12 opowieści żydowskich - Anka Grupińska

-
Proszę czekać

Miał na imię Zelman, a może Zalmen?

Ob­ra­zy za­mro­żo­ne w sło­wach. Lu­dzie wid­ma i hi­sto­rie nie­ist­nie­ją­ce. Pa­mięć tych, któ­rzy opo­wia­da­ją, jest dla nich i jest dla nas. Im bu­du­je skom­pli­ko­wa­ną toż­sa­mość, nas łą­czy z nimi. Te pol­skie opo­wie­ści ży­dow­skie są cią­gle jak opo­wie­ści afry­kań­skie: inne, obce, nie na­sze. Przy­swa­ja­my je po­wo­li, w ma­łych ka­wał­kach. I choć nie sta­ną się już nig­dy na­szy­mi opo­wie­ścia­mi, to może jako te cu­dze będą bar­dziej bli­skie, mniej inne i mniej obce.

Po­wsta­ły na pod­sta­wie roz­mów re­je­stro­wa­nych w ra­mach dwóch pro­jek­tów hi­sto­rii mó­wio­nej, któ­re pro­wa­dzi­łam w la­tach 2003-2012. W ar­chi­wach Fun­da­cji Cen­tro­pa w Wied­niu i Sto­wa­rzy­sze­nia Ży­dow­ski In­sty­tut Hi­sto­rycz­ny w War­sza­wie znaj­du­je się oko­ło dwu­stu płyt z za­pi­sa­ną roz­mo­wą i zdję­cia­mi. Cały zbiór bę­dzie do­stęp­ny w Mu­zeum Hi­sto­rii Ży­dów Pol­skich w War­sza­wie.

Roz­mów­ca­mi byli pol­scy Ży­dzi, któ­rzy prze­ży­li Za­gła­dę w Pol­sce lub na Wscho­dzie i po woj­nie - roz­pro­sze­ni, naj­czę­ściej po­ukry­wa­ni, nie­wi­docz­ni dla in­nych - po­zo­sta­li tu­taj. (Z róż­nych po­wo­dów). Ży­dow­ski świat po­wo­jen­ny ni­czym już nie przy­po­mi­nał tu­tej­sze­go ży­cia ży­dow­skie­go sprzed woj­ny. A za­tem te dwa­na­ście opo­wie­ści to wy­bór po­dob­nie nie­peł­ny, jak nie­peł­ny jest cały zbiór. To je­dy­nie pró­ba za­pi­su po­szcze­gól­nych lo­sów. A one, na­wet w licz­bie dwu­stu, nie uło­żą się nig­dy w za­pis ca­ło­ścio­wy. Zbyt wie­le w nim bra­ków, zbyt wie­le prze­mil­czeń, nie­do­po­wie­dzeń i za­po­mnień.

W tych opo­wie­ściach przed­woj­nie jest naj­waż­niej­sze. Dla­te­go że stra­co­ne i nie­za­pi­sa­ne - jest stra­co­ne po­dwój­nie. Opo­wia­da­cze czu­ją się w tam­tym świe­cie naj­bez­piecz­niej. Sło­wa do­bie­ra­ją spon­ta­nicz­nie, zwy­czaj­nie. Inny na­mysł im to­wa­rzy­szy, kie­dy za­nu­rza­ją pa­mięć w Za­gła­dzie. I naj­czę­ściej płyt­ko po­ru­sza­ją się w cza­sie po 1945 - tak jak­by ten trze­ci roz­dział ich ży­cia był tym­cza­so­wą prze­cze­kal­nią.

Mó­wią swo­im ję­zy­kiem. A za­pis jest sta­ran­ny - żeby nie zgu­bić, nie zmie­nić, nie po­mi­nąć barw, sma­ków i zna­czeń już nie­obec­nych. Te ję­zy­ki wy­ra­sta­ją czę­sto z ji­dysz albo - przy­najm­niej - ji­dysz jest tłem, na któ­rym ich pol­ski wy­ra­stał. Opo­wia­da­ją­cy uży­wa­ją róż­nych form dla tego sa­me­go zna­cze­nia. Bo tak się mó­wi­ło albo: bo tak za­pa­mię­ta­li. Nie ma tu for­my nie­po­praw­nej, wszyst­kie są peł­no­praw­ne. Z dwóch co naj­mniej po­wo­dów. Po pierw­sze wy­mo­wa w ji­dysz nig­dy nie zo­sta­ła ustan­da­ry­zo­wa­na, tak jak sta­ło się z or­to­gra­fią w 1937 roku. A za­tem nie przy­pi­su­je­my tych ji­dy­szy­zmów do dia­lek­tów: li­tew­skie­go, pol­skie­go czy ukra­iń­skie­go. I po dru­gie: te sło­wa mają po­mie­sza­ne ro­do­wo­dy, i choć­by naj­bar­dziej wy­krzy­wio­ne - są na­szą bied­ną sche­dą po­za­gła­do­wą. (Te bar­dziej zna­ne, tro­chę za­miesz­ka­łe w pol­sz­czyź­nie, za­pi­su­je­my pro­stą li­te­rą. Te bar­dziej obce - kur­sy­wą).

Dzię­ku­ję Wszyst­kim, dzię­ki któ­rym mo­głam pro­wa­dzić pro­jek­ty hi­sto­rii mó­wio­nej: "Świa­dek ży­dow­skie­go stu­le­cia" dla Fun­da­cji Cen­tro­pa i "Za­pi­sy­wa­nie świa­ta ży­dow­skie­go w Pol­sce" dla Sto­wa­rzy­sze­nia Ży­dow­ski In­sty­tut Hi­sto­rycz­ny w Pol­sce. A przede wszyst­kim dzię­ku­ję moim wie­lu Współ­pra­cow­ni­kom. Roz­mo­wy, na pod­sta­wie któ­rych po­wsta­ły te opo­wie­ści, były pro­wa­dzo­ne przez: Olę Bań­kow­ską, Jac­ka Bor­ko­wi­cza, Mar­tę Co­bel-To­kar­ską, Jo­asię Fi­kus, Kin­gę Ga­łusz­kę, Jolę Ja­wor­ską, Ja­ku­ba Rajch­ma­na, Zu­zię Schnepf, Anię Szy­bę i Agniesz­kę Wit­kow­ską. Dzię­ku­ję prof. Ewie Gel­ler za cier­pli­wą kon­sul­ta­cję do­ty­czą­cą ję­zy­ka ji­dysz.

Anka Gru­piń­ska

War­sza­wa, sier­pień 2013

Nie uciekłam, tylko poszłam przed siebie

Sa­lo­mea albo Sa­bi­na Gem­rot, wnucz­ka wę­gier­skie­go Żyda Strah­la z Przy­by­szów­ki koło Rze­szo­wa. Mia­ła dzie­więć­dzie­siąt pięć lat, kie­dy od­da­ła swo­ją hi­sto­rię do ży­dow­skie­go ar­chi­wum. Mó­wi­ła emo­cjo­nal­nie i ję­zyk kra­si­ła ga­li­cyj­ski­mi re­gio­na­li­zma­mi. Opo­wia­da­ła, że ro­dzi­ce byli to­le­ran­cyj­ni i re­li­gij­ni. Że w domu był sztibl, a ksiądz do ojca na kar­ty przy­cho­dził. Że uczy­ła się bie­liź­niar­stwa, kra­wiec­twa, kom­po­zy­cji stro­ju, jak zro­bić ka­pe­lusz, no i róż­ne ro­dza­je ha­ftu po­zna­ła. Że po­tem ura­to­wa­ła z get­ta Ma­lin­kę i zna­la­zła so­bie pra­cę u Niem­ca w Nie­po­ło­mi­cach. Była za­rad­na. Po woj­nie też. Wal­czy­ła o miesz­ka­nie, o dzie­ci, o swo­ją ro­dzi­nę. Ale uraz mia­ła. I jak przy­cho­dzi­ły li­sty z ży­dow­skiej in­sty­tu­cji, to bez pie­cząt­ki, żeby są­sie­dzi nie wie­dzie­li. A i tak za dzieć­mi wo­ła­no. Od roku 1948 miesz­ka­ła w Wie­licz­ce z ro­dzi­ną. Zmar­ła 24 lu­te­go 2008 roku w ma­łym wie­lic­kim domu.

Na­zy­wam się Sa­lo­mea Gem­rot i uro­dzi­łam się 15 li­sto­pa­da 1909 roku trzy ki­lo­me­try od mia­sta Rze­szów, we wsi Przy­by­szów­ka. Tam tra­fił - ale ja nie wiem, w któ­rym roku, bo to się dzia­ło na dłu­go przed­tem, za­nim ja się uro­dzi­łam - ja­kiś Żyd z Wę­gier. Na­zy­wał się Strahl. Był pierw­szym Ży­dem w tej miej­sco­wo­ści. Nie­zwy­kle za­rad­ny czło­wiek. Oże­nił się, za­ku­pił zie­mię i te­re­ny, któ­re nada­wa­ły się pod ce­giel­nię. Przez wieś prze­bie­ga­ła dro­ga na Kra­ków, Tar­nów. On po jed­nej stro­nie wy­bu­do­wał dom dla sie­bie i żony i taki obiekt, gdzie miał wy­twór­nię spi­ry­tu­su - go­rzel­nię. Po dru­giej stro­nie dro­gi pod­miej­ską re­stau­ra­cję pro­wa­dził, a w głę­bi, na tych po­lach, wy­bu­do­wał ce­giel­nię. No i go­spo­dar­stwo rol­ne też miał.

Ale nie­ste­ty dłu­go to nie trwa­ło, bo wy­buchł po­żar w tej go­rzel­ni i spa­li­ła się mu tam ta żona. Żyw­cem, tak. Dzie­ci nie miał, to zna­czy może i miał, i zo­sta­wił gdzie na Wę­grzech. Tego ja nie wiem. Strahl w Przy­by­szów­ce oże­nił się po raz dru­gi i ja je­stem jego wnucz­ką. Wiem, że oże­nił się z ja­kąś pa­nią z Rop­czyc. Na­zwi­ska na­wet nie znam, ale mia­ła na imię Ama­lia. On miał już wte­dy pod sześć­dzie­siąt­kę, ona - osiem­na­ście lat i była sie­ro­tą. A u Ży­dów daw­niej po­sta­no­wio­ne było, że sie­ro­tą mia­ła obo­wią­zek za­jąć się cała ro­dzi­na, któ­ra po­zo­sta­ła. Więc ją szyb­ko wy­da­li za mąż za tego wła­śnie Wę­gra - że był bo­ga­ty i tak da­lej. No, mał­żeń­stwo to po­dob­no było bar­dzo po­praw­ne, bo po­zo­stał dom pięk­nie urzą­dzo­ny, ce­giel­nia pro­spe­ru­ją­ca i go­spo­dar­stwo. Tak że ta pani, ta bab­cia moja, była chy­ba za­do­wo­lo­na. Zdą­ży­ła mieć kil­ko­ro dzie­ci, w tym moją mat­kę. No nie­ste­ty, moja mat­ka, jak mia­ła dzie­sięć lat, też zo­sta­ła sie­ro­tą, bo mój dzia­dek umarł. Na­tu­ral­ną śmier­cią. Mu­siał być sta­ry.

Gi­ze­la Grün­berg (młod­sza) z sio­strą Tau­bą. Za­kład fo­to­gra­ficz­ny Ma­ria. Tar­nów, 1928

Od pra­wej: Baj­la Ryw­ka i Szmul Grün­ber­go­wie. Stop­ni­ca, lata 20.

Je­śli cho­dzi o dziad­ka ze stro­ny ojca, to nie wiem za wie­le. Wiem, że był uro­dzo­ny w Kol­bu­szo­wej, miał na na­zwi­sko Krie­ger i chy­ba był re­li­gij­nym Ży­dem. Po śmier­ci tego dziad­ka bab­cia ze stro­ny ojca miesz­ka­ła z nami w Przy­by­szów­ce i ta bab­cia to mnie wła­ści­wie wy­cho­wa­ła. Mia­ła za­wsze do mnie cier­pli­wość i ona mnie tych re­li­gij­nych spraw uczy­ła, i ona mnie wpro­wa­dza­ła w ży­cie. Czy­ta­ła Bi­blię bez oku­la­rów. (I ja też czy­tam bez oku­la­rów). A ta Bi­blia była ilu­stro­wa­na czę­ścio­wo. Taka duża księ­ga, gru­ba. Jak były na­bo­żeń­stwa w cza­sie świąt, to bab­cia mnie bra­ła i trzy­ma­ła za rękę. I zmu­sza­ła, że­bym do­brze słu­cha­ła, i tłu­ma­czy­ła mi, o co cho­dzi, któ­ra mo­dli­twa ma ja­kie zna­cze­nie. Bab­cia mnie bar­dzo pil­no­wa­ła. "Mó­wi­łaś ty rano mo­dli­twę?" "Ee, bab­ciu, nie mam cza­su, prze­cież wisz, że coś in­ne­go mu­szę ro­bić". "No - mówi - że­byś mia­ła ju­tro czas!" I po­tem, jak ta bab­cia umar­ła, to mama to samo ro­bi­ła.

Za­zna­czo­ny krzy­ży­kiem dzia­dek Her­man Ru­meld w woj­sku au­striac­kim. Pierw­sza woj­na świa­to­wa

Oj­ciec miał trzech bra­ci. Je­den był w Kra­ko­wie, je­den w Gor­li­cach i je­den w Gło­go­wie. Brat w Kra­ko­wie na­zy­wał się Ma­jer Krie­ger. Miał żonę i dwie cór­ki: Re­nię i Edzię. Był za­rząd­cą domu dla star­ców ży­dow­skich przy uli­cy Kra­kow­skiej 57. Ten za­kład mie­ścił się w du­żej, wol­no sto­ją­cej ka­mie­ni­cy. Ogród był tam pięk­ny, utrzy­ma­ne pierw­szo­rzęd­nie to wszyst­ko. Ame­ry­ka, Au­stria utrzy­my­wa­ła to i w ogó­le przy­sy­ła­li pie­nią­dze ze wszyst­kich stron, tak. Ja tam jeź­dzi­łam do­syć czę­sto, pa­mię­tam, to było nad Wi­słą, ostat­ni dom. Ten dom Niem­cy jako je­den z pierw­szych zbu­rzy­li. I ten wu­jek po­cho­wał w Kra­ko­wie tę moją bab­cię, któ­ra mnie wy­cho­wy­wa­ła, bo ona, jak za­cho­ro­wa­ła, to chcia­ła u nie­go umrzeć.

Ten brat w Gor­li­cach był naj­star­szy, na­zy­wał się Sa­mu­el i miał prze­zac­ną ro­dzi­nę, bar­dzo in­te­li­gent­nych lu­dzi, wy­kształ­co­nych. Syn Sa­mu­ela był ad­wo­ka­tem. Na­zy­wał się Da­wid Krie­ger. W Kra­ko­wie stu­dia zro­bił, i to wte­dy, kie­dy był ten nu­me­rus clau­sus. Ład­ny był bar­dzo i bar­dzo się spodo­bał tym pro­fe­so­rom. Cór­ki - He­le­na i Ma­ria - były na­uczy­ciel­ka­mi. Jed­na i dru­ga mia­ła se­mi­na­rium na­uczy­ciel­skie, bo w Gor­li­cach nie było ta­kiej na­gon­ki na Ży­dów. Tam przyj­mo­wa­li wszyst­kich, bez róż­ni­cy. To nie to co w Rze­szo­wie. Brat ojca z Gło­go­wa miał na imię Ze­lman, a może Za­lmen? Ten je­den no­sił bro­dę i pej­sy i on był naj­bied­niej­szy. Chy­ba był szoj­che­tem1, rze­za­kiem. Miał żonę i dziec­ko - syna. Przy­cho­dził do nas, bo ten Gło­gów był nie­da­le­ko i oj­ciec go sta­le wspo­ma­gał.

Moja mat­ka mia­ła bra­ta i dwie sio­stry. Jo­zef Strahl był naj­star­szy z ro­dzeń­stwa mat­ki i miesz­kał w Tar­no­wie. Oże­nio­ny był z ja­kąś pa­nią z Ja­ro­sła­wia, z ta­kiej ro­dzi­ny, któ­ra się mu­zy­ką zaj­mo­wa­ła. Nie wiem, ale chy­ba uczy­li tej mu­zy­ki i wy­naj­mo­wa­li się do gra­nia. I ten brat miał dwóch sy­nów i dwie cór­ki. I wszyst­kie te dzie­ci były mu­zycz­nie uzdol­nio­ne. On sam zgi­nął przed woj­ną w wy­pad­ku w ce­giel­ni. Jego syn Zyg­munt był wir­tu­ozem - skrzyp­kiem. Dru­gi syn zo­stał w Ame­ry­ce den­ty­stą. Star­sza cór­ka tak jak ja się na­zy­wa - Sa­bi­na. Ura­to­wa­ła się, bo mia­ła bar­dzo za­po­bie­gli­wą mat­kę. Mat­ka ją pręd­ko wy­da­ła za mąż, za wdow­ca z Ho­lan­dii, za­nim ta za­wie­ru­cha przy­szła, a po­tem do Ame­ry­ki wy­je­cha­li. A ostat­nio, od kil­ku lat, nie mam wia­do­mo­ści od niej. Chy­ba nie żyje, bo prze­cież nie może żyć, jak była o rok star­sza ode mnie...

Sio­stra mat­ki, Ma­ria, to była pięk­ność na całą oko­li­cę. I była uzdol­nio­na ar­ty­stycz­nie - umia­ła ry­so­wać. Ale ta Ma­ria bar­dzo wcze­śnie umar­ła, bo była cho­ra, psy­chicz­nie wy­czer­pa­na przez nie­uda­ne mał­żeń­stwo. Oj­ciec ją od­wiózł do Wied­nia, do kli­ni­ki na le­cze­nie, w tej kli­ni­ce zmar­ła i tam gdzieś jest po­cho­wa­na. Wy­da­je mi się, że to było nie­dłu­go po ślu­bie mo­ich ro­dzi­ców. Nie wiem, kim była ta Ma­ria, ale ona ko­lek­cjo­no­wa­ła róż­ne rze­czy, któ­re dziś mają war­tość ar­ty­stycz­ną: róż­ne sprzę­ty, przed­mio­ty, tro­fea my­śliw­skie.

Dru­ga sio­stra mamy, Ber­ta, wy­szła za mąż w Rze­szo­wie, a wte­dy to tam była Au­stria, praw­da? Więc w Rze­szo­wie była taka ro­dzi­na Stern­szu­sów, bar­dzo taka za­cna, ele­ganc­ka, za­sy­mi­lo­wa­na - oczy­wi­ście tak po nie­miec­ku. No i z wiel­kiej mi­ło­ści po­dob­no je­den z tych Stern­szu­sów z tą Ber­tą się oże­nił. Po­tem oni zmie­ni­li na­zwi­sko na Star. Osie­dli się w Niem­czech, w Ko­lo­nii nad Re­nem, i tam se otwo­rzy­li biz­nes taki sam, jak mie­li w Rze­szo­wie, to zna­czy skup na całą oko­li­cę na­bia­łu i wy­two­rów mlecz­nych. Bar­dzo do­brze im się po­wo­dzi­ło. Ber­ta mia­ła trzech sy­nów. Je­den miał na imię Erich. I mia­ła też cór­kę - Różę. A ta jej cór­ka Róża Star - pia­nist­ka i so­pran - była za­an­ga­żo­wa­na w te­atrze w Ko­lo­nii i wy­stę­po­wa­ła jako so­list­ka. Mia­ła bar­dzo duże po­wo­dze­nie, ale nie wy­szła za mąż. Koło Ło­dzi był taki obóz kon­cen­tra­cyj­ny, Chełm­no nad Ne­rem. Tam ich wszyst­kich wy­wieź­li. I Róża zgi­nę­ła z tą swo­ją tru­pą te­atral­ną.

Moja mama mia­ła na imię Cha­na. Han­na Strahl. Nie wiem, w któ­rym roku się uro­dzi­ła, ale wiem, że ślub bra­ła w 1900 roku, to mu­sia­ła wte­dy mieć dwa­dzie­ścia, może dwa­dzie­ścia dwa lata, bo to tak dziew­czy­ny wy­cho­dzi­ły za mąż. Mat­ka była bar­dzo po­god­ną oso­bą. Ucho­dzi­ła za ład­ną bar­dzo. Mia­ła wy­gląd nie­ży­dow­ski. Nie no­si­ła pe­ru­ki. Była wy­so­ka i mia­ła ciem­ne oczy. Wło­sy mia­ła nie czar­ne i nie cał­kiem blond­ne, tyl­ko ta­kie - o, sza­tyn­ka się mó­wi­ło. No i mama tu­taj osie­dli­ła się, w tym ma­jąt­ku po ojcu swo­im, w Przy­by­szów­ce. Po śmier­ci ojca po­ma­ga­ła mat­ce w go­spo­dar­stwie i utrzy­my­wa­ła kon­takt z ro­dzi­ną. Mie­li kil­ka­na­ście mórg zie­mi. Dość dużo. Na tym ma­jąt­ku była też ta ce­giel­nia i mat­ka po­ma­ga­ła swo­jej mat­ce roz­pro­wa­dzać te ce­gły. Pół Rze­szo­wa było zbu­do­wa­ne na tej ce­gle. I za­wsze mi mat­ka po­ka­zy­wa­ła: "To z na­szej ce­gły, to z na­szej...". Ta ce­giel­nia na­zy­wa­ła się Strahl, po na­zwi­sku dziad­ka.

Ka­rol - wu­jek Ma­rii Zip­per (czwar­ty od le­wej). Pa­ryż, 1919 lub 1920

Mój oj­ciec na­zy­wał się Eisig Krie­ger. Uro­dził się koło Kol­bu­szo­wej, w miej­sco­wo­ści We­ry­nia. To ja­kaś wio­ska była. Nie wiem do­kład­nie, kie­dy się uro­dził. Kie­dy w 1900 roku się że­nił z moją mamą, to miał ja­kieś dwa­dzie­ścia sześć lat. Oj­ciec był oczy­wi­ście przy­stoj­ny i taki, no, oby­ty czło­wiek. Jak miał trzy­na­ście lat, za­bra­ła go bez­dziet­na zna­jo­ma jego ro­dzi­ców do An­glii i on tam był po­nad dzie­sięć lat. Ta zna­jo­ma wy­kształ­ci­ła go, miał szko­łę śred­nią i był księ­go­wym. Świet­nie po­znał ję­zyk an­giel­ski.

Jak wy­bu­chła woj­na bur­sko-an­giel­ska, to oj­ciec za­jął tam ja­kieś sta­no­wi­sko, jako księ­go­wy. To był Kapsz­tad, Jo­han­nes­burg - ja nie pa­mię­tam, tyl­ko te na­zwy ja­koś po­zo­sta­ły mi w pa­mię­ci. No i prze­trwał tę woj­nę w ja­kiejś ko­pal­ni zło­ta w Afry­ce. Tam za­cho­ro­wał na żół­tą fe­brę. I An­gli­cy za­pro­po­no­wa­li mu, żeby przy­je­chał tu na le­cze­nie. (To była Au­stria wte­dy). No przy­je­chał, wy­le­czy­li go. Tu miał jesz­cze ro­dzi­ców, ro­dzeń­stwo. Tam w An­glii sta­ra­li się, żeby po­wró­cił, ale nie­ste­ty - zo­ba­czył moją mat­kę i nie było siły. Ro­dzi­ce po­zna­li się u dal­szej ro­dzi­ny ojca w Rze­szo­wie. Przy­pad­ko­wo. (Jak się póź­niej oka­za­ło, ojca i mat­kę łą­czy­ło bar­dzo da­le­kie po­kre­wień­stwo). I on od razu się za­ko­chał. To było mał­żeń­stwo bez swat­ki, ab­so­lut­nie. Mo­gli wy­je­chać, ale mat­ka nie chcia­ła je­chać do An­glii, cze­go nie mo­gła po­tem prze­ża­ło­wać całe ży­cie.

Ro­dzi­ce mie­li nas sied­mio­ro. Mnie i mo­ich pię­ciu bra­ci, bo moja sio­stra Ama­lia, imię do­sta­ła po bab­ci, uro­dzi­ła się do­pie­ro, kie­dy ja mia­łam czter­na­ście lat. Wszy­scy uro­dzi­li­śmy się w Przy­by­szów­ce i ja tam jesz­cze cho­dzi­łam do szko­ły, ale póź­niej ro­dzi­ce prze­pro­wa­dzi­li się do in­nej wsi, nie­da­le­ko, do Sta­ro­ni­wy. To też było ja­kieś trzy ki­lo­me­try od Rze­szo­wa. Mój oj­ciec był bar­dzo świec­ki, za­sy­mi­lo­wa­ny, no trud­no mu było być in­a­czej, jak on tyle lat był za gra­ni­cą. Za­wsze do­brze ubra­ny, no­sił za­rost taki krót­ki, ale żad­nych pej­sów ani nic ta­kie­go. To­le­ran­cyj­ny ogrom­nie, mat­ka zresz­tą też. Pil­no­wał nas, że­by­śmy tacy sami byli. Pa­mię­tam, jak świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia od­pra­wia­li pol­scy są­sie­dzi. Był taki zwy­czaj, że w sa­dach gro­ma­dzi­li się po wi­gi­lii, no i te drze­wa opa­sy­wa­li sło­mą i ja­kieś ob­rzę­dy od­pra­wia­li. I my­śmy tam pod­cho­dzi­li, i śmia­li się. Oj­ciec nas skrzy­czał: "Nie wol­no ta­kich rze­czy ro­bić! Żeby mi się to wię­cej nie po­wtó­rzy­ło! To jest ich ob­rzęd, ich spra­wa! Przy­jem­nie by ci było, jak­by two­je spra­wy zo­sta­ły ośmie­sza­ne?!". Tak do nas mó­wił.

Mat­ka też była to­le­ran­cyj­na. Pa­mię­tam, jak mi opo­wia­da­ła, jak jeź­dzi­ła do Nie­miec, do Ko­lo­nii, do swo­jej sio­stry na re­kon­wa­le­scen­cję po cho­ro­bie. Była za­chwy­co­na współ­ży­ciem Niem­ców z Ży­da­mi. Na Nowy Rok mama moja do­sta­ła od przy­ja­ciół Niem­ców ga­łąź bzu kwit­ną­ce­go! (To był po­czą­tek tego wie­ku, co prze­szedł). Mama opo­wia­da­ła, jak tam Ży­dzi byli sza­no­wa­ni, jak byli uwa­ża­ni za ka­te­go­rię lu­dzi cy­wi­li­zo­wa­nych. Jak ją od­pro­wa­dza­li Niem­cy, jak je­cha­ła do domu, to ją na­ma­wia­li, żeby wszyst­ko sprze­da­ła i wy­emi­gro­wa­ła z Pol­ski. No to nie do wia­ry, co się po­tem sta­ło! Skąd to się wzię­ło?

Oj­ciec był tłu­ma­czem przy­się­głym, chy­ba an­giel­skie­go. Znał też świet­nie li­te­rac­ki ję­zyk nie­miec­ki. Oprócz tego przy są­dzie było to ław­nic­two, gdzie on za­sia­dał. Był bar­dzo sza­no­wa­nym i zna­nym czło­wie­kiem w Rze­szo­wie. Oj­ciec był też oczy­ta­ny. Przy­wiózł z An­glii całą bi­blio­te­kę. Miał Pię­ciok­siąg opra­wio­ny w skó­rę - on sta­le stu­dio­wał, jak miał czas. Oprócz tego - wszyst­kie dzie­ła Szek­spi­ra, opra­wio­ne w płót­no nie­bie­skie. Miał też dzie­ła kla­sy­ków nie­miec­kich, w ję­zy­ku nie­miec­kim. Oj­ciec bar­dzo dużo czy­tał pol­skich ga­zet po­li­tycz­nych, ale nie był w żad­nej par­tii. Pa­mię­tam dys­ku­sje w domu z jego zna­jo­my­mi na te­mat woj­ny ja­poń­sko-ro­syj­skiej.

Ro­dzi­ce mie­li duże go­spo­dar­stwo: zie­mię, trzy kro­wy, dwa ko­nie. Była słu­żą­ca, ale ona głów­nie w go­spo­dar­stwie po­ma­ga­ła - mia­ła kro­wy i kury w opie­ce. W kuch­ni mama sama go­to­wa­ła. Kuch­nia była ko­szer­na. Ab­so­lut­nie! Bo mat­ka była bar­dzo re­li­gij­na. Tra­dy­cje ży­dow­skie były u nas prze­strze­ga­ne. W domu ro­dzi­ce po­mię­dzy sobą roz­ma­wia­li w ji­dysz, no. A dzie­ci ro­zu­mia­ły, na­tu­ral­nie. Bra­cia mó­wi­li do­brze w tym ję­zy­ku, i oczy­wi­ście mó­wi­li po pol­sku, bo mat­ka bar­dzo dba­ła o to, że­by­śmy nie byli wy­ob­co­wa­ni, jak już tu mu­si­my żyć. Ro­dzi­ce nie my­śle­li o wy­jeź­dzie do Pa­le­sty­ny. Oj­ciec uwa­żał, że jest za sta­ry, żeby zor­ga­ni­zo­wać ży­cie ro­dzi­nie. Pa­mię­tam, że róż­ne eks­ce­sy an­ty­se­mic­kie się zda­rza­ły i bar­dzo je prze­ży­wa­łam. I za­wsze mi się zda­wa­ło, że po­win­ni­śmy wy­je­chać i nie być wy­ob­co­wa­ny­mi.

Na Ama­lię, tą młod­szą o czter­na­ście lat sio­strę, mó­wi­li­śmy Ma­lin­ka. I mia­łam pię­ciu bra­ci. By­łam po­dob­na do bab­ci, mat­ki ojca. Bra­cia byli wda­ni w ro­dzi­nę mat­ki i wszy­scy byli wy­so­cy. A ja naj­mniej­sza. I oni mi z tego po­wo­du za­wsze w domu do­ku­cza­li. A ro­dzi­ce mó­wi­li: "Daj­cie jej spo­kój, ona bę­dzie mia­ła ro­zum więk­szy za to, bę­dzie mą­drzej­sza". A oni za­wsze mnie prze­śla­do­wa­li, sia­da­li przy sto­le, zgi­na­li nogę w ko­la­nie, czap­kę wkła­da­li na ko­la­no i pa­trzy­li na mnie, że taka mała je­stem jak od­le­głość od pię­ty do ko­la­na.

Tak jak mama, ja też nie mia­łam ży­dow­skiej uro­dy. Pa­mię­tam, jak mnie oj­ciec wy­sy­łał cza­sa­mi do ka­ha­łu, to tam wi­dzia­łam, że były ja­kieś zgro­ma­dze­nia, roz­ma­wia­li Ży­dzi mię­dzy sobą, a ja przy­cho­dzi­łam, cze­ka­łam grzecz­nie na swo­ją ko­lej­kę, a tam za­wsze ja­kiś Żyd się ode­zwał: "Co ta szik­sa2 tu­taj chce?". Nie chcia­łam tam cho­dzić. I bar­dzo z po­wo­du ta­kiej uro­dy cier­pia­łam, bo jak przy­szłam do ro­dzi­ny, to też mó­wi­li: "Obca, jaki ona ma wy­gląd?". W domu, w szko­le mó­wi­li na mnie Sa­bi­na, a nie Sa­lo­mea. Moi bra­cia też uży­wa­li spo­lsz­czo­nych imion, nie wiem, czy dla­te­go, że im ktoś do­ra­dził, czy dla­te­go, że taki czas był, że chcie­li się za wszel­ką cenę za­sy­mi­lo­wać i prze­stać być tymi oby­wa­te­la­mi dru­giej ka­te­go­rii.

Do szko­ły po­szłam jesz­cze za Au­strii, chy­ba w 1915 roku. Ro­dzi­ce po­sła­li mnie o rok wcze­śniej - jak mia­łam sześć lat, bo nie mie­li co ze mną zro­bić. Cho­dzi­łam do pol­skich szkół. W dru­giej kla­sie już był obo­wią­zu­ją­cy ję­zyk nie­miec­ki. Rano mo­dli­twę się mó­wi­ło: "Boże, ochroń nam ce­sa­rza i nasz kraj". Tam, w Rze­szo­wie, jesz­cze za ce­sa­rza, to skaut pol­ski był bar­dzo roz­wi­nię­ty. Au­stria­cy nie prze­szka­dza­li w tym, ab­so­lut­nie nie. I ja pa­mię­tam, że pod­czas 3 Maja i tych wszyst­kich świąt na­ro­do­wych szko­ły or­ga­ni­zo­wa­ły w ryn­ku ma­ni­fe­sta­cje. Tam był po­mnik Ko­ściusz­ki i pod tym po­mni­kiem wszy­scy się gro­ma­dzi­li i śpie­wa­li pie­śni pa­trio­tycz­ne: "Patrz, Ko­ściusz­ko, na nas z nie­ba, jak my wro­gów bę­dziem gro­mić. I two­je­go mie­cza nam po­trze­ba, by oj­czy­znę oswo­bo­dzić".

Mat­ka moja była uczu­lo­na na punk­cie, żeby nas nie prze­śla­do­wa­no za po­cho­dze­nie. A ja cho­dzi­łam do ta­kiej szko­ły pod­sta­wo­wej w Rze­szo­wie, gdzie dzie­ci po­cho­dze­nia ży­dow­skie­go były osob­no w kla­sie, w in­nych ław­kach. Oj­ciec mój nie mógł tego prze­bo­leć. I on miał am­bi­cje, żeby mnie z tej szko­ły prze­nieść tam, gdzie nie było żad­nej se­gre­ga­cji. Więc z pią­tej kla­sy czy z szó­stej oj­ciec mnie za­brał do szko­ły imie­nia Świę­tej Ja­dwi­gi, gdzie nie było w ogó­le dzie­ci ży­dow­skie­go po­cho­dze­nia. Tam opie­ko­wa­li się mną, do­brze mi było, bo ksiądz się mną zaj­mo­wał. Przy­szłam zu­peł­nie wy­ob­co­wa­na. Sta­łam kie­dyś na ko­ry­ta­rzu, bo oni wy­pra­sza­li - te ka­to­lic­kie szko­ły - in­no­wier­ców z lek­cji re­li­gii. Ksiądz, bar­dzo mło­dy, pa­mię­tam, Jó­zef Cie­ślik się na­zy­wał, pod­szedł do mnie i pyta się mnie, cze­go ja tu sto­ję. To ja mu mó­wię dla­cze­go, a on mówi: "Sto­jąc tu, za dużo nie bę­dziesz umieć, chodź". Wziął mnie za rękę i po­pro­wa­dził. Mówi: "Przyj­dzie taki czas, że ci się to aku­rat może przy­dać". Ksiądz mi ta­kie pro­ro­cze sło­wa po­wie­dział. Od­tąd sta­le cho­dzi­łam na lek­cje re­li­gii, cho­ciaż nie bar­dzo mnie to in­te­re­so­wa­ło i kla­sy­fi­ko­wa­na nie by­łam. Ten ksiądz miał dużą bi­blio­te­kę i miał zwy­czaj na świę­ta wy­po­ży­czać książ­ki tym uczen­ni­com, któ­re chcia­ły. Więc za­pra­szał do tej bi­blio­te­ki, no i mnie też, na­tu­ral­nie. A ja pa­trzy­łam po tych wszyst­kich pół­kach z książ­ka­mi i wi­dzę Quo va­dis. On mówi: "Nie mogę ci tego po­ży­czyć, bo to oj­ciec musi ze­zwo­lić". No a oj­ciec mi po­wie­dział: "Idź, nie za­wra­caj mi gło­wy, czy­taj, co chcesz, prze­cież nie je­steś głu­pia". W tej szko­le by­łam jed­na Ży­dów­ka, to ro­dzi­ce za­pi­sa­li mnie do pry­wat­nej szko­ły he­braj­skiej w Rze­szo­wie, gdzie uczy­łam się ję­zy­ka he­braj­skie­go dwie go­dzi­ny w ty­go­dniu.

Ro­dzi­ce tak za bar­dzo nie cac­ka­li się ze mną. Ko­nie były, ale jak były ko­nie gdzie in­dzij za­ję­te, to ja cho­dzi­łam trzy ki­lo­me­try do tej szko­ły, taki gó­rzy­sty był tam te­ren. Śnie­ży­ce, zim­no, wiatr, to od jed­ne­go słu­pa te­le­gra­ficz­ne­go do dru­gie­go szłam, obej­mo­wa­łam ten słup i od­po­czy­wa­łam. Nikt się nie in­te­re­so­wał, choć by­łam je­dy­ną cór­ką. No mat­ka mnie tak wy­cho­wy­wa­ła: "Ja was mam sied­mio­ro - mó­wi­ła - nie mogę wy­jąt­ków ro­bić".

Zyg­munt był moim naj­star­szym bra­tem, z za­wo­du ju­bi­le­rem, ale wcze­śniej uczył się bu­chal­te­rii. Uro­dził się w 1902 roku. On słu­żył w woj­sku pol­skim. Tak, i tam w tym woj­sku na­awan­tu­ro­wał się, ile wla­zło, bo se nie po­zwo­lał. Sil­ny był, no i uwa­żał, jako Żyd, on nie jest nic gor­sze­go, i kto mu ubli­żył, to się roz­pra­wił z nim. Taki miał cha­rak­ter, no. Rze­szów to było mia­sto prze­waż­nie ży­dow­skie. Pa­mię­tam, jak raz Zyg­munt był na urlo­pie z woj­ska, tuż przed świę­ta­mi Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Był aku­rat na tar­gu, jak Ży­dzi roz­kła­da­li ryby do sprze­da­nia, a chu­li­ga­ny przy­cho­dzi­li i wy­rzu­ca­li im to na uli­ce. I ten brat mój z tymi chu­li­ga­na­mi się roz­pra­wił. Albo w Ja­ro­sła­wiu, tam, gdzie sta­cjo­no­wa­ła jego jed­nost­ka - na­pa­dli go chu­li­ga­ny i chcie­li mu do­lać. Po­wie­dzie­li do nie­go: "Ży­dzie!". A on po­wie­dział: "Ca­łuj go w dupę, za­nim dru­gi przyj­dzie". Był sil­ny i tych wszyst­kich chu­li­ga­nów po­rząd­nie po­tur­bo­wał. Miał za to spra­wę są­do­wą i był w twier­dzy woj­sko­wej. Ojca to kosz­to­wa­ło strasz­nie dużo, ale wziął ad­wo­ka­ta, jed­ne­go z naj­słyn­niej­szych, i go wy­bro­nił.

Po Zyg­mun­cie ro­dzi­com uro­dził się Abra­ham, ale mó­wi­li na nie­go Ro­mek. W 1904 roku. Wy­bit­nie przy­stoj­ny, o ta­kich ar­ty­stycz­nych zdol­no­ściach. Bar­dzo do­bry głos miał i w ogó­le. Or­ga­ni­zo­wał te­atry, sam so­bie sce­na­riu­sze ro­bił, róż­ne tam ta­kie. Ja pa­mię­tam, by­łam mała dziew­czyn­ka, jak on te przed­sta­wie­nia ro­bił, w na­szej sto­do­le je urzą­dzał. Jako mło­dy chło­pak wy­je­chał do Ar­gen­ty­ny, bo miał dość tu­taj ży­cia. W koń­cu lat dwu­dzie­stych. Wte­dy jesz­cze nie było re­kru­ta­cji na wy­jaz­dy do Pa­le­sty­ny. I ten Ro­mek prze­padł w Ar­gen­ty­nie. Szu­ka­li, ale go nie zna­leź­li.

Trze­ci brat uro­dził się w 1907 roku. Na­zy­wał się Maj­lech, ale wo­ła­li go Maks i on zaj­mo­wał się rol­nic­twem. Pro­wa­dził całe na­sze go­spo­dar­stwo wzo­ro­wo. On miał cho­re lewe oko - na­wet na zdję­ciu, któ­re mam, tro­chę wi­dać, i miał to oko zo­pe­ro­wa­ne przez ja­kie­goś słyn­ne­go chi­rur­ga w Wied­niu. To była wiel­ka tra­ge­dia ro­dzin­na, bo prze­ciął mu ten chi­rurg źre­ni­cę. I Maks nie wi­dział na to oko. On je­den zdą­żył się oże­nić przed woj­ną. Miał dwój­kę ma­lut­kich dzie­ci, ale nie pa­mię­tam, ja­kie mia­ły imio­na.

Naj­bliż­szym mi bra­tem był Moj­żesz, a Mo­nek go wo­ła­li. W szko­le ucho­dził jako Mau­ry­cy. Po­mię­dzy mną a nim była bar­dzo mała prze­rwa. On uro­dził się w 1911 roku. Bar­dzo­śmy się oby­dwo­je lu­bi­li, no. Pa­mię­tam, jak by­li­śmy dzieć­mi, to wszy­scy mó­wi­li, że się pro­wa­dzi­my jak te śle­pe dzia­dy. A my sta­le za rękę. No. To był Mo­niu­szek, bar­dzo do­bry brat. Wszyst­ko­śmy ra­zem pla­no­wa­li, ra­zem ro­bi­li. On ar­ty­stycz­ne zdol­no­ści miał, był taki in­te­lek­tu­ali­sta, po­tem w dru­kar­ni pra­co­wał.

Pią­ty brat, Sa­lo­mon, był ode mnie młod­szy o sie­dem lat. I pa­mię­tam, jak ten brat mój był taki ma­lut­ki, ten Sa­lek. Przed woj­ną Sa­lek uczył się ze­cer­stwa, ale po­tem na­ba­wił się uczu­le­nia na te róż­ne sma­ry i pra­co­wał w ku­piec­twie, w ta­kim skle­pie ży­dow­skim. Kie­row­ni­kiem był ta­kich ma­ga­zy­nów, no jak to daw­niej mie­li Ży­dzi, ma­te­ria­łów włó­kien­ni­czych.

W Przy­by­szów­ce z cza­sem osie­dli­ło się dzie­sięć ro­dzin ży­dow­skich i oni wszy­scy za­miast jeź­dzić do sy­na­go­gi do Rze­szo­wa, za­czę­li gro­ma­dzić się w na­szym domu w świę­ta. U nas był taki sztibl3. Była oczy­wi­ście Tora i po­cząt­ko­wo wy­naj­mo­wa­li ko­goś, a po­tem oj­ciec mój ce­le­bro­wał, bo miał bar­dzo do­bry głos i znał do­brze układ. Po­nie­waż dom był duży, tam było - ja wiem? - czte­ry po­ko­je w am­fi­la­dzie, więc mie­li gdzie się wszy­scy gro­ma­dzić. Słu­żą­ca oczy­wi­ście sprzą­ta­ła po­tem, bo bar­dzo dużo lu­dzi przy­cho­dzi­ło na mo­dli­twę. Ale bar­dzo się ład­nie za­cho­wy­wa­li ci lu­dzie, za­wsze dzię­ko­wa­li ro­dzi­com. Chłop­cy uczest­ni­czy­li w uro­czy­sto­ściach, bo na­le­że­li do gru­py ko­ha­nim4 - ro­dzi­ny ka­pła­nów, tej uprzy­wi­le­jo­wa­nej gru­py z naj­star­szych cza­sów bi­blij­nych. Jak były na­bo­żeń­stwa, to oni wy­od­ręb­nia­li się z tłu­mu i ta­kie zna­ki bło­go­sła­wień­stwa ro­bi­li nad gło­wa­mi. I to się na­zy­wa­ło, że bło­go­sła­wią lud. Ka­pła­nom nie wol­no się było że­nić ani z wdo­wą, ani z roz­wód­ką. Tak. Nie wol­no im było uczest­ni­czyć w po­grze­bach, nie mo­gli być na cmen­ta­rzu, bo nie wol­no im było stą­pać po tej zie­mi cmen­tar­nej, no. Chło­pa­ki mia­ły bel­fra, do nas do domu przy­cho­dził. Uczył ich ksiąg bi­blij­nych, li­tur­gii, wszyst­kie­go.

W sza­bat to wszyst­ko było bar­dzo prze­strze­ga­ne. Mat­ka świe­ci­ła świe­ce. Wszyst­ko było go­to­wa­ne w dzień przed­tem. Czu­lent przy­grze­wa­ła słu­żą­ca. Pa­mię­tam mo­dli­twy Jom Ki­pur5. Po­ści­li wszy­scy. Przy­po­mi­nam so­bie, jak mia­łam dwa­dzie­ścia lat, do­sta­łam za­pa­le­nia śle­pej kisz­ki, aku­rat przed świę­ta­mi, i mu­sia­łam być zo­pe­ro­wa­na, no. I tuż przed Jom Ki­pur przy­wieź­li mnie do domu, no i oj­ciec po­szedł do ra­bi­na. Za­py­tał się, co ze mną zro­bić, czy ja mam obo­wią­zek po­ścić. Oj­ciec, ten po­stę­po­wy czło­wiek! Od­po­wiedź była taka: żeby mi ku­pił wi­no­gro­na i że mam co pięć mi­nut jed­no gro­no za­ży­wać.

Po­zo­sta­łe ro­dzi­ny ży­dow­skie z na­szej wsi nie były za­sy­mi­lo­wa­ne - tak tyl­ko, ile była ko­niecz­ność. To były wie­lo­dziet­ne ro­dzi­ny. No, rdzen­nie ży­dow­skie. I te ro­dzi­ny już nie były ta­kie to­le­ran­cyj­ne. Mó­wi­li prze­waż­nie w ji­dysz, a po pol­sku sła­bo. Ich dzie­ci cho­dzi­ły do szko­ły, żeby się na­uczyć pi­sać i czy­tać, ale żeby były prze­śla­do­wa­ne, to nie, nie pa­mię­tam. Tam je­den Żyd cho­wał kozy, no i z tego się utrzy­my­wał. Inny był kraw­cem, szył, jesz­cze inny szew­cem. Utrzy­my­wa­li się z uczci­wej pra­cy. A cała wieś była ogrom­na, w su­mie sie­dem­set nu­me­rów plus ple­ba­nia i ko­ściół. Ukra­iń­ców we wsi nie było. Ta resz­ta to byli Po­la­cy, w więk­szo­ści rol­ni­cy. To było bar­dzo bli­sko mia­sta. Trzy ki­lo­me­try do to­rów ko­le­jo­wych, a od to­rów za­czy­na­ło się mia­sto, no. I ci są­sie­dzi byli też róż­nie usto­sun­ko­wa­ni do nas, do Ży­dów. Już zda­rza­ło się, że na­zy­wa­no nas "par­cha­mi". Mimo to ro­dzi­ce mie­li przy­ja­ciół i zna­jo­mych wśród Po­la­ków. Ksiądz to na­wet przy­cho­dził do ojca na kar­ty w zi­mie i w ogó­le lu­bił bar­dzo z nim roz­ma­wiać.

Pierw­szą woj­nę tro­chę pa­mię­tam. Jak po­sła­niec jeź­dził na ko­niu i ob­wiesz­czał, że jest mo­bi­li­za­cja. Pa­mię­tam, jak na po­cząt­ku woj­ny przy­cho­dzi­ło dużo za­wia­do­mień o śmier­ci po­wo­ła­nych do woj­ska, mó­wi­ło się wte­dy, że taka a taka ro­dzi­na do­sta­ła "umar­łą kar­tę". Pa­mię­tam, jak słu­żą­ca mnie na ple­cach prze­no­si­ła - po­la­mi, do mia­sta, bo bom­bar­do­wa­li na­szą wieś. Albo jak mat­ka moja na po­dwór­ku trzy­ma­ła kro­wę za po­stro­nek i bom­ba spa­dła obok. Bom­ba wy­ry­ła strasz­ny dół, kro­wa zo­sta­ła zra­nio­na, a mat­ka oca­la­ła. Oj­ciec w cza­sie woj­ny w go­spo­dar­stwie pra­co­wał, do­pie­ro przy koń­cu woj­ny był zmo­bi­li­zo­wa­ny do woj­ska i był sta­cjo­no­wa­ny w Prze­go­rza­łach pod Kra­ko­wem. Pa­mię­tam, jak Pol­ska od­zy­ska­ła nie­pod­le­głość. Eu­fo­ria, no, trud­na do opi­sa­nia. Oczy­wi­ście wszy­scy bra­li w tym udział: Ży­dzi, nie-Ży­dzi, wszy­scy się cie­szy­li strasz­nie. Wi­wa­to­wa­li i w ogó­le. Na po­cząt­ku Ży­dzi nie mie­li żad­nych przy­kro­ści, tyl­ko po­tem to się za­czę­ło, bo wia­do­mo, jak hi­sto­ria wy­zna­czy­ła bieg, to ze wszyst­kich stron po­ka­za­ła się pa­skud­na gęba fa­szy­sty.

Sa­lo­mea Krie­ger w rze­szow­skiej szko­le. Obie fo­to­gra­fie z tego sa­me­go okre­su. 1924 lub 1925

Eisig i Han­na (Cha­na) - ro­dzi­ce. Sto­ją: Ama­lia (Ma­lin­ka) i Sa­lo­mea Krie­ger. Przed do­mem w Sta­ro­ni­wie koło Rze­szo­wa. 1939

Ja po­szłam do Szko­ły Prze­my­sło­wej Rze­miosł Ar­ty­stycz­nych. Po sied­miu kla­sach oj­ciec mnie tam za­pi­sał, bo uwa­żał, że po tej szko­le będę mia­ła ja­kiś za­wód. A w Rze­szo­wie było gim­na­zjum żeń­skie oczy­wi­ście, se­mi­na­ria róż­ne­go typu: na­uczy­ciel­skie, han­dlo­we. A moja szko­ła to była pry­wat­na, czte­ro­let­nia, na wy­so­kim po­zio­mie i li­czy­ła się jako śred­nie wy­kształ­ce­nie. W Rze­szo­wie był sztab sta­cjo­no­wa­ny, a ofi­ce­rom pol­skim nie było wol­no się że­nić z kimś, kto nie miał śred­nie­go wy­kształ­ce­nia. To pa­nien­ki ze dwo­rów prze­waż­nie cho­dzi­ły ze mną do szko­ły, cór­ki ofi­ce­rów i urzęd­ni­ków. I tam zno­wu tra­fi­łam jako jed­na Ży­dów­ka. Na czter­dzie­ści kil­ka uczen­nic. Nie, nie by­łam wy­od­ręb­nia­na, prze­ciw­nie, mia­łam dużo przy­ja­ciół.

Osiem­na­sto­let­nia Sa­lo­mea Gem­rot

Uczy­łam się, jak zro­bić ka­pe­lusz; bie­liź­niar­stwa, kra­wiec­twa, kom­po­zy­cji stro­ju; róż­ne po­zna­łam ro­dza­je ha­ftu. Na fe­rie mia­łam do­syć czę­sto za za­da­nie stro­je do ope­ry ry­so­wać na ta­kich du­żych plan­szach. Był taki przed­miot ko­stiu­mo­lo­gia. Trze­ba było znać ko­stiu­my, ja­kie się po­ja­wi­ły w Eu­ro­pie od naj­wcze­śniej­szych lat. Uczy­łam się też fran­cu­skie­go. Wszyst­kie­go tam mia­łam moż­ność się uczyć, na­wet włącz­nie z go­to­wa­niem i pie­cze­niem, ale to mi nie od­po­wia­da­ło, bo nie uczo­no ko­szer­nej kuch­ni. Prak­ty­kę szkol­ną mia­łam pod­czas czwar­te­go roku. Po tej szko­le nie­ste­ty już nic nie ro­bi­łam, cho­ciaż chcia­łam się da­lej kształ­cić w tym sa­mym kie­run­ku. Tak, na uni­wer­sy­te­cie obo­wią­zy­wał nu­me­rus clau­sus, a w in­nych szko­łach tyl­ko po­pa­trzy­li i już było wia­do­mo: "nie ma miej­sca". Nie było ta­kiej rzą­do­wej usta­wy prze­ciw­ko przyj­mo­wa­niu Ży­dów, ale nie przyj­mo­wa­no. Zresz­tą cze­sne było wy­so­kie, a moim ro­dzi­com już się tak do­brze nie po­wo­dzi­ło. Ze śmier­cią dziad­ka upa­dła ce­giel­nia, bo to wte­dy już było "nie ku­puj u Żyda". Już za­czę­ło się, no. Zda­rza­ły się eks­ce­sy czyn­ne, przy­po­mi­nam so­bie. Na­pa­da­li na domy, strze­la­li w su­fit. Bar­dzo się bali ro­dzi­ce o bra­ci. Ja sko­rzy­sta­łam z wy­kształ­ce­nia, z tej mo­jej szko­ły, i za­czę­łam na wła­sną rękę dzia­łal­ność. Więc szy­łam, ha­fto­wa­łam, da­wa­łam lek­cje kro­ju. Ile lat mo­głam mieć? Ja­kieś osiem­na­ście, dzie­więt­na­ście.

-

Wi­dzia­łam ten eg­zo­dus Ży­dów za­raz po wy­bu­chu woj­ny, bo Niem­cy de­por­to­wa­li do Rze­szo­wa oko­ło sześć ty­się­cy Ży­dów, całe trans­por­ty do nas wy­sy­ła­li, i to byli lu­dzie ogo­ło­ce­ni ze wszyst­kie­go. Wte­dy już zda­wa­łam so­bie spra­wę, że to ko­niec. Tak. I ja już wte­dy uwa­ża­łam, że ja w Pol­sce nig­dy nie po­zo­sta­nę. I wszyst­kie pro­po­zy­cje, kie­dy by­łam do­ra­sta­ją­cą dziew­czy­ną, od­rzu­ca­łam. No ja wie­dzia­łam, że to nie ma sen­su - za­kła­da­nie ro­dzi­ny w ta­kich wa­run­kach. No co to, co to było? Ku­zyn­ka moja w Kra­ko­wie mia­ła pra­wo skoń­czo­ne. Wy­szła za mąż za le­ka­rza, no i co? Dłu­go to trwa­ło? Przy­szła oku­pa­cja i po­szła do Tre­blin­ki ra­zem z tym swo­im le­ka­rzem. Ład­na była ta Re­nia...

Bra­cia wy­je­cha­li do Ro­sji za­raz. Jesz­cze wte­dy, kie­dy moż­na było. Kie­dy nie były za­mknię­te gra­ni­ce, ale Niem­cy już w Sta­ro­ni­wie byli. Brat ojca z Gor­lic z całą ro­dzi­ną przy­je­chał po nas koń­mi. Ale nie­ste­ty moi ro­dzi­ce nie chcie­li je­chać: że są sta­rzy, że się nie będą po­nie­wie­rać, że prze­ży­li pierw­szą woj­nę, że są nie­za­leż­ni... Aaa, mie­li róż­ne ar­gu­men­ty - tak jak ci wszy­scy, któ­rzy mie­li zgi­nąć. Maks, ten żo­na­ty, też zo­stał ze swo­ją ro­dzi­ną. Z Ro­sji bra­cia nada­li te­le­gram, żeby im przy­słać na­sze zdję­cie. I ta­kie zdję­cie się za­cho­wa­ło.

Ja pra­co­wa­łam. Pil­no­wa­łam mię­dzy in­ny­mi dzie­ci ta­kiej mo­jej zna­jo­mej. Jej mąż był na fron­cie. Ona na­zy­wa­ła się Wik­to­ria Sza­la­cha. Dwóch sy­nów mia­ła i ja ich wy­cho­wy­wa­łam. Ona kie­dyś mówi do mnie: "No ta­kie mam zmar­twie­nie, bo idą świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia i przy­je­dzie ro­dzi­na, i syn po­wi­nien umieć za­śpie­wać ko­lę­dę". A Ta­dziu był mały. "Do­brze - mó­wię - mogę go na­uczyć". No i uczy­łam go: "Syn Boży w żło­bie leży...". Jak po­tem opo­wia­da­łam swo­im, że ja na­wet po­tra­fi­łam uczyć ko­lęd, to się za gło­wę chwy­ci­li. Tak, ale to się dzia­ło na po­cząt­ku, jesz­cze nie była zor­ga­ni­zo­wa­na ta rzeź. I nie­ste­ty mój brat Mo­nek wró­cił szyb­ko z tej Ro­sji. Tu miał pan­nę, mi­łość, i ta pan­na - Giza - pi­sa­ła do nie­go, że nie może bez nie­go wy­trzy­mać. I on tu wró­cił. I od razu go Niem­cy wzię­li. Do ka­mie­nio­ło­mów gdzieś, i tam zgi­nął. I nie wiem, w ja­kiej miej­sco­wo­ści, kie­dy, i w ogó­le. A po­tem ten al­bum, któ­ry przed wy­sie­dle­niem do get­ta da­łam na prze­cho­wa­nie na­szym są­sia­dom Wi­śniow­skim, za­gi­nął u nich. I na­wet nie mam zdję­cia, jak Mo­nek wy­glą­dał. To był prze­mi­ły czło­wiek, uko­cha­ny brat wszyst­kich. A po­tem Maks po­szedł od razu do Bełż­ca. Zdą­żył mieć dwóch sy­nów i nie­ste­ty wszyst­ko Niem­cy znisz­czy­li. Na­wet się nie po­że­gna­łam z nim. I ja tam w Bełż­cu mia­łam też prze­zna­cze­nie, ale ja w ostat­niej chwi­li... wy­szłam.

Ja z sio­strą Ma­lin­ką i ro­dzi­ca­mi mia­łam iść do get­ta w Rze­szo­wie. Wy­bu­chła strasz­na pa­ni­ka mię­dzy ludź­mi. Niem­cy wcze­śniej wy­zna­czy­li Ży­dów, któ­rzy mu­sie­li przy­pil­no­wać, żeby wszy­scy się do get­ta zgło­si­li. Moż­na było ze sobą wziąć tyl­ko oso­bi­ste rze­czy. Po­szli­śmy pie­cho­tą, to zresz­tą nie­da­le­ko było. W środ­ku mia­sta Niem­cy urzą­dzi­li taki Sam­mel­platz, miej­sce zbiór­ki, gdzie wszy­scy mie­li się zgło­sić. Przed woj­ną na tym ob­sza­rze han­dlo­wa­li bied­ni lu­dzie, na­wet nie mie­li swo­ich stra­ga­nów, tyl­ko tak, z uli­cy sprze­da­wa­li ja­kieś to­wa­ry. Czę­ścią tego Sam­mel­plat­zu był też ży­dow­ski sta­ry cmen­tarz sprzed se­tek lat. No nie wie­dzie­li­śmy, co ro­bić. Ro­dzi­ce po­wie­dzie­li mi wte­dy: "Wie­rzy­my w to, że jak ty się ura­tu­jesz, to ura­tu­jesz i Ma­lin­kę". Ja z Ma­lin­ką zo­sta­łam wy­zna­czo­na na ro­bo­ty i w ten spo­sób do­sta­ły­śmy się poza ten Sam­mel­platz. A tam lu­dzie sie­dzie­li na zie­mi, je­den obok dru­gie­go, bici, mal­tre­to­wa­ni, a my z sio­strą to wszyst­ko wi­dzia­ły­śmy, bo my­śmy z Ma­lin­ką wy­la­zły na strych i przez taką dziu­rę jak w te­atrze ob­ser­wo­wa­ły­śmy ten plac cały dzień, bo cały dzień trwa­ła ta ma­sa­kra.

Ro­dzi­ców do­kwa­te­ro­wa­no do ja­kiejś ob­cej ro­dzi­ny z Ka­li­sza, ale to byli cał­kiem kul­tu­ral­ni lu­dzie. Nie wszy­scy mie­li ta­kie szczę­ście. W tej czę­ści mia­sta miesz­ka­ło wie­lu Ży­dów z Ka­li­sza, któ­rych de­por­to­wa­no do Rze­szo­wa za­raz po wy­bu­chu woj­ny. I ci lu­dzie już dłu­go byli na tej po­nie­wier­ce, po­zba­wie­ni moż­li­wo­ści my­cia, głod­ni, byli w strasz­li­wym sta­nie, miesz­ka­li w ja­kichś piw­ni­cach... Ma­lin­ka pra­co­wa­ła w ta­kiej pra­cow­ni, gdzie na­pra­wia­li mun­du­ry żoł­nier­skie. Nie co­dzien­nie, ale się z nią wi­dy­wa­łam. Mnie wy­zna­czo­no do wy­ła­dun­ku ce­gieł z wa­go­nów po­cią­go­wych. To były szcze­re pola, przez któ­re prze­bie­gał tor ko­le­jo­wy na Kra­ków. Z Rze­szo­wa. Niem­cy mie­li za­miar tam coś bu­do­wać, bo przy­cho­dzi­ły trans­por­ty ce­gieł, całe wa­go­ny. I to było tak przez Niem­ców zor­ga­ni­zo­wa­ne, że to ta­kim szta­fe­to­wym ru­chem się prze­no­si­ło. Po­nie­waż ce­gieł było bar­dzo dużo, to co­raz da­lij w te pola je ukła­da­li­śmy. Na noc, spać, wra­ca­li­śmy do get­ta. Ja miesz­ka­łam z tymi, z któ­ry­mi pra­co­wa­łam.

W get­cie była bra­ma z jed­nej stro­ny wy­cho­dzą­ca na ko­le­jo­wą sta­cję. Nie na głów­ną, tyl­ko na bocz­ną, bo tam szedł tor ko­le­jo­wy na Ja­sło. I Niem­cy de­por­to­wa­li Ży­dów przez tą ja­siel­ską sta­cję. I na po­cząt­ku sta­le pod bra­mę get­ta pod­cho­dzi­li moi zna­jo­mi, oczy­wi­ście nie-Ży­dzi. Przy­no­si­li mi, co mo­gli. Im strasz­nie, tym zna­jo­mym moim, za­le­ża­ło, żeby mnie ura­to­wać. Lu­bi­li mnie wi­docz­nie. No i na­ma­wia­li mnie, że­bym ode­szła stam­tąd, że to ko­niec, i tak da­lej, bo to było w pierw­szych dniach ist­nie­nia get­ta, w stycz­niu 1942. Ja nie chcia­łam, bo ja mia­łam obrzy­dze­nie do tego wszyst­kie­go. Ale oni wy­cią­gli mnie na siłę pra­wie. To po­sta­wi­łam im wa­ru­nek: je­śli po­mo­że­cie mnie, to i mo­jej sio­strze. Ro­dzi­ce byli w get­cie krót­ko, parę tych zi­mo­wych mie­się­cy. Zdą­ży­łam się z nimi po­że­gnać. My­ślę, że wy­sła­no ich do Bełż­ca. Ma­lin­kę uda­ło się ura­to­wać z get­ta la­tem 1942. Oka­za­ło się, że jej ko­le­żan­ka zo­sta­ła przez Niem­ców wy­ty­po­wa­na do Nie­miec, na ro­bo­ty. Oczy­wi­ście nie-Ży­dów­ka. No i tam była strasz­na tra­ge­dia, bo ta dziew­czyn­ka, Wła­dzia się na­zy­wa­ła, Wła­dzia Ży­rac­ka, nie mia­ła zdro­wia. Ład­na była, ale taka de­li­kat­na. I wte­dy po­wstał pro­jekt, żeby wziąć do­ku­men­ty tej Wła­dzi i dać mo­jej sio­strze. Bra­wu­ra! No i to wszyst­ko wy­my­śla­łam ja. Zna­jo­mi od­pro­wa­dzi­li ją do po­cią­gu z tymi do­ku­men­ta­mi i Ma­lin­ka po­je­cha­ła do Nie­miec. Na­zy­wa­ła się wte­dy tak jak ta ko­le­żan­ka - Wła­dzia.

Ja zo­sta­łam w get­cie. Se­gre­go­wa­no nas czę­sto. W ta­kich dłu­gich sze­re­gach sta­ły­śmy i przy­cho­dzi­ła nie­miec­ka straż, i kto się im nie po­do­bał, to bra­li go z sze­re­gu i na bok, na bok, i wia­do­mo. Oni mnie ob­ser­wo­wa­li od cza­su do cza­su, bo te sze­re­gi się od­by­wa­ły co­dzien­nie, te se­gre­ga­cje - to Niem­cy mnie ob­ser­wo­wa­li. No i ja tak wy­czu­łam, że się im nie po­do­bam. Ale to nie za­de­cy­do­wa­ło o tym, że ode­szłam. Za­de­cy­do­wał ten krwo­tok, bar­dzo sil­ny krwo­tok z nosa. Był strasz­ny upał. Li­piec czy sier­pień, nie pa­mię­tam. Prze­no­si­ły­śmy ce­gły z wa­go­nów na ta­kie pry­zmy. I do­sta­łam ten krwo­tok. I ko­le­żan­ki mnie od­nio­sły za taką pry­zmę ce­gieł, i tam mnie po­ło­ży­ły, bo jak­by mnie Nie­miec zo­ba­czył, toby mnie za­strze­lił za­raz. Ja tam po­le­ża­łam tro­chę i po­roz­glą­da­łam się po tej oko­li­cy. To moje ro­dzin­ne stro­ny były. No i za­bra­łam się, i po­szłam przed sie­bie.

Nie ucie­kłam, tyl­ko po­szłam przed sie­bie. I pa­mię­tam, że ciem­no się ro­bi­ło i spać mi się chcia­ło, i taka sła­ba by­łam. I po­szłam po­mię­dzy ziem­nia­ki, i tam prze­spa­łam się w go­łym polu. Za­wsze się tak brzy­dzi­łam na go­łej zie­mi po­ło­żyć, a wte­dy nie. Jak dłu­go spa­łam, to nie pa­mię­tam. Tyl­ko po­tem obu­dzi­łam się i se my­ślę: gdzie ja tu mam pójść? Ale mia­łam taką ko­le­żan­kę, Jan­kę Sta­cho­wicz. Jej oj­ciec był or­ga­ni­stą. I se my­ślę: pój­dę, spró­bu­ję, może mnie przyj­mą. I ona mnie przy­ję­ła. Z mat­ką wy­pła­ka­ły się nade mną, ile wla­zło. Po­tem się za­bra­ły do my­cia mnie, bo prze­cież by­łam w okrop­nym sta­nie. W okrop­nym. Peł­no mia­łam wrzo­dów ja­kichś na twa­rzy, bo to tem­pe­ra­tu­ra, nie­do­ży­wie­nie, no nie tyl­ko nie­do­ży­wie­nie, ale głód. Wy­le­czy­li mnie, ale tam dłu­go też nie mo­głam być. Tak ja wiem? Ja­kieś dwa ty­go­dnie. Nie mo­głam, bo wy­śle­dzi­li mnie za­raz są­sie­dzi i gro­zi­li, że do­nio­są. Wszę­dzie, gdzie tyl­ko by­łam, tak było.

Z ży­ciem się za­cho­wa­łam, ale mu­sia­łam się prze­miesz­czać z miej­sca na miej­sce. Nig­dzie dłu­go nie mo­głam za­grzać miej­sca, bo nie­ste­ty Po­la­cy mają to do sie­bie, że są nie­to­le­ran­cyj­ni i mają głę­bo­ko za­ko­do­wa­ny an­ty­se­mi­tyzm. No, nie wszy­scy. Mnie po­mo­gli przy­ja­cie­le, któ­rzy też na­ra­ża­li ży­cie. No i po ro­dzi­nie Jan­ki ukry­wa­li mnie tacy Wi­śniow­scy, są­sie­dzi ze Sta­ro­ni­wy. Ten Wi­śniow­ski to był rol­nik, bar­dzo po­rząd­ny czło­wiek. Wy­no­si­li mnie w ko­szu w nocy do sto­do­ły na sto­gi sło­my i tam spa­łam przez te dwa mie­sią­ce. Ale do­brze mi tam było. Dba­li o mnie, ko­cha­li mnie. No. Mo­dli­li się za mną. A byli tacy ofiar­ni przy­ja­cie­le, że po­szli na ple­ba­nię i wy­cią­ga­li mi me­try­kę. Ten Wi­śniow­ski wy­cią­gnął od księ­dza me­try­kę ta­kiej ha­dry, kłó­tli­wej baby, co ją Niem­cy na siłę wzię­li na ro­bo­ty do Nie­miec. Ja zaj­mo­wa­łam się cór­ką Wi­śniow­skich, uczy­łam ją, co umia­łam. No i oni za wszel­ką cenę chcie­li mnie wy­ra­to­wać. A ja na­wet nie chcia­łam. Mia­łam dość już tego wszyst­kie­go. I nie wy­obra­ża­łam so­bie ta­kie­go ży­cia: w ukry­ciu i wciąż bać się, żeby mnie ktoś nie po­znał. Jak­by mnie Niem­cy zła­pa­li, toby wszy­scy od­po­wie­dzie­li ży­ciem. Bo ta­kie było pra­wo hi­tle­row­skie, że ci, co po­ma­ga­li, od­po­wia­da­li tak samo.

Po tych Wi­śniow­skich po­mo­gła mi ta zna­jo­ma, Wik­to­ria, któ­rej na po­cząt­ku woj­ny dzie­ci pil­no­wa­łam. Ona mnie za­wio­zła do swo­jej ro­dzi­ny. To było da­le­ko za Ja­słem, w ja­kiejś wsi, chy­ba Sko­ły­szyn. Pra­co­wa­łam ra­zem z temi człon­ka­mi ro­dzi­ny w go­spo­dar­stwie. Niem­cy przy­jeż­dża­li i im wszyst­ko za­bie­ra­li. Tam bar­dzo bied­nie żyli. Tak. W wol­nych chwi­lach ich też uczy­łam tego, co umia­łam. Szyć, kro­ju i tak da­lej. To była ro­dzi­na Dyb­ków. I oni chcie­li mi po­móc, ale ci są­sie­dzi za­gro­zi­li, że jak się mnie nie po­zbę­dą, to oni za­de­nun­cju­ją. Wy­szczu­li mnie. Więc w nocy prze­pro­wa­dza­li mnie, oj­ciec tej ro­dzi­ny i brat, przez las, na sta­cję do Ja­sła, że­bym wy­je­cha­ła na Kra­ków, bo zna­jo­mi za­opa­trzy­li mnie w kil­ka ad­re­sów w Kra­ko­wie, gdzie mo­gła­bym się prze­cho­wać. Przez pola szłam - ja wiem? - no parę go­dzin chy­ba, w nocy. Bo to w dzień nie moż­na było. I z tego Ja­sła do­sta­łam się do Tar­no­wa.

Stam­tąd chcia­łam wsiąść do po­cią­gu do Kra­ko­wa, do któ­re­go pra­wie nie moż­na było wsiąść, tak było dużo lu­dzi. Okna­mi i drzwia­mi się pcha­li. Ale mnie nie stać było, żeby ucze­pić się okna i wleźć do wa­go­nu. Wpa­dła mi w oko taka pani star­sza o bar­dzo przy­jem­nym wy­glą­dzie, i ona się uśmiech­nę­ła do mnie. To ja sta­nę­łam za nią i za­czę­łam z nią roz­ma­wiać. Za­tu­szo­wa­łam, że nie je­stem z ko­lej­ki. Sza­chraj­ka. I we­szłam z nią do po­cią­gu. Po­wie­dzia­łam jej, że jadę do Kra­ko­wa szu­kać pra­cy, i ona mi po­wie­dzia­ła, że jak nic nie znaj­dę lep­sze­go, to ona po­szu­ku­je ko­goś, kto by był se­kre­ta­rzem dla jej męża. A miesz­ka­li pod Kra­ko­wem, w Nie­po­ło­mi­cach. W Kra­ko­wie oka­za­ło się, że nie­ste­ty wszę­dzie byli Niem­cy i wszy­scy byli za­stra­sze­ni. Z tych ad­re­sów nie mo­głam sko­rzy­stać. Dali mi też zna­jo­mi ad­res do za­ko­nu, do ur­szu­la­nek, ale coś nie mo­głam tam wejść. Coś mnie stam­tąd od­trą­ca­ło. Nie wiem po dziś dzień co. Póź­na pora się zbli­ża, no ni ma na co cze­kać. Po­szłam na dwo­rzec.

I na tym dwor­cu to samo, wszę­dzie lu­dzie. Mia­łam ka­pe­lusz, bar­dzo in­te­re­su­ją­co mu­sia­łam wy­glą­dać. I wi­dział mnie taki kon­wo­jent ko­le­jo­wy, że ja tak bez­rad­nie sto­ję na tym pe­ro­nie i nie mogę się do­stać do środ­ka. I po­wie­dział do mnie: "Chcesz je­chać?". Ja mó­wię: "A chcia­ła­bym". Wziął mnie za rękę i za­pro­wa­dził gdzieś do sie­bie. I mówi: "Kiep­sko wy­glą­dasz, może głod­na je­steś?". "E - mó­wię - nie". Wy­cią­gnął sło­ni­nę i chciał mnie go­ścić tym. Ja po­pa­trzy­łam na to i se my­ślę: jak to zjem, to ko­niec ze mną. Brzy­dzi­łam się, gdzie bym ja coś ta­kie­go ja­dła?! Nig­dy w ży­ciu. Po­tem tak se my­śla­łam w po­cią­gu, tak nie­ład­nie: a żeby się ten po­ciąg wy­ko­le­ił ra­zem ze mną, toby był ko­niec. Już tak mia­łam dość. Ani żyć, ani w ogó­le. I ten kon­wo­jent chciał, że­bym je­cha­ła da­lij z nim. A ja mia­łam wy­siąść w Pod­łę­żu do tej pani, co mnie za­pro­si­ła. A on da­lej pro­sił mnie, że­bym z nim zo­sta­ła. Se my­ślę, no faj­na per­spek­ty­wa dla mnie. Ka­rie­ra jak cho­le­ra! Z tego Pod­łę­ża kur­so­wa­ły ta­kie bud­ki jed­no­kon­ne, za­bie­ra­ły kil­ka osób i za­wo­zi­ły do Nie­po­ło­mic. I taką bud­ką do­sta­łam się do tej pani.

I ja zo­sta­łam przy­pad­ko­wo wpro­wa­dzo­na w... nie­miec­ką ro­dzi­nę. Mąż tej pani, Gem­rot, był Nie­miec ro­do­wi­ty. Miał na to do­ku­men­ty z dzia­da pra­dzia­da. Po­cho­dził spod Ber­li­na. Ale on nie był folks­doj­czem, się nie zde­kla­ro­wał. Po pol­sku nie tak świet­nie mó­wi­li, ta­kim ja­kimś dia­lek­tem, tro­chę po cze­sku też. Ta jego żona, któ­rą spo­tka­łam w Tar­no­wie, była Czesz­ką z Pie­twał­du koło Opa­wy, z ary­sto­kra­tycz­nej ro­dzi­ny po­cho­dzi­ła. Nie byle kto. Mia­ła na imię Flo­ren­ty­na. Oni wcze­śniej miesz­ka­li na Za­ol­ziu i jak tam był ple­bi­scyt, to oni się opo­wie­dzie­li za Pol­ską. Ten Gem­rot, Fran­ci­szek miał na imię, to był czło­wiek wy­kształ­co­ny, miał ja­kąś wyż­szą szko­łę rol­ni­czą i przed woj­ną był za­rząd­cą w róż­nych dwo­rach, gdzieś na po­gra­ni­czu pol­sko-cze­skim. Jak było im źle, to se po­szu­ka­li inny dwo­rek i za­rzą­dza­li tymi ma­jąt­ka­mi, tak że im się bar­dzo do­brze po­wo­dzi­ło. Tam, w Nie­po­ło­mi­cach przed woj­ną, to samo ro­bi­li. I jak przy­szli Niem­cy, to mu po­wie­rzy­li za­da­nie or­ga­ni­zo­wa­nia nie­miec­kiej kul­tu­ry rol­nej w ca­łym tym pod­kra­kow­skim dys­tryk­cie. Miał kształ­cić rol­ni­ków we­dług nie­miec­kich re­guł, uczyć, jak pło­do­zmian sto­so­wać, i tak da­lej.

Ja tam do nich przy­szłam przed Wi­gi­lią Bo­że­go Na­ro­dze­nia 1942. Albo wcze­śniej? Nie pa­mię­tam. Mnie ten Gem­rot od razu, ja­kem tam przy­szła, po­oglą­dał ręce i mówi: "Ona nie jest ze wsi. Ona nie ma rąk cham­skich". Za­raz mi to po­wie­dział. A jego żona przed świę­ta­mi to do mnie przy­szła i mi po­wie­dzia­ła, że mu­szę z nią pójść na na­bo­żeń­stwo, bo mówi: "Jak to... co po­wie­dzą są­sie­dzi, że kogo ja trzy­mam?". On wła­ści­wie nie cho­dził do ko­ścio­ła, miał ta­kie wol­no­myśl­ne po­dej­ście do re­li­gii. A mnie ta Gem­ro­to­wa pil­no­wa­ła, że­bym prak­ty­ko­wa­ła. Pa­mię­tam tę Wi­gi­lię, jak oni się cie­szy­li, że mają go­ścia na Wi­gi­lii. I przy­je­chał ich syn Wil­helm, któ­re­go ta pani od­wie­dza­ła w Tar­no­wie, i ja go wte­dy po­zna­łam. I on się mną za­in­te­re­so­wał. Za­raz, z miej­sca. I pa­mię­tam, tam był taki zwy­czaj - nie wiem, czy cze­ski, czy nie­miec­ki, że oni na tę Wi­gi­lię wszyst­kim uczest­ni­kom pie­nią­dze na szczę­ście pod ta­le­rze da­wa­li. I mnie też dali. I ten Wil­helm - mój przy­szły mąż, od­chy­lił swój ta­lerz i swo­je pie­nią­dze prze­ło­żył mnie. Już w tą Wi­gi­lię za­przy­jaź­nie­ni by­li­śmy, no.

Wil­helm to był Wi­luś, naj­młod­szy syn i ta­kie oczko w gło­wie, wy­chu­cha­ne. Przy­stoj­ny fa­cet, do­bry, bar­dzo grzecz­ny i kul­tu­ral­ny. De­li­kat­ny, mą­dry, nie cham - ab­so­lut­nie! W żad­nym calu! Mu­zyk z za­wo­du, był od trzy­na­ste­go roku ele­wem w or­kie­strze woj­sko­wej w Kra­ko­wie. Jego stryj­ko­wie, Fre­dek i Ru­dolf, byli w tym cza­sie dy­ry­gen­ta­mi w Fil­har­mo­nii Kra­kow­skiej. I Wil­helm per­fekt oczy­wi­ście opa­no­wał wszyst­kie in­stru­men­ty dęte, i w ogó­le. Grał głów­nie na trąb­ce i kor­ne­cie.

Gem­ro­to­wie miesz­ka­li w ta­kim par­te­ro­wym dom­ku, ka­wa­łek ogro­du tam był, tak na przed­mie­ściu Nie­po­ło­mic. Ten dom był po ja­kichś uchodź­cach, Ży­dach, bo na stry­chu znaj­do­wa­łam róż­ne rze­czy. Jak nie mia­łam co ro­bić, bra­łam szma­ty róż­ne z tego stry­chu, far­bo­wa­łam i szy­łam fan­ta­stycz­ne rze­czy. Oni byli za­chwy­ce­ni. Do tego Gem­ro­ta przy­cho­dzi­li Niem­cy po ra­por­ty, bo on mu­siał spra­woz­da­nia zda­wać. On mi wszyst­ko opo­wia­dał, a ja mu pi­sa­łam te ra­por­ty. Jak on roz­ma­wiał z tymi Niem­ca­mi, to mi się go­rą­co po ko­ściach ro­bi­ło.