1a
W dniu, w którym Mariusz Miłosław runął z dachu, kocia figurka maneki-neko pozdrawiała mnie uniesioną łapką z kuchennego blatu, gdy zaparzałem poranną kawę. Dobry omen na wstępie do dnia, który miał upłynąć pod znakiem tragedii - bezprecedensowej, przynajmniej w historii naszego żelbetonowego jedenastopiętrowca.
To była wrześniowa sobota. W zamierzeniu leniwa, bo byłem akurat między kolejnymi projektami, a w domyśle bardzo cicha, tak jak zeszły miesiąc... chociaż uśmiech kota zwiastował przełamanie tej ciszy.
Monika musiała zostawić japońskiego przed rytualnym wyjściem na jogging. Nawet się nie obudziłem, gdy zniknęła, i nie dziwota; w nocy waliły pioruny, grzmoty schwytane w pułapkę blokowiska, a deszcze i burze od dziecka usypiały mnie raz-dwa.
Monika jak zwykle rozpoczynała ten dzień na czczo, ale ja nie mogłem się obejść bez śniadania. Kiedy Mariusz Miłosław leciał z dachu, stałem przy oknie na moim szóstym piętrze. Za szybą zalegała mleczna mgła. Masochistycznie smarowałem kanapkę drożdżowym Marmitem; czekały mnie jeszcze dwa tygodnie jedzenia tego ciemnobrunatnego świństwa, efekt przegranego zakładu z redaktorem F1.
Nie wiem, co sprawiło, że akurat spojrzałem w okno. Zobaczyłem spadające ciało, za którym łopotały poły karmazynowego szlafroka. Gdy wybrzmiał głuchy łomot lądowania, w odruchu homo rutynicus ugryzłem niedosmarowany chleb, po czym otworzyłem okno na oścież.
Nieszczęśnik znajdował się jakieś piętnaście metrów niżej. Leżał na daszku ponad wejściem do wieżowca. Skręcony niczym śruba: łysa głowa w bok, a gołe nogi obrócone ku zamglonemu niebu. Rozwichrzony szlafrok przypominał czerwony dywan, lądowisko dla prawdziwego VIP-a. Że to jest Mariusz Miłosław, nie miałem jeszcze wtedy pojęcia.
Nie napawałem się długo turpistycznym widokiem. Machinalnie obróciłem wzrok w górę, wzdłuż seledynowej elewacji, na krawędź dachu widniejącą pięć pięter wyżej. Mimo mgły, jakby kto mleko rozlał, zobaczyłem jakiś cień ruchu. Kogoś cofającego się na dach? Czy tylko coś odstającego od dachu?
Było cicho. Mglista sobota, jeszcze przed ósmą rano...
Narzuciłem na siebie bluzę, i tylko w tej bluzie oraz bokserkach wybiegłem z domu. Winda-recydywistka znów okazała się nieosiągalna. Wziąłem się za wertykalny jogging; gdyby tylko Monika widziała, jak przeskakiwałem trzy stopnie naraz! Długo namawiała do porannych przebieżek. Widać, trzeba było śmierci, żeby wyrwać mnie z domu!
Za mną skrzypnęły otwierane drzwi. Ktoś rzucił jakieś słowa, chyba o moich znikających na półpiętrze łydkach - nie zatrzymywałem się.
Siódme piętro; minąłem drzwi do mieszkania pani Linde i jej synalka. Ciekawe, czy pani Magdalena wywróżyła człowieka spadającego z wieżowca? Istniała w tarocie podobna karta. Wieża na skalistym wierzchołku, walący w nią piorun oraz dwójka okiennych skoczków. Wieża to symbol wygórowanej ambicji opartej na kruchym fundamencie, a błyskawica oznacza objawienie, niszczycielską epifanię... (Wyguglowałem to później).
Dziewiąte piętro. Chrącholowie pewnie od rana snuli plany jakichś reform albo kontrreform. Jeśli wierzyć plotkującym językom, to byli szarymi eminencjami naszego wspólnego domu. Mieli wtyki w spółdzielni; szereg sznureczków, za które z lubością pociągali...
Ale oto pojawiła się Amelia Chrąchol. Stała przy niedyspozycyjnej windzie, grzebiąc w torebce.
- Panie Z! O Jezu! - Cofnęła się, zaskoczona moim półnegliżem. - Dokąd panu tak spieszno?
- SPADŁ! - odkrzyknąłem.
- Co spadło? Śnieg?
- Człowiek! - I zanim pomyślałem, że to niekoniecznie prawda. - Sąsiad!
Zostawiłem Amelię w stuporze - biegłem dalej, wyżej.
Dziesiąte piętro. Państwo Wandalińscy na pewno byli na nogach, ich trójdzietne gospodarstwo nigdy nie zasypiało. Sapiąc, minąłem końcowy przystanek zrewoltowanej windy i ruszyłem po schodach na ostatnie z pięter, to wyłączone z codziennego użytku, czyli na niezamieszkaną jedenastkę. Kiedyś były to pralnie albo suszarnie, ale od dłuższego czasu trwała adaptacja pomieszczeń, chyba na mieszkania. Dwa boczne korytarze przegrodzono nowymi drzwiami. Byłem tu wcześniej tylko raz, kiedy z Moniką postanowiliśmy spędzić Sylwestra na dachu, podziwiając panoramę szczecińskiego Śródmieścia kładącego się przed nami aż po Odrę.
Wyjście na dach stało otworem. Do wnętrza bloku wlewała się rażąca biel. Byłbym się poślizgnął, bo wdepnąłem w czyjeś mokre ślady na szarobrązowych płytkach. Trop prowadził do metalowych szczebli, ale materializował się nagle, znikąd, jakby na ostatnich krokach kogoś dopadła hiperpotliwość.
Wilgoć wisiała w powietrzu, kiedy wychyliłem się na dach, a jak okiem sięgnąć mgła tężała niby twaróg. Szczecin zaklajstrowano wylewem białości. Było chłodno, zwłaszcza że szedłem bez spodni. I mokro: nocne oberwanie chmury rozlało sadzawki odbijające bladość nieba.
Wypatrywałem ruchu ponad kałużami. Czyjejś obecności w jeżowisku kominów, anten i wentylacji - nadaremno.
- Halo! - Ledwie łapałem powietrze. - Halo, jest tu kto?!
Wlazłszy na dach, w końcu coś zobaczyłem. To było po wschodniej stronie, przy krawędzi, która jakąś minutę temu musiała posłużyć za miejsce ostatniego powziętego przez nieszczęśnika kroku.
Na bosaka po wilgotnej papie skakałem między kałużami. Coś ciągnęło mnie naprzód, jakaś dzika fascynacja. Trochę otrzeźwił mnie ziąb, i trochę zdziwiła osa, kołująca wokół wentylacji.
Ten ruch, który dostrzegłem z kuchennego okna, to była długa wstążka, może do włosów. Fioletowa tkanina zaczepiła o antenę i teraz falowała na wietrze.
Niżej, na papie, leżała smycz z kluczami. Ten sam fioletowy odcień. Klucze były trzy: jeden jakby do mieszkania, drugi mniejszy, chyba kłódkowy, a trzeci, starodawny, może do kufra.
Obok, przy samej krawędzi dachu, spoczywał klapek. Tylko jeden. Drugi zapewne udał się w terminalną podróż razem ze swoim właścicielem.
Ale znalazłem coś jeszcze. Kartkę. Sepiobarwną, z zeszytu. Po jednej stronie zabazgrano ją czerwonym maczkiem, mignął mi jakiś znak, trójkąt i koło, oraz wpisana w nie korona. Chciałem ją podnieść, lecz papier umknął poza zasięg rąk. Śledziłem go wzrokiem; a nuż spadnie na balkon piętro niżej, ale nie.
Na zgiętych nogach wychyliłem się przez krawędź. Rozbitek w szlafroku trwał na swoim posterunku. Runął jak kamień w studnię, zero odchyleń od prostej trajektorii. Czy nikt go nie zobaczył? Czy rzeczywiście jeszcze przez chwilę był moim sekretem? W tym pytaniu krył się jakiś groteskowy romantyzm. Jednak pani Amelia Chrąchol nie puściła mimo uszu mojego wrzasku, że ktoś spadł...
Uważaj, o co prosisz! Z okna na trzecim piętrze wysunęła się ruda głowa. Jak nic panna Paczkara, ta wrażliwa dusza - że też na nią padło! Sekundę później rozległ się krzyk, którego nie zdusiła nawet lepka mgła.
Więcej okien i zaciekawionych gapiów.
Sekret człowieka-meteora wydarto z mojej pieczy. Pewnie ktoś już dzwonił po służby, a w połamanej figurze dopatrywano się któregoś z sąsiadów. Spojrzenia unosiłhy sięzono prosto na mnie. Wstrzymałem się od pomachania dłonią ciekawskiej widowni.
- Niech pan nie skacze! - krzyknął ktoś z dołu.
Co za dziwny pomysł! Czyżby spodziewali się epidemii skoczków?
Ale przepaść nagle wezwała mnie do siebie. Doświadczyłem tego już kiedyś. Nie ja jeden. Czytałem o l'appel du vide: psychologiczna zagwozdka, źle zinterpretowane sygnały ostrzegawcze, nagła chęć do skoku... Cofnąłem się jak oparzony i bęcnąłem bokserkami na mokrą papę.
Po dachu walały się rozmiękłe kiepy, kawałek dalej stała butelka po kraftowym piwie. Obok przeleciała zbłąkana osa, gdzieś wyżej wrzasnęła niewidoczna mewa, a zaczepiona o antenę wstążka kolebała się żałobnie. Na wprost, w białej otulinie, błysnęło słońce, wstające z niechęcią do weekendowej roboty, milczące na temat tego, co ujrzało zaraz po przebudzeniu.
1 Każde szlachetne podniebienie w końcu doceni brytyjską kuchnię - F.