"Byłem
już prawie na szczycie, gdzie znajdowały się perony kolejki, gdy
zatrzymał mnie jakiś Taj. Długowłosy koleżka wyglądał bardzo
przeciętnie, jak kierowca tuk tuka lub moto taxi. Totalnie
zaskoczyło mnie jego pytanie. Z jego łamanej angielszczyzny
wywnioskowałem, że chodzi o mój paszport. Zignorowałem go
oczywiście, biorąc za naciągacza lub innego świra. Byłem już
prawie na platformie, gdy ten ponownie się przyczepił, tym
razem łapiąc mnie za rękę. Nagle, nie wiadomo skąd, otoczyło
mnie kilku innych Tajów. Rzucili się na mnie. Po chwili leżałem
na ziemi, a moje dłonie były zakute w kajdanki. Krzyczałem,
próbując dowiedzieć się, o co do cholery im chodzi. W odpowiedzi
usłyszałem coś po tajsku."
"Wypytywałem
Wilada o Bang Kwang. W końcu liczyłem się z tym, że mogę tam
trafić. Patrzył na mnie tępym wzrokiem, opowiadając jakieś
chaotyczne historie.
- Ty, farang, masz pieniądze.
U nas
w Bang Kwang masz pieniądze - dużo pomóc. Strażnik płacić żyć
lepiej. Jedzenie strażnik sprzedać też.
Wśród Tajów panowało
przekonanie, że biali są zrobieni z banknotów. Wilad myślał
podobnie.
Tu, w szpitalu też można było zamówić coś poza
wydawanym dwa razy dziennie ryżem z ochłapami. Niestety, chwilowo
należałem do niewyobrażalnej dla niego grupy białych bez kasy.
Ciężka pozycja w takim miejscu. W takiej sytuacji dochodzi do głosu
prawo silniejszego. Zabiorą ci nawet tę darmową miskę ryżu,
jeśli się im nie postawisz. Tak wyglądała druga strona Krainy
Wiecznego Uśmiechu".
"Strażnicy
zakatowali na śmierć Birmańczyka, który podobno przygotowywał
ucieczkę. Patrzyłem na to z niedowierzaniem. Kryminaliści,
którzy pilnują kryminalistów! Choć większość więźniów nie
dorasta do pięt gangsterom, którzy są ich strażnikami. Zepsuty do
szpiku kości system pozwalał swoim funkcjonariuszom dowolnie łamać
prawo. Ważne było jedynie by działał i ciągle zasilał swój
krwiobieg."
"- Witam,
jestem tłumaczem, przyszedłem, by rozmawiać twój wyrok. -
Wypowiedział to w miły, choć mało zrozumiały sposób.
- Ty
wyrok masz śmierć - dodał.
- Słucham? - jego słowa
uderzyły mnie jak potężny młot. Choć mówił mało wyraźnie,
zrozumiałem ich znaczenie. To moja głowa nie chciała przyjąć tej
informacji! Taj zwrócił się do sekretarki. Rozmawiali chwilę,
przeglądając dokument, który trzymała w dłoniach.
- Właściwie masz śmierć dwanaście razy - uściślił.
Poczułem
kolejną falę przenikliwych drgawek. Paraliżujący impuls opanował
moje nogi, a następnie resztę ciała. I nie była to już wina
stalowych łańcuchów. Jego słowa dotarły wreszcie do mózgu,
wywołując czerwony alarm, blokujący wszystkie systemy, łącznie
z tym odpowiedzialnym za mowę.
- Ty się nie przejmować. Nasza
sąd bardzo łaskawa. Ty się przyznać. Twoja śmierć zmienione na
dożywocie. Bardzo łaskawa sąd..."
"Jeszcze
tego samego dnia w innej części bloku musiałem zdać swoisty
egzamin. Cała trójka nowo poznanych kumpli dorwała kilku Tajów.
Prawdopodobnie byli to ci sami, którzy skubnęli moją torbę.
Szarpali się chwilę, a Ayham podał mi napełnioną niewielkimi
kamykami skarpetę.
- Masz,
ten jest twój - wskazał na śniadą postać, która miała już
za sobą kilka lekko oszałamiających ciosów.
Taj wyrwał się
do przodu. W jego dłoniach błysnął ostry przedmiot. Nie był to
nóż, lecz jakiś kawałek zaostrzonego drutu. Nie było czasu, by
się nad tym dłużej zastanawiać. Zakute w łańcuchy nogi nie
pozwalały mi na wycofanie się. Uzbrojona w stal dłoń celowała
prosto w mój lewy bark. W ostatniej chwili na głowę Taja spadł
cios z boku. To Ahmed zostawił na niej ślad swej dużej pięści.
Chwilę później sam poprawiłem z drugiej strony daną mi skarpetą.
Rozległ się dźwięk łamanych kości. Napełniony kamykami
materiał trafił prosto w szczękę. Oczy Taja przybrały kształt
pięciozłotówek. Wytrącone z równowagi ciało zawisło
w przestrzeni, chwiejąc się na wszystkie strony.
- No, dalej, zajeb
dziada - głos Ayhama dudnił w moich uszach. Rozejrzałem się
dookoła. Tłum Tajów stał w bezpiecznej odległości, wyraźnie
niezainteresowany interwencją. Zrozumiałem, o co chodzi. Jeśli
teraz okazałbym słabość, nie miałbym tu życia. Zamachnąłem
się i mocno uderzyłem. Tajska głowa odskoczyła jak piłka,
zalewając się krwią.
Po chwili mój przeciwnik leżał już na
ziemi.
- To by było na tyle - odezwał się stojący za mną
Eliah.
Wcale nie cieszyło mnie to, co właśnie zrobiłem. Taj
leżał w kałuży krwi. Bałem się, czy go nie zabiłem. Ktoś
złapał mnie za ramię i pociągnął.
- Jak chcesz tu przeżyć,
to trzymaj z nami - powiedział Ayham."
"Wizyta
ambasady była dla mnie jak wymarzony gwiazdkowy prezent. Siedziałem
na ławce wewnątrz długiego korytarza. Przez brudną pleksi,
poszatkowaną stalą, widziałem wysoką sylwetkę mojego rozmówcy.
Jak zwykle przy takich okazjach z trudem znajdowałem w głowie
wszystkie przygotowane pytania. Tygodniami układałem je
w zgrabne, logiczne szeregi, by teraz zupełnie o nich zapomnieć.
- Dziękuję za pana życzliwość - odpowiedziałem na jego
powitalne słowa. - Chciałbym się starać o królewską
łaskę, to jedyne, co mi w tej sytuacji zostało. Czy mogę liczyć
w tym na państwa pomoc?
- Królewską łaskę? Za narkotyki to
chyba niemożliwe?
- Słyszałem
o kilku osobach, którym się to udało. Jeśli miałbym państwa
wsparcie, moje szanse na pewno by wzrosły.
- Wie
pan, ja tu nie jestem osobą decyzyjną.
-
A może pan przekazać moją prośbę pani konsul?
- Tak,
ale nasza placówka nie może podejmować takich decyzji, bez zgody
MSZ..."
"Zaraz
po aresztowaniu mogłem liczyć na wiele przyjaznych gestów ze
strony znajomych. Moi kumple organizowali nawet koncerty, by
nagłośnić temat. Później powstała strona internetowa, gdzie
kilka tysięcy osób podpisało się pod petycją w mojej sprawie.
Czytając
o tym wszystkim w listach, często dodawałem sobie otuchy. Niestety,
ich działania w Polsce nie przekładały się w żaden sposób na
sytuację tutaj. Po kilku latach wszystko ucichło i większość
zapomniała o moim istnieniu.
Teraz
mogłem już liczyć tylko na najbliższą rodzinę. Po rozmowie
z panem attaché napisałem do nich, przedstawiając pewien pomysł. Na
początku nikt nie chciał uwierzyć w jego powodzenie. Przysłano mi
jednak to, o co prosiłem - adresy do MSZ i ministra spraw
zagranicznych. Napisałem list do tego ostatniego. Szczęśliwym
trafem dowiedziałem się, że mama dziewczyny mojego kolegi jest
jego dobrą znajomą. Liczyłem, że takie koligacje coś tu pomogą.
Poprosiłem,
by spytała go o pomoc w mojej sprawie. Niestety, na słowo
"narkotyki" minister zareagował jak na wirus, przed którym
trzeba uciec jak najdalej. Mogłem się tego spodziewać. Oprócz
przyjaznych gestów ze strony ludzi, którzy mnie znali, docierały
do mnie echa tego, co myślała większość Polaków:
- Bardzo
dobrze się stało. U nas też powinni skazywać na śmierć takich
jak on!"
W kolejnych miesiącach znów otrzymałem dobre wiadomości. Za sprawą
moich listów i osobistego wstawiennictwa Karola, adwokata, który
próbował pomóc w mojej sprawie, wspierający moją prośbę list
podpisał prezydent Aleksander Kwaśniewski. Na dodatek przebywająca
na urlopie w Polsce pani konsul osobiście rozmawiała o mnie w MSZ.
Po jej powrocie otrzymałem informacje o pozytywnych decyzjach. MSZ
zgodziło się na dyplomatyczną pomoc przy moich staraniach
o zwolnienie. Jak przez gęstą mgłę dochodziły do mnie echa
z polskiej sceny politycznej. W kraju szalała Giertychowa inkwizycja,
a urzędnicy bali się podejmowad jakiekolwiek decyzje, zwłaszcza
w sprawach takich jak moja. Dlatego wieści od pani konsul przerosły
moje oczekiwania.
"- Zabieraj
swoje rzeczy - oznajmił Kiet.
- Po
co, gdzie? - spytałem.
- Idziesz,
zabieraj rzeczy!
- Idę
gdzie? - ciągnąłem za język enigmatycznego funkcyjnego.
- Do
domu - oznajmił wreszcie poirytowanym głosem, przez który
przemawiała totalna zazdrość.
-
O cholera - wykrzyknąłem nieświadomie.
Upragniona
chwila przyszła jak sierpniowa burza - nie wiadomo skąd,
uderzając w głowę młotem euforii. Spojrzałem na rozciągającą
się masę ludzi.
- Kurwa,
to koniec - przemknęło mi przez myśl.
Ilość
napływających w jednej sekundzie myśli zablokowała wszystkie
kanały mojej percepcji. Było oczywiste - prośba, którą
złożyłem prawie dwa lata temu, musiała wreszcie dotrzeć do
pałacu. Fakt, że została poparta przez takie osobistości jak
prezydenci oraz ambasador, sprawił, iż ktoś rzeczywiście zechciał
ją rozpatrzyć. Spośród tysięcy innych próśb ta właśnie
trafiła na stół sekretarza królewskiego i została przedstawiona
samemu królowi.
- Cholera,
cholera - przelewało się przez moją głowę jak sygnał
alarmowy. Poszedłem z powrotem,
w kierunku Chinatown i swojego lockera. Przebłysk zdrowego rozsądku
świecił w mojej świadomości dużym czerwonym napisem: "utrzymaj
to w tajemnicy jak najdłużej"! Czułem, jak rosną mi skrzydła.
Jeszcze chwila i mogłem wzbić się w górę, wzlatując ponad
tym cholernym murem!"