myśląc zapewne o stercie brudnych naczyń w zlewie,
niepościelonych łóżkach, zupie, którą trzeba będzie ugotować.
"Dlaczego w niej nie ma w ogóle radości życia? - zastanawia się Klaudia.
- Wygląda tak staro, powinna coś ze sobą zrobić!".
Maria Kleszcz zdejmuje buty i wnosi zakupy do kuchni.
Ciągnie się za nią nieprzyjemna, ostra woń szpitala.
- Ciężki dyżur? - słyszy.
Nie wiadomo czemu, wydaje jej się to niestosowne. Każdy jest ciężki.
Zwłaszcza na chirurgii, córka pielęgniarki nie powinna zadawać takich
pytań. Nabiera powietrza, by odpowiedzieć, jednak tylko kiwa głową.
- Wybierasz się gdzieś? - pyta.
Klaudia przypomina sobie o klipsie. Ściąga go pośpiesznie.
- Eee, nie. Tak tylko przymierzałam.
Matka nie lubi, żeby się stroić bez okazji. Najchętniej widziałaby ją
przepasaną fartuchem, przy kuchni. Ale Klaudia nie pozwoli się zagonić
do garów, nie da sobie zniszczyć życia, co to, to nie!
Ledwie matka przyłoży głowę do poduszki, ona wyśliźnie się bezszelestnie
z domu i pojedzie do Promenady.
Z wypiekami na twarzy Zosia kończy czytać Zemstę. Trochę żałuje, że
nie będzie miała komu opowiedzieć o wrażeniach. Bo Zemsta jej się
naprawdę podoba! Podczas lektury wyobraża sobie bohaterów, ich pozy,
gesty. Każda rola to jak prezent dla aktora. W domu nikt by tego nie
zrozumiał, tu liczą się tylko rzeczy wymierne, a przedmioty ścisłe są
absolutnym priorytetem.
W szkole tym bardziej nie można się z niczym wychylić. Na każdym kroku
jesteś pod ostrzałem. Koledzy wszystko biorą do siebie i nawet kiedy na
lekcji dzieje się coś interesującego, trzeba ukrywać swoje
zaangażowanie, bo wcześniej czy później obróci się to przeciwko tobie.
Zosia powoli uczy się szkolnej strategii i taktyki. Rok już zmarnowała,
ufając, że, jak ją zawsze uczyli rodzice, w grupie można być sobą.
Ciekawe, skąd oni czerpali tę wiedzę, bo ona przez pierwszy rok
gimnazjum miała wiele okazji, aby przekonać się, że nie można.
Przystosowanie do klasy idzie jej wolniej, niżby należało.
Prawdopodobnie nie jest tak dobrą aktorką, jak by chciała. Ale chyba
jedno z drugim nie musi iść w parze; gdyby tak było, żaden aktor nie
mógłby być prawdomówny, a większość kolegów z jej klasy powinna mieć
talent aktorski.
Zosia jeszcze nie wie, czy ma talent. Tymczasem to tylko nieśmiałe
marzenie, które kiełkuje powoli, niczym roślina na niegościnnym gruncie;
mocne postanowienie, że zaraz na początku września w tajemnicy przed
rodzicami zapisze się do kółka teatralnego. Dotyka dłońmi płonących
policzków i drży na myśl, że właśnie po raz pierwszy w życiu wstępuje na
ścieżkę kłamstwa i nie ma pojęcia, dokąd ją ona zaprowadzi.
Rozważa konsekwencje, bo wie, że każdy wybór obfituje w różne, czasem
trudne do przewidzenia skutki. Z jednej strony chciałaby dowiedzieć się,
że ma talent, zostać przyjęta do teatru szkolnego, grać role, choćby i drugoplanowe, z drugiej jednak boi się, że nie sprosta zadaniu, że
wcześniej czy później to się wyda przed rodzicami i będzie musiała
stoczyć batalię z silniejszym od siebie wrogiem.
Zdziwiła się, bo pierwszy raz pomyślała o rodzicach jako o wrogach. Wie,
że ich tym krzywdzi, ale czuje, że nie ma innego wyjścia i bardziej niż
gniewu rodziców boi się tego, że jej nie przyjmą.
Choć jest już zmęczona duszną atmosferą powracającego snu, Agata nie
zamierza jeszcze wstawać. Nie ma po co ani dla kogo, nie ma nic do
roboty i nic jej się nie chce. Wstać, żeby bez sensu snuć się po domu?
Beznadziejna opcja. W dodatku, statystycznie biorąc, jest wykluczone,
żeby przyśnił jej się jakiś ciąg dalszy, kolejny odcinek horroru o tajemniczej blondynce i mężczyznach ubranych na czarno. Agata otwiera
oczy, próbuje przeniknąć symbolikę snu. Kim może być dziewczyna? Złym
duchem? Może aniołem? Zapowiada dobre czy złe wydarzenia?
Agata spodziewa się zawsze najgorszego. To jej metoda na życie, zresztą
wielokrotnie sprawdzona. Jak wtedy, kiedy tata zginął w wypadku, a matka
zapewniała ją, że nigdy, przenigdy nie będzie mieć nowego taty. Agata
miała wtedy zaledwie pięć lat, ale dokładnie pamięta tamte przysięgi.
Zaufała matce. Błąd. Teraz już wie, że nikomu nie można ufać, zwłaszcza
w sprawach najważniejszych, bo matka oczywiście ją zdradziła. Znalazła
jej nowego tatusia. Trzeba przyznać, że nie od razu, fakt, ale czy to ma
jakiekolwiek znaczenie? Czy zdawała sobie sprawę, że Agacie świat się
tego dnia zawalił? Że nic już nigdy nie będzie takie samo?
Miała zaledwie osiem lat. W tym wieku wierzy się we wszystko, a tu nagle
dowiedziała się, że jej tatuś nie był niezastąpiony. W dodatku kazano
jej jeszcze pokochać tego nowego, jakby był tamtym! Matka i babka
najpierw prośbami, potem groźbą zmuszały ją do udawania miłości, której
nie czuła i nigdy nie poczuje już do nikogo.
I co z tego, że mieszka w tym szpanerskim domu? Że pławi się w luksusach? Wolałaby żebrać na ulicy, oddałaby wszystko, byle tylko
cofnąć czas. Uciekała parę razy, ale nigdy nie była dość sprytna. Zawsze
w końcu ją wytropili i po krótkim uczuciu ulgi, że nic jej się nie
stało, zaczynali wymówki, które przechodziły w kłótnie, kończące się
zwykle szarpaniną. Agata wie, że opiekun prawny nie ma prawa używać
przemocy wobec dziecka i może dobrałaby mu się do skóry, ale wtedy matka
pewnie by ją zabiła.
Bo najgorsze jest to, że matka go chyba kocha! Jak można kochać kogoś
takiego?! Mięśniaka z byczym karkiem o spojrzeniu gibona, który mówi:
"poszłem", "przyszłem", "dzisiej", "wczorej", "w każdymądź razie".
Agata chętnie by go otruła. I pewnie kiedyś to zrobi. Przyjemnie jest
wyobrażać sobie, jak grubas zwija się w boleściach, patrzy na nią i jęczy o ratunek. A ona uśmiecha się władczo, stawia mu stopę na wzdętym
brzuchu i wreszcie czuje ulgę, bo wie, że dzięki niej świat stał się
odrobinę lepszy.
Jest tylko jeden problem: gdy już najgorsze zło świata zostanie
naprawione, co zrobi z małym Gibonem? Bo matka i duży Gibon zrobili
sobie dzieciaka. I choć jest to najbardziej rozpieszczony,
rozwrzeszczany i najwstrętniejszy mały gibon świata, Agata rozumie, co
znaczy stracić ojca w wieku pięciu lat.
Lituje się więc nad gnojem i na razie odpuszcza jego staremu.
Ostrożnie, żeby nie obudzić matki, Klaudia wymyka się z domu. Musi się
śpieszyć, bo o wpół do jedenastej umówiła się z Agnieszką na przystanku
Trawiasta, a jest już dwadzieścia osiem po. Aga poczeka, nie ma obawy,
gorzej z autobusem. Klaudia biegnie w górę kładki nad ulicą Czecha,
wciąż patrząc na autobus, który rusza z poprzedniego przystanku, jakby
chciała go zakląć. Jeszcze tylko zbiec ze schodów i dopaść 125. Aga
pogania ją, postawiwszy jedną nogę na schodku autobusu. Wreszcie są w środku, Klaudia, wykończona biegiem, oddycha głęboko.
- Sorry, siła wyższa... - dyszy.
- Niekiepawy kolczyk - zauważa Agnieszka.
- Klips.
Klaudia zdejmuje klips i podaje Agnieszce, która natychmiast zakłada go
na swoje ucho.
- I jak?
- Super.
- Pożyczam.
- Aha.
Klaudia krzywi się nieznacznie i trochę żałuje, że zdecydowała się
pochwalić klipsem matki, bo teraz to Agnieszka będzie go nosić w Promenadzie, w dodatku nie ma pewności, czy kiedykolwiek zwróci. Słowo
"pożyczam" nie sąsiaduje w jej języku z "oddam".
Dziewczyny wysiadają przy pętli tramwajowej na Gocławku i przechodzą na
drugą stronę ulicy. Zawsze robią taką rundkę. Najpierw idą do Reala. To
nie ta klasa co Promenada, za to prawie zawsze udaje się coś zwędzić:
jakiś baton, małe chipsy, czekoladę. Nieraz nawet coś kupią dla
niepoznaki, ale pewnie nie tym razem, zresztą skąd ciągle na wszystko
brać kasę?
Rozglądają się za koszykami i mieszają z tłumem. Mimo wczesnej godziny w supermarkecie jest mnóstwo klientów.
Zwabieni promocjami artykułów szkolnych grzebią w wielkich metalowych
koszach. Dziewczyny bez zainteresowania oglądają zeszyty, wakacje się
jeszcze nie skończyły. Agnieszka bierze w końcu pierwszy z brzegu i wrzuca do koszyka Klaudii.
Agata leży na łóżku i gapi się w sufit. Mogłaby wstać, ale po co?
Mogłaby przekręcić się na drugi bok, ale to też jest bez sensu. Nikt od
niej niczego nie chce. Ona sama nic od siebie nie chce. Jest dwunasta.
Jedyny plus tej sytuacji to to, że jeszcze długo nikogo nie będzie w domu.
Nuda.
Beton.
Kwas.
Zosia już od dawna ma wymyśloną karierę: zostanie lekarzem. Tak
postanowili rodzice razem z babcią. Oni wszyscy są lekarzami, Zosia
pójdzie w ich ślady. Może pozwolą jej samodzielnie wybrać specjalizację,
a może w tym też ją wyręczą.
Tylko że Zosia nie chce być lekarzem. Mówiła im o tym wielokrotnie,
zwłaszcza kiedy była mała. Teraz nie znajduje w sobie siły na polemiki.
Tymczasem za kilka dni zacznie drugą klasę gimnazjum. Trzeba powoli
zastanawiać się nad wyborem liceum. Zosia sztywnieje na myśl o tym, że
rodzice znów postanowią o wszystkim sami, jej pozostawiając zaledwie
akceptację swego jedynie słusznego wyboru.
Chciałaby kogoś poprosić o radę, o pomoc. Chciałaby komuś się wygadać,
nawet pochlipać w czyjeś ramię, ale zupełnie nie ma komu. Zresztą, gdyby
ktoś taki nawet się znalazł, uznałaby zapewne własne problemy za zbyt
błahe, by mu zaprzątać nimi głowę, uważa bowiem, że nie należy obnosić
się ze swoimi troskami; wystawianie ich na widok publiczny zawsze ją
zawstydzało.
Dlatego, gdy już wykona wszystkie polecenia z kartki, usiądzie z książką
w ogrodzie i pogrąży się w świecie fikcji, by uciec przed samą sobą.
Klaudia z Agnieszką krążą po Promenadzie. Nabrały całe naręcza szmat w H&M, może coś się uda przemycić pod własnymi ciuchami? A jeśli nawet
nie, to już samo przymierzanie jest super. Dziewczyny śmieją się do
rozpuku albo kiwają z uznaniem głowami. Udają, że zapomniały, ile mają
na karcie. Zero, bo przecież żadna nie ma karty, ale w końcu to
szczegół. Promenada pozwala im zasmakować lepszego świata, daje wrażenie
dorosłości, która jest dla nich już od dawna niczym światełko w tunelu.
Chciałyby zasnąć i obudzić się na swojej osiemnastce, od razu wejść w to
pasmo radosnych dni, kiedy nie będzie już szkoły, codziennego gderania
starych, ciągłego braku hajsu, odpowiadania, dokąd się idzie, po co i kiedy się wróci, czego zresztą i tak nie ma się zamiaru dotrzymać.
Tęsknią do chwili, kiedy będą już wolne. Kiedy będą mogły wszystko.
Klaudia jest trochę zdziwiona, że Agnieszka chce się z nią w to bawić.
Akurat ona. Wszyscy wiedzą, że jej starzy mają forsy jak lodu, ona też
nigdy nikomu nie wisi ani zeta. Mogłaby sobie znaleźć lepsze
towarzystwo, taką Patrycję na przykład. Ale wybrała Klaudię. No, super i w ogóle. Przynajmniej nigdy nie brakuje do piwa. Imprezy u niej też są
niezłe. Coś jednak w tym wszystkim jest nie halo, ale na razie Klaudia
jeszcze nie wie co.
Agata wstaje i przeciąga się leniwie. Wygląda przez okno. Niczego nie
oczekuje, jak co dzień patrzy na niepokojący dom naprzeciwko. Mieszka tu
prawie od roku i ma podejrzenia, że dzieje się tam coś dziwnego. Bo
właściwie nic się nie dzieje.
Dom musi być dość stary, zbudowany w stylu, w jakim się teraz nie
buduje, choć gdyby się dobrze przyjrzała, znalazłaby pokrewieństwo
architektoniczne między domem Gibona a tym stojącym po drugiej stronie
ulicy. Obydwa mają proste linie, minimum ozdobników, żadnych kolumienek,
kolorowych dachówek, okienek na strychu i półokrągłych balkoników. Ich
dom jest większy. Gibon kupił dwie połówki bliźniaka i zrobił z tego
jeden hangar, planuje nawet lądowisko dla helikopterów na dachu, ale na
razie nie doszedł jeszcze do tego stopnia perwersji. Chociaż, gdyby
spróbował, sąsiedzi może by go zlinczowali i ona miałaby wreszcie
spokój.
Dom po drugiej stronie ulicy jest najbardziej ponurym domem, jaki można
sobie wyobrazić. Agata nigdy nie widziała tam ludzi. Czasem przez grube
zasłony i żaluzje przebija nikłe światło słabej żarówki, to wszystko.
Żadnych worków ze śmieciami, żadnych dostaw pizzy, nikt nie kosi trawy w ogrodzie, nie otwiera bramy, nie parkuje przed domem. Ze swoim
umiłowaniem horrorów Agata zasiedliła to dziwne miejsce duchami albo
tajemniczą sektą. Wyobraża sobie, że kiedyś odkryje mroczny sekret, może
nawet nakręci film o złowieszczym domu i jego ukrywających się przed
światem mieszkańcach? Na razie jednak nie wie, od czego zacząć. Stanie w oknie w końcu ją nudzi i po kilku minutach Agata odchodzi.
Gdyby wytrzymała trochę dłużej, zobaczyłaby, jak brama ponurego domu
otwiera się nagle, na podjeździe parkuje czarne audi, wysiada z niego
mężczyzna w garniturze, z trzymanej w ręku teczki wyjmuje klucze, długo
grzebie nimi w zamkach, wreszcie znika w środku.
Tymczasem ona ma już na sobie czarne stringi i czarny stanik, zastanawia
się właśnie, który ze swoich czarnych T-shirtów włożyć. Za chwilę
zejdzie do kuchni, otworzy lodówkę, skrzywi się wymownie, bo zemdli ją
lekko na widok jedzenia, wyjmie więc tylko sok pomarańczowy, wypije
kilka łyków i pobiegnie do łazienki zwymiotować.
Pies jest dość szkaradny: gruby rudy jamnik, niemal ciągnący po ziemi
wydatny brzuch. W dodatku wabi się Pucek! Zosia wstydzi się, ale nie
lubi psa babci Henryki. Tymczasem to jej, Zosi, przypada rola opiekunki:
codzienne spacery, karmienie, wizyty u weterynarza, bo babcia, mimo
wieku emerytalnego, wciąż pracuje w szpitalu. Pies zresztą rozumie to po
swojemu i odnosi się do Zosi z pełną pogardy wyższością, jakby chciał
powiedzieć: "Zrobię ci tę łaskę i wyjdę z tobą, ale na nic więcej nie
licz!". Żadnych czułości, żadnego merdania ogonem. Tylko krótkie,
chrapliwe, poganiające szczeknięcie, jeśli Zosia za długo zbiera się do
wyjścia. Po powrocie, kompletnie nie czując wdzięczności, Pucek z głośnym jękiem pada na swój materac przy kominku w pokoju babci na
parterze i zwinięty w kłębek śpi, czekając na jej powrót.
"Nie będę nosiła żadnego cholernego mundurka!" - myśli Agata, patrząc na
swoje odbicie w lustrze. Brązowa bluza? Zapomnijcie! Nawet jej do ręki
nie weźmie. Tego jednego jest pewna. Poparcie matki ma zapewnione. I niech startują do niej, postawią niedostateczny z zachowania, niech ją
próbują wywalić z budy. Ta myśl wreszcie ją rozśmiesza. W wyobraźni
widzi bowiem Gibona, który zajeżdża swoją wieśniacką terenówką pod same
drzwi szkoły i idzie prosto do dyrektorki, dowiedzieć się: "O co (pip!)
chodzi z tymi mundurkami?".
W takich sytuacjach Gibon jest nie do wyjęcia, matka zawsze wysyła go do
szkoły i to jest superstrategia. Przynajmniej wtedy Gibon zachowuje się
jak prawdziwy ojciec, ale Agata wie, że wcale nie chodzi o nią, tylko o to, że ktoś śmie się go czepiać. Bo jeśli stawiają jej jedynkę albo
próbują zrobić coś podobnego, to: "Zawracają mu (pip!) głowę, a on
(pip!) ma setkę biznesów! I (pip!) zero czasu na duperele!".
Swoją drogą, ciekawe, którego dnia szkoły dyrektorka zadzwoni do matki?
Agatę bawi myśl, jak w gruncie rzeczy nic jej nie mogą zrobić, i gdyby
była naprawdę złośliwa, toby im wykręciła jakiś świński numer. Może
jeszcze to zrobi? Na razie jej się nie chce. Wakacyjne lenistwo okazało
się dość męczące. To codzienne nicnierobienie, snucie się po domu, żeby
tylko zabić czas, gapienie się w sufit, spanie do drugiej.
W szkole Agata przynajmniej ma poczucie własnej wartości. Kogoś
bulwersuje, kogoś oburza, ktoś na jej widok czerwienieje z wściekłości.
W domu mogłaby rzucić się na podłogę z wyprutymi flakami, zrobiliby po
prostu nad nią większy krok. Matka unosi tylko brwi, zdziwiona, że niby:
"Masz już swoje lata, córko, powinnaś się zachowywać odpowiedzialnie". A ona chrzani odpowiedzialne zachowanie.
W ogóle wszystko chrzani.
Wszystko i wszystkich, nawet siebie.
Amen.
Klaudia wraca do domu. 1., 2., 3. Poprzeczna. Zaraz będzie się trzeba
zmierzyć z kolejną dawką codzienności:
- Gdzie się włóczysz całymi dniami? Nie masz nic do roboty? Ja się
zaharowuję, najpierw nocny dyżur, potem zakupy, obiad, druga robota,
pranie, sprzątanie i znowu do szpitala, a ty tylko łazisz po kominach!
Gdzieś ty właściwie była?
- U koleżanki - odpowie, bo tak jest najprościej, i wyłączy się z odbioru. Za każdym razem ta sama gadka, zna ją na pamięć.
Włącza więc telewizor i ukradkiem zerka na zegar. Jeszcze godzina.
Wytrzymać, wytrzymać! Matka może smędzić w nieskończoność, ale czas jest
miłosierny i zaraz będzie szósta. Wreszcie zamkną się za nią drzwi
("Witaj, druga zmiano!") i Klaudia znowu będzie wolna aż do jutra.
Wieczorem pewnie jak zwykle przyjdzie Dawid. Może uda mu się skołować
jakiegoś bełta z barku starych, będą się bawić w tatę i mamę i będzie
super. Dawid jest równy, zawsze coś ze sobą przyniesie, a fajki to już
na mur. Wie, że ona pali tylko lekkie z filtrem. Nie ma jeszcze
osiemnastki, ale jakoś zawsze mu się udaje w sklepie. Klaudia nie
rozumie jakim cudem. Ale co tam, nie będzie dociekać, jego sprawa. Mają
układ i on go dotrzymuje. Ona też ze swojej strony, chyba że ma okres.
Wtedy nie ma bata, nawet gdyby był najbardziej napalony, to nic z tego,
bo ona nie zamierza szkoły przez bachora przerywać, jak jej siostra.
Zresztą Dawid tatusiem? - Klaudia zachłystuje się własnym śmiechem. - W życiu! Jeszcze trochę, rok, dwa, i znajdzie sobie prawdziwego sponsora,
wtedy Dawid i inni pójdą w odstawkę. Ma się te zasady. Miło jest być
wiernym, jak się wreszcie ma komu.
Początek roku szkolnego to zawsze przykra niespodzianka. Jakoś nie chce
się wierzyć, że nawet najnudniejsze wakacje muszą się jednak skończyć.
Na początku człowiek się trochę cieszy, że spotka ludzi z klasy, a potem
widzi ich drugiego, trzeciego dnia, i to nie jest już żadną pociechą.
Klamka zapadła, zaczęło się odliczanie. Co można zrobić? Nic, kompletnie
nic. Agata dałaby się nawet zahibernować, żeby nie musieć znów tego
przeżywać. Siedzi znudzona w swojej ławce, podpiera się na dłoni i czeka
na morały w stylu: "Usiądź prosto!".
Bez większego zainteresowania wodzi oczyma po plecach kolegów i koleżanek:
Sebek - klasowy idiota, wszystko zmienia w żart, sam jest chodzącym
żartem: mały, piegowaty, z okrągłą głową i długimi rękoma. Kiedy tak
wyglądasz, nikt cię nie będzie traktował poważnie. Sebastian to
zrozumiał już dawno i nigdy nic nie robi serio.
Karolina -
"ja-jestem-najładniejsza-i-najmądrzejsza-a-moje-ciuchy-są-zawsze-z-najlepszych-sklepów-nie-to-co-wasze"!
Paula - panna obrażalska.
Krzysiek - podobno coś trenuje, i ciągle ma przesrane, bo swoje sprawy
załatwia dawaniem przeciwnikom w ryja.
Klaudia - prosiak i prostaczka, głupie toto, aż kiszki skręca.
Sławek - ciągle śpi na lekcjach, bo całe noce gra w Counter Strike'a.
Sragnieszka - królowa damskiego kibla, myśli, że jak jej starzy mają
kasę, to może sobie pomiatać ludźmi.
Zośka - świętsza od Matki Teresy, z ustami zawsze pełnymi frazesów o byciu dobrym, ona musi być najlepsza, bo inaczej nie pójdzie do nieba.
Pawełek - cielemele, straszliwa pomyłka genetyczna, koleżanka wszystkich
dziewczyn.
Franek - jedyny normalny chłopak z klasy.
Marcin - laluś: kanty, lakierki i marynarka to jego ulubiony strój.
I reszta - tło niewarte nawet wspomnienia.
Klaudia rozgląda się po ludziach. Niektórzy wciąż jeszcze z letnią
opalenizną, choć lata w tym roku praktycznie nie było. Dziewczyny
wystrojone: wysokie obcasy, krótkie spódniczki, trzeba się pokazać, póki
jeszcze można, bo przecież zaraz się skończy rewia mody. Witajcie w mundurlandii!
*
Zosia się nie wychyla. Będzie brać przykład z reszty. Odtąd dotąd.
Żadnego zgłaszania się na ochotnika, żadnych paluchów w górze, żadnych
pytań dodatkowych i ratowania klasy własną wiedzą. Trochę się boi, że to
może wpłynąć na jej oceny, ale ryzyko zawsze istnieje. Będzie miała
okazję na klasówkach i przy odpowiedzi.
"Tak trzeba! - powtarza w myślach. - Tak trzeba!".
- A właściwie to kto zdecydował, żeby nas okutać w te barchany? -
mamrocze pod nosem Agata.
Wychowawczyni Beata Krupa nie ma gotowej odpowiedzi. Wydawało się jej,
że temat został dostatecznie rozwałkowany w czerwcu. Rodzice byli za,
tym bardziej Rada Pedagogiczna. Wartość wychowawcza mundurków nie ulega
wątpliwości. Młodzież się socjalizuje, w tym dobrym pojęciu, zacierają
się różnice społeczne. Dzieciaki wreszcie wyglądają schludnie.
- Chyba nie będziemy teraz, kiedy mundurki są już uszyte, dyskutować o ich zasadności? - rzuciła obrażona znad dziennika.
- Dlaczego nie? - naciskała Agata. - Skoro są upiorne? Klasa milczała,
jednak wyjątkowo byli po jej stronie.
- Co ci się w nich nie podoba? - wychowawczyni wyraźnie stawała do
konfrontacji.
- Materiał, kolor i krój, czyli wszystko. Są uszyte z jakiegoś
poślizgowego plastiku, którego żadna bakteria nie będzie chciała tknąć
nawet za tysiąc lat, są w kolorze kupy (w klasie rozlegają się ostrożne
śmiechy) i fasonie, który był może modny w latach sześćdziesiątych, ale
teraz budzi tylko obrzydzenie. Nie uważa pani, że gdyby szkoła
traktowała uczniów poważnie, powinna zapytać o nasze zdanie w tej
kwestii?
- Moja droga... - Nauczycielka zawiesza głos, bo w istocie nie ma nic do
powiedzenia. - Pozwolisz, że na razie, dopóki nie jesteście dorośli,
wasi rodzice i opiekunowie (szczególny nacisk położyła na opiekunów,
żeby zrobić Agacie przykrość) będą decydowali za was?
- Mojej mamy nikt o zdanie nie pytał.
- Pewnie, jak zwykle, nie pofatygowała się na wywiadówkę? To co, może
mamy do niej wysyłać specjalne poselstwo? Zresztą jest demokracja. Rada
Rodziców wybrała ten materiał, ten kolor i ten fason, i taki jest
obowiązujący w naszej szkole model. Decyzja jest wam znana od kilku
miesięcy, mieliście czas, żeby się przyzwyczaić do tego faktu.
- My tak. A pani miała? - Agata nie ustępuje.
- O co ci chodzi?
- Będzie pani na nie patrzeć przez sześć godzin dziennie.
- Na pewno będę wolała patrzeć na mundurki niż na tę rewię mody, którą
mi codziennie serwujecie! - wyrzuca z siebie nauczycielka.
Agata, znudzona, nie odpowiedziała, de gustibus i tak dalej, wiadomo,
że jej nie przekona. Wychowawczyni trochę na wyrost poczuła się moralną
zwyciężczynią, jakby cokolwiek zostało załatwione. Tymczasem Agatę
rozśmieszyła myśl, która jej właśnie przyszła do głowy:
- Szkoła to nie wojsko ani tym bardziej więzienie i mundurki muszą
zostać zniesione! - powiedziała po raz pierwszy, ale bynajmniej nie
ostatni.
Klasa siedziała oszołomiona, bo nikt nie wpadł na pomysł, żeby teraz,
kiedy klamka zapadła już w czerwcu, nagle zacząć się sprzeciwiać. Ale
większość się nigdy nie wychyla. Woli iść potulnie na rzeź - albo do
boju, jeśli ma wiarygodnego przywódcę. Agata jednak nie była wiarygodna.
Może w kwestii mundurków, ale tak szybko się nudziła każdym podjętym
tematem, że szkoda było energii, by ją wspomagać w tej walce. W dodatku
nigdy nie kryła, że ma ich wszystkich gdzieś. Zresztą jakkolwiek by
było, zawsze najlepiej czekać na rozwój wypadków, a potem opowiedzieć
się po stronie zwycięzcy, filozoficznie kiwając głową:
- A nie mówiłem!...
W dodatku mogli już iść do domu, po co więc roztrząsać temat, który nie
ma szans na rozwiązanie? Mundurki w nikim, o dziwo, nie wywołały woli
walki, choć wszyscy będą w nich wyglądać jednakowo strasznie. Ale dziś
byli jeszcze w prywatnych ciuchach, co będzie jutro - kiedy koszmarne
bluzy zostaną rozdysponowane i kiedy trzeba je będzie nieodwołalnie
włożyć - nikt nie myślał.
Zosia mieszka przy Kwidzyńskiej w skrajnym bliźniaku, na osiedlu
lekarskim. Ma pokój na poddaszu. Piętro zajmują rodzice, parter babcia.
Ponieważ rodziców i babci całe dnie nie ma, w rezultacie Zosia większość
czasu spędza w tym domu sama. Chciałaby mieć przynajmniej psa, ale
przecież jest Pucek. Rodzice twierdzą, że jeden pies w domu wystarczy,
że nie poradziłaby sobie z wyprowadzaniem dwóch. Nie wiedzą, że między
Puckiem a Zosią nie ma nic, co można choćby w przybliżeniu nazwać
przyjaźnią. Zresztą Pucek nie wchodzi nawet na górę. Zosia zabiera go z pokoju babci i tam go odprowadza. Pucek zna drogę i nie jest
zainteresowany niczym więcej. Krótki spacer i tak go męczy. Zosia
chciałaby mieć szczeniaczka. Ale szczeniak to kłopoty. Sierść na
dywanie. Pobrudzone ściany. Zasikane podłogi. Po co, skoro mogą być
czyste? Więc są czyste. Są wręcz sterylne. A ona, nie mając całymi
dniami do kogo ust otworzyć, mówi do swojego pluszaka. Trochę
idiotycznie się z tym czuje, bo nie jest przecież wariatką, ale ma tak
silną potrzebę, tak nie lubi być sama, że biedny pluszak raz po raz gra
jakąś rolę: a to starszej siostry, a to starszego brata, których Zosi
tak bardzo brakuje, że zniża się do gadania na głos, choć wie, jakie to
głupie.
Agata wraca do domu na piechotę. Po drodze czuje ucisk w żołądku. Od
rana nie miała niczego w ustach. Początkowe szczypanie przechodzi w jakby westchnienie i już po chwili wszystko znów jest w porządku. Agata
jest dumna, że głód nie ma nad nią władzy, że wejdzie do domu i nie
zajrzy do lodówki, zresztą i tak pewnie nic tam nie ma poza przetartymi
zupkami dla gówniarza, który wciąż nie nauczył się gryźć i najchętniej
piłby zupkę mleczną z butelki. Na myśl o mleku Agacie robi się
niedobrze, zatacza się lekko i przez chwilę myśli, że upadnie.
Przytrzymuje się jakiegoś ogrodzenia, ale wściekły brytan, ujadając po
drugiej stronie, nie daje jej złapać tchu. Na szczęście zawrót głowy
mija i Agata powoli rusza. Czuje, że przyglądają się jej ludzie stojący
na przystanku. Na pewno myślą, że jest naćpana i gdyby nawet zemdlała,
nie udzieliliby jej pomocy. Przez chwilę ma ochotę wywalić im jęzor albo
krzyknąć coś niecenzuralnego, ale olewa to.
9. Poprzeczna, jeszcze trzy przecznice, jakoś dojdzie, choćby na
czworakach.
Jesień w Aninie jest jeszcze ładniejsza niż lato. Wszędobylska zieloność
spływa z drzew i krzewów nierówno, niektórych jeszcze się trzymając,
inne zaś opuszczając bez żalu. Klony nieśmiało się złocą, dęby
czerwienieją, tuje od środka robią się cynamonowe. Wysokie sosny, niczym
maszty na statkach, strzelają w niebo, przywodząc na myśl odległe
wakacje nad morzem, wydmy, plażę i rześkość wody.
Ale Agata, skupiona na wewnętrznym pulsowaniu swego ciała, nie
zastanawia się nad zmianami w przyrodzie. Anina nie lubi, wracając do
domu nie patrzy ludziom do ogrodów, nie zagląda w okna, nie wita się z kotami z sąsiedztwa. Wszystko to razem mało ją obchodzi.
Zbliżając się do domu, Klaudia przestaje skakać na jednej nodze jak mała
dziewczynka. Z daleka już poznaje chodzącą w tę i z powrotem Agnieszkę.
Jej dobry humor momentalnie się ulatnia. Szlag!
- Cześć - mówi i próbuje się uśmiechnąć, wolałaby jednak uniknąć tego
spotkania.
- Masz? - Agnieszka pyta bez wstępu.
- Nie, sorka, nie dało rady... - wyrzuca z siebie Klaudia. Była
przygotowana, wiedziała, że Agnieszka przyjdzie, myślała tylko, że
wytrzyma do wieczoru. - Dziś taki dzień, nie było ludzi i wszyscy od
razu się zmyli. Wejdziesz? - pyta ją, ale wie, że Agnieszka nie
zaryzykuje spotkania z jej matką.
- Nie, spadam. Ale wiesz, zakręć się koło tego, co?
- Jasne. - Teraz Klaudia znów jest gotowa obiecać jej złote góry. Czuje
ulgę, bo mówi to właściwie do pleców Agnieszki, która już idzie
Marysińską, lekko przygarbiona, z rękoma w kieszeniach kurtki.
Klaudia wchodzi na podwórko. W sieni owiewa ją dochodzący z piwnicy
znajomy zapach wilgoci, pleśni, gnijących kartofli. Cicho otwiera drzwi
do mieszkania. Matka śpi, siedząc przy stole. Na kuchni przypala się
krupnik. Klaudia wyłącza gaz i budzi matkę.
- Idź się połóż.
Matka, niczym bezwolne dziecko, idzie do pokoju, a Klaudia włącza
telewizor i bezmyślnie gapi się w obraz.
- Zostałam gospodarzem klasy! - rzuca w przestrzeń.
- Mhm... - słyszy pomruk, lecz nie wie, czy to zdumienie niesamowitą
nowiną, czy pierwsze oznaki zbliżającego się snu.
Udręczona rozmiarem swego upokorzenia, Zosia wraca do domu. Ze
spuszczoną głową, widząc tylko czubki butów, idzie na piechotę. Nie
wsiadła jak zwykle do autobusu, bo wstydzi się spojrzeń pasażerów,
którzy z jej twarzy wyczytaliby na pewno, że dziś doznała największej
porażki w życiu. Dlaczego? Dlaczego nie wybrali jej po raz drugi? Co
zrobiła nie tak? Była złym gospodarzem? Przecież tak bardzo się starała!
Zawsze wszystko było zapięte na ostatni guzik. Nadstawiała za nich
głowy, negocjowała z nauczycielami, wszystko brała na siebie. Więc
dlaczego? Dlaczego wybrali Klaudię? Przecież ona jest kompletnie
nieprzewidywalna. Zapomina. Olewa. Wagaruje. Dlaczego? Dlaczego ona?
Zosia chciałaby poznać racjonalny powód. Gdyby go poznała, wiedziałaby,
co zrobiła źle, miałaby szansę coś zmienić, jej cierpienie miałoby jakiś
sens. Nie dopuszcza do siebie myśli, że racjonalnego powodu nie ma, że
nikt się nie kierował jakimikolwiek kalkulacjami. Nie chodziło
bynajmniej o zrobienie jej osobistej przykrości, wybrali Klaudię, bo
była kimś najmniej pasującym. To był głupi żart. Ale pokazali też siłę
demokracji. Tak chcieli i tak będzie. To jedno zależy od nich. Teraz
Klaudia będzie ich reprezentować.
Zosi chce się płakać. Wszystko w niej dygoce, zęby szczękają i nagle
robi jej się zimno.
"To moja wina!".
"To na pewno moja wina!".
Dochodząc do Stradomskiej, Agata widzi na skrzyżowaniu czarne audi.
Jeszcze nie wie, że ruszyło właśnie sprzed strasznego domu, kątem oka
zauważa jedynie kierowcę. Jest w nim coś, co przyciąga wzrok, choć Agata
nie umiałaby tego określić. Samochód, jadąc przepisowe 30 kilometrów na
godzinę, mija ją i sunie dalej w kierunku Kajki, a ona wlecze się,
licząc kroki do domu.
Jest zmęczona. Jest wykończona. Sama nie wie dlaczego. Coś ją przyciska
do ziemi. Najchętniej usiadłaby i nie ruszyła się z miejsca przez tysiąc
lat. A to dopiero jutro się zacznie. Agata tylko niejasno zdaje sobie
sprawę z tego, że wakacje minęły. Jest zdołowana nie wiadomo czym,
zmęczona bez powodu, pozbawiona energii i chęci do życia, zmięta,
wypluta, zapadnięta w sobie.
Chciałaby zasnąć i nie obudzić się więcej. Chciałaby...
Właściwie nie, nic nie chce.
- Jak to: Klaudia?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki