13 dni, które zmieniły Polskę - Kazimierz Kunicki, Tomasz Ławecki

Kup ebooka

31.50 zł
26.15 zł (24,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Do napi­sa­nia tej książki zachę­ciła nas zaska­ku­jąca hipo­teza o bli­skim związku przy­czy­no­wym pomię­dzy zama­chem na życie Hitlera w jego Wil­czym Szańcu w Gier­łoży a wybu­chem powsta­nia w War­sza­wie. Sta­ra­li­śmy się więc prze­śle­dzić te trzy­na­ście dni, od zama­chu do godziny "W". Dzień po dniu, czę­sto­kroć godzina po godzi­nie, w wielu miej­scach istot­nych dla teatru wojny - Moskwie, Ber­li­nie, Wil­czym Szańcu, Lon­dy­nie, Waszyng­to­nie... Ten zwią­zek czer­woną nicią zazna­cza się we wszyst­kich dniach, na ile zaś był istotny, pró­bu­jemy odpo­wie­dzieć cało­ścią tego opra­co­wa­nia.

Sta­ra­jąc się być pre­cy­zyj­nymi, sta­nę­li­śmy przed koniecz­no­ścią poda­nia dat odpraw wyso­kich rangą ofi­ce­rów z udzia­łem dowódcy Armii Kra­jo­wej. Jed­nak w wielu przy­pad­kach we wspo­mnie­niach ich uczest­ni­ków wystę­po­wały pewne roz­bież­no­ści co do godzin i dat. Poda­wa­li­śmy te naj­bar­dziej praw­do­po­dobne. Nie zmie­nia to faktu, że nie tylko spo­tka­nia te się odbyły, ale rów­nież zapa­dały na nich naj­waż­niej­sze decy­zje.

Wda­jąc się w histo­ryczne gdy­ba­nie - wydaje nam się, że losy zama­chu w Wil­czym Szańcu mogły pro­wa­dzić do zasad­ni­czych zmian sytu­acji poprze­dza­ją­cej pod­ję­cie decy­zji o wybu­chu powsta­nia w War­sza­wie. Gdyby ochrona Führera zatrzy­mała von Stauf­fen­berga i do zama­chu w ogóle by nie doszło, można przy­pusz­czać, że wście­kłość Hitlera i jego ako­li­tów z wielką siłą zwró­ci­łaby się prze­ciw zdra­dziec­kim krę­gom kadry dowód­czej Wehr­machtu, ale nie prze­ro­dzi­łaby się w tak pato­lo­giczną, bar­ba­rzyń­ską nie­na­wiść do War­szawy, owo­cu­jącą roz­ka­zem wytar­cia jej z mapy. Gdyby zaś zamach się udał, a prze­cież na prze­szko­dzie sta­nął zupeł­nie nie­praw­do­po­dobny zbieg przy­pad­ków, wydaje się wysoce praw­do­po­dobne, że sfor­mo­wane przez zama­chow­ców nowe wła­dze III Rze­szy zro­bi­łyby wszystko, by zawrzeć pokój z Wielką Koali­cją, a nawet bez­wa­run­kowo ska­pi­tu­lo­wać przed Zacho­dem, byle tylko nie dostać się w ręce Sowie­tów. Wów­czas zapewne do powsta­nia w ogóle by nie doszło. War­szawa byłaby oca­lona.

Obraz, jaki nam się w trak­cie tej pracy odsła­niał, był dla nas przy­gnę­bia­jący. Z jed­nej strony, patrio­tyzm i dziel­ność setek tysięcy miesz­kań­ców sto­licy oraz nie­zna­jące gra­nic poświę­ce­nia boha­ter­stwo owych "Kolum­bów rocz­nik 1920", któ­rzy swą walkę i ofiarę życia trak­to­wali jako oczy­wi­sty obo­wią­zek wobec Ojczy­zny i sprawę oso­bi­stego honoru. Z dru­giej, pira­mida dowód­czej nie­kom­pe­ten­cji, braku wyobraźni, błęd­nych kal­ku­la­cji zarówno woj­sko­wych, jak i poli­tycz­nych. Goto­wość posy­ła­nia na stra­ce­nie elity pol­skiej mło­dzieży w celu rze­ko­mego zasłu­że­nia sobie na wol­ność w oczach Wiel­kiej Koali­cji. Łatwość rzu­ca­nia "kamieni na sza­niec", niczym w poetyc­kim Testa­men­cie... Juliu­sza Sło­wac­kiego. To prawda, że pol­scy decy­denci i dowódcy jakże czę­sto sta­wali przed wybo­rem dra­ma­tycz­nym, mię­dzy złym a jesz­cze gor­szym. Nie zmniej­sza to jed­nak kosz­tów powstań­czej tra­ge­dii.

Powsta­nie war­szaw­skie zmie­niło Pol­skę. Zbu­rzyło wyobra­że­nia Pola­ków o miej­scu przy­zna­nym nam w Euro­pie i świe­cie, poję­cia o sojusz­ni­czej soli­dar­no­ści, o uczci­wo­ści mię­dzy­na­ro­do­wych zobo­wią­zań, o mecha­ni­zmach wiel­kiej poli­tyki. Po tych trzy­na­stu dniach poprze­dza­ją­cych wybuch powsta­nia i ponad dwóch mie­sią­cach powstań­czej walki świat w oczach Pola­ków był już inny. I zupeł­nie inna od tej, jaką wyma­rzyli sobie odda­jący życie powstańcy, oka­zała się powo­jenna pol­ska rze­czy­wi­stość. Wepchnięci w ramiona sta­li­now­skiego dyk­ta­tora, Polacy musieli przez kolej­nych 45 lat zma­gać się z narzu­co­nymi ide­olo­gią, porząd­kiem gospo­dar­czym i histo­rycz­nymi pro­pa­gan­do­wymi kłam­stwami na temat powsta­nia war­szaw­skiego i mordu katyń­skiego.

Czy nagła śmierć jed­nego czło­wieka może zmie­nić bieg dzie­jów? Histo­rio­gra­fia dawno już ode­szła od tak daleko idą­cych inter­pre­ta­cji i spe­ku­la­cji per­so­na­li­stycz­nych. Czy więc zgła­dze­nie latem 1944 roku Adolfa Hitlera, Führera III Rze­szy pla­no­wa­nej na tysiąc­let­nią, mogło odmie­nić finał II wojny świa­to­wej?

Zapewne nie. Osta­teczne jej zakoń­cze­nie i wpro­wa­dze­nie porząd­ków usta­lo­nych przez Wielką Koali­cję w Tehe­ra­nie, a potwier­dzo­nych póź­niej w Jał­cie i Pocz­da­mie, było praw­do­po­dob­nie prze­są­dzone. Jed­nak inny oka­załby się wów­czas jej krwawy rachu­nek, liczony kolej­nymi milio­nami ludz­kich ofiar. Czy doszłoby do ato­mo­wej heka­tomby w Hiro­szi­mie i Naga­saki? I czy - z naszego punktu widze­nia przede wszyst­kim - nastą­piłby wybuch powsta­nia war­szaw­skiego? A w jego rezul­ta­cie - obró­ce­nie w gruzy dum­nej pol­skiej sto­licy i zagłada dwu­stu tysięcy jej miesz­kań­ców?

Udany zamach na Hitlera zapewne zmie­niłby wiele. Nie­udany też miał świa­towe reper­ku­sje. Stał się, jeżeli nie deto­na­to­rem, to co naj­mniej kata­li­za­to­rem wielu istot­nych dla świata i Pola­ków zda­rzeń. I temu wła­śnie pró­bu­jemy się w tej książce przyj­rzeć.

Zamach na Hitlera

Ber­lin - Gier­łoż - Ber­lin

W czwart­kowy ranek, 20 lipca 1944 roku, Claus Schenk Graff von Stauf­fen­berg leciał z Ber­lina do Rasten­burga, jak wów­czas nazy­wano Kętrzyn. W godzi­nach połu­dnio­wych ruty­nowo odby­wała się codzienna główna narada szta­bowa, na którą miał się sta­wić w Wil­czym Szańcu, kwa­te­rze Adolfa Hitlera głę­boko ukry­tej w mazur­skich lasach. 37-letni postawny męż­czy­zna w nie­na­gan­nie skro­jo­nym mun­du­rze puł­kow­nika Wehr­machtu prze­ży­wał na pokła­dzie myśliwca Luft­waffe to, co psy­cho­lo­go­wie nazy­wają "fil­mem życia".

Cała prze­szłość prze­su­wała mu się w pamięci niczym sza­leń­czo przy­spie­szona pro­jek­cja. Dumny poto­mek jed­nego z naj­star­szych i naj­znacz­niej­szych ary­sto­kra­tycz­nych rodów połu­dnio­wo­nie­miec­kich przez dłuż­szy czas wie­rzył w gło­szoną przez Hitlera ideę Wiel­kich Nie­miec. Wojna otwie­rała Leben­sraum - nowe prze­strze­nie życiowe dla jego narodu. Pod­bita Pol­ska stała się pierw­szym kro­kiem do tego celu. Opi­sy­wał ją w listach do żony: "Nie­wia­ry­godny motłoch, bar­dzo dużo Żydów i mie­szań­ców [...] naród, który, aby dobrze się czuć, naj­wy­raź­niej potrze­buje batoga, ale z któ­rego tysiące jeń­ców przy­czy­nią się na pewno do roz­woju naszego rol­nic­twa" (H. Hor­st­mann, Ope­ra­tion Walküre...). Potem wró­ciły mu obrazy nie­wia­ry­god­nych okru­cieństw, jakich w dro­dze na wschód, aż pod Moskwę, dopusz­czali się jego towa­rzy­sze broni. I drę­czyła kosz­marna wizja toczą­cego się teraz na zachód walca sowiec­kiej machiny wojen­nej, docie­ra­ją­cego do gra­nic III Rze­szy.

Zasta­na­wiał się, jak długo jego rodacy będą w sta­nie odpie­rać ataki na oku­po­wa­nych tere­nach Bia­ło­rusi i Litwy. I jak straszny będzie odwet liczą­cej ponad pięć milio­nów żoł­nie­rzy Armii Czer­wo­nej? Gdy zro­zu­miał swój błąd, stał się skry­tym, nie­prze­jed­na­nym wro­giem Führera. Goto­wym posta­wić wszystko na jedną kartę. Zgła­dzić daw­nego idola, ryzy­ku­jąc życiem nie tylko wła­snym, ale rów­nież uko­cha­nej rodziny.

Już wcze­śniej Stauf­fen­berg dzie­lił się pota­jem­nie wąt­pli­wo­ściami i pla­nami z wybra­nym gro­nem dowód­ców Wehr­machtu. Wspól­nie doszli do prze­ko­na­nia, że jedy­nym ratun­kiem dla Nie­miec będzie poro­zu­mie­nie z Zacho­dem. A w kon­se­kwen­cji prze­rzu­ce­nie wszyst­kich sił na front wschodni w celu powstrzy­ma­nia ofen­sywy sowiec­kiej. I kapi­tu­la­cja na warun­kach hono­ro­wych. Może nawet z zacho­wa­niem takich zdo­by­czy tery­to­rial­nych, jak uro­dzajna Wiel­ko­pol­ska i gór­ni­czo-prze­my­słowy Śląsk? Wie­rzył, że jest to moż­liwe, dopóki armia nie­miecka, choć w odwro­cie, sta­nowi realną i groźną siłę.

Na prze­szko­dzie poro­zu­mie­niu z alian­tami stała jed­nak wszech­władna wola Führera. Naka­zał wal­czyć, nie bacząc na skutki, póki kamień pozo­staje na kamie­niu. Tę prze­szkodę woj­skowi spi­skowcy kil­ku­krot­nie sta­rali się już poko­nać, wszakże wszyst­kie ich próby zama­chu zawo­dziły, jakby sta­ro­ger­mań­scy bogo­wie z oper Richarda Wagnera, w któ­rych Hitler tak gusto­wał, ota­czali go swą opieką. Tak więc Stauf­fen­berg musiał poko­nać ją sam, oso­bi­ście, na chwałę świę­tych Nie­miec i dla ich przy­szło­ści. Despe­racki plan od początku wisiał na wło­sku, a per­spek­tywa ura­to­wa­nia się zama­chowca wyda­wała się nie­wielka. Zamach miał jed­nak pewne szanse powo­dze­nia. I tego posta­no­wił się trzy­mać za wszelką cenę.

Kwa­drans po dzie­sią­tej puł­kow­nik wraz z zaufa­nym adiu­tan­tem, porucz­ni­kiem Wer­ne­rem von Haefte­nem, wysia­dał na lot­ni­sku polo­wym koło Kętrzyna, żeby pod­sta­wio­nym spe­cjal­nie dla nich samo­cho­dem prze­mie­ścić się do odle­głego o sześć kilo­me­trów Wil­czego Szańca. Pod pachą miał masywną skó­rzaną teczkę pełną doku­men­tów. Opa­sły paku­nek wyda­wał się czymś zupeł­nie natu­ral­nym w rękach szefa sztabu nie­miec­kiej Armii Rezer­wo­wej, uczest­ni­czą­cego w odpra­wach u samego Führera.

Pomię­dzy doku­men­tami ukrył dwa nie­spełna kilo­gra­mowe nie­uzbro­jone ładunki wybu­chowe o dużej mocy, z trzy­dzie­sto­mi­nu­to­wymi bez­gło­śnymi zapal­ni­kami che­micz­nymi. Rewi­zja puł­kow­nika i jego adiu­tanta raczej nie wcho­dziła w grę, cho­ciaż teren sys­te­ma­tycz­nie patro­lo­wali straż­nicy z psami. Stauf­fen­berg był czło­wie­kiem naj­wyż­szego zaufa­nia. Boha­te­rem wojny, który na fron­cie afry­kań­skim - pod ostrza­łem ame­ry­kań­skich myśliw­ców - stra­cił lewe oko, prawą dłoń oraz dwa palce u lewej; żar­to­wał póź­niej, że sam nie wie, po co mu było daw­niej dzie­sięć pal­ców, skoro teraz dobrze radzi sobie trzema. Pomimo kalec­twa nie wyje­chał na długą rekon­wa­le­scen­cję do rodzin­nych mająt­ków ziem­skich. Pozo­stał w woj­sku, zamie­nia­jąc służbę fron­tową na szta­bową. Był mile widziany w każ­dym towa­rzy­stwie. Wyróż­niał się z daleka jedwabną czarną blindą osła­nia­jącą mu lewy oczo­dół.

Wil­czy Sza­niec, nazwany tak oso­bi­ście przez Hitlera, od czerwca 1941 roku do 20 listo­pada 1944 roku sta­no­wił jego kwa­terę główną z ponad dwu­ty­sięczną załogą. Oto­czony wzo­rową opieką, w tym uśmiech­nię­tych sekre­ta­rek goto­wych do pomocy pod­czas pracy w gabi­ne­cie, spę­dzał tu więk­szość czasu. Na stół wodza wege­ta­ria­nina tra­fiały upra­wiane w "przy­do­mo­wym" ogro­dzie świeże warzywa. Nie narze­kał na brak natu­ral­nego oświe­tle­nia, a ponury bun­kier nazwał "jed­nym z nie­licz­nych miejsc w Euro­pie, w któ­rym może swo­bod­nie i bez­piecz­nie pra­co­wać" (Ch. Schro­eder, Byłam sekre­tarką Adolfa Hitlera).

W Wil­czym Szańcu zapa­dały naj­waż­niej­sze decy­zje zwią­zane z prze­bie­giem wyda­rzeń na fron­tach II wojny świa­to­wej. Na tere­nie 250 hek­ta­rów znaj­do­wało się około 80 obiek­tów o kon­struk­cji trwa­łej, z żel­be­to­wymi ścia­nami gru­bo­ści 4-6 metrów i stro­pami ośmio­me­tro­wymi, oraz około 100 bara­ków drew­nia­nych. Dachy budyn­ków pokry­wała war­stwa ziemi z trawą, natu­ral­nymi krza­kami i sztucz­nymi drze­wami. Roz­le­gły obszar podzie­lono na strefy o róż­nej dostęp­no­ści. Ota­czały je zasieki i pola minowe, a także prze­szkody natu­ralne: jeziora, bagna i lasy liścia­ste uzu­peł­niane imi­ta­cją roślin­no­ści, która sta­ran­nie masko­wała też wszyst­kie drogi. Całą kwa­terę dodat­kowo chro­niły roz­miesz­czone wokół bate­rie arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej i myśliwce, czu­wa­jące w sta­łej goto­wo­ści na lot­ni­skach usy­tu­owa­nych na prze­strzeni stu kilo­me­trów.

W pro­mie­niu sie­dem­dzie­się­ciu kilo­me­trów roz­lo­ko­wane zostały współ­pra­cu­jące kwa­tery pomoc­ni­cze. W lesie koło Poze­drza - Hochwald Hein­ri­cha Him­m­lera. W Sze­ro­kim Borze na tere­nie Pusz­czy Piskiej - Bre­iten­he­ide Her­manna Göringa. W zabyt­ko­wym pałacu w Szty­nor­cie - rezy­den­cja Joachima von Rib­ben­tropa, mini­stra spraw zagra­nicz­nych III Rze­szy. W Mamer­kach - sie­dziba Naczel­nego Dowódz­twa Wojsk Lądo­wych. W lesie na pół­noc od Goł­dapi - kwa­tera Naczel­nego Dowódz­twa Wojsk Lot­ni­czych. A w Miko­łaj­kach - pod­po­rząd­ko­wana Wil­hel­mowi Cana­ri­sowi wywia­dow­cza pla­cówka Abwehry.

Misja Stauf­fen­berga zaczęła się pomyśl­nie. Zama­chow­com przy­dzie­lono osobny pokój, w któ­rym natych­miast zabrali się do roboty. Uzbro­ili dopiero pierw­szy ładu­nek, gdy roz­le­gło się dono­śne puka­nie do drzwi: - Puł­kow­niku, już czas, zmie­niono też salę odprawy, natych­miast pana do niej zapro­wa­dzę. - Scho­wali bombę w teczce Stauf­fen­berga, drugą zabrał ze sobą Haeften (wyrzu­cił ją potem z samo­lotu), który nie miał jed­nak wstępu do sali obrad. - Jedna wystar­czy - uznał puł­kow­nik i po wej­ściu do sali, tłu­ma­cząc się nie­do­słu­chem po fron­to­wej kon­tu­zji, sta­nął moż­li­wie jak naj­bli­żej Hitlera.

Narada została przy­spie­szona w związku z pla­no­waną wizytą Benito Mus­so­li­niego. Wło­ski dyk­ta­tor wylą­do­wał w cza­sie, gdy zama­chowcy wra­cali do Ber­lina. Gościł tu po raz czwarty. Wil­czy Sza­niec nie­źle już znał, tyle że tym razem był przy­wódcą po przej­ściach. Odsu­nięty przez roda­ków, zdy­mi­sjo­no­wany i uwię­ziony, dzięki decy­zji Hitlera został uwol­niony z taj­nego aresztu w ośrodku nar­ciar­skim na szczy­cie Gran Sasso po słyn­nej bra­wu­ro­wej akcji nie­miec­kich koman­do­sów pod wodzą Ottona Sko­rze­nego. I przez Führera przy­wró­cony do wła­dzy. Na zdję­ciach z tej lip­co­wej wizyty widać potem będzie Hitlera, jak nie­mal z uśmie­chem poka­zuje Mus­so­li­niemu zruj­no­waną salę będącą miej­scem zama­chu.

Do Wil­czego Szańca piel­grzy­mo­wali przy­wódcy pra­wie wszyst­kich kra­jów zwią­za­nych pod­czas II wojny z III Rze­szą, mię­dzy innymi rumuń­ski mar­sza­łek Ion Anto­ne­scu i buł­gar­ski car Borys III, turecki gene­rał Ali Fuat Erden i węgier­ski admi­rał Miklós Hor­thy, pre­mier rządu Vichy Pierre Laval i feldmar­sza­łek Carl Gustaf Man­ner­heim z Fin­lan­dii, serb­ski pre­mier Milan Nedić i sło­wacki pre­mier ksiądz Jozef Tiso. Pół żar­tem, pół serio można by powie­dzieć, że mała wieś Gier­łoż, zwana wtedy Görlitz, pod wzglę­dem waż­no­ści dyplo­ma­tycz­nej zrów­nała się z naj­waż­niej­szymi sto­li­cami Europy.

Wra­ca­jąc do narady w Wil­czym Szańcu w pamiętny czwar­tek 20 lipca 1944 roku, puł­kow­nik posta­wił teczkę na pod­ło­dze pod masyw­nym dębo­wym sto­łem. A następ­nie, pod pre­tek­stem koniecz­nego tele­fonu do Ber­lina, pospiesz­nie opu­ścił salę i cały budy­nek. O godzi­nie 12.42, kiedy razem z adiu­tan­tem zna­leźli się w bez­piecz­nym odda­le­niu 200 metrów, usły­szeli wybuch. O powo­dze­niu zama­chu miały świad­czyć widoczne gołym okiem skutki. Dach baraku został czę­ściowo zerwany. A pośród wydo­sta­ją­cych się ze środka ran­nych ujrzeli wyno­szone na pro­wi­zo­rycz­nych noszach ciało, przy­kryte łatwym do odróż­nie­nia woj­sko­wym płasz­czem Adolfa Hitlera...

Powo­łu­jąc się na powie­rzoną puł­kow­ni­kowi nie­cier­piącą zwłoki misję, prze­brnęli przez wszyst­kie war­tow­nie. Dotarli do cze­ka­ją­cego na nich samo­lotu i natych­miast odle­cieli w kie­runku Ber­lina. Pierw­szymi uczu­ciami Stauf­fen­berga były satys­fak­cja i duma. Speł­nił to, co więk­szość wta­jem­ni­czo­nych uwa­żała za nie­moż­liwe. Doko­nał sku­tecz­nego zama­chu. A tym samym wrota do pod­ję­cia roz­mów z Zacho­dem o rozej­mie albo przy­naj­mniej hono­ro­wej kapi­tu­la­cji III Rze­szy wydały się otwarte. Nale­żało tylko wdro­żyć ope­ra­cję "Wal­ki­ria", zająć stra­te­giczne punkty Ber­lina i wiel­kich miast przez żoł­nie­rzy Armii Rezer­wo­wej i - zgod­nie z wcze­śniej­szym pla­nem puczy­stów - gene­rała Ludwiga Becka uczy­nić głową pań­stwa, a kon­ser­wa­tyw­nego opo­zy­cjo­ni­stę Carla Frie­dri­cha Goer­de­lera - kanc­le­rzem. Wszystko to wyda­wało się realne w obli­czu śmierci Adolfa Hitlera, kiedy prze­sta­wała obo­wią­zy­wać żoł­nier­ska przy­sięga na wier­ność, któ­rej zła­ma­nie rów­nało się zdra­dzie, ta zaś ozna­czała wyrok śmierci. Gdy cha­ry­zma i magia Führera, a zara­zem lęk przed jego wszech­moc­nym dotąd gnie­wem prze­staną już dzia­łać, obu­dzi się w naro­dzie instynkt samo­za­cho­waw­czy.

Jed­nak w Ber­li­nie wąt­piono w śmierć Hitlera - i słusz­nie. Stauf­fen­berg nie mógł wie­dzieć, że jego śmier­cio­no­śną teczkę jeden z uczest­ni­ków narady dla wygody prze­sta­wił za masywną osłonę dębo­wego stołu. Że krót­ko­wzroczny Führer w momen­cie wybu­chu był aku­rat głę­boko pochy­lony nad mapą roz­ło­żoną na gru­bym bla­cie, który posłu­żył za tar­czę. Że w drew­nia­nym baraku z otwar­tymi oknami wybuch, znaj­du­jąc łatwe ujście, znacz­nie osła­bił swą siłę. Że w rezul­ta­cie zgi­nęły cztery osoby, a więk­szość uczest­ni­ków odnio­sła rany, lecz Hitler fizycz­nie poszko­do­wany był mini­mal­nie. Jak wspo­mi­nał potem jego zaufany oso­bi­sty lekarz The­odor Morell, w powy­bu­cho­wym szoku wołał sam do sie­bie: "Jestem nie do zra­nie­nia! Jestem nie­śmier­telny!" (A. Richie, War­szawa 1944. Tra­giczne powsta­nie).

W Ber­li­nie cały plan puczu stop­niowo roz­sy­py­wał się niczym domek z kart. Spi­skow­com nie udało się prze­rwać nada­wa­nia pro­gramu radio­wego, wsku­tek czego wia­do­mo­ści o nie­uda­nym zama­chu dotarły do wszyst­kich słu­cha­czy. Około godziny 19.00 wcią­gnięty w spi­sek major Otto Ernst Remer, odpo­wie­dzialny za zamknię­cie dziel­nicy rzą­do­wej i aresz­to­wa­nie Jose­pha Goeb­belsa, został przez tegoż tele­fo­nicz­nie połą­czony z Hitle­rem. Ten zaś od ręki mia­no­wał go puł­kow­ni­kiem i naka­zał bez­względne zdu­sze­nie puczu, sły­sząc w odpo­wie­dzi trza­śnię­cie obca­sami i wier­no­pod­dań­cze: Jawohl, mein Führer! O godzi­nie 22.50 dowódca Armii Rezer­wo­wej gene­rał Frie­drich Fromm naka­zał aresz­to­wa­nie spi­skow­ców, pod swoim prze­wo­dem powo­łał natych­miast try­bu­nał wojenny i wydał wyroki śmierci.

Zaraz po pół­nocy Stauf­fen­berg wraz z trzema towa­rzy­szami broni, woła­jąc: "Niech żyją święte Niemcy" zgi­nął od kul plu­tonu egze­ku­cyj­nego na dzie­dzińcu rzą­do­wego gma­chu. Około godziny 1.00 w nocy do Wil­czego Szańca dotarł z Königsbergu wóz trans­mi­syjny nie­miec­kiego radia, umoż­li­wia­jąc Führerowi prze­mó­wie­nie do narodu. Wkrótce na jego roz­kaz roz­po­częła się okrutna rzeź opo­zy­cjo­ni­stów, bo wódz był prze­zorny i mściwy.

Sprawa pol­ska na mar­gi­ne­sie

Lon­dyn - Waszyng­ton - Lon­dyn

Kiedy 20 lipca 1944 roku zbun­to­wany odłam dowód­ców Wehr­machtu pró­bo­wał zgła­dzić Hitlera, w gabi­ne­cie pre­miera Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa przy Downing Street 10 w Lon­dy­nie aż do godzin popo­łu­dnio­wych pano­wał względny spo­kój. Pre­mier Wiel­kiej Bry­ta­nii Win­ston Chur­chill mógł spać spo­koj­nie, odkąd alianci uzy­skali zna­czącą prze­wagę w wal­kach z siłami III Rze­szy. Ta wojna, kiedy bomby spa­dały na Lon­dyn, kosz­to­wała go wiele zdro­wia. Doznał dwóch ata­ków serca - w grud­niu 1941 roku oraz nie­mal równo dwa lata póź­niej. Dobie­ga­jący sie­dem­dzie­siątki Chur­chill, ary­sto­krata o sil­nym cha­rak­te­rze, tego popo­łu­dnia miał jed­nak inny twardy orzech do zgry­zie­nia.

Jak pogo­dzić ogień z wodą? - roz­wa­żał nie bez powodu. Impe­rial­nych Sowie­tów i dum­nych Pola­ków, któ­rych pora­ziła nie­by­wa­łym okru­cień­stwem zbrod­nia w Katy­niu. Sta­li­nowi od początku nie ufał i sojusz z krem­low­skim dyk­ta­to­rem uwa­żał za zło konieczne. Rosyj­ska danina krwi zawład­nęła jed­nak szybko zbio­rową wyobraź­nią. Waszyng­ton, na czele z podat­nym na suge­stie Sta­lina pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych Fran­kli­nem Delano Roose­vel­tem, szedł Sowie­tom na daleko idące ustęp­stwa.

Chur­chill, wpi­sany przez Ber­lin na czarną listę jako wróg III Rze­szy numer jeden, także poszedł na kom­pro­mis z Moskwą. Uznał, podob­nie jak Roose­velt, że Sowieci są nie­zbędni do poko­na­nia Hitlera. Czy dla­tego baga­te­li­zo­wał masa­krę pol­skich ofi­ce­rów w Katy­niu? Cho­ciaż jed­no­cze­śnie dekla­ro­wał podziw dla naszych lot­ni­ków pod­czas bitwy o Anglię. Gdy jed­nak przy­szło do kon­kre­tów, wolał mach­nąć ręką na naro­dowy inte­res Pola­ków. Na mocy bry­tyj­sko-sowiec­kiego poro­zu­mie­nia z maja 1942 roku po cichu akcep­to­wał linię Cur­zona jako przy­szłą gra­nicę Pol­ski z ZSRR. Zarówno nasta­wio­nemu pozy­tyw­nie do Sta­lina Roose­veltowi, jak i zdo­mi­no­wa­nemu przez prze­wagę mili­tarną i rosnącą ame­ry­kań­ską gospo­darkę pre­mie­rowi Wiel­kiej Bry­ta­nii nie przy­szło do głowy, żeby zapro­sić pol­ski rząd na kon­fe­ren­cję w Tehe­ra­nie w listo­pa­dzie 1943 roku, ani choćby poin­for­mo­wać o jej wyni­kach. A jeśli nawet, to i tak został zdo­mi­no­wany przez obu sojusz­ni­ków. Chcąc nie chcąc, Chur­chill pogrą­żał się coraz bar­dziej w pro­so­wiec­kim nur­cie, sta­jąc się naj­słab­szym gra­czem w Wiel­kiej Trójce. Uczest­ni­czył nawet w "przy­ja­ciel­skich" spo­tka­niach ze Sta­li­nem pod­czas pie­cze­nia kieł­ba­sek przy wspól­nym ogni­sku.

Jeśli z punktu widze­nia Chur­chilla dwie pierw­sze dekady lipca 1944 roku nie były może okre­sem poli­tycz­nie naj­go­ręt­szym, to w krę­gach poli­ty­ków pol­skich na uchodź­stwie aż się goto­wało. Minął wła­śnie rok od kata­strofy w Gibral­ta­rze, w któ­rej zgi­nął pre­mier Wła­dy­sław Sikor­ski. A sprawa wzno­wie­nia sto­sun­ków dyplo­ma­tycz­nych zerwa­nych przez Moskwę po ujaw­nie­niu zbrodni katyń­skiej utknęła w mar­twym punk­cie, pomimo media­cji alian­tów usi­łu­ją­cych pogo­dzić zwa­śnione strony. Tym­cza­sem kon­se­kwen­cje takiego stanu rze­czy mogły być nie­obli­czalne w skut­kach.

Jaki będzie kształt wyzwo­lo­nej spod oku­pa­cji Pol­ski? - zacho­dzili w głowę emi­gra­cyjni poli­tycy. - Któ­rędy pobie­gną nowe gra­nice Rze­czy­po­spo­li­tej, czy uda się wyne­go­cjo­wać coś wię­cej niż usta­le­nie jej na linii Cur­zona? Stawką trud­nej do prze­wi­dze­nia gry Sta­lina było życie tysięcy roda­ków - żoł­nie­rzy Armii Kra­jo­wej! Kartą prze­tar­gową w roz­mo­wach bez­po­śred­nich z czer­wo­nym dyk­ta­to­rem miała stać się inten­sy­fi­ka­cja walki zbroj­nej w kraju. Lecz jak prze­ko­nać do tego Chur­chilla, Roose­velta, a przede wszyst­kim Sta­lina?

Pre­mier Sta­ni­sław Miko­łaj­czyk usi­ło­wał pod­czas roz­mowy z Roose­vel­tem w Waszyng­to­nie, w czerwcu 1944 roku, uzmy­sło­wić pre­zy­den­towi Sta­nów Zjed­no­czo­nych rolę Armii Kra­jo­wej w decy­du­ją­cym momen­cie roz­grywki. Na spo­tka­nie cze­kał długo, około pół roku. Miko­łaj­czyk wraz z gene­ra­łem Sta­ni­sławem Tata­rem, zastępcą szefa sztabu Naczel­nego Wodza, zostali przy­jęci w gabi­ne­cie Roose­velta dopiero w związku ze zbli­ża­ją­cymi się wybo­rami pre­zy­denc­kimi w USA. Polo­nia ame­ry­kań­ska, widząc nie­chęć pre­zy­denta do anga­żo­wa­nia się w sprawy pol­skie, była coraz bar­dziej scep­tyczna wobec jego poli­tyki w Euro­pie Środ­kowo-Wschod­niej. Scep­ty­cy­zmu nie kryli zarówno przed­sta­wi­ciele Komi­tetu Naro­do­wego Ame­ry­ka­nów Pol­skiego Pocho­dze­nia, jak i powsta­łego w Buf­falo, w maju tego roku, Kon­gresu Polo­nii Ame­ry­kań­skiej. Oba­wia­jąc się dal­szego pogor­sze­nia swego wize­runku wśród wybor­ców z pol­skim rodo­wo­dem, pre­zy­dent Roose­velt zobo­wią­zał pre­miera Miko­łaj­czyka do nie­wy­stę­po­wa­nia publicz­nie na zgro­ma­dze­niach ame­ry­kań­skiej Polo­nii.

Miko­łaj­czyk nie wie­dział, że Roose­velt poin­for­mo­wał Sta­lina o jego wizy­cie w Waszyng­to­nie. Jako wierny sojusz­nik, pre­zy­dent USA dał moskiew­skiemu dyk­ta­to­rowi do zro­zu­mie­nia, że w niczym nie naru­szy poro­zu­mień tehe­rań­skich. Pod­czas spo­tka­nia nama­wiał pol­skiego pre­miera do kom­pro­misu ze Sta­li­nem, uda­nia się na roz­mowy do Moskwy, a także doko­na­nia daleko idą­cych zmian per­so­nal­nych w rzą­dzie. Sta­lin nie życzył sobie współ­pracy z gene­ra­łami Kazi­mie­rzem Sosn­kow­skim i Maria­nem Kukie­lem. A ponadto - co jed­no­znacz­nie suge­ro­wał pre­zy­dent Roose­velt - nale­gał na odsu­nię­cie od wła­dzy pre­zy­denta Wła­dy­sława Racz­kie­wi­cza.

Zapewne pre­zy­dent USA nie zda­wał sobie sprawy - szep­tali mię­dzy sobą pol­scy uczest­nicy spo­tka­nia - że w grun­cie rze­czy nama­wiał ich do doko­na­nia... zama­chu stanu. Wymiana pre­zy­denta i Naczel­nego Wodza drogą kon­sty­tu­cyjną była prze­cież nie­moż­liwa! A kiedy Roose­velt dowo­dził, że Sta­lin pra­gnie moc­nej, demo­kra­tycz­nej i nie­pod­le­głej Pol­ski, Miko­łaj­czyk doznał kolej­nego zawodu. Odpo­wie­dział wprost, że Pol­ska może wie­rzyć Ame­ryce, ale ni­gdy sta­li­now­skiej Rosji.

Do tematu Armii Kra­jo­wej Miko­łaj­czyk powró­cił w cza­sie spo­tka­nia z Chur­chil­lem 22 czerwca. Dys­ku­sja, pod­czas któ­rej pre­mier Wiel­kiej Bry­ta­nii palił ulu­bione cygaro, trwała około czte­rech godzin. Miko­łaj­czyk przed­sta­wił rzą­dowi bry­tyj­skiemu, podob­nie jak wcze­śniej Roose­vel­towi, kon­cep­cję prze­pro­wa­dze­nia sze­ro­kiej ope­ra­cji mili­tar­nej pol­skiego pod­zie­mia we współ­pracy z armią rosyj­ską.

Z obu spo­tkań wyszedł z niczym. Jeśli nie liczyć listów Roose­velta oraz Chur­chilla do sowiec­kiego dyk­ta­tora, w któ­rych nama­wiali go do roz­mowy z pol­skim pre­mie­rem. A to sta­wiało Miko­łaj­czyka w upo­ka­rza­ją­cej roli petenta. Zarówno pre­mier, jak i inni przed­sta­wi­ciele Rządu Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej na uchodź­stwie nie wie­dzieli jed­nak, jak skru­szyć ten mur nie­zro­zu­mie­nia. Pod­czas roz­mów z alianc­kimi decy­den­tami usły­szeli wiele nie­jed­no­znacz­nych, pokręt­nych, peł­nych obaw odpo­wie­dzi. Wtedy nie zda­wali sobie sprawy, że były one pokło­siem pod­ję­tej wcze­śniej decy­zji Wiel­kiej Trójki, ponie­waż już w Tehe­ra­nie Pol­skę przy­pi­sano do sowiec­kiej strefy wpły­wów. I tam rów­nież osta­tecz­nie upa­dła lan­so­wana przez Chur­chilla pro­po­zy­cja utwo­rze­nia dru­giego frontu na Bał­ka­nach.

Pro­jektu roz­sze­rze­nia walki w kraju o lokalne powsta­nia też jesz­cze nie zatwier­dzili naj­waż­niejsi pol­scy poli­tycy. Kwe­stie dzia­łań pod­zie­mia zostały, co prawda, ure­gu­lo­wane przez zarzą­dze­nie akcji "Burza", ale nowe roz­kazy powi­nien wydać zna­jący naj­le­piej sytu­ację w oku­po­wa­nej Pol­sce Komen­dant Główny Armii Kra­jo­wej gene­rał Tade­usz "Bór" Komo­row­ski. Według obo­wią­zu­ją­cej instruk­cji "Burzy" ujaw­nia­jąca się pod­ziemna admi­ni­stra­cja oraz Armia Kra­jowa powinny wystą­pić w roli gospo­da­rza przed nad­cią­ga­jącą Armią Czer­woną. I dopiero wtedy zda­niem AK będzie pro­wa­dzona wspól­nie z jed­nost­kami sowiec­kimi walka z wyco­fu­ją­cymi się oddzia­łami nie­miec­kimi. Nale­żało szar­pać wroga na tyłach. W żad­nym wypadku nie wznie­cać powsta­nia w dużych mia­stach - Wil­nie, Lwo­wie czy War­sza­wie. Nie rzu­cać się z motyką na Słońce.

W krę­gach naj­wyż­szych pol­skich władz cywil­nych i woj­sko­wych ist­niały duże róż­nice zdań na ten temat. W lipcu walki o War­szawę stały się tema­tem nie­zli­czo­nych roz­mów i dywa­ga­cji. Za zwo­len­nika powsta­nia ucho­dził pre­mier Miko­łaj­czyk. Prze­ciwny tej kon­cep­cji był Naczelny Wódz, gene­rał Kazi­mierz Sosn­kow­ski. Pod­czas zor­ga­ni­zo­wa­nego 3 lipca lon­dyń­skiego spo­tka­nia dowo­dził, że pre­zen­to­wana przez mini­stra obrony naro­do­wej, gene­rała Mariana Kukiela, kon­cep­cja wznie­ce­nia powsta­nia przez Armię Kra­jową na ogra­ni­czo­nym tere­nie, nawet w wypadku klę­ski nie­miec­kiej, mogłaby dopro­wa­dzić do rzezi pol­skiej lud­no­ści. Bez poro­zu­mie­nia z ZSRR i współ­dzia­ła­nia z Armią Czer­woną powsta­nie byłoby z woj­sko­wego punktu widze­nia niczym innym jak aktem roz­pa­czy - argu­men­to­wał rze­czowo Naczelny Wódz.

Sosn­kow­ski był scep­tyczny także w sto­sunku do pre­zen­to­wa­nego w roz­mo­wach prze­ko­na­nia o szyb­kim roz­pa­dzie Nie­miec. Prze­strze­gał, że na tere­nie Pol­ski znaj­dzie się w odwro­cie około stu nie­miec­kich dywi­zji! Ranny niczym dzi­kie zwie­rzę, ale cią­gle groźny Wehr­macht będzie bro­nił zażar­cie dostępu do gra­nic III Rze­szy. Gene­rał był ostrożny w szu­ka­niu ana­lo­gii do 1918 roku, kiedy pol­scy cywile roz­bra­jali Niem­ców poko­jowo na uli­cach War­szawy.

Pod­czas kolej­nego lon­dyń­skiego spo­tka­nia 6 lipca uzgod­niono, że akcja "Burza" będzie kon­ty­nu­owana, a "powsta­nie powszechne mogłoby się stać realne jedy­nie przy wyco­fy­wa­niu się Niem­ców w popło­chu" (A.L. Sowa, Kto wydał wyrok na mia­sto?...). To zda­nie, wyrwane z szer­szego kon­tek­stu wykładni Naczel­nego Wodza, było niczym wyją­tek potwier­dza­jący regułę. A jed­nak Miko­łaj­czyk i kilku jego zna­czą­cych poplecz­ni­ków chwy­ciło się tego sfor­mu­ło­wa­nia.

Gene­rał Sosn­kow­ski, skon­flik­to­wany zarówno z pre­mie­rem Miko­łaj­czy­kiem, jak i pre­zy­den­tem Racz­kie­wi­czem, wyje­chał 11 lipca do Włoch. Zamie­rzał tam powtór­nie wizy­to­wać 2. Kor­pus gene­rała Wła­dy­sława Andersa. Pla­no­wał też roz­mowy z alian­tami na wyso­kim szcze­blu - woj­sko­wymi i cywil­nymi. W ten spo­sób, nie mając dostępu do waż­nych infor­ma­cji, główny prze­ciw­nik wznie­ce­nia powsta­nia wyłą­czył się nie­jako na wła­sne życze­nie z gry o losy miesz­kań­ców War­szawy. Nie był w sta­nie prze­ko­nać opo­nen­tów do kon­cep­cji Sosn­kow­skiego także gene­rał Sta­ni­sław Tatar, zastępca szefa Sztabu Naczel­nego Wodza do Spraw Kra­jo­wych. Mimo że powszech­nie znany był jego pogląd: woj­sko powinno wal­czyć ze sobą, a nie z lud­no­ścią cywilną.

Teraz jed­nak, w póź­nych godzi­nach popo­łu­dnio­wych 20 lipca, gruch­nęła prze­chwy­cona z nasłu­chu radio­wego wieść o nie­miec­kim puczu. W gabi­ne­cie na Downing Street zawrzało. Sprawa pol­ska nabrała nie­spo­dzie­wa­nie dużego zna­cze­nia w oczach Chur­chilla. Posta­no­wił dopro­wa­dzić do spo­tka­nia Sta­lina z Miko­łaj­czy­kiem. Liczył na to, że pol­ski pre­mier przyj­mie twarde warunki sowiec­kiego dyk­ta­tora.

I jesz­cze tego samego dnia, kilka godzin po nadej­ściu infor­ma­cji o zama­chu na Hitlera, nadał depe­szę. Nama­wiał Kreml do nawią­za­nia sto­sun­ków dyplo­ma­tycz­nych z Rzecz­po­spo­litą oraz współ­pracy woj­sko­wej z Armią Kra­jową. Zapro­po­no­wał jak naj­szyb­szą podróż Miko­łaj­czyka do Moskwy oraz spo­tka­nie ze Sta­li­nem. Oczy­wi­ście - doda­wał kur­tu­azyj­nie - gdy pol­ski pre­mier o to poprosi.

To ostat­nie zda­nie dopi­sał praw­do­po­dob­nie bez wie­dzy Miko­łaj­czyka, któ­rego zresztą do wizyty nie trzeba było nama­wiać. Pol­ski pre­mier pro­wa­dził od marca 1944 roku nego­cja­cje z amba­sadą sowiecką w Lon­dy­nie za pośred­nic­twem mini­stra spraw wewnętrz­nych Wła­dy­sława Bana­czyka. Stawka roz­mów była wysoka. Bry­tyj­czycy suge­ro­wali utwo­rze­nie w Pol­sce kom­pro­mi­so­wego rządu zło­żo­nego z komu­ni­stów oraz ugo­do­wych stron­nictw nie­pod­le­gło­ścio­wych - głów­nie ludo­wców i socja­li­stów. W lipcu Miko­łaj­czyk dalej pro­wa­dził poufne roz­mowy, ale spa­liły one na panewce. Lon­dyń­scy przed­sta­wi­ciele Rosjan, w tym wypadku nie­de­cy­zyjni, grali wyraź­nie na zwłokę. Sta­wiali pol­skiemu pre­mierowi wygó­ro­wane żąda­nia, jak zdy­mi­sjo­no­wa­nie gene­rała Sosn­kow­skiego i pre­zy­denta Racz­kie­wi­cza. Żąda­nia te Polacy usły­szeli zresztą już wcze­śniej w Waszyng­to­nie. I Miko­łaj­czyk posta­no­wił cze­kać, skoro Bry­tyj­czycy suge­ro­wali spo­tka­nie ze Sta­li­nem i omó­wie­nie waż­nych kwe­stii w oso­bi­stej roz­mo­wie.

Pola­ków i Bry­tyj­czy­ków czas gonił teraz nie­ubła­ga­nie. Czy list Chur­chilla zachę­ca­jący do pojed­na­nia Moskwy z War­szawą był kon­se­kwen­cją ber­liń­skiego puczu? Wydaje się to wysoce praw­do­po­dobne. Nie­udana próba zgła­dze­nia Führera mogła prze­cież świad­czyć o postę­pu­ją­cej degren­go­la­dzie w sze­re­gach Wehr­machtu. A stąd logiczny wnio­sek, że roz­pad III Rze­szy jest już bli­ski.

Pokrętny plan Sta­lina

Moskwa - Bia­ło­ruś

Jesz­cze tego samego dnia depe­sza Chur­chilla dotarła na Kreml. Sowiecki dyk­ta­tor czuł się teraz pew­nie i dla­tego posta­no­wił narzu­cić warunki poro­zu­mie­nia z pol­skim rzą­dem. To już nie był ten sam zagu­biony towa­rzysz Sta­lin, który po wybu­chu wojny z Niem­cami prze­ży­wał zała­ma­nie ner­wowe i ukry­wał się przed świa­tem. Dopiero po kil­ku­na­stu dniach wygło­sił wów­czas prze­mó­wie­nie radiowe, rzu­ca­jąc swo­jemu naro­dowi wiel­ko­mo­car­stwowe obiet­nice doty­czące potęgi mili­tar­nej ZSRR i nad­cho­dzą­cych zwy­cięstw, o czym wróg wkrótce się prze­kona...

W pierw­szych tygo­dniach zma­gań, gdy woj­ska nie­miec­kie z impe­tem reali­zo­wały plan "Bar­ba­rossa", zapewne sam wąt­pił w te zapew­nie­nia. Histo­ria oka­zała się jed­nak łaskawa dla "wodza naro­dów". Wezwani przez dyk­ta­tora do Wiel­kiej Wojny Ojczyź­nia­nej żoł­nie­rze rosyj­scy pod­jęli walkę na śmierć i życie. Ginęły w niej miliony. I dzięki tym ofia­rom... dotrzy­mał słowa jako zwy­cięzca jed­nej z naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nych bitew II wojny świa­to­wej pod Sta­lin­gra­dem, a potem naj­więk­szej w świe­cie bitwy pan­cer­nej na Łuku Kur­skim.

Ame­ry­kań­scy dzien­ni­ka­rze w wywia­dach kre­owali dyk­ta­tora na dobrego "wujka Joe", cho­ciaż miał na sumie­niu miliony ludz­kich ist­nień. W bez­kry­tycz­nych arty­ku­łach, któ­rych pro­so­wiecki cha­rak­ter gra­ni­czył ze zbio­ro­wym sza­leń­stwem, anglo­ję­zyczni żur­na­li­ści lan­so­wali chwy­ta­jący za serce por­tret skrom­nego wodza - ubra­nego w pro­sty, pozba­wiony dys­tynk­cji mun­dur i żoł­nier­skie buty z cho­le­wami.

A jakie pokrętne plany miał wobec pol­skich sąsia­dów, prze­ciwko któ­rym sprzy­mie­rzył się z Hitle­rem? Ni­gdy nie zapo­mniał klę­ski w woj­nie 1920 roku. Pozwo­liła odbu­do­wać się wro­giej wiel­ko­pań­skiej Pol­sce i powstrzy­mała sowiecki marsz na Zachód. Nie wyba­czył mar­szał­kowi Micha­iłowi Tucha­czew­skiemu poni­że­nia, kiedy ten obcią­żył go winą za prze­graną Bitwę War­szaw­ską. Roz­li­czył się z nim pod­czas wiel­kiej czystki lat trzy­dzie­stych. Z pol­skim woj­skiem doko­nał "roz­li­cze­nia" w Katy­niu. Naka­zał zamor­do­wać grubo ponad 420 tys. mun­du­ro­wych - żoł­nie­rzy (w tym ponad 10 tys. ofi­ce­rów), poli­cjan­tów, a nawet pol­skich kole­ja­rzy.

Korzystny dla niego prze­bieg wyda­rzeń II wojny świa­to­wej dawał oka­zję do kolej­nych roz­li­czeń, jak likwi­da­cja żoł­nie­rzy Armii Kra­jo­wej. Dowódcy akcji "Burza" sądzili, że gdy Pol­skie Siły Zbrojne prze­go­nią cofa­ją­cych się Niem­ców i jako gospo­da­rze powi­tają Rosjan, to Armia Czer­wona nie zigno­ruje fak­tów doko­na­nych. Tkwili w takim prze­ko­na­niu, wsłu­chu­jąc się w głos nie­ży­ją­cego gene­rała Wła­dy­sława Sikor­skiego. Były pol­ski pre­mier dowo­dził, a za nim inni czo­łowi poli­tycy, że gdyby Rosja­nie zigno­ro­wali doko­na­nia Armii Kra­jo­wej, to wów­czas poniosą kon­se­kwen­cje takiego kroku wobec całego świata.

Teraz, gdy nade­szła depe­sza z Lon­dynu, Sta­lin zna­lazł się w kom­for­to­wej sytu­acji. Wie­dział swoje. W roz­gryw­kach z Chur­chil­lem posta­no­wił grać na zwłokę. I odło­żył, przy­naj­mniej ofi­cjal­nie, sprawę Pol­ski na dal­szy plan. Podej­mie ręka­wicę wtedy - snuł roz­wa­ża­nia - gdy będzie miał wię­cej atu­tów. Na wła­snych, twardo posta­wio­nych warun­kach.

Let­nia ofen­sywa sowiecka była udana i "czer­wony car" mógłby zosta­wić facho­wym dowód­com kwe­stie mili­tarne. Jed­nak w prze­ci­wień­stwie do Hitlera, który kilka lat przed zama­chem w Wil­czym Szańcu oddał kie­ro­wa­nie resor­tami w ręce zaufa­nych współ­pra­cow­ni­ków, Sta­lin nie wie­rzył nikomu. Był zwo­len­ni­kiem ręcz­nego ste­ro­wa­nia na każ­dym kroku. Oso­bi­ście sta­nął na czele Pań­stwo­wego Komi­tetu Obrony, który kie­ro­wał dzia­łal­no­ścią wszyst­kich mini­sterstw i orga­nów pań­stwa. Kon­tro­lo­wał dzia­ła­nia wojenne za pomocą naj­wyż­szego organu ds. ope­ra­cyjno-stra­te­gicz­nych, jakim była Stawka Naj­wyż­szego Naczel­nego Dowódz­twa (w skró­cie pisano i mówiono - Stawka). Grono dowód­ców, włącz­nie z zastępcą Sta­lina mar­szał­kiem Gie­or­gi­jem Żuko­wem, zobo­wią­zał do skła­da­nia codzien­nych rapor­tów doty­czą­cych naj­śwież­szych wyda­rzeń woj­sko­wych. Straty Armii Czer­wo­nej były wpraw­dzie znacz­nie wyż­sze niż Wehr­machtu, ale Sowieci i tak mieli kolo­salną prze­wagę liczebną. Wspie­rani przez alian­tów dosta­wami uzbro­je­nia, środ­ków trans­portu i żyw­no­ści, parli nie­ustan­nie na zachód.

Mili­tar­nym oczkiem w gło­wie Sta­lina stała się, oso­bi­ście przez niego zatwier­dzona nocą z 30 na 31 maja 1944 roku, ope­ra­cja "Bagra­tion" prze­pro­wa­dzona według kon­cep­cji mar­szałka Kon­stan­tego Rokos­sow­skiego. Roz­po­częła się 23 czerwca (nie­któ­rzy histo­rycy podają datę 22 czerwca), w trze­cią rocz­nicę ataku Nie­miec na ZSRR. Bro­niąca się na dłu­gim odcinku, liczą­cym około 1100 kilo­me­trów, nie­miecka Grupa Armii "Śro­dek" wyco­fy­wała się pod napo­rem Armii Czer­wo­nej z oku­po­wa­nych tere­nów Bia­ło­rusi i Litwy. Na początku lipca woj­ska sowiec­kie zdo­były Mińsk, Sło­nim i Pińsk na Bia­ło­rusi. Dwa tygo­dnie póź­niej roz­gro­miły ugru­po­wa­nie nie­miec­kie w rejo­nie Bia­ło­wieży, roz­wi­ja­jąc w kolej­nych dniach natar­cie w kie­runku na Brześć aż po linię Bugu. A 20 lipca Armia Czer­wona, wspie­rana przez oddziały Armii Kra­jo­wej Okręgu Pole­sie, zajęła Kobryń.

Jesz­cze wie­czo­rem tego samego dnia wywiad sowiecki pozy­skał infor­ma­cje na temat nie­uda­nego puczu w Niem­czech. Sta­lin zacie­rał ręce. Pro­wa­dził wła­śnie przy­go­to­wa­nia do roz­strzy­gnięć w spra­wie pol­skiej. Jed­nym z ele­men­tów poke­ro­wej zagrywki było opra­co­wa­nie nowej dyrek­tywy dla mar­szałka Rokos­sow­skiego. Zakła­dała ona zasad­ni­czą zmianę zada­nia wojsk 1. Frontu Bia­ło­ru­skiego, któ­rym pole­cił teraz bły­ska­wiczne zaję­cie Lublina. Zapewne dostrzegł zdzi­wie­nie na twa­rzy mar­szałka, który - cho­ciaż nie odwa­żył się zapro­te­sto­wać - wie­dział dosko­nale, że z woj­sko­wego punktu widze­nia roz­kaz jest bez­sen­sowny. Nie­miecka 2. Armia zyski­wała w ten spo­sób czas nie­zbędny do wyco­fa­nia się na skró­cone linie obrony.

Sta­lin, który nie miał zwy­czaju tłu­ma­czyć się ze swo­ich decy­zji, tym razem wyja­śnił - zmiana zadań ma cha­rak­ter poli­tyczny. Zamie­rzał osa­dzić w Lubli­nie przed­sta­wi­cieli pro­so­wiec­kiego rządu pod szyl­dem Pol­skiego Komi­tetu Wyzwo­le­nia Naro­do­wego. Z takim pla­nem nosił się od dawna. Dla­tego dzień wcze­śniej, 19 lipca, przy­jął dele­ga­cję zło­żoną z człon­ków Związku Patrio­tów Pol­skich oraz komu­ni­stów z War­szawy, któ­rzy utwo­rzyli Kra­jową Radę Naro­dową. Powo­jenna Pol­ska jawiła mu się jako pod­le­głe Sowie­tom pań­stwo, a dla gospo­darki ZSRR miała być kurą zno­szącą złote jaja. Wiel­kie dostawy pół­dar­mo­wej żyw­no­ści, miliony ton węgla, pod­po­rząd­ko­wa­nie Moskwie pol­skiego prze­my­słu... Mniej­sza o kolejne setki czy nawet tysiące pole­głych żoł­nie­rzy. Zor­ga­ni­zu­jemy brankę w Pol­sce, snuł marzy­ciel­ski sen, powta­rza­jąc ulu­bione słowa: "Cze­ki­sta ma tylko dwie drogi: albo awans, albo pod ścianę" (O. Khle­vniuk, Sta­lin. Nowa bio­gra­fia).

Tym­cza­sem szyb­kie zdo­by­cie Lublina zaan­ga­żo­wało wiel­kie siły wojsk pan­cer­nych Rokos­sow­skiego. Wyklu­czyło zatem zaję­cie War­szawy w naj­bliż­szym okre­sie. Czy wła­śnie wtedy w gło­wie krem­low­skiego dyk­ta­tora naro­dził się dia­bo­liczny pomysł ska­za­nia sto­licy Pol­ski na zagładę, przez pod­sy­ca­nie nastro­jów bojo­wych żoł­nie­rzy Armii Kra­jo­wej? A potem szla­ban dla dzia­łań Armii Czer­wo­nej w rejo­nie War­szawy. I cze­ka­nie, aż wykrwawi się milio­nowe mia­sto! Taki był prze­cież ulu­biony styl pracy twórcy sowiec­kiego impe­rium.

Klę­ska Akcji "Burza"

War­szawa - Wileńsz­czy­zna - Lubelsz­czy­zna

W jed­nym z kon­spi­ra­cyj­nych lokali war­szaw­skich Komen­dant Główny Armii Kra­jo­wej gene­rał Tade­usz "Bór" Komo­row­ski reka­pi­tu­lo­wał wia­do­mo­ści, jakie otrzy­mał na temat prze­biegu akcji "Burza" na Wileńsz­czyź­nie. Trudno przy­cho­dziło je okre­ślić ina­czej niż fatalne.

Głów­nym zało­że­niem "Burzy" było podej­mo­wa­nie przez skon­cen­tro­wane siły AK walki z woj­skami nie­miec­kimi wyco­fu­ją­cymi się pod napo­rem Armii Czer­wo­nej. Suk­ce­syw­nie w kolej­nych regio­nach. Po to, aby poka­zać roda­kom i światu, że Armia Kra­jowa nie stoi z bro­nią u nogi, lecz - gdy przy­cho­dzi pora - wal­czy z wro­giem. Że czyn­nie wspiera przy tym ofen­sywę radziecką jako reali­za­cję pla­nów mili­tar­nych Wiel­kiej Koali­cji. A także po to, aby na zie­miach pol­skich w roli gospo­da­rzy witać Armię Czer­woną, pod­kre­śla­jąc, że za ple­cami dywi­zji AK stoją ukon­sty­tu­owane już wła­dze cywilne, będące dele­ga­turą rządu pol­skiego dzia­ła­ją­cego na uchodź­stwie w Lon­dy­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki