Zamach na Hitlera
Berlin - Gierłoż - Berlin
W czwartkowy ranek, 20 lipca 1944 roku, Claus Schenk Graff von
Stauffenberg leciał z Berlina do Rastenburga, jak wówczas nazywano
Kętrzyn. W godzinach południowych rutynowo odbywała się codzienna główna
narada sztabowa, na którą miał się stawić w Wilczym Szańcu, kwaterze
Adolfa Hitlera głęboko ukrytej w mazurskich lasach. 37-letni postawny
mężczyzna w nienagannie skrojonym mundurze pułkownika Wehrmachtu
przeżywał na pokładzie myśliwca Luftwaffe to, co psychologowie nazywają
"filmem życia".
Cała przeszłość przesuwała mu się w pamięci niczym szaleńczo
przyspieszona projekcja. Dumny potomek jednego z najstarszych i najznaczniejszych arystokratycznych rodów południowoniemieckich przez
dłuższy czas wierzył w głoszoną przez Hitlera ideę Wielkich Niemiec.
Wojna otwierała Lebensraum - nowe przestrzenie życiowe dla jego
narodu. Podbita Polska stała się pierwszym krokiem do tego celu.
Opisywał ją w listach do żony: "Niewiarygodny motłoch, bardzo dużo Żydów
i mieszańców [...] naród, który, aby dobrze się czuć, najwyraźniej
potrzebuje batoga, ale z którego tysiące jeńców przyczynią się na pewno
do rozwoju naszego rolnictwa" (H. Horstmann, Operation Walküre...).
Potem wróciły mu obrazy niewiarygodnych okrucieństw, jakich w drodze na
wschód, aż pod Moskwę, dopuszczali się jego towarzysze broni. I dręczyła
koszmarna wizja toczącego się teraz na zachód walca sowieckiej machiny
wojennej, docierającego do granic III Rzeszy.
Zastanawiał się, jak długo jego rodacy będą w stanie odpierać ataki na
okupowanych terenach Białorusi i Litwy. I jak straszny będzie odwet
liczącej ponad pięć milionów żołnierzy Armii Czerwonej? Gdy zrozumiał
swój błąd, stał się skrytym, nieprzejednanym wrogiem Führera. Gotowym
postawić wszystko na jedną kartę. Zgładzić dawnego idola, ryzykując
życiem nie tylko własnym, ale również ukochanej rodziny.
Już wcześniej Stauffenberg dzielił się potajemnie wątpliwościami i planami z wybranym gronem dowódców Wehrmachtu. Wspólnie doszli do
przekonania, że jedynym ratunkiem dla Niemiec będzie porozumienie z Zachodem. A w konsekwencji przerzucenie wszystkich sił na front wschodni
w celu powstrzymania ofensywy sowieckiej. I kapitulacja na warunkach
honorowych. Może nawet z zachowaniem takich zdobyczy terytorialnych, jak
urodzajna Wielkopolska i górniczo-przemysłowy Śląsk? Wierzył, że jest to
możliwe, dopóki armia niemiecka, choć w odwrocie, stanowi realną i groźną siłę.
Na przeszkodzie porozumieniu z aliantami stała jednak wszechwładna wola
Führera. Nakazał walczyć, nie bacząc na skutki, póki kamień pozostaje na
kamieniu. Tę przeszkodę wojskowi spiskowcy kilkukrotnie starali się już
pokonać, wszakże wszystkie ich próby zamachu zawodziły, jakby
starogermańscy bogowie z oper Richarda Wagnera, w których Hitler tak
gustował, otaczali go swą opieką. Tak więc Stauffenberg musiał pokonać
ją sam, osobiście, na chwałę świętych Niemiec i dla ich przyszłości.
Desperacki plan od początku wisiał na włosku, a perspektywa uratowania
się zamachowca wydawała się niewielka. Zamach miał jednak pewne szanse
powodzenia. I tego postanowił się trzymać za wszelką cenę.
Kwadrans po dziesiątej pułkownik wraz z zaufanym adiutantem,
porucznikiem Wernerem von Haeftenem, wysiadał na lotnisku polowym koło
Kętrzyna, żeby podstawionym specjalnie dla nich samochodem przemieścić
się do odległego o sześć kilometrów Wilczego Szańca. Pod pachą miał
masywną skórzaną teczkę pełną dokumentów. Opasły pakunek wydawał się
czymś zupełnie naturalnym w rękach szefa sztabu niemieckiej Armii
Rezerwowej, uczestniczącego w odprawach u samego Führera.
Pomiędzy dokumentami ukrył dwa niespełna kilogramowe nieuzbrojone
ładunki wybuchowe o dużej mocy, z trzydziestominutowymi bezgłośnymi
zapalnikami chemicznymi. Rewizja pułkownika i jego adiutanta raczej nie
wchodziła w grę, chociaż teren systematycznie patrolowali strażnicy z psami. Stauffenberg był człowiekiem najwyższego zaufania. Bohaterem
wojny, który na froncie afrykańskim - pod ostrzałem amerykańskich
myśliwców - stracił lewe oko, prawą dłoń oraz dwa palce u lewej;
żartował później, że sam nie wie, po co mu było dawniej dziesięć palców,
skoro teraz dobrze radzi sobie trzema. Pomimo kalectwa nie wyjechał na
długą rekonwalescencję do rodzinnych majątków ziemskich. Pozostał w wojsku, zamieniając służbę frontową na sztabową. Był mile widziany w każdym towarzystwie. Wyróżniał się z daleka jedwabną czarną blindą
osłaniającą mu lewy oczodół.
Wilczy Szaniec, nazwany tak osobiście przez Hitlera, od czerwca 1941
roku do 20 listopada 1944 roku stanowił jego kwaterę główną z ponad
dwutysięczną załogą. Otoczony wzorową opieką, w tym uśmiechniętych
sekretarek gotowych do pomocy podczas pracy w gabinecie, spędzał tu
większość czasu. Na stół wodza wegetarianina trafiały uprawiane w "przydomowym" ogrodzie świeże warzywa. Nie narzekał na brak naturalnego
oświetlenia, a ponury bunkier nazwał "jednym z nielicznych miejsc w Europie, w którym może swobodnie i bezpiecznie pracować" (Ch. Schroeder,
Byłam sekretarką Adolfa Hitlera).
W Wilczym Szańcu zapadały najważniejsze decyzje związane z przebiegiem
wydarzeń na frontach II wojny światowej. Na terenie 250 hektarów
znajdowało się około 80 obiektów o konstrukcji trwałej, z żelbetowymi
ścianami grubości 4-6 metrów i stropami ośmiometrowymi, oraz około 100
baraków drewnianych. Dachy budynków pokrywała warstwa ziemi z trawą,
naturalnymi krzakami i sztucznymi drzewami. Rozległy obszar podzielono
na strefy o różnej dostępności. Otaczały je zasieki i pola minowe, a także przeszkody naturalne: jeziora, bagna i lasy liściaste uzupełniane
imitacją roślinności, która starannie maskowała też wszystkie drogi.
Całą kwaterę dodatkowo chroniły rozmieszczone wokół baterie artylerii
przeciwlotniczej i myśliwce, czuwające w stałej gotowości na lotniskach
usytuowanych na przestrzeni stu kilometrów.
W promieniu siedemdziesięciu kilometrów rozlokowane zostały
współpracujące kwatery pomocnicze. W lesie koło Pozedrza - Hochwald
Heinricha Himmlera. W Szerokim Borze na terenie Puszczy Piskiej -
Breitenheide Hermanna Göringa. W zabytkowym pałacu w Sztynorcie -
rezydencja Joachima von Ribbentropa, ministra spraw zagranicznych III
Rzeszy. W Mamerkach - siedziba Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych. W lesie na północ od Gołdapi - kwatera Naczelnego Dowództwa Wojsk
Lotniczych. A w Mikołajkach - podporządkowana Wilhelmowi Canarisowi
wywiadowcza placówka Abwehry.
Misja Stauffenberga zaczęła się pomyślnie. Zamachowcom przydzielono
osobny pokój, w którym natychmiast zabrali się do roboty. Uzbroili
dopiero pierwszy ładunek, gdy rozległo się donośne pukanie do drzwi: -
Pułkowniku, już czas, zmieniono też salę odprawy, natychmiast pana do
niej zaprowadzę. - Schowali bombę w teczce Stauffenberga, drugą zabrał
ze sobą Haeften (wyrzucił ją potem z samolotu), który nie miał jednak
wstępu do sali obrad. - Jedna wystarczy - uznał pułkownik i po wejściu
do sali, tłumacząc się niedosłuchem po frontowej kontuzji, stanął
możliwie jak najbliżej Hitlera.
Narada została przyspieszona w związku z planowaną wizytą Benito
Mussoliniego. Włoski dyktator wylądował w czasie, gdy zamachowcy wracali
do Berlina. Gościł tu po raz czwarty. Wilczy Szaniec nieźle już znał,
tyle że tym razem był przywódcą po przejściach. Odsunięty przez rodaków,
zdymisjonowany i uwięziony, dzięki decyzji Hitlera został uwolniony z tajnego aresztu w ośrodku narciarskim na szczycie Gran Sasso po słynnej
brawurowej akcji niemieckich komandosów pod wodzą Ottona Skorzenego. I przez Führera przywrócony do władzy. Na zdjęciach z tej lipcowej wizyty
widać potem będzie Hitlera, jak niemal z uśmiechem pokazuje Mussoliniemu
zrujnowaną salę będącą miejscem zamachu.
Do Wilczego Szańca pielgrzymowali przywódcy prawie wszystkich krajów
związanych podczas II wojny z III Rzeszą, między innymi rumuński
marszałek Ion Antonescu i bułgarski car Borys III, turecki generał Ali
Fuat Erden i węgierski admirał Miklós Horthy, premier rządu Vichy Pierre
Laval i feldmarszałek Carl Gustaf Mannerheim z Finlandii, serbski
premier Milan Nedić i słowacki premier ksiądz Jozef Tiso. Pół żartem,
pół serio można by powiedzieć, że mała wieś Gierłoż, zwana wtedy
Görlitz, pod względem ważności dyplomatycznej zrównała się z najważniejszymi stolicami Europy.
Wracając do narady w Wilczym Szańcu w pamiętny czwartek 20 lipca 1944
roku, pułkownik postawił teczkę na podłodze pod masywnym dębowym stołem.
A następnie, pod pretekstem koniecznego telefonu do Berlina, pospiesznie
opuścił salę i cały budynek. O godzinie 12.42, kiedy razem z adiutantem
znaleźli się w bezpiecznym oddaleniu 200 metrów, usłyszeli wybuch. O powodzeniu zamachu miały świadczyć widoczne gołym okiem skutki. Dach
baraku został częściowo zerwany. A pośród wydostających się ze środka
rannych ujrzeli wynoszone na prowizorycznych noszach ciało, przykryte
łatwym do odróżnienia wojskowym płaszczem Adolfa Hitlera...
Powołując się na powierzoną pułkownikowi niecierpiącą zwłoki misję,
przebrnęli przez wszystkie wartownie. Dotarli do czekającego na nich
samolotu i natychmiast odlecieli w kierunku Berlina. Pierwszymi
uczuciami Stauffenberga były satysfakcja i duma. Spełnił to, co
większość wtajemniczonych uważała za niemożliwe. Dokonał skutecznego
zamachu. A tym samym wrota do podjęcia rozmów z Zachodem o rozejmie albo
przynajmniej honorowej kapitulacji III Rzeszy wydały się otwarte.
Należało tylko wdrożyć operację "Walkiria", zająć strategiczne punkty
Berlina i wielkich miast przez żołnierzy Armii Rezerwowej i - zgodnie z wcześniejszym planem puczystów - generała Ludwiga Becka uczynić głową
państwa, a konserwatywnego opozycjonistę Carla Friedricha Goerdelera -
kanclerzem. Wszystko to wydawało się realne w obliczu śmierci Adolfa
Hitlera, kiedy przestawała obowiązywać żołnierska przysięga na wierność,
której złamanie równało się zdradzie, ta zaś oznaczała wyrok śmierci.
Gdy charyzma i magia Führera, a zarazem lęk przed jego wszechmocnym
dotąd gniewem przestaną już działać, obudzi się w narodzie instynkt
samozachowawczy.
Jednak w Berlinie wątpiono w śmierć Hitlera - i słusznie. Stauffenberg
nie mógł wiedzieć, że jego śmiercionośną teczkę jeden z uczestników
narady dla wygody przestawił za masywną osłonę dębowego stołu. Że
krótkowzroczny Führer w momencie wybuchu był akurat głęboko pochylony
nad mapą rozłożoną na grubym blacie, który posłużył za tarczę. Że w drewnianym baraku z otwartymi oknami wybuch, znajdując łatwe ujście,
znacznie osłabił swą siłę. Że w rezultacie zginęły cztery osoby, a większość uczestników odniosła rany, lecz Hitler fizycznie poszkodowany
był minimalnie. Jak wspominał potem jego zaufany osobisty lekarz Theodor
Morell, w powybuchowym szoku wołał sam do siebie: "Jestem nie do
zranienia! Jestem nieśmiertelny!" (A. Richie, Warszawa 1944. Tragiczne
powstanie).
W Berlinie cały plan puczu stopniowo rozsypywał się niczym domek z kart.
Spiskowcom nie udało się przerwać nadawania programu radiowego, wskutek
czego wiadomości o nieudanym zamachu dotarły do wszystkich słuchaczy.
Około godziny 19.00 wciągnięty w spisek major Otto Ernst Remer,
odpowiedzialny za zamknięcie dzielnicy rządowej i aresztowanie Josepha
Goebbelsa, został przez tegoż telefonicznie połączony z Hitlerem. Ten
zaś od ręki mianował go pułkownikiem i nakazał bezwzględne zduszenie
puczu, słysząc w odpowiedzi trzaśnięcie obcasami i wiernopoddańcze:
Jawohl, mein Führer! O godzinie 22.50 dowódca Armii Rezerwowej generał
Friedrich Fromm nakazał aresztowanie spiskowców, pod swoim przewodem
powołał natychmiast trybunał wojenny i wydał wyroki śmierci.
Zaraz po północy Stauffenberg wraz z trzema towarzyszami broni, wołając:
"Niech żyją święte Niemcy" zginął od kul plutonu egzekucyjnego na
dziedzińcu rządowego gmachu. Około godziny 1.00 w nocy do Wilczego
Szańca dotarł z Königsbergu wóz transmisyjny niemieckiego radia,
umożliwiając Führerowi przemówienie do narodu. Wkrótce na jego rozkaz
rozpoczęła się okrutna rzeź opozycjonistów, bo wódz był przezorny i mściwy.
Sprawa polska na marginesie
Londyn - Waszyngton - Londyn
Kiedy 20 lipca 1944 roku zbuntowany odłam dowódców Wehrmachtu próbował
zgładzić Hitlera, w gabinecie premiera Zjednoczonego Królestwa przy
Downing Street 10 w Londynie aż do godzin popołudniowych panował
względny spokój. Premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill mógł spać
spokojnie, odkąd alianci uzyskali znaczącą przewagę w walkach z siłami
III Rzeszy. Ta wojna, kiedy bomby spadały na Londyn, kosztowała go wiele
zdrowia. Doznał dwóch ataków serca - w grudniu 1941 roku oraz niemal
równo dwa lata później. Dobiegający siedemdziesiątki Churchill,
arystokrata o silnym charakterze, tego popołudnia miał jednak inny
twardy orzech do zgryzienia.
Jak pogodzić ogień z wodą? - rozważał nie bez powodu. Imperialnych
Sowietów i dumnych Polaków, których poraziła niebywałym okrucieństwem
zbrodnia w Katyniu. Stalinowi od początku nie ufał i sojusz z kremlowskim dyktatorem uważał za zło konieczne. Rosyjska danina krwi
zawładnęła jednak szybko zbiorową wyobraźnią. Waszyngton, na czele z podatnym na sugestie Stalina prezydentem Stanów Zjednoczonych Franklinem
Delano Rooseveltem, szedł Sowietom na daleko idące ustępstwa.
Churchill, wpisany przez Berlin na czarną listę jako wróg III Rzeszy
numer jeden, także poszedł na kompromis z Moskwą. Uznał, podobnie jak
Roosevelt, że Sowieci są niezbędni do pokonania Hitlera. Czy dlatego
bagatelizował masakrę polskich oficerów w Katyniu? Chociaż jednocześnie
deklarował podziw dla naszych lotników podczas bitwy o Anglię. Gdy
jednak przyszło do konkretów, wolał machnąć ręką na narodowy interes
Polaków. Na mocy brytyjsko-sowieckiego porozumienia z maja 1942 roku po
cichu akceptował linię Curzona jako przyszłą granicę Polski z ZSRR.
Zarówno nastawionemu pozytywnie do Stalina Rooseveltowi, jak i zdominowanemu przez przewagę militarną i rosnącą amerykańską gospodarkę
premierowi Wielkiej Brytanii nie przyszło do głowy, żeby zaprosić polski
rząd na konferencję w Teheranie w listopadzie 1943 roku, ani choćby
poinformować o jej wynikach. A jeśli nawet, to i tak został zdominowany
przez obu sojuszników. Chcąc nie chcąc, Churchill pogrążał się coraz
bardziej w prosowieckim nurcie, stając się najsłabszym graczem w Wielkiej Trójce. Uczestniczył nawet w "przyjacielskich" spotkaniach ze
Stalinem podczas pieczenia kiełbasek przy wspólnym ognisku.
Jeśli z punktu widzenia Churchilla dwie pierwsze dekady lipca 1944 roku
nie były może okresem politycznie najgorętszym, to w kręgach polityków
polskich na uchodźstwie aż się gotowało. Minął właśnie rok od katastrofy
w Gibraltarze, w której zginął premier Władysław Sikorski. A sprawa
wznowienia stosunków dyplomatycznych zerwanych przez Moskwę po
ujawnieniu zbrodni katyńskiej utknęła w martwym punkcie, pomimo mediacji
aliantów usiłujących pogodzić zwaśnione strony. Tymczasem konsekwencje
takiego stanu rzeczy mogły być nieobliczalne w skutkach.
Jaki będzie kształt wyzwolonej spod okupacji Polski? - zachodzili w głowę emigracyjni politycy. - Którędy pobiegną nowe granice
Rzeczypospolitej, czy uda się wynegocjować coś więcej niż ustalenie jej
na linii Curzona? Stawką trudnej do przewidzenia gry Stalina było życie
tysięcy rodaków - żołnierzy Armii Krajowej! Kartą przetargową w rozmowach bezpośrednich z czerwonym dyktatorem miała stać się
intensyfikacja walki zbrojnej w kraju. Lecz jak przekonać do tego
Churchilla, Roosevelta, a przede wszystkim Stalina?
Premier Stanisław Mikołajczyk usiłował podczas rozmowy z Rooseveltem w Waszyngtonie, w czerwcu 1944 roku, uzmysłowić prezydentowi Stanów
Zjednoczonych rolę Armii Krajowej w decydującym momencie rozgrywki. Na
spotkanie czekał długo, około pół roku. Mikołajczyk wraz z generałem
Stanisławem Tatarem, zastępcą szefa sztabu Naczelnego Wodza, zostali
przyjęci w gabinecie Roosevelta dopiero w związku ze zbliżającymi się
wyborami prezydenckimi w USA. Polonia amerykańska, widząc niechęć
prezydenta do angażowania się w sprawy polskie, była coraz bardziej
sceptyczna wobec jego polityki w Europie Środkowo-Wschodniej.
Sceptycyzmu nie kryli zarówno przedstawiciele Komitetu Narodowego
Amerykanów Polskiego Pochodzenia, jak i powstałego w Buffalo, w maju
tego roku, Kongresu Polonii Amerykańskiej. Obawiając się dalszego
pogorszenia swego wizerunku wśród wyborców z polskim rodowodem,
prezydent Roosevelt zobowiązał premiera Mikołajczyka do niewystępowania
publicznie na zgromadzeniach amerykańskiej Polonii.
Mikołajczyk nie wiedział, że Roosevelt poinformował Stalina o jego
wizycie w Waszyngtonie. Jako wierny sojusznik, prezydent USA dał
moskiewskiemu dyktatorowi do zrozumienia, że w niczym nie naruszy
porozumień teherańskich. Podczas spotkania namawiał polskiego premiera
do kompromisu ze Stalinem, udania się na rozmowy do Moskwy, a także
dokonania daleko idących zmian personalnych w rządzie. Stalin nie życzył
sobie współpracy z generałami Kazimierzem Sosnkowskim i Marianem
Kukielem. A ponadto - co jednoznacznie sugerował prezydent Roosevelt -
nalegał na odsunięcie od władzy prezydenta Władysława Raczkiewicza.
Zapewne prezydent USA nie zdawał sobie sprawy - szeptali między sobą
polscy uczestnicy spotkania - że w gruncie rzeczy namawiał ich do
dokonania... zamachu stanu. Wymiana prezydenta i Naczelnego Wodza drogą
konstytucyjną była przecież niemożliwa! A kiedy Roosevelt dowodził, że
Stalin pragnie mocnej, demokratycznej i niepodległej Polski, Mikołajczyk
doznał kolejnego zawodu. Odpowiedział wprost, że Polska może wierzyć
Ameryce, ale nigdy stalinowskiej Rosji.
Do tematu Armii Krajowej Mikołajczyk powrócił w czasie spotkania z Churchillem 22 czerwca. Dyskusja, podczas której premier Wielkiej
Brytanii palił ulubione cygaro, trwała około czterech godzin.
Mikołajczyk przedstawił rządowi brytyjskiemu, podobnie jak wcześniej
Rooseveltowi, koncepcję przeprowadzenia szerokiej operacji militarnej
polskiego podziemia we współpracy z armią rosyjską.
Z obu spotkań wyszedł z niczym. Jeśli nie liczyć listów Roosevelta oraz
Churchilla do sowieckiego dyktatora, w których namawiali go do rozmowy z polskim premierem. A to stawiało Mikołajczyka w upokarzającej roli
petenta. Zarówno premier, jak i inni przedstawiciele Rządu
Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie nie wiedzieli jednak, jak
skruszyć ten mur niezrozumienia. Podczas rozmów z alianckimi decydentami
usłyszeli wiele niejednoznacznych, pokrętnych, pełnych obaw odpowiedzi.
Wtedy nie zdawali sobie sprawy, że były one pokłosiem podjętej wcześniej
decyzji Wielkiej Trójki, ponieważ już w Teheranie Polskę przypisano do
sowieckiej strefy wpływów. I tam również ostatecznie upadła lansowana
przez Churchilla propozycja utworzenia drugiego frontu na Bałkanach.
Projektu rozszerzenia walki w kraju o lokalne powstania też jeszcze nie
zatwierdzili najważniejsi polscy politycy. Kwestie działań podziemia
zostały, co prawda, uregulowane przez zarządzenie akcji "Burza", ale
nowe rozkazy powinien wydać znający najlepiej sytuację w okupowanej
Polsce Komendant Główny Armii Krajowej generał Tadeusz "Bór" Komorowski.
Według obowiązującej instrukcji "Burzy" ujawniająca się podziemna
administracja oraz Armia Krajowa powinny wystąpić w roli gospodarza
przed nadciągającą Armią Czerwoną. I dopiero wtedy zdaniem AK będzie
prowadzona wspólnie z jednostkami sowieckimi walka z wycofującymi się
oddziałami niemieckimi. Należało szarpać wroga na tyłach. W żadnym
wypadku nie wzniecać powstania w dużych miastach - Wilnie, Lwowie czy
Warszawie. Nie rzucać się z motyką na Słońce.
W kręgach najwyższych polskich władz cywilnych i wojskowych istniały
duże różnice zdań na ten temat. W lipcu walki o Warszawę stały się
tematem niezliczonych rozmów i dywagacji. Za zwolennika powstania
uchodził premier Mikołajczyk. Przeciwny tej koncepcji był Naczelny Wódz,
generał Kazimierz Sosnkowski. Podczas zorganizowanego 3 lipca
londyńskiego spotkania dowodził, że prezentowana przez ministra obrony
narodowej, generała Mariana Kukiela, koncepcja wzniecenia powstania
przez Armię Krajową na ograniczonym terenie, nawet w wypadku klęski
niemieckiej, mogłaby doprowadzić do rzezi polskiej ludności. Bez
porozumienia z ZSRR i współdziałania z Armią Czerwoną powstanie byłoby z wojskowego punktu widzenia niczym innym jak aktem rozpaczy -
argumentował rzeczowo Naczelny Wódz.
Sosnkowski był sceptyczny także w stosunku do prezentowanego w rozmowach
przekonania o szybkim rozpadzie Niemiec. Przestrzegał, że na terenie
Polski znajdzie się w odwrocie około stu niemieckich dywizji! Ranny
niczym dzikie zwierzę, ale ciągle groźny Wehrmacht będzie bronił
zażarcie dostępu do granic III Rzeszy. Generał był ostrożny w szukaniu
analogii do 1918 roku, kiedy polscy cywile rozbrajali Niemców pokojowo
na ulicach Warszawy.
Podczas kolejnego londyńskiego spotkania 6 lipca uzgodniono, że akcja
"Burza" będzie kontynuowana, a "powstanie powszechne mogłoby się stać
realne jedynie przy wycofywaniu się Niemców w popłochu" (A.L. Sowa, Kto
wydał wyrok na miasto?...). To zdanie, wyrwane z szerszego kontekstu
wykładni Naczelnego Wodza, było niczym wyjątek potwierdzający regułę. A jednak Mikołajczyk i kilku jego znaczących popleczników chwyciło się
tego sformułowania.
Generał Sosnkowski, skonfliktowany zarówno z premierem Mikołajczykiem,
jak i prezydentem Raczkiewiczem, wyjechał 11 lipca do Włoch. Zamierzał
tam powtórnie wizytować 2. Korpus generała Władysława Andersa. Planował
też rozmowy z aliantami na wysokim szczeblu - wojskowymi i cywilnymi. W ten sposób, nie mając dostępu do ważnych informacji, główny przeciwnik
wzniecenia powstania wyłączył się niejako na własne życzenie z gry o losy mieszkańców Warszawy. Nie był w stanie przekonać oponentów do
koncepcji Sosnkowskiego także generał Stanisław Tatar, zastępca szefa
Sztabu Naczelnego Wodza do Spraw Krajowych. Mimo że powszechnie znany
był jego pogląd: wojsko powinno walczyć ze sobą, a nie z ludnością
cywilną.
Teraz jednak, w późnych godzinach popołudniowych 20 lipca, gruchnęła
przechwycona z nasłuchu radiowego wieść o niemieckim puczu. W gabinecie
na Downing Street zawrzało. Sprawa polska nabrała niespodziewanie dużego
znaczenia w oczach Churchilla. Postanowił doprowadzić do spotkania
Stalina z Mikołajczykiem. Liczył na to, że polski premier przyjmie
twarde warunki sowieckiego dyktatora.
I jeszcze tego samego dnia, kilka godzin po nadejściu informacji o zamachu na Hitlera, nadał depeszę. Namawiał Kreml do nawiązania
stosunków dyplomatycznych z Rzeczpospolitą oraz współpracy wojskowej z Armią Krajową. Zaproponował jak najszybszą podróż Mikołajczyka do Moskwy
oraz spotkanie ze Stalinem. Oczywiście - dodawał kurtuazyjnie - gdy
polski premier o to poprosi.
To ostatnie zdanie dopisał prawdopodobnie bez wiedzy Mikołajczyka,
którego zresztą do wizyty nie trzeba było namawiać. Polski premier
prowadził od marca 1944 roku negocjacje z ambasadą sowiecką w Londynie
za pośrednictwem ministra spraw wewnętrznych Władysława Banaczyka.
Stawka rozmów była wysoka. Brytyjczycy sugerowali utworzenie w Polsce
kompromisowego rządu złożonego z komunistów oraz ugodowych stronnictw
niepodległościowych - głównie ludowców i socjalistów. W lipcu
Mikołajczyk dalej prowadził poufne rozmowy, ale spaliły one na panewce.
Londyńscy przedstawiciele Rosjan, w tym wypadku niedecyzyjni, grali
wyraźnie na zwłokę. Stawiali polskiemu premierowi wygórowane żądania,
jak zdymisjonowanie generała Sosnkowskiego i prezydenta Raczkiewicza.
Żądania te Polacy usłyszeli zresztą już wcześniej w Waszyngtonie. I Mikołajczyk postanowił czekać, skoro Brytyjczycy sugerowali spotkanie ze
Stalinem i omówienie ważnych kwestii w osobistej rozmowie.
Polaków i Brytyjczyków czas gonił teraz nieubłaganie. Czy list
Churchilla zachęcający do pojednania Moskwy z Warszawą był konsekwencją
berlińskiego puczu? Wydaje się to wysoce prawdopodobne. Nieudana próba
zgładzenia Führera mogła przecież świadczyć o postępującej
degrengoladzie w szeregach Wehrmachtu. A stąd logiczny wniosek, że
rozpad III Rzeszy jest już bliski.
Pokrętny plan Stalina
Moskwa - Białoruś
Jeszcze tego samego dnia depesza Churchilla dotarła na Kreml. Sowiecki
dyktator czuł się teraz pewnie i dlatego postanowił narzucić warunki
porozumienia z polskim rządem. To już nie był ten sam zagubiony
towarzysz Stalin, który po wybuchu wojny z Niemcami przeżywał załamanie
nerwowe i ukrywał się przed światem. Dopiero po kilkunastu dniach
wygłosił wówczas przemówienie radiowe, rzucając swojemu narodowi
wielkomocarstwowe obietnice dotyczące potęgi militarnej ZSRR i nadchodzących zwycięstw, o czym wróg wkrótce się przekona...
W pierwszych tygodniach zmagań, gdy wojska niemieckie z impetem
realizowały plan "Barbarossa", zapewne sam wątpił w te zapewnienia.
Historia okazała się jednak łaskawa dla "wodza narodów". Wezwani przez
dyktatora do Wielkiej Wojny Ojczyźnianej żołnierze rosyjscy podjęli
walkę na śmierć i życie. Ginęły w niej miliony. I dzięki tym ofiarom...
dotrzymał słowa jako zwycięzca jednej z najbardziej spektakularnych
bitew II wojny światowej pod Stalingradem, a potem największej w świecie
bitwy pancernej na Łuku Kurskim.
Amerykańscy dziennikarze w wywiadach kreowali dyktatora na dobrego
"wujka Joe", chociaż miał na sumieniu miliony ludzkich istnień. W bezkrytycznych artykułach, których prosowiecki charakter graniczył ze
zbiorowym szaleństwem, anglojęzyczni żurnaliści lansowali chwytający za
serce portret skromnego wodza - ubranego w prosty, pozbawiony dystynkcji
mundur i żołnierskie buty z cholewami.
A jakie pokrętne plany miał wobec polskich sąsiadów, przeciwko którym
sprzymierzył się z Hitlerem? Nigdy nie zapomniał klęski w wojnie 1920
roku. Pozwoliła odbudować się wrogiej wielkopańskiej Polsce i powstrzymała sowiecki marsz na Zachód. Nie wybaczył marszałkowi
Michaiłowi Tuchaczewskiemu poniżenia, kiedy ten obciążył go winą za
przegraną Bitwę Warszawską. Rozliczył się z nim podczas wielkiej czystki
lat trzydziestych. Z polskim wojskiem dokonał "rozliczenia" w Katyniu.
Nakazał zamordować grubo ponad 420 tys. mundurowych - żołnierzy (w tym
ponad 10 tys. oficerów), policjantów, a nawet polskich kolejarzy.
Korzystny dla niego przebieg wydarzeń II wojny światowej dawał okazję do
kolejnych rozliczeń, jak likwidacja żołnierzy Armii Krajowej. Dowódcy
akcji "Burza" sądzili, że gdy Polskie Siły Zbrojne przegonią cofających
się Niemców i jako gospodarze powitają Rosjan, to Armia Czerwona nie
zignoruje faktów dokonanych. Tkwili w takim przekonaniu, wsłuchując się
w głos nieżyjącego generała Władysława Sikorskiego. Były polski premier
dowodził, a za nim inni czołowi politycy, że gdyby Rosjanie zignorowali
dokonania Armii Krajowej, to wówczas poniosą konsekwencje takiego kroku
wobec całego świata.
Teraz, gdy nadeszła depesza z Londynu, Stalin znalazł się w komfortowej
sytuacji. Wiedział swoje. W rozgrywkach z Churchillem postanowił grać na
zwłokę. I odłożył, przynajmniej oficjalnie, sprawę Polski na dalszy
plan. Podejmie rękawicę wtedy - snuł rozważania - gdy będzie miał więcej
atutów. Na własnych, twardo postawionych warunkach.
Letnia ofensywa sowiecka była udana i "czerwony car" mógłby zostawić
fachowym dowódcom kwestie militarne. Jednak w przeciwieństwie do
Hitlera, który kilka lat przed zamachem w Wilczym Szańcu oddał
kierowanie resortami w ręce zaufanych współpracowników, Stalin nie
wierzył nikomu. Był zwolennikiem ręcznego sterowania na każdym kroku.
Osobiście stanął na czele Państwowego Komitetu Obrony, który kierował
działalnością wszystkich ministerstw i organów państwa. Kontrolował
działania wojenne za pomocą najwyższego organu ds.
operacyjno-strategicznych, jakim była Stawka Najwyższego Naczelnego
Dowództwa (w skrócie pisano i mówiono - Stawka). Grono dowódców,
włącznie z zastępcą Stalina marszałkiem Gieorgijem Żukowem, zobowiązał
do składania codziennych raportów dotyczących najświeższych wydarzeń
wojskowych. Straty Armii Czerwonej były wprawdzie znacznie wyższe niż
Wehrmachtu, ale Sowieci i tak mieli kolosalną przewagę liczebną.
Wspierani przez aliantów dostawami uzbrojenia, środków transportu i żywności, parli nieustannie na zachód.
Militarnym oczkiem w głowie Stalina stała się, osobiście przez niego
zatwierdzona nocą z 30 na 31 maja 1944 roku, operacja "Bagration"
przeprowadzona według koncepcji marszałka Konstantego Rokossowskiego.
Rozpoczęła się 23 czerwca (niektórzy historycy podają datę 22 czerwca),
w trzecią rocznicę ataku Niemiec na ZSRR. Broniąca się na długim
odcinku, liczącym około 1100 kilometrów, niemiecka Grupa Armii "Środek"
wycofywała się pod naporem Armii Czerwonej z okupowanych terenów
Białorusi i Litwy. Na początku lipca wojska sowieckie zdobyły Mińsk,
Słonim i Pińsk na Białorusi. Dwa tygodnie później rozgromiły ugrupowanie
niemieckie w rejonie Białowieży, rozwijając w kolejnych dniach natarcie
w kierunku na Brześć aż po linię Bugu. A 20 lipca Armia Czerwona,
wspierana przez oddziały Armii Krajowej Okręgu Polesie, zajęła Kobryń.
Jeszcze wieczorem tego samego dnia wywiad sowiecki pozyskał informacje
na temat nieudanego puczu w Niemczech. Stalin zacierał ręce. Prowadził
właśnie przygotowania do rozstrzygnięć w sprawie polskiej. Jednym z elementów pokerowej zagrywki było opracowanie nowej dyrektywy dla
marszałka Rokossowskiego. Zakładała ona zasadniczą zmianę zadania wojsk
1. Frontu Białoruskiego, którym polecił teraz błyskawiczne zajęcie
Lublina. Zapewne dostrzegł zdziwienie na twarzy marszałka, który -
chociaż nie odważył się zaprotestować - wiedział doskonale, że z wojskowego punktu widzenia rozkaz jest bezsensowny. Niemiecka 2. Armia
zyskiwała w ten sposób czas niezbędny do wycofania się na skrócone linie
obrony.
Stalin, który nie miał zwyczaju tłumaczyć się ze swoich decyzji, tym
razem wyjaśnił - zmiana zadań ma charakter polityczny. Zamierzał osadzić
w Lublinie przedstawicieli prosowieckiego rządu pod szyldem Polskiego
Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Z takim planem nosił się od dawna.
Dlatego dzień wcześniej, 19 lipca, przyjął delegację złożoną z członków
Związku Patriotów Polskich oraz komunistów z Warszawy, którzy utworzyli
Krajową Radę Narodową. Powojenna Polska jawiła mu się jako podległe
Sowietom państwo, a dla gospodarki ZSRR miała być kurą znoszącą złote
jaja. Wielkie dostawy półdarmowej żywności, miliony ton węgla,
podporządkowanie Moskwie polskiego przemysłu... Mniejsza o kolejne setki
czy nawet tysiące poległych żołnierzy. Zorganizujemy brankę w Polsce,
snuł marzycielski sen, powtarzając ulubione słowa: "Czekista ma tylko
dwie drogi: albo awans, albo pod ścianę" (O. Khlevniuk, Stalin. Nowa
biografia).
Tymczasem szybkie zdobycie Lublina zaangażowało wielkie siły wojsk
pancernych Rokossowskiego. Wykluczyło zatem zajęcie Warszawy w najbliższym okresie. Czy właśnie wtedy w głowie kremlowskiego dyktatora
narodził się diaboliczny pomysł skazania stolicy Polski na zagładę,
przez podsycanie nastrojów bojowych żołnierzy Armii Krajowej? A potem
szlaban dla działań Armii Czerwonej w rejonie Warszawy. I czekanie, aż
wykrwawi się milionowe miasto! Taki był przecież ulubiony styl pracy
twórcy sowieckiego imperium.
Klęska Akcji "Burza"
Warszawa - Wileńszczyzna - Lubelszczyzna
W jednym z konspiracyjnych lokali warszawskich Komendant Główny Armii
Krajowej generał Tadeusz "Bór" Komorowski rekapitulował wiadomości,
jakie otrzymał na temat przebiegu akcji "Burza" na Wileńszczyźnie.
Trudno przychodziło je określić inaczej niż fatalne.
Głównym założeniem "Burzy" było podejmowanie przez skoncentrowane siły
AK walki z wojskami niemieckimi wycofującymi się pod naporem Armii
Czerwonej. Sukcesywnie w kolejnych regionach. Po to, aby pokazać rodakom
i światu, że Armia Krajowa nie stoi z bronią u nogi, lecz - gdy
przychodzi pora - walczy z wrogiem. Że czynnie wspiera przy tym ofensywę
radziecką jako realizację planów militarnych Wielkiej Koalicji. A także
po to, aby na ziemiach polskich w roli gospodarzy witać Armię Czerwoną,
podkreślając, że za plecami dywizji AK stoją ukonstytuowane już władze
cywilne, będące delegaturą rządu polskiego działającego na uchodźstwie w Londynie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki