pierwszy
pierwszy
Dash
Gruszka na... drzewie z kuropatw
Sobota, 13 grudnia
Spotykałem się z Lily od niemal roku, ale bez względu na to, co robiłem,
nie mogłem przekonać jej brata, by mnie polubił, zaufał mi i uwierzył,
że jestem wystarczająco dobry dla jego siostry. Zdziwiłem się więc,
kiedy napisał, że chce się umówić na lunch. Tylko ze mną.
Na pewno nie pomyliłeś numeru? - odpisałem.
Nie bądź palantem, tylko przyjdź -
odpowiedział.
Choć próbowałem wyprzeć tę wiedzę, domyśliłem się, dlaczego chce się ze
mną spotkać i o czym chce rozmawiać.
Nie miał co do mnie racji, ale w pewnych sprawach się nie mylił. Problem
rzeczywiście istniał.
To był trudny rok.
Ale nie na początku. Na początku używałem często tak oklepanych zwrotów
jak "bomba!" oraz "ekstra!". Boże Narodzenie i Nowy Rok przyniosły mi
wreszcie coś innego niż konsumpcyjną i postkonsumpcyjną depresję.
Początek tego roku przyniósł mi Lily - radosną, pełną wiary Lily. Dzięki
niej i ja byłem gotów uwierzyć w hojnego grubasa w czerwonym kostiumie
na podrasowanych saniach. Dzięki niej miałem ochotę klaskać, kiedy
Staruszek Czas przekazał kluczyki noworodkowi i powiedział: "Masz,
młody, zasuwaj". Dzięki niej zrobiłem się nieco bardziej cyniczny wobec
własnego cynizmu. Zaczęliśmy ten rok od obściskiwania się w dziale z rzadkimi wydaniami Strandu, naszej ulubionej księgarni. Wydawało się, że
to zapowiedź samych dobroci.
I tak było. Przez jakiś czas.
Poznała moich przyjaciół. Dobrze poszło.
Ja poznałem wielu z jej niepoliczalnych krewnych. Poszło nieźle.
Ona poznała moich rodziców, macochę i ojczyma. Nie mogli pojąć, jakim
cudem ich ponury synek stał się takim promyczkiem. Ale nie narzekali.
Wyrazili wręcz pewien podziw, jaki nowojorczycy zwykle zachowują dla
idealnego bajgla, jazdy taksówką przez pięćdziesiąt przecznic na
zielonym i tego jednego jedynego filmu z pięciu, które nakręci Woody
Allen.
Poznałem ukochanego dziadka Lily. Spodobał mu się mój uścisk dłoni i powiedział, że to mu wystarczy, by mnie zaakceptować. Ale i tak wciąż
chciałem zasługiwać na jego sympatię, bo w oczach tego gościa pojawiał
się błysk na wspomnienie rozegranego pół wieku temu meczu baseballu.
Brata Lily Langstona trudniej było przekonać. Zwykle dawał nam spokój. I dobrze. Nie umawiałem się z Lily po to, by spędzać czas z jej bratem.
Spotykałem się z Lily, żeby być z Lily.
I byłem z Lily. Nie chodziliśmy do
tej samej szkoły, nie mieszkaliśmy w tej samej okolicy, zrobiliśmy więc
sobie plac zabaw z Manhattanu. Biegaliśmy po oszronionych parkach i szukaliśmy schronienia w sieciowych kawiarniach i salach kinowych.
Pokazałem Lily moje ulubione zakątki nowojorskiej biblioteki publicznej.
Ona pokazała mi w piekarni Levain ulubione ciastka... czyli właściwie
wszystkie.
Manhattan nie miał nic przeciwko naszym wędrówkom.
Styczeń przeszedł w luty. Miasto przemarzło do kości. Uśmiechy widywało
się coraz rzadziej. Śnieg, czarujący, gdy padał, stawał się mniej
pożądany, kiedy dłużej leżał. Ubieraliśmy się na cebulkę, a każdy dotyk
długo do nas docierał.
Ale Lily - Lily to nie przeszkadzało. Lily była jak ciepłe rękawiczki,
gorąca czekolada i śniegowe anioły, które unosiły się nad ziemią i tańczyły w powietrzu. Mówiła, że uwielbia zimę, a ja zastanawiałem się,
czy jest jakaś pora roku, której nie uwielbia. Musiałem się bardzo
postarać, by uwierzyć w szczerość tego entuzjazmu. Moje wewnętrzne
palenisko służyło dotąd składaniu ofiar, nie ogrzewaniu duszy. Nie
rozumiałem, jak Lily może być nieustannie szczęśliwa. Ale poczułem taką
miłość, że postanowiłem jej nie kwestionować i w niej żyć.
A potem.
Dwa dni przed majowymi urodzinami Lily poprosiłem swojego najlepszego
kumpla Bumera, żeby pomógł mi zrobić dla niej na drutach czerwony
sweter. Okazało się, że nawet jeśli obejrzysz dziesiątki filmików na
YouTubie, nie ma sposobu, by wydziergać czerwony sweter w jedno
popołudnie. Dzwonił telefon, ale go nie słyszałem. Potem zadzwonił
znowu, ale miałem zajęte ręce. Dopiero dwie godziny później zobaczyłem,
ile mam wiadomości.
Kiedy je odsłuchałem, okazało się, że ukochany dziadek Lily miał atak
serca w wyjątkowo kiepskim momencie - akurat szedł po schodach do
mieszkania. Upadł. I spadał. Leżał przynajmniej pół godziny, ledwie
przytomny, dopóki Lily nie wróciła do domu i go nie znalazła. Karetka
jechała potwornie długo. Lily patrzyła, jak dziadek odpływa. Patrzyła,
jak go reanimują. Czekała, nie potrafiąc dalej patrzeć, jak stoi na
krawędzi i z trudem ląduje po właściwej stronie życia.
Jej rodzice byli daleko. Langston na zajęciach, nie wolno mu było
korzystać z komórki. Ja okazałem się zbyt zajęty dzierganiem
prezentu-niespodzianki, by zauważyć, że dzwoni. Siedziała sama w szpitalnej poczekalni, bliska utraty tego, czego hipotetycznej
możliwości utraty nigdy nawet nie rozważała.
Dziadek przeżył, ale rekonwalescencja trwała koszmarnie długo. Przeżył,
lecz bardzo cierpiał. Przeżył, bo Lily pomagała mu żyć, jednak ta pomoc
wiele ją kosztowała. Gdyby umarł, okrutnie by cierpiała, ale kiedy
patrzyła na jego nieustanne męki i frustracje, była niemal tak samo
zrozpaczona.
Jej rodzice wrócili do domu. Langston zaproponował, że weźmie dziekankę.
Ja próbowałem być przy Lily. Ale to była jej sprawa. Odpowiadała za
dziadka i nie zamierzała tego zmieniać. A on cierpiał za bardzo, by się
sprzeczać. Nie mogę nawet powiedzieć, żebym go winił - ja także
chciałbym, by to akurat Lily pomogła mi stanąć na nogi, gdybym tego
kiedykolwiek potrzebował. Chciałbym, żeby to ona przywróciła mnie do
życia. Nawet jeśli życie nie miało już dla niej takiego uroku jak
kiedyś.
Kiedy sprawy się sypią, ci, którzy wierzą, cierpią najbardziej. Lily nie
chciała o tym rozmawiać, a ja nie znałem słów, które pomogłyby jej
spojrzeć na wszystko inaczej. Powiedziała, że chce, bym stał się dla
niej ucieczką, i to mi schlebiało. Wspierałem ją, ale było to pasywne
wsparcie krzesła czy filaru, a nie aktywne - człowieka trzymającego w pionie drugiego człowieka. Dziadek Lily przechodził w kolejnych
szpitalach kolejne operacje, komplikacje po operacjach, fizjoterapię, a ja i ona spędzaliśmy wspólnie coraz mniej czasu - rzadziej chodziliśmy
po mieście, rzadziej zaglądaliśmy w swoje myśli. Czas egzaminów minął w mgnieniu oka i prz yszło lato. Lily zaczęła pracować jako wolontariuszka
w ośrodku rehabilitacyjnym, w którym leczył się dziadek, by spędzać z nim więcej czasu i pomagać innym potrzebującym. Miałem wyrzuty sumienia,
bo w tym samym czasie spędzałem wakacje ze swoimi rozwiedzionymi
rodzicami, a tata próbował przebić wyjazd do Montrealu sponsorowany
przez matkę i nadrobić kiepskie ojcostwo wycieczką do Paryża. Miałem
ochotę na niego nawrzeszczeć, ale zdałem sobie sprawę, jaki to kretynizm
wrzeszczeć na ojca za to, że zabiera mnie do Paryża. Ale i tak chciałem
uciec od niego i być w domu, z Lily.
Nadszedł nowy rok szkolny i sytuacja się poprawiła. Dziadek zaczął
chodzić i przeganiał Lily z domu, dla jej dobra. Myślałem, że się
ucieszy. Zachowywała się, jakby tak było, ale czułem, że wciąż się
czegoś boi. Jednak o nic nie pytałem. Wierzyłem, że zaklinanie
rzeczywistości ma sens. Że jeśli wystarczająco długo powtarza się, że
wszystko gra, w końcu nadchodzi moment, kiedy z półkłamstwa staje się to
więcej niż półprawdą, a w końcu całą prawdą.
Udawaliśmy więc, że wszystko jest w normie. Nie było to nawet takie
trudne, zwłaszcza gdy zaczęła się szkoła i wrócili znajomi. Chodziliśmy
po mieście i jednocześnie mogliśmy o nim zapomnieć. Wciąż nie docierałem
do niektórych zakamarków duszy Lily, ale do wielu innych jeszcze mogłem
sięgnąć. Do tej części, która śmiała się, że niektórzy właściciele psów
wyglądają jak ich zwierzaki. Do tej, która płakała w trakcie programów
telewizyjnych o knajpach ratowanych przed bankructwem. Tej, która miała
torebkę wegańskich pianek w pokoju zawsze, gdy przychodziłem, bo kiedyś
wyznałem, że bardzo je lubię.
Dopiero gdy nadeszły święta, pęknięcia wyszły na wierzch.
Okres bożonarodzeniowy zwykle zmniejszał moje serce do rozmiarów i czułości bilecika z życzeniami. Nie znosiłem, kiedy ulice wypełniały się
tłumem turystów, a normalny miejski szum zagłuszały brzęczące
dzwoneczkami banały. Większość ludzi odliczała dni do świąt, żeby zdążyć
zrobić zakupy - ja odliczałem je, by mieć święta za sobą i by zaczęła
się blada, prawdziwsza zima.
W moim papierowym sercu nie było miejsca dla Lily, ale ona i tak się do
niego wprosiła. I przyniosła ze sobą Boże Narodzenie.
Nie zrozumcie mnie źle - wciąż uważam za hipokryzję tę nagłą hojność
objawiającą się pod koniec każdego roku kolejnymi frazesami i w tajemniczy sposób znikającą wraz z kolejną kartką z kalendarza. Lily
była szczera - jej dobroć nie ustawała przez cały rok. Teraz potrafiłem
ją dostrzec również w innych ludziach. Kiedy czekałem na Langstona w piekarni Le Pain Quotidien, widziałem tę dobroć w gestach niektórych par
i spojrzeniach, jakie rodzice (nawet ci wymęczeni) rzucali swoim
dzieciom. Teraz wszędzie dostrzegałem trochę Lily. Tylko w niej samej
widziałem coraz mniej Lily.
Najwyraźniej nie tylko ja: Langston tylko zdążył usiąść i od razu
powiedział:
- Słuchaj, ostatnie, na co mam ochotę, to dzielenie się z tobą chlebem,
ale musimy coś zrobić i musimy to zrobić już.
- Co się stało? - zapytałem.
- Zostało dwanaście dni do świąt, tak?
Skinąłem głową. Rzeczywiście, był trzynasty grudnia.
- No więc zostało dwanaście dni do świąt, a w naszym mieszkaniu zieje
wielka dziura. Wiesz dlaczego?
- Korniki?
- Odpuść sobie. W naszym mieszkaniu zieje wielka dziura, bo nie mamy choinki. Zazwyczaj Lily nie może się doczekać, aż
dojemy resztki po Święcie Dziękczynienia, i już biegnie po choinkę - jej
zdaniem w tym mieście te najlepsze znikają najszybciej i jeśli zbyt
długo zwlekasz, dostajesz drzewko niewarte Bożego Narodzenia. Dlatego
stawiamy choinkę przed pierwszym grudnia, a potem Lily przez dwa kolejne
tygodnie ją ubiera. Czternastego odbywa się wielka ceremonia zapalania
lampek - Lily udaje, że to dawna rodzinna tradycja, ale tak naprawdę ona
ją zapoczątkowała, mając siedem lat, i teraz to rzeczywiście jest rodzinna tradycja. A w tym roku - nic.
Zero drzewka. Wszystkie ozdoby leżą w pudełkach. Zapalenie lampek
powinno odbyć się jutro. Pani Basil E. zamówiła już jedzenie - nie wiem,
jak jej powiedzieć, że nie ma czego zapalać.
Rozumiałem ten strach. Jak tylko ciotka - którą nazywamy panią Basil E.
- otworzy drzwi, wyczuje nosem brak choinki i nie omieszka okazać
swojego niezadowolenia.
- Dlaczego po prostu nie kupisz choinki? - zapytałem.
Sfrustrowany Langston uderzył się otwartą dłonią w czoło, słysząc taką
głupotę.
- Bo to robota Lily! Lily uwielbia to robić! Jeśli kupimy choinkę bez
niej, to jakbyśmy wytykali jej, że tego nie zrobiła, a to tylko bardziej
ją zdołuje.
- Racja, racja, racja - przyznałem.
Podeszła kelnerka, zamówiliśmy po ciastku - chyba obaj wiedzieliśmy, że
nasza rozmowa nie potrwa dość długo, by zjeść cały posiłek.
- Pytałeś Lily o choinkę? - zapytałem po chwili. - Czy ją kupować?
- Próbowałem - przyznał Langston. - Prosto z mostu: "Hej, może pójdziemy
po choinkę?". Wiesz, co odpowiedziała? "Nie bardzo mam teraz ochotę".
- To w ogóle nie brzmi jak Lily.
- No właśnie! Uznałem więc, że trudne czasy wymagają ostatecznych
środków. Dlatego do ciebie napisałem.
- Ale co ja pomogę?
- Rozmawialiście o tym w ogóle?
Nawet w tej zdesperowanej sytuacji nie chciałem, by Langston poznał
prawdę - że Lily i ja od Święta Dziękczynienia niewiele rozmawialiśmy.
Od czasu do czasu szliśmy do muzeum albo coś zjeść. Od czasu do czasu
się całowaliśmy i przytulaliśmy, ale nic pełnoletniego. Pozornie wciąż
ze sobą chodziliśmy. Ale to było raczej pozorowane chodzenie.
Nie powiedziałem o tym Langstonowi, bo wstydziłem się, że dopuściłem do
takiej sytuacji. Nie powiedziałem o tym Langstonowi, bo martwiłem się,
że to go zaniepokoi. A to moje
niepokoje powinny od jakiegoś czasu świecić na czerwono.
Dlatego zamiast zagłębiać się w temat, rzuciłem:
- Nie, nie rozmawialiśmy o choince.
- I nie zaprosiła cię na ceremonię zapalenia lampek?
Pokręciłem głową.
- Pierwsze słyszę.
- Tak myślałem. W takim razie przyjdą tylko członkowie naszej rodziny,
którzy pojawiają się co roku. Lily zwykle rozdaje zaproszenia. Ale
najwyraźniej na to także nie miała ochoty.
- W takim razie musimy coś zrobić.
- No tak, ale co? Naprawdę uznałaby to za zdradę, gdybym poszedł i po
prostu kupił choinkę.
Zastanawiałem się przez chwilę i coś przyszło mi do głowy.
- A gdybyśmy zablefowali? - zapytałem.
Langston przechylił głową.
- Mów dalej.
- Gdybym to ja kupił choinkę? W ramach prezentu. Jako część świątecznej niespodzianki. Lily nie wie, że
znam waszą rodzinną tradycję.
Langston wolałby udawać, że ten pomysł mu się nie podoba, bo to
oznaczałoby, że musi mnie polubić - choć na chwilę. Ale w jego oczach
pojawił się błysk, który przez moment walczył z wątpliwością.
- Moglibyśmy jej powiedzieć, że to z okazji dwunastu dni do świąt -
powiedział. - Żeby uczcić ich rozpoczęcie.
- A czy dwanaście dni świąt to nie okres po Bożym Narodzeniu?
Langston machnął ręką.
- Teoretycznie.
Nie byłem pewien, czy to takie proste, ale zawsze warto spróbować.
- No dobra - rzuciłem. - Przyniosę choinkę. Ty udawaj zaskoczonego. Ta
rozmowa nigdy się nie odbyła. Okej?
- Okej.
Podano nasze ciastka i zabraliśmy się do jedzenia. Siedemdziesiąt sekund
później skończyliśmy. Langston sięgnął po portfel - myślałem, że chce
zapłacić rachunek. Ale on wyjął kilka dwudziestodolarówek i przesunął je
w moją stronę.
- Nie chcę twojej brudnej forsy! - zawołałem. Może nieco zbyt teatralnie
jak na zwykłą piekarnię, w której siedzieliśmy.
- Słucham?
- Sam to załatwię - wyjaśniłem, przesuwając pieniądze z powrotem.
- Ale pamiętaj, że to musi być piękne drzewo. Najlepsze.
- Nie martw się - zapewniłem go, po czym rzuciłem zdanie od wieków
będące w Nowym Jorku najlepszą walutą: - Znam jednego gościa.
Nowojorczycy nie mają właściwie szans dojechać do choinek, dlatego co
roku w grudniu choinki przyjeżdżają do nowojorczyków. Sklepy spożywcze,
w których zwykle stoją wiadra z kwiatami, nagle porastają szczupłymi
sosnami. Puste działki zapełniają się pozbawionymi korzeni drzewkami, a niektóre punkty są otwarte do rana, na wypadek, gdyby o drugiej w nocy
ktoś poczuł nagłą potrzebę nabycia świątecznego akcentu.
W niektórych punktach sprzedawcy przypominają dilerów narkotykowych
chwilowo handlujących innym rodzajem igieł. W innych obsługują faceci we
flanelowych koszulach, wyglądający, jakby pierwszy raz ruszyli się z wiochy do miasta - rany, ależ to duże miasto! Innym pomagają uczniowie
podejmujący najbardziej tymczasową z robót tymczasowych. W tym roku
jednym z takich uczniów był mój najlepszy kumpel Bumer.
Kiedy tylko zaczął tę pracę, doświadczył na własnej skórze, czym jest
krzywa uczenia się. A ponieważ zbyt wiele razy obejrzał Gwiazdkę
Charliego Browna, zaczął wierzyć, iż najbardziej pożądaną choinką jest
ta najbardziej krzywa i biedna, ponieważ jej zakup wprawia człowieka w świąteczny nastrój bardziej niż przyniesienie do domu samowystarczalnej,
bujnej sosenki. Myślał również, że choinki można posadzić ponownie po
Bożym Narodzeniu. Trudna to była rozmowa.
Na szczęście brak jasności umysłu Bumer nadrabiał szczerością, dlatego
stragan przy Dwudziestej Drugiej ulicy, na którym pracował, szybko stał
się popularny wśród klientów, sam Bumer zaś zgrywał naczelnego leśnego
elfa. Chyba to wystarczyło, by go uszczęśliwić, choć porzucił szkołę z internatem w ostatnim roku, byle tylko być na Manhattanie. Pomógł mi już
wybrać choinki do mieszkań moich rodziców. (Mama dostała dużo
ładniejszą). Miałem pewność, że z radością pomoże mi wybrać
najpiękniejszy okaz dla Lily. A jednak, idąc do Bumera, miałem coraz
większe wątpliwości. Nie z jego powodu... ale z powodu Sofii.
Nowy rok szkolny nie tylko oznaczał przenosiny Bumera ze szkoły z internatem, przyniósł też kilka innych niespodzianek. Dość zaskakujące
było, że rodzina mojej eksdziewczyny Sofii przeprowadziła się z powrotem
do Nowego Jorku, choć przysięgali już nigdy w życiu nie opuszczać
Barcelony. Ani trochę zaskakujące nie było, że choć cieszyłem się,
widząc Sofię, to wcale nie zakładałem kłopotów - wyjaśniliśmy sobie, co
trzeba, w trakcie jej ostatniej wizyty. Ale było SUPERZASKAKUJĄCE, że
Sofia zaczęła spotykać się z Bumerem... i coraz częściej spotykać się z Bumerem... i ciągle spotykać się z Bumerem. Zanim zdążyłem ogarnąć choćby
hipotetycznie, co się dzieje, oni byli już parą. A w moim umyśle to oznaczało
najdroższy, najbardziej ekskluzywny ser świata roztopiony w hamburgerze.
Uwielbiałem ich oboje, choć każde inaczej. Ale gdy widziałem ich razem,
bolał mnie łeb.
Ostatnie, na co miałem ochotę, to zjawić się u Bumera akurat wtedy,
kiedy wpadnie tam Sofia, żeby mogli emanować swoją radością na większym
obszarze miejskim. Przechodzili coś w rodzaju miesiąca miodowego. Ci z nas, którzy mieli już ów miesiąc za sobą i weszli w okres przybywania i ubywania Księżyca, nie jego nowiu, czuli się w ich towarzystwie bardzo
niezręcznie.
Ulżyło mi zatem, gdy okazało się, że Bumerowi nie towarzyszy Sofia.
Pomagał właśnie jakiejś rodzinie - siedmio-, ośmio- czy
dziewięcioosobowej - trudno było policzyć, bo dzieciaki biegały
potwornie szybko.
- To drzewko jest wam przeznaczone - zwracał się Bumer do rodziców,
jakby był zaklinaczem drzew i ta jedna choinka powiedziała mu właśnie,
że pragnie znaleźć się w salonie tej rodziny.
- Jest taka wielka - martwiła się matka. Pewnie wyobrażała już sobie
tonę igieł opadających na podłogę.
- To drzewo ma wielkie serce, racja - odparował Bumer. - Ale dlatego
właśnie czujecie z nim taki związek.
- Dziwne - odezwał się ojciec rodziny. - Naprawdę go czuję.
Dobili targu. Kiedy Bumer przeciągał przez czytnik kartę kredytową,
zauważył mnie i przywołał gestem. Odczekałem, aż wielka rodzina się
zmyje, bo nie chciałem nadepnąć na któreś z dzieci.
- Naprawdę ich przyszpiliłeś - zauważyłem, podchodząc bliżej.
- To jakieś odniesienie do wbijania szpili? - spytał zdezorientowany
Bumer. - Bo wcale nie zamierzałem, wiesz, być niemiły.
- Szpilka - igła - sosnowe igły.
- A, w sensie, że szukali choinki jak igły w stogu siana, a chcieli małą
jak główka od szpilki. To ma sens!
Bumerowi takie dziwne asocjacje wcale nie wydawały się absurdalne.
Między innymi dlatego zastanawiałem się, jak ktoś tak prostolinijny jak
Sofia może z nim spędzać tyle czasu.
- Szukam choinki dla Lily. Naprawdę wyjątkowej choinki.
- Kupujesz Lily choinkę?
- No. W prezencie.
- Cudownie! Gdzie chcesz ją kupić?
- Może tutaj?
- O rany, świetny pomysł!
Bumer rozglądał się dokoła, mrucząc coś, co brzmiało jakby "Oscar,
Oscar, Oscar".
- Czy Oscar to jeden z twoich współpracowników? - zapytałem.
- A czy drzewka liczą się jako współpracownicy? W końcu są tu ze mną
cały dzień... i prowadzimy bardzo ciekawe rozmowy...
- Oscar to jedna z choinek?
- To choinka idealna.
- Wszystkie mają imiona?
- Tylko te, które mi je zdradziły. Bo wiesz, nie da się po prostu zapytać.
To byłoby naruszenie prywatności.
Usunął z drogi chyba z tuzin choinek, żeby dostać się do Oscara. A kiedy
wyjął go spośród innych, zobaczyłem drzewko - jak każde inne.
- I tyle?
- Poczekaj chwilę, poczekaj...
Bumer przeciągnął drzewo na bok, w stronę krawężnika. Było sporo wyższe,
ale niósł je, jakby było ledwie magiczną różdżką. Zdecydowanie, ale
delikatnie, włożył choinkę w stojak i gdy tylko to zrobił, Oscar
otworzył ramiona i wezwał mnie do siebie, w światło ulicznej latarni.
Bumer miał rację. Znalazł to drzewko.
- Biorę je - powiedziałem.
- Super - ucieszył się Bumer. - Mam je zapakować? Skoro to prezent?
Zapewniłem go, że wystarczy kokarda.
Złapanie taksówki, kiedy jesteś nastoletnim chłopcem, to niełatwe
zadanie. A kiedy jesteś nastoletnim chłopcem z choinką, to właściwie
niemożliwe. Dlatego czekając, aż Bumer skończy zmianę, poszedłem coś
załatwić, a potem razem przewieźliśmy Oscara do mieszkania Lily w East
Village.
Przez miniony rok nie bywałem tam zbyt często. Lily mówiła, że nie chce,
bym niepokoił dziadka, ale chyba chodziło o coś innego, co wzmacniało
poczucie chaosu. Rodzice Lily byli w domu dłużej, niż im się zdarzało od
lat - co teoretycznie powinno pomóc, ale szybko okazało się, że to tylko
kolejne dwie osoby, którymi musiała się opiekować.
Drzwi otworzył Langston. Jak tylko zobaczył mnie i Bumera z choinką,
zawołał "Czad, czad, czaaad!" tak głośno, że byłem pewien, iż Lily jest
w domu i stoi tuż za nim. Ale okazało się, że pojechała z dziadkiem na
kontrolę lekarską. Rodzice także wyszli, była sobota, a tak towarzyscy
ludzie nie mogli przecież siedzieć w sobotę w domu... Zostaliśmy więc we
trzech... plus Oscar.
Kiedy ustawialiśmy go w salonie, próbowałem nie zwracać uwagi na to, jak
przygnębiająco wyglądało całe mieszkanie - jakby przez miesiąc zasnuwało
się kurzem i bezbarwnością. Wiedziałem, jak funkcjonuje ta rodzina, i wiedziałem, co taki stan rzeczy oznacza: dziadek jest bez sił, a Lily ma
za dużo na głowie. To oni zawsze opiekowali się tym miejscem.
Kiedy Oscar stanął dumnie i prosto, sięgnąłem do plecaka po pi?ce de
résistance, któremu, miałem nadzieję, Lily się nie oprze.
- Co robisz? - zapytał Langston, kiedy obwiązywałem gałęzie Oscara.
- Czy to są malutkie indyki? - wtrącił się Bumer. - Robisz takie drzewo,
jak mają w Plymouth Rock?
- To kuropatwy - wyjaśniłem, podnosząc drewnianego ptaka z dużą dziurą w środku. - A dokładniej, obrączki na serwetki w kształcie kuropatw. Nie
mogłem znaleźć żadnych ozdób z kuropatwą w sklepie, którego nazwy nie
wypowiem. - Sklep nazywał się Świąteczne Wspomnienia i sama nazwa
wystarczyła, bym nabrał ochoty na jedzenie strzelających cukierków i zapijanie ich colą. Żeby zmusić się do wejścia, wmawiałem sobie, że tak
naprawdę nazywa się Świąteczne Majaczenia. - Skoro mamy uczcić dwanaście
dni do świąt, zróbmy to porządnie. Lily może ubrać resztę. Ale to będzie
drzewo kuropatw. A na czubku umieścimy... gruszkę!
Wyjąłem owoc z plecaka, oczekując podziwu. Ale równie dobrze mogłem
marzyć o gruszkach na wierzbie.
- Nie możesz umieścić gruszki na czubku choinki - odezwał się Langston.
- Będzie wyglądać głupio. I w dodatku zgnije po dniu czy dwóch.
- Ale to gruszka! Na drzewie z kuropatw! - zaprotestowałem.
- No rozumiem - odparł Langston. Za to Bumer zrobił minę. Wciąż nie
jarzył.
- Masz lepszy pomysł? - zapytałem wyzywająco.
Langston przez chwilę myślał, aż w końcu powiedział:
- Tak. - Podszedł do niewielkiej fotografii i zdjął ją ze ściany. - To.
Pokazał mi zdjęcie. Choć miało z pewnością ponad pół wieku, od razu
rozpoznałem na nim dziadka.
- To wasza babcia?
- Tak. Miłość jego życia. Dwie połówki... gruszki.
Połówki gruszki na drzewie kuropatw. Doskonale.
Chwilę nam zajęło znalezienie odpowiedniego miejsca - próbowaliśmy z Langstonem różnych gałęzi, a Bumer prosił Oscara, by się nie ruszał. W końcu jednak ułożyliśmy "dwie połówki gruszki" niedaleko czubka drzewka,
ponad ptakami.
Pięć minut później otworzyły się drzwi; Lily i dziadek wrócili. Przed
upadkiem nie znałem go zbyt długo, ale wciąż nie mogłem uwierzyć, że
mógł się tak skurczyć - jakby nie chodził do szpitali i ośrodków
rehabilitacyjnych, ale spędzał czas w praniu, a po każdym kolejnym robił
się coraz mniejszy.
Jednak uścisk pozostał. Jak tylko dziadek mnie zobaczył, wyciągnął rękę
i zapytał:
- Jak się miewasz, Dash?
A gdy ściskał dłoń, to mocno.
Lily nie zapytała, co u niej robię, ale widziałem to pytanie w jej
zmęczonych oczach.
- Jak tam u lekarza? - zapytał Langston.
- Lepiej u lekarza niż u grabarza! - odparł dziadek. Nie po raz pierwszy
słyszałem ten żarcik, więc Lily pewnie słyszała go setny raz.
- Czy grabarzowi śmierdzi z ust? - zapytał znienacka Bumer, pojawiając
się w holu.
- Bumer! - zdziwiła się Lily, całkiem już zdezorientowana. - Co tu
robisz?
Wtedy wtrącił się Langston.
- Ku mojemu zdziwieniu twój Romeo przyniósł nam dość wczesny prezent
bożonarodzeniowy.
- Chodź. - Wziąłem Lily za rękę. - Zamknij oczy. Pokażę ci.
Uścisk Lily nie był tak silny jak uścisk jej dziadka. Kiedyś między
naszymi dłońmi przepływał prąd. Teraz było bardziej statycznie.
Przyjemnie, ale lekko.
Zamknęła jednak oczy. A kiedy weszliśmy do salonu i poprosiłem, by je
otworzyła, zrobiła to.
- Poznaj Oscara - oznajmiłem. - To twój prezent na pierwszy dzień świąt.
- Połówki na kuropatwie! - wrzasnął nagle Bumer.
Lily spojrzała. Wydawała się zaskoczona. A może brak reakcji po prostu
oznaczał zmęczenie. Potem zaskoczyła i się uśmiechnęła.
- Naprawdę nie musiałeś... - zaczęła.
- Ale chciałem - wtrąciłem szybko. - Naprawdę, bardzo chciałem!
- Ale gdzie te połówki? - zapytał dziadek. Potem zobaczył zdjęcie.
Zaszkliły mu się oczy. - A, rozumiem. Tu jesteśmy.
Lily również dostrzegła zdjęcie, ale jeśli jej oczy się zaszkliły, to
jakoś słabo. Nie miałem pojęcia, co dzieje się w jej głowie. Zerknąłem
na Langstona, który równie uważnie przyglądał się siostrze, ale nie
znajdował odpowiedzi.
- Wesołego pierwszego dnia świąt - powiedziałem.
Lily potrząsnęła głową.
- Pierwszy dzień świąt to pierwszy dzień świąt - szepnęła.
- Nie w tym roku - sprostowałem. - Nie dla nas.
Langston oświadczył, że pora wyjąć choinkowe ozdoby. Bumer zgłosił się
do pomocy, a w tej samej chwili również dziadek poruszył się, by pójść
po pudełka. To obudziło Lily z zamyślenia - pomogła mu przejść na kanapę
w salonie i poprosiła, by w tym roku tylko nadzorował. Widziałem, że ten
pomysł mu się nie podoba, ale dobrze wiedział, że jeśli będzie
protestował zbyt gwałtownie, zrobi przykrość Lily. Dlatego usiadł. Dla
niej.
Gdy tylko przynieśli pudełka, wiedziałem, że na mnie czas. To była
rodzinna tradycja, a gdybym został i robił za członka rodziny, czułbym,
że to ściema, tak jak czułbym, gdyby Lily udawała, że jest szczęśliwa i że chce robić to, do czego ją zachęcamy. Zrobiłaby to dla Langstona,
dziadka i dla rodziców. Gdybym został, zrobiłaby to dla mnie. A wolałem,
by sama chciała ustroić drzewko. By poczuła ten czar Bożego Narodzenia,
który rozświetlał ją o tej porze zeszłego roku. Ale do tego trzeba było
więcej niż idealnej choinki. Do tego potrzeba było cudu.
Dwanaście dni.
Mieliśmy dwanaście dni.
Przez całe życie unikałem Bożego Narodzenia. Ale nie w tym roku. Nie, w tym roku najbardziej pragnąłem, żeby Lily znowu była szczęśliwa.